Podsumowanie 2020

Podobno wypada powiedzieć, że 2020 był złym rokiem, spędzonym całkowicie w domu na sprzątaniu, szyciu maseczek i odkażaniu powierzchni. Na szczęście, muszę przyznać, w moim przypadku było prawie zupełnie odwrotnie. Nawet weekendy przed komputerem owocowały ciekawymi zajęciami i rozwojem w różnorakich dziedzinach. Poza nimi, działo się jednak naprawdę dużo!

Kocham góry. Z Monachium w Alpy jedzie się pociągiem zaledwie godzinę!

Rok 2020 zaczął się jednak dość ciężko – od choroby. Mówi się – jaki sylwester, taki cały rok, a ja sylwestra spędziłam w łóżku z gorączką i kaszlem niedającym mi spać. Jestem prawie przekonana, że przeszłam Covida, choć nigdy nie zrobiłam sobie testu na przeciwciała. Wtedy dopiero pojawiały się pierwsze doniesienia o „tajemniczej chorobie rozprzestrzeniającej się w jednym chińskim mieście”. Teraz okazuje się, że ponoć Covid-19 w rzeczywistości rozpoczął się o wiele wcześniej, niż zakładano, a jego ślady znaleziono w Hiszpanii miesiące przed wybuchem epidemii w Wuhan. Moja choroba zaczęła się w Lizbonie, gdzie spędzałam święta 2019. Wracając, dosłownie myślałam, że umrę w lotniskowym autobusie. A może to była grypa? To chyba bez znaczenia.

Po powrocie do zdrowia musiałam się zabrać do nauki – już kilka miesięcy wcześniej zapisałam się na egzamin językowy z Goethe-Institut na poziomie B2, który odbył się pod koniec stycznia. Moja przygoda z językiem niemieckim trwała dopiero półtora roku, jednak uznałam, że to najlepszy moment, aby przypomnieć sobie całą gramatykę, póki jeszcze zupełnie nie wyparowała z mojej pamięci. Taki egzamin to świetna motywacja – w końcu kosztuje ogromne pieniądze, których nikt nie chciałby zmarnować na niezdanie. A ja zdałam i to z naprawdę fajnym wynikiem!

Luty był dla mnie powrotem do intensywnego rysowania. Nawet nie wiedziałam, jak bardzo tęskniłam za spędzaniem długich zimowych wieczorów przy dopracowywaniu rysunku czy malarstwa. Udało się też parę razy spotkać z miejską grupą rysowników Drawing From Life. Nawet wiedziałam wtedy jeszcze, że powinnam lepiej doceniać te wieczory w barze i jak będzie mi ich brakować przez pozostałą część roku.

Najważniejszym wydarzeniem roku 2020 była dla mnie jednak podróż do Wietnamu. Pierwsza w życiu tak daleka wyprawa, z tak długim lotem i w zupełnie obce miejsce. Planowanie i organizowanie poszczególnych jej fragmentów zabrało mi naprawdę sporo czasu na początku roku. Wszystko musiało być perfekcyjne, żeby nie zmarnować ani dnia wyprawy marzeń. Później okazało się, że i tak trzeba było improwizować, bo…

Bum! Pandemia! Lecimy? Nie lecimy? Lecimy! Wietnam zamknął granice dla Chińczyków i wyleczył wszystkich dotychczas zarażonych mieszkańców. Bez problemu udało się tam dotrzeć, po drodze zahaczając jeszcze o Dohę, stolicę Kataru, gdzie mieliśmy przesiadkę. Dobrze, że zdecydowaliśmy się w drodze „do” wykorzystać te kilka godzin na zwiedzenie miasta, bo wracając nie byłoby już takiej możliwości.

Nie będę się tutaj bardziej rozpisywać na temat Wietnamu. Napisałam już kilka wpisów na temat poszczególnych odwiedzonych miejsc, a kolejne są w drodze! To była jednak zdecydowanie najwspanialsza przygoda mojego życia, Wietnam jest absolutnie cudowny, a jego mieszkańcy naprawdę sympatyczni. Dodatkowo, ze względu na zamknięte granice z Chinami, wszystkie najpopularniejsze atrakcje były zupełnie niezatłoczone i mogliśmy się cieszyć cudownymi widokami bez konieczności stania w kolejkach.

Wietnam – miasta i współczesna architektura

Prowincja Ninh Bình i kompleks krajobrazowy Tràng An

Cesarskie Miasto Huế

Powrót do szarej rzeczywistości był jednak trudny. Na lotnisku przywitał nas zupełnie pusty supermarket (takich kuchennych improwizacji to chyba najbiedniejszy student nie próbował!). Mimo to, i mimo rosnących liczb zarażeń koronawirusem, Niemcy jako kraj wydawały się dość ślepe na ówczesną sytuację. Maseczki były oficjalnie określone jako niepotrzebne osobom niezarażonym, o mierzeniu temperatury nikt nie myślał. Zupełnie inna sytuacja niż w prawie wolnym od wirusa Wietnamie.

Nie mogłam jednak powstrzymać się przed podjęciem kolejnej dość ryzykownej decyzji: założenia aparatu ortodontycznego. Ósemki miałam już wyrwane pół roku wcześniej i już zdążyłam się totalnie przekonać do tej „inwestycji”. Trzeba tylko było wrócić z Wietnamu, policzyć oszczędności i dać znać ortodontce, że już czas. I choć wszyscy mówili, że to zły pomysł (niebezpieczne przez wirusa, gabinet może być zamknięty itp.), wszystko poszło i do teraz idzie zgodnie z planem. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do polskich gabinetów, te w Niemczech pozostawały otwarte bez względu na kolejne fale zakażeń. A ja się nawet wcześniej zastanawiałam, czy nie zakładać aparatu w Polsce!

Poza tym, ten czas był dość wygodny na noszenie aparatu. W maseczce nigdy nie było go widać, więc nie musiały się o nim dowiadywać osoby postronne typu kasjerki w sklepie (bo po co). Bez planowanych dalekich podróży nie było sytuacji w których w razie awarii nie mogłabym odwiedzić lekarza. No i w końcu i tak zniknęła część wydatków, więc łatwiej było uzbierać na kolejne wizyty. Ogólnie mówiąc, znowu miałam dużo szczęścia.

Marzec i kwiecień minęły w duchu odwołanych wydarzeń i ogólnej nudy. Do tego stopnia, że aż uznałam, że chciałabym pójść na monachijskie ASP. Tak, ja! Zaczęłam przygotowywać tak zwaną teczkę i zapewniać siebie, że to dobry pomysł. Ostatecznie jednak nie wyszło. Trochę szkoda, ale być może to i dobrze – nie dość, że gdzie ja na ASP, to jeszcze jak wyglądałoby studiowanie na ASP w czasach pandemii? Koszmarnie. Czyżby kolejny przypadek mojego tegorocznego farta?

W maju pandemia zwolniła i wydawać by się mogło, że świat zmierza w dobrą stronę. Wszystkie majowe weekendy spędziłam więc w górach lub na rowerze. Pogoda dopisała, a ja mogłam chociaż raz w tygodniu poczuć się na chwilę wolna od tego wszystkiego „tam na dole”.

Mimo to głównie siedzący tryb życia sprawił, że plecy zaczęły się mocno odzywać. Choć fizjoterapeuta stwierdził, że z moimi plecami wszystko w porządku, dostałam skierowanie na gimnastykę korekcyjną. Poznałam tam kilka fajnych ćwiczeń, które powtarzam w wolnych chwilach do dziś. Zaprzyjaźniłam się z matą i gumami i nawet po rezygnacji z siłowni udało się utrzymać formę.

Jeszcze jeden punkt roku, którego nie można zapomnieć – czterodniowa wycieczka na północ Bawarii czyli do Frankonii. Ten region już od dawna był na mojej liście i podczas gdy inni ryzykowali z rozmaitymi “Chorwacjami czy Słoweniami”, ja postanowiłam lepiej poznać kraj, w którym obecnie mieszkam. Na ryzykowanie przyjdzie jeszcze czas, zwłaszcza że wielkimi krokami nadchodziła rocznica naszego związku. Dziesiąta. Jak ten czas szybko leci!

Zaplanowaliśmy Paryż na koniec września. Przejazd ultraszybkim pociągiem TGV miał zająć mniej niż sześć godzin. Wyczekiwałam tej wyprawy, licząc każdy kolejny dzień w pracy, podczas gdy inni organizowali swoje urlopy z dziećmi. Jednak tym razem nie wyszło. Paryż został pochłonięty przez pandemię i wpisany na listę miejsc ryzyka. Wyprawę trzeba było anulować, choć ja wolę użyć tutaj określenia „odłożyć na stosunkowo niedaleką przyszłość”. I co teraz? Ktoś inny szukałby gier i zabaw do zorganizowania urlopu w domu przy kieliszku szampana (czy butelce wódki), jednak ja już sobie powiedziałam, że to ma być piękna rocznica, a piękna rocznica wymaga odpowiednio pięknej podróży.

Dokądkolwiek. Internet, „Take me anywhere”, i padło na Rzym. Kolejny łut szczęścia w tym roku, że dokładnie w momencie naszego zaplanowanego urlopu Lufthansa wypuściła pulę zupełnie tanich biletów do stolicy Włoch. Czy żałowałam tej nagłej zmiany planów? Ani trochę. Może szkoda, że przejazd pociągiem został zastąpiony przez samolot, ale każdy inny punkt wycieczki był zupełnie warty tej zmiany planów i chyba nigdy nie zapomnę tej spontanicznej podróży. Opiszę też ją wkrótce na blogu. W tym roku tyle się działo, że zupełnie nie miałam czasu publikować relacji na bieżąco.

Balans musi być, więc dla kontrastu z ogólnie szczęśliwym rokiem, ponad tydzień naszej wycieczki do Rzymu spędziliśmy pod parasolem.
Czekając w kolejce do bazyliki św. Piotra w Watykanie.

Ahh, i wręcz prawie że przegapiłam odwiedzenie jeszcze jednej europejskiej stolicy – Wiednia. Bardzo krótki wypad, bo zaledwie trzydniowy, połączony ze spotkaniem z siostrą. Dotarcie pociągiem do stolicy Austrii było jednak szybkie i przyjemne, więc trzeba to będzie kiedyś powtórzyć. To miasto mnie oczarowało. Od zawsze kochałam secesję i tutaj czułam się jakbym znalazła swoje miejsce na ziemi. Myślę, że mogę spokojnie dopisać Wiedeń do miast, w których naprawdę chciałabym zamieszkać.

Widok z terenów pałacu Schönbrunn w Wiedniu na miasto.

W wakacje zaczęłam też rysować w górskim plenerze z grupą Wander Zeichner. To było tylko kilka wypadów, ale zdecydowanie pokochałam połączenie szkicownik+plecak i mam nadzieję, że już w najbliższą wiosnę uda się już ponownie spotkać. Ach, i jeszcze w temacie sztuki i tworzenia, to wróciłam do linorytu. Więcej możecie przeczytać tutaj.

Co powiecie na taki plener?

Jesień okazała się świetnym czasem do zwiedzenia południa Bawarii, głównie najważniejszych atrakcji turystycznych, które ograniczyły liczbę turystów, przez co nie miało się poczucia bycia częścią „masówki”. Dotąd bałam się odwiedzić słynny Zamek Neuschwenstein, właśnie ze względu na tłumy, które popsułyby całe wrażenie. Konieczność rejestracji na miesiące z wyprzedzeniem była na to doskonałym lekarstwem. Co więcej, podczas wizyty w zamku Hohenschwangau udało mi się nawet popływać w jeziorze Alpsee. Przez ten rok strasznie brakowało mi pływania i pomimo bycia zmarzluchem, weszłam do tej zimnej wody, jako zupełnie jedyna osoba tego dnia.

Widok na zamek Hohenschwangau i jezioro Alpsee z zamku Neuschweinstein.

W październiku przyszła kolej na kolejną „życiową” decyzję: przebiłam sobie uszy. Zwlekałam z tym tyle lat z wielu rozmaitych powodów, głównie potrzeby utrzymania skrajnej higieny ucha przez co najmniej miesiąc od przebicia. Odpadałyby więc basen, siłownia i tak dalej. Wszystko zamknięte? Problem znikł. Choć tak naprawdę to pierwszy sobie przebił uszy mój narzeczony i trochę mu zazdrościłam.

Dużo zmian w życiu? E tam, jeszcze nie było o tej największej. Kiedy odkryłam istnienie kierunku „Ressourceneffizientes und nachhaltiges Bauen” (pl. Budownictwo efektywne pod względem wykorzystania zasobów i zrównoważone) na politechnice w Monachium, aż coś we mnie powiedziało „przecież to jest dokładnie to, czym chciałabyś się tak naprawdę zajmować w życiu”. Jeśli znacie mnie lepiej, to wiecie, że ochrona środowiska jest dla mnie bardzo ważna. Filmy dokumentalne na ten temat to jedyne, na których naprawdę płaczę, a obecne zmiany klimatu doprowadzają mnie do depresji, zwłaszcza że sama nic nie mogę zrobić. Ale czy na pewno? Skoro pojawiła się możliwość, żeby wreszcie przestać siedzieć z założonymi rękami, musiałam ją wykorzystać.

Zaaplikowałam na tylko ten jeden, nieduży kierunek. Włożyłam całe serce w pisanie listu motywacyjnego i przygotowywanie wymaganych dokumentów. Nawet zapłaciłam sto dwadzieścia euro za kopię notarialną moich dyplomów. Naprawdę bardzo, bardzo chciałam.

I udało się. Przyjęli mnie.

Zdjęć gór nigdy za wiele.

Wiedziałam, że będzie ciężko. Przeszłam w pracy na pół etatu (kolejny łut szczęścia, że szef się zgodził) i zaczęłam organizować sobie na nowo życie z wykładami, zajęciami i nadchodzącymi egzaminami. Choć używam niemieckiego na co dzień, wciąż był on daleki od doskonałości i naprawdę czuję, że powinien być jednak trochę lepszy, jeśli mam zamiar zdać egzamin z niemieckiego pożarnictwa… Ale jakoś to będzie. Robię to, co chciałam robić. Kształcę się dalej, tak jak chciałam. Nie mam czasu, tak jak zawsze, ale przecież i tak nie miałabym co z nim w tej pandemii zrobić. Nadrabiam braki z fizyki i próbuję nie zwariować kiedy coś przeczytane po raz dziesiąty nie jest wciąż dla mnie niezrozumiałe… Ale kocham te studia i ten każdy moment, kiedy o czymś ciekawym przeczytam czy usłyszę na wykładzie i mam zamiar wykrzyczeć całemu światu „EJ, A WIEDZIELIŚCIE, ŻE…?”.

I studia w czasie pandemii odpowiadają mi zupełnie. O wiele łatwiej połączyć je z pracą i o wiele łatwiej przyswoić materiał, kiedy mam go w formacie wideo. Każdy wykład mogę odtworzyć ponownie, zatrzymać aby przetłumaczyć sobie jakieś trudne słówko czy po prostu obejrzeć w najlepszym na to momencie (co oznacza często „w sobotę po północy”). Jesienią wypady w góry musiały się i tak mocno rozrzedzić – pandemia zrobiła kolejną falę, a ja nie chciałam niepotrzebnie ryzykować siedzenia w wypełnionym po brzegi pociągu.

Ale z tym rokiem to wiecie jak to było. Styczeń, luty, marze…stopad, grudzień. Znowu jestem poza domem, tym razem w Polsce. Ogromne ryzyko po raz kolejny, lot przekładany pięć razy, dodatkowa przesiadka, „zgubiony w rezerwacji” przez przewoźnika bagaż… Jednak było warto. Nie wiadomo, kiedy następnym razem będzie nam dane odwiedzić rodzinę. Choć nie udało się spotkać ze znajomymi, to była ważna podróż. W końcu ostatni raz byłam w Polsce ponad półtora roku temu! A trzeba przecież poinformować wszystkich o tym, że za pół roku bierzemy ślub. No i pozałatwiać co trzeba.

Gdańsk Jelitkowo

Jedna rodzina w Gdańsku, druga w Świętokrzyskiem, więc najeździliśmy się też pociągami po Polsce. Te były na szczęście do połowy puste (50% miejsc mogło zostać zajęte). I trochę brakowało mi morza. Jego szumu, koloru, ruchu wody i tego bezmiaru zmuszającego wzrok do wypatrywania jak najdalej.

Gdańsk Brzeźno

Rok 2020 był zdecydowanie rokiem krótkich wycieczek. Kocham odwiedzać nowe miejsca i bardzo się cieszę, że podczas pandemii mieszkam w Niemczech. Oprócz wymienionych wcześniej miejsc, odwiedziłam jeszcze Regensburg (miasto ciekawe szczególnie ze względów historycznych) oraz Pasawę. Te udało się opisać w zbiorczym wpisie tutaj.

A kulturalnie? Przeczytałam ledwo osiem książek (nie licząc tych naukowych, które bardziej się przegląda, niż czyta), obejrzałam trzy jednosezonowe seriale i sześć filmów. Za to uczestniczyłam w dwóch zupełnie niesamowitych koncertach.

Tak, w 2020.

Pierwszym z nich, w lutym, był koncert Monachijskiej Filharmonii z repertuarem muzyki Holsta i Williamsa. Dyrygował totalnie niesamowity dyrygent, Krzysztof Urbański, a my mieliśmy miejsca, z których było wszystko idealnie widać (ale od boku, więc bardzo tanie!). Brak mi słów, by opisać, jak niesamowite to było, ale jak tylko będzie taka możliwość, jedziemy na inny koncert z tym dyrygentem, choćby się miał odbyć na końcu świata.

A drugi? W Rzymie! Zaledwie trzy godziny od momentu przylotu (jeszcze nigdy tak nie liczyłam na brak opóźnień na lotnisku) udaliśmy się do Auditorium Della Musica na koncert z serii Inescapable Tour Wima Mertensa. Jest to jeden z moich absolutnie najbardziej ulubionych kompozytorów i jak tylko dowiedziałam się, że będzie on miał koncert w Rzymie podczas naszego pobytu, powiedziałam, że kupuję bilety, choćby szanse jego zobaczenia były minimalne a ceny maksymalne. Te jednak były naprawdę tanie (jeśli dobrze pamiętam, 10 euro za osobę). I zdążyliśmy!

Do teraz pamiętam każdą minutę tego wydarzenia. Trybuny na otwartej przestrzeni, jeszcze przed rozpoczęciem wydarzenia zaczęto rozdawać jednorazowe płaszcze przeciwdeszczowe. Zaczyna się koncert, a chwilę później największa burza jaką widziałam w tym roku. Mertens gra, czasem śpiewa, w towarzystwie równie świetnej skrzypaczki oraz wyładowań atmosferycznych idealnie pasujących do minimalistycznego tonu utworów. Deszcz uderza w szeleszczące płaszcze widzów. A tamci nie przestają grać. Ja momentami tracę oddech, bynajmniej nie przez jakąkolwiek chorobę. To jest po prostu tak niezwykle wzruszające przeżycie.

