Tag: bullet journal

Bullet Journal 2020 w Citridori + moje kolekcje i trackery

Nowy rok, nowe BuJo. To chyba najbardziej spodziewany wpis w tym roku. Obiecuję, że nie zanudzicie się, czytając poniższy tekst. Znajdziecie w nim kilka praktycznych wskazówek przy tworzeniu własnego bullet journala, zobaczycie mnóstwo pomysłów do zgapienia i przyznacie mi rację, bądź nie, że w takiej formie planowania, estetyka nie gra tak ogromnej roli, jak praktyczność i niezawodność.

Na razie tylko okładka.

Co dobre, to powtórzyć

Bullet journal, w zróżnicowanej formie, prowadzę już wiele lat. Z każdym kolejnym rokiem ulepszam moją wersję tej metody, wprowadzam zmiany i testuję nowe rozwiązania. Dzięki temu, notes ewoluuje w dobrą stronę.

O zeszłorocznym notesie możecie przeczytać w tym wpisie. Aby nie dublować treści, skupię się tym razem na tym, co konkretnie zachowałam do ponownego wykorzystania, a z czego zrezygnowałam zupełnie. Najważniejszym powtórzonym elementem jest dla mnie układ kalendarza – tydzień pracujący po lewej stronie i weekend po prawej. Tak, jak w zeszłym roku, przygotowałam go za pomocą stempli (choć tym razem uprościłam proces za pomocą gotowych stempli silikonowych ze skróconymi nazwami dni tygodnia z AliExpress). Część tak zwanych trackerów / kolekcji również szybko przepisałam, nie zmieniając nawet szczególnie kompozycji strony. Nie będę ich tutaj wyróżniać, aby niepotrzebnie nie rozwlekać tej części wpisu. Zobaczycie je, scrollując stronę w dół.

Wygląd rozkładówek tygodniowych w większości pozostaje bez zmian. Dołożyłam tylko kilka stempli z Ali, aby wypełnić miejsce. Wcześniej używałam trackera miesięcznego, do którego nie chciało mi się zbyt często wracać, tym razem będę po prostu odbijać tę tabelkę dla każdego tygodnia. Jest ona zaprojektowana dla właśnie siedmiu dni.
Konkretnie to tak to będzie wyglądać.

Nowa forma

Tak naprawdę, główną nowością jest sam typ notesu. Idąc w stronę praktyczności i zmniejszania limitów liczby stron czy ciężaru notesu, postanowiłam zastosować okładkę z wymiennymi wkładami. Poszczególne zeszyty przymocowane są za pomocą gumek, dzięki czemu można je spokojnie wysuwać i wymieniać. Taki typ notesu często określa się mianem „Traveler’s Notebook”. Najbardziej znane notesy tego typu produkuje firma Midori, są one podłużne (niestandardowy format), a okładka wykonana jest ze skóry. Wiele osób tworzy podobne okładki własnoręcznie lub kupuje produkty innych marek, mimo to, nazwa wymieniona powyżej stała się już pospolita.

Ja wybrałam coś podobnego, choć o zupełnie innym charakterze. Zamówiłam sobie okładkę i zestaw wkładów z Citrus Book Bindery. Produkt ten nazwany jest CitriDori Refillable Cover i posiada pewną ogromną zaletę: opcje personalizacji. Można wybrać format, grubość (ile wkładów ma się zmieścić wewnątrz?), jakie dodatkowe gadżety powinny się tam znaleźć (np. tylna kieszonka), napis na okładce i tak dalej. W przypadku samych wkładów opcji jest jeszcze więcej – cała masa wzorów stron, różne wersje kropek, linii, kratek i siatek, także strony w kolorze. Nie powinnam zapomnieć też o gramaturze i tak dalej.

Całość robiona jest ręcznie, co oczywiście jest świetną sprawą, jednak wiąże się z wadami lub zagrożeniami. Nitka może się łatwo przerwać, nie wszystko jest też super równe. Największą wadą jest oczywiście cena, sprawiająca że zeszyty CitriDori nie są osiągalne dla każdego. Taki mamy system. Ja postanowiłam, że okładka ma mi wystarczyć na co najmniej dwa lata, natomiast oprócz wkładów zamówionych z CBB, będę używać też zwykłych, niedrogich zeszytów. Wybrałam format A5 aby bez problemu móc zawsze wsadzić coś do środka.

Tak prezentuje się zamknięty BuJo.

Moja okładka pomieści sześć wkładów. Będą to:

  1. Kalendarz dwuletni, po miesiącu na rozkładówkę. Zamówiłam gotowy kalendarz tego typu, aby wyglądał schludnie i abym nie musiała spędzić zbyt wiele czasu (czy ryzykować błędy), rysując go własnoręcznie. Moje ubiegłoroczne BuJo nie miało takiego komponentu – wszystkie terminy zapisywałam bezpośrednio w tygodniówkach. Był to duży błąd prowadzący do dużych trudności ze znalezieniem czegokolwiek w morzu notatek.
  2. Typowy bullet journal, czyli zeszyt do wszystkiego. Standardowo będą w nim rozkładówki tygodniowe, prawie identyczne jak w zeszłorocznym kalendarzu. Oprócz tego, to tutaj będę zamieszczać luźne notatki, wklejać pamiątkowe bilety, prowadzić dziennik podróży podczas wyjazdów, czy planować różne krótkoterminowe rzeczy. Prawdopodobnie notes ten wystarczy mi na jeden kwartał, może pół roku, po czym wymienię go na podobny, niezależnie od tego, na którym miesiącu stanęło.
  3. Zeszyt do kolekcji / trackerów. Czyli to, co widzicie, wpisując „bullet journal” w Pinteresta czy inne Google. Tego wkładu nie będę zbyt często wyjmować, ponieważ planowo powinien również wystarczyć mi na dwa lata. Będę notować w nim plany podróżnicze i zrealizowane podróże, śledzić zdrowie i dietę, zapisywać przeczytane książki, obejrzane filmy i seriale i tak dalej. Część stron pokażę wam niżej w tym wpisie.
  4. Szkicownik. Tak się składa, że format A5 to jeden z popularniejszych formatów szkicowników i bardzo się cieszę, że jeden będę mieć zawsze przy sobie. Uzbierałam już małą kolekcję szkicowników, które czekały na swoją kolej. Ta właśnie nadeszła!
  5. Prosty pomysł DIY – saszetka na naklejki, wycinki, bilety i tak dalej. To wszystko, co kiedyś chcę wkleić do BuJo, ale nie teraz. Będzie to bardzo prosta rzecz, wykonana ze zwykłej koszulki na kartkę A4, podzielonej na pół.
  6. Luźne kartki, karteczki i tak dalej. Znacie to uczucie, kiedy chcecie coś komuś zapisać, a jedyną rzeczą pod ręką jest wasze piękne BuJo? No właśnie. Dobrze mieć jakieś kartki, najlepiej część z nich od razu pocięta w paski, aby w razie czego jeden spokojnie urwać, bez szkody dla sąsiadujących notesów.
Wkład kalendarzowy z Citrus Book Bindery. Każdy miesiąc zajmuje dwie strony.

