Kategoria: Przemyślenia

10 rzeczy, których nie uczą na studiach, a powinni

„Co za ponury absurd… Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?”

Ten cytat z „Dnia Świra” kojarzy chyba każdy. Zupełnie zabawny, ale jednak boli. Nie zliczę, ile razy żałowałam, że nie wiedziałam o czymś wcześniej, że jakaś rzecz nie była dla mnie dostatecznie ważna, kiedy łatwo było na nią wpłynąć. Człowiek uczy się przez całe życie, często na cudzych błędach, jeszcze częściej na własnych. A jak wiele razy zupełnie małe rzeczy mogłyby odmienić naprawdę wiele, gdyby zaimplementować je do swojego życia w odpowiednim czasie! Na przykład podczas studiów.

Dzisiejszy wpis będzie raczej luźniejszy, pisany właśnie pod wpływem takiego przemyślenia: dlaczego nie wpadłam na to wcześniej? Jak wiele mogłabym sobie ułatwić, wiedząc wcześniej, jak się do tego zabrać. W ten sposób powstała lista. Tak wiem, listy dobrze się klikają; mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Część podpunktów dotyczy organizacji nauki i pracy, inne są po prostu życiowymi tipami, które sama dałabym młodszej o kilka lat sobie. Czy uznasz je za przydatne, czy może zupełnie bezużyteczne – to już sprawa indywidualna.

No to zaczynamy!

1. Zorganizuj swoje pliki na komputerze

Co mówią Wam nazwy:

  • Bez Nazwy kopia 5 kopia 2 poprawione AAAAA ostateczne.docx
  • dhakdhkasdf.jpg
  • Bez tyt7777łu

Prawdopodobnie większość z Was ma z nimi styczność często. Nowy projekt zaczyna się niewinnie od kilku plików, dwóch folderów, aż nie ma po co to segregować. W pewnym momencie człowiek się jednak budzi z ogromnym bałaganem na dysku, porównując daty plików, nazwy, szukając po właściwościach, która wersja jest tą pożądaną… Jeśli jest to jeszcze coś świeżego, to można odtworzyć z pamięci kolejność nazywania poszczególnych plików. Problem pojawia się, kiedy na przykład po dwóch czy trzech latach przydałoby się zbudować portfolio, a praca nad nim to będzie mniej projektowanie, a bardziej archeologia.

Jeśli kiedykolwiek pracowaliście w dużej firmie, która miała do czynienia z ogromnymi projektami, ciągnącymi się przez wiele lat i jednak była to firma z doświadczeniem, to prawdopodobnie wiecie, o czym mówię. Każdorazowe spędzenie kilkudziesięciu sekund na nazwaniu każdego pliku według schematu jest początkowo uciążliwe. Szybko nadejdzie jednak czas, że będziecie sobie z całego serca dziękować, znajdując coś na dysku w mgnieniu oka.

Jak najlepiej segregować pliki? Na to pytanie jest bardzo wiele odpowiedzi i wiele zależy od branży czy charakterystyki projektu. Podzielenie magisterki na część opisową i projektową to jedno, jednak cała struktura podfolderów to kolejna sprawa. Często naprawdę warto przesadzić z „głębokością” takiej hierarchii, niż pozwolić danym się pomieszać. Kilka tipów:

  • Używaj cyfr na początku nazw folderów, aby zawsze były wyświetlane w tej samej kolejności
  • Używaj 01, 02, 03 zamiast 1, 2, 3
  • Używaj dat, najlepiej w kolejności rok-miesiąc-dzień
  • Jeśli nie wiesz, czy potrzebujesz folderu na dany temat, i tak go zrób. Najwyżej skasujesz.
  • Używaj skrótów do folderów. Chyba nic nie tworzy większego bajzlu na komputerze niż posiadanie kilkunastu kopii tego samego pliku. Bardzo rzadko widzę, aby ktoś specjalnie tworzył skróty, a przecież ta opcja pojawia się nie bez powodu w każdym Windowsie!

2. Prowadź swój kalendarz, albo od razu Bullet Journal

Im wcześniej, tym lepiej. Zanim się jeszcze wszystkie sprawy nagromadzą w Twoim życiu. Jeśli nigdy nie prowadziłaś własnego kalendarza, kup sobie taki zwykły w supermarkecie albo sklepie z akcesoriami papierniczymi. Wybierz taki, który połączy nieduży rozmiar książeczki z sensownie dużą przestrzenią do pisania. W tym celu unikaj przesadnie zdobionych stron, niepotrzebnych informacji umieszczonych wokół dni tygodnia czy stron, z których i tak nie skorzystasz (na przykład typowej w tanich kalendarzach tabelki z odległościami pomiędzy polskimi miastami, dla osób nieposiadających dostępu do Internetu).

Co zapisywać w kalendarzu? Wszystko! Nie tylko godziny spotkań czy plany weekendowe, ale każdą najdrobniejszą informację, która może się w przyszłości przydać. To bardzo dobry nawyk, który pozwoli Ci uniknąć wiecznego dopytywania znajomych o szczegóły jakiegoś zadania czy zagadnienia na egzamin. Zapisuj swoje myśli przed pójściem spać, nie bój się wyciągać notes podczas jazdy autobusem czy kiedy szukasz inspiracji.

Pamiętam, że kiedy zaczynałam swoją przygodę z kalendarzami, postanowiłam sobie, że nie zostawię ani jednej strony pustej. Mój pierwszy kalendarz (na 2009 rok!) był w układzie kolumnowym, więc praktycznie wystarczyło napisać kilka słów każdego dnia. Kalendarze dla kolejnych lat wybierałam już w typie dniowym, więc miałam aż za dużo miejsca na przeróżne przemyślenia. Nie zliczę, ile razy kalendarz pomógł mi wybrnąć z trudnej sytuacji, nagromadzenia projektów czy problemów w życiu.

Po jakimś czasie stał się on tak integralną częścią mojego życia, że postanowiłam zainwestować w lepszą markę, z porządnym papierem, lepszym układem strony. A ostatecznie stałam się tak wybredna, że zaczęłam tworzyć kalendarz zupełnie własnoręcznie. Jakoś wtedy trafiłam na metodę Bullet Journal.

Zanim wpiszesz tę nazwę do wyszukiwarki Google, chciałabym Cię tylko przed jedną rzeczą ostrzec. Metoda Bullet Journal stała się tak popularna, że wiele osób zaczęło nazywać tym określeniem przepięknie zdobione strony notesów, przygotowywane przez wiele godzin, z wykorzystaniem rysunków, naklejek, taśm washi i tak dalej. Na tym nie polega Bullet Journal! Bullet Journal to przede wszystkim planowanie zadań za pomocą list nienumerowanych (stąd nazwa) oraz przenoszenie tych zadań, które nie zostały wykonane danego dnia na dzień kolejny, rozważając za każdym razem, czy dana czynność jest wciąż istotna. To jest sensownie wytłumaczone na oficjalnej stronie BJ. Kropkowany wzór strony to tylko kwestia estetyki i wygody, nie jest jednak konieczny do stosowania tej metody.

3. Jedną z najtrudniejszych i najczęstszych decyzji do podjęcia podczas studiów będzie „czy już wystarczy?”

Już kiedyś o tym pisałam. Kolejna noc spędzona nad projektem, w założeniu ta ostatnia. Minimalna liczba stron już dawno przekroczona, ale wciąż masz wrażenie, że temat został potraktowany „po łebkach”. Parę tez powinno mieć jakieś potwierdzające przykłady, jakiś fragment warto by było odpowiednio zilustrować. Ale może wystarczy? Zostały trzy godziny snu, dwie jeśli wziąć pod uwagę konieczność posprzątania bajzlu na łóżku. A może by tak chociaż raz olać to wszystko, wysłać bez przeczytania po raz setny.

Już w druku jest coś nie tak. Czcionka na jednej stronie nie pasuje do reszty – jak to się mogło w ogóle stać? Czy ktoś pomyśli, że treść została skądś przekopiowana? Jak na złość w drukarce brakuje papieru. Może wstać jutro wcześniej i z rana popędzić z tym do drukarni? Czy dać sobie spokój?

Ważny egzamin. Każde pytanie opracowane na trzy akapity i niby wszystko powinno być dobrze, ale przydałoby się chociaż raz powtórzyć wszystko na głos. Te osiemdziesiąt pytań po dwie minuty każde. Nawet nie mam już siły obliczać, ile tysięcy lat to zajmie.

Chyba każdy student zmierzył się z podobnymi sytuacjami. Każdy projekt można poprawiać w nieskończoność, na każdy temat zagłębić się bardziej w wiedzy. A najgorzej jest, kiedy wtedy nie wyjdzie. Co innego, kiedy nie wyszło, bo się nie uczyłeś – sytuacja jest wtedy prosta. Brak wkładu, brak efektu. Tymczasem znowu zabrakło ci ułamka punktu do stypendium i pomimo nieprzespanych nocy stoisz w tym samym punkcie co ten typek, co nie był na żadnym wykładzie. No peszek.

Łatwo dać się ponieść emocjom albo wpływowi znajomych, z drugiej strony szybko można się przepracować. O wiele trudniej natomiast znaleźć ten złoty środek, czyli idealną proporcję pomiędzy poświęceniem nauce i studiom a posiadaniem życia i zdrowia poza studiami. To jest tak naprawdę to, co najbardziej odróżnia studia od szkoły. Konieczność podejmowania decyzji samodzielnie.

4. Przestań oszczędzać!

Nie zliczę, ile razy bombardowano mnie podczas studiów promocją oszczędzania. Inteligentny człowiek wie, jak odłożyć, rozsądny potrafi sobie odmówić przyjemności, przezorny zawsze ubezpieczony, najlepiej odłożoną gotówką. I ja się czułam naprawdę przybita, dostając te 400 zł stypendium (potem trochę więcej), albo 450 złotych pensji na pół etatu, kiedy ze stypą nie wyszło, bo moje mieszkanie na głowę kosztowało dwa razy tyle, a człowiek jeszcze chciałby coś na przykład zjeść. Albo coś zobaczyć. Albo posłuchać czegoś, na przykład odgłosu pociągu zabierającego cię w najcudowniejsze miejsce na świecie. I wiecie co, chrzanić to!

Na oszczędzanie przyjdzie jeszcze czas. Skończysz studia, zaczniesz pracę na cały etat, na pewno lepszą niż to, co zaoferowali ci podczas studiów. Teraz żyj chwilą. Wydaj tygodniówkę na jedno wydarzenie, zafunduj sobie kurs językowy, na który cię nie stać, a potem zasuwaj, aby go spłacić. Kup sobie tę książkę, którą przeglądałaś już osiem razy w sklepie, ale odkładałaś za każdym razem, po zobaczeniu ceny. Zero słoików z napisem „na czarną godzinę” – niech zamiast tego pojawią się nazwy tych pięknych miejsc, które zawsze chciałeś odwiedzić. I kiedyś po prostu kliknij „zapłać”, na stronie przewoźnika, nie zastanawiając się nad tym pięćdziesiąt razy i płacząc następnego dnia, bo cena skoczyła w górę.

Kup sobie porządny zeszyt i bardzo wygodny długopis. Zrób prawko, zapożycz się, uczestnicz w wydarzeniach kulturalnych, chodź do kina czy teatru, wydrukuj swoją pracę naukową na lepszym papierze. Kup sobie porządne buty i zmierz w nich połowę świata, a przynajmniej poznaj dobrze swoje miasto, znajdź w nim te miejsca, za którymi kiedyś szczególnie zatęsknisz.

Za kilka, kilkanaście lat, nie będziesz pamiętać, że w styczniu 2020 roku udało ci się odłożyć 213 złotych, a dwa miesiące później miałaś już zapasowe 387. Za to podziękujesz sobie za doświadczenia, które będziesz wspominać do końca życia, i za umiejętności, które udało Ci się nabyć. Za to, że uczyłeś się języka, kiedy miałeś trochę więcej czasu wolnego, czy że zdobycie jakiegoś certyfikatu ułatwiło ci znalezienie dobrej pracy. Czy że poznałaś kogoś, kto odmienił twoje życie w momencie, kiedy najmniej się tego spodziewałaś.

Ale prawda, możesz też oszczędzać. Oszczędzanie jest naprawdę poszanowania godne, szczególnie kiedy oszczędzasz, mimo że nie masz z czego.

5. Twój organizm ci nie powie, że czegoś brakuje. On się odezwie dopiero w sytuacji dramatycznej.

Dwa lata od ostatniej lekcji w-fu i nagle z dnia na dzień pojawia się ten okropny ból pleców. Ledwo co jesz, ale bebech rośnie. Coraz częściej coś zaczyna w tym organizmie niepokoić, jednak nigdy nie ma czasu, aby zapisać się do lekarza. W końcu te kolejki, te stare baby, te godziny kolidujące z zajęciami na uczelni… Ale najgorsze jest to, że przecież to trzeba wszystko zaplanować, wcisnąć do tej pamięci RAM w mózgu, już teraz zawalonej projektami, egzaminami czy po prostu nauką.

Niestety, tak jak oszczędzanie kasy można odłożyć na potem, oszczędzanie na zdrowiu może się naprawdę źle skończyć. Są lekarze, których po prostu trzeba odwiedzać regularnie, a odkładanie tego w nieskończoność tylko pogarsza sytuację. Wiem coś o tym – nadal leczę dziury po czterech zbyt późno wyrwanych ósemkach. W Internecie można znaleźć wiele informacji o tym, jakie badania powinno się wykonywać regularnie. Polecam wpisać „kalendarz badań profilaktycznych”. Z jednej strony robienie tych samych badań krwi co roku brzmi trochę histerycznie, zwłaszcza jeśli do tej pory zawsze wychodziły dobrze. Z drugiej, jeśli masz dwadzieścia parę lat, a nigdy nie miałaś badania cytologicznego, a ostatni raz u dentysty byłaś z rodzicami w podstawówce, to coś jest zdecydowanie nie tak. Poza tym, mogę się założyć, że większa część czytelników tego bloga nie miała powtórzonej szczepionki na tężec w 20 roku życia (tak, jest w kalendarzu!).