I jeszcze raz góry.

Co mogłabym więc powiedzieć o roku 2020? Był mocny. Wiele znajomych straciło pracę, tysiące ludzi więcej niż normalnie już nie ma wśród swoich rodzin. Myślę, że nawet koronasceptycy mieli chociaż chwilę refleksji. Wszyscy „normalni” z całą pewnością mieli momentów refleksji aż za dużo. Wczoraj bieda, dzisiaj pandemia, jutro katastrofa klimatyczna. Czy może dzisiaj pandemia, jutro pandemia, pojutrze pandemia?

Mam nadzieję, że nie. Jak tylko będę mogła, lecę się zaszczepić. I wy też idźcie. Teraz wreszcie pojawia się broń, dzięki której możemy zakończyć tę sytuację i musimy z niej skorzystać. Bojąc się tego co nowe, tylko przedłużymy ten letarg w kwarantannie. A przecież to nie jest zbieżne z niczyimi oczekiwaniami dotyczącymi roku 2021.

Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

A tutaj podsumowanie miesięczne mojej twórczości:

Więcej

Prowincja Ninh Bình i kompleks krajobrazowy Tràng An

Za oknem szaro, a na horyzoncie brak perspektywy jakiegokolwiek wyjazdu. To chyba idealny moment, aby powrócić do pięknych wspomnień ze wcześniejszych podróży. Jedną z nich była podróż do Wietnamu – do dziś najdalsza i najdłuższa wyprawa w moim życiu. Do teraz czasami trudno mi uwierzyć, że udało mi się tak wiele zobaczyć, nawet pomimo powoli rozpoczynającej się już pandemii.

Ponieważ w te zaledwie dwa tygodnie powstało tak wiele wspomnień i zdjęć, pewnie jeszcze długo będę je porządkować i do nich wracać. Po dłuższym czasie bez wiadomości, przyszedł wreszcie czas na kolejną część wietnamskich przygód. Tym razem będzie o okolicach miasta Ninh Bình na północy Wietnamu. Choć to miejsce początkowo w ogóle nie było w planach, czasem myślę, że pod wieloma względami było wręcz moim ulubionym podczas całej podróży.

Konkretniej, chciałabym opisać Tràng An, rezerwat przyrody, wpisany na listę UNESCO. Znajduje się tam kilka kompleksów turystycznych, z których łatwo dostać się do naprawdę niesamowitych miejsc. My nocowaliśmy w małym i uroczym domku jednopokojowym w Tam Cốc-Bích Động. Był to zdecydowanie strzał w dziesiątkę – z ogrodem pełnym roślin i z dala od hałasu dało się naprawdę odpocząć. Zwłaszcza, że potrzebowaliśmy dużo energii, aby zwiedzić chociaż te najważniejsze miejsca w okolicy.

Mapka poglądowa z lokalizacją najważniejszych punktów podróży

Ogólnie zdecydowanie najfajniej by było poruszać się pomiędzy poszczególnymi punktami na motocyklu. Dla mnie ta opcja jednak z góry odpadła – nigdy w życiu nie jechałam motorem ani skuterem i nie było szans nauczyć się tego w takim momencie. Na szczęście rower również wchodził w grę i – jak się okazało – był naprawdę przystępnym środkiem komunikacji na tym terenie. Co prawda jazda na rowerze w temperaturze ponad trzydziestu stopni ma również swoje wady, jednak po takich płaszczyznach można bardzo łatwo pokonać i długie kilometry. Gorzej, jak z powodu awarii typu pęknięcie opony trzeba te kilometry przejść pieszo, czego oczywiście również udało mi się doświadczyć.

Niezwykłe krajobrazy Tràng An

Choć region Tràng An ma naprawdę wiele do zaoferowania, to właśnie przyroda sprowadza tutaj najwięcej turystów. Najprościej opisując, jest to płaski teren, z którego wystają ogromne masywy piaskowcowe. Góry te oplatane są rzekami, zawile rozdzierającymi pola ryżowe. Mimo to, także szukając historii i kultury, bez problemu można natrafić na liczne pagody, rzeźby czy inne obiekty. Kolejnym walorem są dostępne w paru miejscach spływy kajakowe. O tym będzie za chwilę. Niektóre miejsca są oczywiście specjalnie rozbudowane pod kątem turystyki i oferują liczne usługi, wciąż można jednak znaleźć zupełnie niepopularne miejsca, poza utartymi szlakami. My skupiliśmy się głównie na pierwszej kategorii, korzystając z okazji, że już wtedy liczba turystów była mocno ograniczona.

Múa Cave (Hang Múa)

Jedną z najpopularniejszych atrakcji okolicy jest park Múa, często wymieniany jako Múa Cave, choć uważam, że jaskinia zdecydowanie nie jest jego najciekawszę częścią. Są nią schody. Około pięciuset stopni prowadzi na dwa szczyty z punktami widokowymi na pola ryżowe. Stamtąd można też obserwować łódki odpływające z Tam Cốc. Schody udekorowane są rzeźbami smoków, a na szczytach mieszczą się niewielkie kapliczki. Cały kompleks Múa Cave jest zdecydowanie nastawiony na turystów, przez co trzeba się przebić przez liczne sklepiki i całą tę infrastrukturę turystyczną… ale warto! Widoki z góry są niesamowite i pozwalają ogarnąć wzrokiem o wiele szerszy teren niż normalnie.

Spływ łódką

Będąc w tej okolicy, zdecydowanie nie można przegapić spływu łódką. Jest ich bardzo wiele do wyboru i rozpoczynają się z różnych miejsc. Najpopularniejsze to te przy centrum turystycznym Tràng An oraz w Tam Cốc. Inne opcje to Thung Nắng, Kênh Gà (spływ motorówką) czy Vân Long. Oczywiście różnią się one między sobą – nie tylko samą trasą, ale i sposobem zorganizowania. Na ogół nie pływa się samemu – łódką steruje ktoś miejscowy. Może wydawać się to ograniczające, ale w przypadku popularnych tras nie dałoby się zrobić tego inaczej, ponieważ prowadzą one przez wąskie wąwozy i ciasne jaskinie, przez co manewrowanie wymaga świetnych umiejętności. Trasy są również ściśle wyznaczone i zboczenie z nich mogłoby znacznie wydłużyć czas dotarcia z powrotem do przystani. W Tràng An łódki zabierają czterech turystów, a w Tam Cốc już tylko dwie dodatkowe osoby.

Płynąc taką łódką można wreszcie zobaczyć rezerwat przyrody od środka. Rzeki wiją się wokół tych gór piaskowcowych, przez co każdy odcinek może czymś zaskoczyć. Niektóre trasy są bardzo długie, np. czterogodzinne, i zakładają przystanki po drodze. Wiele z nich prowadzi przez liczne jaskinie, nawet długości ponad kilometra.

Liczne pagody, miejsca kultu

Nawet tutaj oczywiście nie mogło zabraknąć ciekawej architektury tradycyjnej. Najbliżej Tam Cốc znajduje się pagoda Thai Vi. Nie jest to duży kompleks, choć będąc już na miejscu, warto go zobaczyć, a potem przejść jeszcze kawałek dalej, podziwiając piękne krajobrazy.

O wiele więcej można zobaczyć, odwiedzając dawną stolicę Wietnamu (XX i XXI w.) – Hoa Lư. Nawet tysiącletnie świątynie i grobowce wydają się bardzo skromne w porównaniu z bogato dekorowanymi budynkami z Huế. Trudno jednak przejść obojętnie obok czegoś, co przetrwało całe milenium. Planując podróż w kwietniu warto wziąć pod uwagę, że odbywa się tam wówczas tradycyjny festiwal, przyciągający tłumy ludzi. Z chęcią bym go zobaczyła, ale cieszę się, że jednak udało nam się za pierwszym razem trafić w rejony Ninh Bình w bardziej spokojnym czasie.

Kolejną ciekawą pagodą, w oczach wielu najpiękniejszą, jest Bích Động. Jest to tak właściwie kompleks trzech pagód, zlokalizowanych wokół oraz na górze o tej samej nazwie.  Prowadzi do nich malownicza brama oraz – oczywiście – schody. Miejsce szczególnie warto odwiedzić, jeśli zmierza się do parku Thung Nham, o którym będzie później.

Z ciekawostek – w prowincji Ninh Bình znajduje się także katedra rzymskokatolicka. Wybudowana pod koniec XIX wieku przez Francuzów, katedra Phát Diệm wyróżnia się jednak charakterystycznymi pagodowymi dachami, choć wciąż można rozpoznać w niej formę europejskich kościołów. Budynku nie umieściłam na mapie, ponieważ nie udało nam się go odwiedzić – znajduje się dalej na południowy wschód od wszystkich omawianych w tym poście atrakcji. Mając jednak dodatkowy dzień i skuter do dyspozycji, byłby to z pewnością interesujący cel wycieczki (25 km w jedną stronę). 

Bái Đính 

Choć tematycznie wciąż pasuje pod poprzednim nagłówkiem, postanowiłam wydzielić temu miejscu specjalny tytuł. Jest to największy kompleks buddyjskich świątyń w Wietnamie, przez co oczywiście jego zwiedzenie zajmuje o wiele więcej czasu. Znajdują się w nim zarówno dawne, jak i nowe zabudowania, jednak sama forma całości jest niesamowita. Spójrzcie tylko na zdjęcie z góry – kompleks podzielony został tarasowo na kilka części, połączonych ze sobą bocznymi schodami. Schodów jest tam naprawdę dużo, więc warto przygotować sobie wygodne buty. Być może trudno jednak uwierzyć, że wzdłuż tych schodów umieszczone jest pół tysiąca posągów arhantów.

Zarówno bramy, jak i świątynie są ciekawymi przykładami wietnamskiej architektury, oczywiście z opadającymi dachami i bogatymi zdobieniami wnętrz. Pierwsza, zabytkowa świątynia, znajduje się jednak poza murami nowych świątyń – na górze obok. Oczywiście prowadzą do niej kolejne schody, jednak zdecydowanie warto je pokonać. Trudno opisać wszystkie rzeźby, obiekty i widoki na terenie Bái Đính – jest ich po prostu tak wiele!

Zdjęcie z góry, które możecie zobaczyć poniżej, zostało wykonane z wieży, dzwonnicy. Ponieważ jest to również nowy obiekt, na jego najwyższe piętro można się dostać za pomocą windy. Jest to jedyny obiekt, za którego odwiedzenie trzeba zapłacić. Przyznajcie jednak, że zdecydowanie warto.

Thung Nham Bird Park

Jest to kolejne miejsce, któremu warto poświęcić większą część dnia, choć zostawiłam je na koniec wpisu, jako mniej „obowiązkowe” do odwiedzenia podczas pobytu w prowincji Ninh Bình. Obszerny park, pełen ogrodów, sadów, malowniczych alejek i uroczych rzeźb, zdecydowanie zaprojektowany dla turystów. Dobre miejsce na relaksujący spacer, chociaż nie wiem, jak relaksujący mógłby być w szczycie sezonu turystycznego. Zdecydowanie warto przyjechać tam rowerem, ponieważ jest on najwygodniejszym środkiem transportu do poruszania się po samym parku.

Jednym ze szczególnie ciekawych miejsc na terenie parku jest jaskinia Vái Giời. Wejście znajduje się jeszcze przed główną bramą i wymaga pokonania prawie połowy tysiąca kamiennych schodków (konkretnie 439), przedzierając się przez chaszcze, w akompaniamencie śpiewu ptaków. W środku znajdują się piękne formacje stalaktytowe i stalagnatowe, a wchodząc jeszcze wyżej, można dotrzeć do posągu Buddy i punktu widokowego na okolicę.

W Thung Nham można skorzystać ze spływu łódką, krótszego niż w przypadku wcześniej wspomnianych, ale za to prowadzącego przez jaskinie o tak niewzruszonej tafli wody, że aż stanowiącej oś symetrii ścian jaskini i ich odbicia. Może tym inspirowali się twórcy openingu do serii Dark? Inną opcją jest tak zwana Jaskinia Syrenki, podświetlona kolorowymi lampkami. Ją odwiedza się pieszo, choć bardziej odpowiednim określeniem byłoby powiedzenie, że odwiedza się ją czołgając się lub kucając, ze względu na bardzo niską przestrzeń.

Podsumowanie

W prowincji Ninh Bình spędziliśmy praktycznie cztery dni i noce, zamiast planowanych dwóch. Jednym z powodów przedłużenia było zamknięcie naszego kolejnego celu podróży – wyspy Cát Bà – z powodu pierwszego przypadku koronawirusa, odnotowanego po trzech tygodniach spokoju. Jak jednak możecie się domyślić, nie czuliśmy się tym ani trochę poszkodowani. Bez problemu przedłużyliśmy nasz nocleg w uroczym domku z ogródkiem i cieszyliśmy się raczej porównywalnym bezpieczeństwem, w tym oddalonym od świata i wielkich miast rezerwacie przyrody.

Poza tym, nawet mając te całe cztery doby, nie udało nam się zobaczyć wszystkiego. Takimi krajobrazami można by cieszyć oko nawet dwa tygodnie, bez ani chwili poczucia nudy. Z wielką chęcią wróciłabym do Tràng An jeszcze nie raz – choć może po jakimś czasie, mając już uzbierane doświadczenia z innych, rozmaitych przygód. I zdecydowanie poleciłabym tam zawitać każdemu, zwłaszcza jako odskocznia pomiędzy odwiedzaniem kilkumilionowych, chaotycznych miast Wietnamu.


Więcej

Linoryt – jak zacząć?

Moja przygoda z linorytem rozpoczęła się ponad dziesięć lat temu, kiedy zaczęłam naukę w liceum plastycznym na profilu graficznym. Jako wtedy jeszcze dzieciak, bardziej liczyłam na naukę projektowania graficznego za pomocą cyfrowych mediów, niż siedzenie długimi godzinami, przygotowując matryce do druku tradycyjnego. Grafika tradycyjna, zwana również warsztatową lub artystyczną, była dla mnie zupełną nowością, a to jej nauce poświęcono jednak o wiele więcej czasu. Lata mijały, moje upodobania zmieniały się wielokrotnie, a grafika cyfrowa przyniosła mi więcej bólu niż radości. Za to dłubanie w linoleum zostało ze mną do dziś i bardzo chętnie do niego wracam.

Linoryt, po domowemu

Zajęcia z grafiki warsztatowej w szkole miały swoją własną pracownię, zawsze wypełnioną zapachem benzyny, acetonu i rozcieńczalnika naturalnego. Ogromna prasa graficzna stała pod ścianą, a umieszczony na środku sali stół miał więcej rys niż sęków w drewnie. To tam powstały moje prace graficzne, którymi pochwaliłam się w tym wpisie (rok 2012!):

Czy można jednak tworzyć grafikę i bez tego typu pracowni, chociażby w domu, na podłodze lub na stole w jadalni? Oczywiście, że tak! I nawet nie potrzeba do tego ciężkiego sprzętu! Dzisiaj dokładnie o tym opowiem. Ale zacznijmy od początku.

Krótko o grafice tradycyjnej

Grafikę tradycyjną reprezentuje bardzo wiele różnych technik, a matryce można tworzyć z wykorzystaniem mnóstwa różnorakich materiałów. Linoryt jest właściwie stosunkowo nową odmianą tradycyjnej grafiki. Dawni twórcy posługiwali się technikami drzeworytu, kamieniorytu, litografii, miedziorytu i tak dalej. Rycie w linoleum rozpoczęto dopiero na początku XX wieku, kilkadziesiąt lat po wynalezieniu tego materiału.

Jeśli chodzi o same techniki graficzne, można je podzielić na:

  • druk wypukły – gdzie wycięte elementy będą „bielą” na kartce, a pozostawione pola zostaną odbite,
  • druk wklęsły – polegający na wydrapywaniu wzoru w matrycy, który ma zostać odbity (farbę zmywa się z matrycy, pozostawiając ją w szczelinkach rysunku),
  • druk płaski – gdzie, zamiast „wydłubywać” wzór, obraz przenosi się innymi sposobami.

Linoryt zalicza się do pierwszej grupy. Każda wyżłobiona linia będzie więc „odejmować” od koloru farby na odbitce. Ryć w linoleum to jak rysować białą kredką po czarnej kartce.

Dlaczego linoryt?

Jest prosty. Linoleum jest mięciutkie i, w przeciwieństwie do drewna, zachowuje się jednakowo w każdym kierunku cięcia. Drewno jest materiałem anizotropowym, co w tym przypadku oznacza, że tnąc wzdłuż włókien, można bardzo wygodnie prowadzić dłuto, natomiast w poprzek, napotka się opór materiału. Drewno jest też znacznie twardsze od linoleum. Linoleum jest, jak już wspomniałam, mięciutkie, miłe w dotyku, wręcz zachęcające do pracy z nim.

Jest tani. O materiałach będzie później, jednak już teraz zaznaczę, że na przygotowanie matrycy nie wydasz majątku. Linoleum jest materiałem budowlanym, stosowanym w ogromnych ilościach na świecie jako materiał podłogowy. Dzięki temu produkcja jest uprzemysłowiona i tania. Być może nawet uda Ci się wyprosić „próbkę” w jakimś markecie budowlanym za darmo? Najlepiej jednak kupić linoleum w sklepie plastycznym (koszt kilku, kilkunastu lub kilkudziesięciu złotych, w zależności od formatu). Linoleum stosowane jako pokrycie podłóg często zawiera dodatkowe warstwy chroniące przed zarysowaniem czy ułatwiające czyszczenie – przed przystąpieniem do pracy trzeba będzie je zeszlifować papierem ściernym. Kupując linoleum w sklepie plastycznym, można sobie darować tę czynność, oszczędzając tym samym mnóstwo pracy.

Jest uniwersalny. Z jednej matrycy wykonasz naprawdę wiele odbitek, prawdopodobnie nawet nie uda Ci się jej za bardzo zepsuć (no chyba, że będziesz szorować po pracy myjką do kuchenki – nie polecam!). Dobrym kontrprzykładem jest na przykład gipsoryt, gdzie matryca może się zniszczyć już w trakcie robienia piątej odbitki. Z linorytem można szaleć, można próbować technik traconych, nakładać wiele warstw na siebie, eksperymentować. Matrycę można łatwo pokroić na kilka kawałków, odciąć krawędzie i nie trzeba do tego piły czy gilotyny.

