Kategoria: Przemyślenia

Samochodowe miasto

Kult samochodu ma się w Polsce dobrze – ludzie przyzwyczaili się do hałaśliwych ulic i wielkich parkingów, rozrzedzających miejską zabudowę. Wiele osób nawet nie zastanawia się, czy istnieją inne metody przedostania się z miejsca na miejsce niż wewnątrz własnego pojazdu. Same samochody, pomimo bycia coraz tańszymi i łatwiejszymi w obsłudze, wciąż z niezrozumiałych przyczyn stanowią symbol luksusu, wolności króla szosy, punktualności i wygody. Z punktu widzenia pieszego pędzące samochody są natomiast potencjalnym niebezpieczeństwem, a te będące w bezruchu – często przeszkodą w swobodnym korzystaniu z np. chodnika. Problem nie byłby jeszcze taki duży, gdyby nie Przepustowość (celowo pisana wielką literą), dla której miasta zamieniają się w karykatury.

samochodowe miasto

Ale przejdę do tematu pieszych. Bo problemem nie nie jest zbyt duża wygoda blaszanych pudeł, a odbieranie komfortu tym, którzy przemierzają miasto na własnych nogach, lub – w jeszcze gorszej sytuacji – na wózku. Nie będę tu porównywać z tym, co co było w czasach PRL-u. Wtedy liczyła się iluzja postępu, więc kto tam się przejmował tymi, którzy przez swoją powolność będą źle wyglądać na filmach. Pieszych więc spychało się pod asfalt, do brudnych i nieprzyjemnych tuneli, aby nie przeszkadzali mknącym ponad nimi zmotoryzowanym. Były też wiadukty – rozwiązanie dla lubiących wiatr i chłód, ale przede wszystkim wchodzenie po schodach. Te przynajmniej potrafiły czasem zaoferować ładny widok w zamian – choć jest to niewielka pociecha dla osób spieszących się do szkoły czy pracy.

samochodowe miasto

W czasach, gdy tunele i wiadukty stopniowo są likwidowane, wciąż pojawia się dyskusja nad wygodą tych, którym i tak bardzo wygodnie. W drogich samochodach, ciepłych, odpornych na warunki atmosferyczne, ze wszystkimi zakupami pochowanymi bezpiecznie w bagażniku, nie mówiąc już o ochronie przed hałasem, temperaturą czy nawet zderzeniami. Chyba każdy jest w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której wolałby siedzieć w samochodzie niż poza nim. Nie zawsze niestety jest wybór. Na światłach to pieszy czeka na deszczu na swoją turę.

Czeka i czeka. Może za późno wcisnął przycisk, może ten był zepsuty. W końcu jednak zapala się zielone światło. Z bocznej ulicy w pośpiechu wyjeżdżają samochody na „zielonej strzałce”. Nie mają pierwszeństwa, ale ze względu na obawę o swoje życie, pieszy ustępuje – zwłaszcza jeśli nie zobaczy niczego, co wskazywałoby na zatrzymanie się nadjeżdżających samochodów. Przejścia bez świateł nie są lepsze – i to nie ze względu na większość kierowców, bo większość jednak potrafi się zatrzymać widząc pieszego. Najgorsi są ci, którzy wyjeżdżają zza zatrzymanego samochodu. W teorii jest to wykroczenie gwarantujące do 500 złotych mandatu, ale policja nie może być wszędzie. A jak mówi przysłowie „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” – winny staje się zbrodniarzem dopiero w momencie przyłapania go na gorącym uczynku. Strasznie mi się to nie podoba.

samochodowe miasto

Nie podoba tak jak to, że choć miasta chwalą się przyjaznością dla pieszych, wciąż ważniejsza jest Przepustowość. Przejścia dwuetapowe, trzyetapowe, półtoraetapowe, gdzie zdążysz zejść z wysepki, ale na drugą stronę ulicy trafisz już na czerwonym. Jak pieszy powinien się zachować w takiej sytuacji? Przebiec czy przejść normalnym tempem, nie zwracając uwagi na kolor lampy przed sobą, widząc miny zniecierpliwionych kierowców? Po co jest ten problem? Bo system zarządzania ruchem wyliczył, że przy takiej długości świateł średnio przejedzie o jeden samochód więcej? Albo pół, jedna ósma samochodu?

samochodowe miasto

Potem jeszcze te samochody stoją gdzie popadnie – miasto jest nimi po prostu przesycone. Już markety zaczęły zdawać sobie sprawę, że na tych ich brzydkich parkingach ludzie zrobili sobie przechowalnię aut. Pierwsza godzina za darmo, następne wciąż taniej niż na płatnym parkingu. Jeszcze gorsze są te sznurki samochodów zajmujące miejsce na chodnikach. Już nawet nie w wyznaczonych terenach, ale tam gdzie fizycznie da się stanąć – najlepiej całością samochodu, bo przecież nie kosztem pobocza ulicy. W Gdańsku jest niestety wiele miejsc, gdzie przez samochody na chodniku, chodzenie gęsiego to tylko jedna z niedogodności. Czasem trzeba się przeciskać w pojedynkę, podnosić torbę aby się nie pobrudziła lub porysowała od jakiegoś blaszaka.

Jedynym sposobem na parkujących na chodnikach jest ustawienie słupków, mających oczywiście niewiele wspólnego z estetyką, ale pozwalających odzyskać chodniki dla pieszych. Napisałabym, że inaczej samochody zaczęłyby się ustawiać piętrowo, jeden na drugim, ale to nieprawda. Dlaczego wielopoziomowe parkingi nie cieszą się popularnością w Polsce? Czy tylko dlatego, że kierowcom nie chce się zastanawiać nad zmienianiem biegów, nad nietypowymi manewrami, czy także przez niewielką ekspozycję swoich aut na zamkniętej przestrzeni? Może też wyjście z samochodu na takim parkingu nie kojarzy się przyjemnie albo sama konieczność przejścia to dla zmotoryzowanych już zbyt wiele? Powodów nie znam, efekt za to widzę wyraźnie.

samochodowe miasto

Gdyby każdy sklep typu Lidl, Biedronka, Tesco, zdecydował się na umieszczenie parkingu na swoim dachu, ile miejsca w mieście udałoby się zaoszczędzić? Ile tej nijakiej przestrzeni parkingowej udałoby się wyeliminować z pola widzenia przechodnia i ostatecznie – ile osób zrezygnowałoby z codziennego korzystania z samochodu?

Ostatecznie, jest jeszcze problem osób, które przez miasto tylko przejeżdżają. Dbanie o Przepustowość dodatkowo zachęca ich do obrania drogi pomiędzy zabudową, zamiast szukania obwodnic, tras dłuższych ale szybszych. Czy naprawdę trzeba tak bardzo dbać o wygodę dla użytkowników samochodów? Wydaje mi się, że dopóki będzie to priorytetem w zarządzaniu drogami, przestrzeni wokół ulic zdecydowanie nie będzie można nazwać przestrzenią przyjazną ludziom.

samochodowe miasto
samochodowe miasto
samochodowe miasto
samochodowe miasto
Więcej

Zarządzanie sesją

Dzisiejszy wpis będzie bardzo krótki. Z powodu zbliżającej się sesji brakuje mi czasu na napisanie czegoś większego, a nawet z „pomyśleniem” mógłby być problem. Po zmaganiach z esejami i innymi pisemnymi projektami, zaczynam w myślach układać zdania w podpunktach, dzielić je tytułami i podtytułami. Brzmi jak przepracowanie, ale ja czuję się wyjątkowo dobrze – nawet jeśli od ciągłego siedzenia przed komputerem plecy domagają się przerwy. Czuję się dobrze, bo znalazłam kilka skutecznych metod na poradzenie sobie z nadmiarem zadań – a dzięki czemu i wyeliminowanie zbędnego stresu. Do tej pory sposób zarządzania sesją działa; jak będzie w samej, oficjalnej, sesji – to się okaże.

