Kategoria: Blogowe

Czas na zmiany

Być może widok, który pojawił się właśnie na Waszych monitorach, wprawił Was w niemałe zaskoczenie. Może zastanawiacie się, w jaki sposób w ogóle trafiliście na tę zupełnie nieznaną stronę. A może po prostu jesteście tu po raz pierwszy i nie wiecie jeszcze, że zaledwie kilka dni temu, mój blog wyglądał zupełnie inaczej.

Więcej

Podsumowanie roku 2017

Przypadkowy gość na tym blogu, widząc powyższy nagłówek najprawdopodobniej pomyśli, że właśnie opublikowałam wpis sprzed paru miesięcy, prawdopodobnie przez pomyłkę. Być może trudno w to uwierzyć, ale podsumowanie roku 2017 piszę w maju 2018, dokładnie próbując wyławiać resztki wspomnień, poprzyklejane do licznych pocztówek, zapisane w formie zdjęć, czy notatek w Bullet Journal. Rok 2017 był dla mnie szaleństwem, które kalendarz złamał gdzieś w połowie, niekoniecznie zasadnie. Mimo, że nie jestem osobą tradycyjną, coroczne podsumowania to taki zwyczaj, który na tym blogu przetrwa nawet największe zawirowania życiowe.

Tym razem utrudnienie w pisaniu było większe: przy bardzo licznych podejściach do zbiorczego zapisu wspomnień z tego roku, nie mogłam odeprzeć wrażenia, że żadne słowa nie są w stanie oddać nawet w najmniejszej części tego, czym te 12 miesięcy było i jak bardzo wpłynęły one na moje życie. Teraz, kiedy część tych wrażeń zdążyła już wyschnąć, moje życie powoli przyzwyczaja się do nienormalności a ja sama przyziemnie tkwię przed laptopem, skacząc z projektu magisterskiego do listów motywacyjnych z zapytaniem o przyjęcie na praktykę w kraju którego języka zaczęłam się poważnie uczyć dwa miesiące temu… czuję, że dopiero teraz jestem gotowa, aby zabezpieczyć na przyszłość tę część moich wspomnień. Albo inaczej: to jest ostatni moment, aby zapisać to wszystko, zanim wspomnienia się zatrą, znikną lub wypaczą.

Bez zeszłorocznego kalendarza się nie obędzie, więc zajrzyjmy do jego stron, na sam początek. Gdzież to ja wtedy byłam? Styczeń 2017. Kurs prawa jazdy, dodatkowe zajęcia z angielskiego, praktyka w małym gdyńskim biurze projektowym, spotkania koła naukowego, które już nie istnieje, spotkania drugiego koła które do dziś coś tam robi. Praca nad dyplomem inżynierskim i egzamin. Czy ja aby na pewno wzięłam kalendarz zeszłoroczny? Czuję się jakbym dokonywała wykopalisk archeologicznych. Konferencja BeIT, trzeci rok z rzędu robię grafikę za wolontariat. Nieprzyznane stypendium, więc kontynuuję pracę w biurze. Sam egzamin był dla mnie życiową porażką, ponieważ dodatkowego stresu dołożyła mi spontaniczna decyzja, aby zrobić sobie wycieczkę marzeń dokładnie w czasie, kiedy miały odbywać się egzaminy poprawkowe. Oczywiście kto o tym myśli, bookując bilety na pół roku przed egzaminem? Przecież w tyle czasu to ja się obkuję na blachę. To co się sprawdziło to to, że rzeczywiście umiałam wszystko. Czego nie mogłam przewidzieć – to stres, który sprawił, że po raz chyba pierwszy w życiu zaczęłam się jąkać na odpowiedzi ustnej. Komisja mnie przepuściła, nawet z nienajgorszą oceną. Mimo to, do dzisiaj nocami słyszę swoje głupie odpowiedzi i czuję wstyd, że zapomniałam czegoś naprawdę oczywistego. Najważniejsze jednak, że zdałam i mogłam spokojnie wyruszyć na wycieczkę. Była to niezapomniana wizyta w Sztokholmie, którą dokładniej opisałam w tym wpisie. Trzecia w życiu wycieczka zagraniczna nie była już takim zaskoczeniem logistycznym, w końcu byliśmy już weteranami podróży.

podsumowanie 2017

  

podsumowanie 2017
podsumowanie 2017

Po zakończeniu studiów inżynierskich naturalną dalszą drogą są studia magisterskie. Bardzo chciałam wybrać dalszą naukę za granicą i poświęciłam mnóstwo czasu na szukanie możliwych opcji, jednak ostatecznie zrozumiałam, że finansowo i logistycznie nie jestem w stanie sobie na to pozwolić. Kontynuacja nauki na Politechnice Gdańskiej nie była z kolei taką złą opcją, ponieważ na drugim stopniu pojawiła się możliwość studiowania w języku angielskim wraz ze studentami zagranicznymi i z wymiany. Poza tym, magisterka trwa jedynie półtora roku, czyli zleci w mgnieniu oka. Wspaniałą wiadomością było dla mnie, że udało mi się dostać do tej grupy. Pomimo tego, że coraz rzadziej widziałam moją najlepszą grupę znajomych, uważam tę decyzję za bardzo dobrą.

Studia magisterskie na kierunku architektura są zupełnie inne od inżynierskich. Na pierwszy rzut oka różnica polega na tym, że mniej się trzeba uczyć, a dużo więcej robić. Mam też wrażenie, że sam program jest o wiele ciekawszy, ponieważ zajęcia są bardziej praktyczne i stawiają na wykorzystanie wiedzy już posiadanej. Totalnym zaskoczeniem był dla mnie kurs z urbanistyki, którego nie mogłabym porównać do jakiegokolwiek projektowania urbanistycznego z poprzednich lat. Na ten temat powstał wpis dostępny tutaj. W międzyczasie zaczęłam przygotowywać referat na konferencję w Bydgoszczy (który ostatnio wyszedł drukiem) oraz aplikować na rozmaite warsztaty i wyjazdy studenckie. Początek wiosny to dla studentów architektury czas wysyłania wstępniaków, a z wstępniakami jak z listami motywacyjnymi – trzeba wysyłać na wszystko, aby mieć szansę na cokolwiek.

28 marca zdałam egzamin na prawo jazdy i w pewnym sensie odetchnęłam z ulgą. Choć nigdy nie byłam fanką samochodów, patrząc w chmury czułam, że zbliżają się życiowe zmiany, a samochód może być koniecznością w ich przeprowadzeniu. Wczesna wiosna była też czasem latania po lekarzach, ponieważ kontrolne badanie krwi (głównie aby sprawdzić, czy długotrwały wegetarianizm nie ma jakiegoś wpływu na moje zdrowie) wykazało jakieś dziwne rzeczy, potem jakiś prastary ciśnieniomierz w typowym polskim gabinecie wykrył mi arytmię, którą kolejne badania wykluczyły, po czym dowiedziałam się, że duże TSH wynika z za małej tarczycy i wcale nie muszę tego leczyć. Jakiś czas później zaczął mi cierpnąć mały palec i trzech lekarzy nie wiedziało o co chodzi, wysyłając mnie na kolejne rentgeny (palca, nadgarstka, łokcia), ale po miesiącu czy dwóch samo przeszło. No więc dużo zamieszania, żeby ostatecznie wrzucić kupę wyników badań do szuflady.

Do tej pory nie opisałam jednak tego, co chyba najbardziej wpłynęło na moje życie. Po długim biciu się z myślami, licznych analizach i wypisywaniu za i przeciw, zdecydowałam się zaaplikować na wymianę z programu Erasmus. Ze względu na dobre oceny nie miałam większych wątpliwości, czy się dostanę (poza tym, tym razem udało się dostać stypendium) – bałam się bardziej tego, co będzie później. Nigdy nie byłam dobra w językach i wiedziałam, że tylko w angielskim będę w stanie w pełni nadążać z zajęciami. Przeanalizowałam programy zajęć i materiały dostępne na stronach uczelni zagranicznych, a także warunki mieszkaniowe i finansowe dla wybranych miast i postawiłam wszystko na jedną kartę – zaaplikowałam do Eindhoven w Holandii. Wysoka pozycja w rankingach, wiele rzeczy dostępnych dla studentów i dodatkowe możliwości rozwoju – to wszystko oczarowało mnie do tego stopnia, że zaczęłam naprawdę wierzyć, że to może się udać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jaki mały fragmencik tych niesamowitości jakie gwarantuje nauka na TU/e udało mi się poznać. I dostałam się. Potem Learning Agreement, korespondencja mailowa, noce nieprzespane na szukaniu informacji jak i co ogarnąć. I strach, że gdzie ja się pcham, że to nie dla mnie. Gdzie ja, osoba z małego miasta o małych możliwościach, chce za fundusze z programu Erasmus mieszkać w takim pięknym kraju? Przecież ja na to nie zasługuję.

Ale okazało się, że czeka mnie o wiele więcej wrażeń w nadchodzących miesiącach. Powysyłane wstępniaki zaczęły owocować pozytywnymi odpowiedziami. Rok temu nikt mnie nie chciał, teraz dostałam się na dwa świetne wyjazdy. Pierwszy z nich był kursem wakacyjnym organizowanym przez Board of Students of Technology (BEST) i miałam spędzić piękne dwa tygodnie w Gandawie w Belgii. Kolejnym była szkoła letnia w Hamburgu na HafenCity University. Żałuję, że nie powstały wpisy o tych dwóch wyjazdach, dlatego postaram się trochę więcej napisać tutaj, w ramach tego podsumowania. Mimo to wrócę do chronologii, aby nie przegapić reszty zdarzeń. Oczywiście to zupełnie normalne, że w kwietniu czy maju myślami jest się w lipcu i sierpniu – nie zrozumcie mnie źle.

W maju wraz z chłopakiem kupiliśmy samochód. Choć na uczelnię wciąż wolałam jeździć kolejką, auto przydawało się przy większych zakupach lub kiedy trzeba było przewieźć coś cięższego. Przykładem cięższej rzeczy do przewiezienia jest na przykład całe nasze życie, które trzeba było stopniowo wyprowadzać z Gdyni, bo wyjazd do Holandii zaczął powoli ewoluować z marzenia w fakt. Nie przewidzieliśmy jednak tego, że w międzyczasie Piotrek dostanie ofertę pracy nie do odrzucenia, ale… w Niemczech. Na samą myśl, jak będzie miało wyglądać kolejne pół roku, mój mózg przełączał się w tryb pomiędzy „not responding” a „internal error” (co z kolei wordowska autokorekta bezmyślnie przerobiła na „terror”).

Czerwiec to w ogóle przekartkuję, bo ze względu na egzaminy, zaliczenia i cały ten chaos na uczelni, można by w ogóle pominąć zasłoną milczenia. No poza tym, że już wtedy trzeba było zdecydować się na katedrę dyplomującą i promotora pracy magisterskiej. W tym momencie czułam się, jak dziecko które po raz pierwszy idzie do szkoły i któremu ktoś opisuje jak wygląda egzamin maturalny. W sensie, że… studia się kiedyś kończą i już trzeba myśleć o obronie?