Elementy trzeciego wkładu

Trzeci wkład to nie tylko śledzenie i zapisywanie. Dla mnie to przede wszystkim ściągawka z życia. Do najważniejszych stron będę zaglądać naprawdę często, tak jak to robiłam w przypadku poprzednich BuJo. To temu wkładowi poświęciłam najwięcej uwagi (choć i tak uwinęłam się ze wszystkim w dwa dni – moje BuJo to nie średniowieczna księga, aby modlić się nad każdą literą i każdą linią). Zawiera on bardzo dużo elementów, które za chwilę wymienię. Zanim to nastąpi, chciałabym jednak opisać, w jaki sposób ustaliłam ich kolejność. Myślę, że sposób ten może być dla Was przydatny, więc z chęcią się nim podzielę.

Kolejność stron

Jeśli czytaliście mój poprzedni wpis w tematyce Bullet Journal, wiecie że jedną z wad poprzedniego zagospodarowania notesu była zbyt przypadkowa kolejność pojawiających się tam stron z tak zwanymi trackerami, kolekcjami, informacjami, do których wraca się co chwila. Wiązało się to głównie z kolejnością ich powstawania. Ponieważ wtedy skupiłam się głównie na kalendarzu, pozostałe strony tworzyłam już później, często dopiero w momencie kiedy ich potrzebowałam. Tym razem treść większości z nich będzie po prostu przepisanymi i poukładanymi informacjami ze stron notesu ubiegłorocznego.

Jest wiele metod porządkowania informacji o zróżnicowanej tematyce. Dla mnie zdecydowanie najwygodniejszą było zrobienie tego w sposób czysto analogowy. Aby było to bardziej czytelne, opiszę moją metodę w punktach (zdjęcia pod spodem).

  1. Na czystej kartce A4 narysowałam wiele prostokątów poziomych podzielonych na pół. Symbolizują one pojedyncze rozkładówki, czyli dwie sąsiadujące ze sobą strony BuJo.
  2. Bez większego zastanawiania się nad kolejnością, wypisałam na prostokątach (często używając też rysunków, symboli), co powinno się znaleźć na tych stronach. Przykładem będzie na przykład słowo „urodziny” i duże kółko na środku prostokąta, oznaczające że chcę obie strony przeznaczyć na kalendarz urodzin znajomych i rodziny, a graficznie przedstawię rok w formie koła zajmującego większą część rozkładówki.
  3. Następnie powycinałam prostokąty / rozkładówki. Zupełnie nieistotne jest wycięcie wszystkiego równo, liczy się wyłącznie użyteczność. Jeśli kilka prostokątów już na starcie była wypisana w prawidłowej kolejności, mogą one zostać na wspólnym kawałku papieru (np. lista książek do przeczytania, książki przeczytane, filmy, gry, seriale…).
  4. Patrząc na kupkę różnej wielkości kawałków papieru, zastanowiłam się, jak tematycznie można by ją podzielić na kilka mniejszych zbiorów. W moim przypadku było to dość łatwe: część elementów dotyczyła podróży, część zdrowia, część innych osób (urodziny, adresy), część samorozwoju, część rozrywki i tak dalej.
  5. Mając niewielką liczbę stosów karteczek, zastanowiłam się, w jakiej kolejności najwygodniej będzie umieścić je w BuJo. Co chciałabym zobaczyć na pierwszych stronach notesu, co powinno znaleźć się na środku, a jakie strony warto zostawić na sam koniec. Ułożyłam kupki w rzędzie, według ustalonej kolejności.
  6. W obrębie każdej kupki ustaliłam kolejność stron. W miarę możliwości starałam się znaleźć wspólny mianownik pomiędzy poszczególnymi kupkami. Przykładem jest na przykład strona „w co się ubrać w zależności od pogody”, jako coś pomiędzy podróżami a zdrowiem.
  7. W ten sposób ustaliłam kolejność wszystkich stron w moim zeszycie do „kolekcji”. Prawdopodobnie zostanie ona ze mną już naprawdę długo. Każdy dotychczasowy notes budowany był na bazie poprzedniego i z następnymi z pewnością nie będzie inaczej.
Powycinane karteczki ze stronami / rozkładówkami. Daje to o wiele większą swobodę, niż próby segregowania ich przydzielając im numery, kolorując, rysując zbiory i tak dalej. Zdjęcie zrobione jakiś czas po przygotowaniu BuJo, stąd na kartkach widoczne są numerki, dodane przeze mnie później.
Podział na kategorie tematyczne i ostatecznie jedna kupka ze wszystkimi kartkami we właściwej kolejności. Jasne, to samo można zrobić na komputerze. Dla mnie jednak czasem narzędzia analogowe dają o wiele więcej swobody niż jakakolwiek appka.
Na koniec można ponownie narysować podobne prostokąty i uzupełnić je treścią z karteczek. W ten sposób łatwiej zorientować się, co ostatecznie będzie obok siebie – zwłaszcza jeśli chodzi o rzeczy zajmujące tylko połowę rozkładówki. Po prawej test długopisów, zignorujcie go.

Pełna lista

Oto pełna lista stron, według ustalonej przeze mnie kolejności. „[x2]” przy opisie oznacza, że na tę rzecz przeznaczyłam całą rozkładówkę, czyli dwie strony, zamiast jednej.

