Wietnam – miasta i współczesna architektura

Wietnam od dawna górował na mojej podróżniczej liście marzeń i naprawdę czasem wciąż nie mogę uwierzyć, że w tym roku wreszcie udało mi się go odwiedzić. Podczas gdy wiele osób podróżuje w tym kierunku ze względu na przyrodę, kuchnię czy historię, ja chciałabym opowiedzieć dzisiaj o architekturze i miastach. Nie o tym, jak budowano w dawnych czasach, a o zupełnie współczesnych budynkach i ulicach.

Dopóki człowiek nie opuści kontynentu, nie zdaje sobie sprawy, jak podobne do siebie są miasta europejskie. Skupiamy się na różnicach w kształcie czy kolorach dachu, dekoracjach czy kompozycji urbanistycznej. Osoby siedzące w temacie bez problemu stwierdzą, czy budynek lub ulica przedstawiona na niepodpisanym zdjęciu pochodzi z Francji, Włoch czy Szwecji. Nie mówię tutaj o wsiach, które naturalnie żyją własnym życiem. Mówię o miastach, które pomimo różnic kształtują się mimo wszystko bardzo podobnie. Dworzec główny, rzeka, stare miasto, dzielnica biznesowa, osiedla takich samych domków na przedmieściach. Jest to wynikiem wspólnej kultury europejskiej, tego jak ludzie żyją i na co poświęcają swój czas.

A jak to wygląda w Wietnamie?

Natomiast Azja to zupełnie inny świat. Po odwiedzeniu Wietnamu już wiem, że nie można porównywać takich miast tą samą miarą. Dla osoby, która miała do tej pory styczność wyłącznie z europejskimi miastami, te głośne i gęste ulice stają się o wiele bardziej fascynujące, czasem przytłaczające, ale też co chwila zmuszające do refleksji i – mimo wszystko – porównań.

Miasta, które odwiedziłam to Da Nang, Hue i Hanoi, przejazdem też Ha Long i Ninh Binh. Każde z nich jest oczywiście inne, ma inną przeszłość i ukształtowało się w innych czasach. Ja przedstawię jedynie wspólny mianownik, który pokaże Wam, co dokładnie miałam na myśli, opowiadając o tej ogromnej różnicy. Na pewno chciałabym odwiedzić kiedyś Sajgon, czyli Ho Chi Minh City, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Mój opis jest wyłącznie na podstawie miast wymienionych powyżej, ewentualnie tego co widziałam z okna autobusu pomiędzy nimi.

Miasta w Wietnamie są bardzo gęste, jednak szybkie porównanie danych z Internetu uświadomiło mi, że wcale nie mają one większej gęstości zaludnienia niż miasta europejskie. To wrażenie pojawia się właśnie dzięki różnicom kulturowym i innemu trybowi życia Wietnamczyków. Pomijając zupełnie obecną teraz pandemię, wiele europejskich miast wydaje się być całkiem pusta. Spacerując, można naliczyć o wiele więcej zaparkowanych wzdłuż ulic samochodów, niż poruszających się po ulicach ludzi. Większość życia mimo wszystko spędzamy wewnątrz. W domu, w pracy, w sklepie.

Życie ulicy

W Wietnamie wygląda to zupełnie inaczej. Życie toczy się głównie na ulicy. Partery budynków są przez cały czas otwarte, zamieniając się w sklepy, restauracje, punkty usługowe. Zamiast ściany z drzwiami i oknami, będącej swojego rodzaju barierą oddzielającą wnętrze od zewnętrza, tam umieszcza się bramę szerokości całego budynku, która pozostaje przez większość czasu otwarta.

Na ulicy w Hanoi kupisz wszystko.

Według tego, co powiedział mi jeden przewodnik, supermarkety w Wietnamie powstały głównie dla turystów. Wietnamczycy wolą jednak kupować świeże jedzenie od lokalnych sprzedawców, rozwożących swoje produkty na mocno przepakowanych rowerach lub skuterach. Oczywiście są oni zupełnie częstym i typowym widokiem na wietnamskiej ulicy.

Kolejną rzeczą, która szczególnie zwróciła moją uwagę, jest to, w jaki sposób Wietnamczycy jedzą. Podczas gdy my najczęściej gotujemy coś w domu, tak aby zjeść to we własnych czterech ścianach z rodziną, oni spotykają się przed budynkiem ze znajomymi i w ten sposób spożywają swój posiłek. Najczęściej wykorzystują do tego małe, plastikowe krzesełeczka, rozstawiając je na chodniku, bez żadnej dbałości o udostępnienie przejścia przechodniom. Widząc takie spotkania, często nawet czułam pewnego rodzaju zazdrość. Miałam wrażenie, że jedzenie to dla nich świetna forma rozrywki, miłe spotkanie towarzyskie, będące zwykłą częścią dnia – a nie konieczny obowiązek połączony z jakąś tam przyjemnością jedzenia i męczarnią sprzątania później. U nas zapraszanie kogoś na obiad to święto, do którego trzeba się przygotować – tam to codzienność.

Krzesełeczka przyłapane!

Pisałam o blokowaniu chodników. Coś, co u nas budzi wiele dyskusji pomiędzy miejskimi aktywistami a właścicielami samochodów, firmami wynajmującymi hulajnogi czy sklepikarzami ustawiającymi swoje reklamy bez żadnej refleksji. W Wietnamie chodniki bardzo często są nie do przejścia, jednak nikomu to nie przeszkadza. Prawie każdy porusza się tam na skuterze albo motorze. Nawet krótka trasa kilkunastu metrów to już powód, aby wskoczyć na swój dwukołowiec i być na miejscu już w ciągu chwili.

Funkcja chodnika w Wietnamie.

Ruch drogowy

A samochody? Mało kogo na nie stać i nie są one tak użyteczne jak motor na tych ciasnych ulicach. Większość ich posiadaczy to ludzie, którzy używają ich w pracy – przewoźnicy, taksówkarze, kierowcy Graba – czyli tamtejszego Ubera. Ulice i bez półtora auta na głowę są zatłoczone.

Także styl jazdy jest zupełnie inny, wymaga innych umiejętności niż jazda po Europie. Naprawdę nie wyobrażam sobie wynajęcia auta w Wietnamie i próby poruszania się nim po mieście. Na szczęście nie funkcjonuje tam coś takiego jak carsharing. Chcesz pojechać gdzieś samochodem? Tylko z wietnamskim kierowcą – osobą, która zna zasady gry. W Europie  kierowcy pędzą przez miasto, często przekraczając dopuszczalne tempo jazdy o połowę. Raczej nie spodziewają się wypadków – w końcu, dopóki każdy trzyma się zasad (poza limitem prędkości i szacunkiem wobec niezmotoryzowanych), najprawdopodobniej nie dojdzie do wypadku. W Wietnamie kierowca musi mieć oczy dookoła głowy, a uszy zsynchronizowane z dźwiękami wokół.

Znajoma Wietnamka opisała mi te zasady tak pokrótce. Liczba użytych klaksonów jest językiem komunikacji na drodze – co oczywiście wpływa na miejski hałas. Tak więc klakson staje się ważniejszy niż kierunkowskaz, niż znaki drogowe czy jakiekolwiek zasady. Światła uliczne pełnią swoją funkcję na największych arteriach, jednak w centrum służą praktycznie wyłącznie do dekoracji. Tam już jednak zdecydowana większość poruszających się po drogach wybiera dwa kółka.

I co ma w takim razie zrobić pieszy, kiedy chce przejść na drugą stronę? Gdyby chciał zastosować się do zasady wpajanej każdemu europejskiemu dziecku od przedszkola: spojrzeć najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo i przejść, dopiero kiedy droga jest pusta… prawdopodobnie stałby w miejscu do momentu rezygnacji z celu podróży. Po prostu trzeba wejść w nurt motorów i samochodów i poruszać się stałym tempem przed siebie a oni naturalnie będą cię wymijać z przodu i z tyłu. Tobie przeleci życie przed oczami, dla nich to zwyczajny element trasy. Nawet nie wyobrażam sobie, jak skończyłoby się podobne przejście przez jezdnię w moim mieście.

Kable, szyldy i cała paleta kolorów

Mimo to, w wietnamskim mieście jest wiele innych niebezpieczeństw czyhających na nieuważnych turystów. Jednym z nich są wszechobecne kable. Plątanina najróżniejszych instalacji, niemożliwa do skontrolowania czy przypilnowania, to stały element miejskiego krajobrazu. Pajęczyna kabli łączy wszystkie budynki, często zapętlając się z ogromnymi zwojami na słupach. Kable grube, kable cienkie, kable głównie czarne, rzadziej kolorowe. Często jest ich tak wiele, że tworzą nad ulicami prawdziwy baldachim. Wiją się także po gałęziach drzew, których na szczęście w miastach jest całkiem sporo.

Kablowisko w Da Nang.

Tego chaosu dopełniają niekończące się szyldy, reklamy, billboardy i wszelkiego rodzaju napisy. Zdecydowanie jest na czym zawiesić oko. Ten chaos jest tak wielki, że zaczyna tworzyć nowy porządek. Miejsce bez kabli i szyldów zaczyna się dziwnie wyróżniać, wręcz świecić pustką.

A tutaj turystyczna część Ninh Binh – Tam Coc.

Jak wyglądają same budynki? Jest to praktycznie mikstura stylów, kolorów i kształtów. Zdecydowanie dominują bardzo długie i wąskie budynki – o podobnych proporcjach co zabudowa średniowieczna czy nowożytna w miastach Europy. Wąskie fasady, wyższy parter od kolejnych pięter i wręcz niefunkcjonalnie głęboka zabudowa. Znowu tworzę tutaj jednak niepotrzebne porównanie. Te budynki są zupełnie inne.

Na pierwszy rzut oka wydają się celowo różnić się pomiędzy sobą. Jeśli sąsiad pomalował swój dom na niebiesko, to nasz musi koniecznie być żółty albo czerwony. Tak naprawdę jednak główną rolę jak zawsze grają koszta. Od budżetu zależy wysokość budynku, a kolejne piętra powstają lata później, przy użyciu innych materiałów, często zupełnie odbiegając stylem od tego, co się znajduje poniżej.

Zdecydowanie jednak Wietnamczycy lubią ładne rzeczy. Pomimo tego chaosu w całej zabudowie miasta, można powiedzieć, że niektóre dekoracje są wręcz eleganckie! Wiele balustrad, dekoracji rzeźbiarskich czy całych wykuszy jest tak ładna, że aż trudno uwierzyć, że wzrok nie trafia tam sam, zamiast błądzić po kablach i reklamach.

Po prostu spójrzcie na te budynki i powiedzcie, że nie są śliczne!

Wnętrz nie widziałam zbyt wiele. Te, które widziałam, były ciasne, ciemne i częściowo przytulne, częściowo przytłaczające. Jeśli uda mi się zebrać więcej przemyśleń na ten temat, zwłaszcza po kolejnej wizycie w tym kraju, z chęcią opiszę i je na blogu.

Komunikacja publiczna?

Ach i ostatecznie powinnam napisać coś o tym, co moim zdaniem ma kluczowy wpływ na kształt wszystkich europejskich miast, natomiast w Wietnamie nie gra roli. Jest to komunikacja publiczna. Szukając informacji w Internecie o poruszaniu się pomiędzy miastami czy lotniskiem a miastem, dowiedziałam się o istnieniu paru autobusów. Na miejscu nie skorzystałam jednak z żadnego z nich. Wiązałoby się to z bardzo długim czekaniem, jeszcze dłuższym czasem straconym na przejazd oraz potencjalnymi problemami. Nikt nie potrzebuje autobusów, kiedy każdy ma skuter, a w razie czego zawsze można pojechać Grabem.

Będąc wieczorem w Hoi An, chcieliśmy wrócić autobusem do homestay’a, gdzie nocowaliśmy w Da Nang. Okazało się, że nie dość, że zajęłoby nam to całą wieczność, to jeszcze i tak musielibyśmy znaleźć kolejny transport po mieście. Nawet z lotniska w Hanoi, gdzie podobno autobus jeździ bez problemu, ostatecznie wzięliśmy taksówkę (która w sumie była częścią dojazdu do Ninh Binh, załatwionego nam przez kolejną noclegownię). Być może straciliśmy część autentycznych doświadczeń – w zamian zyskaliśmy mnóstwo cennego czasu podróży.

Jeśli chodzi o kolej, tutaj sytuacja wygląda trochę inaczej. Kocham pociągi i bardzo chciałam chociaż raz przejechać się pociągiem w Wietnamie. Wybór był oczywisty – trasa z Da Nang do Hue. Nawet nie sto kilometrów zajęło ponad 4 godziny. Była to jednak przepiękna podróż, z widokiem na zatokę. W takim czasie tłok da się jeszcze znieść, a i nawet udało mi się pogadać ze współpasażerami. Mało osób jednak korzysta z kolei. Przez Wietnam ciągnie się tylko jedna linia, z krótkimi rozgałęzieniami. Pociąg jeździ rzadko, powoli i zdecydowanie ma już swoje lata. Do Sapy, malowniczego regionu na północy kraju, jeździ wielu przewoźników kolejowych, jednak ich ceny są już wycelowane w majętnych turystów, a nie w większości biednych mieszkańców Wietnamu.

Na zakończenie…

Zdjęcia poniżej to dodatek dla osób bardziej zainteresowanych budownictwem niż architekturą: budowa komercyjna oraz bardziej indywidualna. Spójrzcie na ten kontrast, jeśli chodzi o rozumienie bezpieczeństwa na budowie.

Podsumowując, chciałabym mimo tych wszystkich porównań powiedzieć, że zdecydowanie nie warto krytykować wietnamskich miast za to, z czym walczy się w Europie. Tam wszelkie ustawy krajobrazowe, warunki zabudowy czy zakazy blokowania chodników po prostu nie miałyby sensu. Wyobraziłam sobie kogoś proponującego poprowadzenie ścieżek rowerowych w stolicy Wietnamu i aż śmiechłam pod nosem na taki pomysł.

Wietnam to wciąż biedny kraj, decyzje muszą być przesuwane w czasie ze względu na brak środków, a jakiekolwiek zmiany muszą być wprowadzane stopniowo. Jestem jednak pewna, że w przyszłości miasta te wciąż pozostaną egzotyczne dla europejskich turystów. Ja już teraz tęsknię za tym hałasem i kolorami.

Na koniec – miasto Da Nang nocą.

Więcej

A czy Ty masz talent?

Agata urodziła się z talentem plastycznym. Od najmłodszych lat jej prace spotykały się z zachwytem rówieśników, podziwem nauczycieli, a nawet zachwytem znawców sztuki. W wieku 12 lat jej dzieła były już wystawiane w najważniejszych galeriach na świecie, a niedawno za sprzedane prace kupiła sobie luksusową willę z basenem na własnej wyspie. No dobra, przepraszam, trochę mnie poniosło. Zacznijmy jeszcze raz. Talent plastyczny nie istnieje i Agata malowała w dzieciństwie tak samo brzydko jak Ty i wszystkie inne dzieci.

Czym dłużej żyję, tym mocniej utwierdzam się w tym przekonaniu. Coraz więcej przykładów wokół je potwierdza. Ludzie, którzy kiedyś ledwo potrafili oddać na rysunku jakikolwiek obiekt, teraz bez problemu szkicują skomplikowane formy. Kiedyś siłowali się, aby rysowane  krzesło w ogóle wyglądało jak krzesła, teraz w parę chwil bez problemu uchwycają piękno tego, co widzą. To samo mogę powiedzieć o sobie. Dokładnie o tym będzie ten wpis.

Czasami żałuję, że nie zachowało się aż tak wiele rysunków z mojego wczesnego dzieciństwa. Zdecydowaną większość z nich sama wyrzucałam, nie mogąc na nie patrzeć, kiedy osiągnęłam kolejne poziomy umiejętności. To tylko potwierdza, jak bardzo złe musiały one być. To, co zobaczycie poniżej to prace, kiedy już coś umiałam. To bardzo ważne, ponieważ pokazując te „dzieła” spotykam się z komentarzami „ale przecież to nie jest takie złe!”.

Rysować zaczęłam w wieku zaledwie kilku lat, jeszcze zanim nauczyłam się czytać i pisać. Od tego czasu, do powstania prac poniżej, minęło praktycznie dziesięć lat! Te prace to dzieła powstałe na początku nauki w liceum plastycznym, co oznacza że już po przejściu egzaminów wstępnych do takiej szkoły. Obecnie zdecydowana większość kandydatów do plastyka zostaje przyjętych, jednak mimo to trzeba się przygotować i narysować chociaż kilka prac na większym formacie. Oznacza to, że nie są to nawet pierwsze wielkoformatowe rysunki, które zrobiłam.

Co można o nich powiedzieć? Na pewno, że bije z nich wciąż brak doświadczenia. Nawet jeśli jakieś bryły są oddane w miarę prawidłowo, to nie ma pomiędzy nimi żadnej interakcji świateł i cieni, same powierzchnie nie reprezentują konkretnej faktury czy wypukłości. Są niedopracowane, ale jednocześnie „wymiziane” na każdym centymetrze.

Braki widać nie tylko w postrzeganiu koloru, ale także wykorzystywaniu dostępnych narzędzi. Tutaj niestety dużym minusem było stosowanie temper szkolnych i tanich pędzli, często na zwykłym kartonie. Bez odpowiednich narzędzi, bardzo trudno przeskoczyć niektóre wyzwania tworzenia. Z drugiej strony, technika pociągnięć pędzla, bez konkretnego kierunku, bezmyślnie, wyraźnie pokazuje, że mamy do czynienia z artystą-żółtodziobem. Także w ołówku brakuje konkretnej, pewnej kreski, a na jej miejscu jest poszarpane „dzierganie”, czy próby osiągnięcia światłocienia poprzez nieuzasadnioną siateczkę linii, czy – co gorsza – rozcieranie ołówka.

To co jednak nie jest aż tak widoczne dla osoby z zewnątrz, to ogrom czasu poświęcony każdej z tych prac. Mowa tutaj o 3, 6 albo nawet większej liczbie godzin na tylko jeden taki obrazek. Prace malarskie często rozpoczynałam od szkicu ołówkiem, poprawianego setki razy, oczywiście przy użyciu gumki. Potem zapełnianie powierzchni konkretnymi i długo mieszanymi farbami, zawsze zbyt małym pędzlem. Zbyt duże poświęcenie szczegółom, zwłaszcza wyraźności krawędzi, zabijało jakikolwiek „wdzięk” takich prac.

W tych pracach też kłamałam. Oszukiwałam, że widzę coś, czego zupełnie nie dane mi było dostrzec. W malarstwie tak naprawdę najważniejsza jest obserwacja i w pewnym momencie człowiek wykształca w sobie „dodatkowy zmysł”, który sprawia, że przedmioty przestają mieć swoje „domyślne” cechy, a zaczyna widzieć plamy kolorów, różnicę światłocienia. Doskonale pamiętam czasy, w których nie potrafiłam tak patrzeć. Rysując oko, umieszczałam na źrenicy białe punkty (refleksy), bo tak wskazywały tutoriale i tak wyglądało ładnie. Malując dwa przedmioty różnych kolorów, umieszczałam na jednym z nich plamy koloru drugiego, bo w szkole mówili, że przecież to się odbija. I ja udawałam, że też to widzę. A nie widziałam.

Przede mną wciąż długa droga w nauce malarstwa, jednak spojrzenie na te stare prace pozwoliło mi na refleksję nad tym, ile już przeszłam. Długie lata nauki nie poszły na marne i teraz malowanie przychodzi mi z łatwością, zabiera o wiele mniej czasu. Obecnie nie boję się przemalować czegoś, co jest wyraźnie nieprawidłowe. Kiedyś każda taka decyzja wiązała się z dylematem: czy to jest warte takiego dodatkowego wysiłku, straconego czasu i farby? Nie zależy mi też już na precyzji. Przedmioty nie muszą mieć wyraźnych granic, nie muszą być dokładnie oddane, zwłaszcza jeśli nie stoją na pierwszym planie.

A tu już współczesna praca. Jestem z niej zadowolona, choć wciąż wiele elementów jest niedopracowanych lub nawet niepoprawnych. Zajęła mi ona jednak o wiele mniej czasu niż którakolwiek z pokazanych wcześniej prac.

Oczywiście wciąż robię błędy. Często za szybko chcę ruszyć z kolorem i anatomia gdzieś ucieka po drodze. Wciąż uczę się różnicować pracę, tak aby poszczególne jej fragmenty nabrały ważności, a aby inne nie przyciągały niepotrzebnie wzroku. A malowanie czegokolwiek innego niż martwe natury, to już temat na inny wpis. W tym chciałabym wreszcie dotrzeć to tego, co najbardziej chciałam przekazać.

Każdy kiedyś zaczyna. Nikt nie urodził się z pędzlem w dłoni, a anegdotki o artystach od urodzenia prawdopodobnie można wcisnąć pomiędzy mity. Nauka malowania czy rysowania wymaga bardzo dużego zaangażowania i wielu lat. Łatwo po drodze zrezygnować, a winę zrzucić na „brak talentu”.

Łatwo też wmówić sobie, że komuś przyszło coś o wiele łatwiej, czy nawet w ogóle automatycznie. Że od początku miał dar, którego Tobie natura czy bóstwo oszczędziło. Mogę się jednak założyć, że w większości takich przypadków po prostu nie znasz całej historii. W rzeczywistości ten ktoś poświęcił o wiele więcej czasu, niż możesz sobie wyobrazić, na dojście do miejsca, w którym jest obecnie.

A tutaj taki szybki rysunek w szkicowniku. Staram się rysować jak najwięcej, aby nie wyjść z wprawy. To nie jest arcydzieło sztuki, ale każdy kolejny szkic to krok dalej w nauce rysowania.

Innym problemem jest to, że wiele osób lubi mówić o sobie utalentowany / utalentowana. Punktuje to u pracodawcy, wzmacnia poczucie własnej wartości, sprawia że ktoś wydaje się mieć coś, czego nie znajdziesz u „konkurencji”. Jednocześnie argumentuje za istnieniem granicy, której ta druga osoba, ta nieutalentowana, nigdy nie będzie w stanie przeskoczyć. Ja chcę tę granicę zburzyć, czy po prostu pokazać, że nie istnieje.

Jeśli teraz nie możesz patrzeć na swoje prace, pomimo wielu spędzonych nad nimi godzin, nie oznacza to, że tak już zostanie. Spokojnie ćwicz dalej, próbuj podejść wiele razy do tego samego problemu malarskiego, spróbuj mniej machać pędzlem a więcej myśleć, obserwować. Mogę się założyć, że po dłuższym czasie będzie widać efekty.

Ja wciąż się uczę, ale naprawdę pociesza mnie perspektywa, że za każdym kolejnym dziełem, będzie coraz lepiej. A talent? Talent jest przereklamowany. W mojej drodze dostałam mnóstwo pomocy i dobrych rad od ludzi, którzy już podobną mają za sobą, albo po prostu są kilka kroków przede mną. Do części rzeczy sama doszłam, analizując swoje błędy i robiąc tak wiele prób, że któraś w końcu okazała się sukcesem. Niczego natomiast nie zawdzięczam magicznemu darowi, który spadł mi z niebios. Nigdy nie obudziłam się, twierdząc że od dzisiaj umiem malować. A jak malowałam za dzieciaka, wolicie nie wiedzieć.

