Kategoria: Blogowe

Wygrałam ten rok

Równe 12 miesięcy temu powiedziałam sobie: przede mną najtrudniejszy rok w całym moim życiu. Tak wiele rzeczy mogło pójść nie tak, co chwila jakieś zmiany, niezliczone decyzje do podjęcia – a efekt każdej z nich miał pełnić praktycznie kluczową rolę w moim życiu. Teraz, w Sylwestra kolejnego roku, mogę przyznać jedno: udało się. Jestem dokładnie tu, gdzie chciałam być, a nawet dalej. Udało mi się osiągnąć więcej, niż wyznaczałam sobie wtedy. Kiedy patrzę wstecz na rok 2013, aż chce mi się płakać – ze szczęścia.

Zaczęłam prawie od zera – z niepewnie wypełnioną deklaracją maturalną, z zaakceptowanym projektem dyplomowym i totalnym brakiem planów na to, co dalej. Cały początek roku przepełniony był niepewnością – bo trzeba było znaleźć jakąś pracę na wakacje, wybrać wreszcie kierunek studiów, znaleźć jakieś miejsce, w którym będzie można się podziać podczas tego studiowania. Zrezygnowanie z dalszej edukacji nie wchodziło w ogóle w grę. Czy dzienne, czy wieczorowe, czy zaoczne – potrzebowałam studiów w jakiejkolwiek formie. Bez tego zatrzymałabym się w rozwoju albo popadła w letarg i bezczynność.

Czekały mnie długie wakacje. Chyba bym sobie powyrywała palce z dłoni, gdybym miała zmarnować te trzy miesiące na bezczynne siedzenie i np. spanie do czternastej (co najpewniej by się stało, gdybym nie znalazła pracy). Moje przedmaturalne kwalifikacje nie pozwalały na zbyt wiele, więc rozsyłałam CV gdzie popadnie już od stycznia. Wiedziałam, że ogłoszenia proponujące pracę przy np. układaniu kwiatów na siłę chcą jak najbardziej zmniejszyć liczbę potencjalnych kandydatów, a w ostateczności wcale nie wymagane tam jest prawo jazdy trzech kategorii, bogate doświadczenie w ogrodnictwie i wykształcenie wyższe. Mimo to, jedyna wiadomość, jaką dostałam od tego typu firm brzmiała mniej więcej tak: „zaproś jak najwięcej znajomych do pracy w Holanii, a my blablabla…”. Całe moje studiowanie stało pod ogromnym znakiem zapytania – skąd do cholery wziąć tyle forsy?! Tymczasem rok mijał bardzo różnorodnie.

Styczeń to studniówka, na którą nie chciałam iść, ale poszłam. Zima w większości dotyczyła zadręczania się przyszłością i w międzyczasie zaliczaniem poszczególnych przedmiotów w liceum i oddawaniem prac dyplomowych (prawdziwą męczarnią było malarstwo, irytująca była grafika).

Potem nagle matury i niespodzianka. W momencie, kiedy już najbardziej bałam się braku pracy w wakacje, zostałam zaproszona na rozmowę o pracę w dużej firmie, na stanowisko grafika. Dostanie się tam przekraczało moje najśmielsze marzenia i do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że mnie tam przyjęli. Po zakończeniu przygody z kieleckim Plastykiem, taki zbieg okoliczności był po prostu zbyt piękny, aby mógł być możliwy. Ile osób po studiach kończy na kasie w Biedronce lub w magazynach z powykrzywianymi od dźwigania ciężarów kończynami? Ja tymczasem spędziłam całe wakacje w klimatyzowanym biurze, wypełniając osiem godzin dziennie kreatywnym użytkowaniem pakietu Corela. Nauczyłam się wiele, poznałam świat korpo i czułam, że nie marnuję czasu. To była naprawdę satysfakcjonująca praca.

W te wakacje także, wraz z gronem znajomych z województwa świętokrzyskiego, zorganizowaliśmy regionalny konwent, Jagacon. Impreza została pozytywnie odebrana przez większość i można ją nazwać pewnego rodzaju sukcesem.

Potem nagle okazało się, że dostałam się na architekturę. Wielka ucieczka już od dawna była w planach, ale to była najlepsza wymówka. Bo przecież trzeba było zerwać tyle więzi dookoła… Studia na kierunku, o którym tyle osób marzy (a mi trafiły się czystym fartem) – czyż to nie wręcz śmieszne zagranie ze strony życia? Nowe miasto, nowi ludzie, nowa sytuacja w życiu – co bardziej wtajemniczeni wiedzą i tak, co było w tej zmianie najważniejsze i na co wyczekiwałam przez ostatnie parę lat.

I teraz jestem tutaj – na końcu roku. Patrzę na to, co minęło i mogę powiedzieć jedno: jestem zwycięzcą. Przeszłam przez te wszystkie zmiany, pokonałam niezliczone przeszkody, nie zwątpiłam po drodze na tyle mocno, aby odpaść… Po prostu wygrałam ten rok. Bardzo przyjemnie spędzone Sylwestra były godnym ukoronowaniem dwa tysiące trzynastego. Jestem szczęśliwa.

2014 będzie piękny.

Więcej

Zły design boli przez całe życie

Podczas gdy wszyscy byli zajęci lepieniem pierogów i lataniem po Tesco w celu wybrania najodpowiedniejszej pary skarpet dla każdego z krewnych i znajomych, ja siedziałam sobie na facebooku przed laptopem, knując niecne plany, jak by tu zrobić, aby ten blog przestał reprezentować retro-webdesign i tak dalej. Wcześniej bardzo długo zastanawiałam się, czy jakiekolwiek zmiany są potrzebne na tej stronie, jednak tym, co zaważyło nad decyzją była konieczność zmiany nazwy.

Poprzednie zdanie mogło zabrzmieć trochę desperacko, jednak zaraz postaram się przekazać, o co konkretnie mi chodziło. Poprzedni adres – blog.evanrinya.com miał jedną, ogromną wadę: był zbyt skomplikowany. Zdarzyło mi się parę razy komuś podawać tę nazwę słownie i nie obyło się bez konieczności literowania lub chociaż dzielenia jej na sylaby. Dodatkowa subdomena „blog.” tylko wszystko komplikowała (na evanrinya.com siedziało moje portfolio, które teraz chwilowo jest w remoncie i pod adresem nic nie ma. Zmiana nazwy bloga trafiła więc do planów i tak sobie czekała, aż będę miała chwilę czasu na realizację.

Nie lubię półśrodków, dlatego jak tylko nadeszły święta, od razu zabrałam się za cały rebranding. Ogólnie jestem zadowolona z efektu i cieszę się, że jednak powzięłam tak duży krok do przodu w mojej blogowej przygodzie. Logo nawiązuje kolorystyką i obłym kształtem z jedną ostrą krawędzią do poprzedniego, jednocześnie będąc zupełnie nowym znakiem graficznym. W tle strony znajduje się zlepka moich zdjęć (tych, które pojawiały się w postach) z nałożonym filtrem (efekt taki zamierzony).

poprzedni layout

Dlaczego „Nietransparentnie”? Transparentny jest to bardzo nietypowe słowo w naszym języku, gdyż posiada ono dwa prawie przeciwstawne znaczenia: przezroczysty i wyraźny. Na tym blogu nie będzie machania transparentami, ale chcę, aby moje zdanie widniało tutaj wyraźnie i dostrzegalnie.

Z innych zmian: zrezygnowałam z minibloga. Tkwiło toto na wierzchu i niepotrzebnie odstraszało odwiedzających zamierzchłymi datami. A informacje o tym, że spadł śnieg czy że znowu wstałam lewą nogą zamieszcza się po ludzku na Facebooku. Wyrzuciłam ze strony ramkę z linkami, bo działała ona jak zła przepowiednia – kto do niej trafiał ten albo kasował swojego bloga w przeciągu miesiąca, albo go porzucał. Ostatecznie, cały boczny panel zniknął ze strony, a wszelkie potrzebne dane znajdą się w nieprzeszkadzającym menu na górze strony.

Ogólnie to bardzo chciałam mieć na stronie główniej dwie kolumny. Informatyk ze mnie żaden, więc zasięgnęłam rady wujka Google co robić, jak żyć aby utworzyć taką stronę. I wtedy trafiłam na Masonry, skrypt, który za pomocą magii i programatorowania ustawia wszystkie wpisy na position:absolute i dobiera im dzikie marginesy, tak aby w kolumnach ustawiały się jeden za drugim. Dwie kolumny są? Są. U mnie działają. Użytkownicy większych ekranów będą musieli podziwiać trzy wpisy na raz. Biedacy.

Jest jeszcze sporo rzeczy do zrobienia, ale są to jedynie kosmetyczne zmiany. Jestem ciekawa Waszych opinii na temat zmian na blogu. Dla przypomnienia/porównania, poprzedni layout jest widoczny na screenie po prawej.

Z okazji zmiany adresu strony, zmienia się również adres kanału RSS, więc bardzo proszę o poprawienie go w swoich czytnikach :). Nowy brzmi: http://feeds.feedburner.com/Nietransparentnie.

Więcej

Kiedyś blogowało się inaczej

To, co tutaj opiszę jest przygodą moją i tylko moją. Pewnie w innych zakątkach Internetu było zupełnie inaczej, co innego się liczyło i czym innym społeczność żyła. Mam nadzieję, że nikt nie potraktuje tego wpisu jako lekcji historii obiektywnej, bo taką nie jest. Raczej może spojrzeć na ten kawałek tekstu jak na opis wspomnień z miejsca, w którym już nie jestem i – choć wcale nie chciałabym wrócić – za którym czasem tęsknię.

Blogi kiedyś były czymś zupełnie innym niż teraz. Mówiąc „kiedyś”, mam na myśli czasy, gdy dopiero rozpoczynałam pisanie swojego „internetowego pamiętnika” (kto teraz używa tej nazwy?). I nie było to na Joggerze, którego poznałam dopiero 4 lata temu i który jest zawsze taki sam. Blogi były inne i ta odmienność nie polegała na przepychu przeróżnych dodatkowych ramek, tak charakterystycznym dla stron przed modą minimalizmu. Tym, co teraz szybko zanika, było podpisywanie się pseudonimami. Nie przypominam sobie żadnego bloga z tamtych czasów, w przypadku jakiego autor podałby swoje nazwisko – nawet w informacjach na osobnej podstronie. „Cześć, jestem Agata, mam 15 lat i lubię rysować” – tyle wiedziałeś o blogerze, a trochę więcej mogłeś wywnioskować, czytając posty. Podanie miejsca zamieszkania było szczytem otwartości – no przecież mogą Cię po tym znaleźć!