Lipiec. Gdynia Design Days było takie sobie, choć miało swoje dobre momenty. W połowie wydarzenia już mnie nie było, ponieważ spakowałam tobołki i wyruszyłam w podróż do pięknej Gandawy. Byle się nie zgubić na lotnisku, trafić na autobus, nie dać sobie ukraść dokumentów. Ze względu na harmonogram lotów, w Belgii byłam dzień wcześniej, co postanowiłam wykorzystać na zwiedzenie Brugii. Sam kraj nie był mi już obcy – w końcu to właśnie Belgia była kierunkiem pierwszej wyprawy zagranicznej. Tym razem byłam przez chwilę sama i zastanawiałam się, czy dam sobie radę. Nie było jakiś konkretniejszych powodów do obaw, raczej naturalna niepewność przed zrobieniem czegoś po raz pierwszy.

Brugia to piękne miasto, z zabytkową zabudową, urokliwymi kamieniczkami, przejściami wzdłuż rzeki, parkami i ogólnie widokami w których nie sposób się nie zakochać. Naturalnie odwiedziłam kilka muzeów, zrobiłam mnóstwo zdjęć (głównie telefonem, ponieważ bateria w mojej lustrzance chyba nie polubiła się ze zmianami ciśnienia podczas lotu). Wspięłam się też na słynną dzwonnicę, aby spojrzeć na miasto z innej perspektywy. Mimo wszystko to widok z ulicy pozwala poczuć ducha miasta – nawet takiego będącego turystyczną atrakcją, wypełnioną zwiedzającymi i sklepikami z pamiątkami. Takiego uroku nie zepsuje nawet najbrzydszy ogródek piwny. Po kilku godzinach jednak wsiadłam w pociąg i pojechałam do miasta będącego głównym celem całej wyprawy – do Gandawy.

podsumowanie 2017

  

podsumowanie 2017

Chyba powinnam opisać, czym tak właściwie są kursy organizowane przez BEST. Board of Students of Technology to międzynarodowa organizacja posiadająca swoje lokalne grupy działania przy uczelniach technicznych w Europie. Studenci organizują wiele wydarzeń naukowych i integracyjnych, konkursy wiedzy czy targi pracy. Jedną z inicjatyw są też kursy, które mają swoje edycje cztery razy w roku. Na kursy te może aplikować każdy student, którego uczelnia posiada lokalną grupę BEST. Chętnych jest mnóstwo, więc trzeba się postarać przy pisaniu listu motywacyjnego. Koszta samego kursu są praktycznie żadne – do 50 euro za całość, czyli część akademicką, część pozaakademicką, zakwaterowanie i wyżywienie. Jedyne co tak naprawdę trzeba sobie samemu zapewnić to transport do wybranego miasta, ewentualne ubezpieczenia czy zakup pamiątek J. Brzmi wspaniale, czyż nie? A gdy do tego dodam możliwość poznania fantastycznych osób, zwiedzenia kawałka świata i niezwykłą przygodę, chyba jest od razu jasne, dlaczego tak wiele osób chce w tym wziąć udział. Mi się również za pierwszym razem nie udało (rok wcześniej), dlatego byłam naprawdę zaskoczona, że tym razem było mi dane skorzystać z takiej możliwości.

Prawdę mówiąc, do końca nie wiedziałam czego się spodziewać. Mój angielski jeszcze nie był zbyt „wyćwiczony”, dotąd nie udało mi się być zbyt wiele razy za granicą (konkretniej mówiąc, przed tym wyjazdem za granicą byłam dwa, góra trzy razy) i też wydawało mi się, że nie jestem najlepszą osobą, jeśli chodzi o nowe znajomości. Spędzenie dwóch tygodni w gronie totalnie obcych osób – mieszaniny z całego kontynentu – było dla mnie jednak ekscytującym wydarzeniem i liczyłam dni do tego wyjazdu.

Na miejscu okazało się, że wszystkie zmartwienia były absolutnie bezpodstawne. Organizatorzy zatroszczyli się naprawdę o wszystko. Dbali o to, aby każdy dotarł bezpiecznie na zajęcia, aby nie zabrakło jedzenia dla ludzi z nawet najdziwniejszymi alergiami oraz aby każdy był jak najlepiej o wszystkim poinformowany. Każdy uczestnik dostał swój wspaniały rower miejski, którym codziennie trzeba było pokonać kilka kilometrów na uczelnię. Jeździliśmy grupą, a droga była za każdym razem inna, za każdym razem piękniejsza. Aż się chciało wstawać wcześnie rano na myśl o tej przejażdżce przez parki, małe uliczki czy wzdłuż rzeki.

podsumowanie 2017

  

podsumowanie 2017
podsumowanie 2017

  

podsumowanie 2017

Część akademicka była porządnie zorganizowana. Przed kursem każdy otrzymał zestaw PDFów do poczytania, aby dokształcić się na temat kursu – czyli druku 3D. Kurs składał się z części teoretycznej, czyli wykładów oraz praktycznej, na której można było wykonać swoje własne wydruki oraz wykorzystać wycinarkę laserową. Ciekawym elementem była też wizyta w firmie zajmującej się drukiem 3D – dzięki temu mogliśmy zobaczyć na żywo najnowocześniejsze maszyny i urządzenia oraz porozmawiać ze specjalistami z branży. Zaliczeniem kursu była prezentacja swoich prac, czyli pomimo ogromu informacji z części teoretycznej (dot. materiałów, technologii), tak naprawdę najważniejsze było zastosowanie wiedzy w praktyce – i oczywiście kreatywność.

Równie ważna (a może nawet ważniejsza!) była integracja i czas spędzony poza godzinami lekcyjnymi. Nie zliczę, ile gier integracyjnych, zabaw i aktywności organizatorzy byli w stanie zapewnić, ale nie było ani chwili nudy. Ciekawą odskocznią było wyjście na basen (który okazał się ogromnym Aquaparkiem), a podczas weekendu odbyła się dłuższa wycieczka „w góry” (kto był w Belgii ten wie, jakie „góry” można tam spotkać. Co wieczór była też okazja, aby zrelaksować się przy belgijskim piwie a często i impreza dla osób lubiących tańczyć. Oczywiście w tak pięknym mieście nie można by było zignorować możliwości kontaktu z architekturą, zabytkami i gmachami muzeów. Czas na zwiedzanie oczywiście został również jakimś cudem umieszczony w harmonogramie.

Ze względu na harmonogram lotów, w Gandawie zostałam o dzień dłużej niż to było w planach. Jak się okazało, nie byłam w tym czasie sama – praktycznie połowa uczestników i wielu organizatorów z różnorakich przyczyn nie zwiało od razu po zakończeniu kursu w swoje rodzinne strony. Akurat tak się złożyło, że w tym czasie w mieście odbywał się festiwal Gentse Festen, więc oczywiście nie można było przegapić tej okazji. W całym kursie naprawdę podziwiałam to, że pomimo wielu różnic, innych zainteresowań czy preferencji, praktycznie wszyscy trzymali się razem. Wiadomo, czasem ktoś decydował się wcześniej pójść spać, ktoś inny miał ochotę zjeść coś specjalnego i wybierał się do jakiejś konkretnej knajpy, a ja sama nie mogłam sobie odmówić wizyty na zamku Gravensteen. Mimo to, nikt się nie zgubił, nikt nie został zapomniany i nikt nie narzekał. Chyba jeszcze nie widziałam wydarzenia, podczas którego tyle osób spędza razem czas, a mimo to nie ma żadnych dram, nikt się z nikim nie kłóci i nie obraża. Chyba to jest właśnie najwspanialsza cecha otwartych ludzi – tak mało im przeszkadza w drugiej osobie.

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że wpis przeskoczył na piątą stronę wordowskiego dokumentu, podczas gdy ja ledwo dotarłam do połowy roku. Chyba najsensowniejszą decyzją będzie więc przerwanie go w tym momencie i kontynuacja za jakiś czas. A ja naprawdę starałam się streszczać!

podsumowanie 2017

  

podsumowanie 2017

 

Więcej

Czwarta edycja See Bloggers

Blogosfera rozrasta się w niesamowitym tempie, a na blogerskie imprezy twórcy internetowi zgłaszają się tysiącami. Podobnie było z tegoroczną edycję See Bloggers – organizatorzy zaplanowali bardzo duże wydarzenie, na co najmniej kilkaset osób. Dzięki temu nawet tacy mniej popularni blogerzy jak ja, mieli szansę się dostać na listę uczestników. Daleko nie miałam, bo impreza odbyła się w mojej Gdyni – z tego też powodu szczególnie zależało mi na uczestnictwie. A czy było warto – zapraszam do zapoznania się z moją relacją z wydarzenia.

see bloggers

Zaczęło się dziwnie. Przed wejściem do budynku, w którym odbywało się See Bloggers, ciągnęła się ogromna kolejka. Tego można się było spodziewać przy dużej liczbie uczestników. Czy zawiniło to, że rejestracja każdej osoby trwała długo przez drukowanie plakietek na miejscu, czy fakt, że uczestnicy przybywali na ostatnią chwilę, pomimo otwarcia półtorej godziny wcześniej – trudno powiedzieć. Niestety wpłynęło to na pierwsze warsztaty i wykłady, na które niektórzy docierali w trakcie trwania.

See Bloggers to ludzie

W całym See Bloggers chyba najbardziej bałam się tłumu. Znam budynki PPNT, wiem ile miejsca jest w centrum konferencyjnym i nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak mogłoby się w nim znaleźć 900 osób na raz. Później ktoś powiedział, że uczestników imprezy było ponad 1300. Nie wiem, na ile to prawda, ale miałam wrażenie, że nie było nawet połowy tej liczby. Często natrafiałam na znajome twarze i dość łatwo było mi znaleźć osoby, z którymi szczególnie chciałam zamienić kilka słów.

Na tym właśnie zależało mi najbardziej. Chciałam spotkać te osoby, których twórczość obserwuję od dawna, które swoimi postami na blogach mnie inspirują i motywują do działania. Wyszukiwałam też twarzy znanych z poprzednich imprez blogowych, czy nawet ze świata pozablogowego. W ten sposób udało mi się miło spędzić czas z:

  • Qrkoko i jej Przedmężem – znanych w rękodzielniczej części blogosfery – jak się okazuje, przemiła para, trzymająca się raczej poza tłumem, a mająca zawsze coś ciekawego do powiedzenia
  • Panią Dyrektor – czyli moją najulubieńszą blogerką architektoniczną, kobietą o niezwykłym charakterze i zwariowanym podejściu do życia
  • Rosaline – Sylwia pochodzi z mojej rodzinnej miejscowości (obecnie mieszka na Śląsku), prowadzi bloga feministyczno-kobiecego, którym bez trudu podbija blogosferę – w końcu musiałyśmy się spotkać po latach
  • Gender Gosposią (wraz z Panią Gender) – w blogosferze udowadnia, że mężczyzna też może być królem domowej kuchni, natomiast na See Bloggers, że i poza kuchnią ma mnóstwo ciekawych rzeczy do powiedzenia
  • Ksawerym – który prowadził kiedyś fajnego bloga o kulturze i zdecydowanie powinien do tego wrócić, zwłaszcza że pomysłów ma sporo
  • Kulką Szpulką – z którą mogłabym długo rozmawiać o życiowych sprawach, ale tym razem niestety czas ograniczyły nam kolejne warsztaty
  • Martyną z Technologii Smaku – która prowadzi świetnego bloga łączącego naukę z kulinariami i zawsze ma mnóstwo ciekawostek ze świata nauki.

