Tag: blog

Czas na zmiany

Być może widok, który pojawił się właśnie na Waszych monitorach, wprawił Was w niemałe zaskoczenie. Może zastanawiacie się, w jaki sposób w ogóle trafiliście na tę zupełnie nieznaną stronę. A może po prostu jesteście tu po raz pierwszy i nie wiecie jeszcze, że zaledwie kilka dni temu, mój blog wyglądał zupełnie inaczej.

Więcej

Wyjaśnienie

Pewnie nie uwierzycie, ale przez te grube cztery miesiące, kiedy nic nie pojawiało się na tym blogu, nie było dnia abym nie myślała o kolejnym wpisie. Ten czas był jednak tak intensywny, że jak tylko zaczynałam opisywać ostatnie wydarzenia, refleksje, obserwacje… miałam wrażenie, że tylko głaskam każdy temat, pomijając jego esencję. Szczególną trudność sprawia mi podsumowanie roku 2017, które jak dotąd doczekało się kilku wersji, z czego ani jednej satysfakcjonującej. Ani jednej, która w pełni oddałaby to, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku.

Semestr na Erasmusie to nie tylko nowe miejsce, nowi ludzie i kultura. To także ogromna nawałnica przemyśleń. To prawdziwe doświadczanie różnic kulturowych, zderzenie się z totalnie nowym światem. To nieustanne porównania – krajów, doświadczeń, możliwości. To myślenie o teraźniejszości, przyszłości ale i przeszłości. To, z jednej strony, żal, że dorastało się w beznadziejnych warunkach, co będzie owocować zawsze. To, z drugiej strony, szczęście że dostało się możliwość doświadczenia życia i studiowania we wspaniałym środowisku – radość, która okazjonalnie tylko zmienia się w smutek, kiedy do głowy wpada tzw. Impostor syndrome i poczucie, że nie się nie zasłużyło na tę przygodę. Te wszystkie myśli giną jednak w natłoku wrażeń, kumulowanych z powodu limitu czasu. Chciałam skorzystać z tego wyjazdu na 200%, uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach, organizować każdy dzień jakby jutro nie miało nadejść.

W końcu jednak ten czas minął. Powiedziałabym, że od teraz czeka mnie życie na kulturalno-edukacyjnym kacu, gdyby nie to, że tak naprawdę to dopiero początek przygód. Tak naprawdę to już nigdy nic nie będzie takie jak dawniej. W końcu to mój ostatni semestr studiów magisterskich na Politechnice Gdańskiej. Teraz czeka mnie egzamin, oddanie projektu, w międzyczasie praktyka i wreszcie – obrona przed komisją. Te kilka stałych punktów w kalendarzu stanie się tylko odniesieniami do pozostałych akcji, licznych wyjazdów, godzin spędzonych w autobusie czy na lotnisku. Wróciłam do Gdańska, ale nie wróciłam do domu. Moja definicja domu rozpadła się na kawałeczki, a obecność w tym mieście trudno mi traktować inaczej niż jako dłuższą wycieczkę. Podróż, aby spotkać się z promotorem, pozałatwiać formalności, a potem wrócić do bliżej nieokreślonego miejsca, w którym będę czuć się bezpieczna i szczęśliwa.

Wciąż nie mogę określić mojej relacji z Polską i patriotyzmem. Do tej pory wierzyłam, że patriotyzm sam w sobie nie jest zły, a nacjonaliści tylko przywłaszczają sobie to określanie, adaptując je do własnej filozofii. Coraz bliżej mi jednak do twierdzenia, że patriotyzm jednak z założenia prowadzi tylko i wyłącznie do zła, inspirując do działań przeciwko integracji kulturowej. Poza tym, dlaczego miałabym darzyć większym uczuciem dany kawałek świata tylko dlatego, że jakimś przypadkiem akurat na nim się urodziłam? Rozumiem, że chodzi o kulturę, wspomnienia związane z danym terenem, czy nawet jego zasoby które podczas swojego życia zdążyłam wykorzystać. Może powinnam być wdzięczna? Chyba nie będę.

Jestem i chcę być osobą mobilną, nie przywiązaną łańcuchem do żadnego miejsca, a jeśli już miałabym się gdzieś zadomowić na stałe, niech to będzie kraina wybrana przeze mnie ze względu na jej walory, komfort życia i piękno. Polska natomiast powoli staje się miejscem, w którym już można tylko protestować. Podstawowe prawa człowieka odbierane są jedno po drugim, miasta duszą się w smogu, ceny żywności równają się z tymi na Zachodzie, podczas gdy płace nie pozwalają ludziom wytrwać od pierwszego do pierwszego. Mogę wychodzić na ulice za każdym razem, raz ze świeczką, raz z wieszakiem… ale życie mam tylko jedno. W tym jednym życiu chcę być szczęśliwa, a teraz już wiem, że szczęście istnieje.

Na koniec tego krótkiego wpisu chciałabym tylko odpowiedzieć na kluczowe w tym momencie pytanie: co się będzie działo dalej z tym blogiem? Na pewno będę potrzebować silnego impulsu, aby wrócić do regularnego pisania. Ten blog powstał ponad osiem lat temu, a założyła go zupełnie inna osoba niż ta, którą teraz jestem. Pomimo tego, że coraz więcej osób odwiedzało moją stronę, droga jaką obrałam zaczęła zniechęcać mnie do pisania. Chciałam, aby każdy wpis był bardzo konkretny i bogaty w informacje, jak porządny artykuł z dobrej gazety. Zabrakło w tym jednak mnie i tego indywidualizmu, który tak naprawdę stworzył tego bloga. Szykujcie się na naprawdę duże zmiany. To trochę potrwa, ale będzie tego warte.

Więcej

Logo bloga – czyli czy moja strona też powinna mieć swoją twarz

Do tego, że blogi powoli stają się markami, a czasami nawet produktami, zdążyłam już się przyzwyczaić. Podpisywanie się imieniem i nazwiskiem pod swoim tekstem – coś co jeszcze parę lat temu uznane byłoby za nieodpowiedzialny ekshibicjonizm – stało się już normą. Do tego dochodzą strony, które przy otwarciu witają w nagłówku portretem blogera a czasem nawet jego pełnym nazwiskiem, występującym nawet i w adresie bloga. O tym, jaka nazwa jest odpowiednia do zatytułowania tego swojego kawałka Sieci powstało już mnóstwo poradników, tematów na forach czy wypowiedzi na fejsbukowych grupach. Teraz przyszedł czas na omówienie drugiej rzeczy identyfikującej danego bloga i ułatwiającej jego zapamiętanie odwiedzającym. Dzisiaj napiszę o logu bloga.

Czym jest logo bloga?

Spotkałam się nieraz z utożsamianiem tej nazwy z całym nagłówkiem strony – często dużym, prostokątnym obrazkiem, zawierającym nazwę, czasem także opis lub hasło i różnego rodzaju elementy graficzne. Logo rozumiane przeze mnie to natomiast znak, będący fragmentem nagłówka, ale występujący także jako symbol reprezentujący stronę w mediach społecznościowych i innych miejscach, gdzie informacja o blogu może się pojawić. Logo może składać się z obrazka (sygnet) lub tekstu (logotyp), albo może stanowić połączenie jednego i drugiego, w konkretnie zaprojektowanej konfiguracji.

Po co mojemu blogu logo?