Potrzebny sprzęt

Przekonałam? W takim razie zacznijmy od skompletowania odpowiedniego sprzętu. Każdą z tych rzeczy kupisz w sklepie plastycznym (nie mylić z papierniczym! Plastyczny rozpoznasz po farbach, pędzlach, ramach i sztalugach; w papierniczym kupisz raczej długopisy i zeszyty) lub zamówisz w jednym z naprawdę wielu sklepów internetowych.

  1. Kawałek linoleum. Format zupełnie dowolny, choć na początek poleciłabym zacząć od mniejszego niż A4. Doczytaj tę listę do końca, to zrozumiesz, dlaczego na początku nie warto szaleć z wielkimi formatami.
  2. Dłuto. Na początku może Cię przerazić liczba dostępnych typów i rozmiarów. Moja rada: wybierz małe, półokrągłe. To mój ulubiony rodzaj, najbardziej uniwersalny, najwygodniejszy, niezawodny. Jeśli wkręcisz się w grafikę warsztatową, pewnie dokupisz sobie i inne typy, ale i wtedy będziesz co jakiś czas sięgać po półokrągłe. Na pewno się nie zmarnuje!

    UWAGA! To, co chciałabym szczególnie odradzić, to kupowanie zestawu kilku lub kilkunastu dłut. Choć na pierwszy rzut oka cenowo wydają się wypadać lepiej niż zakup pojedynczych sztuk, prawie zawsze odbywa się to kosztem jakości. Z dużym prawdopodobieństwem nie użyjesz co najmniej połowy zestawu. Mogę się wręcz założyć, że wybierzesz jedno dłuto czy dwa i będziesz używać tylko jego. Kup więc jedno – a porządne!
  3. Wałek. Będziesz go używać do rozprowadzania farby po matrycy, więc nie może to być wałek „włochaty”, materiałowy, jak do malowania ścian. Postaraj się zdobyć ciężki, gumowy wałek, najlepiej dedykowany technice linorytu. Nie kupuj też bardzo małego wałka, bo każda kolejna odbitka będzie wymagała namachania się nim setki razy. Mój ma 10 centymetrów długości i uważam go za dość mały, ale daje radę.
  4. Farba graficzna. Tutaj pojawia się wybór: na bazie wody czy oleju. Pierwsza opcja będzie zdecydowanie lepszym wyborem dla początkującego, ponieważ pozwoli na bezproblemowe usunięcie jej resztek z narzędzi. Wybierając farbę na bazie oleju, trzeba będzie zainwestować w odpowiedni środek do mycia matrycy i wałków. Łatwo trafić na coś toksycznego czy po prostu śmierdzącego tak koszmarnie, że nie będziesz chciał/a używać tego w domu. Zaletą farb na bazie oleju jest jednak wodoodporność oraz – moim zdaniem – o wiele większe walory estetyczne.
  5. Papier. Czyli to, na czym odbity zostanie efekt końcowy Twojej pracy. Każda kartka zachowuje się inaczej i efekt końcowy będzie inny. Zupełnie gładka, wręcz śliska kartka może doprowadzić do przesunięcia matrycy i przez to rozmycia obrazu. Zbyt ziarnisty papier zabierze szczegóły, a doda tekstury. Najlepiej zaopatrz się w kilka różnych rodzajów papieru i eksperymentuj.
    UWAGA! Papier musi być większy od matrycy, czyli kawałka linoleum!
  6. Płaska przestrzeń pracy. Najlepiej spisze się kawałek szkła czy pleksi. Im większa przestrzeń, tym lepiej. To tutaj rozsmarowywana będzie farba graficzna, więc dobrze by było, aby była to rzecz o gładkiej powierzchni, łatwa do mycia, w którą nie wsiąknie farba. Czyli właśnie na przykład szyba.
  7. [opcjonalnie] Szpachelka. Aby szybciej nałożyć farbę na szybę i nie męczyć się, rozsmarowując ją długo wałkiem.
  8. Improwizowana prasa graficzna. Czyli po prostu coś ciężkiego. Ja używam katalogu jednego sklepu – liczy ponad półtora tysiąca stron i zupełnie mi nie szkoda go zniszczyć. To zdecydowanie nie może być wartościowa książka, której nie chcesz pobrudzić. Raczej postaw na stary, nikomu niepotrzebny album, koniecznie większy od matrycy!
  9. Improwizowany podkład. Czyli coś miękkiego i sztywnego. W prasach graficznych umieszcza się gruby filc, aby matryca nie została po prostu zgnieciona i aby nadać trójwymiarowości odbitce. Podkład musi być jednolity, niepofałdowany, czyli sterta ubrań zdecydowanie nie nada się do tego celu! Ja używam płyty piankowej, która przyszła mi w jakiejś paczce jako wypełniacz. Świetnie spisze się właśnie filc, ale nie w postaci cienkiego materiału, a grubej, sztywnej płyty. Podkład musi być większy od matrycy!
  10. Coś do zabezpieczenia podłogi. Stare gazety, folia malarska, makulatura, cokolwiek. Ogólnie dobrze jest mieć nazbierane trochę makulatury do wykorzystania podczas pracy.

Dodatkowo, jeśli chcesz przenieść projekt na linoleum, aby po prostu wycinać po gotowym wzorze, przyda się dostęp do drukarki laserowej oraz matowe medium malarskie (akrylowe).

No to zaczynamy!

W pierwszej kolejności potrzebujesz projektu, na podstawie którego wykonasz linoryt. Pominę ten krok, aby wpis nie rozrósł się niepotrzebnie. Jeśli nie umiesz rysować, albo po prostu nie masz pomysłu, możesz wykorzystać zdjęcie lub poszukać w Internecie darmowych, udostępnionych publicznie obrazków.

Projekt musi zostać wydrukowany na drukarce laserowej, dzięki czemu będzie można go „przenieść” na kawałek linoleum, które stanie się naszą matrycą. Jak to zrobić? Żeby nie powielać zbędnie informacji dostępnych w Internecie, odsyłam do filmu Julii Forsyth:

Jeśli wszystkie kroki wykonałaś/eś poprawnie, na Twoim linoleum powinien być widoczny wzór, a raczej jego odbicie lustrzane. To dobrze! Odbijając na finalny papier, powrócimy do oryginalnego „kierunku”. Aby odbity na linoleum rysunek był wyraźniejszy, warto pomoczyć go za pomocą mokrej chusteczki.

Są oczywiście i inne metody transferu pracy. Jeśli dobrze pamiętam, w szkole wykorzystywaliśmy do tego celu jedną z tych śmierdzących substancji, nie mogę sobie tylko przypomnieć, czy była to benzyna, czy aceton. Dla własnego komfortu po prostu zrób to, co Julia przedstawiła w swoim filmie.

Wycinanie

Teraz rozpoczyna się główna część tej przygody – wycinanie! Napiszę na wszelki wypadek po raz kolejny: żłobienia wykonane w linoleum będą bielą (kolorem kartki), natomiast pozostawione przestrzenie odbiją się w kolorze farby. Tworząc matrycę, pracujemy więc w negatywie.

Uważam, że wycinanie w linoleum to naprawdę przyjemna i relaksująca czynność. Można to robić podczas rozmowy telefonicznej, słuchania podcastów czy oglądania serialu. Z drugiej strony, skupiając się na cięciu, łatwo pozbierać swoje myśli lub dać sobie odpocząć po ciężkim dniu. Podczas „dłubania” powstaje wiele odpadków, wiórków. Pamiętaj, aby koniecznie usunąć je z matrycy, zanim przejdziesz do kolejnego etapu pracy!

Odbijanie

Kiedy matryca jest gotowa, można przejść do odbijania. W pierwszej kolejności nanieś trochę farby na szybę, jeśli masz szpachelkę, możesz ją lepiej rozsmarować. Teraz czas na wałek. Uważaj, żeby nie przesadzić z ilością farby, którą na niego naniesiesz. Jeśli farby będzie zbyt dużo, zamiast po prostu pokryć linoleum z wierzchu, zacznie docierać do szczelinek rysunku. Lepiej więc nałożyć mniej farby, a w razie potrzeby ewentualnie dołożyć. Zdecydowanie opanujesz te ilości po jakimś czasie.

Teraz czas na domowe odbijanie! Oczywiście do tego celu wykorzystamy podłogę. Zawsze miałam wrażenie, że nie biurko i nie łóżko, a nawet nie sztaluga, ale właśnie podłoga jest najbardziej kreatywną częścią domowej pracowni. Do pierwszej odbitki możesz wykorzystać papier gorszej jakości – będzie to odbitka próbna, dzięki której ustalisz, czy wszystko zostało wycięte i czy gdzieś nie przykleiło się jakieś “ciało obce”, zbędne na wydruku.

Tutaj ogólnie masz dwie opcje, możesz je wypróbować i zdecydować, która bardziej Ci pasuje. Rysunek poglądowy:

Opcja z matrycą w górę:

  1. zabezpieczenie podłogi, czyli folia, stare gazety itp.
  2. matryca z naniesioną farbą, obrócona wzorem do góry
  3. papier, na którym zostanie odbite Twoje dzieło
  4. podkład, czyli np. filc / płyta piankowa
  5. gruba książka
  6. Ty

Opcja z matrycą w dół:

  1. zabezpieczenie podłogi
  2. podkład, czyli np. filc / płyta piankowa
    (+ ewentualnie znowu jakaś stara gazeta)
  3. papier, na którym zostanie odbite Twoje dzieło
  4. matryca z naniesioną na nią farbą, obrócona wzorem w stronę papieru
    (+ ewentualnie znowu jakaś stara gazeta)
  5. gruba książka
  6. Ty

Osobiście częściej wybieram drugą opcję, ponieważ pozwala łatwiej dopasować umieszczenie odbitki na kartce. Jest ona za to „brudniejsza” i pochłania więcej makulatury.

Podeptaj chwilę swoje dzieło, uważając, aby nie przesunęło się od nacisku. Albo lepiej – klęknij na nim i dociśnij je mocno kolanami, nie zapominając przy tym o krawędziach. Po chwili możesz podziwiać efekt swojej pracy. Podnieś kartkę ostrożnie, aby nie pobrudzić jej resztkami farby z matrycy. Nie dotykaj, zanim nie wyschnie. Wykonaj w ten sposób dowolną liczbę odbitek i nie zapomnij umyć wszystkich narzędzi oraz matrycy.

Późniejsze wydruki, po odcięciu krawędzi i usunięciu wad matrycy papierem ściernym. Każda odbitka jest inna, unikatowa. To właśnie wyróżnia grafikę tradycyjną od cyfrowej.

Podpisywanie prac

Tradycyjnie na każdej odbitce graficznej umieszcza się jej kolejny numer oraz całkowitą liczbę wykonanych odbitek. Na przykład oznaczenie „5/20” oznacza, że jest to piąta odbitka z dwudziestu. Choć ma to swój urok, nie stosuję się do tej zasady przy „domowym odbijaniu”. Moim dziełom daleko do wielkiej sztuki, a nie chcę też ograniczać się w liczbie wykonanych kopii. Czy zadecydujesz podobnie? Wybór należy do Ciebie.

Więcej

Wegetarianizm – to już 5 lat!

  • Jak rozpoznać wegetarianina w tłumie?
  • Powie ci o tym.

Czasami trudno mi w to uwierzyć, ale tego typu dowcipy były normą jeszcze kilka lat temu. Wegetarianizm, a tym bardziej weganizm, uznawane były za swojego rodzaju egzotykę, a ludzie niejedzący mięsa za dziwaków. Obecnie każdy zna wegetarian nie tylko z opowieści, ale często są oni wśród jego najbliższych znajomych czy rodziny. Nawet mogę się założyć, że co któraś osoba czytająca ten tekst sama od dawna nie je mięsa.

Dla mnie to już pięć lat.

Minęło szybko, choć wydaje mi się, jakbym przestała odwiedzać stoisko mięsne w supermarkecie całą wieczność temu. Ktoś mógłby zapytać: czy czasami chciałabym zrezygnować z wegetarianizmu albo zrobić sobie przerwę? Jak często nachodzą mnie tego typu myśli. Odpowiem krótko: praktycznie nigdy.

Zrezygnować z jedzenia słodyczy albo picia alkoholu – to byłby wyczyn! Ale w dzisiejszych czasach odstawienie mięsa jest tak proste, że człowiek nawet nie zadaje sobie pytania, czy cokolwiek traci. Lodówki w supermarketach wręcz uginają się od najróżniejszych wegeburgerów, wegetariańskiego mielonego czy wszelkiej maści kotletów, kiełbasek i past. Pamiętam czasy, kiedy po takie rzeczy trzeba było pojechać do hipermarketu za miastem, a produkcją wege-gotowców zajmowała się jedna firma.

Obecnie rynek jest ogromny. Produkty dla wegan i wegetarian stały się tak popularne, że supermarkety zaczęły sprzedawać je pod własnymi markami. W tym roku jedna z największych firm mięsnych w Niemczech, po sześciu latach od wprowadzenia produktów wegetariańskich, w 2020 sprzedała ich więcej niż produktów mięsnych. A to wcale nie jest wyjątek – wędliniarze widzą, że jeśli prędko nie dostosują swoich zakładów do produkcji wytworów z soi, tofu czy fasoli, czeka ich szybkie pożegnanie się z biznesem.

To dzięki tej dostępności produktów coraz więcej ludzi decyduje się na rezygnację z mięsa, a że firmy widzą ten trend, kula śniegowa zaczyna się toczyć. Mam nadzieję, że wkrótce podobnie stanie się z podróżowaniem pociągiem czy kupowaniem z drugiej ręki, odnawianiem produktów. Naprawdę nie wierzę, że pojedyncze decyzje są w stanie cokolwiek zmienić jeśli chodzi o klimat i środowisko. Do tego potrzeba całego systemu, który wpłynie masowo na wybory ludzi.

Wegetarianizm dla żółtodziobów

Jeśli ktoś z czytających ten wpis jeszcze się waha, zapraszam do kontynuacji, ponieważ podam tutaj kilka naprawdę pragmatycznych powodów, dla których warto chociaż spróbować.

Zacznijmy jednak od samej kwestii spróbowania. Rezygnacja z mięsa wielu osobom wydaje się przypominać rezygnację z wielkiego nałogu. Odstawić mięso to jak rzucić palenie, jak przestać jeść słone przekąski czy jeszcze gorzej. Tutaj niepotrzebnie stawiamy przed sobą problem, którego nie ma. Wystarczy tylko spróbować! Mięso nie uzależnia (chociaż w sumie to kto wie, co obecnie do niego dodają ;) tak jak słodycze czy używki, dlatego rezygnacja z niego nie spowoduje syndromu odstawienia. Ciało nie będzie się domagać go w środku nocy, a ręka nie będzie otwierać lodówki co pięć minut w nadziei, że może znajdzie się tam jakiś zagubiony kabanos.

Warto jednak pamiętać, że robi się to przede wszystkim dla siebie. Nikomu nie musisz niczego udowadniać, nie stawiaj sobie mocnych celów typu „przez miesiąc nawet nie dotknę mięsa”. To zniechęci bardziej niż postanowienia noworoczne na posylwestrowym kacu. Po prostu ustal, że od teraz nie jesz mięsa, ale jeśli nie dasz rady, to w każdym momencie możesz wrócić. Być może się zdziwisz, jak kolejne miesiące czy lata zlecą, a taka chwila nie nadejdzie. A jeśli nadejdzie – no cóż, przynajmniej do tego czasu zrobiłaś coś dobrego dla tej planety.

There is no Planet „B”

Niezależnie od tego, czy ufasz dokumentom i badaniom na temat wpływu masowej produkcji mięsa na środowiska, zrób sobie prostą kalkulację. Rolnik posiada ziemię i za tą ziemię płaci. Żyją na niej zwierzęta, które codziennie spożywają i wydalają, niektóre przez kilka miesięcy, inne nawet całkiem sporo lat. Rolnik zatrudnia ludzi do zajmowania się zwierzętami, do przeprowadzenia uboju. Mięso sprzedawane jest, pakowane, transportowane. Kolejni zaangażowani ludzie. W końcu produkt trafia do marketu, przechowywany jest tam w warunkach chłodniczych. Część mięs nie zostanie kupiona do końca niezbyt długiej daty przydatności, więc cena musi to uwzględniać.

Klient kupuje mięso za 9,75 zł za kilogram w promocji.

Czy tylko mi coś tutaj nie gra? Oczywiście trzeba tutaj zaaplikować prawo skali, w ogromnych ilościach ceny transportu czy przechowywania stają się zupełnie minimalne. Jednak jak to jest w ogóle możliwe, że życie zwierzęcia, wykarmienie go przez długi czas i wszystko co później sprowadza się do tak niskiej kwoty? W przypadku produktów wegetariańskich cena przecież jest podobna, a produkcja jest o wiele łatwiejsza, szybsza i tańsza. Nie uważacie, że to trochę podejrzane? Jeśli nie lubicie brzydkich rzeczy, to nawet nie próbujcie googlać sposobów, w jakie firmy „oszczędzają”.

Jednym z nich jest „oszczędzanie” na naszej planecie. Masowa produkcja prawie nigdy nie jest niczym dobrym, ale w przypadku mięsa jest niezwykle nieefektywna. Ilość zasobów jakie trzeba włożyć w wyprodukowanie mięsa jest ogromna w porównaniu z np. uprawą warzyw. Różne źródła podają różne ilości wody potrzebne do wytworzenia kilograma produktu – dla mięsa mogą to być nawet tysiące litrów. A przecież tyle się mówi o suszach!

Zanieczyszczenie środowiska? Tutaj również mięso gra główne skrzypce, obok przemysłu ubraniowego i elektroniki psującej się po roku od kupienia. Do tego dochodzi jeszcze samo wykorzystanie terenu, który inaczej mógłby zostać zalesiony (przypominam, warzywa pochodzą od roślin, które fotosyntezują, więc podczas swojego istnienia mają pozytywny wpływ na środowisko). Niektóre zwierzęta hodowlane jedzą o wiele więcej niż człowiek, więc tutaj również można pomyśleć o tych wszystkich, których można by było wykarmić zamiast „marnować” żywność na paszę dla zwierząt.

O cierpieniu zwierząt, tym co je spotyka, nawet nie będę już pisać. Jeśli ktoś naprawdę kocha zwierzęta, z całą pewnością ich nie je.