Oczywiście na miejscu było o wiele więcej znanych mi blogerów; wyżej wymienieni to osoby z którymi udało mi się dużej posiedzieć. Było też mnóstwo krótkich rozmów, przywitań, a także nawiązywania nowych znajomości. Tutaj mogłabym wymienić Joankę-z, Agę z Plachaart, Wojtka z PraKreacji, Joannę z Krzywej Prostej, Innoką, czy Martę z Rudym Spojrzeniem Na Świat. Choć nie było wielkich tłumów, nie udało mi się za to znaleźć nigdzie Pawła Opydo ani Smiley Projet.

See Bloggers to warsztaty i prelekcje

Rejestracja na warsztaty odbywała się na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”. Lubię tę metodę, ponieważ daje równe szanse każdemu (no chyba nie powiecie mi, że jakiś bloger nie ma stałego dostępu do Internetu?). Poza tym, podobnie wyglądają zapisy do katedr co semestr u mnie na studiach, więc mam już swoje metody aby dostać się tam, gdzie chcę (czyli pierwszy lepszy zegar atomowy z neta i skupienie się tylko na wyklikaniu tego co trzeba z ctrl+f). Dzięki temu udało mi się zapisać na:

  • warsztaty z Panią Dyrektor o dobieraniu kolorów do swojej przestrzeni pracy – bardzo odstresowujące zajęcia przy użyciu kredek, zakończone zabawnym podsumowaniem
  • warsztaty, a raczej wykład Wojciecha Wawrzaka o prawie dla blogerów w pytaniach i odpowiedziach – bo niby wszystko jest opisane u niego na PraKreacji, ale jak to w prawie bywa, zawsze i tak pojawią się jakieś pytania
  • zajęcia z House Loves o fotografii wnętrz – bardzo konkretnie przedstawiona wiedza, dokładne parametry, wszystko wytłumaczone od deski do deski i to w ograniczonym czasie
  • warsztaty z Wiktorem Franko i firmą Olympus o fotografowaniu portretów – czyli profesjonalna sesja z profesjonalną modelką i profesjonalnym sprzętem, a aparatów dostępnych na miejscu wystarczyło dla każdego
  • warsztaty/wykład Artura Jabłońskiego o narzędziach dla blogerów, aplikacjach na których można śledzić ruch na stronie, wyszukiwać inspiracje czy monitorować jak blog sprawuje się w internecie – przyznam szczerze, że nie znałam do tej pory większości z nich.

Jakimś przypadkiem też znalazłam się na yoczokoowym wykładzie, którego zdecydowanie nie byłam targetem (gdzie mi do Youtube’a, gdzie mi do popularności?), a mimo to był dla mnie wartościowy. Pozytywnie zaskoczyła mnie świadomość youtubera, że jego odbiorcami są głównie dzieci i dostosowywanie do nich swoich treści. Spodziewalibyście się tego po kimś kto ma 17 lat?

Czasu wystarczyło mi już tylko na jeden ogólnodostępny wykład – „Jak nie być debilem i nie rozprzestrzeniać głupot w sieci. Błędy poznawcze i ich konsekwencje” Piotra Buckiego. Świetnie poprowadzone, konkretne, z mnóstwem przykładów. Zdecydowanie warto było na nie przyjść.

See Bloggers to „dary losu”

Każdy lubi dostawać prezenty, nawet jeśli są to trzy litry Coca-Coli, których nie można zostawić w szatni. Również odebrałam swój pakiet upominków – od firm Eveline oraz FM World (Over 150 Fragrances), a także zjadłam przepyszne wegańskie brownie zaprezentowane na stanowisku sklepu Netto. Taka jest specyfika blogerskich imprez – niby nie chcesz wchodzić w świat osób, które „sprzedały się za tusz do rzęs”, ale jednak odzywa się taki głos zachęcający do skorzystania z okazji. Jeśli jednak ktoś przybył na See Bloggers specjalnie aby pozbierać gadżety, to na pewno wracał do domu obładowany torbami – niektóre stoiska pod koniec imprezy po prostu rozdawały wszystko co na nich zostało.

See Bloggers to nie Blog Forum Gdańsk

Kiedy parę lat temu po raz pierwszy odbyło się See Bloggers, pojawiło się parę głosów, że to przyszła konkurencja dla Blog Forum Gdańsk. Kolejne edycje coraz wyraźniej pokazują, że to impreza o zupełnie innym charakterze. Na BFG dostają się nieliczni, za to nagrania oglądane są przez dużą część blogosfery. Co roku w wakacje przez Internet przelewa się fala postów o tym, kto się dostał, a kto się nie dostał i jak bardzo powtarza się sytuacja z lat poprzednich. Sama wysyłam formularz rokrocznie, z takim samym skutkiem i potem udaję, że wszystko mi jedno, choć tak naprawdę chciałabym w tym uczestniczyć.

Na See Bloggers jest zupełnie inaczej. Wydarzenie nastawione jest na integrację właśnie dzięki dużej skali. Jak już się dostaniesz na listę uczestników, masz pewność, że znajdzie tam innych blogerów o podobnej skali, a być może i tych dopiero zaczynających lub niszowych. Początkowo bałam się tych tłumów, ale ostatecznie cieszę się, że See Bloggers rozwija się w taką stronę. Zamiast zamkniętej konferencji tworzy się duże miejsce spotkań. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby mogli w nim wziąć udział wszyscy blogerzy. Tacy, którzy mają już coś na koncie – oraz tacy, którzy zaczęli parę miesięcy temu albo piszą zbyt specyficznie, aby czytały ich tysiące. Blogosfera jest w Polsce ogromna więc to byłby niezwykły problem organizacyjny. Za to twórcy See Bloggers pokazali, że da się okiełznać duży tłum – i spisali się w tym roku na medal.

A zdjęć nie robiłam, bo postanowiłam skupić się na wydarzeniu i choć raz być „po tej drugiej stronie lustra”.

Więcej

Logo bloga – czyli czy moja strona też powinna mieć swoją twarz

Do tego, że blogi powoli stają się markami, a czasami nawet produktami, zdążyłam już się przyzwyczaić. Podpisywanie się imieniem i nazwiskiem pod swoim tekstem – coś co jeszcze parę lat temu uznane byłoby za nieodpowiedzialny ekshibicjonizm – stało się już normą. Do tego dochodzą strony, które przy otwarciu witają w nagłówku portretem blogera a czasem nawet jego pełnym nazwiskiem, występującym nawet i w adresie bloga. O tym, jaka nazwa jest odpowiednia do zatytułowania tego swojego kawałka Sieci powstało już mnóstwo poradników, tematów na forach czy wypowiedzi na fejsbukowych grupach. Teraz przyszedł czas na omówienie drugiej rzeczy identyfikującej danego bloga i ułatwiającej jego zapamiętanie odwiedzającym. Dzisiaj napiszę o logu bloga.

Czym jest logo bloga?

Spotkałam się nieraz z utożsamianiem tej nazwy z całym nagłówkiem strony – często dużym, prostokątnym obrazkiem, zawierającym nazwę, czasem także opis lub hasło i różnego rodzaju elementy graficzne. Logo rozumiane przeze mnie to natomiast znak, będący fragmentem nagłówka, ale występujący także jako symbol reprezentujący stronę w mediach społecznościowych i innych miejscach, gdzie informacja o blogu może się pojawić. Logo może składać się z obrazka (sygnet) lub tekstu (logotyp), albo może stanowić połączenie jednego i drugiego, w konkretnie zaprojektowanej konfiguracji.

Po co mojemu blogu logo?

Logo to znak reprezentujący stronę – jeśli jest charakterystyczny, to jego umieszczenie od razu wskazuje odbiorcy konkretnego bloga. Teraz w blogosferze popularne jest promowanie bardziej autora strony niż samą stronę – jednak nie można zapomnieć, że produkt bez marki zniknie a jego autor zostanie anty-anonimowym twórcą znanym z tego że jest znany. Promując równolegle bloga tworzy się rozpoznawalną nazwę w Internecie – co jest zdecydowanie warte poświęcenia części tego czasu, jaki przeznacza się na rozwijanie strony.

Dobrze zaprojektowany znak graficzny zapada w pamięć – czasem o wiele lepiej niż nazwa. Dzięki temu łatwo jest nadrobić słaby tytuł bez pomysłu. Ważne jest też to, że nazwę posiada każdy, bo w momencie jego zakładania trzeba nadać mu adres internetowy. Logo jest już mniej oczywiste, ponieważ wiele gotowych szablonów nawet nie przewiduje na nie miejsca. Z tego powodu wiele blogów nie posiada znaku graficznego – a co za tym idzie, decydując się na taki można zrobić ogromny krok w kierunku wybicia się z tłumu.

Logo to też przydatny element graficzny do wykorzystania wszędzie, gdzie chciałoby się wypromować bloga – jako awatar, podpis czy znak wodny na zdjęciu, miniaturka na liście blogów czy wreszcie na wizytówce blogera. Stworzenie prostego loga to bardzo mały wysiłek/koszt w stosunku do wartości, jaką może wnieść w rozwoju strony.

Logo bloga a logo czegokolwiek innego

Zanim zacznę opisywać, czym powinno się charakteryzować dobre logo, zaznaczę pewną różnicę pomiędzy znakiem graficznym strony internetowej a elementem identyfikacji wizualnej np. sklepu z ubraniami. Główną różnicą jest wykorzystanie takiej grafiki – o ile współczesne logo dla działalności gospodarczej powinno być uniwersalne w zastosowaniach poligraficznych i możliwe do wykorzystania w każdej potrzebnej formie, logo bloga może cechować się o wiele mniej restrykcyjnymi atrybutami. Bardzo rzadko się zdarza aby ktokolwiek grawerował znak graficzny bloga, drukował go na długopisach czy w formie neonu umieszczał nad oknem. Wersja czarno-biała loga też nie wydaje się mieć jakichkolwiek zastosowań poza pojedynczymi przypadkami kserokopii broszurek zawierających logo. Dzięki temu kilka wniosków nasuwa się automatycznie:

  • logo nie musi posiadać ograniczonej palety barw, może stosować gradienty i przeźroczystości
  • minimalizm przestaje być obowiązkiem – coś czego nie dałoby się wyciąć z blachy, w Internecie nie stanowi żadnej przeszkody – oczywiście pod warunkiem, że znak nie zmienia charakteru w dużo mniejszych wymiarach.

Tym, co natomiast łączy projektowanie loga dla strony internetowej i dla identyfikacji firm lub marek jest:

  • format wektorowy – aby grafikę można było dowolnie skalować bez utraty jakości
  • rozpoznawalność – czyli unikanie schematów, typowych rozwiązań czy fontów
  • umiar – nawet jeśli blog jest o wszystkim, to nie wszystko musi znaleźć się w logu
logo

Jak powinno więc wyglądać dobre logo bloga? Oto kilka najważniejszych kwestii:

Treść

Chyba najgorszą rzeczą jaką może zrobić ktoś szukający pomysłu na logo jest pooglądanie gotowych rozwiązań i „zainspirowanie się” pomysłem kogoś innego. W blogosferze wciąż i wciąż widzę powtarzające się schematy identyfikacji – tu jakieś ramki, tu podkreślenia, tu fonty stylizowane na ręcznie pisane. Jak się nie wie, jak powinno wyglądać logo, to najłatwiej jest wzorować się na innych – a to niestety prowadzi do powtarzalności i monotonii.

