Tag: książki

Krótka historia sztuki

Historia sztuki to temat, który jednych nudzi, innych fascynuje. Podczas gdy niektórzy widzą tylko obrazy, inni dociekają historii ich powstawania czy zamysłu twórcy danego dzieła. Jeśli jesteś stałym czytelnikiem mojego bloga, to na pewno doskonale wiesz, że osobiście zaliczam się do tej drugiej grupy. Podział ten zresztą tak naprawdę nie istnieje, ponieważ ludzie mieszczą się w całym spektrum zainteresowania sztuką a i ono zmienia się w czasie. Dzisiaj przedstawię książkę, która powinna szczególnie zainteresować zarówno osoby posiadające jakąkolwiek wiedzę o sztuce i chcące ją uporządkować oraz tych, którzy dopiero poznają najważniejsze nazwiska i tytuły.

krótka historia sztuki

Przedstawię książkę „Krótka historia sztuki” autorstwa Susie Hodge. Podtytuł brzmi „Kieszonkowy przewodnik po kierunkach, dziełach, tematach i technikach” i oddaje główne założenie dzieła. Książka ta tak naprawdę nie jest broszurką, którą można by było pognieść i wsadzić do kieszeni, dlatego niech nikogo nie zmyli słowo „kieszonkowy”. Przeciwnie – jest to całkiem przyzwoite kompendium wiedzy na temat historii sztuki, podanej w uporządkowany i przystępny sposób. W sposób, który zdecydowanie powinien dotrzeć do zróżnicowanego grona odbiorców.

Zacznę jednak od początku – od pierwszego wrażenia, jakie ta książka na mnie wywarła. Było to wrażenie dotykowe. Okładka wykonana została z tektury powleczonej mięciutką warstwą, sprawiającą, że aż chce się ją trzymać w dłoniach. Format to wygodne A5, wnętrze rozkłada się na płasko, pozwalając zobaczyć całą stronę. 224 strony z kolorowymi obrazkami wydrukowane zostały na porządnym papierze. Jakość nie pozostawia pola do narzekania – wszystkie reprodukcje i zdjęcia są wyraźne i można dobrze się im przyjrzeć. Pod względem wydawniczym „Krótka historia sztuki” jest po prostu piękna. Dla mnie jest to naprawdę ważne, zawsze oceniam książki po okładce i nie raz od czytania odrzucił mnie zły dobór czcionki czy niewygodny format. Tutaj forma, ta niby nieistotna cecha charakterystyki książki, sprawiła, że „Krótka historia sztuki” dosłownie co chwila lądowała w moich dłoniach.

Tym, co jest jednak najważniejsze, jest oczywiście treść. Ta podana jest w sposób lekki, daleki od stylu encyklopedycznego. Autorka nie tworzy zbędnych opisów, nie rozczula się nad pojedynczymi aspektami każdego obrazu. Wiedza przedstawiona jest w sposób na tyle obiektywny, na ile obiektywnie da się opisać historię sztuki. Opisy są krótkie i konkretne, ale mimo to znajduje się w nich miejsce na dodatkowe ciekawostki oraz – niezwykle ważne – zwrócenie uwagi na powiązania pomiędzy stylami i artystami. Choć książka podzielona jest na cztery działy (kierunki, dzieła, tematy, techniki), zaglądać można do niej w sposób dowolny, w zależności od nastroju czy chęci zapoznania się z określoną treścią lub przypomnienia sobie konkretnej informacji. Dzięki takiemu klarownemu podziałowi, łatwo nawigować w treści i wyszukiwać potrzebnych informacji. Wszystkie elementy w obrębie działu omawiane są w kolejności chronologicznej.

Plusy

Gdybym miała wymienić cechy „Krótkiej historii sztuki”, które pozytywnie wyróżniają tę książkę spomiędzy innych o podobnej tematyce to najważniejszym byłoby przekrojowe przedstawienie zagadnienia historii sztuki. Podczas gdy wiele książek poświęca długie rozdziały kolejno sztuce prehistorycznej, starożytnej i średniowiecznej, tutaj epoki te giną przed liczbą stron poświęconą coraz bardziej rozmaitym sztukom współczesnym. W szkołach wałkuje się od początku do końca antyczną Grecję i Rzym, a potem absolwenci nie potrafią wymienić nazwiska ani jednego artysty ostatniego stulecia. „Krótka historia sztuki” doskonale nadaje się do nadrobienia tego braku – w tym celu jest to świetny przewodnik.
Krótkie opisy pozwalają na szybkie zrozumienie danego zagadnienia, jednocześnie zachęcając do sięgnięcia do kolejnych źródeł. Układ stron jest prosty, stworzony z myślą o współczesnym czytelniku. Objawia się to, między innymi, w postaci logicznych podtytułów i „ramek” z ważnymi informacjami, kropek z datami czy odnośników do innych stron w stopce.

Tak, jak już pisałam, książka świetnie sprawdzi się w celu uporządkowania wiedzy. Po jej lekturze nie zostanie się oczywiście specjalistą w dziedzinie historii sztuki, jednak z całą pewnością przestanie się błyszczeć niewiedzą w zakresie ważnych nazw, nazwisk czy tytułów. Jest to naprawdę solidny fundament do budowania swojej bazy wiedzy na tematy związane ze sztuką.

Warto tu zaznaczyć, że jest to książka popularnonaukowa, nie naukowa. Jej lekka i przystępna forma zachęca do niezobowiązującej lektury, sięgania w wolnej chwili, np. przy porannej kawie czy podczas przerwy w pracy. Z tego samego powodu na pewno nadaje się ona i dla młodszych czytelników, którzy szybko zniechęcają się zbyt ciężką i pompatyczną formą. Nie sprawia to jednak, że książka jest niepoważna. Osobiście nie znalazłam w niej żadnych niedopowiedzeń czy błędów, za wyjątkiem dwóch drobnych literówek.

krótka historia sztuki

Minusy

Jako osoba dość krytyczna, zawsze jestem w stanie doszukać się niedoskonałego elementu. Tutaj jest ich oczywiście kilka. Zacznę od podziału na kategorie, który zdążyłam już opisać w kwestiach pozytywnych. Ten medal ma jednak drugą stronę, którą jest rozczłonkowanie treści na poszczególne hasła, przez co książka przybiera formę katalogu stylów i dzieł. W wielu przypadkach jest to plus, jednak z drugiej strony dzieło w ten sposób zrywa z koncepcją ciągłej historii a zaczyna być bliżej tworów typu „100 najlepszych artystów”. Czy jest to rzeczywiście wada – na to pytanie nie ma obiektywnej odpowiedzi. Wydaje mi się jednak, że jest to forma treści, która o wiele łatwiej dociera do współczesnego „masowego” czytelnika.

Ograniczony format również ma swoje minusy – bardziej obeznana osoba zauważy brak niektórych tematów i twórców, którzy wcale nie byli mniej znani od tych wymienionych. Wśród kierunków brakowało mi symbolizmu, wśród technik – wielu rodzajów grafiki czy dzieł powstających jako np. tkanina artystyczna. Zabrakło mi wielu znanych obrazów, nawet dzieł twórców wymienionych wielokrotnie w „Krótkiej historii sztuki”. W niektórych przypadkach wybór wydawał mi się też nielogiczny – dlaczego na przykład jedynym szerzej przedstawionym dziełem Rembrantda jest nieduża akwaforta, podczas gdy to „Straż Nocna” przyciąga miliony turystów do Rijksmuseum. Oczywiście w tego typu książce nie dało się zawrzeć wszystkiego. W żadnej się nie da. Mając jednak ogólny ogląd na poszczególne epoki i style, techniki i twórców – łatwiej zainteresować się konkretnym tematem i doszukać dalszej literatury w jego zakresie.

Tak samo jak nie można winić lub oczekiwać od książki przetłumaczonej z języka obcego, pojawienia się w niej artystów polskich. Choć czytając o pasteli, czułam wyraźny brak Wyspiańskiego a przy realizmie stawały mi przed oczami twory Chełmońskiego, cieszę się, że książka została wydana jako tłumaczenie, bez lokalnych dodatków. To wzmacnia jej obiektywizm.

krótka historia sztuki

Podsumowanie

Książka „Krótka historia sztuki” to przewodnik i w taki sposób powinno się ją traktować. Nie jest to „fabularna” opowieść o sztuce od czasów najdawniejszych do współczesności a hasłowo podana wiedza. W ten sposób bardzo łatwo odnaleźć potrzebną informację, porównać dzieła czy epoki albo rozeznać się w chronologii. Nie jest to też wystarczający podręcznik do nauki na rozszerzoną maturę z historii sztuki, ale świetna pozycja do zapoznania się z historią powstawania obrazów, rzeźb i innych tworów plastycznych lub powtórzenia sobie podstawowych informacji. Ciekawe i krótkie opisy dobrze wpływają na odbiór książki, szczególnie przez początkujących. To właśnie im szczególnie poleciłabym tę książkę.

Więcej

Trzecia Rewolucja Przemysłowa

Początkową wizją tego wpisu było umieszczenie recenzji książki, która mnie zafascynowała I wzruszyła jednocześnie. Jednak, jak to często bywa z recenzjami, prawdopodobnie nikt by jej nigdy nie przeczytał. A to, co chcę przekazać, zdecydowanie zasługuje na jak największe grono odbiorców.

Obecnie na świecie zachodzi coraz więcej przemian. Ogromny wpływ na nie ma rozwój technologiczny, którego nie sposób porównać z przemysłem sprzed kilkudziesięciu lat. Zmiany dotykają też kwestii społecznych. Dzięki pojawieniu się internetu, zaczęły rozwijać się usługi o których nawet nie śniono w poprzednich epokach. W miejscu encyklopedii mamy Wikipedię, posiadającą kilkadziesiąt razy więcej haseł niż najsłynniejsze do tej pory źródła wiedzy. Taksówki wypierane są przez carsharing. Dzięki niezliczonej liczbie serwisów aukcyjnych, nie ma już problemu aby sprzedać cokolwiek, nawet osobie mieszkającej na drugim końcu świata. Coraz więcej osób decyduje się na couchsurfing jako alternatywę spędzenia nocy w hotelu. Świat się zmienił, pojawiło się w nim coraz więcej rozproszonych usług, w których rozwoju może uczestniczyć spora część społeczeństwa.

Czy podobne zmiany mogą jednak dotyczyć czegoś większego niż szukanie noclegu na wypad weekendowy z rodziną? Co na przykład z tym, co w pewnym sensie rządzi światem w podobnym stopniu co pieniądz? Mam na myśli energię, która zasila wszystko – od żarówki w małym domku do wielkich fabryk i rakiet. Czy decentralizacja energii jest w ogóle możliwa?

Trzecia Rewolucja Przemysłowa
Zdjęcie autorstwa 27707

Jeremy Rifkin, słynny ekonomista i publicysta, a także doradca wielu głów państw, przedstawił niezwykle ciekawą wizję w swojej książce „Trzecia Rewolucja Przemysłowa. Jak lateralny model władzy inspiruje całe pokolenie i zmienia oblicze świata”. Rifkin wyraził potrzebę zmian, poprzez wymienienie katastrofalnych skutków obecnie dominującego sposobu pozyskiwania energii. Wybór zasobów nieodnawialnych, takich jak węgiel czy ropa, już na etapie wydobycia jest degradujący dla środowiska. Spalanie tych surowców, w celu uzyskania energii, wpływa na zmiany klimatyczne i stan powietrza, wody i gleby. Wystarczy minimalne podwyższenie temperatury, aby powstały nieodwracalne zniszczenia w świecie roślin i zwierząt. Skupione w pojedynczych punktach wydobycie surowców ma też mnóstwo mniej oczywistych skutków. Jednym z nich jest centralizacja władzy, umieszczająca ją w rękach pojedynczych koncernów paliwowych, a także decydująca o gospodarce wielu krajów. To istnienie tych zasobów przyczyniło się do niejednej wojny, nawet jeśli niektórzy potrafili ubrać przyczyny w zupełnie inne słowa.

