Tag: podsumowanie

Podsumowanie roku 2017

Przypadkowy gość na tym blogu, widząc powyższy nagłówek najprawdopodobniej pomyśli, że właśnie opublikowałam wpis sprzed paru miesięcy, prawdopodobnie przez pomyłkę. Być może trudno w to uwierzyć, ale podsumowanie roku 2017 piszę w maju 2018, dokładnie próbując wyławiać resztki wspomnień, poprzyklejane do licznych pocztówek, zapisane w formie zdjęć, czy notatek w Bullet Journal. Rok 2017 był dla mnie szaleństwem, które kalendarz złamał gdzieś w połowie, niekoniecznie zasadnie. Mimo, że nie jestem osobą tradycyjną, coroczne podsumowania to taki zwyczaj, który na tym blogu przetrwa nawet największe zawirowania życiowe.

Tym razem utrudnienie w pisaniu było większe: przy bardzo licznych podejściach do zbiorczego zapisu wspomnień z tego roku, nie mogłam odeprzeć wrażenia, że żadne słowa nie są w stanie oddać nawet w najmniejszej części tego, czym te 12 miesięcy było i jak bardzo wpłynęły one na moje życie. Teraz, kiedy część tych wrażeń zdążyła już wyschnąć, moje życie powoli przyzwyczaja się do nienormalności a ja sama przyziemnie tkwię przed laptopem, skacząc z projektu magisterskiego do listów motywacyjnych z zapytaniem o przyjęcie na praktykę w kraju którego języka zaczęłam się poważnie uczyć dwa miesiące temu… czuję, że dopiero teraz jestem gotowa, aby zabezpieczyć na przyszłość tę część moich wspomnień. Albo inaczej: to jest ostatni moment, aby zapisać to wszystko, zanim wspomnienia się zatrą, znikną lub wypaczą.

Bez zeszłorocznego kalendarza się nie obędzie, więc zajrzyjmy do jego stron, na sam początek. Gdzież to ja wtedy byłam? Styczeń 2017. Kurs prawa jazdy, dodatkowe zajęcia z angielskiego, praktyka w małym gdyńskim biurze projektowym, spotkania koła naukowego, które już nie istnieje, spotkania drugiego koła które do dziś coś tam robi. Praca nad dyplomem inżynierskim i egzamin. Czy ja aby na pewno wzięłam kalendarz zeszłoroczny? Czuję się jakbym dokonywała wykopalisk archeologicznych. Konferencja BeIT, trzeci rok z rzędu robię grafikę za wolontariat. Nieprzyznane stypendium, więc kontynuuję pracę w biurze. Sam egzamin był dla mnie życiową porażką, ponieważ dodatkowego stresu dołożyła mi spontaniczna decyzja, aby zrobić sobie wycieczkę marzeń dokładnie w czasie, kiedy miały odbywać się egzaminy poprawkowe. Oczywiście kto o tym myśli, bookując bilety na pół roku przed egzaminem? Przecież w tyle czasu to ja się obkuję na blachę. To co się sprawdziło to to, że rzeczywiście umiałam wszystko. Czego nie mogłam przewidzieć – to stres, który sprawił, że po raz chyba pierwszy w życiu zaczęłam się jąkać na odpowiedzi ustnej. Komisja mnie przepuściła, nawet z nienajgorszą oceną. Mimo to, do dzisiaj nocami słyszę swoje głupie odpowiedzi i czuję wstyd, że zapomniałam czegoś naprawdę oczywistego. Najważniejsze jednak, że zdałam i mogłam spokojnie wyruszyć na wycieczkę. Była to niezapomniana wizyta w Sztokholmie, którą dokładniej opisałam w tym wpisie. Trzecia w życiu wycieczka zagraniczna nie była już takim zaskoczeniem logistycznym, w końcu byliśmy już weteranami podróży.

podsumowanie 2017

  

podsumowanie 2017
podsumowanie 2017

Po zakończeniu studiów inżynierskich naturalną dalszą drogą są studia magisterskie. Bardzo chciałam wybrać dalszą naukę za granicą i poświęciłam mnóstwo czasu na szukanie możliwych opcji, jednak ostatecznie zrozumiałam, że finansowo i logistycznie nie jestem w stanie sobie na to pozwolić. Kontynuacja nauki na Politechnice Gdańskiej nie była z kolei taką złą opcją, ponieważ na drugim stopniu pojawiła się możliwość studiowania w języku angielskim wraz ze studentami zagranicznymi i z wymiany. Poza tym, magisterka trwa jedynie półtora roku, czyli zleci w mgnieniu oka. Wspaniałą wiadomością było dla mnie, że udało mi się dostać do tej grupy. Pomimo tego, że coraz rzadziej widziałam moją najlepszą grupę znajomych, uważam tę decyzję za bardzo dobrą.

Studia magisterskie na kierunku architektura są zupełnie inne od inżynierskich. Na pierwszy rzut oka różnica polega na tym, że mniej się trzeba uczyć, a dużo więcej robić. Mam też wrażenie, że sam program jest o wiele ciekawszy, ponieważ zajęcia są bardziej praktyczne i stawiają na wykorzystanie wiedzy już posiadanej. Totalnym zaskoczeniem był dla mnie kurs z urbanistyki, którego nie mogłabym porównać do jakiegokolwiek projektowania urbanistycznego z poprzednich lat. Na ten temat powstał wpis dostępny tutaj. W międzyczasie zaczęłam przygotowywać referat na konferencję w Bydgoszczy (który ostatnio wyszedł drukiem) oraz aplikować na rozmaite warsztaty i wyjazdy studenckie. Początek wiosny to dla studentów architektury czas wysyłania wstępniaków, a z wstępniakami jak z listami motywacyjnymi – trzeba wysyłać na wszystko, aby mieć szansę na cokolwiek.

28 marca zdałam egzamin na prawo jazdy i w pewnym sensie odetchnęłam z ulgą. Choć nigdy nie byłam fanką samochodów, patrząc w chmury czułam, że zbliżają się życiowe zmiany, a samochód może być koniecznością w ich przeprowadzeniu. Wczesna wiosna była też czasem latania po lekarzach, ponieważ kontrolne badanie krwi (głównie aby sprawdzić, czy długotrwały wegetarianizm nie ma jakiegoś wpływu na moje zdrowie) wykazało jakieś dziwne rzeczy, potem jakiś prastary ciśnieniomierz w typowym polskim gabinecie wykrył mi arytmię, którą kolejne badania wykluczyły, po czym dowiedziałam się, że duże TSH wynika z za małej tarczycy i wcale nie muszę tego leczyć. Jakiś czas później zaczął mi cierpnąć mały palec i trzech lekarzy nie wiedziało o co chodzi, wysyłając mnie na kolejne rentgeny (palca, nadgarstka, łokcia), ale po miesiącu czy dwóch samo przeszło. No więc dużo zamieszania, żeby ostatecznie wrzucić kupę wyników badań do szuflady.