Śmiejcie się, ale takie było znaczenie blogosfery w świecie. Bo co oznaczało prowadzenie bloga? Bloger był dzieckiem neo, był niezrównoważony psychicznie, był emo – w końcu po to miał bloga, co nie? Aby pisać o tym, czym nie chce się podzielić z kolegami. I pisał – o rzeczach i osobach, które go wkurzają, o swojej prawdziwej opinii na tematy, w których ta opinia byłaby od razu zjedzona i wypluta mu prosto w twarz. Czy się tego wstydził? Oczywiście!

Zasada była jedna – Twojego bloga może czytać masa ludzi, ale żadna z tych osób nie może znać Cię osobiście. Wyjątkiem są jednostki najbliższe – takie, które naprawdę, na milion procent, nie przekażą adresu dalej. I ochrona danych działała. Zakładało się nowy numer gadu-gadu, taki specjalny dla znajomych z blogosfery. I rozmawiało się; nie z Anią Kowalską, tylko z Anią92, nie z Kasią Nowak tylko z BlueCandy4. To było takie różne od życia codziennego – nie trzeba się było martwić tym, że ktoś z góry oceni całą Twoją osobę po spojrzeniu na pryszcza na czole czy na za dużą koszulkę. Nie spotkałam się też wtedy z jakimś nierównym traktowaniem, czy segregacją ze względu na wiek. Prawie każdy był otwarty na rozmowę, jak osoba na dokładnie tym samym poziomie społecznym – tylko bez nazwiska i czasem bez twarzy.

A potem pojawiła się nasza-klasa i wszystko zaczęło zmierzać do tego, co jest teraz. Pamiętam, że przez dłuższy czas miałam tylko jedną blogrkę w znajomych – również Agatę, której nazwiska nie jestem w stanie sobie teraz przypomnieć. A potem skończyła się anonimowość, na blogach zaczęły pojawiać się dane osobowe i od tej pory wielu ludzi zbierało sobie ogromne rzesze znajomych, na chwale swojego bloga. Pamiętam jeszcze, jak tuż przed tym zaszumiała część blogosfery o tym, że ktoś wpisał adres e-mail „m@dzi” w wyszukiwarce na naszej-klasie i okazało się, że m@dzia wcale nie ma na imię Magda, tylko jakaś Katarzyna czy coś w tym stylu i potem wyszło na jaw, że m@dzią są dwie osoby, które razem piszą bloga. Kominek też był kiedyś anonimowy. I Emo-Martynka również.

A teraz jest Facebook, nazwiska autorów czasem pojawiają się nawet w nagłówkach blogów, „każdy z każdym” i te sprawy. Ktoś się wstydzi swojego bloga? Chyba już tylko w takich niszach jak Jogger zostały takie przypadki. Teraz co chwila natykam się na artykuł o blogowaniu – ile zarabiają blogerzy, jak zacząć pisać bloga, kto jest fajny a kto nie, kto na ile i na co powinien sobie pozwalać. Poradniczki mówią „załóż sobie konto na Facebooku i zaproś wszystkich swoich znajomych!”. Blogi czytają znajomi. nawet rodziny blogerów. Obecnie to już nie „pamiętniczki internetowe”. To własne gazety, gdzie umieszcza się artykuły jak w rasowym magazynie – to już nie „nie lubię mojego kota”, a „uważam, że osobnik ten a tamten jest taki i owaki”. Czy to źle? Z pewnością nie.

Blogowanie stało się pozornie luźniejsze. Stało się normalnością. Firmy mają swoje blogi, politycy i dziennikarze również. Szarzy ludzie mogą wreszcie coś powiedzieć głośno, dodatkowo akcentując to swoim nazwiskiem – czym dłuższym i więcejczłonowym tym lepiej. Na Facebooku dzieją się rzeczy jeszcze dziwniejsze. Blogerami stają się osoby, które nawet nie mają blogów, a po prostu ich nazwisko zmieszało się z tymi, którzy mają i jakoś tak wniknęło w tę społeczność. Mówi się czasem o wyrabianiu sobie nazwiska, o popularyzacji jego a nie strony. Wiele (powiedziałabym nawet, że większość) osób już nawet nie korzysta z pseudonimów. Bo po co, skoro chcą, aby to nazwisko było znane.

Autor nieznany

Ja tymczasem tkwię w starym systemie. Nie ukrywam, co prawda, swoich danych osobowych – znalezienie ich to kwestia przeklejenia nicka do Google’a. Preferuję jednak podpisywać się nim, bo tak mi wygodniej. Nie chcę łączyć na stałe życia z blogiem. Chcę, aby pozostał on pamiętniczkiem i aby wiedziało o nim jak najmniej ludzi z mojego otoczenia. Osoby najbliższe – czytają; osoby wokół, rodzina – nie muszą o mnie wiedzieć tego, co prezentuje ta strona. Chcę czuć się nadal bezpieczna – chcę pisać i wiedzieć, że nikt nie wykorzysta tego do zrujnowania mi życia. To brzmi jak paranoja, ale wiecie, jak to jest w małych miastach – każdy temat do ploteczek jest dobry i wszyscy muszą wiedzieć wszystko, w najbardziej kolorowej wersji jaką dałoby się przekazać pocztą pantoflową.

Czasem wydaje mi się, że nie nadążam. Wypowiadając się w gronie osób podpisującymi się nazwiskami, czuję się jak zakamuflowany zbrodniarz. Jak osoba, która nie bez powodu ma coś do ukrycia. Nie chcę otwarcie wiązać wszystkiego co piszę z moją osobą, nie dla mnie taki serious business. Najprościej więc by było wymyślić sobie fikcyjne imię i nazwisko… ale tym właśnie jest nick. Czy problem polega na tym, że nie jest dwuczłonowy?

Stronę na Facebooku założyłam, zaczęłam pisać porównywalnie poważniej, a przynajmniej bardziej uporządkowanie. Czasem jednak mam wrażenie, że niepotrzebnie się pcham w tę nową społeczność. Grafomanię można leczyć w cichym i skromnym zakątku Joggera, gdzie mało kto podpisuje się nazwiskiem, a jak już to wydaje się ono pełnić rolę nicka. Ale jednak potrzebuję osób, które będą czytać te nieszczęsne akapity. Czy nieodpowiednimi czyni je brak potwierdzenia po trzykroć nazwiskiem? Nie, to nie to jest problemem. To treść, zmieniająca tematykę i – co bardziej istotne – swój cel z dnia na dzień. Można powiedzieć, że to hipokryzja, ale czy hipokryzją jest brak umiejętności obrania jednej ścieżki i nie zmieniania jej ani razu w ciągu dnia?

Więcej

10 zachowań polactwa na internetach – część druga

Taka chwila musiała kiedyś nadejść. Lista 10 typów zachowań polactwa na internetach, które mnie śmieszy doczekała się swojej kontynuacji. Kolejne 10 rzeczy pojawiających się w różnorakich wypowiedziach. Listę starannie tworzyłam praktycznie od opublikowania poprzedniej. Chciałam zebrać to, na co jeszcze nikt na znanym mi blogu nie narzekał. To, co wywołuje we mnie falę dezaprobaty, a co za tym idzie, uczucia od drobnego śmiechu i zażenowania do pomniejszej irytacji. Na początku, skrin jednego komentarza na youtube, który wyjątkowo mi się spodobał.


1. Kochani!

Nadużycie tego zwrotu przez niektórych jest takie… trudne do zignorowania. W sumie każdorazowe jego zobaczenie skutkuje u mnie delikatną irytacją. Dlaczego człowiek, który ledwo kojarzy moje imię (fb) lub nick (twitter, itd.), nagle zaczyna się ze mną spoufalać i traktować jak miłość swego życia? Przecież nawet nie łączy mnie z nim jakakolwiek więź, nawet koleżeńska. „Kochani”? Czyżby osoba to pisząca na swoim funpage’u nagle postanowiła przenieść automatycznie wszystkich swoich „lubicieli” na wyższy poziom wtajemniczenia, a najlepiej od razu do prywatnego haremiku? Wypraszam sobie.

Kiedy słyszę coś takiego w życiu pozainternetowym z ust osoby, którą znam, czuję delikatny dyskomfort, jednak w sumie to mi nie przeszkadza. Ktoś próbuje być miły i doceniam jego starania. Kiedy jednak ktoś zaczyna zwrotem „Kochani!” każdą swoją wypowiedź na facebooku, czuję się, jakbym zjadła całe opakowanie żelków, popijając coca-colą. Gdybym mogła wprowadzić jedną kosmetyczną zmianę na fb i nie mogłoby to być dodanie przycisku przeciwnego „Lubię to!”, to wprowadziłabym mały skrypcik, który automatycznie kolorowałby na różowo i zamieniał font na Comic Sans każdemu wyrazowi „Kochani!”. I „Kochani !”.


2. Przeczytaj ponownie to, co komentujesz

Kiedy coś komentuję, to znaczy, że to prawie na pewno przeczytałam. Jeśli jest inaczej, to umieszczam w wypowiedzi informację, że jeszcze nie zabrałam się za lekturę, ale coś w informacjach wstępnych poruszyło mnie do tego stopnia, aby niezwłocznie umieścić pod artykułem swoje zdanie. Niezależnie od sytuacji, doskonale wiem, o czym piszę. Mój komentarz nie musi być idealnie i w pełnej ścisłości powiązany z danym tekstem – może być nią zainspirowany, bywa napisany jedynie na jego bazie, a dotyczący innej postawy. Nie zawsze się zgadzam z autorem. W sumie to rzadko się z nim zgadam. Szkoda mi często czasu na wyrazy aprobaty, gdyż na ogół nie wnoszą one niczego nowego do tematu. Więcej z moich wypowiedzi zawiera więc wyrazy niezgody, czasem wręcz pogardy. Jednakowoż, nie oznacza to, że nie zrozumiałam intencji autora. Po prostu się z nim nie zgadzam. I nie, nie zamierzam czytać tekstu ponownie.


3. Polecę ci noname produkt, bo według mnie, jest dobry

Standard w tematach, gdzie jedna osoba prosi o polecenie marki dowolnego produktu. Niemal zawsze widzę pod takim postem pełno odpowiedzi osób, które znają tylko jedną markę i jeden produkt – swój własny. Kupiłem sobie słuchawki marki Sonia bo pani za ladą w ElektronikoBudzie powiedziała, że są dobre. Polecam, działają. Ok, nikt nie ma idealnej wiedzy w każdym temacie itd. Jednak uważam, że jeśli ktoś coś poleca drugiej osobie, to powinien robić to na zasadzie porównania z innymi markami, wypisując plusy i minusy. Polecam tablet Wasroma, bo Przentagram ma niewygodne piórko na baterie lub Polecam system Doors, bo Pac ma nieprzyjemne menu odizolowane od okna, którego się używa. Nie są to oceny obiektywne, nie są decydujące. Dla każdej osoby ważne jest coś innego, dlatego nie można stwierdzić, że jeden produkt jest definitywnie lepszy od drugiego, pod każdym względem. Kiedy więc ktoś pyta o radę w doborze jakiegoś przedmiotu, oznacza to, że najpewniej właśnie takiego porównania potrzebuje. Osoby, które nie mają jak uargumentować tego, co polecają, mogą zamknąć kartę i nie spamować swoją obecnością.