Zamiast tego proponuję wziąć do ręki długopis, położyć przed sobą kartkę i utworzyć mapę myśli odpowiadającą na pytania: z czym mój blog powinien być kojarzony, o czym chcę pisać, jaki charakter chcę nadać swojej stronie internetowej. Mapa myśli to luźne szukanie skojarzeń i powiązań pomiędzy poszczególnymi hasłami, tworzenie swojego rodzaju drzewka, z którego odchodzą coraz mniej związane z początkowym problemem słowa. Mapa myśli na potrzeby grafiki powinna być wzbogacona o rysunki, jak najwięcej rysunków – nawet niedokładnych i schematycznych. Pisząc „pies” narysuj obok sylwetkę zwierzaka, nawet jeśli twierdzisz że nie umiesz rysować. Grunt, aby widzieć kształt i wiedzieć, że chodzi o psa. W pewnym momencie obrazki zaczną się łączyć w pary, a te z kolei w kandydatów na potencjalne logo bloga.

Są też logotypy składające się z samego tekstu, ale to już trochę inny temat. W tym przypadku można pooglądać strony z fontami, ale najlepszą metodą jest stworzenie napisu od zera – zwłaszcza jeśli nazwa strony jest krótka. Pozwoli to uniknąć ślęczenia nad licencją kroju pisma i zastanawiania się, czy takie wykorzystanie jeszcze jest w porządku, czy już narusza jakieś prawa.

Forma

Jak już napisałam, minimalizm przestaje być koniecznością w przypadku projektowania loga służącego do użytku tylko w formie cyfrowej, czyli na przykład w nagłówku strony. Nie znaczy to jednak, że dobrą taktyką jest umieszczenie w znaku graficznym niezliczonych elementów, dekoracji i ornamentów. Kto by takie logo zapamiętał?! Logo musi być czytelne, rozpoznawalne i przede wszystkim zapamiętywalne. Aby sprawdzić, czy zaprojektowane logo takie właśnie jest, można na kilka sekund przedstawić je drugiej osobie i następnie zapytać, co zawierał zaprezentowany znak graficzny albo poprosić o narysowanie go. Jeśli w odpowiedzi usłyszy się „jakieś esy floresy” lub „totalną abstrakcję”, to z projektem jest coś nie tak.

Jeśli chodzi o kształt loga, to dobrze jest zaprojektować je w różnych konfiguracjach – sam sygnet (obrazek), sygnet z logotypem obok i sygnet z logotypem pod spodem. Jeśli logo jest długim napisem, to może przydałoby się wydobyć z niego np. jedną literkę, która stanowiłaby znak rozpoznawczy na mniejszych formatach? Logo może też występować z dodatkowym elementem typograficznym, taglinem, czyli hasłem, które nie musi być widoczne zawsze i wszędzie, ale na nagłówku strony jak najbardziej. Wtedy dobrze powinien wyglądać znak zarówno z taglinem jak i bez.

Rozmiar

Jest to coś o co najczęściej pytają osoby nie zajmujące się grafiką komputerową. Bloger powinien posiadać logo w wersji wektorowej, czyli najprościej mówiąc – zapisanej tak, aby w łatwy sposób można było je zarówno powiększyć jak i pomniejszyć, bez utraty jakości. Dobrze jest jeśli logo jest wciąż czytelne w pomniejszeniu do formatu favicony (16×16 pikseli – obrazek widoczny przy adresie strony internetowej w przeglądarce), oraz nie wygląda źle w dużym powiększeniu, na przykład do rozmiaru zajęcia całej przestrzeni ekranu.

Na blogu logo powinno zajmować znaczną część nagłówka i być widoczne na pierwszy rzut oka. Nie oznacza to jednak, że przy otwarciu strony ma być jednym elementem pojawiającym się na ekranie. Twarz strony jest ważna, ale nie zapomnijmy, że blog powinien mieć też ręce i nogi, a więc każdy odwiedzający powinien widzieć pod spodem treść, a w innym miejscu menu.

Kolorystyka

Niezależnie od tego, co powstało pierwsze – czy logo czy reszta szablonu strony, obie rzeczy muszą do siebie pasować. Decydując się na skorzystanie z gotowego szablonu najlepiej jest wybrać albo taki, który już posiada docelową paletę barw, albo łatwo ją dopasować do loga, albo charakteryzuje się uniwersalnym minimalizmem, czyli czarny tekst na białym tle, co da się uzupełnić każdym logiem o pasującym charakterze (czyli raczej nie ciężkie i grube logo wiszące nad delikatną, lekką treścią).

Czerń i biel to nie-kolory nieśmiertelne, które tak na dobre nigdy się nie znudzą, ale wykorzystywanie ich jako kolorystyki bloga nie zawsze jest dobrą decyzją. Rezygnacja z zapamiętywalnego koloru może odbić się na działaniu loga. Z tego powodu warto wybrać sobie dominującą barwę, która wystąpi także w elementach szablonu (na przykład w tytule wpisów czy stopce). Dodatkiem może być drugi, uzupełniający kolor, nawet kontrastujący z pierwszym wybranym. Przy szukaniu odpowiedniej kolorystyki można użyć aplikacji typu Kuler lub ręcznie wymieszać sobie barwę na palecie dowolnego programu graficznego. Osobiście preferuję wykorzystywać te metody niż stosować gotowe kolory z różnorakich list. Szukając barwy samodzielnie mam o wiele większą pewność, że identyczna nie wystąpi na innym blogu.

Podsumowanie

Zaprojektowanie jakiegokolwiek loga to dobra metoda aby wyróżnić bloga w trochę inny sposób, jednak tylko solidny projekt może przynieść pożądany efekt. To co wypisałam powyżej to tylko podstawowe informacje, jakie powinna mieć osoba zabierająca się za projektowanie znaku graficznego. Jeśli już teraz wydaje Ci się to zbyt dużą i problematyczną liczbą informacji, warto rozważyć zamówienie loga u projektanta zajmującego się tym na co dzień. O ile wykupienie domeny, hostingu i szablonu jest dla blogerów oczywistością, z zadbaniem o identyfikację wizualną powinno być podobnie.

Przykłady dobrego loga w polskiej blogosferze

logo

Lupus Libri
Piękny blog o pięknych książkach i komiksach powinien mieć piękne logo. Powyższy znak został tak zaprojektowany, aby przedstawiać jednocześnie książkę oraz głowę wilka (lupus). Forma jest minimalistyczna, korzystająca z jednej grubości linii, a mimo to logo jest rozpoznawalne i charakterystyczne.

logo
logo

malinki
Malinki były początkowo serią wpisów na blogu Kłosińskiego, jednak w pewnym momencie zyskały własną stronę i stały się moim ulubionym zbiorem inspirujących linków w Internecie. Znak bazuje tylko na typografii, a tym co wskazuje na tematykę strony jest podkreślenie jednoznacznie kojarzące się z odnośnikiem. Logo posiada drugą wersję na potrzeby mniejszych wymiarów, w tym zdjęcia profilowego na Facebooku. Tutaj istotna jest także kolorystyka – dość nietypowe, kontrastowe zestawienie granatu i pomarańczy.

logo

BLOKBLOG
Przykład, że za pomocą czerni i bieli da się stworzyć ciekawe logo. Sygnet to z jednej strony blok, a z drugiej litera B. Jeśli chodzi o formę, to jej główną cechą, w przeciwieństwie do poprzednich przykładów, jest rozróżnienie grubości liter, powtórzone później także w nazwie bloga.

logo

Yzoja
Proste logo składające się jedynie z pierwszej litery nazwy. Początkowo może się wydawać, że nic nie mówi o danym blogu i nie przedstawia jego treści, jednak jeśli napiszę, że tematem bloga Yzoji oprócz książek i filmów są artykuły papiernicze oraz sztuka pięknego pisania, to nagle ten przesunięty kolor czerwony zaczyna nabierać znaczenia.

logo

Troyann
To jest po prostu przykład dobrego loga – takiego, które łatwo zapamiętać lub narysować. W tym przypadku warto przyjrzeć się, jak starannie został dobrany font do sygnetu – jest czytelny i choć nie dominuje w logu, nie odchodzi gdzieś na dalszy plan.

logo

Qrkoko
Logo kojarzące się od razu z rękodziełem, czyli tematyką bloga Qrkoko. Przedstawia zmodyfikowaną literę Q – a tak naprawdę koło oraz kształt misia przedstawiony w przestrzeni negatywnej znaku, czyli wycięciu z tego koła. Misia z krawacikiem.

logo

Zwierz Popkulturalny
Przykład loga, które niczego nie udaje – mamy logotyp, mamy Zwierza, całość przedstawiona jest w bardzo sympatycznej formie i kolorystyce. Zastosowanie „dymka” nawiązuje do popkultury, ale wskazuje też, że autorka ma coś do powiedzenia. Kolory użyte w logu powtarzają się w szablonie strony i dzięki temu blog wygląda naprawdę estetycznie.

logo

Bobrownia
Przykład, kiedy bloger miał pomysł i własnymi siłami go zrealizował. Głównym tematem strony są gry, a więc mamy pada – tutaj umieszczonego wewnątrz bobrzego ogona. Brak kolorów dodaje uniwersalności.

logo

Za biedni na sushi
Przykład bazujący na kolorystyce – wyborze nietypowej barwy różu w zestawieniu z uniwersalną czernią i bielą. Forma jest o wiele mniej istotna, choć jednoznacznie przedstawia japońską potrawę, nawiązując do nazwy.

logo

Zapętlone
Śmiałe zestawienie eleganckiego sygnetu z ręcznie napisanym logotypem tez czasem może się sprawdzić – zwłaszcza kiedy obie rzeczy często występują oddzielnie. Dzięki zachowaniu wspólnego koloru dla obu elementów, logo Zapętlone jest bardzo spójne.

To było 10 przykładów, które jako pierwsze przyszły mi na myśl w temacie dobrego loga w blogosferze. Prawdopodobnie pominęłam bardzo wiele ciekawych znaków graficznych. Jakie są Wasze ulubione loga blogów? A może chcecie pochwalić się własnym projektem, który Waszym zdaniem jest ciekawy i dobrze wykonany? Zapraszam do podzielenia się w komentarzu.

Więcej

2015 – kolejny kamyczek w życiu

W niestałym życiu ważne jest umieszczanie punktów odniesienia. Przełom roku jest dla mnie związany z publikacją wpisu będącego podsumowaniem i uporządkowaniem ostatnich wspomnień oraz rozpoczęciem czegoś nowego. Kiedy kartkuję strony kalendarza z kończącego się roku i przepisuję najważniejsze rzeczy do jeszcze pachnącego nowością przyszłego dziennika, robię drugą rzecz, która pozwala mi zamknąć ten okres i bez obaw przed zapomnieniem czegoś ważnego, odłożyć stary notatnik na półkę.

