Tag: niemcy

Frankonia – czyli podróż w przeciwnym kierunku

Jak tylko media przestały interesować się pandemią, a ludzie uznali, że można swobodnie opuścić swoje dotychczasowe pieczary, Alpy zatrzęsły się od nadmiaru turystów. Mieszkańcy Bawarii i okolic tłumnie ruszyli na południe, aby wreszcie spędzić aktywnie czas w ukochanych Alpach. I to jest zupełnie zrozumiałe! Zdrowie psychiczne jest równie ważne co to fizyczne, a długie przebywanie w niewoli własnego mieszkania mogłoby na stałe odbić się negatywnie na psychice dotychczasowych górołazów.

Niestety pociągi, ze swoją ograniczoną pojemnością, zaczęły utrudniać zachowywanie wymaganego odstępu i tym samym zniechęcać do ich wyboru jako środek transportu. Długie korki na głównych trasach, zapełnione parkingi, wcale nie zachęcały jednak do przesiąścia się na samochód. W takim razie ja proponuję inną strategię – zmienić kierunek i ruszyć na północ!

W tym wpisie chciałabym powrócić do tematu miejskich wycieczek z Monachium, ale tym razem skupić się na konkretnym regionie – na Frankonii. Kraina ta leży w północnej części Bawarii (częściowo zajmuje i dwa inne landy) i jej największym miastem jest Norymberga. Dzisiaj zaproponuję trasę z Monachium, zakładającą oszczędzenie na przejazdach i spędzenie odpowiedniej ilości czasu w każdym z miast. Oczywiście każde z tych miejsc można odwiedzić osobno, lub połączyć wyjazd z innymi miastami. Tutaj sprezentuję „gotowca” spokojnie nadającego się do wszelkich modyfikacji!

Mój plan był taki: 4 dni – 3 miasta – dwa bilety na pociąg. Konkretnie – dwa bilety w ofercie Bayern Ticket, o których pisałam w poprzednim wpisie. W tej wersji odwiedzamy Norymbergę, Bamberg i Bayreuth, spędzając wszystkie trzy noce w jednym hotelu lub hostelu w pierwszym wymienionym mieście. Dodatkowym atutem jest możliwość pozostawienia bagażu w szafce na dworcu w Norymberdze, dzięki czemu można zwiedzać “bez tobołów”.

Dzień 1: wyjazd pociągiem z Monachium, przesiadka w Norymberdze, dojazd do Bambergu, zwiedzanie miasta, powrót do Norymbergi.

Dzień 2 i 3: zwiedzanie Norymbergi

Dzień 4: przejazd do Beyreuthu, zwiedzanie miasta, powrót do Monachium

Zanim przejdę do opisu poszczególnych miejsc, jeszcze jedna wskazówka: wybierając połączenie kolejowe z Monachium, warto zwrócić uwagę na czas przejazdu i liczbę przesiadek. W ramach Bayern Ticket można przejechać również pociągiem Regio Express, który pokonuję trasę Monachium-Norymberga w zaledwie 1:45 h. Pozostałe opcje mogą zabrać dwa, albo nawet trzy razy więcej czasu. Dalszy przejazd nie daje już takich możliwości wyboru, jednak w obu przypadkach powinien trwać poniżej godziny.

Bamberg

Historyczne miasto, wpisane na listę zabytków UNESCO, nie bez powodu przyciąga wielu turystów. Jego wąskie uliczki są zupełnie prześliczne, a historyczne budynki cieszą oko dawną konstrukcją i wyjątkową estetyką. Wiele z nich to średniowieczne i nowożytne  autentyki, ponieważ miasto nie zostało zniszczone podczas wojny.

Widokówką miasta jest Stary Ratusz i budynek zdecydowanie zasługuje na ten tytuł. Co jest w nim takiego interesującego? Przede wszystkim to, że został wybudowany na rzece, konkretniej na lewej odnodze rzeki Regnitz. Architektura budynku jest fantastyczna – z jednej strony dobudowana przepiękna konstrukcja z muru pruskiego, z drugiej malowidła (obecnie odtworzone). Całość można podziwiać, siedząc na szerokiej barierce mostu i popijając słynne bamberskie piwo wędzone Aecht Schlenkerla, wydawane z okienka obok.

Jeśli chodzi o muzea i zabytki, zdecydowanie polecam odwiedzenie obiektu o nazwie Alte Hofhaltung. Jest to zespół budynków dawnego dworu biskupiego, obecnie mieszczące muzeum miasta, które w ciekawy sposób przybliży jego historię. Obok znajduje się Nowa Rezydencja biskupów książęcych, w której obecnie można podziwiać głównie niemieckie obrazy barokowe. A, i oczywiście bogato dekorowane wnętrza budynku. Po wyjściu wiele osób decyduje się na odpoczynek w mieszczącym się obok ogrodzie różanym. Kolejnym punktem wycieczki może zostać katedra, zlokalizowana przy tym samym placu.

Mając do dyspozycji więcej czasu, można odwiedzić miejsca, do których ja nie zdążyłam dotrzeć – zamek Altenburg, mieszczący m.in. ogródek piwny albo pojechać do pobliskiej wsi Memmelsdorf, obejrzeć zamek Seehof. Przeznaczając jeszcze więcej czasu na odwiedzenie tego miasta, zdecydowanie warto spędzić również trochę czasu na łonie natury, spacerując po pobliskich terenach zielonych.