4. Argumentum ad statisticum

Na 81,5% blogów, na jakie ostatnio wchodzę, widzę dane, które w co drugim przypadku są nieprawdziwe. Ja wiem, że to brzmi tak naukowo i profesjonalnie, kiedy doda się jakąś cyferkę pomiędzy słowa, lub wyrazi ogrom czegoś w zaokrągleniu „na oko” do na przykład połowy całości… Ale nie, nie chcę tego. Nie chodzi mi o „statystycznego Polaka chodzącego pół raza w roku do teatru”. To jest zła interpretacja statystyki. Chodzi mi o branie statystyki z dupy. Nawet proste „co drugi z nas oczekuje wiosny” czy „wszystkie kobiety lubią torebki”, albo „nikomu nie podoba się twoja piosenka”. To są dane nie wynikające z żadnego źródła, głupie uproszczenia prowadzące do błędu. Argumentum ad statisticum nietrafionem, czyli 99% Polaków ma konto na Facebooku, a 2/3 z nich uczęszcza do drugiej klasy gimnazjum.

Według mojej obserwacji, argumentum ad statisticum często się łączy z pisaniem o sobie w liczbie mnogiej – pkt 2. z tego posta.


5. Obrazki „Co Twój kosz na śmieci mówi o Tobie”

Wkurzają mnie koszmarnie, głównie dlatego, że czasem nie udaje mi się im nie ulec. Ktoś wrzuci gdzieś obrazek „Jaki kolor skarpet pasuje do Twojego imienia” i zaraz zaczynam marnować cenne sekundy życia na wyszukiwanie „siebie” na wspaniałej liście, niczym niedoszły student na wykazie przyjętych. Wiem, że to nie ma niczego wspólnego z rzeczywistością, wiem, że ktoś to napisał dla zainteresowania swoją osobą… Ale mimo to wodzę wzrokiem po drugiej kolumnie, bo w pierwszej nie znalazłam. Tak ogólnie to nie tych obrazków nienawidzę, a swojej odruchowej reakcji na nie. Dobra, załóżmy, że jest to spowodowane wewnętrzną potrzebą poznania własnego wroga i nie ma niczego wspólnego z głupotą mentalną i podświadomą naiwnością.


6. „Piękne wnętrze”

Nawiązując do punktu czwartego, każdy co najmniej dwa razy w życiu natknął się na osobę, która przedstawiała siebie opisem „Może i jestem brzydka, ale mam piękne wnętrze„. Czasem spotykam się z teorią, że ludzie dzielą się na mądrych i pięknych. Osoby, z których ust najczęściej słyszę to zdanie, na ogół dalekie są od brzydoty. Głupi sposób na podnoszenie sobie samooceny – stwierdzenie swojej niedoskonałości wizualnej i wyciągnięcie z jej istnienia wniosków o swojej inteligencji, bystrości itd. W ogóle co to za określenie „piękne wnętrze”? „Piękne wnętrze” może mieć małe dziecko, którego narządy są raczej w większości zdrowe i nie zniszczone życiem. Piękne wnętrza mają „pokoiki” w Ikei – choć to jest zbytnio subiektywna opinia.

Teza, że ludzie dzielą się na mądrych i pięknych często jest argumentowana tym, że „piękni” poświęcają swój czas urodzie i zdrowiu (przez co nie mają go na rozwijanie się umysłowo), a mądrzy pielęgnują w sobie wartości intelektualne, czyli czytają, uczą się itd. To by mogło mieć sens, gdyby rzeczywiście każdy mógł wybrać tylko jedną z wymienionych czynności i kierować się nią przez całe swoje życie. Tak się jednak składa, że większość ma na tyle dużo czasu, aby wystarczyło go i na kształcenie się i na dbanie o swój stan wizualny. Liczy się umiejętne jego zorganizowanie.


7. Słuszne sprawy

Cześć, organizuję bal sylwestrowy w słusznej sprawie, potrzebuję grafika który mi zrobi plakat tej imprezy za darmo, podkreślam że w słusznej sprawie, choć częściej pisane „smsową” ortografią. Zawsze, gdy zobaczę coś takiego, zastanawiam się – czy osoba która to pisze, ma świadomość swojej sytuacji? Już pomijając to, gdzie większość osób ma „słuszne sprawy” i jak bardzo słuszna ona jest… czy ktoś naprawdę spodziewa się dostać na zawołanie coś będącego efektem kilku godzin pracy i wielu wcześniejszych zdobywania doświadczenia? Jeśli sprawa jest naprawdę dla kogoś ważna, to dlaczego oczekuje, że ktoś inny (a nie on) będzie się dla niej poświęcał? I dlaczego (to najważniejsze) właśnie ten typ zleceniodawcy nie ma słynnego kuzyna, który zrobi to samo za darmo?


8. Kasowanie komentarzy

Nie wiem dlaczego nie umieściłam tego jako punkt pierwszy. Mało rzeczy tak szybko skreśla w moich oczach daną osobę, jak brak umiejętności dyskusji wyrażoną poprzez skasowanie logicznego komentarza, głównie mojego. Jeśli poświęciłam komuś swój czas potrzebny na wyrażenie swojego zdania, (na przykład „wszelkiej pogardy”) i ta osoba bezczelnie skasuje mój komentarz, szansa, że nie straci porządnego czytelnika jest niebezpiecznie bliska zeru.

Niektórzy mają bardzo śmieszny schemat działania. W sumie to dwa schematy. Widzą kulturalnie napisany komentarz wyrażający odmienne zdanie i odpowiadają na niego, przeinaczając go, wyciągając z niego nieprawidłowe wnioski, wyczytując zupełnie co innego niż autor miał na myśli i skupiając się na głupich szczególikach („Nie masz racji, bo napisałeś nóż przez żet z kropką”). Następnie pojawia się, równie kulturalny komentarz, wyjaśniający niepojętnemu sens wypowiedzi, co niemal natychmiast zostaje skasowane. Właściciel strony nie chce wyjść na głupiego, więc ukrywa przed innymi swój błąd. Drugi schemat jest podobny – różnicą jest nie danie dojścia do głosu źle zrozumianej osobie (ban) i pozostawienie sprawy w przeinaczonej wersji.

Takie podejście jest imo jedną z cech większości wannabe-Kominków. Pamiętam, że Kominek gdzieśtam polecał kasowanie komentarzy. Szkoda, że osoby, które mają trzech czytelników (w tym ich samych) uważają siebie za target tych słów.

Poniżej skrin jednego z komentarzy, które zostały skasowane przez autora strony, na której go umieściłam. Wspaniała wtyczka Lazarus bez problemu odzyskała jego treść, której jednak nie publikowałam ponownie. Nie byłoby w tym sensu.


9. Grammar nazi

Kiedyś osoby piszące „masz literówkę w 57 zdaniu” były mi obojętne. Teraz zaczęły mnie irytować. Ta satysfakcja, że zauważyły jakiś tajemniczy szczególik, swoisty Easter Egg, w długim kawałku tekstu, który nie do końca rozumieją. I ta konieczność umieszczenia swojej mordy i nazwiska pod tym tekstem. Patrzcie, jakim jestem polonistą, znalazłem błąd!

Ja też czasem znajduję artykułach błędy. Jeśli są małe i nierażące to zostawiam je bez komentarza; jeśli znajdują się w reprezentatywnym miejscu i mam łatwy kontakt do autora, to daję mu o nich znać prywatnie. To kulturalny sposób, który w większości przypadków spotyka się z pozytywną reakcją. Sama też sobie życzę dowiadywania się o swoich błędach (których istnieniu nie zaprzeczam) właśnie w taki sposób.


10. #hashtagi

Coś, co jest normą na stronach takich jak m.in Twitter, Instagram, Pinterest, Tumblr czy Google+. Kiedy ktoś chce pochwalić się, co jadł na śniadanie, powinien umieścić w swoim poście na jednej z powyższych stron zdjęcie (Instagram odpowiednio doda do niego profesjonalny filtr retro) oraz linijkę tagów, które są ściśle powiązane z tym, co widać na zdjęciu. „#obrus #krzeslo #okno #lyzka #chleb #maslo…”, choć lepiej od razu w języku angielskim: „#cheese, #coffee, #sugar…”. W ten sposób może łatwo powiązać swój wspaniały i niezwykle interesujący post z całą resztą jemu podobnych i każdy, którego marzeniem będzie poprzeglądanie, co inni mają na stole, po prostu kliknie w jeden z automatycznie utworzonych odnośników. Hashtagi mają oczywiście również mniej spożywcze zastosowania – promocja wydarzeń, rozpowszechnianie memów i korzystanie z nich, narzekanie na dany produkt (bashtagi), itd.

Co jest istotne, hashtagów nie ma na facebooku. Obecnie, tekst poprzedzony # nie zamienia się w odnośnik i całość wypowiedzi pozostaje śmiesznie wyglądającą akumulacją losowych słów. Może to trochę brzmieć jak wypowiedź stereotypowego Polaka skierowana do pani zza lady nie-samoobsługowego sklepiku: „eee… coffee… milk… glass… tablecloth…”. Nie wiem, czy to jakaś masowa akcja mająca na celu przekonanie Zuckerberga o wprowadzeniu tagów z krzyżykami na facebookowe timeline’y (bo już nie ściany), czy po prostu dziewczynki, które ich używają, nie mają pojęcia, skąd się one wzięły… Po prostu nie podoba mi się ta moda, jest najzwyczajniej śmieszna.


Lubię pisać w kategorii „hejting skondensowany”. Dobrze czasem poprawić sobie nastrój wyrażeniem wszelkiej pogardy. Część rzeczy może wydawać się przejaskrawione, ale chciałam to opisać na tyle dosadnie, aby pokazać, że nie są też na tyle znikome, aby je ignorować. Niemniej jednak, czasem lepiej odstresować się na własnym blogu, niż przelewać złe emocje na kogokolwiek gdzie indziej. A teraz – czy ktoś chciałby podzielić się swoim sprzeciwem wobec któregoś z wymienionych zachowań?