Nietrudno się domyślić, że alternatywą dla takiego stanu rzeczy, są odnawialne źródła energii. Farmy słoneczne czy wiatrowe, nie mówiąc już o wielkich elektrowniach wodnych, występują w wielu miejscach na świecie. Funkcjonuje dużo spalarni biomasy (śmieci), a energia geotermalna, dochodząca z wnętrza ziemi, jest na wyciągnięcie ręki.

Rifkin proponuje jednak zupełnie inny koncept. Zamiast skupiać produkcję energii w jednym miejscu, uzależniając ją od dostępności źródeł energii w danym czasie (wiatr nie zawsze wieje), proponuje utworzenie kontynentalnych sieci energetycznych. W tym celu każdy budynek, istniejący i nowoprojektowany, zostałby wyposażony w urządzenia służące do produkcji energii elektrycznej z jej odnawialnych źródeł. Budynki byłyby połączone w inteligentną sieć, przesyłającą energię tam, gdzie jej brakuje z miejsc z nadmiarową produkcją. Warunkiem działania tego programu okazuje się konieczność zmiany systemu wartości – zamiast prawa do posiadania i sprzedawania dóbr, ważniejsze stałoby się prawo do dostępu. Energetyczny internet, czyli określenie padające w książce, byłoby dokładnie tym, co sugeruje nazwa.

Aby to osiągnąć, musiałoby zostać spełnione pięć warunków – pięć filarów Trzeciej Rewolucji Przemysłowej:

  1. Przestawienie się na odnawialne źródła energii;
  2. Przekształcenie budynków w mikroelektrownie, wytwarzające energię ze źródeł odnawialnych;
  3. Zastosowanie odpowiednich nośników energii – Rifkin proponuje wodorowe;
  4. Utworzenie sieci łączącej wszystkie budynki w energetyczny Internet;
  5. Wykorzystanie pojazdów elektrycznych, a także umożliwienie za ich pomocą transportu energii.

Wszystkie pięć elementów musiałoby być wprowadzane w życie jednocześnie, aby cały program Rifkina miał większy sens. Sieciami objęte zostałyby całe kontynenty, dzięki czemu udałoby się ułatwić wymianę wiedzy i technologii pomiędzy poszczególnymi państwami. W 2011 roku na terenie Unii Europejskiej znajdowało się ponad 191 milionów budynków i każdy z nich mógłby zostać przekształcony w mikroelektrownię. Nowe obiekty budowane i projektowane by były już jako dwufunkcyjne – obok podstawowego programu mieszkalnego, usługowego czy kulturalnego budynek planowanoby od początku jako jedno z oczek energetycznego internetu.

Wydaje się, że projekt na taką skalę ma bardzo małe szanse realizacji. Tylko czy nie podobnie było ze zmianami urbanistycznymi idącymi w parze z poprzednimi przemianami technologicznymi? Industrializacji towarzyszył rozwój budynków wielorodzinnych, przeznaczonych dla rodzin robotniczych. Później pojawiła się prefabrykacja, czyli budynki z wielkiej płyty wykorzystujące masową produkcję do ujednolicenia architektury i przyspieszenia tworzenia mieszkań spełniających wszystkie wymagania statystycznego człowieka. Obecnie miasta rozlewają się, ponieważ samochód stał się w dobrem podstawowym, a przez internet można zrobić zakupy, porozmawiać, pracować czy uczyć się. Myślę, że nie ma sensu skreślać pomysłu na energetyczny internet tylko dlatego, że wizja prezentuje zbyt wielkie zmiany. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę liczne korzyści takiego przeobrażenia.

Kluczową zaletą decentralizacji jest fakt, że odnawialne źródła energii są z natury rozproszone. Słońce świeci i wiatr wieje na całym świecie, nawet jeśli nie w tym samym stopniu. Jednocześnie, często te miejsca, w których najbardziej brakuje dostępu do prądu, mają właśnie największy potencjał do wykorzystania sieci budynków jako mikroelektrowni. To właśnie w krajach rozwijających się, które ominęła pierwsza i druga rewolucja przemysłowa, rozproszone pozyskiwanie energii odnawialnej mogłoby się okazać najbardziej efektywne.

Takie przemiany mogłyby przynieść ze sobą o wiele więcej dodatkowych korzyści. Na początkowym etapie wprowadzania w życie Trzeciej Rewolucji Przemysłowej, pojawiłoby się wiele miejsc pracy. Być może też zwiększyłaby się ogólna świadomość społeczeństwa, że człowiek jest tylko częścią natury i nie powinien sam zużywać jej wszystkich dóbr. Rozwój zrównoważony jest znany od lat architektom i urbanistom, ale czasami mam wrażenie, że dużo się o nim mówi a o wiele mniej się w jego zakresie robi. Tym, czego w nim brakuje jest gospodarka kolektywna, zachęcająca ludzi do poczucia przynależności i dbania o dobro wspólne.

Tego typu wizjonerskie programy zmiany świata często spotykają się z ostrą krytyką. Łatwo zauważyć i tutaj wiele przeciwności. Wielkie korporacje chętnie nie oddadzą swojego monopolu a zwykli ludzie mają zbyt wiele osobistych problemów, aby zwrócić uwagę na sprawy środowiskowe. Mimo to, ja widzę w tym pomyśle bardzo duży potencjał. Choć obecnie ogniwa słoneczne czy mniejsze wiatraki nie są tanie, a ich efektywność często zatrzymuje się na kilku procentach, wierzę, że technologia jeszcze nie raz nas zaskoczy.

Trzecia Rewolucja Przemysłowa

Co do samej książki – jak się można domyślić, polecam ją każdemu, kto jest zainteresowany przedstawioną wizją. Rifkin opisał wiele spotkań, rozmów z ważnymi postaciami i przykładów zmian, które już udało się wprowadzić. Dla mnie była to książka inspirująca, ale też wzruszająca. Zmusiła mnie do refleksji nad tym, jak bezmyślnie człowiek niszczy planetę dla zaspokajania swoich banalnych, konsumpcyjnych pragnień. Jeśli społeczeństwo teraz ocknęło się z tej apatii, to jest już za późno. Jeśli jeszcze nie, to wolę nie znać przyszłości.

Więcej

Klątwa mniejszych miast, Miasto Archipelag

Święta to taki czas ponownej migracji ludzi z większych miast do rodzinnych wsi i miasteczek. W moim przypadku nie było inaczej, więc od razu uzbroiłam się w zapasy cierpliwości do tego typu miejsc oraz w najnowszą książkę Filipa Springera – „Miasto Archipelag”. Przy poprzedniej tego typu wyprawie postawiłam na tego samego autora i połączenie wypadło świetnie. Widok przemawiający z kart reportaży i miejsce, o którym można by niejeden reportaż napisać. Połączenie lepsze niż niejeden zestaw z wigilijnego stołu.

miasto archipelag

Miasto Archipelag to opowieść o dawnych stolicach województw które w momencie reformy administracyjnej w 1999 roku utraciły swój status. Choć nie odwiedzałam w tym momencie żadnego z opisywanych miejsc, pewnym rodzajem uspokojenia była informacja, że ta społeczna i ekonomiczna zapaść dotknęła nie tylko rejony miejsc mojego dzieciństwa ale i całą resztę tego smutnego kraju. Oczywiście poza stolicą i kilkoma innymi punktami, gdzie rozwój i nowe inwestycje są na porządku dziennym.

Polsce postęp gospodarczy nie wyszedł jednak na dobre. Rezygnacja z wielu fabryk i zakładów przemysłowych rozsianych po całym kraju na korzyść scentralizowanych punktów usługowych sprawiła, że całe życie odpływa Polsce z kończyn. Ale w reportażach Springera jest coś więcej – każde z opisywanych 31 miast miało swoją chwilę sławy, swoją nadzieję na szybki rozwój. Miało swoje lata rozkwitu, w których powstawały nowe instytucje, rozwijała się kultura i lokalny biznes. Po tych chwilach radości zostały ruiny, miejsca pamięci, ale przede wszystkim wspomnienia wśród ludzi, którzy w większości już nawet tam nie mieszkają. Jednak to pozostałe w Miastach Archipelagu (bo tak autor określa dawne stolice województw) jednostki stały się głównym tematem książki. Ci bardzo dziwni ludzie, którzy nie uciekli do Warszawy czy Krakowa, tak jak zrobiła większość ich znajomych.

Miasta Archipelagu mimo wszystko spotyka taka sama historia co bardzo wiele nigdy-nie-wojewódzkich miejscowości. Stają się muzeami – miejscami, do których przyjeżdża się dwa razy w roku, zobaczyć czy coś się nie zmieniło. I tak, są jakieś drobne zmiany. Tutaj coś zarosło, tam sąsiad dom pomalował, tu zlikwidowali kolejną szkołę. Czasem coś nowego się buduje. Jacyś szaleńcy, prawdopodobnie jeszcze nie wiedzą, jak wygląda życie w takim miejscu. Prosty rachunek ekonomiczny i możliwości jakie daje posiadanie samochodu razem tworzą porządny argument dla osiedlających się w takich miejscach. Ja nigdy, przenigdy ich nie zrozumiem.

Największym wydarzeniem w małym mieście jest zawsze budowa McDonalda. Taki awans spotkał także moje rodzinne miasteczko. McDonalds rzeczywiście stanął. Za wybudowaną wcześniej obwodnicą, kilka kilometrów od centrum miasta, podobno da się dojechać rowerem ale trzeba go przez jakieś płoty przenosić. Samochodem łatwiej. Na końcu świata wszystko jest samochodem łatwiej.

Zresztą to odizolowanie od reszty kraju to chyba najgorsza rzecz w mniejszych miastach. Jeden pociąg dziennie, ceny zawsze z kosmosu. Podobno istnieją jakieś autobusy dalekobieżne, ale firmy te o Internecie jeszcze nie słyszały, więc nie ma mowy, że znajdziesz gdzieś ogólnodostępny rozkład odjazdów. Do miast wojewódzkich dostać się łatwiej, ale nie w Święta. Planowałam spotkać się z kilkoma osobami, ale przez cały świąteczny okres busy żadnego przewoźnika nie kursują. A zaraz po świętach zabrakło i ludzi. Ledwo Wigilia się skończy, porozdaje się prezenty i porozmawia o dwunastu potrawach a już trzeba uciekać. Zanim ta ponurość małego miasta nie pochłonie resztek motywacji do działania.

miasto archipelag

Oczywiście są i ludzie, którzy pozostali, w tym niektórzy i z własnego wyboru. Osoby, które znalazły coś dla siebie w tych odizolowanych zakątkach kraju, ci którzy jeszcze wierzą, że da się coś zrobić, aby przywrócić legendarną świetność podupadłej mieścince, albo którzy widzą zalety w sielskim spokojnym życiu. W egzystowaniu tam, gdzie wszyscy wszystkich znają, gdzie wyjście do sklepu to całodzienna wyprawa. Gdzie nie trzeba wybierać z ogromnego wachlarza możliwości, jakie daje duże miasto, tylko bierze się to co jest. W lato Wianki, w Sylwestra wystrzeliwanie w niebo połowy budżetu miasta.

Są jeszcze te małe przyjemności, takie których nie doświadczysz w dużym mieście. W Skarżysku jest to na przykład wielki „ciucholand”. W ciągu jednego dnia, za niewielkie pieniądze można w nim wyposażyć sobie całą szafę. Dlatego przyjeżdżają tam ludzie z okolicznych miast i wiosek, umawiają się grupami aby zabrać się jednym autem, doradzają sobie przy selekcji ubrań z pełnego koszyka skarbów. Cennik w zależności od dnia tygodnia każdy zna na pamięć. Wbrew pozorom, to właśnie ostatniego dnia przed wymianą towarów, kiedy cena jest już ułamkiem tej z metki, znajduje się najciekawsze okazy i jest z czego wybierać.

Jeśli jednak chcesz się gdzieś przejść, uświadomisz sobie po chwili, że nie ma dokąd iść. Źle zaprojektowane drogi prowadzą pomiędzy rozpadającymi się budynkami. Jakieś odłażące reklamy, ze spranymi od słońca niejednego lata napisami, pojawiają się bardzo sporadycznie. Tutaj ktoś pomalował sobie domek na soczysty fiolet. Odrobina radości w tym smutnym świecie. A dalej już tylko czerń niedziałających drogowych latarni i smog z pieców, gdzie pali się zimą wszystkim. Tu coś odremontują, tam coś się zawali, grunt aby wyjść na zero i sprawiać jeszcze jakieś pozory. Aby odsunąć w czasie pogodzenie się z beznadziejnością.