Norymberga

Norymberga, po niemiecku Nürnberg, to duże, półmilionowe miasto o bardzo bogatej i zróżnicowanej historii. Powiedziałabym wręcz, że historycznie i architektonicznie jest ono o wiele ciekawsze od Monachium. Niestety tym razem w przypadku większości budynków mamy do czynienia z odbudową, ponieważ miasto dotkliwie ucierpiało pod koniec drugiej wojny światowej. Z tego powodu centrum stanowi mieszankę zupełnie współczesnej architektury oraz zrekonstruowanych zabytków.

Wydaje mi się, że większość Polaków kojarzy Norymbergę wyłącznie z procesami zbrodniarzy wojennych, ewentualnie ze zjazdami hitlerowców. Warto jednak poznać i te jasne karty historii tego miasta, zwłaszcza jeśli zgłębimy się w historię o wiele dawniejszą, sięgającą jeszcze wczesnego średniowiecza. Norymberga stanowiła ważny ośrodek handlowy, była o wiele ważniejszym miastem niż Monachium. Szczególny rozkwit miasto przeżyło w czasie renesansu. Później w historii zapisały się liczne         wojny szarpiące miastem i odbijające się na jego bogactwie.

Dopiero na początku XIX wieku Norymberga została włączona do Bawarii, stając się jej drugim największym miastem. Zupełnie nie dziwi mnie, że Hitler wybrał sobie Norymbergę dla swoich zjazdów partyjnych. Wydarzenia te przyciągały miliony ludzi z całego kraju, aby utrwalić propagandę nazistowską. To także w tym mieście podpisywane były ustawy odbierające kolejne prawa nie-Aryjczykom. Ostatecznie, już po wojnie, Norymberga stała się miejscem procesów ludzi zaangażowanych w zbrodnie wojenne.

Przytaczając tutaj, bardzo skrótowo, historię miasta, chciałam wskazać, jak wiele ma ono obecnie do zaoferowania. Z jednej strony można zwiedzić średniowieczne i nowożytne zabytki, z drugiej dowiedzieć się czegoś więcej o czasach drugiej wojny światowej. Myślę, że najlepiej będzie iść zgodnie z chronologią wydarzeń.

Zacznijmy od zamku Kaiserburg, ponieważ to on spogląda majestatycznie z góry na miasto. Warto wybrać się na spacer w jego kierunku, ponieważ to tam mieści się świetny punkt widokowy. Wnętrza obiektu są również ciekawe, ale mając niewiele czasu, można z nich zrezygnować. W czasie obostrzeń związanych z pandemią bardzo ograniczono tam liczbę zwiedzających na przypadających na każdą salę, przez co odwiedzający jest raz poganiany, a innym razem musi spędzić długie minuty, czekając w kolejce.

W Norymberdze znajdują się dwa bardzo ładne kościoły – św. Wawrzyńca i św. Sebalda, zwłaszcza jeśli uwielbia się surowe, gotyckie wnętrza, udekorowane sączącym się przez wąskie witraże światłem. Kościoły te są bardzo do siebie podobne, przez co urosło wokół nich wiele legend, opowiadających m.in. o rywalizujących ze sobą architektach.

Aby poznać dawne dzieje miasta, zdecydowanie warto odwiedzić Fembohaus. Warto też wspomnieć, że Norymberga to miasto artysty Albrechta Dürera, który również ma tutaj swoje muzeum. Tak, to ten przepiękny budynek z muru pruskiego, w samym sercu miasta. Jednym z najczęściej fotografowanych punktów miasta jest uliczka Weißgerbergasse, a kolejnym punktem widokowym wartym odwiedzenia jest niewielkie zadaszenie u podnóża zamku, naprzeciwko domu Albrechta Dürera.

Jeszcze jednym ciekawym miejscem, zanim przejdziemy do historii dwudziestowiecznej, jest Germanisches Nationalmuseum – ogromne muzeum, w którym można by było spędzić cały dzień, poznając historię dawną i oglądając liczne wystawy. Obok znajduje się Nowe Muzeum, skupione na sztuce współczesnej i designie. Zdecydowanie obowiązkowe do odwiedzenia przez wszystkich, którzy lubią obcować ze sztuką współczesną.

Aby odwiedzić obiekty związane z historią nazizmu w Niemczech, najłatwiej wsiąść do tramwaju, który zawiezie bezpośrednio Centrum Dokumentacji i Tereny Zjazdów Partii Nazistowskiej. Muzeum, które tam utworzono, opowiada w sposób kompleksowy i nowoczesny (multimedialny) o tym, co działo się tam w czasie drugiej wojny. Warto przeznaczyć na nie więcej czasu, jeśli chce się przeczytać wszystkie dostępne teksty albo odsłuchać w całości audio przewodnika.