Logo to znak reprezentujący stronę – jeśli jest charakterystyczny, to jego umieszczenie od razu wskazuje odbiorcy konkretnego bloga. Teraz w blogosferze popularne jest promowanie bardziej autora strony niż samą stronę – jednak nie można zapomnieć, że produkt bez marki zniknie a jego autor zostanie anty-anonimowym twórcą znanym z tego że jest znany. Promując równolegle bloga tworzy się rozpoznawalną nazwę w Internecie – co jest zdecydowanie warte poświęcenia części tego czasu, jaki przeznacza się na rozwijanie strony.

Dobrze zaprojektowany znak graficzny zapada w pamięć – czasem o wiele lepiej niż nazwa. Dzięki temu łatwo jest nadrobić słaby tytuł bez pomysłu. Ważne jest też to, że nazwę posiada każdy, bo w momencie jego zakładania trzeba nadać mu adres internetowy. Logo jest już mniej oczywiste, ponieważ wiele gotowych szablonów nawet nie przewiduje na nie miejsca. Z tego powodu wiele blogów nie posiada znaku graficznego – a co za tym idzie, decydując się na taki można zrobić ogromny krok w kierunku wybicia się z tłumu.

Logo to też przydatny element graficzny do wykorzystania wszędzie, gdzie chciałoby się wypromować bloga – jako awatar, podpis czy znak wodny na zdjęciu, miniaturka na liście blogów czy wreszcie na wizytówce blogera. Stworzenie prostego loga to bardzo mały wysiłek/koszt w stosunku do wartości, jaką może wnieść w rozwoju strony.

Logo bloga a logo czegokolwiek innego

Zanim zacznę opisywać, czym powinno się charakteryzować dobre logo, zaznaczę pewną różnicę pomiędzy znakiem graficznym strony internetowej a elementem identyfikacji wizualnej np. sklepu z ubraniami. Główną różnicą jest wykorzystanie takiej grafiki – o ile współczesne logo dla działalności gospodarczej powinno być uniwersalne w zastosowaniach poligraficznych i możliwe do wykorzystania w każdej potrzebnej formie, logo bloga może cechować się o wiele mniej restrykcyjnymi atrybutami. Bardzo rzadko się zdarza aby ktokolwiek grawerował znak graficzny bloga, drukował go na długopisach czy w formie neonu umieszczał nad oknem. Wersja czarno-biała loga też nie wydaje się mieć jakichkolwiek zastosowań poza pojedynczymi przypadkami kserokopii broszurek zawierających logo. Dzięki temu kilka wniosków nasuwa się automatycznie:

  • logo nie musi posiadać ograniczonej palety barw, może stosować gradienty i przeźroczystości
  • minimalizm przestaje być obowiązkiem – coś czego nie dałoby się wyciąć z blachy, w Internecie nie stanowi żadnej przeszkody – oczywiście pod warunkiem, że znak nie zmienia charakteru w dużo mniejszych wymiarach.

Tym, co natomiast łączy projektowanie loga dla strony internetowej i dla identyfikacji firm lub marek jest:

  • format wektorowy – aby grafikę można było dowolnie skalować bez utraty jakości
  • rozpoznawalność – czyli unikanie schematów, typowych rozwiązań czy fontów
  • umiar – nawet jeśli blog jest o wszystkim, to nie wszystko musi znaleźć się w logu
logo

Jak powinno więc wyglądać dobre logo bloga? Oto kilka najważniejszych kwestii:

Treść

Chyba najgorszą rzeczą jaką może zrobić ktoś szukający pomysłu na logo jest pooglądanie gotowych rozwiązań i „zainspirowanie się” pomysłem kogoś innego. W blogosferze wciąż i wciąż widzę powtarzające się schematy identyfikacji – tu jakieś ramki, tu podkreślenia, tu fonty stylizowane na ręcznie pisane. Jak się nie wie, jak powinno wyglądać logo, to najłatwiej jest wzorować się na innych – a to niestety prowadzi do powtarzalności i monotonii.

Zamiast tego proponuję wziąć do ręki długopis, położyć przed sobą kartkę i utworzyć mapę myśli odpowiadającą na pytania: z czym mój blog powinien być kojarzony, o czym chcę pisać, jaki charakter chcę nadać swojej stronie internetowej. Mapa myśli to luźne szukanie skojarzeń i powiązań pomiędzy poszczególnymi hasłami, tworzenie swojego rodzaju drzewka, z którego odchodzą coraz mniej związane z początkowym problemem słowa. Mapa myśli na potrzeby grafiki powinna być wzbogacona o rysunki, jak najwięcej rysunków – nawet niedokładnych i schematycznych. Pisząc „pies” narysuj obok sylwetkę zwierzaka, nawet jeśli twierdzisz że nie umiesz rysować. Grunt, aby widzieć kształt i wiedzieć, że chodzi o psa. W pewnym momencie obrazki zaczną się łączyć w pary, a te z kolei w kandydatów na potencjalne logo bloga.

Są też logotypy składające się z samego tekstu, ale to już trochę inny temat. W tym przypadku można pooglądać strony z fontami, ale najlepszą metodą jest stworzenie napisu od zera – zwłaszcza jeśli nazwa strony jest krótka. Pozwoli to uniknąć ślęczenia nad licencją kroju pisma i zastanawiania się, czy takie wykorzystanie jeszcze jest w porządku, czy już narusza jakieś prawa.

Forma

Jak już napisałam, minimalizm przestaje być koniecznością w przypadku projektowania loga służącego do użytku tylko w formie cyfrowej, czyli na przykład w nagłówku strony. Nie znaczy to jednak, że dobrą taktyką jest umieszczenie w znaku graficznym niezliczonych elementów, dekoracji i ornamentów. Kto by takie logo zapamiętał?! Logo musi być czytelne, rozpoznawalne i przede wszystkim zapamiętywalne. Aby sprawdzić, czy zaprojektowane logo takie właśnie jest, można na kilka sekund przedstawić je drugiej osobie i następnie zapytać, co zawierał zaprezentowany znak graficzny albo poprosić o narysowanie go. Jeśli w odpowiedzi usłyszy się „jakieś esy floresy” lub „totalną abstrakcję”, to z projektem jest coś nie tak.

Jeśli chodzi o kształt loga, to dobrze jest zaprojektować je w różnych konfiguracjach – sam sygnet (obrazek), sygnet z logotypem obok i sygnet z logotypem pod spodem. Jeśli logo jest długim napisem, to może przydałoby się wydobyć z niego np. jedną literkę, która stanowiłaby znak rozpoznawczy na mniejszych formatach? Logo może też występować z dodatkowym elementem typograficznym, taglinem, czyli hasłem, które nie musi być widoczne zawsze i wszędzie, ale na nagłówku strony jak najbardziej. Wtedy dobrze powinien wyglądać znak zarówno z taglinem jak i bez.

Rozmiar

Jest to coś o co najczęściej pytają osoby nie zajmujące się grafiką komputerową. Bloger powinien posiadać logo w wersji wektorowej, czyli najprościej mówiąc – zapisanej tak, aby w łatwy sposób można było je zarówno powiększyć jak i pomniejszyć, bez utraty jakości. Dobrze jest jeśli logo jest wciąż czytelne w pomniejszeniu do formatu favicony (16×16 pikseli – obrazek widoczny przy adresie strony internetowej w przeglądarce), oraz nie wygląda źle w dużym powiększeniu, na przykład do rozmiaru zajęcia całej przestrzeni ekranu.