Dobrze, przyznaję, wiele rzeczy ma wpływ na tempo czy skuteczność nauki. Są to przede wszystkim: zaangażowanie, dostępne narzędzia, dostępne źródła wiedzy, w tym pomoc ze strony innych osób. Ale to samo można powiedzieć o matematyce, o językach obcych, o nauce programowania. Porównałabym nawet sztukę ze sportem, jednak w sporcie ogromne znaczenie mają uwarunkowania biologiczne – niski człowiek prawdopodobnie nie zostanie koszykarzem roku, a „grubokościsty” nie wygra w turnieju skoków narciarskich. Poza takimi przypadkami jednak liczy się zaangażowanie, motywacja i samodyscyplina. W sztuce identycznie.

Kolejna praca z tego roku, tym razem na podstawie zdjęcia. Dodałam jednak dużo od siebie, fotografia miała zupełnie inny charakter.

Będąc już gdzieś w środku tej drogi, często obserwuję nie tylko tych, którzy potrafią więcej ode mnie, ale również początkujących. To co widzę, to podobne błędy, jakie ja popełniałam lata temu. Podobnie pewnie profesjonaliści patrzą na moje dzieła. To doskonale znany im wcześniejszy etap wtajemniczenia.

Najlepiej jest jednak porównać własne prace. W końcu nikt tak jak ja, nie zna całej historii, której na pewno nie dałoby się streścić jednym słowem na „t”.

Więcej

Ucieczka do Lizbony – cz. 2 – Co warto zobaczyć w Lizbonie?

Lizbona to niesamowite miasto, które tak naprawdę nie wymaga od odwiedzających gotowej listy atrakcji. Ulice Lizbony spokojnie doprowadzą do ważniejszych punktów, a wiedząc, do którego autobusu lub tramwaju warto wskoczyć, można dać się ponieść widokom. Mimo to postanowiłam opisać te miejsca, które my odwiedziliśmy. Niech ten wpis posłuży Wam jako luźna lista inspiracji – a nie zbiór “must see” do odhaczania.

Jeśli jeszcze nie przeczytaliście poprzedniego wpisu o Lizbonie, zachęcam od rozpoczęcia od niego.

Tak naprawdę to miasto nie potrzebuje muzeów i galerii sztuki. Ten widok to arcydzieło samo w sobie! Mimo to, jak dobrze, że są!

Lizbona jest pełna zabytków i atrakcji turystycznych. Chociaż miasto to przyciąga tłumy turystów, często trudno jest znaleźć wiarygodne informacje, wskazujące miejsca, które rzeczywiście warto odwiedzić. Podczas naszej wycieczki pominęliśmy część punktów uznawanych za najważniejsze, a uwzględniliśmy to, co interesowało nas szczególnie. Teraz mogę przyznać, że ten jeden tydzień to było zdecydowanie za mało, aby w pełni docenić to, co to miasto ma do zaoferowania.

Dzisiaj podzielę się z Wami moją listą oraz osobistymi opiniami na temat poszczególnych miejsc. Warto wziąć pod uwagę, że każdy ma inne zainteresowania i gust i moja lista będzie na pewno odbiegać od tego, co poleca TripAdvisor. Oprócz wizyty w muzeach i innych obiektach, zdecydowanie polecam zwiedzenie miasta z przewodnikiem – łatwo znaleźć darmowe spacery piesze, opłacane na zasadzie dobrowolnych napiwków. Tymczasem skupmy się na samych punktach na mapie.

Swoją listę podzieliłam na kilka części, aby pogrupować obiekty pod względem lokalizacji. Zacznijmy od samego centrum miasta.

Centrum

Słowem “Centrum” określiłam miejsca, do których spokojnie można dojść pieszo, znajdując się gdzieś pomiędzy Rossio a Praça do Comércio (dzielnica Baixa i dzielnice sąsiadujące). Bardzo fajny tekst na temat dzielnic Lizbony można przeczytać na tej stronie.

Zamek św. Jerzego – nie bez powodu jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Lizbonie. Początkowo nawet chcieliśmy go pominąć, bojąc się pułapki turystycznej. Jak dobrze, że tego nie zrobiliśmy! XII-wieczny obiekt, wybudowany przez Maurów, w którym spokojnie można spędzić kilka godzin – nie tylko ze względu na sam zamek (albo raczej to, co po nim zostało), ale przede wszystkim ze względu na niezwykłe widoki rozpościerające się z jego murów. W zamian za częstą wspinaczkę po schodach (miłośnikom schodów szczególnie polecam Torre de São Lourenço – warto!). Wystawy wewnątrz zamku wydają się mniej istotne niż jego wieże i mury, natomiast warto zobaczyć wykopaliska archeologiczne, dostępne tylko o konkretnych godzinach, z przewodnikiem. Ach, no i zamkowe ogrody z nietypowymi roślinami i ciekawymi rzeźbami.

Ważne! Aby uniknąć naprawdę długiego czekania w kolejce, warto wcześniej zakupić bilet przez Internet.

Wszystkie zdjęcia w Lizbonie robiliśmy razem z narzeczonym, wyrywając sobie nawzajem aparat, więc załóżmy, że to dzieło wspólne.

Torre da Igreja do Castelo de São Jorge – wieża widokowa przy kościele Świętego Krzyża obok zamku św. Jerzego. Dałabym jej takie 2/5, ponieważ widoki z niej są dość przeciętne jak na to miasto, a kościół niczym mnie nie zachwycił. Jest to jednak miejsce mniej oblegane przez turystów, co jest oczywiście dużym plusem.

Katedra w Lizbonie – myślę, że warto ją odwiedzić, jeśli jest się zainteresowanym architekturą sakralną, choć nie wyróżnia się specjalnie spośród innych znanych mi katedr. Tym, co mnie najbardziej zainteresowało, były proporcje kolumn – bardzo duże bazy i głowice w porównaniu do trzonów. Dla osób, które lubią przebywać pośród starych murów, pozycja obowiązkowa.

Choćbym zobaczyła dziesięć tysięcy katedr, dziesięć tysięcy pierwsza wciąż zrobi na mnie wrażenie.

Carmo Convent – czyli klasztor Karmelitów, a raczej jego ruiny. Również jedno z najczęściej odwiedzanych przez turystów miejsc w Lizbonie. Kościół został zniszczony podczas słynnego trzęsienia ziemi i obecnie można oglądać ruiny w postaci gołych słupów i reszty ścian. W środku jest także niewielkie muzeum archeologiczne, prezentujące zachowane elementy kościoła (rzeźby itp.). Myślę, że niesamowite byłoby zobaczenie tego miejsca po zmroku.

Muzeum Narodowej Gwardii Republikańskiej – choć do tej pory nie ciągnęło mnie do tego typu muzeów, to zostało nam silnie polecone jako jedno z lepszych muzeów w Lizbonie. Czy tak jest w rzeczywistości – spekulowałabym, jednak to niewielkie muzeum jest wciąż warte odwiedzenia. Nowocześnie zorganizowane, przedstawia eksponaty związane z armią oraz przekazuje wiedzę historyczną. W Internecie można spotkać się z informacją, że muzeum jest darmowe, jednak obecnie koszt zwiedzania to 2 euro.

Elevador de Santa Justa – jest to miejsce, które trzeba zaliczyć, ale najlepiej w sposób niekonwencjonalny. Winda z punktem widokowym jest oblegana przez turystów, co oczywiście wiąże się z ogromnymi kolejkami. Nic dziwnego – widok z góry jest oszałamiający! Aby oszczędzić sobie kilku euro oraz nawet paru godzin stania pod windą, warto wejść od strony Carmo Convent na górną stację windy. Tam można kupić bilet na samą platformę widokową (1.50 €), czyli to, na co ci wszyscy ludzie tam na dole będą jeszcze czekać długo po naszym wyjściu.

Museu do Aljube – Muzeum Oporu i Wolności Aljube – utworzone w budynku dawnego więzienia, opowiada o historii walki z dyktaturą i drodze do wolności. Choć trudno znaleźć je w przewodnikach po Lizbonie, mnie zaciekawił sam temat i naprawdę cieszę, że udało nam się je odwiedzić. Wystawa jest współczesna, multimedialna, wywołująca emocje. Zawiera też wiele ciekawych informacji i źródeł historycznych.

Bardzo dużo ciekawych informacji do poczytania, także w języku angielskim.

Lisboa Story Centre – było chyba najbardziej rozczarowującym miejscem, które odwiedziliśmy w Lizbonie. Może dlatego, że oczekiwałam wiele – informacji na temat miasta. Coś jak Muzeum Warszawy, jak Muzeum Amsterdamu, jakiekolwiek współczesne muzeum stolicy… Tutaj dostałam audioguide’a z mało informacyjną treścią i denerwującymi dialogami (prawdopodobnie targetowanymi w grupę docelową 8-12 lat). Głównym punktem muzeum była niewielka sala kinowa z projekcją animacji, dość miernej jakości, i symulacją trzęsienia ziemi, które zrujnowało miasto. Dla dzieci prawdopodobnie byłoby to ciekawe, dorosły widz natomiast oczekiwałby większego realizmu i bardziej informacyjnych treści.

Choć uwielbiam nowoczesna muzea, to jedno poleciłabym raczej wyłącznie dużo młodszym odbiorcom.

Autobusem i tramwajem

Muzeum Azulejos (płytek ceramicznych) – wydawać by się mogło, że temat niepozorny, czego oczekiwać po takim muzeum? Ja muszę przyznać, że dla mnie było to jedno z ciekawszych miejsc odwiedzonych w Lizbonie. Tzw. „kafelki” również mogą być ciekawe i to miejsce to udowodni – przedstawiając zbiór najładniejszych, najciekawszych i najważniejszych historycznie płytek. Poza tym można dowiedzieć się, jak powstają tego typu elementy, w jaki sposób tworzy się barwniki do nich, jakie rodzaje kafelków w ogóle występują… A na koniec kafelkowa panorama miasta! Ach, no i warto dodać, że muzeum mieści się w zabytkowym klasztorze i sam obiekt jest ciekawy architektonicznie.

Zespół budynków i ogrodu Calouste Gulbenkiana – myślę, że obowiązkowy punkt dla miłośników sztuki. Dwie duże kolekcje – ze sztuką dawną i współczesną oraz nietypowa przestrzeń pomiędzy nimi (zawierająca na przykład las bambusowy) naprawdę zachwycają. Kolekcji nie będę opisywać, bo często się zmienia, muszę jednak przyznać, że wybór ekspozycji zdecydowanie trafił w mój gust.

LxFactory – umieszczam na końcu tej listy ze względu na lokalizację w stronę kolejnej kategorii, jednak my odwiedziliśmy LxFactory jako pierwsze, ze względu na odbywający się w każdą niedzielę LxMarket. To miejsce zdecydowanie polecam miłośnikom hipsterskich knajpek, saloników z rękodziełem, sztuki ulicznej i craftowego piwa. LxFactory to tętniąca życiem przestrzeń kulturalna w terenach poprzemysłowych. Naprawdę warto tam zajrzeć, chociaż na chwilę.

Dlaczego LxFactory warto odwiedzić właśnie w niedzielę

Belém

Ta część Lizbony została przez nas odwiedzona dość szybko i ominęliśmy wiele punktów, które przyciągają licznych turystów. Większość osób jedzie do Belém, aby zobaczyć Klasztor Hieronimitów, Wieżę Belem oraz Pomnik Odkrywców. My te wszystkie miejsca obejrzeliśmy tylko od zewnątrz – być może zostawiając sobie je na kolejny raz. Zobaczyliśmy tylko muzeum pałacu Presidencia, ze względu na polecenie. Było ciekawe, choć nie jestem do końca pewna, czy jest to ważny punkt wycieczki. Sam pałac można odwiedzić tylko dwa razy w tygodniu, przez to warto konkretniej zaplanować swoją wycieczkę do Belém.

Tym, co natomiast powinno znaleźć się na liście każdego miłośnika sztuki i kultury jest Museu Coleção Berardo w Belém Cultural Center. Jest to ogromna galeria sztuki współczesnej, zawierająca światowej klasy zbiór dzieł, które zdecydowanie warto zobaczyć na własne oczy. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że to miejsce aż tak mnie zachwyci. Wszystko posegregowane stylami, zorganizowane w nowoczesny sposób, przyjazny dla odbiorcy. Poza tym naprawdę ciekawe wystawy czasowe, prezentujące genialnych artystów współczesnych. Z całego serca mogę polecić to miejsce.

W tej części Lizbony znajduje się ciekawe muzeum MAAT, niestety podczas naszego wyjazdu było ono zamknięte z powodu wichury. No, na następny raz będzie!

Belem jest zdecydowanie ciekawym miejscem o charakterze portowym. Myślę, że zdecydowanie warto je odwiedzić będąc w Lizbonie. Szczególnie pięknie wygląda o zachodzie słońca, kiedy można usiąść w pobliżu zabytków i patrzeć na kolory nieba odbijające się w wodzie.

Lisboa Card?
A może coś na sam transport?

Przed każdą miejską podróżą szukam możliwych opcji oszczędzenia paru groszy na drogich biletach wstępu. Bardzo długo zastanawiałam się nad zakupem Lisboa Card i ostatecznie… zrezygnowałam.

Lisboa Card, jak się łatwo domyślić, jest ofertą skierowaną w stronę turystów chcących zobaczyć jak najwięcej. Płacisz raz i masz dostęp do wielu obiektów, darmową komunikację publiczną i zniżki do wybranych usług. Wadą jest krótki czas, w którym możesz to zrobić. Do wyboru 1, 2, albo 3 dni. Jest to zawsze zbyt mało, aby zobaczyć wszystkie miejsca na liście, ale dostatecznie dużo, aby zaliczyć co najmniej kilka z nich.

W przypadku Lizbony, oferta opłaca się, kiedy zamierza się dużo podróżować komunikacją publiczną, a zamiast spędzać długie godziny w muzeach, bardziej wolałoby się wejść na chwilę, popatrzeć na kilka eksponatów i wyjść. Wydaje mi się, że tutaj oferta jest niezbyt atrakcyjna.

Tym, co natomiast koniecznie trzeba kupić jest karta Viva viagem (a nawet kilka takich kart – jedna kosztuje jedynie €0.50). Jest to karta z chipem, na którą można ładować bilety komunikacji publicznej lub prościej – wpłacić na nią wybraną kwotę, która będzie odpowiednio wykorzystywana podczas przejazdów autobusami, tramwajami czy pociągami. Ważne! Jedną kartę można uzupełnić tylko jednym rodzajem biletu. Wybierając się więc gdzieś dalej (np. do Sintry), a mając wciąż dostępne “bilety lokalne” na swojej karcie, konieczne będzie kupienie drugiej.

“Wesołych Świąt” :)

Tym wpisem oczywiście nie wyczerpałam tematu zwiedzania Lizbony, a jedynie go napoczęłam. Jak już powiedziałam – ja jeszcze tu wrócę!

Pozostałe wpisy z serii:

Ucieczka do Lizbony – cz. 3 – O kulturze i naturze, wizyta w Sintrze i Cascais (wkrótce!)

Więcej

Ucieczka do Lizbony – cz. 1

Kocham europejskie stolice. Miasta te nie dość, że posiadają długą i ciekawą historię, to często i ich współczesność fascynuje. Inne duże ośrodki również potrafią być piękne i niezwykłe, jednak dla mnie tytuł stolicy oznacza po prostu pewność, że niezależnie od pory roku, znajomości języka czy dostępnej gotówki, zawsze będzie tam co robić. Stolica, którą dzisiaj opiszę, szczególnie ukradła moje serce. Poczytajcie o wspaniałej Lizbonie, którą odwiedziliśmy pod koniec grudnia ubiegłego roku.

To miała być zwykła ucieczka od świątecznego szaleństwa. Zamiast wydawać ogromne kwoty na bilety do Polski (Polacy podróżują jak szaleni do swoich rodzin w czasie Bożego Narodzenia – nawet wydając na to wielokrotności normalnych cen przewozów czy lotów), postanowiliśmy po prostu wybrać coś tańszego i pozwalającego odpocząć od pracy i życia w Niemczech. Postawiliśmy sobie warunek: jakieś ciepłe miejsce, bezpieczne, niedrogie, łatwe do zaplanowania. Kiedy wyszukiwarka lotów wskazała Lizbonę, już wiedziałam, że będzie to strzał w dziesiątkę. Oboje nigdy nie byliśmy w Portugalii, natomiast rok temu zaliczyliśmy Barcelonę i wróciliśmy stamtąd z pięknymi wspomnieniami i chęcią powrotu.

Pogoda w Lizbonie pod koniec grudnia jest praktycznie idealna. Jest ciepło, więc grube kurtki i rękawiczki można schować, natomiast nie ma upałów, zmuszających ludzi do nakładania grubych warstw kremów z filtrem, noszenia okularów przeciwsłonecznych (to boli szczególnie ludzi z wadą wzroku) a turystów nie ma aż tylu, co w sezonie. Przez większość świątecznych dni wszystkie atrakcje i muzea są otwarte. Wyjątkiem jest 25 grudnia, kiedy zamknięte jest oczywiście wszystko, oraz 24 grudnia, kiedy większość miejsc oficjalnie jest otwarta, ale na miejscu okazuje się, że powieszono karteczkę z napisem, że jednak nie. Lizbona otoczona jest jednak piękną przyrodą i warto wtedy uciec z miasta na spacer po plaży w Cascais czy w okolice Sintry.

Ale wróćmy do samej Lizbony.

Żółty tramwaj nr. 28 to jeden z symboli miasta. Ta zabytkowa linia pokonuje naprawdę strome wzniesienia, ostre zakręty i to wszystko pomimo tłumów turystów wewnątrz!

Trochę historii

Lizbona ma bardzo złożoną historię i pozostałości z poszczególnych czasów wciąż można znaleźć w przestrzeni miasta. Już w czasach antycznych funkcjonowała tutaj osada, być może nawet punkt handlowy, choć początki Lizbony datuje się o wiele wcześniej. Czasy rzymskie pozostawiły po sobie duży ślad. Potem przejęcie przez Maurów dało zupełnie nowy kierunek rozwojowi miasta, w tym i architekturze, tym razem muzułmańskiej. Dopiero w XXII wieku Lizbona została włączona do Portugalii, a obecni mieszkańcy przeszli na chrześcijaństwo lub przenieśli się do innych krajów muzułmańskich. Od 1255 miasto jest stolicą Portugalii (prawie ciągle) i głównym ośrodkiem państwa.

To z Lizbony, z portu w Belém, wypływały wyprawy odkrywców i kolonizatorów. Miasto było uznawane za jeden z najważniejszych ośrodków Europy. Niestety, w 1755 większa część miasta została zniszczona w trzęsieniu ziemi oraz następujących pożarach. Ocalali ludzie, ukrywając się w pobliżu brzegu, zostali w dużej części zgładzeni przez tsunami.

Miasto zostało odbudowane według zupełnie nowego planu. Postawiono na prosty układ z najważniejszą ulicą łączącą główne place: Praça do Rossio (główny plac handlowy i miejsce spotkań) oraz reprezentacyjny Praça do Comércio, z łukiem triumfalnym i posągiem króla Józefa I na koniu. Cała przestrzeń pomiędzy placami to obecnie serce Lizbony, położone w wąwozie pomiędzy miejskimi wzgórzami. Ten niezwykle prosty i skuteczny układ tworzy bardzo przyjemną do spaceru tkankę miasta.

Wszystkie zdjęcia w Lizbonie robiliśmy razem z narzeczonym, wyrywając sobie nawzajem aparat, więc załóżmy, że to dzieło wspólne.

Miasto dziś

W Lizbonie można zakochać się za samą geografię miejsca. Za tą jego trójwymiarowość. Z jednej strony mamy praktycznie bezpośredni dostęp do Atlantyku, z drugiej teren ukształtowany jest dość górzyście, ułatwiając znalezienie punktów widokowych. To jest właśnie to, co ujęło mnie szczególnie – choć miasto charakteryzuje się zwartą zabudową, wciąż łatwo trafić na otwarcia widokowe. Jest ich naprawdę mnóstwo, od przypadkowo napotkanych szpar pomiędzy budynkami, do specjalnie ulokowanych tarasów na dachach domów.

Poziomy ulic Lizbony są tak zróżnicowane, że miasto wyposażono w windy, pozwalające za darmo wjechać na wyższe „piętro”. Z tego powodu warto zapomnieć o istnieniu Google Maps i dać się prowadzić miastu, zaskakującemu na każdym kroku. Kręte uliczki i tak zawsze doprowadzą w jakieś piękne miejsce, nawet jeśli nie będzie to dokładnie to, którego właśnie szukasz.

A czym właściwie jest to piękno? Tutaj mogłabym się rozpisywać, ale postaram się ująć to co najważniejsze. Lizbona to nie jest miasto czyste i sterylne, jak miasta niemieckie, ale też niegłośne i dzikie jak opisywany wcześniej Stambuł. To taki złoty środek pomiędzy jednym a drugim. Z jednej strony nie wieje nudą, z drugiej wydaje się być całkiem bezpieczna.

Miasto łączy też stare z nowym. Zgodnie z tamtejszą tradycją budowlaną, obiekty obłożone są kolorowymi kafelkami, często zawierającymi wzory lub malunki. Choć przed przyjazdem słyszałam wielokrotnie, że turyści zdrapują kafelki z domów, a wiele z nich jest w złym stanie, sama nie zauważyłam podobnych tendencji. Wiele budynków miało wręcz nowo wyłożoną ceramikę. Choć oczywiście nie wszystkie budynki mają tego typu elewację, sama powtarzalność tego stylu sprawia, że architektura miasta jest naprawdę spójna. Poza tym, czy to nie wygląda prześlicznie, kiedy fasady wręcz błyszczą się w promieniach słońca, rzucając wokół wielokolorowe odbicia?

Elementem nowym jest natomiast liczna sztuka miejska. Uwielbiam street art, a w Lizbonie natykaliśmy się na rozmaite interwencje w przestrzeni miejskiej na każdym kroku! Od nietypowych rzeźb i zabawnych znaków i naklejek po niezwykłe murale. W mieście działają liczni artyści street artowi, tworzący naprawdę niezwykłe dzieła, często odpowiadające na obecne problemy lub przekazujące konkretne, ważne, znaczenie. A przy okazji są piękne i sprawiają, że miasto jest jeszcze ciekawsze, niż byłoby bez udziału sztuki.

Trójwymiarowy mural autorstwa Bordalo II w LxFactory

Ciąg dalszy:

Ucieczka do Lizbony – cz. 2 – Co warto zobaczyć w Lizbonie? (wkrótce!)

Ucieczka do Lizbony – cz. 3 – O kulturze i naturze, wizyta w Sintrze i Cascais (wkrótce!)

Więcej

Na ile ekologicznie jesteśmy w stanie żyć?

Ten temat wydaje się być na topie w ciągu ostatnich miesięcy. Choć naukowcy od dziesiątek lat bili na alarm, dopiero teraz widzimy na własne oczy skutki globalnego ocieplenia. Brak zimy, pożary w Szwecji, Brazylii, Australii. Dzięki Internetowi każda wiadomość może w błyskawicznym tempie dotrzeć do milionów odbiorców. Choć prawdopodobnie przegapiliśmy naszą szansę uratowania świata, ludzkość jest zbyt zawzięta, aby stać z założonymi rękami i przyglądać się zbliżającej się katastrofie. Coraz więcej osób chce coś zrobić, chce mieć jakiś pozytywny wkład w środowisko, albo chociaż ograniczyć negatywne skutki swojej egzystencji.

Poniższy tekst został napisany w ramach Inicjatywy #BloggersHelpWorld serwisu Mocna Grupa Blogerów. Celem akcji jest pokazanie, jak żyć ekologicznie i oszczędniej, dbając o naszą planetę oraz dając dobry przykład innym.