Więcej

Hejtcepcja

Jako iż od zawsze mówiłam, że na moim blogu panuje afirmacja hejtingu, nie żywiłam urazy do słów pogardy – zarówno moich jak i cudzych. Dzisiaj „wejdziemy głębiej” i w tym wpisie przedstawię coś, co mogłoby być swego rodzaju hejtcepcją – awersją do nienawiści. Opiszę tutaj kilka rzeczy, które mnie ostatnio irytują w społeczeństwie – zwłaszcza polskim. Co prawda, wymieniałam już kiedyś w punktach zachowania, którymi pogardzam, jednak było to napisane w formie raczej ironiczno-humorystycznej (a przynajmniej taki był zamiar).

Jest to kolejna notka, która źródło inspiracji ma w dyskusji na facebooku. Zaczęło się od obrazka wrzuconego przez jednego ze znajomych – przedstawiona tam była bardzo typowo „prawicowa” opinia odnośnie posłanki Anny Grodzkiej, oczywiście określonej za pomocą jej poprzedniego imienia i nazwiska. Na mój krótki komentarz pogardy, nagle odezwała się czwórka znajomopodobnych, którzy zacząwszy od wyzwania Grodzkiej od dziwadeł, skończyli na stwierdzeniu, że należy jej się kara śmierci. Jako fakt zupełnie pewny uznali, iż posłanka w dawnych latach swojego życia zdradziła ojczyznę („udzielając się komunistycznie, doprowadzając do ‚Katynia'”), a obecnie zdradziła ją po raz drugi („stając się obojniakiem, zwierzęciem, sprzeciwiając się woli boskiej”). Na koniec standardowy argument, że „obywatele mają płacić mu za cycki” (pisownia oryginalna). Gdybym jeszcze rozmawiała z anonimowymi gimbuskami, to po prostu uznałabym to za nieśmieszny trolling, jednak kiedy widzę czwórkę podpisujących się imieniem, nazwiskiem i zdjęciem osób, które wyraźnie traktują poważnie manifestowane przez siebie poglądy, po prostu szkoda byłoby zmarnować okazję do usatysfakcjonowania siebie dobrą argumentacją.

Przy dyskusjach tego typu, zawsze zadaję sobie pytanie: jak zagubiony musi być człowiek, aby wyhodować w swoim móżdżku rzeczy typu transfobia, homofobia, rasizm, szowinizm, nacjonalizm. Jak bardzo niepewny we własnej wartości on jest, kiedy szuka jej potwierdzenia w zmieszaniu z błotem kogoś, kto urodził się inny od niego? Jeszcze jestem w stanie zrozumieć brak szacunku wobec poszczególnych subkultur czy organizacji, wewnątrz których członkowie znaleźli się z własnego wyboru – pojmowanie sensu niektórych czynności bywa naprawdę trudne, a czasami jest niemożliwe, bo nie każdy kieruje się logiką. Jednak jak można nienawidzić kogoś tylko dlatego, że lubi pić mleko, ma rude włosy lub jego psychika jest sprzeczna z budową ciała?

Dlaczego niektórzy po prostu (za przeproszeniem) nie odpierdolą się od życia drugiego człowieka i nie zajmą się sobą? Ok, zabieg zmiany płci może kogoś obrzydzać – jakoś jednak nie spotkałam się z wyrazami nienawiści wobec osób, które robią sobie operacje, nawet tylko dla „upiększenia” wyglądu. Tak samo ktoś może nie być zainteresowany związkiem z osobą tej samej płci lub innego koloru skóry – ale dlaczego od razu ma tego zabraniać innym, dlaczego ma im utrudniać życie? Przecież on nic na tym nie zyska! Być może poczuje jakieś chwilowe poczucie wyższości, ale czym ono jest w porównaniu do trudów, jakich może przez to doświadczyć cel jego działań? Rozsądna tolerancja to coś, co powinno się każdemu wcisnąć do łba już we wczesnym dzieciństwie, aby potem nie cierpiały przez to osoby trzecie, aby żaden tępak nie postanawiał ograniczać praw innych i stawiać siebie ponad nich.

Do nieprzekonanych: Wiem, że to może być bardzo trudne, ale postawcie się w roli osoby, której tak nienawidzicie. Taka taktyka, jakiej uczono w przedszkolach: „Dlaczego zjadłeś Ani cukierka, jakbyś ty się czuł, gdyby ona zjadła twojego?”. Jeśli Twoja wyobraźnia jest na tyle ciasna, aby uniemożliwić Ci wczucie się w rolę (nie mówię tu o jakiejś inscenizacji, a o kwestii jedynie psychicznej), to najlepiej wróć się do średniaków ponadrabiać zaległości.

I jeszcze ostatnia kwestia wokół tematu. Kiedy to się stało, że opiewany na każdym uroczystym apelu szkolnym patriotyzm, zmutował się wśród młodzieży w skrajny nacjonalizm? Dla mnie zawsze oczywistym było, że jeśli dany przedstawiciel jakiejś grupy zrobi coś złego, to odpowiedzialność zbiorowa na reszcie to najgorsze co można zrobić. Być może to ja mam zbyt mocną wewnętrzną potrzebę poczucia sprawiedliwości, ale niech ktoś mi poda chociaż jeden sensowny argument, dlaczego tak wielu Polaków nienawidzi Niemców lub Rosjan. Bo Hitler, bo Stalin? „Bo oni nas zabijali„? I jakie obecni obywatele naszego wspaniałego kraju mają prawa, aby przypisywać sobie zasługi i ofiary zupełnie obcych ludzi, których łączyło z nimi tylko i wyłącznie to samo miejsce urodzenia? Takie same, jak przydzielanie innym konsekwencji tego, co lata temu na ich ziemi robili zupełnie obcy im mieszkańcy. Czyli żadne. I mówię to ja – osoba, która nigdy nie była na wojnie, nigdy nikogo nie zabiła i powinna nie móc się w tym temacie wypowiedzieć, a jednak znajdzie zawsze tyle argumentów, ile potrzeba, aby udowodnić, że w tym wypadku akurat ma rację.

Dlaczego komukolwiek się wydaje, że może sobie tak po prostu stanąć ponad drugim człowiekiem, tylko dlatego, że urodził się z określonymi cechami różnymi od niego? Jaka jest w tym jego zasługa? Co on niby zrobił aby urodzić się białym Polakiem, bez wad genetycznych, bez niezgodności z ogólnie przyjętymi trendami w społeczeństwie, mówiącymi o tym, z kim można zawierać związki? Ach, prawie że zapomniałabym, że odpowiedź na to pytanie wymaga więcej myślenia, a to dla niektórych jest już zbyt trudna czynność.

Na zakończenie, aby nie było tak do końca negatywnie, przedstawiam obrazek nawiązujący do ostatnio modnej tematyki w rzeźbiarstwie sepulklarnym:

krasnale ogrodowe
Więcej

Różowy Comic Sans

To był dzień wielkich decyzji. Od teraz możecie stosować Różowego Comic Sansa w komentarzach na moim blogu. Sposób użycia znajduje się pod formularzem komentarza. Korzystajcie mądrze. Niestety to nie współpracuje z Noscriptem, a o starszych przeglądarkach już nawet wolę nie myśleć.

Więcej

10 wad małego miasta w Szczerym Polu Górnym

Dzień, w którym napiszę wpis na ten temat, musiał kiedyś nadejść. Jako osoba, która urodziła się na zadupiu i od tego czasu spędziła na nim ponad dwadzieścia kolejnych lat, mam niemalże pełen obraz wad i zalet tego miejsca. Poniższy zbiór powodów, dlaczego małe miasta wcale nie są idealnym miejscem do życia może być przestrogą dla osób, które zastanawiają się nad przeprowadzką i rozważają ucieczkę od cywilizacji wielkich aglomeracji (załóżmy, że w skali polskiej). Żeby nie było – oczywiście każde miasteczko jest inne, tak samo jak różne są dworce, panie z okienka na poczcie ora…


1. Internet

Zacznę od tego punktu, gdyż jeszcze zanim skończyłam pisać wstęp do tej notki, w prawym dolnym rogu zaczęła mrugać mi ikonka z tak dobrze znajomym napisem „No internet access”. Małe miasta charakteryzują się tym, że za cenę większą niż wyniosłoby to w tych większych, można pozwolić sobie na niestabilne emocjonalnie połączenie z Internetem, które będzie zawodzić jak często jest to tylko możliwe. Co więcej – łączenie się z Internetem przez telefon często jest uniemożliwione przez brak zasięgu. Zarówno jedno jak i drugie połączenie, zgodnie z zasadą o złośliwości rzeczy martwych, doskonale wiedzą, kiedy jest ten najlepszy i najbardziej frustrujący moment, aby zaniknąć.

Aby nie tworzyć kolejnego punktu, bo i tak z całą pewnością nie zmieszczę się w ustalonym limicie 10, dodam jeszcze, że według mojego kalendarza z roku 2009, od momentu zamówienia usługi podpięcia do Internetu, do przyjazdu „Pana, który miał to zrobić” minęło dokładnie 98 dni. Przez ten czas niemal codziennie odwiedzałam ich salonik, jako że był po drodze do gimnazjum, jednak zawsze słyszałam podobne odpowiedzi: „Do końca tego tygodnia na pewno”, „Na początku przyszłego tygodnia” itd. Firmy bez konkurencji mogą sobie pozwolić na naprawdę wiele luzu.


2. Transport publiczny

Według większości podręczników do podstaw przedsiębiorczości, im konkurencja wyższa, tym ceny niższe. Niestety czasami bywa zupełnie odwrotnie. Przykładem mogą być konkurujące ze sobą firmy „busikowe”, w tym jedna, którą darzę specjalną sympatią. Pomijając już duże koszta, koszmarem może okazać się ilość czasu potrzebna na dotarcie do drugiego podobnego miasteczka lub miasta wojewódzkiego. Nawet jeśli odległość wcale nie jest duża, to dojazd poprzez Sików Dolny, Sraków Centralny i Wiejską Wieś Małą wymaga w rzeczywistości przerobienia o wiele dłuższej trasy, co w ostateczności sprowadza się do tego, że po godzinnym marznięciu na przystanku trzeba poczekać jeszcze półtora godziny wewnątrz busa, zanim znajdzie się z powrotem w domu.

Co chwila zmieniające się rozkłady, przystanki składające się ze znaku drogowego i czegoś co w założeniu być może miało być koszem na śmieci oraz przyczepiona gdzieś obok tabliczka ze zmytym rozkładem z 2005 roku… nie, to na pewno nie są pozytywne reklamy środków transportu publicznego w małym mieście. Ostatnio niby coś się poprawiło, bo jedna z firm stworzyła swoją stronę internetową z aktualnym rozkładem, jednak to za mało aby powiedzieć, że transport publiczny nie jest tragiczny.