Na blogu logo powinno zajmować znaczną część nagłówka i być widoczne na pierwszy rzut oka. Nie oznacza to jednak, że przy otwarciu strony ma być jednym elementem pojawiającym się na ekranie. Twarz strony jest ważna, ale nie zapomnijmy, że blog powinien mieć też ręce i nogi, a więc każdy odwiedzający powinien widzieć pod spodem treść, a w innym miejscu menu.

Kolorystyka

Niezależnie od tego, co powstało pierwsze – czy logo czy reszta szablonu strony, obie rzeczy muszą do siebie pasować. Decydując się na skorzystanie z gotowego szablonu najlepiej jest wybrać albo taki, który już posiada docelową paletę barw, albo łatwo ją dopasować do loga, albo charakteryzuje się uniwersalnym minimalizmem, czyli czarny tekst na białym tle, co da się uzupełnić każdym logiem o pasującym charakterze (czyli raczej nie ciężkie i grube logo wiszące nad delikatną, lekką treścią).

Czerń i biel to nie-kolory nieśmiertelne, które tak na dobre nigdy się nie znudzą, ale wykorzystywanie ich jako kolorystyki bloga nie zawsze jest dobrą decyzją. Rezygnacja z zapamiętywalnego koloru może odbić się na działaniu loga. Z tego powodu warto wybrać sobie dominującą barwę, która wystąpi także w elementach szablonu (na przykład w tytule wpisów czy stopce). Dodatkiem może być drugi, uzupełniający kolor, nawet kontrastujący z pierwszym wybranym. Przy szukaniu odpowiedniej kolorystyki można użyć aplikacji typu Kuler lub ręcznie wymieszać sobie barwę na palecie dowolnego programu graficznego. Osobiście preferuję wykorzystywać te metody niż stosować gotowe kolory z różnorakich list. Szukając barwy samodzielnie mam o wiele większą pewność, że identyczna nie wystąpi na innym blogu.

Podsumowanie

Zaprojektowanie jakiegokolwiek loga to dobra metoda aby wyróżnić bloga w trochę inny sposób, jednak tylko solidny projekt może przynieść pożądany efekt. To co wypisałam powyżej to tylko podstawowe informacje, jakie powinna mieć osoba zabierająca się za projektowanie znaku graficznego. Jeśli już teraz wydaje Ci się to zbyt dużą i problematyczną liczbą informacji, warto rozważyć zamówienie loga u projektanta zajmującego się tym na co dzień. O ile wykupienie domeny, hostingu i szablonu jest dla blogerów oczywistością, z zadbaniem o identyfikację wizualną powinno być podobnie.

Przykłady dobrego loga w polskiej blogosferze

logo

Lupus Libri
Piękny blog o pięknych książkach i komiksach powinien mieć piękne logo. Powyższy znak został tak zaprojektowany, aby przedstawiać jednocześnie książkę oraz głowę wilka (lupus). Forma jest minimalistyczna, korzystająca z jednej grubości linii, a mimo to logo jest rozpoznawalne i charakterystyczne.

logo
logo

malinki
Malinki były początkowo serią wpisów na blogu Kłosińskiego, jednak w pewnym momencie zyskały własną stronę i stały się moim ulubionym zbiorem inspirujących linków w Internecie. Znak bazuje tylko na typografii, a tym co wskazuje na tematykę strony jest podkreślenie jednoznacznie kojarzące się z odnośnikiem. Logo posiada drugą wersję na potrzeby mniejszych wymiarów, w tym zdjęcia profilowego na Facebooku. Tutaj istotna jest także kolorystyka – dość nietypowe, kontrastowe zestawienie granatu i pomarańczy.

logo

BLOKBLOG
Przykład, że za pomocą czerni i bieli da się stworzyć ciekawe logo. Sygnet to z jednej strony blok, a z drugiej litera B. Jeśli chodzi o formę, to jej główną cechą, w przeciwieństwie do poprzednich przykładów, jest rozróżnienie grubości liter, powtórzone później także w nazwie bloga.

logo

Yzoja
Proste logo składające się jedynie z pierwszej litery nazwy. Początkowo może się wydawać, że nic nie mówi o danym blogu i nie przedstawia jego treści, jednak jeśli napiszę, że tematem bloga Yzoji oprócz książek i filmów są artykuły papiernicze oraz sztuka pięknego pisania, to nagle ten przesunięty kolor czerwony zaczyna nabierać znaczenia.

logo

Troyann
To jest po prostu przykład dobrego loga – takiego, które łatwo zapamiętać lub narysować. W tym przypadku warto przyjrzeć się, jak starannie został dobrany font do sygnetu – jest czytelny i choć nie dominuje w logu, nie odchodzi gdzieś na dalszy plan.

logo

Qrkoko
Logo kojarzące się od razu z rękodziełem, czyli tematyką bloga Qrkoko. Przedstawia zmodyfikowaną literę Q – a tak naprawdę koło oraz kształt misia przedstawiony w przestrzeni negatywnej znaku, czyli wycięciu z tego koła. Misia z krawacikiem.

logo

Zwierz Popkulturalny
Przykład loga, które niczego nie udaje – mamy logotyp, mamy Zwierza, całość przedstawiona jest w bardzo sympatycznej formie i kolorystyce. Zastosowanie „dymka” nawiązuje do popkultury, ale wskazuje też, że autorka ma coś do powiedzenia. Kolory użyte w logu powtarzają się w szablonie strony i dzięki temu blog wygląda naprawdę estetycznie.

logo

Bobrownia
Przykład, kiedy bloger miał pomysł i własnymi siłami go zrealizował. Głównym tematem strony są gry, a więc mamy pada – tutaj umieszczonego wewnątrz bobrzego ogona. Brak kolorów dodaje uniwersalności.

logo

Za biedni na sushi
Przykład bazujący na kolorystyce – wyborze nietypowej barwy różu w zestawieniu z uniwersalną czernią i bielą. Forma jest o wiele mniej istotna, choć jednoznacznie przedstawia japońską potrawę, nawiązując do nazwy.

logo

Zapętlone
Śmiałe zestawienie eleganckiego sygnetu z ręcznie napisanym logotypem tez czasem może się sprawdzić – zwłaszcza kiedy obie rzeczy często występują oddzielnie. Dzięki zachowaniu wspólnego koloru dla obu elementów, logo Zapętlone jest bardzo spójne.

To było 10 przykładów, które jako pierwsze przyszły mi na myśl w temacie dobrego loga w blogosferze. Prawdopodobnie pominęłam bardzo wiele ciekawych znaków graficznych. Jakie są Wasze ulubione loga blogów? A może chcecie pochwalić się własnym projektem, który Waszym zdaniem jest ciekawy i dobrze wykonany? Zapraszam do podzielenia się w komentarzu.

