Tag: wietnam

Prowincja Ninh Bình i kompleks krajobrazowy Tràng An

Za oknem szaro, a na horyzoncie brak perspektywy jakiegokolwiek wyjazdu. To chyba idealny moment, aby powrócić do pięknych wspomnień ze wcześniejszych podróży. Jedną z nich była podróż do Wietnamu – do dziś najdalsza i najdłuższa wyprawa w moim życiu. Do teraz czasami trudno mi uwierzyć, że udało mi się tak wiele zobaczyć, nawet pomimo powoli rozpoczynającej się już pandemii.

Ponieważ w te zaledwie dwa tygodnie powstało tak wiele wspomnień i zdjęć, pewnie jeszcze długo będę je porządkować i do nich wracać. Po dłuższym czasie bez wiadomości, przyszedł wreszcie czas na kolejną część wietnamskich przygód. Tym razem będzie o okolicach miasta Ninh Bình na północy Wietnamu. Choć to miejsce początkowo w ogóle nie było w planach, czasem myślę, że pod wieloma względami było wręcz moim ulubionym podczas całej podróży.

Konkretniej, chciałabym opisać Tràng An, rezerwat przyrody, wpisany na listę UNESCO. Znajduje się tam kilka kompleksów turystycznych, z których łatwo dostać się do naprawdę niesamowitych miejsc. My nocowaliśmy w małym i uroczym domku jednopokojowym w Tam Cốc-Bích Động. Był to zdecydowanie strzał w dziesiątkę – z ogrodem pełnym roślin i z dala od hałasu dało się naprawdę odpocząć. Zwłaszcza, że potrzebowaliśmy dużo energii, aby zwiedzić chociaż te najważniejsze miejsca w okolicy.

Mapka poglądowa z lokalizacją najważniejszych punktów podróży

Ogólnie zdecydowanie najfajniej by było poruszać się pomiędzy poszczególnymi punktami na motocyklu. Dla mnie ta opcja jednak z góry odpadła – nigdy w życiu nie jechałam motorem ani skuterem i nie było szans nauczyć się tego w takim momencie. Na szczęście rower również wchodził w grę i – jak się okazało – był naprawdę przystępnym środkiem komunikacji na tym terenie. Co prawda jazda na rowerze w temperaturze ponad trzydziestu stopni ma również swoje wady, jednak po takich płaszczyznach można bardzo łatwo pokonać i długie kilometry. Gorzej, jak z powodu awarii typu pęknięcie opony trzeba te kilometry przejść pieszo, czego oczywiście również udało mi się doświadczyć.

Niezwykłe krajobrazy Tràng An

Choć region Tràng An ma naprawdę wiele do zaoferowania, to właśnie przyroda sprowadza tutaj najwięcej turystów. Najprościej opisując, jest to płaski teren, z którego wystają ogromne masywy piaskowcowe. Góry te oplatane są rzekami, zawile rozdzierającymi pola ryżowe. Mimo to, także szukając historii i kultury, bez problemu można natrafić na liczne pagody, rzeźby czy inne obiekty. Kolejnym walorem są dostępne w paru miejscach spływy kajakowe. O tym będzie za chwilę. Niektóre miejsca są oczywiście specjalnie rozbudowane pod kątem turystyki i oferują liczne usługi, wciąż można jednak znaleźć zupełnie niepopularne miejsca, poza utartymi szlakami. My skupiliśmy się głównie na pierwszej kategorii, korzystając z okazji, że już wtedy liczba turystów była mocno ograniczona.

Múa Cave (Hang Múa)

Jedną z najpopularniejszych atrakcji okolicy jest park Múa, często wymieniany jako Múa Cave, choć uważam, że jaskinia zdecydowanie nie jest jego najciekawszę częścią. Są nią schody. Około pięciuset stopni prowadzi na dwa szczyty z punktami widokowymi na pola ryżowe. Stamtąd można też obserwować łódki odpływające z Tam Cốc. Schody udekorowane są rzeźbami smoków, a na szczytach mieszczą się niewielkie kapliczki. Cały kompleks Múa Cave jest zdecydowanie nastawiony na turystów, przez co trzeba się przebić przez liczne sklepiki i całą tę infrastrukturę turystyczną… ale warto! Widoki z góry są niesamowite i pozwalają ogarnąć wzrokiem o wiele szerszy teren niż normalnie.