Ale wiecie co? Może jednak warto spojrzeć prawdzie prosto w oczy i przyznać, że to ostatni moment, aby zdecydować się na wegetarianizm. Być może już wkrótce takiego wyboru w ogóle nie będzie. Coraz częstsze katastrofy klimatyczne, coraz więcej miejsc bez dostępu do wody pitnej, coraz więcej chorób (koronawirus to jedno, ale może warto przypomnieć chorobę szalonych krów, ptasią grypę i kto wie co jeszcze?)… można się odwrócić i udawać że wszystko będzie w porządku, ale już wkrótce prawdopodobnie wcale nie będzie wyboru. Jestem wręcz przekonana, że jeszcze za naszego życia.

Miały być pragmatyczne powody

Choć wegetarianizm i weganizm najczęściej wynikają z wrażliwości i chęci zrobienia czegoś dobrego dla zwierząt i planety, być może zaskoczę Was, jak wiele zalet ma taka „dieta” dla samej osoby „praktykującej”.

Zacznijmy od oczywistej: zdrowie. Chyba jeszcze nigdzie nie widziałam sensownego źródła twierdzącego, że wegetarianizm jest niezdrowy. Co prawda, jedząc bezmyślnie można szybko doprowadzić do niedoborów witamin i minerałów, ale tak samo bywa z dietą mięsną. Przeciętna dieta wegetariańska jest jednak o wiele sensowniejsza od przeciętnej diety mięsnej, ze względu na większą ilość warzyw i owoców oraz mniejszą szansę, że z którymś produktem jest „coś nie tak”.

To jest chyba najbardziej pragmatyczną zaletą wegetarianizmu – niezwykle ułatwia on życie. Ja naprawdę pamiętam, jakie mięso było problematyczne – nie dość, że często w ogóle nie nadawało się do zjedzenia (bo np. źle przechowywano je w sklepie), trzeba było je dokładnie usmażyć, ugotować czy upiec, to jeszcze surowe okropnie śmierdziało (uważam, że zapach surowego kurczaka to jeden z najbardziej ohydnych zapachów na świecie). Surowe mięso było oczywiście produktem toksycznym, który nie powinien mieć kontaktu z niczym innym, na przykład innymi rzeczami w lodówce. Nie ma mowy aby zapomnieć umyć nóż po pokrojeniu mięsa, nie mówiąc już o zostawieniu na wierzchu deski czy innych akcesoriów kuchennych mających kontakt z surowym mięsem. I od razu po obiedzie wyniesienie śmieci, bo każdy dzień trzymania resztek w koszu pod zlewem zwiększał ryzyko utworzenia w kuchni śmiercionośnej bomby biologicznej.

A podobno to wegetarianizm jest „kulinarnie trudny”.

Prawie wszystko, co wegetariańskie, można zjeść na surowo (klasyczny wyjątek: ziemniak). Oczywiście wiele rzeczy będzie w takim stanie niesmaczne, jednak sam fakt, że nie trzeba robić widelcem prac archeologicznych na patelni, w poszukiwaniu niedosmażonych kawałków, jest już dużym problemem z głowy. Jak ktoś tak jak ja nie lubi gotować – na pewno doceni takie „ułatwienie”.

Jedzenie wegetariańskie jest tanie. Narzekałam na zbyt tanie mięso, ale to nie o tą samą „taniość” chodzi. Wiele osób po prostu nie zdaje sobie sprawy, jak wiele rzeczy można wyczarować z pomidorów, puszki ciecierzycy czy szpinaku. Jak jeszcze zainwestuje się w mniej oczywiste składniki, np. płatki drożdżowe, można zrobić w kuchni pierwszą prawdziwie bezkrwawą rewolucję.

A przede wszystkim: kuchnia wegetariańska jest smaczna. Zero chrząstek, zero wyciągania ości, zero flaczkowatego tłuszczu. Tylko to, co najlepsze (no chyba, że przegotujesz ryż na papkę lub zapomnisz kupić sól, no zdarza się). Żadnego smaku nie trzeba maskować, żadnego na siłę wzmacniać. Kiedyś poprzez jedzenie wege ludzie rozumieli coś w stylu „potrawy mięsne odjąć kotlet”. Tak też opcje wege były serwowane w restauracjach. Często w tej samej cenie, co danie z kotletem, bo „za fanaberię się płaci”. Obecnie jeśli ktoś nie ufa, że dania wegetariańskie są pyszne, wystarczy tylko odwiedzić jedną z wegetariańskich czy wegańskich knajpek i zamówić naprawdę cokolwiek. Po prostu trzeba spróbować potrawy stworzonej przez kogoś, kto sam nie je mięsa, a nie na przykład dania zawiedzionej babci, bo „ja myślałam, że chociaż rybka”.

Wegetarianizm w podróży

Czy rezygnacja z mięsa ułatwia podróżowanie czy stanowi podróżnicze wyzwanie lub ograniczenie? Dużo zależy od charakteru i celu podróży, ale ja nie napotkałam żadnych większych problemów w tym temacie.

Wychodząc w góry mam kilka rzeczy, które lubię ze sobą zabierać i spisują się one świetnie. Pierwszą jest paczka orzechów, czyli zdrowa bomba kaloryczna, dodająca energii. Dla orzeźwienia pakuję pokrojoną na kawałki paprykę do wielorazowego pudełka. Papryka pozostaje bardzo długo świeża, i jak po nią sięgam, zawsze czuję, że to dokładnie to, czego w tym momencie potrzebowałam. Warto spakować sobie wykałaczkę albo mały widelczyk, aby nie musieć dotykać jej brudnymi rękami. Białkowe batony są również fajną opcją, nie mówiąc już o produktach typu „food substitute”. Opcja nie dla wegan, ale dla wegetarian – pitny skyr, czyli jogurt w stylu islandzkim, o dużej zawartości białka. Fajną opcją są również wszelkiego rodzaju mandarynki, ale unikam ich ponieważ boję się, że zapomnę potem wyciągnąć skórki z plecaka i tam zgniją.

W przypadku podróży miejskich zestaw oczywiście wygląda trochę inaczej. W takiej sytuacji prawie zawsze znajdzie się miejsce, gdzie można umyć ręce czy kosz do którego można wrzucić odpadki – można więc wziąć ze sobą o wiele więcej rzeczy. Albo nie brać wcale – w końcu to już nie jest żaden problem, kupić coś gotowego na miejscu, czy zjeść coś wege w lokalnej knajpce. Mogę policzyć sytuacje, kiedy totalnie nie było żadnej opcji wege, na palcach jednej ręki. A przecież podróżuję dużo.

Podobno też dużo tracę, nie kosztując lokalnych specjałów mięsnych. Myślę, że jedną z najważniejszych rzeczy, które tracę, jest ogromna szansa zatrucia pokarmowego, zwłaszcza jedząc „na ulicy”.

Podsumowanie

Wpis się znowu rozrósł, bardziej niż przypuszczałam. Wiem, że świata on nie zmieni, prawdopodobnie nie przekona też nikogo do przejścia na wegetarianizm. A może jednak?

Więcej

DIY Prosty pokrowiec z kaptura

Mówi się, że potrzeba matką wynalazków. Wczoraj spędziłam kilka godzin na poszukiwaniu lekkiego pokrowca na mój aparat z dużym obiektywem. Zależało mi na tym, aby było to coś lekkiego, co można w razie czego schować do kieszeni, a nie dedykowana torba czy plecak, chroniące przed upadkiem z trzeciego piętra. Kiedy ostatecznie przyznałam, że takie coś po prostu nie istnieje, stwierdziłam, że czas wziąć igłę w dłoń.

Akurat od dłuższego czasu w szafie wisiał pewien czerwony płaszcz przeciwdeszczowy. Nie był ani za mały, ani jakoś szczególnie zniszczony, ale od dłuższego czasu nie założyłam go ani razu. Powodem był jego materiał – ceratowaty i nieprzepuszczający powietrza, sprawiał, że pod płaszczem byłam prawie równie mokra co powierzchnia płaszcza podczas deszczu. Taki nieoddychający materiał nadawał się jednak idealnie na wykorzystanie do innych celów. W planach były pokrowce na notesy, piórniki czy portfele, ale teraz wpadłam na inne zastosowanie.

Szczególnie zainteresował mnie jego kaptur. Zwróciłam uwagę, jak proste byłoby przerobienie go na idealny pokrowiec do mojego aparatu. Pisząc to, chcę zaznaczyć, że nie zajmuję się szyciem i nie posiadam maszyny, jedynie okazjonalnie zdarza mi się coś uszyć. Do tej pory były to głównie małe pluszaki czy pokrowce np. na telefon. Z całą pewnością jest cała masa lepszych sposobów na zrobienie pokrowca na aparat z obiektywem z kaptura płaszcza. Potraktujmy więc mój „tutorial” bardziej jako „pomysł” niż profesjonalną instrukcję. Zależało mi na maksymalnym uproszczeniu tego procesu.

Tutorial

Najprostsza wersja brzmi:

W pierwszej kolejności należy odciąć kaptur od płaszcza, zachowując sznurek i wszystkie plastikowe lub metalowe elementy (oczka, stopery, zaciski, końcówki itp.). Następnie składamy kaptur i zszywamy ze sobą uprzednio ucięte krawędzie. Pokrowiec-sakiewka gotowy!

W takiej wersji można w zaledwie kilka minut stworzyć całkiem używalny pokrowiec na aparat albo cokolwiek innego. Jego kształt, w zależności od kształtu kaptura, Może być jednak dość niesatysfakcjonujący.

Ja przymierzyłam „przyszły pokrowiec” na aparat i uznałam, że skrócę go z przodu. Decydując się na taki zabieg, trzeba uważać, aby nie przeciąć sznurków i liczyć się z tym, że „estetyczne”, fabrycznie umieszczone w kapturze kółeczka (oczka kaletnicze), trzeba będzie przeszyć w innym miejscu. Aby to zrobić, należy wyciąć je, zachowując wokół nich co najmniej centymetr materiału. To tam połączymy je z nową lokalizacją kółeczka.

Po skróceniu kaptura, zaszyłam jego krawędzie i ściągnęłam nitkę. Następnie obróciłam całość na lewą stronę i zszyłam lewą część z prawą. Całość zajęła mi zaledwie kilkanaście minut. Jeśli kiedyś trafi mi się w szafie ubranie z kapturem, które nie będzie się nadawało do chodzenia ani oddania – z pewnością przerobię je na podobny pokrowiec, chociażby na przybory malarskie. Bo przecież nie musi to być koniecznie płaszcz!

Pomiędzy warstwy kaptura można również wsadzić coś dla wzmocnienia lub większej ochrony przed uderzeniami. Rozważałam użycie do tego celu pianki wypełniającej wysłaną do mnie kiedyś paczkę, jednak była ona zbyt delikatna i rwała się po kontakcie z igłą. Inne opcje to folia bąbelkowa czy po prostu dodatkowe warstwy materiału. Tak jak pisałam – przepis można dowolnie modyfikować!

A tak wygląda gotowy efekt:

Więcej

Cesarskie Miasto Huế

Czas jeszcze raz wrócić do wspomnień z mojej najdłuższej, najdalszej i zdecydowanie najpiękniejszej podróży – do Wietnamu. Dzisiaj opowiem o mieście Huế, stolicy kraju w czasach dynastii Nguyễn. Przede wszystkim postawię jednak na zdjęcia, bo one oddadzą lepiej walory estetyczne tego miejsca, niż jakiekolwiek słowo pisane.

Więcej

Frankonia – czyli podróż w przeciwnym kierunku

Jak tylko media przestały interesować się pandemią, a ludzie uznali, że można swobodnie opuścić swoje dotychczasowe pieczary, Alpy zatrzęsły się od nadmiaru turystów. Mieszkańcy Bawarii i okolic tłumnie ruszyli na południe, aby wreszcie spędzić aktywnie czas w ukochanych Alpach. I to jest zupełnie zrozumiałe! Zdrowie psychiczne jest równie ważne co to fizyczne, a długie przebywanie w niewoli własnego mieszkania mogłoby na stałe odbić się negatywnie na psychice dotychczasowych górołazów.

Niestety pociągi, ze swoją ograniczoną pojemnością, zaczęły utrudniać zachowywanie wymaganego odstępu i tym samym zniechęcać do ich wyboru jako środek transportu. Długie korki na głównych trasach, zapełnione parkingi, wcale nie zachęcały jednak do przesiąścia się na samochód. W takim razie ja proponuję inną strategię – zmienić kierunek i ruszyć na północ!

W tym wpisie chciałabym powrócić do tematu miejskich wycieczek z Monachium, ale tym razem skupić się na konkretnym regionie – na Frankonii. Kraina ta leży w północnej części Bawarii (częściowo zajmuje i dwa inne landy) i jej największym miastem jest Norymberga. Dzisiaj zaproponuję trasę z Monachium, zakładającą oszczędzenie na przejazdach i spędzenie odpowiedniej ilości czasu w każdym z miast. Oczywiście każde z tych miejsc można odwiedzić osobno, lub połączyć wyjazd z innymi miastami. Tutaj sprezentuję „gotowca” spokojnie nadającego się do wszelkich modyfikacji!

Mój plan był taki: 4 dni – 3 miasta – dwa bilety na pociąg. Konkretnie – dwa bilety w ofercie Bayern Ticket, o których pisałam w poprzednim wpisie. W tej wersji odwiedzamy Norymbergę, Bamberg i Bayreuth, spędzając wszystkie trzy noce w jednym hotelu lub hostelu w pierwszym wymienionym mieście. Dodatkowym atutem jest możliwość pozostawienia bagażu w szafce na dworcu w Norymberdze, dzięki czemu można zwiedzać “bez tobołów”.

Dzień 1: wyjazd pociągiem z Monachium, przesiadka w Norymberdze, dojazd do Bambergu, zwiedzanie miasta, powrót do Norymbergi.

Dzień 2 i 3: zwiedzanie Norymbergi

Dzień 4: przejazd do Beyreuthu, zwiedzanie miasta, powrót do Monachium

Zanim przejdę do opisu poszczególnych miejsc, jeszcze jedna wskazówka: wybierając połączenie kolejowe z Monachium, warto zwrócić uwagę na czas przejazdu i liczbę przesiadek. W ramach Bayern Ticket można przejechać również pociągiem Regio Express, który pokonuję trasę Monachium-Norymberga w zaledwie 1:45 h. Pozostałe opcje mogą zabrać dwa, albo nawet trzy razy więcej czasu. Dalszy przejazd nie daje już takich możliwości wyboru, jednak w obu przypadkach powinien trwać poniżej godziny.

Bamberg

Historyczne miasto, wpisane na listę zabytków UNESCO, nie bez powodu przyciąga wielu turystów. Jego wąskie uliczki są zupełnie prześliczne, a historyczne budynki cieszą oko dawną konstrukcją i wyjątkową estetyką. Wiele z nich to średniowieczne i nowożytne  autentyki, ponieważ miasto nie zostało zniszczone podczas wojny.

Widokówką miasta jest Stary Ratusz i budynek zdecydowanie zasługuje na ten tytuł. Co jest w nim takiego interesującego? Przede wszystkim to, że został wybudowany na rzece, konkretniej na lewej odnodze rzeki Regnitz. Architektura budynku jest fantastyczna – z jednej strony dobudowana przepiękna konstrukcja z muru pruskiego, z drugiej malowidła (obecnie odtworzone). Całość można podziwiać, siedząc na szerokiej barierce mostu i popijając słynne bamberskie piwo wędzone Aecht Schlenkerla, wydawane z okienka obok.

Jeśli chodzi o muzea i zabytki, zdecydowanie polecam odwiedzenie obiektu o nazwie Alte Hofhaltung. Jest to zespół budynków dawnego dworu biskupiego, obecnie mieszczące muzeum miasta, które w ciekawy sposób przybliży jego historię. Obok znajduje się Nowa Rezydencja biskupów książęcych, w której obecnie można podziwiać głównie niemieckie obrazy barokowe. A, i oczywiście bogato dekorowane wnętrza budynku. Po wyjściu wiele osób decyduje się na odpoczynek w mieszczącym się obok ogrodzie różanym. Kolejnym punktem wycieczki może zostać katedra, zlokalizowana przy tym samym placu.

Mając do dyspozycji więcej czasu, można odwiedzić miejsca, do których ja nie zdążyłam dotrzeć – zamek Altenburg, mieszczący m.in. ogródek piwny albo pojechać do pobliskiej wsi Memmelsdorf, obejrzeć zamek Seehof. Przeznaczając jeszcze więcej czasu na odwiedzenie tego miasta, zdecydowanie warto spędzić również trochę czasu na łonie natury, spacerując po pobliskich terenach zielonych.

Norymberga

Norymberga, po niemiecku Nürnberg, to duże, półmilionowe miasto o bardzo bogatej i zróżnicowanej historii. Powiedziałabym wręcz, że historycznie i architektonicznie jest ono o wiele ciekawsze od Monachium. Niestety tym razem w przypadku większości budynków mamy do czynienia z odbudową, ponieważ miasto dotkliwie ucierpiało pod koniec drugiej wojny światowej. Z tego powodu centrum stanowi mieszankę zupełnie współczesnej architektury oraz zrekonstruowanych zabytków.

Wydaje mi się, że większość Polaków kojarzy Norymbergę wyłącznie z procesami zbrodniarzy wojennych, ewentualnie ze zjazdami hitlerowców. Warto jednak poznać i te jasne karty historii tego miasta, zwłaszcza jeśli zgłębimy się w historię o wiele dawniejszą, sięgającą jeszcze wczesnego średniowiecza. Norymberga stanowiła ważny ośrodek handlowy, była o wiele ważniejszym miastem niż Monachium. Szczególny rozkwit miasto przeżyło w czasie renesansu. Później w historii zapisały się liczne         wojny szarpiące miastem i odbijające się na jego bogactwie.

Dopiero na początku XIX wieku Norymberga została włączona do Bawarii, stając się jej drugim największym miastem. Zupełnie nie dziwi mnie, że Hitler wybrał sobie Norymbergę dla swoich zjazdów partyjnych. Wydarzenia te przyciągały miliony ludzi z całego kraju, aby utrwalić propagandę nazistowską. To także w tym mieście podpisywane były ustawy odbierające kolejne prawa nie-Aryjczykom. Ostatecznie, już po wojnie, Norymberga stała się miejscem procesów ludzi zaangażowanych w zbrodnie wojenne.

Przytaczając tutaj, bardzo skrótowo, historię miasta, chciałam wskazać, jak wiele ma ono obecnie do zaoferowania. Z jednej strony można zwiedzić średniowieczne i nowożytne zabytki, z drugiej dowiedzieć się czegoś więcej o czasach drugiej wojny światowej. Myślę, że najlepiej będzie iść zgodnie z chronologią wydarzeń.

