Tag: podróże

Prowincja Ninh Bình i kompleks krajobrazowy Tràng An

Za oknem szaro, a na horyzoncie brak perspektywy jakiegokolwiek wyjazdu. To chyba idealny moment, aby powrócić do pięknych wspomnień ze wcześniejszych podróży. Jedną z nich była podróż do Wietnamu – do dziś najdalsza i najdłuższa wyprawa w moim życiu. Do teraz czasami trudno mi uwierzyć, że udało mi się tak wiele zobaczyć, nawet pomimo powoli rozpoczynającej się już pandemii.

Ponieważ w te zaledwie dwa tygodnie powstało tak wiele wspomnień i zdjęć, pewnie jeszcze długo będę je porządkować i do nich wracać. Po dłuższym czasie bez wiadomości, przyszedł wreszcie czas na kolejną część wietnamskich przygód. Tym razem będzie o okolicach miasta Ninh Bình na północy Wietnamu. Choć to miejsce początkowo w ogóle nie było w planach, czasem myślę, że pod wieloma względami było wręcz moim ulubionym podczas całej podróży.

Konkretniej, chciałabym opisać Tràng An, rezerwat przyrody, wpisany na listę UNESCO. Znajduje się tam kilka kompleksów turystycznych, z których łatwo dostać się do naprawdę niesamowitych miejsc. My nocowaliśmy w małym i uroczym domku jednopokojowym w Tam Cốc-Bích Động. Był to zdecydowanie strzał w dziesiątkę – z ogrodem pełnym roślin i z dala od hałasu dało się naprawdę odpocząć. Zwłaszcza, że potrzebowaliśmy dużo energii, aby zwiedzić chociaż te najważniejsze miejsca w okolicy.

Mapka poglądowa z lokalizacją najważniejszych punktów podróży

Ogólnie zdecydowanie najfajniej by było poruszać się pomiędzy poszczególnymi punktami na motocyklu. Dla mnie ta opcja jednak z góry odpadła – nigdy w życiu nie jechałam motorem ani skuterem i nie było szans nauczyć się tego w takim momencie. Na szczęście rower również wchodził w grę i – jak się okazało – był naprawdę przystępnym środkiem komunikacji na tym terenie. Co prawda jazda na rowerze w temperaturze ponad trzydziestu stopni ma również swoje wady, jednak po takich płaszczyznach można bardzo łatwo pokonać i długie kilometry. Gorzej, jak z powodu awarii typu pęknięcie opony trzeba te kilometry przejść pieszo, czego oczywiście również udało mi się doświadczyć.

Niezwykłe krajobrazy Tràng An

Choć region Tràng An ma naprawdę wiele do zaoferowania, to właśnie przyroda sprowadza tutaj najwięcej turystów. Najprościej opisując, jest to płaski teren, z którego wystają ogromne masywy piaskowcowe. Góry te oplatane są rzekami, zawile rozdzierającymi pola ryżowe. Mimo to, także szukając historii i kultury, bez problemu można natrafić na liczne pagody, rzeźby czy inne obiekty. Kolejnym walorem są dostępne w paru miejscach spływy kajakowe. O tym będzie za chwilę. Niektóre miejsca są oczywiście specjalnie rozbudowane pod kątem turystyki i oferują liczne usługi, wciąż można jednak znaleźć zupełnie niepopularne miejsca, poza utartymi szlakami. My skupiliśmy się głównie na pierwszej kategorii, korzystając z okazji, że już wtedy liczba turystów była mocno ograniczona.

Múa Cave (Hang Múa)

Jedną z najpopularniejszych atrakcji okolicy jest park Múa, często wymieniany jako Múa Cave, choć uważam, że jaskinia zdecydowanie nie jest jego najciekawszę częścią. Są nią schody. Około pięciuset stopni prowadzi na dwa szczyty z punktami widokowymi na pola ryżowe. Stamtąd można też obserwować łódki odpływające z Tam Cốc. Schody udekorowane są rzeźbami smoków, a na szczytach mieszczą się niewielkie kapliczki. Cały kompleks Múa Cave jest zdecydowanie nastawiony na turystów, przez co trzeba się przebić przez liczne sklepiki i całą tę infrastrukturę turystyczną… ale warto! Widoki z góry są niesamowite i pozwalają ogarnąć wzrokiem o wiele szerszy teren niż normalnie.

Spływ łódką

Będąc w tej okolicy, zdecydowanie nie można przegapić spływu łódką. Jest ich bardzo wiele do wyboru i rozpoczynają się z różnych miejsc. Najpopularniejsze to te przy centrum turystycznym Tràng An oraz w Tam Cốc. Inne opcje to Thung Nắng, Kênh Gà (spływ motorówką) czy Vân Long. Oczywiście różnią się one między sobą – nie tylko samą trasą, ale i sposobem zorganizowania. Na ogół nie pływa się samemu – łódką steruje ktoś miejscowy. Może wydawać się to ograniczające, ale w przypadku popularnych tras nie dałoby się zrobić tego inaczej, ponieważ prowadzą one przez wąskie wąwozy i ciasne jaskinie, przez co manewrowanie wymaga świetnych umiejętności. Trasy są również ściśle wyznaczone i zboczenie z nich mogłoby znacznie wydłużyć czas dotarcia z powrotem do przystani. W Tràng An łódki zabierają czterech turystów, a w Tam Cốc już tylko dwie dodatkowe osoby.

Płynąc taką łódką można wreszcie zobaczyć rezerwat przyrody od środka. Rzeki wiją się wokół tych gór piaskowcowych, przez co każdy odcinek może czymś zaskoczyć. Niektóre trasy są bardzo długie, np. czterogodzinne, i zakładają przystanki po drodze. Wiele z nich prowadzi przez liczne jaskinie, nawet długości ponad kilometra.

Liczne pagody, miejsca kultu

Nawet tutaj oczywiście nie mogło zabraknąć ciekawej architektury tradycyjnej. Najbliżej Tam Cốc znajduje się pagoda Thai Vi. Nie jest to duży kompleks, choć będąc już na miejscu, warto go zobaczyć, a potem przejść jeszcze kawałek dalej, podziwiając piękne krajobrazy.

O wiele więcej można zobaczyć, odwiedzając dawną stolicę Wietnamu (XX i XXI w.) – Hoa Lư. Nawet tysiącletnie świątynie i grobowce wydają się bardzo skromne w porównaniu z bogato dekorowanymi budynkami z Huế. Trudno jednak przejść obojętnie obok czegoś, co przetrwało całe milenium. Planując podróż w kwietniu warto wziąć pod uwagę, że odbywa się tam wówczas tradycyjny festiwal, przyciągający tłumy ludzi. Z chęcią bym go zobaczyła, ale cieszę się, że jednak udało nam się za pierwszym razem trafić w rejony Ninh Bình w bardziej spokojnym czasie.

Kolejną ciekawą pagodą, w oczach wielu najpiękniejszą, jest Bích Động. Jest to tak właściwie kompleks trzech pagód, zlokalizowanych wokół oraz na górze o tej samej nazwie.  Prowadzi do nich malownicza brama oraz – oczywiście – schody. Miejsce szczególnie warto odwiedzić, jeśli zmierza się do parku Thung Nham, o którym będzie później.

Z ciekawostek – w prowincji Ninh Bình znajduje się także katedra rzymskokatolicka. Wybudowana pod koniec XIX wieku przez Francuzów, katedra Phát Diệm wyróżnia się jednak charakterystycznymi pagodowymi dachami, choć wciąż można rozpoznać w niej formę europejskich kościołów. Budynku nie umieściłam na mapie, ponieważ nie udało nam się go odwiedzić – znajduje się dalej na południowy wschód od wszystkich omawianych w tym poście atrakcji. Mając jednak dodatkowy dzień i skuter do dyspozycji, byłby to z pewnością interesujący cel wycieczki (25 km w jedną stronę). 

Bái Đính 

Choć tematycznie wciąż pasuje pod poprzednim nagłówkiem, postanowiłam wydzielić temu miejscu specjalny tytuł. Jest to największy kompleks buddyjskich świątyń w Wietnamie, przez co oczywiście jego zwiedzenie zajmuje o wiele więcej czasu. Znajdują się w nim zarówno dawne, jak i nowe zabudowania, jednak sama forma całości jest niesamowita. Spójrzcie tylko na zdjęcie z góry – kompleks podzielony został tarasowo na kilka części, połączonych ze sobą bocznymi schodami. Schodów jest tam naprawdę dużo, więc warto przygotować sobie wygodne buty. Być może trudno jednak uwierzyć, że wzdłuż tych schodów umieszczone jest pół tysiąca posągów arhantów.

Zarówno bramy, jak i świątynie są ciekawymi przykładami wietnamskiej architektury, oczywiście z opadającymi dachami i bogatymi zdobieniami wnętrz. Pierwsza, zabytkowa świątynia, znajduje się jednak poza murami nowych świątyń – na górze obok. Oczywiście prowadzą do niej kolejne schody, jednak zdecydowanie warto je pokonać. Trudno opisać wszystkie rzeźby, obiekty i widoki na terenie Bái Đính – jest ich po prostu tak wiele!

Zdjęcie z góry, które możecie zobaczyć poniżej, zostało wykonane z wieży, dzwonnicy. Ponieważ jest to również nowy obiekt, na jego najwyższe piętro można się dostać za pomocą windy. Jest to jedyny obiekt, za którego odwiedzenie trzeba zapłacić. Przyznajcie jednak, że zdecydowanie warto.

Thung Nham Bird Park

Jest to kolejne miejsce, któremu warto poświęcić większą część dnia, choć zostawiłam je na koniec wpisu, jako mniej „obowiązkowe” do odwiedzenia podczas pobytu w prowincji Ninh Bình. Obszerny park, pełen ogrodów, sadów, malowniczych alejek i uroczych rzeźb, zdecydowanie zaprojektowany dla turystów. Dobre miejsce na relaksujący spacer, chociaż nie wiem, jak relaksujący mógłby być w szczycie sezonu turystycznego. Zdecydowanie warto przyjechać tam rowerem, ponieważ jest on najwygodniejszym środkiem transportu do poruszania się po samym parku.