Spływ łódką

Będąc w tej okolicy, zdecydowanie nie można przegapić spływu łódką. Jest ich bardzo wiele do wyboru i rozpoczynają się z różnych miejsc. Najpopularniejsze to te przy centrum turystycznym Tràng An oraz w Tam Cốc. Inne opcje to Thung Nắng, Kênh Gà (spływ motorówką) czy Vân Long. Oczywiście różnią się one między sobą – nie tylko samą trasą, ale i sposobem zorganizowania. Na ogół nie pływa się samemu – łódką steruje ktoś miejscowy. Może wydawać się to ograniczające, ale w przypadku popularnych tras nie dałoby się zrobić tego inaczej, ponieważ prowadzą one przez wąskie wąwozy i ciasne jaskinie, przez co manewrowanie wymaga świetnych umiejętności. Trasy są również ściśle wyznaczone i zboczenie z nich mogłoby znacznie wydłużyć czas dotarcia z powrotem do przystani. W Tràng An łódki zabierają czterech turystów, a w Tam Cốc już tylko dwie dodatkowe osoby.

Płynąc taką łódką można wreszcie zobaczyć rezerwat przyrody od środka. Rzeki wiją się wokół tych gór piaskowcowych, przez co każdy odcinek może czymś zaskoczyć. Niektóre trasy są bardzo długie, np. czterogodzinne, i zakładają przystanki po drodze. Wiele z nich prowadzi przez liczne jaskinie, nawet długości ponad kilometra.

Liczne pagody, miejsca kultu

Nawet tutaj oczywiście nie mogło zabraknąć ciekawej architektury tradycyjnej. Najbliżej Tam Cốc znajduje się pagoda Thai Vi. Nie jest to duży kompleks, choć będąc już na miejscu, warto go zobaczyć, a potem przejść jeszcze kawałek dalej, podziwiając piękne krajobrazy.

O wiele więcej można zobaczyć, odwiedzając dawną stolicę Wietnamu (XX i XXI w.) – Hoa Lư. Nawet tysiącletnie świątynie i grobowce wydają się bardzo skromne w porównaniu z bogato dekorowanymi budynkami z Huế. Trudno jednak przejść obojętnie obok czegoś, co przetrwało całe milenium. Planując podróż w kwietniu warto wziąć pod uwagę, że odbywa się tam wówczas tradycyjny festiwal, przyciągający tłumy ludzi. Z chęcią bym go zobaczyła, ale cieszę się, że jednak udało nam się za pierwszym razem trafić w rejony Ninh Bình w bardziej spokojnym czasie.

Kolejną ciekawą pagodą, w oczach wielu najpiękniejszą, jest Bích Động. Jest to tak właściwie kompleks trzech pagód, zlokalizowanych wokół oraz na górze o tej samej nazwie.  Prowadzi do nich malownicza brama oraz – oczywiście – schody. Miejsce szczególnie warto odwiedzić, jeśli zmierza się do parku Thung Nham, o którym będzie później.

Z ciekawostek – w prowincji Ninh Bình znajduje się także katedra rzymskokatolicka. Wybudowana pod koniec XIX wieku przez Francuzów, katedra Phát Diệm wyróżnia się jednak charakterystycznymi pagodowymi dachami, choć wciąż można rozpoznać w niej formę europejskich kościołów. Budynku nie umieściłam na mapie, ponieważ nie udało nam się go odwiedzić – znajduje się dalej na południowy wschód od wszystkich omawianych w tym poście atrakcji. Mając jednak dodatkowy dzień i skuter do dyspozycji, byłby to z pewnością interesujący cel wycieczki (25 km w jedną stronę). 