Ponieważ nie jest to (i nigdy nie będzie) blog motywacyjny, potraktujcie te kilka akapitów niżej jako pewnego rodzaju dygresję. Właściwym tematem niech będzie tych kilka wizualizacji sali wykładowej na akustykę, znajdujących się na końcu wpisu. Pokazuję je, bo jestem z nich naprawdę zadowolona. Jak na zaledwie kilka godzin pracy, wyglądają naprawdę profesjonalnie.

W jaki sposób zamierzam poradzić sobie z tą sesją? Przede wszystkim, korzystam z Project Planu w swoim kalendarzu. Trochę go przerobiłam, bo potrzebowałam podziału na poszczególne dni – nie tygodnie. Jak wygląda mój Project Plan? Jest to dość spora tabelka. Poszczególne rzędy odpowiadają danym projektom, na przykład „esej z fizyki”, „praca na kompozycję”; natomiast w kolumnach oznaczyłam dni. W każdej rubryce tabeli umieszczam znak X wtedy gdy dany projekt był „chociaż ruszony”. Nie jestem tutaj skrajnie wymagająca wobec siebie. Efektów pracy może nawet nie być – najważniejsze aby o niczym nie zapomnieć i nie zaniedbać ani jednego zadania. Lepiej zaznaczyć trzy czy cztery motywujące iksy niż patrzeć na puste pola. Sama tabela ma też „pola extra”. Kolorowymi zakreślaczami oznaczyłam ważne terminy dla poszczególnych projektów – konsultacji, oddania itp. Dzięki temu, gdy daty zaczynają się zbliżać do kolorowego pola, od razu wiem, na czym koniecznie powinnam się skupić. Póki co, mój „Project Plan” sprawuje się naprawdę świetnie.

Kolejną rzeczą jest porządek na komputerze. W sesji nie ma czasu na szukanie czegoś w bałaganie typowo-studenckich kilkudziesięciu tysięcy plików. Segregacja folderami to tylko pierwszy krok w kierunku pozbycia się bałaganu. Podjęłam go już dawno, dzieląc folder „studia” na podfoldery semestrów, potem przedmiotów, a te z kolei na podatowane katalogi z poszczególnymi zadaniami i innymi grupami plików. Potrzeba o wiele więcej. Do tej pory, u mnie na dysku funkcjonowały dwa wielkie skupiska nieposegregowanych rozmaitości – folder pobierań oraz Pulpit. Tym, co przyniosło niewyobrażalną poprawę zarządzania tymi przestrzeniami było zaznaczenie jednej, małej, opcji w przeglądarce: zapytania o wybór folderu, w którym ma być umieszczony każdy ściągnięty plik. Być może są ludzie, którzy po pobraniu czegokolwiek, zawsze sumiennie przenoszą to na swoje miejsce. Po moich, cosemestralnych, posesyjnych, wielkich porządkach na pulpicie i w folderze pobierania mogę stwierdzić, że ja do nich nie należę.

Po jakimś czasie stosowania tej metody doszłam jednak do wniosku, że nie jest ona wystarczająca. Nie wszystkie pliki dało się przypisać konkretnym folderom, ale przede wszystkim – niektóre z nich były mi potrzebne tylko na chwilę. Tak, żeby coś sprawdzić i skasować. Kolejna czynność zabierająca na tyle dużo czasu, że po którymś razie po prostu przestałam to robić. Od razu wpadłam na pomysł, aby utworzyć folder „do wywalenia”, bezpośrednio w katalogu pobierań. Wszystkie pliki potrzebne tylko na chwilę umieszczam właśnie tam. Taki Kosz, tylko że bez konieczności przywracania pliku aby go podejrzeć i z „drugą szansą” przed ostateczną likwidacją pliku z dysku. Wystarczy raz na jakiś czas go oczyścić, nawet niekoniecznie sprawdzając, co się w nim kryje.

Kolejna rzecz: Facebook. Wiele porad studenckich mówi o wyłączeniu go na czas sesji, o wyrzuceniu go z zakładek, zablokowaniu w przeglądarce. Rzeczywistość pokazałaby po chwili, że w obecnych czasach nie jest to możliwe. Facebook stał się głównym narzędziem komunikacyjnym między ludźmi nie znajdującymi się w bezpośrednim otoczeniu siebie nawzajem. Oznacza to, że to właśnie tam starostka roku umieści oceny przesłane przez prowadzącego, to tam ktoś rzuci hasło aby zrobić listę do konsultacji albo stworzy ankietę odnośnie terminu jakiegoś kolokwium. Ogólnie, osoby nie wchodzące regularnie na Facebooka można rozpoznać po zadawaniu głupich pytań typu kiedy będzie egzamin, który odbył się dzień wcześniej. Zresztą, wyzbycie się Facebooka oznaczałoby nieustanne wycieczki pod dziekanat, ciągłe szukanie prowadzących i śledzenie stron internetowych wszystkich katedr na uczelni. Facebook to wielkie ułatwienie – o ile umie się je wykorzystać.

Tutaj pojawia się mój sposób na to, aby Facebook nie stał się głównym rozpraszaczem podczas nauki lub tworzenia projektów. Proste wyłączenie czatu. Dzięki temu wszystkie osoby szukające „kogokolwiek dostępnego, aby o coś zapytać” nie będą miały Ciebie na czubku swojej listy znajomych, a i sam brak zielonego kółeczka obok nazwiska zniechęca do zawracania głowy czymś – w kontekście sesyjnych egzaminów – nieistotnym. Takie rozwiązanie wygląda dość okrutnie – do czasu aż zobaczy się, że czat może być włączony tylko dla wybranych osób. Czyli kontakt do przyjaciół się nie urywa, a unikanie niepotrzebnych rozmów działa. Dwie pieczenie na jednym ogniu – choć ta fraza głupio brzmi z ust wegetarianki.

To było kilka moich nowych metod. Wszystko inne wydaje się przy nich oczywiste: to, że warto robić notatki, korzystać z kalendarza czy próbować szukać kilku zastosowań efektu jednej pracy (np. ciekawy esej można gdzieś opublikować, projekt plastyczny podarować komuś z rodziny a opracowanie zakresu na egzamin oddać komuś za tabliczkę czekolady. Czego z kolei nie warto? Zdecydowanie nie warto odcinać się od rozrywki, czytania książek, oglądania filmów i seriali. Przetestowałam ten sposób jakiś czas temu i o efektach można poczytać tutaj: O złym i mrocznym postanowieniu.

A teraz pokażę Wam moje wizualizacje sali na akustykę.

zarzadzanie sesja - sala wykladowa
zarzadzanie sesja - sala wykladowa
zarzadzanie sesja - sala wykladowa
zarzadzanie sesja - sala wykladowa

Kto zanotował, że biurko jest ustawione w złą stronę?

Więcej

Przejście bardziej dla pieszych

Po mieście poruszam się głównie pieszo. Taka możliwość była dla mnie priorytetem przy wyborze mieszkania do wynajęcia i ma wyraźny wpływ na moje obecne życie. Dzięki bliskości z najważniejszymi miejscami, nabrało ono tempa (jednego dnia mogę załatwić kilka rzeczy i, pomiędzy tym, wrócić do domu coś zjeść) ale także skoncentrowało się wokół kilku konkretnych tras. Prawie codziennie zaliczam kurs: uczelnia – sklep – dom i prawie codziennie nie opuszcza mnie ta sama refleksja, kiedy czekając na przejściu przed Lidlem widzę, jak można było zrobić to lepiej.

Ten punkt trasy wygląda mniej więcej tak: z ulicy Miszewskiego skręcam na ul. Uphagena, idąc długim przejściem dla pieszych z wysepką w środku.

Wyróżniłam tutaj 3 elementy, które są jej zdecydowanymi wadami i – na dłuższą metę – zaczynają być uciążliwe.