Co tak właściwie możemy zrobić? Metod i sposobów jest bardzo wiele, a każdy gest może zarówno nieść za sobą pozytywne skutki, jak i nie prowadzić do żadnej zmiany w ogóle. Myślę, że jest jednak mnóstwo małych, średnich i dużych postanowień, które warto chociaż rozważyć. Możemy zrobić grę – ja przygotuję listę, a Wy napiszcie, ile podpunktów udało Wam się odhaczyć, a ile więcej zamierzacie wprowadzić w swoim życiu w najbliższej przyszłości. Co więc można zrobić?

50 sposobów

Oto lista rzeczy małych, średnich i dużych, bez konkretnej kolejności. Jest ich dokładnie pięćdziesiąt. Z całą pewnością dałoby się dopisać drugie tyle, skupiając się dokładniej na każdej dziedzinie życia z osobna. To są rzeczy, które po prostu przyszły mi na myśl. Sama stosuję się do około 35-40 z nich.

  1. Ograniczenie kupowanie nowych ubrań
  2. Naprawianie zamiast wymieniania
  3. Kupowanie z drugiej ręki, na przykład w ciucholandach
  4. Korzystanie z usług zamiast posiadania własnych sprzętów, urządzeń
  5. Picie wody z kranu
  6. Posiadanie butelki na wodę wielokrotnego użytku
  7. Przynoszenie jedzenia w pudełku wielokrotnego użytku
  8. Ponowne wykorzystywanie resztek z obiadu
  9. Branie krótkich pryszniców zamiast długich kąpieli w wannie
  10. Oszczędne korzystanie z wody podczas mycia naczyń czy zębów
  11. Redukcja spożycia mięsa – na przykład bezmięsne piątki
  12. Rezygnacja z czerwonego mięsa
  13. Rezygnacja z mięsa w ogóle – przejście na wegetarianizm
  14. Rezygnacja z mięsa i produktów odzwierzęcych – przejście na weganizm
  15. Unikanie produktów zawierających niepotrzebnie dużo opakowania
  16. Kupowanie produktów w większych opakowaniach, jeśli ma się pewność, że zje się je w całości
  17. Kupowanie produktów w mniejszych opakowaniach, jeśli zwykle nie dojada się ich do końca przed ich zepsuciem
  18. Ponowne wykorzystywanie opakowań po produktach spożywczych
  19. Dojazdy do pracy, szkoły czy na uczelnię rowerem lub komunikacją publiczną
  20. Rezygnacja z samochodu – w razie czego zawsze można wypożyczyć
  21. Mieszkanie w budynku ocieplonym
  22. Ograniczenie ogrzewania zimą – to nie jest ta pora roku, w której po domu chodzi się w bieliźnie
  23. Wietrzenie zimą tylko przy wyłączonym ogrzewaniu
  24. Kupowanie owoców i warzyw bez opakowania czy siatki (i tak je umyjesz)
  25. Oddawanie pustych butelek z powrotem do sklepu
  26. Kupowanie produktów lokalnych
  27. Unikanie produktów, które muszą być sprowadzane drogą lotniczą (np. awokado)
  28. Unikanie produktów zawierających olej palmowy
  29. Nie kupowanie w nadmiarze = nie wyrzucanie
  30. Wykorzystywanie toreb wielokrotnego użytku podczas zakupów (ale nie kupowanie nowych specjalnie do tego celu!)
  31. Segregacja odpadów
  32. Rezygnacja, ograniczenie podróży samolotem
  33. Rezygnacja z „kawy na mieście”, a jeśli już to bez pokrywki
  34. Wymiana żarówek na LEDowe
  35. Gaszenie światła i wyłączanie urządzeń, kiedy się z nich nie korzysta
  36. Oszczędne korzystanie z produktów czyszczących, tworzenie własnych
  37. Zamiast podpasek i tamponów, kubeczek menstruacyjny
  38. Rezygnacja lub ograniczenie potomstwa
  39. Posiadając niemowlę – wybór pieluch wielorazowych
  40. Zamiast kupować ubranka dla dziecka – zapytać znajomych, czy ktoś się nie pozbywa
  41. Ponowne wykorzystywanie jednostronnie zadrukowanych kartek
  42. Nie drukowanie biletów – korzystanie z wersji elektronicznej
  43. Wybór korespondencji elektronicznej
  44. Nie kupowanie książek – wypożyczanie lub wybór wersji elektronicznej
  45. Kupowanie produktów wyprodukowanych z użyciem materiałów porecyklingowych
  46. Wybór produktów, które da się ponownie przetworzyć
  47. Wybór produktów, z których będzie można korzystać dłużej
  48. Dotacja organizacji środowiskowych
  49. Wolontariat w organizacjach środowiskowych
  50. Promocja zachowań pro środowiskowych

Ile podpunktów udało Wam się odhaczyć? Jestem pewna, że co najmniej kilka – a może nawet większość? Wydawać by się mogło, że świat idzie w dobrą stronę, że ludzie są coraz bardziej świadomi i jak tak dalej pójdzie, to powinno się to globalne ocieplenie jakoś załagodzić. W końcu w grupie siła, prawda? Niezupełnie.

Realne znaczenie

Pierwszym dużym problemem jest fakt, że przeciętny zjadacz chleba nie ma aż tak dużego wpływu na środowisko, jaki mają wielkie korporacje. Te nie tylko wpływają na wybory konsumentów, ale także dyktują reguły całej gry. Czy bilety na komunikację publiczną w Niemczech byłyby takie drogie, gdyby nie ogromne firmy samochodowe? Czy urządzenia domowe psułyby się od razu po zakończeniu okresu gwarancji, gdyby firmy nie liczyły na szybki powrót klienta? Czy produkty spożywcze byłyby wciąż pakowane w nadmierną ilość plastiku, gdyby ktoś nie policzył, że w ładnej folii dana rzecz się lepiej sprzeda, więc koszty opakowania zwrócą się z nawiązką?

Ludzie też nie chcą rezygnować ze swoich przyjemności i marzeń, widząc jak minimalny odsetek społeczeństwa pławi się w luksusach. Ja spędzę wakacje w nieodległym mieście, a kto inny będzie kilka razy dziennie latał prywatnym samolotem na spotkania biznesowe. Ja przejdę na weganizm, a kto inny zorganizuje imprezę, po której wyrzucone zostaną setki kilogramów niedojedzonych posiłków. Ja starannie porozdzielam wszystkie śmieci, a kto inny wywiezie swoje odpady do lasu. Wydawać by się mogło, że gra jest niewarta świeczki i po co w ogóle się starać, skoro nasze poświęcenie nie ma rzeczywiście realnego oddziaływania na środowisko…

Myślę, że wiele osób zadawało sobie to pytanie niejednokrotnie. Ja również. I doszłam do wniosku, że mimo to, nie zmienię swoich dobrych nawyków, za to będę powoli wprowadzać do swojego życia kolejne.

Przede wszystkim jest to myśl, że nawet jeśli w ogromnej skali mój gest nic nie znaczy, ma on znaczenie w ogóle. Ta jedna plastikowa siatka mniej może i nie oczyści oceanów, ale też nie zapląta się w nią morskie zwierzątko, nie trafi na nią nikt na jakiejś oddalonej o tysiące kilometrów ode mnie plaży. Ten bezmięsny obiad nie zredukuje produkcji mięsa, ale po latach wegetarianizmu będę mogła powiedzieć, że nie zjadłam kilkuset zwierząt. A jeśli za mną poszły kolejne osoby, jeśli kogoś przekonałam, to ta liczba się zwiększa.

Mój jednokrotny gest okazuje się całkiem duży, kiedy powtarzam go przez wiele lat. Warto więc wprowadzać dobre zmiany w życiu, zwłaszcza jeśli tak naprawdę nie prowadzą one do większych wyrzeczeń, poświęcenia.

Bo jak długo cieszysz się z tej jednorazowej plastikowej butelki, w której kiedyś tam kupiłeś sobie wodę?


Wpis powstał z okazji akcji #BloggersHelpWorld – Mocna Grupa Blogerów.

Więcej

Bullet Journal 2020 w Citridori + moje kolekcje i trackery

Nowy rok, nowe BuJo. To chyba najbardziej spodziewany wpis w tym roku. Obiecuję, że nie zanudzicie się, czytając poniższy tekst. Znajdziecie w nim kilka praktycznych wskazówek przy tworzeniu własnego bullet journala, zobaczycie mnóstwo pomysłów do zgapienia i przyznacie mi rację, bądź nie, że w takiej formie planowania, estetyka nie gra tak ogromnej roli, jak praktyczność i niezawodność.

Na razie tylko okładka.

Co dobre, to powtórzyć

Bullet journal, w zróżnicowanej formie, prowadzę już wiele lat. Z każdym kolejnym rokiem ulepszam moją wersję tej metody, wprowadzam zmiany i testuję nowe rozwiązania. Dzięki temu, notes ewoluuje w dobrą stronę.

O zeszłorocznym notesie możecie przeczytać w tym wpisie. Aby nie dublować treści, skupię się tym razem na tym, co konkretnie zachowałam do ponownego wykorzystania, a z czego zrezygnowałam zupełnie. Najważniejszym powtórzonym elementem jest dla mnie układ kalendarza – tydzień pracujący po lewej stronie i weekend po prawej. Tak, jak w zeszłym roku, przygotowałam go za pomocą stempli (choć tym razem uprościłam proces za pomocą gotowych stempli silikonowych ze skróconymi nazwami dni tygodnia z AliExpress). Część tak zwanych trackerów / kolekcji również szybko przepisałam, nie zmieniając nawet szczególnie kompozycji strony. Nie będę ich tutaj wyróżniać, aby niepotrzebnie nie rozwlekać tej części wpisu. Zobaczycie je, scrollując stronę w dół.

Wygląd rozkładówek tygodniowych w większości pozostaje bez zmian. Dołożyłam tylko kilka stempli z Ali, aby wypełnić miejsce. Wcześniej używałam trackera miesięcznego, do którego nie chciało mi się zbyt często wracać, tym razem będę po prostu odbijać tę tabelkę dla każdego tygodnia. Jest ona zaprojektowana dla właśnie siedmiu dni.
Konkretnie to tak to będzie wyglądać.

Nowa forma

Tak naprawdę, główną nowością jest sam typ notesu. Idąc w stronę praktyczności i zmniejszania limitów liczby stron czy ciężaru notesu, postanowiłam zastosować okładkę z wymiennymi wkładami. Poszczególne zeszyty przymocowane są za pomocą gumek, dzięki czemu można je spokojnie wysuwać i wymieniać. Taki typ notesu często określa się mianem „Traveler’s Notebook”. Najbardziej znane notesy tego typu produkuje firma Midori, są one podłużne (niestandardowy format), a okładka wykonana jest ze skóry. Wiele osób tworzy podobne okładki własnoręcznie lub kupuje produkty innych marek, mimo to, nazwa wymieniona powyżej stała się już pospolita.

Ja wybrałam coś podobnego, choć o zupełnie innym charakterze. Zamówiłam sobie okładkę i zestaw wkładów z Citrus Book Bindery. Produkt ten nazwany jest CitriDori Refillable Cover i posiada pewną ogromną zaletę: opcje personalizacji. Można wybrać format, grubość (ile wkładów ma się zmieścić wewnątrz?), jakie dodatkowe gadżety powinny się tam znaleźć (np. tylna kieszonka), napis na okładce i tak dalej. W przypadku samych wkładów opcji jest jeszcze więcej – cała masa wzorów stron, różne wersje kropek, linii, kratek i siatek, także strony w kolorze. Nie powinnam zapomnieć też o gramaturze i tak dalej.

Całość robiona jest ręcznie, co oczywiście jest świetną sprawą, jednak wiąże się z wadami lub zagrożeniami. Nitka może się łatwo przerwać, nie wszystko jest też super równe. Największą wadą jest oczywiście cena, sprawiająca że zeszyty CitriDori nie są osiągalne dla każdego. Taki mamy system. Ja postanowiłam, że okładka ma mi wystarczyć na co najmniej dwa lata, natomiast oprócz wkładów zamówionych z CBB, będę używać też zwykłych, niedrogich zeszytów. Wybrałam format A5 aby bez problemu móc zawsze wsadzić coś do środka.

Tak prezentuje się zamknięty BuJo.

Moja okładka pomieści sześć wkładów. Będą to:

  1. Kalendarz dwuletni, po miesiącu na rozkładówkę. Zamówiłam gotowy kalendarz tego typu, aby wyglądał schludnie i abym nie musiała spędzić zbyt wiele czasu (czy ryzykować błędy), rysując go własnoręcznie. Moje ubiegłoroczne BuJo nie miało takiego komponentu – wszystkie terminy zapisywałam bezpośrednio w tygodniówkach. Był to duży błąd prowadzący do dużych trudności ze znalezieniem czegokolwiek w morzu notatek.
  2. Typowy bullet journal, czyli zeszyt do wszystkiego. Standardowo będą w nim rozkładówki tygodniowe, prawie identyczne jak w zeszłorocznym kalendarzu. Oprócz tego, to tutaj będę zamieszczać luźne notatki, wklejać pamiątkowe bilety, prowadzić dziennik podróży podczas wyjazdów, czy planować różne krótkoterminowe rzeczy. Prawdopodobnie notes ten wystarczy mi na jeden kwartał, może pół roku, po czym wymienię go na podobny, niezależnie od tego, na którym miesiącu stanęło.
  3. Zeszyt do kolekcji / trackerów. Czyli to, co widzicie, wpisując „bullet journal” w Pinteresta czy inne Google. Tego wkładu nie będę zbyt często wyjmować, ponieważ planowo powinien również wystarczyć mi na dwa lata. Będę notować w nim plany podróżnicze i zrealizowane podróże, śledzić zdrowie i dietę, zapisywać przeczytane książki, obejrzane filmy i seriale i tak dalej. Część stron pokażę wam niżej w tym wpisie.
  4. Szkicownik. Tak się składa, że format A5 to jeden z popularniejszych formatów szkicowników i bardzo się cieszę, że jeden będę mieć zawsze przy sobie. Uzbierałam już małą kolekcję szkicowników, które czekały na swoją kolej. Ta właśnie nadeszła!
  5. Prosty pomysł DIY – saszetka na naklejki, wycinki, bilety i tak dalej. To wszystko, co kiedyś chcę wkleić do BuJo, ale nie teraz. Będzie to bardzo prosta rzecz, wykonana ze zwykłej koszulki na kartkę A4, podzielonej na pół.
  6. Luźne kartki, karteczki i tak dalej. Znacie to uczucie, kiedy chcecie coś komuś zapisać, a jedyną rzeczą pod ręką jest wasze piękne BuJo? No właśnie. Dobrze mieć jakieś kartki, najlepiej część z nich od razu pocięta w paski, aby w razie czego jeden spokojnie urwać, bez szkody dla sąsiadujących notesów.
Wkład kalendarzowy z Citrus Book Bindery. Każdy miesiąc zajmuje dwie strony.

Elementy trzeciego wkładu

Trzeci wkład to nie tylko śledzenie i zapisywanie. Dla mnie to przede wszystkim ściągawka z życia. Do najważniejszych stron będę zaglądać naprawdę często, tak jak to robiłam w przypadku poprzednich BuJo. To temu wkładowi poświęciłam najwięcej uwagi (choć i tak uwinęłam się ze wszystkim w dwa dni – moje BuJo to nie średniowieczna księga, aby modlić się nad każdą literą i każdą linią). Zawiera on bardzo dużo elementów, które za chwilę wymienię. Zanim to nastąpi, chciałabym jednak opisać, w jaki sposób ustaliłam ich kolejność. Myślę, że sposób ten może być dla Was przydatny, więc z chęcią się nim podzielę.

Kolejność stron

Jeśli czytaliście mój poprzedni wpis w tematyce Bullet Journal, wiecie że jedną z wad poprzedniego zagospodarowania notesu była zbyt przypadkowa kolejność pojawiających się tam stron z tak zwanymi trackerami, kolekcjami, informacjami, do których wraca się co chwila. Wiązało się to głównie z kolejnością ich powstawania. Ponieważ wtedy skupiłam się głównie na kalendarzu, pozostałe strony tworzyłam już później, często dopiero w momencie kiedy ich potrzebowałam. Tym razem treść większości z nich będzie po prostu przepisanymi i poukładanymi informacjami ze stron notesu ubiegłorocznego.

Jest wiele metod porządkowania informacji o zróżnicowanej tematyce. Dla mnie zdecydowanie najwygodniejszą było zrobienie tego w sposób czysto analogowy. Aby było to bardziej czytelne, opiszę moją metodę w punktach (zdjęcia pod spodem).

  1. Na czystej kartce A4 narysowałam wiele prostokątów poziomych podzielonych na pół. Symbolizują one pojedyncze rozkładówki, czyli dwie sąsiadujące ze sobą strony BuJo.
  2. Bez większego zastanawiania się nad kolejnością, wypisałam na prostokątach (często używając też rysunków, symboli), co powinno się znaleźć na tych stronach. Przykładem będzie na przykład słowo „urodziny” i duże kółko na środku prostokąta, oznaczające że chcę obie strony przeznaczyć na kalendarz urodzin znajomych i rodziny, a graficznie przedstawię rok w formie koła zajmującego większą część rozkładówki.
  3. Następnie powycinałam prostokąty / rozkładówki. Zupełnie nieistotne jest wycięcie wszystkiego równo, liczy się wyłącznie użyteczność. Jeśli kilka prostokątów już na starcie była wypisana w prawidłowej kolejności, mogą one zostać na wspólnym kawałku papieru (np. lista książek do przeczytania, książki przeczytane, filmy, gry, seriale…).
  4. Patrząc na kupkę różnej wielkości kawałków papieru, zastanowiłam się, jak tematycznie można by ją podzielić na kilka mniejszych zbiorów. W moim przypadku było to dość łatwe: część elementów dotyczyła podróży, część zdrowia, część innych osób (urodziny, adresy), część samorozwoju, część rozrywki i tak dalej.
  5. Mając niewielką liczbę stosów karteczek, zastanowiłam się, w jakiej kolejności najwygodniej będzie umieścić je w BuJo. Co chciałabym zobaczyć na pierwszych stronach notesu, co powinno znaleźć się na środku, a jakie strony warto zostawić na sam koniec. Ułożyłam kupki w rzędzie, według ustalonej kolejności.
  6. W obrębie każdej kupki ustaliłam kolejność stron. W miarę możliwości starałam się znaleźć wspólny mianownik pomiędzy poszczególnymi kupkami. Przykładem jest na przykład strona „w co się ubrać w zależności od pogody”, jako coś pomiędzy podróżami a zdrowiem.
  7. W ten sposób ustaliłam kolejność wszystkich stron w moim zeszycie do „kolekcji”. Prawdopodobnie zostanie ona ze mną już naprawdę długo. Każdy dotychczasowy notes budowany był na bazie poprzedniego i z następnymi z pewnością nie będzie inaczej.
Powycinane karteczki ze stronami / rozkładówkami. Daje to o wiele większą swobodę, niż próby segregowania ich przydzielając im numery, kolorując, rysując zbiory i tak dalej. Zdjęcie zrobione jakiś czas po przygotowaniu BuJo, stąd na kartkach widoczne są numerki, dodane przeze mnie później.
Podział na kategorie tematyczne i ostatecznie jedna kupka ze wszystkimi kartkami we właściwej kolejności. Jasne, to samo można zrobić na komputerze. Dla mnie jednak czasem narzędzia analogowe dają o wiele więcej swobody niż jakakolwiek appka.
Na koniec można ponownie narysować podobne prostokąty i uzupełnić je treścią z karteczek. W ten sposób łatwiej zorientować się, co ostatecznie będzie obok siebie – zwłaszcza jeśli chodzi o rzeczy zajmujące tylko połowę rozkładówki. Po prawej test długopisów, zignorujcie go.

Pełna lista

Oto pełna lista stron, według ustalonej przeze mnie kolejności. „[x2]” przy opisie oznacza, że na tę rzecz przeznaczyłam całą rozkładówkę, czyli dwie strony, zamiast jednej.

  • Wish list – things – lista przedmiotów, które chciałabym kiedyś kupić
  • Wish list – memories – podobna lista, tym razem doświadczeń, rzeczy niematerialnych
  • „Fernweh List” – dokąd chciałabym pojechać – z podziałem na miejsca w pobliżu, w Europie i na Świecie [x2]
  • Mapka okolicy z wyrysowanymi liniami kolejowymi (to nie są ulice) do planowania krótkich wypadów [x2]
  • Odwiedzone kraje (lista) – mapka Europy [x2]
  • Mapka świata [x2]
  • Do ogarnięcia przed podróżą – z podziałem na „podczas planowania, tuż przed wyjazdem i osobno ogarnięcie mieszkania”
  • Do spakowania w podróż – lista uniwersalna
  • Sprzątanie – często, co tydzień, co miesiąc (nazwałam to sprzątaniem, ale chodzi o wszelkie nieprzyjemne czynności życia dorosłego – zakupy, pranie i tak dalej)
  • Pomysły na szybkie obiady – same listy potrzebnych składników, aby wiedzieć co trzeba mieć aby w ogóle zacząć [x2]
  • „Health tracker” – tabelka dwuletnia, gdzie będę zaznaczać miesiączki, choroby, bóle głowy i tak dalej
  • Leczenie, wizyty u lekarzy, specjalistów (dentysta, ginekolog, okulista, szczepienia, badania krwi + pozostałe)
  • Wymiary + waga. Ja będę już zawsze gruba, ale warto wiedzieć, jak bardzo.
  • Co założyć kiedy – wykres z listą ubrań w zależności od temperatury
  • Ćwiczenia na poszczególne części ciała – ściągawka [x2]
  • Hiking! Strony związane z górami: co spakować, pomysły na wypady, lista zdobytych szczytów i dużo miejsca na notowanie kolejnych tras [x4]
  • Urodziny i ważne daty [x2]
  • Adresy i telefony
  • Pomysły na wpisy na bloga [x2]
  • Pomysły na DIY [x2]
  • Lista książek do przeczytania, np. poleconych przez znajomych
  • Lista książek przeczytanych w 2020 i 2021 [x2]
  • Obejrzane filmy
  • Śledzenie seriali
  • Gry i gry planszowe
  • Kanały na YouTube warte śledzenia. Bo mam osiem tysięcy kont i każde śledzę innym.
  • Lista naprawdę ulubionych piosenek
  • Flagi świata [x2]
  • Tabelka z cyrylicą [x2]
  • Test długopisów (czyli strona do bazgrolenia)

W przypadku pojawienia się nowych elementów, zostało mi jeszcze parę wolnych stron. Większość rzeczy wymienionych wyżej migruje już z notesu do notesu, więc są to naprawdę przydatne dla mnie strony.