Sport też jest naprawdę ważny. Nie każdy musi wyglądać jak Johnny Bravo i całować się w świeżo wyhodowany biceps, jednak regularny ruch naprawdę nie jest przereklamowany. Zamiast katować się codziennie na siłowni (i zrezygnować z braku czasu po miesiącu), lepiej założyć sobie realistyczne cele, łatwe do wprowadzenia w harmonogram życia na naprawdę wiele lat. Basen raz w miesiącu i siłka raz w tygodniu brzmi do zrobienia, co nie?

Studia zajmują ogromną część dostępnego czasu i łatwo zapomnieć o tym, że nawet w młodym wieku można się porządnie zepsuć, a co najmniej zaniedbać. Daleko mi do specjalisty zdrowego żywienia czy sportu, nie mówiąc już o medycynie. Mimo to, temat od jakiegoś czasu mnie interesuje, dlatego zdążyłam uzbierać swoją bazę wartościowych lub po prostu ciekawych źródeł w Internecie na ten temat. Na początku polecę blogi Damiana Parola i To Tylko Teorię.

6. „Kontakty podczas studiów”

Chyba każdy to kiedyś słyszał – zdobądź podczas studiów kontakty, potem się przydadzą w dalszym życiu. Być może, tak jak nastoletnia ja, wyobrażaliście sobie wtedy siebie w garniturze w pracy biurowej, pracującego nad jakimś wielkim projektem. Nagle pojawia się problem i z nieba spada rozwiązanie w postaci dawnej znajomej ze studiów, która rozwiązała podobny problem w ramach swojej pracy magisterskiej. Szybko znajdujecie w kieszeni jej wizytówkę, tak właściwie numer telefonu napisany na podstawce od piwa, szybko dzwonicie i oto jest. Jeśli omawiamy właśnie scenariusz słabego filmu, to okazuje się, że pani ta obecnie pracuje dla konkurencji.

Tak naprawdę to znajomości przydają się już podczas samych studiów. Nie ma nic gorszego niż próba przejścia przez studia bez własnego grona zaufanych znajomych, z którymi podzielisz się informacjami, notatkami czy przysiądziesz wspólnie do nauki. Wydaje się brzmieć strasznie pragmatycznie, jednak tak naprawdę szybko okaże się, że ta grupa to coś więcej niż wspólny folder na Google Drive’ie. Szybko okaże się, że to właśnie do tych osób odezwiesz się w sytuacji kryzysowej, i to tylko te osoby będą potrafiły zrozumieć twoją sytuację. Z drugiej strony zaczniesz się cieszyć z ich osiągnięć, pomagać w miarę możliwości, jakby to byli członkowie najbliższej rodziny, z tą różnicą, że rodziny się nie wybiera.

Nawet jeśli po studiach żadna z tych osób nie wyda książki, nie zostanie milionerem, czy nie dostanie nagrody Nobla (czego przecież jeszcze nie możesz wiedzieć), to będzie to jedna z bardzo nielicznych przyjaźni z szansą przetrwania. Bo na studiach masz kilkadziesiąt do nawet kilkuset innych osób, połowy z nich nawet tak naprawdę nie znasz, a reszta prawdopodobnie pozostanie w gronie tych, o których okazjonalnie przypomnisz sobie, gdy wrzucą coś na Fejsa.

Serio, nie bądź tą osobą, która dwa razy dziennie zadaje proste pytania w grupie na Facebooku. A już zupełnie nie bądź tym kimś, kto wkleja to samo pytanie szesnastu osobom na raz w prywatnej wiadomości.

7. Ogarnij swoje biurko

Przez bardzo liczne przeprowadzki podczas studiów, wprowadzanie jakichkolwiek większych zmian do tego, co zastawałam na miejscu, było po prostu bezsensowne. Największym wyczynem meblowym był zakup stołów z odkręcanymi nogami z Ikei. Dodając do tego niesprzyjające możliwości finansowe i jeszcze bardziej niesprzyjających wynajmujących, kręcących nosem na każdą propozycję zmian w pokoju, po prostu odechciewało się cokolwiek ruszać.

Myślę, że przez zdecydowaną większość studiów brakowało mi porządnego miejsca pracy. Kończyło się to typowym klejeniem makiet na podłodze czy przeglądaniem notatek na łóżku. Biurko (czyli wyżej wymieniony stół z odkręcanymi nogami) zawsze zawalone było kubkami, zeszytami, losowymi przedmiotami, które raz się tam znalazły i jak dotąd nie znalazły swojego stałego miejsca w jednej z półek.

Myślę, że gdybym teraz cofnęła się w czasie do jednego z tamtych mieszkań, spróbowałabym jakoś kreatywnie zaaranżować przestrzeń pracy. W pierwszej kolejności zadbałabym o improwizowaną „tablicę korkową”. Nie taką drogą, przyczepianą gwoździem do ściany. Kupiłabym zwykłą deskę albo grubszy karton i oparła o ścianę nad biurkiem. Za pomocą taśmy przyczepiałabym do niej to, co w danym momencie byłoby dla mnie ważne. W moim obecnym mieszkaniu wykorzystałam do tego celu karton po nowym blacie, jednak teraz moja sytuacja jest zupełnie inna.

Myślę, że bardzo dużym problemem było dla mnie zawsze trzymanie na wierzchu rzeczy, których nie potrzebuję codziennie, a wyjmowanie za każdym razem tego, co poupychane po szufladach. Niby problem wydaje się błahy, jednak ja po prostu nie dostrzegałam rzeczy, które zajmowały miejsce niepotrzebnie. Po prostu zawsze tam były i nigdy nie było czasu się nad tym zastanowić. Z tego powodu moja przestrzeń była zawsze zagracona i odpychająca.

Jeśli dostrzegasz w swoim życiu podobny problem, spróbuj zastosować tę metodę: zdejmij z biurka absolutnie wszystkie rzeczy, które nie są typowym wyposażeniem biurka (np. stojakiem na długopisy, lampą). Znajdź im nowe miejsce w półkach lub szufladach. Jeśli czegoś potrzebujesz, odłóż to potem z powrotem. Po jakimś czasie zauważysz, które przedmioty wyciągasz każdego dnia i to one mają prawo zostać na wierzchu.

8. Zainteresuj się środowiskiem

Zrezygnuj z jedzenia mięsa. Niezależnie od tego, jaki jest Twój stosunek do wegetarianizmu, praw zwierząt czy ochrony środowiska, chociaż spróbuj. Wyznacz sobie miesiąc bez mięsa albo zdecyduj się na rezygnację z mięsa w piątki (czy jakikolwiek dowolny inny dzień tygodnia). Nic na tym nie stracisz (no, chyba że w ogóle zrezygnujesz z jedzenia), a możesz naprawdę wiele się nauczyć. Poznasz nowe potrawy, o których być może nie miałeś pojęcia, może nawet część z nich wejdzie na stałe do Twojego jadłospisu.

Obecnie mamy wszystko na wyciągnięcie ręki – jedzenie w supermarkecie, zakupy online, budki z przekąskami i produkty dostępne dawniej tylko w najodleglejszych częściach świata. Naukowcy jednak od lat alarmują, że koniec luksusów może nastąpić o wiele szybciej, niż większość osób się spodziewa – prawdopodobnie jeszcze za naszego życia. Rezygnacja z jednego kotleta oczywiście nie zmieni absolutnie niczego. Pomyśl jednak o sprawie jak o widoku przepełnionego kosza na śmieci. Czy naprawdę chcesz być tym typem, który jeszcze ustawia na rozsypującym się stosie swoją puszkę po coli?

Jeśli naprawdę nie możesz zrezygnować z mięsa, ogranicz chociaż to czerwone, które jest zdecydowanie najgorsze dla klimatu. Poza tym jest tyle innych rzeczy, które można zrobić, aby zredukować swój wpływ na środowisko! Zainteresuj się tym tematem, pomyśl, czy naprawdę chcesz zupełnie biernie patrzeć na to, jak ludzkość dewastuje swój jedyny dom.

Ważnym tematem jest ograniczanie produkcji śmieci. Kupując coś, zastanów się, co się stanie z tym produktem za rok, dwa, pięć. Czy naprawdę warto kupić coś nieprzydatnego tylko dlatego, że jest tanie lub pojawiła się bardzo duża promocja? Które przedmioty można kupić jako używane, odsprzedać albo się wymienić? Powoli zaczyna się ta świąteczna część roku, kiedy ludzie wręcz wyrzucają pieniądze w błoto, często w ramach wykreowanej przez media hojności. I wiecie co? Nikt tak naprawdę nie potrzebuje nowej, błyszczącej, torebki prezentowej z reniferem w brokacie. Poproszę mój prezent zawinąć w gazetę. Albo kopertę – bo bilet wstępu czy zaproszenie do spędzenia razem czasu w specjalnym miejscu to najlepszy prezent, jaki można dać.

There is no Planet B (pl. Nie ma planety B).

9. Czy naprawdę potrzebujesz tych wszystkich książek?

Ręka w górę, czyim marzeniem z dzieciństwa było posiadanie wielkiej biblioteki pełnej książek! Kolorowe woluminy, w twardych oprawach, pachnący papier i wiecznie wysoki stosik tych czekających na swoją kolej. A obecnie książki stają się coraz piękniejsze. Wydawnictwa dbają o wysoką jakość papieru, odpowiedni dobór ilustracji czy fotografii, idealną typografię do czytania czy wreszcie, kupującą konsumentów okładkę. Jest wiele książek, które sama chciałabym mieć na własność, móc je przeglądać i wracać do ulubionych cytatów. Mimo to staram się ograniczać.

Choć poziom czytelnictwa w Polsce jest typowo niski, czytanie zawsze uznawane będzie za jeden z czynników sprzyjających mądrości. Wiele osób zachęca do czytania do tego stopnia, że zaczyna wręcz uznawać nieczytających za ludzi głupszych, czy wręcz gorszych. Trudno się z tym niestety zgodzić – zwłaszcza kiedy dany „czytający” wybiera praktycznie tylko literaturę rozrywkową, która nie wniesie do życia wiele więcej niż film czy gra o podobnej tematyce. Czytanie oczywiście rozwija zdolności językowe, relaksuje czy trenuje wyobraźnię i pamięć. Z tego powodu jest to zupełnie wartościowa rozrywka. Innym tematem jest natomiast posiadanie książek.

Wiele osób naprawdę zawzięcie realizuje plan posiadania biblioteczki, kupując wszystkie nowości wydawnicze, a w ogóle nie nadążając z czytaniem. W sytuacji, kiedy posiada się własny dom, jeszcze nie jest to takie złe. W wynajmowanym mieszkaniu czy pokoju zaczynają pojawiać się problemy natury logistycznej, zwłaszcza kiedy nagle trzeba się z niego wyprowadzić.

Sama mam duże problemy z odmawianiem sobie kupowania książek, dlatego opracowałam prostą taktykę. Przed zakupem zadaję sobie pytanie: czy zajrzę do tej książki więcej niż trzy razy? Zakładam, że przeczytam ją w całości na pewno raz, jednak czy jej zawartość może mi się kiedykolwiek jeszcze do czegoś przydać? Jeśli odpowiedź brzmi „nie” – odkładam książkę na półkę. Ponieważ wciąż chcę ją przeczytać, sprawdzam, czy jest ona dostępna w bibliotece.

Biblioteki to niesamowite miejsca. Istniały jeszcze zanim ktokolwiek wpadł na systemy dzielenia się plikami, samochodami czy czymkolwiek innym. Mimo to, kiedy wypożyczanie hulajnóg elektrycznych staje się topowym trendem, biblioteki zaczynają świecić pustkami. Wiele z nich niestety zupełnie zasłużyła sobie na taką frekwencję – ustalając bardzo nieprzyjazny regulamin, krótki czas wypożyczenia czy wysokie opłaty za każdy dzień zwłoki. Dodatkowo najpopularniejsze książki i tak są zawsze wypożyczone i trzeba zapisywać się w kolejce po ten jeden jedyny egzemplarz na całe miasto.

Na pomoc przychodzi drugie rozwiązanie dla ludzi, którzy nie muszą koniecznie posiadać każdej książki na papierze – wydania elektroniczne. E-Booki spisują się szczególnie świetnie w przypadku książek naukowych, potrzebnych do napisania pracy zaliczeniowej na studia czy paperu na konferencję. Jeśli potrzebujesz konkretnej informacji, szybkie ctrl+f pozwoli na odnalezienie jej w mgnieniu oka. Niektóre uczelnie oferują dostęp do sklepów internetowych wydawnictw naukowych praktycznie za darmo, choć nie jest to częsta praktyka w Polsce. Na szczęście mnóstwo książek jest opublikowane zupełnie w całości za darmo, a aby je znaleźć, wystarczy wpisać tytuł w wyszukiwarkę Google.

W przypadku książek czytanych dla rozrywki niestety zawsze pojawia się ten dylemat: zapłacić za e-booka i dostać „powietrze”, czy dopłacić 2-5 zł czy koszt przesyłki i móc nacieszyć się dotykiem papieru, zapachem farby drukarskiej i samym faktem posiadania. Tutaj z pomocą przychodzi wiele stron oferujących subskrypcje – coś jak Netflix, tylko że z książkami! Sama jeszcze nie testowałam, ale zamierzam się tym bardziej zainteresować w najbliższym czasie. W końcu powoli kończy się sezon na górskie wędrówki, a zaczyna ten na siedzenie pod kocem z gorącą herbatą i paczką chusteczek.