Jednym ze szczególnie ciekawych miejsc na terenie parku jest jaskinia Vái Giời. Wejście znajduje się jeszcze przed główną bramą i wymaga pokonania prawie połowy tysiąca kamiennych schodków (konkretnie 439), przedzierając się przez chaszcze, w akompaniamencie śpiewu ptaków. W środku znajdują się piękne formacje stalaktytowe i stalagnatowe, a wchodząc jeszcze wyżej, można dotrzeć do posągu Buddy i punktu widokowego na okolicę.

W Thung Nham można skorzystać ze spływu łódką, krótszego niż w przypadku wcześniej wspomnianych, ale za to prowadzącego przez jaskinie o tak niewzruszonej tafli wody, że aż stanowiącej oś symetrii ścian jaskini i ich odbicia. Może tym inspirowali się twórcy openingu do serii Dark? Inną opcją jest tak zwana Jaskinia Syrenki, podświetlona kolorowymi lampkami. Ją odwiedza się pieszo, choć bardziej odpowiednim określeniem byłoby powiedzenie, że odwiedza się ją czołgając się lub kucając, ze względu na bardzo niską przestrzeń.

Podsumowanie

W prowincji Ninh Bình spędziliśmy praktycznie cztery dni i noce, zamiast planowanych dwóch. Jednym z powodów przedłużenia było zamknięcie naszego kolejnego celu podróży – wyspy Cát Bà – z powodu pierwszego przypadku koronawirusa, odnotowanego po trzech tygodniach spokoju. Jak jednak możecie się domyślić, nie czuliśmy się tym ani trochę poszkodowani. Bez problemu przedłużyliśmy nasz nocleg w uroczym domku z ogródkiem i cieszyliśmy się raczej porównywalnym bezpieczeństwem, w tym oddalonym od świata i wielkich miast rezerwacie przyrody.

Poza tym, nawet mając te całe cztery doby, nie udało nam się zobaczyć wszystkiego. Takimi krajobrazami można by cieszyć oko nawet dwa tygodnie, bez ani chwili poczucia nudy. Z wielką chęcią wróciłabym do Tràng An jeszcze nie raz – choć może po jakimś czasie, mając już uzbierane doświadczenia z innych, rozmaitych przygód. I zdecydowanie poleciłabym tam zawitać każdemu, zwłaszcza jako odskocznia pomiędzy odwiedzaniem kilkumilionowych, chaotycznych miast Wietnamu.


Więcej

Cesarskie Miasto Huế

Czas jeszcze raz wrócić do wspomnień z mojej najdłuższej, najdalszej i zdecydowanie najpiękniejszej podróży – do Wietnamu. Dzisiaj opowiem o mieście Huế, stolicy kraju w czasach dynastii Nguyễn. Przede wszystkim postawię jednak na zdjęcia, bo one oddadzą lepiej walory estetyczne tego miejsca, niż jakiekolwiek słowo pisane.

Więcej

Ucieczka do Lizbony – cz. 2 – Co warto zobaczyć w Lizbonie?

Lizbona to niesamowite miasto, które tak naprawdę nie wymaga od odwiedzających gotowej listy atrakcji. Ulice Lizbony spokojnie doprowadzą do ważniejszych punktów, a wiedząc, do którego autobusu lub tramwaju warto wskoczyć, można dać się ponieść widokom. Mimo to postanowiłam opisać te miejsca, które my odwiedziliśmy. Niech ten wpis posłuży Wam jako luźna lista inspiracji – a nie zbiór “must see” do odhaczania.

Jeśli jeszcze nie przeczytaliście poprzedniego wpisu o Lizbonie, zachęcam od rozpoczęcia od niego.

Tak naprawdę to miasto nie potrzebuje muzeów i galerii sztuki. Ten widok to arcydzieło samo w sobie! Mimo to, jak dobrze, że są!

Lizbona jest pełna zabytków i atrakcji turystycznych. Chociaż miasto to przyciąga tłumy turystów, często trudno jest znaleźć wiarygodne informacje, wskazujące miejsca, które rzeczywiście warto odwiedzić. Podczas naszej wycieczki pominęliśmy część punktów uznawanych za najważniejsze, a uwzględniliśmy to, co interesowało nas szczególnie. Teraz mogę przyznać, że ten jeden tydzień to było zdecydowanie za mało, aby w pełni docenić to, co to miasto ma do zaoferowania.

Dzisiaj podzielę się z Wami moją listą oraz osobistymi opiniami na temat poszczególnych miejsc. Warto wziąć pod uwagę, że każdy ma inne zainteresowania i gust i moja lista będzie na pewno odbiegać od tego, co poleca TripAdvisor. Oprócz wizyty w muzeach i innych obiektach, zdecydowanie polecam zwiedzenie miasta z przewodnikiem – łatwo znaleźć darmowe spacery piesze, opłacane na zasadzie dobrowolnych napiwków. Tymczasem skupmy się na samych punktach na mapie.

Swoją listę podzieliłam na kilka części, aby pogrupować obiekty pod względem lokalizacji. Zacznijmy od samego centrum miasta.

Centrum

Słowem “Centrum” określiłam miejsca, do których spokojnie można dojść pieszo, znajdując się gdzieś pomiędzy Rossio a Praça do Comércio (dzielnica Baixa i dzielnice sąsiadujące). Bardzo fajny tekst na temat dzielnic Lizbony można przeczytać na tej stronie.

Zamek św. Jerzego – nie bez powodu jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Lizbonie. Początkowo nawet chcieliśmy go pominąć, bojąc się pułapki turystycznej. Jak dobrze, że tego nie zrobiliśmy! XII-wieczny obiekt, wybudowany przez Maurów, w którym spokojnie można spędzić kilka godzin – nie tylko ze względu na sam zamek (albo raczej to, co po nim zostało), ale przede wszystkim ze względu na niezwykłe widoki rozpościerające się z jego murów. W zamian za częstą wspinaczkę po schodach (miłośnikom schodów szczególnie polecam Torre de São Lourenço – warto!). Wystawy wewnątrz zamku wydają się mniej istotne niż jego wieże i mury, natomiast warto zobaczyć wykopaliska archeologiczne, dostępne tylko o konkretnych godzinach, z przewodnikiem. Ach, no i zamkowe ogrody z nietypowymi roślinami i ciekawymi rzeźbami.

Ważne! Aby uniknąć naprawdę długiego czekania w kolejce, warto wcześniej zakupić bilet przez Internet.

Wszystkie zdjęcia w Lizbonie robiliśmy razem z narzeczonym, wyrywając sobie nawzajem aparat, więc załóżmy, że to dzieło wspólne.

Torre da Igreja do Castelo de São Jorge – wieża widokowa przy kościele Świętego Krzyża obok zamku św. Jerzego. Dałabym jej takie 2/5, ponieważ widoki z niej są dość przeciętne jak na to miasto, a kościół niczym mnie nie zachwycił. Jest to jednak miejsce mniej oblegane przez turystów, co jest oczywiście dużym plusem.

Katedra w Lizbonie – myślę, że warto ją odwiedzić, jeśli jest się zainteresowanym architekturą sakralną, choć nie wyróżnia się specjalnie spośród innych znanych mi katedr. Tym, co mnie najbardziej zainteresowało, były proporcje kolumn – bardzo duże bazy i głowice w porównaniu do trzonów. Dla osób, które lubią przebywać pośród starych murów, pozycja obowiązkowa.

Choćbym zobaczyła dziesięć tysięcy katedr, dziesięć tysięcy pierwsza wciąż zrobi na mnie wrażenie.

Carmo Convent – czyli klasztor Karmelitów, a raczej jego ruiny. Również jedno z najczęściej odwiedzanych przez turystów miejsc w Lizbonie. Kościół został zniszczony podczas słynnego trzęsienia ziemi i obecnie można oglądać ruiny w postaci gołych słupów i reszty ścian. W środku jest także niewielkie muzeum archeologiczne, prezentujące zachowane elementy kościoła (rzeźby itp.). Myślę, że niesamowite byłoby zobaczenie tego miejsca po zmroku.

Muzeum Narodowej Gwardii Republikańskiej – choć do tej pory nie ciągnęło mnie do tego typu muzeów, to zostało nam silnie polecone jako jedno z lepszych muzeów w Lizbonie. Czy tak jest w rzeczywistości – spekulowałabym, jednak to niewielkie muzeum jest wciąż warte odwiedzenia. Nowocześnie zorganizowane, przedstawia eksponaty związane z armią oraz przekazuje wiedzę historyczną. W Internecie można spotkać się z informacją, że muzeum jest darmowe, jednak obecnie koszt zwiedzania to 2 euro.

Elevador de Santa Justa – jest to miejsce, które trzeba zaliczyć, ale najlepiej w sposób niekonwencjonalny. Winda z punktem widokowym jest oblegana przez turystów, co oczywiście wiąże się z ogromnymi kolejkami. Nic dziwnego – widok z góry jest oszałamiający! Aby oszczędzić sobie kilku euro oraz nawet paru godzin stania pod windą, warto wejść od strony Carmo Convent na górną stację windy. Tam można kupić bilet na samą platformę widokową (1.50 €), czyli to, na co ci wszyscy ludzie tam na dole będą jeszcze czekać długo po naszym wyjściu.

Museu do Aljube – Muzeum Oporu i Wolności Aljube – utworzone w budynku dawnego więzienia, opowiada o historii walki z dyktaturą i drodze do wolności. Choć trudno znaleźć je w przewodnikach po Lizbonie, mnie zaciekawił sam temat i naprawdę cieszę, że udało nam się je odwiedzić. Wystawa jest współczesna, multimedialna, wywołująca emocje. Zawiera też wiele ciekawych informacji i źródeł historycznych.