  1. „Najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo” nabiera na tym skrzyżowaniu nowego znaczenia, ponieważ aby zobaczyć, czy jakiś samochód nie nadjeżdża z mojej lewej strony, muszę obrócić głowę o kąt prawie 180 stopni. Niby nic, ale w sytuacji kiedy pada deszcz, wieje wiatr, a ja ledwo ochraniam niesioną z uczelni makietę przed czynnikami atmosferycznymi, ostatnią rzeczą jaką chcę zrobić jest zatrzymanie się w miejscu.
  2. Drzewo, które prawdopodobnie nie zostało wycięte ze względu na swój wiek. W tym miejscu chodnik został miejscowo zwężony do niewiele ponad połowy szerokości, przez co stał się punktem kolizji ruchu pieszego między wchodzącymi i wychodzącymi z marketu. Chyba nie muszę podkreślać, że szerokość osoby z zakupami jest znacznie większa niż szerokość osoby bez nich?
  3. I ostatni punkt trasy do sklepu – przejście przez wyjazd z parkingu. Niewygodne zarówno dla pieszych jak i kierowców, dodatkowo za sprawą wszechobecnych wózków zakupowych. Miejsce zdecydowanie nie nadające się na oczekiwanie – głównie ze względu na typową przedsklepową palarnię.

Tak wygląda sytuacja, kiedy wybieram drogę ulicą Miszewskiego. Zdarza mi się także iść do Lidla na skróty, przez pobliski park. Wychodząc z punktu oznaczonego na obrazku poniżej fioletową kropką, mam do wyboru – przejść dłuższy kawałek drogi do pasów i zawrócić do sklepu albo przejść przez ulicę w miejscu nieoznaczonym.

Pierwsza opcja prowadzi do wszystkich dyskomfortów wymienionych pod poprzednim obrazkiem, a także zawiera denerwujące zawracanie po przejściu przez pasy. Druga natomiast jest wykroczeniem i grozi mandatem w wysokości 50 zł. Wybór jest nieciekawy.

Jednak, aby nie być narzekaczem, wynalazłam świetne rozwiązanie, które małym kosztem mogłoby pozbawić pieszego wszystkich (albo prawie wszystkich) opisanych problemów. Wygląda ono tak:

Dodatkowe przejście dla pieszych w miejscu, w którym jest ono potrzebne. Większość samochodów wjeżdżających na ulicę Uphagena i tak skręca na parking przed marketem, więc na przejściu umieszczonym za wjazdem na parking, pieszy czekałby o wiele krócej na możliwość przejścia. Także dla kierowców mogłoby to być ułatwieniem – oni z kolei nie musieliby czekać na pieszych przy wjeździe lub wyjeździe z ul. Miszewskiego.

Jak takie rozwiązanie wyglądałoby w sytuacji dwóch opisywanych pieszych? Mniej więcej tak:

Nasuwa się tylko pytanie – dlaczego obecnie nie ma tu przejścia dla pieszych? Czy wynika to z braku takiego pomysłu czy konkretnych powodów, braku możliwości? Organizacja ruchu to w końcu bardzo złożona sprawa.

Więcej

JWB: Jesień

Jak bardzo nowa sytuacja życiowa i nieustanne zmiany mogą zamieszać w światopoglądzie człowieka? A może to po prostu dojrzewanie, doświadczanie coraz to nowych rzeczy i widoków, miało większy wpływ na zmianę podejścia do wielu spraw. Dzisiaj będzie o jesieni wieku – czymś, co jeszcze niedawno, zaraz obok pająków, porodów i otwartych ran mieściło się w grupie moich niezbyt licznych fobii. Nie było tam natomiast śmierci.


Zdjęcia do tego wpisu pochodzą z Parku Oliwskiego. Ich autorem jest jesień, ja tylko nacisnęłam przycisk.

Koniec życia wydawał mi się jeszcze parę lat temu czymś naturalnym, normalnym. Kiedyś wszyscy umrzemy, tak jak większość osób, która urodziła się przed nami. Jeśli jeszcze będziemy mieli szczęście, to zdarzy się to w sposób szybki i w miarę bezbolesny. Co będzie potem? Wszystko jedno – czy Niebo, czy piekło, czy to w co ja wierzę – czyli w powtórkę z rozrywki stanu, w jakim się było przed urodzeniem. Stanu Nieistnienia.

Starość natomiast – tego bałam się chyba najbardziej. Czasu, kiedy nie będę w stanie sama załatwić potrzeb fizjologicznych, nie będę pamiętać większości zdarzeń (już teraz muszę wszystko zapisywać), a dla ludzi, za wyjątkiem rówieśniczek, przestanę istnieć. Że będę tą osoba, której z powodu litości – a nie uprzejmości – trzeba ustąpić miejsca w autobusie. Najbardziej jednak w jesieni wieku przerażały mnie naturalne zmiany w hierarchii ważności. Tak jak w wieku parunastu lat wyrzuca się misie i zabawki, tak ja w nieustannie nadciągającej przyszłości miałabym wyrzucić cele, marzenia i ambicje. Schować się pod kocem i oglądać telenowele na Polsacie, zastanawiając się nad tym, co słodkiego by upiec na święta za 2 miesiące. Jeszcze parę lat temu miałam nadzieję, że do mojej starości eutanazja stanie się dozwolona w tym kraju i pozwoli mi darować sobie ten straszny czas. Kilka instytucji na pewno ucieszyłoby się z takiego biegu zdarzeń.

Nie wiem, kiedy nastąpiła zmiana, ale teraz kompletnie nie mogę zgodzić się z przemyśleniami powyżej. Gdyby nie to, że wiecznie wszystko zapisuję, być może zapomniałabym jak bardzo bałam się starości, a jak obojętną była mi śmierć.


W przeciwieństwie do wiosny, lata a nawet zimy – jesień nie ma wyraźnego zapachu. Całe piękno tej pory roku skupia się na wrażeniach estetycznych.

Myślę, że brakowało mi w życiu przykładów pięknej jesieni życia. Nie znałam ludzi, którzy mimo późnego wieku wciąż stawiali sobie nowe cele, realizowali je i spełniali marzenia. A te nie dotyczą tylko sportów ekstremalnych i ostrych potraw – jest tyle różnych ciekawych czynności, które wciąż można wykonywać pod koniec życia. Co więcej, przez te kilkadziesiąt lat, jakie mi jeszcze zostały (nie wykluczam, że coś mnie nie zabije gdzieś po drodze – po prostu tego nie zakładam) na pewno technologia rozwinie się do tego stopnia, że życie osób z różnymi utrudnieniami ruchowymi stanie się o wiele wygodniejsze niż dotychczas. Już teraz obserwuję, jak osoby niedowidzące posługują się specjalnymi telefonami, intuicyjnymi w obsłudze, a ułatwiającymi życie w mieście. Samo projektowanie przestrzeni w ostatnich latach przyjęło sobie za cel dostępność miejsc publicznych dla każdego, niezależnie od jego mobilności. Życie jest coraz łaskawsze dla osób powoli się z nim żegnających, wydaje się nie chcieć zachować po sobie samotnej szarości jako ostatniego wspomnienia.

Jeszcze jedną rzeczą, która mnie kiedyś zniechęcała do starości jest to wieczne mówienie, co wypada a co nie. Starsza pani powinna ubierać się z klasą, tylko w stonowane kolory, nie jest mile widziana w kinie, zwłaszcza na filmie targetowanym do młodszego widza; jej miejsce jest w przychodni zdrowia, w kościele albo w domu przed telewizorem… tylko że: czy ja się słucham „głosu tłumu”? Nawet teraz wiecznie słyszę, że kobieta powinna chodzić w szpilkach, mieć co najmniej jedną „małą czarną” w szafie, a w przerwach i w każdej możliwie wolnej chwili nieustannie poprawiać sobie makijaż. I potrafię te porady bez większego zastanowienia wrzucić do jednego śmietnika z całą resztą bełkotu specjalistów od cudzego życia. Czy parędziesiąt więcej lat na karku odebrałoby mi tą umiejętność i kazało z pokorą podporządkować się temu, co myślą inni? To chyba mało prawdopodobna odmiana w moim antykonformistycznym do tej pory życiu, gdzie byłam hipsterem jeszcze zanim to było popularne i zawsze starałam się tak dla zasady zrobić coś innego niż inni (dopiero ostatnio mi nie wychodzi i zgodnie ze współczesną tendencją poszłam na studia).