Jeżdżąc w rodzinne strony zawsze lubię brać ze sobą Springera, aby wiedzieć, że to tak nie tylko tu. Zresztą, te książki się lepiej czyta poza miastem. Tam, gdzie można poczuć ten sam unoszący się w powietrzu nastrój. Gdy mogę sobie wyobrazić, że opisywane miejsca mogą się znajdować gdzieś tu obok, a bohaterowie reportaży równie dobrze mogliby mieszkać na tej ulicy. Zawsze przychodzi mi wtedy na myśl, jak wyglądałaby książka opowiadająca o miejscu mojego dzieciństwa. Nie o historii, nie o znanych postaciach – takich napisano już kilka. O tym, co jest teraz. Regularnie śledzę bloga pieczołowicie opisującego aktualności i historię miasta. Czytam o decyzjach Rady Miasta, o pomysłach na rozwój i możliwościach. Gdzieś nawet pojawiło się hasło „rewitalizacja”, ale brzmi to jak marzenia pięciolatka o locie w kosmos. Podobno się da.

miasto archipelag

A może warto jeszcze walczyć? Nieatrakcyjność małych miast sprawia, że te większe są na własną prośbę oblegane. Te nie mieszczą tylu ludzi, więc rozlewają się na przedmieścia. Z suburbii, miejskich sypialni, do pracy i szkoły wszyscy dojeżdżają samochodami, psując środowisko i niszcząc swoimi wehikułami ład przestrzenny miejskich ośrodków. Z książki Springera przemawia wyraźny komunikat, że jest źle. Ostatni rozdział bezbłędnie identyfikuje źródło problemu. Myślę, że tę lekturę powinien przeczytać każdy, ale przede wszystkim ci, którzy życie w mniejszym mieście znają jedynie z wycieczek do Piaseczna czy innej sypialni dużego miasta. A to były przecież kiedyś miejsca z własną identyfikacją, z kulturą i historią.

Trochę ich szkoda.

Więcej

Od Gropiusa do Bauhausu, czyli „Pełnia architektury”

Są książki, o których chciałoby się powiedzieć, że się przeterminowały. Że autor przekazał swoje, nauczył czegoś czytelników, a oni następnie wyszli w świat i zrobili dokładnie to, czego on oczekiwał. Niestety, naprawdę niestety, to się nie stało ze słynnym dziełem Waltera Gropiusa „Pełnia architektury”.

pełnia architektury

Początkowo ostrożnie podchodziłam do tego tytułu – pierwsze strony nie zaciekawiły mnie za bardzo. Kilka kartek później nie mogłam się już oderwać od lektury. Uważam, że to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy zamierzają zajmować się tworzeniem przedmiotów użytecznych dla innych, albo właśnie budynków. Gropius przekazał swoją wiedzę w sposób niezwykle konkretny, ale najbardziej zadziwia ponadczasowość tego przekazu. Pomijając drobne szczegóły, mogłabym teraz, w 2016 roku, traktować ten 73-letnią książkę (data pierwszego wydania – 1943) jako podręcznik.

Dla osób niewtajemniczonych w świat architektury, zacznę od krótkiego przedstawienia postaci Gropiusa. Ten niemiecki architekt, jeden z kluczowych przedstawicieli modernizmu, utworzył w 1919 roku szkołę rzemiosła, sztuki użytkowej i architektury Bauhaus. Jego najsłynniejsze dzieła to Fabryka Fagus w Alfeld (wraz z Adolfem Meyerem) oraz druga siedziba Bauhausu – budynek w Dessau. Oba obiekty na pierwszy rzut oka wyglądają jak „typowy modernizm”, ale przy bliższym poznaniu stają się naprawdę wybitne. Ale nie o tym jest wpis. Przejdźmy do książki.

„Pełnia architektury” to zbiór esejów na różne tematy. Chociaż każdy z nich stanowi odrębną całość, omawiane zagadnienia płynnie przechodzą jedno w drugie. Zaciekawiły mnie praktycznie wszystkie rozdziały, co się rzadko w tego typu zbiorach zdarza.

Z książki można dowiedzieć się, czym tak właściwie był Bauhaus. Wiele osób używa sformułowania „styl Bauhausu”, pomimo że w szkole tej nie uczono stosowania żadnych konkretnych form. Modernizm nie wprowadzał do architektury nowych elementów, a stanowił metodę według której miały powstawać nowe budynki i przedmioty. Metodą tą było przeanalizowanie potrzeb ludzi i odpowiedzenie na nie.

Tego mniej więcej uczył Bauhaus – niezwykła szkoła, w której łączono teorię i praktykę, sztukę i rzemiosło. Nauka rozpoczynała się podziałem na dwa rodzaje zajęć – z projektowania i inżynierii. Podział ten wynikał z tego, że nie było nauczycieli, którzy specjalizowaliby się w obu dziedzinach. Dopiero kiedy pierwsze pokolenie skończyło Bauhaus, można było te zajęcia połączyć. Nauka tam była niezwykle interesująca. Studenci już na trzecim roku praktykowali jako pomocnicy inspektora nadzoru na budowie. Część książki przeznaczona jest właśnie na opis funkcjonowania Bauhausu – szkoły stworzonej według wizji Gropiusa.

Autor książki miał wyjątkowo konkretne przemyślenia na temat zawodu architekta oraz tego, jakie powinny być jego dzieła. Nie „jak wyglądać” a „jakie”. Architekt powinien cechować się wszechstronną wiedzą, nie powinien uciekać od odpowiedzialności do jednej, wąskiej dziedziny. Obecne wychwalanie specjalizowania się w wąskim zakresie nie spodobałoby się Gropiusowi. Architekt to najważniejsza osoba na budowie, ale powinien być on także budowniczym, powinien znać każdy szczegół powstającego budynku.

pełnia architektury
pełnia architektury

Jako jedna z najważniejszych postaci modernizmu, Gropius miał wizję dalszego rozwoju architektury. Twierdził, że „Nowe budynki muszą być wymyślane, a nie powielane”. Widział potencjał w nowoczesnych ówcześnie technologiach, ale jednocześnie nie gardził tradycją. Tradycja, jego zdaniem, powinna się zmieniać i ewoluować wraz z biegiem czasu. Powinna oferować wciąż nowe. Nawet ludziom, którzy na to nowe nie są jeszcze gotowi – trzeba ich wybudzić z utrudniających życie przyzwyczajeń. „Musimy odróżniać istotne, prawdziwe potrzeby ludzi od bezwładności i nawyków, które tak często opisywane są jako „wola opinii publicznej”.

Gropius opisał także aspekty psychologiczne architektury – na przykład to, że „każdy dorosły człowiek powinien mieć własny, choćby najmniejszy pokój”. Ważne dla niego były więzi międzyludzkie, dbanie zarówno o pracę zespołową jak i społeczny efekt tworzenia się sąsiedztwa wokół i w budynku. Nawet w dziedzinie psychologii Gropius miał coś nowego do powiedzenia. Na przykład, że nie powinno się poprawiać błędów dziecka, aby nie uczyć go schematycznego myślenia, nie uformować go według swojej wizji.

Aktualność tej książki widać zwłaszcza w rozdziałach o urbanistyce. Już wtedy istniały problemy zbyt długich dojazdów z domu do pracy, centra miast były nieatrakcyjne (choć jeszcze utrzymywało się tam przeludnienie) a same mieszkania były zbyt drogie, aby każdy mógł sobie na nie pozwolić. Co więcej, pojawiające się bloki z wielkiej płyty od początku budziły niechęć, kojarzyły się z niskim standardem. Gropius przedstawił zalety takich budynków, opisał dlaczego niektóre osoby wręcz powinny wybierać mieszkania w wielkiej płycie. Budynki takie gwarantowały warunki oświetleniowe i wentylacyjne, o jakich nie można było pomarzyć w ciasnych śródmiejskich kwartałach. Wielkie nadzieje widział w prefabrykacji, pozwalającej utrzymać ład przestrzenny nawet przy indywidualnym projektowaniu, dzięki podobieństwu komponentów. Jedynie współczesnej gentryfikacji nie przewidział – opisał przesiedlenia w pozytywnym kontekście, pewnie nie przypuszczając, jak daleko to może zajść.

pełnia architektury

„Pełnia architektury” to świetna książka. Bardzo ładnie wydana, wydrukowana na przyjemnym papierze, w wygodnym formacie i z użyciem pięknego kroju pisma (Skolar i FF Mark). Przyjemna w dotyku okładka może nie jest najpiękniejsza, ale spełnia swoją funkcję (choć kompletnie nie rozumiem doboru i sensu umieszczenia tych cytatów na wierzchu). Wewnątrz wykorzystany został zielony kolor do stron tytułowych oraz wyróżnionych fragmentów. Tworzy to bardzo ładną formę książki.

Zdecydowanie mogę polecić tę lekturę wszystkim, którzy chcą tworzyć przedmioty użyteczne, architektom i studentom kierunków projektowych. A także tym, którzy nie rozumieją idei modernizmu, zwłaszcza dzieł związanych z Bauhausem. Czy kupiłabym tę książkę? Zdecydowanie tak.

Więcej

Dwie krótkie, a wartościowe książeczki

Łatwo powiedzieć „nie oceniaj książki po okładce”, kiedy możesz pozwolić sobie na długie wyszukiwanie recenzji w internecie, albo chociaż przeczytanie opisów z tyłu lektury. Zdarza się jednak, że na wybór dzieła do poczytania masz naprawdę mało czasu, a żadna pozycja na bibliotecznej półce nie brzmi jak element Twojej listy „plan to read”. Ja tak miałam ostatnio, gdy potrzebowałam czegoś, co umili mi podróż do domu skm-ką. W oczy rzuciła mi się pasiasta okładka małego tomiku o percepcji architektury, po angielsku. Tak rozpoczęła się moja krótka przygoda z serią wydawnictwa Birkhauser. Krótka, bo zakończyła się na dwóch pozycjach – i to właśnie im postanowiłam poświęcić ten wpis.

Basics Spatial Design

dwie krótkie książeczki

Pierwsza książka, „Basics Spatial Design” Ulricha Exnera opowiada o tym jak architektura odbierana jest przez człowieka, co sprawia, że wydaje się nam przyjazna i dobrze zaprojektowana, a co może przyczynić się do unikania kontaktu z nią.

Percepcja przestrzeni to taka nauka, która zdaje się mówić o rzeczach oczywistych, jednak bez wcześniejszego uświadomienia ich sobie, na ogół się o nich nie myśli. Przykład z książki: budynek stojący samotnie wydaje się większym, niż gdyby stał w otoczeniu innej zabudowy. Trudno się nie zgodzić, to wydaje się oczywiste – jednak ja nie zastosowałabym tego zabiegu przy projektowaniu, przed uświadomieniem sobie takiej zależności. Bez zrozumienia, jak działa odbiorca dzieła, praktycznie nie da się wykonać projektu, który będzie odebrany jednoznacznie, tak jak autor by sobie tego życzył. Myślę, że mogę powiedzieć, że tak właściwie książka „Basics Spatial Design” jest bardziej o ludziach i ich postrzeganiu niż o samym tworzeniu.

Większość poruszanych zagadnień nie powinna być niczym nowym dla studentów architektury – mimo to nie czyta się tego z poczuciem nudy. Wręcz przeciwnie – łatwo złapać się na przytakiwaniu zawartym w książce zdaniom, porównywaniu ich do posiadanej wiedzy lub w myślach rozbudowaniu jej o własne doświadczenia. Wydaje mi się, że to nie studenci architektury są targetem tego utworu. Zawarta wiedza nie nauczy nikogo dobrze projektować, ale wyczuli na dostrzeżenie pewnych zależności. Zwłaszcza, że – choć opisuje głównie architekturę – spokojnie może być odniesiona do każdego innego projektowania. Bez problemu mogę wymienić zagadnienia, które łączą projektowanie budynków z innego rodzaju designem: kompozycja, proporcje, rytm czy gęstość elementów, a także mniej oczywiste aspekty, np. upływ czasu, w którym używany będzie dany obiekt.

