Kategoria: Przemyślenia

Wegetarianizm – to już 5 lat!

  • Jak rozpoznać wegetarianina w tłumie?
  • Powie ci o tym.

Czasami trudno mi w to uwierzyć, ale tego typu dowcipy były normą jeszcze kilka lat temu. Wegetarianizm, a tym bardziej weganizm, uznawane były za swojego rodzaju egzotykę, a ludzie niejedzący mięsa za dziwaków. Obecnie każdy zna wegetarian nie tylko z opowieści, ale często są oni wśród jego najbliższych znajomych czy rodziny. Nawet mogę się założyć, że co któraś osoba czytająca ten tekst sama od dawna nie je mięsa.

Dla mnie to już pięć lat.

Minęło szybko, choć wydaje mi się, jakbym przestała odwiedzać stoisko mięsne w supermarkecie całą wieczność temu. Ktoś mógłby zapytać: czy czasami chciałabym zrezygnować z wegetarianizmu albo zrobić sobie przerwę? Jak często nachodzą mnie tego typu myśli. Odpowiem krótko: praktycznie nigdy.

Zrezygnować z jedzenia słodyczy albo picia alkoholu – to byłby wyczyn! Ale w dzisiejszych czasach odstawienie mięsa jest tak proste, że człowiek nawet nie zadaje sobie pytania, czy cokolwiek traci. Lodówki w supermarketach wręcz uginają się od najróżniejszych wegeburgerów, wegetariańskiego mielonego czy wszelkiej maści kotletów, kiełbasek i past. Pamiętam czasy, kiedy po takie rzeczy trzeba było pojechać do hipermarketu za miastem, a produkcją wege-gotowców zajmowała się jedna firma.

Obecnie rynek jest ogromny. Produkty dla wegan i wegetarian stały się tak popularne, że supermarkety zaczęły sprzedawać je pod własnymi markami. W tym roku jedna z największych firm mięsnych w Niemczech, po sześciu latach od wprowadzenia produktów wegetariańskich, w 2020 sprzedała ich więcej niż produktów mięsnych. A to wcale nie jest wyjątek – wędliniarze widzą, że jeśli prędko nie dostosują swoich zakładów do produkcji wytworów z soi, tofu czy fasoli, czeka ich szybkie pożegnanie się z biznesem.

To dzięki tej dostępności produktów coraz więcej ludzi decyduje się na rezygnację z mięsa, a że firmy widzą ten trend, kula śniegowa zaczyna się toczyć. Mam nadzieję, że wkrótce podobnie stanie się z podróżowaniem pociągiem czy kupowaniem z drugiej ręki, odnawianiem produktów. Naprawdę nie wierzę, że pojedyncze decyzje są w stanie cokolwiek zmienić jeśli chodzi o klimat i środowisko. Do tego potrzeba całego systemu, który wpłynie masowo na wybory ludzi.

Wegetarianizm dla żółtodziobów

Jeśli ktoś z czytających ten wpis jeszcze się waha, zapraszam do kontynuacji, ponieważ podam tutaj kilka naprawdę pragmatycznych powodów, dla których warto chociaż spróbować.

Zacznijmy jednak od samej kwestii spróbowania. Rezygnacja z mięsa wielu osobom wydaje się przypominać rezygnację z wielkiego nałogu. Odstawić mięso to jak rzucić palenie, jak przestać jeść słone przekąski czy jeszcze gorzej. Tutaj niepotrzebnie stawiamy przed sobą problem, którego nie ma. Wystarczy tylko spróbować! Mięso nie uzależnia (chociaż w sumie to kto wie, co obecnie do niego dodają ;) tak jak słodycze czy używki, dlatego rezygnacja z niego nie spowoduje syndromu odstawienia. Ciało nie będzie się domagać go w środku nocy, a ręka nie będzie otwierać lodówki co pięć minut w nadziei, że może znajdzie się tam jakiś zagubiony kabanos.

Warto jednak pamiętać, że robi się to przede wszystkim dla siebie. Nikomu nie musisz niczego udowadniać, nie stawiaj sobie mocnych celów typu „przez miesiąc nawet nie dotknę mięsa”. To zniechęci bardziej niż postanowienia noworoczne na posylwestrowym kacu. Po prostu ustal, że od teraz nie jesz mięsa, ale jeśli nie dasz rady, to w każdym momencie możesz wrócić. Być może się zdziwisz, jak kolejne miesiące czy lata zlecą, a taka chwila nie nadejdzie. A jeśli nadejdzie – no cóż, przynajmniej do tego czasu zrobiłaś coś dobrego dla tej planety.

There is no Planet „B”

Niezależnie od tego, czy ufasz dokumentom i badaniom na temat wpływu masowej produkcji mięsa na środowiska, zrób sobie prostą kalkulację. Rolnik posiada ziemię i za tą ziemię płaci. Żyją na niej zwierzęta, które codziennie spożywają i wydalają, niektóre przez kilka miesięcy, inne nawet całkiem sporo lat. Rolnik zatrudnia ludzi do zajmowania się zwierzętami, do przeprowadzenia uboju. Mięso sprzedawane jest, pakowane, transportowane. Kolejni zaangażowani ludzie. W końcu produkt trafia do marketu, przechowywany jest tam w warunkach chłodniczych. Część mięs nie zostanie kupiona do końca niezbyt długiej daty przydatności, więc cena musi to uwzględniać.

Klient kupuje mięso za 9,75 zł za kilogram w promocji.

Czy tylko mi coś tutaj nie gra? Oczywiście trzeba tutaj zaaplikować prawo skali, w ogromnych ilościach ceny transportu czy przechowywania stają się zupełnie minimalne. Jednak jak to jest w ogóle możliwe, że życie zwierzęcia, wykarmienie go przez długi czas i wszystko co później sprowadza się do tak niskiej kwoty? W przypadku produktów wegetariańskich cena przecież jest podobna, a produkcja jest o wiele łatwiejsza, szybsza i tańsza. Nie uważacie, że to trochę podejrzane? Jeśli nie lubicie brzydkich rzeczy, to nawet nie próbujcie googlać sposobów, w jakie firmy „oszczędzają”.

Jednym z nich jest „oszczędzanie” na naszej planecie. Masowa produkcja prawie nigdy nie jest niczym dobrym, ale w przypadku mięsa jest niezwykle nieefektywna. Ilość zasobów jakie trzeba włożyć w wyprodukowanie mięsa jest ogromna w porównaniu z np. uprawą warzyw. Różne źródła podają różne ilości wody potrzebne do wytworzenia kilograma produktu – dla mięsa mogą to być nawet tysiące litrów. A przecież tyle się mówi o suszach!

Zanieczyszczenie środowiska? Tutaj również mięso gra główne skrzypce, obok przemysłu ubraniowego i elektroniki psującej się po roku od kupienia. Do tego dochodzi jeszcze samo wykorzystanie terenu, który inaczej mógłby zostać zalesiony (przypominam, warzywa pochodzą od roślin, które fotosyntezują, więc podczas swojego istnienia mają pozytywny wpływ na środowisko). Niektóre zwierzęta hodowlane jedzą o wiele więcej niż człowiek, więc tutaj również można pomyśleć o tych wszystkich, których można by było wykarmić zamiast „marnować” żywność na paszę dla zwierząt.

O cierpieniu zwierząt, tym co je spotyka, nawet nie będę już pisać. Jeśli ktoś naprawdę kocha zwierzęta, z całą pewnością ich nie je.

Ale wiecie co? Może jednak warto spojrzeć prawdzie prosto w oczy i przyznać, że to ostatni moment, aby zdecydować się na wegetarianizm. Być może już wkrótce takiego wyboru w ogóle nie będzie. Coraz częstsze katastrofy klimatyczne, coraz więcej miejsc bez dostępu do wody pitnej, coraz więcej chorób (koronawirus to jedno, ale może warto przypomnieć chorobę szalonych krów, ptasią grypę i kto wie co jeszcze?)… można się odwrócić i udawać że wszystko będzie w porządku, ale już wkrótce prawdopodobnie wcale nie będzie wyboru. Jestem wręcz przekonana, że jeszcze za naszego życia.

Miały być pragmatyczne powody

Choć wegetarianizm i weganizm najczęściej wynikają z wrażliwości i chęci zrobienia czegoś dobrego dla zwierząt i planety, być może zaskoczę Was, jak wiele zalet ma taka „dieta” dla samej osoby „praktykującej”.

Zacznijmy od oczywistej: zdrowie. Chyba jeszcze nigdzie nie widziałam sensownego źródła twierdzącego, że wegetarianizm jest niezdrowy. Co prawda, jedząc bezmyślnie można szybko doprowadzić do niedoborów witamin i minerałów, ale tak samo bywa z dietą mięsną. Przeciętna dieta wegetariańska jest jednak o wiele sensowniejsza od przeciętnej diety mięsnej, ze względu na większą ilość warzyw i owoców oraz mniejszą szansę, że z którymś produktem jest „coś nie tak”.

To jest chyba najbardziej pragmatyczną zaletą wegetarianizmu – niezwykle ułatwia on życie. Ja naprawdę pamiętam, jakie mięso było problematyczne – nie dość, że często w ogóle nie nadawało się do zjedzenia (bo np. źle przechowywano je w sklepie), trzeba było je dokładnie usmażyć, ugotować czy upiec, to jeszcze surowe okropnie śmierdziało (uważam, że zapach surowego kurczaka to jeden z najbardziej ohydnych zapachów na świecie). Surowe mięso było oczywiście produktem toksycznym, który nie powinien mieć kontaktu z niczym innym, na przykład innymi rzeczami w lodówce. Nie ma mowy aby zapomnieć umyć nóż po pokrojeniu mięsa, nie mówiąc już o zostawieniu na wierzchu deski czy innych akcesoriów kuchennych mających kontakt z surowym mięsem. I od razu po obiedzie wyniesienie śmieci, bo każdy dzień trzymania resztek w koszu pod zlewem zwiększał ryzyko utworzenia w kuchni śmiercionośnej bomby biologicznej.

A podobno to wegetarianizm jest „kulinarnie trudny”.

Prawie wszystko, co wegetariańskie, można zjeść na surowo (klasyczny wyjątek: ziemniak). Oczywiście wiele rzeczy będzie w takim stanie niesmaczne, jednak sam fakt, że nie trzeba robić widelcem prac archeologicznych na patelni, w poszukiwaniu niedosmażonych kawałków, jest już dużym problemem z głowy. Jak ktoś tak jak ja nie lubi gotować – na pewno doceni takie „ułatwienie”.

Jedzenie wegetariańskie jest tanie. Narzekałam na zbyt tanie mięso, ale to nie o tą samą „taniość” chodzi. Wiele osób po prostu nie zdaje sobie sprawy, jak wiele rzeczy można wyczarować z pomidorów, puszki ciecierzycy czy szpinaku. Jak jeszcze zainwestuje się w mniej oczywiste składniki, np. płatki drożdżowe, można zrobić w kuchni pierwszą prawdziwie bezkrwawą rewolucję.

A przede wszystkim: kuchnia wegetariańska jest smaczna. Zero chrząstek, zero wyciągania ości, zero flaczkowatego tłuszczu. Tylko to, co najlepsze (no chyba, że przegotujesz ryż na papkę lub zapomnisz kupić sól, no zdarza się). Żadnego smaku nie trzeba maskować, żadnego na siłę wzmacniać. Kiedyś poprzez jedzenie wege ludzie rozumieli coś w stylu „potrawy mięsne odjąć kotlet”. Tak też opcje wege były serwowane w restauracjach. Często w tej samej cenie, co danie z kotletem, bo „za fanaberię się płaci”. Obecnie jeśli ktoś nie ufa, że dania wegetariańskie są pyszne, wystarczy tylko odwiedzić jedną z wegetariańskich czy wegańskich knajpek i zamówić naprawdę cokolwiek. Po prostu trzeba spróbować potrawy stworzonej przez kogoś, kto sam nie je mięsa, a nie na przykład dania zawiedzionej babci, bo „ja myślałam, że chociaż rybka”.

Wegetarianizm w podróży

Czy rezygnacja z mięsa ułatwia podróżowanie czy stanowi podróżnicze wyzwanie lub ograniczenie? Dużo zależy od charakteru i celu podróży, ale ja nie napotkałam żadnych większych problemów w tym temacie.

Wychodząc w góry mam kilka rzeczy, które lubię ze sobą zabierać i spisują się one świetnie. Pierwszą jest paczka orzechów, czyli zdrowa bomba kaloryczna, dodająca energii. Dla orzeźwienia pakuję pokrojoną na kawałki paprykę do wielorazowego pudełka. Papryka pozostaje bardzo długo świeża, i jak po nią sięgam, zawsze czuję, że to dokładnie to, czego w tym momencie potrzebowałam. Warto spakować sobie wykałaczkę albo mały widelczyk, aby nie musieć dotykać jej brudnymi rękami. Białkowe batony są również fajną opcją, nie mówiąc już o produktach typu „food substitute”. Opcja nie dla wegan, ale dla wegetarian – pitny skyr, czyli jogurt w stylu islandzkim, o dużej zawartości białka. Fajną opcją są również wszelkiego rodzaju mandarynki, ale unikam ich ponieważ boję się, że zapomnę potem wyciągnąć skórki z plecaka i tam zgniją.

W przypadku podróży miejskich zestaw oczywiście wygląda trochę inaczej. W takiej sytuacji prawie zawsze znajdzie się miejsce, gdzie można umyć ręce czy kosz do którego można wrzucić odpadki – można więc wziąć ze sobą o wiele więcej rzeczy. Albo nie brać wcale – w końcu to już nie jest żaden problem, kupić coś gotowego na miejscu, czy zjeść coś wege w lokalnej knajpce. Mogę policzyć sytuacje, kiedy totalnie nie było żadnej opcji wege, na palcach jednej ręki. A przecież podróżuję dużo.

Podobno też dużo tracę, nie kosztując lokalnych specjałów mięsnych. Myślę, że jedną z najważniejszych rzeczy, które tracę, jest ogromna szansa zatrucia pokarmowego, zwłaszcza jedząc „na ulicy”.

Podsumowanie

Wpis się znowu rozrósł, bardziej niż przypuszczałam. Wiem, że świata on nie zmieni, prawdopodobnie nie przekona też nikogo do przejścia na wegetarianizm. A może jednak?

Więcej

Na ile ekologicznie jesteśmy w stanie żyć?

Ten temat wydaje się być na topie w ciągu ostatnich miesięcy. Choć naukowcy od dziesiątek lat bili na alarm, dopiero teraz widzimy na własne oczy skutki globalnego ocieplenia. Brak zimy, pożary w Szwecji, Brazylii, Australii. Dzięki Internetowi każda wiadomość może w błyskawicznym tempie dotrzeć do milionów odbiorców. Choć prawdopodobnie przegapiliśmy naszą szansę uratowania świata, ludzkość jest zbyt zawzięta, aby stać z założonymi rękami i przyglądać się zbliżającej się katastrofie. Coraz więcej osób chce coś zrobić, chce mieć jakiś pozytywny wkład w środowisko, albo chociaż ograniczyć negatywne skutki swojej egzystencji.

Poniższy tekst został napisany w ramach Inicjatywy #BloggersHelpWorld serwisu Mocna Grupa Blogerów. Celem akcji jest pokazanie, jak żyć ekologicznie i oszczędniej, dbając o naszą planetę oraz dając dobry przykład innym.

Co tak właściwie możemy zrobić? Metod i sposobów jest bardzo wiele, a każdy gest może zarówno nieść za sobą pozytywne skutki, jak i nie prowadzić do żadnej zmiany w ogóle. Myślę, że jest jednak mnóstwo małych, średnich i dużych postanowień, które warto chociaż rozważyć. Możemy zrobić grę – ja przygotuję listę, a Wy napiszcie, ile podpunktów udało Wam się odhaczyć, a ile więcej zamierzacie wprowadzić w swoim życiu w najbliższej przyszłości. Co więc można zrobić?

50 sposobów

Oto lista rzeczy małych, średnich i dużych, bez konkretnej kolejności. Jest ich dokładnie pięćdziesiąt. Z całą pewnością dałoby się dopisać drugie tyle, skupiając się dokładniej na każdej dziedzinie życia z osobna. To są rzeczy, które po prostu przyszły mi na myśl. Sama stosuję się do około 35-40 z nich.

  1. Ograniczenie kupowanie nowych ubrań
  2. Naprawianie zamiast wymieniania
  3. Kupowanie z drugiej ręki, na przykład w ciucholandach
  4. Korzystanie z usług zamiast posiadania własnych sprzętów, urządzeń
  5. Picie wody z kranu
  6. Posiadanie butelki na wodę wielokrotnego użytku
  7. Przynoszenie jedzenia w pudełku wielokrotnego użytku
  8. Ponowne wykorzystywanie resztek z obiadu
  9. Branie krótkich pryszniców zamiast długich kąpieli w wannie
  10. Oszczędne korzystanie z wody podczas mycia naczyń czy zębów
  11. Redukcja spożycia mięsa – na przykład bezmięsne piątki
  12. Rezygnacja z czerwonego mięsa
  13. Rezygnacja z mięsa w ogóle – przejście na wegetarianizm
  14. Rezygnacja z mięsa i produktów odzwierzęcych – przejście na weganizm
  15. Unikanie produktów zawierających niepotrzebnie dużo opakowania
  16. Kupowanie produktów w większych opakowaniach, jeśli ma się pewność, że zje się je w całości
  17. Kupowanie produktów w mniejszych opakowaniach, jeśli zwykle nie dojada się ich do końca przed ich zepsuciem
  18. Ponowne wykorzystywanie opakowań po produktach spożywczych
  19. Dojazdy do pracy, szkoły czy na uczelnię rowerem lub komunikacją publiczną
  20. Rezygnacja z samochodu – w razie czego zawsze można wypożyczyć
  21. Mieszkanie w budynku ocieplonym
  22. Ograniczenie ogrzewania zimą – to nie jest ta pora roku, w której po domu chodzi się w bieliźnie
  23. Wietrzenie zimą tylko przy wyłączonym ogrzewaniu
  24. Kupowanie owoców i warzyw bez opakowania czy siatki (i tak je umyjesz)
  25. Oddawanie pustych butelek z powrotem do sklepu
  26. Kupowanie produktów lokalnych
  27. Unikanie produktów, które muszą być sprowadzane drogą lotniczą (np. awokado)
  28. Unikanie produktów zawierających olej palmowy
  29. Nie kupowanie w nadmiarze = nie wyrzucanie
  30. Wykorzystywanie toreb wielokrotnego użytku podczas zakupów (ale nie kupowanie nowych specjalnie do tego celu!)
  31. Segregacja odpadów
  32. Rezygnacja, ograniczenie podróży samolotem
  33. Rezygnacja z „kawy na mieście”, a jeśli już to bez pokrywki
  34. Wymiana żarówek na LEDowe
  35. Gaszenie światła i wyłączanie urządzeń, kiedy się z nich nie korzysta
  36. Oszczędne korzystanie z produktów czyszczących, tworzenie własnych
  37. Zamiast podpasek i tamponów, kubeczek menstruacyjny
  38. Rezygnacja lub ograniczenie potomstwa
  39. Posiadając niemowlę – wybór pieluch wielorazowych
  40. Zamiast kupować ubranka dla dziecka – zapytać znajomych, czy ktoś się nie pozbywa
  41. Ponowne wykorzystywanie jednostronnie zadrukowanych kartek
  42. Nie drukowanie biletów – korzystanie z wersji elektronicznej
  43. Wybór korespondencji elektronicznej
  44. Nie kupowanie książek – wypożyczanie lub wybór wersji elektronicznej
  45. Kupowanie produktów wyprodukowanych z użyciem materiałów porecyklingowych
  46. Wybór produktów, które da się ponownie przetworzyć
  47. Wybór produktów, z których będzie można korzystać dłużej
  48. Dotacja organizacji środowiskowych
  49. Wolontariat w organizacjach środowiskowych
  50. Promocja zachowań pro środowiskowych

Ile podpunktów udało Wam się odhaczyć? Jestem pewna, że co najmniej kilka – a może nawet większość? Wydawać by się mogło, że świat idzie w dobrą stronę, że ludzie są coraz bardziej świadomi i jak tak dalej pójdzie, to powinno się to globalne ocieplenie jakoś załagodzić. W końcu w grupie siła, prawda? Niezupełnie.