3. Pozamykane sklepy

Mogę się założyć, że mało kto tak naprawdę sprawdza, czy w okolicy znajduje się jakiś sklep otwarty dłużej niż reszta albo całodobowy. Takie sprawy raczej wychodzą na wierzch kiedy po trzech dniach świąt w kuchni zostają już tylko ocet i Musztarda Kielecka. Oczywiście podałam teraz skrajną sytuację – raczej każdy małomieszczanin pamięta aby przed świętami wykupić połowę asortymentu pobliskiej Biedronki. Co innego, kiedy pojawi się sytuacja, że o godzinie 18 w niedzielę przypomni się komuś, że zaraz wsiada do dalekobieżnej TeeLKi i jeszcze nie kupił sobie jakiegoś napoju na drogę. Ostatnio okazało się, że ratunkiem w takiej sytuacji są zasoby pobliskiego CPNu (do dzisiaj tak się mówi na stację Orlen), jednak jak bogaty wybór produktów tam jest, chyba każdy może się domyślić.


4. Służba zdrowia

Jako, że w wielu przypadkach w naszym wspaniałym kraju nazwa ta budzi bardzo skrajne emocje, opowiem tylko mniej więcej jak ta część kultury ma się do mieszkania w małym mieście, a nawet odwrotnie. Z nieznanych mi powodów, nie istnieje tutaj coś takiego jak umawianie się na wizytę u lekarza na dzień inny niż bieżący. Co to tak naprawdę oznacza? Jedynie tyle, że na półtorej godziny przed otwarciem przychodni na schodach przed nią ustawia się kolejka najbardziej chorych. Numerki nie będą losowane jak w totolotku – trafią one dokładnie to tych, którzy stanowią pierwszą część kolejki. Niektórzy niestety nie wiedzą o tym systemie i z tego powodu na korytarzu przychodni słychać na ogół dźwięk dzwonka telefonu, na którego żaden pracownik nawet nie zamierza spojrzeć. Nie ma sensu tłumaczyć każdej osobie po kolei w słuchawkę, że numerków już nie ma, że trzeba było przyjść osobiście itd. Nie dla wszystkich starczy miejsca.


5. Drogi

Aby na chwilę odejść od tematu wspaniałych usług świadczonych przez różnorakie firmy w małym mieście, przejdźmy do tematu butów. Niektórzy wiedzą, inni się dowiedzą, że od kilku lat chodzę w glanach. Jakoś nigdy nie byłam tzw. „true metalem” i nie identyfikowałam się z tą subkulturą, jednak ciężkie buty okazały się dla mnie idealnym wyborem. Zrozumieją to na pewno wszyscy, którym choć raz zdarzyło się iść „chodnikiem” małego miasta. Okazuje się, że tej wiosce udaje się podważyć niezniszczalność glanów, pomimo że używałam ich w celu do jakiego zostały przeznaczone. Oczywiście mam na myśli chodzenie w nich, a nie kopanie niechcianych delikwentów lub zgniatanie małych stworzonek. Nic z tych rzeczy. Jednakże, kilka dni temu zauważyłam, że ich podeszwa zupełnie się zdarła po jednej stronie i sprawia to, że chodzę krzywo. Nie wiem, jakim cudem to się mogło stać, ale wygląda naprawdę śmiesznie. Wolę nie wiedzieć, co przy dłuższym kontaktem z tymi drogami miałyby lekkie buciczki, które nadają się tylko do chodzenia po specjalnie przygotowanym podłożu.

Co się jednak dzieje, kiedy małe miasto dostaje pieniążki z Europejskiego Funduszu Wzbogacania Domu i Zagrody na wybudowanie dróżek i chodniczków? Oj, bardzo wiele.


6. Dworzec

Wracając do tematu pozamykanych miejsc, czekając na pociąg w niestandardowej porze nie zawsze ma się możliwość uchronienia siebie przed żywiołami wewnątrz stosunkowo ciepłej poczekalni. Dworzec otwarty jest od godziny szóstej do osiemnastej, chyba że napisano inaczej. Dużym plusem jest to, że jest jednym z niezbyt licznych miejsc posiadających kosz na śmieci.


7. Okienko na dworcu

Zdarzyło mi się raz podejść do okienka kasowego – jedynego w małym mieście i wyciągnąć tę karteczkę, na której jest na ogół napisane, o której godzinie pani kasjerka rozpoczęła swoją przerwę. Jest to złożona na pół kartka A4 z napisaną na każdej części kolejną godziną. Dając każdej przerwie koło 15 minut, wychodzi na to, że pani kasjerki dłużej nie było niż była w ciągu ostatniej godziny. Chodzenie do sklepu, na pocztę, do koleżanki – każda czynność wymaga swojej własnej przerwy. W czasach, kiedy bilet można zamówić online, nie jest to dużym problemem, ale biorąc pod uwagę punkt pierwszy z tej listy, sytuacja nieco się komplikuje. Wiem, że kupowanie biletu to coś, czego nie powinno się odkładać na ostatnią chwilę, ale tak naprawdę to małe miasto jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego.


8. Makulatura na drzwiach

Jako, że małe miasta na ogół żyją w czasach o kilkadziesiąt lat wcześniejszych niż reszta kraju, posiadanie własnej strony internetowej przez instytucję typu salon fryzjerski czy gabinet pielęgnacji dla psów jest czymś, czego prawdopodobieństwo dochodzi do zera. Tak więc godziny otwarcia poszczególnych miejsc należy znać na pamięć. Trzeba jednocześnie liczyć się z tym, że w każdej chwili na drzwiach przed którymi się znajdzie, będzie wisiała dumnie karteczka z napisem „Dzisiejszego dnia sklep zamykamy o 14”.


9. Ludzie

Na ulicach najczęściej można spotkać starych ludzi. Brak tłoku oczywiście może być sporym plusem, jednak na dłuższą metę brak młodych może wzbudzać pewien niepokój. Mówi się, że siedzą przed komputerem itd, ale tak naprawdę głównym tego ich braku powodem jest fakt, że po prostu ich jest mało. Większość osób po ukończeniu gimnazjum uczy się w innych miastach, co sprawia, że tam właśnie spędza większą część swojego czasu. Potem studia jeszcze dalej od domu i nagle okazuje się, że pomiędzy osobami najmłodszymi a starszymi jest olbrzymia dziura w wykresie demografii miasta. Siedzenie przed komputerem to nie powód a przyczyna – tego, że praktycznie w małym mieście nie ma po co wychodzić z domu.

Nie wiem, czy to tylko moja obserwacja, czy tak rzeczywiście jest, ale społeczność mojego miasta jest dość konserwatywna. Kiedy na przykład pojawił się projekt tzw „referendum śmieciowego”, które byłoby naprawdę korzystne dla niemal każdego, pomimo prawie zupełnego poparcia, zabrakło frekwencji w głosowaniu i okazało się przez to nieważne.


10. Odległości

Przyznam szczerze, że wcześniej nigdy nie postrzegałam tego jako problem, gdyż wydawało mi się normalnym iść na dworzec 3 kilometry lub 2 do najbliższej Biedronki. Czym więcej razy jednak zdarzyło mi się przebywać w większych miastach, tym bardziej zaczynałam rozumieć osoby, które wsiadają do autobusu „na dwa przystanki”. Myślę, że ja osobiście jeszcze nie potrafiłabym wybrać takiego „ułatwienia”, mając do przejścia poniżej 3 kilometrów, jednak widzę ile czasu i energii pozwoliłoby coś takiego zaoszczędzić. Na szczęście z powodu braku wewnątrzmiejskich autobusów, nie musiałam nigdy stawać przed takim wyborem. Lubię spacerować, jednak po 10 godzinach lekcyjnych brnięcie w śniegu może być bardzo bolesne.


Podałam tutaj 10 punkcików na przykładzie miasteczka w którym mieszkam. Takie rzeczy, na które na ogół nie zwraca się uwagi, jednak po jakimś czasie mogą zacząć naprawdę irytować. Gdyby komuś kiedyś zdarzyło się wpaść na pomysł wyprowadzenia się do małego miasta, radzę zwrócić uwagę na to, czy w tym wybranym nie znajduje się chociaż jeden z wymienionych powyżej potworków. Niby są też zalety: cisza nocą, porównywalnie niskie ceny (poza komunikacją) i ten słynny spokój. Jednak czy aby na pewno rekompensują one wszelkie wady?

Więcej

Metamorfoza bloga

Tej nocy, wreszcie skutecznie, mój blog zmienił szablon. Zrezygnowałam z minibloga w rozwinięciu wpisu, z podstron (linki znajdują się teraz obok kategorii) oraz z archiwum (ludzie klikali jedynie na najstarszy link z niego). Zamiast tego pojawiło się trochę minimalizmu oraz różnicowania wielkości fontów. W najbliższym czasie wykonam jeszcze ostatnie poprawki. Dla tych, którzy są tu po raz pierwszy – oto screen z poprzedniego wyglądu bloga. Zmiana pozytywna czy negatywna?

Więcej

Szafiarstwo

Ten wpis będzie drobną refleksją na temat zjawiska, które wbrew moim wszelkim oczekiwaniom, bardzo rozwinęło się w ciągu ostatnich miesięcy. Rozpostarło swe efekty w Internecie do tego stopnia, że nie mogło nie zostać niezauważone przez mój wewnętrzny zmysł hejtera-hipstera. Dzisiejsze przemyślenia będą dotyczyła zjawiska, które ja nazwę tutaj szafiarstwem, bo wszystko, co kończy się na -ctwo lub -stwo brzmi imo tak, jakby było tego niespodziewanie dużo, niechcianie zbyt wiele.

Kiedy dawno, dawno temu popularność zdobył słynny blog modowy Kasi Tusk, nikt nie przypuszczałby, że już wkrótce będzie można zaobserwować na Internecie wielki rozkwit podobnych stron. Strona córki premiera nie wzbudziła we mnie zbyt wiele zainteresowania: jakieś zdjęcioszki dziewczyny obdarzonej źle kojarzącą się twarzą i dużymi możliwościami (z moich podatków! z moich podatków!), nowe buty z ćwiekami, wycieczka w góry na narty, sesja zdjęciowa z psiapsiółką. Losowy blog, wyróżniający się spośród innych łatwo zapamiętywalnym nazwiskiem i w sumie niczym więcej. Gdzieś tam mówiło się o tym, że powstała od tego czasu cała masa podobnych blogów, ale jakoś nie sądziłam, że jakakolwiek inna szafiarka (pora użyć tego słowa) będzie chciała konkurować z panną Tusk.