Jak wyglądał mój rok 2015? Był raczej stały – tylko jedna przeprowadzka, kontynuacja studiów i brak większych zmian w życiu. Za to okazał się rokiem spełniania marzeń – po raz pierwszy w życiu poleciałam samolotem i odwiedziłam przepiękny kraj, Belgię. Powrót był oczywiście bolesny, ale wspomnienie zostanie na zawsze. Na pewno nie raz wykorzystam je jako argument za tym, że nie ma żadnej ściemy w mówieniu, że trawa za granicą jest zawsze zieleńsza. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia! Zetknięcie z inną kulturą przyniosło dodatkowo smutną refleksję nad słabym umiejętnościami posługiwania się językiem angielskim (uff, jak dobrze, że na pierwszą wycieczkę wybraliśmy kraj nieanglojęzyczny). Po powrocie miałam jednak na tyle dużo motywacji do działania, że przez następnych kilka miesięcy zapomniałam o odpoczynku, a czas na rozrywkę wypożyczał godziny z tego przeznaczonego na sen. Do małych zmian mogę zaliczyć przejście na wegetarianizm – małych, ponieważ nigdy nie byłam specjalnie przywiązana do jedzenia, a skoro moje potrzeby nie muszą wiązać się ze śmiercią zwierząt, to dlaczego mają?

Więcej zmian natomiast pojawiło się w świecie mojego bloga. Największą z nich było przeniesienie strony na WordPressa. Oczywiście wiązało się to ze stworzeniem nowego szablonu, więc i także nauczenia się zupełnie innego systemu. Była to jednak pozytywna zmiana i stała się motywacją do działania w kontekście bloga – umieszczania lepszych i ciekawszych wpisów. Przemyślałam też lepiej tematykę i doszłam do wniosku, że chcę, aby mój blog już nigdy nie był mylony ze stronami lifestylowymi. Postanowiłam, że tematy „o niczym” ograniczę do minimum, a skupię się bardziej na kulturze, architekturze, sztuce i przestrzeni miejskiej. Dzięki studiowaniu, coraz więcej dostrzegam w otaczającym mnie świecie i, z każdym kolejnym spotkaniem z dziełami różnych twórców, chcę je poznawać lepiej, chcę ich zobaczyć więcej.

W tym roku na blogu pojawiło się 27 wpisów. To jeszcze mniej niż w 2014, jednak mam nadzieję, że ich jakość chociaż częściowo zrekompensowała tę małą liczbę. Najważniejsze z nich to:

Rok 2015 był dla mnie czasem raczej spokojnym, choć pełnym pracy. Postawiłam przed sobą wiele zadań i zdecydowałam, że sprostam im wszystkim. Kiedyś łatwiej przychodziło mi przegrywanie, a poddawanie się naturalniej. Teraz, jeśli nie skończę wyznaczonego zadania do nocy, nie przerywam pracy dla snu. Rozpoczynanie projektów o 2, 3 też nie stanowi już dla mnie bariery nie do przebicia. Poznałam lepiej siebie i dobrze wiem, że nie potrafię spać ze świadomością nieukończonej pracy. Zaczęłam starannie planować tydzień, zapisywać nawet najdrobniejsze rzeczy. Teraz naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez kalendarza zawsze pod ręką. Na szczęście, pomimo zapełnienia praktycznie całego wolnego czasu, ten rok nie dał mi zbyt wiele stresu. Pomijając sytuacje naturalnie przepełnione zdenerwowaniem (jak sesja) oraz pojedyncze chwile, raczej szczęście dopisało mi w tym roku i ani razu nie znalazłam się w sytuacji zupełnie bez wyjścia.

Im dłużej mieszkam w Gdańsku, tym z większą pewnością nazywam to miasto domem. Suchedniów i Kielecczyzna to dla mnie smutna przeszłość, osładzana ciastami i słodyczami co święta. Cieszę się jednak, że nie odcięłam się całkowicie od tamtych lat – dzięki temu udało mi się w tym roku przywrócić jedną bardzo cenną znajomość, zaniedbaną już na początku liceum. Wydawałoby się, że w dobie internetu tak łatwo pozostać w kontakcie z osobami mieszkającymi daleko. W rzeczywistości pytanie „czy napisać do tej osoby?” wygląda bardziej jak „dlaczego przez ostatnie x lat tego nie zrobiłam?”.

Co w 2015 zaniedbałam? Zdecydowanie tworzenie. Jakoś w 2009 albo 10 opublikowałam na tym blogu wpis o tym, jak trudno jednocześnie nabywać i wykorzystywać wiedzę, że doba jest za krótka aby jednocześnie uczyć się i budować na bazie tych umiejętności. Praktyka to tylko półśrodek, godzenie jednego z drugim, wbrew pozorom nie zawsze przynoszący lepsze efekty niż zbieranie i późniejsze wykorzystywanie doświadczenia. Teraz widzę podobną relację pomiędzy odbieraniem kultury a jej tworzeniem. I w 2015 byłam zdecydowanie odbiorcą. Moje dzieła i tak nie były dostatecznie dobre, brakowało zarówno pomysłu jak i warsztatu. Dlatego postanowiłam skupić się na doskonaleniu umiejętności. Jest to z jednej strony mniej satysfakcjonujące niż tworzenie, ale z drugiej nie stwarza tej smutnej szansy, że dzieło zostanie zignorowane przez wszystkich.

Nie precyzuję planów ani postanowień na nadchodzący rok. Chcę iść do przodu, rozwijać się, poznawać nowe rzeczy i miejsca. Rok 2016 będzie związany z pracą dyplomową inżynierską, więc na studiach na pewno będzie ciekawie. W wakacje czeka mnie praktyka przeddyplomowa, ale mam nadzieję, że znajdę chwilę aby znowu gdzieś wyjechać. Może tym razem uda mi się odwiedzić Wrocław, Łódź? W kontekście bloga mogę co najwyżej postanowić większą regularność pisania. W takim razie życzę sobie, a także wszystkim czytelnikom tego bloga, trochę więcej wolnego czasu w nadchodzącym roku.

Więcej

JWB: Pomarańcz

Ostatni temat z Jesiennego Wyzwania Blogowego, „pomarańcz”, był dla mnie zdecydowanie najtrudniejszy do interpretacji. Nigdy nie lubiłam tego koloru, był dla mnie o wiele mniej naturalny niż na przykład różowy, który występuje na płatkach wielu kwiatów. Rośliny o pomarańczowej barwie o wiele rzadziej można spotkać na łące, natomiast częściej w doniczkach i przydomowych ogródkach. Nawet owoce tego koloru, głównie cytrusy, sprowadzane są z krajów o zupełnie innym klimacie. W świecie fauny również ten kolor nie stanowi częstego zjawiska – kojarzy się ze zwierzakami, które wskazuje się palcem, „patrz, lisek / wiewiórka!”. Możemy szukać pomarańczy, patrząc w niebo o zachodzie słońca – choć i wtedy jest to zjawisko, które łapie spojrzenia, sprawia wrażenie pewnej odmienności. Ostatecznie, światło lamp ulicznych potrafi tworzyć nocą oranżową smugę i w tym kolorze podświetlać okoliczne budynki – nie jest to jednak kolor lokalny, a jedynie czasowe zabarwienie. Wyciągam więc wniosek: pomarańcz nie jest typowym kolorem w Polskim krajobrazie.

W architekturze dość trudno znaleźć przykłady czysto pomarańczowych budynków, nawet za granicą. Na pewno nie określiłabym tym kolorem większości odcieni cegieł – pomarańcz to kolor zdecydowanie jaskrawy, soczysty – na podobne barwy wymyślono już wiele innych nazw (ugier, złoto, miodowy, ochra, koralowy, brzoskwiniowy itp.). Budynek tego koloru z całą pewnością wyróżniałby się z otoczenia, stanowił akcent, albo nawet dominantę. Taki efekt jest pożądany w przypadku obiektów mających spełniać funkcje reprezentatywne. Niestety łatwo popaść w skrajność i zbudować coś, co w przyszłości trafi na listę Makabryły, a dla okolicznych ludzi stanie się symbolem brzydoty. Gdańszczanie z całą pewnością wymienią jeden szpetny budynek, który „pomarańczowieje” na oczach.

Udało mi się znaleźć, na szczęście, kilka naprawdę ładnych budynków lub budowli, gdzie zastosowanie takiego koloru jest zdecydowanie wartościową cechą:

A jak wyglądałyby istniejące, słynne obiekty, które zaprojektowano jako białe, gdyby „pomalować” je na pomarańczowo? Oto kilka przykładów:

Villa Savoye in Poissy – Le Corbusier, 1931
Oryginalne zdjęcie: Valueyou

Katedra Matki Bożej z Aparecidy w Brasílii – Oscar Niemeyer, Gordon Bunshaft, 1970
oryginalne zdjęcie: Ugkoeln

Opera w Sydney – Jørn Utzon, 1973
oryginalne zdjęcie: Steve Collis

Run Run Shaw Creative Media Centre – Studio Daniel Libeskind & Leigh and Orange Ltd, 2011
Oryginalne zdjęcie: Citychu5

Heydar Aliyev Cultural Center w Baku – Zaha Hadid, 2012
Oryginalne zdjęcie: Interfase

Moim zdaniem, powyższe budynki stały się dość agresywne w odbiorze, wręcz atakujące. Straciły wiele z pierwotnej delikatności i harmonii na korzyść totalnego wyróżnienia się z otoczenia. To, co mogę za to stwierdzić – po takiej przemianie wciąż pozostały niezwykłymi budowlami i zdecydowanie daleko im do kiczu.

Słowo klucz: POMARAŃCZ. Serię Je­sien­ne­go Wy­zwa­nia po­sta­no­wi­łam po­świę­cić prze­my­śle­niom zwią­za­nym z moimi do­świad­cze­nia­mi i za­in­te­re­so­wa­nia­mi. Jest to już ostatni wpis tego cyklu. Zapraszam do przeczytania poprzednich postów, aby dowiedzieć się, jak zinterpretowałam hasła: WSCHÓD, SZARO, JESIEŃ.

Więcej

JWB: Jesień

Jak bardzo nowa sytuacja życiowa i nieustanne zmiany mogą zamieszać w światopoglądzie człowieka? A może to po prostu dojrzewanie, doświadczanie coraz to nowych rzeczy i widoków, miało większy wpływ na zmianę podejścia do wielu spraw. Dzisiaj będzie o jesieni wieku – czymś, co jeszcze niedawno, zaraz obok pająków, porodów i otwartych ran mieściło się w grupie moich niezbyt licznych fobii. Nie było tam natomiast śmierci.


Zdjęcia do tego wpisu pochodzą z Parku Oliwskiego. Ich autorem jest jesień, ja tylko nacisnęłam przycisk.

Koniec życia wydawał mi się jeszcze parę lat temu czymś naturalnym, normalnym. Kiedyś wszyscy umrzemy, tak jak większość osób, która urodziła się przed nami. Jeśli jeszcze będziemy mieli szczęście, to zdarzy się to w sposób szybki i w miarę bezbolesny. Co będzie potem? Wszystko jedno – czy Niebo, czy piekło, czy to w co ja wierzę – czyli w powtórkę z rozrywki stanu, w jakim się było przed urodzeniem. Stanu Nieistnienia.