Basics Urban Analysis

dwie krótkie książeczki

Drugą lekturą, którą chciałabym przedstawić jest „Basics Urban Analysis” Gerrita Schwalbacha. Temat analizy urbanistycznej jest dla mnie obecnie czymś wyjątkowo bliskim, ponieważ dotyczą jej jedne z moich zajęć na uczelni. Musze przyznać, że materiał zawarty w książce bardzo dobrze pokrywa się z wiedza, która wynoszę z ćwiczeń.

Analiza urbanistyczna to coś bez czego tak naprawdę nie da się zaprojektować ani zrewitalizować żadnego obszaru miasta. Polega na zbadaniu dużego terenu pod względem bardzo wielu właściwości, znalezieniu i przeanalizowaniu istniejących problemów i szukaniu rozwiązań, które dopiero później można przełożyć na projektowanie. Bez solidnej analizy tak naprawdę nie da się stworzyć dobrego projektu urbanistycznego – takiego, który wykorzysta zastane wartości, znajdzie potencjalne możliwości i zapobieganie degradacji. Zły projekt może wiele zniszczyć, zaczynając od więzi miedzy ludźmi (brak miejsc, w których mogliby się spotkać), do tworzenia niebezpiecznych punktów, gdzie łatwo o wypadki lub gdzie możne rozwinąć się przestępczość. Dobry projekt musi zadbać o wygodę przyszłych mieszkańców, zapewnić im dostępność usług, dobrą sieć dróg i komunikacji publicznej, zawierać zaprojektowane otwarcia i zamknięcia widokowe, a przede wszystkim powinien sprawić, że ludzie będą chcieli przebywać w danym miejscu, zostać w nim. Z angielskiego, to linger. Aby to zrobić, trzeba zebrać porządną bazę danych, której stworzenie ta książka ułatwi.

W „Basics Urban Analysis” można znaleźć sposoby, jak zbadać dany teren oraz przedstawić jego obecny stan w celach dalszego projektowania. Wypisane są kroki, jakie należy podjąć, sposoby i kwestie na które należy zwrócić uwagę, źródła z jakich można skorzystać oraz elementy jakie powinny się ostatecznie znaleźć w dobrej analizie. Zagłębiając się w lekturę można zrozumieć, co jest wartością danego terenu, a co wymaga zmiany. Nie łatwo jest myśleć o dużym obszarze jako o całości, dlatego warto podzielić go na poszczególne strefy, które również zostały tutaj opisane.

Czytając tę książkę, przypomniało mi się, jak mało wiedziałam o urbanistyce przed rozpoczęciem tych studiów. Wydawało mi się wtedy, ze urbaniści zajmują się tylko projektowaniem nowych miast, niczym w gre SimCity i wielu podobnych. Rzeczywistość przedstawia się zupełnie inaczej. Większością pracy urbanisty jest tak naprawdę analizowanie terenu, zidentyfikowanie problemów i możliwości. Projekt to dopiero kolejne zadanie – i na ogól nie dotyczy on budowania miast na surowym korzeniu. Zwykle jest to rewitalizacja części już istniejących metropolii – terenów poportowych, poprzemysłowych, w różny sposób zdegradowanych. Jeśli przed przeczytaniem tego wpisu miałeś/as podobny obraz zadań urbanisty, co ja parę at temu, ta książka jest zdecydowanie dla Ciebie.

Podsumowanie

dwie krótkie książeczki

Trudno jest zawrzeć pełne kompendium wiedzy w malej, krótkiej książeczce – zwłaszcza wiedzy dotyczącej tak rozległych dziedzin. Zdecydowanie wiec nie można traktować tych dzieł jak encyklopedii – zwłaszcza dla osób planujących zajmować się architektura i urbanistyka w przyszłości. Ja także nie znalazłam w nich zbyt wielu nowych zagadnień, przy okazji widząc jak skrótowo zostały potraktowane niektóre ważne dla mnie tematy. Czytałam bardziej w celu uzupełnienia braków z języka angielskiego – wypisując słówka i próbując zrozumieć je z kontekstu zdania i wiedzy, którą posiadam. Pod tym względem obie książki spisują się świetnie – proste konstrukcje zdań wręcz same się czytają. Bez konieczności zastanawiania się przy każdym zdaniu, obcy język przestaje być uciążliwy, nawet dla kogoś, kto tak jak ja, wciąż się go uczy. Cała seria została przetłumaczona z niemieckiego, więc dla osób walczących z tym językiem zdecydowanie lepszą decyzją byłoby znalezienie oryginału.

Sposób, w jaki ta seria została wydana to wygodny i ładny tomik formatu A5 zawierający sztywne kartki i tekturowa okładkę. Wewnątrz tekst wzbogacony jest o mnóstwo obrazków, map, tabelek lub schematów. Dodatkowo wyróżnione zostały wskazówki oraz informacje dodatkowe, poza treścią. Tekstu jest mniej, wiec czytanie tutaj jest przygodą na jeden wieczór. Słabą strona książek jest ich krótka żywotność – klejone kartki, które łatwo mogą wypaść oraz okładka wyglądająca na łatwo brudzącą się. Myślę, że osobiście nie kupiłabym ich na własność (koszt na Amazonie jednego egzemplarza – kilkanaście dolarów), jednak jako coś wypożyczonego z uczelnianej czytelni spisało się bardzo dobrze.

Opisywane książki mogę tez polecić tym, którzy po prostu interesują się kulturą – bo obie dotyczą bardzo ważnych jej części. W „Basics Spatial Design” odnajdą coś dla siebie fani designu a „Basics Urban Analysis” może zainteresować miłośników psychologii, socjologii i po prostu miejskiego życia. Zdecydowanie obie książki powinny przeczytać osoby pragnące rozpocząć studia architektoniczne oraz świeży studenci tego kierunku. Dla nich ta wiedza będzie nowa, wiec powinni być szczególnie zaciekawieni – zwłaszcza że na pewno przyda im się na kolejnych semestrach.

Więcej

Zrozumieć źle urodzone

Podczas gdy wszyscy wokół zachwycają się „Księgą Zachwytów” Filipa Springera, ja postanowiłam nadrobić jego wcześniejsze dzieła i tak, pewnego dnia, na jednej z półek politechnicznej czytelni przemówiły do mnie „Źle urodzone”. Zbiór reportaży Springera, ładnie wydanych, z dużymi fotografiami i wygodnie umieszczonym tekstem, bogatym w przypisy. Wszystkie na temat architektury – ale tej sprzed kilkudziesięciu lat – dzikiej, szybkiej, masowej i topornej, ale, przede wszystkim, niezrozumianej. Ale tak naprawdę ta książka jest o architektach.

zle urodzone

Po wojnie spadła na nich ogromna odpowiedzialność odbudowy zniszczonych miast i zapewnienia ogromnej liczbie ludzi dachu nad głową. Wraz z tą odpowiedzialnością, przyszli twórcy wielkiej płyty otrzymali szereg wymagań dotyczących kosztów budowy oraz liczby mieszkańców jakich mają umieścić na poszczególnych połaciach terenu. Normą stały się duże budynki wielorodzinne z jedną łazienką na piętro czy windy zatrzymujące się na co trzeciej kondygnacji i tylko przez pierwsze lata funkcjonowania obiektu. To były te dzieła, pod którymi nikt nie chciał się podpisywać, które przerzucano pomiędzy nazwiskami i próbowano wymazać z pamięci – nawet jeśli w rzeczywistości stały i mąciły w krajobrazie niejednego miasta.

Byli też architekci z wizją. Kłócący się z władzami, walczący o swoje prawa lub po cichu przemycający swoje idee, tak aby po latach można było ich budynki dostosować do nowych czasów, które byli w stanie przewidzieć. Oni też spotykali się potem z odzewem od mieszkańców ich budynków, z krytyką i narzekaniem tych, którzy przyzwyczaili się do czegoś innego. Ich budynki były źle urodzone – nie w tym miejscu, a przede wszystkim nie w tym czasie w którym powinny.

Także budynki użyteczności publicznej doczekały się reakcji na swoje istnienie. Część z nich pozostała już tylko na zdjęciach, niektóre w dokumentach planujących ich wyburzenie, a część do dziś stoi i wygląda. To one budzą najwięcej kontrowersji, bo da się je tylko kochać albo nienawidzić. Pojawia się więc konflikt pomiędzy wygodą, poczuciem nowoczesności i potrzebą odcięcia się od tego, co było ze strony prostych ludzi, a troską architektów i miłośników zabytków PRL-u o ich zachowanie. Walki na logiczne i nielogiczne argumenty wywołują emocje związane z budynkami, często nadają im nazwy i kreują ich nową historię, zmieniając je.

zle urodzone

„Źle urodzone” to jedna z tych książek, które ułatwiają zrozumienie tamtych czasów. Zbiór reportaży Springera opowiedział mi kilka historii o tym, jak bardzo architekci chcieli, ale nie mogli. Mimo to, udało im się pozostawić po sobie ślad – te elementy miast, z których czasem są dumni, a czasem nie – nawet jeśli poświęcili długie godziny na opracowywanie ich planów.

Myślę, że bez zastanowienia mogę polecić tę książkę każdemu, kto interesuje się historią PRL-u. Autor z dużą dociekliwością prześledził dostępne źródła, dotarł do osób odgrywających ważne role w życiu opisywanych architektów i wiedzących dokładnie, jak wyglądała ich praca. W przypadku żyjących twórców, informacje pochodzą z pierwszej ręki. Oczywiście jest to także lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy interesują się architekturą. Niestety, chyba nie da się zrozumieć budownictwa tamtych czasów, tylko patrząc na wielką płytę czy pojedyncze pawilony i dworce. Zwłaszcza, że wygląd wielu z nich nie ma już zbyt wiele wspólnego z tym, jakie były podczas oddania do użytku. Bo to nie tylko pasteloza i obsianie banerami (o tym przeczytanie w Wannie z Kolumnadą) ale i zupełna zmiana sytuacji mieszkaniowej w Polsce.

zle urodzone

Więcej

Lukier i mięso

Jakiś czas temu poleciłam Wam książkę, w której autorka zadawała pytania znanym polskim architektom. Dzisiaj chciałabym przedstawić kolejną architektoniczną rozmowę – tym razem pomiędzy architektem, Marcinem Kwietowiczem, a dwoma krytykami, Grzegorzem Piątkiem i Jarosławem Trybusiem.

lukier i mieso

„Lukier i mięso” to zapis dość długiej dyskusji, płynnie przechodzącej pomiędzy tematami, ale skupionej wokół współczesnego projektowania budynków w Polsce. Przedstawione jest to bardzo „od kuchni” – spośród różnorakich myśli da się wyłowić zarówno takie obrazujące codzienne życie projektanta budynków, jak i sytuacje, w jakiej przyszło mu tworzyć. Pomimo formy, w jakiej napisana została ta książka, nie czuje się różnicy zdań i doświadczeń pomiędzy postaciami – raczej każdy dodaje swoje argumenty do wspólnego stanowiska. Momentami miałam wrażenie, ze pomiędzy kartkami przemawia do mnie jedna postać, ale porządnie zastanawiająca się nad każdym aspektem poruszanego tematu.