Oprócz ogólnego zarysu historii, którą wielu odwiedzających zna już z innych źródeł, muzeum opowiada o samych zjazdach – ich organizacji, przebiegu, skutkach. Wiele dostępnych źródeł historycznych potwierdza, jak wielkie były to wydarzenia. Trudno uwierzyć, że tak wielu ludzi uwierzyło w propagandę nazistowską, praktycznie czcząc Hitlera jak bohatera lub zbawcę. Wystawa zdecydowanie emocjonuje i zmusza do refleksji, zadawania pytań.

Ciekawą opcją, z której ja nie skorzystałam ze względu na brak czasu, jest oprowadzanie z przewodnikiem, po rozległych terenach zjazdowych. Nie zdążyłam również odwiedzić Memorium Procesów Norymberskich. Miejsce to powinno zainteresować przede wszystkim miłośników historii.

Miasto jest ucieleśnieniem historii, bogata historia czyni miasto wyjątkowym. Myślę, że układając plan podróży po Niemczech i mając do wyboru Monachium albo Norymbergę, zdecydowanie poleciłabym to drugie. Po długim zwiedzaniu można przejść się wokół jeziora Wöhrder See, lub zgubić się gdzieś pomiędzy średniowieczem a współczesnością tego miasta.

Bayreuth

Prawdopodobnie nazwa tego miasta może skojarzyć się osobom obeznanym w muzyce klasycznej. Reszcie najpewniej nie będzie nic mówić, ponieważ zdecydowanie nie jest to promowana wszędzie pułapka na turystów. Czasem jednak to właśnie takie niepozorne miasteczka potrafią zaskoczyć.

Dla mnie głównym powodem odwiedzenia tego miasta był budynek Opery Margrabiów – świetnie zachowany przykład architektury barokowej. Gdy tylko obejrzałam zdjęcia jej wnętrza w internecie, wiedziałam, że będę musiała również zobaczyć je na własne oczy. Było warto!

Najlepszą jednak rzeczą, podczas zwiedzania tego miasta, był przypadkowy spacer z przewodnikiem. Zupełny przypadek sprawił, że natknęłam się na panią z miejskiej informacji turystycznej, czekającą na zgromadzenie się grupy, która z powodu deszczu zupełnie się wykruszyła. Dzięki temu udało mi się dowiedzieć o wiele więcej o historii tego miasta oraz najważniejszych postaciach z nim związanych.

Na początku tej części wpisu wspomniałam, że Bayreuth może skojarzyć się z muzyką. To właśnie tutaj tworzyli światowej sławy kompozytorzy: Richard Wagner i Franz Liszt. Oczywiście obu poświęcono muzea, opowiadające o życiu i twórczości artystów. Duża część ekspozycji poświęcona jest postaci Cosimy Wagner, dość kontrowersyjnej kobiety, budzącej raczej negatywne emocje.

Miasto Bayreuth ma zresztą smutną historię, na której kartach zapisały się takie wydarzenia jak pogrom Żydów podczas Nocy Kryształowej w listopadzie 1938. Było to zresztą jedno z ulubionych miast Hitlera i chętnie je odwiedzał. Zabytkowa synagoga przetrwała prawdopodobnie wyłącznie dzięki sąsiedztwu budynku opery, przez co nikt nie odważył się jej spalić. Obecnie budynek znowu pełni swoją funkcję i jest najdłużej działającą synagogą w Niemczech.

Myślę, że ten krótki opis powinien zachęcić każdego miłośnika kultury i historii do odwiedzenia opisanych miast. Będąc w Monachium, zdecydowanie warto wyruszyć na północ i zobaczyć, co do zaoferowania ma ta część Bawarii.

Ale to nie wszystko!

Powinnam oczywiście wspomnieć o niesamowitej przyrodzie tego miejsca i niezliczonych możliwościach spacerów, wypraw rowerowych czy nawet dłuższych eskapad na łono natury. Jednym z takich miejsc jest przepiękna Szwajcaria Frankońska, zlokalizowana pomiędzy Norymbergą a Bayreuthem. Malownicze ścieżki piesze spokojnie mogą konkurować z wyprawą w Alpy, zwłaszcza teraz, kiedy chce się uniknąć tłumów.

Zdecydowanie jest dokąd iść i żadna liczba dni spędzonych na wakacjach we Frankonii nie będzie za dużą. Ja również chętnie tam nie raz wrócę – zarówno odkrywając nowe miejsca, jak i „na nowo odkrywając” to, co zachwyciło mnie za pierwszym razem.

Więcej

Dokąd na weekend z Monachium? Kilka propozycji wycieczki

Bilety do Monachium kupione, hotel zabookowany na rok z wyprzedzeniem, a tu odwołali Oktoberfest? A może część z Was, tak jak ja mieszka w Monachium, i również chciałaby poznać okoliczne miasta, bawarską kulturę i historię tej części Niemiec? Czy może nawet pojechać trochę dalej, w końcu umiejscowienie Monachium na mapie Europy daje nieskończenie wiele możliwości!

