Kategoria: Podróże

Wietnam – miasta i współczesna architektura

Wietnam od dawna górował na mojej podróżniczej liście marzeń i naprawdę czasem wciąż nie mogę uwierzyć, że w tym roku wreszcie udało mi się go odwiedzić. Podczas gdy wiele osób podróżuje w tym kierunku ze względu na przyrodę, kuchnię czy historię, ja chciałabym opowiedzieć dzisiaj o architekturze i miastach. Nie o tym, jak budowano w dawnych czasach, a o zupełnie współczesnych budynkach i ulicach.

Dopóki człowiek nie opuści kontynentu, nie zdaje sobie sprawy, jak podobne do siebie są miasta europejskie. Skupiamy się na różnicach w kształcie czy kolorach dachu, dekoracjach czy kompozycji urbanistycznej. Osoby siedzące w temacie bez problemu stwierdzą, czy budynek lub ulica przedstawiona na niepodpisanym zdjęciu pochodzi z Francji, Włoch czy Szwecji. Nie mówię tutaj o wsiach, które naturalnie żyją własnym życiem. Mówię o miastach, które pomimo różnic kształtują się mimo wszystko bardzo podobnie. Dworzec główny, rzeka, stare miasto, dzielnica biznesowa, osiedla takich samych domków na przedmieściach. Jest to wynikiem wspólnej kultury europejskiej, tego jak ludzie żyją i na co poświęcają swój czas.

A jak to wygląda w Wietnamie?

Natomiast Azja to zupełnie inny świat. Po odwiedzeniu Wietnamu już wiem, że nie można porównywać takich miast tą samą miarą. Dla osoby, która miała do tej pory styczność wyłącznie z europejskimi miastami, te głośne i gęste ulice stają się o wiele bardziej fascynujące, czasem przytłaczające, ale też co chwila zmuszające do refleksji i – mimo wszystko – porównań.

Miasta, które odwiedziłam to Da Nang, Hue i Hanoi, przejazdem też Ha Long i Ninh Binh. Każde z nich jest oczywiście inne, ma inną przeszłość i ukształtowało się w innych czasach. Ja przedstawię jedynie wspólny mianownik, który pokaże Wam, co dokładnie miałam na myśli, opowiadając o tej ogromnej różnicy. Na pewno chciałabym odwiedzić kiedyś Sajgon, czyli Ho Chi Minh City, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Mój opis jest wyłącznie na podstawie miast wymienionych powyżej, ewentualnie tego co widziałam z okna autobusu pomiędzy nimi.

Miasta w Wietnamie są bardzo gęste, jednak szybkie porównanie danych z Internetu uświadomiło mi, że wcale nie mają one większej gęstości zaludnienia niż miasta europejskie. To wrażenie pojawia się właśnie dzięki różnicom kulturowym i innemu trybowi życia Wietnamczyków. Pomijając zupełnie obecną teraz pandemię, wiele europejskich miast wydaje się być całkiem pusta. Spacerując, można naliczyć o wiele więcej zaparkowanych wzdłuż ulic samochodów, niż poruszających się po ulicach ludzi. Większość życia mimo wszystko spędzamy wewnątrz. W domu, w pracy, w sklepie.

Życie ulicy

W Wietnamie wygląda to zupełnie inaczej. Życie toczy się głównie na ulicy. Partery budynków są przez cały czas otwarte, zamieniając się w sklepy, restauracje, punkty usługowe. Zamiast ściany z drzwiami i oknami, będącej swojego rodzaju barierą oddzielającą wnętrze od zewnętrza, tam umieszcza się bramę szerokości całego budynku, która pozostaje przez większość czasu otwarta.

Na ulicy w Hanoi kupisz wszystko.

Według tego, co powiedział mi jeden przewodnik, supermarkety w Wietnamie powstały głównie dla turystów. Wietnamczycy wolą jednak kupować świeże jedzenie od lokalnych sprzedawców, rozwożących swoje produkty na mocno przepakowanych rowerach lub skuterach. Oczywiście są oni zupełnie częstym i typowym widokiem na wietnamskiej ulicy.

Kolejną rzeczą, która szczególnie zwróciła moją uwagę, jest to, w jaki sposób Wietnamczycy jedzą. Podczas gdy my najczęściej gotujemy coś w domu, tak aby zjeść to we własnych czterech ścianach z rodziną, oni spotykają się przed budynkiem ze znajomymi i w ten sposób spożywają swój posiłek. Najczęściej wykorzystują do tego małe, plastikowe krzesełeczka, rozstawiając je na chodniku, bez żadnej dbałości o udostępnienie przejścia przechodniom. Widząc takie spotkania, często nawet czułam pewnego rodzaju zazdrość. Miałam wrażenie, że jedzenie to dla nich świetna forma rozrywki, miłe spotkanie towarzyskie, będące zwykłą częścią dnia – a nie konieczny obowiązek połączony z jakąś tam przyjemnością jedzenia i męczarnią sprzątania później. U nas zapraszanie kogoś na obiad to święto, do którego trzeba się przygotować – tam to codzienność.

Krzesełeczka przyłapane!

Pisałam o blokowaniu chodników. Coś, co u nas budzi wiele dyskusji pomiędzy miejskimi aktywistami a właścicielami samochodów, firmami wynajmującymi hulajnogi czy sklepikarzami ustawiającymi swoje reklamy bez żadnej refleksji. W Wietnamie chodniki bardzo często są nie do przejścia, jednak nikomu to nie przeszkadza. Prawie każdy porusza się tam na skuterze albo motorze. Nawet krótka trasa kilkunastu metrów to już powód, aby wskoczyć na swój dwukołowiec i być na miejscu już w ciągu chwili.

Funkcja chodnika w Wietnamie.

Ruch drogowy

A samochody? Mało kogo na nie stać i nie są one tak użyteczne jak motor na tych ciasnych ulicach. Większość ich posiadaczy to ludzie, którzy używają ich w pracy – przewoźnicy, taksówkarze, kierowcy Graba – czyli tamtejszego Ubera. Ulice i bez półtora auta na głowę są zatłoczone.

Także styl jazdy jest zupełnie inny, wymaga innych umiejętności niż jazda po Europie. Naprawdę nie wyobrażam sobie wynajęcia auta w Wietnamie i próby poruszania się nim po mieście. Na szczęście nie funkcjonuje tam coś takiego jak carsharing. Chcesz pojechać gdzieś samochodem? Tylko z wietnamskim kierowcą – osobą, która zna zasady gry. W Europie  kierowcy pędzą przez miasto, często przekraczając dopuszczalne tempo jazdy o połowę. Raczej nie spodziewają się wypadków – w końcu, dopóki każdy trzyma się zasad (poza limitem prędkości i szacunkiem wobec niezmotoryzowanych), najprawdopodobniej nie dojdzie do wypadku. W Wietnamie kierowca musi mieć oczy dookoła głowy, a uszy zsynchronizowane z dźwiękami wokół.

Znajoma Wietnamka opisała mi te zasady tak pokrótce. Liczba użytych klaksonów jest językiem komunikacji na drodze – co oczywiście wpływa na miejski hałas. Tak więc klakson staje się ważniejszy niż kierunkowskaz, niż znaki drogowe czy jakiekolwiek zasady. Światła uliczne pełnią swoją funkcję na największych arteriach, jednak w centrum służą praktycznie wyłącznie do dekoracji. Tam już jednak zdecydowana większość poruszających się po drogach wybiera dwa kółka.

I co ma w takim razie zrobić pieszy, kiedy chce przejść na drugą stronę? Gdyby chciał zastosować się do zasady wpajanej każdemu europejskiemu dziecku od przedszkola: spojrzeć najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo i przejść, dopiero kiedy droga jest pusta… prawdopodobnie stałby w miejscu do momentu rezygnacji z celu podróży. Po prostu trzeba wejść w nurt motorów i samochodów i poruszać się stałym tempem przed siebie a oni naturalnie będą cię wymijać z przodu i z tyłu. Tobie przeleci życie przed oczami, dla nich to zwyczajny element trasy. Nawet nie wyobrażam sobie, jak skończyłoby się podobne przejście przez jezdnię w moim mieście.

Kable, szyldy i cała paleta kolorów

Mimo to, w wietnamskim mieście jest wiele innych niebezpieczeństw czyhających na nieuważnych turystów. Jednym z nich są wszechobecne kable. Plątanina najróżniejszych instalacji, niemożliwa do skontrolowania czy przypilnowania, to stały element miejskiego krajobrazu. Pajęczyna kabli łączy wszystkie budynki, często zapętlając się z ogromnymi zwojami na słupach. Kable grube, kable cienkie, kable głównie czarne, rzadziej kolorowe. Często jest ich tak wiele, że tworzą nad ulicami prawdziwy baldachim. Wiją się także po gałęziach drzew, których na szczęście w miastach jest całkiem sporo.

Kablowisko w Da Nang.

Tego chaosu dopełniają niekończące się szyldy, reklamy, billboardy i wszelkiego rodzaju napisy. Zdecydowanie jest na czym zawiesić oko. Ten chaos jest tak wielki, że zaczyna tworzyć nowy porządek. Miejsce bez kabli i szyldów zaczyna się dziwnie wyróżniać, wręcz świecić pustką.

A tutaj turystyczna część Ninh Binh – Tam Coc.

Jak wyglądają same budynki? Jest to praktycznie mikstura stylów, kolorów i kształtów. Zdecydowanie dominują bardzo długie i wąskie budynki – o podobnych proporcjach co zabudowa średniowieczna czy nowożytna w miastach Europy. Wąskie fasady, wyższy parter od kolejnych pięter i wręcz niefunkcjonalnie głęboka zabudowa. Znowu tworzę tutaj jednak niepotrzebne porównanie. Te budynki są zupełnie inne.

Na pierwszy rzut oka wydają się celowo różnić się pomiędzy sobą. Jeśli sąsiad pomalował swój dom na niebiesko, to nasz musi koniecznie być żółty albo czerwony. Tak naprawdę jednak główną rolę jak zawsze grają koszta. Od budżetu zależy wysokość budynku, a kolejne piętra powstają lata później, przy użyciu innych materiałów, często zupełnie odbiegając stylem od tego, co się znajduje poniżej.

Zdecydowanie jednak Wietnamczycy lubią ładne rzeczy. Pomimo tego chaosu w całej zabudowie miasta, można powiedzieć, że niektóre dekoracje są wręcz eleganckie! Wiele balustrad, dekoracji rzeźbiarskich czy całych wykuszy jest tak ładna, że aż trudno uwierzyć, że wzrok nie trafia tam sam, zamiast błądzić po kablach i reklamach.

Po prostu spójrzcie na te budynki i powiedzcie, że nie są śliczne!

Wnętrz nie widziałam zbyt wiele. Te, które widziałam, były ciasne, ciemne i częściowo przytulne, częściowo przytłaczające. Jeśli uda mi się zebrać więcej przemyśleń na ten temat, zwłaszcza po kolejnej wizycie w tym kraju, z chęcią opiszę i je na blogu.

Komunikacja publiczna?

Ach i ostatecznie powinnam napisać coś o tym, co moim zdaniem ma kluczowy wpływ na kształt wszystkich europejskich miast, natomiast w Wietnamie nie gra roli. Jest to komunikacja publiczna. Szukając informacji w Internecie o poruszaniu się pomiędzy miastami czy lotniskiem a miastem, dowiedziałam się o istnieniu paru autobusów. Na miejscu nie skorzystałam jednak z żadnego z nich. Wiązałoby się to z bardzo długim czekaniem, jeszcze dłuższym czasem straconym na przejazd oraz potencjalnymi problemami. Nikt nie potrzebuje autobusów, kiedy każdy ma skuter, a w razie czego zawsze można pojechać Grabem.