Bái Đính 

Choć tematycznie wciąż pasuje pod poprzednim nagłówkiem, postanowiłam wydzielić temu miejscu specjalny tytuł. Jest to największy kompleks buddyjskich świątyń w Wietnamie, przez co oczywiście jego zwiedzenie zajmuje o wiele więcej czasu. Znajdują się w nim zarówno dawne, jak i nowe zabudowania, jednak sama forma całości jest niesamowita. Spójrzcie tylko na zdjęcie z góry – kompleks podzielony został tarasowo na kilka części, połączonych ze sobą bocznymi schodami. Schodów jest tam naprawdę dużo, więc warto przygotować sobie wygodne buty. Być może trudno jednak uwierzyć, że wzdłuż tych schodów umieszczone jest pół tysiąca posągów arhantów.

Zarówno bramy, jak i świątynie są ciekawymi przykładami wietnamskiej architektury, oczywiście z opadającymi dachami i bogatymi zdobieniami wnętrz. Pierwsza, zabytkowa świątynia, znajduje się jednak poza murami nowych świątyń – na górze obok. Oczywiście prowadzą do niej kolejne schody, jednak zdecydowanie warto je pokonać. Trudno opisać wszystkie rzeźby, obiekty i widoki na terenie Bái Đính – jest ich po prostu tak wiele!

Zdjęcie z góry, które możecie zobaczyć poniżej, zostało wykonane z wieży, dzwonnicy. Ponieważ jest to również nowy obiekt, na jego najwyższe piętro można się dostać za pomocą windy. Jest to jedyny obiekt, za którego odwiedzenie trzeba zapłacić. Przyznajcie jednak, że zdecydowanie warto.

Thung Nham Bird Park

Jest to kolejne miejsce, któremu warto poświęcić większą część dnia, choć zostawiłam je na koniec wpisu, jako mniej „obowiązkowe” do odwiedzenia podczas pobytu w prowincji Ninh Bình. Obszerny park, pełen ogrodów, sadów, malowniczych alejek i uroczych rzeźb, zdecydowanie zaprojektowany dla turystów. Dobre miejsce na relaksujący spacer, chociaż nie wiem, jak relaksujący mógłby być w szczycie sezonu turystycznego. Zdecydowanie warto przyjechać tam rowerem, ponieważ jest on najwygodniejszym środkiem transportu do poruszania się po samym parku.

Jednym ze szczególnie ciekawych miejsc na terenie parku jest jaskinia Vái Giời. Wejście znajduje się jeszcze przed główną bramą i wymaga pokonania prawie połowy tysiąca kamiennych schodków (konkretnie 439), przedzierając się przez chaszcze, w akompaniamencie śpiewu ptaków. W środku znajdują się piękne formacje stalaktytowe i stalagnatowe, a wchodząc jeszcze wyżej, można dotrzeć do posągu Buddy i punktu widokowego na okolicę.

W Thung Nham można skorzystać ze spływu łódką, krótszego niż w przypadku wcześniej wspomnianych, ale za to prowadzącego przez jaskinie o tak niewzruszonej tafli wody, że aż stanowiącej oś symetrii ścian jaskini i ich odbicia. Może tym inspirowali się twórcy openingu do serii Dark? Inną opcją jest tak zwana Jaskinia Syrenki, podświetlona kolorowymi lampkami. Ją odwiedza się pieszo, choć bardziej odpowiednim określeniem byłoby powiedzenie, że odwiedza się ją czołgając się lub kucając, ze względu na bardzo niską przestrzeń.

Podsumowanie

W prowincji Ninh Bình spędziliśmy praktycznie cztery dni i noce, zamiast planowanych dwóch. Jednym z powodów przedłużenia było zamknięcie naszego kolejnego celu podróży – wyspy Cát Bà – z powodu pierwszego przypadku koronawirusa, odnotowanego po trzech tygodniach spokoju. Jak jednak możecie się domyślić, nie czuliśmy się tym ani trochę poszkodowani. Bez problemu przedłużyliśmy nasz nocleg w uroczym domku z ogródkiem i cieszyliśmy się raczej porównywalnym bezpieczeństwem, w tym oddalonym od świata i wielkich miast rezerwacie przyrody.