Realne znaczenie

Pierwszym dużym problemem jest fakt, że przeciętny zjadacz chleba nie ma aż tak dużego wpływu na środowisko, jaki mają wielkie korporacje. Te nie tylko wpływają na wybory konsumentów, ale także dyktują reguły całej gry. Czy bilety na komunikację publiczną w Niemczech byłyby takie drogie, gdyby nie ogromne firmy samochodowe? Czy urządzenia domowe psułyby się od razu po zakończeniu okresu gwarancji, gdyby firmy nie liczyły na szybki powrót klienta? Czy produkty spożywcze byłyby wciąż pakowane w nadmierną ilość plastiku, gdyby ktoś nie policzył, że w ładnej folii dana rzecz się lepiej sprzeda, więc koszty opakowania zwrócą się z nawiązką?

Ludzie też nie chcą rezygnować ze swoich przyjemności i marzeń, widząc jak minimalny odsetek społeczeństwa pławi się w luksusach. Ja spędzę wakacje w nieodległym mieście, a kto inny będzie kilka razy dziennie latał prywatnym samolotem na spotkania biznesowe. Ja przejdę na weganizm, a kto inny zorganizuje imprezę, po której wyrzucone zostaną setki kilogramów niedojedzonych posiłków. Ja starannie porozdzielam wszystkie śmieci, a kto inny wywiezie swoje odpady do lasu. Wydawać by się mogło, że gra jest niewarta świeczki i po co w ogóle się starać, skoro nasze poświęcenie nie ma rzeczywiście realnego oddziaływania na środowisko…

Myślę, że wiele osób zadawało sobie to pytanie niejednokrotnie. Ja również. I doszłam do wniosku, że mimo to, nie zmienię swoich dobrych nawyków, za to będę powoli wprowadzać do swojego życia kolejne.

Przede wszystkim jest to myśl, że nawet jeśli w ogromnej skali mój gest nic nie znaczy, ma on znaczenie w ogóle. Ta jedna plastikowa siatka mniej może i nie oczyści oceanów, ale też nie zapląta się w nią morskie zwierzątko, nie trafi na nią nikt na jakiejś oddalonej o tysiące kilometrów ode mnie plaży. Ten bezmięsny obiad nie zredukuje produkcji mięsa, ale po latach wegetarianizmu będę mogła powiedzieć, że nie zjadłam kilkuset zwierząt. A jeśli za mną poszły kolejne osoby, jeśli kogoś przekonałam, to ta liczba się zwiększa.

Mój jednokrotny gest okazuje się całkiem duży, kiedy powtarzam go przez wiele lat. Warto więc wprowadzać dobre zmiany w życiu, zwłaszcza jeśli tak naprawdę nie prowadzą one do większych wyrzeczeń, poświęcenia.

Bo jak długo cieszysz się z tej jednorazowej plastikowej butelki, w której kiedyś tam kupiłeś sobie wodę?


Wpis powstał z okazji akcji #BloggersHelpWorld – Mocna Grupa Blogerów.

Więcej

Podsumowanie 2019

Te podsumowania roku to taki straszny obowiązek. Nawet nie chodzi o konieczność wyznaczenia sobie tych paru godzin w ciągu dnia, napisania kilku akapitów i znalezienia pasujących obrazków do tekstu. Problemem jest konieczność refleksji. Bardzo łatwo rozmyślać nad czymś, co już się skończyło i może zostać potraktowane jako zamknięty rozdział. O wiele trudniej spojrzeć na proces i zastanowić się, które decyzje miały znaczenie, a które zabrały niepotrzebnie zbyt wiele energii, z czego warto wyciągnąć wnioski, a co było tylko kolekcją zbiegów okoliczności.

Przez ostatnich parę lat miałam bardzo duże problemy z ukończeniem podsumowań roku. Podsumowanie roku 2017 zostało opublikowane w maju 2018 i zawiera tylko połowę opisanych skrótowo wydarzeń. Kolejny rok natomiast w ogóle nie doczekał się swojego wpisu – ten leży gdzieś głęboko w stercie szkiców. Mimo to, chciałabym aby ten wpis, podsumowanie roku 2019, został zapisany w historii bloga. Byłoby to zapowiedzią pewnego rodzaju porządku, powracającego do mojego życia. Aby jednak w pełni zobrazować całość historii, będę musiała przywołać kilka faktów z roku 2018.

Ładne zdjęcie ładnego miasta na dobry początek wpisu. Poznajecie?

Rok 2018 – streszczenie

W ogromnym skrócie: na początku 2018 wróciłam z Erasmusa w Holandii, na ostatni semestr magisterski architektury na Politechnice Gdańskiej. Praca dyplomowa była „napoczęta” i wydawała się wreszcie obrać właściwy kierunek, przy ogromnej pomocy pani promotor. Ze względu na konkretniejszy brak zajęć na Politechnice, nie było sensu wynajmować mieszkania czy pokoju w Gdańsku i tak trochę „miotałam się” pomiędzy miastami. Część czasu spędziłam w Monachium z narzeczonym, część u rodziny w świętokrzyskiem, a część właśnie w Gdańsku. Próbowałam znaleźć pracę w Niemczech, jednak z mizernym skutkiem – okazało się, że bez języka jest to praktycznie niemożliwe.

Szybko nadeszło lato. Egzamin magisterski jakoś zdałam, potem warsztaty w Rumunii i praktyka w Warszawie. Jesień. Ostatnie szlify dyplomu, nagle listopad, obrona. Chciałam pożegnać uczelnię z radością, ponieważ spędziłam tam najlepszych pięć lat życia. Zamiast tego, odeszłam z goryczą, po bardzo nieprzyjemnej obronie, którą być może kiedyś opiszę, a być może nie. Spowodowało to jednak odrzucenie pomysłu na studia doktoranckie w trybie zewnętrznym na tej uczelni. I nagle święta, rozdzieranie się pomiędzy miastami, aby po raz ostatni powiedzieć „papa” Polsce.

Monachium. Frauenkirche (po lewej) to wizytówka miasta. Po prawej Nowy Ratusz, a dalej w tle, na żółto, Theatinerkirche przy Odeonsplatzu.

No to do rzeczy… 2019

Nowy Rok rozpoczęłam w samolocie z Gdańska do Monachium, naturalnie z przesiadką w Warszawie. Gdyby stać mnie było na podobną podróż pociągiem, z pewnością bym ją wybrała. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego w momencie kiedy tyle mówi się o klimacie, państwa takie jak Niemcy nie są w stanie dołożyć do komunikacji szynowej tyle pieniędzy, aby stała się ona opłacalna dla pasażerów. Jestem przekonana, że gdyby chociaż cena przejazdu pociągiem zrównała się z ceną lotu, wiele osób zdecydowałoby się na kolej.

Tak się złożyło jednak, że rok wcześniej dostałam kartę podarunkową na bilety lotnicze jednej sieci i trzeba ją było wykorzystać. Padło więc na Barcelonę – chyba najbardziej egzotyczne miejsce odwiedzone przez nas do tej pory. Bardzo chciałam uciec od zimna, myśli związanych z uczelnią, ale przede wszystkim: koniecznością zadawania sobie pytania: co dalej? Wpisy o Barcelonie tutaj: [1] [2] [3].

Barcelona to miasto pełne kolorów i kontrastów. Zdecydowanie warto odwiedzić!

Po powrocie z wycieczki trzeba było wreszcie wziąć życie w swoje ręce. Zaczęłam od bardzo solidnej nauki niemieckiego. Już podczas pracy nad dyplomem, zaczęłam próbować swoich sił z tym językiem, jednak wiecie, jak to jest, kiedy ma się coś o wiele większego i ważniejszego na głowie… Tym razem perspektywa pozostania w stolicy Bawarii stała się rzeczą pewną. Przynajmniej na jakiś dłuższy czas.

W końcu zrozumiałam, że sama nie jestem w stanie nauczyć się języka dostatecznie szybko. Choć wykupiłam trochę godzin z nauczycielką przez Skype, było to wciąż za mało. Postanowiłam zapisać się na kurs intensywny na miejscu. Początkowo na jeden miesiąc (cena niestety przybijała wtedy człowieka do podłogi), potem na następny i kolejny. Ponieważ żadna praca bez niemieckiego nie pojawiała się na horyzoncie, musiałam nauczyć się posługiwać tym językiem na tyle dobrze, aby nie musieć wspierać się angielskim przy każdej możliwej okazji. Tak minęło pół roku, cztery dni w tygodniu po sześć godzin dziennie. Był to dobrze wykorzystany czas, podczas którego jednak czułam się jak pasożyt. Trzeba było to wreszcie zakończyć.

W międzyczasie pojawił się pomysł majówki, która zamieniła się w czerwcówkę, z powodu cen lotów. Razem z narzeczonym odwiedziliśmy Stambuł – niesamowite miasto, o którym pisałam tutaj i tu.

Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, że będzie mi dane zobaczyć Hagię Sophię na żywo. Ale czasami marzenia się jednak spełniają.

Potem powrót na ziemię. Postanowiłam się przełamać i zacząć szukać pracy tam, gdzie wymagany jest bardzo wysoki poziom języka niemieckiego. Po sześciu miesiącach kursów i w sumie roku nauki, byłam chyba najmniej pewna swojego języka, jak to tylko możliwe. Mimo to, tak naprawdę nie było innej opcji. Wysyłanie aplikacji po angielsku było jak leczenie homeopatią – liczeniem na cud. Przygotowałam więc aplikację po niemiecku, wybrałam dosłownie sześć firm, które brzmiały dla mnie najbardziej obiecująco i wysłałam. Po chwili miałam trzy zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjną. Totalnie się tego nie spodziewałam, po tych nieskończenie wielu odrzuconych aplikacji ze względu na język. Na początku sierpnia rozpoczęłam już pracę w zawodzie.

Wydawać by się mogło, że kiedy człowiek znajdzie pracę, to jest już połowa sukcesu – drugą połową jest tylko „robić swoje”. W moim przypadku nie było jednak tak prosto. Musiałam się wiele nauczyć, dostosować do niemieckiego trybu pracy, zrozumieć ogromny projekt, nad którym pracuję i – przede wszystkim – zacząć czuć się komfortowo z językiem. To nagromadzenie trudności bardzo często wprawiało mnie w przygnębienie, poczucie, że do niczego się nie nadaję. Tego nie miałam w żadnej poprzedniej pracy, gdzie od samego początku mogłam w dużym stopniu uczestniczyć w procesie projektowym, dawać coś od siebie. Z biegiem czasu na szczęście sytuacja się poprawiła, wciąż jednak nie czuję się stuprocentowo wartościowym pracownikiem. Głównie nie mogę się przełamać, aby dzwonić do ludzi związanych z projektem i objaśniać coś albo prosić o objaśnienie po niemiecku. Zawsze myślałam, że problem „bariery językowej” mnie nie dotyczy, jednak kiedy muszę chwycić za słuchawkę, zawsze mam taką cichą nadzieję, że z drugiej strony nikt nie odbierze.

Moje życie wywróciło się do góry nogami. Zniknęły wszystkie problemy finansowe, ze względu na niemiecką wypłatę. Do dzisiaj uczę się nie odmawiać sobie czegoś, czego potrzebuję, nie przeliczać kawy na długopisy, bluzki na bułki i tak dalej. Kto kiedykolwiek cierpiał na chroniczny brak gotówki, doskonale wie, o czym mówię. W Niemczech po prostu żyje się inaczej niż w Polsce. Myślę, że i tak, nigdy się do końca nie dostosuję do rytmu i priorytetów w tym miejscu. Można krytykować stereotypy, ale z własnego doświadczenia muszę powiedzieć, że część z nich nie leży aż tak daleko od prawdy. Przynajmniej w Monachium, gdzie wszystko musi być idealne, ludzie powinni zachowywać się przewidywalnie, a za stanie po złej stronie ruchomych schodów można zostać co najmniej staranowanym.

Poza tym, jest naprawdę wiele rzeczy, których nie da się nie docenić mieszkając w Niemczech. Chociażby dużo lepsza jakość produktów spożywczych w supermarketach. Albo służba zdrowia. Jesienią zmotywowałam się wreszcie do wyrwania / wycięcia ósemek. Był to konieczny zabieg, o którym już w Polsce mówili mi dentyści, jednak dopiero teraz miałam możliwość go wykonać. Poprosiłam o usunięcie wszystkich czterech naraz, co okazało się jedną z lepszych decyzji w życiu. W Polsce żaden chirurg by się na to nie zgodził. Teraz zastanawiam się nad założeniem aparatu na zęby. Coś, na co w Polsce nie byłoby mnie nigdy stać, a w Niemczech może obejść się i bez większych wyrzeczeń.

To, co tak naprawdę podoba mi się tutaj najbardziej, to góry. Półtora godziny zajmuje mi dojechanie pociągiem do jednego ze znanych alpejskich miasteczek. Pięknych i malowniczych szlaków jest tak dużo, że zawsze jest dokąd iść. W Monachium działa grupa Hiking Buddies Munich, która organizuje wypady co najmniej kilka razy w tygodniu. Każda z tras jest dobrze opisana, jeśli chodzi o poziom trudności i tak dalej, więc wiadomo, czego można się spodziewać. Poza tym, w grupie raźniej.

A może by tak rzucić to wszystko i pojechać w Alpy? Chociaż na jeden dzień…

Ten rok minął naprawdę szybko. Grudzień szczególnie, głównie dlatego że dwukrotnie zdarzyło mi się złapać większe infekcje, które skutecznie przybiły mnie do łóżka. Podobno jest to częsty problem przy migracji. Nowy kraj, nowa kolekcja wirusów i bakterii.

Mimo to udało się po raz trzeci w tym roku uciec gdzieś na dłużej. Padło na Lizbonę, stolicę Portugalii. To miasto mnie zupełnie ujęło. Na każdym kroku jakiś detal cieszący oko – od kolorowych płytek ceramicznych, obłożonych na ścianach budynków, do wszelkiego streetartu, z przestrzennymi muralami (znalazłam w necie, że odpowiada za nie artysta pod pseudonimem Bordalo II). Na wpisy o Lizbonie musicie jeszcze chwilę poczekać, ponieważ na zakończenie roku znowu coś złapałam i mój sylwestrowy zestaw to bardziej Ibuprofen i Mucosolvan zamiast szampana i wódki. Przynajmniej mam wymówkę, aby spędzić Nowy Rok z Polsa… Wiedźminem.

Lizbona tętni życiem w dzień i w nocy, zawsze coś przyciąga wzrok, zaskakuje, ekscytuje. Myślę, że muszę trochę pozmieniać moją toplistę ulubionych miast.

A, żeby nie zapomnieć… O moim zeszłorocznym Bullet Journallu przeczytacie tutaj. Noworoczne BuJo już się tworzy i wkrótce wrzucę na bloga wpis na jego temat.

Postanowienia Noworoczne

Tradycyjnie brak. Hasło na nowy rok? Też nie znajdę. Szczerze mówiąc, nie wiem, co spotka mnie w kolejnych miesiącach. Mam kilka odważnych pomysłów, które mogą się okazać głupie albo ciekawe. Pomiędzy tymi określeniami występuje naprawdę cienka granica. Rezygnacja z nich oznacza prawdopodobnie większą stabilizację w życiu. Jeszcze nie zdecydowałam, czy stabilizacja to coś, do czego szczególnie dążę.

W drugiej połowie stycznia zdaję Goethe-Zertifikat B2 z języka niemieckiego. Jeśli się uda (a powinno bez problemu, w końcu używam tego języka na co dzień!), będę mogła przyznać przed sobą, że nie muszę się już go aktywnie uczyć i zabiorę się za kolejny język. Bardzo mnie do tego zmotywowała grupa Językowa Siłka na Facebooku. Naprawdę podziwiam ludzi, którzy są młodsi ode mnie, a władają tyloma językami! Też tak chcę i mam nadzieję, że z każdą kolejną mową będzie łatwiej. Obecnie myślę nad rosyjskim, jednak chciałabym znać co najmniej jeden język romański. Najpierw jednak trzeba skończyć z tym niemieckim.

Samorozwój? Jak zawsze. W 2019 mocno postawiłam na poprawienie warsztatu rysunkowego. Muszę policzyć, ile konkretnie rysunków powstało w te 12 miesięcy, ale mogę się założyć, że ta trzycyfrowa liczba nie będzie miała jedynki na przodzie. Tym razem chcę pójść bardziej w tworzenie niż odtwarzanie. Rysowanie tego co widzę, jest fajne, ale chciałabym móc bardziej uzewnętrzniać to co gra w mojej głowie. Zamiast pilnowania perspektywy i proporcji, dobieranie kolorów i tworzenie nowych kompozycji. Brzmi ciekawie.