W tym wpisie skupię się na miejscach, które można odwiedzić w jeden dzień, korzystając z oferty Bayern Ticket. Jest to bilet całodzienny, ważny na wszystkie pociągi regionalne (Regio, Regio Express, Agilis, Meridian, BOB… link do pełnej listy tutaj) w Bawarii (a także kilka wyjeżdżających poza region czy kraj) oraz na komunikację publiczną w bawarskich miastach. Bilet kosztuje 25 euro za pierwszego pasażera i 7 euro za każdego kolejnego, do pięciu osób razem i jest ważny na dowolną liczbę przejazdów wybranego dnia. Od poniedziałku do piątku bilet obowiązuje od godziny 9 rano do 3 w nocy następnego dnia, natomiast w weekendy i święta już od początku doby. Wykonując prostą kalkulację widać, że bilet opłaca się już podróżując w pojedynkę, a w grupie jest to już czysta oszczędność w porównaniu z biletami pojedynczymi.

Oczywiście do wszystkich tych miejsc można dojechać również samochodem a często i autobusem. Pociąg jest jednak najekologiczniejszą formą transportu, dowiezie Cię z centrum do centrum, a w Niemczech bardzo rzadko zawodzi. Niemieckie pociągi są czyste, zawsze wyposażone w toaletę i zdecydowanie zachęcają do korzystania z nich. Jeśli masz możliwość wybrać pociąg – wybierz pociąg!

Ratyzbona (Regensburg)

Wbrew temu co myślałam na początku, nazwa miasta nie jest związana z deszczem (der Regen) a z nazwą odpływu Dunaju – Regen. Stare Miasto w Regensburgu jest wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO, co jest praktycznie zawsze sugestią, że warto je odwiedzić. Jak się okazuje, zostało ono świetnie zachowane i do dzisiaj można zobaczyć tam naprawdę mnóstwo przepięknych i wartościowych zabytków.

Jednym z nich jest gotycka katedra św. Piotra, o nietypowej i zapamiętywalnej fasadzie czy Stary Ratusz. Kamienny most oraz miejskie bramy to pozostałości dawnych czasów, które zdecydowanie warto zobaczyć. Świetnym miejscem, aby poznać historię miasta, jest oczywiście miejskie muzeum historyczne. Aby jeszcze Was zachęcić do jego odwiedzenia dodam, że zlokalizowano je w dawnym klasztorze Minorytów, więc oprócz artefaktów historycznych, można również podziwiać samą architekturę.

Jeszcze jednym powodem, aby odwiedzić Regensburg, jest nowowybudowany nad Dunajem obiekt Haus der Bayerischen Geschichte. Jest to zupełnie współczesna bryła, mieszcząca w środku kilka instytucji, w tym bardzo ciekawe i nowoczesne muzeum historii Bawarii. Warto mu poświęcić co najmniej kilka godzin, zwłaszcza jeśli chce się wnikliwie poznać tradycję, kulturę oraz najważniejsze postacie regionu. Myślę, że chcąc dobrze poznać Bawarię, warto właśnie tutaj zacząć swoją przygodę.

Dojazd z Monachium: półtora godziny

Salzburg

Do Salzburga mogłabym wracać wiele razy. Wiele osób wybiera to austriackie miasto ze względu na liczne szlaki górskie. Samo miasto jest jednak niezwykle malownicze i oferuje wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. Pierwszym z nich jest oczywiście zamek Hohensalzburg, który widać z niemal każdego punktu miasta. W środku znajdują się ekspozycje muzealne oraz zachowane sale, komnaty arcybiskupie.

Moim zdaniem, dużo piękniejszym punktem widokowym jest taras Muzeum Sztuki Współczesnej, ponieważ daje on spojrzenie zarówno na architekturę miasta jak i na sam zamek. A muzeum zdecydowanie warto odwiedzić! Byłam tam już dwa razy i za każdym zachwyciły mnie zupełnie inne wystawy czasowe. Salzburg to też miasto Mozarta, więc jego fani zdecydowanie znajdą tam coś dla siebie.

Przy intensywnym zwiedzeniu Salzburga warto kupić SalzburgCard. Oprócz darmowych wstępów do muzeów oraz przejazdów komunikacją publiczną, otrzymuje się również przejazd kolejką linową na górę Untersberg, który normalnie kosztuje prawie tyle co sama karta. A będąc już w górach, nawet bez odpowiednich butów, zawsze warto chociaż trochę z tego skorzystać.

Dojazd z Monachium: poniżej dwóch godzin
Uwaga! Warto być na dworcu w Monachium trochę wcześniej, ponieważ pociąg odjeżdża z odległego peronu.
W Austrii Bayern Ticket nie zapewnia komunikacji miejskiej po mieście
.

Neuburg an der Donau i Ingolstadt

Postanowiłam połączyć te dwa miasta w jeden podpunkt, ponieważ odwiedziłam je tego samego dnia, co wydaje mi się zupełnie optymalne. Neuburg to niezwykle malownicze miasteczko na zachód od Ongolstadt. Głównym powodem jego popularności wśród turystów jest renesansowy pałac z pięknymi malowidłami ściennymi. Samo miasto ma jednak równie dużo do zaoferowania – spacerując po krętych uliczkach można podziwiać piękne dekoracje budynków.

Do Ingolstadt wiele osób przyjeżdża na zakupy lub w celu odwiedzenia Muzeum Audi. Z bardziej architektoniczno-kulturalnego punktu widzenia, zdecydowanie polecam spacer po historycznej części miasta, zaglądając do Kościoła Maria de Victoria i koniecznie przechodząc przez bramę Kreuztor.