Bardzo dużo ciekawych informacji do poczytania, także w języku angielskim.

Lisboa Story Centre – było chyba najbardziej rozczarowującym miejscem, które odwiedziliśmy w Lizbonie. Może dlatego, że oczekiwałam wiele – informacji na temat miasta. Coś jak Muzeum Warszawy, jak Muzeum Amsterdamu, jakiekolwiek współczesne muzeum stolicy… Tutaj dostałam audioguide’a z mało informacyjną treścią i denerwującymi dialogami (prawdopodobnie targetowanymi w grupę docelową 8-12 lat). Głównym punktem muzeum była niewielka sala kinowa z projekcją animacji, dość miernej jakości, i symulacją trzęsienia ziemi, które zrujnowało miasto. Dla dzieci prawdopodobnie byłoby to ciekawe, dorosły widz natomiast oczekiwałby większego realizmu i bardziej informacyjnych treści.

Choć uwielbiam nowoczesna muzea, to jedno poleciłabym raczej wyłącznie dużo młodszym odbiorcom.

Autobusem i tramwajem

Muzeum Azulejos (płytek ceramicznych) – wydawać by się mogło, że temat niepozorny, czego oczekiwać po takim muzeum? Ja muszę przyznać, że dla mnie było to jedno z ciekawszych miejsc odwiedzonych w Lizbonie. Tzw. „kafelki” również mogą być ciekawe i to miejsce to udowodni – przedstawiając zbiór najładniejszych, najciekawszych i najważniejszych historycznie płytek. Poza tym można dowiedzieć się, jak powstają tego typu elementy, w jaki sposób tworzy się barwniki do nich, jakie rodzaje kafelków w ogóle występują… A na koniec kafelkowa panorama miasta! Ach, no i warto dodać, że muzeum mieści się w zabytkowym klasztorze i sam obiekt jest ciekawy architektonicznie.

Zespół budynków i ogrodu Calouste Gulbenkiana – myślę, że obowiązkowy punkt dla miłośników sztuki. Dwie duże kolekcje – ze sztuką dawną i współczesną oraz nietypowa przestrzeń pomiędzy nimi (zawierająca na przykład las bambusowy) naprawdę zachwycają. Kolekcji nie będę opisywać, bo często się zmienia, muszę jednak przyznać, że wybór ekspozycji zdecydowanie trafił w mój gust.

LxFactory – umieszczam na końcu tej listy ze względu na lokalizację w stronę kolejnej kategorii, jednak my odwiedziliśmy LxFactory jako pierwsze, ze względu na odbywający się w każdą niedzielę LxMarket. To miejsce zdecydowanie polecam miłośnikom hipsterskich knajpek, saloników z rękodziełem, sztuki ulicznej i craftowego piwa. LxFactory to tętniąca życiem przestrzeń kulturalna w terenach poprzemysłowych. Naprawdę warto tam zajrzeć, chociaż na chwilę.

Dlaczego LxFactory warto odwiedzić właśnie w niedzielę

Belém

Ta część Lizbony została przez nas odwiedzona dość szybko i ominęliśmy wiele punktów, które przyciągają licznych turystów. Większość osób jedzie do Belém, aby zobaczyć Klasztor Hieronimitów, Wieżę Belem oraz Pomnik Odkrywców. My te wszystkie miejsca obejrzeliśmy tylko od zewnątrz – być może zostawiając sobie je na kolejny raz. Zobaczyliśmy tylko muzeum pałacu Presidencia, ze względu na polecenie. Było ciekawe, choć nie jestem do końca pewna, czy jest to ważny punkt wycieczki. Sam pałac można odwiedzić tylko dwa razy w tygodniu, przez to warto konkretniej zaplanować swoją wycieczkę do Belém.

Tym, co natomiast powinno znaleźć się na liście każdego miłośnika sztuki i kultury jest Museu Coleção Berardo w Belém Cultural Center. Jest to ogromna galeria sztuki współczesnej, zawierająca światowej klasy zbiór dzieł, które zdecydowanie warto zobaczyć na własne oczy. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że to miejsce aż tak mnie zachwyci. Wszystko posegregowane stylami, zorganizowane w nowoczesny sposób, przyjazny dla odbiorcy. Poza tym naprawdę ciekawe wystawy czasowe, prezentujące genialnych artystów współczesnych. Z całego serca mogę polecić to miejsce.

W tej części Lizbony znajduje się ciekawe muzeum MAAT, niestety podczas naszego wyjazdu było ono zamknięte z powodu wichury. No, na następny raz będzie!

Belem jest zdecydowanie ciekawym miejscem o charakterze portowym. Myślę, że zdecydowanie warto je odwiedzić będąc w Lizbonie. Szczególnie pięknie wygląda o zachodzie słońca, kiedy można usiąść w pobliżu zabytków i patrzeć na kolory nieba odbijające się w wodzie.

Lisboa Card?
A może coś na sam transport?

Przed każdą miejską podróżą szukam możliwych opcji oszczędzenia paru groszy na drogich biletach wstępu. Bardzo długo zastanawiałam się nad zakupem Lisboa Card i ostatecznie… zrezygnowałam.

Lisboa Card, jak się łatwo domyślić, jest ofertą skierowaną w stronę turystów chcących zobaczyć jak najwięcej. Płacisz raz i masz dostęp do wielu obiektów, darmową komunikację publiczną i zniżki do wybranych usług. Wadą jest krótki czas, w którym możesz to zrobić. Do wyboru 1, 2, albo 3 dni. Jest to zawsze zbyt mało, aby zobaczyć wszystkie miejsca na liście, ale dostatecznie dużo, aby zaliczyć co najmniej kilka z nich.

W przypadku Lizbony, oferta opłaca się, kiedy zamierza się dużo podróżować komunikacją publiczną, a zamiast spędzać długie godziny w muzeach, bardziej wolałoby się wejść na chwilę, popatrzeć na kilka eksponatów i wyjść. Wydaje mi się, że tutaj oferta jest niezbyt atrakcyjna.

Tym, co natomiast koniecznie trzeba kupić jest karta Viva viagem (a nawet kilka takich kart – jedna kosztuje jedynie €0.50). Jest to karta z chipem, na którą można ładować bilety komunikacji publicznej lub prościej – wpłacić na nią wybraną kwotę, która będzie odpowiednio wykorzystywana podczas przejazdów autobusami, tramwajami czy pociągami. Ważne! Jedną kartę można uzupełnić tylko jednym rodzajem biletu. Wybierając się więc gdzieś dalej (np. do Sintry), a mając wciąż dostępne “bilety lokalne” na swojej karcie, konieczne będzie kupienie drugiej.

“Wesołych Świąt” :)

Tym wpisem oczywiście nie wyczerpałam tematu zwiedzania Lizbony, a jedynie go napoczęłam. Jak już powiedziałam – ja jeszcze tu wrócę!

Pozostałe wpisy z serii:

Ucieczka do Lizbony – cz. 3 – O kulturze i naturze, wizyta w Sintrze i Cascais (wkrótce!)

Więcej

Ucieczka do Lizbony – cz. 1

Kocham europejskie stolice. Miasta te nie dość, że posiadają długą i ciekawą historię, to często i ich współczesność fascynuje. Inne duże ośrodki również potrafią być piękne i niezwykłe, jednak dla mnie tytuł stolicy oznacza po prostu pewność, że niezależnie od pory roku, znajomości języka czy dostępnej gotówki, zawsze będzie tam co robić. Stolica, którą dzisiaj opiszę, szczególnie ukradła moje serce. Poczytajcie o wspaniałej Lizbonie, którą odwiedziliśmy pod koniec grudnia ubiegłego roku.

To miała być zwykła ucieczka od świątecznego szaleństwa. Zamiast wydawać ogromne kwoty na bilety do Polski (Polacy podróżują jak szaleni do swoich rodzin w czasie Bożego Narodzenia – nawet wydając na to wielokrotności normalnych cen przewozów czy lotów), postanowiliśmy po prostu wybrać coś tańszego i pozwalającego odpocząć od pracy i życia w Niemczech. Postawiliśmy sobie warunek: jakieś ciepłe miejsce, bezpieczne, niedrogie, łatwe do zaplanowania. Kiedy wyszukiwarka lotów wskazała Lizbonę, już wiedziałam, że będzie to strzał w dziesiątkę. Oboje nigdy nie byliśmy w Portugalii, natomiast rok temu zaliczyliśmy Barcelonę i wróciliśmy stamtąd z pięknymi wspomnieniami i chęcią powrotu.

Pogoda w Lizbonie pod koniec grudnia jest praktycznie idealna. Jest ciepło, więc grube kurtki i rękawiczki można schować, natomiast nie ma upałów, zmuszających ludzi do nakładania grubych warstw kremów z filtrem, noszenia okularów przeciwsłonecznych (to boli szczególnie ludzi z wadą wzroku) a turystów nie ma aż tylu, co w sezonie. Przez większość świątecznych dni wszystkie atrakcje i muzea są otwarte. Wyjątkiem jest 25 grudnia, kiedy zamknięte jest oczywiście wszystko, oraz 24 grudnia, kiedy większość miejsc oficjalnie jest otwarta, ale na miejscu okazuje się, że powieszono karteczkę z napisem, że jednak nie. Lizbona otoczona jest jednak piękną przyrodą i warto wtedy uciec z miasta na spacer po plaży w Cascais czy w okolice Sintry.

Ale wróćmy do samej Lizbony.

Żółty tramwaj nr. 28 to jeden z symboli miasta. Ta zabytkowa linia pokonuje naprawdę strome wzniesienia, ostre zakręty i to wszystko pomimo tłumów turystów wewnątrz!