  • Wish list – things – lista przedmiotów, które chciałabym kiedyś kupić
  • Wish list – memories – podobna lista, tym razem doświadczeń, rzeczy niematerialnych
  • „Fernweh List” – dokąd chciałabym pojechać – z podziałem na miejsca w pobliżu, w Europie i na Świecie [x2]
  • Mapka okolicy z wyrysowanymi liniami kolejowymi (to nie są ulice) do planowania krótkich wypadów [x2]
  • Odwiedzone kraje (lista) – mapka Europy [x2]
  • Mapka świata [x2]
  • Do ogarnięcia przed podróżą – z podziałem na „podczas planowania, tuż przed wyjazdem i osobno ogarnięcie mieszkania”
  • Do spakowania w podróż – lista uniwersalna
  • Sprzątanie – często, co tydzień, co miesiąc (nazwałam to sprzątaniem, ale chodzi o wszelkie nieprzyjemne czynności życia dorosłego – zakupy, pranie i tak dalej)
  • Pomysły na szybkie obiady – same listy potrzebnych składników, aby wiedzieć co trzeba mieć aby w ogóle zacząć [x2]
  • „Health tracker” – tabelka dwuletnia, gdzie będę zaznaczać miesiączki, choroby, bóle głowy i tak dalej
  • Leczenie, wizyty u lekarzy, specjalistów (dentysta, ginekolog, okulista, szczepienia, badania krwi + pozostałe)
  • Wymiary + waga. Ja będę już zawsze gruba, ale warto wiedzieć, jak bardzo.
  • Co założyć kiedy – wykres z listą ubrań w zależności od temperatury
  • Ćwiczenia na poszczególne części ciała – ściągawka [x2]
  • Hiking! Strony związane z górami: co spakować, pomysły na wypady, lista zdobytych szczytów i dużo miejsca na notowanie kolejnych tras [x4]
  • Urodziny i ważne daty [x2]
  • Adresy i telefony
  • Pomysły na wpisy na bloga [x2]
  • Pomysły na DIY [x2]
  • Lista książek do przeczytania, np. poleconych przez znajomych
  • Lista książek przeczytanych w 2020 i 2021 [x2]
  • Obejrzane filmy
  • Śledzenie seriali
  • Gry i gry planszowe
  • Kanały na YouTube warte śledzenia. Bo mam osiem tysięcy kont i każde śledzę innym.
  • Lista naprawdę ulubionych piosenek
  • Flagi świata [x2]
  • Tabelka z cyrylicą [x2]
  • Test długopisów (czyli strona do bazgrolenia)

W przypadku pojawienia się nowych elementów, zostało mi jeszcze parę wolnych stron. Większość rzeczy wymienionych wyżej migruje już z notesu do notesu, więc są to naprawdę przydatne dla mnie strony.

Początkowo myślałam o zrobieniu jakichś ładnych ramek dla tych list, jednak takie zabrałyby niepotrzebnie dużo miejsca. Zamiast tego po prostu ładna taśma washi i napis złotym brushpenem. Kto potrzebuje więcej dekoracji?
W podobnym stylu stworzyłam wszelkie listy książek, filmów itd. więc nie będę ich już tu wrzucać.
Myślę, że te strony to mój największy błąd. Proporcjonalnie powinnam poświęcić dużo miejsca temu, co blisko, a mniej miejscom, których prawdopodobnie i tak nigdy nie zobaczę.
Moja ulubiona mapka. Nie jest to siatka ulic pomiędzy miastami, a istniejące połączenia kolejowe. W ten sposób o wiele łatwiej będzie ogarniać spontaniczne wypady weekendowe, czy po prostu poznać geografię regionu.
Kocham podróżować i odkrywać nowe miejsca. Nawet w epoce internetu, kiedy o wszystkim można przeczytać, nie wychodząc z domu, przeżycie czegoś na własnej skórze daje zupełnie inne doświadczenie. Wiele pięknych miast podbiło moje serce i zdecydowanie chciałabym je zobaczyć ponownie.
Jedno z moich największych marzeń to zwiedzić świat. Na razie moja mapa wygląda tak, jak na zdjęciu powyżej. Liczę jednak na to, że to się szybko zmieni.
Wszyscy mi mówią, że jestem osobą bardzo zorganizowaną. Ja natomiast mam po prostu swoje sposoby. Najważniejszym z nich jest zapisywanie wszystkiego i wracanie do tych notatek jak najczęściej. Lubię też praktyczne rzeczy. Zamiast przygotowywać nową listę rzeczy do spakowania przed każdym wyjazdem, ja po prostu otwieram tę stronę i odhaczam to, co trzeba ołówkiem. Strona po lewej stronie to natomiast nowość w moim BuJo. Wypisałam tu wszystko, co trzeba zrobić, przemyśleć, załatwić, sprawdzić, przed wyruszeniem w drogę. Od kluczowych rzeczy (czy potrzebuję wizy) do prawdziwych błahostek (podlać kwiatki).
Kto potrzebuje listy “sprzątanie”?! Zdecydowanie ja. Uświadomiłam sobie to, przeglądając moje zeszłoroczne BuJo i widząc, ile razy wypisywałam dokładnie te same czynności na stronach tygodniówek. A może wystarczy raz? Zwłaszcza kiedy informację, komu przypada które zadanie, spokojnie można umieścić ołówkiem i zmazać.
Nie cierpię gotować. Jeszcze bardziej niż gotować, nienawidzę myśleć o gotowaniu i o tym, co przyrządzić na obiad. Mój najulubieńszy obiad to gotowe tortellini z marketu, z gotowym sosem, pesto i serem sypanym. A i tak zawsze zapomnę kupić pesto! Te tabelki to krótkie listy składników do stworzenia idealnego obiadu, który łączy w sobie smak, porównywalnie dobre właściwości odżywcze i przede wszystkim czas i prostotę wykonania.
Kiedy ostatnio byłaś u dentysty? Ej, a nie wypada ci wtedy czasem okres? Człowiek w pewnym wieku uświadamia sobie, że nie jest niezniszczalny, a zaniedbania mogą doprowadzić do złych skutków. Poza tym, nie lepiej już mieć to badanie z głowy, odhaczyć w BuJo, zamiast odkładać w nieskończoność?
Lewa strona pt “i tak nie schudniesz”.
Prawa strona natomiast jest o wiele ciekawsza. Przerysowałam ją w całości z zeszłorocznego BuJo, ponieważ jest to chyba jedna z najpraktyczniejszych rzeczy, które można sobie wypisać, będąc tak ubraniowo nieogarniętym jak ja. Bo jak słyszę “10 stopni”, to naprawdę nie wiem, czy to temperatura na gruby szalik i ocieplane skarpety, czy krótki rękawek.
Uprzedzę pytanie – ilustracja w górnej części strony to kolejna taśma washi. Choć nie miałabym problemu z narysowaniem podobnego obrazka, wolałam “pójść na skróty”. Strony o górach mam cztery. Na pierwszej rozpisałam listę rzeczy do zabrania oraz ogarnięcia i pomysły na kolejne trasy. Póki co, wychodzę tylko w trasy jednodniowe, stąd tak krótka lista. Jeśli to się kiedyś zmieni, podeprę się pokazaną wcześniej listą ogólną. Druga strona to lista tras odbytych do tej pory, przepisana z poprzednich notesów. Dzięki temu wiem, gdzie już byłam i co mogę polecić w razie, gdyby ktoś pytał. Nie, nie mam pamięci do tych niemieckich nazw. Kolejne dwie strony (nie przedstawione na zdjęciu) będą zawierać wypady z tego roku i kolejnego. Jeśli wypadnie ich zbyt wiele, zawsze mogę dokleić kartkę czy dwie.
Zawsze, kiedy wizualizuję sobie rok, widzę go w takiej właśnie formie – koło (tutaj uproszczone do dwunastokąta) z latem na górze i zimą na dole. W ten sposób narysowałam już kalendarz dat i urodzin dwa lata temu i to mi się sprawdziło. Wokół odpowiednio dużo miejsca na dodanie kolejnych terminów, choć już w takiej formie strona prezentuje się całkiem ładnie (pomimo paskudnej typografii).
Czasami wpadną mi do głowy pomysły na coś, co chciałabym zrobić własnoręcznie. Jest to: a) pod prysznicem, b) w pracy, c) kiedy z jakiegokolwiek powodu nie mam czasu lub możliwości je zrealizować. Gdy jednak wreszcie mam czas, nagle wszystkie te idee znikają z mojej pamięci i choć chcę coś zrobić, to nie wiem co. Od dzisiaj będę więc notować te pomysły dokładnie tutaj. Podobną stronę mam dla pomysłów związanych z blogiem, więc nie będę już powielać.