Do tej pory nie opisałam jednak tego, co chyba najbardziej wpłynęło na moje życie. Po długim biciu się z myślami, licznych analizach i wypisywaniu za i przeciw, zdecydowałam się zaaplikować na wymianę z programu Erasmus. Ze względu na dobre oceny nie miałam większych wątpliwości, czy się dostanę (poza tym, tym razem udało się dostać stypendium) – bałam się bardziej tego, co będzie później. Nigdy nie byłam dobra w językach i wiedziałam, że tylko w angielskim będę w stanie w pełni nadążać z zajęciami. Przeanalizowałam programy zajęć i materiały dostępne na stronach uczelni zagranicznych, a także warunki mieszkaniowe i finansowe dla wybranych miast i postawiłam wszystko na jedną kartę – zaaplikowałam do Eindhoven w Holandii. Wysoka pozycja w rankingach, wiele rzeczy dostępnych dla studentów i dodatkowe możliwości rozwoju – to wszystko oczarowało mnie do tego stopnia, że zaczęłam naprawdę wierzyć, że to może się udać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jaki mały fragmencik tych niesamowitości jakie gwarantuje nauka na TU/e udało mi się poznać. I dostałam się. Potem Learning Agreement, korespondencja mailowa, noce nieprzespane na szukaniu informacji jak i co ogarnąć. I strach, że gdzie ja się pcham, że to nie dla mnie. Gdzie ja, osoba z małego miasta o małych możliwościach, chce za fundusze z programu Erasmus mieszkać w takim pięknym kraju? Przecież ja na to nie zasługuję.

Ale okazało się, że czeka mnie o wiele więcej wrażeń w nadchodzących miesiącach. Powysyłane wstępniaki zaczęły owocować pozytywnymi odpowiedziami. Rok temu nikt mnie nie chciał, teraz dostałam się na dwa świetne wyjazdy. Pierwszy z nich był kursem wakacyjnym organizowanym przez Board of Students of Technology (BEST) i miałam spędzić piękne dwa tygodnie w Gandawie w Belgii. Kolejnym była szkoła letnia w Hamburgu na HafenCity University. Żałuję, że nie powstały wpisy o tych dwóch wyjazdach, dlatego postaram się trochę więcej napisać tutaj, w ramach tego podsumowania. Mimo to wrócę do chronologii, aby nie przegapić reszty zdarzeń. Oczywiście to zupełnie normalne, że w kwietniu czy maju myślami jest się w lipcu i sierpniu – nie zrozumcie mnie źle.

W maju wraz z chłopakiem kupiliśmy samochód. Choć na uczelnię wciąż wolałam jeździć kolejką, auto przydawało się przy większych zakupach lub kiedy trzeba było przewieźć coś cięższego. Przykładem cięższej rzeczy do przewiezienia jest na przykład całe nasze życie, które trzeba było stopniowo wyprowadzać z Gdyni, bo wyjazd do Holandii zaczął powoli ewoluować z marzenia w fakt. Nie przewidzieliśmy jednak tego, że w międzyczasie Piotrek dostanie ofertę pracy nie do odrzucenia, ale… w Niemczech. Na samą myśl, jak będzie miało wyglądać kolejne pół roku, mój mózg przełączał się w tryb pomiędzy „not responding” a „internal error” (co z kolei wordowska autokorekta bezmyślnie przerobiła na „terror”).

Czerwiec to w ogóle przekartkuję, bo ze względu na egzaminy, zaliczenia i cały ten chaos na uczelni, można by w ogóle pominąć zasłoną milczenia. No poza tym, że już wtedy trzeba było zdecydować się na katedrę dyplomującą i promotora pracy magisterskiej. W tym momencie czułam się, jak dziecko które po raz pierwszy idzie do szkoły i któremu ktoś opisuje jak wygląda egzamin maturalny. W sensie, że… studia się kiedyś kończą i już trzeba myśleć o obronie?

Lipiec. Gdynia Design Days było takie sobie, choć miało swoje dobre momenty. W połowie wydarzenia już mnie nie było, ponieważ spakowałam tobołki i wyruszyłam w podróż do pięknej Gandawy. Byle się nie zgubić na lotnisku, trafić na autobus, nie dać sobie ukraść dokumentów. Ze względu na harmonogram lotów, w Belgii byłam dzień wcześniej, co postanowiłam wykorzystać na zwiedzenie Brugii. Sam kraj nie był mi już obcy – w końcu to właśnie Belgia była kierunkiem pierwszej wyprawy zagranicznej. Tym razem byłam przez chwilę sama i zastanawiałam się, czy dam sobie radę. Nie było jakiś konkretniejszych powodów do obaw, raczej naturalna niepewność przed zrobieniem czegoś po raz pierwszy.

Brugia to piękne miasto, z zabytkową zabudową, urokliwymi kamieniczkami, przejściami wzdłuż rzeki, parkami i ogólnie widokami w których nie sposób się nie zakochać. Naturalnie odwiedziłam kilka muzeów, zrobiłam mnóstwo zdjęć (głównie telefonem, ponieważ bateria w mojej lustrzance chyba nie polubiła się ze zmianami ciśnienia podczas lotu). Wspięłam się też na słynną dzwonnicę, aby spojrzeć na miasto z innej perspektywy. Mimo wszystko to widok z ulicy pozwala poczuć ducha miasta – nawet takiego będącego turystyczną atrakcją, wypełnioną zwiedzającymi i sklepikami z pamiątkami. Takiego uroku nie zepsuje nawet najbrzydszy ogródek piwny. Po kilku godzinach jednak wsiadłam w pociąg i pojechałam do miasta będącego głównym celem całej wyprawy – do Gandawy.

podsumowanie 2017

  

podsumowanie 2017

Chyba powinnam opisać, czym tak właściwie są kursy organizowane przez BEST. Board of Students of Technology to międzynarodowa organizacja posiadająca swoje lokalne grupy działania przy uczelniach technicznych w Europie. Studenci organizują wiele wydarzeń naukowych i integracyjnych, konkursy wiedzy czy targi pracy. Jedną z inicjatyw są też kursy, które mają swoje edycje cztery razy w roku. Na kursy te może aplikować każdy student, którego uczelnia posiada lokalną grupę BEST. Chętnych jest mnóstwo, więc trzeba się postarać przy pisaniu listu motywacyjnego. Koszta samego kursu są praktycznie żadne – do 50 euro za całość, czyli część akademicką, część pozaakademicką, zakwaterowanie i wyżywienie. Jedyne co tak naprawdę trzeba sobie samemu zapewnić to transport do wybranego miasta, ewentualne ubezpieczenia czy zakup pamiątek J. Brzmi wspaniale, czyż nie? A gdy do tego dodam możliwość poznania fantastycznych osób, zwiedzenia kawałka świata i niezwykłą przygodę, chyba jest od razu jasne, dlaczego tak wiele osób chce w tym wziąć udział. Mi się również za pierwszym razem nie udało (rok wcześniej), dlatego byłam naprawdę zaskoczona, że tym razem było mi dane skorzystać z takiej możliwości.