Trochę historii

Lizbona ma bardzo złożoną historię i pozostałości z poszczególnych czasów wciąż można znaleźć w przestrzeni miasta. Już w czasach antycznych funkcjonowała tutaj osada, być może nawet punkt handlowy, choć początki Lizbony datuje się o wiele wcześniej. Czasy rzymskie pozostawiły po sobie duży ślad. Potem przejęcie przez Maurów dało zupełnie nowy kierunek rozwojowi miasta, w tym i architekturze, tym razem muzułmańskiej. Dopiero w XXII wieku Lizbona została włączona do Portugalii, a obecni mieszkańcy przeszli na chrześcijaństwo lub przenieśli się do innych krajów muzułmańskich. Od 1255 miasto jest stolicą Portugalii (prawie ciągle) i głównym ośrodkiem państwa.

To z Lizbony, z portu w Belém, wypływały wyprawy odkrywców i kolonizatorów. Miasto było uznawane za jeden z najważniejszych ośrodków Europy. Niestety, w 1755 większa część miasta została zniszczona w trzęsieniu ziemi oraz następujących pożarach. Ocalali ludzie, ukrywając się w pobliżu brzegu, zostali w dużej części zgładzeni przez tsunami.

Miasto zostało odbudowane według zupełnie nowego planu. Postawiono na prosty układ z najważniejszą ulicą łączącą główne place: Praça do Rossio (główny plac handlowy i miejsce spotkań) oraz reprezentacyjny Praça do Comércio, z łukiem triumfalnym i posągiem króla Józefa I na koniu. Cała przestrzeń pomiędzy placami to obecnie serce Lizbony, położone w wąwozie pomiędzy miejskimi wzgórzami. Ten niezwykle prosty i skuteczny układ tworzy bardzo przyjemną do spaceru tkankę miasta.

Wszystkie zdjęcia w Lizbonie robiliśmy razem z narzeczonym, wyrywając sobie nawzajem aparat, więc załóżmy, że to dzieło wspólne.

Miasto dziś

W Lizbonie można zakochać się za samą geografię miejsca. Za tą jego trójwymiarowość. Z jednej strony mamy praktycznie bezpośredni dostęp do Atlantyku, z drugiej teren ukształtowany jest dość górzyście, ułatwiając znalezienie punktów widokowych. To jest właśnie to, co ujęło mnie szczególnie – choć miasto charakteryzuje się zwartą zabudową, wciąż łatwo trafić na otwarcia widokowe. Jest ich naprawdę mnóstwo, od przypadkowo napotkanych szpar pomiędzy budynkami, do specjalnie ulokowanych tarasów na dachach domów.

Poziomy ulic Lizbony są tak zróżnicowane, że miasto wyposażono w windy, pozwalające za darmo wjechać na wyższe „piętro”. Z tego powodu warto zapomnieć o istnieniu Google Maps i dać się prowadzić miastu, zaskakującemu na każdym kroku. Kręte uliczki i tak zawsze doprowadzą w jakieś piękne miejsce, nawet jeśli nie będzie to dokładnie to, którego właśnie szukasz.

A czym właściwie jest to piękno? Tutaj mogłabym się rozpisywać, ale postaram się ująć to co najważniejsze. Lizbona to nie jest miasto czyste i sterylne, jak miasta niemieckie, ale też niegłośne i dzikie jak opisywany wcześniej Stambuł. To taki złoty środek pomiędzy jednym a drugim. Z jednej strony nie wieje nudą, z drugiej wydaje się być całkiem bezpieczna.

Miasto łączy też stare z nowym. Zgodnie z tamtejszą tradycją budowlaną, obiekty obłożone są kolorowymi kafelkami, często zawierającymi wzory lub malunki. Choć przed przyjazdem słyszałam wielokrotnie, że turyści zdrapują kafelki z domów, a wiele z nich jest w złym stanie, sama nie zauważyłam podobnych tendencji. Wiele budynków miało wręcz nowo wyłożoną ceramikę. Choć oczywiście nie wszystkie budynki mają tego typu elewację, sama powtarzalność tego stylu sprawia, że architektura miasta jest naprawdę spójna. Poza tym, czy to nie wygląda prześlicznie, kiedy fasady wręcz błyszczą się w promieniach słońca, rzucając wokół wielokolorowe odbicia?

Elementem nowym jest natomiast liczna sztuka miejska. Uwielbiam street art, a w Lizbonie natykaliśmy się na rozmaite interwencje w przestrzeni miejskiej na każdym kroku! Od nietypowych rzeźb i zabawnych znaków i naklejek po niezwykłe murale. W mieście działają liczni artyści street artowi, tworzący naprawdę niezwykłe dzieła, często odpowiadające na obecne problemy lub przekazujące konkretne, ważne, znaczenie. A przy okazji są piękne i sprawiają, że miasto jest jeszcze ciekawsze, niż byłoby bez udziału sztuki.

Trójwymiarowy mural autorstwa Bordalo II w LxFactory

Ciąg dalszy:

Ucieczka do Lizbony – cz. 2 – Co warto zobaczyć w Lizbonie? (wkrótce!)

Ucieczka do Lizbony – cz. 3 – O kulturze i naturze, wizyta w Sintrze i Cascais (wkrótce!)

Więcej

10 rzeczy, które mnie zaskoczyły w Stambule

Jadąc do Stambułu, spodziewałam się kontaktu z zupełnie nową kulturą, nowym spojrzeniem na świat i nowymi bodźcami. Ta podróż była rajem dla oka – na każdym kroku przed oczami stawały mi piękne mozaiki, barwne dywany, niesamowite kolory. Myślę, że są to jednak rzeczy, które trudno tak naprawdę opisać w przystępny sposób. Tego trzeba doświadczyć na własnej skórze. Ten wpis postanowiłam przeznaczyć więc na 10 drobnych ciekawostek, które mogą być dla Was nowe, które rozbudzą ciekawość albo zmuszą do refleksji, czy może nawet zachęcą do planowania podobnej wycieczki! Tym razem nie będę opisywać miejsc czy zabytków, a skupię się na tych drobnych detalach, które przykuły moją uwagę podczas pobytu i o których łatwo można zapomnieć, nie zapisując ich po powrocie.

1. Prawie wszystkie samochody są białe

Kiedy przybyliśmy do Stambułu i autobusem jechaliśmy z lotniska do centrum miasta, była to pierwsza nietypowa rzecz, jaką zanotowałam: prawie wszystkie samochody na ulicy są białe! Jest kilka powodów, dlaczego mieszkańcy Stambułu wybierają konkretnie ten kolor. Najbardziej oczywisty to klimat tego miejsca – biel w większym stopniu odbija promienie słoneczne, dzięki czemu pojazd mniej się nagrzewa. Niektóre posty znalezione w Internecie podają, że białe samochody są tańsze, co mogłoby być kolejną przyczyną takiego wyboru. Poza tym, na bieli zarysowania są mniej widoczne, co zdecydowanie ma znaczenie w mieście takim jak Stambuł. Nie zliczę, ile razy widziałam tam samochody omijające przeszkody czy inne pojazdy, zachowując przy tym tak niewiarygodnie małą odległość, że naprawdę brak głębokich rys to już tylko kwestia szczęścia albo czasu.

2. Sklepy i restauracje otwarte są naprawdę długo

Jeśli ktoś, tak jak ja, mieszka obecnie w Niemczech i postanowi odwiedzić Stambuł, chyba największym szokiem kulturowym będzie to, że sklepy są otwarte do późnej nocy. Dla porównania, w moim mieście już od 8 wszystkie markety są zamknięte, a dwie godziny później na marne szukać otwartej restauracji. Stambuł to zupełnie inny świat! Zapomnieliście kupić pocztówki albo pamiątek dla rodziny, rano wyjeżdżacie, a właśnie wybiła północ? Wałęsając się po mieście, nagle złapał was głód w środku nocy? W tym mieście takie sytuacje nie wiążą się z żadnymi problemami, jako że ulice żyją do naprawdę późnej pory (nawet nie udało mi się sprawdzić, jak długo). W czasie Ramadanu jest oczywiście szczególnie – po całym dniu postu Muzułmanie świętują hucznie swój posiłek. Podczas bardziej zwykłych dni, wciąż jednak centrum miasta wieczorem nie zamiera, a tłumy ludzi kontynuują swoje zakupy czy spotkania ze znajomymi.

Dzięki temu też, centrum miasta wydaje się całkiem bezpieczne po zmroku. Ulice są oświetlone, ludzie przechadzają się ze znajomymi, ale także i samopas. Z restauracji dobywa się muzyka, sprzedawcy wciąż próbują opchnąć komuś swoje towary. Większość Muzułmanów, zgodnie ze swoją wiarą, nie pije alkoholu, więc raczej nie doświadczy się w Stambule konfrontacji z osobami pod wpływem.

Już dawno ciemno, a tu wszystko wciąż otwarte. Zdjęcie: PK.

3. Policja i bramki na wejściach

Można dyskutować na temat, czy obecność grup policjantów patrolujących lub pilnujących miejsc publicznych, zwiększa czy zmniejsza poczucie bezpieczeństwa. Ja powiem, że jest to po prostu coś, czego nie spotyka się zbyt często w Europie, poza ważnymi wydarzeniami lub świętami. Jest wiele powodów, dla których podjęto decyzję zwiększonej czujności w historycznym centrum i naprawdę nie chciałabym tych tematów tutaj poruszać. Zdarzało mi się widzieć wozy bojowe na głównych placach, a stróże prawa wyposażeni byli w karabiny maszynowe.

Kolejnym tematem jest kontrola dostępu do przestrzeni półpublicznych. Jeśli ktoś myśli, że po opuszczeniu lotniska będzie miał tymczasowo spokój z bramkami, jest w totalnym błędzie. W Stambule wszystkie najważniejsze muzea posiadają zabezpieczenia na wejściu, bagaż jest skanowany, a człowiek może być przeszukany. Co ciekawe – podobnie jest z galeriami handlowymi czy większymi bazarami.