Jak widać na powyższych zdjęciach, nie poświęciłam zbyt wiele czasu na przygotowanie tego notesu. Nie ma tu praktycznie ani jednego rysunku, większość linii narysowanych jest bez wykorzystania linijki i w przypadku żadnej strony nie zrobiłam wcześniej projektu czy wstępnej kompozycji (za wyjątkiem miniaturki na prostokącikach, pokazanych wcześniej).

Zawsze powtarzam, że bullet journal powinien być przede wszystkim praktyczny i użyteczny. Wiele osób na siłę szuka pomysłów na piękne tabelki i dekoracje na stronach typu Pinterest. Jest to oczywiście w porządku – zwłaszcza, kiedy prowadzenie takiego BuJo sprawia przyjemność, relaksuje i tak dalej. Chcę tylko pokazać, że tak nie musi być. Nie przejmujcie się, że coś jest krzywo, że ramki wyszły nierównej wielkości czy że gdzieś tam wkradł się błąd. Gdyby nauczyciel geografii spojrzał na moje mapki, pewnie załamałby się na miejscu. Gdyby znany projektant miał wystawić ocenę mojemu notesowi, pewnie wylądowałabym pomiędzy Świnką Peppą a ubraniami z bazaru.

Na szczęście BuJo to rzecz zupełnie personalna i naprawdę, tylko osoba, do której BuJo należy, może ocenić, czy jest ono tym, czym miało być, czy nie.

Więcej

10 rzeczy, których nie uczą na studiach, a powinni

„Co za ponury absurd… Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?”

Ten cytat z „Dnia Świra” kojarzy chyba każdy. Zupełnie zabawny, ale jednak boli. Nie zliczę, ile razy żałowałam, że nie wiedziałam o czymś wcześniej, że jakaś rzecz nie była dla mnie dostatecznie ważna, kiedy łatwo było na nią wpłynąć. Człowiek uczy się przez całe życie, często na cudzych błędach, jeszcze częściej na własnych. A jak wiele razy zupełnie małe rzeczy mogłyby odmienić naprawdę wiele, gdyby zaimplementować je do swojego życia w odpowiednim czasie! Na przykład podczas studiów.

Dzisiejszy wpis będzie raczej luźniejszy, pisany właśnie pod wpływem takiego przemyślenia: dlaczego nie wpadłam na to wcześniej? Jak wiele mogłabym sobie ułatwić, wiedząc wcześniej, jak się do tego zabrać. W ten sposób powstała lista. Tak wiem, listy dobrze się klikają; mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Część podpunktów dotyczy organizacji nauki i pracy, inne są po prostu życiowymi tipami, które sama dałabym młodszej o kilka lat sobie. Czy uznasz je za przydatne, czy może zupełnie bezużyteczne – to już sprawa indywidualna.

No to zaczynamy!

1. Zorganizuj swoje pliki na komputerze

Co mówią Wam nazwy:

  • Bez Nazwy kopia 5 kopia 2 poprawione AAAAA ostateczne.docx
  • dhakdhkasdf.jpg
  • Bez tyt7777łu

Prawdopodobnie większość z Was ma z nimi styczność często. Nowy projekt zaczyna się niewinnie od kilku plików, dwóch folderów, aż nie ma po co to segregować. W pewnym momencie człowiek się jednak budzi z ogromnym bałaganem na dysku, porównując daty plików, nazwy, szukając po właściwościach, która wersja jest tą pożądaną… Jeśli jest to jeszcze coś świeżego, to można odtworzyć z pamięci kolejność nazywania poszczególnych plików. Problem pojawia się, kiedy na przykład po dwóch czy trzech latach przydałoby się zbudować portfolio, a praca nad nim to będzie mniej projektowanie, a bardziej archeologia.

Jeśli kiedykolwiek pracowaliście w dużej firmie, która miała do czynienia z ogromnymi projektami, ciągnącymi się przez wiele lat i jednak była to firma z doświadczeniem, to prawdopodobnie wiecie, o czym mówię. Każdorazowe spędzenie kilkudziesięciu sekund na nazwaniu każdego pliku według schematu jest początkowo uciążliwe. Szybko nadejdzie jednak czas, że będziecie sobie z całego serca dziękować, znajdując coś na dysku w mgnieniu oka.

Jak najlepiej segregować pliki? Na to pytanie jest bardzo wiele odpowiedzi i wiele zależy od branży czy charakterystyki projektu. Podzielenie magisterki na część opisową i projektową to jedno, jednak cała struktura podfolderów to kolejna sprawa. Często naprawdę warto przesadzić z „głębokością” takiej hierarchii, niż pozwolić danym się pomieszać. Kilka tipów:

  • Używaj cyfr na początku nazw folderów, aby zawsze były wyświetlane w tej samej kolejności
  • Używaj 01, 02, 03 zamiast 1, 2, 3
  • Używaj dat, najlepiej w kolejności rok-miesiąc-dzień
  • Jeśli nie wiesz, czy potrzebujesz folderu na dany temat, i tak go zrób. Najwyżej skasujesz.
  • Używaj skrótów do folderów. Chyba nic nie tworzy większego bajzlu na komputerze niż posiadanie kilkunastu kopii tego samego pliku. Bardzo rzadko widzę, aby ktoś specjalnie tworzył skróty, a przecież ta opcja pojawia się nie bez powodu w każdym Windowsie!

2. Prowadź swój kalendarz, albo od razu Bullet Journal

Im wcześniej, tym lepiej. Zanim się jeszcze wszystkie sprawy nagromadzą w Twoim życiu. Jeśli nigdy nie prowadziłaś własnego kalendarza, kup sobie taki zwykły w supermarkecie albo sklepie z akcesoriami papierniczymi. Wybierz taki, który połączy nieduży rozmiar książeczki z sensownie dużą przestrzenią do pisania. W tym celu unikaj przesadnie zdobionych stron, niepotrzebnych informacji umieszczonych wokół dni tygodnia czy stron, z których i tak nie skorzystasz (na przykład typowej w tanich kalendarzach tabelki z odległościami pomiędzy polskimi miastami, dla osób nieposiadających dostępu do Internetu).