Początkowo myślałam o zrobieniu jakichś ładnych ramek dla tych list, jednak takie zabrałyby niepotrzebnie dużo miejsca. Zamiast tego po prostu ładna taśma washi i napis złotym brushpenem. Kto potrzebuje więcej dekoracji?
W podobnym stylu stworzyłam wszelkie listy książek, filmów itd. więc nie będę ich już tu wrzucać.
Myślę, że te strony to mój największy błąd. Proporcjonalnie powinnam poświęcić dużo miejsca temu, co blisko, a mniej miejscom, których prawdopodobnie i tak nigdy nie zobaczę.
Moja ulubiona mapka. Nie jest to siatka ulic pomiędzy miastami, a istniejące połączenia kolejowe. W ten sposób o wiele łatwiej będzie ogarniać spontaniczne wypady weekendowe, czy po prostu poznać geografię regionu.
Kocham podróżować i odkrywać nowe miejsca. Nawet w epoce internetu, kiedy o wszystkim można przeczytać, nie wychodząc z domu, przeżycie czegoś na własnej skórze daje zupełnie inne doświadczenie. Wiele pięknych miast podbiło moje serce i zdecydowanie chciałabym je zobaczyć ponownie.
Jedno z moich największych marzeń to zwiedzić świat. Na razie moja mapa wygląda tak, jak na zdjęciu powyżej. Liczę jednak na to, że to się szybko zmieni.
Wszyscy mi mówią, że jestem osobą bardzo zorganizowaną. Ja natomiast mam po prostu swoje sposoby. Najważniejszym z nich jest zapisywanie wszystkiego i wracanie do tych notatek jak najczęściej. Lubię też praktyczne rzeczy. Zamiast przygotowywać nową listę rzeczy do spakowania przed każdym wyjazdem, ja po prostu otwieram tę stronę i odhaczam to, co trzeba ołówkiem. Strona po lewej stronie to natomiast nowość w moim BuJo. Wypisałam tu wszystko, co trzeba zrobić, przemyśleć, załatwić, sprawdzić, przed wyruszeniem w drogę. Od kluczowych rzeczy (czy potrzebuję wizy) do prawdziwych błahostek (podlać kwiatki).
Kto potrzebuje listy “sprzątanie”?! Zdecydowanie ja. Uświadomiłam sobie to, przeglądając moje zeszłoroczne BuJo i widząc, ile razy wypisywałam dokładnie te same czynności na stronach tygodniówek. A może wystarczy raz? Zwłaszcza kiedy informację, komu przypada które zadanie, spokojnie można umieścić ołówkiem i zmazać.
Nie cierpię gotować. Jeszcze bardziej niż gotować, nienawidzę myśleć o gotowaniu i o tym, co przyrządzić na obiad. Mój najulubieńszy obiad to gotowe tortellini z marketu, z gotowym sosem, pesto i serem sypanym. A i tak zawsze zapomnę kupić pesto! Te tabelki to krótkie listy składników do stworzenia idealnego obiadu, który łączy w sobie smak, porównywalnie dobre właściwości odżywcze i przede wszystkim czas i prostotę wykonania.
Kiedy ostatnio byłaś u dentysty? Ej, a nie wypada ci wtedy czasem okres? Człowiek w pewnym wieku uświadamia sobie, że nie jest niezniszczalny, a zaniedbania mogą doprowadzić do złych skutków. Poza tym, nie lepiej już mieć to badanie z głowy, odhaczyć w BuJo, zamiast odkładać w nieskończoność?
Lewa strona pt “i tak nie schudniesz”.
Prawa strona natomiast jest o wiele ciekawsza. Przerysowałam ją w całości z zeszłorocznego BuJo, ponieważ jest to chyba jedna z najpraktyczniejszych rzeczy, które można sobie wypisać, będąc tak ubraniowo nieogarniętym jak ja. Bo jak słyszę “10 stopni”, to naprawdę nie wiem, czy to temperatura na gruby szalik i ocieplane skarpety, czy krótki rękawek.
Uprzedzę pytanie – ilustracja w górnej części strony to kolejna taśma washi. Choć nie miałabym problemu z narysowaniem podobnego obrazka, wolałam “pójść na skróty”. Strony o górach mam cztery. Na pierwszej rozpisałam listę rzeczy do zabrania oraz ogarnięcia i pomysły na kolejne trasy. Póki co, wychodzę tylko w trasy jednodniowe, stąd tak krótka lista. Jeśli to się kiedyś zmieni, podeprę się pokazaną wcześniej listą ogólną. Druga strona to lista tras odbytych do tej pory, przepisana z poprzednich notesów. Dzięki temu wiem, gdzie już byłam i co mogę polecić w razie, gdyby ktoś pytał. Nie, nie mam pamięci do tych niemieckich nazw. Kolejne dwie strony (nie przedstawione na zdjęciu) będą zawierać wypady z tego roku i kolejnego. Jeśli wypadnie ich zbyt wiele, zawsze mogę dokleić kartkę czy dwie.
Zawsze, kiedy wizualizuję sobie rok, widzę go w takiej właśnie formie – koło (tutaj uproszczone do dwunastokąta) z latem na górze i zimą na dole. W ten sposób narysowałam już kalendarz dat i urodzin dwa lata temu i to mi się sprawdziło. Wokół odpowiednio dużo miejsca na dodanie kolejnych terminów, choć już w takiej formie strona prezentuje się całkiem ładnie (pomimo paskudnej typografii).
Czasami wpadną mi do głowy pomysły na coś, co chciałabym zrobić własnoręcznie. Jest to: a) pod prysznicem, b) w pracy, c) kiedy z jakiegokolwiek powodu nie mam czasu lub możliwości je zrealizować. Gdy jednak wreszcie mam czas, nagle wszystkie te idee znikają z mojej pamięci i choć chcę coś zrobić, to nie wiem co. Od dzisiaj będę więc notować te pomysły dokładnie tutaj. Podobną stronę mam dla pomysłów związanych z blogiem, więc nie będę już powielać.

Jak widać na powyższych zdjęciach, nie poświęciłam zbyt wiele czasu na przygotowanie tego notesu. Nie ma tu praktycznie ani jednego rysunku, większość linii narysowanych jest bez wykorzystania linijki i w przypadku żadnej strony nie zrobiłam wcześniej projektu czy wstępnej kompozycji (za wyjątkiem miniaturki na prostokącikach, pokazanych wcześniej).

Zawsze powtarzam, że bullet journal powinien być przede wszystkim praktyczny i użyteczny. Wiele osób na siłę szuka pomysłów na piękne tabelki i dekoracje na stronach typu Pinterest. Jest to oczywiście w porządku – zwłaszcza, kiedy prowadzenie takiego BuJo sprawia przyjemność, relaksuje i tak dalej. Chcę tylko pokazać, że tak nie musi być. Nie przejmujcie się, że coś jest krzywo, że ramki wyszły nierównej wielkości czy że gdzieś tam wkradł się błąd. Gdyby nauczyciel geografii spojrzał na moje mapki, pewnie załamałby się na miejscu. Gdyby znany projektant miał wystawić ocenę mojemu notesowi, pewnie wylądowałabym pomiędzy Świnką Peppą a ubraniami z bazaru.

Na szczęście BuJo to rzecz zupełnie personalna i naprawdę, tylko osoba, do której BuJo należy, może ocenić, czy jest ono tym, czym miało być, czy nie.

Więcej

Podsumowanie 2019

Te podsumowania roku to taki straszny obowiązek. Nawet nie chodzi o konieczność wyznaczenia sobie tych paru godzin w ciągu dnia, napisania kilku akapitów i znalezienia pasujących obrazków do tekstu. Problemem jest konieczność refleksji. Bardzo łatwo rozmyślać nad czymś, co już się skończyło i może zostać potraktowane jako zamknięty rozdział. O wiele trudniej spojrzeć na proces i zastanowić się, które decyzje miały znaczenie, a które zabrały niepotrzebnie zbyt wiele energii, z czego warto wyciągnąć wnioski, a co było tylko kolekcją zbiegów okoliczności.

Przez ostatnich parę lat miałam bardzo duże problemy z ukończeniem podsumowań roku. Podsumowanie roku 2017 zostało opublikowane w maju 2018 i zawiera tylko połowę opisanych skrótowo wydarzeń. Kolejny rok natomiast w ogóle nie doczekał się swojego wpisu – ten leży gdzieś głęboko w stercie szkiców. Mimo to, chciałabym aby ten wpis, podsumowanie roku 2019, został zapisany w historii bloga. Byłoby to zapowiedzią pewnego rodzaju porządku, powracającego do mojego życia. Aby jednak w pełni zobrazować całość historii, będę musiała przywołać kilka faktów z roku 2018.

Ładne zdjęcie ładnego miasta na dobry początek wpisu. Poznajecie?

Rok 2018 – streszczenie

W ogromnym skrócie: na początku 2018 wróciłam z Erasmusa w Holandii, na ostatni semestr magisterski architektury na Politechnice Gdańskiej. Praca dyplomowa była „napoczęta” i wydawała się wreszcie obrać właściwy kierunek, przy ogromnej pomocy pani promotor. Ze względu na konkretniejszy brak zajęć na Politechnice, nie było sensu wynajmować mieszkania czy pokoju w Gdańsku i tak trochę „miotałam się” pomiędzy miastami. Część czasu spędziłam w Monachium z narzeczonym, część u rodziny w świętokrzyskiem, a część właśnie w Gdańsku. Próbowałam znaleźć pracę w Niemczech, jednak z mizernym skutkiem – okazało się, że bez języka jest to praktycznie niemożliwe.

Szybko nadeszło lato. Egzamin magisterski jakoś zdałam, potem warsztaty w Rumunii i praktyka w Warszawie. Jesień. Ostatnie szlify dyplomu, nagle listopad, obrona. Chciałam pożegnać uczelnię z radością, ponieważ spędziłam tam najlepszych pięć lat życia. Zamiast tego, odeszłam z goryczą, po bardzo nieprzyjemnej obronie, którą być może kiedyś opiszę, a być może nie. Spowodowało to jednak odrzucenie pomysłu na studia doktoranckie w trybie zewnętrznym na tej uczelni. I nagle święta, rozdzieranie się pomiędzy miastami, aby po raz ostatni powiedzieć „papa” Polsce.

Monachium. Frauenkirche (po lewej) to wizytówka miasta. Po prawej Nowy Ratusz, a dalej w tle, na żółto, Theatinerkirche przy Odeonsplatzu.

No to do rzeczy… 2019

Nowy Rok rozpoczęłam w samolocie z Gdańska do Monachium, naturalnie z przesiadką w Warszawie. Gdyby stać mnie było na podobną podróż pociągiem, z pewnością bym ją wybrała. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego w momencie kiedy tyle mówi się o klimacie, państwa takie jak Niemcy nie są w stanie dołożyć do komunikacji szynowej tyle pieniędzy, aby stała się ona opłacalna dla pasażerów. Jestem przekonana, że gdyby chociaż cena przejazdu pociągiem zrównała się z ceną lotu, wiele osób zdecydowałoby się na kolej.

Tak się złożyło jednak, że rok wcześniej dostałam kartę podarunkową na bilety lotnicze jednej sieci i trzeba ją było wykorzystać. Padło więc na Barcelonę – chyba najbardziej egzotyczne miejsce odwiedzone przez nas do tej pory. Bardzo chciałam uciec od zimna, myśli związanych z uczelnią, ale przede wszystkim: koniecznością zadawania sobie pytania: co dalej? Wpisy o Barcelonie tutaj: [1] [2] [3].

Barcelona to miasto pełne kolorów i kontrastów. Zdecydowanie warto odwiedzić!

Po powrocie z wycieczki trzeba było wreszcie wziąć życie w swoje ręce. Zaczęłam od bardzo solidnej nauki niemieckiego. Już podczas pracy nad dyplomem, zaczęłam próbować swoich sił z tym językiem, jednak wiecie, jak to jest, kiedy ma się coś o wiele większego i ważniejszego na głowie… Tym razem perspektywa pozostania w stolicy Bawarii stała się rzeczą pewną. Przynajmniej na jakiś dłuższy czas.

W końcu zrozumiałam, że sama nie jestem w stanie nauczyć się języka dostatecznie szybko. Choć wykupiłam trochę godzin z nauczycielką przez Skype, było to wciąż za mało. Postanowiłam zapisać się na kurs intensywny na miejscu. Początkowo na jeden miesiąc (cena niestety przybijała wtedy człowieka do podłogi), potem na następny i kolejny. Ponieważ żadna praca bez niemieckiego nie pojawiała się na horyzoncie, musiałam nauczyć się posługiwać tym językiem na tyle dobrze, aby nie musieć wspierać się angielskim przy każdej możliwej okazji. Tak minęło pół roku, cztery dni w tygodniu po sześć godzin dziennie. Był to dobrze wykorzystany czas, podczas którego jednak czułam się jak pasożyt. Trzeba było to wreszcie zakończyć.

W międzyczasie pojawił się pomysł majówki, która zamieniła się w czerwcówkę, z powodu cen lotów. Razem z narzeczonym odwiedziliśmy Stambuł – niesamowite miasto, o którym pisałam tutaj i tu.

Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, że będzie mi dane zobaczyć Hagię Sophię na żywo. Ale czasami marzenia się jednak spełniają.

Potem powrót na ziemię. Postanowiłam się przełamać i zacząć szukać pracy tam, gdzie wymagany jest bardzo wysoki poziom języka niemieckiego. Po sześciu miesiącach kursów i w sumie roku nauki, byłam chyba najmniej pewna swojego języka, jak to tylko możliwe. Mimo to, tak naprawdę nie było innej opcji. Wysyłanie aplikacji po angielsku było jak leczenie homeopatią – liczeniem na cud. Przygotowałam więc aplikację po niemiecku, wybrałam dosłownie sześć firm, które brzmiały dla mnie najbardziej obiecująco i wysłałam. Po chwili miałam trzy zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjną. Totalnie się tego nie spodziewałam, po tych nieskończenie wielu odrzuconych aplikacji ze względu na język. Na początku sierpnia rozpoczęłam już pracę w zawodzie.

Wydawać by się mogło, że kiedy człowiek znajdzie pracę, to jest już połowa sukcesu – drugą połową jest tylko „robić swoje”. W moim przypadku nie było jednak tak prosto. Musiałam się wiele nauczyć, dostosować do niemieckiego trybu pracy, zrozumieć ogromny projekt, nad którym pracuję i – przede wszystkim – zacząć czuć się komfortowo z językiem. To nagromadzenie trudności bardzo często wprawiało mnie w przygnębienie, poczucie, że do niczego się nie nadaję. Tego nie miałam w żadnej poprzedniej pracy, gdzie od samego początku mogłam w dużym stopniu uczestniczyć w procesie projektowym, dawać coś od siebie. Z biegiem czasu na szczęście sytuacja się poprawiła, wciąż jednak nie czuję się stuprocentowo wartościowym pracownikiem. Głównie nie mogę się przełamać, aby dzwonić do ludzi związanych z projektem i objaśniać coś albo prosić o objaśnienie po niemiecku. Zawsze myślałam, że problem „bariery językowej” mnie nie dotyczy, jednak kiedy muszę chwycić za słuchawkę, zawsze mam taką cichą nadzieję, że z drugiej strony nikt nie odbierze.

Moje życie wywróciło się do góry nogami. Zniknęły wszystkie problemy finansowe, ze względu na niemiecką wypłatę. Do dzisiaj uczę się nie odmawiać sobie czegoś, czego potrzebuję, nie przeliczać kawy na długopisy, bluzki na bułki i tak dalej. Kto kiedykolwiek cierpiał na chroniczny brak gotówki, doskonale wie, o czym mówię. W Niemczech po prostu żyje się inaczej niż w Polsce. Myślę, że i tak, nigdy się do końca nie dostosuję do rytmu i priorytetów w tym miejscu. Można krytykować stereotypy, ale z własnego doświadczenia muszę powiedzieć, że część z nich nie leży aż tak daleko od prawdy. Przynajmniej w Monachium, gdzie wszystko musi być idealne, ludzie powinni zachowywać się przewidywalnie, a za stanie po złej stronie ruchomych schodów można zostać co najmniej staranowanym.

Poza tym, jest naprawdę wiele rzeczy, których nie da się nie docenić mieszkając w Niemczech. Chociażby dużo lepsza jakość produktów spożywczych w supermarketach. Albo służba zdrowia. Jesienią zmotywowałam się wreszcie do wyrwania / wycięcia ósemek. Był to konieczny zabieg, o którym już w Polsce mówili mi dentyści, jednak dopiero teraz miałam możliwość go wykonać. Poprosiłam o usunięcie wszystkich czterech naraz, co okazało się jedną z lepszych decyzji w życiu. W Polsce żaden chirurg by się na to nie zgodził. Teraz zastanawiam się nad założeniem aparatu na zęby. Coś, na co w Polsce nie byłoby mnie nigdy stać, a w Niemczech może obejść się i bez większych wyrzeczeń.

To, co tak naprawdę podoba mi się tutaj najbardziej, to góry. Półtora godziny zajmuje mi dojechanie pociągiem do jednego ze znanych alpejskich miasteczek. Pięknych i malowniczych szlaków jest tak dużo, że zawsze jest dokąd iść. W Monachium działa grupa Hiking Buddies Munich, która organizuje wypady co najmniej kilka razy w tygodniu. Każda z tras jest dobrze opisana, jeśli chodzi o poziom trudności i tak dalej, więc wiadomo, czego można się spodziewać. Poza tym, w grupie raźniej.

A może by tak rzucić to wszystko i pojechać w Alpy? Chociaż na jeden dzień…

Ten rok minął naprawdę szybko. Grudzień szczególnie, głównie dlatego że dwukrotnie zdarzyło mi się złapać większe infekcje, które skutecznie przybiły mnie do łóżka. Podobno jest to częsty problem przy migracji. Nowy kraj, nowa kolekcja wirusów i bakterii.

Mimo to udało się po raz trzeci w tym roku uciec gdzieś na dłużej. Padło na Lizbonę, stolicę Portugalii. To miasto mnie zupełnie ujęło. Na każdym kroku jakiś detal cieszący oko – od kolorowych płytek ceramicznych, obłożonych na ścianach budynków, do wszelkiego streetartu, z przestrzennymi muralami (znalazłam w necie, że odpowiada za nie artysta pod pseudonimem Bordalo II). Na wpisy o Lizbonie musicie jeszcze chwilę poczekać, ponieważ na zakończenie roku znowu coś złapałam i mój sylwestrowy zestaw to bardziej Ibuprofen i Mucosolvan zamiast szampana i wódki. Przynajmniej mam wymówkę, aby spędzić Nowy Rok z Polsa… Wiedźminem.

Lizbona tętni życiem w dzień i w nocy, zawsze coś przyciąga wzrok, zaskakuje, ekscytuje. Myślę, że muszę trochę pozmieniać moją toplistę ulubionych miast.

A, żeby nie zapomnieć… O moim zeszłorocznym Bullet Journallu przeczytacie tutaj. Noworoczne BuJo już się tworzy i wkrótce wrzucę na bloga wpis na jego temat.

Postanowienia Noworoczne

Tradycyjnie brak. Hasło na nowy rok? Też nie znajdę. Szczerze mówiąc, nie wiem, co spotka mnie w kolejnych miesiącach. Mam kilka odważnych pomysłów, które mogą się okazać głupie albo ciekawe. Pomiędzy tymi określeniami występuje naprawdę cienka granica. Rezygnacja z nich oznacza prawdopodobnie większą stabilizację w życiu. Jeszcze nie zdecydowałam, czy stabilizacja to coś, do czego szczególnie dążę.

W drugiej połowie stycznia zdaję Goethe-Zertifikat B2 z języka niemieckiego. Jeśli się uda (a powinno bez problemu, w końcu używam tego języka na co dzień!), będę mogła przyznać przed sobą, że nie muszę się już go aktywnie uczyć i zabiorę się za kolejny język. Bardzo mnie do tego zmotywowała grupa Językowa Siłka na Facebooku. Naprawdę podziwiam ludzi, którzy są młodsi ode mnie, a władają tyloma językami! Też tak chcę i mam nadzieję, że z każdą kolejną mową będzie łatwiej. Obecnie myślę nad rosyjskim, jednak chciałabym znać co najmniej jeden język romański. Najpierw jednak trzeba skończyć z tym niemieckim.

Samorozwój? Jak zawsze. W 2019 mocno postawiłam na poprawienie warsztatu rysunkowego. Muszę policzyć, ile konkretnie rysunków powstało w te 12 miesięcy, ale mogę się założyć, że ta trzycyfrowa liczba nie będzie miała jedynki na przodzie. Tym razem chcę pójść bardziej w tworzenie niż odtwarzanie. Rysowanie tego co widzę, jest fajne, ale chciałabym móc bardziej uzewnętrzniać to co gra w mojej głowie. Zamiast pilnowania perspektywy i proporcji, dobieranie kolorów i tworzenie nowych kompozycji. Brzmi ciekawie.

Niemieckie miasta również potrafią być malownicze. Tutaj kilka rysunków z Ulm.

Plany podróżnicze? To mój ulubiony fragment. Rok 2020 bardzo kusi nowymi możliwościami. Mają znieść wizy do Sankt Petersburga do 10 dni dla turystów. Głośno jest o zniesieniu wiz do USA dla Polaków. Świat staje się coraz bardziej otwarty dla podróżujących, a nowe miejsca zachęcają do ich odkrycia. Z drugiej strony kryzys klimatyczny, zostało nam zaledwie kilkadziesiąt lat życia w luksusach… Czy warto wycisnąć z tego czasu ile się da, czy lepiej ograniczać się i nie dokładać swoich trzech groszy do nieuniknionego? Dni urlopu też są ograniczone. To co jest na razie zaplanowane, to wyjazd w zupełnie nowe miejsce na początku marca.

A co z blogiem?

Blog prawdopodobnie pozostanie bez zmian. Przez jakiś czas myślałam o tworzeniu w języku angielskim, jednak nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Prawdopodobnie nigdy nie będę w tym języku równie biegła, co w polskim. Mój styl będzie denerwujący dla ludzi mówiących natywnie po angielsku, a dla mnie pisanie będzie uciążliwe.

Pojawił się też pomysł rozbudowania bloga o vloga. Obawiam się, że z tego również za wiele nie wyjdzie. Moja dykcja nie jest idealna, a nagranie czegokolwiek wymagałoby o wiele więcej czasu, niż można sobie wyobrazić. Jeśli potem okazałoby się, że filmu nie obejrzy nawet 10 osób, byłoby to bardzo demotywujące. Idei nie odrzucam jednak całkowicie. Jeśli wpadnę na jakiś naprawdę ciekawy pomysł, który miałby szansę się wybić, spróbuję.

Zostaje blog. Tutaj chciałabym publikować o wiele częściej. W tym roku powstało tylko 15 wpisów, czyli ledwo ponad jeden na miesiąc. Nie zliczę, ile tekstów wciąż czeka w szkicach, albo istnieje tylko w postaci luźnych notatek na stronach kalendarza. Nawet nie zdążyłam wrzucić wpisu na dziesiąte urodziny bloga. Muszę znaleźć jakiś sposób na szybsze i skuteczniejsze publikowanie tekstów. Zbyt wiele czasu zajmuje mi korekta, wrzucanie obrazków, umieszczanie linków i tak dalej.

Podsumowanie podsumowania

Trudno powiedzieć, że ten rok był inny, kiedy każdy poprzedni przyniósł coś nowego do mojego życia. W tym ciągłym biegu wiecznie brakuje chwili na refleksję, natomiast wolne chwile łatwiej przeznaczyć na tymczasowe przyjemności, niż rozmyślanie. Myślę, że gdybym jednak musiała wyznaczyć sobie kierunek na nadchodzący rok, byłoby to życie swoim życiem i nie szukanie sensu w każdej najdrobniejszej rzeczy.

Więcej

Bullet Journal w notesie Semikolon – podsumowanie

Pamiętacie może wpis sprzed roku, o kalendarzu zrobionym własnoręcznie? Chyba najwyższa pora podsumować rok używania takiego notesu. W tym wpisie przedstawię, co się sprawdziło, a co okazało się nie do końca użyteczne. Ocenę, czy warto przygotowywać własny kalendarz, zostawiam dla Was. Ja osobiście cieszę się z tego małego eksperymentu, nawet jeśli na rok 2020 postanowiłam zmienić formę na coś zupełnie innego. Zapraszam do lektury!