4. Do muzeów wchodzi się z plecakami

Będąc jednak w temacie muzeów, dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że nie posiadają one szatni ani szafek. Ekspozycję ogląda się z torbą na ramieniu czy plecakiem na plecach, często trzymając kurtkę bądź bluzę w dłoni. Nie jest to wygodne ani praktyczne, ale domyślam się, że przy takiej liczbie odwiedzających, szatnia zajęłaby pół gmachu muzeum. Kolejnym problemem byłaby konieczność zorganizowania wyjścia w tym samym miejscu, co wejście – a to nie zawsze byłoby możliwe. Chodzenie z plecakiem jest jednak niewygodne, a często i niebezpieczne dla eksponatów.

Chyba jeszcze nie było wnętrza Hagii Sophii. No to jest!

5. Wikipedia zabroniona

Długo nie mogłam się do tego przyzwyczaić – kiedy pomimo dobrego połączenia z Internetem, strona nie chciała się załadować. Wikipedia obecnie zablokowana jest na terenie Turcji. Nie jest to jedyna ocenzurowana część Internetu w tym kraju, jednak zdecydowanie najważniejsza z punktu widzenia turysty.  W ubiegłych latach nawet chwilowo niemożliwy był dostęp do Twittera, jednak obecnie nie ma z tym problemu.

6. Przystawki w restauracjach

Czas powrócić do tematu jedzenia. Miłym zaskoczeniem jest to, że niezależnie od tego, czy trafiliśmy do małej i taniej knajpki, czy do wysoko ocenianej eleganckiej restauracji, zawsze przed otrzymaniem głównego dania, dostawaliśmy pewnego rodzaju przystawki – chleb (najczęściej typu pita) oraz coś do niego. Nawet zamawiając przystawki z karty dań, oprócz nich praktycznie zawsze na stole pojawiało się coś ekstra.

Pracownicy restauracji dbają o klienta – w razie braku chleba donoszą więcej, często oferują darmowy napój przed wyjściem. Oczywiście w dobrym geście jest zaoferować wtedy sensowny napiwek. Lepsze restauracje wliczają napiwek w cenę, jest on stałą częścią rachunku i pomimo to, wciąż oferują „gratisy”. Ogólnie odniosłam wrażenie, że w Turcji jedzenie ma o większe znaczenie dla ludzi, niż w EU. Nawet w tym niedługim locie z Turkish Airlines wszyscy pasażerowie otrzymali naprawdę porządny posiłek, nie dopłacając nic do ceny biletu.

Wbrew obiegowej opinii, wegetarianin też może dobrze zjeść w Stambule.
Herbata w Turcji zdefiniowana jest poprzez dokładnie taki format szklanki. Źródło zdjęcia.

7. Turecka herbata

Niektórzy pewnie wiedzą, inni nie – jestem ogromną fanką herbaty. Z tego powodu, postanowiłam poświęcić jej osobny temat. Herbata w tureckich restauracjach czy knajpach przybiera dwie formy – herbaty zwykłej oraz owocowej. Niezależnie od miejsca i wyboru, zawsze serwowana jest w bardzo konkretnym naczyniu – małej szklaneczce o kształcie zbliżonym do miniaturowego wazonu bez rączki. W Turcji niemożliwym wydaje się wypicie herbaty z czegokolwiek innego, forma szklanki mówi sama za siebie, że zawiera ona herbatę.

Choć naprawdę ujął mnie ten zwyczaj, nie zdecydowałam się kupić takiego typu zestawu do herbaty dla siebie na pamiątkę. Głównym argumentem jest oczywiście to, że ja herbatę piję litrami, a dzbanuszki te pomieszczą zaledwie kilka łyków.

8. Jadalne kasztany, prażona kukurydza

W najbardziej turystycznych miejscach ten zapach będzie zdecydowanie wyróżniał się spośród innych: świeżo smażone kasztany w mobilnej budce, sprzedawane w niewielkich papierowych saszetkach. Zdecydowanie warto spróbować tego przysmaku.

9. Ekspozycje rzeźb na zewnątrz

Przed Hagią Sophią, w obrębie terenu muzeum, stoją sobie luzem antyki. Fragmenty kolumn czy rzeźb opisane są jako pozostałości z drugiej Hagii (obecna jest trzecia), datowane na V czy VI wiek. Choć oczywiste jest, że są to eksponaty muzealne, niektórzy turyści nie widzą niczego złego w traktowaniu ich jako ławki.

Większa galeria rzeźb na świeżym powietrzu znajduje się w Muzeum Archeologicznym. Stanowią one swojego rodzaju ogród, a przechodzenie pomiędzy nimi sprawia niesamowite wrażenie. Być może nie mają one znaczącej wartości historycznej ze względu na zły stan zachowania lub powtarzalność. Mimo to nie widziałam podobnej galerii gdziekolwiek indziej.

Muzeum Archeologiczne

10. Nie uciekniesz od naganiacza

Spacerując w typowo turystycznych miejscach, nie sposób odpędzić się od naganiaczy, zapraszających do swoich sklepów czy restauracji. Taki walor tego miejsca. Najgorsze, co możesz wtedy odpowiedzieć to „może następnym razem”. Człowiek potraktuje te słowa jako przysięgę i zdecydowanie wyniucha cię w tłumie, kiedy przypadkiem ponownie znajdziesz się w pobliżu jego biznesu. Jeśli jeszcze zdążył wyciągnąć od Ciebie Twoje imię, możesz spodziewać się, że dokładnie po nim cię zawoła, nie robiąc przy tym prawie żadnych błędów w wymowie.

Niech jeszcze rozmowa stoczy się na twój kraj pochodzenia (o co zostaniesz zapytany jeszcze zanim zdążysz się dowiedzieć, co sklepikarz tak właściwie sprzedaje), a usłyszysz całą historię jego przywiązania lub wspomnień związanych z Polską. Niezależnie, czy facet rzeczywiście spędził tam pół roku, pracując w budce z fast foodem, czy wyjechał na Erasmusa, a może członkowie jego licznej rodziny tam mieszkają, z pewnością usłyszysz kilka podstawowych polskich zwrotów lub nazw miast. Jestem ciekawa, w ilu językach przygotowana jest podobna historia.

Na tym chciałabym zakończyć, jednak lista zdecydowanie mogłaby być dłuższa. Mogłabym opisać, co szczególnie minęło się z moimi oczekiwaniami lub przeczuciami. Choć unikam stereotypów i staram się dość luźno interpretować to, co czytam, trudno mi powiedzieć, że nie miałam żadnego wyobrażenia o współczesnym Stambule przed jego odwiedzeniem. Niektóre rzeczy zaskoczyły mnie naprawdę pozytywnie: chociażby układ samego miasta, powiązanie ważnych jego części bardzo logiczną siatką komunikacji publicznej. Inne, jak chociażby naganiacze restauracyjni, trochę mnie zmęczyły i ułatwiły pogodzenie się z końcem przygody. Nie żałuję jednak ani dnia spędzonego w tym mieście i z pewnością kiedyś tam wrócę.

Więcej

Bizancjum, Konstantynopol, Stambuł. Miasto wielu historii

Wiele osób, szukając miast z naprawdę długą i bogatą historią wybiera Włochy czy Grecję, natomiast Turcja kojarzy się z wypoczynkiem w luksusowych kurortach, zlokalizowanych przy Morzu Egejskim i na Riwierze. My jednak wybraliśmy Stambuł – miasto tak inne od europejskich stolic, a jednocześnie powiązane historią i położeniem geograficznym na dwóch kontynentach.

Widok na Sultanahmet z Wieży Galata

Historia Stambułu w ogromnym skrócie

Najpierw krótkie wprowadzenie. Stambuł to współczesna nazwa dawnego Konstantynopola, a jeszcze wcześniej Bizancjum. Miasto zlokalizowane jest na styku dwóch kontynentów – Europy i Azji (obecnie należy do Turcji). Jest to jedyne miasto na świecie tak położone. Cieśnina Bosfor oddziela część azjatycką od europejskiej, a ta druga jest jeszcze podzielona Złotym Rogiem – odnogą cieśniny – na dwie części. Mówi się, że miasto zlokalizowane jest na siedmiu wzgórzach, które obecnie ukoronowane są najważniejszymi budynkami, głównie meczetami. Na północ od centrum wciąż zachowały się ruiny starożytnych fortyfikacji, a wzdłuż brzegu Bosforu wzniesiono zamki i pałace.

Dzięki lokalizacji na skrzyżowaniu dwóch szlaków handlowych, miasto szybko stało się ważnym greckim ośrodkiem handlowym. Cesarz Konstantyn Wielki przekształcił miasto na siedzibę cesarstwa, nazwaną Konstantynopolem. Kiedy w 395 nastąpił podział Cesarstwa Rzymskiego, to właśnie Konstantynopol stał się stolicą wschodniej części, z Teodozjuszem I na czele. Pierwszy największy rozkwit miasta nastąpił jednak za panowania cesarza Justyniana. To on zafundował budowę Hagii Sofii (oraz drugiego, podobnego kościoła – nazwanego później małą Hagią Sofią) oraz wielu innych, także świeckich budynków. Wielokrotnie przechodząc z rąk do rąk, Konstantynopol został przejęty przez Krzyżowców, stając się w 1204 stolicą Cesarstwa Łacińskiego.

Zachowane mozaiki w Muzeum Chora

W połowie XV wieku Konstantynopol został jednak zdobyty przez Turków Osmańskich. Miasto znacznie zniszczone podczas oblężenia, stało się nową stolicą Imperium Osmańskiego, pod władzą Mehmeta II. Upadek Konstantynopola w 1453 roku uznaje się za jedną z możliwych dat końca średniowiecza. Od tego czasu zaczęto budować tam bogato zdobione pałace i meczety, w zgodzie z wytycznymi architektury islamskiej. Szczególnie zasłużonym twórcą był nadworny architekt otomańskich sułtanów – Sinan. Niektóre źródła podają, że zaprojektował on prawie sto dużych meczetów, ponad połowę więcej mniejszych meczetów oraz też tyle szkół. Najważniejszą i najbardziej znanym budynkiem jest Meczet Sulejmana, wznoszący się na jednym z miejskich wzgórz i wyraźnie widoczny z drugiego brzegu Bosforu. Czasy Sulejmana Wspaniałego uznaje się za drugi najważniejszy czas rozkwitu miasta.