Będąc wieczorem w Hoi An, chcieliśmy wrócić autobusem do homestay’a, gdzie nocowaliśmy w Da Nang. Okazało się, że nie dość, że zajęłoby nam to całą wieczność, to jeszcze i tak musielibyśmy znaleźć kolejny transport po mieście. Nawet z lotniska w Hanoi, gdzie podobno autobus jeździ bez problemu, ostatecznie wzięliśmy taksówkę (która w sumie była częścią dojazdu do Ninh Binh, załatwionego nam przez kolejną noclegownię). Być może straciliśmy część autentycznych doświadczeń – w zamian zyskaliśmy mnóstwo cennego czasu podróży.

Jeśli chodzi o kolej, tutaj sytuacja wygląda trochę inaczej. Kocham pociągi i bardzo chciałam chociaż raz przejechać się pociągiem w Wietnamie. Wybór był oczywisty – trasa z Da Nang do Hue. Nawet nie sto kilometrów zajęło ponad 4 godziny. Była to jednak przepiękna podróż, z widokiem na zatokę. W takim czasie tłok da się jeszcze znieść, a i nawet udało mi się pogadać ze współpasażerami. Mało osób jednak korzysta z kolei. Przez Wietnam ciągnie się tylko jedna linia, z krótkimi rozgałęzieniami. Pociąg jeździ rzadko, powoli i zdecydowanie ma już swoje lata. Do Sapy, malowniczego regionu na północy kraju, jeździ wielu przewoźników kolejowych, jednak ich ceny są już wycelowane w majętnych turystów, a nie w większości biednych mieszkańców Wietnamu.

Na zakończenie…

Zdjęcia poniżej to dodatek dla osób bardziej zainteresowanych budownictwem niż architekturą: budowa komercyjna oraz bardziej indywidualna. Spójrzcie na ten kontrast, jeśli chodzi o rozumienie bezpieczeństwa na budowie.

Podsumowując, chciałabym mimo tych wszystkich porównań powiedzieć, że zdecydowanie nie warto krytykować wietnamskich miast za to, z czym walczy się w Europie. Tam wszelkie ustawy krajobrazowe, warunki zabudowy czy zakazy blokowania chodników po prostu nie miałyby sensu. Wyobraziłam sobie kogoś proponującego poprowadzenie ścieżek rowerowych w stolicy Wietnamu i aż śmiechłam pod nosem na taki pomysł.

Wietnam to wciąż biedny kraj, decyzje muszą być przesuwane w czasie ze względu na brak środków, a jakiekolwiek zmiany muszą być wprowadzane stopniowo. Jestem jednak pewna, że w przyszłości miasta te wciąż pozostaną egzotyczne dla europejskich turystów. Ja już teraz tęsknię za tym hałasem i kolorami.

Na koniec – miasto Da Nang nocą.

Więcej

Ucieczka do Lizbony – cz. 2 – Co warto zobaczyć w Lizbonie?

Lizbona to niesamowite miasto, które tak naprawdę nie wymaga od odwiedzających gotowej listy atrakcji. Ulice Lizbony spokojnie doprowadzą do ważniejszych punktów, a wiedząc, do którego autobusu lub tramwaju warto wskoczyć, można dać się ponieść widokom. Mimo to postanowiłam opisać te miejsca, które my odwiedziliśmy. Niech ten wpis posłuży Wam jako luźna lista inspiracji – a nie zbiór “must see” do odhaczania.

Jeśli jeszcze nie przeczytaliście poprzedniego wpisu o Lizbonie, zachęcam od rozpoczęcia od niego.

Tak naprawdę to miasto nie potrzebuje muzeów i galerii sztuki. Ten widok to arcydzieło samo w sobie! Mimo to, jak dobrze, że są!

Lizbona jest pełna zabytków i atrakcji turystycznych. Chociaż miasto to przyciąga tłumy turystów, często trudno jest znaleźć wiarygodne informacje, wskazujące miejsca, które rzeczywiście warto odwiedzić. Podczas naszej wycieczki pominęliśmy część punktów uznawanych za najważniejsze, a uwzględniliśmy to, co interesowało nas szczególnie. Teraz mogę przyznać, że ten jeden tydzień to było zdecydowanie za mało, aby w pełni docenić to, co to miasto ma do zaoferowania.

Dzisiaj podzielę się z Wami moją listą oraz osobistymi opiniami na temat poszczególnych miejsc. Warto wziąć pod uwagę, że każdy ma inne zainteresowania i gust i moja lista będzie na pewno odbiegać od tego, co poleca TripAdvisor. Oprócz wizyty w muzeach i innych obiektach, zdecydowanie polecam zwiedzenie miasta z przewodnikiem – łatwo znaleźć darmowe spacery piesze, opłacane na zasadzie dobrowolnych napiwków. Tymczasem skupmy się na samych punktach na mapie.

Swoją listę podzieliłam na kilka części, aby pogrupować obiekty pod względem lokalizacji. Zacznijmy od samego centrum miasta.

Centrum

Słowem “Centrum” określiłam miejsca, do których spokojnie można dojść pieszo, znajdując się gdzieś pomiędzy Rossio a Praça do Comércio (dzielnica Baixa i dzielnice sąsiadujące). Bardzo fajny tekst na temat dzielnic Lizbony można przeczytać na tej stronie.

Zamek św. Jerzego – nie bez powodu jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Lizbonie. Początkowo nawet chcieliśmy go pominąć, bojąc się pułapki turystycznej. Jak dobrze, że tego nie zrobiliśmy! XII-wieczny obiekt, wybudowany przez Maurów, w którym spokojnie można spędzić kilka godzin – nie tylko ze względu na sam zamek (albo raczej to, co po nim zostało), ale przede wszystkim ze względu na niezwykłe widoki rozpościerające się z jego murów. W zamian za częstą wspinaczkę po schodach (miłośnikom schodów szczególnie polecam Torre de São Lourenço – warto!). Wystawy wewnątrz zamku wydają się mniej istotne niż jego wieże i mury, natomiast warto zobaczyć wykopaliska archeologiczne, dostępne tylko o konkretnych godzinach, z przewodnikiem. Ach, no i zamkowe ogrody z nietypowymi roślinami i ciekawymi rzeźbami.

Ważne! Aby uniknąć naprawdę długiego czekania w kolejce, warto wcześniej zakupić bilet przez Internet.

Wszystkie zdjęcia w Lizbonie robiliśmy razem z narzeczonym, wyrywając sobie nawzajem aparat, więc załóżmy, że to dzieło wspólne.

Torre da Igreja do Castelo de São Jorge – wieża widokowa przy kościele Świętego Krzyża obok zamku św. Jerzego. Dałabym jej takie 2/5, ponieważ widoki z niej są dość przeciętne jak na to miasto, a kościół niczym mnie nie zachwycił. Jest to jednak miejsce mniej oblegane przez turystów, co jest oczywiście dużym plusem.

Katedra w Lizbonie – myślę, że warto ją odwiedzić, jeśli jest się zainteresowanym architekturą sakralną, choć nie wyróżnia się specjalnie spośród innych znanych mi katedr. Tym, co mnie najbardziej zainteresowało, były proporcje kolumn – bardzo duże bazy i głowice w porównaniu do trzonów. Dla osób, które lubią przebywać pośród starych murów, pozycja obowiązkowa.

Choćbym zobaczyła dziesięć tysięcy katedr, dziesięć tysięcy pierwsza wciąż zrobi na mnie wrażenie.

Carmo Convent – czyli klasztor Karmelitów, a raczej jego ruiny. Również jedno z najczęściej odwiedzanych przez turystów miejsc w Lizbonie. Kościół został zniszczony podczas słynnego trzęsienia ziemi i obecnie można oglądać ruiny w postaci gołych słupów i reszty ścian. W środku jest także niewielkie muzeum archeologiczne, prezentujące zachowane elementy kościoła (rzeźby itp.). Myślę, że niesamowite byłoby zobaczenie tego miejsca po zmroku.

Muzeum Narodowej Gwardii Republikańskiej – choć do tej pory nie ciągnęło mnie do tego typu muzeów, to zostało nam silnie polecone jako jedno z lepszych muzeów w Lizbonie. Czy tak jest w rzeczywistości – spekulowałabym, jednak to niewielkie muzeum jest wciąż warte odwiedzenia. Nowocześnie zorganizowane, przedstawia eksponaty związane z armią oraz przekazuje wiedzę historyczną. W Internecie można spotkać się z informacją, że muzeum jest darmowe, jednak obecnie koszt zwiedzania to 2 euro.

Elevador de Santa Justa – jest to miejsce, które trzeba zaliczyć, ale najlepiej w sposób niekonwencjonalny. Winda z punktem widokowym jest oblegana przez turystów, co oczywiście wiąże się z ogromnymi kolejkami. Nic dziwnego – widok z góry jest oszałamiający! Aby oszczędzić sobie kilku euro oraz nawet paru godzin stania pod windą, warto wejść od strony Carmo Convent na górną stację windy. Tam można kupić bilet na samą platformę widokową (1.50 €), czyli to, na co ci wszyscy ludzie tam na dole będą jeszcze czekać długo po naszym wyjściu.

Museu do Aljube – Muzeum Oporu i Wolności Aljube – utworzone w budynku dawnego więzienia, opowiada o historii walki z dyktaturą i drodze do wolności. Choć trudno znaleźć je w przewodnikach po Lizbonie, mnie zaciekawił sam temat i naprawdę cieszę, że udało nam się je odwiedzić. Wystawa jest współczesna, multimedialna, wywołująca emocje. Zawiera też wiele ciekawych informacji i źródeł historycznych.

Bardzo dużo ciekawych informacji do poczytania, także w języku angielskim.

Lisboa Story Centre – było chyba najbardziej rozczarowującym miejscem, które odwiedziliśmy w Lizbonie. Może dlatego, że oczekiwałam wiele – informacji na temat miasta. Coś jak Muzeum Warszawy, jak Muzeum Amsterdamu, jakiekolwiek współczesne muzeum stolicy… Tutaj dostałam audioguide’a z mało informacyjną treścią i denerwującymi dialogami (prawdopodobnie targetowanymi w grupę docelową 8-12 lat). Głównym punktem muzeum była niewielka sala kinowa z projekcją animacji, dość miernej jakości, i symulacją trzęsienia ziemi, które zrujnowało miasto. Dla dzieci prawdopodobnie byłoby to ciekawe, dorosły widz natomiast oczekiwałby większego realizmu i bardziej informacyjnych treści.

Choć uwielbiam nowoczesna muzea, to jedno poleciłabym raczej wyłącznie dużo młodszym odbiorcom.

Autobusem i tramwajem

Muzeum Azulejos (płytek ceramicznych) – wydawać by się mogło, że temat niepozorny, czego oczekiwać po takim muzeum? Ja muszę przyznać, że dla mnie było to jedno z ciekawszych miejsc odwiedzonych w Lizbonie. Tzw. „kafelki” również mogą być ciekawe i to miejsce to udowodni – przedstawiając zbiór najładniejszych, najciekawszych i najważniejszych historycznie płytek. Poza tym można dowiedzieć się, jak powstają tego typu elementy, w jaki sposób tworzy się barwniki do nich, jakie rodzaje kafelków w ogóle występują… A na koniec kafelkowa panorama miasta! Ach, no i warto dodać, że muzeum mieści się w zabytkowym klasztorze i sam obiekt jest ciekawy architektonicznie.

Zespół budynków i ogrodu Calouste Gulbenkiana – myślę, że obowiązkowy punkt dla miłośników sztuki. Dwie duże kolekcje – ze sztuką dawną i współczesną oraz nietypowa przestrzeń pomiędzy nimi (zawierająca na przykład las bambusowy) naprawdę zachwycają. Kolekcji nie będę opisywać, bo często się zmienia, muszę jednak przyznać, że wybór ekspozycji zdecydowanie trafił w mój gust.