Kalendarz, Bullet Journal (BuJo), Notes… Niezależnie od nazwy, nie wyobrażam sobie nie posiadać jednego miejsca na wszystkie notatki, zapiski i listy. W środku znajduje się wycinek mojego życia – w chyba najlepszej formie jego zachowania.

Zacznę od oceny samego notesu. Choć bardzo dużo czasu zajmuje mi zawsze wybór idealnego produktu, nigdy nie jestem do końca zadowolona. Semikolon Grand Voyage był drogi, ale kupił mnie liczbą kartek i jakością papieru. Miał też wszystkie gratisy, których brakowało mi w poprzednim zeszycie (Nuuna), a które naprawdę doceniłam w trakcie użytkowania. Jest to przede wszystkim gumka do spinania całości, żeby nic nie wypadło spomiędzy kartek, oraz pętelka na długopis (oryginalnie był tam mały ołówek). Kieszonka z tyłu jest oczywiście dla mnie obecnie wymogiem. Nuuna jej nie posiadała, choć notes nadrabiał innymi wartościami.

Notes po roku – ogóły

Przez te 12 miesięcy Semikolon zestarzał się bardzo ładnie. Okładka powycierała się na narożnikach i grzbiecie, w paru miejscach pojawiły się nadszarpania, jednak papier pozostał nienaruszony. Główną zmianą jest to, że notes bardzo przybrał na wadze. Duża liczba stron nie powstrzymała mnie przed przyklejaniem kolejnych, kiedy przeznaczone na jakiś temat miejsce okazywało się niewystarczające. Do tego dochodzą naklejki, powklejane bilety i inne pamiątki, nawet taśmy washi. Ahh, no i cała masa poupychanych pomiędzy stronami karteczek, które nie znalazły dotąd swojego stałego miejsca na stronach notesu. Semikolon stał się nie tylko ciężki, ale i gruby.

Zbyt ciężki i zbyt gruby, aby zabierać go ze sobą w góry czy na krótkie wyjścia, z minimum bagażu.

Liczba stron 304 nie jest jednak zbyt duża. Przez ten cały rok pełen przeżyć, pomysłów i myśli wartych zachowania, zapełniłam go praktycznie co do strony. Układ, jaki zaplanowałam na początku wyglądał następująco:

  • około połowy notesu zajął kalendarz tygodniowy (z podziałem na miesiące), poprzedzony kalendarzem rocznym,
  • większa część drugiej połowy pozostała początkowo pusta, z przeznaczeniem na zróżnicowane treści, dodawane przez cały rok,
  • końcówka notesu to trackery, listy, rzeczy, które powinny być łatwe do znalezienia.

Muszę przyznać, że był to zdecydowanie najlepszy układ do tej pory (w porównaniu z wcześniejszymi latami) i gdybym miała kontynuować formę jednego notesu, z pewnością bym to powtórzyła. Do spisu treści praktycznie nie musiałam zaglądać, ponieważ taka kolejność treści była naprawdę szybka w ogarnięciu.

Co się nie sprawdziło

To teraz przejdźmy do konkretów. Które elementy notesu okazały się mało użyteczne, czasem nawet zbędne?

  • Wszelkie spisy treści – zarówno ten ogólny, jak i ten dedykowany części kalendarzowej – po prostu nie miałam zbyt wielu powodów aby na te strony zaglądać, a wcale nie wyglądały jakoś wyjątkowo estetycznie w moim przypadku, żeby miały powód obecności w notesie.
  • Informacje na „okładce miesiąca” – Project plan, miejsce na listy zadań na nadchodzący miesiąc, małe kalendarzyki w rogu. Ciężko powiedzieć mi, z czego to wynika, jednak dla sporej liczby miesięcy nie chciało mi się w ogóle uzupełniać tych elementów. Jeszcze rok temu myślałam, że oto znalazłam układ idealny, zawierający dokładnie to, czego potrzebuję. Najwidoczniej moje potrzeby zmieniły się gdzieś po drodze.
  • Strony zawierające coś związanego z nauką języka. Napisanie tego z pewnością pomogło mi się czegoś nauczyć, jednak później praktycznie nie wracałam już do tych treści. Zdecydowanie szybciej wyszukać coś w Internecie, albo zajrzeć do dedykowanej językowi książki czy konkretniejszych notatek.
  • Papier gładki – choć bardzo przyjemny w dotyku, odporny na wszelkie pisadła i dobrze współpracujący z wymagającymi mediami (markery, akwarela), nie ma nadrukowanej siatki kropek. Z jednej strony oznacza to swobodę użycia każdej strony, z drugiej często prowadzi do niechlujnego pisma, krzywych ramek i konieczności używania linijki, albo nawet liniuszka. Nie jest to może kwestia najważniejsza, jednak wpływa znacznie na czas potrzebny aby napisać coś nie-krzywo albo przygotować jakiś nowy tracker.
  • Choć układ ogólny sprawdził się idealnie, elementy w obrębie każdej kategorii były dość porozrzucane tematycznie, co momentami mi przeszkadzało.
Przykład zupełnie niewykorzystanej strony tytułowej. Tabelka z zadaniami zrobiona “na siłę”, uzupełniona tylko do połowy… Lista “to do”, do której nigdy nie zajrzałam, niczego z niej nie odhaczyłam.

A co okazało się strzałem w dziesiątkę?

  • Układ kalendarza tygodniowego zapewnił mi odpowiednią ilość miejsca. W razie dodatkowych notatek zawsze udawało mi się znaleźć jakąś dodatkową przestrzeń strony. Mniej produktywne dni pozostawiały miejsce na rysunki czy naklejki.
  • Puste kartki na środku wystarczyły na dodatkowe notatki – było ich idealnie w sam raz.
  • Listy i trackery, częściowo skopiowane z poprzedniego roku, spełniły idealnie swoją funkcję. Najlepsze z nich to:
    • mapka Europy z zaznaczonymi miejscami, gdzie byłam,
    • lista rzeczy do spakowania,
    • ramka: w co się ubrać w zależności od temperatury,
    • strona z adresami,
    • lista książek do przeczytania, polecanych przez znajomych (+info kto polecił),
    • przeczytane książki, obejrzane filmy, tracker seriali,
    • tabelka z kalendarzem zdrowia na cały rok (okres, ból głowy, choroby),
    • kontrola wagi i obwodów,
    • lista zdobytych szczytów w Alpach i nie tylko (+co spakować w góry),
    • co odwiedzić w okolicy – mapka Bawarii (co połowicznie się sprawdziło – w końcu czasem łatwiej pojechać gdzieś poza region pociągiem niż na jego drugi koniec),
    • lista muzeów w Monachium i moja ich ocena,
    • lista miejsc, gdzie zjeść w Trójmieście,
    • szybkie obiady – sama lista składników, nie potrzebuję przepisu, ale łatwo zapomnieć jakiegoś ważnego produktu,
    • tabelka z cyrylicą – ponieważ zawsze chciałam się jej nauczyć i nigdy nie mogłam.
Kto potrzebuje mapy, kiedy mamy Google Maps? Zdecydowanie ja. Podczas podróży lubię wiedzieć, jak zlokalizowane względem siebie są poszczególne atrakcje i budynki. Lubię wiedzieć, w którą stronę warto iść, aby zobaczyć coś ciekawego. W przypadku Barcelony, dokąd wybraliśmy się na samym początku roku, dochodzi jeszcze bardzo wyraźny podział na poszczególne dzielnice. Każda z nich ma zupełnie inny charakter, inną zabudowę i kojarzy się z czymś innym. Żałuję tylko, że jeszcze wtedy nie szkicowałam wszystkiego, tak jak robię to teraz.
Może nie jest to przykład wielkiej sztuki, a bardziej losowe bazgroły, kiedy na spotkaniu rysowników zabrakło mi papieru. Zawsze staram się nosić ze sobą przynajmniej jeden szkicownik, jednak mimo to, moje BuJo mieści w sobie więcej rysunków niż niejeden przeznaczony specjalnie do tego zeszyt.
Kiedy zaczynałam się przygotowywać do pracy w Niemczech, oprócz generalnej nauki języka, musiałam poświęcić trochę czasu słownictwu branżowemu. Okazało się to prostsze niż myślałam! Znalazłam książkę o tytule jak nagłówek strony na zdjęciu i wykorzystałam ją jako swoisty podręcznik. Jest to prawdopodobnie pozycja dla licealistów, myślących nad studiami budowlanymi. Ponieważ większość oznaczeń jest identyczna w całej Unii Europejskiej, znając dany symbol, szraf czy zapis, mogłam bez słownika zrozumieć, co oznacza wyraz po niemiecku. Poza tym nawet nie wyobrażałam sobie wcześniej, jak wiele słownictwa związanego z budownictwem w języku polskim pochodzi z niemieckiego.
Jedna z moich ulubionych stron: nauka cyrylicy. Nigdy nie potrafiłam zapamiętać poszczególnych znaków tego pisma, strasznie mi się myliły, a przez brak używania, od razu wypadały z pamięci. Z tego powodu powstała ta strona. I wbrew pozorom – zaglądałam do niej naprawdę często!
Druga podróż tego roku – do niesamowitego Stambułu. To tylko zrobiona na szybko strona z rozpiską najważniejszych punktów i wydrukowana na szybko mapka. Tak naprawdę to dopiero kolejne strony są ciekawe, ponieważ umieściłam na nich dziennik podróży. Starałam się opisać wszystko, co mnie zdziwiło, zaciekawiło, czasem zdenerwowało, często zachwyciło. Myślę, że to dużo lepsza pamiątka niż zdjęcia, treści napisane po powrocie czy cokolwiek, co można kupić na miejscu.

Swego czasu potrafiłam wychodzić w góry częściej niż raz w tygodniu. Za każdym razem, kiedy wspinam się na szczyt, mam to nieodparte wrażenie, że jestem dokładnie w tym miejscu, w którym powinnam być – wśród przyrody, otoczona pięknymi widokami oraz świeżym powietrzem.
Kiedy wrzuciłam to zdjęcie na grupę Bullet Journal Polska, od razu posypały się lajki. Okazuje się, że nie jestem jedyną osobą, która nigdy nie wie, co założyć i dla której temperatura 10 czy 20 stopni nie oznacza niczego związanego z ciuchami. I nie, nie ufam decyzjom ubraniowym ludzi widzianych przez okno :D.
Kocham podróżować. Odkąd mam tylko taką możliwość, staram się robić to jak najczęściej. Z każdej podróży przynoszę mnóstwo wspomnień, wiedzy oraz wrażeń. Pozwalam sobie też zakolorować nowy kraj na mapce :).

Czego natomiast zabrakło?

Ponieważ stworzyłam już większą część BuJo na kolejny rok, bez problemu mogę wypisać elementy, które zawrę w kolejnym notesie, a które nie znalazły swojego miejsca w kalendarzu 2019.

  • Osobna strona z urodzinami / imieninami znajomych i rodziny oraz ważnymi datami. Jakimś cudem wyleciało mi to z głowy i przez to przegapiłam parę momentów, kiedy powinnam była złożyć komuś życzenia. Nie raz też zostałam zaskoczona przez Facebooka informacją o czyimś święcie. I nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ostatecznie nie dorobiłam tej brakującej strony.
  • Tak zwane „wish listy”, czyli po polsku listy życzeń. Strona do spisania rzeczy, które chciałoby się kupić oraz doświadczeń, które chciałoby się przeżyć. Wszelkie „potrzebuję tego!” czy „muszę to mieć!” ginęły gdzieś pomiędzy stronami, a kiedy zabrakło kilku euro do darmowej wysyłki na Amazonie, nie było sensu dobierać czegoś „na siłę”. Później się okazywało, że drukarka drukuje paski, bo nikt nie pamiętał, aby kupić toner. No co, tusz do drukarki, normalne życzenie, co nie?
  • Znacie to uczucie, kiedy uświadamiacie sobie, że czegoś potrzebujecie, dopiero kiedy ktoś wam o tym powie? Dla mnie tak było w przypadku braku strony z listą rzeczy do ogarnięcia przed wyjazdem. Uniwersalna lista „do spakowania” naturalnie pojawiała się w każdym kolejnym zeszycie, natomiast nigdy nie wpadłam na to, aby zrobić podobną, dotyczącą załatwiania wszystkiego i wymaganych czynności. Kiedy zaczęłam wypisywać je jedną pod drugą, od „wyrzucić jedzenie, które się zepsuje w czasie nieobecności” do „sprawdzić datę ważności dokumentów”, okazało się, że akurat zajmie mi to całą stronę. I będzie to jedna z ważniejszych stron w moim przyszłorocznym notesie.
  • Strona dotycząca zdrowia oraz wizyt u odpowiednich specjalistów. Dbanie o zdrowie, to regularne kontrole i badania. Nie ma nic gorszego niż szukanie odpowiedniego lekarza w sytuacji podbramkowej. Lepiej mieć już tę stronę, gdzie prosto i bez zbędnych szczegółów umieszczę datę ostatniej wizyty u dentysty czy wymiany okularów na mocniejsze (zwłaszcza gdy są objęte gwarancją).
  • Pomysły DIY (Do it yourself – zrób to sam). Przez cały rok pojawiają się ich co najmniej dziesiątki w mojej głowie, nie spisuję ich nigdzie i… nagle mam wolny wieczór i nie wiem, za co się zabrać. Niby tyle rzeczy odkładanych na potem, ale jak mam wymienić jedną, to pustka w głowie.
  • Lista piosenek, do których chcę wrócić. Kiedy spodoba mi się jakiś utwór, zapisuję go tam, gdzie na niego trafiłam. Serduszko w Spotify, jakaś lista na YouTube, lajk czy komentarz na Facebooku jeśli udostępnił to jakiś mój znajomy. A potem utwór przepada, nie mogę sobie przypomnieć jego nazwy na innym urządzeniu, albo akurat jestem zalogowana na innym koncie i po prostu mi się nie wyświetla. To będzie tylko jedna strona, na tylko te wyjątkowe utwory. Powinny się zmieścić.

Jak już napisałam, przyszłoroczne BuJo jest już w trakcie opracowywania. Już nie mogę się doczekać, aż wrzucę tutaj zdjęcia poszczególnych stron. Spodziewajcie się raczej braku minimalizmu w formie (nie potrafię się ograniczać), za to praktycznych rozwiązań, jak umieścić treść na stronie w czytelny sposób, nie poświęcając cennych godzin na planowaniu kompozycji. Kolejny wpis wkrótce!

Więcej

10 rzeczy, których nie uczą na studiach, a powinni

„Co za ponury absurd… Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?”

Ten cytat z „Dnia Świra” kojarzy chyba każdy. Zupełnie zabawny, ale jednak boli. Nie zliczę, ile razy żałowałam, że nie wiedziałam o czymś wcześniej, że jakaś rzecz nie była dla mnie dostatecznie ważna, kiedy łatwo było na nią wpłynąć. Człowiek uczy się przez całe życie, często na cudzych błędach, jeszcze częściej na własnych. A jak wiele razy zupełnie małe rzeczy mogłyby odmienić naprawdę wiele, gdyby zaimplementować je do swojego życia w odpowiednim czasie! Na przykład podczas studiów.

Dzisiejszy wpis będzie raczej luźniejszy, pisany właśnie pod wpływem takiego przemyślenia: dlaczego nie wpadłam na to wcześniej? Jak wiele mogłabym sobie ułatwić, wiedząc wcześniej, jak się do tego zabrać. W ten sposób powstała lista. Tak wiem, listy dobrze się klikają; mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Część podpunktów dotyczy organizacji nauki i pracy, inne są po prostu życiowymi tipami, które sama dałabym młodszej o kilka lat sobie. Czy uznasz je za przydatne, czy może zupełnie bezużyteczne – to już sprawa indywidualna.

No to zaczynamy!

1. Zorganizuj swoje pliki na komputerze

Co mówią Wam nazwy:

  • Bez Nazwy kopia 5 kopia 2 poprawione AAAAA ostateczne.docx
  • dhakdhkasdf.jpg
  • Bez tyt7777łu

Prawdopodobnie większość z Was ma z nimi styczność często. Nowy projekt zaczyna się niewinnie od kilku plików, dwóch folderów, aż nie ma po co to segregować. W pewnym momencie człowiek się jednak budzi z ogromnym bałaganem na dysku, porównując daty plików, nazwy, szukając po właściwościach, która wersja jest tą pożądaną… Jeśli jest to jeszcze coś świeżego, to można odtworzyć z pamięci kolejność nazywania poszczególnych plików. Problem pojawia się, kiedy na przykład po dwóch czy trzech latach przydałoby się zbudować portfolio, a praca nad nim to będzie mniej projektowanie, a bardziej archeologia.

Jeśli kiedykolwiek pracowaliście w dużej firmie, która miała do czynienia z ogromnymi projektami, ciągnącymi się przez wiele lat i jednak była to firma z doświadczeniem, to prawdopodobnie wiecie, o czym mówię. Każdorazowe spędzenie kilkudziesięciu sekund na nazwaniu każdego pliku według schematu jest początkowo uciążliwe. Szybko nadejdzie jednak czas, że będziecie sobie z całego serca dziękować, znajdując coś na dysku w mgnieniu oka.

Jak najlepiej segregować pliki? Na to pytanie jest bardzo wiele odpowiedzi i wiele zależy od branży czy charakterystyki projektu. Podzielenie magisterki na część opisową i projektową to jedno, jednak cała struktura podfolderów to kolejna sprawa. Często naprawdę warto przesadzić z „głębokością” takiej hierarchii, niż pozwolić danym się pomieszać. Kilka tipów:

  • Używaj cyfr na początku nazw folderów, aby zawsze były wyświetlane w tej samej kolejności
  • Używaj 01, 02, 03 zamiast 1, 2, 3
  • Używaj dat, najlepiej w kolejności rok-miesiąc-dzień
  • Jeśli nie wiesz, czy potrzebujesz folderu na dany temat, i tak go zrób. Najwyżej skasujesz.
  • Używaj skrótów do folderów. Chyba nic nie tworzy większego bajzlu na komputerze niż posiadanie kilkunastu kopii tego samego pliku. Bardzo rzadko widzę, aby ktoś specjalnie tworzył skróty, a przecież ta opcja pojawia się nie bez powodu w każdym Windowsie!

2. Prowadź swój kalendarz, albo od razu Bullet Journal

Im wcześniej, tym lepiej. Zanim się jeszcze wszystkie sprawy nagromadzą w Twoim życiu. Jeśli nigdy nie prowadziłaś własnego kalendarza, kup sobie taki zwykły w supermarkecie albo sklepie z akcesoriami papierniczymi. Wybierz taki, który połączy nieduży rozmiar książeczki z sensownie dużą przestrzenią do pisania. W tym celu unikaj przesadnie zdobionych stron, niepotrzebnych informacji umieszczonych wokół dni tygodnia czy stron, z których i tak nie skorzystasz (na przykład typowej w tanich kalendarzach tabelki z odległościami pomiędzy polskimi miastami, dla osób nieposiadających dostępu do Internetu).

Co zapisywać w kalendarzu? Wszystko! Nie tylko godziny spotkań czy plany weekendowe, ale każdą najdrobniejszą informację, która może się w przyszłości przydać. To bardzo dobry nawyk, który pozwoli Ci uniknąć wiecznego dopytywania znajomych o szczegóły jakiegoś zadania czy zagadnienia na egzamin. Zapisuj swoje myśli przed pójściem spać, nie bój się wyciągać notes podczas jazdy autobusem czy kiedy szukasz inspiracji.

Pamiętam, że kiedy zaczynałam swoją przygodę z kalendarzami, postanowiłam sobie, że nie zostawię ani jednej strony pustej. Mój pierwszy kalendarz (na 2009 rok!) był w układzie kolumnowym, więc praktycznie wystarczyło napisać kilka słów każdego dnia. Kalendarze dla kolejnych lat wybierałam już w typie dniowym, więc miałam aż za dużo miejsca na przeróżne przemyślenia. Nie zliczę, ile razy kalendarz pomógł mi wybrnąć z trudnej sytuacji, nagromadzenia projektów czy problemów w życiu.

Po jakimś czasie stał się on tak integralną częścią mojego życia, że postanowiłam zainwestować w lepszą markę, z porządnym papierem, lepszym układem strony. A ostatecznie stałam się tak wybredna, że zaczęłam tworzyć kalendarz zupełnie własnoręcznie. Jakoś wtedy trafiłam na metodę Bullet Journal.

Zanim wpiszesz tę nazwę do wyszukiwarki Google, chciałabym Cię tylko przed jedną rzeczą ostrzec. Metoda Bullet Journal stała się tak popularna, że wiele osób zaczęło nazywać tym określeniem przepięknie zdobione strony notesów, przygotowywane przez wiele godzin, z wykorzystaniem rysunków, naklejek, taśm washi i tak dalej. Na tym nie polega Bullet Journal! Bullet Journal to przede wszystkim planowanie zadań za pomocą list nienumerowanych (stąd nazwa) oraz przenoszenie tych zadań, które nie zostały wykonane danego dnia na dzień kolejny, rozważając za każdym razem, czy dana czynność jest wciąż istotna. To jest sensownie wytłumaczone na oficjalnej stronie BJ. Kropkowany wzór strony to tylko kwestia estetyki i wygody, nie jest jednak konieczny do stosowania tej metody.

3. Jedną z najtrudniejszych i najczęstszych decyzji do podjęcia podczas studiów będzie „czy już wystarczy?”

Już kiedyś o tym pisałam. Kolejna noc spędzona nad projektem, w założeniu ta ostatnia. Minimalna liczba stron już dawno przekroczona, ale wciąż masz wrażenie, że temat został potraktowany „po łebkach”. Parę tez powinno mieć jakieś potwierdzające przykłady, jakiś fragment warto by było odpowiednio zilustrować. Ale może wystarczy? Zostały trzy godziny snu, dwie jeśli wziąć pod uwagę konieczność posprzątania bajzlu na łóżku. A może by tak chociaż raz olać to wszystko, wysłać bez przeczytania po raz setny.

Już w druku jest coś nie tak. Czcionka na jednej stronie nie pasuje do reszty – jak to się mogło w ogóle stać? Czy ktoś pomyśli, że treść została skądś przekopiowana? Jak na złość w drukarce brakuje papieru. Może wstać jutro wcześniej i z rana popędzić z tym do drukarni? Czy dać sobie spokój?

Ważny egzamin. Każde pytanie opracowane na trzy akapity i niby wszystko powinno być dobrze, ale przydałoby się chociaż raz powtórzyć wszystko na głos. Te osiemdziesiąt pytań po dwie minuty każde. Nawet nie mam już siły obliczać, ile tysięcy lat to zajmie.

Chyba każdy student zmierzył się z podobnymi sytuacjami. Każdy projekt można poprawiać w nieskończoność, na każdy temat zagłębić się bardziej w wiedzy. A najgorzej jest, kiedy wtedy nie wyjdzie. Co innego, kiedy nie wyszło, bo się nie uczyłeś – sytuacja jest wtedy prosta. Brak wkładu, brak efektu. Tymczasem znowu zabrakło ci ułamka punktu do stypendium i pomimo nieprzespanych nocy stoisz w tym samym punkcie co ten typek, co nie był na żadnym wykładzie. No peszek.

Łatwo dać się ponieść emocjom albo wpływowi znajomych, z drugiej strony szybko można się przepracować. O wiele trudniej natomiast znaleźć ten złoty środek, czyli idealną proporcję pomiędzy poświęceniem nauce i studiom a posiadaniem życia i zdrowia poza studiami. To jest tak naprawdę to, co najbardziej odróżnia studia od szkoły. Konieczność podejmowania decyzji samodzielnie.