Oficjalnie od 1930 roku Konstantynopol nazwany jest Stambułem (choć nazwa ta używana była przez Turków od stuleci). Obszar metropolitalny Stambułu zamieszkuje obecnie ponad 15 milionów mieszkańców. Choć stolica Turcji została przeniesiona do Ankary, to tutaj znajduje się główny ośrodek kultury, nauki i przemysłu. Miasto odwiedzane jest przez licznych turystów, obecnie coraz częściej z krajów arabskich.

Pięknie udekorowane wnętrze Błękitnego Meczetu

Miasto, które kwitło i upadało tak wiele razy (choć zdobyte było zaledwie dwa razy), które przechodziło z rąk do rąk i drastycznie zmieniało swoje prawo i kulturę, musi posiadać ogromną i ciekawą historię. Choć wiele można czytać czy oglądać, tak naprawdę nic nie odda jednak uczucia poznania jej na własne oczy.

Wybaczcie ten długi wstęp. Myślałam, że zmieszczę się w jednym akapicie, ale niestety się nie dało.

Czas obecny

Czy Stambuł, położony tak blisko innych europejskich miast i tak łatwo dostępny z europejskich lotnisk, to bardziej Azja czy jeszcze Europa? Myślę, że na to pytanie nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Na pewno jest to miejsce, w którym można doświadczyć czegoś zupełnie nowego, zobaczyć zabytki inne niż te charakterystyczne dla stylów architektonicznych europy, i posłuchać o tej części historii, o której w podręcznikach szkolnych mówią pojedyncze strony.

W pierwszej kolejności powiem, że podczas tych dziesięciu dni zwiedzania miasta, nie zdążyłam go w ogóle poznać. Poruszając się pomiędzy zabytkami, odwiedzając sklepy w turystycznych dzielnicach czy jedząc w knajpach w centrum miasta, nie da się w pełni doświadczyć życia typowego mieszkańca tego miasta. Można jednak poczuć jego zapach. A Stambuł ma swój zapach. Od wszechobecnej sziszy, poprzez liczne kwiaty ozdobne rozsiane po całym mieście, do zanieczyszczenia wytwarzanego milionami aut przemierzającymi centrum i przedmieścia. Przez to, powietrze wydaje się cięższe, niż jest w rzeczywistości.

Na pierwszy rzut oka całkiem tu europejsko…

Co zobaczyć, co zwiedzić w Stambule?

Prawie wszystkie najważniejsze zabytki zlokalizowane są na europejskim kontynencie, głównie w dzielnicy Fatih i jej części zwanej Sultanahmet. Jest to przede wszystkim ogromny plac, na którego jednym końcu stoi muzeum Hagia Sophia, a na drugim Błękitny Meczet, największy taki budynek w Turcji. Dalej, dawny hipodrom, mieszczący zabytkowe obeliski oraz spiralną Kolumnę Wężową (obecnie pozbawioną głów węży), symbolizującą zwycięstwo Greków nad Persami. Legenda mówi, że została ona odlana z mieczy pokonanych wrogów. Dalej znaleźć można słynną Cysternę Bazyliki, Muzeum Archeologiczne czy Pałac Topkapı.

Kierując się dalej na zachód, trafimy wreszcie na Kryty Bazar (prawdopodobnie pierwszą „galerię handlową” na świecie), mieszczący około 3500 rozmaitych sklepów skupionych pod wspólnym dachem, a bardziej na północ, w stronę Złotego Rogu, mieści się Bazar Przypraw, nazywany również Bazarem Egipskim. Ponad nimi majestatycznie unosi się ogromny meczet Sulejmana Wspaniałego. Mniejszy, ale równie piękny meczet to Meczet Fatih, zbudowany jako pierwszy po podbiciu miasta przez Turków.

Kryty Bazar — czyli kraina szalików, dywanów, skór i biżuterii.

Oddalając się dalej od centrum, można natrafić na pozostałości starych murów i umieszczony za nimi kościół Chora (św. Zbawiciela na Chorze), obecnie mieszczący muzeum. Tam zachowały się piękne bizantyjskie mozaiki przedstawiające postać Jezusa, sceny biblijne i portrety władców. Kościół jest obecnie w trakcie prac konserwatorskich, jednak możliwe jest odwiedzenie najważniejszych jego przestrzeni (zewnętrze niestety schowane jest za rusztowaniami konstrukcyjnymi).

Z bardziej współczesnych atrakcji, można zobaczyć muzeum Panorama 1453 albo tak zwany Miniaturk. Miniaturk to wystawa modeli w skali 1:25 przedstawiających najważniejsze budynki i budowle Turcji i okolic.

Drugą częścią europejską historycznego centrum jest Beyoğlu, z najważniejszą z turystycznego punktu widzenia częścią Karaköy, dawniej zwaną Galata. W tej części znajduje się słynna wieża Galata, z której roztacza się piękny widok na miasto. Przez duże różnice w ukształtowaniu terenu, działają tu dwa funikulary, łączące tereny nadwodne z dwoma końcami znanej ulicy handlowej İstiklal. To po niej kiedyś jeździł pierwszy, czerwony tramwaj, później wycofany ze względu rozwoju motoryzacji, a obecnie przywrócony w postaci atrakcji turystycznej i jednego z symboli miasta. Niedaleko też znajduje się Muzeum Sztuki Współczesnej oraz Muzeum Pera.

Zabytkowy czerwony tramwaj

Dalej wzdłuż Bosforu znajduje się Pałac Dolmbahcze, jedna z najczęściej odwiedzanych atrakcji miasta. Tak naprawdę to tylko tam staliśmy długo w kolejce do kasy, aby kupić bilet wstępu. Założenie pałacowe składa się z kilku budynków, a niedaleko znajduje się także przynależący do niego meczet.

Niezwykłą popularnością cieszą się w Stambule rejsy promem cieśniną Bosfor. To położenie geograficzne i taki dostęp do wody ukształtowały to miasto, dlatego zdecydowanie warto spojrzeć na nie i od tej strony. Generalnie oferowane są dwa rodzaje rejsów – krótsze, półtoragodzinne oraz dłuższe, pięciogodzinne, dopływające aż do Morza Czarnego. Obie atrakcje są tanie i łatwo dostępne, nie wymagają rezerwacji. Można skorzystać z oferty oficjalnego przewoźnika albo jednej z wielu firm prywatnych. My wybraliśmy rejs krótszy, dzięki czemu, nie przeznaczając niepotrzebnie zbyt dużo czasu – mogliśmy zobaczyć sylwetę miasta i najważniejsze punkty wzdłuż cieśniny.

Rejs promem pozwala także spojrzeć na Wieżę Leandra oraz na część azjatycką. Podczas naszej podróży zabrakło nam czasu na odwiedzenie tej części miasta. Według licznych opisów, warto tam zajrzeć między innymi ze względu na autentyczne tureckie jedzenie oraz na poznanie miasta w trochę innym świetle.

Podsumowanie… wstępu!

Powyższy wpis to tak naprawdę tylko wstęp do tego, co chcę napisać dalej. A podczas tych dziesięciu dni zebrałam tyle wrażeń, że naprawdę mam się czym dzielić! Postanowiłam, że tym razem nie będę dokładnie opisywać wszystkich wartych odwiedzenia atrakcji, jako że każdy planujący odwiedzenie tego miasta może ich opisy z łatwością znaleźć na innych stronach.

Wpis o Stambule bez Hagii Sophii? Nie ma mowy! Zdjęcie: PK.

Chciałabym jednak zebrać w kolejnym wpisie najważniejsze informacje odnośnie planowania tego typu podróży. Co warto ze sobą zabrać, jak się ubrać, jak korzystać z komunikacji publicznej i o czym koniecznie nie zapomnieć. Poza tym koniecznie chcę opisać te rzeczy, które zaskoczyły mnie najbardziej – wszystkie różnice pomiędzy Stambułem a moimi dotychczasowymi celami podróży. Myślę, że z tego spokojnie powstanie kolejny, samodzielny wpis.

Już teraz mogę napisać, że zdecydowanie jestem zadowolona z odwiedzenia tego miasta. Stambuł od dawna czekał na swoją kolej na liście moich podróży marzeń i muszę przyznać, że totalnie mnie on zaskoczył! Ale dobra, bez nadmiernego rozpisywania się – ciąg dalszy w kolejnym wpisie!

Więcej

Dwa wypady z Barcelony – Girona i Figueres oraz Montserrat

Jeśli wydawało Wam się, że przedstawiłam na tym blogu dostatecznie dużo miejsc do zobaczenia w Barcelonie i na pewno nic więcej nie zmieściłoby się w czasie jednotygodniowego pobytu, tym wpisem Was zaskoczę. Barcelona to tylko jeden z powodów, dla których warto odwiedzić Katalonię, a mnóstwo kolejnych można doświadczyć nie oddalając się od miasta dalej niż krótka podróż pociągiem.

Jeśli nie zapoznaliście się jeszcze z poprzednimi wpisami, zdecydowanie zachęcam do nadrobienia zaległości:

  1. Barcelona i Gaudi – ten wpis zabierze Was do magicznego świata dzieł Antoniego Gaudiego, zobaczycie La Sagradę Familię, Park Güell i kilka budynków mieszkaniowych zaprojektowanych przez architekta
  2. Barcelona bez Gaudiego – tutaj przeczytacie o średniowiecznej części miasta i o miejscach, które warto zobaczyć w historycznym centrum

Dzisiejszy wpis jest trzecim i tym samym ostatnim wpisem z serii. Liczę na to, że Wam się spodoba J.