Niemieckie miasta również potrafią być malownicze. Tutaj kilka rysunków z Ulm.

Plany podróżnicze? To mój ulubiony fragment. Rok 2020 bardzo kusi nowymi możliwościami. Mają znieść wizy do Sankt Petersburga do 10 dni dla turystów. Głośno jest o zniesieniu wiz do USA dla Polaków. Świat staje się coraz bardziej otwarty dla podróżujących, a nowe miejsca zachęcają do ich odkrycia. Z drugiej strony kryzys klimatyczny, zostało nam zaledwie kilkadziesiąt lat życia w luksusach… Czy warto wycisnąć z tego czasu ile się da, czy lepiej ograniczać się i nie dokładać swoich trzech groszy do nieuniknionego? Dni urlopu też są ograniczone. To co jest na razie zaplanowane, to wyjazd w zupełnie nowe miejsce na początku marca.

A co z blogiem?

Blog prawdopodobnie pozostanie bez zmian. Przez jakiś czas myślałam o tworzeniu w języku angielskim, jednak nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Prawdopodobnie nigdy nie będę w tym języku równie biegła, co w polskim. Mój styl będzie denerwujący dla ludzi mówiących natywnie po angielsku, a dla mnie pisanie będzie uciążliwe.

Pojawił się też pomysł rozbudowania bloga o vloga. Obawiam się, że z tego również za wiele nie wyjdzie. Moja dykcja nie jest idealna, a nagranie czegokolwiek wymagałoby o wiele więcej czasu, niż można sobie wyobrazić. Jeśli potem okazałoby się, że filmu nie obejrzy nawet 10 osób, byłoby to bardzo demotywujące. Idei nie odrzucam jednak całkowicie. Jeśli wpadnę na jakiś naprawdę ciekawy pomysł, który miałby szansę się wybić, spróbuję.

Zostaje blog. Tutaj chciałabym publikować o wiele częściej. W tym roku powstało tylko 15 wpisów, czyli ledwo ponad jeden na miesiąc. Nie zliczę, ile tekstów wciąż czeka w szkicach, albo istnieje tylko w postaci luźnych notatek na stronach kalendarza. Nawet nie zdążyłam wrzucić wpisu na dziesiąte urodziny bloga. Muszę znaleźć jakiś sposób na szybsze i skuteczniejsze publikowanie tekstów. Zbyt wiele czasu zajmuje mi korekta, wrzucanie obrazków, umieszczanie linków i tak dalej.

Podsumowanie podsumowania

Trudno powiedzieć, że ten rok był inny, kiedy każdy poprzedni przyniósł coś nowego do mojego życia. W tym ciągłym biegu wiecznie brakuje chwili na refleksję, natomiast wolne chwile łatwiej przeznaczyć na tymczasowe przyjemności, niż rozmyślanie. Myślę, że gdybym jednak musiała wyznaczyć sobie kierunek na nadchodzący rok, byłoby to życie swoim życiem i nie szukanie sensu w każdej najdrobniejszej rzeczy.

Więcej

Bullet Journal w notesie Semikolon – podsumowanie

Pamiętacie może wpis sprzed roku, o kalendarzu zrobionym własnoręcznie? Chyba najwyższa pora podsumować rok używania takiego notesu. W tym wpisie przedstawię, co się sprawdziło, a co okazało się nie do końca użyteczne. Ocenę, czy warto przygotowywać własny kalendarz, zostawiam dla Was. Ja osobiście cieszę się z tego małego eksperymentu, nawet jeśli na rok 2020 postanowiłam zmienić formę na coś zupełnie innego. Zapraszam do lektury!

Kalendarz, Bullet Journal (BuJo), Notes… Niezależnie od nazwy, nie wyobrażam sobie nie posiadać jednego miejsca na wszystkie notatki, zapiski i listy. W środku znajduje się wycinek mojego życia – w chyba najlepszej formie jego zachowania.

Zacznę od oceny samego notesu. Choć bardzo dużo czasu zajmuje mi zawsze wybór idealnego produktu, nigdy nie jestem do końca zadowolona. Semikolon Grand Voyage był drogi, ale kupił mnie liczbą kartek i jakością papieru. Miał też wszystkie gratisy, których brakowało mi w poprzednim zeszycie (Nuuna), a które naprawdę doceniłam w trakcie użytkowania. Jest to przede wszystkim gumka do spinania całości, żeby nic nie wypadło spomiędzy kartek, oraz pętelka na długopis (oryginalnie był tam mały ołówek). Kieszonka z tyłu jest oczywiście dla mnie obecnie wymogiem. Nuuna jej nie posiadała, choć notes nadrabiał innymi wartościami.

Notes po roku – ogóły

Przez te 12 miesięcy Semikolon zestarzał się bardzo ładnie. Okładka powycierała się na narożnikach i grzbiecie, w paru miejscach pojawiły się nadszarpania, jednak papier pozostał nienaruszony. Główną zmianą jest to, że notes bardzo przybrał na wadze. Duża liczba stron nie powstrzymała mnie przed przyklejaniem kolejnych, kiedy przeznaczone na jakiś temat miejsce okazywało się niewystarczające. Do tego dochodzą naklejki, powklejane bilety i inne pamiątki, nawet taśmy washi. Ahh, no i cała masa poupychanych pomiędzy stronami karteczek, które nie znalazły dotąd swojego stałego miejsca na stronach notesu. Semikolon stał się nie tylko ciężki, ale i gruby.

Zbyt ciężki i zbyt gruby, aby zabierać go ze sobą w góry czy na krótkie wyjścia, z minimum bagażu.

Liczba stron 304 nie jest jednak zbyt duża. Przez ten cały rok pełen przeżyć, pomysłów i myśli wartych zachowania, zapełniłam go praktycznie co do strony. Układ, jaki zaplanowałam na początku wyglądał następująco:

  • około połowy notesu zajął kalendarz tygodniowy (z podziałem na miesiące), poprzedzony kalendarzem rocznym,
  • większa część drugiej połowy pozostała początkowo pusta, z przeznaczeniem na zróżnicowane treści, dodawane przez cały rok,
  • końcówka notesu to trackery, listy, rzeczy, które powinny być łatwe do znalezienia.

Muszę przyznać, że był to zdecydowanie najlepszy układ do tej pory (w porównaniu z wcześniejszymi latami) i gdybym miała kontynuować formę jednego notesu, z pewnością bym to powtórzyła. Do spisu treści praktycznie nie musiałam zaglądać, ponieważ taka kolejność treści była naprawdę szybka w ogarnięciu.

Co się nie sprawdziło

To teraz przejdźmy do konkretów. Które elementy notesu okazały się mało użyteczne, czasem nawet zbędne?

  • Wszelkie spisy treści – zarówno ten ogólny, jak i ten dedykowany części kalendarzowej – po prostu nie miałam zbyt wielu powodów aby na te strony zaglądać, a wcale nie wyglądały jakoś wyjątkowo estetycznie w moim przypadku, żeby miały powód obecności w notesie.
  • Informacje na „okładce miesiąca” – Project plan, miejsce na listy zadań na nadchodzący miesiąc, małe kalendarzyki w rogu. Ciężko powiedzieć mi, z czego to wynika, jednak dla sporej liczby miesięcy nie chciało mi się w ogóle uzupełniać tych elementów. Jeszcze rok temu myślałam, że oto znalazłam układ idealny, zawierający dokładnie to, czego potrzebuję. Najwidoczniej moje potrzeby zmieniły się gdzieś po drodze.
  • Strony zawierające coś związanego z nauką języka. Napisanie tego z pewnością pomogło mi się czegoś nauczyć, jednak później praktycznie nie wracałam już do tych treści. Zdecydowanie szybciej wyszukać coś w Internecie, albo zajrzeć do dedykowanej językowi książki czy konkretniejszych notatek.
  • Papier gładki – choć bardzo przyjemny w dotyku, odporny na wszelkie pisadła i dobrze współpracujący z wymagającymi mediami (markery, akwarela), nie ma nadrukowanej siatki kropek. Z jednej strony oznacza to swobodę użycia każdej strony, z drugiej często prowadzi do niechlujnego pisma, krzywych ramek i konieczności używania linijki, albo nawet liniuszka. Nie jest to może kwestia najważniejsza, jednak wpływa znacznie na czas potrzebny aby napisać coś nie-krzywo albo przygotować jakiś nowy tracker.
  • Choć układ ogólny sprawdził się idealnie, elementy w obrębie każdej kategorii były dość porozrzucane tematycznie, co momentami mi przeszkadzało.
Przykład zupełnie niewykorzystanej strony tytułowej. Tabelka z zadaniami zrobiona “na siłę”, uzupełniona tylko do połowy… Lista “to do”, do której nigdy nie zajrzałam, niczego z niej nie odhaczyłam.

A co okazało się strzałem w dziesiątkę?

  • Układ kalendarza tygodniowego zapewnił mi odpowiednią ilość miejsca. W razie dodatkowych notatek zawsze udawało mi się znaleźć jakąś dodatkową przestrzeń strony. Mniej produktywne dni pozostawiały miejsce na rysunki czy naklejki.
  • Puste kartki na środku wystarczyły na dodatkowe notatki – było ich idealnie w sam raz.
  • Listy i trackery, częściowo skopiowane z poprzedniego roku, spełniły idealnie swoją funkcję. Najlepsze z nich to:
    • mapka Europy z zaznaczonymi miejscami, gdzie byłam,
    • lista rzeczy do spakowania,
    • ramka: w co się ubrać w zależności od temperatury,
    • strona z adresami,
    • lista książek do przeczytania, polecanych przez znajomych (+info kto polecił),
    • przeczytane książki, obejrzane filmy, tracker seriali,
    • tabelka z kalendarzem zdrowia na cały rok (okres, ból głowy, choroby),
    • kontrola wagi i obwodów,
    • lista zdobytych szczytów w Alpach i nie tylko (+co spakować w góry),
    • co odwiedzić w okolicy – mapka Bawarii (co połowicznie się sprawdziło – w końcu czasem łatwiej pojechać gdzieś poza region pociągiem niż na jego drugi koniec),
    • lista muzeów w Monachium i moja ich ocena,
    • lista miejsc, gdzie zjeść w Trójmieście,
    • szybkie obiady – sama lista składników, nie potrzebuję przepisu, ale łatwo zapomnieć jakiegoś ważnego produktu,
    • tabelka z cyrylicą – ponieważ zawsze chciałam się jej nauczyć i nigdy nie mogłam.
Kto potrzebuje mapy, kiedy mamy Google Maps? Zdecydowanie ja. Podczas podróży lubię wiedzieć, jak zlokalizowane względem siebie są poszczególne atrakcje i budynki. Lubię wiedzieć, w którą stronę warto iść, aby zobaczyć coś ciekawego. W przypadku Barcelony, dokąd wybraliśmy się na samym początku roku, dochodzi jeszcze bardzo wyraźny podział na poszczególne dzielnice. Każda z nich ma zupełnie inny charakter, inną zabudowę i kojarzy się z czymś innym. Żałuję tylko, że jeszcze wtedy nie szkicowałam wszystkiego, tak jak robię to teraz.
Może nie jest to przykład wielkiej sztuki, a bardziej losowe bazgroły, kiedy na spotkaniu rysowników zabrakło mi papieru. Zawsze staram się nosić ze sobą przynajmniej jeden szkicownik, jednak mimo to, moje BuJo mieści w sobie więcej rysunków niż niejeden przeznaczony specjalnie do tego zeszyt.
Kiedy zaczynałam się przygotowywać do pracy w Niemczech, oprócz generalnej nauki języka, musiałam poświęcić trochę czasu słownictwu branżowemu. Okazało się to prostsze niż myślałam! Znalazłam książkę o tytule jak nagłówek strony na zdjęciu i wykorzystałam ją jako swoisty podręcznik. Jest to prawdopodobnie pozycja dla licealistów, myślących nad studiami budowlanymi. Ponieważ większość oznaczeń jest identyczna w całej Unii Europejskiej, znając dany symbol, szraf czy zapis, mogłam bez słownika zrozumieć, co oznacza wyraz po niemiecku. Poza tym nawet nie wyobrażałam sobie wcześniej, jak wiele słownictwa związanego z budownictwem w języku polskim pochodzi z niemieckiego.
Jedna z moich ulubionych stron: nauka cyrylicy. Nigdy nie potrafiłam zapamiętać poszczególnych znaków tego pisma, strasznie mi się myliły, a przez brak używania, od razu wypadały z pamięci. Z tego powodu powstała ta strona. I wbrew pozorom – zaglądałam do niej naprawdę często!
Druga podróż tego roku – do niesamowitego Stambułu. To tylko zrobiona na szybko strona z rozpiską najważniejszych punktów i wydrukowana na szybko mapka. Tak naprawdę to dopiero kolejne strony są ciekawe, ponieważ umieściłam na nich dziennik podróży. Starałam się opisać wszystko, co mnie zdziwiło, zaciekawiło, czasem zdenerwowało, często zachwyciło. Myślę, że to dużo lepsza pamiątka niż zdjęcia, treści napisane po powrocie czy cokolwiek, co można kupić na miejscu.

Swego czasu potrafiłam wychodzić w góry częściej niż raz w tygodniu. Za każdym razem, kiedy wspinam się na szczyt, mam to nieodparte wrażenie, że jestem dokładnie w tym miejscu, w którym powinnam być – wśród przyrody, otoczona pięknymi widokami oraz świeżym powietrzem.
Kiedy wrzuciłam to zdjęcie na grupę Bullet Journal Polska, od razu posypały się lajki. Okazuje się, że nie jestem jedyną osobą, która nigdy nie wie, co założyć i dla której temperatura 10 czy 20 stopni nie oznacza niczego związanego z ciuchami. I nie, nie ufam decyzjom ubraniowym ludzi widzianych przez okno :D.
Kocham podróżować. Odkąd mam tylko taką możliwość, staram się robić to jak najczęściej. Z każdej podróży przynoszę mnóstwo wspomnień, wiedzy oraz wrażeń. Pozwalam sobie też zakolorować nowy kraj na mapce :).

Czego natomiast zabrakło?

Ponieważ stworzyłam już większą część BuJo na kolejny rok, bez problemu mogę wypisać elementy, które zawrę w kolejnym notesie, a które nie znalazły swojego miejsca w kalendarzu 2019.

  • Osobna strona z urodzinami / imieninami znajomych i rodziny oraz ważnymi datami. Jakimś cudem wyleciało mi to z głowy i przez to przegapiłam parę momentów, kiedy powinnam była złożyć komuś życzenia. Nie raz też zostałam zaskoczona przez Facebooka informacją o czyimś święcie. I nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ostatecznie nie dorobiłam tej brakującej strony.
  • Tak zwane „wish listy”, czyli po polsku listy życzeń. Strona do spisania rzeczy, które chciałoby się kupić oraz doświadczeń, które chciałoby się przeżyć. Wszelkie „potrzebuję tego!” czy „muszę to mieć!” ginęły gdzieś pomiędzy stronami, a kiedy zabrakło kilku euro do darmowej wysyłki na Amazonie, nie było sensu dobierać czegoś „na siłę”. Później się okazywało, że drukarka drukuje paski, bo nikt nie pamiętał, aby kupić toner. No co, tusz do drukarki, normalne życzenie, co nie?
  • Znacie to uczucie, kiedy uświadamiacie sobie, że czegoś potrzebujecie, dopiero kiedy ktoś wam o tym powie? Dla mnie tak było w przypadku braku strony z listą rzeczy do ogarnięcia przed wyjazdem. Uniwersalna lista „do spakowania” naturalnie pojawiała się w każdym kolejnym zeszycie, natomiast nigdy nie wpadłam na to, aby zrobić podobną, dotyczącą załatwiania wszystkiego i wymaganych czynności. Kiedy zaczęłam wypisywać je jedną pod drugą, od „wyrzucić jedzenie, które się zepsuje w czasie nieobecności” do „sprawdzić datę ważności dokumentów”, okazało się, że akurat zajmie mi to całą stronę. I będzie to jedna z ważniejszych stron w moim przyszłorocznym notesie.
  • Strona dotycząca zdrowia oraz wizyt u odpowiednich specjalistów. Dbanie o zdrowie, to regularne kontrole i badania. Nie ma nic gorszego niż szukanie odpowiedniego lekarza w sytuacji podbramkowej. Lepiej mieć już tę stronę, gdzie prosto i bez zbędnych szczegółów umieszczę datę ostatniej wizyty u dentysty czy wymiany okularów na mocniejsze (zwłaszcza gdy są objęte gwarancją).
  • Pomysły DIY (Do it yourself – zrób to sam). Przez cały rok pojawiają się ich co najmniej dziesiątki w mojej głowie, nie spisuję ich nigdzie i… nagle mam wolny wieczór i nie wiem, za co się zabrać. Niby tyle rzeczy odkładanych na potem, ale jak mam wymienić jedną, to pustka w głowie.
  • Lista piosenek, do których chcę wrócić. Kiedy spodoba mi się jakiś utwór, zapisuję go tam, gdzie na niego trafiłam. Serduszko w Spotify, jakaś lista na YouTube, lajk czy komentarz na Facebooku jeśli udostępnił to jakiś mój znajomy. A potem utwór przepada, nie mogę sobie przypomnieć jego nazwy na innym urządzeniu, albo akurat jestem zalogowana na innym koncie i po prostu mi się nie wyświetla. To będzie tylko jedna strona, na tylko te wyjątkowe utwory. Powinny się zmieścić.

Jak już napisałam, przyszłoroczne BuJo jest już w trakcie opracowywania. Już nie mogę się doczekać, aż wrzucę tutaj zdjęcia poszczególnych stron. Spodziewajcie się raczej braku minimalizmu w formie (nie potrafię się ograniczać), za to praktycznych rozwiązań, jak umieścić treść na stronie w czytelny sposób, nie poświęcając cennych godzin na planowaniu kompozycji. Kolejny wpis wkrótce!

Więcej

10 rzeczy, których nie uczą na studiach, a powinni

„Co za ponury absurd… Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?”

Ten cytat z „Dnia Świra” kojarzy chyba każdy. Zupełnie zabawny, ale jednak boli. Nie zliczę, ile razy żałowałam, że nie wiedziałam o czymś wcześniej, że jakaś rzecz nie była dla mnie dostatecznie ważna, kiedy łatwo było na nią wpłynąć. Człowiek uczy się przez całe życie, często na cudzych błędach, jeszcze częściej na własnych. A jak wiele razy zupełnie małe rzeczy mogłyby odmienić naprawdę wiele, gdyby zaimplementować je do swojego życia w odpowiednim czasie! Na przykład podczas studiów.