Prawdę mówiąc, do końca nie wiedziałam czego się spodziewać. Mój angielski jeszcze nie był zbyt „wyćwiczony”, dotąd nie udało mi się być zbyt wiele razy za granicą (konkretniej mówiąc, przed tym wyjazdem za granicą byłam dwa, góra trzy razy) i też wydawało mi się, że nie jestem najlepszą osobą, jeśli chodzi o nowe znajomości. Spędzenie dwóch tygodni w gronie totalnie obcych osób – mieszaniny z całego kontynentu – było dla mnie jednak ekscytującym wydarzeniem i liczyłam dni do tego wyjazdu.

Na miejscu okazało się, że wszystkie zmartwienia były absolutnie bezpodstawne. Organizatorzy zatroszczyli się naprawdę o wszystko. Dbali o to, aby każdy dotarł bezpiecznie na zajęcia, aby nie zabrakło jedzenia dla ludzi z nawet najdziwniejszymi alergiami oraz aby każdy był jak najlepiej o wszystkim poinformowany. Każdy uczestnik dostał swój wspaniały rower miejski, którym codziennie trzeba było pokonać kilka kilometrów na uczelnię. Jeździliśmy grupą, a droga była za każdym razem inna, za każdym razem piękniejsza. Aż się chciało wstawać wcześnie rano na myśl o tej przejażdżce przez parki, małe uliczki czy wzdłuż rzeki.

podsumowanie 2017

  

podsumowanie 2017
podsumowanie 2017

  

podsumowanie 2017

Część akademicka była porządnie zorganizowana. Przed kursem każdy otrzymał zestaw PDFów do poczytania, aby dokształcić się na temat kursu – czyli druku 3D. Kurs składał się z części teoretycznej, czyli wykładów oraz praktycznej, na której można było wykonać swoje własne wydruki oraz wykorzystać wycinarkę laserową. Ciekawym elementem była też wizyta w firmie zajmującej się drukiem 3D – dzięki temu mogliśmy zobaczyć na żywo najnowocześniejsze maszyny i urządzenia oraz porozmawiać ze specjalistami z branży. Zaliczeniem kursu była prezentacja swoich prac, czyli pomimo ogromu informacji z części teoretycznej (dot. materiałów, technologii), tak naprawdę najważniejsze było zastosowanie wiedzy w praktyce – i oczywiście kreatywność.

Równie ważna (a może nawet ważniejsza!) była integracja i czas spędzony poza godzinami lekcyjnymi. Nie zliczę, ile gier integracyjnych, zabaw i aktywności organizatorzy byli w stanie zapewnić, ale nie było ani chwili nudy. Ciekawą odskocznią było wyjście na basen (który okazał się ogromnym Aquaparkiem), a podczas weekendu odbyła się dłuższa wycieczka „w góry” (kto był w Belgii ten wie, jakie „góry” można tam spotkać. Co wieczór była też okazja, aby zrelaksować się przy belgijskim piwie a często i impreza dla osób lubiących tańczyć. Oczywiście w tak pięknym mieście nie można by było zignorować możliwości kontaktu z architekturą, zabytkami i gmachami muzeów. Czas na zwiedzanie oczywiście został również jakimś cudem umieszczony w harmonogramie.

Ze względu na harmonogram lotów, w Gandawie zostałam o dzień dłużej niż to było w planach. Jak się okazało, nie byłam w tym czasie sama – praktycznie połowa uczestników i wielu organizatorów z różnorakich przyczyn nie zwiało od razu po zakończeniu kursu w swoje rodzinne strony. Akurat tak się złożyło, że w tym czasie w mieście odbywał się festiwal Gentse Festen, więc oczywiście nie można było przegapić tej okazji. W całym kursie naprawdę podziwiałam to, że pomimo wielu różnic, innych zainteresowań czy preferencji, praktycznie wszyscy trzymali się razem. Wiadomo, czasem ktoś decydował się wcześniej pójść spać, ktoś inny miał ochotę zjeść coś specjalnego i wybierał się do jakiejś konkretnej knajpy, a ja sama nie mogłam sobie odmówić wizyty na zamku Gravensteen. Mimo to, nikt się nie zgubił, nikt nie został zapomniany i nikt nie narzekał. Chyba jeszcze nie widziałam wydarzenia, podczas którego tyle osób spędza razem czas, a mimo to nie ma żadnych dram, nikt się z nikim nie kłóci i nie obraża. Chyba to jest właśnie najwspanialsza cecha otwartych ludzi – tak mało im przeszkadza w drugiej osobie.

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że wpis przeskoczył na piątą stronę wordowskiego dokumentu, podczas gdy ja ledwo dotarłam do połowy roku. Chyba najsensowniejszą decyzją będzie więc przerwanie go w tym momencie i kontynuacja za jakiś czas. A ja naprawdę starałam się streszczać!

podsumowanie 2017

  

podsumowanie 2017

 

Więcej

Porządny rok 2016 – podsumowanie

Kalendarz na 2016 rok mogę już wrzucić do szuflady. Ten etap został już zamknięty i należy mu się konkretne podsumowanie. Ogólnie mówiąc – ostatnie dwanaście miesięcy minęło wyjątkowo szybko. Dużo się w nich działo, choć żadne wydarzenie nie było dla mnie wielkim przełomem. No może za wyjątkiem przeprowadzki do innego miasta, która mimo wszystko, w dużym stopniu wpłynęła na moje życie. Postawiłam na naukę i szukanie nowych celów, co przyszło mi wyjątkowo łatwo, można wręcz powiedzieć, że miałam szczęście. Poza tym, odwiedziłam kilka pięknych i nietypowych miejsc.

porzadny rok 2016

Był to rok ambitny i raczej udany, nawet pomimo nieszczęśliwego tła wydarzeń na świecie. Choć osobiście nie dotknęło mnie żadne nieszczęście, trudno mi było ze spokojem patrzeć na kolejne ataki terrorystyczne, przejawy przemocy i agresji. Brexit, a potem wybory w USA nie raz zmusiły mnie do refleksji nad kierunkiem w którym zmierza społeczeństwo w XXI wieku. W międzyczasie Polacy non stop pokazywali jak nietolerancyjnym jesteśmy narodem, totalnie zamkniętym na wszystko co obce i ślepym na ludzkie cierpienie. Tzw. Dobra zmiana wiele popsuła w naszym kraju, niejednokrotnie ośmieszając Polskę na arenie międzynarodowej. Kraj pogrążony w smogu został przygnieciony stertą dzikich reform, tragicznych w skutkach.

Prywatnie, natomiast, ten rok był dla mnie dobry. Choć jestem przeciwniczką twierdzenia, że sukces jest wprost proporcjonalny do włożonej pracy, na pewno nie mogę sobie zarzucić lenistwa.