Starość natomiast – tego bałam się chyba najbardziej. Czasu, kiedy nie będę w stanie sama załatwić potrzeb fizjologicznych, nie będę pamiętać większości zdarzeń (już teraz muszę wszystko zapisywać), a dla ludzi, za wyjątkiem rówieśniczek, przestanę istnieć. Że będę tą osoba, której z powodu litości – a nie uprzejmości – trzeba ustąpić miejsca w autobusie. Najbardziej jednak w jesieni wieku przerażały mnie naturalne zmiany w hierarchii ważności. Tak jak w wieku parunastu lat wyrzuca się misie i zabawki, tak ja w nieustannie nadciągającej przyszłości miałabym wyrzucić cele, marzenia i ambicje. Schować się pod kocem i oglądać telenowele na Polsacie, zastanawiając się nad tym, co słodkiego by upiec na święta za 2 miesiące. Jeszcze parę lat temu miałam nadzieję, że do mojej starości eutanazja stanie się dozwolona w tym kraju i pozwoli mi darować sobie ten straszny czas. Kilka instytucji na pewno ucieszyłoby się z takiego biegu zdarzeń.

Nie wiem, kiedy nastąpiła zmiana, ale teraz kompletnie nie mogę zgodzić się z przemyśleniami powyżej. Gdyby nie to, że wiecznie wszystko zapisuję, być może zapomniałabym jak bardzo bałam się starości, a jak obojętną była mi śmierć.


W przeciwieństwie do wiosny, lata a nawet zimy – jesień nie ma wyraźnego zapachu. Całe piękno tej pory roku skupia się na wrażeniach estetycznych.

Myślę, że brakowało mi w życiu przykładów pięknej jesieni życia. Nie znałam ludzi, którzy mimo późnego wieku wciąż stawiali sobie nowe cele, realizowali je i spełniali marzenia. A te nie dotyczą tylko sportów ekstremalnych i ostrych potraw – jest tyle różnych ciekawych czynności, które wciąż można wykonywać pod koniec życia. Co więcej, przez te kilkadziesiąt lat, jakie mi jeszcze zostały (nie wykluczam, że coś mnie nie zabije gdzieś po drodze – po prostu tego nie zakładam) na pewno technologia rozwinie się do tego stopnia, że życie osób z różnymi utrudnieniami ruchowymi stanie się o wiele wygodniejsze niż dotychczas. Już teraz obserwuję, jak osoby niedowidzące posługują się specjalnymi telefonami, intuicyjnymi w obsłudze, a ułatwiającymi życie w mieście. Samo projektowanie przestrzeni w ostatnich latach przyjęło sobie za cel dostępność miejsc publicznych dla każdego, niezależnie od jego mobilności. Życie jest coraz łaskawsze dla osób powoli się z nim żegnających, wydaje się nie chcieć zachować po sobie samotnej szarości jako ostatniego wspomnienia.

Jeszcze jedną rzeczą, która mnie kiedyś zniechęcała do starości jest to wieczne mówienie, co wypada a co nie. Starsza pani powinna ubierać się z klasą, tylko w stonowane kolory, nie jest mile widziana w kinie, zwłaszcza na filmie targetowanym do młodszego widza; jej miejsce jest w przychodni zdrowia, w kościele albo w domu przed telewizorem… tylko że: czy ja się słucham „głosu tłumu”? Nawet teraz wiecznie słyszę, że kobieta powinna chodzić w szpilkach, mieć co najmniej jedną „małą czarną” w szafie, a w przerwach i w każdej możliwie wolnej chwili nieustannie poprawiać sobie makijaż. I potrafię te porady bez większego zastanowienia wrzucić do jednego śmietnika z całą resztą bełkotu specjalistów od cudzego życia. Czy parędziesiąt więcej lat na karku odebrałoby mi tą umiejętność i kazało z pokorą podporządkować się temu, co myślą inni? To chyba mało prawdopodobna odmiana w moim antykonformistycznym do tej pory życiu, gdzie byłam hipsterem jeszcze zanim to było popularne i zawsze starałam się tak dla zasady zrobić coś innego niż inni (dopiero ostatnio mi nie wychodzi i zgodnie ze współczesną tendencją poszłam na studia).

A może nigdy się nie zestarzeję – tak jak po paru latach od otrzymania dowodu osobistego, a potem świadectwa dojrzałości, nadal nie czuję się dorosła. Może kiedyś, w napływie nostalgii, znajdę gdzieś w odmętach piwnicy zakurzony komputer, ten o dziwo wciąż będzie jeszcze działać… włączę go i ze łzami w oczach odpalę jedną z ulubionych gier, spędzając na wspominaniu całe popołudnie.

Jakakolwiek nie będzie moja starość – przyjmę ją. I teraz wierzę, że stanie się przedłużeniem mojego życia, a nie jakąś transformacją w poczwarkę.

Słowo klucz: JESIEŃ. Serię Jesiennego Wyzwania postanowiłam poświęcić przemyśleniom związanym z moimi doświadczeniami i zainteresowaniami. Jesień to pora refleksji, spojrzenia na to co było – w końcu niedługo nowy rok, trzeba coś zamknąć, coś podsumować. A tu wciąż do głowy wracają kolejne wspomnienia, czasem łączące się ze sobą w dość nietypowy sposób i tworzące nowe wnioski.

Więcej

JWB: Szaro

Krótka obserwacja pozwoliła mi stwierdzić, że artyści kochają czerń, a architekci biel. Ja natomiast uwielbiam szarość, niekolor praktyczny, uniwersalny i przede wszystkim pozbawiony skojarzeń, które nie pasowałyby do mojej osoby. No może poza „barwą” betonu – materiału symbolicznie oznaczającego stałość, konserwatyzm, sztywność i surowość. Dzisiaj chciałabym przedstawić krótki tekst o tym materiale – jako że sama zmieniłam opinię na jego temat na o wiele bardziej pozytywną.

Zanim zaczęłam studiować, nie rozumiałam, dlaczego tak wielu architektów ubóstwia ten smutny, szary, materiał – coś, co mi kojarzyło się z pokruszonymi chodnikami, blokami kopiuj-wklej z wielkiej płyty, z dzielnicami o których powstają hip-hopowe piosenki i smutne wiersze. Nie rozumiałam tworów brutalizmu, surowych budowli, tak różnych od uwielbianych malowniczych domków ze skośnymi dachami i firankami w oknach. Być może była to kwestia małej wiedzy, niewyrobionego gustu, zbyt płytkiej analizy – teraz nie widzę już w estetyce betonu swojego wroga. Zaprzyjaźniłam się z nim, kiedy wykorzystałam elewację z betonu architektonicznego w swoim ostatnim dużym projekcie. Sa to cienkie płyty, które mogą występować zarówno jako gładka, jednolita powierzchnia, jak i fakturowana struktura, o dopasowanej formie (a nawet kolorze!) do konkretnego projektu. Beton nie musi być zakrywany czymś innym – to on może być elementem stanowiącym o estetyce danej budowli.

Zwłaszcza, że współczesny beton, dzięki najnowszym technologiom, może nabywać rozmaite formy, ale przede wszystkim cechy. Są na przykład betony przezierne (przepuszczające światło), są betony samozagęszczalne i samooczyszczające się. Są betony chłonące wodę. Najnowszy beton ciągliwy ułatwia tworzenie obłych form. Beton, mogący pełnić funkcję izolacji cieplnej (autoklawizowany beton komórkowy) za parę lat będzie już wiekowym rozwiązaniem. Obecnie betonowe budynki mogą być tworzone w technologii druku 3D, w mniej niż jeden dzień. Beton jest „sztucznym kamieniem”, do którego struktury można domieszać inny materiał – niekoniecznie tworząc tym „nagrobkowe” lastriko.

Najzwyklejszy beton, w swoim typowym szarym kolorze i regularnej fakturze, też ma swoje atuty. W projektowaniu wnętrz świetnie się sprawdza jako tło, w którym można umieścić akcent kolorystyczny – ale także pasuje do spokojnych, „refleksyjnych” przestrzeni, z jasnymi meblami, białymi ramkami na zdjęcia i pastelowymi tkaninami. Delikatny „wzorek” powierzchni betonu może harmonizować zarówno z wyraźnym deseniem, jak i z jednolitymi powierzchniami; może też stanowić element spajający, łagodzący kontakt pierwszego z drugim. Dobry beton jest materiałem czystym, minimalistycznym, bardzo eleganckim. Kojarzy mi się z drogim, fakturowanym papierem, bez żadnego wzoru, ale wyraźnie przedstawiającym swoją jakość.

Czy beton może się znudzić? Myślę, że tak – choć tylko jeśli będzie występował w pojedynkę. Tak jak drewno czy cegła, obecnie wprowadzane do projektów miejscami, na jednej ścianie albo piętrze. Zarówno wybór drugiego (trzeciego i następnego) elementu elewacji, jak i zakomponowanie ich w przestrzeni, dają tak wiele możliwości, że naprawdę nie sądzę, że jeśli beton zniknie z architektury, to na pewno nie będzie to z powodu znudzenia jego wyglądem.

Przykładowe piękne budowle z betonu:

Te przykłady pokazują, że materiał taki jak beton może być wykorzystany w celu stworzenia akcentu w przestrzeni, ale także jako sposób utworzenia harmonii z otoczeniem. To, jaki charakter przyjmie taka elewacja zależy już tylko od koncepcji architekta. Jak mogłam wcześniej nie doceniać tak uniwersalnego materiału?

Słowo klucz: SZARO. Serię Jesiennego Wyzwania postanowiłam poświęcić przemyśleniom związanym z moimi doświadczeniami i zainteresowaniami. Jesień to pora refleksji, spojrzenia na to co było – w końcu niedługo nowy rok, trzeba coś zamknąć, coś podsumować. A tu wciąż do głowy wracają kolejne wspomnienia, czasem łączące się ze sobą w dość nietypowy sposób i tworzące nowe wnioski.

Więcej

JWB: Wschód

W ciągu ostatnich lat całkowicie zmieniło się moje podejście do sztuki. Po tym, jak zakończyłam naukę w liceum plastycznym i obrałam drogę idącą bardziej w stronę techniki (bo studia architektoniczne to przecież i budownictwo, i konstrukcje, i mechanika – nawet jeśli każda dziedzina w podstawowym zakresie), umniejszyło się we mnie poczucie pewnej sakralności dzieła plastycznego i zatarła granica, za którą pewne prace zaczyna się nazywać kiczem. Być może z punktu widzenia kogoś z ASP moja postawa wygląda jak swego rodzaju bunt albo ujście rozczarowania – ja jednak czuję, że wypracowanie sobie niezależnego zdania w temacie sztuki to osiągnięcie niezwykle cenne i w pewnym sensie dorosłe.

Z tamtych czasów pamiętam te niepojedyncze przypadki, gdy ktoś przynosił na malarstwo jakiś wymalowany w pocie czoła po nocach wschód słońca i jak wyglądała zmiana na jego twarzy po usłyszeniu oceny profesora. Nigdy nie zapomnę, jak na „temat dowolny” znajomy z klasy wyrysował przepiękny pejzaż nocny z jakimś domkiem na urwisku i kiedy świat na chwilę wstrzymał oddech, gdy nauczyciel od malarstwa brudną szmatą rozmazywał węgiel na tej kartce, „bo za mało mięsa”. Nie zliczę też, ile razy jako szczyt największej porażki życiowej przywoływane było rozstawienie swoich obrazów na Bramie Floriańskiej w Krakowie. Ja naprawdę kiedyś chciałam kontynuować ten wyścig zgodności z wymogami, wydawałoby się jeszcze mniej logicznymi niż te z Dziennika Ustaw?