A może nigdy się nie zestarzeję – tak jak po paru latach od otrzymania dowodu osobistego, a potem świadectwa dojrzałości, nadal nie czuję się dorosła. Może kiedyś, w napływie nostalgii, znajdę gdzieś w odmętach piwnicy zakurzony komputer, ten o dziwo wciąż będzie jeszcze działać… włączę go i ze łzami w oczach odpalę jedną z ulubionych gier, spędzając na wspominaniu całe popołudnie.

Jakakolwiek nie będzie moja starość – przyjmę ją. I teraz wierzę, że stanie się przedłużeniem mojego życia, a nie jakąś transformacją w poczwarkę.

Słowo klucz: JESIEŃ. Serię Jesiennego Wyzwania postanowiłam poświęcić przemyśleniom związanym z moimi doświadczeniami i zainteresowaniami. Jesień to pora refleksji, spojrzenia na to co było – w końcu niedługo nowy rok, trzeba coś zamknąć, coś podsumować. A tu wciąż do głowy wracają kolejne wspomnienia, czasem łączące się ze sobą w dość nietypowy sposób i tworzące nowe wnioski.

Więcej

Przenosiny

starylej

To musiała być dokładnie przemyślana decyzja, zwłaszcza dla kogoś, kto widząc pędzący tłum, kieruje się w inną stronę. Rozważania za i przeciw były długie, choć bez tego niewielkiego współczynnika jakim jest lenistwo, na pewno już dawno oglądalibyście mojego bloga w takiej odsłonie, na jaką właśnie patrzycie.

Do tej pory nietransparentnie.pl było obsługiwane przez silnik Joggera. Jest to polska platforma blogowa, dająca wiele możliwości (własny szablon, domena) i zintegrowana z XMPP. Zanim rozpopularyzował się Disqus, niezwykle przydatnym było dostawanie powiadomień na komunikator. Jogger też nie wymaga wiele. Być może to kwestia przyzwyczajenia, ale wydaje mi się platformą bardzo logiczną. Pisanie postów w HTMLu, bez śmiesznych generatorów treści, szablon uproszczony maksymalnie, do samego htmla i cssa, ostatecznie javascriptu, nie mówiąc już o prostocie samego postawienia nowej strony. Nie uciekłam z Joggera z powodu jego wad; zrezygnowałam dlatego, że na WordPressie można więcej.

Więcej

Nie wszyscy Polacy to jedna rodzina

Chciałam dzisiaj opublikować wpis przedstawiający mój projekt domku wielorodzinnego, jednak zostawię ten temat na następną okazję. Zamiast tego, chcę nawiązać do zjawiska, które obecnie można zauważyć na Facebooku, odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ustawiłam sobie tęczowy awatar i przypomnieć (bo pisałam już o tym kilka razy), czym dla mnie jest patriotyzm.

Kiedy kilka dni temu zalegalizowano małżeństwa homoseksualne w USA, można było od razu odgadnąć, że najgłośniej swoje nieuzasadnione obiekcje wyrażać będą, oczywiście, Polacy. Ci sami Polacy, którzy cudze szczęście z góry uznają za osobistą zniewagę („sąsiad wygrał samochód, ale z niego !”) i chowający się za patriotycznymi hasełkami, wypranymi dawno z resztek dawnych wartości.

Zaczęło się od kolorowych profilówek. Facebook, aby upamiętnić ten historyczny dzień, uruchomił aplikację pozwalającą nadać tęczowe barwy obecnie ustawionemu zdjęciu, co bardzo szybko zyskało aprobatę ogromnej liczby osób. Wielu światowej sławy celebrytów nie zawahało się przed pokolorowaniem tak swoich fotografii. W Polsce, początkowo nie zyskało to tak wielkiej popularności, jednak i ja postanowiłam skorzystać z tej nowej możliwości Facebooka. Nawet jeśli w Polsce niewiele rzeczy ulega zmianie w temacie praw człowieka, to cieszę się, że chociaż gdzieś tam za wielką wodą, świat staje się bardziej tolerancyjny dla odmienności od przyjętej społecznie normy. Tutaj problemu się nie widzi. Nieraz słyszę, że „geje niepotrzebnie się afiszują”, że „przecież nikt ich nie prześladuje. Jeśli też podzielasz to zdanie, to otwórz Facebooka, znajdź stronę Gimbopatriotyzm i przeczytaj zamieszczane tam wypowiedzi Polaków, którym nie wstyd pod imieniem i nazwiskiem sypać wulgaryzmami kierowanymi w stronę osób nieheteronormatywność lub popierających związki partnerskie. Jeśli nadal twierdzisz, że osoby LGBT są zbyt wyraźne w społeczeństwie, to pomyśl jaki procent kultury jest nastawiony tylko i wyłącznie na miłość heteroseksualną. Nie widziałam ani jednej bajki dla dzieci, która zakończyłaby się innym związkiem niż kobiety i mężczyzny. Wszystkie reklamy w telewizji kierowane są do takich par, a to co się dzieje w podręcznikach szkolnych od WOSu, już przechodzi ludzkie pojęcie. Tak jak popieram równouprawnienie kobiet (choć to powinno być wpisane w samo bycie kobietą), tak jak uważam, że ludziom o dowolnym kolorze skóry należą się równe prawa, tak samo uważam, że osoby o innej orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej pod żadnym pozorem nie powinny być zmuszane do życia w środowisku, które sprawia, że czują jak obywatele drugiej kategorii. Tęcza w profilu nie zmieni świata, ale zaprezentuje: jestem z Wami, w razie czego macie moje wsparcie!

Zakładam, że podobne zdanie miało mnóstwo osób, które kliknęło w fejsbukowy link z tęczowym filtrem. Nadmiar kolorów oczywiście nie mógł nie wywołać agresji ze strony tych, którzy najchętniej żyliby w prawilnym świecie armii klonów. I jak się można spodziewać, „debatowanie” z nimi, zamiast na wymianie argumentów, polega na bezskutecznym odbijaniu „patriotycznych” wypowiedzi, takich jak (przetłumaczę to na język, którego nie będę wstydziła się umieścić na blogu – oryginalne wypowiedzi można znaleźć na wymienionym wcześniej fanpage’u Gimbopatriotyzm):

(Argumentum ad dresum) W razie wojny to dresy obronią Państwo Polskie.

No jasne, zakrzyczą nieprzyjaciela słowami „Jeb*ć policję”.

Chłopak i dziewczyna – normalna rodzina.

Jasne, jeśli jeden z rodziców umrze, to dziecko powinno zostać odesłane do domu dziecka, bo jego rodzina już nie jest normalna. Ogólnie dom dziecka to świetne miejsce, po co komu rodzice?

Hitler był zły, ale teraz by się przydał, to by sobie poradził z tymi…

Tekst często spotykany u ludzi eksponujących znak Polski Walczącej na zdjęciu profilowym i – co można wywnioskować – całkowicie pozbawionych zmysłu ironii.

(kierowane do mężczyzny – geja) Zamiast mówić, że jesteś osobą LGBT, powiedz po prostu, że lubisz penisy i .

„Nie afiszuj się, a czytaj moje fantazje!”

Tęcza poniża Polaków.

Że co? XDDD

Aby nikt nie odebrał mnie źle – nie mam nic do patriotów. Nie przeszkadzają mi biało-czerwone flagi na profilówkach, choć osobiście wolałabym je zobaczyć 3 maja czy 11 listopada a nie pod koniec czerwca, jako „odpowiedź” na zupełnie niezwiązane z historią Polski wydarzenie. Tym co mi przeszkadza, jest nazywanie patriotami łobuzów, którzy przywłaszczają sobie nasze wspólne symbole narodowe, wykorzystując je do szerzenia nienawiści i ośmieszając przez to nie tylko siebie, ale także nasz kraj. Rozumiem przywiązanie do miejsc i kultur w których ktoś się wychował. Nie rozumiem i nie zaakceptuję natomiast potrzeby wykluczania ze wspólnoty innych ludzi. Przecież osoby LGBT i Polacy to nie są wzajemnie wykluczające się pojęcia! Skrajna nietolerancja jest niezgodna nawet z dominującą religią w Polsce, gdzie „a bliźniego swego jak siebie samego” wyrecytuje (a następnie wymaże) z pamięci chyba każdy po I Komunii.