Więcej

JWB: Pomarańcz

Ostatni temat z Jesiennego Wyzwania Blogowego, „pomarańcz”, był dla mnie zdecydowanie najtrudniejszy do interpretacji. Nigdy nie lubiłam tego koloru, był dla mnie o wiele mniej naturalny niż na przykład różowy, który występuje na płatkach wielu kwiatów. Rośliny o pomarańczowej barwie o wiele rzadziej można spotkać na łące, natomiast częściej w doniczkach i przydomowych ogródkach. Nawet owoce tego koloru, głównie cytrusy, sprowadzane są z krajów o zupełnie innym klimacie. W świecie fauny również ten kolor nie stanowi częstego zjawiska – kojarzy się ze zwierzakami, które wskazuje się palcem, „patrz, lisek / wiewiórka!”. Możemy szukać pomarańczy, patrząc w niebo o zachodzie słońca – choć i wtedy jest to zjawisko, które łapie spojrzenia, sprawia wrażenie pewnej odmienności. Ostatecznie, światło lamp ulicznych potrafi tworzyć nocą oranżową smugę i w tym kolorze podświetlać okoliczne budynki – nie jest to jednak kolor lokalny, a jedynie czasowe zabarwienie. Wyciągam więc wniosek: pomarańcz nie jest typowym kolorem w Polskim krajobrazie.

W architekturze dość trudno znaleźć przykłady czysto pomarańczowych budynków, nawet za granicą. Na pewno nie określiłabym tym kolorem większości odcieni cegieł – pomarańcz to kolor zdecydowanie jaskrawy, soczysty – na podobne barwy wymyślono już wiele innych nazw (ugier, złoto, miodowy, ochra, koralowy, brzoskwiniowy itp.). Budynek tego koloru z całą pewnością wyróżniałby się z otoczenia, stanowił akcent, albo nawet dominantę. Taki efekt jest pożądany w przypadku obiektów mających spełniać funkcje reprezentatywne. Niestety łatwo popaść w skrajność i zbudować coś, co w przyszłości trafi na listę Makabryły, a dla okolicznych ludzi stanie się symbolem brzydoty. Gdańszczanie z całą pewnością wymienią jeden szpetny budynek, który „pomarańczowieje” na oczach.

Udało mi się znaleźć, na szczęście, kilka naprawdę ładnych budynków lub budowli, gdzie zastosowanie takiego koloru jest zdecydowanie wartościową cechą:

A jak wyglądałyby istniejące, słynne obiekty, które zaprojektowano jako białe, gdyby „pomalować” je na pomarańczowo? Oto kilka przykładów:

Villa Savoye in Poissy – Le Corbusier, 1931
Oryginalne zdjęcie: Valueyou

Katedra Matki Bożej z Aparecidy w Brasílii – Oscar Niemeyer, Gordon Bunshaft, 1970
oryginalne zdjęcie: Ugkoeln

Opera w Sydney – Jørn Utzon, 1973
oryginalne zdjęcie: Steve Collis

Run Run Shaw Creative Media Centre – Studio Daniel Libeskind & Leigh and Orange Ltd, 2011
Oryginalne zdjęcie: Citychu5

Heydar Aliyev Cultural Center w Baku – Zaha Hadid, 2012
Oryginalne zdjęcie: Interfase

Moim zdaniem, powyższe budynki stały się dość agresywne w odbiorze, wręcz atakujące. Straciły wiele z pierwotnej delikatności i harmonii na korzyść totalnego wyróżnienia się z otoczenia. To, co mogę za to stwierdzić – po takiej przemianie wciąż pozostały niezwykłymi budowlami i zdecydowanie daleko im do kiczu.

Słowo klucz: POMARAŃCZ. Serię Je­sien­ne­go Wy­zwa­nia po­sta­no­wi­łam po­świę­cić prze­my­śle­niom zwią­za­nym z moimi do­świad­cze­nia­mi i za­in­te­re­so­wa­nia­mi. Jest to już ostatni wpis tego cyklu. Zapraszam do przeczytania poprzednich postów, aby dowiedzieć się, jak zinterpretowałam hasła: WSCHÓD, SZARO, JESIEŃ.

Więcej

JWB: Jesień

Jak bardzo nowa sytuacja życiowa i nieustanne zmiany mogą zamieszać w światopoglądzie człowieka? A może to po prostu dojrzewanie, doświadczanie coraz to nowych rzeczy i widoków, miało większy wpływ na zmianę podejścia do wielu spraw. Dzisiaj będzie o jesieni wieku – czymś, co jeszcze niedawno, zaraz obok pająków, porodów i otwartych ran mieściło się w grupie moich niezbyt licznych fobii. Nie było tam natomiast śmierci.


Zdjęcia do tego wpisu pochodzą z Parku Oliwskiego. Ich autorem jest jesień, ja tylko nacisnęłam przycisk.

Koniec życia wydawał mi się jeszcze parę lat temu czymś naturalnym, normalnym. Kiedyś wszyscy umrzemy, tak jak większość osób, która urodziła się przed nami. Jeśli jeszcze będziemy mieli szczęście, to zdarzy się to w sposób szybki i w miarę bezbolesny. Co będzie potem? Wszystko jedno – czy Niebo, czy piekło, czy to w co ja wierzę – czyli w powtórkę z rozrywki stanu, w jakim się było przed urodzeniem. Stanu Nieistnienia.

Starość natomiast – tego bałam się chyba najbardziej. Czasu, kiedy nie będę w stanie sama załatwić potrzeb fizjologicznych, nie będę pamiętać większości zdarzeń (już teraz muszę wszystko zapisywać), a dla ludzi, za wyjątkiem rówieśniczek, przestanę istnieć. Że będę tą osoba, której z powodu litości – a nie uprzejmości – trzeba ustąpić miejsca w autobusie. Najbardziej jednak w jesieni wieku przerażały mnie naturalne zmiany w hierarchii ważności. Tak jak w wieku parunastu lat wyrzuca się misie i zabawki, tak ja w nieustannie nadciągającej przyszłości miałabym wyrzucić cele, marzenia i ambicje. Schować się pod kocem i oglądać telenowele na Polsacie, zastanawiając się nad tym, co słodkiego by upiec na święta za 2 miesiące. Jeszcze parę lat temu miałam nadzieję, że do mojej starości eutanazja stanie się dozwolona w tym kraju i pozwoli mi darować sobie ten straszny czas. Kilka instytucji na pewno ucieszyłoby się z takiego biegu zdarzeń.

Nie wiem, kiedy nastąpiła zmiana, ale teraz kompletnie nie mogę zgodzić się z przemyśleniami powyżej. Gdyby nie to, że wiecznie wszystko zapisuję, być może zapomniałabym jak bardzo bałam się starości, a jak obojętną była mi śmierć.


W przeciwieństwie do wiosny, lata a nawet zimy – jesień nie ma wyraźnego zapachu. Całe piękno tej pory roku skupia się na wrażeniach estetycznych.

Myślę, że brakowało mi w życiu przykładów pięknej jesieni życia. Nie znałam ludzi, którzy mimo późnego wieku wciąż stawiali sobie nowe cele, realizowali je i spełniali marzenia. A te nie dotyczą tylko sportów ekstremalnych i ostrych potraw – jest tyle różnych ciekawych czynności, które wciąż można wykonywać pod koniec życia. Co więcej, przez te kilkadziesiąt lat, jakie mi jeszcze zostały (nie wykluczam, że coś mnie nie zabije gdzieś po drodze – po prostu tego nie zakładam) na pewno technologia rozwinie się do tego stopnia, że życie osób z różnymi utrudnieniami ruchowymi stanie się o wiele wygodniejsze niż dotychczas. Już teraz obserwuję, jak osoby niedowidzące posługują się specjalnymi telefonami, intuicyjnymi w obsłudze, a ułatwiającymi życie w mieście. Samo projektowanie przestrzeni w ostatnich latach przyjęło sobie za cel dostępność miejsc publicznych dla każdego, niezależnie od jego mobilności. Życie jest coraz łaskawsze dla osób powoli się z nim żegnających, wydaje się nie chcieć zachować po sobie samotnej szarości jako ostatniego wspomnienia.