Dojazd z Monachium: ponad godzina

Augsburg

O Augsburgu mogłabym napisać osobny post, a wielu napisało całe książki. To miasto po prostu trzeba odwiedzić, najlepiej nie raz, a kilka. Gwarantuję, że każdy miłośnik kultury i sztuki znajdzie w nim coś dla siebie. Miasto jest przede wszystkim prześliczne. Moim (i nie tylko moim) architektonicznym faworytem jest tak zwany Weberhaus. Budynek ponadstuletni, z niezwykle pomalowaną fasadą, potrafi wzbudzić prawdziwy zachwyt.

W mieście znajduje się też wiele ciekawych kościołów oraz muzeów historycznych. Jednym z nich jest Maximilianmuseum, gdzie szczególnie zainteresowały mnie drewniane modele młynów. Dla fanów malarstwa barokowego Schaezlerpalais będzie zdecydowanym „must see”. Zdecydowanie świetną opcją jest odwiedzenie punktu widokowego na wieży Perlachturm.

Nietypowym i oryginalnym przeżyciem będzie na pewno odwiedzenie muzeum Augsburger Puppenkiste, teatru kukiełkowego. Wbrew pozorom, nie jest to miejsce targetowane tylko do dzieci!

Moim faworytem jest jednak Fuggerei. Jest to nietypowe osiedle kilkudziesięciu niskich domków wybudowanych dla ubogich, katolickich rzemieślników przez bogatego przedsiębiorcę Jakoba Fuggera. Od około pięciuset lat zasady i warunki mieszkania tam nie uległy zmianie. Spełniając odpowiednie warunki i zobowiązania, można otrzymać pięterko dla siebie i swojej rodziny, do końca życia, choć bez dziedziczenia. Niektórzy określają to miejsce jako pierwsze na świecie osiedle socjalne. Turyści odwiedzają je jednak ze względów na malowniczą architekturę i ściany pokryte bluszczem.

Dojazd z Monachium: poniżej godziny

Ulm

Miasto leżące już w kraju związkowym Badenia-Wirtembergia, jednak na granicy z Bawarią (część miasta Neu Ulm należy do Bawarii), do którego wciąż można dojechać pociągiem w ramach oferty Bayern Ticket. Jest to miasto o bogatej historii, którą oczywiście można poznać odwiedzając miejskie muzea i galerie sztuki. Obecnie jest to jednak miasto uniwersyteckie, co skutkuje licznymi wydarzeniami i wieloma możliwymi aktywnościami, także dla turystów.

Odwiedzając to miasto, koniecznie trzeba przespacerować się po dzielnicy rybaków i garbarzy. To właśnie tam wzniesiono te niezwykłe domy z muru pruskiego, tak charakterystyczne dla tej części Europy. Innym przepięknym budynkiem jest Stary Ratusz, charakteryzujący się niezwykłymi dekoracjami ściennymi.

Prawdziwie zapierający dech w piersiach daje jednak dopiero widok z wieży katedry Ulmer Münster. Wchodząc aż 768 stopni w górę, można odhaczyć na swojej liście rekordów najwyższą wieżę kościelną świata. Oprócz miejskich dachów, widać z niej niezwykłą konstrukcję katedry. Ta gotycka budowla ma tak niezwykłe dekoracje rzeźbiarskie wszystkich przypór, jej ażurowe ściany wydają się być niezwykle lekkie, a sama katedra wydaje się wręcz chcieć unieść się w powietrze. à propos powietrza – lepiej weźcie ze sobą kurtki wiatrówki, bo na wieży naprawdę wieje.

Na zakończenie całego dnia zwiedzania, można usiąść na trawie na brzegu Dunaju, w cieniu miejskich murów. To chyba najlepsza nagroda po pokonaniu wszystkich stopni katedralnej wieży.

Dojazd z Monachium: dwie godziny

Pasawa (Passau)

Malownicze miasto leżące na zbiegu trzech rzek, przy austriackiej granicy, nie cieszy się zbyt dużą popularnością wśród turystów, a totalnie niesłusznie! Myślę, że moje zdjęcia powinny Was skutecznie przekonać, że warto tam pojechać. Stare Miasto z pozoru nie różni się bardzo od pozostałych wymienionych, jednak wystarczy tylko przyjrzeć się uważniej, aby spostrzec inne wpływy architektoniczne i styl budynków. Pośród kolorów dominuje kolor żółty, a poza rzeźbieniami, można zauważyć też ciekawe malowidła ścienne z dawnych czasów.

Nad miastem, na lewym brzegu Dunaju, dominuje XIII-wieczny zamek Veste Oberhaus. W środku znajduje się muzeum, opowiadające głównie o czasach średniowiecznych oraz przepiękna kaplica św. Jerzego. I to z zamku roztaczają się najciekawsze widoki na stare miasto oraz zbieg trzech rzek.