10. Rób backupy

Ten punkt jest już prawdziwym zapychaczem, jednak nie wyobrażam sobie go tutaj nie zawrzeć. Chyba każdy już zdążył usłyszeć współczesne przysłowie mówiące, że ludzie dzielą się na tych, którzy robią backupy i tych, którzy będą robić backupy. Założę się, że pomimo tej wiedzy, duża część czytelników tego bloga wciąż nie posiada swojej kolekcji dysków twardych, pełnych kopii nawet najmniej przydatnych plików. Uwierzcie mi, cena takiego dysku, nieważne jak wysoka, jest niczym w porównaniu z ceną, jaką możecie zapłacić, kiedy coś złego stanie się z Waszym komputerem czy wbudowanym dyskiem twardym. Poza tym, czasem trzeba wrócić do starszej wersji pliku, zwłaszcza kiedy obecna z jakiegokolwiek powodu jest już nieużywalna.


Nie spodziewałam się, że z paru podpunktów wyjdzie taki długi wpis. Mam nadzieję, że treść okaże się przydatna, zwłaszcza osobom dopiero rozpoczynającym swoją przygodę ze studiami. Dla świeżych studentów szczególnie poleciłabym zajrzenie na bloga Blue Kangaroo – to chyba najlepsze miejsce w sieci, jeśli chodzi o porady edukacyjne, motywacyjne oraz przydatne informacje, np. dotyczące wyjazdu na Erasmusa.

A może dodalibyście swoje metody, jak ułatwić sobie życie na studiach?

Więcej

Najważniejsza rzecz w nowym miejscu

Być może nie dowiecie się niczego nowego z tego wpisu, a wszystko poniżej będzie dla was zupełną oczywistością. Dla mnie nie było. Zrozumiałam to dopiero teraz, kiedy po długim czasie pełnym wątpliwości, odnalazłam się w zupełnie nowym miejscu.

Jak pewnie wiecie z poprzednich wpisów, cały semestr zimowy tego roku akademickiego spędziłam na Erasmusie w Holandii. Było to niesamowite doświadczenie, jedna z najlepszych decyzji w życiu. Nie było jednak różowo od początku do końca. Zanim odkryłam takie cuda jak Museumkaart, zanim zaczęłam aktywnie brać udział w działalności stowarzyszeń akademickich, chodzić na wykłady w czasie lunchu i eksplorować to niezbyt duże miasto, jakim jest Eindhoven, moje poszukiwania swojego miejsca bardziej przypominały próbę znalezienia tam tego, z czym miałam kontakt w Trójmieście.

Mieszkając w Gdańsku, a później w Gdyni, nie sposób nie docenić aktywności organizowanych niemal codziennie przez organizacje trójmiejskie. Najlepiej mieszkało mi się w Gdyni Redłowie, praktycznie pięć minut piechotą od Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego. Mieszkając w Gdańsku Wrzeszczu zawsze mogłam skoczyć do Parku Oliwskiego czy na Stare Miasto. Sam Wrzeszcz zresztą zaczął ostatnio kwitnąć – zwłaszcza ulica Wajdeloty i park Kuźniczki. Jakimś cudem przez długi czas nawet nie wiedziałam o istnieniu ulicy Elektryków, choć samą stocznię odwiedziłam kilka razy. A i oczywiście nie wymieniłam najważniejszego – bliskości morza, plaż różnej piękności i kontaktu z naturą, zapewnionego przez ścieżki i trasy rowerowe pośród drzew. Pomijając samo Trójmiasto, a skupiając się na aktywnościach którym lubiłam oddawać swój wolny czas, opisałabym jeszcze jeżdżenie na konwenty, granie w planszówki, rozgrywanie larpów czy nieliczne, ale wciąż fajne domówki u znajomych. Jeszcze, odwiedzanie ciucholandów i to wspaniałe uczucie kiedy wychodzisz ze sklepu z wielką siatą pełną fajnych ubrań w cenie jednego nowego T-Shirtu.

nowe miejsce

Będąc w Holandii nie do końca wiedziałam, co ze sobą zrobić. Oczywiście dużo czasu poświęcałam studiom, które były bardziej wymagające niż nauka w Polsce i rządziły się trochę innymi prawami (opiszę to dokładniej w innym wpisie). Harmonogram zajęć pozostawiał jednak dość sporo wolnego czasu, który mogłam sobie zaplanować w zupełnie dowolny sposób. Od czego więc zaczęłam? Oczywiście od szukania aktywności, którymi zajmowałam się w Polsce – klubów planszówkowych, ciucholandów (zwłaszcza, że przywiozłam ze sobą dość mało ubrań) i wydarzeń oferowanych przez miasto. Jak się okazało, miasto oferowało zadziwiająco dużą ofertę w języku angielskim, wciąż jednak czegoś mi brakowało.

Myślę, że minął cały miesiąc, zanim znalazłam swoje miejsce w Holandii i to, na co mogłabym poświęcać większość mojego czasu. A tak właściwie te kilka rzeczy, które sprawiły, że jeszcze w zeszłym tygodniu zastanawiałam się, czy dałoby się jakoś wykombinować powrót do kraju tulipanów i wiatraków. Jedną z tych rzeczy były aktywności organizowane przez stowarzyszenia studenckie na uczelni. Wystarczyło zapisać się na kilka newsletterów, dołączyć do paru grup czy po prostu wiedzieć, którą tablicę na uczelni warto obserwować niemal codziennie. Tak jak w Gdańsku organizacje studenckie głównie organizują coś tylko dla swoich członków, niezwykle rzadko i nie są to jakieś szczególnie fantastyczne aktywności, tak to, co robią stowarzyszenia studenckie w Eindhoven jest po prostu niesamowite. Wystawy, wycieczki, wykłady, imprezy, dłuższe wyjazdy i spotkania okolicznościowe – i to wszystko bez konieczności dołączenia do nich, często zupełnie za darmo, ze środków uczelni albo otrzymanych od sponsorów wydarzeń, zewnętrznych firm.

Kolejną rzeczą było długie przesiadywanie w bibliotece, milion razy lepiej zaopatrzonej niż cokolwiek, co udało mi się odwiedzić w Polsce. A jeszcze następną spotkania na uczelni w celu zrobienia wspólnie projektu na studia czy po prostu wzajemnego motywowania się do pracy nad zadaniami indywidualnymi. W Polsce praktycznie wszystkie zadania wykonywałam tylko w domu.

Jednak tak naprawdę najwspanialszą rzeczą w Holandii było samotne podróżowanie. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek w Polsce jechała gdzieś tak zupełnie sama i jednocześnie nie zamierzała spotkać kogoś już na miejscu. Do tej pory wydawało mi się to dziwne. W Holandii jednak jest tak wiele pięknych miast, że po jakimś czasie zrozumiałam, że nie ma co czekać, aż ktoś litościwie będzie chciał ze mną tam pojechać. Większość i tak nie wyrobiłaby mojego tempa odwiedzania muzeów, a za to „marnowała” czas w restauracjach i kawiarniach. Pierwsza samotna wyprawa do Amsterdamu była dla mnie doświadczeniem początkowo dziwnym, jednak kiedy zobaczyłam to miasto na własne oczy, wiedziałam, że do szczęścia nie potrzebuję drużyny pierścienia. Wszystkie informacje o miejscach są tak dobrze dostępne, że nikt nie musi mnie oprowadzać, sama doskonale wszędzie trafię (albo zabłądzę, co w kontekście doświadczenia nowego miejsca wcale nie jest negatywnym przeżyciem). Wtedy kupiłam sobie MuseumKaart, tą wspaniałą przepustkę do ponad 400 holenderskich muzeów i zapragnęłam odwiedzić chociaż 50 z nich, co oczywiście mi się udało.

nowe miejsce

Pod koniec Erasmusa jednak coraz częściej napływały do mnie te smutne myśli: a co jeśli to się kiedyś skończy? Smutniejsza była tylko odpowiedź: oczywiście, że to się skończy, przecież masz już kupiony bilet na samolot powrotny. Nie raz przechodziły mi po głowie myśli, że bez tych wszystkich muzeów i wykładów, bez stroopwafli i tego cudownego języka, już nigdy nie będę szczęśliwa. Do tego dochodziła myśl, że studia dobiegają końca, zaraz czeka mnie praca – najprawdopodobniej nudna i jednolita – bez dni wolnych, w które mogłabym zająć się swoimi zainteresowaniami i męcząca na tyle, że w weekendy pozostałoby mi już tylko spać (czyli powtórka z rozrywki z liceum, kiedy na tygodniu spałam po dwie godziny aby potem przez weekend nie wychodzić spod kołdry). A nawet zakładając posiadanie zarówno czasu jak i energii – co tak właściwie można zrobić przez dwa dni weekendu?

I nagle wylądowałam w Monachium, bez znajomości języka, bez znajomych, pracy czy kontaktów na uczelni. Poszukiwanie stażu okazało się o wiele trudniejsze, niż przypuszczałam, pomimo dobrego portfolio i wielu osiągnięć. Największym utrudnieniem okazał się jednak brak języka. O ile w Holandii nigdy tego nie odczułam, tutaj coraz częściej miałam wrażenie, że omija mnie całe życie tego ogromnego miasta, bo bariera językowa jest nie do przebicia. Google translate jest fajne, ale nie pomoże na ulicy ani w sklepie. Dodatkowo wszystkie najładniejsze miasta wydawały się całe lata świetlne stąd, a przynajmniej w odległości względnej połowy portfela w jedną stronę i połowy w drugą. Odwiedzone muzea trochę rozczarowywały, a do biblioteki chodziłam głównie po Internet, bo zakładanie przyłącza w Niemczech to temat na osobny wpis, a ten raczej nie powstanie, bo nie chciałabym za bardzo przeklinać na moim blogu.

Ze względu na egzamin (powrót do Polski) i dyplom (długie godziny przed komputerem) nie miałam zbyt wiele czasu na szukanie swojego miejsca w Niemczech. Kilka spacerów po Englischer Garten, wałęsanie się po ulicach i jeżdżenie rowerem (jeśli ktoś kiedykolwiek mieszkał w Holandii, to już nigdy nie zsiądzie z dwóch kółek) po ulicach pełnych samochodów to były pomysły, aby odkleić się na chwilę od ekranu, ale nie aby poczuć się tak samo (kamień w gardle, łzy w oczach), jak gdy patrząc na obrazy dawnych mistrzów w Rijksmuseum. I jeszcze ci wszyscy Niemcy, wiecznie zaczepiający mnie w sklepie z pytaniami typu gdzie są worki na bułki czy – wskazując na mój koszyk – gdzie znalazłam jakiś produkt, jakbym miała wypisane na czole „świetnie mówię po niemiecku”.

Dopiero po egzaminie uznałam, że czas wziąć sprawy w swoje ręce i przestać szukać w Niemczech drugiej Holandii. Jak trzeba to wydam miliony na bilety kolejowe czy nauczę się języka w jeden miesiąc. Nie dam się pokonać przez miasto w którym ludzie na co dzień chodzą w gorsetach czy skórzanych portkach, tylko dlatego, że nie mam się do kogo odezwać czy jakiś samochód prawie mnie przejechał. Jestem ponad to.
I wtedy zrozumiałam, jak głupie były wszystkie moje dotychczasowe pomysły. Bawaria. Alpy. Bawaria. ALPY. Na pewno są jakieś grupy międzynarodowe wybierające się na górskie wyprawy, może nawet ktoś coś organizuje… Długo nie trzeba było szukać. Kilka grup na fejsie, parę stron internetowych i udało mi się dołączyć do grup wyruszających w góry i w najbliższą sobotę, i w niedzielę następnego dnia. Koszt? Prawie żaden. Na specjalnym bilecie grupowym można jeździć pociągami w regionie za 7,50 euro a za 10 po całym landzie, korzystając z pociągów, autobusów itp. W ten sposób w dwa dni poznałam mnóstwo wspaniałych osób, pasjonatów łażenia po górach oraz nowicjuszy jak ja. Choć boli mnie chyba każdy mięsień, już teraz szukam grup na kolejne wyprawy.

A same Alpy są niesamowite. Każda trasa jest inna. Jako osoba początkująca dołączyłam oczywiście do grup idących w dość proste trasy. Nie ma nic gorszego niż przecenienie swoich możliwości i wybranie czegoś zbyt trudnego na początek – potem jest się takim spowalniaczem, albo powodem zmiany trasy czy rezygnacji z jej części. Czym jest jednak prosta trasa w Alpach? Kilometr drogi w górę i kilkanaście w przód. Odsłonięte zbocza, grząski teren, korzenie i kamulce pod stopami. Czyli wciąż wiąże się to z tym wspaniałym dreszczykiem emocji, zmęczeniem i bólem łydek następnego dnia. I co z tego, że od dziesięciu miesięcy regularnie chodzisz na siłownię i codziennie przejeżdżasz kilkanaście kilometrów rowerem. W górskich trasach wytrwałość jest najważniejsza, a tego nie nauczysz się na orbitreku. W zamian dostaniesz jednak piękne widoki, niesamowite krajobrazy i to poczucie satysfakcji dotykając górskiego wierzchołka (niem. Gipfel – bardzo ważne słowo, w końcu od niego pochodzi nazwa Gipfelbier :)). Góry to nietypowa roślinność, inny klimat i nowe doświadczenie – takie, które chce się powtórzyć.