Jest to ważna kwestia również z powodów czysto etycznych. Według stanu wiedzy medycznej, homoseksualność nie jest wyborem, a raczej losem na loterii. Dlaczego ktokolwiek miałby prawo decydować, czy to, co Ci wypadło jest dobre albo złe, akceptowalne lub nie? Wykluczenie społeczne i agresja słowna mogą naprawdę zniszczyć człowieka. To już nie tylko kwestia wstydu przed przyznaniem się rodzicom czy znajomym – taki stan może doprowadzić do depresji.

Bagatelizując problemy mniejszości, wcale nie sprawia się, że one w magiczny sposób znikają. Co więcej, sugerowanie, że osoby LGBT niepotrzebnie żądają respektowania swoich praw jest osądem równie niesprawiedliwym, co wynikającym z niezrozumienia, lub niechęci zrozumienia sedna sprawy.

Więcej

Słowa, które nic nie znaczą

Od dłuższego czasu próbuję napisać coś potrzebnego, pięknego albo nawet coś nie wnoszącego żadnych większych wartości, ale aby tylko było. I nie mogę. Dni mijają, raz szybciej, raz wolniej, nie ma zbyt wiele czasu na refleksję. Coraz mniej rzeczy poznaję sama, a więcej czytam, słucham, przyjmuję. W takiej sytuacji tak trudno powiedzieć, kiedy opinia jest własna, a kiedy nabyta. Można dołączyć do jednego z krzyczących głosów – ale po co?

W społeczeństwie wygrywa marketing. Dobrze napisana postać może gadać o ułożeniu jogurtów w lodówce czy o praniu skarpet, a i tak będą jej słuchać ze świecącymi oczami. My, ludzie bez charyzmy, mamy dwie możliwości: schować się i zająć swoimi małymi sprawami, albo łudzić się, że przy odpowiednio nieskończenie dużej ciężkiej pracy w końcu uda się osiągnąć to, co innym przychodzi naturalnie. Kontynuować ze zwiększoną głośnością za każdym razem, kiedy ktoś nam przerwie, wiecznie przytaczać swoje dawne słowa, kiedy ktoś traci z powodu ich nie zapamiętania lub przez uznanie za zbyt mało ważne. To niestety może przynieść efekt zupełnie odwrotny.

Nie wiem, czy umiem jeszcze pisać tak po prostu, dla siebie. Przez to całe blogowanie, wyhodowałam w sobie potrzebę pisania po coś. Z drugiej strony mam wrażenie, że wszystko zostało już powiedziane, a rzucanie nowego światła na ten sam temat wcale nie doda mu nowego cienia. Niby ludzie lubią potwierdzać coś, co już wiedzą – ale czy nie powinno się w takim razie przypominać źródeł, zamiast pisać po raz kolejny o tym samym?

Recenzje. Filmów, książek, miejsc, ludzi. Kto nie woli sięgnąć bezpośrednio po oryginał? Oczywiście jest masa omówień tworów i utworów, które pod każdym względem są o wiele bardziej wartościowe od pierwowzoru. Na przykład humorystyczne opisy nędznych książek. Niby każdy może wytworzyć tego typu wpis, jednak dzieło nielicznych zostanie przeczytane.

Ja nigdy nie byłam dobra w pracach odtwórczych. Nawet fotografią nie umiem przedstawić czegoś nowego na bazie zastanych obiektów. Mogę szukać ciekawych kompozycji, zestawów kolorów czy kontrastów – jednak potem okazuje się, że te rzeczy były tylko nieznacznym fragmentem jakości, jaką zaoferowała na przykład natura. O wiele łatwiej przychodzi mi narysowanie czegoś od zera, bez wcześniejszego szukania inspiracji. To niby też bazowanie na zapamiętanych formach i kształtach, jednak patrząc na czystą kartkę mam wrażenie, że jest to punkt absolutnego startu.

Po co tak właściwie powstał ten wpis? Aby zamienić w litery te parę myśli. Taka treść, po napisaniu, po opublikowaniu, jest pewnego rodzaju świadectwem. Chciałabym, aby to z kolei nadało nową drogę temu blogowi: więcej tworzenia, mniej oceniania.

Więcej

Szopka

Zawsze uważałam siebie za osobę mobilną i elastyczną. Myślałam, że żadne zmiany mi nie straszne, że wszystko mogę potraktować jako wyzwanie. Teraz nie jestem w stanie stwierdzić, czy wyrosłam z tego, czy od początku myliłam się tak bardzo.

22 lata życia uciekły gdzieś, owocując dość miernie, nie zostawiając za sobą żadnego echa. Nie czuję ich tyle na karku. Zbyt słabo rozumiem ten świat, a ludzi chyba jeszcze słabiej. Nie nadążam za modami na nowe obyczaje, na obrażanie się o kolejne określenia. Krytykuję, bo co mi zostało. Parę pomysłów, gasnących z braku powietrza. Potrzebuję nauczyć się defragmentacji czasu w trybie pracy rzeczywistej. Albo transferu godzin: z dnia przepełnionego migreną lub innym czynnikiem odbierającym motywację, do dnia w którym nagle spotkają się wszystkie deadline’y, odgrywając swój kabaret.

Dorosłość. Chcę wypluć to słowo, bo strasznie nie lubię jego brzmienia. Nie to co niektórzy. Ludzie poważni. Krawacik lub szpileczki i poważna literatura, poważna muzyka, poważna sztuka i poważne życie. Nie wiem, czy istnieją naprawdę, ale widuję ich w różnych okolicznościach. Dorosłości z imieniem i nazwiskiem, ubrane w stroje najlepszej jakości i zwracające uwagę na każde niedociągnięcie. Kiedyś myślałam, że chodzi o trampki z niebieskimi sznurówkami – teraz widzę, jak ich oczy wędrują wzdłuż zagięć na ubraniach, przelewając się od odbijających się wokół słów – takich niepoprawnych, takich nieadekwatnych – aż do wizerunku w Internecie.

Jest Facebook, gdzie każdy pod swoim nazwiskiem prowadzi działalność promocyjną. Trzeba zrobić karierę, być profesjonalistą, zaplanować biznesy, zabłysnąć nazwiskiem i pozbierać klientów. Nie to co na forach internetowych parę lat temu, gdzie można było stać się kimkolwiek. Jakiś nick, obrazek zamiast zdjęcia wymuskanego w Photoshopie i po tym można było rozpoznać człowieka. Mam wrażenie, że ludzie zaczynają traktować Internet bardziej narzędziowo a mniej jak wielki i wspaniały świat z morzem możliwości. Po co tworzyć coś innego, skoro wszystko jest na Facebooku?

Dlaczego temu uległam? Wtedy to była chęć poznania nowego – taka adrenalina: „wpisuję swoje prawdziwe imię i nazwisko, dodam zdjęcie swojej twarzy – ciekawe, co się stanie”. Taka rozrzutność prywatnością była czymś nowym… a teraz stała się codziennością. Nie wychodząc z domu, wciąż obserwuję jak ludzie z mojego gimnazjum czy liceum żenią się i odzieciają. Anonimowość w internecie? Hahaha, prima aprilis.

Piszę tego bloga, choć czasami mam wrażenie, że pomimo wszystkiego, co napisałam o planach na jego rozwój, wciąż jest to wrzucanie słów do szuflady. Tylko, że takiej szuflady, którą każdy może sobie otworzyć, coś wygrzebać. Nie zrobi tego wielu blogerów, bo kogo interesuje moje szare życie – natomiast dla znajomych, zwłaszcza tych bliższych, będzie to dziwactwo. Dobrze jest być porządnym blogerem, wrzucającym inspirujące posty, takie motywujące do działania, zabawne lub dostarczające ciekawych informacji. O wiele gorzej być mną.

Nie zrozumiałam za dobrze reguł związanych z dorosłością. Kiedy pojawiają się trzy rzeczy do zrobienia naraz, dwie robię na odwal, a trzecią z opóźnieniem. Przepraszam za błędy i żałuję ich zrobienia, poprawiam i nie mam czasu na nic innego. Nie podoba mi się droga, którą idę, ale wciąż na nią odruchowo wracam – w końcu jest jedyną, którą w jakiś sposób poznałam. Wokół tylko ciemność zmarnowanych lat życia, w których powinnam się nauczyć chociaż fragmentu mapy.