 

Wypad 1: Figueres i Girona

Figueres

Te dwa miasta znajdują się na północ od Barcelony i wbrew temu co mówią podręczniki turystyczne i strony internetowe próbujące opchnąć wycieczki za duże pieniądze… można tam bez problemu dojechać pociągiem. Figueres znajduje się niecałe dwie godziny drogi od Barcelony, a pociąg przejeżdża właśnie przez Gironę. My zaczęliśmy od Figueres, ponieważ znajduje się tam muzeum, które bardzo chcieliśmy zobaczyć.

Postaci Salvadora Dalí nie trzeba nikomu przedstawiać. Ten niezwykły twórca zostawił po sobie mnóstwo dzieł, które wyraźnie zapisały się na kartach historii sztuki. Choć jego obrazy podziwiać można na całym świecie, jest kilka miejsc, które szczególnie powinny zainteresować fanów jego twórczości. Jedno z nich właśnie znajduje się w Figueres i mieści się w budynku wybudowanym w miejscu dawnego teatru. Stąd zresztą pochodzi nazwa: Dalí Theatre-Museum.

Z dworca bez problemu można dojść do muzeum na pieszo. Figueres nie jest dużym miastem i oprócz muzeum nie zawiera innych znaczących atrakcji turystycznych. Mimo to, wciąż zachęca tłumy turystów do zobaczenia tego nietypowego budynku. Już z daleka widać, że jest to obiekt niezwykły. Czerwona elewacja udekorowana jest dziwnymi ornamentami, a na szczycie przylegającej do budynku wieży umieszczono gigantyczne jaja. Jeszcze przed wejściem do środka można doświadczyć surrealizmu, tworzonego przez Salvadora Dalí.

Wewnątrz prezentowane są dzieła artysty, a także i innych twórców, jednak i sam budynek jest niezwykły. Pomimo nowej funkcji, zachował on formę teatru, jednak z atrium w miejscu widowni oraz przestrzenią prezentującą największy obraz w miejscu sceny. Mniejsze dzieła umieszczone są w korytarzach okrążających serce budynku oraz kilku pomieszczeniach. Ważną, wręcz integralną częścią muzeum, są instalacje multimedialne, zawierające ruchome elementy, grę świateł czy złudzenia optyczne. Nie chcę ich opisywać, aby nie zepsuć nikomu niespodzianki. Chciałabym jednak podkreślić, że będąc w Barcelonie zdecydowanie warto poświęcić jeden dzień podróży na zajrzenie i do Figueres.

  

Oprócz głównego muzeum-teatru, w sąsiadującym budynku znajduje się ciąg dalszy twórczości Salvadora Dalí – zaprojektowana przez niego biżuteria i inne niewielkie przedmioty. Jak łatwo się domyślić, daleko im do typowych tworów, jakie można zobaczyć w sklepach.

  

Girona

Do Girony trafiliśmy wczesnym wieczorem i ku naszemu zdziwieniu, wszystkie sklepy były zamknięte, a miasto prawie że umarłe. To piękne, historyczne miasteczko, okazało się mniej pasjonujące niż się spodziewałam, ale wciąż miało w sobie jakiś drobny urok.

Chyba najważniejszym obiektem w Gironie jest katedra. Gotycka świątynia posiada bardzo nietypową elewację do której prowadzą długie schody, kończące się niewielkim placem. Wnętrze budynku jest również niezwykłe – według dostępnych źródeł jest to kościół o najszerszej nawie na świecie – 22 metry. Dla zwiedzających dostępny jest audioguide, opowiadający w sposób bardzo szczegółowy o budynku oraz znajdujących się w nim ołtarzach, dziełach, pamiątkach.

Drugą znaną atrakcją turystyczną Girony są historyczne mury miejskie. Aby do nich dotrzeć, trzeba pokonać drogę w górę przez miasto, przespacerować się po wąskich i krętych uliczkach i wspiąć się po licznych stopniach schodów. My niestety dotarliśmy tam już po zmroku, a wtedy miejsce wydawało się być naprawdę niebezpieczne, zwłaszcza ze względu na bardzo słabe i wybrakowane oświetlenie. Warto było jednak zobaczyć widok roztaczający się na miasto z tak wysokiego punktu.

   

 

Wypad 2: Montserrat

Kolejną rzeczą, którą szkoda by było przegapić, będąc w Barcelonie, jest Montserrat. Montserrat jest pasmem górskim, znajdującym się kilkadziesiąt kilometrów na północ od Barcelony. Miejscem przyciągającym najwięcej turystów jest opactwo benedyktynów (Monistrol de Montserrat), zlokalizowane pomiędzy szczytami, a bardzo łatwo dostępne za pomocą środków komunikacji publicznej. Ja szczególnie poleciłabym odwiedzić góry dla samej radości obcowania z naturą i ucztą dla oka jaką jest jej piękno.

Aby dostać się do opactwa w górach, trzeba najpierw wsiąść w pociąg regionalny docierający do stacji u podnóża Montserrat. Stamtąd w górę prowadzi kolejka górska oraz pociąg górski zwany Cremarella. My skorzystaliśmy z drugiej opcji, ponieważ kolejka była zamknięta. Przy możliwości wyboru, prawdopodobnie i tak wzięłabym pociąg – wbrew pozorom to z niego roztacza się niesamowity widok. Aby w pełni go podziwiać, polecam zająć miejsce przy oknie od strony drzwi do pojazdu.

Oczywiście najlepszym doświadczeniem jest dotarcie tam na pieszo. Według opisów dostępnych w Internecie, trasa jest dość prosta i zajmuje około półtora godziny w jedną stronę. Konieczne jest wtedy odpowiednie obuwie oraz zapas wody, nie mówiąc już o dodatkowym czasie, czyli wyruszeniu w drogę odpowiednio wcześniej. My zrezygnowaliśmy z tej możliwości.

Opactwo benedyktynów jest oblegane przez turystów przez cały rok. Z tego powodu, oprócz klasztoru, odwiedzić tam można muzeum, liczne sklepy z pamiątkami, a nawet sklep spożywczy. Sam kościół Santa Maria de Montserrat jest niewielki, acz ciekawy. Charakterystycznym elementem jest ogromnej długości sznur turystów pragnących dotknąć świętego obrazu Dziewicy z Montserrat. Jak się łatwo domyślić, nie zasililiśmy szeregu oczekujących.

  

Zamiast tego udaliśmy się do jednej z dwóch kolejek górskich, prowadzących w dalsze rejony Montserrat. Pierwsza z nich, prowadząca do kolejnego miejsca kultu – Santa Cova, była zamknięta. My pojechaliśmy w górę, w kierunku najwyższego szczytu Montserrat – Sant Jeroni. Kolejka w tę stronę to tak właściwie kolejka na Sant Joan, pozwalająca oszczędzić prawie 250 metrów wspinaczki na szczyt. Wtedy, do najwyższego punktu pasma górskiego pozostaje już tylko 370 metrów, które może zrobić nawet wymęczony bieganiem po muzeach turysta w trampkach (oczywiście nie polecam braku odpowiedniego obuwia!).

Osoby zastanawiające się nad zorganizowaniem sobie podobnej wycieczki prawdopodobnie mają w głowie pytanie: a jak wyglądają kwestie finansowe? Tyle rozmaitych środków transportu, dodatkowe kolejki górskie, przesiadki… Wbrew pozorom jest to jednak zupełnie proste! Na większych dworcach i stacjach metra oraz w punktach informacji turystycznej można kupić bilety zawierające wszystkie środki transportu do i w rejonie Montserrat. W zależności od pożądanych elementów, ceny oczywiście się różnią. My kupiliśmy bilet o nazwie Trans Montserrat, zawierający praktycznie wszystkie dostępne środki transportu, za 31,60 euro od osoby (wliczając dojazd metrem do dworca z którego odjeżdżał pociąg z Barcelony).

Tutaj chciałabym jeszcze dopisać po raz trzeci słowa rozczarowania wiedzą pracowników punktu informacji turystycznej. Kupując bilet Trans Montserrat, pani przy kasie z przekonaniem stwierdziła, że nie jest on zbyt opłacalny, ponieważ żadna z kolejek nie funkcjonowała w okresie, kiedy chcieliśmy odwiedzić Montserrat. Oczywiście nie było to prawdą – wszystkie źródła internetowe wyraźnie mówiły, że kolejka na Sant Joan jest w pełni sprawna i dostępna dla turystów. Potwierdziliśmy to na miejscu. Morał z tego jest taki, że nie warto ufać informacji turystycznej w Barcelonie.

   

   

  

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę, jak wielu miejsc i budynków w centrum Barcelony nie udało nam się odwiedzić, wciąż uważam, że te dwa krótkie wypady były warte poświęconego czasu i pieniędzy. Muzeum-Teatr Dali w Figueres jest niezwykłym miejscem, którego nie sposób zapomnieć. Girona ma swój urok – w końcu nie bez powodu miasto to stało się tłem kilku scen Gry o Tron. Montserrat natomiast stał się fantastyczną odskocznią od dużego miasta – zwłaszcza spacer po wytartym szlaku, który z całą pewnością zachwycił tysiące osób przed nami.

Więcej

Barcelona bez Gaudiego, czyli co jeszcze warto zobaczyć

W ostatnim wpisie opowiadałam o wycieczce do Barcelony i dziełach Antoniego Gaudiego, które można tam zobaczyć. Jak to bywa w przypadku dużych miast, w Barcelonie jest o wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia i dzisiaj chciałabym przybliżyć część z nich. Skupię się głównie na najstarszej części miasta, zlokalizowanej bliżej morza i reprezentującej o wiele inny styl i nastrój niż opisana wcześniej dzielnica Eixample.