Ten wpis jednak zmierzał do innego zakończenia niż wniosek, że góry są piękne. Chciałam napisać, że zmieniając miejsce zamieszkania najgorsze co można zrobić to szukać w nim tego, co znajdowało się w poprzednim. Każde miasto i każdy kraj ma swoją ofertę, którą trudno porównać nawet do miejsc sąsiadujących. Oczywiście na początku zawsze będzie czegoś brakować, czy to planszówek czy muzeów czy jeszcze innej rzeczy. Najważniejsze to jak najszybciej wypełnić tę lukę czymś innym – a wtedy może się okazać, że wcale nie jesteśmy stratni. Niezależnie, czy przyjechało się do danego miejsca na dwa miesiące praktyki czy na dłuższy, nieokreślony czas, warto poznać jego prawdziwą ofertę, nawet odrzucając na bok swoje dotychczasowe przyzwyczajenia. Na powrót do nich być może przyjdzie czas później. Może też nie przyjść nigdy, a przynajmniej nie przed ponowną zmianą miejsca zamieszkania. Czy to jednak ważne? Bez porównania, nie dowiemy się, co tak naprawdę najbardziej nas pasjonuje w życiu.

nowe miejsce

Zdecydowanie zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja w kraju nieeuropejskim. Inny klimat inspiruje zupełnie inne działania. Wtedy jednak zmiana zainteresowań jest rzeczą oczywistą. A przynajmniej tak mi się wydaje – w końcu jeszcze tego nie doświadczyłam na własnej skórze.

Więcej

Jazda na rowerze – Polska a Holandia

rower w Holandii

Rower rowerowi nierówny, ale na komfort i warunki jazdy wpływa znacznie więcej czynników niż liczba przerzutek czy prosta nawierzchnia. Jak tylko zrobiło się ciepło, na Polskie drogi wyjechało mnóstwo rowerzystów. Wybór dwóch kółek jako formy transportu jest zdecydowanie zdrowy, ekologiczny, ale ma też szerokie znaczenie kulturowe. Dla mnie jednak, przede wszystkim, wiąże się z bardzo wieloma wspomnieniami z Holandii. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o tym, jak bardzo różni się jazda na rowerze tam i w Polsce.

Choć widok roweru nikogo w Polsce nie dziwi, sporo ludzi traktuje jazdę na jednośladzie wyłącznie jako rodzaj sportu, narzędzie do ucieczki na weekend z miasta, do zrzucenia zbędnych kilogramów czy do zajęcia czymś rodziny. Mimo, że w wielu miastach jest to zdecydowanie najszybszy środek transportu, wiele osób nawet go nie rozważa. Rower stoi schowany w piwnicy, jego odkurzenie zajmie kupę czasu, a jeszcze człowiek się ubrudzi czy zapoci zanim dotrze na miejsce. W Holandii oczywiście jest inaczej – sytuacji nie trzeba nikomu przedstawiać. Po spędzeniu pół roku w kraju tulipanów, wiatraków i rowerów, oraz powrocie do Polski, mam doskonałe porównanie. Wiele różnic jest oczywistych, jednak dam głowę, że nie słyszeliście o wszystkich.

Więcej

Wyjaśnienie

Pewnie nie uwierzycie, ale przez te grube cztery miesiące, kiedy nic nie pojawiało się na tym blogu, nie było dnia abym nie myślała o kolejnym wpisie. Ten czas był jednak tak intensywny, że jak tylko zaczynałam opisywać ostatnie wydarzenia, refleksje, obserwacje… miałam wrażenie, że tylko głaskam każdy temat, pomijając jego esencję. Szczególną trudność sprawia mi podsumowanie roku 2017, które jak dotąd doczekało się kilku wersji, z czego ani jednej satysfakcjonującej. Ani jednej, która w pełni oddałaby to, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku.

Semestr na Erasmusie to nie tylko nowe miejsce, nowi ludzie i kultura. To także ogromna nawałnica przemyśleń. To prawdziwe doświadczanie różnic kulturowych, zderzenie się z totalnie nowym światem. To nieustanne porównania – krajów, doświadczeń, możliwości. To myślenie o teraźniejszości, przyszłości ale i przeszłości. To, z jednej strony, żal, że dorastało się w beznadziejnych warunkach, co będzie owocować zawsze. To, z drugiej strony, szczęście że dostało się możliwość doświadczenia życia i studiowania we wspaniałym środowisku – radość, która okazjonalnie tylko zmienia się w smutek, kiedy do głowy wpada tzw. Impostor syndrome i poczucie, że nie się nie zasłużyło na tę przygodę. Te wszystkie myśli giną jednak w natłoku wrażeń, kumulowanych z powodu limitu czasu. Chciałam skorzystać z tego wyjazdu na 200%, uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach, organizować każdy dzień jakby jutro nie miało nadejść.

W końcu jednak ten czas minął. Powiedziałabym, że od teraz czeka mnie życie na kulturalno-edukacyjnym kacu, gdyby nie to, że tak naprawdę to dopiero początek przygód. Tak naprawdę to już nigdy nic nie będzie takie jak dawniej. W końcu to mój ostatni semestr studiów magisterskich na Politechnice Gdańskiej. Teraz czeka mnie egzamin, oddanie projektu, w międzyczasie praktyka i wreszcie – obrona przed komisją. Te kilka stałych punktów w kalendarzu stanie się tylko odniesieniami do pozostałych akcji, licznych wyjazdów, godzin spędzonych w autobusie czy na lotnisku. Wróciłam do Gdańska, ale nie wróciłam do domu. Moja definicja domu rozpadła się na kawałeczki, a obecność w tym mieście trudno mi traktować inaczej niż jako dłuższą wycieczkę. Podróż, aby spotkać się z promotorem, pozałatwiać formalności, a potem wrócić do bliżej nieokreślonego miejsca, w którym będę czuć się bezpieczna i szczęśliwa.

Wciąż nie mogę określić mojej relacji z Polską i patriotyzmem. Do tej pory wierzyłam, że patriotyzm sam w sobie nie jest zły, a nacjonaliści tylko przywłaszczają sobie to określanie, adaptując je do własnej filozofii. Coraz bliżej mi jednak do twierdzenia, że patriotyzm jednak z założenia prowadzi tylko i wyłącznie do zła, inspirując do działań przeciwko integracji kulturowej. Poza tym, dlaczego miałabym darzyć większym uczuciem dany kawałek świata tylko dlatego, że jakimś przypadkiem akurat na nim się urodziłam? Rozumiem, że chodzi o kulturę, wspomnienia związane z danym terenem, czy nawet jego zasoby które podczas swojego życia zdążyłam wykorzystać. Może powinnam być wdzięczna? Chyba nie będę.

Jestem i chcę być osobą mobilną, nie przywiązaną łańcuchem do żadnego miejsca, a jeśli już miałabym się gdzieś zadomowić na stałe, niech to będzie kraina wybrana przeze mnie ze względu na jej walory, komfort życia i piękno. Polska natomiast powoli staje się miejscem, w którym już można tylko protestować. Podstawowe prawa człowieka odbierane są jedno po drugim, miasta duszą się w smogu, ceny żywności równają się z tymi na Zachodzie, podczas gdy płace nie pozwalają ludziom wytrwać od pierwszego do pierwszego. Mogę wychodzić na ulice za każdym razem, raz ze świeczką, raz z wieszakiem… ale życie mam tylko jedno. W tym jednym życiu chcę być szczęśliwa, a teraz już wiem, że szczęście istnieje.

Na koniec tego krótkiego wpisu chciałabym tylko odpowiedzieć na kluczowe w tym momencie pytanie: co się będzie działo dalej z tym blogiem? Na pewno będę potrzebować silnego impulsu, aby wrócić do regularnego pisania. Ten blog powstał ponad osiem lat temu, a założyła go zupełnie inna osoba niż ta, którą teraz jestem. Pomimo tego, że coraz więcej osób odwiedzało moją stronę, droga jaką obrałam zaczęła zniechęcać mnie do pisania. Chciałam, aby każdy wpis był bardzo konkretny i bogaty w informacje, jak porządny artykuł z dobrej gazety. Zabrakło w tym jednak mnie i tego indywidualizmu, który tak naprawdę stworzył tego bloga. Szykujcie się na naprawdę duże zmiany. To trochę potrwa, ale będzie tego warte.

Więcej

Ostatni rok studiów

Nie pamiętam kiedy ostatnio zrobiłam aż tak długą przerwę w blogowaniu – ponad półtora miesiąca minęło od daty opublikowania ostatniego wpisu. Przez ten czas kilka razy zabierałam się do pisania, ale za każdym razem brakowało mi albo energii albo inspiracji, albo po prostu moje myśli były w zupełnie innym miejscu. Cały ten rok 2017 jest dla mnie wyjątkowo intensywny. Staram się czerpać pełnymi garściami z możliwości, które nagle zaczęły się wokół mnie mnożyć. Mój już i tak ciasny kalendarz zaczął doświadczać nakładających się dat, wykreśleń, przesunięć i zmian w planach. Mimo to, to właśnie w tym chaosie czuję, że zaczynam znajdować swoją drogę.

Od września rozpoczynam naukę na politechnice w Eindhoven w ramach programu Erasmus+. Pomimo już dostarczonej tony papierów, wielu zebranych podpisów i długich godzin spędzonych w kolejce pod dziekanatem, wciąż nie zamknęłam tematu formalności. Termin wyjazdu zbliża się wielkimi krokami, więc powinnam mieć już wszystko zaklepane. Powoli zaczynam się pakować, podczas czego cierpię na dolegliwości związane z chorobą nadmiernego zbieractwa. Przez cztery lata mieszkania w Trójmieście nagromadziłam niezliczone ilości papieru w postaci notatek z zajęć, projektów w ich wszystkich fazach, książek które pomagały lub przeszkadzały mi w nauce oraz wszelkiej maści bibelotów. Z zawartości szuflad z narzędziami do pisania można by utworzyć całkiem niemały sklepik – nawet po tym jak wreszcie zrobię selekcję, które długopisy wciąż nadają się do pisania, a które jakimś cudem uniknęły śmietnika. Przeprowadzka na pół roku do miejsca znajdującego się półtora tysiąca kilometrów stąd będzie prawdziwym wyzwaniem. Ja tymczasem czuję się, jakbym wyjeżdżała na zawsze.

Ostatnie kilkanaście miesięcy mieszkałam w Gdyni. Po dwóch i pół roku spędzonych w Gdańsku, była to miła odmiana. Ciężko mi teraz ocenić, które miejsce bardziej mi odpowiadało. Wiele zależało od wynajmowanego mieszkania, właścicieli, sąsiadów. Chociaż nie raz było ciężko, nie raz miałam zbyt wiele powodów aby narzekać, to właśnie w Trójmieście zaczęłam tak naprawdę żyć. Poprzednie 20 lat, spędzone w małym miasteczku na końcu świata, mogłabym wykreślić z pamięci, nie czując większej straty. Tam, aby coś się działo, trzeba było to samemu zorganizować. Bywały wyjątki – dobrze wspominam warsztaty teatralne, w których uczestniczyłam kilka razy. Odbywające się w urokliwej wsi Mostki, łączyły ludzi z wielu miast w celu nauczenia się występowania na scenie lub poszerzenia swoich dotychczasowych umiejętności. Chociaż już wtedy zaczynałam powątpiewać, czy to aby na pewno zajęcie dla mnie, do wyboru nie było nic innego.

Potem natomiast zaczęłam naukę w Liceum Plastycznym, poświęcając średnio 4-5 godzin dziennie na dojazdy do i ze szkoły i nie mając czasu na cokolwiek poza szkołą… Chociaż – niezupełnie. Wtedy w rozkwicie były moje zainteresowania mangą i anime, naturalnie więc dołączyłam do działającego w Kielcach klubu zrzeszających fanów popkultury japońskiej. Kilka wyjazdów na konwenty, potem jeszcze więcej wyjazdów na konwenty – byle tylko starczyło na bilet na pociąg, bo na miejscu kto się przejmował jedzeniem czy noclegiem? Mimo wszystko, były to chwile. Te pojedyncze dni w kalendarzu pełnym bycia średnio szczęśliwym człowiekiem.

A potem poszłam na studia i liczba dostępnych możliwości powaliła mnie na kolana. Potrzebowałam kilku lat, aby nauczyć się rozróżniać, co jest warte mojego czasu, a co niepotrzebnie go pochłania, nie oferując zbyt wiele w zamian. Gdybym mogła cofnąć czas, pewnie zmieniłabym wiele rzeczy, dołączyła do jakiegoś bardziej zorganizowanego stowarzyszenia studenckiego niż liczne koła naukowe, nieraz rozpadające się po roku. Szukałabym możliwości uczestnictwa w warsztatach, próbowałabym swoich sił w konkursach. Trochę mniej wysiłku wkładałabym w projekty, z których i tak nie da się dostać wyższej oceny niż pięć. Został mi ostatni rok i teraz muszę się skupić na szukaniu swojej drogi po zakończeniu nauki.

Jeśli ktoś przebrnął przez trzy ostatnie akapity, pewnie zastanawia się, jaki jest cel wspominania przeszłości w takiej formie. Przez ostatnie cztery lata tak wiele się działo, że nie miałam zbyt wiele czasu na myślenie o tym, co było. A może to nowe miejsce sprawiło, że wszystko co było wcześniej przestało się liczyć. Rozpoczęłam tę szaloną przygodę bez żadnej wiedzy, co mnie czeka (nie miałam wśród bliższych znajomych zbyt wielu studentów, a studentów architektury tym bardziej), i absolutnie nie byłam pewna, czy byłam na to wszystko gotowa. Teraz sytuacja ma się powtórzyć.