Początek roku był ciężki ze względu na jeden konkretny przedmiot na studiach – HAPOL, czyli historia architektury polskiej. Nie zliczę, ile czasu spędziłam na przepisywaniu notatek, przerysowywaniu rzutów, przekrojów i elewacji kościołów, ratuszy i pałaców. Kiedy za pierwszym podejściem nie udało mi się zdobyć wystarczającej liczby punktów, byłam strasznie zdesperowana, aby chociaż zdać. Przed samym egzaminem poprawkowym, nawet na chwilę nie rozstawałam się ze swoimi notatkami. Powiedziałam sobie, że jeśli nie zdam to rzucę te studia, które przecież kocham. Na egzaminie trzęsły mi się nogi i ręce ze stresu. Ale udało się. Żadna matura, żadna rozmowa o pracę, żadna wcześniejsza sesja – nic nigdy nie przerażało mnie bardziej niż ten jeden HAPOL. Kiedy jeszcze bez problemu zaliczyłam egzamin ustny, powiedziałam sobie, że już nic nigdy mnie nie zestresuje. Do dzisiaj, po ponad dziesięciu miesiącach, czuję tę ulgę.

W marcu, z grupą znajomych wybraliśmy się do Warszawy na Dzień Młodego Architekta. Lot samolotem do stolicy, za 9 zł w jedną stronę, to świetna rzecz. Zdecydowanie trzeba to kiedyś powtórzyć. Szkoda, że oferta tanich lotów krajowych jest bardzo uboga i nie można w taki sposób zwiedzić wszystkich stolic województw. Nie powinnam jednak narzekać – dzięki bliskości lotniska wypady zagraniczne stały się możliwe na wyciągnięcie ręki. Ach, jeszcze raz to napiszę, uwielbiam mieszkać w Trójmieście.

W tym roku po raz drugi odpowiadałam graficznie za Konferencję Inżynierii Oprogramowania beIT na mojej uczelni. Mimo, że jest to działanie non profit, cieszę się, że mogę współtworzyć coś większego i poznać mnóstwo ciekawych ludzi. Już teraz wiem, że pierwszy kwartał 2017 będzie się dla mnie wiązał z pracą nad oprawą trzeciej edycji konfy.

Wiosną przeprowadziliśmy się z Gdańska do Gdyni. Była to dość ryzykowna decyzja – w końcu jej skutkiem było dojeżdżanie SKMką na Politechnikę. Oznaczało to przeznaczanie o wiele więcej czasu na dotarcie oraz brak możliwości powrotu do domu podczas okienek w planie zajęć. Mimo tych niedogodności, cieszę się z tej zmiany. Naprawdę polubiłam Gdynię. Teraz nie dziwię się, że to miasto zajmuje pierwsze miejsca w rankingach dotyczących dobrego miejsca do zamieszkania. Gdynia jest dobrze zaprojektowana, stale się rozwija i po prostu żyje. Bardzo dużo zieleni, w architekturze piękny modernizm, na drogach ekologiczne autobusy i trolejbusy. Gdynia to miasto w większości położone wzdłuż trasy kolejki, główne ulice biegną do niej równolegle. Z Redłowa, do centrum prowadzi prosta droga rowerowa, niemal bez skrzyżowań i przejazdów. Gorzej z przeciwnym kierunkiem – w stronę Orłowa – gdzie do końca nie wiem, w jaki sposób powinno się poruszać jednośladem. Gdynia jest miastem, w którym odbywa się mnóstwo ciekawych wydarzeń. Dla osoby o moich zainteresowaniach oferuje o wiele więcej niż większy Gdańsk. Pomimo niemieszkania w Śródmieściu, odwiedzałam je wyjątkowo często.

Pod koniec kwietnia odwiedziłam Poznań z okazji studenckiej konferencji Budmika’16. Było to moje pierwsze doświadczenie stricte naukowe. Choć mój referat nie zdobył żadnej nagrody, zyskane doświadczenie jest bezcenne, a CV rośnie.

Nie napisałam jeszcze, dlaczego sam semestr szósty był dla mnie wyjątkowy. Pomijając projektowanie przeddyplomowe oraz zwykłe (projekt przychodni), a także zajęcia z urbanistyki prowadzone w języku angielskim, miałam jeszcze seminaria obieralne z projektowania parametrycznego. Jest to temat, którym interesowałam się od jakiegoś czasu, jednak nie miałam zbyt wiele możliwości, aby go lepiej poznać. Jak dowiedziałam się, na czym takie projektowanie polega i jak je połączyć z architekturą, dalej już mogłam uczyć się na własną rękę. Bez poznania podstaw byłoby to praktycznie niemożliwe.

W czerwcu zaczęłam praktykę w pracowni architektonicznej. Upchnięcie tych dodatkowych godzin w już zapchany kalendarz było ciężkie, ale konieczne. Chyba nie wspominałam jeszcze, że dwa razy w tygodniu miałam zajęcia z angielskiego, więc do domu wracałam po 21 i raz spotkanie koła naukowego, kończące się czasem jeszcze później. Na szczęście zbliżały się wakacje. Uczelnia oczywiście wymaga praktyki zawodowej przed uzyskaniem dyplomu, ale są to zaledwie dwa tygodnie, czyli czas tylko na to, aby „zobaczyć jak wygląda praca”. Jest to zupełnie uzasadnione. Co taki student, bez wiedzy i doświadczenia, może robić w biurze projektowym? Wszystko trzeba mu osiem razy wytłumaczyć, osiem razy sprawdzić. Nie dlatego, że student jest głupi, a dlatego że architektura to naprawdę okropnie trudna dziedzina, w której każdy najdrobniejszy detal jest ważny i powinien zostać wykonany przez kogoś, kto się na tym zna. Zawód architekta łączy wiedzę techniczną, prawniczą, psychologiczną, artystyczną… a tą wszechstronność trzeba budować latami. W pracowni jednak pozostałam do dziś, w minimalnym wymiarze godzin, aby poznawać ten bardzo długi proces powstawania projektu budynku.

Jak już pisałam, w Gdyni się bardzo dużo dzieje. W maju brałam czynny udział w Open House Gdynia, gdzie jako wolontariusz oprowadzałam uczestników po jednym z obiektów i udzielałam informacji o wydarzeniu. W lipcu natomiast po raz drugi wzięłam udział w Gdynia Design Days, największym w regionie festiwalu designu, z ciekawymi wykładami, warsztatami i wystawami. Także w Gdyni odbyła się czwarta edycja See Bloggers, czyli imprezy jednoczącej blogerów i innych twórców internetowych. I jeszcze jedna rzecz, letnie warsztaty sztalugowe organizowane przez pracownię Indygo Joanny Cupiał w PPNT. Po raz kolejny Gdynia.

W wakacje odwiedziłam rodzinę i spotkałam się z częścią dawno nie widzianych znajomych. Z pochodzeniem z małego miasta na końcu świata wiąże się pewien duży problem. Nagle się okazuje, że Twoi znajomi są w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Poznaniu, Toruniu i Lublinie, a jak przyjedziesz w rodzinną kielecczyznę, to potrzeba dużo szczęścia, aby natrafić na czas, w którym i oni odwiedzają swoje rodziny. Za to, zrobiłam coś dobrego i oddałam ponad 45 cm włosów na akcję Rak’n’Roll.