Zacznijmy od zamku Kaiserburg, ponieważ to on spogląda majestatycznie z góry na miasto. Warto wybrać się na spacer w jego kierunku, ponieważ to tam mieści się świetny punkt widokowy. Wnętrza obiektu są również ciekawe, ale mając niewiele czasu, można z nich zrezygnować. W czasie obostrzeń związanych z pandemią bardzo ograniczono tam liczbę zwiedzających na przypadających na każdą salę, przez co odwiedzający jest raz poganiany, a innym razem musi spędzić długie minuty, czekając w kolejce.

W Norymberdze znajdują się dwa bardzo ładne kościoły – św. Wawrzyńca i św. Sebalda, zwłaszcza jeśli uwielbia się surowe, gotyckie wnętrza, udekorowane sączącym się przez wąskie witraże światłem. Kościoły te są bardzo do siebie podobne, przez co urosło wokół nich wiele legend, opowiadających m.in. o rywalizujących ze sobą architektach.

Aby poznać dawne dzieje miasta, zdecydowanie warto odwiedzić Fembohaus. Warto też wspomnieć, że Norymberga to miasto artysty Albrechta Dürera, który również ma tutaj swoje muzeum. Tak, to ten przepiękny budynek z muru pruskiego, w samym sercu miasta. Jednym z najczęściej fotografowanych punktów miasta jest uliczka Weißgerbergasse, a kolejnym punktem widokowym wartym odwiedzenia jest niewielkie zadaszenie u podnóża zamku, naprzeciwko domu Albrechta Dürera.

Jeszcze jednym ciekawym miejscem, zanim przejdziemy do historii dwudziestowiecznej, jest Germanisches Nationalmuseum – ogromne muzeum, w którym można by było spędzić cały dzień, poznając historię dawną i oglądając liczne wystawy. Obok znajduje się Nowe Muzeum, skupione na sztuce współczesnej i designie. Zdecydowanie obowiązkowe do odwiedzenia przez wszystkich, którzy lubią obcować ze sztuką współczesną.

Aby odwiedzić obiekty związane z historią nazizmu w Niemczech, najłatwiej wsiąść do tramwaju, który zawiezie bezpośrednio Centrum Dokumentacji i Tereny Zjazdów Partii Nazistowskiej. Muzeum, które tam utworzono, opowiada w sposób kompleksowy i nowoczesny (multimedialny) o tym, co działo się tam w czasie drugiej wojny. Warto przeznaczyć na nie więcej czasu, jeśli chce się przeczytać wszystkie dostępne teksty albo odsłuchać w całości audio przewodnika.

Oprócz ogólnego zarysu historii, którą wielu odwiedzających zna już z innych źródeł, muzeum opowiada o samych zjazdach – ich organizacji, przebiegu, skutkach. Wiele dostępnych źródeł historycznych potwierdza, jak wielkie były to wydarzenia. Trudno uwierzyć, że tak wielu ludzi uwierzyło w propagandę nazistowską, praktycznie czcząc Hitlera jak bohatera lub zbawcę. Wystawa zdecydowanie emocjonuje i zmusza do refleksji, zadawania pytań.

Ciekawą opcją, z której ja nie skorzystałam ze względu na brak czasu, jest oprowadzanie z przewodnikiem, po rozległych terenach zjazdowych. Nie zdążyłam również odwiedzić Memorium Procesów Norymberskich. Miejsce to powinno zainteresować przede wszystkim miłośników historii.

Miasto jest ucieleśnieniem historii, bogata historia czyni miasto wyjątkowym. Myślę, że układając plan podróży po Niemczech i mając do wyboru Monachium albo Norymbergę, zdecydowanie poleciłabym to drugie. Po długim zwiedzaniu można przejść się wokół jeziora Wöhrder See, lub zgubić się gdzieś pomiędzy średniowieczem a współczesnością tego miasta.

Bayreuth

Prawdopodobnie nazwa tego miasta może skojarzyć się osobom obeznanym w muzyce klasycznej. Reszcie najpewniej nie będzie nic mówić, ponieważ zdecydowanie nie jest to promowana wszędzie pułapka na turystów. Czasem jednak to właśnie takie niepozorne miasteczka potrafią zaskoczyć.

Dla mnie głównym powodem odwiedzenia tego miasta był budynek Opery Margrabiów – świetnie zachowany przykład architektury barokowej. Gdy tylko obejrzałam zdjęcia jej wnętrza w internecie, wiedziałam, że będę musiała również zobaczyć je na własne oczy. Było warto!

Najlepszą jednak rzeczą, podczas zwiedzania tego miasta, był przypadkowy spacer z przewodnikiem. Zupełny przypadek sprawił, że natknęłam się na panią z miejskiej informacji turystycznej, czekającą na zgromadzenie się grupy, która z powodu deszczu zupełnie się wykruszyła. Dzięki temu udało mi się dowiedzieć o wiele więcej o historii tego miasta oraz najważniejszych postaciach z nim związanych.

Na początku tej części wpisu wspomniałam, że Bayreuth może skojarzyć się z muzyką. To właśnie tutaj tworzyli światowej sławy kompozytorzy: Richard Wagner i Franz Liszt. Oczywiście obu poświęcono muzea, opowiadające o życiu i twórczości artystów. Duża część ekspozycji poświęcona jest postaci Cosimy Wagner, dość kontrowersyjnej kobiety, budzącej raczej negatywne emocje.

Miasto Bayreuth ma zresztą smutną historię, na której kartach zapisały się takie wydarzenia jak pogrom Żydów podczas Nocy Kryształowej w listopadzie 1938. Było to zresztą jedno z ulubionych miast Hitlera i chętnie je odwiedzał. Zabytkowa synagoga przetrwała prawdopodobnie wyłącznie dzięki sąsiedztwu budynku opery, przez co nikt nie odważył się jej spalić. Obecnie budynek znowu pełni swoją funkcję i jest najdłużej działającą synagogą w Niemczech.

Myślę, że ten krótki opis powinien zachęcić każdego miłośnika kultury i historii do odwiedzenia opisanych miast. Będąc w Monachium, zdecydowanie warto wyruszyć na północ i zobaczyć, co do zaoferowania ma ta część Bawarii.

Ale to nie wszystko!

Powinnam oczywiście wspomnieć o niesamowitej przyrodzie tego miejsca i niezliczonych możliwościach spacerów, wypraw rowerowych czy nawet dłuższych eskapad na łono natury. Jednym z takich miejsc jest przepiękna Szwajcaria Frankońska, zlokalizowana pomiędzy Norymbergą a Bayreuthem. Malownicze ścieżki piesze spokojnie mogą konkurować z wyprawą w Alpy, zwłaszcza teraz, kiedy chce się uniknąć tłumów.

Zdecydowanie jest dokąd iść i żadna liczba dni spędzonych na wakacjach we Frankonii nie będzie za dużą. Ja również chętnie tam nie raz wrócę – zarówno odkrywając nowe miejsca, jak i „na nowo odkrywając” to, co zachwyciło mnie za pierwszym razem.

Więcej

Dokąd na weekend z Monachium? Kilka propozycji wycieczki

Bilety do Monachium kupione, hotel zabookowany na rok z wyprzedzeniem, a tu odwołali Oktoberfest? A może część z Was, tak jak ja mieszka w Monachium, i również chciałaby poznać okoliczne miasta, bawarską kulturę i historię tej części Niemiec? Czy może nawet pojechać trochę dalej, w końcu umiejscowienie Monachium na mapie Europy daje nieskończenie wiele możliwości!

W tym wpisie skupię się na miejscach, które można odwiedzić w jeden dzień, korzystając z oferty Bayern Ticket. Jest to bilet całodzienny, ważny na wszystkie pociągi regionalne (Regio, Regio Express, Agilis, Meridian, BOB… link do pełnej listy tutaj) w Bawarii (a także kilka wyjeżdżających poza region czy kraj) oraz na komunikację publiczną w bawarskich miastach. Bilet kosztuje 25 euro za pierwszego pasażera i 7 euro za każdego kolejnego, do pięciu osób razem i jest ważny na dowolną liczbę przejazdów wybranego dnia. Od poniedziałku do piątku bilet obowiązuje od godziny 9 rano do 3 w nocy następnego dnia, natomiast w weekendy i święta już od początku doby. Wykonując prostą kalkulację widać, że bilet opłaca się już podróżując w pojedynkę, a w grupie jest to już czysta oszczędność w porównaniu z biletami pojedynczymi.

Oczywiście do wszystkich tych miejsc można dojechać również samochodem a często i autobusem. Pociąg jest jednak najekologiczniejszą formą transportu, dowiezie Cię z centrum do centrum, a w Niemczech bardzo rzadko zawodzi. Niemieckie pociągi są czyste, zawsze wyposażone w toaletę i zdecydowanie zachęcają do korzystania z nich. Jeśli masz możliwość wybrać pociąg – wybierz pociąg!

Ratyzbona (Regensburg)

Wbrew temu co myślałam na początku, nazwa miasta nie jest związana z deszczem (der Regen) a z nazwą odpływu Dunaju – Regen. Stare Miasto w Regensburgu jest wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO, co jest praktycznie zawsze sugestią, że warto je odwiedzić. Jak się okazuje, zostało ono świetnie zachowane i do dzisiaj można zobaczyć tam naprawdę mnóstwo przepięknych i wartościowych zabytków.

Jednym z nich jest gotycka katedra św. Piotra, o nietypowej i zapamiętywalnej fasadzie czy Stary Ratusz. Kamienny most oraz miejskie bramy to pozostałości dawnych czasów, które zdecydowanie warto zobaczyć. Świetnym miejscem, aby poznać historię miasta, jest oczywiście miejskie muzeum historyczne. Aby jeszcze Was zachęcić do jego odwiedzenia dodam, że zlokalizowano je w dawnym klasztorze Minorytów, więc oprócz artefaktów historycznych, można również podziwiać samą architekturę.

Jeszcze jednym powodem, aby odwiedzić Regensburg, jest nowowybudowany nad Dunajem obiekt Haus der Bayerischen Geschichte. Jest to zupełnie współczesna bryła, mieszcząca w środku kilka instytucji, w tym bardzo ciekawe i nowoczesne muzeum historii Bawarii. Warto mu poświęcić co najmniej kilka godzin, zwłaszcza jeśli chce się wnikliwie poznać tradycję, kulturę oraz najważniejsze postacie regionu. Myślę, że chcąc dobrze poznać Bawarię, warto właśnie tutaj zacząć swoją przygodę.

Dojazd z Monachium: półtora godziny

Salzburg

Do Salzburga mogłabym wracać wiele razy. Wiele osób wybiera to austriackie miasto ze względu na liczne szlaki górskie. Samo miasto jest jednak niezwykle malownicze i oferuje wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. Pierwszym z nich jest oczywiście zamek Hohensalzburg, który widać z niemal każdego punktu miasta. W środku znajdują się ekspozycje muzealne oraz zachowane sale, komnaty arcybiskupie.

Moim zdaniem, dużo piękniejszym punktem widokowym jest taras Muzeum Sztuki Współczesnej, ponieważ daje on spojrzenie zarówno na architekturę miasta jak i na sam zamek. A muzeum zdecydowanie warto odwiedzić! Byłam tam już dwa razy i za każdym zachwyciły mnie zupełnie inne wystawy czasowe. Salzburg to też miasto Mozarta, więc jego fani zdecydowanie znajdą tam coś dla siebie.

Przy intensywnym zwiedzeniu Salzburga warto kupić SalzburgCard. Oprócz darmowych wstępów do muzeów oraz przejazdów komunikacją publiczną, otrzymuje się również przejazd kolejką linową na górę Untersberg, który normalnie kosztuje prawie tyle co sama karta. A będąc już w górach, nawet bez odpowiednich butów, zawsze warto chociaż trochę z tego skorzystać.

Dojazd z Monachium: poniżej dwóch godzin
Uwaga! Warto być na dworcu w Monachium trochę wcześniej, ponieważ pociąg odjeżdża z odległego peronu.
W Austrii Bayern Ticket nie zapewnia komunikacji miejskiej po mieście
.

Neuburg an der Donau i Ingolstadt

Postanowiłam połączyć te dwa miasta w jeden podpunkt, ponieważ odwiedziłam je tego samego dnia, co wydaje mi się zupełnie optymalne. Neuburg to niezwykle malownicze miasteczko na zachód od Ongolstadt. Głównym powodem jego popularności wśród turystów jest renesansowy pałac z pięknymi malowidłami ściennymi. Samo miasto ma jednak równie dużo do zaoferowania – spacerując po krętych uliczkach można podziwiać piękne dekoracje budynków.

Do Ingolstadt wiele osób przyjeżdża na zakupy lub w celu odwiedzenia Muzeum Audi. Z bardziej architektoniczno-kulturalnego punktu widzenia, zdecydowanie polecam spacer po historycznej części miasta, zaglądając do Kościoła Maria de Victoria i koniecznie przechodząc przez bramę Kreuztor.

Dojazd z Monachium: ponad godzina

Augsburg

O Augsburgu mogłabym napisać osobny post, a wielu napisało całe książki. To miasto po prostu trzeba odwiedzić, najlepiej nie raz, a kilka. Gwarantuję, że każdy miłośnik kultury i sztuki znajdzie w nim coś dla siebie. Miasto jest przede wszystkim prześliczne. Moim (i nie tylko moim) architektonicznym faworytem jest tak zwany Weberhaus. Budynek ponadstuletni, z niezwykle pomalowaną fasadą, potrafi wzbudzić prawdziwy zachwyt.

W mieście znajduje się też wiele ciekawych kościołów oraz muzeów historycznych. Jednym z nich jest Maximilianmuseum, gdzie szczególnie zainteresowały mnie drewniane modele młynów. Dla fanów malarstwa barokowego Schaezlerpalais będzie zdecydowanym „must see”. Zdecydowanie świetną opcją jest odwiedzenie punktu widokowego na wieży Perlachturm.

Nietypowym i oryginalnym przeżyciem będzie na pewno odwiedzenie muzeum Augsburger Puppenkiste, teatru kukiełkowego. Wbrew pozorom, nie jest to miejsce targetowane tylko do dzieci!

Moim faworytem jest jednak Fuggerei. Jest to nietypowe osiedle kilkudziesięciu niskich domków wybudowanych dla ubogich, katolickich rzemieślników przez bogatego przedsiębiorcę Jakoba Fuggera. Od około pięciuset lat zasady i warunki mieszkania tam nie uległy zmianie. Spełniając odpowiednie warunki i zobowiązania, można otrzymać pięterko dla siebie i swojej rodziny, do końca życia, choć bez dziedziczenia. Niektórzy określają to miejsce jako pierwsze na świecie osiedle socjalne. Turyści odwiedzają je jednak ze względów na malowniczą architekturę i ściany pokryte bluszczem.

Dojazd z Monachium: poniżej godziny

Ulm

Miasto leżące już w kraju związkowym Badenia-Wirtembergia, jednak na granicy z Bawarią (część miasta Neu Ulm należy do Bawarii), do którego wciąż można dojechać pociągiem w ramach oferty Bayern Ticket. Jest to miasto o bogatej historii, którą oczywiście można poznać odwiedzając miejskie muzea i galerie sztuki. Obecnie jest to jednak miasto uniwersyteckie, co skutkuje licznymi wydarzeniami i wieloma możliwymi aktywnościami, także dla turystów.

Odwiedzając to miasto, koniecznie trzeba przespacerować się po dzielnicy rybaków i garbarzy. To właśnie tam wzniesiono te niezwykłe domy z muru pruskiego, tak charakterystyczne dla tej części Europy. Innym przepięknym budynkiem jest Stary Ratusz, charakteryzujący się niezwykłymi dekoracjami ściennymi.

Prawdziwie zapierający dech w piersiach daje jednak dopiero widok z wieży katedry Ulmer Münster. Wchodząc aż 768 stopni w górę, można odhaczyć na swojej liście rekordów najwyższą wieżę kościelną świata. Oprócz miejskich dachów, widać z niej niezwykłą konstrukcję katedry. Ta gotycka budowla ma tak niezwykłe dekoracje rzeźbiarskie wszystkich przypór, jej ażurowe ściany wydają się być niezwykle lekkie, a sama katedra wydaje się wręcz chcieć unieść się w powietrze. à propos powietrza – lepiej weźcie ze sobą kurtki wiatrówki, bo na wieży naprawdę wieje.

Na zakończenie całego dnia zwiedzania, można usiąść na trawie na brzegu Dunaju, w cieniu miejskich murów. To chyba najlepsza nagroda po pokonaniu wszystkich stopni katedralnej wieży.

Dojazd z Monachium: dwie godziny

Pasawa (Passau)

Malownicze miasto leżące na zbiegu trzech rzek, przy austriackiej granicy, nie cieszy się zbyt dużą popularnością wśród turystów, a totalnie niesłusznie! Myślę, że moje zdjęcia powinny Was skutecznie przekonać, że warto tam pojechać. Stare Miasto z pozoru nie różni się bardzo od pozostałych wymienionych, jednak wystarczy tylko przyjrzeć się uważniej, aby spostrzec inne wpływy architektoniczne i styl budynków. Pośród kolorów dominuje kolor żółty, a poza rzeźbieniami, można zauważyć też ciekawe malowidła ścienne z dawnych czasów.

Nad miastem, na lewym brzegu Dunaju, dominuje XIII-wieczny zamek Veste Oberhaus. W środku znajduje się muzeum, opowiadające głównie o czasach średniowiecznych oraz przepiękna kaplica św. Jerzego. I to z zamku roztaczają się najciekawsze widoki na stare miasto oraz zbieg trzech rzek.

W samym mieście natomiast zdecydowanie warto odwiedzić katedrę św. Szczepana. Znajdują się w niej największe w Europie organy (kiedyś największe na świecie), ale to sama architektura budowli jest niesamowita. Myślę, że to jedna z najpiękniejszych katedr, które widziałam, jeśli nie w ogóle ta „naj”. Niezwykle bogato zdobione stropy kontrastują z gołymi kolumnami i pilastrami. Białe rzeźbienia stiukowe stanowią niezwykłe ramy ciemnych malowideł umieszczonych w sklepieniach i ścianach wnętrza katedry. Do tego złote elementy wyposażenia harmonizują z całą resztą kompozycji. Budowla barokowa, a patrzę na nią jakby reprezentowała secesję.

A poza samym miastem, zdecydowanie warto poświęcić kilka chwil na kontakt z naturą. Zostając dłużej, aż się chce wskoczyć na rower i pozwiedzać okolicę, przejechać przez austriacką granicę, posiedzieć nad rzeką. Możliwości jest nieskończenie wiele.