LxFactory – umieszczam na końcu tej listy ze względu na lokalizację w stronę kolejnej kategorii, jednak my odwiedziliśmy LxFactory jako pierwsze, ze względu na odbywający się w każdą niedzielę LxMarket. To miejsce zdecydowanie polecam miłośnikom hipsterskich knajpek, saloników z rękodziełem, sztuki ulicznej i craftowego piwa. LxFactory to tętniąca życiem przestrzeń kulturalna w terenach poprzemysłowych. Naprawdę warto tam zajrzeć, chociaż na chwilę.

Dlaczego LxFactory warto odwiedzić właśnie w niedzielę

Belém

Ta część Lizbony została przez nas odwiedzona dość szybko i ominęliśmy wiele punktów, które przyciągają licznych turystów. Większość osób jedzie do Belém, aby zobaczyć Klasztor Hieronimitów, Wieżę Belem oraz Pomnik Odkrywców. My te wszystkie miejsca obejrzeliśmy tylko od zewnątrz – być może zostawiając sobie je na kolejny raz. Zobaczyliśmy tylko muzeum pałacu Presidencia, ze względu na polecenie. Było ciekawe, choć nie jestem do końca pewna, czy jest to ważny punkt wycieczki. Sam pałac można odwiedzić tylko dwa razy w tygodniu, przez to warto konkretniej zaplanować swoją wycieczkę do Belém.

Tym, co natomiast powinno znaleźć się na liście każdego miłośnika sztuki i kultury jest Museu Coleção Berardo w Belém Cultural Center. Jest to ogromna galeria sztuki współczesnej, zawierająca światowej klasy zbiór dzieł, które zdecydowanie warto zobaczyć na własne oczy. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że to miejsce aż tak mnie zachwyci. Wszystko posegregowane stylami, zorganizowane w nowoczesny sposób, przyjazny dla odbiorcy. Poza tym naprawdę ciekawe wystawy czasowe, prezentujące genialnych artystów współczesnych. Z całego serca mogę polecić to miejsce.

W tej części Lizbony znajduje się ciekawe muzeum MAAT, niestety podczas naszego wyjazdu było ono zamknięte z powodu wichury. No, na następny raz będzie!

Belem jest zdecydowanie ciekawym miejscem o charakterze portowym. Myślę, że zdecydowanie warto je odwiedzić będąc w Lizbonie. Szczególnie pięknie wygląda o zachodzie słońca, kiedy można usiąść w pobliżu zabytków i patrzeć na kolory nieba odbijające się w wodzie.

Lisboa Card?
A może coś na sam transport?

Przed każdą miejską podróżą szukam możliwych opcji oszczędzenia paru groszy na drogich biletach wstępu. Bardzo długo zastanawiałam się nad zakupem Lisboa Card i ostatecznie… zrezygnowałam.

Lisboa Card, jak się łatwo domyślić, jest ofertą skierowaną w stronę turystów chcących zobaczyć jak najwięcej. Płacisz raz i masz dostęp do wielu obiektów, darmową komunikację publiczną i zniżki do wybranych usług. Wadą jest krótki czas, w którym możesz to zrobić. Do wyboru 1, 2, albo 3 dni. Jest to zawsze zbyt mało, aby zobaczyć wszystkie miejsca na liście, ale dostatecznie dużo, aby zaliczyć co najmniej kilka z nich.

W przypadku Lizbony, oferta opłaca się, kiedy zamierza się dużo podróżować komunikacją publiczną, a zamiast spędzać długie godziny w muzeach, bardziej wolałoby się wejść na chwilę, popatrzeć na kilka eksponatów i wyjść. Wydaje mi się, że tutaj oferta jest niezbyt atrakcyjna.

Tym, co natomiast koniecznie trzeba kupić jest karta Viva viagem (a nawet kilka takich kart – jedna kosztuje jedynie €0.50). Jest to karta z chipem, na którą można ładować bilety komunikacji publicznej lub prościej – wpłacić na nią wybraną kwotę, która będzie odpowiednio wykorzystywana podczas przejazdów autobusami, tramwajami czy pociągami. Ważne! Jedną kartę można uzupełnić tylko jednym rodzajem biletu. Wybierając się więc gdzieś dalej (np. do Sintry), a mając wciąż dostępne “bilety lokalne” na swojej karcie, konieczne będzie kupienie drugiej.

“Wesołych Świąt” :)

Tym wpisem oczywiście nie wyczerpałam tematu zwiedzania Lizbony, a jedynie go napoczęłam. Jak już powiedziałam – ja jeszcze tu wrócę!

Pozostałe wpisy z serii:

Ucieczka do Lizbony – cz. 3 – O kulturze i naturze, wizyta w Sintrze i Cascais (wkrótce!)

Więcej

Ucieczka do Lizbony – cz. 1

Kocham europejskie stolice. Miasta te nie dość, że posiadają długą i ciekawą historię, to często i ich współczesność fascynuje. Inne duże ośrodki również potrafią być piękne i niezwykłe, jednak dla mnie tytuł stolicy oznacza po prostu pewność, że niezależnie od pory roku, znajomości języka czy dostępnej gotówki, zawsze będzie tam co robić. Stolica, którą dzisiaj opiszę, szczególnie ukradła moje serce. Poczytajcie o wspaniałej Lizbonie, którą odwiedziliśmy pod koniec grudnia ubiegłego roku.

To miała być zwykła ucieczka od świątecznego szaleństwa. Zamiast wydawać ogromne kwoty na bilety do Polski (Polacy podróżują jak szaleni do swoich rodzin w czasie Bożego Narodzenia – nawet wydając na to wielokrotności normalnych cen przewozów czy lotów), postanowiliśmy po prostu wybrać coś tańszego i pozwalającego odpocząć od pracy i życia w Niemczech. Postawiliśmy sobie warunek: jakieś ciepłe miejsce, bezpieczne, niedrogie, łatwe do zaplanowania. Kiedy wyszukiwarka lotów wskazała Lizbonę, już wiedziałam, że będzie to strzał w dziesiątkę. Oboje nigdy nie byliśmy w Portugalii, natomiast rok temu zaliczyliśmy Barcelonę i wróciliśmy stamtąd z pięknymi wspomnieniami i chęcią powrotu.

Pogoda w Lizbonie pod koniec grudnia jest praktycznie idealna. Jest ciepło, więc grube kurtki i rękawiczki można schować, natomiast nie ma upałów, zmuszających ludzi do nakładania grubych warstw kremów z filtrem, noszenia okularów przeciwsłonecznych (to boli szczególnie ludzi z wadą wzroku) a turystów nie ma aż tylu, co w sezonie. Przez większość świątecznych dni wszystkie atrakcje i muzea są otwarte. Wyjątkiem jest 25 grudnia, kiedy zamknięte jest oczywiście wszystko, oraz 24 grudnia, kiedy większość miejsc oficjalnie jest otwarta, ale na miejscu okazuje się, że powieszono karteczkę z napisem, że jednak nie. Lizbona otoczona jest jednak piękną przyrodą i warto wtedy uciec z miasta na spacer po plaży w Cascais czy w okolice Sintry.

Ale wróćmy do samej Lizbony.

Żółty tramwaj nr. 28 to jeden z symboli miasta. Ta zabytkowa linia pokonuje naprawdę strome wzniesienia, ostre zakręty i to wszystko pomimo tłumów turystów wewnątrz!

Trochę historii

Lizbona ma bardzo złożoną historię i pozostałości z poszczególnych czasów wciąż można znaleźć w przestrzeni miasta. Już w czasach antycznych funkcjonowała tutaj osada, być może nawet punkt handlowy, choć początki Lizbony datuje się o wiele wcześniej. Czasy rzymskie pozostawiły po sobie duży ślad. Potem przejęcie przez Maurów dało zupełnie nowy kierunek rozwojowi miasta, w tym i architekturze, tym razem muzułmańskiej. Dopiero w XXII wieku Lizbona została włączona do Portugalii, a obecni mieszkańcy przeszli na chrześcijaństwo lub przenieśli się do innych krajów muzułmańskich. Od 1255 miasto jest stolicą Portugalii (prawie ciągle) i głównym ośrodkiem państwa.

To z Lizbony, z portu w Belém, wypływały wyprawy odkrywców i kolonizatorów. Miasto było uznawane za jeden z najważniejszych ośrodków Europy. Niestety, w 1755 większa część miasta została zniszczona w trzęsieniu ziemi oraz następujących pożarach. Ocalali ludzie, ukrywając się w pobliżu brzegu, zostali w dużej części zgładzeni przez tsunami.

Miasto zostało odbudowane według zupełnie nowego planu. Postawiono na prosty układ z najważniejszą ulicą łączącą główne place: Praça do Rossio (główny plac handlowy i miejsce spotkań) oraz reprezentacyjny Praça do Comércio, z łukiem triumfalnym i posągiem króla Józefa I na koniu. Cała przestrzeń pomiędzy placami to obecnie serce Lizbony, położone w wąwozie pomiędzy miejskimi wzgórzami. Ten niezwykle prosty i skuteczny układ tworzy bardzo przyjemną do spaceru tkankę miasta.

Wszystkie zdjęcia w Lizbonie robiliśmy razem z narzeczonym, wyrywając sobie nawzajem aparat, więc załóżmy, że to dzieło wspólne.

Miasto dziś

W Lizbonie można zakochać się za samą geografię miejsca. Za tą jego trójwymiarowość. Z jednej strony mamy praktycznie bezpośredni dostęp do Atlantyku, z drugiej teren ukształtowany jest dość górzyście, ułatwiając znalezienie punktów widokowych. To jest właśnie to, co ujęło mnie szczególnie – choć miasto charakteryzuje się zwartą zabudową, wciąż łatwo trafić na otwarcia widokowe. Jest ich naprawdę mnóstwo, od przypadkowo napotkanych szpar pomiędzy budynkami, do specjalnie ulokowanych tarasów na dachach domów.

Poziomy ulic Lizbony są tak zróżnicowane, że miasto wyposażono w windy, pozwalające za darmo wjechać na wyższe „piętro”. Z tego powodu warto zapomnieć o istnieniu Google Maps i dać się prowadzić miastu, zaskakującemu na każdym kroku. Kręte uliczki i tak zawsze doprowadzą w jakieś piękne miejsce, nawet jeśli nie będzie to dokładnie to, którego właśnie szukasz.

A czym właściwie jest to piękno? Tutaj mogłabym się rozpisywać, ale postaram się ująć to co najważniejsze. Lizbona to nie jest miasto czyste i sterylne, jak miasta niemieckie, ale też niegłośne i dzikie jak opisywany wcześniej Stambuł. To taki złoty środek pomiędzy jednym a drugim. Z jednej strony nie wieje nudą, z drugiej wydaje się być całkiem bezpieczna.

Miasto łączy też stare z nowym. Zgodnie z tamtejszą tradycją budowlaną, obiekty obłożone są kolorowymi kafelkami, często zawierającymi wzory lub malunki. Choć przed przyjazdem słyszałam wielokrotnie, że turyści zdrapują kafelki z domów, a wiele z nich jest w złym stanie, sama nie zauważyłam podobnych tendencji. Wiele budynków miało wręcz nowo wyłożoną ceramikę. Choć oczywiście nie wszystkie budynki mają tego typu elewację, sama powtarzalność tego stylu sprawia, że architektura miasta jest naprawdę spójna. Poza tym, czy to nie wygląda prześlicznie, kiedy fasady wręcz błyszczą się w promieniach słońca, rzucając wokół wielokolorowe odbicia?

Elementem nowym jest natomiast liczna sztuka miejska. Uwielbiam street art, a w Lizbonie natykaliśmy się na rozmaite interwencje w przestrzeni miejskiej na każdym kroku! Od nietypowych rzeźb i zabawnych znaków i naklejek po niezwykłe murale. W mieście działają liczni artyści street artowi, tworzący naprawdę niezwykłe dzieła, często odpowiadające na obecne problemy lub przekazujące konkretne, ważne, znaczenie. A przy okazji są piękne i sprawiają, że miasto jest jeszcze ciekawsze, niż byłoby bez udziału sztuki.