Zdecydowanie najlepszą częścią tego roku była czterodniowa wycieczka do Finlandii. Wraz z chłopakiem zwiedziliśmy piękne Helsinki, w tym twierdzę Suomenlinna oraz skansen Seurasaari oraz Turku, z zamkiem. Zrobiliśmy ponad 1600 zdjęć, dlatego niestety nadal nie znalazłam na tyle czasu aby wyselekcjonować te najlepsze i stworzyć kilka tematycznych wpisów na bloga. Ale to nie przepadnie. Obiecuję. Obiecuję przede wszystkim sobie, bo to ja wciąż wracam do moich wpisów podróżniczych i ze łzami w oczach wspominam najpiękniejsze chwile.

We wrześniu pojechałam do Torunia na Copernicon. Od paru lat niestety totalnie nie mam czasu na konwenty – zwłaszcza że ich większość odbywa się raczej na południu kraju. Copernicon jest wyjątkiem. Jednym takim konwentem, na który postanowiłam jeździć. Poza tym uwielbiam Toruń.

Ach i był jeszcze Szczecin. Niezwykle ciekawe miasto, które naprawdę mnie zaskoczyło.

A potem Racibórz. Konferencja połączona z warsztatami studenckimi. Wraz z koleżanką przejechałyśmy całą polską pociągiem, z przesiadką w Katowicach. Szkoda, że na tak krótko. Totalnie nie spodziewałam się, że Racibórz to takie ciekawe miasto. Historyczne centrum zostało świetnie zaprojektowane, uliczki wyposażono w podwyższenia z kwietnikami, tak aby uniemożliwić ruch samochodów, co wyglądało po prostu cudnie, nawet pod koniec października. Niestety, nie starczyło nam czasu aby odwiedzić zamek. Poznałyśmy za to tamtejszych studentów architektury, którzy opowiedzieli nam o studiowaniu tego kierunku na Śląsku. Racibórz to małe miasto, do którego przybyli studenci z większych miast aby tu się uczyć – niesamowite. Szeroka oferta kulturalna i po prostu dobry klimat sprawiają, że nie można spojrzeć na to miejsce jak na zdecydowaną wielkość polskich miasteczek tej wielkości. Poza tym, Racibórz chlubi się, że jako pierwszy w Polsce i Europie otrzymał certyfikat Systemu Zarządzania Środowiskowego ISO 14001.

porzadny rok 2016

Jako, że Racibórz nie miał swojego wpisu – jego dwa zdjęcia ilustrują to podsumowanie

Potem wraz z sporym zespołem z jeszcze jednego koła naukowego wygraliśmy konkurs na projekt przystanku autobusowego.

Wtem nagle zaczął się prawdziwy chaos. Okazało się, że do oddania dyplomu został miesiąc, a roboty jest tak jakby osiem razy więcej niż wyglądało to wcześniej. I kolejne nieprzespane noce, ból pleców i rezygnacja z życia pozarevitowego. I kolejny sukces. Udało się, projekt oddany, już nic nigdy mnie nie zabije. Chyba nigdy nie uczyłam się równie spokojnie co na jedyne dwa egzaminy – z etyki i prawa budowlanego – z których bez problemu otrzymałam maksa. Tak z rozpędu. Nawet nie potrzebowałam motywacji.

Potem święta, znowu u rodziny, chwilowy spokój na końcu świata i w Skarżysku. I Sylwester w Gdyni. Najlepszy Sylwester ever.

A, zapomniałabym. Zapisałam się na kurs prawa jazdy, jakoś w październiku. Tak, wepchnęłam jeszcze w swój napchany harmonogram te kilka godzin tygodniowo. Zajęcia z teorii mam już za sobą, teraz ćwiczę jazdę, a w nowym roku planuję zdać egzamin. Pamiętam jak pisałam parę lat temu, że nie chcę mieć samochodu. Mimo wszystko, czas w mieście płynie innym tempem. Często trzeba gdzieś być w pół godziny, czasem trzeba coś ciężkiego zabrać, albo przewieźć dyplom na uczelnię tak, aby nie doznał uszczerbku. A czasem komunikacja publiczna (którą mimo wszystko szanuję) potrafi zepsuć plany źle dobranym rozkładem albo brakiem jakiegoś połączenia. Myślę, że ten dodatkowy dokument, może mi prędzej czy później uratować co najmniej nastrój.

Przez cały rok nie zjadłam ani grama mięsa. No za wyjątkiem ugryzienia jednego pieroga, o którym zostałam zapewniona że jest z kapustą i pieczarkami przez pracownika restauracji.

Tak więc reasumując: przeprowadziłam się z Gdańska do Gdyni. Odwiedziłam: Warszawę, Poznań, Kielce i Skarżysko, Helsinki i Turku, Toruń, Szczecin i Racibórz. Zaczęłam pracować na stałe, choć na ułamek etatu. Działałam w trzech kołach naukowych. Chodziłam na dodatkowy angielski, a od października na kurs prawa jazdy. Oddałam dyplom inżynierski. I przeżyłam.

To był mimo wszystko dobry rok. Żałuję w nim wyjątkowo niewielu rzeczy – a te z kolei są nieistotne. Czasem się przepracowywałam, czasem odpuszczałam, ale ostatecznie wyszło mi to na dobre. Chyba pierwszy raz w życiu powiem, że gdybym miała coś zmienić w minionym roku, to absolutnie nie wiem, co by to mogło być.

2017

Plany na przyszły rok są dla mnie w większości konsekwencją tego, co rozpoczęłam lub kontynuowałam w roku poprzednim. W styczniu czeka mnie egzamin inżynierski, chwilę później będę zdawać na prawo jazdy. Mam też zaplanowaną jedną podróż, której totalnie nie mogę się doczekać. Później drugi stopień studiów. Myślę o zapisaniu się na studia prowadzone w języku angielskim. Może to uratuje moje nikłe szanse zdania egzaminu Cambridge English: Advanced (CAE), który zaplanowałam sobie na przełom wiosny i lata. A w wakacje muszę gdzieś polecieć. Podróże uzależniają.

I chcę wreszcie odwiedzić Łódź oraz Wrocław – te dwa cele, których nie udało mi się zrealizować w 2016. Nie ma mowy aby i tym razem nie starczyło na to czasu.

porzadny rok 2016

Blogowe podsumowanie

Miałam napisać 54 wpisy, czyli jeden każdego tygodnia. Napisałam 29, czyli delikatnie ponad połowę. Mam jednak konkretne wytłumaczenie, że racjonalne planowanie czasu zwyciężyło z niekoniecznie potrzebnym postanowieniem. Mam mnóstwo pozaczynanych wpisów i zaplanowanych tematów, ale nie wystarczyło mi dni (a czasem i energii) na ich zrealizowanie. Mogłabym coś poświęcić, zrezygnować z jakiegoś wyjazdu albo jeszcze jednej z tych trzech, czterech godzin snu, które nie raz musiały mi wystarczyć. Blog jest dla mnie ważnym elementem życia, ale nie na tyle, aby poświęcać wszystko inne.