Dojazd z Monachium: ~2,20 h
Tutaj alternatywną opcją biletu na pociąg jest Regio-Ticket Donau-Isar, bilet o 3 euro tańszy, jednak niezawierający komunikacji miejskiej


Aj, więcej tego niż się spodziewałam! I co więcej, wciąż mam parę miast na liście już odwiedzonych, które zdecydowanie poleciłabym każdemu spędzającemu czas w Monachium. Ten wpis osiągnął już jednak dość monstrualny rozmiar, dlatego pozwolę go sobie tutaj zakończyć i zostawić coś na dokładkę. Poza tym moja lista miejsc do odwiedzenia jest o wiele dłuższa, niż lista miejsc już „odhaczonych”. Do tego dochodzi mnóstwo pięknych terenów zielonych, odosobnionych klasztorów czy górskich chatek.

Mam nadzieję, że znaleźliście w tym wpisie inspirację do swoich wycieczek i dowiedzieliście się czegoś nowego o tej części Europy. W samym Monachium oczywiście jest również wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. Spodziewajcie się i w tym temacie notki w niedługim czasie.

Więcej

Wietnam – miasta i współczesna architektura

Wietnam od dawna górował na mojej podróżniczej liście marzeń i naprawdę czasem wciąż nie mogę uwierzyć, że w tym roku wreszcie udało mi się go odwiedzić. Podczas gdy wiele osób podróżuje w tym kierunku ze względu na przyrodę, kuchnię czy historię, ja chciałabym opowiedzieć dzisiaj o architekturze i miastach. Nie o tym, jak budowano w dawnych czasach, a o zupełnie współczesnych budynkach i ulicach.

Dopóki człowiek nie opuści kontynentu, nie zdaje sobie sprawy, jak podobne do siebie są miasta europejskie. Skupiamy się na różnicach w kształcie czy kolorach dachu, dekoracjach czy kompozycji urbanistycznej. Osoby siedzące w temacie bez problemu stwierdzą, czy budynek lub ulica przedstawiona na niepodpisanym zdjęciu pochodzi z Francji, Włoch czy Szwecji. Nie mówię tutaj o wsiach, które naturalnie żyją własnym życiem. Mówię o miastach, które pomimo różnic kształtują się mimo wszystko bardzo podobnie. Dworzec główny, rzeka, stare miasto, dzielnica biznesowa, osiedla takich samych domków na przedmieściach. Jest to wynikiem wspólnej kultury europejskiej, tego jak ludzie żyją i na co poświęcają swój czas.

A jak to wygląda w Wietnamie?

Natomiast Azja to zupełnie inny świat. Po odwiedzeniu Wietnamu już wiem, że nie można porównywać takich miast tą samą miarą. Dla osoby, która miała do tej pory styczność wyłącznie z europejskimi miastami, te głośne i gęste ulice stają się o wiele bardziej fascynujące, czasem przytłaczające, ale też co chwila zmuszające do refleksji i – mimo wszystko – porównań.

Miasta, które odwiedziłam to Da Nang, Hue i Hanoi, przejazdem też Ha Long i Ninh Binh. Każde z nich jest oczywiście inne, ma inną przeszłość i ukształtowało się w innych czasach. Ja przedstawię jedynie wspólny mianownik, który pokaże Wam, co dokładnie miałam na myśli, opowiadając o tej ogromnej różnicy. Na pewno chciałabym odwiedzić kiedyś Sajgon, czyli Ho Chi Minh City, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Mój opis jest wyłącznie na podstawie miast wymienionych powyżej, ewentualnie tego co widziałam z okna autobusu pomiędzy nimi.

Miasta w Wietnamie są bardzo gęste, jednak szybkie porównanie danych z Internetu uświadomiło mi, że wcale nie mają one większej gęstości zaludnienia niż miasta europejskie. To wrażenie pojawia się właśnie dzięki różnicom kulturowym i innemu trybowi życia Wietnamczyków. Pomijając zupełnie obecną teraz pandemię, wiele europejskich miast wydaje się być całkiem pusta. Spacerując, można naliczyć o wiele więcej zaparkowanych wzdłuż ulic samochodów, niż poruszających się po ulicach ludzi. Większość życia mimo wszystko spędzamy wewnątrz. W domu, w pracy, w sklepie.

Życie ulicy

W Wietnamie wygląda to zupełnie inaczej. Życie toczy się głównie na ulicy. Partery budynków są przez cały czas otwarte, zamieniając się w sklepy, restauracje, punkty usługowe. Zamiast ściany z drzwiami i oknami, będącej swojego rodzaju barierą oddzielającą wnętrze od zewnętrza, tam umieszcza się bramę szerokości całego budynku, która pozostaje przez większość czasu otwarta.

Na ulicy w Hanoi kupisz wszystko.

Według tego, co powiedział mi jeden przewodnik, supermarkety w Wietnamie powstały głównie dla turystów. Wietnamczycy wolą jednak kupować świeże jedzenie od lokalnych sprzedawców, rozwożących swoje produkty na mocno przepakowanych rowerach lub skuterach. Oczywiście są oni zupełnie częstym i typowym widokiem na wietnamskiej ulicy.

Kolejną rzeczą, która szczególnie zwróciła moją uwagę, jest to, w jaki sposób Wietnamczycy jedzą. Podczas gdy my najczęściej gotujemy coś w domu, tak aby zjeść to we własnych czterech ścianach z rodziną, oni spotykają się przed budynkiem ze znajomymi i w ten sposób spożywają swój posiłek. Najczęściej wykorzystują do tego małe, plastikowe krzesełeczka, rozstawiając je na chodniku, bez żadnej dbałości o udostępnienie przejścia przechodniom. Widząc takie spotkania, często nawet czułam pewnego rodzaju zazdrość. Miałam wrażenie, że jedzenie to dla nich świetna forma rozrywki, miłe spotkanie towarzyskie, będące zwykłą częścią dnia – a nie konieczny obowiązek połączony z jakąś tam przyjemnością jedzenia i męczarnią sprzątania później. U nas zapraszanie kogoś na obiad to święto, do którego trzeba się przygotować – tam to codzienność.

Krzesełeczka przyłapane!

Pisałam o blokowaniu chodników. Coś, co u nas budzi wiele dyskusji pomiędzy miejskimi aktywistami a właścicielami samochodów, firmami wynajmującymi hulajnogi czy sklepikarzami ustawiającymi swoje reklamy bez żadnej refleksji. W Wietnamie chodniki bardzo często są nie do przejścia, jednak nikomu to nie przeszkadza. Prawie każdy porusza się tam na skuterze albo motorze. Nawet krótka trasa kilkunastu metrów to już powód, aby wskoczyć na swój dwukołowiec i być na miejscu już w ciągu chwili.

Funkcja chodnika w Wietnamie.

Ruch drogowy

A samochody? Mało kogo na nie stać i nie są one tak użyteczne jak motor na tych ciasnych ulicach. Większość ich posiadaczy to ludzie, którzy używają ich w pracy – przewoźnicy, taksówkarze, kierowcy Graba – czyli tamtejszego Ubera. Ulice i bez półtora auta na głowę są zatłoczone.

Także styl jazdy jest zupełnie inny, wymaga innych umiejętności niż jazda po Europie. Naprawdę nie wyobrażam sobie wynajęcia auta w Wietnamie i próby poruszania się nim po mieście. Na szczęście nie funkcjonuje tam coś takiego jak carsharing. Chcesz pojechać gdzieś samochodem? Tylko z wietnamskim kierowcą – osobą, która zna zasady gry. W Europie  kierowcy pędzą przez miasto, często przekraczając dopuszczalne tempo jazdy o połowę. Raczej nie spodziewają się wypadków – w końcu, dopóki każdy trzyma się zasad (poza limitem prędkości i szacunkiem wobec niezmotoryzowanych), najprawdopodobniej nie dojdzie do wypadku. W Wietnamie kierowca musi mieć oczy dookoła głowy, a uszy zsynchronizowane z dźwiękami wokół.

Znajoma Wietnamka opisała mi te zasady tak pokrótce. Liczba użytych klaksonów jest językiem komunikacji na drodze – co oczywiście wpływa na miejski hałas. Tak więc klakson staje się ważniejszy niż kierunkowskaz, niż znaki drogowe czy jakiekolwiek zasady. Światła uliczne pełnią swoją funkcję na największych arteriach, jednak w centrum służą praktycznie wyłącznie do dekoracji. Tam już jednak zdecydowana większość poruszających się po drogach wybiera dwa kółka.

I co ma w takim razie zrobić pieszy, kiedy chce przejść na drugą stronę? Gdyby chciał zastosować się do zasady wpajanej każdemu europejskiemu dziecku od przedszkola: spojrzeć najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo i przejść, dopiero kiedy droga jest pusta… prawdopodobnie stałby w miejscu do momentu rezygnacji z celu podróży. Po prostu trzeba wejść w nurt motorów i samochodów i poruszać się stałym tempem przed siebie a oni naturalnie będą cię wymijać z przodu i z tyłu. Tobie przeleci życie przed oczami, dla nich to zwyczajny element trasy. Nawet nie wyobrażam sobie, jak skończyłoby się podobne przejście przez jezdnię w moim mieście.

Kable, szyldy i cała paleta kolorów

Mimo to, w wietnamskim mieście jest wiele innych niebezpieczeństw czyhających na nieuważnych turystów. Jednym z nich są wszechobecne kable. Plątanina najróżniejszych instalacji, niemożliwa do skontrolowania czy przypilnowania, to stały element miejskiego krajobrazu. Pajęczyna kabli łączy wszystkie budynki, często zapętlając się z ogromnymi zwojami na słupach. Kable grube, kable cienkie, kable głównie czarne, rzadziej kolorowe. Często jest ich tak wiele, że tworzą nad ulicami prawdziwy baldachim. Wiją się także po gałęziach drzew, których na szczęście w miastach jest całkiem sporo.

Kablowisko w Da Nang.

Tego chaosu dopełniają niekończące się szyldy, reklamy, billboardy i wszelkiego rodzaju napisy. Zdecydowanie jest na czym zawiesić oko. Ten chaos jest tak wielki, że zaczyna tworzyć nowy porządek. Miejsce bez kabli i szyldów zaczyna się dziwnie wyróżniać, wręcz świecić pustką.

A tutaj turystyczna część Ninh Binh – Tam Coc.

Jak wyglądają same budynki? Jest to praktycznie mikstura stylów, kolorów i kształtów. Zdecydowanie dominują bardzo długie i wąskie budynki – o podobnych proporcjach co zabudowa średniowieczna czy nowożytna w miastach Europy. Wąskie fasady, wyższy parter od kolejnych pięter i wręcz niefunkcjonalnie głęboka zabudowa. Znowu tworzę tutaj jednak niepotrzebne porównanie. Te budynki są zupełnie inne.

Na pierwszy rzut oka wydają się celowo różnić się pomiędzy sobą. Jeśli sąsiad pomalował swój dom na niebiesko, to nasz musi koniecznie być żółty albo czerwony. Tak naprawdę jednak główną rolę jak zawsze grają koszta. Od budżetu zależy wysokość budynku, a kolejne piętra powstają lata później, przy użyciu innych materiałów, często zupełnie odbiegając stylem od tego, co się znajduje poniżej.

Zdecydowanie jednak Wietnamczycy lubią ładne rzeczy. Pomimo tego chaosu w całej zabudowie miasta, można powiedzieć, że niektóre dekoracje są wręcz eleganckie! Wiele balustrad, dekoracji rzeźbiarskich czy całych wykuszy jest tak ładna, że aż trudno uwierzyć, że wzrok nie trafia tam sam, zamiast błądzić po kablach i reklamach.

Po prostu spójrzcie na te budynki i powiedzcie, że nie są śliczne!

Wnętrz nie widziałam zbyt wiele. Te, które widziałam, były ciasne, ciemne i częściowo przytulne, częściowo przytłaczające. Jeśli uda mi się zebrać więcej przemyśleń na ten temat, zwłaszcza po kolejnej wizycie w tym kraju, z chęcią opiszę i je na blogu.

Komunikacja publiczna?

Ach i ostatecznie powinnam napisać coś o tym, co moim zdaniem ma kluczowy wpływ na kształt wszystkich europejskich miast, natomiast w Wietnamie nie gra roli. Jest to komunikacja publiczna. Szukając informacji w Internecie o poruszaniu się pomiędzy miastami czy lotniskiem a miastem, dowiedziałam się o istnieniu paru autobusów. Na miejscu nie skorzystałam jednak z żadnego z nich. Wiązałoby się to z bardzo długim czekaniem, jeszcze dłuższym czasem straconym na przejazd oraz potencjalnymi problemami. Nikt nie potrzebuje autobusów, kiedy każdy ma skuter, a w razie czego zawsze można pojechać Grabem.

Będąc wieczorem w Hoi An, chcieliśmy wrócić autobusem do homestay’a, gdzie nocowaliśmy w Da Nang. Okazało się, że nie dość, że zajęłoby nam to całą wieczność, to jeszcze i tak musielibyśmy znaleźć kolejny transport po mieście. Nawet z lotniska w Hanoi, gdzie podobno autobus jeździ bez problemu, ostatecznie wzięliśmy taksówkę (która w sumie była częścią dojazdu do Ninh Binh, załatwionego nam przez kolejną noclegownię). Być może straciliśmy część autentycznych doświadczeń – w zamian zyskaliśmy mnóstwo cennego czasu podróży.

Jeśli chodzi o kolej, tutaj sytuacja wygląda trochę inaczej. Kocham pociągi i bardzo chciałam chociaż raz przejechać się pociągiem w Wietnamie. Wybór był oczywisty – trasa z Da Nang do Hue. Nawet nie sto kilometrów zajęło ponad 4 godziny. Była to jednak przepiękna podróż, z widokiem na zatokę. W takim czasie tłok da się jeszcze znieść, a i nawet udało mi się pogadać ze współpasażerami. Mało osób jednak korzysta z kolei. Przez Wietnam ciągnie się tylko jedna linia, z krótkimi rozgałęzieniami. Pociąg jeździ rzadko, powoli i zdecydowanie ma już swoje lata. Do Sapy, malowniczego regionu na północy kraju, jeździ wielu przewoźników kolejowych, jednak ich ceny są już wycelowane w majętnych turystów, a nie w większości biednych mieszkańców Wietnamu.

Na zakończenie…

Zdjęcia poniżej to dodatek dla osób bardziej zainteresowanych budownictwem niż architekturą: budowa komercyjna oraz bardziej indywidualna. Spójrzcie na ten kontrast, jeśli chodzi o rozumienie bezpieczeństwa na budowie.

Podsumowując, chciałabym mimo tych wszystkich porównań powiedzieć, że zdecydowanie nie warto krytykować wietnamskich miast za to, z czym walczy się w Europie. Tam wszelkie ustawy krajobrazowe, warunki zabudowy czy zakazy blokowania chodników po prostu nie miałyby sensu. Wyobraziłam sobie kogoś proponującego poprowadzenie ścieżek rowerowych w stolicy Wietnamu i aż śmiechłam pod nosem na taki pomysł.

Wietnam to wciąż biedny kraj, decyzje muszą być przesuwane w czasie ze względu na brak środków, a jakiekolwiek zmiany muszą być wprowadzane stopniowo. Jestem jednak pewna, że w przyszłości miasta te wciąż pozostaną egzotyczne dla europejskich turystów. Ja już teraz tęsknię za tym hałasem i kolorami.

Na koniec – miasto Da Nang nocą.

Więcej

A czy Ty masz talent?

Agata urodziła się z talentem plastycznym. Od najmłodszych lat jej prace spotykały się z zachwytem rówieśników, podziwem nauczycieli, a nawet zachwytem znawców sztuki. W wieku 12 lat jej dzieła były już wystawiane w najważniejszych galeriach na świecie, a niedawno za sprzedane prace kupiła sobie luksusową willę z basenem na własnej wyspie. No dobra, przepraszam, trochę mnie poniosło. Zacznijmy jeszcze raz. Talent plastyczny nie istnieje i Agata malowała w dzieciństwie tak samo brzydko jak Ty i wszystkie inne dzieci.

Czym dłużej żyję, tym mocniej utwierdzam się w tym przekonaniu. Coraz więcej przykładów wokół je potwierdza. Ludzie, którzy kiedyś ledwo potrafili oddać na rysunku jakikolwiek obiekt, teraz bez problemu szkicują skomplikowane formy. Kiedyś siłowali się, aby rysowane  krzesło w ogóle wyglądało jak krzesła, teraz w parę chwil bez problemu uchwycają piękno tego, co widzą. To samo mogę powiedzieć o sobie. Dokładnie o tym będzie ten wpis.

Czasami żałuję, że nie zachowało się aż tak wiele rysunków z mojego wczesnego dzieciństwa. Zdecydowaną większość z nich sama wyrzucałam, nie mogąc na nie patrzeć, kiedy osiągnęłam kolejne poziomy umiejętności. To tylko potwierdza, jak bardzo złe musiały one być. To, co zobaczycie poniżej to prace, kiedy już coś umiałam. To bardzo ważne, ponieważ pokazując te „dzieła” spotykam się z komentarzami „ale przecież to nie jest takie złe!”.

Rysować zaczęłam w wieku zaledwie kilku lat, jeszcze zanim nauczyłam się czytać i pisać. Od tego czasu, do powstania prac poniżej, minęło praktycznie dziesięć lat! Te prace to dzieła powstałe na początku nauki w liceum plastycznym, co oznacza że już po przejściu egzaminów wstępnych do takiej szkoły. Obecnie zdecydowana większość kandydatów do plastyka zostaje przyjętych, jednak mimo to trzeba się przygotować i narysować chociaż kilka prac na większym formacie. Oznacza to, że nie są to nawet pierwsze wielkoformatowe rysunki, które zrobiłam.

Co można o nich powiedzieć? Na pewno, że bije z nich wciąż brak doświadczenia. Nawet jeśli jakieś bryły są oddane w miarę prawidłowo, to nie ma pomiędzy nimi żadnej interakcji świateł i cieni, same powierzchnie nie reprezentują konkretnej faktury czy wypukłości. Są niedopracowane, ale jednocześnie „wymiziane” na każdym centymetrze.

Braki widać nie tylko w postrzeganiu koloru, ale także wykorzystywaniu dostępnych narzędzi. Tutaj niestety dużym minusem było stosowanie temper szkolnych i tanich pędzli, często na zwykłym kartonie. Bez odpowiednich narzędzi, bardzo trudno przeskoczyć niektóre wyzwania tworzenia. Z drugiej strony, technika pociągnięć pędzla, bez konkretnego kierunku, bezmyślnie, wyraźnie pokazuje, że mamy do czynienia z artystą-żółtodziobem. Także w ołówku brakuje konkretnej, pewnej kreski, a na jej miejscu jest poszarpane „dzierganie”, czy próby osiągnięcia światłocienia poprzez nieuzasadnioną siateczkę linii, czy – co gorsza – rozcieranie ołówka.