Co zapisywać w kalendarzu? Wszystko! Nie tylko godziny spotkań czy plany weekendowe, ale każdą najdrobniejszą informację, która może się w przyszłości przydać. To bardzo dobry nawyk, który pozwoli Ci uniknąć wiecznego dopytywania znajomych o szczegóły jakiegoś zadania czy zagadnienia na egzamin. Zapisuj swoje myśli przed pójściem spać, nie bój się wyciągać notes podczas jazdy autobusem czy kiedy szukasz inspiracji.

Pamiętam, że kiedy zaczynałam swoją przygodę z kalendarzami, postanowiłam sobie, że nie zostawię ani jednej strony pustej. Mój pierwszy kalendarz (na 2009 rok!) był w układzie kolumnowym, więc praktycznie wystarczyło napisać kilka słów każdego dnia. Kalendarze dla kolejnych lat wybierałam już w typie dniowym, więc miałam aż za dużo miejsca na przeróżne przemyślenia. Nie zliczę, ile razy kalendarz pomógł mi wybrnąć z trudnej sytuacji, nagromadzenia projektów czy problemów w życiu.

Po jakimś czasie stał się on tak integralną częścią mojego życia, że postanowiłam zainwestować w lepszą markę, z porządnym papierem, lepszym układem strony. A ostatecznie stałam się tak wybredna, że zaczęłam tworzyć kalendarz zupełnie własnoręcznie. Jakoś wtedy trafiłam na metodę Bullet Journal.

Zanim wpiszesz tę nazwę do wyszukiwarki Google, chciałabym Cię tylko przed jedną rzeczą ostrzec. Metoda Bullet Journal stała się tak popularna, że wiele osób zaczęło nazywać tym określeniem przepięknie zdobione strony notesów, przygotowywane przez wiele godzin, z wykorzystaniem rysunków, naklejek, taśm washi i tak dalej. Na tym nie polega Bullet Journal! Bullet Journal to przede wszystkim planowanie zadań za pomocą list nienumerowanych (stąd nazwa) oraz przenoszenie tych zadań, które nie zostały wykonane danego dnia na dzień kolejny, rozważając za każdym razem, czy dana czynność jest wciąż istotna. To jest sensownie wytłumaczone na oficjalnej stronie BJ. Kropkowany wzór strony to tylko kwestia estetyki i wygody, nie jest jednak konieczny do stosowania tej metody.

3. Jedną z najtrudniejszych i najczęstszych decyzji do podjęcia podczas studiów będzie „czy już wystarczy?”

Już kiedyś o tym pisałam. Kolejna noc spędzona nad projektem, w założeniu ta ostatnia. Minimalna liczba stron już dawno przekroczona, ale wciąż masz wrażenie, że temat został potraktowany „po łebkach”. Parę tez powinno mieć jakieś potwierdzające przykłady, jakiś fragment warto by było odpowiednio zilustrować. Ale może wystarczy? Zostały trzy godziny snu, dwie jeśli wziąć pod uwagę konieczność posprzątania bajzlu na łóżku. A może by tak chociaż raz olać to wszystko, wysłać bez przeczytania po raz setny.

Już w druku jest coś nie tak. Czcionka na jednej stronie nie pasuje do reszty – jak to się mogło w ogóle stać? Czy ktoś pomyśli, że treść została skądś przekopiowana? Jak na złość w drukarce brakuje papieru. Może wstać jutro wcześniej i z rana popędzić z tym do drukarni? Czy dać sobie spokój?

Ważny egzamin. Każde pytanie opracowane na trzy akapity i niby wszystko powinno być dobrze, ale przydałoby się chociaż raz powtórzyć wszystko na głos. Te osiemdziesiąt pytań po dwie minuty każde. Nawet nie mam już siły obliczać, ile tysięcy lat to zajmie.

Chyba każdy student zmierzył się z podobnymi sytuacjami. Każdy projekt można poprawiać w nieskończoność, na każdy temat zagłębić się bardziej w wiedzy. A najgorzej jest, kiedy wtedy nie wyjdzie. Co innego, kiedy nie wyszło, bo się nie uczyłeś – sytuacja jest wtedy prosta. Brak wkładu, brak efektu. Tymczasem znowu zabrakło ci ułamka punktu do stypendium i pomimo nieprzespanych nocy stoisz w tym samym punkcie co ten typek, co nie był na żadnym wykładzie. No peszek.

Łatwo dać się ponieść emocjom albo wpływowi znajomych, z drugiej strony szybko można się przepracować. O wiele trudniej natomiast znaleźć ten złoty środek, czyli idealną proporcję pomiędzy poświęceniem nauce i studiom a posiadaniem życia i zdrowia poza studiami. To jest tak naprawdę to, co najbardziej odróżnia studia od szkoły. Konieczność podejmowania decyzji samodzielnie.

4. Przestań oszczędzać!

Nie zliczę, ile razy bombardowano mnie podczas studiów promocją oszczędzania. Inteligentny człowiek wie, jak odłożyć, rozsądny potrafi sobie odmówić przyjemności, przezorny zawsze ubezpieczony, najlepiej odłożoną gotówką. I ja się czułam naprawdę przybita, dostając te 400 zł stypendium (potem trochę więcej), albo 450 złotych pensji na pół etatu, kiedy ze stypą nie wyszło, bo moje mieszkanie na głowę kosztowało dwa razy tyle, a człowiek jeszcze chciałby coś na przykład zjeść. Albo coś zobaczyć. Albo posłuchać czegoś, na przykład odgłosu pociągu zabierającego cię w najcudowniejsze miejsce na świecie. I wiecie co, chrzanić to!

Na oszczędzanie przyjdzie jeszcze czas. Skończysz studia, zaczniesz pracę na cały etat, na pewno lepszą niż to, co zaoferowali ci podczas studiów. Teraz żyj chwilą. Wydaj tygodniówkę na jedno wydarzenie, zafunduj sobie kurs językowy, na który cię nie stać, a potem zasuwaj, aby go spłacić. Kup sobie tę książkę, którą przeglądałaś już osiem razy w sklepie, ale odkładałaś za każdym razem, po zobaczeniu ceny. Zero słoików z napisem „na czarną godzinę” – niech zamiast tego pojawią się nazwy tych pięknych miejsc, które zawsze chciałeś odwiedzić. I kiedyś po prostu kliknij „zapłać”, na stronie przewoźnika, nie zastanawiając się nad tym pięćdziesiąt razy i płacząc następnego dnia, bo cena skoczyła w górę.