Został mi ostatni rok. Trudno mi w to uwierzyć – przecież dopiero co zaczęłam ogarniać studenckie życie. Do dziś gubię się w symetrycznym układzie korytarzy Politechniki Gdańskiej. I wciąż, po tych czterech latach, nie wiem co będzie dalej. Mam za sobą osiem sesji egzaminacyjnych. Pokonałam je absolutnie wszystkie, czasem tylko douczając się na kolejne poprawki. Osiem razy dostawałam nowy plan zajęć, którego na ogół do końca semestru nie udawało mi się w pełni zapamiętać. Trzy razy żegnałam znajomych z grupy czy roku, planując spotkać się kiedyś w wakacje, co oczywiście nigdy nie wychodziło. Cztery razy biegałam z wydrukiem karty ocen i nadzieją na dodatkową gotówkę z funduszu stypendialnego, dwa razy się udało. Trzy razy uczestniczyłam w konferencji z własnym referatem i trzy razy wiązało się to z załatwianiem wszystkiego kilkukrotnie, dla pewności że wyjdzie. Chciałam brać udział w konkursach, wysyłać projekty do zagranicznych firm, uzupełniać to swoje portfolio… Na to czasu już nie starczyło. Chciałam wyjechać za granicę, uczestniczyć w warsztatach, poznawać nowe miejsca… Po czterech latach się udało.

Mam 24 lata, 6 miesięcy i czuję się starym człowiekiem. Koniec studiów to jak koniec życia, a przynajmniej koniec fantastycznej przygody, z której trzeba powrócić do szarej rzeczywistości. Do tej pory trochę krytykowałam ludzi, którzy biorą urlopy dziekańskie, powtarzają całe semestry, zmieniają kierunki po dwóch latach… Teraz im zazdroszczę, bo przed nimi o wiele więcej tego, co ja mam w większości za sobą. Niestety, każda impreza kiedyś się kończy. Trzeba będzie znowu iść do pracy, wynegocjować stawkę za którą da się utrzymać. Znajomi z gimnazjum już dawno są po ślubach, niektórzy wyposażyli się w odpowiedniej wielkości gromadkę dzieci. To zdecydowanie nie jest sposób życia dla mnie. Za bardzo cenię sobie wolność. Czy można być wolnym człowiekiem siedząc za biurkiem w korpo? Przywykniesz, mówią inni. Mam jeszcze rok, aby im uwierzyć.

Mimo wszystko, jestem przekonana, że dam radę. Wbrew obiegowej opinii, studia nauczyły mnie bardzo wiele. Przy okazji wpoiły miłość do architektury, która jeszcze parę lat temu w ogóle nie istniała. Nie wiem, co będzie dalej. Być może to mój ostatni post, który czytacie w języku polskim. Być może ostatni o zerowej wartości merytorycznej.

Więcej

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Szybko mija mi pierwszy semestr studiów magisterskich. Kilka niezwykle wyjątkowych miesięcy, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że wybór grupy międzynarodowej, czyli zajęć prowadzonych w języku angielskim, był zdecydowanie strzałem w dziesiątkę. Nie sposób wyliczyć plusów studiowania w takiej grupie, od zupełnie niepowtarzalnych znajomości i zwiększania wiedzy o świecie, do szlifowania tego nieszczęsnego języka angielskiego, bez którego w obecnych czasach nie ma w ogóle sensu wychodzić z domu czy włączać komputera. Ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o zupełnie nietypowych zajęciach z urbanistyki, zupełnie innych niż wszystkie ćwiczenia z tego przedmiotu jakie miałam do tej pory. W tym wpisie przedstawię Wam prototypowanie projektu urbanistycznego, czyli stworzenie makiety w skali 1:1, które to zadanie czekało na moją grupę w ten piątek i sobotę.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Być może słyszeliście słowo „prototyp” nie raz. Oznacza ono mniej więcej wersję testową jakiegoś produktu, wykonaną często z tanich materiałów i przeznaczoną do prezentacji działania oraz funkcji danego przedmiotu. Prototypować można też usługę lub aplikację na telefon, choć w tym drugim przypadku częściej widzę określenie „wersja alfa”. Prototypowanie jest też elementem znanej i lubianej ostatnio metodyki „design thinking”, polegającej na generowaniu jak największej liczby pomysłów, wyławianiu najlepszych, testowaniu i udoskonalaniu aż to otrzymania produktu optymalnego, najlepszego (metoda ta bywa czasem krytykowana za to, że zanim została nazwana w ten sposób, identyczne praktyki stosowali niemal wszyscy projektanci). Czy można natomiast sprototypować projekt przebudowy całej dzielnicy? Sama zadawałam sobie liczne pytania, kiedy na pierwszych zajęciach z urbanistyki prowadzący przedstawili nam harmonogram ćwiczeń.

Chyba powinnam zacząć od opisu całego projektu. W przeciwieństwie do wszystkich poprzednich poprzednich zajęć z urbanistyki, tym razem zamiast dzielić się na 2-3 osobowe zespoły, wszyscy pracujemy razem nad jednym projektem. Około czterdziestu osób, z czego połowa to Polacy oraz dwoje prowadzących, którzy przeprowadzali już podobne projekty ze studentami m.in. na ulicy Długiej w Gdańsku. Moje grupa dostała pod lupę gdyńską dzielnicę Witomino-Radiostacja, w przypadku której miasto miało już przygotowane plany rewitalizacji. Jest to dzielnica znajdująca się dość blisko centrum Gdyni, jednak oddzielona lasem. Większość zabudowy stanowią bloki z wielkiej płyty. Dzięki współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych, mamy naprawdę duże możliwości oraz cenne wsparcie merytoryczne. Tym, co mnie jednak cieszy najbardziej, jest fakt, że projekt ma duże szanse zostać urzeczywistniony w postaci wytycznych do konkursu urbanistycznego na projekt rewitalizacji Witomina-Radiostacji, na którą miasto przeznaczyło 15 mln zł.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Praca w tak dużym zespole jest dla mnie dziwna. Przez całe życie unikałam jak ognia wszelkich działań w grupie i kiedy tylko się dało, starałam się wybierać projekty indywidualne. Chyba to jednak nie jest najlepsza droga dla osoby, która w przyszłości chciałaby tworzyć wielkie projekty. W pojedynkę to obecnie można zbudować co najwyżej szafę. Generalny „remont dzielnicy”, wymaga natomiast naprawdę wielu osób, gdyż wiąże się z przeprowadzaniem wywiadów z mieszkańcami, wieloma obserwacjami, wnioskami, analizą potrzeb. To bardziej proces niż projekt, gdyż samo ułożenie elementów przestrzeni było bardzo zmienne. Jeśli ma być zrobione dobrze, to wymaga też przetestowania i na tym właśnie polegały te nietypowe ćwiczenia.

W trzech lokalizacjach wprowadziliśmy nowe rozwiązania tymczasowe

Pierwszym z nich była ulica Nauczycielska, a konkretnie plac-parking zajmujący ogromną przestrzeń i ukoronowany ogromnym śmietnikiem z kontenerami wyeksponowanymi w centralnym punkcie. Przed tym terenem znajdują się pozostałości dawnej Biedronki i właśnie od tej strony, pod górkę, wjeżdża najwięcej samochodów, często z nadmierną prędkością. Jest to też trasa uczęszczana przez pieszych, ale niewyposażona w żaden chodnik. Projekt zakładał zamianę części miejsc parkingowych i większości placu w przestrzeń zieloną. Podczas prototypowania pomalowaliśmy chodnik w zielone kropki, umieściliśmy ławki i stoliki oraz odpowiednio oznaczyliśmy teren projektu. Spodziewaliśmy się narzekających kierowców, jednak okazało się, że i ci docenili tymczasowe zmiany. Największe zainteresowanie wzbudziliśmy wśród dzieci, które zaczęły grać w piłkę na zakropkowanym chodniku. Widocznie na Witominie brakuje przestrzeni, które mogłyby służyć takim celom. Inni przechodnie chętnie dzielili się swoimi opiniami, a niektórzy nawet opowiadali jak dzielnica wyglądała wcześniej. Wśród rozmaitych opisywanych braków w przestrzeni dzielnicy, wiele potrzeb się powtarzało – chodniki, kosze na śmieci, lepsze oświetlenie i ławki. Osób narzekających było o wiele mniej, a słowa krytyki nie dotyczyły elementów projektu a samego faktu, że coś się dzieje.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Kolejnym terenem zmian było puste miejsce pomiędzy kilkoma blokami oraz budynkiem Stowarzyszenia Vitava (świetlicy dla dzieci). Na sporej przestrzeni umieszczono jedynie betonowy stolik do ping-ponga oraz piaskownicę zagrodzoną wysokim płotem. Oba elementy nie spełniają swojej funkcji, podczas gdy mieszkańcom brakuje ławek, placu zabaw dla dzieci czy zwykłego chodnika (przez zieleń prowadzi krzywa, wydeptana ścieżka). Na tym terenie zorganizowaliśmy miejsce do grilla oraz tymczasowy plac zabaw stworzony z opon i desek. Pojedynczym mieszkańcom przeszkadzały te elementy, jednak większość aprobowała takie zmiany. Niektórzy pytali, czy mogliby sami zrobić sobie w tym miejscu grilla, a dzieci prosiły nas aby nie zdejmować huśtawek z opon. Jedna pani nawet pytała, czy nie moglibyśmy zostać dłużej.

Największym terenem tymczasowych zmian było miejsce po dawnych kortach tenisowych. Umieszczone pod lasem, schowane za skarpami na których powstało jedyne nowe, grodzone osiedle na Witominie-Radiostacji. Obok znajduje się stadion Arki, wykorzystywany tylko przez piłkarzy klubu. Opisywana przestrzeń jest tematem wielu planów, najgłośniejszy z nich zakłada budowę kolejnego stadionu, być może również zamkniętego dla mieszkańców Witomina. Jak się nietrudno domyślić, większość zapytanych przechodniów wolałaby inne zagospodarowanie tego terenu. Moja grupa zaproponowała wybieg dla psów (ten okazał się za mały), skatepark oraz dużo przestrzeni otwartej, służącej mieszkańcom i wyposażonej w wszystkie niezbędne urządzenia. Tym, co mnie pozytywnie zaskoczyło najbardziej, było to, że mieszkańcy osiedla grodzonego wcale nie chcą się izolować od reszty Witomina. Dzieci ze wszystkich części dzielnicy bawiły się razem, a jeden pan z nowych budynków wyraził nawet potrzebę takiej integracji. Być może po prostu brakuje przestrzeni, które mogłyby temu sprzyjać.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Warto przypomnieć, że około połowy mojej grupy stanowią studenci nie mówiący po Polsku. Jak się okazało, nie stanowiło to większego problemu. Polacy zajęli się wywiadami z mieszkańcami, podczas gdy pozostała część zespołu obsługiwała elementy projektu oraz pilnowała lub zabawiała dzieci. Bariera językowa nie przeszkodziła w realizacji prototypowania, a obecność osób z innych krajów nawet przyciągała zainteresowanie projektem.

Testowanie nowych rozwiązań urbanistycznych dało nam bardzo wiele informacji. Od historii i potrzeb ludzi do wiadomości zwrotnej, czy nasze pomysły mogłyby się sprawdzić. Dla mnie taka forma projektowania jest zupełną nowością. Już zaczynam rozumieć, dlaczego obecnie coraz częściej słyszę, że urbanistyka zamienia się w socjologię. Wydaje mi się, że głównego elementu zmian w przestrzeni nie stanowiły ławki przywiezione z LISu czy chodnik pomalowany na zielono, a ludzie, którzy ożywili tę przestrzeń. Być może mieszkańcy bloków lubią, jak się coś dzieje, ale nie mają odwagi aby podjąć inicjatywę. Zauważyłam, że stałym elementem prototypowania były twarze wyglądające z okien czy ludzie opierający się o balustrady balkonów, wpatrując się w dziejące się akcje. Jestem bardzo ciekawa, czy te dwa dni, które na chwilę ożywiły Witomino, zainspirują kogokolwiek do lepszego wykorzystywania tej przestrzeni.

Prawdziwym celem projektu jest jednak przygotowanie analiz i wytycznych do konkursu na rewitalizację dzielnicy.

Więcej

Smog

Polska to piękny kraj, mało kto temu zaprzeczy. Niestety, ten stan nie potrwa wiecznie. Z jednej strony wycinane są cenne lasy i puszcze, nawet te podobno objęte ochroną, z drugiej władzom nie przeszkadza tragiczna jakość powietrza. Podczas gdy statystyki alarmują o kilkukrotnie przekraczanych normach zanieczyszczenia, ministrowie bagatelizują problem. Jak przeczytałam, że minister zdrowia uznał, że problem jest tylko teoretyczny, bo i tak ludzie palą papierosy, to nie wiedziałam czy wybuchnąć od razu ze złości czy tylko zacisnąć mocno pięści i wstrzymać oddech.  Ja nie palę! Dlaczego też mam oddychać tym smrodem?!

Zresztą, problem jest o wiele większy. Bo możemy założyć, że smog jest tymczasowy. Że statystyki są przekłamane, że te kilkadziesiąt tysięcy Polaków rocznie po prostu miało pecha. Wybrało sobie zły fragment powietrza do wciągnięcia nosem. Problemem jest wieczna ignorancja w kwestiach środowiska. Brak jakiejś większej strategii ekologicznej, poza normami narzucanymi przez Unię. Problemem jest to, że wciąż promowany jest transport indywidualny jako najwygodniejszy środek transportu i… najtańszy. Już w dwie osoby często bardziej opłaca się cenowo dotrzeć w niektóre miejsca samochodem. Poza centrami dużych miast jest to szczególnie widoczne. A jeśli dochodzą do tego niskie częstotliwości odjazdów pojazdów komunikacji publicznej z przystanków, to wybór środka lokomocji nasuwa się sam.

smog


Nie wszystkie zanieczyszczenia widać w powietrzu. Aby przedstawić tragizm sytuacji pozwoliłam sobie je zwizualizować.