W samym mieście natomiast zdecydowanie warto odwiedzić katedrę św. Szczepana. Znajdują się w niej największe w Europie organy (kiedyś największe na świecie), ale to sama architektura budowli jest niesamowita. Myślę, że to jedna z najpiękniejszych katedr, które widziałam, jeśli nie w ogóle ta „naj”. Niezwykle bogato zdobione stropy kontrastują z gołymi kolumnami i pilastrami. Białe rzeźbienia stiukowe stanowią niezwykłe ramy ciemnych malowideł umieszczonych w sklepieniach i ścianach wnętrza katedry. Do tego złote elementy wyposażenia harmonizują z całą resztą kompozycji. Budowla barokowa, a patrzę na nią jakby reprezentowała secesję.

A poza samym miastem, zdecydowanie warto poświęcić kilka chwil na kontakt z naturą. Zostając dłużej, aż się chce wskoczyć na rower i pozwiedzać okolicę, przejechać przez austriacką granicę, posiedzieć nad rzeką. Możliwości jest nieskończenie wiele.

Dojazd z Monachium: ~2,20 h
Tutaj alternatywną opcją biletu na pociąg jest Regio-Ticket Donau-Isar, bilet o 3 euro tańszy, jednak niezawierający komunikacji miejskiej


Aj, więcej tego niż się spodziewałam! I co więcej, wciąż mam parę miast na liście już odwiedzonych, które zdecydowanie poleciłabym każdemu spędzającemu czas w Monachium. Ten wpis osiągnął już jednak dość monstrualny rozmiar, dlatego pozwolę go sobie tutaj zakończyć i zostawić coś na dokładkę. Poza tym moja lista miejsc do odwiedzenia jest o wiele dłuższa, niż lista miejsc już „odhaczonych”. Do tego dochodzi mnóstwo pięknych terenów zielonych, odosobnionych klasztorów czy górskich chatek.

Mam nadzieję, że znaleźliście w tym wpisie inspirację do swoich wycieczek i dowiedzieliście się czegoś nowego o tej części Europy. W samym Monachium oczywiście jest również wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. Spodziewajcie się i w tym temacie notki w niedługim czasie.

Więcej

Najważniejsza rzecz w nowym miejscu

Być może nie dowiecie się niczego nowego z tego wpisu, a wszystko poniżej będzie dla was zupełną oczywistością. Dla mnie nie było. Zrozumiałam to dopiero teraz, kiedy po długim czasie pełnym wątpliwości, odnalazłam się w zupełnie nowym miejscu.

Jak pewnie wiecie z poprzednich wpisów, cały semestr zimowy tego roku akademickiego spędziłam na Erasmusie w Holandii. Było to niesamowite doświadczenie, jedna z najlepszych decyzji w życiu. Nie było jednak różowo od początku do końca. Zanim odkryłam takie cuda jak Museumkaart, zanim zaczęłam aktywnie brać udział w działalności stowarzyszeń akademickich, chodzić na wykłady w czasie lunchu i eksplorować to niezbyt duże miasto, jakim jest Eindhoven, moje poszukiwania swojego miejsca bardziej przypominały próbę znalezienia tam tego, z czym miałam kontakt w Trójmieście.

Mieszkając w Gdańsku, a później w Gdyni, nie sposób nie docenić aktywności organizowanych niemal codziennie przez organizacje trójmiejskie. Najlepiej mieszkało mi się w Gdyni Redłowie, praktycznie pięć minut piechotą od Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego. Mieszkając w Gdańsku Wrzeszczu zawsze mogłam skoczyć do Parku Oliwskiego czy na Stare Miasto. Sam Wrzeszcz zresztą zaczął ostatnio kwitnąć – zwłaszcza ulica Wajdeloty i park Kuźniczki. Jakimś cudem przez długi czas nawet nie wiedziałam o istnieniu ulicy Elektryków, choć samą stocznię odwiedziłam kilka razy. A i oczywiście nie wymieniłam najważniejszego – bliskości morza, plaż różnej piękności i kontaktu z naturą, zapewnionego przez ścieżki i trasy rowerowe pośród drzew. Pomijając samo Trójmiasto, a skupiając się na aktywnościach którym lubiłam oddawać swój wolny czas, opisałabym jeszcze jeżdżenie na konwenty, granie w planszówki, rozgrywanie larpów czy nieliczne, ale wciąż fajne domówki u znajomych. Jeszcze, odwiedzanie ciucholandów i to wspaniałe uczucie kiedy wychodzisz ze sklepu z wielką siatą pełną fajnych ubrań w cenie jednego nowego T-Shirtu.

nowe miejsce

Będąc w Holandii nie do końca wiedziałam, co ze sobą zrobić. Oczywiście dużo czasu poświęcałam studiom, które były bardziej wymagające niż nauka w Polsce i rządziły się trochę innymi prawami (opiszę to dokładniej w innym wpisie). Harmonogram zajęć pozostawiał jednak dość sporo wolnego czasu, który mogłam sobie zaplanować w zupełnie dowolny sposób. Od czego więc zaczęłam? Oczywiście od szukania aktywności, którymi zajmowałam się w Polsce – klubów planszówkowych, ciucholandów (zwłaszcza, że przywiozłam ze sobą dość mało ubrań) i wydarzeń oferowanych przez miasto. Jak się okazało, miasto oferowało zadziwiająco dużą ofertę w języku angielskim, wciąż jednak czegoś mi brakowało.