Dzisiejszy wpis będzie raczej luźniejszy, pisany właśnie pod wpływem takiego przemyślenia: dlaczego nie wpadłam na to wcześniej? Jak wiele mogłabym sobie ułatwić, wiedząc wcześniej, jak się do tego zabrać. W ten sposób powstała lista. Tak wiem, listy dobrze się klikają; mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Część podpunktów dotyczy organizacji nauki i pracy, inne są po prostu życiowymi tipami, które sama dałabym młodszej o kilka lat sobie. Czy uznasz je za przydatne, czy może zupełnie bezużyteczne – to już sprawa indywidualna.

No to zaczynamy!

1. Zorganizuj swoje pliki na komputerze

Co mówią Wam nazwy:

  • Bez Nazwy kopia 5 kopia 2 poprawione AAAAA ostateczne.docx
  • dhakdhkasdf.jpg
  • Bez tyt7777łu

Prawdopodobnie większość z Was ma z nimi styczność często. Nowy projekt zaczyna się niewinnie od kilku plików, dwóch folderów, aż nie ma po co to segregować. W pewnym momencie człowiek się jednak budzi z ogromnym bałaganem na dysku, porównując daty plików, nazwy, szukając po właściwościach, która wersja jest tą pożądaną… Jeśli jest to jeszcze coś świeżego, to można odtworzyć z pamięci kolejność nazywania poszczególnych plików. Problem pojawia się, kiedy na przykład po dwóch czy trzech latach przydałoby się zbudować portfolio, a praca nad nim to będzie mniej projektowanie, a bardziej archeologia.

Jeśli kiedykolwiek pracowaliście w dużej firmie, która miała do czynienia z ogromnymi projektami, ciągnącymi się przez wiele lat i jednak była to firma z doświadczeniem, to prawdopodobnie wiecie, o czym mówię. Każdorazowe spędzenie kilkudziesięciu sekund na nazwaniu każdego pliku według schematu jest początkowo uciążliwe. Szybko nadejdzie jednak czas, że będziecie sobie z całego serca dziękować, znajdując coś na dysku w mgnieniu oka.

Jak najlepiej segregować pliki? Na to pytanie jest bardzo wiele odpowiedzi i wiele zależy od branży czy charakterystyki projektu. Podzielenie magisterki na część opisową i projektową to jedno, jednak cała struktura podfolderów to kolejna sprawa. Często naprawdę warto przesadzić z „głębokością” takiej hierarchii, niż pozwolić danym się pomieszać. Kilka tipów:

  • Używaj cyfr na początku nazw folderów, aby zawsze były wyświetlane w tej samej kolejności
  • Używaj 01, 02, 03 zamiast 1, 2, 3
  • Używaj dat, najlepiej w kolejności rok-miesiąc-dzień
  • Jeśli nie wiesz, czy potrzebujesz folderu na dany temat, i tak go zrób. Najwyżej skasujesz.
  • Używaj skrótów do folderów. Chyba nic nie tworzy większego bajzlu na komputerze niż posiadanie kilkunastu kopii tego samego pliku. Bardzo rzadko widzę, aby ktoś specjalnie tworzył skróty, a przecież ta opcja pojawia się nie bez powodu w każdym Windowsie!

2. Prowadź swój kalendarz, albo od razu Bullet Journal

Im wcześniej, tym lepiej. Zanim się jeszcze wszystkie sprawy nagromadzą w Twoim życiu. Jeśli nigdy nie prowadziłaś własnego kalendarza, kup sobie taki zwykły w supermarkecie albo sklepie z akcesoriami papierniczymi. Wybierz taki, który połączy nieduży rozmiar książeczki z sensownie dużą przestrzenią do pisania. W tym celu unikaj przesadnie zdobionych stron, niepotrzebnych informacji umieszczonych wokół dni tygodnia czy stron, z których i tak nie skorzystasz (na przykład typowej w tanich kalendarzach tabelki z odległościami pomiędzy polskimi miastami, dla osób nieposiadających dostępu do Internetu).

Co zapisywać w kalendarzu? Wszystko! Nie tylko godziny spotkań czy plany weekendowe, ale każdą najdrobniejszą informację, która może się w przyszłości przydać. To bardzo dobry nawyk, który pozwoli Ci uniknąć wiecznego dopytywania znajomych o szczegóły jakiegoś zadania czy zagadnienia na egzamin. Zapisuj swoje myśli przed pójściem spać, nie bój się wyciągać notes podczas jazdy autobusem czy kiedy szukasz inspiracji.

Pamiętam, że kiedy zaczynałam swoją przygodę z kalendarzami, postanowiłam sobie, że nie zostawię ani jednej strony pustej. Mój pierwszy kalendarz (na 2009 rok!) był w układzie kolumnowym, więc praktycznie wystarczyło napisać kilka słów każdego dnia. Kalendarze dla kolejnych lat wybierałam już w typie dniowym, więc miałam aż za dużo miejsca na przeróżne przemyślenia. Nie zliczę, ile razy kalendarz pomógł mi wybrnąć z trudnej sytuacji, nagromadzenia projektów czy problemów w życiu.

Po jakimś czasie stał się on tak integralną częścią mojego życia, że postanowiłam zainwestować w lepszą markę, z porządnym papierem, lepszym układem strony. A ostatecznie stałam się tak wybredna, że zaczęłam tworzyć kalendarz zupełnie własnoręcznie. Jakoś wtedy trafiłam na metodę Bullet Journal.

Zanim wpiszesz tę nazwę do wyszukiwarki Google, chciałabym Cię tylko przed jedną rzeczą ostrzec. Metoda Bullet Journal stała się tak popularna, że wiele osób zaczęło nazywać tym określeniem przepięknie zdobione strony notesów, przygotowywane przez wiele godzin, z wykorzystaniem rysunków, naklejek, taśm washi i tak dalej. Na tym nie polega Bullet Journal! Bullet Journal to przede wszystkim planowanie zadań za pomocą list nienumerowanych (stąd nazwa) oraz przenoszenie tych zadań, które nie zostały wykonane danego dnia na dzień kolejny, rozważając za każdym razem, czy dana czynność jest wciąż istotna. To jest sensownie wytłumaczone na oficjalnej stronie BJ. Kropkowany wzór strony to tylko kwestia estetyki i wygody, nie jest jednak konieczny do stosowania tej metody.

3. Jedną z najtrudniejszych i najczęstszych decyzji do podjęcia podczas studiów będzie „czy już wystarczy?”

Już kiedyś o tym pisałam. Kolejna noc spędzona nad projektem, w założeniu ta ostatnia. Minimalna liczba stron już dawno przekroczona, ale wciąż masz wrażenie, że temat został potraktowany „po łebkach”. Parę tez powinno mieć jakieś potwierdzające przykłady, jakiś fragment warto by było odpowiednio zilustrować. Ale może wystarczy? Zostały trzy godziny snu, dwie jeśli wziąć pod uwagę konieczność posprzątania bajzlu na łóżku. A może by tak chociaż raz olać to wszystko, wysłać bez przeczytania po raz setny.

Już w druku jest coś nie tak. Czcionka na jednej stronie nie pasuje do reszty – jak to się mogło w ogóle stać? Czy ktoś pomyśli, że treść została skądś przekopiowana? Jak na złość w drukarce brakuje papieru. Może wstać jutro wcześniej i z rana popędzić z tym do drukarni? Czy dać sobie spokój?

Ważny egzamin. Każde pytanie opracowane na trzy akapity i niby wszystko powinno być dobrze, ale przydałoby się chociaż raz powtórzyć wszystko na głos. Te osiemdziesiąt pytań po dwie minuty każde. Nawet nie mam już siły obliczać, ile tysięcy lat to zajmie.

Chyba każdy student zmierzył się z podobnymi sytuacjami. Każdy projekt można poprawiać w nieskończoność, na każdy temat zagłębić się bardziej w wiedzy. A najgorzej jest, kiedy wtedy nie wyjdzie. Co innego, kiedy nie wyszło, bo się nie uczyłeś – sytuacja jest wtedy prosta. Brak wkładu, brak efektu. Tymczasem znowu zabrakło ci ułamka punktu do stypendium i pomimo nieprzespanych nocy stoisz w tym samym punkcie co ten typek, co nie był na żadnym wykładzie. No peszek.

Łatwo dać się ponieść emocjom albo wpływowi znajomych, z drugiej strony szybko można się przepracować. O wiele trudniej natomiast znaleźć ten złoty środek, czyli idealną proporcję pomiędzy poświęceniem nauce i studiom a posiadaniem życia i zdrowia poza studiami. To jest tak naprawdę to, co najbardziej odróżnia studia od szkoły. Konieczność podejmowania decyzji samodzielnie.

4. Przestań oszczędzać!

Nie zliczę, ile razy bombardowano mnie podczas studiów promocją oszczędzania. Inteligentny człowiek wie, jak odłożyć, rozsądny potrafi sobie odmówić przyjemności, przezorny zawsze ubezpieczony, najlepiej odłożoną gotówką. I ja się czułam naprawdę przybita, dostając te 400 zł stypendium (potem trochę więcej), albo 450 złotych pensji na pół etatu, kiedy ze stypą nie wyszło, bo moje mieszkanie na głowę kosztowało dwa razy tyle, a człowiek jeszcze chciałby coś na przykład zjeść. Albo coś zobaczyć. Albo posłuchać czegoś, na przykład odgłosu pociągu zabierającego cię w najcudowniejsze miejsce na świecie. I wiecie co, chrzanić to!

Na oszczędzanie przyjdzie jeszcze czas. Skończysz studia, zaczniesz pracę na cały etat, na pewno lepszą niż to, co zaoferowali ci podczas studiów. Teraz żyj chwilą. Wydaj tygodniówkę na jedno wydarzenie, zafunduj sobie kurs językowy, na który cię nie stać, a potem zasuwaj, aby go spłacić. Kup sobie tę książkę, którą przeglądałaś już osiem razy w sklepie, ale odkładałaś za każdym razem, po zobaczeniu ceny. Zero słoików z napisem „na czarną godzinę” – niech zamiast tego pojawią się nazwy tych pięknych miejsc, które zawsze chciałeś odwiedzić. I kiedyś po prostu kliknij „zapłać”, na stronie przewoźnika, nie zastanawiając się nad tym pięćdziesiąt razy i płacząc następnego dnia, bo cena skoczyła w górę.

Kup sobie porządny zeszyt i bardzo wygodny długopis. Zrób prawko, zapożycz się, uczestnicz w wydarzeniach kulturalnych, chodź do kina czy teatru, wydrukuj swoją pracę naukową na lepszym papierze. Kup sobie porządne buty i zmierz w nich połowę świata, a przynajmniej poznaj dobrze swoje miasto, znajdź w nim te miejsca, za którymi kiedyś szczególnie zatęsknisz.

Za kilka, kilkanaście lat, nie będziesz pamiętać, że w styczniu 2020 roku udało ci się odłożyć 213 złotych, a dwa miesiące później miałaś już zapasowe 387. Za to podziękujesz sobie za doświadczenia, które będziesz wspominać do końca życia, i za umiejętności, które udało Ci się nabyć. Za to, że uczyłeś się języka, kiedy miałeś trochę więcej czasu wolnego, czy że zdobycie jakiegoś certyfikatu ułatwiło ci znalezienie dobrej pracy. Czy że poznałaś kogoś, kto odmienił twoje życie w momencie, kiedy najmniej się tego spodziewałaś.

Ale prawda, możesz też oszczędzać. Oszczędzanie jest naprawdę poszanowania godne, szczególnie kiedy oszczędzasz, mimo że nie masz z czego.

5. Twój organizm ci nie powie, że czegoś brakuje. On się odezwie dopiero w sytuacji dramatycznej.

Dwa lata od ostatniej lekcji w-fu i nagle z dnia na dzień pojawia się ten okropny ból pleców. Ledwo co jesz, ale bebech rośnie. Coraz częściej coś zaczyna w tym organizmie niepokoić, jednak nigdy nie ma czasu, aby zapisać się do lekarza. W końcu te kolejki, te stare baby, te godziny kolidujące z zajęciami na uczelni… Ale najgorsze jest to, że przecież to trzeba wszystko zaplanować, wcisnąć do tej pamięci RAM w mózgu, już teraz zawalonej projektami, egzaminami czy po prostu nauką.

Niestety, tak jak oszczędzanie kasy można odłożyć na potem, oszczędzanie na zdrowiu może się naprawdę źle skończyć. Są lekarze, których po prostu trzeba odwiedzać regularnie, a odkładanie tego w nieskończoność tylko pogarsza sytuację. Wiem coś o tym – nadal leczę dziury po czterech zbyt późno wyrwanych ósemkach. W Internecie można znaleźć wiele informacji o tym, jakie badania powinno się wykonywać regularnie. Polecam wpisać „kalendarz badań profilaktycznych”. Z jednej strony robienie tych samych badań krwi co roku brzmi trochę histerycznie, zwłaszcza jeśli do tej pory zawsze wychodziły dobrze. Z drugiej, jeśli masz dwadzieścia parę lat, a nigdy nie miałaś badania cytologicznego, a ostatni raz u dentysty byłaś z rodzicami w podstawówce, to coś jest zdecydowanie nie tak. Poza tym, mogę się założyć, że większa część czytelników tego bloga nie miała powtórzonej szczepionki na tężec w 20 roku życia (tak, jest w kalendarzu!).

Sport też jest naprawdę ważny. Nie każdy musi wyglądać jak Johnny Bravo i całować się w świeżo wyhodowany biceps, jednak regularny ruch naprawdę nie jest przereklamowany. Zamiast katować się codziennie na siłowni (i zrezygnować z braku czasu po miesiącu), lepiej założyć sobie realistyczne cele, łatwe do wprowadzenia w harmonogram życia na naprawdę wiele lat. Basen raz w miesiącu i siłka raz w tygodniu brzmi do zrobienia, co nie?

Studia zajmują ogromną część dostępnego czasu i łatwo zapomnieć o tym, że nawet w młodym wieku można się porządnie zepsuć, a co najmniej zaniedbać. Daleko mi do specjalisty zdrowego żywienia czy sportu, nie mówiąc już o medycynie. Mimo to, temat od jakiegoś czasu mnie interesuje, dlatego zdążyłam uzbierać swoją bazę wartościowych lub po prostu ciekawych źródeł w Internecie na ten temat. Na początku polecę blogi Damiana Parola i To Tylko Teorię.

6. „Kontakty podczas studiów”

Chyba każdy to kiedyś słyszał – zdobądź podczas studiów kontakty, potem się przydadzą w dalszym życiu. Być może, tak jak nastoletnia ja, wyobrażaliście sobie wtedy siebie w garniturze w pracy biurowej, pracującego nad jakimś wielkim projektem. Nagle pojawia się problem i z nieba spada rozwiązanie w postaci dawnej znajomej ze studiów, która rozwiązała podobny problem w ramach swojej pracy magisterskiej. Szybko znajdujecie w kieszeni jej wizytówkę, tak właściwie numer telefonu napisany na podstawce od piwa, szybko dzwonicie i oto jest. Jeśli omawiamy właśnie scenariusz słabego filmu, to okazuje się, że pani ta obecnie pracuje dla konkurencji.

Tak naprawdę to znajomości przydają się już podczas samych studiów. Nie ma nic gorszego niż próba przejścia przez studia bez własnego grona zaufanych znajomych, z którymi podzielisz się informacjami, notatkami czy przysiądziesz wspólnie do nauki. Wydaje się brzmieć strasznie pragmatycznie, jednak tak naprawdę szybko okaże się, że ta grupa to coś więcej niż wspólny folder na Google Drive’ie. Szybko okaże się, że to właśnie do tych osób odezwiesz się w sytuacji kryzysowej, i to tylko te osoby będą potrafiły zrozumieć twoją sytuację. Z drugiej strony zaczniesz się cieszyć z ich osiągnięć, pomagać w miarę możliwości, jakby to byli członkowie najbliższej rodziny, z tą różnicą, że rodziny się nie wybiera.

Nawet jeśli po studiach żadna z tych osób nie wyda książki, nie zostanie milionerem, czy nie dostanie nagrody Nobla (czego przecież jeszcze nie możesz wiedzieć), to będzie to jedna z bardzo nielicznych przyjaźni z szansą przetrwania. Bo na studiach masz kilkadziesiąt do nawet kilkuset innych osób, połowy z nich nawet tak naprawdę nie znasz, a reszta prawdopodobnie pozostanie w gronie tych, o których okazjonalnie przypomnisz sobie, gdy wrzucą coś na Fejsa.

Serio, nie bądź tą osobą, która dwa razy dziennie zadaje proste pytania w grupie na Facebooku. A już zupełnie nie bądź tym kimś, kto wkleja to samo pytanie szesnastu osobom na raz w prywatnej wiadomości.

7. Ogarnij swoje biurko

Przez bardzo liczne przeprowadzki podczas studiów, wprowadzanie jakichkolwiek większych zmian do tego, co zastawałam na miejscu, było po prostu bezsensowne. Największym wyczynem meblowym był zakup stołów z odkręcanymi nogami z Ikei. Dodając do tego niesprzyjające możliwości finansowe i jeszcze bardziej niesprzyjających wynajmujących, kręcących nosem na każdą propozycję zmian w pokoju, po prostu odechciewało się cokolwiek ruszać.

Myślę, że przez zdecydowaną większość studiów brakowało mi porządnego miejsca pracy. Kończyło się to typowym klejeniem makiet na podłodze czy przeglądaniem notatek na łóżku. Biurko (czyli wyżej wymieniony stół z odkręcanymi nogami) zawsze zawalone było kubkami, zeszytami, losowymi przedmiotami, które raz się tam znalazły i jak dotąd nie znalazły swojego stałego miejsca w jednej z półek.

Myślę, że gdybym teraz cofnęła się w czasie do jednego z tamtych mieszkań, spróbowałabym jakoś kreatywnie zaaranżować przestrzeń pracy. W pierwszej kolejności zadbałabym o improwizowaną „tablicę korkową”. Nie taką drogą, przyczepianą gwoździem do ściany. Kupiłabym zwykłą deskę albo grubszy karton i oparła o ścianę nad biurkiem. Za pomocą taśmy przyczepiałabym do niej to, co w danym momencie byłoby dla mnie ważne. W moim obecnym mieszkaniu wykorzystałam do tego celu karton po nowym blacie, jednak teraz moja sytuacja jest zupełnie inna.