Jeszcze jedną rzeczą, która mnie kiedyś zniechęcała do starości jest to wieczne mówienie, co wypada a co nie. Starsza pani powinna ubierać się z klasą, tylko w stonowane kolory, nie jest mile widziana w kinie, zwłaszcza na filmie targetowanym do młodszego widza; jej miejsce jest w przychodni zdrowia, w kościele albo w domu przed telewizorem… tylko że: czy ja się słucham „głosu tłumu”? Nawet teraz wiecznie słyszę, że kobieta powinna chodzić w szpilkach, mieć co najmniej jedną „małą czarną” w szafie, a w przerwach i w każdej możliwie wolnej chwili nieustannie poprawiać sobie makijaż. I potrafię te porady bez większego zastanowienia wrzucić do jednego śmietnika z całą resztą bełkotu specjalistów od cudzego życia. Czy parędziesiąt więcej lat na karku odebrałoby mi tą umiejętność i kazało z pokorą podporządkować się temu, co myślą inni? To chyba mało prawdopodobna odmiana w moim antykonformistycznym do tej pory życiu, gdzie byłam hipsterem jeszcze zanim to było popularne i zawsze starałam się tak dla zasady zrobić coś innego niż inni (dopiero ostatnio mi nie wychodzi i zgodnie ze współczesną tendencją poszłam na studia).

A może nigdy się nie zestarzeję – tak jak po paru latach od otrzymania dowodu osobistego, a potem świadectwa dojrzałości, nadal nie czuję się dorosła. Może kiedyś, w napływie nostalgii, znajdę gdzieś w odmętach piwnicy zakurzony komputer, ten o dziwo wciąż będzie jeszcze działać… włączę go i ze łzami w oczach odpalę jedną z ulubionych gier, spędzając na wspominaniu całe popołudnie.

Jakakolwiek nie będzie moja starość – przyjmę ją. I teraz wierzę, że stanie się przedłużeniem mojego życia, a nie jakąś transformacją w poczwarkę.

Słowo klucz: JESIEŃ. Serię Jesiennego Wyzwania postanowiłam poświęcić przemyśleniom związanym z moimi doświadczeniami i zainteresowaniami. Jesień to pora refleksji, spojrzenia na to co było – w końcu niedługo nowy rok, trzeba coś zamknąć, coś podsumować. A tu wciąż do głowy wracają kolejne wspomnienia, czasem łączące się ze sobą w dość nietypowy sposób i tworzące nowe wnioski.

Więcej

JWB: Szaro

Krótka obserwacja pozwoliła mi stwierdzić, że artyści kochają czerń, a architekci biel. Ja natomiast uwielbiam szarość, niekolor praktyczny, uniwersalny i przede wszystkim pozbawiony skojarzeń, które nie pasowałyby do mojej osoby. No może poza „barwą” betonu – materiału symbolicznie oznaczającego stałość, konserwatyzm, sztywność i surowość. Dzisiaj chciałabym przedstawić krótki tekst o tym materiale – jako że sama zmieniłam opinię na jego temat na o wiele bardziej pozytywną.

Zanim zaczęłam studiować, nie rozumiałam, dlaczego tak wielu architektów ubóstwia ten smutny, szary, materiał – coś, co mi kojarzyło się z pokruszonymi chodnikami, blokami kopiuj-wklej z wielkiej płyty, z dzielnicami o których powstają hip-hopowe piosenki i smutne wiersze. Nie rozumiałam tworów brutalizmu, surowych budowli, tak różnych od uwielbianych malowniczych domków ze skośnymi dachami i firankami w oknach. Być może była to kwestia małej wiedzy, niewyrobionego gustu, zbyt płytkiej analizy – teraz nie widzę już w estetyce betonu swojego wroga. Zaprzyjaźniłam się z nim, kiedy wykorzystałam elewację z betonu architektonicznego w swoim ostatnim dużym projekcie. Sa to cienkie płyty, które mogą występować zarówno jako gładka, jednolita powierzchnia, jak i fakturowana struktura, o dopasowanej formie (a nawet kolorze!) do konkretnego projektu. Beton nie musi być zakrywany czymś innym – to on może być elementem stanowiącym o estetyce danej budowli.

Zwłaszcza, że współczesny beton, dzięki najnowszym technologiom, może nabywać rozmaite formy, ale przede wszystkim cechy. Są na przykład betony przezierne (przepuszczające światło), są betony samozagęszczalne i samooczyszczające się. Są betony chłonące wodę. Najnowszy beton ciągliwy ułatwia tworzenie obłych form. Beton, mogący pełnić funkcję izolacji cieplnej (autoklawizowany beton komórkowy) za parę lat będzie już wiekowym rozwiązaniem. Obecnie betonowe budynki mogą być tworzone w technologii druku 3D, w mniej niż jeden dzień. Beton jest „sztucznym kamieniem”, do którego struktury można domieszać inny materiał – niekoniecznie tworząc tym „nagrobkowe” lastriko.

Najzwyklejszy beton, w swoim typowym szarym kolorze i regularnej fakturze, też ma swoje atuty. W projektowaniu wnętrz świetnie się sprawdza jako tło, w którym można umieścić akcent kolorystyczny – ale także pasuje do spokojnych, „refleksyjnych” przestrzeni, z jasnymi meblami, białymi ramkami na zdjęcia i pastelowymi tkaninami. Delikatny „wzorek” powierzchni betonu może harmonizować zarówno z wyraźnym deseniem, jak i z jednolitymi powierzchniami; może też stanowić element spajający, łagodzący kontakt pierwszego z drugim. Dobry beton jest materiałem czystym, minimalistycznym, bardzo eleganckim. Kojarzy mi się z drogim, fakturowanym papierem, bez żadnego wzoru, ale wyraźnie przedstawiającym swoją jakość.

Czy beton może się znudzić? Myślę, że tak – choć tylko jeśli będzie występował w pojedynkę. Tak jak drewno czy cegła, obecnie wprowadzane do projektów miejscami, na jednej ścianie albo piętrze. Zarówno wybór drugiego (trzeciego i następnego) elementu elewacji, jak i zakomponowanie ich w przestrzeni, dają tak wiele możliwości, że naprawdę nie sądzę, że jeśli beton zniknie z architektury, to na pewno nie będzie to z powodu znudzenia jego wyglądem.

Przykładowe piękne budowle z betonu:

Te przykłady pokazują, że materiał taki jak beton może być wykorzystany w celu stworzenia akcentu w przestrzeni, ale także jako sposób utworzenia harmonii z otoczeniem. To, jaki charakter przyjmie taka elewacja zależy już tylko od koncepcji architekta. Jak mogłam wcześniej nie doceniać tak uniwersalnego materiału?

Słowo klucz: SZARO. Serię Jesiennego Wyzwania postanowiłam poświęcić przemyśleniom związanym z moimi doświadczeniami i zainteresowaniami. Jesień to pora refleksji, spojrzenia na to co było – w końcu niedługo nowy rok, trzeba coś zamknąć, coś podsumować. A tu wciąż do głowy wracają kolejne wspomnienia, czasem łączące się ze sobą w dość nietypowy sposób i tworzące nowe wnioski.