I potem przychodzi obojętność. Bo emocje są zbyt dziecinne. Trzeba dorosnąć, powtarzać w kółko, że wszystko w porządku, zacząć w to wierzyć. Nikt nie lubi smutasów, najlepiej śmiać się ze wszystkiego i wszędzie, myśleć pozytywnie i z radością patrzeć na otaczający świat, tak jakby połowę widoku nie zasłaniała reklama suplementów odchudzania czy jakiegoś naprawiacza do poniszczonych paznokci, albo środka do usuwania nawet najgorszych plam z ubrań lub jeszcze wymiany opon albo także laserowej depilacji czy kredytów gotówkowych, chwilówek, promocji na pizzę lub tego, że już jutro w pobliskim markecie pierś z kurczaka taniej o dwadzieścia groszy.

Można zginąć pod tym szumem. Zwłaszcza w mieście, gdzie rdzenni mieszkańcy posiadają język poruszania się na przejściach dla pieszych tak, aby nie wpadać na siebie nawzajem i tak, aby nie zobaczyć przypadkiem dwa razy tej samej twarzy. Wciąż, kiedy pomylę drogę, wyciągam z kieszeni telefon, udaję, że właśnie ktoś zmienił moje plany, i zawracam, mając nadzieję, że każdy zainteresowany zauważył tę szopkę.

Więcej

Nieekskluzywność

Nie przeszkadzają mi głupkowate powiedzonka, jeśli nikt ich nie używa w rozmowach ze mną. Sytuacja zmienia się, gdy od jednej osoby mogę dowiedzieć się, że o gustach się nie dyskutuje, że prawda leży gdzieś na dachu, że winni się nie nudzą… Nie lubię też słyszeć, że cena znaczy jakość. Zwłaszcza od osób, które urodziły się w spodniach z Zary lub za młodu wpadły do kociołka z kawą ze Starbucksa.

O ile zgodzę się, że najczęściej za wyższą ceną kryje się produkt wyższej jakości, po prostu nie mogę przyznać racji tym, którzy odnoszą tę zasadę do wszystkiego jak popadnie. Być może oni potrafią wyczuć różnicę między serkiem homogenizowanym kupionym pojedynczo a tym w czteropaku. Może trzymają się z dala od wszelkich promocji i kodów rabatowych – bo jak przypadkiem zdarzy im się kupić coś o kilkadziesiąt groszy taniej, to stanie się to produktem bezwartościowym i trzeba będzie zarzucić zasłonę pogardy na całą markę, firmę, kraj pochodzenia i przypadkowych przechodniów. Czasem grosze zamieniają się w złote i światem Internetu trzęsie lament osób zhańbionych występowaniem ich drogiego i luksusowego zakupu w zwykłym supermarkecie. Tak, chodzi o torebeczki z Lidla. Cena produktu spadła tymczasowo, bo była to tylko promocja. Moim zdaniem, jakość pozostała na takim samym poziomie, na jakim była.

Wracając jeszcze do zwrotów, za którymi nie przepadam… Słyszałam wiele razy, że ludzie mniej majętni kompletnie nie potrafią rozporządzać swoimi finansami. Tak – nie mieli zbyt wielu okazji, aby nimi poszastać na lewo i na prawo, nie popróbowali powrzucać je w różne miejsca, nie ryzykowali. Dla mnie to jest usprawiedliwieniem dla nich – takim, jakiego nie dałabym ludziom bogatym, którzy przez całe życie jedli kanapki z hajsem i wciąż myślą, że jedynym kryterium wyboru produktu jest jego wysoka cena.

Ekskluzywność. Szpilki ze spodem w kolorze #f30c12, olejek do włosów z kupy skarabeusza, zegarek z brylantami zamiast godzin. Niewygodny, ale przecież szczęśliwi czasu nie liczą. Tak właściwie to drogich zegarków nie rozumiem najbardziej. Znaczy się – życie w przeświadczeniu, że zakupiony za co najmniej kilka tysięcy złotych czasomierz stanie się mega-cenną pamiątką rodzinną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie – mogłoby być długotrwałą ekscytacją dla kogoś wyjątkowo skupionego na wartościach rodzinnych. Co innego, gdy ktoś kupuje drogi zegarek tylko dlatego, że jest drogi.

To musi być naprawdę okropne – na każdym kroku pilnować swojej dłoni, aby nie zostać ofiarą potencjalnego złodzieja. Przypadkiem zalejesz zegarek wodą, to zaczyna się dramat – nawet jeśli producent zapewnił, że zegarek chodziłby nawet po stuletnim przeleżeniu na dnie Rowu Mariańskiego.

W ogóle to z biżuterią to jest śmieszna sprawa. Zwłaszcza z tą kupowaną dla kogoś. Dawno, dawno temu, był taki piękny zwyczaj, aby zamazywać ceny prezentów. Nie znam genezy tej tradycji, ale osobiście stosuję ją do dziś. Jest to najprostszy sposób, aby przekazać, że wybrało się coś ze względu na kojarzenie się z daną osobą – a nie na cenę, niezależnie czy była ona mała czy duża.

Zwłaszcza, że mogła być prawie żadna, przy niezwykłej wartości produktu. Na przykład koszt kartki papieru, na której umieściło się własnoręcznie zrobiony rysunek. Aj, no tak – dla niektórych jest to beznadziejny prezent, ponieważ daleko mu do ekskluzywności cenowej. To dotyczy wszelkiego rękodzieła, charakteryzującego się indywidualnością, pomysłowością i większymi możliwościami wyboru, np. koloru. Tylko że właśnie, tutaj pojawiają się dwie skrajne kategorie cenowe – twory zbyt drogie dla chyba każdego i zdecydowana większość, czyli dzieła za tanie, aby brać je na poważnie. Ręcznie szyte etui na telefon niekoniecznie musi być mniej trwałe od sklepowego, ale w tej cenie na pewno kryje się jakiś podstęp. Po co na przykład kupować tanio abstrakcję nieznanego malarza, skoro za odrobinę większą kwotę można mieć wydruk zdjęcia dzieła samego Pollocka.

Poza promocjami i rękodziełem jest jeszcze jedna, chyba największa, grupa rzeczy, których cena i jakość nie mają absolutnie żadnych powiązań. Są to produkty z drugiej ręki. Często ludzie sprzedają za bezcen swoje „nietrafione prezenty” a do ciucholandu dostają się ubrania zupełnie nowe, w cenie kilkunastu złotych za kilogram. Oczywiście są też sytuacje przeciwne – jak na przykład oszuści opychający podróbki ze słabych materiałów i o mniejszej wytrzymałości, nie mówiąc już o estetyce. W drugim obiegu nie ma miejsca na porównywanie cen – bierze się to, co spełnia wymagania jakościowe. Kurtka ma być ciepła i ładna, a nie ze znaczkiem; laptop sprawny i z dobrą specyfikacją a nie pierwszy na liście „sortuj po cenie malejąco”.

Bycie łowcą okazji jest wyzwaniem. Czujność na każdym kroku i niewypowiedziana niechęć ze strony firm, które widzą Cię tylko raz, to tylko część tej przygody. Jest jeszcze ta, o wiele większa, nienawiść na twarzach osób, które pewnego, pięknego dnia, kupiły coś bez zastanowienia (albo i z), po wyższej cenie.

Nie, nie kupiłam torebki z Lidla.

Więcej

Patrzę na Gdańsk

Powoli mija rok odkąd mieszkam w Gdańsku. Chciałabym umieścić w tym wpisie kilka refleksji i spostrzeżeń, które towarzyszyły mi przez ten czas. Zamieszkałam w mieście zupełnie różnym od tych najbardziej mi znanych – o odmiennym klimacie i o innych zwyczajach osób mijanych na ulicy. Czasami czułam się, jakbym zmieniła nie województwo a kraj – choć język pozostał ten sam.