4. Przestań oszczędzać!

Nie zliczę, ile razy bombardowano mnie podczas studiów promocją oszczędzania. Inteligentny człowiek wie, jak odłożyć, rozsądny potrafi sobie odmówić przyjemności, przezorny zawsze ubezpieczony, najlepiej odłożoną gotówką. I ja się czułam naprawdę przybita, dostając te 400 zł stypendium (potem trochę więcej), albo 450 złotych pensji na pół etatu, kiedy ze stypą nie wyszło, bo moje mieszkanie na głowę kosztowało dwa razy tyle, a człowiek jeszcze chciałby coś na przykład zjeść. Albo coś zobaczyć. Albo posłuchać czegoś, na przykład odgłosu pociągu zabierającego cię w najcudowniejsze miejsce na świecie. I wiecie co, chrzanić to!

Na oszczędzanie przyjdzie jeszcze czas. Skończysz studia, zaczniesz pracę na cały etat, na pewno lepszą niż to, co zaoferowali ci podczas studiów. Teraz żyj chwilą. Wydaj tygodniówkę na jedno wydarzenie, zafunduj sobie kurs językowy, na który cię nie stać, a potem zasuwaj, aby go spłacić. Kup sobie tę książkę, którą przeglądałaś już osiem razy w sklepie, ale odkładałaś za każdym razem, po zobaczeniu ceny. Zero słoików z napisem „na czarną godzinę” – niech zamiast tego pojawią się nazwy tych pięknych miejsc, które zawsze chciałeś odwiedzić. I kiedyś po prostu kliknij „zapłać”, na stronie przewoźnika, nie zastanawiając się nad tym pięćdziesiąt razy i płacząc następnego dnia, bo cena skoczyła w górę.

Kup sobie porządny zeszyt i bardzo wygodny długopis. Zrób prawko, zapożycz się, uczestnicz w wydarzeniach kulturalnych, chodź do kina czy teatru, wydrukuj swoją pracę naukową na lepszym papierze. Kup sobie porządne buty i zmierz w nich połowę świata, a przynajmniej poznaj dobrze swoje miasto, znajdź w nim te miejsca, za którymi kiedyś szczególnie zatęsknisz.

Za kilka, kilkanaście lat, nie będziesz pamiętać, że w styczniu 2020 roku udało ci się odłożyć 213 złotych, a dwa miesiące później miałaś już zapasowe 387. Za to podziękujesz sobie za doświadczenia, które będziesz wspominać do końca życia, i za umiejętności, które udało Ci się nabyć. Za to, że uczyłeś się języka, kiedy miałeś trochę więcej czasu wolnego, czy że zdobycie jakiegoś certyfikatu ułatwiło ci znalezienie dobrej pracy. Czy że poznałaś kogoś, kto odmienił twoje życie w momencie, kiedy najmniej się tego spodziewałaś.

Ale prawda, możesz też oszczędzać. Oszczędzanie jest naprawdę poszanowania godne, szczególnie kiedy oszczędzasz, mimo że nie masz z czego.

5. Twój organizm ci nie powie, że czegoś brakuje. On się odezwie dopiero w sytuacji dramatycznej.

Dwa lata od ostatniej lekcji w-fu i nagle z dnia na dzień pojawia się ten okropny ból pleców. Ledwo co jesz, ale bebech rośnie. Coraz częściej coś zaczyna w tym organizmie niepokoić, jednak nigdy nie ma czasu, aby zapisać się do lekarza. W końcu te kolejki, te stare baby, te godziny kolidujące z zajęciami na uczelni… Ale najgorsze jest to, że przecież to trzeba wszystko zaplanować, wcisnąć do tej pamięci RAM w mózgu, już teraz zawalonej projektami, egzaminami czy po prostu nauką.

Niestety, tak jak oszczędzanie kasy można odłożyć na potem, oszczędzanie na zdrowiu może się naprawdę źle skończyć. Są lekarze, których po prostu trzeba odwiedzać regularnie, a odkładanie tego w nieskończoność tylko pogarsza sytuację. Wiem coś o tym – nadal leczę dziury po czterech zbyt późno wyrwanych ósemkach. W Internecie można znaleźć wiele informacji o tym, jakie badania powinno się wykonywać regularnie. Polecam wpisać „kalendarz badań profilaktycznych”. Z jednej strony robienie tych samych badań krwi co roku brzmi trochę histerycznie, zwłaszcza jeśli do tej pory zawsze wychodziły dobrze. Z drugiej, jeśli masz dwadzieścia parę lat, a nigdy nie miałaś badania cytologicznego, a ostatni raz u dentysty byłaś z rodzicami w podstawówce, to coś jest zdecydowanie nie tak. Poza tym, mogę się założyć, że większa część czytelników tego bloga nie miała powtórzonej szczepionki na tężec w 20 roku życia (tak, jest w kalendarzu!).

Sport też jest naprawdę ważny. Nie każdy musi wyglądać jak Johnny Bravo i całować się w świeżo wyhodowany biceps, jednak regularny ruch naprawdę nie jest przereklamowany. Zamiast katować się codziennie na siłowni (i zrezygnować z braku czasu po miesiącu), lepiej założyć sobie realistyczne cele, łatwe do wprowadzenia w harmonogram życia na naprawdę wiele lat. Basen raz w miesiącu i siłka raz w tygodniu brzmi do zrobienia, co nie?

Studia zajmują ogromną część dostępnego czasu i łatwo zapomnieć o tym, że nawet w młodym wieku można się porządnie zepsuć, a co najmniej zaniedbać. Daleko mi do specjalisty zdrowego żywienia czy sportu, nie mówiąc już o medycynie. Mimo to, temat od jakiegoś czasu mnie interesuje, dlatego zdążyłam uzbierać swoją bazę wartościowych lub po prostu ciekawych źródeł w Internecie na ten temat. Na początku polecę blogi Damiana Parola i To Tylko Teorię.

6. „Kontakty podczas studiów”

Chyba każdy to kiedyś słyszał – zdobądź podczas studiów kontakty, potem się przydadzą w dalszym życiu. Być może, tak jak nastoletnia ja, wyobrażaliście sobie wtedy siebie w garniturze w pracy biurowej, pracującego nad jakimś wielkim projektem. Nagle pojawia się problem i z nieba spada rozwiązanie w postaci dawnej znajomej ze studiów, która rozwiązała podobny problem w ramach swojej pracy magisterskiej. Szybko znajdujecie w kieszeni jej wizytówkę, tak właściwie numer telefonu napisany na podstawce od piwa, szybko dzwonicie i oto jest. Jeśli omawiamy właśnie scenariusz słabego filmu, to okazuje się, że pani ta obecnie pracuje dla konkurencji.

Tak naprawdę to znajomości przydają się już podczas samych studiów. Nie ma nic gorszego niż próba przejścia przez studia bez własnego grona zaufanych znajomych, z którymi podzielisz się informacjami, notatkami czy przysiądziesz wspólnie do nauki. Wydaje się brzmieć strasznie pragmatycznie, jednak tak naprawdę szybko okaże się, że ta grupa to coś więcej niż wspólny folder na Google Drive’ie. Szybko okaże się, że to właśnie do tych osób odezwiesz się w sytuacji kryzysowej, i to tylko te osoby będą potrafiły zrozumieć twoją sytuację. Z drugiej strony zaczniesz się cieszyć z ich osiągnięć, pomagać w miarę możliwości, jakby to byli członkowie najbliższej rodziny, z tą różnicą, że rodziny się nie wybiera.

Nawet jeśli po studiach żadna z tych osób nie wyda książki, nie zostanie milionerem, czy nie dostanie nagrody Nobla (czego przecież jeszcze nie możesz wiedzieć), to będzie to jedna z bardzo nielicznych przyjaźni z szansą przetrwania. Bo na studiach masz kilkadziesiąt do nawet kilkuset innych osób, połowy z nich nawet tak naprawdę nie znasz, a reszta prawdopodobnie pozostanie w gronie tych, o których okazjonalnie przypomnisz sobie, gdy wrzucą coś na Fejsa.

Serio, nie bądź tą osobą, która dwa razy dziennie zadaje proste pytania w grupie na Facebooku. A już zupełnie nie bądź tym kimś, kto wkleja to samo pytanie szesnastu osobom na raz w prywatnej wiadomości.

7. Ogarnij swoje biurko

Przez bardzo liczne przeprowadzki podczas studiów, wprowadzanie jakichkolwiek większych zmian do tego, co zastawałam na miejscu, było po prostu bezsensowne. Największym wyczynem meblowym był zakup stołów z odkręcanymi nogami z Ikei. Dodając do tego niesprzyjające możliwości finansowe i jeszcze bardziej niesprzyjających wynajmujących, kręcących nosem na każdą propozycję zmian w pokoju, po prostu odechciewało się cokolwiek ruszać.

Myślę, że przez zdecydowaną większość studiów brakowało mi porządnego miejsca pracy. Kończyło się to typowym klejeniem makiet na podłodze czy przeglądaniem notatek na łóżku. Biurko (czyli wyżej wymieniony stół z odkręcanymi nogami) zawsze zawalone było kubkami, zeszytami, losowymi przedmiotami, które raz się tam znalazły i jak dotąd nie znalazły swojego stałego miejsca w jednej z półek.

Myślę, że gdybym teraz cofnęła się w czasie do jednego z tamtych mieszkań, spróbowałabym jakoś kreatywnie zaaranżować przestrzeń pracy. W pierwszej kolejności zadbałabym o improwizowaną „tablicę korkową”. Nie taką drogą, przyczepianą gwoździem do ściany. Kupiłabym zwykłą deskę albo grubszy karton i oparła o ścianę nad biurkiem. Za pomocą taśmy przyczepiałabym do niej to, co w danym momencie byłoby dla mnie ważne. W moim obecnym mieszkaniu wykorzystałam do tego celu karton po nowym blacie, jednak teraz moja sytuacja jest zupełnie inna.

Myślę, że bardzo dużym problemem było dla mnie zawsze trzymanie na wierzchu rzeczy, których nie potrzebuję codziennie, a wyjmowanie za każdym razem tego, co poupychane po szufladach. Niby problem wydaje się błahy, jednak ja po prostu nie dostrzegałam rzeczy, które zajmowały miejsce niepotrzebnie. Po prostu zawsze tam były i nigdy nie było czasu się nad tym zastanowić. Z tego powodu moja przestrzeń była zawsze zagracona i odpychająca.

Jeśli dostrzegasz w swoim życiu podobny problem, spróbuj zastosować tę metodę: zdejmij z biurka absolutnie wszystkie rzeczy, które nie są typowym wyposażeniem biurka (np. stojakiem na długopisy, lampą). Znajdź im nowe miejsce w półkach lub szufladach. Jeśli czegoś potrzebujesz, odłóż to potem z powrotem. Po jakimś czasie zauważysz, które przedmioty wyciągasz każdego dnia i to one mają prawo zostać na wierzchu.

8. Zainteresuj się środowiskiem

Zrezygnuj z jedzenia mięsa. Niezależnie od tego, jaki jest Twój stosunek do wegetarianizmu, praw zwierząt czy ochrony środowiska, chociaż spróbuj. Wyznacz sobie miesiąc bez mięsa albo zdecyduj się na rezygnację z mięsa w piątki (czy jakikolwiek dowolny inny dzień tygodnia). Nic na tym nie stracisz (no, chyba że w ogóle zrezygnujesz z jedzenia), a możesz naprawdę wiele się nauczyć. Poznasz nowe potrawy, o których być może nie miałeś pojęcia, może nawet część z nich wejdzie na stałe do Twojego jadłospisu.

Obecnie mamy wszystko na wyciągnięcie ręki – jedzenie w supermarkecie, zakupy online, budki z przekąskami i produkty dostępne dawniej tylko w najodleglejszych częściach świata. Naukowcy jednak od lat alarmują, że koniec luksusów może nastąpić o wiele szybciej, niż większość osób się spodziewa – prawdopodobnie jeszcze za naszego życia. Rezygnacja z jednego kotleta oczywiście nie zmieni absolutnie niczego. Pomyśl jednak o sprawie jak o widoku przepełnionego kosza na śmieci. Czy naprawdę chcesz być tym typem, który jeszcze ustawia na rozsypującym się stosie swoją puszkę po coli?

Jeśli naprawdę nie możesz zrezygnować z mięsa, ogranicz chociaż to czerwone, które jest zdecydowanie najgorsze dla klimatu. Poza tym jest tyle innych rzeczy, które można zrobić, aby zredukować swój wpływ na środowisko! Zainteresuj się tym tematem, pomyśl, czy naprawdę chcesz zupełnie biernie patrzeć na to, jak ludzkość dewastuje swój jedyny dom.

Ważnym tematem jest ograniczanie produkcji śmieci. Kupując coś, zastanów się, co się stanie z tym produktem za rok, dwa, pięć. Czy naprawdę warto kupić coś nieprzydatnego tylko dlatego, że jest tanie lub pojawiła się bardzo duża promocja? Które przedmioty można kupić jako używane, odsprzedać albo się wymienić? Powoli zaczyna się ta świąteczna część roku, kiedy ludzie wręcz wyrzucają pieniądze w błoto, często w ramach wykreowanej przez media hojności. I wiecie co? Nikt tak naprawdę nie potrzebuje nowej, błyszczącej, torebki prezentowej z reniferem w brokacie. Poproszę mój prezent zawinąć w gazetę. Albo kopertę – bo bilet wstępu czy zaproszenie do spędzenia razem czasu w specjalnym miejscu to najlepszy prezent, jaki można dać.

There is no Planet B (pl. Nie ma planety B).

9. Czy naprawdę potrzebujesz tych wszystkich książek?

Ręka w górę, czyim marzeniem z dzieciństwa było posiadanie wielkiej biblioteki pełnej książek! Kolorowe woluminy, w twardych oprawach, pachnący papier i wiecznie wysoki stosik tych czekających na swoją kolej. A obecnie książki stają się coraz piękniejsze. Wydawnictwa dbają o wysoką jakość papieru, odpowiedni dobór ilustracji czy fotografii, idealną typografię do czytania czy wreszcie, kupującą konsumentów okładkę. Jest wiele książek, które sama chciałabym mieć na własność, móc je przeglądać i wracać do ulubionych cytatów. Mimo to staram się ograniczać.

Choć poziom czytelnictwa w Polsce jest typowo niski, czytanie zawsze uznawane będzie za jeden z czynników sprzyjających mądrości. Wiele osób zachęca do czytania do tego stopnia, że zaczyna wręcz uznawać nieczytających za ludzi głupszych, czy wręcz gorszych. Trudno się z tym niestety zgodzić – zwłaszcza kiedy dany „czytający” wybiera praktycznie tylko literaturę rozrywkową, która nie wniesie do życia wiele więcej niż film czy gra o podobnej tematyce. Czytanie oczywiście rozwija zdolności językowe, relaksuje czy trenuje wyobraźnię i pamięć. Z tego powodu jest to zupełnie wartościowa rozrywka. Innym tematem jest natomiast posiadanie książek.

Wiele osób naprawdę zawzięcie realizuje plan posiadania biblioteczki, kupując wszystkie nowości wydawnicze, a w ogóle nie nadążając z czytaniem. W sytuacji, kiedy posiada się własny dom, jeszcze nie jest to takie złe. W wynajmowanym mieszkaniu czy pokoju zaczynają pojawiać się problemy natury logistycznej, zwłaszcza kiedy nagle trzeba się z niego wyprowadzić.

Sama mam duże problemy z odmawianiem sobie kupowania książek, dlatego opracowałam prostą taktykę. Przed zakupem zadaję sobie pytanie: czy zajrzę do tej książki więcej niż trzy razy? Zakładam, że przeczytam ją w całości na pewno raz, jednak czy jej zawartość może mi się kiedykolwiek jeszcze do czegoś przydać? Jeśli odpowiedź brzmi „nie” – odkładam książkę na półkę. Ponieważ wciąż chcę ją przeczytać, sprawdzam, czy jest ona dostępna w bibliotece.

Biblioteki to niesamowite miejsca. Istniały jeszcze zanim ktokolwiek wpadł na systemy dzielenia się plikami, samochodami czy czymkolwiek innym. Mimo to, kiedy wypożyczanie hulajnóg elektrycznych staje się topowym trendem, biblioteki zaczynają świecić pustkami. Wiele z nich niestety zupełnie zasłużyła sobie na taką frekwencję – ustalając bardzo nieprzyjazny regulamin, krótki czas wypożyczenia czy wysokie opłaty za każdy dzień zwłoki. Dodatkowo najpopularniejsze książki i tak są zawsze wypożyczone i trzeba zapisywać się w kolejce po ten jeden jedyny egzemplarz na całe miasto.

Na pomoc przychodzi drugie rozwiązanie dla ludzi, którzy nie muszą koniecznie posiadać każdej książki na papierze – wydania elektroniczne. E-Booki spisują się szczególnie świetnie w przypadku książek naukowych, potrzebnych do napisania pracy zaliczeniowej na studia czy paperu na konferencję. Jeśli potrzebujesz konkretnej informacji, szybkie ctrl+f pozwoli na odnalezienie jej w mgnieniu oka. Niektóre uczelnie oferują dostęp do sklepów internetowych wydawnictw naukowych praktycznie za darmo, choć nie jest to częsta praktyka w Polsce. Na szczęście mnóstwo książek jest opublikowane zupełnie w całości za darmo, a aby je znaleźć, wystarczy wpisać tytuł w wyszukiwarkę Google.

W przypadku książek czytanych dla rozrywki niestety zawsze pojawia się ten dylemat: zapłacić za e-booka i dostać „powietrze”, czy dopłacić 2-5 zł czy koszt przesyłki i móc nacieszyć się dotykiem papieru, zapachem farby drukarskiej i samym faktem posiadania. Tutaj z pomocą przychodzi wiele stron oferujących subskrypcje – coś jak Netflix, tylko że z książkami! Sama jeszcze nie testowałam, ale zamierzam się tym bardziej zainteresować w najbliższym czasie. W końcu powoli kończy się sezon na górskie wędrówki, a zaczyna ten na siedzenie pod kocem z gorącą herbatą i paczką chusteczek.

10. Rób backupy

Ten punkt jest już prawdziwym zapychaczem, jednak nie wyobrażam sobie go tutaj nie zawrzeć. Chyba każdy już zdążył usłyszeć współczesne przysłowie mówiące, że ludzie dzielą się na tych, którzy robią backupy i tych, którzy będą robić backupy. Założę się, że pomimo tej wiedzy, duża część czytelników tego bloga wciąż nie posiada swojej kolekcji dysków twardych, pełnych kopii nawet najmniej przydatnych plików. Uwierzcie mi, cena takiego dysku, nieważne jak wysoka, jest niczym w porównaniu z ceną, jaką możecie zapłacić, kiedy coś złego stanie się z Waszym komputerem czy wbudowanym dyskiem twardym. Poza tym, czasem trzeba wrócić do starszej wersji pliku, zwłaszcza kiedy obecna z jakiegokolwiek powodu jest już nieużywalna.


Nie spodziewałam się, że z paru podpunktów wyjdzie taki długi wpis. Mam nadzieję, że treść okaże się przydatna, zwłaszcza osobom dopiero rozpoczynającym swoją przygodę ze studiami. Dla świeżych studentów szczególnie poleciłabym zajrzenie na bloga Blue Kangaroo – to chyba najlepsze miejsce w sieci, jeśli chodzi o porady edukacyjne, motywacyjne oraz przydatne informacje, np. dotyczące wyjazdu na Erasmusa.

A może dodalibyście swoje metody, jak ułatwić sobie życie na studiach?

Więcej

Teraz bym to zrobiła inaczej, czyli o pracy inżynierskiej z 2016 roku

Studia już dawno stały się dla mnie przeszłością. Mimo to nie ma dnia, w którym nie wspominałabym tych paru lat, pełnych wrażeń, nieprzespanych nocy i mimo wszystko radości z tworzenia czegoś bez zobowiązań, jak to bywa później, w „prawdziwym życiu”.

Fasada budynku

Podczas tych studiów nauczyłam się też naprawdę wiele. Praktycznie stałam się nowym człowiekiem. Starałam się wykorzystać ten czas najlepiej, jak mogłam – wyjeżdżając na konferencje, na Erasmusa, biorąc udział w konkursach czy udzielając się w kołach naukowych. Strasznie mi tego brakuje, dlatego dzisiejszy wpis będzie trochę bardziej nostalgiczny. Wrócę w nim do tematu mojej pracy inżynierskiej, którą obroniłam już prawie trzy lata temu (kiedy to minęło!). Umieściłam wtedy na blogu wpis, nie zawierający samych plansz ani zbyt wielu informacji, ze względu na ochronę praw autorskich, przez pół roku po obronie należących do uczelni. Choć wtedy mi się mój projekt całkiem podobał, teraz nie mogę na niego patrzeć. Przygotowując portfolio podczas aplikacji o pracę, wręcz zastanawiałam się, czy może nie warto ten projekt pominąć. Dzisiaj zrobiłabym to zupełnie inaczej. Chcecie posłuchać? No to zaczynamy.

Temat

W przypadku pracy magisterskiej (pokażę Wam wkrótce!) temat był praktycznie dowolny. Pracy inżynierskiej na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej natomiast zadane były dwa tematy do wyboru: projekt hotelu albo akademika. Lokalizacja też była odgórnie narzucona, co miało upodobnić projekty studenckie do siebie, jeśli chodzi o ich rozmiar, stopień skomplikowania i treść.

Ja wybrałam temat hotelu. Wydawało mi się wtedy, że hotel będzie o wiele lepiej wyglądał później w portfolio, że wiedza projektowa jaką zdobędę podczas tworzenia projektu bardziej mi się przyda w „prawdziwym życiu”. Miałam wtedy zupełnie inne nastawienie do życia niż teraz – bardziej zorientowane na cel, mniej pragmatyczne. W tym momencie najprawdopodobniej wybrałabym akademik. Zamiast powtarzalnych pokojów hotelowych, odizolowanych jeden od drugiego, z ludźmi przybywającymi tam na parę dni i chcącymi zminimalizować swój kontakt z pozostałymi lokatorami, w przypadku akademika stworzyłabym bardzo współczesny projekt oparty na cohousingu, dzielonych przestrzeniach nauki i rekreacji.

Wtedy akademiki kojarzyły mi się zdecydowanie źle: jeden pokój na cztery osoby, wspólna łazienka na piętrze, z zepsutymi zamkami w drzwiach, wieczne imprezy i studenci palący na korytarzach. Brak spokoju i możliwości odpoczynku i odizolowania się. A przecież tak nie musi być. Gdybym mogła cofnąć się w czasie i stworzyć mój projekt inżynierski jeszcze raz, skupiłabym się na szukaniu rozwiązań być może utopijnych, jednak dużo bardziej ciekawych niż rozwiązanie sali konferencyjnej na parterze hotelu.