Parę miesięcy temu przypadkiem natknęłam się na kolejnego bloga szafiarskiego. Losowe białe tło, krótkie notki tak małą czcionką, że najprawdopodobniej nawet nie co piąta osoba zabiera się za czytanie, i cała masa zdjęć. Fotografie wrzucone jakby bez jakiejkolwiek segregacji, bez odfiltrowania tych źle zrobionych, rozmazanych, nietrafionych kompozycyjnie, powtarzających się. Cały długi sznurek zdjęć, wczytujących się powoli, gdyż autorka nie znając realiów polskich sieci wrzuciła wszystko w wielkości „HD”. Dziewczyna była ładna, ale nie przedstawiała sobą jakoś niczego więcej poza urodą. Zagłębiłam się w szczegóły opisu strony i zrozumiałam, że za pomocą tego ciągnącego się w nieskończoność pasma zdjęć, chce ona zaprezentować swój nowy strój. Od razu urodziło się w mojej głowie następujące pytanie: kogo to interesuje? Wtem w odpowiedzi mym oczom ukazała się wtyczka facebooka, wyświetlająca kilkadziesiąt tysięcy fanów, z czego kilku znajomych. Dobra, każdy ma swoje zainteresowania, widocznie mój wewnętrzny hipsteryzm zablokował mi umiejętność zrozumienia tych właśnie, ale no…

Potem przez jakiś czas nie miałam do czynienia ze stronami tego typu, ale zmieniało się to coraz bardziej. To było jak plaga i – widząc, jak wielkimi społecznościami stały się fanpejdże szafiarek – po prostu musiałam kiedyś zacząć bardziej interesować się tą tematyką.

Nie trwało długo nim zaczęłam dostrzegać pewien schemat – taką wytyczną, jakiej trzymały się wszystkie najpopularniejsze szafiarki. Absolutnym obowiązkiem było posiadanie co najmniej jednej sesji zdjęciowej przed schodami, co najmniej jednej pary butów z ćwiekami i co najmniej jednej koszulki w kosmos. Do tego dochodziły modne gadżety typu kapelutek z bazaru i legginsy w panterkę. Strony też nie różniły się za bardzo – białe tło, mała czcionka, olbrzymie zdjęcia… Oczywiście każda z nich była oryginalna, każda wyjątkowa, ale – pewnie nieświadomie – prawie wszystkie na które trafiłam powtarzały dalej ten schemat.

Zdarzyło mi się gdzieś przeczytać artykuł ocierający się lekko o historię blogów szafiarskich i była tam mowa o tym, że dawniej tego typu strony prezentowały modę z lumpeksów i oryginalne kompozycje, a teraz szafiarki, bądź używane bardziej pogardliwie „szafiary”, stały się rozpuszczonymi lachami, które kupują ubrania w drogich sklepach, a następnie oddają je na gwarancji. Nie wnikam w szczegóły dotyczące prawdziwości tego stwierdzenia, jednak tak naprawdę zupełnie jest mi to obojętne. Nie obchodzi mnie, czy „się sprzedają”, bo jeśli tak, to nawet chwała dla nich, że potrafiły znaleźć sobie zajęcie, które jest dla nich jednocześnie przyjemne i zyskowne. Zawsze oczywiście znajdą się moralizatorzy, którzy będą uważali, że zarabianie na czymś co się lubi jest w jakikolwiek sposób złe. Mnie jednak zastanawia jedynie ten niezwykły rozgłos, jaki udało się zdobyć komuś, kto wrzucił kilkadziesiąt zdjęć swoich nowych butów.

Dodatkowo trochę żenującym wydaje mi się to całe jaranie się swoim własnym wyglądem. A kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć jaranie się wyglądem zupełnie obcej osoby, która zdecydowała sfotografować się z każdej strony i wręcz podała na tacy swoją osobę wyrastającemu przed nią tłumikowi fanów. Lekko to podchodzi pod narcyzm, ale widocznie to właśnie tę cechę się obecnie w społeczeństwie ceni najbardziej. Tak, zdaję sobie sprawę, że odkryłam Amerykę, ale po to mam bloga tekstowego, aby wypisywać na nim moje własne herezje, jakichkolwiek nie budziłyby one uczuć w odbiorcy.

Nie chcę wyjść teraz na jakiegoś zazdrośnika, ja wcale nie życzę szafiarkom, aby nagle straciły zainteresowanie. Po prostu ten fenomen jest dla mnie na tyle niezrozumiały, aby po prostu uznać jego istotę za coś intrygującego. Jak to się stało, że coś – wydawałoby się przeznaczone dla osób o konkretnych zainteresowaniach – nagle stało się takie, powiedziałabym mainstreamowe. Popularność vlogów dziewczynek opowiadających o zawartości swoich torebek jestem w stanie zrozumieć, gdyż jest to zbliżone w formie do wielbionych przez większość programów telewizyjnych – nie wymaga umiejętności czytania i wysiłku fizycznego włożonego w kręcenie kółkiem od myszki (bądź w niektórych przypadkach przesuwanie kursorem paseczka po prawej :D). Co jednak tak przywiało ludzi do dziewczynek latających po polach zbożowych z drogimi lustrzankami w co-tydzień-nowej kompozycji ubraniowej?

Może mi to ktoś wytłumaczyć?

Więcej

O kuciach i ukłuciach

Do napisania tej notki zainspirowała mnie pogawędka z johndurrem (masz tu darmową reklamę) oraz kilka innych rozmów na podobne tematy. Przedmiotem tego wpisu będzie po raz kolejny hejting często spotykanego pierdolenia, tym razem związanego z „kowalowaniem” swojego losu. Nie ma co mówić, że nie mam pojęcia w temacie, bo sama kiedyś miałam dość głupi pogląd na tę sprawę. Na szczęście mi przeszło po przemyśleniu paru kwestii, do czego też zachęcam wszystkich, którzy wyraźnie promują swoją podobnie niewyrobioną opinię.

O wierzeniu w horoskopy, bożki, wróżby, przesądy, predestynację, itd. nawet chyba nie powinnam pisać, bo większość osób już wie, że ma do czynienia z blogiem osoby zupełnie sceptycznie nastawionej do życia. Irytuje mnie jednak ta binarność odpowiedzi na to pytanie: że albo istnieje magiczna siła, która odgórnie kieruje człowiekiem, albo to człowiek sam odpowiada za swoje życie. Pomijając już zupełnie sens pierwszej z możliwości, sam kontrast pomiędzy nimi sprawia, że większość osób automatycznie zaczyna opowiadać się po drugiej stronie, niekoniecznie skupiając się na argumentacji. Tak po prostu – bo jest.

W tym momencie zastanawiam się, czy aby na pewno druga odpowiedź jest taka racjonalna, na jaką wygląda na pierwszy rzut oka. Czy tak naprawdę człowiek jest głównym budowniczym swojego życia i rzeczywiście ma na nie największy wpływ? Czy to, gdzie się znajdzie podczas starości rzeczywiście w największym stopniu zależy od tego, co sam zrobił, jak pokierował swoje życie i jakich działań się podjął? W wielu przypadkach tak, ale na pewno nie w większości.

Czy kobieta urodzona w jednym z krajów arabskich może stać się amerykańską businesswoman? Nawet jeśli fizycznie jest to możliwe, to na świecie jest tyle zasad natworzonych przez ludzi przez tysiąclecia, że staje się to niemal nieprawdopodobne. Osoba ta dorasta w takiej tradycji w jakiej kręgu się urodziła i jej dalsze poczynania są ściśle związane z tym, co spotka na swojej drodze. Tym, do czego ograniczają się jej możliwości, jest wybór reakcji na każde kolejne wydarzenie. Czy kuje ona swój los? Wątpliwe.

Odchodząc już od szablonów postaci wykorzystanych w ramach przykładu – jak to wygląda z mojej strony? Co tak naprawdę zależy ode mnie? Bardzo dużo wyborów było narzucone mi w mniejszym bądź większym stopniu przez otoczenie. To, że rodziny się nie wybiera, to każdy wie – jednak to dopiero początek wyliczanki. Wybór szkoły ograniczony jest geograficznie, a limit ten wspierają wszelkie zasady kulturowe (np. to, że w wieku rozpoczęcia liceum na ogół mieszka się z rodzicami, co również ogranicza wybór tej szkoły do najbliższych terenów). Wybór kierunku studiów również wydawałby się swobodny, jednak tak naprawdę ograniczony jest on listą dostępnych kierunków w ogóle i moimi możliwościami finansowymi itd. Niby lista ludzi, z którymi się zadaję, to efekt mojej osobistej selekcji, jednak same poszczególne osoby pojawiły się na mojej drodze za sprawą całej masy wydarzeń losowych. Podobne wydarzenia też ukierunkowały tą selekcję.

Czy opłaca się starać na siłę zmieniać swoje życie? Na to pytanie udzieliłabym odpowiedzi podobnej do: czy warto walczyć patykiem z kimś uzbrojonym w ostry miecz.

Moim zdaniem, wyczarowywanie sobie życiowych szans jest bardzo męczącym i czasochłonnym zajęciem, często tak naprawdę kończącym się negatywnie. Zdecydowanie lepszą inwestycją jest przygotowywanie siebie do wykorzystywania szans podrzucanych przez życie. Wiem, że piszę zbyt ogólnie i nie argumentuję tak długo jak powinnam, ale nie mam za bardzo czasu na powiększenie długości tej notki kilkukrotnie.

Każdy ma jakiś swój sposób na życie – moim jest wyczekiwanie na życiowe szanse, które często mają swoje określone ściśle daty i w międzyczasie ambitne dążenie do przyjęcia wyzwania w jak najlepszym stylu, mając wszystko przygotowane i przemyślane już wcześniej. Nie zamierzam walczyć z wiatrakami (choć dokładnie to robiłam jeszcze parę lat temu), a zamiast tego po prostu czekam, przeplatając prokrastynację z preparacją.

Więcej

Co 2012 rok przyniósł

Ostatnie kilka miesięcy wydawało się trwać tak strasznie długo, że już zupełnie straciłam rachubę czasu. Nawet nie spostrzegłam, kiedy kalendarz zaczął pokazywać połowę grudnia i sprawiło to, że w ramach jednej z tak nielicznych tradycji, jakich dotrzymuję, pojawiła się konieczność do napisania tutaj posta podsumowującego kończący się właśnie rok.

A rok ten był naprawdę niezwykle długi. Część wiosenna złożona była głównie z owocnych przeżyć literniczych. Setki godzin nocnych poświęcone na doskonaleniu pisania odręcznego za pomocą tzw „narządków”, dziesiątki na projektowaniu coraz to wymyślniejszych rzeczy, z kartkami wielkanocnymi, w których każdy pojedynczy element musiał nawiązywać kształtem do jaja… Rok liternictwa w kieleckim Plastyku to coś, czego nie da się zapomnieć, i wszyscy którzy również to przeżyli zapewne przyznają mi rację.