Kup sobie porządny zeszyt i bardzo wygodny długopis. Zrób prawko, zapożycz się, uczestnicz w wydarzeniach kulturalnych, chodź do kina czy teatru, wydrukuj swoją pracę naukową na lepszym papierze. Kup sobie porządne buty i zmierz w nich połowę świata, a przynajmniej poznaj dobrze swoje miasto, znajdź w nim te miejsca, za którymi kiedyś szczególnie zatęsknisz.

Za kilka, kilkanaście lat, nie będziesz pamiętać, że w styczniu 2020 roku udało ci się odłożyć 213 złotych, a dwa miesiące później miałaś już zapasowe 387. Za to podziękujesz sobie za doświadczenia, które będziesz wspominać do końca życia, i za umiejętności, które udało Ci się nabyć. Za to, że uczyłeś się języka, kiedy miałeś trochę więcej czasu wolnego, czy że zdobycie jakiegoś certyfikatu ułatwiło ci znalezienie dobrej pracy. Czy że poznałaś kogoś, kto odmienił twoje życie w momencie, kiedy najmniej się tego spodziewałaś.

Ale prawda, możesz też oszczędzać. Oszczędzanie jest naprawdę poszanowania godne, szczególnie kiedy oszczędzasz, mimo że nie masz z czego.

5. Twój organizm ci nie powie, że czegoś brakuje. On się odezwie dopiero w sytuacji dramatycznej.

Dwa lata od ostatniej lekcji w-fu i nagle z dnia na dzień pojawia się ten okropny ból pleców. Ledwo co jesz, ale bebech rośnie. Coraz częściej coś zaczyna w tym organizmie niepokoić, jednak nigdy nie ma czasu, aby zapisać się do lekarza. W końcu te kolejki, te stare baby, te godziny kolidujące z zajęciami na uczelni… Ale najgorsze jest to, że przecież to trzeba wszystko zaplanować, wcisnąć do tej pamięci RAM w mózgu, już teraz zawalonej projektami, egzaminami czy po prostu nauką.

Niestety, tak jak oszczędzanie kasy można odłożyć na potem, oszczędzanie na zdrowiu może się naprawdę źle skończyć. Są lekarze, których po prostu trzeba odwiedzać regularnie, a odkładanie tego w nieskończoność tylko pogarsza sytuację. Wiem coś o tym – nadal leczę dziury po czterech zbyt późno wyrwanych ósemkach. W Internecie można znaleźć wiele informacji o tym, jakie badania powinno się wykonywać regularnie. Polecam wpisać „kalendarz badań profilaktycznych”. Z jednej strony robienie tych samych badań krwi co roku brzmi trochę histerycznie, zwłaszcza jeśli do tej pory zawsze wychodziły dobrze. Z drugiej, jeśli masz dwadzieścia parę lat, a nigdy nie miałaś badania cytologicznego, a ostatni raz u dentysty byłaś z rodzicami w podstawówce, to coś jest zdecydowanie nie tak. Poza tym, mogę się założyć, że większa część czytelników tego bloga nie miała powtórzonej szczepionki na tężec w 20 roku życia (tak, jest w kalendarzu!).

Sport też jest naprawdę ważny. Nie każdy musi wyglądać jak Johnny Bravo i całować się w świeżo wyhodowany biceps, jednak regularny ruch naprawdę nie jest przereklamowany. Zamiast katować się codziennie na siłowni (i zrezygnować z braku czasu po miesiącu), lepiej założyć sobie realistyczne cele, łatwe do wprowadzenia w harmonogram życia na naprawdę wiele lat. Basen raz w miesiącu i siłka raz w tygodniu brzmi do zrobienia, co nie?

Studia zajmują ogromną część dostępnego czasu i łatwo zapomnieć o tym, że nawet w młodym wieku można się porządnie zepsuć, a co najmniej zaniedbać. Daleko mi do specjalisty zdrowego żywienia czy sportu, nie mówiąc już o medycynie. Mimo to, temat od jakiegoś czasu mnie interesuje, dlatego zdążyłam uzbierać swoją bazę wartościowych lub po prostu ciekawych źródeł w Internecie na ten temat. Na początku polecę blogi Damiana Parola i To Tylko Teorię.

6. „Kontakty podczas studiów”

Chyba każdy to kiedyś słyszał – zdobądź podczas studiów kontakty, potem się przydadzą w dalszym życiu. Być może, tak jak nastoletnia ja, wyobrażaliście sobie wtedy siebie w garniturze w pracy biurowej, pracującego nad jakimś wielkim projektem. Nagle pojawia się problem i z nieba spada rozwiązanie w postaci dawnej znajomej ze studiów, która rozwiązała podobny problem w ramach swojej pracy magisterskiej. Szybko znajdujecie w kieszeni jej wizytówkę, tak właściwie numer telefonu napisany na podstawce od piwa, szybko dzwonicie i oto jest. Jeśli omawiamy właśnie scenariusz słabego filmu, to okazuje się, że pani ta obecnie pracuje dla konkurencji.

Tak naprawdę to znajomości przydają się już podczas samych studiów. Nie ma nic gorszego niż próba przejścia przez studia bez własnego grona zaufanych znajomych, z którymi podzielisz się informacjami, notatkami czy przysiądziesz wspólnie do nauki. Wydaje się brzmieć strasznie pragmatycznie, jednak tak naprawdę szybko okaże się, że ta grupa to coś więcej niż wspólny folder na Google Drive’ie. Szybko okaże się, że to właśnie do tych osób odezwiesz się w sytuacji kryzysowej, i to tylko te osoby będą potrafiły zrozumieć twoją sytuację. Z drugiej strony zaczniesz się cieszyć z ich osiągnięć, pomagać w miarę możliwości, jakby to byli członkowie najbliższej rodziny, z tą różnicą, że rodziny się nie wybiera.

Nawet jeśli po studiach żadna z tych osób nie wyda książki, nie zostanie milionerem, czy nie dostanie nagrody Nobla (czego przecież jeszcze nie możesz wiedzieć), to będzie to jedna z bardzo nielicznych przyjaźni z szansą przetrwania. Bo na studiach masz kilkadziesiąt do nawet kilkuset innych osób, połowy z nich nawet tak naprawdę nie znasz, a reszta prawdopodobnie pozostanie w gronie tych, o których okazjonalnie przypomnisz sobie, gdy wrzucą coś na Fejsa.

Serio, nie bądź tą osobą, która dwa razy dziennie zadaje proste pytania w grupie na Facebooku. A już zupełnie nie bądź tym kimś, kto wkleja to samo pytanie szesnastu osobom na raz w prywatnej wiadomości.