Wydaje mi się, że potrzebowałam czasu, pozwalającego spojrzeć na rozwój sztuki z trochę dalszej perspektywy. Dwa lata studiów na architekturze – gdzie przedmioty plastyczne oczywiście występują, ale jako uzupełnienie, w celu rozwoju wyobraźni i wyczucia estetyki – pozwoliły mi doskonale zrozumieć, że zdecydowanie nie mogłabym zasilić tej jednomyślnej masy, po prostu do niej nie pasując.

Bo czym jest dla mnie sztuka, jaka jest jej funkcja w obecnym świecie? Zabrzmię mało romantycznie, ale obecnie jej główne cele mogę podzielić na trzy grupy:

  • estetyczną, dekorującą otoczenie, polepszającą jakość życia ludzi mających z nią do czynienia poprzez zapewnianie im wrażeń wizualnych
  • walutową – zwłaszcza przy dziełach drogich, które z czasem mogą zyskać albo stracić na wartości i porządnie namieszać w kieszeni kolekcjonera
  • edukacyjną lub światopoglądową, czyli wyrażającą pouczenie (często moralne) odbiorcy

Pominęłam tutaj całą kulturę popularną, a także sztukę internetu, od porządnych fanartów na krzywych i prostych lub prostackich memach skończywszy. Skupmy się na sztukach plastycznych, jakich się naucza w obecnych czasach – rysunku i malarstwie, rzeźbie, różnorakich kompozycjach czy instalacjach i tak dalej.

Biorąc pod uwagę, że zaliczenie sztuki do drugiego podpunktu może wystąpić tylko ze strony odbiorcy (nawet jeśli artysta „umie się sprzedać”), natomiast trzecia funkcja staje się wtórna i na ogół wygrywają twory prezentujące myśl ogółu, najczęstszą rolą sztuki przeciętnego artysty będzie tworzenie wyrazu piękna, do zawieszenia na ścianie w przedpokoju. Dawnych potrzeb upamiętniających (zapewnionych przez fotografię) oraz informacyjnych (media i internet) już w sztuce prawie nie ma – no chyba, że liczy się pojedyncze, mało istotne portrety. Na mojej liście nie znajduje się także sztuka dla sztuki – i to stwarza mój problem, który właśnie opisuję.

W sztuce dekoracyjnej bardzo łatwo stworzyć coś, co przez znawców zostanie nazwane kiczem. Popularne wzory, kwiatki, czaszki, pędzące konie, wschody i zachody słońca czy obrazki z okładek książek popularnie nazywanych kobiecymi – z rysunkami tego typu lepiej nie pokazywać się w artystycznych środowiskach. Za to w gronie prostych ludzi jak najbardziej! Przecież to jest to, co zwykły człowiek umieściłby na ścianie nad półką z pamiątkami-figurkami. Takie miejsce nie przyjęłoby natomiast budzącego niepokój dzieła ni-to-aktu ni abstrakcji.

Lubię sztukę kiczową. Może nie w całości, bo wciąż nie mogę się przekonać do obrazków wykonywanych w 5 minut sprejem na cienkich blaszkach. Doceniam natomiast starania osób, które nie chcą stworzyć czegoś na siłę artystycznego, natomiast dążą do ucieszenia prostego odbiorcy. Rozumiem piękno powtarzalnych tematycznie obrazków, które przecież i tak nie są między sobą identyczne. Zwłaszcza, że biorąc pod uwagę liczbę ludzi, twórców, na świecie – nigdy nie można być pewnym swojego nowatorstwa.

Na proste twory jest miejsce w kulturze. Nawet dzięki nim sztuka zwana „wysoką” może zyskać, mając odpowiednie tło, z którym będzie musiała wytworzyć kontrast, aby zostać docenioną – przez co będzie stawała się lepszą.

Mój problem ze sztuką jest taki, że w kontekście współczesnego świata, spłyciłam ją do funkcji bycia ładną – i w ten sposób chcę tworzyć. Oczywiście inaczej odnoszę się do prac dawnych mistrzów. Uważam, że zarówno nowożytne próby idealnego przedstawienia rzeczywistości jak i modernistyczne szokujące twory, były potrzebne w swoim czasie.

Ten wpis powstał w ramach Jesiennego Wyzwania stworzonego przez Mocną grupę Blogerów. Jest to moja krótka refleksja związana ze słowem WSCHÓD i w podobny sposób zamierzam potraktować pozostałe trzy tematy.

Więcej

I kolejny rok…

Nie przepadam za bardzo za tradycjami, jednak czasami wolę zachowywać pewną ideę w czasie. Bardziej dotyczy to wytworzenia poczucia uporządkowania spraw, zamknięcia pewnego rozdziału w życiu… a nawet nie. To zdecydowanie kwestia postawienia sobie takiego punktu odniesienia, pozwalającego na stworzenie porównań. Dzięki temu, taka idea nabiera logiczności i nie dotyczy tylko i wyłącznie elementu irracjonalnego. Nie pamiętam, czy kiedy po raz pierwszy na przełomie roku postanowiłam umieścić na tym blogu wpis z podsumowaniem, widziałam w tym podobny sens. Cieszę się jednak, że to zrobiłam – dzięki temu jestem w stanie trochę lepiej panować nad wspomnieniami.

Rok 2014 z założenia miał być o wiele spokojniejszy od poprzedniego. Nie wnosił zbyt wielu zmian do mojego życia – zdążyłam się już przyzwyczaić do studiów i życia z dala od domu rodzinnego. To pierwsze dodatkowo zupełnie wypełniło mój wolny czas – tym razem podczas wakacji musiałam wykonać dwie duże praktyki (budowlaną i ruralistyczną), więc nawet nie próbowałam wciskać w nie jeszcze jakiejś pracy na etacie. Wolałam skupić się na zleceniach graficznych, których w tym roku również nie trafiło mi się zbyt wiele – choć były o wiele bardziej interesujące i pochłaniające niż te z roku poprzedniego. W temacie grafiki, dołączyłam do studenckiego koła naukowego skupiającego się w tej dziedzinie. Nie jest to jakaś znacząca zmiana, ale uznałam, że jak już studiuję, to powinnam skorzystać i z tego typu atrakcji.

Ponieważ 2013 nie dał mi zbyt wiele wolnego czasu, 2014 stał się okresem nadrabiania kulturowych zaległości. Znalazło się kilka chwil na książki, filmy i gry, dzięki czemu nie żyłam 24 godzin na dobę w biegu. Nawet ostatecznie przekonałam się do seriali. Jedynie podczas sesji letniej postanowiłam ograniczyć do zera „marnowanie” czasu na kulturę, co okazało się zdecydowanie złym pomysłem.

Jak już pisałam, zdążyłam zupełnie przyzwyczaić się do życia w Gdańsku. To miasto ma taki przyjazny klimat, że już po roku mieszkania, przestałam się zastanawiać podczas odpowiedzi na pytanie: skąd jestem. Różne są definicje domu – ja jednak nie „wracam” do rodziców na święta, a do siebie od rodziców.

Krótka lista retrospekcji, czyli wpisy z roku 2014, które są w jakiś sposób ważne:

  • Jak utworzyć prawdziwie polską nazwę dla firmy? Lekko prześmiewczy wpis, który został przywitany niezwykle ciepło, nawet przez profesjonalistów.
  • Tworzenie – Moja pierwsza wystawa prac oraz przemyślenia dotyczące tworzenia, jakie wywołała.
  • Umierające miasteczka – Wpis o tym, co się obecnie dzieje z małymi miastami w Polsce. Dlaczego jest w nich coraz mniej osób, a średnia wieku z każdym rokiem podąża coraz szybciej w górę.
  • Przekulturowanie – Refleksja skupiająca się wokół tezy: a co, jeśli na świecie jest zbyt wielu twórców kultury?
  • Betonowy krajobraz – Spojrzenie na znany chyba wszystkim świat wielkiej płyty i małej estetyki.
  • Nieekskluzywność – Taka delikatna próba znalezienia jak największej liczby argumentów przeciwko teorii, że „cena znaczy jakość”.
  • 5 lat Nietransparentnie – Dotrwałam z tym blogiem już pół dekady. To chyba dostateczne potwierdzenie, że własna strona stała się nieodłączną częścią mojego życia.

W tym roku na Nietransparentnie pojawiło się w sumie 29 wpisów. To o wiele mniej niż w poprzednim, kiedy liczba ta wynosiła 45. Jestem jednak przekonana, że wiąże się to z wyraźną poprawą jakości – a przynajmniej chcę wierzyć, że tak jest.

O ile tradycję podsumowań utrzymuję, o tyle postanowień unikam. Życie jest za krótkie aby je marnować na bezskuteczne odchudzanie, a papierosów nie palę. Innym popularnym postanowieniem jest przeczytanie w ciągu roku 54 książek. Nie przeczytałabym tylu, nawet gdybym mogła na to poświęcić o wiele więcej czasu. Tydzień to dla mnie zdecydowanie za krótki czas na wycieczkę do świata jednej powieści. Poza tym – poganianie w czytaniu zbyt wyraźnie kojarzy się z lekturami szkolnymi. Chyba nie ma niczego równie zniechęcającego do literatury w ogóle. Nie widzę też póki co sensu w zdawaniu prawa jazdy ani w podejmowaniu ważnych, życiowych decyzji. Dobrze jest tak, jak jest teraz. Jedyne marzenie, jakie mam na ten rok, to dowolna podróż za granicę i kontakt z inną kulturą na żywo. Nie nastawiam się, bo rozczarowania znudziły mi się już w podstawówce. Zdecydowanie ważniejsze jest czujne wypatrywanie okazji i możliwości.

Ostatecznie, myślę, że ten rok będzie dość podobny do minionego. Częściowo wypełni mi go uczelnia, trochę kultura i wypoczynek, resztę poświęcę na tworzenie i próby zatrzymania ubytku zapasów finansowych na koncie. Mogę powiedzieć, że w poprzednim roku naprawdę korzystałam z życia. Nauczyłam się wiele i przeżyłam kilka naprawdę przyjemnych chwil. Niech 2015 będzie porządną dokładką.

Więcej

5 lat Nietransparentnie

Nietransparentnie – a wcześniej eV’s blog – powstało jako odskocznia. Nie z chęci przekazania czegoś światu, a w celu wyrzucenia tego z głowy zbyt ciasnej. A potem minęło pięć lat. Przez prawie ćwierć mojego życia towarzyszył mi ten blog, a był to tylko jeden z wielu – ten ostatni.

Blogi tak mocno zmieniły swoje znaczenie przez ten czas. Kiedyś osobiste pamiętniczki, teraz prawie portale lub serwisy internetowe. Z małych sklepików z refleksjami przekształciły się w galerie handlowe (a w niektórych przypadkach w podmiejskie targowiska). Nie uważam, że to źle. Świat idzie do przodu więc smutno by było tak nie dotrzymać mu kroku. Lepiej się dostosować.

Jednak mój blog się nie dostosował w pełni. Pisząc go, podążam zupełnie inną drogą niż coraz większy procent blogerów. Czytam o współpracy z firmami, o marce osobistej, o promowaniu… i nie mogę, nie potrafię tego odnieść do siebie. Przecież przez ponad połowę czasu tworzenia treści tej strony zachowywałam pozorną anonimowość. Brak nazwiska w nagłówku, zdjęcia przy każdym poście – to takie staromodne. A jednak chcę się izolować od tego co piszę; chyba dlatego, że piszę zbyt osobiście, za intymnie, w mieszance z wciąż sklejaną klejem do papieru pewnością siebie. I nie umiem kłamać.