Pierwsze dwie plansze dyplomowe

Idea

Pomimo wszystkiego, co napisałam w opisie projektu, nie kryła się za nim jakaś większa idea. Prawda, chciałam zrobić budynek o ciekawej formie, z ładnymi widokami i tak dalej. Mimo to zabrakło w nim tej konkretnej myśli przewodniej, która pokierowałaby moje dzieło w konkretnym kierunku. To jest trochę problem z edukacją architektoniczną w Polsce – przez większość czasu nie wymaga się od studentów zbyt obszernych analiz, projekt od zera do prawie gotowej formy rozwija się bardzo szybko, a później jest już tylko poprawiany. W międzyczasie studenci stawiają czoła rozmaitym przedmiotom z całego wachlarza dziedzin. Historia, matematyka, przyroda, geometria wykreślna, sztuki plastyczne, urbanistyka, mechanika, projektowanie dróg i tak dalej. Tego jest po prostu za dużo na studiach inżynierskich, aby w pełni skupić się na projekcie. Kolejne etapy projektowania są po prostu zaliczane w terminie, często na szybko, oby jeszcze zdążyć wydrukować, oby zdążyć wywiesić. W takim tempie po prostu nie da się myśleć kreatywnie. Długie godziny wykładów, czasem nawet do sześciu z rzędu, tylko sprawiają, że ma się ochotę wyskoczyć z budynku uczelni przez okno, a przynajmniej znaleźć się we własnym domu, najlepiej w ciepłym łóżku, najszybciej jak to możliwe. A przecież tak świetnie tworzyłoby się projekty na uczelni, bez tych wszystkich rozpraszaczy wokół!

Forma

Przez całe studia, miałam straszną tendencję do maksymalizmu. Zawsze znacznie przekraczałam założone powierzchnie czy objętości, chciałam zmieścić w budynku jak najwięcej funkcji na raz. Ten nadmiar pomysłów na ogół kończył się tylko problemami. Bo nie dość, że trzeba było włożyć dużo więcej pracy w tworzenie modelu i rysunków, to jeszcze komputer nie do końca radził sobie z tak ogromnymi plikami. Chociaż prowadzący zajęcia regularnie starali się moje projekty pomniejszać, ostatecznie i tak wychodziły z nich całkiem spore gmaszyska.

Z dużymi formami zawsze jest ten problem, że trudno dobrze zadbać o ich estetykę. Obecnie modne powtarzalne i harmonijne formy zupełnie nie chcą współgrać z gigantycznymi płaszczyznami ścian, a rendery nie wychodzą tak jak powinny, ponieważ trudno złapać kadr, w którym zmieści się tak duży budynek. Ten problem w rzeczywistości bardziej odbił się na mojej pracy magisterskiej niż inżynierskiej, właśnie ze względu na swobodę wyboru działki i tematu. Tutaj jednak już był dość denerwujący pod koniec pracy, kiedy zaczynałam żałować każdego dodatkowego pomieszczenia, które na początku założyłam.

Trzecia i czwarta plansza

Fasada

Choć nie było to w ogóle konieczne, grubą część czasu projektowego poświęciłam fasadzie budynku. Przechodziłam wtedy fazę fascynacji architekturą parametryczną i bardzo chciałam zastosować tu moją niewielką wiedzę w tym temacie. Akurat w tym przypadku jestem całkiem zadowolona – stworzyłam coś nietypowego i przy okazji wiele się nauczyłam. Mimo to, często była to bardziej walka z oprogramowaniem, niż wykorzystywanie kreatywności. Szczególnie problematyczne okazało się przenoszenie modelu pomiędzy programami – zwłaszcza jeśli chodzi o zachowanie materiałów i widoczności wybranych elementów.

Plansze

Podczas studiów wiecznie słyszałam, że architekci w ogóle nie znają się na grafice komputerowej i podczas prezentacji projektu powinni oni współpracować z kimś z tej branży. Często było to widoczne podczas wystaw. Wielu studentów totalnie nie radziło sobie z typografią, a kiedy pojawiła się jakaś ciekawsza i estetyczna kompozycja plansz, bywała ona kopiowana przez kolejne roczniki. Ja mimo wszystko miałam już trochę doświadczenia w grafice i uważam, że zawsze była ona mocną stroną moich (słabych) projektów. Z tego powodu jestem całkiem usatysfakcjonowana z wyglądu plansz, nawet jeśli przedstawiają one nie do końca piękny i przemyślany budynek.

Projekt został całkiem dobrze oceniony, mimo to teraz widzę, że brakuje w nim jakiejś takiej energii, pasji tworzenia. To, co w nim widać to długie godziny spędzone na dopracowywaniu detali, staraniu się perfekcyjnie dopasować do wszelkich wymagań, wyjść im naprzeciw. Kiedy jednak przypomnę sobie, jak wiele rzeczy było dla mnie zupełnie nowe – zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie techniczne i warunki budowlane – to naprawdę doceniam włożoną w ten projekt pracę.

A Wy wracacie czasami do dawnych projektów ze studiów i zastanawiacie się, jak wyglądałaby praca nad nimi oraz efekt końcowy, gdybyście posiadali obecną wiedzę?

Plansza instalacji, oddana semestr wcześniej
Konstrukcja budynku

Więcej

Nie przerysowuj! O rysowaniu z natury

Rysowanie zawsze było moją pasją, jednak podczas studiów mocno je zaniedbałam. Zapytacie: jak to? Na architekturze? Przecież tam prawie cały czas się rysuje! Prawda jest jednak taka, że są to studia tak czasochłonne, że wykorzystanie komputera, mediów cyfrowych, pozwala oszczędzić te drogocenne godziny życia, nie mówiąc już o znaczącym ułatwieniu samego procesu projektowania. O tym można przeczytać we wpisach z tagiem „studia”. Kiedy chodzenie na uczelnię stało się przeszłością, a nagle moja doba zyskała całkiem sporo dodatkowych godzin, postanowiłam odświeżyć umiejętności rysownicze. Okazało się jednak, że „odświeżyć” to mało powiedziane. Przede mną była jeszcze bardzo długa droga nauki w zakresie wykorzystania tradycyjnych mediów (na przykład akwareli, z którą nie miałam wcześniej zbyt wiele styczności), czy z samego oddawania przedmiotu na papierze. Od tego czasu minęło już trochę długich miesięcy i dlatego chciałabym się podzielić moimi przemyśleniami, które pojawiły się podczas tego czasu. Dzisiaj napiszę o tym, dlaczego warto rysować z natury, zamiast przerysowywać ze zdjęcia.

Bardzo ciekawe obiekty do rysowania można znaleźć w muzeach – ja przede wszystkim polecam muzea transportu i antyczne rzeźby.

Przerysowywanie? Tak. Nie. Zależy.

Kopiowanie własnej fotografii czy cudzej pracy (oczywiście za zgodą autora) nie jest niczym złym podczas nauki. Od wieków uczniowie studiowali prace swoich mistrzów, przerysowując detale, a często tworząc wręcz kopie wielkich płócien. Wam również może to pomóc zdobyć wiele nowych umiejętności. Są to przede wszystkim: sprawność w posługiwaniu się danym narzędziem (na przykład ołówkiem, farbami), poznanie sposobów, jakimi można stworzyć światłocień, kontrast, jak oddać na papierze różne powierzchnie i faktury. To są jednak kwestie bardzo techniczne. Poza tym, kopiować też można różnie – analizując poszczególne elementy oryginału, kontemplując wykorzystane techniki i próbując zrozumieć decyzje pierwotnego artysty – albo wręcz przeciwnie – bezmyślnie, wręcz mechanicznie, nanosząc kolejne linie i kolory na własną kartkę, nie przejmując się za bardzo niuansami, i nie wynosząc z tego więcej nowej wiedzy niż jak poprawnie trzymać ołówek (a nawet niekoniecznie).

Zanim przejdę do głównego tematu, chciałabym jeszcze ostrzec przed jednym niebezpieczeństwem wiążącym się z przerysowaniem, konkretnie – zdjęć. Od dłuższego czasu śledzę grupy ludzi tworzących, często na podstawie fotografii. Obserwując próby odtworzenia w akwareli zdjęcia swojego dziecka, zwierzaka czy czegokolwiek innego, często od razu można poznać, że było to bezmyślne przerysowywanie. Czyste rzemiosło, bez grama artyzmu. Dlaczego tak twierdzę? Bo widzę na rysunku rzeczy, które nie powinny się na nim znaleźć. Przykład? Na twarz portretowanego padł cień, który został znacznie spotęgowany przez obiektyw. Na zdjęciu nie jest to większym problemem – w końcu to fotografia, od razu widać że to tylko cień na twarzy, jesteśmy do tego zupełnie przyzwyczajeni. Na rysunku jednak staje się on dziwaczną i nieuzasadnioną plamą, która tylko zadaje pytanie: po co? Co autor miał na myśli?

Inny przykład? Znowu w przypadku rysowania ludzi – sama postawa ciała może być dość dziwnie ujęta na zdjęciu. Już nawet nie chodzi o to, że z żabiej perspektywy człowiek ma nogi do sufitu – takie rzeczy spokojnie można oddać i w rysunku, i to potrafi naprawdę fajnie wyglądać. Raczej wyjdą na wierzch nienaturalne pozy, złapane w ruchu, dziwne skróty perspektywiczne stworzone przez dystorsję obiektywu. Jeśli nie wiesz o czym mówię, włącz dowolny film i spróbuj zatrzymać go w momencie ruchu, tak aby wszystko wyglądało ładnie. Moje doświadczenie mówi, że aby kadr nadawał się do czegokolwiek, trzeba co najmniej kilkukrotnie nacisnąć spację i liczyć, że wreszcie trafi się sensowne ujęcie. Tak jest też ze zdjęciami. Z tym, że przyzwyczailiśmy się, że jakaś ręka na zdjęciu wygląda na krzywą albo za długą – w końcu to tylko zdjęcie, w rzeczywistości na pewno jest ona normalna, co nie? Dlaczego więc powinniśmy ją zakrzywiać też na rysunku, gdzie przecież na ogół staramy się oddać coś naturalnie, jak najbliżej tego, jak to odbieramy to własnymi oczami.

Zdjęcie może oczywiście posłużyć jako referencja, punkt wyjściowy przy tworzeniu nowej pracy. Wciąż nie będzie to jednak zupełnie to samo, co rysowanie zupełnie z natury.

Tutaj góry namalowane z własnego zdjęcia. Niestety nie znalazłam w miarę świeżego rysunku przedstawiającego człowieka na podstawie zdjęcia na moim kompie. Nie chcę tutaj umieszczać cudzych prac w takim kontekście, aby nikt nie pomyślał, że traktuję jego prace jako „zły przykład”.

Wyzwania tworzenia z natury

Chyba oczywiste jest, że rysowanie z natury jest o wiele trudniejsze niż przerysowywanie ze zdjęcia. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że główną trudnością jest sama logistyka – znalezienie dogodnego miejsca do rysowania, nie za blisko i nie za daleko wybranego obiektu, zabranie ze sobą wszystkich potrzebnych narzędzi i wykonanie całej pracy na miejscu, licząc się ze wszelkimi ograniczeniami czasowymi. Tak naprawdę, jest jednak coś, co ja uważam za o wiele trudniejsze i bardziej wymagające niż rozstawienie swojego mobilnego studia w terenie.

Czy jest to zatrzymanie w bezruchu naturalnie ruchomego krajobrazu? To kolejne wyzwanie, które mogłoby wydawać się sporym ograniczeniem w porównaniu do statycznej fotografii, którą dodatkowo można sobie powiększyć czy wyostrzyć na komputerze. Wbrew pozorom, przy typowych kompozycjach nie powinno sprawić to większego problemu, zwłaszcza mając już doświadczenie z rysowaniem. Jest coś o wiele trudniejszego, z czym nie do końca świadomie zmagają się wszyscy próbujący rysować z natury.

Jest to trójwymiarowość przestrzeni, w której się znajdujemy i konieczność oddania jej na zupełnie dwuwymiarowej powierzchni. To, jak wiele sprawia ona problemów, można dostrzec, analizując historię sztuki. W dziełach ze starożytności i średniowiecza obserwujemy te nieudolne próby oddania wielu planów, kompozycji, perspektywy. Wbrew pozorom, nie jest to takie oczywiste, dlaczego widzimy tylko jedną albo dwie ściany budynku, skoro przecież doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, ile tych ścian jest w rzeczywistości. Po egipskich malowidłach widać, jak trudno było zrozumieć wielowymiarowość przestrzeni ówczesnym artystom – dużo łatwiej było stosować utarte schematy, gdzie za pomocą konkretnego wzoru sylwetki (ciało przedstawione przodem, głowa bokiem), udawało się pokazać wizerunek człowieka. W domyśle człowiek posiadał wszystkie części ciała, jego głowa (widoczna z profilu) miała też drugi bok, a jedna noga zdecydowanie nie była większa od drugiej. Postacie jednak praktycznie nigdy nie zasłaniały siebie nawzajem – to już nie mieściło się w zrozumieniu perspektywy przez ówczesnych twórców.

Fragment ściany z grobowca faraona Amenemheta i jego żony Hemet (licencja Public Domain)

Tak naprawdę, rysując z natury, musimy zapomnieć o wszystkim, czego nauczyliśmy się podczas życia o danym przedmiocie – a przynajmniej tymczasowo uśpić tę wiedzę i umiejętnie wykorzystać w konkretnych sytuacjach. Dzieci często uczą się rysować, zaczynając od gotowych kolorowanek, wykonanych przez dorosłych nieumiejętnie imitujących dziecięcy styl. Jest to szczególnie szkodliwe. Moim ulubionym przykładem, wymienianym już parokrotnie na tym blogu, jest rysowanie ptaków wyglądających jak przekręcone pośladki. Inne to jabłuszko koniecznie z patyczkiem i listkiem (nigdy w życiu takiego nie widziałam). Najlepsze przykłady pojawiają się jednak przy ludzkich twarzach, przy takich elementach jak usta, nosy, umieszczenie brwi. Często, aby nauczyć się rysować, najpierw trzeba oduczyć się złych praktyk z dzieciństwa.

Domek na wzgórzu, oczywiście z choinką, chmurką z komina, ptakami-pośladkami i narożnym słońcem. Widzieliście już podobny obrazek tysiące razy.

Tak naprawdę temat jest jednak o wiele głębszy. Rysując, spłaszczamy ten trójwymiar, jednak nie dzieje się to dopiero na kartce, a już wcześniej, w naszej głowie. Po dłuższym czasie rysowania na żywo zaczynamy dostrzegać własnymi oczami to, czego oduczyliśmy się podczas naszego życia. Że podłoga – choć w rzeczywistości prosta – w naszych oczach jest zakrzywiona przez perspektywę. Że choć oczy portretowanego są umiejscowione na równej wysokości, dla nas jedno jest wyżej niż drugie. W pewnym momencie trójwymiarowość przestrzeni przestaje być problemem, ponieważ potrafimy stworzyć jej idealną dwuwymiarową projekcję przed własnymi oczami. I to jest najpiękniejsze w rysowaniu z natury.

Same zalety

Rezygnacja z kopiowania zdjęć w domowym zaciszu na korzyść wyjścia w plener, to same plusy. Będąc na miejscu, łatwiej się skupić na tworzeniu, bez tych wszystkich domowych rozpraszaczy (lodówki przypominającej o swojej zawartości, nagłej potrzeby wypicia kawy czy pójścia do toalety po raz kolejny, a nawet pozostałych domowników). Jesteś tylko Ty i Twoje płótno, szkicownik czy cokolwiek wybierzesz jako miejsce odwzorowania tego, co widzisz. Oczywiście pojawiają się nowe problemy: pogoda, inni ludzie, owady, nagłe zmiany krajobrazu czy niewygoda. Z tym trzeba się pogodzić. Mimo wszystko, jakaś praca prawie zawsze powstanie i na ogół będzie ją można uznać za ukończoną. Bez zbędnego poprawiania, a często pogarszania (jedno z moich ulubionych niemieckich słówek, które używam w tym znaczeniu to verschlimmbessern, oznaczające mniej więcej „tak poprawić, że aż zepsuć”).

Tutaj taki szkic z pubu. Rysowanie z natury wcale nie oznacza koniecznie rysowania przyrody. Chodzi konkretnie o czynność przekazywania tego, co się widzi, w porównaniu do przerysowania elementów ze zdjęcia czy innego obrazka.

Poza tym, rysowanie w plenerze może stać się wydarzeniem socjalnym. W Monachium dołączyłam do grupy, z którą spotykam się regularnie, aby rysować – zarówno portrety, jak i różne miejsca czy obiekty. To oczywiście łączy się z porównywaniem swoich prac, uczeniem się od siebie nawzajem i oczywiście miłym spędzeniem czasu. Bardzo konkretną grupą, która ma swoje oddziały w wielu większych miastach, jest Urban Sketchers, o których już pisałam jakiś czas temu.

Jednak nawet samodzielne rysowanie, niezależnie od tego czy to tylko szybki szkic czy porządne malarstwo na płótnie, potrafi dać naprawdę wiele radości, kiedy stworzone na miejscu. Nawet jeśli dla odbiorcy nie ma to znaczenia (co nie zawsze musi być prawdą), sama świadomość że praca powstała w konkretnych okolicznościach, może być wartościowa. W końcu sztuka to nie tylko ładny obrazek, ale też całe okoliczności, które wpłynęły na jego powstanie.

Rysowanie drzew w parku? Wydawałoby się, że nuda, jednak przy pięknej pogodzie jest to czynność niesamowicie relaksująca.
Więcej

Jaki szkicownik wybrać?

Choć nie lubię posiadać wielu niepotrzebnych przedmiotów i unikam zaśmiecania sobie mieszkania niepotrzebnymi dekoracjami, pewnych rzeczy po prostu nie mogę przestać kupować. Są to wszelkiej maści produkty papiernicze, notesy, pisadła, szkicowniki i farby. Myślę, że tego, co nagromadziłam przez ostatnie parę lat starczy mi na jeszcze kilka żyć, pomimo że staram się regularnie szkicować. Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się zużyć jakiś szkicownik naprawdę do ostatniej strony, jednak kilka obecnych zdecydowanie do tego zmierza. Jednocześnie parę odstawiłam już dawno w kąt, zapomniałam lub po prostu zrezygnowałam ze względu na niepraktyczność czy niedostatecznie dobrą jakość papieru.

Moje szkicowniki

W pierwszej kolejności pokażę, z jakich szkicowników obecnie korzystam (a także: z którymi walczę lub które odłożyłam na półkę). Na ich podstawie opiszę, na co powinno się zwracać uwagę przy wyborze szkicownika. Warto jednak przypomnieć znane powiedzenie, że „jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Oznacza to mniej więcej, że jeśli pracuje się, wykorzystując różne media i techniki, konieczne jest posiadanie różnych papierów i szkicowników. W sztuce złoty środek nie istnieje.

Taka tam kolekcja

1. Hahnemühle Grey Book A5

Mój najnowszy nabytek i absolutnie go kocham. Jest lekki, porządnie wykonany, elegancki. Faktura okładki imituje drewno, choć jest to raczej tektura. Papier jest gładki, szary, jednolity, o gramaturze 120 g/m², 40 kartek (80 stron) powinny się dać dość szybko wypełnić. Muszę jednak podkreślić, że jest to papier bardzo wysokiej jakości. Według opisu przeznaczony jest on głównie do pracy z tuszem i markerami, jednak świetnie spisuje się także z akwarelą (nie uniknie się falowania stron przy tej gramaturze, jednak spokojnie znoszą one wodę). Przez ten papier jeszcze nie przebił mi żaden cienkopis ani mazak. Wady? Oczywiście, że są. Po pierwsze, nie rozkłada się on na płasko, więc zdecydowanie przydatne będą klipsy do przyczepienia kartek do okładki. Nieduża liczba stron i oczywiście cena. Z tej samej serii można również kupić notes z jasnobrązowymi kartkami nazwany Cappucino Book. Oba szkicowniki dostępne są w formatach A4 i A5.

2. Leniar blok szkicowy z szaro-brązowym papierem A5

Bardzo tani szkicownik z papieru z recyclingu, niestety nie sprawdził się u mnie zbyt dobrze. Zbyt chropowaty, aby komfortowo pisać po nim cienkopisami, średnio przyjmujący twarde ołówki, za to odpowiedni do ołówków miękkich i węgla. Powinien doskonale współpracować z kredkami, których ja nie używam (przetestowałam z czarną i białą i było naprawdę nieźle). Z chęcią wykorzystam ten papier jednak przy tworzeniu stron w Bullet Journalu. Bloczek formatu A5, 80 g/m², kartki klejone u góry, łatwe do wyrywania.

3. Clairefontaine Dessin à Grain

Jest to najlepszy mały szkicownik jaki znalazłam z najniższej półki cenowej, który spełniał wymagania: porządny papier, niska cena, brak spirali, bloczek z kartkami do wyrywania. Noszę go ze sobą na każde spotkanie rysowników, chętnie oddając luźne kartki potrzebującym zapominalskim (kiedyś zdarzyło mi się, że ktoś poprosił mnie o kartkę, a ja miałam ze sobą tylko porządny szkicownik, z którego nie wyrywam i było mi głupio odmówić). Sama wykorzystuję go do szybkich szkiców, do wstępnych kompozycji czy kiedy chcę przetestować jakieś nowe narzędzie. Papier jest naprawdę porządny i świetnie współpracuje z ołówkiem. Kartki są niestety tak słabo przyklejone, że wypadają same z siebie, co byłoby zdecydowaną wadą, gdyby ktoś chciał zachować notes w jednym kawałku.

4. Römerturm Aquarell Block A4

Jest to mój ulubiony papier do akwareli. Świetnie współpracuje z dużą ilością wody, ma piękną fakturę (choć czasem używam też drugiej, gładkiej strony). Jest to blok na spirali, papier tłoczony na zimno, 30 kartek formatu A4, gramatura 300 g/m². Tylna tekturka jest bardzo gruba i sztywna, dzięki czemu można go bardzo wygodnie trzymać w dłoni. Nie znałam wcześniej tej firmy, jednak postanowiłam dać jej szansę, kiedy uznałam, że chcę zainwestować w porządny papier, ale nie stać mnie na Arches. Czy ma on wady? Duża gramatura w połączeniu z porównywalnie sporą liczbą kartek daje naprawdę ciężką cegłę. Zdecydowanie nie nadaje się on do noszenia w plecaku na co dzień. Ze względu na zastosowanie, kartki często są dość pofalowane, więc przydaje się je czymś spiąć. Ja do tego celu wykorzystuję piórniczek na gumce, który kupiłam wieki temu w Tigerze, nie mając jeszcze wtedy pomysłu na jego zastosowanie. Kiedy bloczek Römerturm dołączył do mojej kolekcji, te dwa przedmioty stały się nieodłączną parą.

5. Mój kalendarz (tutaj: Semikolon Monstera Grand Voyage)

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszy szkicownik, to ten, który masz przy sobie. Jeśli mnie znacie, to wiecie, że nigdy nie rozstaję się ze swoim kalendarzem i to w nim czasami zdarzy mi się umieścić jakiś rysunek. Z tego powodu postanowiłam go dodać do tej listy – nawet, pomimo że nie jest to szkicownik per se. Papier jest dobry, ponieważ tym się kierowałam przy wyborze kalendarza. Może nie do końca radzi sobie z akwarelą, ale przecież nie stworzę w nim dzieła życia! Prawdopodobnie.

6. Sketch Book szary A6

Uwielbiam notesy z widocznym szyciem, dlatego pozwoliłam sobie kupić to maleństwo z serii szarych notesów (dostępne także A5 i A4). Notes jest bardzo poręczny i idealnie rozkłada się na płasko. Duża liczba kartek (120 -> 240 stron) w połączeniu z małym formatem stała się powodem, dlaczego to właśnie jego wybrałam do mojego pomysłu stworzenia notesu na same portrety. Niestety szybko wyszły na wierzch jego wady. Papier jest koszmarnej jakości i ołówek nie jest na nim zbyt dobrze widoczny. Niewygodnie rysuje się po nim także białą kredką – dopiero bardzo miękka kredka akwarelowa jest dostatecznie widoczna, aby używać jej komfortowo. Do cieni koniecznie muszę wykorzystywać czarną kredkę. Niby papier szary, a ani go rozjaśnić, ani przyciemnić. Tekturowa okładka też bardzo szybko wchłonęła jakąś plamkę tłuszczu. Obecnie zapakowałam go w improwizowaną okładkę wykonaną ze starej gazety. Nie zrażam się jednak – zamierzam dalej go męczyć.