7. Ogarnij swoje biurko

Przez bardzo liczne przeprowadzki podczas studiów, wprowadzanie jakichkolwiek większych zmian do tego, co zastawałam na miejscu, było po prostu bezsensowne. Największym wyczynem meblowym był zakup stołów z odkręcanymi nogami z Ikei. Dodając do tego niesprzyjające możliwości finansowe i jeszcze bardziej niesprzyjających wynajmujących, kręcących nosem na każdą propozycję zmian w pokoju, po prostu odechciewało się cokolwiek ruszać.

Myślę, że przez zdecydowaną większość studiów brakowało mi porządnego miejsca pracy. Kończyło się to typowym klejeniem makiet na podłodze czy przeglądaniem notatek na łóżku. Biurko (czyli wyżej wymieniony stół z odkręcanymi nogami) zawsze zawalone było kubkami, zeszytami, losowymi przedmiotami, które raz się tam znalazły i jak dotąd nie znalazły swojego stałego miejsca w jednej z półek.

Myślę, że gdybym teraz cofnęła się w czasie do jednego z tamtych mieszkań, spróbowałabym jakoś kreatywnie zaaranżować przestrzeń pracy. W pierwszej kolejności zadbałabym o improwizowaną „tablicę korkową”. Nie taką drogą, przyczepianą gwoździem do ściany. Kupiłabym zwykłą deskę albo grubszy karton i oparła o ścianę nad biurkiem. Za pomocą taśmy przyczepiałabym do niej to, co w danym momencie byłoby dla mnie ważne. W moim obecnym mieszkaniu wykorzystałam do tego celu karton po nowym blacie, jednak teraz moja sytuacja jest zupełnie inna.

Myślę, że bardzo dużym problemem było dla mnie zawsze trzymanie na wierzchu rzeczy, których nie potrzebuję codziennie, a wyjmowanie za każdym razem tego, co poupychane po szufladach. Niby problem wydaje się błahy, jednak ja po prostu nie dostrzegałam rzeczy, które zajmowały miejsce niepotrzebnie. Po prostu zawsze tam były i nigdy nie było czasu się nad tym zastanowić. Z tego powodu moja przestrzeń była zawsze zagracona i odpychająca.

Jeśli dostrzegasz w swoim życiu podobny problem, spróbuj zastosować tę metodę: zdejmij z biurka absolutnie wszystkie rzeczy, które nie są typowym wyposażeniem biurka (np. stojakiem na długopisy, lampą). Znajdź im nowe miejsce w półkach lub szufladach. Jeśli czegoś potrzebujesz, odłóż to potem z powrotem. Po jakimś czasie zauważysz, które przedmioty wyciągasz każdego dnia i to one mają prawo zostać na wierzchu.

8. Zainteresuj się środowiskiem

Zrezygnuj z jedzenia mięsa. Niezależnie od tego, jaki jest Twój stosunek do wegetarianizmu, praw zwierząt czy ochrony środowiska, chociaż spróbuj. Wyznacz sobie miesiąc bez mięsa albo zdecyduj się na rezygnację z mięsa w piątki (czy jakikolwiek dowolny inny dzień tygodnia). Nic na tym nie stracisz (no, chyba że w ogóle zrezygnujesz z jedzenia), a możesz naprawdę wiele się nauczyć. Poznasz nowe potrawy, o których być może nie miałeś pojęcia, może nawet część z nich wejdzie na stałe do Twojego jadłospisu.

Obecnie mamy wszystko na wyciągnięcie ręki – jedzenie w supermarkecie, zakupy online, budki z przekąskami i produkty dostępne dawniej tylko w najodleglejszych częściach świata. Naukowcy jednak od lat alarmują, że koniec luksusów może nastąpić o wiele szybciej, niż większość osób się spodziewa – prawdopodobnie jeszcze za naszego życia. Rezygnacja z jednego kotleta oczywiście nie zmieni absolutnie niczego. Pomyśl jednak o sprawie jak o widoku przepełnionego kosza na śmieci. Czy naprawdę chcesz być tym typem, który jeszcze ustawia na rozsypującym się stosie swoją puszkę po coli?

Jeśli naprawdę nie możesz zrezygnować z mięsa, ogranicz chociaż to czerwone, które jest zdecydowanie najgorsze dla klimatu. Poza tym jest tyle innych rzeczy, które można zrobić, aby zredukować swój wpływ na środowisko! Zainteresuj się tym tematem, pomyśl, czy naprawdę chcesz zupełnie biernie patrzeć na to, jak ludzkość dewastuje swój jedyny dom.

Ważnym tematem jest ograniczanie produkcji śmieci. Kupując coś, zastanów się, co się stanie z tym produktem za rok, dwa, pięć. Czy naprawdę warto kupić coś nieprzydatnego tylko dlatego, że jest tanie lub pojawiła się bardzo duża promocja? Które przedmioty można kupić jako używane, odsprzedać albo się wymienić? Powoli zaczyna się ta świąteczna część roku, kiedy ludzie wręcz wyrzucają pieniądze w błoto, często w ramach wykreowanej przez media hojności. I wiecie co? Nikt tak naprawdę nie potrzebuje nowej, błyszczącej, torebki prezentowej z reniferem w brokacie. Poproszę mój prezent zawinąć w gazetę. Albo kopertę – bo bilet wstępu czy zaproszenie do spędzenia razem czasu w specjalnym miejscu to najlepszy prezent, jaki można dać.

There is no Planet B (pl. Nie ma planety B).

9. Czy naprawdę potrzebujesz tych wszystkich książek?

Ręka w górę, czyim marzeniem z dzieciństwa było posiadanie wielkiej biblioteki pełnej książek! Kolorowe woluminy, w twardych oprawach, pachnący papier i wiecznie wysoki stosik tych czekających na swoją kolej. A obecnie książki stają się coraz piękniejsze. Wydawnictwa dbają o wysoką jakość papieru, odpowiedni dobór ilustracji czy fotografii, idealną typografię do czytania czy wreszcie, kupującą konsumentów okładkę. Jest wiele książek, które sama chciałabym mieć na własność, móc je przeglądać i wracać do ulubionych cytatów. Mimo to staram się ograniczać.

Choć poziom czytelnictwa w Polsce jest typowo niski, czytanie zawsze uznawane będzie za jeden z czynników sprzyjających mądrości. Wiele osób zachęca do czytania do tego stopnia, że zaczyna wręcz uznawać nieczytających za ludzi głupszych, czy wręcz gorszych. Trudno się z tym niestety zgodzić – zwłaszcza kiedy dany „czytający” wybiera praktycznie tylko literaturę rozrywkową, która nie wniesie do życia wiele więcej niż film czy gra o podobnej tematyce. Czytanie oczywiście rozwija zdolności językowe, relaksuje czy trenuje wyobraźnię i pamięć. Z tego powodu jest to zupełnie wartościowa rozrywka. Innym tematem jest natomiast posiadanie książek.