Myślę, że bardzo dużym problemem było dla mnie zawsze trzymanie na wierzchu rzeczy, których nie potrzebuję codziennie, a wyjmowanie za każdym razem tego, co poupychane po szufladach. Niby problem wydaje się błahy, jednak ja po prostu nie dostrzegałam rzeczy, które zajmowały miejsce niepotrzebnie. Po prostu zawsze tam były i nigdy nie było czasu się nad tym zastanowić. Z tego powodu moja przestrzeń była zawsze zagracona i odpychająca.

Jeśli dostrzegasz w swoim życiu podobny problem, spróbuj zastosować tę metodę: zdejmij z biurka absolutnie wszystkie rzeczy, które nie są typowym wyposażeniem biurka (np. stojakiem na długopisy, lampą). Znajdź im nowe miejsce w półkach lub szufladach. Jeśli czegoś potrzebujesz, odłóż to potem z powrotem. Po jakimś czasie zauważysz, które przedmioty wyciągasz każdego dnia i to one mają prawo zostać na wierzchu.

8. Zainteresuj się środowiskiem

Zrezygnuj z jedzenia mięsa. Niezależnie od tego, jaki jest Twój stosunek do wegetarianizmu, praw zwierząt czy ochrony środowiska, chociaż spróbuj. Wyznacz sobie miesiąc bez mięsa albo zdecyduj się na rezygnację z mięsa w piątki (czy jakikolwiek dowolny inny dzień tygodnia). Nic na tym nie stracisz (no, chyba że w ogóle zrezygnujesz z jedzenia), a możesz naprawdę wiele się nauczyć. Poznasz nowe potrawy, o których być może nie miałeś pojęcia, może nawet część z nich wejdzie na stałe do Twojego jadłospisu.

Obecnie mamy wszystko na wyciągnięcie ręki – jedzenie w supermarkecie, zakupy online, budki z przekąskami i produkty dostępne dawniej tylko w najodleglejszych częściach świata. Naukowcy jednak od lat alarmują, że koniec luksusów może nastąpić o wiele szybciej, niż większość osób się spodziewa – prawdopodobnie jeszcze za naszego życia. Rezygnacja z jednego kotleta oczywiście nie zmieni absolutnie niczego. Pomyśl jednak o sprawie jak o widoku przepełnionego kosza na śmieci. Czy naprawdę chcesz być tym typem, który jeszcze ustawia na rozsypującym się stosie swoją puszkę po coli?

Jeśli naprawdę nie możesz zrezygnować z mięsa, ogranicz chociaż to czerwone, które jest zdecydowanie najgorsze dla klimatu. Poza tym jest tyle innych rzeczy, które można zrobić, aby zredukować swój wpływ na środowisko! Zainteresuj się tym tematem, pomyśl, czy naprawdę chcesz zupełnie biernie patrzeć na to, jak ludzkość dewastuje swój jedyny dom.

Ważnym tematem jest ograniczanie produkcji śmieci. Kupując coś, zastanów się, co się stanie z tym produktem za rok, dwa, pięć. Czy naprawdę warto kupić coś nieprzydatnego tylko dlatego, że jest tanie lub pojawiła się bardzo duża promocja? Które przedmioty można kupić jako używane, odsprzedać albo się wymienić? Powoli zaczyna się ta świąteczna część roku, kiedy ludzie wręcz wyrzucają pieniądze w błoto, często w ramach wykreowanej przez media hojności. I wiecie co? Nikt tak naprawdę nie potrzebuje nowej, błyszczącej, torebki prezentowej z reniferem w brokacie. Poproszę mój prezent zawinąć w gazetę. Albo kopertę – bo bilet wstępu czy zaproszenie do spędzenia razem czasu w specjalnym miejscu to najlepszy prezent, jaki można dać.

There is no Planet B (pl. Nie ma planety B).

9. Czy naprawdę potrzebujesz tych wszystkich książek?

Ręka w górę, czyim marzeniem z dzieciństwa było posiadanie wielkiej biblioteki pełnej książek! Kolorowe woluminy, w twardych oprawach, pachnący papier i wiecznie wysoki stosik tych czekających na swoją kolej. A obecnie książki stają się coraz piękniejsze. Wydawnictwa dbają o wysoką jakość papieru, odpowiedni dobór ilustracji czy fotografii, idealną typografię do czytania czy wreszcie, kupującą konsumentów okładkę. Jest wiele książek, które sama chciałabym mieć na własność, móc je przeglądać i wracać do ulubionych cytatów. Mimo to staram się ograniczać.

Choć poziom czytelnictwa w Polsce jest typowo niski, czytanie zawsze uznawane będzie za jeden z czynników sprzyjających mądrości. Wiele osób zachęca do czytania do tego stopnia, że zaczyna wręcz uznawać nieczytających za ludzi głupszych, czy wręcz gorszych. Trudno się z tym niestety zgodzić – zwłaszcza kiedy dany „czytający” wybiera praktycznie tylko literaturę rozrywkową, która nie wniesie do życia wiele więcej niż film czy gra o podobnej tematyce. Czytanie oczywiście rozwija zdolności językowe, relaksuje czy trenuje wyobraźnię i pamięć. Z tego powodu jest to zupełnie wartościowa rozrywka. Innym tematem jest natomiast posiadanie książek.

Wiele osób naprawdę zawzięcie realizuje plan posiadania biblioteczki, kupując wszystkie nowości wydawnicze, a w ogóle nie nadążając z czytaniem. W sytuacji, kiedy posiada się własny dom, jeszcze nie jest to takie złe. W wynajmowanym mieszkaniu czy pokoju zaczynają pojawiać się problemy natury logistycznej, zwłaszcza kiedy nagle trzeba się z niego wyprowadzić.

Sama mam duże problemy z odmawianiem sobie kupowania książek, dlatego opracowałam prostą taktykę. Przed zakupem zadaję sobie pytanie: czy zajrzę do tej książki więcej niż trzy razy? Zakładam, że przeczytam ją w całości na pewno raz, jednak czy jej zawartość może mi się kiedykolwiek jeszcze do czegoś przydać? Jeśli odpowiedź brzmi „nie” – odkładam książkę na półkę. Ponieważ wciąż chcę ją przeczytać, sprawdzam, czy jest ona dostępna w bibliotece.

Biblioteki to niesamowite miejsca. Istniały jeszcze zanim ktokolwiek wpadł na systemy dzielenia się plikami, samochodami czy czymkolwiek innym. Mimo to, kiedy wypożyczanie hulajnóg elektrycznych staje się topowym trendem, biblioteki zaczynają świecić pustkami. Wiele z nich niestety zupełnie zasłużyła sobie na taką frekwencję – ustalając bardzo nieprzyjazny regulamin, krótki czas wypożyczenia czy wysokie opłaty za każdy dzień zwłoki. Dodatkowo najpopularniejsze książki i tak są zawsze wypożyczone i trzeba zapisywać się w kolejce po ten jeden jedyny egzemplarz na całe miasto.

Na pomoc przychodzi drugie rozwiązanie dla ludzi, którzy nie muszą koniecznie posiadać każdej książki na papierze – wydania elektroniczne. E-Booki spisują się szczególnie świetnie w przypadku książek naukowych, potrzebnych do napisania pracy zaliczeniowej na studia czy paperu na konferencję. Jeśli potrzebujesz konkretnej informacji, szybkie ctrl+f pozwoli na odnalezienie jej w mgnieniu oka. Niektóre uczelnie oferują dostęp do sklepów internetowych wydawnictw naukowych praktycznie za darmo, choć nie jest to częsta praktyka w Polsce. Na szczęście mnóstwo książek jest opublikowane zupełnie w całości za darmo, a aby je znaleźć, wystarczy wpisać tytuł w wyszukiwarkę Google.

W przypadku książek czytanych dla rozrywki niestety zawsze pojawia się ten dylemat: zapłacić za e-booka i dostać „powietrze”, czy dopłacić 2-5 zł czy koszt przesyłki i móc nacieszyć się dotykiem papieru, zapachem farby drukarskiej i samym faktem posiadania. Tutaj z pomocą przychodzi wiele stron oferujących subskrypcje – coś jak Netflix, tylko że z książkami! Sama jeszcze nie testowałam, ale zamierzam się tym bardziej zainteresować w najbliższym czasie. W końcu powoli kończy się sezon na górskie wędrówki, a zaczyna ten na siedzenie pod kocem z gorącą herbatą i paczką chusteczek.

10. Rób backupy

Ten punkt jest już prawdziwym zapychaczem, jednak nie wyobrażam sobie go tutaj nie zawrzeć. Chyba każdy już zdążył usłyszeć współczesne przysłowie mówiące, że ludzie dzielą się na tych, którzy robią backupy i tych, którzy będą robić backupy. Założę się, że pomimo tej wiedzy, duża część czytelników tego bloga wciąż nie posiada swojej kolekcji dysków twardych, pełnych kopii nawet najmniej przydatnych plików. Uwierzcie mi, cena takiego dysku, nieważne jak wysoka, jest niczym w porównaniu z ceną, jaką możecie zapłacić, kiedy coś złego stanie się z Waszym komputerem czy wbudowanym dyskiem twardym. Poza tym, czasem trzeba wrócić do starszej wersji pliku, zwłaszcza kiedy obecna z jakiegokolwiek powodu jest już nieużywalna.


Nie spodziewałam się, że z paru podpunktów wyjdzie taki długi wpis. Mam nadzieję, że treść okaże się przydatna, zwłaszcza osobom dopiero rozpoczynającym swoją przygodę ze studiami. Dla świeżych studentów szczególnie poleciłabym zajrzenie na bloga Blue Kangaroo – to chyba najlepsze miejsce w sieci, jeśli chodzi o porady edukacyjne, motywacyjne oraz przydatne informacje, np. dotyczące wyjazdu na Erasmusa.

A może dodalibyście swoje metody, jak ułatwić sobie życie na studiach?

Więcej

Najważniejsza rzecz w nowym miejscu

Być może nie dowiecie się niczego nowego z tego wpisu, a wszystko poniżej będzie dla was zupełną oczywistością. Dla mnie nie było. Zrozumiałam to dopiero teraz, kiedy po długim czasie pełnym wątpliwości, odnalazłam się w zupełnie nowym miejscu.

Jak pewnie wiecie z poprzednich wpisów, cały semestr zimowy tego roku akademickiego spędziłam na Erasmusie w Holandii. Było to niesamowite doświadczenie, jedna z najlepszych decyzji w życiu. Nie było jednak różowo od początku do końca. Zanim odkryłam takie cuda jak Museumkaart, zanim zaczęłam aktywnie brać udział w działalności stowarzyszeń akademickich, chodzić na wykłady w czasie lunchu i eksplorować to niezbyt duże miasto, jakim jest Eindhoven, moje poszukiwania swojego miejsca bardziej przypominały próbę znalezienia tam tego, z czym miałam kontakt w Trójmieście.

Mieszkając w Gdańsku, a później w Gdyni, nie sposób nie docenić aktywności organizowanych niemal codziennie przez organizacje trójmiejskie. Najlepiej mieszkało mi się w Gdyni Redłowie, praktycznie pięć minut piechotą od Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego. Mieszkając w Gdańsku Wrzeszczu zawsze mogłam skoczyć do Parku Oliwskiego czy na Stare Miasto. Sam Wrzeszcz zresztą zaczął ostatnio kwitnąć – zwłaszcza ulica Wajdeloty i park Kuźniczki. Jakimś cudem przez długi czas nawet nie wiedziałam o istnieniu ulicy Elektryków, choć samą stocznię odwiedziłam kilka razy. A i oczywiście nie wymieniłam najważniejszego – bliskości morza, plaż różnej piękności i kontaktu z naturą, zapewnionego przez ścieżki i trasy rowerowe pośród drzew. Pomijając samo Trójmiasto, a skupiając się na aktywnościach którym lubiłam oddawać swój wolny czas, opisałabym jeszcze jeżdżenie na konwenty, granie w planszówki, rozgrywanie larpów czy nieliczne, ale wciąż fajne domówki u znajomych. Jeszcze, odwiedzanie ciucholandów i to wspaniałe uczucie kiedy wychodzisz ze sklepu z wielką siatą pełną fajnych ubrań w cenie jednego nowego T-Shirtu.

nowe miejsce

Będąc w Holandii nie do końca wiedziałam, co ze sobą zrobić. Oczywiście dużo czasu poświęcałam studiom, które były bardziej wymagające niż nauka w Polsce i rządziły się trochę innymi prawami (opiszę to dokładniej w innym wpisie). Harmonogram zajęć pozostawiał jednak dość sporo wolnego czasu, który mogłam sobie zaplanować w zupełnie dowolny sposób. Od czego więc zaczęłam? Oczywiście od szukania aktywności, którymi zajmowałam się w Polsce – klubów planszówkowych, ciucholandów (zwłaszcza, że przywiozłam ze sobą dość mało ubrań) i wydarzeń oferowanych przez miasto. Jak się okazało, miasto oferowało zadziwiająco dużą ofertę w języku angielskim, wciąż jednak czegoś mi brakowało.

Myślę, że minął cały miesiąc, zanim znalazłam swoje miejsce w Holandii i to, na co mogłabym poświęcać większość mojego czasu. A tak właściwie te kilka rzeczy, które sprawiły, że jeszcze w zeszłym tygodniu zastanawiałam się, czy dałoby się jakoś wykombinować powrót do kraju tulipanów i wiatraków. Jedną z tych rzeczy były aktywności organizowane przez stowarzyszenia studenckie na uczelni. Wystarczyło zapisać się na kilka newsletterów, dołączyć do paru grup czy po prostu wiedzieć, którą tablicę na uczelni warto obserwować niemal codziennie. Tak jak w Gdańsku organizacje studenckie głównie organizują coś tylko dla swoich członków, niezwykle rzadko i nie są to jakieś szczególnie fantastyczne aktywności, tak to, co robią stowarzyszenia studenckie w Eindhoven jest po prostu niesamowite. Wystawy, wycieczki, wykłady, imprezy, dłuższe wyjazdy i spotkania okolicznościowe – i to wszystko bez konieczności dołączenia do nich, często zupełnie za darmo, ze środków uczelni albo otrzymanych od sponsorów wydarzeń, zewnętrznych firm.

Kolejną rzeczą było długie przesiadywanie w bibliotece, milion razy lepiej zaopatrzonej niż cokolwiek, co udało mi się odwiedzić w Polsce. A jeszcze następną spotkania na uczelni w celu zrobienia wspólnie projektu na studia czy po prostu wzajemnego motywowania się do pracy nad zadaniami indywidualnymi. W Polsce praktycznie wszystkie zadania wykonywałam tylko w domu.

Jednak tak naprawdę najwspanialszą rzeczą w Holandii było samotne podróżowanie. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek w Polsce jechała gdzieś tak zupełnie sama i jednocześnie nie zamierzała spotkać kogoś już na miejscu. Do tej pory wydawało mi się to dziwne. W Holandii jednak jest tak wiele pięknych miast, że po jakimś czasie zrozumiałam, że nie ma co czekać, aż ktoś litościwie będzie chciał ze mną tam pojechać. Większość i tak nie wyrobiłaby mojego tempa odwiedzania muzeów, a za to „marnowała” czas w restauracjach i kawiarniach. Pierwsza samotna wyprawa do Amsterdamu była dla mnie doświadczeniem początkowo dziwnym, jednak kiedy zobaczyłam to miasto na własne oczy, wiedziałam, że do szczęścia nie potrzebuję drużyny pierścienia. Wszystkie informacje o miejscach są tak dobrze dostępne, że nikt nie musi mnie oprowadzać, sama doskonale wszędzie trafię (albo zabłądzę, co w kontekście doświadczenia nowego miejsca wcale nie jest negatywnym przeżyciem). Wtedy kupiłam sobie MuseumKaart, tą wspaniałą przepustkę do ponad 400 holenderskich muzeów i zapragnęłam odwiedzić chociaż 50 z nich, co oczywiście mi się udało.

nowe miejsce

Pod koniec Erasmusa jednak coraz częściej napływały do mnie te smutne myśli: a co jeśli to się kiedyś skończy? Smutniejsza była tylko odpowiedź: oczywiście, że to się skończy, przecież masz już kupiony bilet na samolot powrotny. Nie raz przechodziły mi po głowie myśli, że bez tych wszystkich muzeów i wykładów, bez stroopwafli i tego cudownego języka, już nigdy nie będę szczęśliwa. Do tego dochodziła myśl, że studia dobiegają końca, zaraz czeka mnie praca – najprawdopodobniej nudna i jednolita – bez dni wolnych, w które mogłabym zająć się swoimi zainteresowaniami i męcząca na tyle, że w weekendy pozostałoby mi już tylko spać (czyli powtórka z rozrywki z liceum, kiedy na tygodniu spałam po dwie godziny aby potem przez weekend nie wychodzić spod kołdry). A nawet zakładając posiadanie zarówno czasu jak i energii – co tak właściwie można zrobić przez dwa dni weekendu?

I nagle wylądowałam w Monachium, bez znajomości języka, bez znajomych, pracy czy kontaktów na uczelni. Poszukiwanie stażu okazało się o wiele trudniejsze, niż przypuszczałam, pomimo dobrego portfolio i wielu osiągnięć. Największym utrudnieniem okazał się jednak brak języka. O ile w Holandii nigdy tego nie odczułam, tutaj coraz częściej miałam wrażenie, że omija mnie całe życie tego ogromnego miasta, bo bariera językowa jest nie do przebicia. Google translate jest fajne, ale nie pomoże na ulicy ani w sklepie. Dodatkowo wszystkie najładniejsze miasta wydawały się całe lata świetlne stąd, a przynajmniej w odległości względnej połowy portfela w jedną stronę i połowy w drugą. Odwiedzone muzea trochę rozczarowywały, a do biblioteki chodziłam głównie po Internet, bo zakładanie przyłącza w Niemczech to temat na osobny wpis, a ten raczej nie powstanie, bo nie chciałabym za bardzo przeklinać na moim blogu.

Ze względu na egzamin (powrót do Polski) i dyplom (długie godziny przed komputerem) nie miałam zbyt wiele czasu na szukanie swojego miejsca w Niemczech. Kilka spacerów po Englischer Garten, wałęsanie się po ulicach i jeżdżenie rowerem (jeśli ktoś kiedykolwiek mieszkał w Holandii, to już nigdy nie zsiądzie z dwóch kółek) po ulicach pełnych samochodów to były pomysły, aby odkleić się na chwilę od ekranu, ale nie aby poczuć się tak samo (kamień w gardle, łzy w oczach), jak gdy patrząc na obrazy dawnych mistrzów w Rijksmuseum. I jeszcze ci wszyscy Niemcy, wiecznie zaczepiający mnie w sklepie z pytaniami typu gdzie są worki na bułki czy – wskazując na mój koszyk – gdzie znalazłam jakiś produkt, jakbym miała wypisane na czole „świetnie mówię po niemiecku”.