To co jednak nie jest aż tak widoczne dla osoby z zewnątrz, to ogrom czasu poświęcony każdej z tych prac. Mowa tutaj o 3, 6 albo nawet większej liczbie godzin na tylko jeden taki obrazek. Prace malarskie często rozpoczynałam od szkicu ołówkiem, poprawianego setki razy, oczywiście przy użyciu gumki. Potem zapełnianie powierzchni konkretnymi i długo mieszanymi farbami, zawsze zbyt małym pędzlem. Zbyt duże poświęcenie szczegółom, zwłaszcza wyraźności krawędzi, zabijało jakikolwiek „wdzięk” takich prac.

W tych pracach też kłamałam. Oszukiwałam, że widzę coś, czego zupełnie nie dane mi było dostrzec. W malarstwie tak naprawdę najważniejsza jest obserwacja i w pewnym momencie człowiek wykształca w sobie „dodatkowy zmysł”, który sprawia, że przedmioty przestają mieć swoje „domyślne” cechy, a zaczyna widzieć plamy kolorów, różnicę światłocienia. Doskonale pamiętam czasy, w których nie potrafiłam tak patrzeć. Rysując oko, umieszczałam na źrenicy białe punkty (refleksy), bo tak wskazywały tutoriale i tak wyglądało ładnie. Malując dwa przedmioty różnych kolorów, umieszczałam na jednym z nich plamy koloru drugiego, bo w szkole mówili, że przecież to się odbija. I ja udawałam, że też to widzę. A nie widziałam.

Przede mną wciąż długa droga w nauce malarstwa, jednak spojrzenie na te stare prace pozwoliło mi na refleksję nad tym, ile już przeszłam. Długie lata nauki nie poszły na marne i teraz malowanie przychodzi mi z łatwością, zabiera o wiele mniej czasu. Obecnie nie boję się przemalować czegoś, co jest wyraźnie nieprawidłowe. Kiedyś każda taka decyzja wiązała się z dylematem: czy to jest warte takiego dodatkowego wysiłku, straconego czasu i farby? Nie zależy mi też już na precyzji. Przedmioty nie muszą mieć wyraźnych granic, nie muszą być dokładnie oddane, zwłaszcza jeśli nie stoją na pierwszym planie.

A tu już współczesna praca. Jestem z niej zadowolona, choć wciąż wiele elementów jest niedopracowanych lub nawet niepoprawnych. Zajęła mi ona jednak o wiele mniej czasu niż którakolwiek z pokazanych wcześniej prac.

Oczywiście wciąż robię błędy. Często za szybko chcę ruszyć z kolorem i anatomia gdzieś ucieka po drodze. Wciąż uczę się różnicować pracę, tak aby poszczególne jej fragmenty nabrały ważności, a aby inne nie przyciągały niepotrzebnie wzroku. A malowanie czegokolwiek innego niż martwe natury, to już temat na inny wpis. W tym chciałabym wreszcie dotrzeć to tego, co najbardziej chciałam przekazać.

Każdy kiedyś zaczyna. Nikt nie urodził się z pędzlem w dłoni, a anegdotki o artystach od urodzenia prawdopodobnie można wcisnąć pomiędzy mity. Nauka malowania czy rysowania wymaga bardzo dużego zaangażowania i wielu lat. Łatwo po drodze zrezygnować, a winę zrzucić na „brak talentu”.

Łatwo też wmówić sobie, że komuś przyszło coś o wiele łatwiej, czy nawet w ogóle automatycznie. Że od początku miał dar, którego Tobie natura czy bóstwo oszczędziło. Mogę się jednak założyć, że w większości takich przypadków po prostu nie znasz całej historii. W rzeczywistości ten ktoś poświęcił o wiele więcej czasu, niż możesz sobie wyobrazić, na dojście do miejsca, w którym jest obecnie.

A tutaj taki szybki rysunek w szkicowniku. Staram się rysować jak najwięcej, aby nie wyjść z wprawy. To nie jest arcydzieło sztuki, ale każdy kolejny szkic to krok dalej w nauce rysowania.

Innym problemem jest to, że wiele osób lubi mówić o sobie utalentowany / utalentowana. Punktuje to u pracodawcy, wzmacnia poczucie własnej wartości, sprawia że ktoś wydaje się mieć coś, czego nie znajdziesz u „konkurencji”. Jednocześnie argumentuje za istnieniem granicy, której ta druga osoba, ta nieutalentowana, nigdy nie będzie w stanie przeskoczyć. Ja chcę tę granicę zburzyć, czy po prostu pokazać, że nie istnieje.

Jeśli teraz nie możesz patrzeć na swoje prace, pomimo wielu spędzonych nad nimi godzin, nie oznacza to, że tak już zostanie. Spokojnie ćwicz dalej, próbuj podejść wiele razy do tego samego problemu malarskiego, spróbuj mniej machać pędzlem a więcej myśleć, obserwować. Mogę się założyć, że po dłuższym czasie będzie widać efekty.

Ja wciąż się uczę, ale naprawdę pociesza mnie perspektywa, że za każdym kolejnym dziełem, będzie coraz lepiej. A talent? Talent jest przereklamowany. W mojej drodze dostałam mnóstwo pomocy i dobrych rad od ludzi, którzy już podobną mają za sobą, albo po prostu są kilka kroków przede mną. Do części rzeczy sama doszłam, analizując swoje błędy i robiąc tak wiele prób, że któraś w końcu okazała się sukcesem. Niczego natomiast nie zawdzięczam magicznemu darowi, który spadł mi z niebios. Nigdy nie obudziłam się, twierdząc że od dzisiaj umiem malować. A jak malowałam za dzieciaka, wolicie nie wiedzieć.

Dobrze, przyznaję, wiele rzeczy ma wpływ na tempo czy skuteczność nauki. Są to przede wszystkim: zaangażowanie, dostępne narzędzia, dostępne źródła wiedzy, w tym pomoc ze strony innych osób. Ale to samo można powiedzieć o matematyce, o językach obcych, o nauce programowania. Porównałabym nawet sztukę ze sportem, jednak w sporcie ogromne znaczenie mają uwarunkowania biologiczne – niski człowiek prawdopodobnie nie zostanie koszykarzem roku, a „grubokościsty” nie wygra w turnieju skoków narciarskich. Poza takimi przypadkami jednak liczy się zaangażowanie, motywacja i samodyscyplina. W sztuce identycznie.

Kolejna praca z tego roku, tym razem na podstawie zdjęcia. Dodałam jednak dużo od siebie, fotografia miała zupełnie inny charakter.

Będąc już gdzieś w środku tej drogi, często obserwuję nie tylko tych, którzy potrafią więcej ode mnie, ale również początkujących. To co widzę, to podobne błędy, jakie ja popełniałam lata temu. Podobnie pewnie profesjonaliści patrzą na moje dzieła. To doskonale znany im wcześniejszy etap wtajemniczenia.

Najlepiej jest jednak porównać własne prace. W końcu nikt tak jak ja, nie zna całej historii, której na pewno nie dałoby się streścić jednym słowem na „t”.

Więcej

Ucieczka do Lizbony – cz. 2 – Co warto zobaczyć w Lizbonie?

Lizbona to niesamowite miasto, które tak naprawdę nie wymaga od odwiedzających gotowej listy atrakcji. Ulice Lizbony spokojnie doprowadzą do ważniejszych punktów, a wiedząc, do którego autobusu lub tramwaju warto wskoczyć, można dać się ponieść widokom. Mimo to postanowiłam opisać te miejsca, które my odwiedziliśmy. Niech ten wpis posłuży Wam jako luźna lista inspiracji – a nie zbiór “must see” do odhaczania.

Jeśli jeszcze nie przeczytaliście poprzedniego wpisu o Lizbonie, zachęcam od rozpoczęcia od niego.

Tak naprawdę to miasto nie potrzebuje muzeów i galerii sztuki. Ten widok to arcydzieło samo w sobie! Mimo to, jak dobrze, że są!

Lizbona jest pełna zabytków i atrakcji turystycznych. Chociaż miasto to przyciąga tłumy turystów, często trudno jest znaleźć wiarygodne informacje, wskazujące miejsca, które rzeczywiście warto odwiedzić. Podczas naszej wycieczki pominęliśmy część punktów uznawanych za najważniejsze, a uwzględniliśmy to, co interesowało nas szczególnie. Teraz mogę przyznać, że ten jeden tydzień to było zdecydowanie za mało, aby w pełni docenić to, co to miasto ma do zaoferowania.

Dzisiaj podzielę się z Wami moją listą oraz osobistymi opiniami na temat poszczególnych miejsc. Warto wziąć pod uwagę, że każdy ma inne zainteresowania i gust i moja lista będzie na pewno odbiegać od tego, co poleca TripAdvisor. Oprócz wizyty w muzeach i innych obiektach, zdecydowanie polecam zwiedzenie miasta z przewodnikiem – łatwo znaleźć darmowe spacery piesze, opłacane na zasadzie dobrowolnych napiwków. Tymczasem skupmy się na samych punktach na mapie.

Swoją listę podzieliłam na kilka części, aby pogrupować obiekty pod względem lokalizacji. Zacznijmy od samego centrum miasta.

Centrum

Słowem “Centrum” określiłam miejsca, do których spokojnie można dojść pieszo, znajdując się gdzieś pomiędzy Rossio a Praça do Comércio (dzielnica Baixa i dzielnice sąsiadujące). Bardzo fajny tekst na temat dzielnic Lizbony można przeczytać na tej stronie.

Zamek św. Jerzego – nie bez powodu jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Lizbonie. Początkowo nawet chcieliśmy go pominąć, bojąc się pułapki turystycznej. Jak dobrze, że tego nie zrobiliśmy! XII-wieczny obiekt, wybudowany przez Maurów, w którym spokojnie można spędzić kilka godzin – nie tylko ze względu na sam zamek (albo raczej to, co po nim zostało), ale przede wszystkim ze względu na niezwykłe widoki rozpościerające się z jego murów. W zamian za częstą wspinaczkę po schodach (miłośnikom schodów szczególnie polecam Torre de São Lourenço – warto!). Wystawy wewnątrz zamku wydają się mniej istotne niż jego wieże i mury, natomiast warto zobaczyć wykopaliska archeologiczne, dostępne tylko o konkretnych godzinach, z przewodnikiem. Ach, no i zamkowe ogrody z nietypowymi roślinami i ciekawymi rzeźbami.

Ważne! Aby uniknąć naprawdę długiego czekania w kolejce, warto wcześniej zakupić bilet przez Internet.

Wszystkie zdjęcia w Lizbonie robiliśmy razem z narzeczonym, wyrywając sobie nawzajem aparat, więc załóżmy, że to dzieło wspólne.

Torre da Igreja do Castelo de São Jorge – wieża widokowa przy kościele Świętego Krzyża obok zamku św. Jerzego. Dałabym jej takie 2/5, ponieważ widoki z niej są dość przeciętne jak na to miasto, a kościół niczym mnie nie zachwycił. Jest to jednak miejsce mniej oblegane przez turystów, co jest oczywiście dużym plusem.

Katedra w Lizbonie – myślę, że warto ją odwiedzić, jeśli jest się zainteresowanym architekturą sakralną, choć nie wyróżnia się specjalnie spośród innych znanych mi katedr. Tym, co mnie najbardziej zainteresowało, były proporcje kolumn – bardzo duże bazy i głowice w porównaniu do trzonów. Dla osób, które lubią przebywać pośród starych murów, pozycja obowiązkowa.

Choćbym zobaczyła dziesięć tysięcy katedr, dziesięć tysięcy pierwsza wciąż zrobi na mnie wrażenie.

Carmo Convent – czyli klasztor Karmelitów, a raczej jego ruiny. Również jedno z najczęściej odwiedzanych przez turystów miejsc w Lizbonie. Kościół został zniszczony podczas słynnego trzęsienia ziemi i obecnie można oglądać ruiny w postaci gołych słupów i reszty ścian. W środku jest także niewielkie muzeum archeologiczne, prezentujące zachowane elementy kościoła (rzeźby itp.). Myślę, że niesamowite byłoby zobaczenie tego miejsca po zmroku.

Muzeum Narodowej Gwardii Republikańskiej – choć do tej pory nie ciągnęło mnie do tego typu muzeów, to zostało nam silnie polecone jako jedno z lepszych muzeów w Lizbonie. Czy tak jest w rzeczywistości – spekulowałabym, jednak to niewielkie muzeum jest wciąż warte odwiedzenia. Nowocześnie zorganizowane, przedstawia eksponaty związane z armią oraz przekazuje wiedzę historyczną. W Internecie można spotkać się z informacją, że muzeum jest darmowe, jednak obecnie koszt zwiedzania to 2 euro.

Elevador de Santa Justa – jest to miejsce, które trzeba zaliczyć, ale najlepiej w sposób niekonwencjonalny. Winda z punktem widokowym jest oblegana przez turystów, co oczywiście wiąże się z ogromnymi kolejkami. Nic dziwnego – widok z góry jest oszałamiający! Aby oszczędzić sobie kilku euro oraz nawet paru godzin stania pod windą, warto wejść od strony Carmo Convent na górną stację windy. Tam można kupić bilet na samą platformę widokową (1.50 €), czyli to, na co ci wszyscy ludzie tam na dole będą jeszcze czekać długo po naszym wyjściu.

Museu do Aljube – Muzeum Oporu i Wolności Aljube – utworzone w budynku dawnego więzienia, opowiada o historii walki z dyktaturą i drodze do wolności. Choć trudno znaleźć je w przewodnikach po Lizbonie, mnie zaciekawił sam temat i naprawdę cieszę, że udało nam się je odwiedzić. Wystawa jest współczesna, multimedialna, wywołująca emocje. Zawiera też wiele ciekawych informacji i źródeł historycznych.

Bardzo dużo ciekawych informacji do poczytania, także w języku angielskim.

Lisboa Story Centre – było chyba najbardziej rozczarowującym miejscem, które odwiedziliśmy w Lizbonie. Może dlatego, że oczekiwałam wiele – informacji na temat miasta. Coś jak Muzeum Warszawy, jak Muzeum Amsterdamu, jakiekolwiek współczesne muzeum stolicy… Tutaj dostałam audioguide’a z mało informacyjną treścią i denerwującymi dialogami (prawdopodobnie targetowanymi w grupę docelową 8-12 lat). Głównym punktem muzeum była niewielka sala kinowa z projekcją animacji, dość miernej jakości, i symulacją trzęsienia ziemi, które zrujnowało miasto. Dla dzieci prawdopodobnie byłoby to ciekawe, dorosły widz natomiast oczekiwałby większego realizmu i bardziej informacyjnych treści.

Choć uwielbiam nowoczesna muzea, to jedno poleciłabym raczej wyłącznie dużo młodszym odbiorcom.

Autobusem i tramwajem

Muzeum Azulejos (płytek ceramicznych) – wydawać by się mogło, że temat niepozorny, czego oczekiwać po takim muzeum? Ja muszę przyznać, że dla mnie było to jedno z ciekawszych miejsc odwiedzonych w Lizbonie. Tzw. „kafelki” również mogą być ciekawe i to miejsce to udowodni – przedstawiając zbiór najładniejszych, najciekawszych i najważniejszych historycznie płytek. Poza tym można dowiedzieć się, jak powstają tego typu elementy, w jaki sposób tworzy się barwniki do nich, jakie rodzaje kafelków w ogóle występują… A na koniec kafelkowa panorama miasta! Ach, no i warto dodać, że muzeum mieści się w zabytkowym klasztorze i sam obiekt jest ciekawy architektonicznie.

Zespół budynków i ogrodu Calouste Gulbenkiana – myślę, że obowiązkowy punkt dla miłośników sztuki. Dwie duże kolekcje – ze sztuką dawną i współczesną oraz nietypowa przestrzeń pomiędzy nimi (zawierająca na przykład las bambusowy) naprawdę zachwycają. Kolekcji nie będę opisywać, bo często się zmienia, muszę jednak przyznać, że wybór ekspozycji zdecydowanie trafił w mój gust.

LxFactory – umieszczam na końcu tej listy ze względu na lokalizację w stronę kolejnej kategorii, jednak my odwiedziliśmy LxFactory jako pierwsze, ze względu na odbywający się w każdą niedzielę LxMarket. To miejsce zdecydowanie polecam miłośnikom hipsterskich knajpek, saloników z rękodziełem, sztuki ulicznej i craftowego piwa. LxFactory to tętniąca życiem przestrzeń kulturalna w terenach poprzemysłowych. Naprawdę warto tam zajrzeć, chociaż na chwilę.

Dlaczego LxFactory warto odwiedzić właśnie w niedzielę

Belém

Ta część Lizbony została przez nas odwiedzona dość szybko i ominęliśmy wiele punktów, które przyciągają licznych turystów. Większość osób jedzie do Belém, aby zobaczyć Klasztor Hieronimitów, Wieżę Belem oraz Pomnik Odkrywców. My te wszystkie miejsca obejrzeliśmy tylko od zewnątrz – być może zostawiając sobie je na kolejny raz. Zobaczyliśmy tylko muzeum pałacu Presidencia, ze względu na polecenie. Było ciekawe, choć nie jestem do końca pewna, czy jest to ważny punkt wycieczki. Sam pałac można odwiedzić tylko dwa razy w tygodniu, przez to warto konkretniej zaplanować swoją wycieczkę do Belém.

Tym, co natomiast powinno znaleźć się na liście każdego miłośnika sztuki i kultury jest Museu Coleção Berardo w Belém Cultural Center. Jest to ogromna galeria sztuki współczesnej, zawierająca światowej klasy zbiór dzieł, które zdecydowanie warto zobaczyć na własne oczy. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że to miejsce aż tak mnie zachwyci. Wszystko posegregowane stylami, zorganizowane w nowoczesny sposób, przyjazny dla odbiorcy. Poza tym naprawdę ciekawe wystawy czasowe, prezentujące genialnych artystów współczesnych. Z całego serca mogę polecić to miejsce.

W tej części Lizbony znajduje się ciekawe muzeum MAAT, niestety podczas naszego wyjazdu było ono zamknięte z powodu wichury. No, na następny raz będzie!

Belem jest zdecydowanie ciekawym miejscem o charakterze portowym. Myślę, że zdecydowanie warto je odwiedzić będąc w Lizbonie. Szczególnie pięknie wygląda o zachodzie słońca, kiedy można usiąść w pobliżu zabytków i patrzeć na kolory nieba odbijające się w wodzie.

Lisboa Card?
A może coś na sam transport?

Przed każdą miejską podróżą szukam możliwych opcji oszczędzenia paru groszy na drogich biletach wstępu. Bardzo długo zastanawiałam się nad zakupem Lisboa Card i ostatecznie… zrezygnowałam.