Poza tym, nawet mając te całe cztery doby, nie udało nam się zobaczyć wszystkiego. Takimi krajobrazami można by cieszyć oko nawet dwa tygodnie, bez ani chwili poczucia nudy. Z wielką chęcią wróciłabym do Tràng An jeszcze nie raz – choć może po jakimś czasie, mając już uzbierane doświadczenia z innych, rozmaitych przygód. I zdecydowanie poleciłabym tam zawitać każdemu, zwłaszcza jako odskocznia pomiędzy odwiedzaniem kilkumilionowych, chaotycznych miast Wietnamu.


Więcej

Cesarskie Miasto Huế

Czas jeszcze raz wrócić do wspomnień z mojej najdłuższej, najdalszej i zdecydowanie najpiękniejszej podróży – do Wietnamu. Dzisiaj opowiem o mieście Huế, stolicy kraju w czasach dynastii Nguyễn. Przede wszystkim postawię jednak na zdjęcia, bo one oddadzą lepiej walory estetyczne tego miejsca, niż jakiekolwiek słowo pisane.

Więcej

Wietnam – miasta i współczesna architektura

Wietnam od dawna górował na mojej podróżniczej liście marzeń i naprawdę czasem wciąż nie mogę uwierzyć, że w tym roku wreszcie udało mi się go odwiedzić. Podczas gdy wiele osób podróżuje w tym kierunku ze względu na przyrodę, kuchnię czy historię, ja chciałabym opowiedzieć dzisiaj o architekturze i miastach. Nie o tym, jak budowano w dawnych czasach, a o zupełnie współczesnych budynkach i ulicach.

Dopóki człowiek nie opuści kontynentu, nie zdaje sobie sprawy, jak podobne do siebie są miasta europejskie. Skupiamy się na różnicach w kształcie czy kolorach dachu, dekoracjach czy kompozycji urbanistycznej. Osoby siedzące w temacie bez problemu stwierdzą, czy budynek lub ulica przedstawiona na niepodpisanym zdjęciu pochodzi z Francji, Włoch czy Szwecji. Nie mówię tutaj o wsiach, które naturalnie żyją własnym życiem. Mówię o miastach, które pomimo różnic kształtują się mimo wszystko bardzo podobnie. Dworzec główny, rzeka, stare miasto, dzielnica biznesowa, osiedla takich samych domków na przedmieściach. Jest to wynikiem wspólnej kultury europejskiej, tego jak ludzie żyją i na co poświęcają swój czas.

A jak to wygląda w Wietnamie?

Natomiast Azja to zupełnie inny świat. Po odwiedzeniu Wietnamu już wiem, że nie można porównywać takich miast tą samą miarą. Dla osoby, która miała do tej pory styczność wyłącznie z europejskimi miastami, te głośne i gęste ulice stają się o wiele bardziej fascynujące, czasem przytłaczające, ale też co chwila zmuszające do refleksji i – mimo wszystko – porównań.

Miasta, które odwiedziłam to Da Nang, Hue i Hanoi, przejazdem też Ha Long i Ninh Binh. Każde z nich jest oczywiście inne, ma inną przeszłość i ukształtowało się w innych czasach. Ja przedstawię jedynie wspólny mianownik, który pokaże Wam, co dokładnie miałam na myśli, opowiadając o tej ogromnej różnicy. Na pewno chciałabym odwiedzić kiedyś Sajgon, czyli Ho Chi Minh City, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Mój opis jest wyłącznie na podstawie miast wymienionych powyżej, ewentualnie tego co widziałam z okna autobusu pomiędzy nimi.