Więcej

Dzieła Gaudiego, które warto zobaczyć w Barcelonie

dzieła Gaudiego które warto zobaczyć w Barcelonie

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie planując wakacje latem wybierają kraje o cieplejszym klimacie, aby kleić się potem i przeciskać pomiędzy turystami, natomiast zimą uciekają od mrozu do jeszcze większego mrozu. Ja polecam zupełnie inny kierunek na styczeń czy luty – Barcelonę. Wraz z narzeczonym udało nam się odwiedzić to wspaniałe miasto na początku stycznia i było to doświadczenie tak wspaniałe, że zdecydowanie musimy je potówrzyć. Dodatkowo, postanowiłam napisać serię wpisów prezentujących piękno stolicy Katalonii (oraz okolic) oraz ciekawe miejsca, które zdecydowanie warto odwiedzić. Aby uporządkować tę naprawdę ogromną listę, postanowiłam uciec od chronologii i geografii, a bardziej skupić się na tematyce. Zacznę więc od najbardziej typowego powodu, dla którego każdego roku tłumy turystów tłoczą się na ulicach Barcelony – od twórczości Antoniego Gaudiego.

Więcej

Warszawa – muzea i inne atrakcje, czyli co miłośnik kultury zobaczyć powinien

warszawa muzea

Jak część z Was pewnie wie, w wakacje przez miesiąc mieszkałam w Warszawie, odbywając tam praktykę w biurze architektonicznym. Było to dla mnie naprawdę ciekawe i rozwijające doświadczenie, które było warte wszystkiego, włącznie z niemałym stresem tuż przed wyjazdem i komplikacjami logistycznymi (wliczając w to dojazd z Monachium przez Pragę, Cieszyn, Kielce i… Gdańsk). W końcu jednak trafiłam do stolicy – miejsca dotąd znanego mi z wycieczek szkolnych i stereotypów zasłyszanych w internecie.

Więcej

Amsterdam

amsterdam

Wreszcie udało mi się odwiedzić miasto, które od niepamiętnych czasów dumnie zajmowało pierwsze miejsce na mojej liście miast do zobaczenia. Amsterdam. Piękna stolica Holandii, znana z baśniowych widoków kamieniczek, ulokowanych wzdłuż kanałów, rowerów poprzypinanych do każdego możliwego elementu nieruchomego i wąskich ścieżek i zakamarków pomiędzy budynkami. Miasto artystów, jeden z najważniejszych ośrodków kultury, wypełnione muzeami i galeriami, pomnikami i rzeźbami. Miejsce, gdzie na każdym metrze kwadratowym można znaleźć dzieło sztuki, za to nietrudno zgubić siebie, nie tracąc przy tym niczego poza widokiem jednego pięknego miejsca na korzyść drugiego.

Prognoza pogody zapewniała mnie o dwudziestoprocentowej szansie opadów, co w klimacie amsterdamskim oznaczało mniej więcej, że miało padać cały dzień. Deszcz nie zmniejszył jednak tłumów snujących się między kamieniczkami. Nawet przy większej ulewie co bardziej przyzwyczajeni wyglądali na zupełnie nie poruszonych swoim moknięciem. Tylko sklepiki z pamiątkami czy kwiatami pozakrywane zostały plastikowymi szmatami. Tam można było kupić wszystko – od typowych pocztówek, figurek i przewodników po pudełka na stroopwafle, drewniane tulipany i lizaki z marihuaną. Zapach tej ostatniej unosił się w całym mieście, często przerywany wonią soczystego, dojrzewającego sera prosto ze sklepu, który całą swoją dekoracją wnętrza i zewnętrza przekazywał konkretny komunikat – tutaj sprzedaje się ser.

Regularny i charakterystyczny układ ulic i kanałów Amsterdamu sprzyja gubieniu się, nawet jeśli wyznaczona droga prowadzi prosto, bez zakrętów. A może to te kanały wabią swoim urokiem do tego stopnia, że nie da się bezrefleksyjnie ich minąć, tylko trzeba kawałek przejść wzdłuż, potem urokliwym mostem pełnym rowerów i z powrotem, żeby jeszcze drugi rząd kamieniczek zobaczyć w całej okazałości z przeciwległego brzegu. Skończyło się na tym, że zanim dotarłam do miejsca, w którym znajdują się najważniejsze muzea, minęły dwie czy nawet trzy godziny.

amsterdam
amsterdam


Kiedy miasto samo się prosi, aby je pokochać…

amsterdam
amsterdam


Czy wspominałam już rowery?

amsterdam
amsterdam


Tak, będę robiła zdjęcie przy każdym kolejnym kanale.

amsterdam


Kiedy myślisz sobie, że na pewno uda ci się zrobić zdjęcie słynnego napisu podczas ulewy. Na pewno nie będzie na nim żadnych ludzi.

Przybyłam tam z pełną świadomością, że nie odwiedzę tych wszystkich wspaniałych gmachów, wypełnionych niesamowitościami, jednego dnia. Wybór pomógł mi podjąć portfel, gdyż tylko jedno z muzeów oferuje zniżkę studencką – Stedelijk Museum, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej. Dwa pozostałe ze świętej trójcy – Rijksmuseum i Muzeum van Gogha zobaczę, kiedy uda mi się wyrobić kartę muzealną uprawniającą do bezpłatnego wstępu do muzeów przez cały rok. Wybór był idealny – wizyta w tym obiekcie zajęła mi dokładnie tyle czasu, ile pozostało od mojego przyjścia do jego zamknięcia.

W Stedelijk Museum spodziewałam się przede wszystkim Mondriana i van Doesburga, twórców kierunku De Stijl. Nie zawiodłam się. Co więcej, wyeksponowano słynne krzesło Rietvelda, a także jego makiety domu Schröder w Utrechcie, wraz z zachowanymi oryginalnymi elementami wyposażenia. Poza tym Malewicz, Kandinsky, Cézanne… czego innego można się spodziewać po muzeum tej klasy? Poznałam też paru nowych dla mnie artystów – jak Miguel-Ángel Cárdenas, Aslan Gaisumov czy Otobong Nkanga. Jedna z wystaw poświęcona została twórczości Edwarda Krasińskiego – trójwymiarowe kompozycje z wiszącymi elementami czy niebieską taśma adhezyjną wypełniały swoim oddziaływaniem całe pomieszczenia.

amsterdam


Poznajecie tę piękność? Tak, to oryginał z lat dwudziestych.

amsterdam


Wiszące lustra Krasińskiego

amsterdam


To jest zdjęcie przedstawiające chwilowy brak deszczu na zewnątrz.

Amsterdam to miasto niezwykłe. Ten jeden dzień minął tak szybko, że tak naprawdę w ogóle nie zdążyłam poznać tego miejsca. Pięknie zdobione elewacje kamieniczek wciąż wydają mi się bajką, a nie rzeczywistością. Ktoś powie, że przecież takie mamy w Gdańsku. Nie, nie. W Amsterdamie można iść bez końca, zagłębiać się w wąskie uliczki i przechodzić przez kolejne mosty a ten uroczy widok nie mija. Mnóstwo zieleni – kwiatów i krzaków w każdej formie, czy to wiszącej czy doniczkowej – dodaje malowniczości do nawet najciemniejszego kąta. Wycieczkowe łódki wypełnione turystami snują się po wodzie, a kramy oferują naprawdę najdziwniejsze pamiątki (moją ulubioną będą chyba pluszowe drewniaki – kapcie). Gdzieniegdzie pojawiają się tramwaje czy autobusy, ledwo przeciskające się pomiędzy turystami przeskakującymi z jednej krawędzi jezdni na drugą. Do tego jeszcze umieszczone w kluczowych punktach mobilne organy z rzeźbionymi figurkami, oferujące nietypową melodię.

Odwiedziłam wreszcie moje top1 miasto na liście do odwiedzenia… i wcale nie zamierzam go odhaczyć jako „zaliczone”.

amsterdam
amsterdam

 

amsterdam

 

amsterdam

Handel pamiątkami w Amsterdamie mógłby być materiałem na osobny wpis. Zdjęcie po prawej przedstawia na przykład… solniczki.

amsterdam


amsterdam


Nie ma nic gorszego niż nocne zdjęcia “z ręki”, wiem. Po prostu oświetlenie ratusza jest tak piękne, że postanowiłam umieścić dokładnie to zdjęcie – mimo, że zrobiłam i wersję “za dnia”.

Więcej

Sztokholm zimą odc. 2/2

Sztokholm to niesamowite miasto. Mogliście o tym przeczytać w moim poprzednim wpisie, opowiadającym o ogólnych wrażeniach oraz pierwszym dniu spędzonym w stolicy Szwecji. Dzisiaj skupię się już tylko na atrakcjach. Jeśli planujecie odwiedzić to piękne miejsce, koniecznie przeczytajcie o tym, co warto w nim zobaczyć.

Więcej

Sztokholm zimą odc. 1/2

To był szalony pomysł od początku do końca. Zaczęło się od przypadkowo napotkanej strony internetowej, wyświetlającej tanie loty z wybranego lotniska w podanym przedziale czasowym. To ona pokazała, że do Sztokholmu da się polecieć za 25 złotych, a wrócić za 30. Była to pokusa silniejsza od wszystkich skandynawskich mrozów, potencjalnie czekających tam na nas na przełomie stycznia i lutego. Była nawet silniejsza od rozumu i racjonalnego myślenia. Konkretniej, okazja dotyczyła dni, w których miały się odbyć poprawkowe egzaminy inżynierskie na moim wydziale. Ale był listopad, na głowie miałam bieżące zaliczenia i pracę dyplomową – potrzebowałam takiego marzenia, które zmotywuje mnie do poświęcenia 150% energii na ukończenie wszystkiego w terminie. Sztokholm zawsze był wysoko na mojej liście miast-celów; egzamin natomiast wydawał mi się formalnością. Pod koniec stycznia zaowocowało to atakiem paniki, który w jednej chwili zamienił efekt moich solidnych przygotowań w beznadziejne dukanie i jąkanie. Na szczęście nie było na tyle źle, aby nie zaliczyć. Mimo, że do końca życia będę sobie pluć w brodę, że zamiast widowiskowego rzucania ciekawostkami nie potrafiłam sobie przypomnieć czy blachownice mogły być homologiczne czy homogeniczne, podstawowy cel został osiągnięty – żadna poprawka nie zepsuła zaplanowanej podróży.

Więcej