Jesień to czas, kiedy na pierwszy plan wyszły przygotowywania dyplomowo-maturalne, choć skupiłam się w nie mniejszym stopniu na rozwijaniu zainteresowań i torowaniu sobie drogi rozwoju kariery po ukończeniu szkoły. Te słynne poważne biznesy. Decyzja wyborów przedmiotów maturalnych była dla mnie niezwykle trudna i do teraz narzekam, że ostatecznie musimy się zdecydować już do 11 stycznia. O wiele trudniej z wyborem uczelni wyższej – jestem pewna, że chcę studiować i poszerzać umiejętności, ale kompletnie nie potrafię się ukierunkować w jedną stroną. Dużo łatwiejszą decyzją życiową byłoby dla mnie założenie własnej firmy, czego nie skreślam w przyszłości, choć nie tej najbliższej i nie tej polskiej.

Co przez ten rok zmieniło się na moim blogu? Myślę, że również dość sporo. Przede wszystkim – przestałam lać wodę o tymczasowych problemach. Wpisy nabrały tematyczności i stały się wygodniejsze do czytania, co zaowocowało wpadnięciem kilku nowych czytelników. Hejting refleksyjny przerodził się w krystalicznie czysty hejting bezpośredni, a hipsteryzm odbiegł od bycia ukrytym.

Bloga założyłam w pierwszej klasie liceum i miał się stać pamiątką z pobytu w tej szkole – swego rodzaju pamiętnikiem dziecka z plastyka. Tematów o sztuce i przetrwaniu w tej szkole co prawda pojawiło się parę, ale nie były one jedynymi. Jakoś w tym – właśnie mijającym roku – zaczęłam pisać na tematy, jak to się nowocześnie mówi „lajfstajlowe”. Czasem trochę tęsknię za dawną luźną formą opowiadania o pierdołach – jednocześnie wiem, że w tym momencie nie byłabym w stanie wrócić do robienia tego w ten sposób. Myślę, że zmiany na blogu są jedynie odbiciem przemian w moim życiu, a to obecnie to dopiero ich początek. W tym momencie stoję przed jedną z najbardziej kluczowych chwil w życiu i jestem przekonana, że za rok nic nie będzie wyglądało tak, jak teraz.

Chociaż dwa akapity wcześniej pisałam o hejtingu i hipsterstwie, to jednak tak naprawdę w istocie lekko zbliżyłam się do filozofii reprezentowanej przez tłum. Mówiąc „lekko” mam na myśli, że udało mi się delikatnie odejść od domyślnie przyjętego nie zgadzania się jako pozycji startowej. Być może i mi udzielił się proces odmraczniania ostatnich klas Plastyka, polegający na porzuceniu idei koniecznego wyróżniania się a zwróceniu się w stronę komfortu psychicznego i możliwie dużego relaksu. Pewnie to za sprawą nadmiaru pracy i zmęczenia kolejnym miesiącem przepełnionym nieprzespanymi nocami i stresem.

Chociaż rok jeszcze się nie skończył, już teraz mogę powiedzieć, że zaowocował on w masę nowych doświadczeń. Udało mi się zwiedzić sporą część kraju i poznać wielu wspaniałych ludzi. Dodatkowo znalazłam również czas na zdecydowane poprawienie angielskiego czy wzięcie się poważniej za grafikę wektorową oraz animację wszelkiego rodzaju.

Kolejna w kolejce czeka matematyka </3. Idąc dalej za tematem przedmiotów szkolnych, udało mi się wyhodować w sobie pewnego rodzaju niechęć do przedmiotów humanistycznych nauczanych w polski sposób. Coś takiego jak program wymagający od uczniów pisania zgodnie z kluczem, uczenia się „pod Grega”, czy znajomości dat i nazw, a nie przyczyn i konsekwencji… nie powinno nigdy istnieć. Przedmioty ścisłe są bardziej uporządkowane i wydają się mieć więcej sensu, nawet jeśli tak trudno mi je ogarnąć w takim stopniu, w jakim bym chciała.

Zdecydowaną nowością na blogu była zmiana domeny z evanrinya.jogger.pl na własną – blog.evanrinya.com. Było to oczywiście jednym z efektów ubocznych wykupienia domeny pod portfolio – http://www.evanrinya.com/, którego zbudowaniu poświeciłam naprawdę dużo czasu. W tym momencie jest w stanie ukończonym, jednak mam kilka pomysłów na kompletną zmianę jego wyglądu – problemem w tym wypadku staje się tylko i wyłącznie ciągły brak czasu.

Ostatecznie – rok zdecydowanie wypadł pozytywnie, zwłaszcza w porównaniu z latami ubiegłymi. Myślę, że nie zmarnowałam czasu i wierzę, że uda mi się przetrwać wszystkie nowości, które przyniesie mi rok następny.

Więcej

Nieuzasadniony autorytet

Nie rozumiem ludzi, którzy pomimo tego, że ukończyli szkołę podstawową już dawno temu, nadal oceniają innych na podstawie tego, ile ktoś ma lat. Jeszcze w przypadku osób młodszych się zgodzę – nie ma co traktować małego dziecka jako poważnego rozmówcy w dyskusji (co wcale nie umniejsza jego wartości ogólnie – jedynie ogranicza jego możliwości z powodów zupełnie związanych z jego znikomym doświadczeniem i małą wiedzą). W tym wpisie chciałabym zwrócić uwagę na tę drugą stronę problemu – na nieuzasadniony zachwyt i autorytetyzowanie osób, które są wyższe tylko i wyłącznie wiekiem.

Mogę się założyć, że w tym momencie jakaś część osób, które to czytają, zaczęło budować w sobie zdania sprzeciwu. Czas więc na kontynuację tej myśli… Jednak nie – najpierw wtrącę kolejny temat, który ma bardzo silny związek z tym, co rozpoczęło ten wpis.

Internet – rzecz niezwykle niezbędna w obecnych czasach, przydająca się niemal w każdej dziedzinie życia i ułatwiająca wszystko: od znalezienia kontaktu do niewidzianej od lat osoby, poprzez wszelkie zakupy, na wyszukiwaniu informacji na temat hodowli pleśni na klawiszu F13 skończywszy. Jakim trudnym i nieprzyjemnym mogłoby się stać życie, gdyby pewnego dnia ktoś „wyłączył Internet”, tak dosłownie. Nie wiem, jak inni, ale ja otwarcie przyznaję się, że Internet jest dla mnie naprawdę ważny – i to nie tylko jako źródło rozrywki, jaką dają portale społecznościowe, ale także (i może nawet przede wszystkim) jako nieopisywalnie wielkie źródło wiedzy na wszelkie możliwe tematy. Jestem leniem, większość ludzi też jest – mało komu chciałoby się, pod wpływem nagłego impulsu ciekawości, sięgnąć po Encyklopedię Powszechną – olbrzymie tomicho – tylko po to, aby sprawdzić jakąś informację. W tym momencie, mając google – mogę to zrobić w każdej chwili. I robię. Dodatkowo – wiedza na interesujące mnie tematy spływa sama poprzez sieć linków z jednej strony na drugą. Tego nie jest w stanie zastąpić żadna gazeta i żadna książka. Nawet jeśli gdzieś jest więcej informacji na papierze, niż oferuje Internet (nie zaprzeczam – mogą być takie przypadki) – to i znalezienie tego jest o wiele trudniejsze i korzystanie z tego zniechęca swoją nieinteraktywną formą.

Jak ograniczoną byłaby moja wiedza, gdybym żyła w czasach, kiedy o Internecie jeszcze nawet nie słyszano, a w szkołach uczono piosenek chwalących Stalina. Jak wąskie by były moje zainteresowania i aspiracje, gdybym widziała tylko to, co znajduje się w obrębie mojej wsi i wiedziała, „wiedziała”, tylko to, co przekazaliby mi rodzice i nauczyciele w szkole.

Problem polega na tym, że chociaż ja tego nie doświadczyłam (i bardzo się z tego powodu cieszę), to te ograniczenia udzieliły się całemu starszemu pokoleniu. Może jakieś pojedyncze jednostki, nie procenty a promile osób obecnie po 40-tce, wyrwały się z balastu historii i nadgoniły, dzięki czemu teraz wiodą ambitne życie i mają własne zainteresowania. Zdecydowana większość (z tych, których znam – być może w innych częściach kraju jest inaczej), to osoby, które żyją sobie bezcelowo, skupiając się na tym, aby zarobić na kolejną paczkę papierosów i na niczym poza tym. Ani wiedza, ani jakieś hobby, ani nawet organizowanie sobie celów – nic z tych rzeczy nie jest im potrzebne. Jeszcze tam co niedzielę skoczą sobie do kościoła pooglądać, w co się kto ubrał i kto był nieobecny na mszy, aby było o czym rozmawiać w poniedziałek. Dla przyjemności sobie kupią nową część garderoby, aby na następną niedzielę zabłyszczeć i w sumie to koniec ich listy aspiracji. Czas komuny wyprał im mózgi i żyją jak zombie – nie zastanawiając się za bardzo, kontynuując wiecznie to samo.

I nagle pojawia się Pan Blogger, który na Ważnym Portalu pisze, że Internet jest zły, że młodzież jest uzależniona i popada przez to w przeróżne dysfunkcje. Myślę sobie – wariat. Czytam dalej i widzę całą masę informacji o tym, na co młodzi ludzie przeznaczają czas teraz, a na co przeznaczali dawniej, jakie są negatywne skutki tej zmiany (choćby były niewielką częścią skutków w ogóle, są wymienione jako jedyne) i dlaczego to jest złe. Krytyka, krytyka, krytyka. Tego, co jest dobrem. Koniec wpisu. No, teraz czas na deser w postaci hejtingu w komenta…. CO?! Autor przekonał do swojego zdania nie tylko sobie podobnych, ale również całą masę osób, które artykuł krytykuje. Dlaczego oni się z tym zgadzają? Dlaczego nagle zaczynają krytykować siebie samych za liczbę godzin spędzanych dziennie na komputerze tylko dlatego, że ktoś – powiedzmy sobie szczerze – zazdrosny – powiedział, że to źle?

Otóż właśnie powróciłam do początku wpisu – jest to kwestia niezrozumiałego dla mnie autorytetu wobec ludzi wyższych wiekiem. To był tylko przykład, jest ich więcej, o wiele więcej. Na ogół wydaje się, że skoro wandalizm i nieposzanowanie starszych jest złe, to wielbienie ich i automatyczne chłonięci ich opinii jest kontrastowo dobre. Ja widzę tutaj skrajność, która wcale nie jest tą lepszą stroną. Nie ma źródeł zupełnie pewnych. Sceptycyzm jest wspaniałą cechą i czasem widzę, jak wielu osobom jej brakuje.