Miasta w Wietnamie są bardzo gęste, jednak szybkie porównanie danych z Internetu uświadomiło mi, że wcale nie mają one większej gęstości zaludnienia niż miasta europejskie. To wrażenie pojawia się właśnie dzięki różnicom kulturowym i innemu trybowi życia Wietnamczyków. Pomijając zupełnie obecną teraz pandemię, wiele europejskich miast wydaje się być całkiem pusta. Spacerując, można naliczyć o wiele więcej zaparkowanych wzdłuż ulic samochodów, niż poruszających się po ulicach ludzi. Większość życia mimo wszystko spędzamy wewnątrz. W domu, w pracy, w sklepie.

Życie ulicy

W Wietnamie wygląda to zupełnie inaczej. Życie toczy się głównie na ulicy. Partery budynków są przez cały czas otwarte, zamieniając się w sklepy, restauracje, punkty usługowe. Zamiast ściany z drzwiami i oknami, będącej swojego rodzaju barierą oddzielającą wnętrze od zewnętrza, tam umieszcza się bramę szerokości całego budynku, która pozostaje przez większość czasu otwarta.

Na ulicy w Hanoi kupisz wszystko.

Według tego, co powiedział mi jeden przewodnik, supermarkety w Wietnamie powstały głównie dla turystów. Wietnamczycy wolą jednak kupować świeże jedzenie od lokalnych sprzedawców, rozwożących swoje produkty na mocno przepakowanych rowerach lub skuterach. Oczywiście są oni zupełnie częstym i typowym widokiem na wietnamskiej ulicy.

Kolejną rzeczą, która szczególnie zwróciła moją uwagę, jest to, w jaki sposób Wietnamczycy jedzą. Podczas gdy my najczęściej gotujemy coś w domu, tak aby zjeść to we własnych czterech ścianach z rodziną, oni spotykają się przed budynkiem ze znajomymi i w ten sposób spożywają swój posiłek. Najczęściej wykorzystują do tego małe, plastikowe krzesełeczka, rozstawiając je na chodniku, bez żadnej dbałości o udostępnienie przejścia przechodniom. Widząc takie spotkania, często nawet czułam pewnego rodzaju zazdrość. Miałam wrażenie, że jedzenie to dla nich świetna forma rozrywki, miłe spotkanie towarzyskie, będące zwykłą częścią dnia – a nie konieczny obowiązek połączony z jakąś tam przyjemnością jedzenia i męczarnią sprzątania później. U nas zapraszanie kogoś na obiad to święto, do którego trzeba się przygotować – tam to codzienność.

Krzesełeczka przyłapane!

Pisałam o blokowaniu chodników. Coś, co u nas budzi wiele dyskusji pomiędzy miejskimi aktywistami a właścicielami samochodów, firmami wynajmującymi hulajnogi czy sklepikarzami ustawiającymi swoje reklamy bez żadnej refleksji. W Wietnamie chodniki bardzo często są nie do przejścia, jednak nikomu to nie przeszkadza. Prawie każdy porusza się tam na skuterze albo motorze. Nawet krótka trasa kilkunastu metrów to już powód, aby wskoczyć na swój dwukołowiec i być na miejscu już w ciągu chwili.

Funkcja chodnika w Wietnamie.

Ruch drogowy

A samochody? Mało kogo na nie stać i nie są one tak użyteczne jak motor na tych ciasnych ulicach. Większość ich posiadaczy to ludzie, którzy używają ich w pracy – przewoźnicy, taksówkarze, kierowcy Graba – czyli tamtejszego Ubera. Ulice i bez półtora auta na głowę są zatłoczone.

Także styl jazdy jest zupełnie inny, wymaga innych umiejętności niż jazda po Europie. Naprawdę nie wyobrażam sobie wynajęcia auta w Wietnamie i próby poruszania się nim po mieście. Na szczęście nie funkcjonuje tam coś takiego jak carsharing. Chcesz pojechać gdzieś samochodem? Tylko z wietnamskim kierowcą – osobą, która zna zasady gry. W Europie  kierowcy pędzą przez miasto, często przekraczając dopuszczalne tempo jazdy o połowę. Raczej nie spodziewają się wypadków – w końcu, dopóki każdy trzyma się zasad (poza limitem prędkości i szacunkiem wobec niezmotoryzowanych), najprawdopodobniej nie dojdzie do wypadku. W Wietnamie kierowca musi mieć oczy dookoła głowy, a uszy zsynchronizowane z dźwiękami wokół.