Trójwymiarowy mural autorstwa Bordalo II w LxFactory

Ciąg dalszy:

Ucieczka do Lizbony – cz. 2 – Co warto zobaczyć w Lizbonie? (wkrótce!)

Ucieczka do Lizbony – cz. 3 – O kulturze i naturze, wizyta w Sintrze i Cascais (wkrótce!)

Więcej

10 rzeczy, które mnie zaskoczyły w Stambule

Jadąc do Stambułu, spodziewałam się kontaktu z zupełnie nową kulturą, nowym spojrzeniem na świat i nowymi bodźcami. Ta podróż była rajem dla oka – na każdym kroku przed oczami stawały mi piękne mozaiki, barwne dywany, niesamowite kolory. Myślę, że są to jednak rzeczy, które trudno tak naprawdę opisać w przystępny sposób. Tego trzeba doświadczyć na własnej skórze. Ten wpis postanowiłam przeznaczyć więc na 10 drobnych ciekawostek, które mogą być dla Was nowe, które rozbudzą ciekawość albo zmuszą do refleksji, czy może nawet zachęcą do planowania podobnej wycieczki! Tym razem nie będę opisywać miejsc czy zabytków, a skupię się na tych drobnych detalach, które przykuły moją uwagę podczas pobytu i o których łatwo można zapomnieć, nie zapisując ich po powrocie.

1. Prawie wszystkie samochody są białe

Kiedy przybyliśmy do Stambułu i autobusem jechaliśmy z lotniska do centrum miasta, była to pierwsza nietypowa rzecz, jaką zanotowałam: prawie wszystkie samochody na ulicy są białe! Jest kilka powodów, dlaczego mieszkańcy Stambułu wybierają konkretnie ten kolor. Najbardziej oczywisty to klimat tego miejsca – biel w większym stopniu odbija promienie słoneczne, dzięki czemu pojazd mniej się nagrzewa. Niektóre posty znalezione w Internecie podają, że białe samochody są tańsze, co mogłoby być kolejną przyczyną takiego wyboru. Poza tym, na bieli zarysowania są mniej widoczne, co zdecydowanie ma znaczenie w mieście takim jak Stambuł. Nie zliczę, ile razy widziałam tam samochody omijające przeszkody czy inne pojazdy, zachowując przy tym tak niewiarygodnie małą odległość, że naprawdę brak głębokich rys to już tylko kwestia szczęścia albo czasu.

2. Sklepy i restauracje otwarte są naprawdę długo

Jeśli ktoś, tak jak ja, mieszka obecnie w Niemczech i postanowi odwiedzić Stambuł, chyba największym szokiem kulturowym będzie to, że sklepy są otwarte do późnej nocy. Dla porównania, w moim mieście już od 8 wszystkie markety są zamknięte, a dwie godziny później na marne szukać otwartej restauracji. Stambuł to zupełnie inny świat! Zapomnieliście kupić pocztówki albo pamiątek dla rodziny, rano wyjeżdżacie, a właśnie wybiła północ? Wałęsając się po mieście, nagle złapał was głód w środku nocy? W tym mieście takie sytuacje nie wiążą się z żadnymi problemami, jako że ulice żyją do naprawdę późnej pory (nawet nie udało mi się sprawdzić, jak długo). W czasie Ramadanu jest oczywiście szczególnie – po całym dniu postu Muzułmanie świętują hucznie swój posiłek. Podczas bardziej zwykłych dni, wciąż jednak centrum miasta wieczorem nie zamiera, a tłumy ludzi kontynuują swoje zakupy czy spotkania ze znajomymi.

Dzięki temu też, centrum miasta wydaje się całkiem bezpieczne po zmroku. Ulice są oświetlone, ludzie przechadzają się ze znajomymi, ale także i samopas. Z restauracji dobywa się muzyka, sprzedawcy wciąż próbują opchnąć komuś swoje towary. Większość Muzułmanów, zgodnie ze swoją wiarą, nie pije alkoholu, więc raczej nie doświadczy się w Stambule konfrontacji z osobami pod wpływem.

Już dawno ciemno, a tu wszystko wciąż otwarte. Zdjęcie: PK.

3. Policja i bramki na wejściach

Można dyskutować na temat, czy obecność grup policjantów patrolujących lub pilnujących miejsc publicznych, zwiększa czy zmniejsza poczucie bezpieczeństwa. Ja powiem, że jest to po prostu coś, czego nie spotyka się zbyt często w Europie, poza ważnymi wydarzeniami lub świętami. Jest wiele powodów, dla których podjęto decyzję zwiększonej czujności w historycznym centrum i naprawdę nie chciałabym tych tematów tutaj poruszać. Zdarzało mi się widzieć wozy bojowe na głównych placach, a stróże prawa wyposażeni byli w karabiny maszynowe.

Kolejnym tematem jest kontrola dostępu do przestrzeni półpublicznych. Jeśli ktoś myśli, że po opuszczeniu lotniska będzie miał tymczasowo spokój z bramkami, jest w totalnym błędzie. W Stambule wszystkie najważniejsze muzea posiadają zabezpieczenia na wejściu, bagaż jest skanowany, a człowiek może być przeszukany. Co ciekawe – podobnie jest z galeriami handlowymi czy większymi bazarami.

4. Do muzeów wchodzi się z plecakami

Będąc jednak w temacie muzeów, dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że nie posiadają one szatni ani szafek. Ekspozycję ogląda się z torbą na ramieniu czy plecakiem na plecach, często trzymając kurtkę bądź bluzę w dłoni. Nie jest to wygodne ani praktyczne, ale domyślam się, że przy takiej liczbie odwiedzających, szatnia zajęłaby pół gmachu muzeum. Kolejnym problemem byłaby konieczność zorganizowania wyjścia w tym samym miejscu, co wejście – a to nie zawsze byłoby możliwe. Chodzenie z plecakiem jest jednak niewygodne, a często i niebezpieczne dla eksponatów.

Chyba jeszcze nie było wnętrza Hagii Sophii. No to jest!

5. Wikipedia zabroniona

Długo nie mogłam się do tego przyzwyczaić – kiedy pomimo dobrego połączenia z Internetem, strona nie chciała się załadować. Wikipedia obecnie zablokowana jest na terenie Turcji. Nie jest to jedyna ocenzurowana część Internetu w tym kraju, jednak zdecydowanie najważniejsza z punktu widzenia turysty.  W ubiegłych latach nawet chwilowo niemożliwy był dostęp do Twittera, jednak obecnie nie ma z tym problemu.

6. Przystawki w restauracjach

Czas powrócić do tematu jedzenia. Miłym zaskoczeniem jest to, że niezależnie od tego, czy trafiliśmy do małej i taniej knajpki, czy do wysoko ocenianej eleganckiej restauracji, zawsze przed otrzymaniem głównego dania, dostawaliśmy pewnego rodzaju przystawki – chleb (najczęściej typu pita) oraz coś do niego. Nawet zamawiając przystawki z karty dań, oprócz nich praktycznie zawsze na stole pojawiało się coś ekstra.

Pracownicy restauracji dbają o klienta – w razie braku chleba donoszą więcej, często oferują darmowy napój przed wyjściem. Oczywiście w dobrym geście jest zaoferować wtedy sensowny napiwek. Lepsze restauracje wliczają napiwek w cenę, jest on stałą częścią rachunku i pomimo to, wciąż oferują „gratisy”. Ogólnie odniosłam wrażenie, że w Turcji jedzenie ma o większe znaczenie dla ludzi, niż w EU. Nawet w tym niedługim locie z Turkish Airlines wszyscy pasażerowie otrzymali naprawdę porządny posiłek, nie dopłacając nic do ceny biletu.

Wbrew obiegowej opinii, wegetarianin też może dobrze zjeść w Stambule.
Herbata w Turcji zdefiniowana jest poprzez dokładnie taki format szklanki. Źródło zdjęcia.

7. Turecka herbata

Niektórzy pewnie wiedzą, inni nie – jestem ogromną fanką herbaty. Z tego powodu, postanowiłam poświęcić jej osobny temat. Herbata w tureckich restauracjach czy knajpach przybiera dwie formy – herbaty zwykłej oraz owocowej. Niezależnie od miejsca i wyboru, zawsze serwowana jest w bardzo konkretnym naczyniu – małej szklaneczce o kształcie zbliżonym do miniaturowego wazonu bez rączki. W Turcji niemożliwym wydaje się wypicie herbaty z czegokolwiek innego, forma szklanki mówi sama za siebie, że zawiera ona herbatę.

Choć naprawdę ujął mnie ten zwyczaj, nie zdecydowałam się kupić takiego typu zestawu do herbaty dla siebie na pamiątkę. Głównym argumentem jest oczywiście to, że ja herbatę piję litrami, a dzbanuszki te pomieszczą zaledwie kilka łyków.

8. Jadalne kasztany, prażona kukurydza

W najbardziej turystycznych miejscach ten zapach będzie zdecydowanie wyróżniał się spośród innych: świeżo smażone kasztany w mobilnej budce, sprzedawane w niewielkich papierowych saszetkach. Zdecydowanie warto spróbować tego przysmaku.

9. Ekspozycje rzeźb na zewnątrz

Przed Hagią Sophią, w obrębie terenu muzeum, stoją sobie luzem antyki. Fragmenty kolumn czy rzeźb opisane są jako pozostałości z drugiej Hagii (obecna jest trzecia), datowane na V czy VI wiek. Choć oczywiste jest, że są to eksponaty muzealne, niektórzy turyści nie widzą niczego złego w traktowaniu ich jako ławki.

Większa galeria rzeźb na świeżym powietrzu znajduje się w Muzeum Archeologicznym. Stanowią one swojego rodzaju ogród, a przechodzenie pomiędzy nimi sprawia niesamowite wrażenie. Być może nie mają one znaczącej wartości historycznej ze względu na zły stan zachowania lub powtarzalność. Mimo to nie widziałam podobnej galerii gdziekolwiek indziej.

Muzeum Archeologiczne

10. Nie uciekniesz od naganiacza

Spacerując w typowo turystycznych miejscach, nie sposób odpędzić się od naganiaczy, zapraszających do swoich sklepów czy restauracji. Taki walor tego miejsca. Najgorsze, co możesz wtedy odpowiedzieć to „może następnym razem”. Człowiek potraktuje te słowa jako przysięgę i zdecydowanie wyniucha cię w tłumie, kiedy przypadkiem ponownie znajdziesz się w pobliżu jego biznesu. Jeśli jeszcze zdążył wyciągnąć od Ciebie Twoje imię, możesz spodziewać się, że dokładnie po nim cię zawoła, nie robiąc przy tym prawie żadnych błędów w wymowie.

Niech jeszcze rozmowa stoczy się na twój kraj pochodzenia (o co zostaniesz zapytany jeszcze zanim zdążysz się dowiedzieć, co sklepikarz tak właściwie sprzedaje), a usłyszysz całą historię jego przywiązania lub wspomnień związanych z Polską. Niezależnie, czy facet rzeczywiście spędził tam pół roku, pracując w budce z fast foodem, czy wyjechał na Erasmusa, a może członkowie jego licznej rodziny tam mieszkają, z pewnością usłyszysz kilka podstawowych polskich zwrotów lub nazw miast. Jestem ciekawa, w ilu językach przygotowana jest podobna historia.