Dopiero po egzaminie uznałam, że czas wziąć sprawy w swoje ręce i przestać szukać w Niemczech drugiej Holandii. Jak trzeba to wydam miliony na bilety kolejowe czy nauczę się języka w jeden miesiąc. Nie dam się pokonać przez miasto w którym ludzie na co dzień chodzą w gorsetach czy skórzanych portkach, tylko dlatego, że nie mam się do kogo odezwać czy jakiś samochód prawie mnie przejechał. Jestem ponad to.
I wtedy zrozumiałam, jak głupie były wszystkie moje dotychczasowe pomysły. Bawaria. Alpy. Bawaria. ALPY. Na pewno są jakieś grupy międzynarodowe wybierające się na górskie wyprawy, może nawet ktoś coś organizuje… Długo nie trzeba było szukać. Kilka grup na fejsie, parę stron internetowych i udało mi się dołączyć do grup wyruszających w góry i w najbliższą sobotę, i w niedzielę następnego dnia. Koszt? Prawie żaden. Na specjalnym bilecie grupowym można jeździć pociągami w regionie za 7,50 euro a za 10 po całym landzie, korzystając z pociągów, autobusów itp. W ten sposób w dwa dni poznałam mnóstwo wspaniałych osób, pasjonatów łażenia po górach oraz nowicjuszy jak ja. Choć boli mnie chyba każdy mięsień, już teraz szukam grup na kolejne wyprawy.

A same Alpy są niesamowite. Każda trasa jest inna. Jako osoba początkująca dołączyłam oczywiście do grup idących w dość proste trasy. Nie ma nic gorszego niż przecenienie swoich możliwości i wybranie czegoś zbyt trudnego na początek – potem jest się takim spowalniaczem, albo powodem zmiany trasy czy rezygnacji z jej części. Czym jest jednak prosta trasa w Alpach? Kilometr drogi w górę i kilkanaście w przód. Odsłonięte zbocza, grząski teren, korzenie i kamulce pod stopami. Czyli wciąż wiąże się to z tym wspaniałym dreszczykiem emocji, zmęczeniem i bólem łydek następnego dnia. I co z tego, że od dziesięciu miesięcy regularnie chodzisz na siłownię i codziennie przejeżdżasz kilkanaście kilometrów rowerem. W górskich trasach wytrwałość jest najważniejsza, a tego nie nauczysz się na orbitreku. W zamian dostaniesz jednak piękne widoki, niesamowite krajobrazy i to poczucie satysfakcji dotykając górskiego wierzchołka (niem. Gipfel – bardzo ważne słowo, w końcu od niego pochodzi nazwa Gipfelbier :)). Góry to nietypowa roślinność, inny klimat i nowe doświadczenie – takie, które chce się powtórzyć.

Ten wpis jednak zmierzał do innego zakończenia niż wniosek, że góry są piękne. Chciałam napisać, że zmieniając miejsce zamieszkania najgorsze co można zrobić to szukać w nim tego, co znajdowało się w poprzednim. Każde miasto i każdy kraj ma swoją ofertę, którą trudno porównać nawet do miejsc sąsiadujących. Oczywiście na początku zawsze będzie czegoś brakować, czy to planszówek czy muzeów czy jeszcze innej rzeczy. Najważniejsze to jak najszybciej wypełnić tę lukę czymś innym – a wtedy może się okazać, że wcale nie jesteśmy stratni. Niezależnie, czy przyjechało się do danego miejsca na dwa miesiące praktyki czy na dłuższy, nieokreślony czas, warto poznać jego prawdziwą ofertę, nawet odrzucając na bok swoje dotychczasowe przyzwyczajenia. Na powrót do nich być może przyjdzie czas później. Może też nie przyjść nigdy, a przynajmniej nie przed ponowną zmianą miejsca zamieszkania. Czy to jednak ważne? Bez porównania, nie dowiemy się, co tak naprawdę najbardziej nas pasjonuje w życiu.

nowe miejsce

Zdecydowanie zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja w kraju nieeuropejskim. Inny klimat inspiruje zupełnie inne działania. Wtedy jednak zmiana zainteresowań jest rzeczą oczywistą. A przynajmniej tak mi się wydaje – w końcu jeszcze tego nie doświadczyłam na własnej skórze.

Więcej

Jazda na rowerze – Polska a Holandia

rower w Holandii

Rower rowerowi nierówny, ale na komfort i warunki jazdy wpływa znacznie więcej czynników niż liczba przerzutek czy prosta nawierzchnia. Jak tylko zrobiło się ciepło, na Polskie drogi wyjechało mnóstwo rowerzystów. Wybór dwóch kółek jako formy transportu jest zdecydowanie zdrowy, ekologiczny, ale ma też szerokie znaczenie kulturowe. Dla mnie jednak, przede wszystkim, wiąże się z bardzo wieloma wspomnieniami z Holandii. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o tym, jak bardzo różni się jazda na rowerze tam i w Polsce.

Choć widok roweru nikogo w Polsce nie dziwi, sporo ludzi traktuje jazdę na jednośladzie wyłącznie jako rodzaj sportu, narzędzie do ucieczki na weekend z miasta, do zrzucenia zbędnych kilogramów czy do zajęcia czymś rodziny. Mimo, że w wielu miastach jest to zdecydowanie najszybszy środek transportu, wiele osób nawet go nie rozważa. Rower stoi schowany w piwnicy, jego odkurzenie zajmie kupę czasu, a jeszcze człowiek się ubrudzi czy zapoci zanim dotrze na miejsce. W Holandii oczywiście jest inaczej – sytuacji nie trzeba nikomu przedstawiać. Po spędzeniu pół roku w kraju tulipanów, wiatraków i rowerów, oraz powrocie do Polski, mam doskonałe porównanie. Wiele różnic jest oczywistych, jednak dam głowę, że nie słyszeliście o wszystkich.

Więcej

Wyjaśnienie

Pewnie nie uwierzycie, ale przez te grube cztery miesiące, kiedy nic nie pojawiało się na tym blogu, nie było dnia abym nie myślała o kolejnym wpisie. Ten czas był jednak tak intensywny, że jak tylko zaczynałam opisywać ostatnie wydarzenia, refleksje, obserwacje… miałam wrażenie, że tylko głaskam każdy temat, pomijając jego esencję. Szczególną trudność sprawia mi podsumowanie roku 2017, które jak dotąd doczekało się kilku wersji, z czego ani jednej satysfakcjonującej. Ani jednej, która w pełni oddałaby to, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku.

Semestr na Erasmusie to nie tylko nowe miejsce, nowi ludzie i kultura. To także ogromna nawałnica przemyśleń. To prawdziwe doświadczanie różnic kulturowych, zderzenie się z totalnie nowym światem. To nieustanne porównania – krajów, doświadczeń, możliwości. To myślenie o teraźniejszości, przyszłości ale i przeszłości. To, z jednej strony, żal, że dorastało się w beznadziejnych warunkach, co będzie owocować zawsze. To, z drugiej strony, szczęście że dostało się możliwość doświadczenia życia i studiowania we wspaniałym środowisku – radość, która okazjonalnie tylko zmienia się w smutek, kiedy do głowy wpada tzw. Impostor syndrome i poczucie, że nie się nie zasłużyło na tę przygodę. Te wszystkie myśli giną jednak w natłoku wrażeń, kumulowanych z powodu limitu czasu. Chciałam skorzystać z tego wyjazdu na 200%, uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach, organizować każdy dzień jakby jutro nie miało nadejść.

W końcu jednak ten czas minął. Powiedziałabym, że od teraz czeka mnie życie na kulturalno-edukacyjnym kacu, gdyby nie to, że tak naprawdę to dopiero początek przygód. Tak naprawdę to już nigdy nic nie będzie takie jak dawniej. W końcu to mój ostatni semestr studiów magisterskich na Politechnice Gdańskiej. Teraz czeka mnie egzamin, oddanie projektu, w międzyczasie praktyka i wreszcie – obrona przed komisją. Te kilka stałych punktów w kalendarzu stanie się tylko odniesieniami do pozostałych akcji, licznych wyjazdów, godzin spędzonych w autobusie czy na lotnisku. Wróciłam do Gdańska, ale nie wróciłam do domu. Moja definicja domu rozpadła się na kawałeczki, a obecność w tym mieście trudno mi traktować inaczej niż jako dłuższą wycieczkę. Podróż, aby spotkać się z promotorem, pozałatwiać formalności, a potem wrócić do bliżej nieokreślonego miejsca, w którym będę czuć się bezpieczna i szczęśliwa.

Wciąż nie mogę określić mojej relacji z Polską i patriotyzmem. Do tej pory wierzyłam, że patriotyzm sam w sobie nie jest zły, a nacjonaliści tylko przywłaszczają sobie to określanie, adaptując je do własnej filozofii. Coraz bliżej mi jednak do twierdzenia, że patriotyzm jednak z założenia prowadzi tylko i wyłącznie do zła, inspirując do działań przeciwko integracji kulturowej. Poza tym, dlaczego miałabym darzyć większym uczuciem dany kawałek świata tylko dlatego, że jakimś przypadkiem akurat na nim się urodziłam? Rozumiem, że chodzi o kulturę, wspomnienia związane z danym terenem, czy nawet jego zasoby które podczas swojego życia zdążyłam wykorzystać. Może powinnam być wdzięczna? Chyba nie będę.

Jestem i chcę być osobą mobilną, nie przywiązaną łańcuchem do żadnego miejsca, a jeśli już miałabym się gdzieś zadomowić na stałe, niech to będzie kraina wybrana przeze mnie ze względu na jej walory, komfort życia i piękno. Polska natomiast powoli staje się miejscem, w którym już można tylko protestować. Podstawowe prawa człowieka odbierane są jedno po drugim, miasta duszą się w smogu, ceny żywności równają się z tymi na Zachodzie, podczas gdy płace nie pozwalają ludziom wytrwać od pierwszego do pierwszego. Mogę wychodzić na ulice za każdym razem, raz ze świeczką, raz z wieszakiem… ale życie mam tylko jedno. W tym jednym życiu chcę być szczęśliwa, a teraz już wiem, że szczęście istnieje.

Na koniec tego krótkiego wpisu chciałabym tylko odpowiedzieć na kluczowe w tym momencie pytanie: co się będzie działo dalej z tym blogiem? Na pewno będę potrzebować silnego impulsu, aby wrócić do regularnego pisania. Ten blog powstał ponad osiem lat temu, a założyła go zupełnie inna osoba niż ta, którą teraz jestem. Pomimo tego, że coraz więcej osób odwiedzało moją stronę, droga jaką obrałam zaczęła zniechęcać mnie do pisania. Chciałam, aby każdy wpis był bardzo konkretny i bogaty w informacje, jak porządny artykuł z dobrej gazety. Zabrakło w tym jednak mnie i tego indywidualizmu, który tak naprawdę stworzył tego bloga. Szykujcie się na naprawdę duże zmiany. To trochę potrwa, ale będzie tego warte.

Więcej

Ostatni rok studiów

Nie pamiętam kiedy ostatnio zrobiłam aż tak długą przerwę w blogowaniu – ponad półtora miesiąca minęło od daty opublikowania ostatniego wpisu. Przez ten czas kilka razy zabierałam się do pisania, ale za każdym razem brakowało mi albo energii albo inspiracji, albo po prostu moje myśli były w zupełnie innym miejscu. Cały ten rok 2017 jest dla mnie wyjątkowo intensywny. Staram się czerpać pełnymi garściami z możliwości, które nagle zaczęły się wokół mnie mnożyć. Mój już i tak ciasny kalendarz zaczął doświadczać nakładających się dat, wykreśleń, przesunięć i zmian w planach. Mimo to, to właśnie w tym chaosie czuję, że zaczynam znajdować swoją drogę.

Od września rozpoczynam naukę na politechnice w Eindhoven w ramach programu Erasmus+. Pomimo już dostarczonej tony papierów, wielu zebranych podpisów i długich godzin spędzonych w kolejce pod dziekanatem, wciąż nie zamknęłam tematu formalności. Termin wyjazdu zbliża się wielkimi krokami, więc powinnam mieć już wszystko zaklepane. Powoli zaczynam się pakować, podczas czego cierpię na dolegliwości związane z chorobą nadmiernego zbieractwa. Przez cztery lata mieszkania w Trójmieście nagromadziłam niezliczone ilości papieru w postaci notatek z zajęć, projektów w ich wszystkich fazach, książek które pomagały lub przeszkadzały mi w nauce oraz wszelkiej maści bibelotów. Z zawartości szuflad z narzędziami do pisania można by utworzyć całkiem niemały sklepik – nawet po tym jak wreszcie zrobię selekcję, które długopisy wciąż nadają się do pisania, a które jakimś cudem uniknęły śmietnika. Przeprowadzka na pół roku do miejsca znajdującego się półtora tysiąca kilometrów stąd będzie prawdziwym wyzwaniem. Ja tymczasem czuję się, jakbym wyjeżdżała na zawsze.

Ostatnie kilkanaście miesięcy mieszkałam w Gdyni. Po dwóch i pół roku spędzonych w Gdańsku, była to miła odmiana. Ciężko mi teraz ocenić, które miejsce bardziej mi odpowiadało. Wiele zależało od wynajmowanego mieszkania, właścicieli, sąsiadów. Chociaż nie raz było ciężko, nie raz miałam zbyt wiele powodów aby narzekać, to właśnie w Trójmieście zaczęłam tak naprawdę żyć. Poprzednie 20 lat, spędzone w małym miasteczku na końcu świata, mogłabym wykreślić z pamięci, nie czując większej straty. Tam, aby coś się działo, trzeba było to samemu zorganizować. Bywały wyjątki – dobrze wspominam warsztaty teatralne, w których uczestniczyłam kilka razy. Odbywające się w urokliwej wsi Mostki, łączyły ludzi z wielu miast w celu nauczenia się występowania na scenie lub poszerzenia swoich dotychczasowych umiejętności. Chociaż już wtedy zaczynałam powątpiewać, czy to aby na pewno zajęcie dla mnie, do wyboru nie było nic innego.

Potem natomiast zaczęłam naukę w Liceum Plastycznym, poświęcając średnio 4-5 godzin dziennie na dojazdy do i ze szkoły i nie mając czasu na cokolwiek poza szkołą… Chociaż – niezupełnie. Wtedy w rozkwicie były moje zainteresowania mangą i anime, naturalnie więc dołączyłam do działającego w Kielcach klubu zrzeszających fanów popkultury japońskiej. Kilka wyjazdów na konwenty, potem jeszcze więcej wyjazdów na konwenty – byle tylko starczyło na bilet na pociąg, bo na miejscu kto się przejmował jedzeniem czy noclegiem? Mimo wszystko, były to chwile. Te pojedyncze dni w kalendarzu pełnym bycia średnio szczęśliwym człowiekiem.

A potem poszłam na studia i liczba dostępnych możliwości powaliła mnie na kolana. Potrzebowałam kilku lat, aby nauczyć się rozróżniać, co jest warte mojego czasu, a co niepotrzebnie go pochłania, nie oferując zbyt wiele w zamian. Gdybym mogła cofnąć czas, pewnie zmieniłabym wiele rzeczy, dołączyła do jakiegoś bardziej zorganizowanego stowarzyszenia studenckiego niż liczne koła naukowe, nieraz rozpadające się po roku. Szukałabym możliwości uczestnictwa w warsztatach, próbowałabym swoich sił w konkursach. Trochę mniej wysiłku wkładałabym w projekty, z których i tak nie da się dostać wyższej oceny niż pięć. Został mi ostatni rok i teraz muszę się skupić na szukaniu swojej drogi po zakończeniu nauki.

Jeśli ktoś przebrnął przez trzy ostatnie akapity, pewnie zastanawia się, jaki jest cel wspominania przeszłości w takiej formie. Przez ostatnie cztery lata tak wiele się działo, że nie miałam zbyt wiele czasu na myślenie o tym, co było. A może to nowe miejsce sprawiło, że wszystko co było wcześniej przestało się liczyć. Rozpoczęłam tę szaloną przygodę bez żadnej wiedzy, co mnie czeka (nie miałam wśród bliższych znajomych zbyt wielu studentów, a studentów architektury tym bardziej), i absolutnie nie byłam pewna, czy byłam na to wszystko gotowa. Teraz sytuacja ma się powtórzyć.

Został mi ostatni rok. Trudno mi w to uwierzyć – przecież dopiero co zaczęłam ogarniać studenckie życie. Do dziś gubię się w symetrycznym układzie korytarzy Politechniki Gdańskiej. I wciąż, po tych czterech latach, nie wiem co będzie dalej. Mam za sobą osiem sesji egzaminacyjnych. Pokonałam je absolutnie wszystkie, czasem tylko douczając się na kolejne poprawki. Osiem razy dostawałam nowy plan zajęć, którego na ogół do końca semestru nie udawało mi się w pełni zapamiętać. Trzy razy żegnałam znajomych z grupy czy roku, planując spotkać się kiedyś w wakacje, co oczywiście nigdy nie wychodziło. Cztery razy biegałam z wydrukiem karty ocen i nadzieją na dodatkową gotówkę z funduszu stypendialnego, dwa razy się udało. Trzy razy uczestniczyłam w konferencji z własnym referatem i trzy razy wiązało się to z załatwianiem wszystkiego kilkukrotnie, dla pewności że wyjdzie. Chciałam brać udział w konkursach, wysyłać projekty do zagranicznych firm, uzupełniać to swoje portfolio… Na to czasu już nie starczyło. Chciałam wyjechać za granicę, uczestniczyć w warsztatach, poznawać nowe miejsca… Po czterech latach się udało.

Mam 24 lata, 6 miesięcy i czuję się starym człowiekiem. Koniec studiów to jak koniec życia, a przynajmniej koniec fantastycznej przygody, z której trzeba powrócić do szarej rzeczywistości. Do tej pory trochę krytykowałam ludzi, którzy biorą urlopy dziekańskie, powtarzają całe semestry, zmieniają kierunki po dwóch latach… Teraz im zazdroszczę, bo przed nimi o wiele więcej tego, co ja mam w większości za sobą. Niestety, każda impreza kiedyś się kończy. Trzeba będzie znowu iść do pracy, wynegocjować stawkę za którą da się utrzymać. Znajomi z gimnazjum już dawno są po ślubach, niektórzy wyposażyli się w odpowiedniej wielkości gromadkę dzieci. To zdecydowanie nie jest sposób życia dla mnie. Za bardzo cenię sobie wolność. Czy można być wolnym człowiekiem siedząc za biurkiem w korpo? Przywykniesz, mówią inni. Mam jeszcze rok, aby im uwierzyć.