W tym roku blog nietransparentnie.pl skończył 7 lat. Bardzo chciałam napisać z tej okazji wpis podsumowujący to, czego prowadzenie własnej strony mnie nauczyło i jak zmieniło się moje podejście do pisania przez cały ten okres. Niestety, rocznica wypadła idealnie w środek najbardziej intensywnego okresu na studiach i musiałam odpuścić sobie tą okazję. Choć wiele razy układałam sobie w głowie akapity, ważniejsze było skończenie pracy dyplomowej. Tutaj przydały mi się ćwiczone na blogu zapędy grafomańskie – miałam jeden z najdłuższych opisów technicznych budynku, mimo że starałam się zadbać o każde zdanie.

W roku 2017 chcę sobie ponownie założyć napisanie 54 wpisów. Aby próbować, aby podejmować wysiłek, mieć cel. Im więcej celów w życiu, tym łatwiej mi zapanować nad nimi wszystkimi. Łatwiej układać kalendarz z gotowych elementów i potem pluć sobie w brodę, że miałam zrobić pranie czy obiad a nie uwzględniłam, że to również zajmuje czas, niż zastanawiać się co by tu dzisiaj zrobić i ostatecznie nie robić nic. Przynajmniej ja wolę taką strategię.

Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

Więcej

Rok bez mięsa

Nawet nie wiem, kiedy to się stało, ale właśnie minął okrągły rok, odkąd postanowiłam, że „chociaż spróbuję” przejść na wegetarianizm. Początkowo nie planowałam o tym pisać na blogu, ponieważ nie jest to związane bezpośrednio z jego tematyką. Po głębszym przemyśleniu, uznałam, że jednak zbyt wiele myśli zakłębiło się w mojej głowie przez ten czas i marnowaniem byłoby nie przelać ich w chociaż krótki tekst. Poza tym, wokół wegetarianizmu wciąż krąży zbyt wiele irytujących mitów. Chcę zostać kolejnym żywym przykładem na to, jak niewielki mają one związek z rzeczywistością. Zapraszam więc do przeczytania, jak wyglądał mój pierwszy rok bez mięsa i w jaki sposób wegetarianizm wpłynął na moje życie.

Więcej

2015 – kolejny kamyczek w życiu

W niestałym życiu ważne jest umieszczanie punktów odniesienia. Przełom roku jest dla mnie związany z publikacją wpisu będącego podsumowaniem i uporządkowaniem ostatnich wspomnień oraz rozpoczęciem czegoś nowego. Kiedy kartkuję strony kalendarza z kończącego się roku i przepisuję najważniejsze rzeczy do jeszcze pachnącego nowością przyszłego dziennika, robię drugą rzecz, która pozwala mi zamknąć ten okres i bez obaw przed zapomnieniem czegoś ważnego, odłożyć stary notatnik na półkę.

Jak wyglądał mój rok 2015? Był raczej stały – tylko jedna przeprowadzka, kontynuacja studiów i brak większych zmian w życiu. Za to okazał się rokiem spełniania marzeń – po raz pierwszy w życiu poleciałam samolotem i odwiedziłam przepiękny kraj, Belgię. Powrót był oczywiście bolesny, ale wspomnienie zostanie na zawsze. Na pewno nie raz wykorzystam je jako argument za tym, że nie ma żadnej ściemy w mówieniu, że trawa za granicą jest zawsze zieleńsza. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia! Zetknięcie z inną kulturą przyniosło dodatkowo smutną refleksję nad słabym umiejętnościami posługiwania się językiem angielskim (uff, jak dobrze, że na pierwszą wycieczkę wybraliśmy kraj nieanglojęzyczny). Po powrocie miałam jednak na tyle dużo motywacji do działania, że przez następnych kilka miesięcy zapomniałam o odpoczynku, a czas na rozrywkę wypożyczał godziny z tego przeznaczonego na sen. Do małych zmian mogę zaliczyć przejście na wegetarianizm – małych, ponieważ nigdy nie byłam specjalnie przywiązana do jedzenia, a skoro moje potrzeby nie muszą wiązać się ze śmiercią zwierząt, to dlaczego mają?

Więcej zmian natomiast pojawiło się w świecie mojego bloga. Największą z nich było przeniesienie strony na WordPressa. Oczywiście wiązało się to ze stworzeniem nowego szablonu, więc i także nauczenia się zupełnie innego systemu. Była to jednak pozytywna zmiana i stała się motywacją do działania w kontekście bloga – umieszczania lepszych i ciekawszych wpisów. Przemyślałam też lepiej tematykę i doszłam do wniosku, że chcę, aby mój blog już nigdy nie był mylony ze stronami lifestylowymi. Postanowiłam, że tematy „o niczym” ograniczę do minimum, a skupię się bardziej na kulturze, architekturze, sztuce i przestrzeni miejskiej. Dzięki studiowaniu, coraz więcej dostrzegam w otaczającym mnie świecie i, z każdym kolejnym spotkaniem z dziełami różnych twórców, chcę je poznawać lepiej, chcę ich zobaczyć więcej.

W tym roku na blogu pojawiło się 27 wpisów. To jeszcze mniej niż w 2014, jednak mam nadzieję, że ich jakość chociaż częściowo zrekompensowała tę małą liczbę. Najważniejsze z nich to:

Rok 2015 był dla mnie czasem raczej spokojnym, choć pełnym pracy. Postawiłam przed sobą wiele zadań i zdecydowałam, że sprostam im wszystkim. Kiedyś łatwiej przychodziło mi przegrywanie, a poddawanie się naturalniej. Teraz, jeśli nie skończę wyznaczonego zadania do nocy, nie przerywam pracy dla snu. Rozpoczynanie projektów o 2, 3 też nie stanowi już dla mnie bariery nie do przebicia. Poznałam lepiej siebie i dobrze wiem, że nie potrafię spać ze świadomością nieukończonej pracy. Zaczęłam starannie planować tydzień, zapisywać nawet najdrobniejsze rzeczy. Teraz naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez kalendarza zawsze pod ręką. Na szczęście, pomimo zapełnienia praktycznie całego wolnego czasu, ten rok nie dał mi zbyt wiele stresu. Pomijając sytuacje naturalnie przepełnione zdenerwowaniem (jak sesja) oraz pojedyncze chwile, raczej szczęście dopisało mi w tym roku i ani razu nie znalazłam się w sytuacji zupełnie bez wyjścia.

Im dłużej mieszkam w Gdańsku, tym z większą pewnością nazywam to miasto domem. Suchedniów i Kielecczyzna to dla mnie smutna przeszłość, osładzana ciastami i słodyczami co święta. Cieszę się jednak, że nie odcięłam się całkowicie od tamtych lat – dzięki temu udało mi się w tym roku przywrócić jedną bardzo cenną znajomość, zaniedbaną już na początku liceum. Wydawałoby się, że w dobie internetu tak łatwo pozostać w kontakcie z osobami mieszkającymi daleko. W rzeczywistości pytanie „czy napisać do tej osoby?” wygląda bardziej jak „dlaczego przez ostatnie x lat tego nie zrobiłam?”.