Myślę, że minął cały miesiąc, zanim znalazłam swoje miejsce w Holandii i to, na co mogłabym poświęcać większość mojego czasu. A tak właściwie te kilka rzeczy, które sprawiły, że jeszcze w zeszłym tygodniu zastanawiałam się, czy dałoby się jakoś wykombinować powrót do kraju tulipanów i wiatraków. Jedną z tych rzeczy były aktywności organizowane przez stowarzyszenia studenckie na uczelni. Wystarczyło zapisać się na kilka newsletterów, dołączyć do paru grup czy po prostu wiedzieć, którą tablicę na uczelni warto obserwować niemal codziennie. Tak jak w Gdańsku organizacje studenckie głównie organizują coś tylko dla swoich członków, niezwykle rzadko i nie są to jakieś szczególnie fantastyczne aktywności, tak to, co robią stowarzyszenia studenckie w Eindhoven jest po prostu niesamowite. Wystawy, wycieczki, wykłady, imprezy, dłuższe wyjazdy i spotkania okolicznościowe – i to wszystko bez konieczności dołączenia do nich, często zupełnie za darmo, ze środków uczelni albo otrzymanych od sponsorów wydarzeń, zewnętrznych firm.

Kolejną rzeczą było długie przesiadywanie w bibliotece, milion razy lepiej zaopatrzonej niż cokolwiek, co udało mi się odwiedzić w Polsce. A jeszcze następną spotkania na uczelni w celu zrobienia wspólnie projektu na studia czy po prostu wzajemnego motywowania się do pracy nad zadaniami indywidualnymi. W Polsce praktycznie wszystkie zadania wykonywałam tylko w domu.

Jednak tak naprawdę najwspanialszą rzeczą w Holandii było samotne podróżowanie. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek w Polsce jechała gdzieś tak zupełnie sama i jednocześnie nie zamierzała spotkać kogoś już na miejscu. Do tej pory wydawało mi się to dziwne. W Holandii jednak jest tak wiele pięknych miast, że po jakimś czasie zrozumiałam, że nie ma co czekać, aż ktoś litościwie będzie chciał ze mną tam pojechać. Większość i tak nie wyrobiłaby mojego tempa odwiedzania muzeów, a za to „marnowała” czas w restauracjach i kawiarniach. Pierwsza samotna wyprawa do Amsterdamu była dla mnie doświadczeniem początkowo dziwnym, jednak kiedy zobaczyłam to miasto na własne oczy, wiedziałam, że do szczęścia nie potrzebuję drużyny pierścienia. Wszystkie informacje o miejscach są tak dobrze dostępne, że nikt nie musi mnie oprowadzać, sama doskonale wszędzie trafię (albo zabłądzę, co w kontekście doświadczenia nowego miejsca wcale nie jest negatywnym przeżyciem). Wtedy kupiłam sobie MuseumKaart, tą wspaniałą przepustkę do ponad 400 holenderskich muzeów i zapragnęłam odwiedzić chociaż 50 z nich, co oczywiście mi się udało.

nowe miejsce

Pod koniec Erasmusa jednak coraz częściej napływały do mnie te smutne myśli: a co jeśli to się kiedyś skończy? Smutniejsza była tylko odpowiedź: oczywiście, że to się skończy, przecież masz już kupiony bilet na samolot powrotny. Nie raz przechodziły mi po głowie myśli, że bez tych wszystkich muzeów i wykładów, bez stroopwafli i tego cudownego języka, już nigdy nie będę szczęśliwa. Do tego dochodziła myśl, że studia dobiegają końca, zaraz czeka mnie praca – najprawdopodobniej nudna i jednolita – bez dni wolnych, w które mogłabym zająć się swoimi zainteresowaniami i męcząca na tyle, że w weekendy pozostałoby mi już tylko spać (czyli powtórka z rozrywki z liceum, kiedy na tygodniu spałam po dwie godziny aby potem przez weekend nie wychodzić spod kołdry). A nawet zakładając posiadanie zarówno czasu jak i energii – co tak właściwie można zrobić przez dwa dni weekendu?

I nagle wylądowałam w Monachium, bez znajomości języka, bez znajomych, pracy czy kontaktów na uczelni. Poszukiwanie stażu okazało się o wiele trudniejsze, niż przypuszczałam, pomimo dobrego portfolio i wielu osiągnięć. Największym utrudnieniem okazał się jednak brak języka. O ile w Holandii nigdy tego nie odczułam, tutaj coraz częściej miałam wrażenie, że omija mnie całe życie tego ogromnego miasta, bo bariera językowa jest nie do przebicia. Google translate jest fajne, ale nie pomoże na ulicy ani w sklepie. Dodatkowo wszystkie najładniejsze miasta wydawały się całe lata świetlne stąd, a przynajmniej w odległości względnej połowy portfela w jedną stronę i połowy w drugą. Odwiedzone muzea trochę rozczarowywały, a do biblioteki chodziłam głównie po Internet, bo zakładanie przyłącza w Niemczech to temat na osobny wpis, a ten raczej nie powstanie, bo nie chciałabym za bardzo przeklinać na moim blogu.