Mimo wszystko, jestem przekonana, że dam radę. Wbrew obiegowej opinii, studia nauczyły mnie bardzo wiele. Przy okazji wpoiły miłość do architektury, która jeszcze parę lat temu w ogóle nie istniała. Nie wiem, co będzie dalej. Być może to mój ostatni post, który czytacie w języku polskim. Być może ostatni o zerowej wartości merytorycznej.

Więcej

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Szybko mija mi pierwszy semestr studiów magisterskich. Kilka niezwykle wyjątkowych miesięcy, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że wybór grupy międzynarodowej, czyli zajęć prowadzonych w języku angielskim, był zdecydowanie strzałem w dziesiątkę. Nie sposób wyliczyć plusów studiowania w takiej grupie, od zupełnie niepowtarzalnych znajomości i zwiększania wiedzy o świecie, do szlifowania tego nieszczęsnego języka angielskiego, bez którego w obecnych czasach nie ma w ogóle sensu wychodzić z domu czy włączać komputera. Ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o zupełnie nietypowych zajęciach z urbanistyki, zupełnie innych niż wszystkie ćwiczenia z tego przedmiotu jakie miałam do tej pory. W tym wpisie przedstawię Wam prototypowanie projektu urbanistycznego, czyli stworzenie makiety w skali 1:1, które to zadanie czekało na moją grupę w ten piątek i sobotę.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Być może słyszeliście słowo „prototyp” nie raz. Oznacza ono mniej więcej wersję testową jakiegoś produktu, wykonaną często z tanich materiałów i przeznaczoną do prezentacji działania oraz funkcji danego przedmiotu. Prototypować można też usługę lub aplikację na telefon, choć w tym drugim przypadku częściej widzę określenie „wersja alfa”. Prototypowanie jest też elementem znanej i lubianej ostatnio metodyki „design thinking”, polegającej na generowaniu jak największej liczby pomysłów, wyławianiu najlepszych, testowaniu i udoskonalaniu aż to otrzymania produktu optymalnego, najlepszego (metoda ta bywa czasem krytykowana za to, że zanim została nazwana w ten sposób, identyczne praktyki stosowali niemal wszyscy projektanci). Czy można natomiast sprototypować projekt przebudowy całej dzielnicy? Sama zadawałam sobie liczne pytania, kiedy na pierwszych zajęciach z urbanistyki prowadzący przedstawili nam harmonogram ćwiczeń.

Chyba powinnam zacząć od opisu całego projektu. W przeciwieństwie do wszystkich poprzednich poprzednich zajęć z urbanistyki, tym razem zamiast dzielić się na 2-3 osobowe zespoły, wszyscy pracujemy razem nad jednym projektem. Około czterdziestu osób, z czego połowa to Polacy oraz dwoje prowadzących, którzy przeprowadzali już podobne projekty ze studentami m.in. na ulicy Długiej w Gdańsku. Moje grupa dostała pod lupę gdyńską dzielnicę Witomino-Radiostacja, w przypadku której miasto miało już przygotowane plany rewitalizacji. Jest to dzielnica znajdująca się dość blisko centrum Gdyni, jednak oddzielona lasem. Większość zabudowy stanowią bloki z wielkiej płyty. Dzięki współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych, mamy naprawdę duże możliwości oraz cenne wsparcie merytoryczne. Tym, co mnie jednak cieszy najbardziej, jest fakt, że projekt ma duże szanse zostać urzeczywistniony w postaci wytycznych do konkursu urbanistycznego na projekt rewitalizacji Witomina-Radiostacji, na którą miasto przeznaczyło 15 mln zł.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Praca w tak dużym zespole jest dla mnie dziwna. Przez całe życie unikałam jak ognia wszelkich działań w grupie i kiedy tylko się dało, starałam się wybierać projekty indywidualne. Chyba to jednak nie jest najlepsza droga dla osoby, która w przyszłości chciałaby tworzyć wielkie projekty. W pojedynkę to obecnie można zbudować co najwyżej szafę. Generalny „remont dzielnicy”, wymaga natomiast naprawdę wielu osób, gdyż wiąże się z przeprowadzaniem wywiadów z mieszkańcami, wieloma obserwacjami, wnioskami, analizą potrzeb. To bardziej proces niż projekt, gdyż samo ułożenie elementów przestrzeni było bardzo zmienne. Jeśli ma być zrobione dobrze, to wymaga też przetestowania i na tym właśnie polegały te nietypowe ćwiczenia.

W trzech lokalizacjach wprowadziliśmy nowe rozwiązania tymczasowe

Pierwszym z nich była ulica Nauczycielska, a konkretnie plac-parking zajmujący ogromną przestrzeń i ukoronowany ogromnym śmietnikiem z kontenerami wyeksponowanymi w centralnym punkcie. Przed tym terenem znajdują się pozostałości dawnej Biedronki i właśnie od tej strony, pod górkę, wjeżdża najwięcej samochodów, często z nadmierną prędkością. Jest to też trasa uczęszczana przez pieszych, ale niewyposażona w żaden chodnik. Projekt zakładał zamianę części miejsc parkingowych i większości placu w przestrzeń zieloną. Podczas prototypowania pomalowaliśmy chodnik w zielone kropki, umieściliśmy ławki i stoliki oraz odpowiednio oznaczyliśmy teren projektu. Spodziewaliśmy się narzekających kierowców, jednak okazało się, że i ci docenili tymczasowe zmiany. Największe zainteresowanie wzbudziliśmy wśród dzieci, które zaczęły grać w piłkę na zakropkowanym chodniku. Widocznie na Witominie brakuje przestrzeni, które mogłyby służyć takim celom. Inni przechodnie chętnie dzielili się swoimi opiniami, a niektórzy nawet opowiadali jak dzielnica wyglądała wcześniej. Wśród rozmaitych opisywanych braków w przestrzeni dzielnicy, wiele potrzeb się powtarzało – chodniki, kosze na śmieci, lepsze oświetlenie i ławki. Osób narzekających było o wiele mniej, a słowa krytyki nie dotyczyły elementów projektu a samego faktu, że coś się dzieje.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Kolejnym terenem zmian było puste miejsce pomiędzy kilkoma blokami oraz budynkiem Stowarzyszenia Vitava (świetlicy dla dzieci). Na sporej przestrzeni umieszczono jedynie betonowy stolik do ping-ponga oraz piaskownicę zagrodzoną wysokim płotem. Oba elementy nie spełniają swojej funkcji, podczas gdy mieszkańcom brakuje ławek, placu zabaw dla dzieci czy zwykłego chodnika (przez zieleń prowadzi krzywa, wydeptana ścieżka). Na tym terenie zorganizowaliśmy miejsce do grilla oraz tymczasowy plac zabaw stworzony z opon i desek. Pojedynczym mieszkańcom przeszkadzały te elementy, jednak większość aprobowała takie zmiany. Niektórzy pytali, czy mogliby sami zrobić sobie w tym miejscu grilla, a dzieci prosiły nas aby nie zdejmować huśtawek z opon. Jedna pani nawet pytała, czy nie moglibyśmy zostać dłużej.

Największym terenem tymczasowych zmian było miejsce po dawnych kortach tenisowych. Umieszczone pod lasem, schowane za skarpami na których powstało jedyne nowe, grodzone osiedle na Witominie-Radiostacji. Obok znajduje się stadion Arki, wykorzystywany tylko przez piłkarzy klubu. Opisywana przestrzeń jest tematem wielu planów, najgłośniejszy z nich zakłada budowę kolejnego stadionu, być może również zamkniętego dla mieszkańców Witomina. Jak się nietrudno domyślić, większość zapytanych przechodniów wolałaby inne zagospodarowanie tego terenu. Moja grupa zaproponowała wybieg dla psów (ten okazał się za mały), skatepark oraz dużo przestrzeni otwartej, służącej mieszkańcom i wyposażonej w wszystkie niezbędne urządzenia. Tym, co mnie pozytywnie zaskoczyło najbardziej, było to, że mieszkańcy osiedla grodzonego wcale nie chcą się izolować od reszty Witomina. Dzieci ze wszystkich części dzielnicy bawiły się razem, a jeden pan z nowych budynków wyraził nawet potrzebę takiej integracji. Być może po prostu brakuje przestrzeni, które mogłyby temu sprzyjać.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Warto przypomnieć, że około połowy mojej grupy stanowią studenci nie mówiący po Polsku. Jak się okazało, nie stanowiło to większego problemu. Polacy zajęli się wywiadami z mieszkańcami, podczas gdy pozostała część zespołu obsługiwała elementy projektu oraz pilnowała lub zabawiała dzieci. Bariera językowa nie przeszkodziła w realizacji prototypowania, a obecność osób z innych krajów nawet przyciągała zainteresowanie projektem.

Testowanie nowych rozwiązań urbanistycznych dało nam bardzo wiele informacji. Od historii i potrzeb ludzi do wiadomości zwrotnej, czy nasze pomysły mogłyby się sprawdzić. Dla mnie taka forma projektowania jest zupełną nowością. Już zaczynam rozumieć, dlaczego obecnie coraz częściej słyszę, że urbanistyka zamienia się w socjologię. Wydaje mi się, że głównego elementu zmian w przestrzeni nie stanowiły ławki przywiezione z LISu czy chodnik pomalowany na zielono, a ludzie, którzy ożywili tę przestrzeń. Być może mieszkańcy bloków lubią, jak się coś dzieje, ale nie mają odwagi aby podjąć inicjatywę. Zauważyłam, że stałym elementem prototypowania były twarze wyglądające z okien czy ludzie opierający się o balustrady balkonów, wpatrując się w dziejące się akcje. Jestem bardzo ciekawa, czy te dwa dni, które na chwilę ożywiły Witomino, zainspirują kogokolwiek do lepszego wykorzystywania tej przestrzeni.

Prawdziwym celem projektu jest jednak przygotowanie analiz i wytycznych do konkursu na rewitalizację dzielnicy.

Więcej

Smog

Polska to piękny kraj, mało kto temu zaprzeczy. Niestety, ten stan nie potrwa wiecznie. Z jednej strony wycinane są cenne lasy i puszcze, nawet te podobno objęte ochroną, z drugiej władzom nie przeszkadza tragiczna jakość powietrza. Podczas gdy statystyki alarmują o kilkukrotnie przekraczanych normach zanieczyszczenia, ministrowie bagatelizują problem. Jak przeczytałam, że minister zdrowia uznał, że problem jest tylko teoretyczny, bo i tak ludzie palą papierosy, to nie wiedziałam czy wybuchnąć od razu ze złości czy tylko zacisnąć mocno pięści i wstrzymać oddech.  Ja nie palę! Dlaczego też mam oddychać tym smrodem?!

Zresztą, problem jest o wiele większy. Bo możemy założyć, że smog jest tymczasowy. Że statystyki są przekłamane, że te kilkadziesiąt tysięcy Polaków rocznie po prostu miało pecha. Wybrało sobie zły fragment powietrza do wciągnięcia nosem. Problemem jest wieczna ignorancja w kwestiach środowiska. Brak jakiejś większej strategii ekologicznej, poza normami narzucanymi przez Unię. Problemem jest to, że wciąż promowany jest transport indywidualny jako najwygodniejszy środek transportu i… najtańszy. Już w dwie osoby często bardziej opłaca się cenowo dotrzeć w niektóre miejsca samochodem. Poza centrami dużych miast jest to szczególnie widoczne. A jeśli dochodzą do tego niskie częstotliwości odjazdów pojazdów komunikacji publicznej z przystanków, to wybór środka lokomocji nasuwa się sam.

smog


Nie wszystkie zanieczyszczenia widać w powietrzu. Aby przedstawić tragizm sytuacji pozwoliłam sobie je zwizualizować.

I tutaj również przyczyna jest głębsza. Ludzie mieszkają coraz dalej od centrów miast, podczas gdy to w nich pracują i spędzają większość dnia. Dojeżdżając codziennie do swoich sypialni, często ciężkimi samochodami, dodają swoje ziarenko do ogólnego zanieczyszczenia. Nie ich wina, że miał być autobus, ale w końcu go nie ma. Nie opłaca się puszczać nowej linii dla czterech osób. Musiałaby jeździć na tyle rzadko, żeby zebrać pasażerów – a to z kolei zniechęciłoby ich jeszcze bardziej. Tak więc dojeżdża się z tych przedmieść dwa razy dziennie i w weekendy na zakupy. Niektóre rodziny mają po kilka samochodów, bo ich członkowie pracują w innych częściach miast. Ale warto zwrócić uwagę na przyczynę powstawania takich osiedli, oddalonych często wiele kilometrów od śródmieścia.

Wiadomo, ziemia jest tańsza, więc i klient dewelopera mniej zapłaci, chętniej kupi. Być może mieszkanie za obwodnicą to nie do końca jego szczyt marzeń, ale przynajmniej ma swoje własne cztery ściany z ogródkiem. Za to do szkoły samochodem, do sklepu samochodem, do kościoła samochodem i do znajomych samochodem. The American Dream, połlysz edyszyn. Czekam na likwidację zabudowy śródmieść, aby pomiędzy biurowce i parkingi wcisnąć drogi szybkiego ruchu, albo – po nieznacznej zmianie prawa – i autostrady. O to chodzi?

Dlaczego w ogóle planuje się osiedla w takich miejscach? Jeśli na danym terenie nie funkcjonuje miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, to trzeba uzyskać decyzję o warunkach zabudowy, które otrzymuje się wyłącznie w sytuacji kiedy dana działka posiada dostęp do drogi publicznej, oraz co najmniej jedna z sąsiednich działek jest zabudowana, nie mówiąc już o braku konieczności odrolnienia. A przecież w miejscach, gdzie powstają tego typu osiedla nie ma ani drogi, ani domów. W takim razie miejscowy plan zagospodarowania musi istnieć, więc wszystkiemu winne są miasta.

Te same miasta, które stale zwiększają ceny biletów na komunikację publiczną. Ta oczywiście jest coraz nowsza, coraz ładniejsza i czystsza, choć w każdej części Polski czasem można trafić na starego klekota z brudną tapicerką. Najgorsze chyba jednak są pociągi dalekobieżne. Mój bilet z ulgą 51% jest często nielogicznie drogi i totalnie nie rozumiem, jak można płacić ponad dwa razy więcej za podróż w ośmioosobowym przedziale lub – o zgrozo – na korytarzu. Toalety składające się najczęściej z dziury wyrzucającej nieczystości na tory. No i  pozostałe atrakcje, m.in.: współpasażerowie, którzy wyraźnie bardziej wolą wódkę niż wodę, niedziałająca klimatyzacja, ogrzewanie, oświetlenie, niezamykające się okna (lub niedające się otworzyć)…

Nawet ja, przeciwniczka komunikacji indywidualnej, postanowiłam zrobić wreszcie prawo jazdy. Naprawdę, nie chcę smrodzić spalinami, nie chcę swoim trybem życia wspierać przemysłu rafineryjnego i nie chcę dodawać tych kilku metrów sześciennych objętości auta do smutnej rzeczywistości centrów miast, zamieniających się w parkingi. Tylko miałam trochę za dużo czasu na myślenie, kiedy po wyjściu z zakupami z Auchana musiałam czekać pół godziny na autobus, lub kiedy dotarcie do znajomych z jedną przesiadką zajęło ponad godzinę.

Na pewno nie chcę usprawiedliwiać kierowców. Zawsze smuci mnie ten widok, kiedy wyjdę na ulicę i zacznę w głowie ustalać statystykę, ile pasażerów średnio zawiera jeden samochód na drodze. Nie zawsze ta liczba wykracza ponad 1, a jeśli już, to ledwo. Ludzie wolą jeździć samochodem nawet w pojedynkę, niż wsiąść do autobusu czy tramwaju. W końcu system zarządzania sygnalizacją świetlną został ustawiony w taki sposób, aby minimalizować korki. Tak zwana święta przepustowość. Tymczasem ludzie czekający na przejściu dla pieszych spóźniają się na tramwaj czy kolejkę.

Wracając do osiedli z dala od centrów miast. Drugą rzeczą (poza liniami komunikacji publicznej), której nie opłaca się do nich prowadzić, są sieci ciepłownicze. Indywidualne piecyki, w których ludzie palą prawie wszystkim to kolejny sprzymierzeniec smogu. Rozwój współczesnych technologii, źródła energii odnawialnej, powinny zbliżać społeczeństwo do poradzenia sobie z problemami zanieczyszczeń powietrza. Od 1 stycznia tego roku nowo stawiane budynki będą o wiele bardziej energooszczędne i dzięki temu mniej energii będzie potrzebne do ich ogrzania. Tylko co z już istniejącą zabudową, często nieocieploną wcale? Wydaje się ona mało obchodzić polskie władze, które nawet nie wyobrażają sobie wesprzeć wymianę pieców w gospodarstwach domowych. Mam wrażenie, że gdyby nie dyrektywy unijne, to takie wymagania nie pojawiłyby się wcale.

Tymczasem wycinane są kolejne drzewa. Ostatnio wprowadzono ustawę, która ułatwia prywatnym inwestorom wycinkę drzew na swoich działkach, bez konieczności uzyskania pozwoleń (cel niekomercyjny). Już nieraz słyszałam o magicznie chorujących roślinach w momencie, kiedy utrudniają one planowaną zabudowę. Zbyt łatwo potraktować zieleń jako wroga, podczas gdy każde drzewo oczyszcza powietrze i pomaga w regulacji wody w miastach. Obowiązek zrekompensowania wyciętej rośliny też nie załatwia sprawy, bo potrzeba wielu lat aby nowe drzewo uzyskało wielkość usuniętego. Kogo to jednak obchodzi, w czasach, kiedy wycina się Puszczę Białowieską. W końcu jak można płakać za jednym drzewem, kiedy giną lasy?

Oczywiście najłatwiej powiedzieć, że wszystkiemu winne duże fabryki, a działalność szarego człowieka w żaden sposób nie wpływa na smog. Każdy, kto tak twierdzi prawdopodobnie nigdy nie miał sąsiada palącego w piecu pieluchami, co można poczuć z daleka albo nigdy nie odkaszlnął nieszczęśliwie wdychanego powietrza z rury wydechowej przejeżdżającego samochodu. Przecież nie bez powodu to właśnie w okresie grzewczym pojawia się smog.