Znajoma Wietnamka opisała mi te zasady tak pokrótce. Liczba użytych klaksonów jest językiem komunikacji na drodze – co oczywiście wpływa na miejski hałas. Tak więc klakson staje się ważniejszy niż kierunkowskaz, niż znaki drogowe czy jakiekolwiek zasady. Światła uliczne pełnią swoją funkcję na największych arteriach, jednak w centrum służą praktycznie wyłącznie do dekoracji. Tam już jednak zdecydowana większość poruszających się po drogach wybiera dwa kółka.

I co ma w takim razie zrobić pieszy, kiedy chce przejść na drugą stronę? Gdyby chciał zastosować się do zasady wpajanej każdemu europejskiemu dziecku od przedszkola: spojrzeć najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo i przejść, dopiero kiedy droga jest pusta… prawdopodobnie stałby w miejscu do momentu rezygnacji z celu podróży. Po prostu trzeba wejść w nurt motorów i samochodów i poruszać się stałym tempem przed siebie a oni naturalnie będą cię wymijać z przodu i z tyłu. Tobie przeleci życie przed oczami, dla nich to zwyczajny element trasy. Nawet nie wyobrażam sobie, jak skończyłoby się podobne przejście przez jezdnię w moim mieście.

Kable, szyldy i cała paleta kolorów

Mimo to, w wietnamskim mieście jest wiele innych niebezpieczeństw czyhających na nieuważnych turystów. Jednym z nich są wszechobecne kable. Plątanina najróżniejszych instalacji, niemożliwa do skontrolowania czy przypilnowania, to stały element miejskiego krajobrazu. Pajęczyna kabli łączy wszystkie budynki, często zapętlając się z ogromnymi zwojami na słupach. Kable grube, kable cienkie, kable głównie czarne, rzadziej kolorowe. Często jest ich tak wiele, że tworzą nad ulicami prawdziwy baldachim. Wiją się także po gałęziach drzew, których na szczęście w miastach jest całkiem sporo.

Kablowisko w Da Nang.

Tego chaosu dopełniają niekończące się szyldy, reklamy, billboardy i wszelkiego rodzaju napisy. Zdecydowanie jest na czym zawiesić oko. Ten chaos jest tak wielki, że zaczyna tworzyć nowy porządek. Miejsce bez kabli i szyldów zaczyna się dziwnie wyróżniać, wręcz świecić pustką.

A tutaj turystyczna część Ninh Binh – Tam Coc.

Jak wyglądają same budynki? Jest to praktycznie mikstura stylów, kolorów i kształtów. Zdecydowanie dominują bardzo długie i wąskie budynki – o podobnych proporcjach co zabudowa średniowieczna czy nowożytna w miastach Europy. Wąskie fasady, wyższy parter od kolejnych pięter i wręcz niefunkcjonalnie głęboka zabudowa. Znowu tworzę tutaj jednak niepotrzebne porównanie. Te budynki są zupełnie inne.

Na pierwszy rzut oka wydają się celowo różnić się pomiędzy sobą. Jeśli sąsiad pomalował swój dom na niebiesko, to nasz musi koniecznie być żółty albo czerwony. Tak naprawdę jednak główną rolę jak zawsze grają koszta. Od budżetu zależy wysokość budynku, a kolejne piętra powstają lata później, przy użyciu innych materiałów, często zupełnie odbiegając stylem od tego, co się znajduje poniżej.

Zdecydowanie jednak Wietnamczycy lubią ładne rzeczy. Pomimo tego chaosu w całej zabudowie miasta, można powiedzieć, że niektóre dekoracje są wręcz eleganckie! Wiele balustrad, dekoracji rzeźbiarskich czy całych wykuszy jest tak ładna, że aż trudno uwierzyć, że wzrok nie trafia tam sam, zamiast błądzić po kablach i reklamach.