Jest to jednak ciekawa rozmowa, poddająca pod wątpliwość wiele teorii, które być może zbyt szybko zostały przyjęte w architekturze, burząca standardy myślenia o budynku i tym, w jaki sposób powinien być zaprojektowany. Bo choć każdy projektant ma swoje metody, to podstawą jest umiejętność wpisania obiektu w otoczenie, nawiązywanie do stylistyki otoczenia i tak dalej – ale co to tak naprawdę oznacza? Jest to tylko jedna z wielu myśli przewijających się pomiędzy tymi ponad 350 stronami tomiku. Inna z nich dotyczy kierunku, w jakim zmierza współczesna architektura i jak tego typu przemiany uwidaczniają się w polskich miastach. Często pojawiają się tez ciekawostki, które tylko osoba przesiąknięta środowiskiem architektonicznym mogłaby dostrzec, ale po ich wskazaniu przez rozmówców, czytelnik z pewnością je zrozumie.

lukier i mieso

Autorzy podchodzą do tematu architektury bardzo krytycznie. Wiele budynków i ich twórców zostało ocenione naprawdę surowo, za to w taki sposób ze nie trudno się z taką oceną nie zgodzić. Na przykład tak zwani starchitekci – czyli osoby o znanych nazwiskach, zdobywcy wielu prestiżowych nagród i twórcy obiektów, które z samego faktu bycia wybudowanymi przez nich nabywają wyższą rangę w świecie architektury. Jak się okazuje, część twórców z tego grona stawia budynki nawet nie odwiedziwszy wcześniej działki, albo umieszcza obiekty na wizualizacjach przedstawiających zupełnie inną zabudowę niż ta, która otacza teren. Czytając tę książkę, uświadomiłam sobie, ze architektura nie różni się niczym od innych dziedzin twórczych – że osoby uznawane często za autorytety to tak naprawdę mainstreamowe gwiazdy, które czymś zabłysły a potem już tylko unosiły się na fali sławy, stawiając sobie koleje pomniki. Wydaje mi się, że wcześniej patrzyłam na ich twórczość dość bezkrytycznie. Mam tu na myśli mówienie jedynie, ze coś mi się nie podoba, zamiast twierdzić, że coś jest po prostu złe. Pod tym względem twórcy „Lukru i mięsa” wyręczyli mnie w myśleniu.

Oczywiście dostało się i tym mniej znanym pracowniom – bo w końcu nie trzeba być starchitektem, aby móc wybudować coś niewłaściwego. Cala ta książka to swoisty przekrój przez świat architektury, a wiec wypełniona jest nazwiskami i nazwami, obiektami, ich wnętrzami i ich otoczeniem. Opisane zostały w niej chyba wszystkie ważne wydarzenia architektoniczne z ostatnich 25 lat – choć nie w formie katalogu a krótkiej refleksji – co znawcy architektury jako pierwsze przychodzi na myśl, kiedy zapyta się go o dany obiekt. Dzięki temu „Lukier i mięso” się czyta – a nie ogląda obrazki.

Tutaj warto zwrócić uwagę na sam sposób zaprojektowania tej książki. Musze przyznać, ze naprawdę się z nią męczyłam – nie ze względu na treść, bo ta jest na tyle lekka, że mogłabym ją pochłonąć w jedną noc, gdyby mi się bardziej spieszyło, albo czytać po kilka stron co jakiś czas, gdybym nie musiała jej zwrócić do biblioteki. Chodzi mi o jej formę – wymiary i dobór papieru. Mały, kieszonkowy format przy takiej liczbie sztywnych stron wymaga dużo siły w utrzymaniu książki otwartej, a grzbiet wygląda na taki, który po kilku czytelnikach zacznie się łamać. Gdybym miała polecić komuś przeczytanie „Lukru i mięsa”, to zdecydowanie zaproponowałabym to w postaci ebooka.

lukier i mieso

Inną denerwującą rzeczą było rozmieszczenie zdjęć. Z jednej strony trochę „po staremu” – bo na całych stronach i bez treści wokół, za wyjątkiem podpisów. Z drugiej jednak designersko, a nie funkcjonalnie – z podpisami tam gdzie się zmieści, czyli czasami aby się dowiedzieć, co przedstawione jest na fotografii, musiałam przekręcić kilka kartek. Wydaje mi się, ze taka forma rozmowy byłaby dużo wygodniejsza, gdyby omawiane obiekty miały swoje przedstawienia fotograficzne tuz obok treści. Jak dla mnie, osoby przyzwyczajonej do stron internetowych i innych treści, gdzie obrazki wzbogacają a nie utrudniają czytanie, byłoby to o wiele wygodniejsze.

Myślę, ze uzasadnieniem takiej formy jest jedno ze stwierdzeń padających pomiędzy stronami: architektury nie da się w pełni przedstawić na zdjęciu. Dlatego tworzy się makiety i odwiedza budynki – aby zobaczyć ją na żywo, we wszystkich trzech wymiarach. Obecnie jednak fotografia – a raczej wizualizacja – próbuje to zmienić i przekazać odbiorcy jednostronna informacje o budynku, z odpowiednio dobranej perspektywy i o konkretnej porze dnia i roku – tej, dla której obiekt powstał. Architektura jest tymczasem o wiele ciekawsza, a przynajmniej ma szanse taka być.

Komu poleciłabym „Lukier i mięso”? Raczej niewielu osobom – nie jest to pasjonująca lektura z fabułą, zaskoczyć może raczej tylko tych, którzy studiują architekturę albo są świeżo po tym kierunku i coś tam już wiedzą, o czymś słyszeli a inne rzeczy widzieli na własne oczy. Z pewnością nie znajdą tam niczego dla siebie ci, których budowanie w Polsce nie interesuje lub którzy nie mają żadnej wiedzy w tym temacie. Dla tych, którzy się jednak skuszą, będzie to lekka i przyjemna lektura, pozwalająca poznać tą część świata architektów, o której nie mówi się na studiach, a co więcej – zrozumieć, co jest najbardziej krytykowane w projektowaniu architektonicznym, czego unikać, aby nie znaleźć się w podobnego rodzaju publikacji, zaraz za jakimś bardzo smutnym nagłówkiem.

lukier i mieso

Więcej

Opowieść o brzydkich miejscach, czyli Wanna z kolumnadą

Są takie książki, po których przeczytaniu zaczynasz widzieć w świecie trochę więcej. Próbujesz wtedy układać w głowie historie, mające na celu wytłumaczyć, usprawiedliwić dlaczego to, na co patrzysz, wygląda tak a nie inaczej. Dzisiejszy wpis jednak nie będzie ani o powieści fantasy, ani o jednej z ksiąg wielkich religii. Przedstawię za to znany i lubiany w wielu kręgach zbiór reportaży Filipa Springera, „Wanna z kolumnadą”.

Jest to książka traktująca o polskiej przestrzeni. A jaka jest ta przestrzeń, każdy widzi. Estetyka typowej ulicy każe przechodniowi przedzierać się wzrokiem przez gąszcz billboardów, całkiem słusznie nazywanych szmatami. Gdzieś w oddali blokowisko – każdy budynek innego koloru, na jednym namalowane palmy, na drugim koszmar jak z zeszytu do geometrii. Gdzieś za miastem ekskluzywne osiedle – ekskluzywne, bo poza domami niczego innego tam nie ma, ani drogi, ani drzewa, nawet kawałka chodnika. W mieście natomiast pojawił się labirynt płotów. Wszystkie płoty prowadzą do ogromnej bryły jakiejś kolejnej galerii czy hotelu, górujących nad miastem jak kościół w średniowieczu. Historyzujące dekoracje oczywiście wciąż są jeszcze na topie – kolumienki, sfinksy – nie mniej popularne niż fascynacja dalekim wschodem w projektowaniu elewacji. Krótko mówiąc, reportaż o polskiej przestrzeni był potrzebny.

„Wanna z kolumnadą” jest idealną opowieścią o ładzie przestrzennym w Polsce, a tak naprawdę o jego braku. Filip Springer odwiedził mnóstwo miejsc dotkniętych architektoniczną brzydotą i, oprócz zrobienia świetnych zdjęć, przeprowadził wywiady z osobami mającymi wpływ na wygląd przestrzeni, a także z jej odbiorcami. Każdy temat potraktowany został z ogromną dociekliwością. Reporter nie powstrzymał się przed korespondencją, spotkaniami i rozmowami telefonicznymi z osobami odpowiedzialnymi za taki wygląd rzeczy.

Skąd bierze się smutna suburbanizacja, dlaczego pomimo licznych wad, wciąż jest popyt na oddalone od świata mieszkania na zamkniętych osiedlach o malowniczych nazwach? Jak to jest, że gdy ktoś chce wybudować prawdziwego maszkarona, to niezależnie co mówi miejscowy plan zagospodarowania, będzie mógł już chwilę później zacząć robić wykopy pod fundamenty? Co się stało z rzekami, które kiedyś zasilały wodą i jakością wiele dużych miast, a teraz prawdopodobnie znajdują się w tym samym miejscu, co estetyka polskiej przestrzeni? Czy te wszystkie materiały reklamowe, masowo porozwieszane po mieście, umieszczone zostały tam legalnie i – jeśli nie – do dlaczego wciąż tam wiszą? I oczywiście dwa podstawowe pytania: po pierwsze, dlaczego nikt z tym nic nie robi, a po drugie, czy to w ogóle komukolwiek przeszkadza? Odpowiedzenie na te pytania stało się celem reportera. Muszę przyznać, że po przeczytaniu „Wanny z kolumnadą” już dobrze rozumiem, gdzie leży problem.

Dziewięć reportaży, każdy na inny temat, przeplecione zostały krótkimi definicjami. Pierwszym, co przeczytałam w tej książce, była tak naprawdę ostatnia z nich. O ile jestem tym typem osoby, która nie ogląda trailerów filmów, nie czyta opisów książek, które zamierza wypożyczyć lub kupić… tutaj musiałam zacząć od końca. Zwłaszcza, że tak naprawdę znałam zakończenie. Jest nim przecież to co mijam na co dzień, idąc na zakupy do marketu, czy na uczelnię. Jest nim to, na co patrzę z okna pociągu, autobusu lub tramwaju. To także to, czego staram się nie widzieć, co starannie omijam okiem obiektywu, robiąc zdjęcia. Zakończenie tej książki nie zmieściło się na jej stronach, ono jest widoczne po odłożeniu jej na półkę i spojrzeniu przez okno. Ja chciałam wiedzieć, co było bezpośrednio przed zakończeniem. Filip Springer zaproponował mi odpowiedź. Jest nią krótka statystyka umieszczona pod nagłówkiem „Lekcja plastyki”.

Przez całą opowieść przewinęło się może kilka-kilkanaście osób, którym brzydota otoczenia przeszkadzała, którzy chcieli swoim działaniem na nią wpłynąć. Większość bohaterów reportaży ma natomiast zupełnie lekceważący stosunek do problemu. „Zajmij się czymś ważniejszym” – wydają się mówić, albo nawet mówią. „Wanna z kolumnadą” pokazuje smutną prawdę, jak bardzo Polakom nie zależy na estetyce miejsc, na jak niskim poziomie jest ich poczucie piękna, a co więcej – jak nisko cenią sobie wrażenia wizualne, w stosunku do potencjalnego zysku. Tak też powstają skupiska banerów reklamowych – bo jeden wisiał, to drugi obok nie zaszkodzi, co z tego, że po chwili już go nie widać spod dwudziestu następnych.

Książka pięknie wydana, bogata w świetne zdjęcia, uzupełniające materiał tekstowy, a czasem potęgujące jego przesłanie. Reportaże napisane są bardzo przyjemnym językiem, co chwila miałam ochotę w jakiś sposób zaznaczyć sobie jakiś fragment aby łatwo móc do niego wrócić. Czasem dowcipnie, nawet jeśli to taki śmiech przez łzy, bo oto kolejna inwestycja miesza w krajobrazie. Chyba jedyną wadą „Wanny z kolumnadą” jest wysoka cena w stosunku do długości czytania. A to jest bardzo negatywna cecha czegoś, co chyba powinien przeczytać każdy.

Ostatecznie, czym więc była ta zmiana w postrzeganiu krajobrazu, o której napisałam na początku wpisu? Teraz, patrząc na ten sam brzydki billboard, na te same sfinksy przy wejściu do mijanego budynku czy kolejną makabryłę, widzę za tym ludzi. Zastanawiam się, jak wyglądał proces szpecenia krajobrazu; czy w ogóle pojawił się chociaż raz ten kluczowy moment, kiedy ktoś z zewnątrz miał powiedzieć „nie”?

Ten wpis postanowiłam urozmaicić zdjęciami mojej rodzinnej miejscowości oraz miasta powiatowego obok. Myślę, że pasują.

Więcej

Przygody architektury XX wieku

Zaciekawił mnie sam tytuł. Po chwili książka była już w koszyku zamówienia z internetowego antykwariatu. Kiedy po paru dniach „Przygody…” trafiły do moich rąk, od razu wzięłam się za czytanie. Gdyby nie uporczywy brak czasu, lekturę tę połknęłabym jednym tchem. Jest to zdecydowanie najciekawsza książka o historii architektury, na jaką ostatnio trafiłam.