I tutaj również przyczyna jest głębsza. Ludzie mieszkają coraz dalej od centrów miast, podczas gdy to w nich pracują i spędzają większość dnia. Dojeżdżając codziennie do swoich sypialni, często ciężkimi samochodami, dodają swoje ziarenko do ogólnego zanieczyszczenia. Nie ich wina, że miał być autobus, ale w końcu go nie ma. Nie opłaca się puszczać nowej linii dla czterech osób. Musiałaby jeździć na tyle rzadko, żeby zebrać pasażerów – a to z kolei zniechęciłoby ich jeszcze bardziej. Tak więc dojeżdża się z tych przedmieść dwa razy dziennie i w weekendy na zakupy. Niektóre rodziny mają po kilka samochodów, bo ich członkowie pracują w innych częściach miast. Ale warto zwrócić uwagę na przyczynę powstawania takich osiedli, oddalonych często wiele kilometrów od śródmieścia.

Wiadomo, ziemia jest tańsza, więc i klient dewelopera mniej zapłaci, chętniej kupi. Być może mieszkanie za obwodnicą to nie do końca jego szczyt marzeń, ale przynajmniej ma swoje własne cztery ściany z ogródkiem. Za to do szkoły samochodem, do sklepu samochodem, do kościoła samochodem i do znajomych samochodem. The American Dream, połlysz edyszyn. Czekam na likwidację zabudowy śródmieść, aby pomiędzy biurowce i parkingi wcisnąć drogi szybkiego ruchu, albo – po nieznacznej zmianie prawa – i autostrady. O to chodzi?

Dlaczego w ogóle planuje się osiedla w takich miejscach? Jeśli na danym terenie nie funkcjonuje miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, to trzeba uzyskać decyzję o warunkach zabudowy, które otrzymuje się wyłącznie w sytuacji kiedy dana działka posiada dostęp do drogi publicznej, oraz co najmniej jedna z sąsiednich działek jest zabudowana, nie mówiąc już o braku konieczności odrolnienia. A przecież w miejscach, gdzie powstają tego typu osiedla nie ma ani drogi, ani domów. W takim razie miejscowy plan zagospodarowania musi istnieć, więc wszystkiemu winne są miasta.

Te same miasta, które stale zwiększają ceny biletów na komunikację publiczną. Ta oczywiście jest coraz nowsza, coraz ładniejsza i czystsza, choć w każdej części Polski czasem można trafić na starego klekota z brudną tapicerką. Najgorsze chyba jednak są pociągi dalekobieżne. Mój bilet z ulgą 51% jest często nielogicznie drogi i totalnie nie rozumiem, jak można płacić ponad dwa razy więcej za podróż w ośmioosobowym przedziale lub – o zgrozo – na korytarzu. Toalety składające się najczęściej z dziury wyrzucającej nieczystości na tory. No i  pozostałe atrakcje, m.in.: współpasażerowie, którzy wyraźnie bardziej wolą wódkę niż wodę, niedziałająca klimatyzacja, ogrzewanie, oświetlenie, niezamykające się okna (lub niedające się otworzyć)…

Nawet ja, przeciwniczka komunikacji indywidualnej, postanowiłam zrobić wreszcie prawo jazdy. Naprawdę, nie chcę smrodzić spalinami, nie chcę swoim trybem życia wspierać przemysłu rafineryjnego i nie chcę dodawać tych kilku metrów sześciennych objętości auta do smutnej rzeczywistości centrów miast, zamieniających się w parkingi. Tylko miałam trochę za dużo czasu na myślenie, kiedy po wyjściu z zakupami z Auchana musiałam czekać pół godziny na autobus, lub kiedy dotarcie do znajomych z jedną przesiadką zajęło ponad godzinę.

Na pewno nie chcę usprawiedliwiać kierowców. Zawsze smuci mnie ten widok, kiedy wyjdę na ulicę i zacznę w głowie ustalać statystykę, ile pasażerów średnio zawiera jeden samochód na drodze. Nie zawsze ta liczba wykracza ponad 1, a jeśli już, to ledwo. Ludzie wolą jeździć samochodem nawet w pojedynkę, niż wsiąść do autobusu czy tramwaju. W końcu system zarządzania sygnalizacją świetlną został ustawiony w taki sposób, aby minimalizować korki. Tak zwana święta przepustowość. Tymczasem ludzie czekający na przejściu dla pieszych spóźniają się na tramwaj czy kolejkę.

Wracając do osiedli z dala od centrów miast. Drugą rzeczą (poza liniami komunikacji publicznej), której nie opłaca się do nich prowadzić, są sieci ciepłownicze. Indywidualne piecyki, w których ludzie palą prawie wszystkim to kolejny sprzymierzeniec smogu. Rozwój współczesnych technologii, źródła energii odnawialnej, powinny zbliżać społeczeństwo do poradzenia sobie z problemami zanieczyszczeń powietrza. Od 1 stycznia tego roku nowo stawiane budynki będą o wiele bardziej energooszczędne i dzięki temu mniej energii będzie potrzebne do ich ogrzania. Tylko co z już istniejącą zabudową, często nieocieploną wcale? Wydaje się ona mało obchodzić polskie władze, które nawet nie wyobrażają sobie wesprzeć wymianę pieców w gospodarstwach domowych. Mam wrażenie, że gdyby nie dyrektywy unijne, to takie wymagania nie pojawiłyby się wcale.

Tymczasem wycinane są kolejne drzewa. Ostatnio wprowadzono ustawę, która ułatwia prywatnym inwestorom wycinkę drzew na swoich działkach, bez konieczności uzyskania pozwoleń (cel niekomercyjny). Już nieraz słyszałam o magicznie chorujących roślinach w momencie, kiedy utrudniają one planowaną zabudowę. Zbyt łatwo potraktować zieleń jako wroga, podczas gdy każde drzewo oczyszcza powietrze i pomaga w regulacji wody w miastach. Obowiązek zrekompensowania wyciętej rośliny też nie załatwia sprawy, bo potrzeba wielu lat aby nowe drzewo uzyskało wielkość usuniętego. Kogo to jednak obchodzi, w czasach, kiedy wycina się Puszczę Białowieską. W końcu jak można płakać za jednym drzewem, kiedy giną lasy?

Oczywiście najłatwiej powiedzieć, że wszystkiemu winne duże fabryki, a działalność szarego człowieka w żaden sposób nie wpływa na smog. Każdy, kto tak twierdzi prawdopodobnie nigdy nie miał sąsiada palącego w piecu pieluchami, co można poczuć z daleka albo nigdy nie odkaszlnął nieszczęśliwie wdychanego powietrza z rury wydechowej przejeżdżającego samochodu. Przecież nie bez powodu to właśnie w okresie grzewczym pojawia się smog.

Według Światowej Organizacji Zdrowia 33 z 50 najbardziej zanieczyszczonych miast w Unii Europejskich znajduje się w Polsce. Na szczęście na liście nie ma Gdyni ani Gdańska – głównie dzięki nadmorskiej lokalizacji, ale także przez stosunkowo małe zakorkowanie i duży procent gospodarstw przyłączonych do sieci miejskiej lub wyposażonych w piec gazowy.

Więcej

Porządny rok 2016 – podsumowanie

Kalendarz na 2016 rok mogę już wrzucić do szuflady. Ten etap został już zamknięty i należy mu się konkretne podsumowanie. Ogólnie mówiąc – ostatnie dwanaście miesięcy minęło wyjątkowo szybko. Dużo się w nich działo, choć żadne wydarzenie nie było dla mnie wielkim przełomem. No może za wyjątkiem przeprowadzki do innego miasta, która mimo wszystko, w dużym stopniu wpłynęła na moje życie. Postawiłam na naukę i szukanie nowych celów, co przyszło mi wyjątkowo łatwo, można wręcz powiedzieć, że miałam szczęście. Poza tym, odwiedziłam kilka pięknych i nietypowych miejsc.

porzadny rok 2016

Był to rok ambitny i raczej udany, nawet pomimo nieszczęśliwego tła wydarzeń na świecie. Choć osobiście nie dotknęło mnie żadne nieszczęście, trudno mi było ze spokojem patrzeć na kolejne ataki terrorystyczne, przejawy przemocy i agresji. Brexit, a potem wybory w USA nie raz zmusiły mnie do refleksji nad kierunkiem w którym zmierza społeczeństwo w XXI wieku. W międzyczasie Polacy non stop pokazywali jak nietolerancyjnym jesteśmy narodem, totalnie zamkniętym na wszystko co obce i ślepym na ludzkie cierpienie. Tzw. Dobra zmiana wiele popsuła w naszym kraju, niejednokrotnie ośmieszając Polskę na arenie międzynarodowej. Kraj pogrążony w smogu został przygnieciony stertą dzikich reform, tragicznych w skutkach.

Prywatnie, natomiast, ten rok był dla mnie dobry. Choć jestem przeciwniczką twierdzenia, że sukces jest wprost proporcjonalny do włożonej pracy, na pewno nie mogę sobie zarzucić lenistwa.

Początek roku był ciężki ze względu na jeden konkretny przedmiot na studiach – HAPOL, czyli historia architektury polskiej. Nie zliczę, ile czasu spędziłam na przepisywaniu notatek, przerysowywaniu rzutów, przekrojów i elewacji kościołów, ratuszy i pałaców. Kiedy za pierwszym podejściem nie udało mi się zdobyć wystarczającej liczby punktów, byłam strasznie zdesperowana, aby chociaż zdać. Przed samym egzaminem poprawkowym, nawet na chwilę nie rozstawałam się ze swoimi notatkami. Powiedziałam sobie, że jeśli nie zdam to rzucę te studia, które przecież kocham. Na egzaminie trzęsły mi się nogi i ręce ze stresu. Ale udało się. Żadna matura, żadna rozmowa o pracę, żadna wcześniejsza sesja – nic nigdy nie przerażało mnie bardziej niż ten jeden HAPOL. Kiedy jeszcze bez problemu zaliczyłam egzamin ustny, powiedziałam sobie, że już nic nigdy mnie nie zestresuje. Do dzisiaj, po ponad dziesięciu miesiącach, czuję tę ulgę.

W marcu, z grupą znajomych wybraliśmy się do Warszawy na Dzień Młodego Architekta. Lot samolotem do stolicy, za 9 zł w jedną stronę, to świetna rzecz. Zdecydowanie trzeba to kiedyś powtórzyć. Szkoda, że oferta tanich lotów krajowych jest bardzo uboga i nie można w taki sposób zwiedzić wszystkich stolic województw. Nie powinnam jednak narzekać – dzięki bliskości lotniska wypady zagraniczne stały się możliwe na wyciągnięcie ręki. Ach, jeszcze raz to napiszę, uwielbiam mieszkać w Trójmieście.

W tym roku po raz drugi odpowiadałam graficznie za Konferencję Inżynierii Oprogramowania beIT na mojej uczelni. Mimo, że jest to działanie non profit, cieszę się, że mogę współtworzyć coś większego i poznać mnóstwo ciekawych ludzi. Już teraz wiem, że pierwszy kwartał 2017 będzie się dla mnie wiązał z pracą nad oprawą trzeciej edycji konfy.

Wiosną przeprowadziliśmy się z Gdańska do Gdyni. Była to dość ryzykowna decyzja – w końcu jej skutkiem było dojeżdżanie SKMką na Politechnikę. Oznaczało to przeznaczanie o wiele więcej czasu na dotarcie oraz brak możliwości powrotu do domu podczas okienek w planie zajęć. Mimo tych niedogodności, cieszę się z tej zmiany. Naprawdę polubiłam Gdynię. Teraz nie dziwię się, że to miasto zajmuje pierwsze miejsca w rankingach dotyczących dobrego miejsca do zamieszkania. Gdynia jest dobrze zaprojektowana, stale się rozwija i po prostu żyje. Bardzo dużo zieleni, w architekturze piękny modernizm, na drogach ekologiczne autobusy i trolejbusy. Gdynia to miasto w większości położone wzdłuż trasy kolejki, główne ulice biegną do niej równolegle. Z Redłowa, do centrum prowadzi prosta droga rowerowa, niemal bez skrzyżowań i przejazdów. Gorzej z przeciwnym kierunkiem – w stronę Orłowa – gdzie do końca nie wiem, w jaki sposób powinno się poruszać jednośladem. Gdynia jest miastem, w którym odbywa się mnóstwo ciekawych wydarzeń. Dla osoby o moich zainteresowaniach oferuje o wiele więcej niż większy Gdańsk. Pomimo niemieszkania w Śródmieściu, odwiedzałam je wyjątkowo często.

Pod koniec kwietnia odwiedziłam Poznań z okazji studenckiej konferencji Budmika’16. Było to moje pierwsze doświadczenie stricte naukowe. Choć mój referat nie zdobył żadnej nagrody, zyskane doświadczenie jest bezcenne, a CV rośnie.

Nie napisałam jeszcze, dlaczego sam semestr szósty był dla mnie wyjątkowy. Pomijając projektowanie przeddyplomowe oraz zwykłe (projekt przychodni), a także zajęcia z urbanistyki prowadzone w języku angielskim, miałam jeszcze seminaria obieralne z projektowania parametrycznego. Jest to temat, którym interesowałam się od jakiegoś czasu, jednak nie miałam zbyt wiele możliwości, aby go lepiej poznać. Jak dowiedziałam się, na czym takie projektowanie polega i jak je połączyć z architekturą, dalej już mogłam uczyć się na własną rękę. Bez poznania podstaw byłoby to praktycznie niemożliwe.