Na tym chciałabym zakończyć, jednak lista zdecydowanie mogłaby być dłuższa. Mogłabym opisać, co szczególnie minęło się z moimi oczekiwaniami lub przeczuciami. Choć unikam stereotypów i staram się dość luźno interpretować to, co czytam, trudno mi powiedzieć, że nie miałam żadnego wyobrażenia o współczesnym Stambule przed jego odwiedzeniem. Niektóre rzeczy zaskoczyły mnie naprawdę pozytywnie: chociażby układ samego miasta, powiązanie ważnych jego części bardzo logiczną siatką komunikacji publicznej. Inne, jak chociażby naganiacze restauracyjni, trochę mnie zmęczyły i ułatwiły pogodzenie się z końcem przygody. Nie żałuję jednak ani dnia spędzonego w tym mieście i z pewnością kiedyś tam wrócę.

Więcej

Bizancjum, Konstantynopol, Stambuł. Miasto wielu historii

Wiele osób, szukając miast z naprawdę długą i bogatą historią wybiera Włochy czy Grecję, natomiast Turcja kojarzy się z wypoczynkiem w luksusowych kurortach, zlokalizowanych przy Morzu Egejskim i na Riwierze. My jednak wybraliśmy Stambuł – miasto tak inne od europejskich stolic, a jednocześnie powiązane historią i położeniem geograficznym na dwóch kontynentach.

Widok na Sultanahmet z Wieży Galata

Historia Stambułu w ogromnym skrócie

Najpierw krótkie wprowadzenie. Stambuł to współczesna nazwa dawnego Konstantynopola, a jeszcze wcześniej Bizancjum. Miasto zlokalizowane jest na styku dwóch kontynentów – Europy i Azji (obecnie należy do Turcji). Jest to jedyne miasto na świecie tak położone. Cieśnina Bosfor oddziela część azjatycką od europejskiej, a ta druga jest jeszcze podzielona Złotym Rogiem – odnogą cieśniny – na dwie części. Mówi się, że miasto zlokalizowane jest na siedmiu wzgórzach, które obecnie ukoronowane są najważniejszymi budynkami, głównie meczetami. Na północ od centrum wciąż zachowały się ruiny starożytnych fortyfikacji, a wzdłuż brzegu Bosforu wzniesiono zamki i pałace.

Dzięki lokalizacji na skrzyżowaniu dwóch szlaków handlowych, miasto szybko stało się ważnym greckim ośrodkiem handlowym. Cesarz Konstantyn Wielki przekształcił miasto na siedzibę cesarstwa, nazwaną Konstantynopolem. Kiedy w 395 nastąpił podział Cesarstwa Rzymskiego, to właśnie Konstantynopol stał się stolicą wschodniej części, z Teodozjuszem I na czele. Pierwszy największy rozkwit miasta nastąpił jednak za panowania cesarza Justyniana. To on zafundował budowę Hagii Sofii (oraz drugiego, podobnego kościoła – nazwanego później małą Hagią Sofią) oraz wielu innych, także świeckich budynków. Wielokrotnie przechodząc z rąk do rąk, Konstantynopol został przejęty przez Krzyżowców, stając się w 1204 stolicą Cesarstwa Łacińskiego.

Zachowane mozaiki w Muzeum Chora

W połowie XV wieku Konstantynopol został jednak zdobyty przez Turków Osmańskich. Miasto znacznie zniszczone podczas oblężenia, stało się nową stolicą Imperium Osmańskiego, pod władzą Mehmeta II. Upadek Konstantynopola w 1453 roku uznaje się za jedną z możliwych dat końca średniowiecza. Od tego czasu zaczęto budować tam bogato zdobione pałace i meczety, w zgodzie z wytycznymi architektury islamskiej. Szczególnie zasłużonym twórcą był nadworny architekt otomańskich sułtanów – Sinan. Niektóre źródła podają, że zaprojektował on prawie sto dużych meczetów, ponad połowę więcej mniejszych meczetów oraz też tyle szkół. Najważniejszą i najbardziej znanym budynkiem jest Meczet Sulejmana, wznoszący się na jednym z miejskich wzgórz i wyraźnie widoczny z drugiego brzegu Bosforu. Czasy Sulejmana Wspaniałego uznaje się za drugi najważniejszy czas rozkwitu miasta.

Oficjalnie od 1930 roku Konstantynopol nazwany jest Stambułem (choć nazwa ta używana była przez Turków od stuleci). Obszar metropolitalny Stambułu zamieszkuje obecnie ponad 15 milionów mieszkańców. Choć stolica Turcji została przeniesiona do Ankary, to tutaj znajduje się główny ośrodek kultury, nauki i przemysłu. Miasto odwiedzane jest przez licznych turystów, obecnie coraz częściej z krajów arabskich.

Pięknie udekorowane wnętrze Błękitnego Meczetu

Miasto, które kwitło i upadało tak wiele razy (choć zdobyte było zaledwie dwa razy), które przechodziło z rąk do rąk i drastycznie zmieniało swoje prawo i kulturę, musi posiadać ogromną i ciekawą historię. Choć wiele można czytać czy oglądać, tak naprawdę nic nie odda jednak uczucia poznania jej na własne oczy.

Wybaczcie ten długi wstęp. Myślałam, że zmieszczę się w jednym akapicie, ale niestety się nie dało.

Czas obecny

Czy Stambuł, położony tak blisko innych europejskich miast i tak łatwo dostępny z europejskich lotnisk, to bardziej Azja czy jeszcze Europa? Myślę, że na to pytanie nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Na pewno jest to miejsce, w którym można doświadczyć czegoś zupełnie nowego, zobaczyć zabytki inne niż te charakterystyczne dla stylów architektonicznych europy, i posłuchać o tej części historii, o której w podręcznikach szkolnych mówią pojedyncze strony.

W pierwszej kolejności powiem, że podczas tych dziesięciu dni zwiedzania miasta, nie zdążyłam go w ogóle poznać. Poruszając się pomiędzy zabytkami, odwiedzając sklepy w turystycznych dzielnicach czy jedząc w knajpach w centrum miasta, nie da się w pełni doświadczyć życia typowego mieszkańca tego miasta. Można jednak poczuć jego zapach. A Stambuł ma swój zapach. Od wszechobecnej sziszy, poprzez liczne kwiaty ozdobne rozsiane po całym mieście, do zanieczyszczenia wytwarzanego milionami aut przemierzającymi centrum i przedmieścia. Przez to, powietrze wydaje się cięższe, niż jest w rzeczywistości.

Na pierwszy rzut oka całkiem tu europejsko…

Co zobaczyć, co zwiedzić w Stambule?

Prawie wszystkie najważniejsze zabytki zlokalizowane są na europejskim kontynencie, głównie w dzielnicy Fatih i jej części zwanej Sultanahmet. Jest to przede wszystkim ogromny plac, na którego jednym końcu stoi muzeum Hagia Sophia, a na drugim Błękitny Meczet, największy taki budynek w Turcji. Dalej, dawny hipodrom, mieszczący zabytkowe obeliski oraz spiralną Kolumnę Wężową (obecnie pozbawioną głów węży), symbolizującą zwycięstwo Greków nad Persami. Legenda mówi, że została ona odlana z mieczy pokonanych wrogów. Dalej znaleźć można słynną Cysternę Bazyliki, Muzeum Archeologiczne czy Pałac Topkapı.

Kierując się dalej na zachód, trafimy wreszcie na Kryty Bazar (prawdopodobnie pierwszą „galerię handlową” na świecie), mieszczący około 3500 rozmaitych sklepów skupionych pod wspólnym dachem, a bardziej na północ, w stronę Złotego Rogu, mieści się Bazar Przypraw, nazywany również Bazarem Egipskim. Ponad nimi majestatycznie unosi się ogromny meczet Sulejmana Wspaniałego. Mniejszy, ale równie piękny meczet to Meczet Fatih, zbudowany jako pierwszy po podbiciu miasta przez Turków.

Kryty Bazar — czyli kraina szalików, dywanów, skór i biżuterii.

Oddalając się dalej od centrum, można natrafić na pozostałości starych murów i umieszczony za nimi kościół Chora (św. Zbawiciela na Chorze), obecnie mieszczący muzeum. Tam zachowały się piękne bizantyjskie mozaiki przedstawiające postać Jezusa, sceny biblijne i portrety władców. Kościół jest obecnie w trakcie prac konserwatorskich, jednak możliwe jest odwiedzenie najważniejszych jego przestrzeni (zewnętrze niestety schowane jest za rusztowaniami konstrukcyjnymi).

Z bardziej współczesnych atrakcji, można zobaczyć muzeum Panorama 1453 albo tak zwany Miniaturk. Miniaturk to wystawa modeli w skali 1:25 przedstawiających najważniejsze budynki i budowle Turcji i okolic.

Drugą częścią europejską historycznego centrum jest Beyoğlu, z najważniejszą z turystycznego punktu widzenia częścią Karaköy, dawniej zwaną Galata. W tej części znajduje się słynna wieża Galata, z której roztacza się piękny widok na miasto. Przez duże różnice w ukształtowaniu terenu, działają tu dwa funikulary, łączące tereny nadwodne z dwoma końcami znanej ulicy handlowej İstiklal. To po niej kiedyś jeździł pierwszy, czerwony tramwaj, później wycofany ze względu rozwoju motoryzacji, a obecnie przywrócony w postaci atrakcji turystycznej i jednego z symboli miasta. Niedaleko też znajduje się Muzeum Sztuki Współczesnej oraz Muzeum Pera.

Zabytkowy czerwony tramwaj

Dalej wzdłuż Bosforu znajduje się Pałac Dolmbahcze, jedna z najczęściej odwiedzanych atrakcji miasta. Tak naprawdę to tylko tam staliśmy długo w kolejce do kasy, aby kupić bilet wstępu. Założenie pałacowe składa się z kilku budynków, a niedaleko znajduje się także przynależący do niego meczet.

Niezwykłą popularnością cieszą się w Stambule rejsy promem cieśniną Bosfor. To położenie geograficzne i taki dostęp do wody ukształtowały to miasto, dlatego zdecydowanie warto spojrzeć na nie i od tej strony. Generalnie oferowane są dwa rodzaje rejsów – krótsze, półtoragodzinne oraz dłuższe, pięciogodzinne, dopływające aż do Morza Czarnego. Obie atrakcje są tanie i łatwo dostępne, nie wymagają rezerwacji. Można skorzystać z oferty oficjalnego przewoźnika albo jednej z wielu firm prywatnych. My wybraliśmy rejs krótszy, dzięki czemu, nie przeznaczając niepotrzebnie zbyt dużo czasu – mogliśmy zobaczyć sylwetę miasta i najważniejsze punkty wzdłuż cieśniny.

Rejs promem pozwala także spojrzeć na Wieżę Leandra oraz na część azjatycką. Podczas naszej podróży zabrakło nam czasu na odwiedzenie tej części miasta. Według licznych opisów, warto tam zajrzeć między innymi ze względu na autentyczne tureckie jedzenie oraz na poznanie miasta w trochę innym świetle.

Podsumowanie… wstępu!

Powyższy wpis to tak naprawdę tylko wstęp do tego, co chcę napisać dalej. A podczas tych dziesięciu dni zebrałam tyle wrażeń, że naprawdę mam się czym dzielić! Postanowiłam, że tym razem nie będę dokładnie opisywać wszystkich wartych odwiedzenia atrakcji, jako że każdy planujący odwiedzenie tego miasta może ich opisy z łatwością znaleźć na innych stronach.

Wpis o Stambule bez Hagii Sophii? Nie ma mowy! Zdjęcie: PK.

Chciałabym jednak zebrać w kolejnym wpisie najważniejsze informacje odnośnie planowania tego typu podróży. Co warto ze sobą zabrać, jak się ubrać, jak korzystać z komunikacji publicznej i o czym koniecznie nie zapomnieć. Poza tym koniecznie chcę opisać te rzeczy, które zaskoczyły mnie najbardziej – wszystkie różnice pomiędzy Stambułem a moimi dotychczasowymi celami podróży. Myślę, że z tego spokojnie powstanie kolejny, samodzielny wpis.