„Przygody architektury XX wieku” Przemysława Trzeciaka to dzieło dość stare, bo z roku 1974. Początkowo drażniło mnie, że przedstawiona historia nie będzie zawierać całego stulecia, a w głowie układały mi się plany „uzupełnienia tego braku”. Po przeczytaniu moje zdanie zmieniło się diametralnie – cieszę się, że jest to opowieść o architekturze z czasów jej nowoczesności. Dzięki temu dzieło nabiera dodatkowych wartości – przedstawia, w jaki sposób architektura sprzed kilkudziesięciu lat odbierana była w latach 70.

Książka podzielona jest na dziesięć rozdziałów, natomiast każdy z nich porusza kilka tematów. Oprócz przedstawień poszczególnych idei i stylów, części książki skupiają się na rozmaitych kwestiach – jeden rozdział na przykład prezentuje rozwój architektury w konkretnych krajach, inny przedstawia sylwetki ważnych twórców (konkretniej: Wrighta, Miesa van der Rohe i Le Corbusiera), parę działów skupia się na problematyce przed jaką stanęła architektura XX wieku. Dzięki takiemu zróżnicowaniu, czytanie jest dalekie od nudy, a i łatwiej znaleźć fragment dla siebie. Choć wydarzenia przedstawione są chronologicznie, „Przygody…” nie stanowią jednolitej całości, więc można podróżować pomiędzy stronami bez strachu, że brak jakiejś wiedzy spowoduje niezrozumienie tematów późniejszych. Najwygodniej jednak zagłębiać się w historię stawiania budynków i budowli od czasów najdawniejszych do tych najbliższych obecnym – w końcu pojawia się tu tyle powodów i przyczyn, celów i konsekwencji.

Nie trzeba przekartkowywać książki do ostatnich stron, aby docenić, z jak wielu źródeł korzystał jej autor. „Przygody architektury XX wieku” są bogate w cytaty architektów i konstruktorów, zawierają wiele szczegółowych danych, statystyk, analiz. Na stronach umieszczone są ilustracje – rysunki (m.in. szkice architektów) i zdjęcia. Choć czarno-białe, doskonale przedstawiają co, w zamyśle projektanta, dany budynek miał przedstawiać swoją formą. Do tego całe 420 stron tekstu opisującego wyczerpująco architekturę… jednak nie to jest najważniejsze.

Przede wszystkim, „Przygody architektury XX wieku” to nie jest tylko książka historyczna i wyłącznie o architekturze. Na tak wielu stronach autor znalazł mnóstwo miejsca, aby przedstawić konkretny punkt widzenia – nie wyłącznie ze strony dwudziestowiecznych budowniczych, ale także swojej, profesora historii sztuki na ASP w Warszawie. Mogę więc zakładać, że podobne opinie podzielały środowiska akademickie w latach 70., a także znacząca część społeczeństwa i mediów. Co więcej, przy opisach wielu obiektów mogłam przeczytać, jak zostały one odebrane przez odwiedzających. W „Przygodach…” nie ma ucieczki od prawdy – jeśli jakiś budynek został źle zaprojektowany, to prawie na pewno taka informacja znajdzie się wśród jego opisu.

Bardzo cennym jest też opisane tło powstawania tej architektury. Pierwsze dwa rozdziały przedstawiają czasy jeszcze z końca XIX wieku, co stanowi pewnego rodzaju kontekst później opisanych zdarzeń. Początek żelbetu i projektowania konstrukcji pokazują, jakie nowe możliwości czekały na architektów przełomu wieku, natomiast krótki opis secesji wprowadza do światopoglądu, jaki dominował wtedy pośród twórców. Czytając książkę chronologicznie, można wraz z autorem analizować jak jedne style odbijały się na drugich i jak wyraźnie kontrastowe idee dążyły do wspólnego celu, znosząc siebie nawzajem.

Nie zabrakło też filozoficzno-socjologicznego podejścia do architektury. Choć tak naprawdę można je wyczuć na wszystkich kartach książki, to ostatni rozdział skupiony jest na najważniejszym problemie, przed jakim stanęło budowanie. Nie są to, wbrew pozorom, zniszczenia powojenne, a stale wzrastająca liczba mieszkańców miast. Architekci stawali na głowach, aby zaprojektować budynki zapewniające komfort mieszkańcom, ale przede wszystkim, dające się wybudować szybko i najlepiej tanio. Książkę kończy wizja przyszłości – projekty futurystyczne, które z jednej strony zadziwiają, z drugiej mogą wywołać szok, ale czasami też zdają się być czymś znajomym, być może widzianym w trochę innej formie i nieco zmienionym detalu, na jakiejś stronie z nowoczesną architekturą.

Co więcej, nie sposób nie odnieść treści książki do czasów współczesnych. Obecnie borykamy się z innymi problemami – liczba mieszkań nie jest już priorytetowym tematem dyskusji architektów i urbanistów. Obecnie mówi się o suburbanizacji, nadmiarze samochodów w miastach i klątwie osiedli zamkniętych. Choć w dziele Przemysława Trzeciaka pojawiły się smutne widoki przedmieść, na następnej stronie umieszczone zostało zdjęcie dzielnicy biedy – tak jakby nie spodziewano się, że niedługi czas później to mała luksusowa willa z kolumienkami przed wejściem, będzie marzeniem przeciętnego Polaka, pragnącego uciec dwie godziny drogi za miasto, w otoczenie równo ułożonych, identycznych domków w pustej przestrzeni. Pod tym względem „Przygody…” z wiekiem nabierają dodatkowej wartości – bo to już nie tylko historia, ale i historia w historii.

Sam język tekstu jest niezwykle lekki, zachęcający do kontynuowania czytania. Na stronach przeplatają się wydarzenia tragiczne i komiczne, bo taka właśnie była architektura tamtych czasów – jak budynki, patrząc na które nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Muszę jednak przyznać, że całkowicie zmieniło się moje podejście do architektury modernizmu, często nazywanej „komunistyczną”. Czytając, na jakim tle i w jaki sposób powstały dane budynki, zaczęłam rozumieć, jaka wizja przyświecała architektom. Zaczęłam też widzieć o wiele więcej piękna w surowej bryle, rytmie przeszkleń, żelbetowej fantazji. Poza tym, jak wiele obiektów widzianych i wyśmiewanych obecnie na ulicach wyglądało zupełnie inaczej przed termomodernizacją pastelozą?

Na końcu książki umieszczony został Kalendarz wydarzeń współczesnej architektury”. Dla osób uczących się historii architektury współczesnej, te strony mogą być szczególnie pomocne w pojęciu chronologii. Poza studentami architektury, myślę, że mogłabym polecić tę książkę każdemu.

Więcej

Architektura jest najważniejsza

„Ludzkość poprzez architekturę wyraża swoje istnienie, bowiem architektura jest tym właśnie procesem twórczym, który przekształca przyrodę i formuje nowy krajobraz. Krajobraz człowieka.” Są to słowa prof. Tomasza Mańkowskiego, architekta, któremu została zadedykowana książka „Architektura jest najważniejsza. Rozmowy”, autorstwa jego córki, Ewy Mańkowskiej-Grin. To jego rozważania stały się punktem wyjścia oraz inspiracją do przeprowadzenia rozmów ze znanymi polskimi architektami, które autorka odbywała od października 2014 do połowy bieżącego roku.

Ewa Mańkowska-Grin, jako malarka, w swoich pytaniach zwróciła uwagę na kwestie wrażeń estetycznych jakie dzieła architektów potrafią wywołać i często wywołują. Artystka zapytała wprost, czyja to wina, że obecnie w wielu miejscach w Polsce panuje prawdziwy nieład przestrzenny, dlaczego stawia się domy zupełnie niepasujące do siebie nawzajem i dlaczego architekci, jako ich twórcy, na to pozwalają. Odpowiedzi, jakie padły, nie były jednakowe. Kiedy osoby rozumiejące taką sytuację wypatrują źródła problemów, może okazać się, że czynników sprawczych tego chaosu w zabudowie może być o wiele więcej.

Innymi zagadnieniami, jakie autorka poruszyła w swoich wywiadach są tematyka roli mistrzów w kształceniu świadomości architektów, a także współczesne nauczanie tej dziedziny. Architekci, którzy kiedyś pobierali u kogoś nauki, a w większości przypadków później sami zaczęli wykładać na uczelniach wyższych, chętnie podzielili się swoim doświadczeniem i opowiedzieli o roli, jaką pełni zdobywanie doświadczenie w tym zawodzie.

Pomimo, że pytania się powtarzają, każda rozmowa jest inna, tak jak nie ma dwóch takich samych architektów i dwóch takich samych budynków. Sama wybrałam w tej książce trzy swoje ulubione wywiady, do których z pewnością kiedyś wrócę. Jeśli sięgniecie również po tę książkę, znając mnie, pewnie zgadniecie które.

Podoba mi się to, że każdą rozmowę można inaczej scharakteryzować – na przykład ta z Janem Łasiem, architektem specjalizującym się w technologiach drewnianych, skupiła się na architekturze Podhala oraz różnicach pomiędzy takimi budynkami a tymi murowanymi. Są rozmowy bardziej filozoficzne, są refleksyjne a także i te, gdzie architekci wyrażają zupełnie nieznane mi dotąd poglądy na kwestie, z którymi na co dzień się spotykam. Prof. Ewa Kuryłowicz, dla przykładu, zwróciła uwagę na wady usług w parterach zabudowy, Piotr Śmierzewski z biura projektowego HS99, natomiast argumentował za tym, że da się stworzyć dobrą architekturę przy mniejszym budżecie.

Myślę, że książki „Architektura jest najważniejsza. Rozmowy ” nie powinno się czytać w domu. Zamiast tego, lepiej wybrać jakieś ruchliwe miejsce w centrum miasta, a idealnie ławkę na przedmieściach. Dzięki temu, można mieć przed oczami żywy obraz jednego z ważniejszych zagadnień, które zostały poruszone w rozmowach – urbanistyki. Ten temat został pojawił się chyba we wszystkich wywiadach, tak samo jak środowisko oraz „przestrzeń funkcjonalna” miasta, osiedla zamknięte.

Komu poleciłabym tę książkę? Raczej nie osobom nie posiadającym żadnej wiedzy o architekturze (no chyba, że są fanami literackiej formy rozmów). W wywiadach pojawia się wiele „smaczków” często związanych z historią architektury i urbanistyki, ale jest też wiele informacji, których pełne zrozumienie wymaga tła wydarzeń, którego może brakować niektórym odbiorcom. Wystarczy nie wiedzieć, czym jest Wystawa Światowa albo jaka jest różnica pomiędzy projektem typowym a indywidualnym, aby pewną część informacji płynących z odbioru tej książki stracić.

Dla pasjonatów architektury jest to pozycja zdecydowanie warta przeczytania. Jeśli kiedyś będę miała własne biuro architektoniczne, to umieszczę ją na półce pomiędzy Witruwiuszem a Prawem Budowlanym i będę ściągać z tej półki za każdym razem, kiedy zapomnę czym jest architektura, a raczej czym była w połowie drugiej dekady XXI wieku. Bo „Architektura jest najważniejsza. Rozmowy” to doskonałe świadectwo obecnego wizerunku miast.

Na koniec o samym wydaniu:
Książkę można zakupić w sklepie Fundacji Bęc Zmiana w cenie 41 zł. Jej format to szersze o 2 centymetry A5, a papier przyjemny, chropowaty. Okładka to miękka tekturka ze skrzydełkami, ze wzorkiem logo wewnątrz. Ładne, minimalistyczne wydanie, skupiające się na znaku graficznym widocznym na okładce. Jedyna wada to zbyt mały margines środkowy, co utrudnia czytanie w środku książki. Przed każdą rozmową zaprezentowany jest obrazek – w większości szkic zapowiadający architekta – jego autora. Na ostatnich stronach umieszczone zostały biogramy przedstawionych twórców, krótko przybliżające ich sylwetki i twórczość. Książka sprawia wrażenie bardzo architektonicznej :).