Dowiedziałam się o tym, kiedy zachciało mi się wtopić w nową blogosferę. Kilka wysłuchanych prezentacji i zrozumiałam, na czym polega niepopularność mojego bloga. Jednocześnie upewniłam się, że nie chcę jednak go upowszechniać aż tak bardzo. Zwłaszcza takim kosztem.

Nie chcę pisać, że wiem co myśli połowa społeczeństwa, podczas gdy nie wiem. Wolę nie udawać, że już teraz mam informacje o czytelnikach bloga i wiem, jakich 10 rzeczy o jakimś zagadnieniu na pewno nie wiedzieli. Przez jakiś czas starałam się, aby moje posty były czytane, ale sprowadzało się to albo do wiecznego kasowania kolejnych akapitów, albo do upubliczniania czegoś, co w moich oczach nie było perfekcyjną wizytówką. Takie półśrodki chyba przyniosły więcej strat niż zysków – jednak chyba warto było spróbować pobawić się w prawdziwego blogera.

Tak, pobawić się – bo bloger powinien być pewny siebie. Nie używać określeń typu „myślę, że/przypuszczam„. To jego pałac, on tu jest szefem i każde słowo domyślnie należy traktować jako subiektywną opinię – nawet jeśli na taką nie wygląda. A ja tak nie mogę. Dla mnie czytelnik strony jest gościem i przypuszczam, że myślę, że nie chcę nim zawładnąć. Nie za pomocą słowa, które tak łatwo zniekształcić, zinterpretować inaczej. Albo wcale – bo jak ludzie czytają obecnie to przypuszczam, że myślę, że wie każdy. Nagłówek, obrazek, słowa wytłuszczonym drukiem i zjazd do komentarzy. Już wiem, jak będzie wyglądał Internet przyszłości i który z wymienionych w poprzednim zdaniu element będzie stanowił tę różnice pomiędzy nim a współcześnie najczęściej kupowaną prasą.

A ja za bardzo chcę po swojemu. Kamykami i patykami, żadnych prefabrykatów. Sklepik z refleksjami a nie moloch z wielkiej płyty – bo nie ma nic bardziej szczerego niż autohipokryzja. Pasuje do pięcioletniego prowadzenia własnego bloga przez osobę, której odpowiedzialność za coś bardziej typowego (zwierzaka, dziecko, osoby niższe rangą w jakiejś firmie) prawdopodobnie zgasłaby po tygodniu. Choć nie wiem i nie chcę sprawdzać. Nie dlatego, że się boję, a ponieważ nie chcę wpływać na cudze życie. Nie lubię zakładać rękawiczek, żadnego koloru. Niewygodnie się w nich pisze.

Niewygodnie się w nich pisze dużo.

Czy w pełni współczesny człowiek więcej pisze niż mówi? Od lat słyszę opinie, że wśród obecnych ludzi młodych sztuka pisania zanikła. Ja się z tym nie zgodzę i na pewno poprze mnie każdy, kto kiedykolwiek próbował coś znaleźć w archiwum dyskusji pisanej – nawet z jednej rozmowy! Nie jestem w stanie uwierzyć, że ktokolwiek przed epoką cyfryzacji był w stanie tym swoim piórkiem wybazgrać tyle słów, co teraz w Sieci nie robi na nikim wrażenia. To jeśli chodzi o ilość, a jakość… jakość jest pojęciem zbyt abstrakcyjnym do porównania.

Tekstami nieokreślonej więc jakości zasypywałam Internet przez pięć lat. Nie wiem, czy on tego chciał, ale tak właściwie to nie miał nic do powiedzenia. Cieszę się jednak, że to robiłam. Podczas gdy treści zaczynają się skupiać w pojedynczych miejscach, blogi wciąż pozostają ostoją niezależności. Jest niby ta winda w postaci profilu na Facebooku, jednak prowadzi ona do samotni. Może to właśnie jest tym najważniejszym czynnikiem wzrostu blogosfery – chęć posiadania takiego swojego kącika.

Mój kącik, z patyków i kamyków, trochę się rozrósł. Czasem go zaniedbuję, nie piszę całymi tygodniami; lecz bynajmniej nie zamierzam go skasować. Pomimo, że nie jest to już taki pamiętniczek jak kiedyś (i zdarza mi się tęsknić za tym swobodnym laniem wody, bez czytania przed publikacją i z myślą, że i tak nikt tego nie przeczyta), nie mogłabym się pozbyć tej… części mnie.

Na zakończenie, kilka zdjęć naprawdę pięknej jesieni w Gdańsku. Kiedyś znienawidzonej, obecnie mojej ulubionej pory roku.

Więcej

Karnawał Graczy Blogerów #8: Magia gier – podsumowanie

Aby nikt nie pomyślał sobie, że na Nietransparentnie jest za mało magii, to specjalnie na dzisiejszy wieczór przygotowałam dla Was podsumowanie ósmej edycji Karnawału Graczy Blogerów. Pojawiły się trzy naprawdę ciekawe wpisy, przedstawiające różne sposoby ugryzienia tematu. Na dokładkę kilka słów ode mnie, bo gier i czarów nigdy za wiele.

 


Magiczne drzewo w niemagicznym lesie

Bobrownia – Magia, dwa złote za kilo

Różne rodzaje magii przedstawione z punktu widzenia osoby zajmującej się tworzeniem gier. Mnóstwo przykładów – nawet takich, gdzie czar nie jest czymś dosłownym. Przyznam szczerze, że o kilku z wymienionych tytułów nawet nie słyszałam, więc ten wpis stanie się dla mnie idealnym kompendium jak tylko skończy mi się lista „plan to play”.

Yeti o Grach – Magia w grach – jak ona działa?

Tekst analizujący rodzaje występowania magii w grach. Jasiek prezentuje podobieństwa i schematy występujące przy rozmaitych tytułach. Jak się okazuje – tutaj rysuje się całkiem wyraźny podział. Nie będę jednak zdradzać więcej szczegółów – notkę trzeba przeczytać.

Rasgul – Magiczna magia w Dragon Age i Grze o Tron

Przyznam się szczerze – dopiero po przeczytaniu tego wpisu zorientowałam się, że w Grze o Tron prawie nie ma magii. Nie o tym jest jednak ten tekst. Autor porusza w nim wiele tematów, ale ja przede wszystkim wyłapałam zarzut wobec twórców gier o zbyt kiczowate traktowanie magii – jako czegoś zbyt „prostego w obsłudze”.

Nietransparentnie – Zamiast różdżki mysz

Kilka przykładów gier, którym poświęciłam kawałek swojego życia, wcielając się w główną postać. Utwory, w których pozbywanie się okolicznych potworów można sobie ułatwić kilkoma zaklęciami, a nawet takie, gdzie czary są czymś niezbędnym w poradzeniu sobie z trudnościami, jakie przygotowała fabuła.

Nietransparentnie – Światy pełne magii

Trochę inna lista: tym razem tytuły nastawione na zwiedzanie magicznych krain, zbieranie skarbów i tworzenie sobie małej, osobistej armii fantastycznych stworzeń. Także o tym, że nie lubię gier turowych, ale jest parę wyjątków.


Jestem ciekawa, na jakim blogu będzie się odbywać kolejna edycja Karnawału i jaki będzie jego temat. Jeśli żadne ponadprzeciętne warunki atmosferyczne ani złośliwe zbiegi okoliczności mi nie przeszkodzą, to postaram się wziąć w niej udział.

Więcej

Karnawał Graczy Blogerów #8: Magia gier

Screen z gry Sacrifice / @Shiny Entertainment

Karnawał Graczy Blogerów to taka fajna akcja zapoczątkowana przez Salantora i odbywająca się w comiesięcznych edycjach tematycznych. Za każdym razem inny bloger „gospodarzuje”, czyli ogłasza temat, zachęca innych do napisania kilku słów od siebie oraz, po miesiącu, podsumowuje edycję, umieszczając w specjlanym wpisie linki do wszystkich karnałowych wpisów. Więcej o tej akcji przeczytać można tutaj.

Chociaż rzadko kiedy zdarza mi się napisać coś o grach komputerowych, to są one częścią kultury – a więc wciąż mieszczą się tematycznie w kategoriach tego bloga. I mimo że nie brałam udziału w poprzednich edycjach Karnawału (choć od teraz postaram się regularnie w nim uczestniczyć), ósma edycja przypadła właśnie mnie.

Wyznaczam więc temat łatwy i przyjemny – aczkolwiek dopuszczający też rozmaite interpretacje:

Magia gier

Gry, których twórcy postanowili zrezygnować z realizmu i naśladowania rzeczywistości – magiczne krainy, przedmioty, bohaterowie i stwory – można powiedzieć, że to temat rzeka. Wśród jakich tytułów bitwy toczą się głównie (albo tylko) za pomocą zaklęć? Jakie przedmioty lub stworzenia można magicznie przywołać? Jak obecność magii wpływa na środowisko – czy każdy jest w stanie ją dostrzec, czy korzystanie z niej jest zawsze legalne? Co jest potrzebne aby czarować – mana, eter, inne „substancje”? Nauka magii jako proces rozwojowy bohatera gry, albo jego reakcja na zrozumienie jej istnienia, a także wpływ czarowania na samą postać – jak takie zagadnienia zostały rozwiązane w poszczególnych tytułach?

Czym w ogóle jest magia w danej grze? Czy występuje w czasie akcji, czy może jest czymś opiewanym w legendach i mitach – a może nawet zapowiadanym jako coś, co ma nadejść? W jaki sposób świat fantastyczny kontrastuje z elementami realistycznymi i jaki ma na nie wpływ? Czy rzucanie zaklęć jest przeznaczone dla każdej postaci, czy może dotyczy wyłącznie wybrańców? Jaką rolę tak właściwie spełniają sami magowie, czarodzieje i wiedźmy?

Do tematu pasuje także opis magii mniej dosłownej – które gry pomimo realizmu wydają się wręcz czarować gracza – czy to fabułą, grafiką, muzyką czy samymi postaciami. Na czym polega magia starych gier, albo tych reprezentujących dany gatunek lub firmę?

Magię można przeanalizować także pod kątem opinii publicznej oraz wywoływanych przez nią wątpliwości i kontrowersji – na przykład sporu między graczami a Kościołem. Ogólnie – wszelkie interpretacje dozwolone, nawet bardziej luźne niż opisane wyżej.

Tak więc zapraszam wszystkich do wzięcia udziału w tej edycji Karnawału i czekam na linki do postów. Podsumowanie opublikuję 18 sierpnia 25 sierpnia, więc jest mnóstwo czasu na odświeżenie sobie najbardziej magicznych gier, co i ja zamierzam zrobić.

W Karnawale Graczy Blogerów warto wziąć udział, aby w szerszym gronie skupić się na danym temacie, przedstawić go z różnych perspektyw i na wiele sposobów. Jest to akcja, która jednoczy środowisko graczy-blogerów – czyli osób, które z całą pewnością mają swoje własne zdanie i refleksje na temat tego, co zajmuje im często większość wolnego czasu.

Więcej