Co w 2015 zaniedbałam? Zdecydowanie tworzenie. Jakoś w 2009 albo 10 opublikowałam na tym blogu wpis o tym, jak trudno jednocześnie nabywać i wykorzystywać wiedzę, że doba jest za krótka aby jednocześnie uczyć się i budować na bazie tych umiejętności. Praktyka to tylko półśrodek, godzenie jednego z drugim, wbrew pozorom nie zawsze przynoszący lepsze efekty niż zbieranie i późniejsze wykorzystywanie doświadczenia. Teraz widzę podobną relację pomiędzy odbieraniem kultury a jej tworzeniem. I w 2015 byłam zdecydowanie odbiorcą. Moje dzieła i tak nie były dostatecznie dobre, brakowało zarówno pomysłu jak i warsztatu. Dlatego postanowiłam skupić się na doskonaleniu umiejętności. Jest to z jednej strony mniej satysfakcjonujące niż tworzenie, ale z drugiej nie stwarza tej smutnej szansy, że dzieło zostanie zignorowane przez wszystkich.

Nie precyzuję planów ani postanowień na nadchodzący rok. Chcę iść do przodu, rozwijać się, poznawać nowe rzeczy i miejsca. Rok 2016 będzie związany z pracą dyplomową inżynierską, więc na studiach na pewno będzie ciekawie. W wakacje czeka mnie praktyka przeddyplomowa, ale mam nadzieję, że znajdę chwilę aby znowu gdzieś wyjechać. Może tym razem uda mi się odwiedzić Wrocław, Łódź? W kontekście bloga mogę co najwyżej postanowić większą regularność pisania. W takim razie życzę sobie, a także wszystkim czytelnikom tego bloga, trochę więcej wolnego czasu w nadchodzącym roku.

Więcej

I kolejny rok…

Nie przepadam za bardzo za tradycjami, jednak czasami wolę zachowywać pewną ideę w czasie. Bardziej dotyczy to wytworzenia poczucia uporządkowania spraw, zamknięcia pewnego rozdziału w życiu… a nawet nie. To zdecydowanie kwestia postawienia sobie takiego punktu odniesienia, pozwalającego na stworzenie porównań. Dzięki temu, taka idea nabiera logiczności i nie dotyczy tylko i wyłącznie elementu irracjonalnego. Nie pamiętam, czy kiedy po raz pierwszy na przełomie roku postanowiłam umieścić na tym blogu wpis z podsumowaniem, widziałam w tym podobny sens. Cieszę się jednak, że to zrobiłam – dzięki temu jestem w stanie trochę lepiej panować nad wspomnieniami.

Rok 2014 z założenia miał być o wiele spokojniejszy od poprzedniego. Nie wnosił zbyt wielu zmian do mojego życia – zdążyłam się już przyzwyczaić do studiów i życia z dala od domu rodzinnego. To pierwsze dodatkowo zupełnie wypełniło mój wolny czas – tym razem podczas wakacji musiałam wykonać dwie duże praktyki (budowlaną i ruralistyczną), więc nawet nie próbowałam wciskać w nie jeszcze jakiejś pracy na etacie. Wolałam skupić się na zleceniach graficznych, których w tym roku również nie trafiło mi się zbyt wiele – choć były o wiele bardziej interesujące i pochłaniające niż te z roku poprzedniego. W temacie grafiki, dołączyłam do studenckiego koła naukowego skupiającego się w tej dziedzinie. Nie jest to jakaś znacząca zmiana, ale uznałam, że jak już studiuję, to powinnam skorzystać i z tego typu atrakcji.

Ponieważ 2013 nie dał mi zbyt wiele wolnego czasu, 2014 stał się okresem nadrabiania kulturowych zaległości. Znalazło się kilka chwil na książki, filmy i gry, dzięki czemu nie żyłam 24 godzin na dobę w biegu. Nawet ostatecznie przekonałam się do seriali. Jedynie podczas sesji letniej postanowiłam ograniczyć do zera „marnowanie” czasu na kulturę, co okazało się zdecydowanie złym pomysłem.

Jak już pisałam, zdążyłam zupełnie przyzwyczaić się do życia w Gdańsku. To miasto ma taki przyjazny klimat, że już po roku mieszkania, przestałam się zastanawiać podczas odpowiedzi na pytanie: skąd jestem. Różne są definicje domu – ja jednak nie „wracam” do rodziców na święta, a do siebie od rodziców.

Krótka lista retrospekcji, czyli wpisy z roku 2014, które są w jakiś sposób ważne:

  • Jak utworzyć prawdziwie polską nazwę dla firmy? Lekko prześmiewczy wpis, który został przywitany niezwykle ciepło, nawet przez profesjonalistów.
  • Tworzenie – Moja pierwsza wystawa prac oraz przemyślenia dotyczące tworzenia, jakie wywołała.
  • Umierające miasteczka – Wpis o tym, co się obecnie dzieje z małymi miastami w Polsce. Dlaczego jest w nich coraz mniej osób, a średnia wieku z każdym rokiem podąża coraz szybciej w górę.
  • Przekulturowanie – Refleksja skupiająca się wokół tezy: a co, jeśli na świecie jest zbyt wielu twórców kultury?
  • Betonowy krajobraz – Spojrzenie na znany chyba wszystkim świat wielkiej płyty i małej estetyki.
  • Nieekskluzywność – Taka delikatna próba znalezienia jak największej liczby argumentów przeciwko teorii, że „cena znaczy jakość”.
  • 5 lat Nietransparentnie – Dotrwałam z tym blogiem już pół dekady. To chyba dostateczne potwierdzenie, że własna strona stała się nieodłączną częścią mojego życia.

W tym roku na Nietransparentnie pojawiło się w sumie 29 wpisów. To o wiele mniej niż w poprzednim, kiedy liczba ta wynosiła 45. Jestem jednak przekonana, że wiąże się to z wyraźną poprawą jakości – a przynajmniej chcę wierzyć, że tak jest.

O ile tradycję podsumowań utrzymuję, o tyle postanowień unikam. Życie jest za krótkie aby je marnować na bezskuteczne odchudzanie, a papierosów nie palę. Innym popularnym postanowieniem jest przeczytanie w ciągu roku 54 książek. Nie przeczytałabym tylu, nawet gdybym mogła na to poświęcić o wiele więcej czasu. Tydzień to dla mnie zdecydowanie za krótki czas na wycieczkę do świata jednej powieści. Poza tym – poganianie w czytaniu zbyt wyraźnie kojarzy się z lekturami szkolnymi. Chyba nie ma niczego równie zniechęcającego do literatury w ogóle. Nie widzę też póki co sensu w zdawaniu prawa jazdy ani w podejmowaniu ważnych, życiowych decyzji. Dobrze jest tak, jak jest teraz. Jedyne marzenie, jakie mam na ten rok, to dowolna podróż za granicę i kontakt z inną kulturą na żywo. Nie nastawiam się, bo rozczarowania znudziły mi się już w podstawówce. Zdecydowanie ważniejsze jest czujne wypatrywanie okazji i możliwości.