7. Szkicownik Talens Art Creation A6

Notes, którego uśmierciłam, jako pierwszy. Mały format miał się sprawdzić jako szkicownik do noszenia zawsze przy sobie, jednak właściwie nie zdarzało mi się go wyciągać z bocznej kieszeni plecaka. Po prostu tam był i w żadnym stopniu nie zachęcał do rysowania. Pierwszą i prawdopodobnie najważniejszą tego przyczyną jest to, że trzeba go mocno trzymać, aby się nie zamykał. Przy większych notatnikach nie sprawia to takiego problemu, jednak przy takim maleństwie, po prostu nie ma jak go wygodnie złapać. Nie jest to jednak szkicownik zły. Porządny papier 140 g/m², sztywne i gładkie kartki, świetnie współpracuje z mazakami i cienkopisami, nie przebija. Jeśli ktoś nie ma miejsca w torebce na większy format, to taki notes z pewnością spełni swoją funkcję. Talens to znana firma, łatwo znaleźć w Internecie przykłady, jak ludzie wykorzystali te notesy do prowadzenia swoich art journali czy po prostu szkicowania.

8. Duży szkicownik Tiger A3

Kupiłam go całą wieczność temu w promocji w sklepie Flying Tiger. 50 kartek 100 g/m², nawet nienajgorszej jakości, biorąc pod uwagę cenę, również oryginalną. Jakiś czas przeleżał w półce, jednak kiedy po niego wreszcie sięgnęłam, szybko wypełniłam ponad połowę stron szkicami. Najbardziej doceniam w nim oczywiście format. Biorę go ze sobą wyłącznie wtedy, kiedy wiem, że będę rysować coś bardziej szczegółowego, albo po prostu mam ochotę się bardziej rozrysować. Oczywiście nie zastąpi on sztalugi i pełnego brystolu, jednak doskonale spisuje się jako „coś pomiędzy”. Dzięki spirali wygodnie się go trzyma, przerzucając drugą część kartek na tył. Myślę, że dobrze mieć chociaż jeden szkicownik w większym formacie.

Jak wybrać szkicownik

Pokazałam, z czego korzystam obecnie, natomiast są to tylko przykłady, które mogą nakierować czytelnika na wybór konkretnego formatu czy rodzaju notesu. Jakie elementy warto przede wszystkim rozważyć? Oto krótkie podsumowanie.

Papier

Jego wybór będzie w dużej mierze zdeterminowany wykorzystywaną techniką. Papier do akwareli powinien mieć odpowiednią gramaturę, papier do mazaków musi być koniecznie gładki, podczas gdy papier do ołówka może być cieńszy, żółtawy, chropowaty. Na własną odpowiedzialność można odchodzić od tych reguł. Papier do mazaków może okazać się odpowiedni do szkiców akwarelą a blok akwarelowy spisywać się dobrze z kredkami. Na początek polecam jednak wybrać coś specjalnie dedykowanego swojej technice.

Gramatura

Oznacza masę jednego metra danego papieru. Z założenia wiąże się to ze zwiększeniem grubości oraz gęstości kartki (znaczenie tych czynników jest rozmaite). Papier o najmniejszej gramaturze można spotkać w wielostronnych księgach, np. Biblii, natomiast duże gramatury będą miały kartony, które trudno zgiąć. Typowe kartony do pakowania przesyłek, pomimo dużej grubości, na ogół mają bardzo niewielką gramaturę. W temacie szkicowników gramatura oczywiście przełoży się na rozmiar i wagę – jeśli więc ma to być szkicownik poręczny, zabierany w podróż, warto większą gramaturę zrównoważyć mniejszą liczbą stron.

Kolor

Wiele osób nie przepada za kartkami innymi niż białe, podczas gdy inni swobodnie kreślą na papierach brązowych, szarych, czarnych. Sama dobrze odnajduję się w obydwu przestrzeniach i (jak widzieliście powyżej) moja kolekcja zawiera papiery i takie, i takie. Warto pamiętać, że nie istnieje biała farba akwarelowa, więc „poprawna”, akademicka akwarela powinna być wykonywana na papierze jak najbardziej zbliżonym do bieli. Dla osób mniej „poprawnych” zawsze można zmieszać akwarelę z gwaszem (technika podobna do akwareli, w której farby nie są transparentne) lub – co ja ostatnio przetestowałam – białym brush-penem (np. uni-ball Posca). W przypadku ołówka czy węgla warto zaopatrzyć się w dobrą białą kredkę, najlepiej jak najbardziej miękką. Kolorowe kartki świetnie spiszą się przy pasteli.

Faktura

Czyli to, czy kartka jest gładka, czy zawiera wzór papieru, o który nasze medium będzie zahaczać podczas szkicowania, które zahamuje farbę lub zbierze więcej śladu ołówka. Tutaj również warto poeksperymentować, jednak podstawy są bardzo proste: do mazaków, cienkopisów, kaligrafii, zdecydowanie nie warto wybierać szkicowników fakturowanych – linie będą wyglądać krzywo, a przy okazji można zepsuć sobie porządny cienkopis, wycierając jego wkład. W przypadku ołówków wybór jest mniej oczywisty – ja lubię papiery fakturowane, inni mogą woleć gładkie. To jak wybór pomiędzy ołówkami miękkimi a twardymi, wszystko zależy od pożądanego stylu rysunku. W przypadku akwareli istnieją dwa typy papieru: tłoczony na zimno albo na gorąco. Pierwszy (cold pressed) będzie charakteryzował się wyraźniejszą fakturą, świetnie współpracującą z typowym zastosowaniem tego medium. Papier tłoczony na gorąco (hot pressed) natomiast wybierany jest chętniej przez twórców komiksów czy obrazów bardziej szczegółowych.

Format

Ponieważ papier do tylko połowa historii.

Rozmiar

Wybór rozmiaru szkicownika jest jednocześnie łatwy i trudny. Łatwy, ponieważ ludzie najczęściej sięgają po takie formaty, jakie się u nich dobrze sprawdziły. Trudny, kiedy nie ma się wcześniejszego doświadczenia z notesami. Dla mnie jeden szkicownik byłby niedostateczny – czasem potrzebuję mniejszego, a czasem większego formatu. Jeśli jednak ma to być pierwszy taki zeszyt, chyba najbezpieczniej będzie polecić format A5.

Poziom, pion czy kwadrat?

Przebierając w notesach łatwo zauważyć, że część z nich posiada szycie na dłuższej krawędzi, a część na krótszej. Proporcje długości i szerokości kartki również mogą być bardzo rozmaite – od bardzo podłużnych prostokątów, aż do idealnych kwadratów. Osobiście nie przepadam za kwadratami, a w przypadku prostokątów orientacja nie ma dla mnie większego znaczenia. Pozwalam sobie na tę swobodę przekręcenia zeszytu o 90 stopni albo przeznaczania dwóch sąsiadujących stron na jeden rysunek. Nic nie stoi też na przeszkodzie przed użyciem fragmentu kartki, o pożądanych przez nas proporcjach, i pozostawieniu białego tła wokół.

Liczba stron

Duże liczby stron świetnie się prezentują, kiedy ktoś już dał radę wypełnić je rysunkami. Do szkiców polecam jednak wybrać coś o ograniczonej liczbie kartek. Zyska się mniejszą masę notesu, większą jego poręczność i zwiększy szanse, że będzie to notes wykorzystany do końca, a nie wrzucony do szuflady po zapisaniu połowy.

Okładka

Wzór okładki nigdy nie miał dla mnie większego znaczenia (w końcu zawsze można ją ewentualnie w dowolny sposób przyozdobić), jednak ważna była jej twardość i odporność. Okładki ze zwykłego papieru są ładne tylko przez pierwszych kilka dni, więc (o ile nie zamierza się zapakować szkicownika w dodatkową okładkę) zdecydowanie odradzałabym taki zakup. W przypadku notesów spiralnych i bloczków tylna okładka po prostu musi być na tyle twarda, aby umożliwić szkicowanie bez żadnego dodatkowego podkładu. Przy notesach książkowych, obie okładki powinny być twarde i odporne na zniszczenie. W przypadku pracy z akwarelą czy tuszem jest to szczególnie ważne.

Oprawa / szycie

Tak jak w poprzednich przykładach opisywałam, że wiele elementów jest kwestią raczej indywidualną, tak w przypadku szycia bardzo łatwo podzielić szkicowniki na te dobre i te złe. „Te dobre” to te, które rozkładają się na płasko albo pozwalają przerzucić „wcześniejsze” kartki na tył, umożliwiając tym sposobem wygodne szkicowanie. W drugiej grupie znajdą się głównie notatniki na spirali, bardzo lubiane przez rysowników. Choć często posiadają one perforację ułatwiającą wyrywanie stron, ja kupuję je wyłącznie wtedy, kiedy zamierzam tego nie robić. W końcu plastikowa spirala to też niepotrzebne zanieczyszczenie środowiska. Mniej ważne notesy, z których planuję wyrywać kartki, wybieram spośród oferty szkicowników klejonych na jednym z brzegów. Przy tak tanim i nienadającym się do niczego innego „szyciu”, nie mam żadnych wyrzutów sumienia.

Najbardziej jednak lubię szkicowniki w formie książkowej albo zeszytowej. Najprzyjemniej się je przegląda, są stosunkowo najbardziej odporne na warunki atmosferyczne czy pozostałą zawartość plecaka, a przy okazji wyglądają najpiękniej. Jednak to przy nich trzeba szczególnie zwrócić uwagę na szycie. Jeśli dany notes nie rozkłada się na płasko, nie ma sensu go w ogóle rozważać. Dla niewtajemniczonych – oznacza to, że przy otwarciu go na dowolnej stronie, trzeba  go cały czas trzymać, aby się nie zamknął oraz że dostęp do krawędzi wewnętrznych każdej kartki jest znacznie utrudniony lub wręcz niemożliwy. Usilne spłaszczanie takiego zeszytu może grozić zniszczeniem grzbietu oraz wypadaniem kartek (często są one tylko klejone). Lepiej po prostu upewnić się, że nie będzie to konieczne.

Dodatkowe bajery

Najlepszym dodatkiem, nieomówionym wyżej, jest moim zdaniem gumka spinająca obie okładki ze sobą i zapobiegająca otworzeniu się notesu w plecaku. Na szczęście brak takiej można łatwo nadrobić, tworząc ją własnoręcznie, lub kupując osobno w sklepie (niestety taka gotowa gumka, znanej marki, jest na ogół dość droga). Inną przydatną rzeczą jest tylna kieszonka, raczej częściej spotykana w notesach przeznaczonych na Bullet Journal niż szkicownikach. Jej braku na ogół jednak się nie odczuje zbyt dotkliwie. Trzecim często spotykanym elementem jest zakładka wstążkowa (albo takich kilka), której zastosowania w szkicowniku jeszcze nie znalazłam, ale potrafi ładnie wyglądać, zanim się zmechaci.

Podsumowanie

Po przeczytaniu tekstu powyżej wybór szkicownika powinien być łatwiejszy, jednak prawdopodobnie będzie zupełnie odwrotnie. Bardzo łatwo zabłądzić podczas poszukiwania jednego notesu, dobrego do wszystkiego. Papier grubszy, aby nie przebijał, czy może więcej kartek? Na spirali, bloczek czy książka? Mnie się obecnie marzy stworzenie własnego szkicownika przy użyciu rozmaitych papierów, ale prawdopodobnie szybko nie znajdę czasu na zabawę w introligatorstwo. Już prędzej po prostu połakomię się na jeden z dostępnych w Internecie ręcznie robionych tworów za ogromne pieniądze. Ale to dopiero kiedy zostanę znaną i bogatą artystką.

Przy okazji przypominam o istnieniu Grupy SZKICOWNIKliwej.

Więcej

10 rzeczy, które mnie zaskoczyły w Stambule

Jadąc do Stambułu, spodziewałam się kontaktu z zupełnie nową kulturą, nowym spojrzeniem na świat i nowymi bodźcami. Ta podróż była rajem dla oka – na każdym kroku przed oczami stawały mi piękne mozaiki, barwne dywany, niesamowite kolory. Myślę, że są to jednak rzeczy, które trudno tak naprawdę opisać w przystępny sposób. Tego trzeba doświadczyć na własnej skórze. Ten wpis postanowiłam przeznaczyć więc na 10 drobnych ciekawostek, które mogą być dla Was nowe, które rozbudzą ciekawość albo zmuszą do refleksji, czy może nawet zachęcą do planowania podobnej wycieczki! Tym razem nie będę opisywać miejsc czy zabytków, a skupię się na tych drobnych detalach, które przykuły moją uwagę podczas pobytu i o których łatwo można zapomnieć, nie zapisując ich po powrocie.

1. Prawie wszystkie samochody są białe

Kiedy przybyliśmy do Stambułu i autobusem jechaliśmy z lotniska do centrum miasta, była to pierwsza nietypowa rzecz, jaką zanotowałam: prawie wszystkie samochody na ulicy są białe! Jest kilka powodów, dlaczego mieszkańcy Stambułu wybierają konkretnie ten kolor. Najbardziej oczywisty to klimat tego miejsca – biel w większym stopniu odbija promienie słoneczne, dzięki czemu pojazd mniej się nagrzewa. Niektóre posty znalezione w Internecie podają, że białe samochody są tańsze, co mogłoby być kolejną przyczyną takiego wyboru. Poza tym, na bieli zarysowania są mniej widoczne, co zdecydowanie ma znaczenie w mieście takim jak Stambuł. Nie zliczę, ile razy widziałam tam samochody omijające przeszkody czy inne pojazdy, zachowując przy tym tak niewiarygodnie małą odległość, że naprawdę brak głębokich rys to już tylko kwestia szczęścia albo czasu.

2. Sklepy i restauracje otwarte są naprawdę długo

Jeśli ktoś, tak jak ja, mieszka obecnie w Niemczech i postanowi odwiedzić Stambuł, chyba największym szokiem kulturowym będzie to, że sklepy są otwarte do późnej nocy. Dla porównania, w moim mieście już od 8 wszystkie markety są zamknięte, a dwie godziny później na marne szukać otwartej restauracji. Stambuł to zupełnie inny świat! Zapomnieliście kupić pocztówki albo pamiątek dla rodziny, rano wyjeżdżacie, a właśnie wybiła północ? Wałęsając się po mieście, nagle złapał was głód w środku nocy? W tym mieście takie sytuacje nie wiążą się z żadnymi problemami, jako że ulice żyją do naprawdę późnej pory (nawet nie udało mi się sprawdzić, jak długo). W czasie Ramadanu jest oczywiście szczególnie – po całym dniu postu Muzułmanie świętują hucznie swój posiłek. Podczas bardziej zwykłych dni, wciąż jednak centrum miasta wieczorem nie zamiera, a tłumy ludzi kontynuują swoje zakupy czy spotkania ze znajomymi.

Dzięki temu też, centrum miasta wydaje się całkiem bezpieczne po zmroku. Ulice są oświetlone, ludzie przechadzają się ze znajomymi, ale także i samopas. Z restauracji dobywa się muzyka, sprzedawcy wciąż próbują opchnąć komuś swoje towary. Większość Muzułmanów, zgodnie ze swoją wiarą, nie pije alkoholu, więc raczej nie doświadczy się w Stambule konfrontacji z osobami pod wpływem.

Już dawno ciemno, a tu wszystko wciąż otwarte. Zdjęcie: PK.

3. Policja i bramki na wejściach

Można dyskutować na temat, czy obecność grup policjantów patrolujących lub pilnujących miejsc publicznych, zwiększa czy zmniejsza poczucie bezpieczeństwa. Ja powiem, że jest to po prostu coś, czego nie spotyka się zbyt często w Europie, poza ważnymi wydarzeniami lub świętami. Jest wiele powodów, dla których podjęto decyzję zwiększonej czujności w historycznym centrum i naprawdę nie chciałabym tych tematów tutaj poruszać. Zdarzało mi się widzieć wozy bojowe na głównych placach, a stróże prawa wyposażeni byli w karabiny maszynowe.

Kolejnym tematem jest kontrola dostępu do przestrzeni półpublicznych. Jeśli ktoś myśli, że po opuszczeniu lotniska będzie miał tymczasowo spokój z bramkami, jest w totalnym błędzie. W Stambule wszystkie najważniejsze muzea posiadają zabezpieczenia na wejściu, bagaż jest skanowany, a człowiek może być przeszukany. Co ciekawe – podobnie jest z galeriami handlowymi czy większymi bazarami.

4. Do muzeów wchodzi się z plecakami

Będąc jednak w temacie muzeów, dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że nie posiadają one szatni ani szafek. Ekspozycję ogląda się z torbą na ramieniu czy plecakiem na plecach, często trzymając kurtkę bądź bluzę w dłoni. Nie jest to wygodne ani praktyczne, ale domyślam się, że przy takiej liczbie odwiedzających, szatnia zajęłaby pół gmachu muzeum. Kolejnym problemem byłaby konieczność zorganizowania wyjścia w tym samym miejscu, co wejście – a to nie zawsze byłoby możliwe. Chodzenie z plecakiem jest jednak niewygodne, a często i niebezpieczne dla eksponatów.

Chyba jeszcze nie było wnętrza Hagii Sophii. No to jest!

5. Wikipedia zabroniona

Długo nie mogłam się do tego przyzwyczaić – kiedy pomimo dobrego połączenia z Internetem, strona nie chciała się załadować. Wikipedia obecnie zablokowana jest na terenie Turcji. Nie jest to jedyna ocenzurowana część Internetu w tym kraju, jednak zdecydowanie najważniejsza z punktu widzenia turysty.  W ubiegłych latach nawet chwilowo niemożliwy był dostęp do Twittera, jednak obecnie nie ma z tym problemu.

6. Przystawki w restauracjach

Czas powrócić do tematu jedzenia. Miłym zaskoczeniem jest to, że niezależnie od tego, czy trafiliśmy do małej i taniej knajpki, czy do wysoko ocenianej eleganckiej restauracji, zawsze przed otrzymaniem głównego dania, dostawaliśmy pewnego rodzaju przystawki – chleb (najczęściej typu pita) oraz coś do niego. Nawet zamawiając przystawki z karty dań, oprócz nich praktycznie zawsze na stole pojawiało się coś ekstra.

Pracownicy restauracji dbają o klienta – w razie braku chleba donoszą więcej, często oferują darmowy napój przed wyjściem. Oczywiście w dobrym geście jest zaoferować wtedy sensowny napiwek. Lepsze restauracje wliczają napiwek w cenę, jest on stałą częścią rachunku i pomimo to, wciąż oferują „gratisy”. Ogólnie odniosłam wrażenie, że w Turcji jedzenie ma o większe znaczenie dla ludzi, niż w EU. Nawet w tym niedługim locie z Turkish Airlines wszyscy pasażerowie otrzymali naprawdę porządny posiłek, nie dopłacając nic do ceny biletu.

Wbrew obiegowej opinii, wegetarianin też może dobrze zjeść w Stambule.
Herbata w Turcji zdefiniowana jest poprzez dokładnie taki format szklanki. Źródło zdjęcia.

7. Turecka herbata

Niektórzy pewnie wiedzą, inni nie – jestem ogromną fanką herbaty. Z tego powodu, postanowiłam poświęcić jej osobny temat. Herbata w tureckich restauracjach czy knajpach przybiera dwie formy – herbaty zwykłej oraz owocowej. Niezależnie od miejsca i wyboru, zawsze serwowana jest w bardzo konkretnym naczyniu – małej szklaneczce o kształcie zbliżonym do miniaturowego wazonu bez rączki. W Turcji niemożliwym wydaje się wypicie herbaty z czegokolwiek innego, forma szklanki mówi sama za siebie, że zawiera ona herbatę.

Choć naprawdę ujął mnie ten zwyczaj, nie zdecydowałam się kupić takiego typu zestawu do herbaty dla siebie na pamiątkę. Głównym argumentem jest oczywiście to, że ja herbatę piję litrami, a dzbanuszki te pomieszczą zaledwie kilka łyków.

8. Jadalne kasztany, prażona kukurydza

W najbardziej turystycznych miejscach ten zapach będzie zdecydowanie wyróżniał się spośród innych: świeżo smażone kasztany w mobilnej budce, sprzedawane w niewielkich papierowych saszetkach. Zdecydowanie warto spróbować tego przysmaku.

9. Ekspozycje rzeźb na zewnątrz

Przed Hagią Sophią, w obrębie terenu muzeum, stoją sobie luzem antyki. Fragmenty kolumn czy rzeźb opisane są jako pozostałości z drugiej Hagii (obecna jest trzecia), datowane na V czy VI wiek. Choć oczywiste jest, że są to eksponaty muzealne, niektórzy turyści nie widzą niczego złego w traktowaniu ich jako ławki.

Większa galeria rzeźb na świeżym powietrzu znajduje się w Muzeum Archeologicznym. Stanowią one swojego rodzaju ogród, a przechodzenie pomiędzy nimi sprawia niesamowite wrażenie. Być może nie mają one znaczącej wartości historycznej ze względu na zły stan zachowania lub powtarzalność. Mimo to nie widziałam podobnej galerii gdziekolwiek indziej.

Muzeum Archeologiczne

10. Nie uciekniesz od naganiacza

Spacerując w typowo turystycznych miejscach, nie sposób odpędzić się od naganiaczy, zapraszających do swoich sklepów czy restauracji. Taki walor tego miejsca. Najgorsze, co możesz wtedy odpowiedzieć to „może następnym razem”. Człowiek potraktuje te słowa jako przysięgę i zdecydowanie wyniucha cię w tłumie, kiedy przypadkiem ponownie znajdziesz się w pobliżu jego biznesu. Jeśli jeszcze zdążył wyciągnąć od Ciebie Twoje imię, możesz spodziewać się, że dokładnie po nim cię zawoła, nie robiąc przy tym prawie żadnych błędów w wymowie.

Niech jeszcze rozmowa stoczy się na twój kraj pochodzenia (o co zostaniesz zapytany jeszcze zanim zdążysz się dowiedzieć, co sklepikarz tak właściwie sprzedaje), a usłyszysz całą historię jego przywiązania lub wspomnień związanych z Polską. Niezależnie, czy facet rzeczywiście spędził tam pół roku, pracując w budce z fast foodem, czy wyjechał na Erasmusa, a może członkowie jego licznej rodziny tam mieszkają, z pewnością usłyszysz kilka podstawowych polskich zwrotów lub nazw miast. Jestem ciekawa, w ilu językach przygotowana jest podobna historia.

Na tym chciałabym zakończyć, jednak lista zdecydowanie mogłaby być dłuższa. Mogłabym opisać, co szczególnie minęło się z moimi oczekiwaniami lub przeczuciami. Choć unikam stereotypów i staram się dość luźno interpretować to, co czytam, trudno mi powiedzieć, że nie miałam żadnego wyobrażenia o współczesnym Stambule przed jego odwiedzeniem. Niektóre rzeczy zaskoczyły mnie naprawdę pozytywnie: chociażby układ samego miasta, powiązanie ważnych jego części bardzo logiczną siatką komunikacji publicznej. Inne, jak chociażby naganiacze restauracyjni, trochę mnie zmęczyły i ułatwiły pogodzenie się z końcem przygody. Nie żałuję jednak ani dnia spędzonego w tym mieście i z pewnością kiedyś tam wrócę.

Więcej