Długo zastanawiałam się nad poniższymi treściami i doszłam do pewnego wniosku: nie będą pisać o Gdańszczanach. Opisując ludzi widzianych na ulicach użyję określenia „osoby z Gdańska”, jako że tak naprawdę nie jestem w stanie stwierdzić, jak wielu z nich mieszka tutaj na stałe. Przy okazji zaznaczę, że są to tylko moje obserwacje, dodatkowo zabarwione kontrastem ze wspomnieniami z Kielc i okolic. Ta modyfikacja jest do tego stopnia wyraźna, że mogłabym w sumie powiedzieć, że jest to pewnego rodzaju porównanie klimatu Gdańska do Kielc.

Zeszłego września przyjechałam do Gdańska i już tu zostałam. Wcześniej wydawało mi się, że najbardziej przytłaczająca będzie dla mnie nieznajomość historii tych terenów, której w przypadku takiego wielkiego miasta nie będzie się dało w żaden sposób nadrobić. Okazało się, że to tak naprawdę nie stanowi żadnego problemu. Ludzi, którzy znają każdy kąt i potrafią coś opowiedzieć o wszystkich budynkach jakie się im wskaże, jest naprawdę niewielu. Po jakimś czasie to ja zaczęłam wskazywać, gdzie jest najbliższy punkt ksero, w którą stronę na lotnisko, jakim środkiem transportu najłatwiej dostać się do Sopotu. Ostatecznie samą historię liznęłam do tego stopnia, aby nie wstydzić się w razie gdyby jakiś znajomy chciał zostać oprowadzony po okolicy.

Bo Gdańsk jest miastem bardzo lubianym. Pomimo tego, co w dowcipach mówi się o przyjaźni z Gdynianami, nie słyszałam złego słowa o tym mieście. „Jestem z Gdańska” brzmi hasło, pojawiające się na plakatach i wszelkiej innej formie reklamowej. Lokalny patriotyzm – ale taki dobry, polegający na cieszeniu się z tego, że mieszka się w miejscu pięknym i o bogatej tradycji i historii. W social mediach każdy chce być bardziej gdański niż Neptun na Długim Targu. A miasto wydaje się reagować na tak wysoko postawioną barierkę atrakcyjności w sposób całkowicie odpowiadający obywatelom.

Wydarzeń kulturalnych jest cała masa. Czasem w ciągu jednego dnia potrafi odbyć się ich kilka. Są galerie, muzea, teatry, opera, filharmonia – w przypływie nagłego niedoboru kultury zawsze znajdzie się miejsce, w które można pójść. Oczywiście zwyczajne spacery również mają tutaj swój urok.

Zbliża się jesień i po raz pierwszy w życiu bardzo cieszę się z tego powodu. Gdańsk jest niesamowity w ciepłych barwach opadłych liści. Niemniej piękny jest, kiedy wszystko zostaje przykryte śniegiem, a kolorowe światełka odmraczniają trwającą dłużej noc. Gdańsk jest cudowny wiosną, kiedy plaże są puste i zimne, a wiatr roznosi wszędzie zapachy kwitnących drzew. Wbrew temu, co pewnie wyobraża sobie większość turystów, lato jest tą najbrzydszą porą Gdańska. Nagle pojawia się zbyt wielu ludzi, zaraz jest Jarmark, zalewający kiczem całe Stare Miasto. Poza tym, upał sprawia, że wszystko robi się takie leniwe. Latem to miasto traci część uroku pozostałych pór roku i staje się zwykłym punktem turystycznym.

Jednak pozostało we mnie jeszcze dużo z turysty. Jest tym przede wszystkim wieczny zachwyt morzem – jego kolorem, ruchem fal, krawędzią łączącą z niebem. Dla wielu ludzi z Gdańska to widok zwykły – ja dostrzegam w tym więcej niż odrobinę magii.

Przemierzając Gdańsk, po jakimś czasie zaczęłam wyrabiać pewne teorie i potwierdzać je lub skreślać. Jak już pisałam, to miasto zaskoczyło mnie tym, jak żywe są jego ulice. Materiału do obserwacji było więc aż nadto.

Przede wszystkim – tutaj nie dostrzega się aż tak bardzo starzenia się społeczeństwa naszego kraju. Wciąż miejsca publiczne pełne są emerytów – jednak nikną oni w tłumie napływających z okolicznych terenów uczniów i niekoniecznie okolicznych – studentów. Do tego dochodzą turyści i średnia wieku nagle spada o połowę.

Otwarcie przyznam się, że nie jestem w stanie powiedzieć czegoś konkretnego o pokoleniach starszych od mojego. Za to patrząc na moje pokolenie dostrzegam całkiem sporo wizualnych różnic pomiędzy ludźmi z Gdańska i z Kielc.

Przede wszystkim – większość mijanych na ulicy ludzi ma bardzo podobne do siebie zestawy ubrań. Z moich obserwacji wynika, że większość tutejszej młodzieży ubiera się w sieciówkach. Nie jest to niczym dziwnym – galerie stoją gęsto i jest ich coraz więcej. Poza tym, nie zauważyłam ciekawej oferty ze strony ciucholandów. Odzież używana w wielu z nich nie różni się znacznie ceną od nowej i w większości prezentuje się bardzo nieciekawie. Ludzie w Gdańsku też mają na tyle dobre wyczucie estetyki, aby nie nosić typowych ubrań z bazaru – tych wszystkich bluzek z napisami typu „sweat make me sexi” czy spodni z cekinami.

Być może nie dostrzegłabym tego, że w Gdańsku praktycznie nie istnieją dziewczyny w luźnych spodniach. Uświadomiła mi to koleżanka (Gdańszczanka), kiedy po jakimś czasie przyznała się, że na mój widok zadała sobie pytanie „czy urwałam się z choinki”. Tutaj wszystkie kobiety (naprawdę wszystkie – no poza tymi, które się urwały z choinki) chodzą albo w legginsach, albo w tregginsach, albo w jegginsach (na potrzeby tego wpisu zaopatrzyłam się w nowy zestaw słówek związany z modą – nie gryźcie, jeśli użyłam ich w jakikolwiek sposób niepoprawnie), albo co najwyżej w spodniach typu „rurki”. Te szerokie, poszerzane czy „dzwony” wyszły z mody jeszcze zanim powstała Galeria Bałtycka.

Inną cechą charakterystyczną są duże słuchawki na uszach ludzi w Gdańsku. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam kogoś z takimi typowo komputerowymi, pomyślałam, że chce się on popisać. Potem zrozumiałam, że nie jest to widok niezwykły. Wydaje mi się, że ludzie tutaj w znacznie mniejszym stopniu przejmują się tym, jak zostaną odebrani przez społeczeństwo, a łatwiej im skupić się na sobie i swojej osobistej wygodzie (oczywiście nieszkodzącej innym). Jest to kolejna rzecz, która naprawdę spodobała mi się w Gdańsku.

Ludzie tutaj są bardzo praktyczni, czemu sprzyjają ich dostrzegalnie wyższe zarobki. Kiedyś, stojąc na przystanku tramwajowym ułożyłam sobie w głowie zadanie: znaleźć pośród ludzi wokół mężczyznę, który będzie miał na sobie niemarkowe buty. Nie było łatwo. Dzięki temu, że zimy w Gdańsku są raczej łagodne, niektórzy chodzą w jednej parze butów przez cały rok – a przynajmniej na to wskazują te same adidasy na ludziach latem i zimą. Dziewczyny z kolei chętnie paradują w Conversach lub Vansach – czego w Kielcach naprawdę niełatwo się dopatrzeć. Na ogół ludzi stać tutaj na lepsze buty, które wymienią dopiero po kilku latach.

Co jest dość zadziwiające – do tych raczej lekkich butów, ludzie już wczesną jesienią zaczynają dobierać puchowe i ciepłe kurtki zimowe. Wystarczy, że temperatura spadnie poniżej dwudziestu stopni a już można spodziewać się grubo poubieranych przechodniów. Już teraz, pod koniec sierpnia, zdarza mi się dostrzegać na ulicy takie „okazy”.