Ostatecznie, myślę, że ten rok będzie dość podobny do minionego. Częściowo wypełni mi go uczelnia, trochę kultura i wypoczynek, resztę poświęcę na tworzenie i próby zatrzymania ubytku zapasów finansowych na koncie. Mogę powiedzieć, że w poprzednim roku naprawdę korzystałam z życia. Nauczyłam się wiele i przeżyłam kilka naprawdę przyjemnych chwil. Niech 2015 będzie porządną dokładką.

Więcej

5 lat Nietransparentnie

Nietransparentnie – a wcześniej eV’s blog – powstało jako odskocznia. Nie z chęci przekazania czegoś światu, a w celu wyrzucenia tego z głowy zbyt ciasnej. A potem minęło pięć lat. Przez prawie ćwierć mojego życia towarzyszył mi ten blog, a był to tylko jeden z wielu – ten ostatni.

Blogi tak mocno zmieniły swoje znaczenie przez ten czas. Kiedyś osobiste pamiętniczki, teraz prawie portale lub serwisy internetowe. Z małych sklepików z refleksjami przekształciły się w galerie handlowe (a w niektórych przypadkach w podmiejskie targowiska). Nie uważam, że to źle. Świat idzie do przodu więc smutno by było tak nie dotrzymać mu kroku. Lepiej się dostosować.

Jednak mój blog się nie dostosował w pełni. Pisząc go, podążam zupełnie inną drogą niż coraz większy procent blogerów. Czytam o współpracy z firmami, o marce osobistej, o promowaniu… i nie mogę, nie potrafię tego odnieść do siebie. Przecież przez ponad połowę czasu tworzenia treści tej strony zachowywałam pozorną anonimowość. Brak nazwiska w nagłówku, zdjęcia przy każdym poście – to takie staromodne. A jednak chcę się izolować od tego co piszę; chyba dlatego, że piszę zbyt osobiście, za intymnie, w mieszance z wciąż sklejaną klejem do papieru pewnością siebie. I nie umiem kłamać.

Dowiedziałam się o tym, kiedy zachciało mi się wtopić w nową blogosferę. Kilka wysłuchanych prezentacji i zrozumiałam, na czym polega niepopularność mojego bloga. Jednocześnie upewniłam się, że nie chcę jednak go upowszechniać aż tak bardzo. Zwłaszcza takim kosztem.

Nie chcę pisać, że wiem co myśli połowa społeczeństwa, podczas gdy nie wiem. Wolę nie udawać, że już teraz mam informacje o czytelnikach bloga i wiem, jakich 10 rzeczy o jakimś zagadnieniu na pewno nie wiedzieli. Przez jakiś czas starałam się, aby moje posty były czytane, ale sprowadzało się to albo do wiecznego kasowania kolejnych akapitów, albo do upubliczniania czegoś, co w moich oczach nie było perfekcyjną wizytówką. Takie półśrodki chyba przyniosły więcej strat niż zysków – jednak chyba warto było spróbować pobawić się w prawdziwego blogera.

Tak, pobawić się – bo bloger powinien być pewny siebie. Nie używać określeń typu „myślę, że/przypuszczam„. To jego pałac, on tu jest szefem i każde słowo domyślnie należy traktować jako subiektywną opinię – nawet jeśli na taką nie wygląda. A ja tak nie mogę. Dla mnie czytelnik strony jest gościem i przypuszczam, że myślę, że nie chcę nim zawładnąć. Nie za pomocą słowa, które tak łatwo zniekształcić, zinterpretować inaczej. Albo wcale – bo jak ludzie czytają obecnie to przypuszczam, że myślę, że wie każdy. Nagłówek, obrazek, słowa wytłuszczonym drukiem i zjazd do komentarzy. Już wiem, jak będzie wyglądał Internet przyszłości i który z wymienionych w poprzednim zdaniu element będzie stanowił tę różnice pomiędzy nim a współcześnie najczęściej kupowaną prasą.

A ja za bardzo chcę po swojemu. Kamykami i patykami, żadnych prefabrykatów. Sklepik z refleksjami a nie moloch z wielkiej płyty – bo nie ma nic bardziej szczerego niż autohipokryzja. Pasuje do pięcioletniego prowadzenia własnego bloga przez osobę, której odpowiedzialność za coś bardziej typowego (zwierzaka, dziecko, osoby niższe rangą w jakiejś firmie) prawdopodobnie zgasłaby po tygodniu. Choć nie wiem i nie chcę sprawdzać. Nie dlatego, że się boję, a ponieważ nie chcę wpływać na cudze życie. Nie lubię zakładać rękawiczek, żadnego koloru. Niewygodnie się w nich pisze.

Niewygodnie się w nich pisze dużo.

Czy w pełni współczesny człowiek więcej pisze niż mówi? Od lat słyszę opinie, że wśród obecnych ludzi młodych sztuka pisania zanikła. Ja się z tym nie zgodzę i na pewno poprze mnie każdy, kto kiedykolwiek próbował coś znaleźć w archiwum dyskusji pisanej – nawet z jednej rozmowy! Nie jestem w stanie uwierzyć, że ktokolwiek przed epoką cyfryzacji był w stanie tym swoim piórkiem wybazgrać tyle słów, co teraz w Sieci nie robi na nikim wrażenia. To jeśli chodzi o ilość, a jakość… jakość jest pojęciem zbyt abstrakcyjnym do porównania.

Tekstami nieokreślonej więc jakości zasypywałam Internet przez pięć lat. Nie wiem, czy on tego chciał, ale tak właściwie to nie miał nic do powiedzenia. Cieszę się jednak, że to robiłam. Podczas gdy treści zaczynają się skupiać w pojedynczych miejscach, blogi wciąż pozostają ostoją niezależności. Jest niby ta winda w postaci profilu na Facebooku, jednak prowadzi ona do samotni. Może to właśnie jest tym najważniejszym czynnikiem wzrostu blogosfery – chęć posiadania takiego swojego kącika.

Mój kącik, z patyków i kamyków, trochę się rozrósł. Czasem go zaniedbuję, nie piszę całymi tygodniami; lecz bynajmniej nie zamierzam go skasować. Pomimo, że nie jest to już taki pamiętniczek jak kiedyś (i zdarza mi się tęsknić za tym swobodnym laniem wody, bez czytania przed publikacją i z myślą, że i tak nikt tego nie przeczyta), nie mogłabym się pozbyć tej… części mnie.

Na zakończenie, kilka zdjęć naprawdę pięknej jesieni w Gdańsku. Kiedyś znienawidzonej, obecnie mojej ulubionej pory roku.

Więcej