Ze względu na egzamin (powrót do Polski) i dyplom (długie godziny przed komputerem) nie miałam zbyt wiele czasu na szukanie swojego miejsca w Niemczech. Kilka spacerów po Englischer Garten, wałęsanie się po ulicach i jeżdżenie rowerem (jeśli ktoś kiedykolwiek mieszkał w Holandii, to już nigdy nie zsiądzie z dwóch kółek) po ulicach pełnych samochodów to były pomysły, aby odkleić się na chwilę od ekranu, ale nie aby poczuć się tak samo (kamień w gardle, łzy w oczach), jak gdy patrząc na obrazy dawnych mistrzów w Rijksmuseum. I jeszcze ci wszyscy Niemcy, wiecznie zaczepiający mnie w sklepie z pytaniami typu gdzie są worki na bułki czy – wskazując na mój koszyk – gdzie znalazłam jakiś produkt, jakbym miała wypisane na czole „świetnie mówię po niemiecku”.

Dopiero po egzaminie uznałam, że czas wziąć sprawy w swoje ręce i przestać szukać w Niemczech drugiej Holandii. Jak trzeba to wydam miliony na bilety kolejowe czy nauczę się języka w jeden miesiąc. Nie dam się pokonać przez miasto w którym ludzie na co dzień chodzą w gorsetach czy skórzanych portkach, tylko dlatego, że nie mam się do kogo odezwać czy jakiś samochód prawie mnie przejechał. Jestem ponad to.
I wtedy zrozumiałam, jak głupie były wszystkie moje dotychczasowe pomysły. Bawaria. Alpy. Bawaria. ALPY. Na pewno są jakieś grupy międzynarodowe wybierające się na górskie wyprawy, może nawet ktoś coś organizuje… Długo nie trzeba było szukać. Kilka grup na fejsie, parę stron internetowych i udało mi się dołączyć do grup wyruszających w góry i w najbliższą sobotę, i w niedzielę następnego dnia. Koszt? Prawie żaden. Na specjalnym bilecie grupowym można jeździć pociągami w regionie za 7,50 euro a za 10 po całym landzie, korzystając z pociągów, autobusów itp. W ten sposób w dwa dni poznałam mnóstwo wspaniałych osób, pasjonatów łażenia po górach oraz nowicjuszy jak ja. Choć boli mnie chyba każdy mięsień, już teraz szukam grup na kolejne wyprawy.

A same Alpy są niesamowite. Każda trasa jest inna. Jako osoba początkująca dołączyłam oczywiście do grup idących w dość proste trasy. Nie ma nic gorszego niż przecenienie swoich możliwości i wybranie czegoś zbyt trudnego na początek – potem jest się takim spowalniaczem, albo powodem zmiany trasy czy rezygnacji z jej części. Czym jest jednak prosta trasa w Alpach? Kilometr drogi w górę i kilkanaście w przód. Odsłonięte zbocza, grząski teren, korzenie i kamulce pod stopami. Czyli wciąż wiąże się to z tym wspaniałym dreszczykiem emocji, zmęczeniem i bólem łydek następnego dnia. I co z tego, że od dziesięciu miesięcy regularnie chodzisz na siłownię i codziennie przejeżdżasz kilkanaście kilometrów rowerem. W górskich trasach wytrwałość jest najważniejsza, a tego nie nauczysz się na orbitreku. W zamian dostaniesz jednak piękne widoki, niesamowite krajobrazy i to poczucie satysfakcji dotykając górskiego wierzchołka (niem. Gipfel – bardzo ważne słowo, w końcu od niego pochodzi nazwa Gipfelbier :)). Góry to nietypowa roślinność, inny klimat i nowe doświadczenie – takie, które chce się powtórzyć.

Ten wpis jednak zmierzał do innego zakończenia niż wniosek, że góry są piękne. Chciałam napisać, że zmieniając miejsce zamieszkania najgorsze co można zrobić to szukać w nim tego, co znajdowało się w poprzednim. Każde miasto i każdy kraj ma swoją ofertę, którą trudno porównać nawet do miejsc sąsiadujących. Oczywiście na początku zawsze będzie czegoś brakować, czy to planszówek czy muzeów czy jeszcze innej rzeczy. Najważniejsze to jak najszybciej wypełnić tę lukę czymś innym – a wtedy może się okazać, że wcale nie jesteśmy stratni. Niezależnie, czy przyjechało się do danego miejsca na dwa miesiące praktyki czy na dłuższy, nieokreślony czas, warto poznać jego prawdziwą ofertę, nawet odrzucając na bok swoje dotychczasowe przyzwyczajenia. Na powrót do nich być może przyjdzie czas później. Może też nie przyjść nigdy, a przynajmniej nie przed ponowną zmianą miejsca zamieszkania. Czy to jednak ważne? Bez porównania, nie dowiemy się, co tak naprawdę najbardziej nas pasjonuje w życiu.

nowe miejsce

Zdecydowanie zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja w kraju nieeuropejskim. Inny klimat inspiruje zupełnie inne działania. Wtedy jednak zmiana zainteresowań jest rzeczą oczywistą. A przynajmniej tak mi się wydaje – w końcu jeszcze tego nie doświadczyłam na własnej skórze.

Więcej