Lisboa Card, jak się łatwo domyślić, jest ofertą skierowaną w stronę turystów chcących zobaczyć jak najwięcej. Płacisz raz i masz dostęp do wielu obiektów, darmową komunikację publiczną i zniżki do wybranych usług. Wadą jest krótki czas, w którym możesz to zrobić. Do wyboru 1, 2, albo 3 dni. Jest to zawsze zbyt mało, aby zobaczyć wszystkie miejsca na liście, ale dostatecznie dużo, aby zaliczyć co najmniej kilka z nich.

W przypadku Lizbony, oferta opłaca się, kiedy zamierza się dużo podróżować komunikacją publiczną, a zamiast spędzać długie godziny w muzeach, bardziej wolałoby się wejść na chwilę, popatrzeć na kilka eksponatów i wyjść. Wydaje mi się, że tutaj oferta jest niezbyt atrakcyjna.

Tym, co natomiast koniecznie trzeba kupić jest karta Viva viagem (a nawet kilka takich kart – jedna kosztuje jedynie €0.50). Jest to karta z chipem, na którą można ładować bilety komunikacji publicznej lub prościej – wpłacić na nią wybraną kwotę, która będzie odpowiednio wykorzystywana podczas przejazdów autobusami, tramwajami czy pociągami. Ważne! Jedną kartę można uzupełnić tylko jednym rodzajem biletu. Wybierając się więc gdzieś dalej (np. do Sintry), a mając wciąż dostępne “bilety lokalne” na swojej karcie, konieczne będzie kupienie drugiej.

“Wesołych Świąt” :)

Tym wpisem oczywiście nie wyczerpałam tematu zwiedzania Lizbony, a jedynie go napoczęłam. Jak już powiedziałam – ja jeszcze tu wrócę!

Pozostałe wpisy z serii:

Ucieczka do Lizbony – cz. 3 – O kulturze i naturze, wizyta w Sintrze i Cascais (wkrótce!)

Więcej

Ucieczka do Lizbony – cz. 1

Kocham europejskie stolice. Miasta te nie dość, że posiadają długą i ciekawą historię, to często i ich współczesność fascynuje. Inne duże ośrodki również potrafią być piękne i niezwykłe, jednak dla mnie tytuł stolicy oznacza po prostu pewność, że niezależnie od pory roku, znajomości języka czy dostępnej gotówki, zawsze będzie tam co robić. Stolica, którą dzisiaj opiszę, szczególnie ukradła moje serce. Poczytajcie o wspaniałej Lizbonie, którą odwiedziliśmy pod koniec grudnia ubiegłego roku.

To miała być zwykła ucieczka od świątecznego szaleństwa. Zamiast wydawać ogromne kwoty na bilety do Polski (Polacy podróżują jak szaleni do swoich rodzin w czasie Bożego Narodzenia – nawet wydając na to wielokrotności normalnych cen przewozów czy lotów), postanowiliśmy po prostu wybrać coś tańszego i pozwalającego odpocząć od pracy i życia w Niemczech. Postawiliśmy sobie warunek: jakieś ciepłe miejsce, bezpieczne, niedrogie, łatwe do zaplanowania. Kiedy wyszukiwarka lotów wskazała Lizbonę, już wiedziałam, że będzie to strzał w dziesiątkę. Oboje nigdy nie byliśmy w Portugalii, natomiast rok temu zaliczyliśmy Barcelonę i wróciliśmy stamtąd z pięknymi wspomnieniami i chęcią powrotu.

Pogoda w Lizbonie pod koniec grudnia jest praktycznie idealna. Jest ciepło, więc grube kurtki i rękawiczki można schować, natomiast nie ma upałów, zmuszających ludzi do nakładania grubych warstw kremów z filtrem, noszenia okularów przeciwsłonecznych (to boli szczególnie ludzi z wadą wzroku) a turystów nie ma aż tylu, co w sezonie. Przez większość świątecznych dni wszystkie atrakcje i muzea są otwarte. Wyjątkiem jest 25 grudnia, kiedy zamknięte jest oczywiście wszystko, oraz 24 grudnia, kiedy większość miejsc oficjalnie jest otwarta, ale na miejscu okazuje się, że powieszono karteczkę z napisem, że jednak nie. Lizbona otoczona jest jednak piękną przyrodą i warto wtedy uciec z miasta na spacer po plaży w Cascais czy w okolice Sintry.

Ale wróćmy do samej Lizbony.

Żółty tramwaj nr. 28 to jeden z symboli miasta. Ta zabytkowa linia pokonuje naprawdę strome wzniesienia, ostre zakręty i to wszystko pomimo tłumów turystów wewnątrz!

Trochę historii

Lizbona ma bardzo złożoną historię i pozostałości z poszczególnych czasów wciąż można znaleźć w przestrzeni miasta. Już w czasach antycznych funkcjonowała tutaj osada, być może nawet punkt handlowy, choć początki Lizbony datuje się o wiele wcześniej. Czasy rzymskie pozostawiły po sobie duży ślad. Potem przejęcie przez Maurów dało zupełnie nowy kierunek rozwojowi miasta, w tym i architekturze, tym razem muzułmańskiej. Dopiero w XXII wieku Lizbona została włączona do Portugalii, a obecni mieszkańcy przeszli na chrześcijaństwo lub przenieśli się do innych krajów muzułmańskich. Od 1255 miasto jest stolicą Portugalii (prawie ciągle) i głównym ośrodkiem państwa.

To z Lizbony, z portu w Belém, wypływały wyprawy odkrywców i kolonizatorów. Miasto było uznawane za jeden z najważniejszych ośrodków Europy. Niestety, w 1755 większa część miasta została zniszczona w trzęsieniu ziemi oraz następujących pożarach. Ocalali ludzie, ukrywając się w pobliżu brzegu, zostali w dużej części zgładzeni przez tsunami.

Miasto zostało odbudowane według zupełnie nowego planu. Postawiono na prosty układ z najważniejszą ulicą łączącą główne place: Praça do Rossio (główny plac handlowy i miejsce spotkań) oraz reprezentacyjny Praça do Comércio, z łukiem triumfalnym i posągiem króla Józefa I na koniu. Cała przestrzeń pomiędzy placami to obecnie serce Lizbony, położone w wąwozie pomiędzy miejskimi wzgórzami. Ten niezwykle prosty i skuteczny układ tworzy bardzo przyjemną do spaceru tkankę miasta.

Wszystkie zdjęcia w Lizbonie robiliśmy razem z narzeczonym, wyrywając sobie nawzajem aparat, więc załóżmy, że to dzieło wspólne.

Miasto dziś

W Lizbonie można zakochać się za samą geografię miejsca. Za tą jego trójwymiarowość. Z jednej strony mamy praktycznie bezpośredni dostęp do Atlantyku, z drugiej teren ukształtowany jest dość górzyście, ułatwiając znalezienie punktów widokowych. To jest właśnie to, co ujęło mnie szczególnie – choć miasto charakteryzuje się zwartą zabudową, wciąż łatwo trafić na otwarcia widokowe. Jest ich naprawdę mnóstwo, od przypadkowo napotkanych szpar pomiędzy budynkami, do specjalnie ulokowanych tarasów na dachach domów.

Poziomy ulic Lizbony są tak zróżnicowane, że miasto wyposażono w windy, pozwalające za darmo wjechać na wyższe „piętro”. Z tego powodu warto zapomnieć o istnieniu Google Maps i dać się prowadzić miastu, zaskakującemu na każdym kroku. Kręte uliczki i tak zawsze doprowadzą w jakieś piękne miejsce, nawet jeśli nie będzie to dokładnie to, którego właśnie szukasz.

A czym właściwie jest to piękno? Tutaj mogłabym się rozpisywać, ale postaram się ująć to co najważniejsze. Lizbona to nie jest miasto czyste i sterylne, jak miasta niemieckie, ale też niegłośne i dzikie jak opisywany wcześniej Stambuł. To taki złoty środek pomiędzy jednym a drugim. Z jednej strony nie wieje nudą, z drugiej wydaje się być całkiem bezpieczna.

Miasto łączy też stare z nowym. Zgodnie z tamtejszą tradycją budowlaną, obiekty obłożone są kolorowymi kafelkami, często zawierającymi wzory lub malunki. Choć przed przyjazdem słyszałam wielokrotnie, że turyści zdrapują kafelki z domów, a wiele z nich jest w złym stanie, sama nie zauważyłam podobnych tendencji. Wiele budynków miało wręcz nowo wyłożoną ceramikę. Choć oczywiście nie wszystkie budynki mają tego typu elewację, sama powtarzalność tego stylu sprawia, że architektura miasta jest naprawdę spójna. Poza tym, czy to nie wygląda prześlicznie, kiedy fasady wręcz błyszczą się w promieniach słońca, rzucając wokół wielokolorowe odbicia?

Elementem nowym jest natomiast liczna sztuka miejska. Uwielbiam street art, a w Lizbonie natykaliśmy się na rozmaite interwencje w przestrzeni miejskiej na każdym kroku! Od nietypowych rzeźb i zabawnych znaków i naklejek po niezwykłe murale. W mieście działają liczni artyści street artowi, tworzący naprawdę niezwykłe dzieła, często odpowiadające na obecne problemy lub przekazujące konkretne, ważne, znaczenie. A przy okazji są piękne i sprawiają, że miasto jest jeszcze ciekawsze, niż byłoby bez udziału sztuki.

Trójwymiarowy mural autorstwa Bordalo II w LxFactory

Ciąg dalszy:

Ucieczka do Lizbony – cz. 2 – Co warto zobaczyć w Lizbonie? (wkrótce!)

Ucieczka do Lizbony – cz. 3 – O kulturze i naturze, wizyta w Sintrze i Cascais (wkrótce!)

Więcej

Na ile ekologicznie jesteśmy w stanie żyć?

Ten temat wydaje się być na topie w ciągu ostatnich miesięcy. Choć naukowcy od dziesiątek lat bili na alarm, dopiero teraz widzimy na własne oczy skutki globalnego ocieplenia. Brak zimy, pożary w Szwecji, Brazylii, Australii. Dzięki Internetowi każda wiadomość może w błyskawicznym tempie dotrzeć do milionów odbiorców. Choć prawdopodobnie przegapiliśmy naszą szansę uratowania świata, ludzkość jest zbyt zawzięta, aby stać z założonymi rękami i przyglądać się zbliżającej się katastrofie. Coraz więcej osób chce coś zrobić, chce mieć jakiś pozytywny wkład w środowisko, albo chociaż ograniczyć negatywne skutki swojej egzystencji.

Poniższy tekst został napisany w ramach Inicjatywy #BloggersHelpWorld serwisu Mocna Grupa Blogerów. Celem akcji jest pokazanie, jak żyć ekologicznie i oszczędniej, dbając o naszą planetę oraz dając dobry przykład innym.

Co tak właściwie możemy zrobić? Metod i sposobów jest bardzo wiele, a każdy gest może zarówno nieść za sobą pozytywne skutki, jak i nie prowadzić do żadnej zmiany w ogóle. Myślę, że jest jednak mnóstwo małych, średnich i dużych postanowień, które warto chociaż rozważyć. Możemy zrobić grę – ja przygotuję listę, a Wy napiszcie, ile podpunktów udało Wam się odhaczyć, a ile więcej zamierzacie wprowadzić w swoim życiu w najbliższej przyszłości. Co więc można zrobić?

50 sposobów

Oto lista rzeczy małych, średnich i dużych, bez konkretnej kolejności. Jest ich dokładnie pięćdziesiąt. Z całą pewnością dałoby się dopisać drugie tyle, skupiając się dokładniej na każdej dziedzinie życia z osobna. To są rzeczy, które po prostu przyszły mi na myśl. Sama stosuję się do około 35-40 z nich.

  1. Ograniczenie kupowanie nowych ubrań
  2. Naprawianie zamiast wymieniania
  3. Kupowanie z drugiej ręki, na przykład w ciucholandach
  4. Korzystanie z usług zamiast posiadania własnych sprzętów, urządzeń
  5. Picie wody z kranu
  6. Posiadanie butelki na wodę wielokrotnego użytku
  7. Przynoszenie jedzenia w pudełku wielokrotnego użytku
  8. Ponowne wykorzystywanie resztek z obiadu
  9. Branie krótkich pryszniców zamiast długich kąpieli w wannie
  10. Oszczędne korzystanie z wody podczas mycia naczyń czy zębów
  11. Redukcja spożycia mięsa – na przykład bezmięsne piątki
  12. Rezygnacja z czerwonego mięsa
  13. Rezygnacja z mięsa w ogóle – przejście na wegetarianizm
  14. Rezygnacja z mięsa i produktów odzwierzęcych – przejście na weganizm
  15. Unikanie produktów zawierających niepotrzebnie dużo opakowania
  16. Kupowanie produktów w większych opakowaniach, jeśli ma się pewność, że zje się je w całości
  17. Kupowanie produktów w mniejszych opakowaniach, jeśli zwykle nie dojada się ich do końca przed ich zepsuciem
  18. Ponowne wykorzystywanie opakowań po produktach spożywczych
  19. Dojazdy do pracy, szkoły czy na uczelnię rowerem lub komunikacją publiczną
  20. Rezygnacja z samochodu – w razie czego zawsze można wypożyczyć
  21. Mieszkanie w budynku ocieplonym
  22. Ograniczenie ogrzewania zimą – to nie jest ta pora roku, w której po domu chodzi się w bieliźnie
  23. Wietrzenie zimą tylko przy wyłączonym ogrzewaniu
  24. Kupowanie owoców i warzyw bez opakowania czy siatki (i tak je umyjesz)
  25. Oddawanie pustych butelek z powrotem do sklepu
  26. Kupowanie produktów lokalnych
  27. Unikanie produktów, które muszą być sprowadzane drogą lotniczą (np. awokado)
  28. Unikanie produktów zawierających olej palmowy
  29. Nie kupowanie w nadmiarze = nie wyrzucanie
  30. Wykorzystywanie toreb wielokrotnego użytku podczas zakupów (ale nie kupowanie nowych specjalnie do tego celu!)
  31. Segregacja odpadów
  32. Rezygnacja, ograniczenie podróży samolotem
  33. Rezygnacja z „kawy na mieście”, a jeśli już to bez pokrywki
  34. Wymiana żarówek na LEDowe
  35. Gaszenie światła i wyłączanie urządzeń, kiedy się z nich nie korzysta
  36. Oszczędne korzystanie z produktów czyszczących, tworzenie własnych
  37. Zamiast podpasek i tamponów, kubeczek menstruacyjny
  38. Rezygnacja lub ograniczenie potomstwa
  39. Posiadając niemowlę – wybór pieluch wielorazowych
  40. Zamiast kupować ubranka dla dziecka – zapytać znajomych, czy ktoś się nie pozbywa
  41. Ponowne wykorzystywanie jednostronnie zadrukowanych kartek
  42. Nie drukowanie biletów – korzystanie z wersji elektronicznej
  43. Wybór korespondencji elektronicznej
  44. Nie kupowanie książek – wypożyczanie lub wybór wersji elektronicznej
  45. Kupowanie produktów wyprodukowanych z użyciem materiałów porecyklingowych
  46. Wybór produktów, które da się ponownie przetworzyć
  47. Wybór produktów, z których będzie można korzystać dłużej
  48. Dotacja organizacji środowiskowych
  49. Wolontariat w organizacjach środowiskowych
  50. Promocja zachowań pro środowiskowych

Ile podpunktów udało Wam się odhaczyć? Jestem pewna, że co najmniej kilka – a może nawet większość? Wydawać by się mogło, że świat idzie w dobrą stronę, że ludzie są coraz bardziej świadomi i jak tak dalej pójdzie, to powinno się to globalne ocieplenie jakoś załagodzić. W końcu w grupie siła, prawda? Niezupełnie.

Realne znaczenie

Pierwszym dużym problemem jest fakt, że przeciętny zjadacz chleba nie ma aż tak dużego wpływu na środowisko, jaki mają wielkie korporacje. Te nie tylko wpływają na wybory konsumentów, ale także dyktują reguły całej gry. Czy bilety na komunikację publiczną w Niemczech byłyby takie drogie, gdyby nie ogromne firmy samochodowe? Czy urządzenia domowe psułyby się od razu po zakończeniu okresu gwarancji, gdyby firmy nie liczyły na szybki powrót klienta? Czy produkty spożywcze byłyby wciąż pakowane w nadmierną ilość plastiku, gdyby ktoś nie policzył, że w ładnej folii dana rzecz się lepiej sprzeda, więc koszty opakowania zwrócą się z nawiązką?

Ludzie też nie chcą rezygnować ze swoich przyjemności i marzeń, widząc jak minimalny odsetek społeczeństwa pławi się w luksusach. Ja spędzę wakacje w nieodległym mieście, a kto inny będzie kilka razy dziennie latał prywatnym samolotem na spotkania biznesowe. Ja przejdę na weganizm, a kto inny zorganizuje imprezę, po której wyrzucone zostaną setki kilogramów niedojedzonych posiłków. Ja starannie porozdzielam wszystkie śmieci, a kto inny wywiezie swoje odpady do lasu. Wydawać by się mogło, że gra jest niewarta świeczki i po co w ogóle się starać, skoro nasze poświęcenie nie ma rzeczywiście realnego oddziaływania na środowisko…

Myślę, że wiele osób zadawało sobie to pytanie niejednokrotnie. Ja również. I doszłam do wniosku, że mimo to, nie zmienię swoich dobrych nawyków, za to będę powoli wprowadzać do swojego życia kolejne.

Przede wszystkim jest to myśl, że nawet jeśli w ogromnej skali mój gest nic nie znaczy, ma on znaczenie w ogóle. Ta jedna plastikowa siatka mniej może i nie oczyści oceanów, ale też nie zapląta się w nią morskie zwierzątko, nie trafi na nią nikt na jakiejś oddalonej o tysiące kilometrów ode mnie plaży. Ten bezmięsny obiad nie zredukuje produkcji mięsa, ale po latach wegetarianizmu będę mogła powiedzieć, że nie zjadłam kilkuset zwierząt. A jeśli za mną poszły kolejne osoby, jeśli kogoś przekonałam, to ta liczba się zwiększa.

Mój jednokrotny gest okazuje się całkiem duży, kiedy powtarzam go przez wiele lat. Warto więc wprowadzać dobre zmiany w życiu, zwłaszcza jeśli tak naprawdę nie prowadzą one do większych wyrzeczeń, poświęcenia.

Bo jak długo cieszysz się z tej jednorazowej plastikowej butelki, w której kiedyś tam kupiłeś sobie wodę?


Wpis powstał z okazji akcji #BloggersHelpWorld – Mocna Grupa Blogerów.

Więcej