Pomimo podobieństwa ubiorowego, zauważyłam pewną odwagę w modyfikowaniu wizerunku ludzi w Gdańsku. Wiadomo – ci z tatuażami i kolczykami są wszędzie. Nie spotkałam jednak do tej pory w żadnym innym mieście sytuacji, gdzie sprzedawca w piekarni nie zakrywa wzorów na przedramieniu długim rękawkiem. To w Gdańsku zanotowałam chyba wszystkie możliwe kolory włosów – łącznie z zielonym, błękitnym i szmaragdowym. Podobno Polska jest krajem szaroburym. Na pewno nie Gdańsk!

Tutaj ludzie wydają się wręcz tryskać energią. Nie pamiętam niezimowego dnia, w którym nie zobaczyłabym ani jednego biegacza na gdańskich chodnikach. Rowerzystów jest jeszcze więcej, co uzasadnione jest mnóstwem udogodnień dla nich. Smutne jest to, że wielu z nich wydaje się kpić sobie z tych możliwości. Jeśli ścieżka rowerowa znajduje się tylko po jednej stronie ulicy, to często te kilka dodatkowych metrów staje się powodem, aby taki kolarz wybrał sobie trasę chodnikową, slalomem pomiędzy pieszymi. Rowerzyści tutaj wręcz kochają chodniki i nawet po ukończeniu dziesiątego roku życia, nie zjeżdżają z nich na pobocza (w przypadku braku ścieżki rowerowej).

Najogólniej – lubię Gdańsk. Choć czasem czuję, że trochę tutaj nie pasuję, że jestem taką szarą kropką pośród barwnych pól – czuję się w tym mieście naprawdę dobrze. Tylko tutaj zdarza mi się porzucać plany emigracyjne, tutaj wraca do mnie jakikolwiek patriotyzm, poczucie że ten kraj nie jest jeszcze całkowicie zgniły i zmiętoszony.

To była taka trochę dłuższa odpowiedź na pytanie „jak tam u Ciebie nad morzem?”.

Więcej

Zły Internet chce cię zjeść

Nie jestem specjalistką od żadnej z nauk społecznych, jednak kiedy słyszę hasło „uzależnienie od komputera/internetu”, sama nie wiem, co o tym sądzić. Wiele osób wypowiada się na ten temat w sposób niezrozumiały dla mnie. Piszą na przykład, że czują, że gapienie w ekran stało się dla nich nałogiem, bo do późnej nocy trzymają włączonego peceta, a rankiem pierwszą rzeczą jaką robią jest naciśnięcie przycisku zasilania. Gdyby omawiana tutaj czynność rzeczywiście polegała na bezwiednym patrzeniu się w pusty ekran, zrozumiałabym nazywanie tego uzależnieniem. W rzeczywistości po włączeniu komputera chyba każdy wykonuje całą masę akcji – nawet jeśli dla zewnętrznego i niewtajemniczonego obserwatora jego działanie ogranicza się jedynie do naciskania przycisków klawiatury i przesuwania myszy.

Codziennie spędzam wiele godzin przed komputerem. Część z nich to praca, część odpoczynek. Nie jestem uzależniona. Nie mam problemu z kontrolowaniem przeznaczonego czasu na jedno i drugie – a na pewno nie w większym stopniu niż na te same rodzaje czynności w świecie pozawirtualnym. Wybieram Internet w miejscu innych form spędzania czasu, ponieważ jest bogatszy niż większość z nich. Szukając informacji na jakikolwiek temat w prawie każdym przypadku prędzej znajdę odpowiednie źródło w Sieci niż w bibliotece. Wybierając wirtualną rozmowę ponad spotkaniem twarzą w twarz oszczędzam cały ten czas potrzebny na przygotowanie się, ustalenie miejsca i czasu, dojazd.

Czasem spędzę więcej czasu na Facebooku czy Twitterze, przeglądając wypowiedzi innych. Na ogół jest to taki nieproduktywny czas, kiedy jestem na tyle zmęczona, że i tak nie byłabym w stanie skupić się na czymkolwiek. Zamiast więc tracić czas na czytaniu dwadzieścia razy tego samego zdania tradycyjnej książki, przechodzę do kolejnych kart przeglądarki. Zmiany na ekranie rozbudzają, pozwalają wbrew pozorom łatwiej się skupić. A ja mam na ogół ogromne trudności ze skupieniem.

Podobno gry komputerowe uzależniają. Dlaczego nikt nie twierdzi, że sport uzależnia? Obie aktywności sprawiają chwilową przyjemność i na dłuższą metę rozwijają. Obie obfitują w uczucia satysfakcji i porażki. Różnica jest tylko taka, że sport wymaga wysiłku fizycznego a gry psychicznego.

Gdyby tak rozdzielić wreszcie pojmowanie czasu spędzanego przed komputerem na poszczególne czynności, rozmowa o uzależnieniach zaczęłaby być wreszcie trochę bardziej precyzyjna. Czy można powiedzieć, że ktoś jest na przykład uzależniony od samego Facebooka? Że jak wchodzi na tę stronę, otwiera w nowych kartach wszystkie zdjęcia kotów i uparcie czyta komentarze pod nimi i to tak bardzo go pochłania, że nie jest w stanie przestać. Otwiera kolejne i jeszcze następne koty i za każdym razem obiecuje sobie, że ten będzie ostatnim. Trochę dziwna sytuacja. O jakim uzależnieniu więc mówimy?

Internet jest olbrzymim źródłem wiedzy. Ponadto jest wyjątkowo przekaskrawionym zobrazowaniem świata realnego i zjawisk społecznych w nim występujących. Widać to w zaciekłych dyskusjach – których nie sposób spotkać w realnym świecie – a nie da się przeoczyć w tym wirtualnym. Ludzie po części są przekontrastowanymi awatarami siebie, po części kimś zupełnie innym. Ogólnie to mogą być kim chcą.

A świat materialny nie tworzy takiej możliwości. Nie ma „kowalowania” swojego losu – każdy rodzi się z metką na czole, nazwiskiem i zawartością portfela. Większość z tych rzeczy da się w ogromnym stopniu zmienić, ale rzeczywisty efekt pracy nad takimi modyfikacjami nigdy nie jest pewny. Kiedy natomiast można od zera wykreować swój wizerunek, zmienić go w każdej możliwej chwili lub po prostu skasować i stworzyć na nowo – aż trudno narzekać na takie możliwości.

Społeczności internetowe oceniają też o wiele bardziej przyjaznymi kryteriami. Nikogo nie obchodzi wygląd, kolor oczy, włosów czy szalika – liczy się to, co dany człowiek reprezentuje swoimi wypowiedziami. Co mniej internetowi skupiają się jeszcze na nawiązywaniu do awatara czy jego braku – ich opinia jednak nie ma znaczenia, nie znają się. Oczywiście i tutaj nie trudno natrafić na przejawy chamstwa i prostactwa – czy w świecie „realnym” jest jednak inaczej?

Wszystkie różnice jakie mogę wymienić przemawiają na korzyść Internetu. Napisy na murach nie posiadają przycisku „zgłoś do moderatora”, a billboardów na ulicach nie da się wyłączyć AdBlockiem. Irytującego człowieka zdecydowanie łatwiej wywalić ze znajomych lub zablokować niż zepchnąć ze schodów – choć tego drugiego nie testowałam, więc mogę nie mieć racji.

Komputer podobno uzależnia. Jak narzędzie może uzależniać? Najlepsze jest to, że w czasach, kiedy chyba większość zawodów używa komputera, pojawiają się wciąż osoby, które nie widzą niczego śmiesznego w pytaniu: „A co jeśli kiedyś na świecie skończy się prąd i zostaniesz bez pracy?”. Gdyby pewnego, słonecznego dnia, nagle zgasły wszystkie urządzenia elektroniczne, być może ktoś zapłakałby, że współczesny architekt nie potrafi zaprojektować czegoś bez Autocada, a grafik bez Photoshopa. Że nagle wszyscy programiści stali się zupełnie bezużyteczni. Większość społeczeństwa za to pogrążyłaby się w chaosie, bo oto wysiadły wszystkie systemy bankowe, urządzenia zapewniające bezpieczeństwo i łączność. A co by się wtedy działo, to już pytanie dla fantastów – zwłaszcza takich poruszających się w tematach post-apo.

Więcej