Więcej

JWB: Wschód

W ciągu ostatnich lat całkowicie zmieniło się moje podejście do sztuki. Po tym, jak zakończyłam naukę w liceum plastycznym i obrałam drogę idącą bardziej w stronę techniki (bo studia architektoniczne to przecież i budownictwo, i konstrukcje, i mechanika – nawet jeśli każda dziedzina w podstawowym zakresie), umniejszyło się we mnie poczucie pewnej sakralności dzieła plastycznego i zatarła granica, za którą pewne prace zaczyna się nazywać kiczem. Być może z punktu widzenia kogoś z ASP moja postawa wygląda jak swego rodzaju bunt albo ujście rozczarowania – ja jednak czuję, że wypracowanie sobie niezależnego zdania w temacie sztuki to osiągnięcie niezwykle cenne i w pewnym sensie dorosłe.

Z tamtych czasów pamiętam te niepojedyncze przypadki, gdy ktoś przynosił na malarstwo jakiś wymalowany w pocie czoła po nocach wschód słońca i jak wyglądała zmiana na jego twarzy po usłyszeniu oceny profesora. Nigdy nie zapomnę, jak na „temat dowolny” znajomy z klasy wyrysował przepiękny pejzaż nocny z jakimś domkiem na urwisku i kiedy świat na chwilę wstrzymał oddech, gdy nauczyciel od malarstwa brudną szmatą rozmazywał węgiel na tej kartce, „bo za mało mięsa”. Nie zliczę też, ile razy jako szczyt największej porażki życiowej przywoływane było rozstawienie swoich obrazów na Bramie Floriańskiej w Krakowie. Ja naprawdę kiedyś chciałam kontynuować ten wyścig zgodności z wymogami, wydawałoby się jeszcze mniej logicznymi niż te z Dziennika Ustaw?

Wydaje mi się, że potrzebowałam czasu, pozwalającego spojrzeć na rozwój sztuki z trochę dalszej perspektywy. Dwa lata studiów na architekturze – gdzie przedmioty plastyczne oczywiście występują, ale jako uzupełnienie, w celu rozwoju wyobraźni i wyczucia estetyki – pozwoliły mi doskonale zrozumieć, że zdecydowanie nie mogłabym zasilić tej jednomyślnej masy, po prostu do niej nie pasując.

Bo czym jest dla mnie sztuka, jaka jest jej funkcja w obecnym świecie? Zabrzmię mało romantycznie, ale obecnie jej główne cele mogę podzielić na trzy grupy:

  • estetyczną, dekorującą otoczenie, polepszającą jakość życia ludzi mających z nią do czynienia poprzez zapewnianie im wrażeń wizualnych
  • walutową – zwłaszcza przy dziełach drogich, które z czasem mogą zyskać albo stracić na wartości i porządnie namieszać w kieszeni kolekcjonera
  • edukacyjną lub światopoglądową, czyli wyrażającą pouczenie (często moralne) odbiorcy

Pominęłam tutaj całą kulturę popularną, a także sztukę internetu, od porządnych fanartów na krzywych i prostych lub prostackich memach skończywszy. Skupmy się na sztukach plastycznych, jakich się naucza w obecnych czasach – rysunku i malarstwie, rzeźbie, różnorakich kompozycjach czy instalacjach i tak dalej.

Biorąc pod uwagę, że zaliczenie sztuki do drugiego podpunktu może wystąpić tylko ze strony odbiorcy (nawet jeśli artysta „umie się sprzedać”), natomiast trzecia funkcja staje się wtórna i na ogół wygrywają twory prezentujące myśl ogółu, najczęstszą rolą sztuki przeciętnego artysty będzie tworzenie wyrazu piękna, do zawieszenia na ścianie w przedpokoju. Dawnych potrzeb upamiętniających (zapewnionych przez fotografię) oraz informacyjnych (media i internet) już w sztuce prawie nie ma – no chyba, że liczy się pojedyncze, mało istotne portrety. Na mojej liście nie znajduje się także sztuka dla sztuki – i to stwarza mój problem, który właśnie opisuję.

W sztuce dekoracyjnej bardzo łatwo stworzyć coś, co przez znawców zostanie nazwane kiczem. Popularne wzory, kwiatki, czaszki, pędzące konie, wschody i zachody słońca czy obrazki z okładek książek popularnie nazywanych kobiecymi – z rysunkami tego typu lepiej nie pokazywać się w artystycznych środowiskach. Za to w gronie prostych ludzi jak najbardziej! Przecież to jest to, co zwykły człowiek umieściłby na ścianie nad półką z pamiątkami-figurkami. Takie miejsce nie przyjęłoby natomiast budzącego niepokój dzieła ni-to-aktu ni abstrakcji.

Lubię sztukę kiczową. Może nie w całości, bo wciąż nie mogę się przekonać do obrazków wykonywanych w 5 minut sprejem na cienkich blaszkach. Doceniam natomiast starania osób, które nie chcą stworzyć czegoś na siłę artystycznego, natomiast dążą do ucieszenia prostego odbiorcy. Rozumiem piękno powtarzalnych tematycznie obrazków, które przecież i tak nie są między sobą identyczne. Zwłaszcza, że biorąc pod uwagę liczbę ludzi, twórców, na świecie – nigdy nie można być pewnym swojego nowatorstwa.

Na proste twory jest miejsce w kulturze. Nawet dzięki nim sztuka zwana „wysoką” może zyskać, mając odpowiednie tło, z którym będzie musiała wytworzyć kontrast, aby zostać docenioną – przez co będzie stawała się lepszą.

Mój problem ze sztuką jest taki, że w kontekście współczesnego świata, spłyciłam ją do funkcji bycia ładną – i w ten sposób chcę tworzyć. Oczywiście inaczej odnoszę się do prac dawnych mistrzów. Uważam, że zarówno nowożytne próby idealnego przedstawienia rzeczywistości jak i modernistyczne szokujące twory, były potrzebne w swoim czasie.

Ten wpis powstał w ramach Jesiennego Wyzwania stworzonego przez Mocną grupę Blogerów. Jest to moja krótka refleksja związana ze słowem WSCHÓD i w podobny sposób zamierzam potraktować pozostałe trzy tematy.

Więcej

Przenosiny

starylej

To musiała być dokładnie przemyślana decyzja, zwłaszcza dla kogoś, kto widząc pędzący tłum, kieruje się w inną stronę. Rozważania za i przeciw były długie, choć bez tego niewielkiego współczynnika jakim jest lenistwo, na pewno już dawno oglądalibyście mojego bloga w takiej odsłonie, na jaką właśnie patrzycie.

Do tej pory nietransparentnie.pl było obsługiwane przez silnik Joggera. Jest to polska platforma blogowa, dająca wiele możliwości (własny szablon, domena) i zintegrowana z XMPP. Zanim rozpopularyzował się Disqus, niezwykle przydatnym było dostawanie powiadomień na komunikator. Jogger też nie wymaga wiele. Być może to kwestia przyzwyczajenia, ale wydaje mi się platformą bardzo logiczną. Pisanie postów w HTMLu, bez śmiesznych generatorów treści, szablon uproszczony maksymalnie, do samego htmla i cssa, ostatecznie javascriptu, nie mówiąc już o prostocie samego postawienia nowej strony. Nie uciekłam z Joggera z powodu jego wad; zrezygnowałam dlatego, że na WordPressie można więcej.