Według Światowej Organizacji Zdrowia 33 z 50 najbardziej zanieczyszczonych miast w Unii Europejskich znajduje się w Polsce. Na szczęście na liście nie ma Gdyni ani Gdańska – głównie dzięki nadmorskiej lokalizacji, ale także przez stosunkowo małe zakorkowanie i duży procent gospodarstw przyłączonych do sieci miejskiej lub wyposażonych w piec gazowy.

Więcej

Porządny rok 2016 – podsumowanie

Kalendarz na 2016 rok mogę już wrzucić do szuflady. Ten etap został już zamknięty i należy mu się konkretne podsumowanie. Ogólnie mówiąc – ostatnie dwanaście miesięcy minęło wyjątkowo szybko. Dużo się w nich działo, choć żadne wydarzenie nie było dla mnie wielkim przełomem. No może za wyjątkiem przeprowadzki do innego miasta, która mimo wszystko, w dużym stopniu wpłynęła na moje życie. Postawiłam na naukę i szukanie nowych celów, co przyszło mi wyjątkowo łatwo, można wręcz powiedzieć, że miałam szczęście. Poza tym, odwiedziłam kilka pięknych i nietypowych miejsc.

porzadny rok 2016

Był to rok ambitny i raczej udany, nawet pomimo nieszczęśliwego tła wydarzeń na świecie. Choć osobiście nie dotknęło mnie żadne nieszczęście, trudno mi było ze spokojem patrzeć na kolejne ataki terrorystyczne, przejawy przemocy i agresji. Brexit, a potem wybory w USA nie raz zmusiły mnie do refleksji nad kierunkiem w którym zmierza społeczeństwo w XXI wieku. W międzyczasie Polacy non stop pokazywali jak nietolerancyjnym jesteśmy narodem, totalnie zamkniętym na wszystko co obce i ślepym na ludzkie cierpienie. Tzw. Dobra zmiana wiele popsuła w naszym kraju, niejednokrotnie ośmieszając Polskę na arenie międzynarodowej. Kraj pogrążony w smogu został przygnieciony stertą dzikich reform, tragicznych w skutkach.

Prywatnie, natomiast, ten rok był dla mnie dobry. Choć jestem przeciwniczką twierdzenia, że sukces jest wprost proporcjonalny do włożonej pracy, na pewno nie mogę sobie zarzucić lenistwa.

Początek roku był ciężki ze względu na jeden konkretny przedmiot na studiach – HAPOL, czyli historia architektury polskiej. Nie zliczę, ile czasu spędziłam na przepisywaniu notatek, przerysowywaniu rzutów, przekrojów i elewacji kościołów, ratuszy i pałaców. Kiedy za pierwszym podejściem nie udało mi się zdobyć wystarczającej liczby punktów, byłam strasznie zdesperowana, aby chociaż zdać. Przed samym egzaminem poprawkowym, nawet na chwilę nie rozstawałam się ze swoimi notatkami. Powiedziałam sobie, że jeśli nie zdam to rzucę te studia, które przecież kocham. Na egzaminie trzęsły mi się nogi i ręce ze stresu. Ale udało się. Żadna matura, żadna rozmowa o pracę, żadna wcześniejsza sesja – nic nigdy nie przerażało mnie bardziej niż ten jeden HAPOL. Kiedy jeszcze bez problemu zaliczyłam egzamin ustny, powiedziałam sobie, że już nic nigdy mnie nie zestresuje. Do dzisiaj, po ponad dziesięciu miesiącach, czuję tę ulgę.

W marcu, z grupą znajomych wybraliśmy się do Warszawy na Dzień Młodego Architekta. Lot samolotem do stolicy, za 9 zł w jedną stronę, to świetna rzecz. Zdecydowanie trzeba to kiedyś powtórzyć. Szkoda, że oferta tanich lotów krajowych jest bardzo uboga i nie można w taki sposób zwiedzić wszystkich stolic województw. Nie powinnam jednak narzekać – dzięki bliskości lotniska wypady zagraniczne stały się możliwe na wyciągnięcie ręki. Ach, jeszcze raz to napiszę, uwielbiam mieszkać w Trójmieście.

W tym roku po raz drugi odpowiadałam graficznie za Konferencję Inżynierii Oprogramowania beIT na mojej uczelni. Mimo, że jest to działanie non profit, cieszę się, że mogę współtworzyć coś większego i poznać mnóstwo ciekawych ludzi. Już teraz wiem, że pierwszy kwartał 2017 będzie się dla mnie wiązał z pracą nad oprawą trzeciej edycji konfy.

Wiosną przeprowadziliśmy się z Gdańska do Gdyni. Była to dość ryzykowna decyzja – w końcu jej skutkiem było dojeżdżanie SKMką na Politechnikę. Oznaczało to przeznaczanie o wiele więcej czasu na dotarcie oraz brak możliwości powrotu do domu podczas okienek w planie zajęć. Mimo tych niedogodności, cieszę się z tej zmiany. Naprawdę polubiłam Gdynię. Teraz nie dziwię się, że to miasto zajmuje pierwsze miejsca w rankingach dotyczących dobrego miejsca do zamieszkania. Gdynia jest dobrze zaprojektowana, stale się rozwija i po prostu żyje. Bardzo dużo zieleni, w architekturze piękny modernizm, na drogach ekologiczne autobusy i trolejbusy. Gdynia to miasto w większości położone wzdłuż trasy kolejki, główne ulice biegną do niej równolegle. Z Redłowa, do centrum prowadzi prosta droga rowerowa, niemal bez skrzyżowań i przejazdów. Gorzej z przeciwnym kierunkiem – w stronę Orłowa – gdzie do końca nie wiem, w jaki sposób powinno się poruszać jednośladem. Gdynia jest miastem, w którym odbywa się mnóstwo ciekawych wydarzeń. Dla osoby o moich zainteresowaniach oferuje o wiele więcej niż większy Gdańsk. Pomimo niemieszkania w Śródmieściu, odwiedzałam je wyjątkowo często.

Pod koniec kwietnia odwiedziłam Poznań z okazji studenckiej konferencji Budmika’16. Było to moje pierwsze doświadczenie stricte naukowe. Choć mój referat nie zdobył żadnej nagrody, zyskane doświadczenie jest bezcenne, a CV rośnie.

Nie napisałam jeszcze, dlaczego sam semestr szósty był dla mnie wyjątkowy. Pomijając projektowanie przeddyplomowe oraz zwykłe (projekt przychodni), a także zajęcia z urbanistyki prowadzone w języku angielskim, miałam jeszcze seminaria obieralne z projektowania parametrycznego. Jest to temat, którym interesowałam się od jakiegoś czasu, jednak nie miałam zbyt wiele możliwości, aby go lepiej poznać. Jak dowiedziałam się, na czym takie projektowanie polega i jak je połączyć z architekturą, dalej już mogłam uczyć się na własną rękę. Bez poznania podstaw byłoby to praktycznie niemożliwe.

W czerwcu zaczęłam praktykę w pracowni architektonicznej. Upchnięcie tych dodatkowych godzin w już zapchany kalendarz było ciężkie, ale konieczne. Chyba nie wspominałam jeszcze, że dwa razy w tygodniu miałam zajęcia z angielskiego, więc do domu wracałam po 21 i raz spotkanie koła naukowego, kończące się czasem jeszcze później. Na szczęście zbliżały się wakacje. Uczelnia oczywiście wymaga praktyki zawodowej przed uzyskaniem dyplomu, ale są to zaledwie dwa tygodnie, czyli czas tylko na to, aby „zobaczyć jak wygląda praca”. Jest to zupełnie uzasadnione. Co taki student, bez wiedzy i doświadczenia, może robić w biurze projektowym? Wszystko trzeba mu osiem razy wytłumaczyć, osiem razy sprawdzić. Nie dlatego, że student jest głupi, a dlatego że architektura to naprawdę okropnie trudna dziedzina, w której każdy najdrobniejszy detal jest ważny i powinien zostać wykonany przez kogoś, kto się na tym zna. Zawód architekta łączy wiedzę techniczną, prawniczą, psychologiczną, artystyczną… a tą wszechstronność trzeba budować latami. W pracowni jednak pozostałam do dziś, w minimalnym wymiarze godzin, aby poznawać ten bardzo długi proces powstawania projektu budynku.

Jak już pisałam, w Gdyni się bardzo dużo dzieje. W maju brałam czynny udział w Open House Gdynia, gdzie jako wolontariusz oprowadzałam uczestników po jednym z obiektów i udzielałam informacji o wydarzeniu. W lipcu natomiast po raz drugi wzięłam udział w Gdynia Design Days, największym w regionie festiwalu designu, z ciekawymi wykładami, warsztatami i wystawami. Także w Gdyni odbyła się czwarta edycja See Bloggers, czyli imprezy jednoczącej blogerów i innych twórców internetowych. I jeszcze jedna rzecz, letnie warsztaty sztalugowe organizowane przez pracownię Indygo Joanny Cupiał w PPNT. Po raz kolejny Gdynia.

W wakacje odwiedziłam rodzinę i spotkałam się z częścią dawno nie widzianych znajomych. Z pochodzeniem z małego miasta na końcu świata wiąże się pewien duży problem. Nagle się okazuje, że Twoi znajomi są w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Poznaniu, Toruniu i Lublinie, a jak przyjedziesz w rodzinną kielecczyznę, to potrzeba dużo szczęścia, aby natrafić na czas, w którym i oni odwiedzają swoje rodziny. Za to, zrobiłam coś dobrego i oddałam ponad 45 cm włosów na akcję Rak’n’Roll.

Zdecydowanie najlepszą częścią tego roku była czterodniowa wycieczka do Finlandii. Wraz z chłopakiem zwiedziliśmy piękne Helsinki, w tym twierdzę Suomenlinna oraz skansen Seurasaari oraz Turku, z zamkiem. Zrobiliśmy ponad 1600 zdjęć, dlatego niestety nadal nie znalazłam na tyle czasu aby wyselekcjonować te najlepsze i stworzyć kilka tematycznych wpisów na bloga. Ale to nie przepadnie. Obiecuję. Obiecuję przede wszystkim sobie, bo to ja wciąż wracam do moich wpisów podróżniczych i ze łzami w oczach wspominam najpiękniejsze chwile.

We wrześniu pojechałam do Torunia na Copernicon. Od paru lat niestety totalnie nie mam czasu na konwenty – zwłaszcza że ich większość odbywa się raczej na południu kraju. Copernicon jest wyjątkiem. Jednym takim konwentem, na który postanowiłam jeździć. Poza tym uwielbiam Toruń.

Ach i był jeszcze Szczecin. Niezwykle ciekawe miasto, które naprawdę mnie zaskoczyło.

A potem Racibórz. Konferencja połączona z warsztatami studenckimi. Wraz z koleżanką przejechałyśmy całą polską pociągiem, z przesiadką w Katowicach. Szkoda, że na tak krótko. Totalnie nie spodziewałam się, że Racibórz to takie ciekawe miasto. Historyczne centrum zostało świetnie zaprojektowane, uliczki wyposażono w podwyższenia z kwietnikami, tak aby uniemożliwić ruch samochodów, co wyglądało po prostu cudnie, nawet pod koniec października. Niestety, nie starczyło nam czasu aby odwiedzić zamek. Poznałyśmy za to tamtejszych studentów architektury, którzy opowiedzieli nam o studiowaniu tego kierunku na Śląsku. Racibórz to małe miasto, do którego przybyli studenci z większych miast aby tu się uczyć – niesamowite. Szeroka oferta kulturalna i po prostu dobry klimat sprawiają, że nie można spojrzeć na to miejsce jak na zdecydowaną wielkość polskich miasteczek tej wielkości. Poza tym, Racibórz chlubi się, że jako pierwszy w Polsce i Europie otrzymał certyfikat Systemu Zarządzania Środowiskowego ISO 14001.

porzadny rok 2016

Jako, że Racibórz nie miał swojego wpisu – jego dwa zdjęcia ilustrują to podsumowanie

Potem wraz z sporym zespołem z jeszcze jednego koła naukowego wygraliśmy konkurs na projekt przystanku autobusowego.

Wtem nagle zaczął się prawdziwy chaos. Okazało się, że do oddania dyplomu został miesiąc, a roboty jest tak jakby osiem razy więcej niż wyglądało to wcześniej. I kolejne nieprzespane noce, ból pleców i rezygnacja z życia pozarevitowego. I kolejny sukces. Udało się, projekt oddany, już nic nigdy mnie nie zabije. Chyba nigdy nie uczyłam się równie spokojnie co na jedyne dwa egzaminy – z etyki i prawa budowlanego – z których bez problemu otrzymałam maksa. Tak z rozpędu. Nawet nie potrzebowałam motywacji.

Potem święta, znowu u rodziny, chwilowy spokój na końcu świata i w Skarżysku. I Sylwester w Gdyni. Najlepszy Sylwester ever.

A, zapomniałabym. Zapisałam się na kurs prawa jazdy, jakoś w październiku. Tak, wepchnęłam jeszcze w swój napchany harmonogram te kilka godzin tygodniowo. Zajęcia z teorii mam już za sobą, teraz ćwiczę jazdę, a w nowym roku planuję zdać egzamin. Pamiętam jak pisałam parę lat temu, że nie chcę mieć samochodu. Mimo wszystko, czas w mieście płynie innym tempem. Często trzeba gdzieś być w pół godziny, czasem trzeba coś ciężkiego zabrać, albo przewieźć dyplom na uczelnię tak, aby nie doznał uszczerbku. A czasem komunikacja publiczna (którą mimo wszystko szanuję) potrafi zepsuć plany źle dobranym rozkładem albo brakiem jakiegoś połączenia. Myślę, że ten dodatkowy dokument, może mi prędzej czy później uratować co najmniej nastrój.

Przez cały rok nie zjadłam ani grama mięsa. No za wyjątkiem ugryzienia jednego pieroga, o którym zostałam zapewniona że jest z kapustą i pieczarkami przez pracownika restauracji.

Tak więc reasumując: przeprowadziłam się z Gdańska do Gdyni. Odwiedziłam: Warszawę, Poznań, Kielce i Skarżysko, Helsinki i Turku, Toruń, Szczecin i Racibórz. Zaczęłam pracować na stałe, choć na ułamek etatu. Działałam w trzech kołach naukowych. Chodziłam na dodatkowy angielski, a od października na kurs prawa jazdy. Oddałam dyplom inżynierski. I przeżyłam.

To był mimo wszystko dobry rok. Żałuję w nim wyjątkowo niewielu rzeczy – a te z kolei są nieistotne. Czasem się przepracowywałam, czasem odpuszczałam, ale ostatecznie wyszło mi to na dobre. Chyba pierwszy raz w życiu powiem, że gdybym miała coś zmienić w minionym roku, to absolutnie nie wiem, co by to mogło być.

2017

Plany na przyszły rok są dla mnie w większości konsekwencją tego, co rozpoczęłam lub kontynuowałam w roku poprzednim. W styczniu czeka mnie egzamin inżynierski, chwilę później będę zdawać na prawo jazdy. Mam też zaplanowaną jedną podróż, której totalnie nie mogę się doczekać. Później drugi stopień studiów. Myślę o zapisaniu się na studia prowadzone w języku angielskim. Może to uratuje moje nikłe szanse zdania egzaminu Cambridge English: Advanced (CAE), który zaplanowałam sobie na przełom wiosny i lata. A w wakacje muszę gdzieś polecieć. Podróże uzależniają.

I chcę wreszcie odwiedzić Łódź oraz Wrocław – te dwa cele, których nie udało mi się zrealizować w 2016. Nie ma mowy aby i tym razem nie starczyło na to czasu.

porzadny rok 2016

Blogowe podsumowanie

Miałam napisać 54 wpisy, czyli jeden każdego tygodnia. Napisałam 29, czyli delikatnie ponad połowę. Mam jednak konkretne wytłumaczenie, że racjonalne planowanie czasu zwyciężyło z niekoniecznie potrzebnym postanowieniem. Mam mnóstwo pozaczynanych wpisów i zaplanowanych tematów, ale nie wystarczyło mi dni (a czasem i energii) na ich zrealizowanie. Mogłabym coś poświęcić, zrezygnować z jakiegoś wyjazdu albo jeszcze jednej z tych trzech, czterech godzin snu, które nie raz musiały mi wystarczyć. Blog jest dla mnie ważnym elementem życia, ale nie na tyle, aby poświęcać wszystko inne.

W tym roku blog nietransparentnie.pl skończył 7 lat. Bardzo chciałam napisać z tej okazji wpis podsumowujący to, czego prowadzenie własnej strony mnie nauczyło i jak zmieniło się moje podejście do pisania przez cały ten okres. Niestety, rocznica wypadła idealnie w środek najbardziej intensywnego okresu na studiach i musiałam odpuścić sobie tą okazję. Choć wiele razy układałam sobie w głowie akapity, ważniejsze było skończenie pracy dyplomowej. Tutaj przydały mi się ćwiczone na blogu zapędy grafomańskie – miałam jeden z najdłuższych opisów technicznych budynku, mimo że starałam się zadbać o każde zdanie.

W roku 2017 chcę sobie ponownie założyć napisanie 54 wpisów. Aby próbować, aby podejmować wysiłek, mieć cel. Im więcej celów w życiu, tym łatwiej mi zapanować nad nimi wszystkimi. Łatwiej układać kalendarz z gotowych elementów i potem pluć sobie w brodę, że miałam zrobić pranie czy obiad a nie uwzględniłam, że to również zajmuje czas, niż zastanawiać się co by tu dzisiaj zrobić i ostatecznie nie robić nic. Przynajmniej ja wolę taką strategię.

Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

Więcej

Rok bez mięsa

Nawet nie wiem, kiedy to się stało, ale właśnie minął okrągły rok, odkąd postanowiłam, że „chociaż spróbuję” przejść na wegetarianizm. Początkowo nie planowałam o tym pisać na blogu, ponieważ nie jest to związane bezpośrednio z jego tematyką. Po głębszym przemyśleniu, uznałam, że jednak zbyt wiele myśli zakłębiło się w mojej głowie przez ten czas i marnowaniem byłoby nie przelać ich w chociaż krótki tekst. Poza tym, wokół wegetarianizmu wciąż krąży zbyt wiele irytujących mitów. Chcę zostać kolejnym żywym przykładem na to, jak niewielki mają one związek z rzeczywistością. Zapraszam więc do przeczytania, jak wyglądał mój pierwszy rok bez mięsa i w jaki sposób wegetarianizm wpłynął na moje życie.

Więcej