W czerwcu zaczęłam praktykę w pracowni architektonicznej. Upchnięcie tych dodatkowych godzin w już zapchany kalendarz było ciężkie, ale konieczne. Chyba nie wspominałam jeszcze, że dwa razy w tygodniu miałam zajęcia z angielskiego, więc do domu wracałam po 21 i raz spotkanie koła naukowego, kończące się czasem jeszcze później. Na szczęście zbliżały się wakacje. Uczelnia oczywiście wymaga praktyki zawodowej przed uzyskaniem dyplomu, ale są to zaledwie dwa tygodnie, czyli czas tylko na to, aby „zobaczyć jak wygląda praca”. Jest to zupełnie uzasadnione. Co taki student, bez wiedzy i doświadczenia, może robić w biurze projektowym? Wszystko trzeba mu osiem razy wytłumaczyć, osiem razy sprawdzić. Nie dlatego, że student jest głupi, a dlatego że architektura to naprawdę okropnie trudna dziedzina, w której każdy najdrobniejszy detal jest ważny i powinien zostać wykonany przez kogoś, kto się na tym zna. Zawód architekta łączy wiedzę techniczną, prawniczą, psychologiczną, artystyczną… a tą wszechstronność trzeba budować latami. W pracowni jednak pozostałam do dziś, w minimalnym wymiarze godzin, aby poznawać ten bardzo długi proces powstawania projektu budynku.

Jak już pisałam, w Gdyni się bardzo dużo dzieje. W maju brałam czynny udział w Open House Gdynia, gdzie jako wolontariusz oprowadzałam uczestników po jednym z obiektów i udzielałam informacji o wydarzeniu. W lipcu natomiast po raz drugi wzięłam udział w Gdynia Design Days, największym w regionie festiwalu designu, z ciekawymi wykładami, warsztatami i wystawami. Także w Gdyni odbyła się czwarta edycja See Bloggers, czyli imprezy jednoczącej blogerów i innych twórców internetowych. I jeszcze jedna rzecz, letnie warsztaty sztalugowe organizowane przez pracownię Indygo Joanny Cupiał w PPNT. Po raz kolejny Gdynia.

W wakacje odwiedziłam rodzinę i spotkałam się z częścią dawno nie widzianych znajomych. Z pochodzeniem z małego miasta na końcu świata wiąże się pewien duży problem. Nagle się okazuje, że Twoi znajomi są w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Poznaniu, Toruniu i Lublinie, a jak przyjedziesz w rodzinną kielecczyznę, to potrzeba dużo szczęścia, aby natrafić na czas, w którym i oni odwiedzają swoje rodziny. Za to, zrobiłam coś dobrego i oddałam ponad 45 cm włosów na akcję Rak’n’Roll.

Zdecydowanie najlepszą częścią tego roku była czterodniowa wycieczka do Finlandii. Wraz z chłopakiem zwiedziliśmy piękne Helsinki, w tym twierdzę Suomenlinna oraz skansen Seurasaari oraz Turku, z zamkiem. Zrobiliśmy ponad 1600 zdjęć, dlatego niestety nadal nie znalazłam na tyle czasu aby wyselekcjonować te najlepsze i stworzyć kilka tematycznych wpisów na bloga. Ale to nie przepadnie. Obiecuję. Obiecuję przede wszystkim sobie, bo to ja wciąż wracam do moich wpisów podróżniczych i ze łzami w oczach wspominam najpiękniejsze chwile.

We wrześniu pojechałam do Torunia na Copernicon. Od paru lat niestety totalnie nie mam czasu na konwenty – zwłaszcza że ich większość odbywa się raczej na południu kraju. Copernicon jest wyjątkiem. Jednym takim konwentem, na który postanowiłam jeździć. Poza tym uwielbiam Toruń.

Ach i był jeszcze Szczecin. Niezwykle ciekawe miasto, które naprawdę mnie zaskoczyło.

A potem Racibórz. Konferencja połączona z warsztatami studenckimi. Wraz z koleżanką przejechałyśmy całą polską pociągiem, z przesiadką w Katowicach. Szkoda, że na tak krótko. Totalnie nie spodziewałam się, że Racibórz to takie ciekawe miasto. Historyczne centrum zostało świetnie zaprojektowane, uliczki wyposażono w podwyższenia z kwietnikami, tak aby uniemożliwić ruch samochodów, co wyglądało po prostu cudnie, nawet pod koniec października. Niestety, nie starczyło nam czasu aby odwiedzić zamek. Poznałyśmy za to tamtejszych studentów architektury, którzy opowiedzieli nam o studiowaniu tego kierunku na Śląsku. Racibórz to małe miasto, do którego przybyli studenci z większych miast aby tu się uczyć – niesamowite. Szeroka oferta kulturalna i po prostu dobry klimat sprawiają, że nie można spojrzeć na to miejsce jak na zdecydowaną wielkość polskich miasteczek tej wielkości. Poza tym, Racibórz chlubi się, że jako pierwszy w Polsce i Europie otrzymał certyfikat Systemu Zarządzania Środowiskowego ISO 14001.

porzadny rok 2016

Jako, że Racibórz nie miał swojego wpisu – jego dwa zdjęcia ilustrują to podsumowanie

Potem wraz z sporym zespołem z jeszcze jednego koła naukowego wygraliśmy konkurs na projekt przystanku autobusowego.

Wtem nagle zaczął się prawdziwy chaos. Okazało się, że do oddania dyplomu został miesiąc, a roboty jest tak jakby osiem razy więcej niż wyglądało to wcześniej. I kolejne nieprzespane noce, ból pleców i rezygnacja z życia pozarevitowego. I kolejny sukces. Udało się, projekt oddany, już nic nigdy mnie nie zabije. Chyba nigdy nie uczyłam się równie spokojnie co na jedyne dwa egzaminy – z etyki i prawa budowlanego – z których bez problemu otrzymałam maksa. Tak z rozpędu. Nawet nie potrzebowałam motywacji.

Potem święta, znowu u rodziny, chwilowy spokój na końcu świata i w Skarżysku. I Sylwester w Gdyni. Najlepszy Sylwester ever.

A, zapomniałabym. Zapisałam się na kurs prawa jazdy, jakoś w październiku. Tak, wepchnęłam jeszcze w swój napchany harmonogram te kilka godzin tygodniowo. Zajęcia z teorii mam już za sobą, teraz ćwiczę jazdę, a w nowym roku planuję zdać egzamin. Pamiętam jak pisałam parę lat temu, że nie chcę mieć samochodu. Mimo wszystko, czas w mieście płynie innym tempem. Często trzeba gdzieś być w pół godziny, czasem trzeba coś ciężkiego zabrać, albo przewieźć dyplom na uczelnię tak, aby nie doznał uszczerbku. A czasem komunikacja publiczna (którą mimo wszystko szanuję) potrafi zepsuć plany źle dobranym rozkładem albo brakiem jakiegoś połączenia. Myślę, że ten dodatkowy dokument, może mi prędzej czy później uratować co najmniej nastrój.

Przez cały rok nie zjadłam ani grama mięsa. No za wyjątkiem ugryzienia jednego pieroga, o którym zostałam zapewniona że jest z kapustą i pieczarkami przez pracownika restauracji.

Tak więc reasumując: przeprowadziłam się z Gdańska do Gdyni. Odwiedziłam: Warszawę, Poznań, Kielce i Skarżysko, Helsinki i Turku, Toruń, Szczecin i Racibórz. Zaczęłam pracować na stałe, choć na ułamek etatu. Działałam w trzech kołach naukowych. Chodziłam na dodatkowy angielski, a od października na kurs prawa jazdy. Oddałam dyplom inżynierski. I przeżyłam.

To był mimo wszystko dobry rok. Żałuję w nim wyjątkowo niewielu rzeczy – a te z kolei są nieistotne. Czasem się przepracowywałam, czasem odpuszczałam, ale ostatecznie wyszło mi to na dobre. Chyba pierwszy raz w życiu powiem, że gdybym miała coś zmienić w minionym roku, to absolutnie nie wiem, co by to mogło być.

2017

Plany na przyszły rok są dla mnie w większości konsekwencją tego, co rozpoczęłam lub kontynuowałam w roku poprzednim. W styczniu czeka mnie egzamin inżynierski, chwilę później będę zdawać na prawo jazdy. Mam też zaplanowaną jedną podróż, której totalnie nie mogę się doczekać. Później drugi stopień studiów. Myślę o zapisaniu się na studia prowadzone w języku angielskim. Może to uratuje moje nikłe szanse zdania egzaminu Cambridge English: Advanced (CAE), który zaplanowałam sobie na przełom wiosny i lata. A w wakacje muszę gdzieś polecieć. Podróże uzależniają.

I chcę wreszcie odwiedzić Łódź oraz Wrocław – te dwa cele, których nie udało mi się zrealizować w 2016. Nie ma mowy aby i tym razem nie starczyło na to czasu.

porzadny rok 2016

Blogowe podsumowanie

Miałam napisać 54 wpisy, czyli jeden każdego tygodnia. Napisałam 29, czyli delikatnie ponad połowę. Mam jednak konkretne wytłumaczenie, że racjonalne planowanie czasu zwyciężyło z niekoniecznie potrzebnym postanowieniem. Mam mnóstwo pozaczynanych wpisów i zaplanowanych tematów, ale nie wystarczyło mi dni (a czasem i energii) na ich zrealizowanie. Mogłabym coś poświęcić, zrezygnować z jakiegoś wyjazdu albo jeszcze jednej z tych trzech, czterech godzin snu, które nie raz musiały mi wystarczyć. Blog jest dla mnie ważnym elementem życia, ale nie na tyle, aby poświęcać wszystko inne.

W tym roku blog nietransparentnie.pl skończył 7 lat. Bardzo chciałam napisać z tej okazji wpis podsumowujący to, czego prowadzenie własnej strony mnie nauczyło i jak zmieniło się moje podejście do pisania przez cały ten okres. Niestety, rocznica wypadła idealnie w środek najbardziej intensywnego okresu na studiach i musiałam odpuścić sobie tą okazję. Choć wiele razy układałam sobie w głowie akapity, ważniejsze było skończenie pracy dyplomowej. Tutaj przydały mi się ćwiczone na blogu zapędy grafomańskie – miałam jeden z najdłuższych opisów technicznych budynku, mimo że starałam się zadbać o każde zdanie.

W roku 2017 chcę sobie ponownie założyć napisanie 54 wpisów. Aby próbować, aby podejmować wysiłek, mieć cel. Im więcej celów w życiu, tym łatwiej mi zapanować nad nimi wszystkimi. Łatwiej układać kalendarz z gotowych elementów i potem pluć sobie w brodę, że miałam zrobić pranie czy obiad a nie uwzględniłam, że to również zajmuje czas, niż zastanawiać się co by tu dzisiaj zrobić i ostatecznie nie robić nic. Przynajmniej ja wolę taką strategię.

Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

Więcej

Rok bez mięsa

Nawet nie wiem, kiedy to się stało, ale właśnie minął okrągły rok, odkąd postanowiłam, że „chociaż spróbuję” przejść na wegetarianizm. Początkowo nie planowałam o tym pisać na blogu, ponieważ nie jest to związane bezpośrednio z jego tematyką. Po głębszym przemyśleniu, uznałam, że jednak zbyt wiele myśli zakłębiło się w mojej głowie przez ten czas i marnowaniem byłoby nie przelać ich w chociaż krótki tekst. Poza tym, wokół wegetarianizmu wciąż krąży zbyt wiele irytujących mitów. Chcę zostać kolejnym żywym przykładem na to, jak niewielki mają one związek z rzeczywistością. Zapraszam więc do przeczytania, jak wyglądał mój pierwszy rok bez mięsa i w jaki sposób wegetarianizm wpłynął na moje życie.

Więcej

Prawo do Lidla i Biedronki

19 maja na ulicy Świętojańskiej w Gdyni otworzono nowego Lidla. W reprezentacyjnym miejscu, przestrzeni niezwykle ważnej dla wizerunku miasta – „jak w ogóle można myśleć o postawieniu tutaj dyskontu”? Masywna bryła z równie dużym parkingiem i świecącymi pylonami reklamowymi zepsułaby całkowicie swoje otoczenie. Udało mi się odwiedzić tego Lidla i przyznam szczerze – jestem zaskoczona. Zaskoczona naprawdę pozytywnie, bo totalnie nie spodziewałam się, że budynek umieszczony będzie w podziemiu.

Podziemie – czy to nie fantastyczna przestrzeń na coś, co nie potrzebuje okien, zajmuje dużą powierzchnię i nie jest podzielone na wiele kondygnacji? A przede wszystkim – na coś, co wizualnie jest brzydkie i nie pasuje do żadnej praktycznie zabudowy? Kiedy zobaczyłam tego Lidla, gdzieś we mnie pojawiła się taka myśl: proszę, niech to nie będzie jedyny podziemny dyskont jaki zobaczę, a pierwszy, pierwszy z wielu.

Więcej

Nie mogłabym mieszkać poza miastem

Dzisiaj w nocy śniła mi się wioska położona w sercu lasu. Dziki teren, porośnięty gęsto zielenią pełen był małych, parterowych domków ułożonych na pagórkach tak jakby czas dopasował ich kształt do zakrzywienia podłoża. Pomimo braku siatki ulic (pomiędzy domami nie biegły nawet wydeptane ścieżki), wioskę przecinała wąska, ale ruchliwa, ulica. Kiedy się obudziłam, w głowie kłębiło mi się mnóstwo myśli, a jedna z nich brzmiała: nie mogłabym mieszkać poza miastem.