Więcej

Miasta Przyszłości, która nie nadeszła

Mieszkając w dużym mieście już drugi rok, wyraźnie widzę, jak problematyczny stał się rozwój polegający na rosnącej liczbie samochodów przypadających na mieszkańca. Obecnie projektując budynki wielorodzinne, należy uwzględnić około 1,2 – 1,3 miejsca parkingowego przypadającego na każde mieszkanie. Trudno mi uwierzyć, że jeszcze za PRLu aleja Grunwaldzka w Gdańsku Wrzeszczu była po prostu szerokim deptakiem z widocznymi gdzieniegdzie na zdjęciach autami.

Obecnie wręcz naturalnym widokiem są wieczne korki pod Galerią Bałtycką, niekończące się sznury samochodów, trąbiących na siebie nawzajem, gdzie każdemu kierowcy śpieszy się najbardziej. Wokół ulic umieszczone są przestrzenie, niby chodniki, raczej parkingi. Zieleni jest coraz mniej, a zmiany coraz bardziej konieczne i radykalne. Przykładem może być głośna ostatnio sytuacja tzw. ul. Nowej Politechnicznej, czyli planów przekształcenia wąskiej uliczki w szeroką drogę, z dwoma pasami jezdni w każdą stronę i linią tramwajową, kosztem istniejących, starych budynków. Kiedyś problem gęstości miast dotyczył doświetlenia mieszkań – dzisiaj wielkość przestrzeni pomiędzy budynkami kieruje się nowym priorytetem: szukaniem miejsca dla wszystkich uczestników ruchu drogowego.

Rozwiązania są różne, a miejsca coraz mniej. Bardzo ciekawy pomysł na poradzenie sobie z pogodzeniem poszczególnych elementów ulicy powstał już w 1910 i został opublikowany w zbiorze „The transactions of the Royal Institute of British Architects Town Planning Conference, London”, natomiast jego autorem jest Eugène Hénard, francuski architekt znany z wielu pomysłów urbanistycznych, często wykorzystywanych nawet dziś (np. rondo).

Hénard z jednej strony podziwiał osiągnięcia techniki, a z drugiej krytykował wyraźne niedociągnięcia: niezdrowy dym unoszący się z kominów czy niekończący się wywóz śmieci ulicami miast. Zwrócił uwagę, że pod drogami ciągnie się masa różnych kanałów i przewodów, natomiast przestrzeń na powierzchni jest tak wykorzystana, że naprawdę trudnym jest umieszczenie jakiegokolwiek nowego elementu. Architekt też wyobrażał sobie przyszły rozwój infrastruktury: rury doprowadzające do domów benzynę, świeże powietrze czy morską wodę. Wymyślił więc sposób, który można by było zastosować w już istniejących miastach. Cytując,

All the evil arises from the old traditional idea that “the bottom of the road must be on a level with the ground in its original condition.”

Całe zło wynika ze starego, tradycyjnego pomysłu, że droga musi iść na tym samym poziomie, na którym znajdowała się oryginalnie ziemia.

Hénard zaproponował rozwiązanie: umieścić chodnik oraz drogę dla karetki na drugim, sztucznym gruncie (czyli po prostu na stropie). Tym samym partery mieszkań przy tak przekształconej ulicy stałyby się dodatkowym piętrem piwnic. Takie drugie piętro ulicy stworzone byłoby na stałe, z żelbetu przykrytego na przykład drewnem, 5 metrów ponad przestrzenią ulicy, na której odbywałby się ruch samochodowy. Całość utrzymywałaby się na murowanych ścianach oraz słupach, rozłożonych pomiędzy nimi co około 4 metry.

Pod tym stropem, podwieszony byłby cały system rur (jak nowocześnie) – w tym rury ze sprzężonym powietrzem, wodą rzeczną, czystą wodą, paliwem, ciekłym powietrzem oraz… odkurzaniem – oraz kabli elektrycznych. Dzięki takiemu rozwiązaniu dostęp do całej infrastruktury byłby niezwykle prosty.

Dzięki umieszczeniu tych rzeczy nad ziemią, przestrzeń poniżej gruntu można by było wykorzystać w inny sposób – umieścić tam linie metra oraz samochody ciężkie, a przede wszystkim te służące do wywozu śmieci. Dla tego piętra Hénard przewidział sztuczne oświetlenie oraz wentylację wspomaganą mechanicznie, z kominami umieszczonymi w przerwach pierzei. W środku znalazłoby się też miejsce dla kanału dymowego, obsługującego okoliczne budynki.

Wizja Hénarda wydaje się prawdziwą rewolucją, jednak architekt nie zaprzestał na wymienionych powyżej zmianach. Opisał on rozwój wertykalny ulic do jeszcze kolejnych pięter – w tym przypadku podziemnych – choć zdawał sobie sprawę z problemów związanych z taką inwestycją.

Poza zmianami związanymi z funkcjonowaniem ulicy, Hénard zaproponował także rozwiązania dotyczące budynków, między innymi rezygnację z dachów stromych, które nie oferują dodatkowej przestrzeni. Na dachach płaskich architekt wyobrażał sobie lotniska dla małych i lekkich samolotów, za pomocą których mieszkańcy mogliby w prosty sposób poruszać się ponad miastem. Dla bezpieczeństwa, samolociki te wyposażone byłyby w automatyczne spadochrony a ich ruch byłby zakazany w miejscach o szczególnej wartości. Każdy dom byłby przy okazji wyposażony w windę, pozwalającą na transport maszyn zarówno na dach jak i do podziemi. Dla ułatwienia utrzymania kursu, w miastach pojawiłyby się wysokie obiekty charakterystyczne – wieże, dzwonnice, itp., z czego największa znajdowałaby się w samym centrum miasta.

Cały tekst można przeczytać, w języku angielskim, na tej stronie: http://urbanplanning.library.cornell.edu/DOCS/henard.htm

Czy coś z tej szalonej wizji się spełniło? Z jednej strony nie mamy samolotów na dachach, a na ulicach wciąż dominuje ścisk i przeszkadzanie sobie nawzajem wszystkich uczestników ruchu. Z drugiej, czasy przeznaczania powierzchni ziemi w centrach miast na parkingi wielostanowiskowe minęły już nawet w Polsce. Obecnie nigdy nie wiesz, czy budynek, który wydaje Ci się małą, skromną kamieniczką nie stoi na 3-piętrowej wannie fundamentowej, wypełnionej samochodami.

Więcej

Te ważniejsze książki

„Lista 10 książek, które w jakiś sposób wpłynęły na moje życie”. Widziałam już mnóstwo odpowiedzi na to wyzwanie. Nie mniej razy słyszałam narzekanie, że pojawił się kolejny łańcuszek, spamujący tablice na Facebooku. Ja akurat popieram tę inicjatywę. Dzięki niej mogę porównać „gust książkowy” znajomych. Przy okazji, poznaję nowe tytuły, które warto sprawdzić – tak na wypadek, gdyby moja lista planów czytelniczych nagle się wyczerpała.

Dzisiaj ja postaram się stworzyć własny zbiór literatury mojego życia. Poszczególne tytuły opiszę dokładnie – nie pod względem fabularnym, a ze szczególnym zaznaczeniem, co we mnie zmieniły. Będzie to więc wpis bardzo osobisty.

Z reguły czytam książki dla przyjemności, ale część z nich zostawia po sobie coś więcej. Przy tworzeniu poniższej listy nie wybierałam tych utworów, które zafascynowały mnie ciekawą fabułą. Kierowałam się tylko tym, do jakich przemyśleń mnie one zmusiły.

 

1. Miguel de Cervantes Saavedra, „Don Kichot z La Manchy”

Zawsze kiedy mówię, że lektury szkolne zniechęcają, a nie zachęcają do czytania, muszę ugryźć się w język aby przypadkiem nie przytoczyć tego tytułu w dalszej rozmowie. „Don Kichota” przeczytałam, ponieważ zainteresowały mnie jego fragmenty z podręcznika. Dodatkową motywacją było zadanie domowe – aby przygotować prezentację dowolnego fragmentu. Za fragment niecytowany w podręczniku można było złapać szóstkę, więc obudziła się we mnie Hermiona.

Po przeczytaniu całości, zrozumiałam jedno: myślę zupełnie inaczej niż niektórzy ludzie – w tym autorzy podręcznika. Z opracowania, jakie tam znalazłam, wyczytałam, że tak właściwie to Don Kichot wcale nie był postacią pozytywną (za jaką ja go uznawałam). Był szaleńcem potrzebującym pomocy, kimś zagubionym we własnym świecie.

Ja natomiast właśnie w nim znalazłam obraz ludzkich potrzeb. Tę konieczność wypełniania misji swego serca, bycia podziwianym, bycia potrzebnym. Ten wymóg zaspakajania głodu swojej satysfakcji. Wreszcie – najbardziej czystą reakcję na szarą rzeczywistość, tak różną od tej opisywanej w baśniach i legendach. W pewnym sensie zazdrościłam Don Kichotowi tego, że zwariował. Dzięki temu, jego świat stał się dokładnie taki, jakiego potrzebował jego niepokorny duch – pełen wyzwań i misji. Co z tego, że dla wszystkich wokół rycerz walczył z wiatrakami? Dla niego była to bitwa ze smokiem i tylko to się liczy. Nikt za nikogo nie przeżyje jego życia, dlaczego więc nie skupiać się na jego subiektywności?

Pamiętam, że autorzy podręcznika zadali pod jednym z fragmentów pytanie: „Czy istnieją współcześni Don Kichoci? Kim oni są? Jak im pomóc?”. Większość klasy stwierdziła, że chodzi o osoby szalone lub zagubione. Dla mnie, współcześni Don Kichoci to osoby, które potrafią żyć własnym życiem i robić to, czego pragną – nawet jeśli inni uważają to za śmieszne.

2. Stephen King „Bastion”

Było to pierwsze dzieło Kinga, które wpadło mi w łapy. Jako czytacz bardzo wolny, spędziłam z nim ponad miesiąc, taszcząc ze sobą i czytając w każdej wolnej chwili. Chociaż mam za sobą wiele innych dzieł tego niezwykle płodnego autora, to właśnie Bastion zaznaczył się w mojej pamięci bardzo wyraźnie.

Czytając, zachwyciła mnie filmowość opisów i przedstawianych zdarzeń – jednak nie to sprawiło, że tak mocno wbiłam się w akcję utworu. Głównie zachęciło mnie przedstawienie człowieka w sytuacji kryzysowej. Pewnie każdy z czytelników mojego bloga widział jakiś film postapokaliptyczny, albo spotkał się z innego rodzaju dziełem na ten temat. Tutaj jednak dobiła mnie szczegółowość takiej wizji.

Wcześniej nie zastanawiałam się tak właściwie nad tym, co by się stało, gdyby pewnego dnia przytrafiła się katastrofa zmieniająca świat w jeden wielki grobowiec, pozostawiając tylko jednostki. Brak dostępu do Internetu byłby niczym w porównaniu z zatrzymaniem praktycznie wszystkiego, co wymaga ludzkich rąk.

Kolejna książka, która uświadomiła mi, jak szczęśliwe jest życie, gdzie nie trzeba bać się, że na każdym kroku czeka niebezpieczeństwo, gdzie jedna niezaufana osoba może co najwyżej zniszczyć Ci wieczór (już pominę sytuacje niestandardowe). Być może to po lekturze Bastionu zaczął rodzić się we mnie pomniejszy pacyfizm – bo czy jest coś gorszego niż wojny, uczące jak mało warte jest ludzkie życie?

3. Robert Kiyosaki „Bogaty ojciec, biedny ojciec”

Jest to książka, którą polecił mi tata. Lektura – poradnik – wskazówka o tym, jak zarabiać i jak ryzykować. Zupełnie mnie to zdziwiło, bo kojarzyłam ojcowskie preferencje głównie z fantastyką naukową i pudełkiem pełnym Lema w piwnicy. Nigdy nie lubiłam poradniczków, jednak postanowiłam zaryzykować i poświęcić jeden wieczór na te kilkadziesiąt kartek. Myślę, że było warto.