Więcej

Cerber Movie Week 2014

2014 nie był dla mnie rokiem oglądania filmów. Zdecydowanie więcej wieczorów pochłonęły seriale, co stało się dość znaczną zmianą w moim życiu. Zostałam jednak zaproszona do wzięcia udziału w akcji Cerber Movie Week, polegającej na tym, że blogerzy wybierają film kończącego się roku.

Ja mam swój typ. Tytuł na który wyczekiwałam od pierwszej pogłoski i na który nawet udało mi się wybrać do kina, pomimo kryzysu w portfelu i kalendarzu. Ponieważ regulaminowo powinnam wytypować 3 filmy, dodam jeszcze tytuły, które obejrzałam i uznałam za dobre – choć nie stały się dla mnie arcydziełami. To razem daje jeden naprawdę angażujący tytuł i dla równowagi dwa na rozluźnienie po ciężkim dniu.

 


1. Interstellar

Tak jak pisałam – na ten film wyczekiwałam długo, chyba okrągły rok. Uwielbiam twórczość Nolana i nie widziałam jeszcze jego dzieła, które by mi się nie spodobało. Miałam więc duże oczekiwania wobec tego tytułu i z całą pewnością mogę powiedzieć, że się nie zawiodłam.

Film był długi, ale na to liczyłam. Na trzy godziny regularnego dawkowania akcji – takiej narastającej i z nieoczywistymi wątkami. Celowo nie czytałam wcześniej żadnych zapowiedzi ani opisów. Chciałam mieć przed sobą jedną wielką tajemnicę. Interstellar pokazał mi niemożliwe i zaopatrzył to pięknymi obrazami. Pozwolił naprawdę oderwać się od rzeczywistości i na chwilę pomyśleć kategoriami „a co jeśli…”. Dodam jeszcze, że sama ścieżka dźwiękowa wciska widza w fotel.

Myślę, że najgorszym, co spotkało ten tytuł jest późniejsza analiza treści w mediach społecznościowych. Na mnie ten film podziałał jak głęboka impresja, pozostająca w umyśle i pozwalająca na chwilę przestać się skupiać na szarej codzienności. Niektórzy jednak na siłę próbowali wyszukać w nim mądrości i przesłania, wszczynając wojnę z absolutnymi przeciwnikami jakichkolwiek morałów. Przez to wiele razy zdarzyło mi się zobaczyć w Internecie opinię, że Interstellar jest płytki, z czym absolutnie się nie zgodzę.


2. Zrywa się wiatr

Ostatni film Hayao Miyazakiego, niektórzy twierdzą, że najlepszy. Nie potrafię się z tym zgodzić. Obejrzałam większość tworów tego pana i niestety moich faworytów nie przebił. Nie twierdzę jednak, że to zły film. Wręcz przeciwnie – jest to relaksująca baśń typowa dla tego reżysera, z oczywiście przepiękną animacją i muzyką skomponowaną przez nikogo innego jak Joego Hisaishiego. Klimatem było to dla mnie czymś pomiędzy Grobowcem Świetlików a Podniebną Pocztą Kiki.

Miyazaki tym razem przedstawił świat realistyczny oczami bohatera-marzyciela. Tłem akcji były czasy wojenne, podczas których główny bohater został cenionym inżynierem lotnictwa. Nie chciałabym tutaj za bardzo spoilować, jednak dla mnie postać ta wbrew przedstawieniu wcale nie była taka pozytywna. Jirô żył w swoim świecie, przez co przez większość czasu był zupełnie ślepy na los innych, nawet najbliższych. Do teraz biję się z myślami, w jaki sposób traktować tego bohatera.

Zdecydowanym plusem tego filmu było przedstawienie przedwojennej Japonii, bez oceny, bez podziału na dobro i zło. Obraz ten oczywiście był dopracowany do perfekcji – i to w sposób, jakiego nie wyobrażam sobie w żadnym tworze aktorskim.


3. Strażnicy Galaktyki

Raczej unikam filmów z gatunku superbohaterskich. Wydaje mi się, że wiele z nich oferuje o wiele mniej niż ich pierwowzory na papierze. Do X-Menów filmowych szczególnie nie mogę się przekonać, a Avengersów nie widziałam do dziś. Strażników Galaktyki obejrzałam zupełnie przypadkiem, długo po premierze. Nastawiłam się raczej na pustą akcję i mnóstwo efektów specjalnych i w sumie dokładnie to dostałam. Dlaczego jednak typuję ten film do Cerber Movie Week?

Ze względu na humor i postacie. Chociaż w przypadku większości wątków z prawie idealną precyzją przewidywałam, co się wydarzy, filmowi zawsze udawało się przekabacić tę naiwność na swoją korzyść. Ten taki rodzaj dowcipu, kiedy słyszysz w głowie puentę, ale dopiero gdy wydobywa się ona z ust opowiadającego, nie możesz powstrzymać śmiechu. Jeśli dodać do tego naprawdę barwnych i zdecydowanie dających się lubić bohaterów, to nie sposób nazwać takiego filmu nudnym.

Tytuł nie wywołał we mnie większych emocji, jednak zapewnił rozrywkę na jeden wieczór. Czasami jest to dokładnie tym, czego potrzebuję aby nie upaść w tym codziennym biegu.


Filmem, który chciałam zobaczyć w tym roku jest Ida. Nie udało mi się jednak znaleźć czasu aby sięgnąć po ten tytuł. Kiedyś z pewnością nadrobię tę zaległość i, jeśli rzeczywiście jest to film tak dobry, jak go opisują, to poświęcę mu cały osobny wpis.

Więcej o Cerber Movie Week można przeczytać tutaj: sawiusz.pl/cerber-movie-week-2014.

Więcej

5 lat Nietransparentnie

Nietransparentnie – a wcześniej eV’s blog – powstało jako odskocznia. Nie z chęci przekazania czegoś światu, a w celu wyrzucenia tego z głowy zbyt ciasnej. A potem minęło pięć lat. Przez prawie ćwierć mojego życia towarzyszył mi ten blog, a był to tylko jeden z wielu – ten ostatni.

Blogi tak mocno zmieniły swoje znaczenie przez ten czas. Kiedyś osobiste pamiętniczki, teraz prawie portale lub serwisy internetowe. Z małych sklepików z refleksjami przekształciły się w galerie handlowe (a w niektórych przypadkach w podmiejskie targowiska). Nie uważam, że to źle. Świat idzie do przodu więc smutno by było tak nie dotrzymać mu kroku. Lepiej się dostosować.

Jednak mój blog się nie dostosował w pełni. Pisząc go, podążam zupełnie inną drogą niż coraz większy procent blogerów. Czytam o współpracy z firmami, o marce osobistej, o promowaniu… i nie mogę, nie potrafię tego odnieść do siebie. Przecież przez ponad połowę czasu tworzenia treści tej strony zachowywałam pozorną anonimowość. Brak nazwiska w nagłówku, zdjęcia przy każdym poście – to takie staromodne. A jednak chcę się izolować od tego co piszę; chyba dlatego, że piszę zbyt osobiście, za intymnie, w mieszance z wciąż sklejaną klejem do papieru pewnością siebie. I nie umiem kłamać.