Już teraz mogę napisać, że zdecydowanie jestem zadowolona z odwiedzenia tego miasta. Stambuł od dawna czekał na swoją kolej na liście moich podróży marzeń i muszę przyznać, że totalnie mnie on zaskoczył! Ale dobra, bez nadmiernego rozpisywania się – ciąg dalszy w kolejnym wpisie!

Więcej

Dwa wypady z Barcelony – Girona i Figueres oraz Montserrat

Jeśli wydawało Wam się, że przedstawiłam na tym blogu dostatecznie dużo miejsc do zobaczenia w Barcelonie i na pewno nic więcej nie zmieściłoby się w czasie jednotygodniowego pobytu, tym wpisem Was zaskoczę. Barcelona to tylko jeden z powodów, dla których warto odwiedzić Katalonię, a mnóstwo kolejnych można doświadczyć nie oddalając się od miasta dalej niż krótka podróż pociągiem.

Jeśli nie zapoznaliście się jeszcze z poprzednimi wpisami, zdecydowanie zachęcam do nadrobienia zaległości:

  1. Barcelona i Gaudi – ten wpis zabierze Was do magicznego świata dzieł Antoniego Gaudiego, zobaczycie La Sagradę Familię, Park Güell i kilka budynków mieszkaniowych zaprojektowanych przez architekta
  2. Barcelona bez Gaudiego – tutaj przeczytacie o średniowiecznej części miasta i o miejscach, które warto zobaczyć w historycznym centrum

Dzisiejszy wpis jest trzecim i tym samym ostatnim wpisem z serii. Liczę na to, że Wam się spodoba J.

 

Wypad 1: Figueres i Girona

Figueres

Te dwa miasta znajdują się na północ od Barcelony i wbrew temu co mówią podręczniki turystyczne i strony internetowe próbujące opchnąć wycieczki za duże pieniądze… można tam bez problemu dojechać pociągiem. Figueres znajduje się niecałe dwie godziny drogi od Barcelony, a pociąg przejeżdża właśnie przez Gironę. My zaczęliśmy od Figueres, ponieważ znajduje się tam muzeum, które bardzo chcieliśmy zobaczyć.

Postaci Salvadora Dalí nie trzeba nikomu przedstawiać. Ten niezwykły twórca zostawił po sobie mnóstwo dzieł, które wyraźnie zapisały się na kartach historii sztuki. Choć jego obrazy podziwiać można na całym świecie, jest kilka miejsc, które szczególnie powinny zainteresować fanów jego twórczości. Jedno z nich właśnie znajduje się w Figueres i mieści się w budynku wybudowanym w miejscu dawnego teatru. Stąd zresztą pochodzi nazwa: Dalí Theatre-Museum.

Z dworca bez problemu można dojść do muzeum na pieszo. Figueres nie jest dużym miastem i oprócz muzeum nie zawiera innych znaczących atrakcji turystycznych. Mimo to, wciąż zachęca tłumy turystów do zobaczenia tego nietypowego budynku. Już z daleka widać, że jest to obiekt niezwykły. Czerwona elewacja udekorowana jest dziwnymi ornamentami, a na szczycie przylegającej do budynku wieży umieszczono gigantyczne jaja. Jeszcze przed wejściem do środka można doświadczyć surrealizmu, tworzonego przez Salvadora Dalí.

Wewnątrz prezentowane są dzieła artysty, a także i innych twórców, jednak i sam budynek jest niezwykły. Pomimo nowej funkcji, zachował on formę teatru, jednak z atrium w miejscu widowni oraz przestrzenią prezentującą największy obraz w miejscu sceny. Mniejsze dzieła umieszczone są w korytarzach okrążających serce budynku oraz kilku pomieszczeniach. Ważną, wręcz integralną częścią muzeum, są instalacje multimedialne, zawierające ruchome elementy, grę świateł czy złudzenia optyczne. Nie chcę ich opisywać, aby nie zepsuć nikomu niespodzianki. Chciałabym jednak podkreślić, że będąc w Barcelonie zdecydowanie warto poświęcić jeden dzień podróży na zajrzenie i do Figueres.

  

Oprócz głównego muzeum-teatru, w sąsiadującym budynku znajduje się ciąg dalszy twórczości Salvadora Dalí – zaprojektowana przez niego biżuteria i inne niewielkie przedmioty. Jak łatwo się domyślić, daleko im do typowych tworów, jakie można zobaczyć w sklepach.

  

Girona

Do Girony trafiliśmy wczesnym wieczorem i ku naszemu zdziwieniu, wszystkie sklepy były zamknięte, a miasto prawie że umarłe. To piękne, historyczne miasteczko, okazało się mniej pasjonujące niż się spodziewałam, ale wciąż miało w sobie jakiś drobny urok.

Chyba najważniejszym obiektem w Gironie jest katedra. Gotycka świątynia posiada bardzo nietypową elewację do której prowadzą długie schody, kończące się niewielkim placem. Wnętrze budynku jest również niezwykłe – według dostępnych źródeł jest to kościół o najszerszej nawie na świecie – 22 metry. Dla zwiedzających dostępny jest audioguide, opowiadający w sposób bardzo szczegółowy o budynku oraz znajdujących się w nim ołtarzach, dziełach, pamiątkach.

Drugą znaną atrakcją turystyczną Girony są historyczne mury miejskie. Aby do nich dotrzeć, trzeba pokonać drogę w górę przez miasto, przespacerować się po wąskich i krętych uliczkach i wspiąć się po licznych stopniach schodów. My niestety dotarliśmy tam już po zmroku, a wtedy miejsce wydawało się być naprawdę niebezpieczne, zwłaszcza ze względu na bardzo słabe i wybrakowane oświetlenie. Warto było jednak zobaczyć widok roztaczający się na miasto z tak wysokiego punktu.

   

 

Wypad 2: Montserrat

Kolejną rzeczą, którą szkoda by było przegapić, będąc w Barcelonie, jest Montserrat. Montserrat jest pasmem górskim, znajdującym się kilkadziesiąt kilometrów na północ od Barcelony. Miejscem przyciągającym najwięcej turystów jest opactwo benedyktynów (Monistrol de Montserrat), zlokalizowane pomiędzy szczytami, a bardzo łatwo dostępne za pomocą środków komunikacji publicznej. Ja szczególnie poleciłabym odwiedzić góry dla samej radości obcowania z naturą i ucztą dla oka jaką jest jej piękno.

Aby dostać się do opactwa w górach, trzeba najpierw wsiąść w pociąg regionalny docierający do stacji u podnóża Montserrat. Stamtąd w górę prowadzi kolejka górska oraz pociąg górski zwany Cremarella. My skorzystaliśmy z drugiej opcji, ponieważ kolejka była zamknięta. Przy możliwości wyboru, prawdopodobnie i tak wzięłabym pociąg – wbrew pozorom to z niego roztacza się niesamowity widok. Aby w pełni go podziwiać, polecam zająć miejsce przy oknie od strony drzwi do pojazdu.

Oczywiście najlepszym doświadczeniem jest dotarcie tam na pieszo. Według opisów dostępnych w Internecie, trasa jest dość prosta i zajmuje około półtora godziny w jedną stronę. Konieczne jest wtedy odpowiednie obuwie oraz zapas wody, nie mówiąc już o dodatkowym czasie, czyli wyruszeniu w drogę odpowiednio wcześniej. My zrezygnowaliśmy z tej możliwości.

Opactwo benedyktynów jest oblegane przez turystów przez cały rok. Z tego powodu, oprócz klasztoru, odwiedzić tam można muzeum, liczne sklepy z pamiątkami, a nawet sklep spożywczy. Sam kościół Santa Maria de Montserrat jest niewielki, acz ciekawy. Charakterystycznym elementem jest ogromnej długości sznur turystów pragnących dotknąć świętego obrazu Dziewicy z Montserrat. Jak się łatwo domyślić, nie zasililiśmy szeregu oczekujących.

  

Zamiast tego udaliśmy się do jednej z dwóch kolejek górskich, prowadzących w dalsze rejony Montserrat. Pierwsza z nich, prowadząca do kolejnego miejsca kultu – Santa Cova, była zamknięta. My pojechaliśmy w górę, w kierunku najwyższego szczytu Montserrat – Sant Jeroni. Kolejka w tę stronę to tak właściwie kolejka na Sant Joan, pozwalająca oszczędzić prawie 250 metrów wspinaczki na szczyt. Wtedy, do najwyższego punktu pasma górskiego pozostaje już tylko 370 metrów, które może zrobić nawet wymęczony bieganiem po muzeach turysta w trampkach (oczywiście nie polecam braku odpowiedniego obuwia!).

Osoby zastanawiające się nad zorganizowaniem sobie podobnej wycieczki prawdopodobnie mają w głowie pytanie: a jak wyglądają kwestie finansowe? Tyle rozmaitych środków transportu, dodatkowe kolejki górskie, przesiadki… Wbrew pozorom jest to jednak zupełnie proste! Na większych dworcach i stacjach metra oraz w punktach informacji turystycznej można kupić bilety zawierające wszystkie środki transportu do i w rejonie Montserrat. W zależności od pożądanych elementów, ceny oczywiście się różnią. My kupiliśmy bilet o nazwie Trans Montserrat, zawierający praktycznie wszystkie dostępne środki transportu, za 31,60 euro od osoby (wliczając dojazd metrem do dworca z którego odjeżdżał pociąg z Barcelony).

Tutaj chciałabym jeszcze dopisać po raz trzeci słowa rozczarowania wiedzą pracowników punktu informacji turystycznej. Kupując bilet Trans Montserrat, pani przy kasie z przekonaniem stwierdziła, że nie jest on zbyt opłacalny, ponieważ żadna z kolejek nie funkcjonowała w okresie, kiedy chcieliśmy odwiedzić Montserrat. Oczywiście nie było to prawdą – wszystkie źródła internetowe wyraźnie mówiły, że kolejka na Sant Joan jest w pełni sprawna i dostępna dla turystów. Potwierdziliśmy to na miejscu. Morał z tego jest taki, że nie warto ufać informacji turystycznej w Barcelonie.

   

   

  

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę, jak wielu miejsc i budynków w centrum Barcelony nie udało nam się odwiedzić, wciąż uważam, że te dwa krótkie wypady były warte poświęconego czasu i pieniędzy. Muzeum-Teatr Dali w Figueres jest niezwykłym miejscem, którego nie sposób zapomnieć. Girona ma swój urok – w końcu nie bez powodu miasto to stało się tłem kilku scen Gry o Tron. Montserrat natomiast stał się fantastyczną odskocznią od dużego miasta – zwłaszcza spacer po wytartym szlaku, który z całą pewnością zachwycił tysiące osób przed nami.

Więcej

Barcelona bez Gaudiego, czyli co jeszcze warto zobaczyć

W ostatnim wpisie opowiadałam o wycieczce do Barcelony i dziełach Antoniego Gaudiego, które można tam zobaczyć. Jak to bywa w przypadku dużych miast, w Barcelonie jest o wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia i dzisiaj chciałabym przybliżyć część z nich. Skupię się głównie na najstarszej części miasta, zlokalizowanej bliżej morza i reprezentującej o wiele inny styl i nastrój niż opisana wcześniej dzielnica Eixample.

Więcej

Dzieła Gaudiego, które warto zobaczyć w Barcelonie

dzieła Gaudiego które warto zobaczyć w Barcelonie

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie planując wakacje latem wybierają kraje o cieplejszym klimacie, aby kleić się potem i przeciskać pomiędzy turystami, natomiast zimą uciekają od mrozu do jeszcze większego mrozu. Ja polecam zupełnie inny kierunek na styczeń czy luty – Barcelonę. Wraz z narzeczonym udało nam się odwiedzić to wspaniałe miasto na początku stycznia i było to doświadczenie tak wspaniałe, że zdecydowanie musimy je potówrzyć. Dodatkowo, postanowiłam napisać serię wpisów prezentujących piękno stolicy Katalonii (oraz okolic) oraz ciekawe miejsca, które zdecydowanie warto odwiedzić. Aby uporządkować tę naprawdę ogromną listę, postanowiłam uciec od chronologii i geografii, a bardziej skupić się na tematyce. Zacznę więc od najbardziej typowego powodu, dla którego każdego roku tłumy turystów tłoczą się na ulicach Barcelony – od twórczości Antoniego Gaudiego.