Więcej

Samochodowe miasto

Kult samochodu ma się w Polsce dobrze – ludzie przyzwyczaili się do hałaśliwych ulic i wielkich parkingów, rozrzedzających miejską zabudowę. Wiele osób nawet nie zastanawia się, czy istnieją inne metody przedostania się z miejsca na miejsce niż wewnątrz własnego pojazdu. Same samochody, pomimo bycia coraz tańszymi i łatwiejszymi w obsłudze, wciąż z niezrozumiałych przyczyn stanowią symbol luksusu, wolności króla szosy, punktualności i wygody. Z punktu widzenia pieszego pędzące samochody są natomiast potencjalnym niebezpieczeństwem, a te będące w bezruchu – często przeszkodą w swobodnym korzystaniu z np. chodnika. Problem nie byłby jeszcze taki duży, gdyby nie Przepustowość (celowo pisana wielką literą), dla której miasta zamieniają się w karykatury.

samochodowe miasto

Ale przejdę do tematu pieszych. Bo problemem nie nie jest zbyt duża wygoda blaszanych pudeł, a odbieranie komfortu tym, którzy przemierzają miasto na własnych nogach, lub – w jeszcze gorszej sytuacji – na wózku. Nie będę tu porównywać z tym, co co było w czasach PRL-u. Wtedy liczyła się iluzja postępu, więc kto tam się przejmował tymi, którzy przez swoją powolność będą źle wyglądać na filmach. Pieszych więc spychało się pod asfalt, do brudnych i nieprzyjemnych tuneli, aby nie przeszkadzali mknącym ponad nimi zmotoryzowanym. Były też wiadukty – rozwiązanie dla lubiących wiatr i chłód, ale przede wszystkim wchodzenie po schodach. Te przynajmniej potrafiły czasem zaoferować ładny widok w zamian – choć jest to niewielka pociecha dla osób spieszących się do szkoły czy pracy.

samochodowe miasto

W czasach, gdy tunele i wiadukty stopniowo są likwidowane, wciąż pojawia się dyskusja nad wygodą tych, którym i tak bardzo wygodnie. W drogich samochodach, ciepłych, odpornych na warunki atmosferyczne, ze wszystkimi zakupami pochowanymi bezpiecznie w bagażniku, nie mówiąc już o ochronie przed hałasem, temperaturą czy nawet zderzeniami. Chyba każdy jest w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której wolałby siedzieć w samochodzie niż poza nim. Nie zawsze niestety jest wybór. Na światłach to pieszy czeka na deszczu na swoją turę.

Czeka i czeka. Może za późno wcisnął przycisk, może ten był zepsuty. W końcu jednak zapala się zielone światło. Z bocznej ulicy w pośpiechu wyjeżdżają samochody na „zielonej strzałce”. Nie mają pierwszeństwa, ale ze względu na obawę o swoje życie, pieszy ustępuje – zwłaszcza jeśli nie zobaczy niczego, co wskazywałoby na zatrzymanie się nadjeżdżających samochodów. Przejścia bez świateł nie są lepsze – i to nie ze względu na większość kierowców, bo większość jednak potrafi się zatrzymać widząc pieszego. Najgorsi są ci, którzy wyjeżdżają zza zatrzymanego samochodu. W teorii jest to wykroczenie gwarantujące do 500 złotych mandatu, ale policja nie może być wszędzie. A jak mówi przysłowie „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” – winny staje się zbrodniarzem dopiero w momencie przyłapania go na gorącym uczynku. Strasznie mi się to nie podoba.

samochodowe miasto

Nie podoba tak jak to, że choć miasta chwalą się przyjaznością dla pieszych, wciąż ważniejsza jest Przepustowość. Przejścia dwuetapowe, trzyetapowe, półtoraetapowe, gdzie zdążysz zejść z wysepki, ale na drugą stronę ulicy trafisz już na czerwonym. Jak pieszy powinien się zachować w takiej sytuacji? Przebiec czy przejść normalnym tempem, nie zwracając uwagi na kolor lampy przed sobą, widząc miny zniecierpliwionych kierowców? Po co jest ten problem? Bo system zarządzania ruchem wyliczył, że przy takiej długości świateł średnio przejedzie o jeden samochód więcej? Albo pół, jedna ósma samochodu?

samochodowe miasto

Potem jeszcze te samochody stoją gdzie popadnie – miasto jest nimi po prostu przesycone. Już markety zaczęły zdawać sobie sprawę, że na tych ich brzydkich parkingach ludzie zrobili sobie przechowalnię aut. Pierwsza godzina za darmo, następne wciąż taniej niż na płatnym parkingu. Jeszcze gorsze są te sznurki samochodów zajmujące miejsce na chodnikach. Już nawet nie w wyznaczonych terenach, ale tam gdzie fizycznie da się stanąć – najlepiej całością samochodu, bo przecież nie kosztem pobocza ulicy. W Gdańsku jest niestety wiele miejsc, gdzie przez samochody na chodniku, chodzenie gęsiego to tylko jedna z niedogodności. Czasem trzeba się przeciskać w pojedynkę, podnosić torbę aby się nie pobrudziła lub porysowała od jakiegoś blaszaka.

Jedynym sposobem na parkujących na chodnikach jest ustawienie słupków, mających oczywiście niewiele wspólnego z estetyką, ale pozwalających odzyskać chodniki dla pieszych. Napisałabym, że inaczej samochody zaczęłyby się ustawiać piętrowo, jeden na drugim, ale to nieprawda. Dlaczego wielopoziomowe parkingi nie cieszą się popularnością w Polsce? Czy tylko dlatego, że kierowcom nie chce się zastanawiać nad zmienianiem biegów, nad nietypowymi manewrami, czy także przez niewielką ekspozycję swoich aut na zamkniętej przestrzeni? Może też wyjście z samochodu na takim parkingu nie kojarzy się przyjemnie albo sama konieczność przejścia to dla zmotoryzowanych już zbyt wiele? Powodów nie znam, efekt za to widzę wyraźnie.

samochodowe miasto

Gdyby każdy sklep typu Lidl, Biedronka, Tesco, zdecydował się na umieszczenie parkingu na swoim dachu, ile miejsca w mieście udałoby się zaoszczędzić? Ile tej nijakiej przestrzeni parkingowej udałoby się wyeliminować z pola widzenia przechodnia i ostatecznie – ile osób zrezygnowałoby z codziennego korzystania z samochodu?

Ostatecznie, jest jeszcze problem osób, które przez miasto tylko przejeżdżają. Dbanie o Przepustowość dodatkowo zachęca ich do obrania drogi pomiędzy zabudową, zamiast szukania obwodnic, tras dłuższych ale szybszych. Czy naprawdę trzeba tak bardzo dbać o wygodę dla użytkowników samochodów? Wydaje mi się, że dopóki będzie to priorytetem w zarządzaniu drogami, przestrzeni wokół ulic zdecydowanie nie będzie można nazwać przestrzenią przyjazną ludziom.

samochodowe miasto
samochodowe miasto
samochodowe miasto
samochodowe miasto
Więcej

Zarządzanie sesją

Dzisiejszy wpis będzie bardzo krótki. Z powodu zbliżającej się sesji brakuje mi czasu na napisanie czegoś większego, a nawet z „pomyśleniem” mógłby być problem. Po zmaganiach z esejami i innymi pisemnymi projektami, zaczynam w myślach układać zdania w podpunktach, dzielić je tytułami i podtytułami. Brzmi jak przepracowanie, ale ja czuję się wyjątkowo dobrze – nawet jeśli od ciągłego siedzenia przed komputerem plecy domagają się przerwy. Czuję się dobrze, bo znalazłam kilka skutecznych metod na poradzenie sobie z nadmiarem zadań – a dzięki czemu i wyeliminowanie zbędnego stresu. Do tej pory sposób zarządzania sesją działa; jak będzie w samej, oficjalnej, sesji – to się okaże.

Ponieważ nie jest to (i nigdy nie będzie) blog motywacyjny, potraktujcie te kilka akapitów niżej jako pewnego rodzaju dygresję. Właściwym tematem niech będzie tych kilka wizualizacji sali wykładowej na akustykę, znajdujących się na końcu wpisu. Pokazuję je, bo jestem z nich naprawdę zadowolona. Jak na zaledwie kilka godzin pracy, wyglądają naprawdę profesjonalnie.

W jaki sposób zamierzam poradzić sobie z tą sesją? Przede wszystkim, korzystam z Project Planu w swoim kalendarzu. Trochę go przerobiłam, bo potrzebowałam podziału na poszczególne dni – nie tygodnie. Jak wygląda mój Project Plan? Jest to dość spora tabelka. Poszczególne rzędy odpowiadają danym projektom, na przykład „esej z fizyki”, „praca na kompozycję”; natomiast w kolumnach oznaczyłam dni. W każdej rubryce tabeli umieszczam znak X wtedy gdy dany projekt był „chociaż ruszony”. Nie jestem tutaj skrajnie wymagająca wobec siebie. Efektów pracy może nawet nie być – najważniejsze aby o niczym nie zapomnieć i nie zaniedbać ani jednego zadania. Lepiej zaznaczyć trzy czy cztery motywujące iksy niż patrzeć na puste pola. Sama tabela ma też „pola extra”. Kolorowymi zakreślaczami oznaczyłam ważne terminy dla poszczególnych projektów – konsultacji, oddania itp. Dzięki temu, gdy daty zaczynają się zbliżać do kolorowego pola, od razu wiem, na czym koniecznie powinnam się skupić. Póki co, mój „Project Plan” sprawuje się naprawdę świetnie.

Kolejną rzeczą jest porządek na komputerze. W sesji nie ma czasu na szukanie czegoś w bałaganie typowo-studenckich kilkudziesięciu tysięcy plików. Segregacja folderami to tylko pierwszy krok w kierunku pozbycia się bałaganu. Podjęłam go już dawno, dzieląc folder „studia” na podfoldery semestrów, potem przedmiotów, a te z kolei na podatowane katalogi z poszczególnymi zadaniami i innymi grupami plików. Potrzeba o wiele więcej. Do tej pory, u mnie na dysku funkcjonowały dwa wielkie skupiska nieposegregowanych rozmaitości – folder pobierań oraz Pulpit. Tym, co przyniosło niewyobrażalną poprawę zarządzania tymi przestrzeniami było zaznaczenie jednej, małej, opcji w przeglądarce: zapytania o wybór folderu, w którym ma być umieszczony każdy ściągnięty plik. Być może są ludzie, którzy po pobraniu czegokolwiek, zawsze sumiennie przenoszą to na swoje miejsce. Po moich, cosemestralnych, posesyjnych, wielkich porządkach na pulpicie i w folderze pobierania mogę stwierdzić, że ja do nich nie należę.

Po jakimś czasie stosowania tej metody doszłam jednak do wniosku, że nie jest ona wystarczająca. Nie wszystkie pliki dało się przypisać konkretnym folderom, ale przede wszystkim – niektóre z nich były mi potrzebne tylko na chwilę. Tak, żeby coś sprawdzić i skasować. Kolejna czynność zabierająca na tyle dużo czasu, że po którymś razie po prostu przestałam to robić. Od razu wpadłam na pomysł, aby utworzyć folder „do wywalenia”, bezpośrednio w katalogu pobierań. Wszystkie pliki potrzebne tylko na chwilę umieszczam właśnie tam. Taki Kosz, tylko że bez konieczności przywracania pliku aby go podejrzeć i z „drugą szansą” przed ostateczną likwidacją pliku z dysku. Wystarczy raz na jakiś czas go oczyścić, nawet niekoniecznie sprawdzając, co się w nim kryje.

Kolejna rzecz: Facebook. Wiele porad studenckich mówi o wyłączeniu go na czas sesji, o wyrzuceniu go z zakładek, zablokowaniu w przeglądarce. Rzeczywistość pokazałaby po chwili, że w obecnych czasach nie jest to możliwe. Facebook stał się głównym narzędziem komunikacyjnym między ludźmi nie znajdującymi się w bezpośrednim otoczeniu siebie nawzajem. Oznacza to, że to właśnie tam starostka roku umieści oceny przesłane przez prowadzącego, to tam ktoś rzuci hasło aby zrobić listę do konsultacji albo stworzy ankietę odnośnie terminu jakiegoś kolokwium. Ogólnie, osoby nie wchodzące regularnie na Facebooka można rozpoznać po zadawaniu głupich pytań typu kiedy będzie egzamin, który odbył się dzień wcześniej. Zresztą, wyzbycie się Facebooka oznaczałoby nieustanne wycieczki pod dziekanat, ciągłe szukanie prowadzących i śledzenie stron internetowych wszystkich katedr na uczelni. Facebook to wielkie ułatwienie – o ile umie się je wykorzystać.

Tutaj pojawia się mój sposób na to, aby Facebook nie stał się głównym rozpraszaczem podczas nauki lub tworzenia projektów. Proste wyłączenie czatu. Dzięki temu wszystkie osoby szukające „kogokolwiek dostępnego, aby o coś zapytać” nie będą miały Ciebie na czubku swojej listy znajomych, a i sam brak zielonego kółeczka obok nazwiska zniechęca do zawracania głowy czymś – w kontekście sesyjnych egzaminów – nieistotnym. Takie rozwiązanie wygląda dość okrutnie – do czasu aż zobaczy się, że czat może być włączony tylko dla wybranych osób. Czyli kontakt do przyjaciół się nie urywa, a unikanie niepotrzebnych rozmów działa. Dwie pieczenie na jednym ogniu – choć ta fraza głupio brzmi z ust wegetarianki.

To było kilka moich nowych metod. Wszystko inne wydaje się przy nich oczywiste: to, że warto robić notatki, korzystać z kalendarza czy próbować szukać kilku zastosowań efektu jednej pracy (np. ciekawy esej można gdzieś opublikować, projekt plastyczny podarować komuś z rodziny a opracowanie zakresu na egzamin oddać komuś za tabliczkę czekolady. Czego z kolei nie warto? Zdecydowanie nie warto odcinać się od rozrywki, czytania książek, oglądania filmów i seriali. Przetestowałam ten sposób jakiś czas temu i o efektach można poczytać tutaj: O złym i mrocznym postanowieniu.

A teraz pokażę Wam moje wizualizacje sali na akustykę.

zarzadzanie sesja - sala wykladowa
zarzadzanie sesja - sala wykladowa
zarzadzanie sesja - sala wykladowa
zarzadzanie sesja - sala wykladowa

Kto zanotował, że biurko jest ustawione w złą stronę?

Więcej