Dowiedziałam się o tym, kiedy zachciało mi się wtopić w nową blogosferę. Kilka wysłuchanych prezentacji i zrozumiałam, na czym polega niepopularność mojego bloga. Jednocześnie upewniłam się, że nie chcę jednak go upowszechniać aż tak bardzo. Zwłaszcza takim kosztem.

Nie chcę pisać, że wiem co myśli połowa społeczeństwa, podczas gdy nie wiem. Wolę nie udawać, że już teraz mam informacje o czytelnikach bloga i wiem, jakich 10 rzeczy o jakimś zagadnieniu na pewno nie wiedzieli. Przez jakiś czas starałam się, aby moje posty były czytane, ale sprowadzało się to albo do wiecznego kasowania kolejnych akapitów, albo do upubliczniania czegoś, co w moich oczach nie było perfekcyjną wizytówką. Takie półśrodki chyba przyniosły więcej strat niż zysków – jednak chyba warto było spróbować pobawić się w prawdziwego blogera.

Tak, pobawić się – bo bloger powinien być pewny siebie. Nie używać określeń typu „myślę, że/przypuszczam„. To jego pałac, on tu jest szefem i każde słowo domyślnie należy traktować jako subiektywną opinię – nawet jeśli na taką nie wygląda. A ja tak nie mogę. Dla mnie czytelnik strony jest gościem i przypuszczam, że myślę, że nie chcę nim zawładnąć. Nie za pomocą słowa, które tak łatwo zniekształcić, zinterpretować inaczej. Albo wcale – bo jak ludzie czytają obecnie to przypuszczam, że myślę, że wie każdy. Nagłówek, obrazek, słowa wytłuszczonym drukiem i zjazd do komentarzy. Już wiem, jak będzie wyglądał Internet przyszłości i który z wymienionych w poprzednim zdaniu element będzie stanowił tę różnice pomiędzy nim a współcześnie najczęściej kupowaną prasą.

A ja za bardzo chcę po swojemu. Kamykami i patykami, żadnych prefabrykatów. Sklepik z refleksjami a nie moloch z wielkiej płyty – bo nie ma nic bardziej szczerego niż autohipokryzja. Pasuje do pięcioletniego prowadzenia własnego bloga przez osobę, której odpowiedzialność za coś bardziej typowego (zwierzaka, dziecko, osoby niższe rangą w jakiejś firmie) prawdopodobnie zgasłaby po tygodniu. Choć nie wiem i nie chcę sprawdzać. Nie dlatego, że się boję, a ponieważ nie chcę wpływać na cudze życie. Nie lubię zakładać rękawiczek, żadnego koloru. Niewygodnie się w nich pisze.

Niewygodnie się w nich pisze dużo.

Czy w pełni współczesny człowiek więcej pisze niż mówi? Od lat słyszę opinie, że wśród obecnych ludzi młodych sztuka pisania zanikła. Ja się z tym nie zgodzę i na pewno poprze mnie każdy, kto kiedykolwiek próbował coś znaleźć w archiwum dyskusji pisanej – nawet z jednej rozmowy! Nie jestem w stanie uwierzyć, że ktokolwiek przed epoką cyfryzacji był w stanie tym swoim piórkiem wybazgrać tyle słów, co teraz w Sieci nie robi na nikim wrażenia. To jeśli chodzi o ilość, a jakość… jakość jest pojęciem zbyt abstrakcyjnym do porównania.

Tekstami nieokreślonej więc jakości zasypywałam Internet przez pięć lat. Nie wiem, czy on tego chciał, ale tak właściwie to nie miał nic do powiedzenia. Cieszę się jednak, że to robiłam. Podczas gdy treści zaczynają się skupiać w pojedynczych miejscach, blogi wciąż pozostają ostoją niezależności. Jest niby ta winda w postaci profilu na Facebooku, jednak prowadzi ona do samotni. Może to właśnie jest tym najważniejszym czynnikiem wzrostu blogosfery – chęć posiadania takiego swojego kącika.

Mój kącik, z patyków i kamyków, trochę się rozrósł. Czasem go zaniedbuję, nie piszę całymi tygodniami; lecz bynajmniej nie zamierzam go skasować. Pomimo, że nie jest to już taki pamiętniczek jak kiedyś (i zdarza mi się tęsknić za tym swobodnym laniem wody, bez czytania przed publikacją i z myślą, że i tak nikt tego nie przeczyta), nie mogłabym się pozbyć tej… części mnie.

Na zakończenie, kilka zdjęć naprawdę pięknej jesieni w Gdańsku. Kiedyś znienawidzonej, obecnie mojej ulubionej pory roku.

Więcej

Karnawał Graczy Blogerów #8: Magia gier – podsumowanie

Aby nikt nie pomyślał sobie, że na Nietransparentnie jest za mało magii, to specjalnie na dzisiejszy wieczór przygotowałam dla Was podsumowanie ósmej edycji Karnawału Graczy Blogerów. Pojawiły się trzy naprawdę ciekawe wpisy, przedstawiające różne sposoby ugryzienia tematu. Na dokładkę kilka słów ode mnie, bo gier i czarów nigdy za wiele.

 


Magiczne drzewo w niemagicznym lesie

Bobrownia – Magia, dwa złote za kilo

Różne rodzaje magii przedstawione z punktu widzenia osoby zajmującej się tworzeniem gier. Mnóstwo przykładów – nawet takich, gdzie czar nie jest czymś dosłownym. Przyznam szczerze, że o kilku z wymienionych tytułów nawet nie słyszałam, więc ten wpis stanie się dla mnie idealnym kompendium jak tylko skończy mi się lista „plan to play”.

Yeti o Grach – Magia w grach – jak ona działa?

Tekst analizujący rodzaje występowania magii w grach. Jasiek prezentuje podobieństwa i schematy występujące przy rozmaitych tytułach. Jak się okazuje – tutaj rysuje się całkiem wyraźny podział. Nie będę jednak zdradzać więcej szczegółów – notkę trzeba przeczytać.

Rasgul – Magiczna magia w Dragon Age i Grze o Tron

Przyznam się szczerze – dopiero po przeczytaniu tego wpisu zorientowałam się, że w Grze o Tron prawie nie ma magii. Nie o tym jest jednak ten tekst. Autor porusza w nim wiele tematów, ale ja przede wszystkim wyłapałam zarzut wobec twórców gier o zbyt kiczowate traktowanie magii – jako czegoś zbyt „prostego w obsłudze”.

Nietransparentnie – Zamiast różdżki mysz

Kilka przykładów gier, którym poświęciłam kawałek swojego życia, wcielając się w główną postać. Utwory, w których pozbywanie się okolicznych potworów można sobie ułatwić kilkoma zaklęciami, a nawet takie, gdzie czary są czymś niezbędnym w poradzeniu sobie z trudnościami, jakie przygotowała fabuła.

Nietransparentnie – Światy pełne magii

Trochę inna lista: tym razem tytuły nastawione na zwiedzanie magicznych krain, zbieranie skarbów i tworzenie sobie małej, osobistej armii fantastycznych stworzeń. Także o tym, że nie lubię gier turowych, ale jest parę wyjątków.


Jestem ciekawa, na jakim blogu będzie się odbywać kolejna edycja Karnawału i jaki będzie jego temat. Jeśli żadne ponadprzeciętne warunki atmosferyczne ani złośliwe zbiegi okoliczności mi nie przeszkodzą, to postaram się wziąć w niej udział.

Więcej