Więcej

Amsterdam

amsterdam

Wreszcie udało mi się odwiedzić miasto, które od niepamiętnych czasów dumnie zajmowało pierwsze miejsce na mojej liście miast do zobaczenia. Amsterdam. Piękna stolica Holandii, znana z baśniowych widoków kamieniczek, ulokowanych wzdłuż kanałów, rowerów poprzypinanych do każdego możliwego elementu nieruchomego i wąskich ścieżek i zakamarków pomiędzy budynkami. Miasto artystów, jeden z najważniejszych ośrodków kultury, wypełnione muzeami i galeriami, pomnikami i rzeźbami. Miejsce, gdzie na każdym metrze kwadratowym można znaleźć dzieło sztuki, za to nietrudno zgubić siebie, nie tracąc przy tym niczego poza widokiem jednego pięknego miejsca na korzyść drugiego.

Prognoza pogody zapewniała mnie o dwudziestoprocentowej szansie opadów, co w klimacie amsterdamskim oznaczało mniej więcej, że miało padać cały dzień. Deszcz nie zmniejszył jednak tłumów snujących się między kamieniczkami. Nawet przy większej ulewie co bardziej przyzwyczajeni wyglądali na zupełnie nie poruszonych swoim moknięciem. Tylko sklepiki z pamiątkami czy kwiatami pozakrywane zostały plastikowymi szmatami. Tam można było kupić wszystko – od typowych pocztówek, figurek i przewodników po pudełka na stroopwafle, drewniane tulipany i lizaki z marihuaną. Zapach tej ostatniej unosił się w całym mieście, często przerywany wonią soczystego, dojrzewającego sera prosto ze sklepu, który całą swoją dekoracją wnętrza i zewnętrza przekazywał konkretny komunikat – tutaj sprzedaje się ser.

Regularny i charakterystyczny układ ulic i kanałów Amsterdamu sprzyja gubieniu się, nawet jeśli wyznaczona droga prowadzi prosto, bez zakrętów. A może to te kanały wabią swoim urokiem do tego stopnia, że nie da się bezrefleksyjnie ich minąć, tylko trzeba kawałek przejść wzdłuż, potem urokliwym mostem pełnym rowerów i z powrotem, żeby jeszcze drugi rząd kamieniczek zobaczyć w całej okazałości z przeciwległego brzegu. Skończyło się na tym, że zanim dotarłam do miejsca, w którym znajdują się najważniejsze muzea, minęły dwie czy nawet trzy godziny.

amsterdam
amsterdam


Kiedy miasto samo się prosi, aby je pokochać…

amsterdam
amsterdam


Czy wspominałam już rowery?

amsterdam
amsterdam


Tak, będę robiła zdjęcie przy każdym kolejnym kanale.

amsterdam


Kiedy myślisz sobie, że na pewno uda ci się zrobić zdjęcie słynnego napisu podczas ulewy. Na pewno nie będzie na nim żadnych ludzi.

Przybyłam tam z pełną świadomością, że nie odwiedzę tych wszystkich wspaniałych gmachów, wypełnionych niesamowitościami, jednego dnia. Wybór pomógł mi podjąć portfel, gdyż tylko jedno z muzeów oferuje zniżkę studencką – Stedelijk Museum, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej. Dwa pozostałe ze świętej trójcy – Rijksmuseum i Muzeum van Gogha zobaczę, kiedy uda mi się wyrobić kartę muzealną uprawniającą do bezpłatnego wstępu do muzeów przez cały rok. Wybór był idealny – wizyta w tym obiekcie zajęła mi dokładnie tyle czasu, ile pozostało od mojego przyjścia do jego zamknięcia.

W Stedelijk Museum spodziewałam się przede wszystkim Mondriana i van Doesburga, twórców kierunku De Stijl. Nie zawiodłam się. Co więcej, wyeksponowano słynne krzesło Rietvelda, a także jego makiety domu Schröder w Utrechcie, wraz z zachowanymi oryginalnymi elementami wyposażenia. Poza tym Malewicz, Kandinsky, Cézanne… czego innego można się spodziewać po muzeum tej klasy? Poznałam też paru nowych dla mnie artystów – jak Miguel-Ángel Cárdenas, Aslan Gaisumov czy Otobong Nkanga. Jedna z wystaw poświęcona została twórczości Edwarda Krasińskiego – trójwymiarowe kompozycje z wiszącymi elementami czy niebieską taśma adhezyjną wypełniały swoim oddziaływaniem całe pomieszczenia.

amsterdam


Poznajecie tę piękność? Tak, to oryginał z lat dwudziestych.

amsterdam


Wiszące lustra Krasińskiego

amsterdam


To jest zdjęcie przedstawiające chwilowy brak deszczu na zewnątrz.

Amsterdam to miasto niezwykłe. Ten jeden dzień minął tak szybko, że tak naprawdę w ogóle nie zdążyłam poznać tego miejsca. Pięknie zdobione elewacje kamieniczek wciąż wydają mi się bajką, a nie rzeczywistością. Ktoś powie, że przecież takie mamy w Gdańsku. Nie, nie. W Amsterdamie można iść bez końca, zagłębiać się w wąskie uliczki i przechodzić przez kolejne mosty a ten uroczy widok nie mija. Mnóstwo zieleni – kwiatów i krzaków w każdej formie, czy to wiszącej czy doniczkowej – dodaje malowniczości do nawet najciemniejszego kąta. Wycieczkowe łódki wypełnione turystami snują się po wodzie, a kramy oferują naprawdę najdziwniejsze pamiątki (moją ulubioną będą chyba pluszowe drewniaki – kapcie). Gdzieniegdzie pojawiają się tramwaje czy autobusy, ledwo przeciskające się pomiędzy turystami przeskakującymi z jednej krawędzi jezdni na drugą. Do tego jeszcze umieszczone w kluczowych punktach mobilne organy z rzeźbionymi figurkami, oferujące nietypową melodię.

Odwiedziłam wreszcie moje top1 miasto na liście do odwiedzenia… i wcale nie zamierzam go odhaczyć jako „zaliczone”.

amsterdam
amsterdam

 

amsterdam

 

amsterdam

Handel pamiątkami w Amsterdamie mógłby być materiałem na osobny wpis. Zdjęcie po prawej przedstawia na przykład… solniczki.

amsterdam


amsterdam


Nie ma nic gorszego niż nocne zdjęcia “z ręki”, wiem. Po prostu oświetlenie ratusza jest tak piękne, że postanowiłam umieścić dokładnie to zdjęcie – mimo, że zrobiłam i wersję “za dnia”.

Więcej

Sztokholm zimą odc. 2/2

Sztokholm to niesamowite miasto. Mogliście o tym przeczytać w moim poprzednim wpisie, opowiadającym o ogólnych wrażeniach oraz pierwszym dniu spędzonym w stolicy Szwecji. Dzisiaj skupię się już tylko na atrakcjach. Jeśli planujecie odwiedzić to piękne miejsce, koniecznie przeczytajcie o tym, co warto w nim zobaczyć.

Więcej

Sztokholm zimą odc. 1/2

To był szalony pomysł od początku do końca. Zaczęło się od przypadkowo napotkanej strony internetowej, wyświetlającej tanie loty z wybranego lotniska w podanym przedziale czasowym. To ona pokazała, że do Sztokholmu da się polecieć za 25 złotych, a wrócić za 30. Była to pokusa silniejsza od wszystkich skandynawskich mrozów, potencjalnie czekających tam na nas na przełomie stycznia i lutego. Była nawet silniejsza od rozumu i racjonalnego myślenia. Konkretniej, okazja dotyczyła dni, w których miały się odbyć poprawkowe egzaminy inżynierskie na moim wydziale. Ale był listopad, na głowie miałam bieżące zaliczenia i pracę dyplomową – potrzebowałam takiego marzenia, które zmotywuje mnie do poświęcenia 150% energii na ukończenie wszystkiego w terminie. Sztokholm zawsze był wysoko na mojej liście miast-celów; egzamin natomiast wydawał mi się formalnością. Pod koniec stycznia zaowocowało to atakiem paniki, który w jednej chwili zamienił efekt moich solidnych przygotowań w beznadziejne dukanie i jąkanie. Na szczęście nie było na tyle źle, aby nie zaliczyć. Mimo, że do końca życia będę sobie pluć w brodę, że zamiast widowiskowego rzucania ciekawostkami nie potrafiłam sobie przypomnieć czy blachownice mogły być homologiczne czy homogeniczne, podstawowy cel został osiągnięty – żadna poprawka nie zepsuła zaplanowanej podróży.

Więcej

Piękny Szczecin

Minęły już trzy tygodnie od naszego powrotu ze Szczecina. Ten krótki i spontaniczny wypad początkowo miał objąć tylko jeden dzień, ale po szybkim zerknięciu w rozkład pociągów, postanowiliśmy, że nie ma sensu tak szybko wracać. Jak się okazało, i dwa dni to za mało na to piękne miasto.

Więcej

Podróż do Finlandii – o czym warto wiedzieć?

Mając do wyboru nieskończoną liczbę pięknych miejsc na świecie, równie niepoliczalną prawie na wyciągnięcie ręki, a łatwo dostępnych co najmniej kilkaset… jak tu wybrać ten jeden kierunek? Padło na Finlandię i był to strzał w dziesiątkę. Cztery dni w tym pięknym kraju, w tym trzy w jego stolicy, zaowocowały w niesamowite przeżycia, mnóstwo pięknych chwil i kompletny brak stresu – nawet pomimo nieznajomości języka.

Podróż do Finlandii

Trudno policzyć ile takich wysepek z uroczymi domkami lub saunami znajduje się na terenie Helsinek

Dlaczego Finlandia?

Kocham piękną architekturę i spacery po muzealnych wystawach. Mając bardzo ograniczony czas na podróż, ostatnim na co chciałabym go przeznaczyć jest stanie w kolejce czy przepychanie się przez tłum. Łatwość zaplanowania takiej podróży była kolejnym powodem. Jednak najważniejszym motywem okazała się ciekawość – jak wygląda kraj, który z jednej strony jest jak najbardziej europejski, a z drugiej posiada dość indywidualną kulturę. Historycznie, miejsce to bywało częścią Szwecji i Rosji, zaś własnej narodowości, stało się pięknym krajem o wyjątkowej przyrodzie, niemniej interesującej zabudowie, pełnym ciekawych miejsc do odkrycia i zamieszkałym przez naprawdę miłych ludzi. Cztery dni to stosunkowo mało, aby je poznać, lecz dostatecznie dużo, aby się przekonać, że to kraj w którym chce się być.

Podróż do Finlandii

Widok spod katedry w Helsinkach

Oto początek krótkiej serii wpisów o tym, co warto zobaczyć w Helsinkach i Turku, czego można się spodziewać w Finlandii i jak przygotować się do takiej podróży.

Najłatwiejsze połączenie z tym pięknym krajem zapewnia oczywiście lot samolotem. Do Turku można dolecieć bezpośrednio z Gdańska linią WizzAir za kilkadziesiąt złotych, jeśli kupi się bilet z odpowiednim wyprzedzeniem. Lotnisko znajduje się w odległości kilku kilometrów od centrum miasta – odległość tę można pokonać autobusem miejskim (Föli) linii 1. Na drugim końcu tej trasy znajduje się największa atrakcja turystyczna miasta – średniowieczno-renesansowy zamek. Bilet dwugodzinny dla osoby dorosłej kosztuje €3, natomiast 24-godzinny €7.50, oba można kupić u kierowcy.