Wiele osób naprawdę zawzięcie realizuje plan posiadania biblioteczki, kupując wszystkie nowości wydawnicze, a w ogóle nie nadążając z czytaniem. W sytuacji, kiedy posiada się własny dom, jeszcze nie jest to takie złe. W wynajmowanym mieszkaniu czy pokoju zaczynają pojawiać się problemy natury logistycznej, zwłaszcza kiedy nagle trzeba się z niego wyprowadzić.

Sama mam duże problemy z odmawianiem sobie kupowania książek, dlatego opracowałam prostą taktykę. Przed zakupem zadaję sobie pytanie: czy zajrzę do tej książki więcej niż trzy razy? Zakładam, że przeczytam ją w całości na pewno raz, jednak czy jej zawartość może mi się kiedykolwiek jeszcze do czegoś przydać? Jeśli odpowiedź brzmi „nie” – odkładam książkę na półkę. Ponieważ wciąż chcę ją przeczytać, sprawdzam, czy jest ona dostępna w bibliotece.

Biblioteki to niesamowite miejsca. Istniały jeszcze zanim ktokolwiek wpadł na systemy dzielenia się plikami, samochodami czy czymkolwiek innym. Mimo to, kiedy wypożyczanie hulajnóg elektrycznych staje się topowym trendem, biblioteki zaczynają świecić pustkami. Wiele z nich niestety zupełnie zasłużyła sobie na taką frekwencję – ustalając bardzo nieprzyjazny regulamin, krótki czas wypożyczenia czy wysokie opłaty za każdy dzień zwłoki. Dodatkowo najpopularniejsze książki i tak są zawsze wypożyczone i trzeba zapisywać się w kolejce po ten jeden jedyny egzemplarz na całe miasto.

Na pomoc przychodzi drugie rozwiązanie dla ludzi, którzy nie muszą koniecznie posiadać każdej książki na papierze – wydania elektroniczne. E-Booki spisują się szczególnie świetnie w przypadku książek naukowych, potrzebnych do napisania pracy zaliczeniowej na studia czy paperu na konferencję. Jeśli potrzebujesz konkretnej informacji, szybkie ctrl+f pozwoli na odnalezienie jej w mgnieniu oka. Niektóre uczelnie oferują dostęp do sklepów internetowych wydawnictw naukowych praktycznie za darmo, choć nie jest to częsta praktyka w Polsce. Na szczęście mnóstwo książek jest opublikowane zupełnie w całości za darmo, a aby je znaleźć, wystarczy wpisać tytuł w wyszukiwarkę Google.

W przypadku książek czytanych dla rozrywki niestety zawsze pojawia się ten dylemat: zapłacić za e-booka i dostać „powietrze”, czy dopłacić 2-5 zł czy koszt przesyłki i móc nacieszyć się dotykiem papieru, zapachem farby drukarskiej i samym faktem posiadania. Tutaj z pomocą przychodzi wiele stron oferujących subskrypcje – coś jak Netflix, tylko że z książkami! Sama jeszcze nie testowałam, ale zamierzam się tym bardziej zainteresować w najbliższym czasie. W końcu powoli kończy się sezon na górskie wędrówki, a zaczyna ten na siedzenie pod kocem z gorącą herbatą i paczką chusteczek.

10. Rób backupy

Ten punkt jest już prawdziwym zapychaczem, jednak nie wyobrażam sobie go tutaj nie zawrzeć. Chyba każdy już zdążył usłyszeć współczesne przysłowie mówiące, że ludzie dzielą się na tych, którzy robią backupy i tych, którzy będą robić backupy. Założę się, że pomimo tej wiedzy, duża część czytelników tego bloga wciąż nie posiada swojej kolekcji dysków twardych, pełnych kopii nawet najmniej przydatnych plików. Uwierzcie mi, cena takiego dysku, nieważne jak wysoka, jest niczym w porównaniu z ceną, jaką możecie zapłacić, kiedy coś złego stanie się z Waszym komputerem czy wbudowanym dyskiem twardym. Poza tym, czasem trzeba wrócić do starszej wersji pliku, zwłaszcza kiedy obecna z jakiegokolwiek powodu jest już nieużywalna.


Nie spodziewałam się, że z paru podpunktów wyjdzie taki długi wpis. Mam nadzieję, że treść okaże się przydatna, zwłaszcza osobom dopiero rozpoczynającym swoją przygodę ze studiami. Dla świeżych studentów szczególnie poleciłabym zajrzenie na bloga Blue Kangaroo – to chyba najlepsze miejsce w sieci, jeśli chodzi o porady edukacyjne, motywacyjne oraz przydatne informacje, np. dotyczące wyjazdu na Erasmusa.

A może dodalibyście swoje metody, jak ułatwić sobie życie na studiach?

Więcej

Kalendarz stworzony własnoręcznie

W przedostatnim wpisie zapowiadałam, że w 2019 roku zamierzam stworzyć swój własny kalendarz. Nie rozwinęłam jednak dokładniej tej myśli, więc część czytelników tego bloga mogłaby pomyśleć, że zamierzam kalendarz zaprojektować i oddać do druku. Nic z tych rzeczy! Ponieważ zależy mi na papierze, jakości i wyjątkowości, kalendarz wykonałam zupełnie własnoręcznie, wykorzystując tradycyjne metody i kilka autorskich tricków. Było to niezwykle pasjonujące zajęcie, które pozwoliło mi nadrobić zaległości w świecie materiałów papierniczych oraz nauczyć się czegoś nowego. Jak wyszło? Zapraszam do przeczytania tego wpisu.

Więcej

Bullet Journal po mojemu – czyli jak prowadzić “notes do wszystkiego”

bullet journal po mojemu

Jest jeden bardzo konkretny powód dla którego raczej nie zobaczysz mnie na mieście z małą torebeczką. Choć telefon upycham do kieszeni a mój portfel nie zajmuje zbyt wiele miejsca, pewien trochę większy przedmiot muszę mieć zawsze przy sobie. Jest to mój notes, który z założenia miał funkcjonować jako Bullet Journal, jednak szybko mój sposób jego prowadzenia odbiegł od prawie wszystkich standardów tego systemu (choć tak właściwie od początku nie był z nimi do końca zgodny). Główna idea BuJo wyjaśniona jest na stronie z powyższego odnośnika i w skrócie opiera się na organizacji zadań w formacie list i przenoszenia podpunktów pomiędzy poszczególnymi datami. Choć obecnie fanów prowadzenia BuJo jest coraz więcej, wydaje mi się że coraz mniejszy procent robi to zgodnie z ideą twórcy tej nazwy. Nazwa Bullet Journal przyjęła się więc jako określenie wszelkiej maści notesów prowadzonych regularnie w formie kalendarzy, list zadań i plannerów – po prostu dobrze brzmi i każdy wtajemniczony wie, o co chodzi.

Więcej