Po prostu spójrzcie na te budynki i powiedzcie, że nie są śliczne!

Wnętrz nie widziałam zbyt wiele. Te, które widziałam, były ciasne, ciemne i częściowo przytulne, częściowo przytłaczające. Jeśli uda mi się zebrać więcej przemyśleń na ten temat, zwłaszcza po kolejnej wizycie w tym kraju, z chęcią opiszę i je na blogu.

Komunikacja publiczna?

Ach i ostatecznie powinnam napisać coś o tym, co moim zdaniem ma kluczowy wpływ na kształt wszystkich europejskich miast, natomiast w Wietnamie nie gra roli. Jest to komunikacja publiczna. Szukając informacji w Internecie o poruszaniu się pomiędzy miastami czy lotniskiem a miastem, dowiedziałam się o istnieniu paru autobusów. Na miejscu nie skorzystałam jednak z żadnego z nich. Wiązałoby się to z bardzo długim czekaniem, jeszcze dłuższym czasem straconym na przejazd oraz potencjalnymi problemami. Nikt nie potrzebuje autobusów, kiedy każdy ma skuter, a w razie czego zawsze można pojechać Grabem.

Będąc wieczorem w Hoi An, chcieliśmy wrócić autobusem do homestay’a, gdzie nocowaliśmy w Da Nang. Okazało się, że nie dość, że zajęłoby nam to całą wieczność, to jeszcze i tak musielibyśmy znaleźć kolejny transport po mieście. Nawet z lotniska w Hanoi, gdzie podobno autobus jeździ bez problemu, ostatecznie wzięliśmy taksówkę (która w sumie była częścią dojazdu do Ninh Binh, załatwionego nam przez kolejną noclegownię). Być może straciliśmy część autentycznych doświadczeń – w zamian zyskaliśmy mnóstwo cennego czasu podróży.

Jeśli chodzi o kolej, tutaj sytuacja wygląda trochę inaczej. Kocham pociągi i bardzo chciałam chociaż raz przejechać się pociągiem w Wietnamie. Wybór był oczywisty – trasa z Da Nang do Hue. Nawet nie sto kilometrów zajęło ponad 4 godziny. Była to jednak przepiękna podróż, z widokiem na zatokę. W takim czasie tłok da się jeszcze znieść, a i nawet udało mi się pogadać ze współpasażerami. Mało osób jednak korzysta z kolei. Przez Wietnam ciągnie się tylko jedna linia, z krótkimi rozgałęzieniami. Pociąg jeździ rzadko, powoli i zdecydowanie ma już swoje lata. Do Sapy, malowniczego regionu na północy kraju, jeździ wielu przewoźników kolejowych, jednak ich ceny są już wycelowane w majętnych turystów, a nie w większości biednych mieszkańców Wietnamu.

Na zakończenie…

Zdjęcia poniżej to dodatek dla osób bardziej zainteresowanych budownictwem niż architekturą: budowa komercyjna oraz bardziej indywidualna. Spójrzcie na ten kontrast, jeśli chodzi o rozumienie bezpieczeństwa na budowie.

Podsumowując, chciałabym mimo tych wszystkich porównań powiedzieć, że zdecydowanie nie warto krytykować wietnamskich miast za to, z czym walczy się w Europie. Tam wszelkie ustawy krajobrazowe, warunki zabudowy czy zakazy blokowania chodników po prostu nie miałyby sensu. Wyobraziłam sobie kogoś proponującego poprowadzenie ścieżek rowerowych w stolicy Wietnamu i aż śmiechłam pod nosem na taki pomysł.

Wietnam to wciąż biedny kraj, decyzje muszą być przesuwane w czasie ze względu na brak środków, a jakiekolwiek zmiany muszą być wprowadzane stopniowo. Jestem jednak pewna, że w przyszłości miasta te wciąż pozostaną egzotyczne dla europejskich turystów. Ja już teraz tęsknię za tym hałasem i kolorami.

Na koniec – miasto Da Nang nocą.

Więcej