Poruszając się pomiędzy fińskimi miastami, można skorzystać z licznych połączeń kolejowych, lotniczych lub autobusowych. Najtańszą opcją okazał się OnniBus, który… jest „fińskim PolskimBusem”. Oprócz identycznej identyfikacji wizualnej, tych samych modeli samochodów, a także i oferty (bilety od € 1), identyczne są zasady korzystania z autobusu. Należy przyjść kwadrans przed godziną odjazdu, mieć przy sobie wydrukowany bilet, w autobusie dostępne jest darmowe WiFi, gniazdka oraz toaleta.

W Helsinkach autobus zatrzymuje się w Kamppi (Kampen). Jest to kompleks budynków umieszczonych w śródmieściu Helsinek. Dwa piętra przystanków autobusowych, stacja metra, ogromna powierzchnia usługowo-handlowa, biura, hotele i chyba wszystko czego można potrzebować, w jednym miejscu. Wbrew komercyjnemu charakterowi, jest to naprawdę przyjazne miejsce, o dużej dostępności, z bardzo logicznym rozkładem wewnętrznych korytarzy. Budynki Kamppi otulają rozległy, tętniący życiem plac. Tam też zlokalizowany jest nietypowy obiekt, przypominający z zewnątrz złote jajo. Jest to tak zwana Kaplica Ciszy (Kampin kappeli, Kampens kapell). Wykonane z drewna dzieło autorstwa K2s Architects zdecydowanie zwraca na siebie uwagę.

Podróż do Finlandii

Podróż do wnętrza Ziemi, a konkretniej, do helsińskiego metra

Podróż do Finlandii

Stacja metra przy uniwersytecie

Nie jest to jednak serce Helsinek. Stanowi je port i zabudowa wokół niego. Dwie ogromne świątynie oraz plac otoczony klasycystycznymi i modernistycznymi budowlami (czyż nie jest to przepiękne połączenie architektoniczne?) reprezentacyjnymi, następnie zaś tafla wody, poprzerywana małymi wysepkami. Tylko wsiąść na prom i popłynąć w ich stronę, co oczywiście nie jest niczym niemożliwym, ponieważ… na prom można wejść z takim samym biletem jak do autobusu, metra czy tramwaju. My skorzystaliśmy z oferty HelsinkiCard – karty oferującej darmowe lub obniżone cenowo wstępy do wszystkich muzeów, darmową komunikację publiczną oraz bardzo liczne atrakcje, z których chętnie korzystaliśmy. Miasta portowe mają swoją magię, której nie da się opisać, ale którą bardzo łatwo poczuć, widząc oddalające się budynki podczas słuchania chlupotu fal uderzających o burtę.

Podróż do Finlandii

Katedra góruje nad miastem

Na sześciu wyspach, oddalonych o jakąś milę morską od helsińskiego portu, znajduje się niesamowita twierdza Suomenlinna, przy której Wisłoujście to zameczek z piasku. Ogromne (choć w planach jeszcze większe) dzieło Szwedów, rozbudowane przez Rosjan, pełne historycznych miejsc, punktów widokowych i muzeów opowiadających o jego powstaniu – a dla osób szukających innego rodzaju rozrywki – restauracji oraz klubów. Zdecydowanie obowiązkowy punkt podczas wycieczki do Helsinek. Kolejnym celem do „odhaczenia” jest wyspa zlokalizowana po przeciwnej stronie miasta – Seurasaari, mieszcząca skansen pełen fińskich chatek, domków i innych obiektów z ostatnich trzystu lat. W Helsinkach naprawdę jest co zwiedzać. Czy wymieniłam muzea?

Podróż do Finlandii

Suomenlinna

Podróż do Finlandii

Na Seurasaari

Teraz czas na garść praktycznych informacji:

W Finlandii obowiązują dwa języki – fiński i szwedzki. Wszelkie oznaczenia, nazwy przystanków, teksty na produktach w sklepach występują właśnie po fińsku i szwedzku. Mimo to, zarówno w Helsinkach, jak i w Turku, każdy napotkany przez nas Fin doskonale radził sobie z językiem angielskim i chętnie udzielał wskazówek albo pomocy. We wszystkich muzeach i galeriach podpisy były przetłumaczone na język angielski, tak samo jak szczególnie ważne komunikaty. Jest to ważne głównie dlatego, że język fiński nie przypomina w żadnym stopniu innych języków europejskich (z wyjątkiem estońskiego), natomiast w szwedzkim podobieństwo to jest dość niewielkie (choć pomocne, np. słowo „flygstation”). Tylko dwie fińskie nazwy zabrzmiały dla nas znajomo: apteekki (apteka) i kioski (kiosk). Bardziej spodziewajcie się nazw typu yliopisto (uniwersytet) czy rautatieasema (stacja kolejowa).

Podróż do Finlandii

Rautatieasema

Niezwykłą cechą fińskich ulic jest to, że pieszy ma zawsze pierwszeństwo. Na skrzyżowaniach nie trzeba czekać, ponieważ wszystkie samochody zatrzymują się, jeśli tylko kierowca zobaczy, że ktoś chce przejść. Początkowo myślałam, że to cecha jedynie śródmieścia – później okazało się, że nie inaczej jest trochę dalej od centrum miasta. Dużo jest rowerzystów, są i rowery miejskie. Cykliści przeprowadzają rowery przez pasy i jeżdżą zupełnie przepisowo. Tramwaje jeżdżą powoli i przepuszczają wszystkich innych uczestników ruchu, w tym samochody osobowe. Ponieważ tory tramwajowe często zakręcają, pojazdy mają bardzo wiele przegubów, co tworzy ich szczególną estetykę. W Helsinkach bilety na komunikację publiczną (w tym prom) kasuje się przykładając do ujednoliconego, wyglądającego wszędzie identycznie, urządzenia. W zależności od środka transportu, urządzenie to spotkać można wewnątrz pojazdu (autobusy, tramwaje), lub na przystanku (metro, prom). W Turku, natomiast, bilet należy pokazać kierowcy, wchodząc przednimi drzwiami.

Podróż do Finlandii

Komunikacja publiczna jest bardzo rozwinięta w Finlandii, chętnie korzystają z niej ludzie w każdym wieku

Gniazdka zasilające są zbliżone do tych w Polsce. Zamiast bolca uziemiającego, znajdują się w nich dwa paski uziemiające z góry i z dołu. Gniazdka te, jak zresztą i parametry prądu w fińskich gniazdkach są w pełni kompatybilne z używanymi w Polsce urządzeniami elektronicznymi [dzięki Piotrek za korektę!] Piętra budynków, natomiast, liczy się od 1, czyli 1 to parter, 2 to odpowiednio pierwsze piętro. Waluta to oczywiście euro.

Ceny w Finlandii są podobne do cen w Belgii (nasza poprzednia podróż). Pocztówki na ogół kosztują € 1, choć zdarzają się też takie w przedziale €0.10-5.00. Obiady w barach kosztują zwykle kilkanaście euro. Noc w hotelu wynosi od kilkudziesięciu euro za pokój. Bilety wstępu do muzeów i innych obiektów to koszt do kilkunastu euro, najczęściej €4.00-9.00. Jako „bilet wstępu” często otrzymuje się naklejkę, którą należy umieścić w widocznym miejscu.

W mieście można znaleźć supermarkety m.in. Lidl, K-Market i S-market. My robiliśmy zakupy w dwóch ostatnich. Kilka słów o fińskich produktach:

  • fińskie mleko (od €1) jest wzbogacane w witaminę D i jest przepyszne
  • masło solone (€2), również bardziej mi pasuje niż polskie
  • jaja są myte, śnieżnobiałe, oznacza to że trzeba je szybciej zjeść po zakupie (i koniecznie trzymać w lodówce)
  • fasola, groch, pomidory w puszce można znaleźć poniżej €1, za to są w kartoniku
  • wodę butelkową wystarczy kupić raz podczas podróży – nikogo nie dziwi widok osoby nalewającej do butelki kranówkę, ponieważ jest ona na ogół smaczna i czysta
  • na wszystkie puszki naliczana jest kaucja – nie tylko na puszki z piwem, podobnie jak zresztą na plastikowe butelki
  • ceny w ogólności są znacznie wyższe niż w Polsce, jednak najtańsze produkty są podobnej jakości (wysokiej) jaka w Polsce cechuje produkty „z wyższej półki”, o podobnej cenie
  • opisy produktów są na ogół tylko po fińsku i szwedzku, dlatego osoby uczulone na jakiś składnik powinny przetłumaczyć sobie jego nazwę; prawdopodobnie będzie on pogrubiony
Podróż do Finlandii

Zawartość kartonika na szczęście łatwo rozpoznać po zdjęciach

Finlandię warto też odwiedzić dla samej przyrody. Od razu po wyjściu z samolotu w Turku, poczuliśmy, że powietrze jest czyste i ładnie pachnie, lasem. Finlandia jest bardzo skalista, mimo to roślinność doskonale radzi sobie w obrastaniu kamiennego podłoża. Także człowiek nie daje się pokonać mniejszym i większym górom. Autostrada pomiędzy Turku a Helsinkami nie wije się pomiędzy górami, a przecina je. Typowym widokiem są więc wycięte ręką ludzką skalne ściany, często wysokości kilku kondygnacji. Droga prowadzi przez liczne lasy i jeziora, stanowiące charakterystyczny krajobraz tego pięknego kraju. Wspomnianych lasów i jezior z kolei najwięcej jest w środkowej części kraju, której my nie odwiedziliśmy.

Podróż do Finlandii

Typowa ulica w Finlandii

Wbrew temu co mogłoby się wydawać, przełom sierpnia i września w Finlandii nie był ani ciemny ani zimny. Pogoda dopisała nam o wiele bardziej, niż przez poprzednie dwa miesiące w Gdyni. Temperatura za dnia wahała się pomiędzy 14 a 19 stopniami Celsjusza, czyli nawet nie wymagała cieplejszej kurtki czy swetra. Z całą pewnością czego innego można się spodziewać po miesiącach zimowych, zwłaszcza na północy kraju. Odwiedzając latem stolicę, natomiast, nie ma czego się bać, jeśli chodzi o temperaturę.

Czas lokalny w Finlandii różni się od o jedną godzinę. Z tego powodu na bilecie lotniczym można zobaczyć, że lot w jedną stronę trwa ponad dwie godziny, a w drugą zaledwie dziesięć minut. W rzeczywistości w samolocie w obu przypadkach spędzi się ok. godziny i dziesięciu minut. Od razu po przybyciu, trudno nie poczuć, że powietrze jest bardzo świeże i ma przyjemny, leśny zapach.

Osoby posiadające o wiele więcej czasu niż nasze cztery dni, mogą zainteresować się rejsem z Helsinek do Tallinna lub Petersburga. Oba miasta mają wygodne połączenie wodne z Finlandią i znajdują się w bardzo bliskiej odległości.

Planując wycieczkę do Finlandii, najlepiej przeznaczyć na same Helsinki co najmniej trzy dni. Jest to minimum, aby zobaczyć wszystkie najważniejsze miejsca, choć oczywiście im więcej czasu tym lepiej. Turku, jako poprzednia stolica, również ma wiele do zaoferowania. Gdyby nasza wyprawa trwała dłużej, z pewnością odwiedzilibyśmy miasto Tampere, a może nawet i Oulu, znajdujące się w centralnej części kraju. Finlandia jest niewiele większa od Polski, ale jej mroźna północ brzmi jak temat na poważną wyprawę, a nie turystyczną wycieczkę.

W kolejnych wpisach z fińskiej serii przedstawię miejsca, które odwiedziliśmy. Spodziewajcie się mnóstwa zdjęć!

Podróż do Finlandii
Więcej