Choć do zapału do gry na giełdzie mi jeszcze daleko, to zrozumiałam mniej więcej, czym jest bycie ambitnym przedsiębiorcą. Wcześniej wydawało mi się takim „przeznaczonym dla wyższych warstw” działanie ryzykowne. Na przykład założenie własnej firmy. „Bogaty ojciec” powiedział mi, że „czemu nie?”. Zaczęłam więc przykładać się do nauki przedsiębiorczości (akurat było to w roku, gdy miałam ten przedmiot w liceum).

Przez te kilka miesięcy wpływu książki, skupiałam się też na wyłapywaniu w życiu aktywów i pasywów. Takich na moją skalę. Postanowiłam zaryzykować i pomimo braku funduszy zapisać się na przedmaturalny kurs angielskiego. To mnie zmotywowało do freelancerskiej pracy jako grafik. Zaowocowało to zdobyciem doświadczenia w zawodzie – ale bardziej w życiu. Załapałam się na kilka naprawdę nieuczciwych ofert, które zabrały mi naprawdę wiele godzin z życia.

4. Connie Willis „Przewodnik Stada”

Tytuł ten wpadł mi w łapki, kiedy zapytałam Pomniejszego Badziewia, czy nie ma on w swojej niezwykłej kolekcji czegoś abstrakcyjno-psychologicznego. Mówi się „nie oceniaj książki po okładce” – jednak jak nie zwrócić uwagi na grafikę zawierającą kawałek fraktala i ponad dwa rzędy „ctrl+c-ctrl+v” owiec?

Jednak czytanie szło mi początkowo dość topornie. Dużo czasu zajęło mi przekonanie się do „badań naukowych” zajmujących główną bohaterkę – takich z pozoru nic nie wnoszących i pasożytujących na biednych podatnikach. Kiedy wreszcie udało mi się przymknąć na to oko, resztę książki przeczytałam jednym tchem. Najkrócej mówiąc, jest to opowieść o poszukiwaniu źródeł i powodów rozpowszechniania się poszczególnych trendów. Akcja umieszczona jest w wesołym środowisku naukowców zajmujących się tego typu sprawami, co jest dodatkowym atutem humorystycznym.

Tym, co wyciągnęłam z tej lektury jest przekonanie o nieistnieniu przypadków w życiu. Chociaż z naukowego punktu widzenia nie jest to prawdą, mam wrażenie, że wszystko co może spotkać człowieka jest efektem zbiegów okoliczności – przeróżnych czynników, które nie zawsze da się prześledzić od samych źródeł.

Zrozumiałam też dwie rzeczy: 1. mam wpływ na wszystko co się dzieje wokół mnie (mniejszy lub większy, ale mam); 2. nie jestem w stanie przewidzieć wszystkich skutków mojego działania – nigdy. Każdy mój ruch może stać się tym słynnym trzepnięciem skrzydeł motyla, które gdzieś dalej wywoła ogromne zmiany w życiu moim i innych ludzi. Uzbrojona w tę wiedzę, mogę iść przed siebie – z powodu niezwykłej zawiłości fabuły życia i tego jak wiele innych czynników (w tym osób) na nie wpływa, mogę powiedzieć, że wybór mojej drogi nie ma wcale tak kluczowego znaczenia, jak mi się wcześniej wydawało.

5. Gustaw Herling-Grudziński „Inny Świat”

Gdybym miała stworzyć listę 10 najdrobniejszych rzeczy, które chciałabym zmienić w swoim życiu, to gdzieś w jej środku byłoby nie-zwlekanie z przeczytaniem tej książki do momentu aż zostanie ona zadana jako lektura szkolna.

Jest to bardzo wartościowy utwór, który chyba w każdym pozostawia jakiś ślad. Mi pokazał bardzo wiele, jednak jedna, szczególna rzecz naprawdę odmieniła moje życie. Nauczyłam się doceniać i wykorzystywać to, co mam. To brzmi tak prosto, wręcz przysłowiowo. Jednak dla mnie tego typu zdanie nagle pokazało swoje nowe oblicze. Zawsze byłam osobą zbyt skrajnie oszczędną (czyli skąpą). Pamiętam, jak zawsze na wycieczkach szkolnych uparcie mówiłam, że nie jestem głodna, po czym próbowałam oddychać ustami, kiedy wszyscy jedli fast-foody. Skupiałam wzrok na tabelkach z cenami. 3 złote za frytki. Kurde, nie mogę. Kiedy nagle pojawiał się jakiś dodatkowy wydatek, próbowałam na siłę znaleźć mu jakieś usprawiedliwienie.

A potem przeczytałam „Inny świat” i zrozumiałam, że tak nie można. Tak naprawdę, to nie wiem, co może się wydarzyć za kilka lat. Skąpstwo jest okropne w skutkach i zdecydowanie nawet niewarte posiadania „oszczędności na czarną godzinę”. Kiedyś mogę stracić wszystko co posiadam i pozostaną mi jedynie wspomnienia. Muszę więc zadbać, aby były one dobre. Żałuję, że od początku nie było to dla mnie oczywiste.

6. J. K. Rowling „Harry Potter”

„Harry Potter” tak naprawdę przekonał mnie do czytania w ogóle. Wbrew temu, że jest to literatura dla mas, ja uważam dzieło Rowling za naprawdę wybitne. Postanowiłam jednak, że poświęcę mu osobny wpis. Porównam je do utworu budzącego w społeczeństwie zupełnie przeciwne emocje i powiem, dlaczego osobiście wolę Pottera. Taki mały spoiler, aby wypełnić przestrzeń pod tym nagłówkiem.

Jednym z moich wakacyjnych postanowień było przeczytanie całej serii w języku oryginału. Takie łączenie przyjemnego z pożytecznym. Spodziewajcie się wpisu, jak tylko skończę.

7. Richard Feynman „Pan raczy żartować, panie Feynman!”

Nie wiem, czy dalej mi do interesowania się fizyka, czy biografiami – ta książka była dla mnie jednak niezwykła. Jest to inspirująca opowieść świetnego człowieka, o swoim życiu. Po naukowcu, Nobliście, można się było spodziewać trudnej w odbiorze i skomplikowanej lektury, niemożliwej do przeczytania dla osób niezwiązanych z dziedziną. Pod tym tytułem znajduje się jednak naprawdę prosty i lekki utwór – przy okazji najbardziej zachęcający do działania, ze wszystkich jakie w życiu przeczytałam.

Feynman przedstawił siebie jako osobę, która robi dokładnie to, co chce. Niezwykle szanuje swoje własne potrzeby i pragnienia, jednak zna granicę, której nie może przekroczyć w kontaktach z innymi. Sprawia to, że bierze on z życia maksimum, wykorzystuje cały swój czas i dzięki temu coraz więcej osiąga.

Czytając „Pan raczy żartować, panie Feynman!”, cały czas myślałam, że „ja też chcę być taka”, a utwór wydawał się odpowiadać, że przecież mogę – wystarczy, że się przyłożę i dam z siebie wszystko. Chociaż utwór jest biografią fizyka, ja wyciągnęłam z niego morał o wiele bardziej ogólny i nadający się do wpłynięcia na moje życie.

Inną rzeczą, którą zmieniła we mnie ta książka było to, że zaczęłam często zastanawiać się nad różnymi zjawiskami i analizować je w myślach. Na przykład: jeśli mam gorącą kawę i mogę ją wypić dopiero za dwie minuty, to cieplejsza będzie jeśli dodam mleko od razu, czy dopiero wtedy? Niby proste pytanie, ale nie przypominam sobie, abym wcześniej często tak analizowała cokolwiek.

8. Mark Twain „Listy z Ziemi”

Książka, która była dla mnie pierwszym „literaturowym” potwierdzeniem, że nie tylko ja wątpię.

Autora, jak chyba każdy, kojarzyłam wcześniej z „Przygód Tomka Sawyera”. Łobuzerska opowieść o chłopcu z małego, amerykańskiego miasteczka, zapisała mi się w pamięci wyjątkowo dobrze, tym chętniej sięgnęłam po dzieło tego samego autora, a o innym przeznaczeniu.

„Listy z Ziemi” w bardzo ładny sposób przedstawiły mi kilka absurdów religii. Na przykład, że chrześcijanie chcą iść do Nieba, gdzie będą w spokoju skakać po chmurkach i grac na harfach, choć ich ziemskie życie w żadnym stopniu nie wskazuje na ich zamiłowanie do jednego bądź drugiego.

Nie chciałabym, aby ktoś uznał, że dzieło Twaina całkowicie zmieniło mi światopogląd. Raczej umieściłam je tutaj z powodu braku konkurencji w tej dziedzinie – w rzeczywistości uzmysłowiło mi tylko kilka dość zabawnych rzeczy.

Przy okazji – jest to naprawdę ciekawa lektura, lekka do czytania i przyjemna w formie.

9. George Orwell „Rok 1984”, „Folwark zwierzęcy”

Umieściłam dwa utwory pod jednym podpunktem, nie tylko ze względu na wspólnego autora ale także na to, że wyciągnęłam z nich podobny morał. „Rok 1984” to opowieść o życiu w świecie, w którym każdy krok jest kontrolowany z góry, natomiast „Folwark zwierzęcy” opisuje gospodarstwo, z którego zwierzęta wygnały właściciela i zaczęły układać swoje własne prawo. Są to więc utwory zupełnie odmienne i celujące w różne grupy. Ja wyciągnęłam z nich to, że tak naprawdę mało komu szczerze zależy na moim szczęściu. Dla ludzi obcych mogę stać się jedynie pionkiem, takim do wykorzystania w potrzebie. I jednym z wielu. Aby osiągnąć własny cel, wiele osób nie ma żadnych skrupułów, aby posłużyć się innymi i zmusić ich do myślenia, że to dla ich dobra. Chociaż to nie jest częsta sytuacja, postanowiłam zacząć wypatrywać takich zjawisk – tak na wszelki wypadek. Być może zachowana czujność pozwoli mi zorientować się w odpowiedniej chwili, że komuś spodobał się nadmiar mojego czasu.

Jednocześnie też uważam, że obie książki mogłyby być lekturami szkolnymi („Folwark” podobno kiedyś był, ale został wykreślony z listy). Jest w nich dużo symboliki, odniesień i porównań, czyli to, co autorzy podręczników lubią najbardziej. Z drugiej strony, być może byłaby to krzywda dla tych utworów. Rozbieranie jednego i drugiego na czynniki pierwsze mogłoby sprawić, że zbyt wiele osób odebrałoby je w inny sposób niż autor miał na myśli. Mogłyby stać się dodatkowym argumentem dla tych wszystkich osób, które nie mają pojęcia, kto obecnie rządzi państwem, a najgłośniej krzyczą o kłamcach i złodziejach.

10. Daniel Keyes – „Kwiaty dla Algernona”

Odkąd pamiętam, zawsze chciałam być mądrzejsza niż byłam. Bardzo irytowało mnie to, że nie mogę czegoś zrozumieć lub zapamiętać, że coś pozornie prostego przychodzi mi z wielkim trudem. Tak miałam w tym roku z mechaniką budowli – patrzyłam na te belki i miałam wrażenie, że zaraz nie wytrzymam i wybuchnę. Więc się poddałam, co zaowocowało wrześniową poprawką.

„Kwiaty dla Algernona” nie uświadomiły mi niczego wprost. Przedstawiły za to, jak zmienia się myślenie człowieka, który stopniowo (ale szybko) staje się mądrzejszy, jak „przygłup” zamienia się w naukowca. Oczywiście jest to jedynie fantastyczna wizja pisarza i daleko jej do rzeczywistości. Co jest ważne, pokazuje ona negatywne skutki takiej przemiany. Bohater zaczyna dostrzegać zło świata, coraz więcej rzeczy mu przeszkadza. Satysfakcja płynąca z badań wydaje się być coraz mniej zaspokajająca potrzeby przyjemności. Czy nie lepiej być więc takim Don Kichotem, którego przytoczę tutaj jako przeciwieństwo omawianej postaci?

Tak naprawdę, to nie ma takiego wyboru. Można za to ustalić swój tryb życia. Można wziąć się w garść i stwierdzić, że nawet nie będąc „kowalem własnego losu”, wciąż da się coś gdzieś doszlifować.

Więcej