Podsumowując: myślę, że rola osób starszych w obecnych czasach odeszła zupełnie od bycia nauczycielem. Ich wiedza nie ma szansy równać się z tym, co oferuje Internet. Nie podważam tutaj idei szkolnictwa, które w Polsce jest jakie jest i na ten moment jest potrzebne. Nie zmienia to faktu, że zdobywanie wiedzy z roku na rok coraz słabiej związane jest z budynkiem szkoły.

Więcej

10 typów zachowań polactwa na internetach, które mnie śmieszy

Dzisiejsza notka będzie o hejtingu. Wiem, że brakowało Wam tego.

Tym razem postanowiłam uzbierać listę 10 typów zachowań, na które natrafiam dość często, a które zmuszają mnie do refleksji nad ich sensem, oraz nad tym, o czym myślał ich autor zamieszczając je na danej stronie. Pod spodem znajduje się 10 rzeczy, które budzą we mnie atak śmiechu połączony z odruchem facepalma bądź irytują i nużą. Oczywiście ja nikomu nie zabraniam pisać w żaden z wymienionych niżej sposobów – ja jedynie wypisuję moje subiektywne przemyślenia na temat tego, jak te teksty odbieram za każdym razem gdy gdzieś na nie natrafię.

Pominęłam rzeczy, o których mówi się zawsze – o wiecznym żebraniu o lajki na facebooku, o zapraszaniu do gierek i na imprezy na które w życiu bym nie poszła, o braku tego małego Pana Spinacza w mózgu, który podpowiada, że w razie nieumiejętności zachowania poprawności ortograficznej wypowiedzi bazując na własnej wiedzy, zawsze można skorzystać z autokorekty w dowolnym edytorze, o wszelkich błędach logicznych i erystyce… Po prostu napiszę o tym, co w większości nie jest tak oczywiste, a z drugiej występuje tak często, że trudno tego nie zauważyć.


1. IQ

Stawiam to jako numer jeden, bo oprócz tego, że mnie śmieszy powielanie wypowiedzi tego typu przez niektóre osoby, to jeszcze czasem nawet potrafi zirytować. Nic mnie tak nie rozwala jak „dyskusje” na temat mądrości, inteligencji itd. Nie to, abym miała coś do tego tematu – w cywilizowanym środowisku nawet z chęcią udzielam swojej opinii na ten temat (która raczej nie ma za wielu popleczników). Tym, co zawsze jednak rzuca mi się w oczy jest nawiązanie do słynnego testu IQ i twierdzenie, że oponent w temacie z całą pewnością uzyskałby w owym badaniu wynik bardzo niski. Standardem jest podanie przykładu (najczęściej zwierzęcia o danym zestawie cech), który z całą pewnością osiągnąłby wynik większy. Pomiędzy wierszami pojawia się również informacja, że autor wypowiedzi (niezależnie od tego, czy test IQ robił, czy nie) ma wynik wysoki i wyróżniający się na tle społeczeństwa. Względem osób traktujących te 2-3 cyferki jako wyznacznik wartości człowieka mam bardzo mieszane uczucia, wśród których zdecydowanie przeważają te negatywne. Ludzi, którzy w ogóle używają tej nazwy, mając przy okazji marne pojęcie o jej znaczeniu (a na ogół żadne), rzadko kiedy oceniam jako mądrych i rozsądnych.


2. Ja w trzech osobach

Przed napisaniem tego akapitu, prześledziłam moje kilkadziesiąt pierwszych wpisów na tym blogu w poszukiwaniu moich własnych wypowiedzi sprzed lat, kiedy byłam o wiele bardziej głupia, niż jestem teraz (i głęboko wierzę, że od tego czasu nawet zmądrzałam :3), jednak zdążyłam zauważyć, że popełniam ogromny błąd logiczny, zanim przeniosłam się na joggera. Otwarcie przyznaję się, że wiele razy pisałam w sposób godny wszelkiej pogardy i to naprawdę wiele razy, jednak widocznie odbywało się to jedynie na blogach, które już od lat nie istnieją. A o czym mówię? O nadmiernym używaniu zdań w formie mnogiej liczby pojedynczej, podczas gdy podmiotem na ogół albo jest sam autor, albo jakaś konkretna osoba, albo (najczęściej) grupa wyimaginowanych przyjaciół. Z pozoru wypowiedzi formułowane w ten sposób brzmią mądrze – niczym teksty naukowe, wiadomości z podręczników i książek popularnonaukowych. Kiedy jednak dobiegają one z ust kilkunastolatka, postrzegającego świat na podstawie stereotypów i zasłyszanych gdzieś informacji, danych z gazetek typu Bravo Grill itd..

W każdym razie – treścią takich wypowiedzi często jest krytyka obecnego społeczeństwa, widziana w sposób typowy dla zbuntowanych gimnazjalistów. Przykłady typowych zdań, które mogłyby się w takim poście pojawić: „Jesteśmy niemoralni, nie dbamy o dobro naszych bliskich, nie staramy się zachowywać rozsądnie i zapominamy o tym, co dla nas najważniejsze”, „Bardzo wcześnie rozpoczynamy życie seksualne, praktycznie nie mając pojęcia o co w tym wszystkim chodzi”, „Ubieramy się wyzywająco, zachowujemy się nieadekwatnie i potem dziwimy się, że…” (zdania są kopią zapisanych w mojej pamięci słów jednego blogera, którego wpisy zostały usunięte parę miesięcy temu). Osoba pisząca coś takiego zupełnie poważnie, tworzy wyimaginowaną grupę społeczną o zdecydowanie negatywnych cechach, ale łączących się w powielany szablon, a następnie opisuje stereotypowe zachowanie takiej grupy, niewytłumaczalnie włączając do niej siebie (choć w domyśle autor wpisu jest „tym dobrym, tym mądrzejszym”). Czy to nie jest śmieszne?


3. Przejmuję ten film

Zastanawiało mnie ostatnio, co oznacza „przejmowanie” filmu na youtube. Rozumiem, że ma to na celu napisanie, że dany film się obejrzało i chce się w jakiś sposób przekazać innym osobom z Polski, że nie są pierwszymi Polakami go oglądającymi, ale robiąc to w języku ojczystym, aby właściciel filmu kompletnie nie wiedział, o czym mowa… Widziałam takich komentarzy za dużo, aby nie zainstalować u siebie w przeglądarce Herp Derp pluginu.


4. Widziałem Polaka!

Taka banda dzieciaczków wyszukujących wszędzie, w każdym obcojęzycznym tekście jakiegoś nazwiska, które brzmi słowiańsko. Na ogół wszystko jedno, czy dotyczy ono rzeczywiście Polaka, nieważne, czy ktoś już o tym wspomniał – każdy po kolei musi wyrazić swoją radość płynącą ze znalezienia tej końcówki „ski/sky” w tekście, niczym podczas znalezienia Wally’ego na środku gazetki Wally Poznaje Historię Świata (nawet biel i czerwień pasuje xD). Myślę, że powodem takiego zachowania są liczne błędy w polskim systemie edukacji, tym razem odnośnie przedmiotów humanistycznych. Już w okresie gimnazjum część dzieciaków zamiast zatrzymać się na patriotyzmie, zaczyna popadać w nacjonalizm. Zaczyna się od pisania wszędzie gdzie popadnie, że „Polki najpiękniejsze”, a kończy na wyzywaniu innych narodowości od gorszych ze względu na ich historię (co dotyka głównie Niemców i Rosjan). Wcześniej zupełnie omijałam wzrokiem takie posty, jednak ostatnio pojawiają się tak nadmiernie, że przyczyniły się do mojej utraty wiary w ten kraj.


5. Myślę indywidualnie, jestem dojrzałym katolikiem / ateistą

Pewnie buchnie jad, że wrzucam katoli i ateuszów do jednego podpunktu razem, ale po przyjrzeniu się temu, co ostatnio dzieje się na kwejkach, myślę, że różnica między jednymi a drugimi chyba nie wymaga tutaj oznaczenia. Coraz więcej osób wykrzykuje swoje poglądy religijne na cały głos, wyśmiewa inne niż swoje w najbardziej nieinteligentny i żenujący sposób jak się da… Moim osobistym zdaniem, nie powinno się poważnie traktować osób wierzących, gdyż mają trudności z rozróżnieniem prawdy od fikcji, jednak podobnie dotyczy się gimboateistów, którzy za wszelką cenę chcą pokazać, jacy są odmienni, jacy z nich wolnomyśliciele i jak bardzo są niezależni, nie chodząc do kościoła. Naprzeciw nim wychodzą osoby, które „nie wstydzą się swojej wiary” i gotowe są do wypisywania gdzie popadnie o tym, jaka z nich „Armia Boga” (nazwa wzięta z posta znajomej na fb), przy okazji podając zupełnie wadliwe w kwestii logicznej argumenty i na ogół w ogóle nie związane z wypowiedziami tych wyżej, a już na pewno nie z prawdą.


6. Ci najprawdziwsi…

Ten podpunkt dedykuję osobom, które uważają, że z powodu, że słuchają zespołu x, ich zdanie w kwestii y jest z góry trafniejsze niż zdanie osób, które nie słuchają zespołu x. Wiąże się to oczywiście z wrzucaniem na facebooka postów (czytaj: obrazków z kwejka czy demotów) mówiących o tym, jak bardzo true się jest. Dodatkowo dla zwiększenia kontrastu osoby, o których mówię rozpowszechniają nienawiść wobec owianych złą sławą wykonawców typu Justin Bieber. Nie wiedząc o nich więcej niż kilka podstawowych danych, kreują ich wizerunek negatywny i wyolbrzymiony. Oczywiście również tworzą rzesze fanów tego wykonawcy, wyzywając ich i wykorzystując jako porównanie w każdym możliwym temacie.


7. Moralizator

Prawie zawsze, kiedy pojawia się wątek poruszający jakiś kontrowersyjny i aktualny temat, pojawia się taka osoba i od razu zyskuje ogromne poparcie ludzi, w większości „bezideowych”. Jest to autor pierwszego komentarza o treści typu „osoba, o której mowa w artykule, powinna się zabić”. Na ogół, po tym jak pierwsza osoba się odezwie, rozpoczyna się nagły napływ większej liczby wypowiedzi tego typu. Niezależnie od tego, która strona w danej dyskusji ma rację, osoby wypowiadające się w taki sposób po prostu powinny być blokowane. Prawo wyboru i podejmowania decyzji, prawo posiadania własnej opinii, prawo wygłaszania własnego zdania – o ile nie przeszkadza nikomu innemu – nie powinno być odbierane nigdy w taki sposób.

Zdaję sobie sprawę z tego, że dyskusje są po to, aby rozważać poszczególne argumenty stron, ale wyzywanie, często wulgarne, pisanie o zupełnie nieznanym człowieku jak o jakimś śmieciu – nie, to nie jest dopuszczalne. Jakiś czas temu przypadkiem natrafiłam na youtube na filmik przedstawiający Minecraftową wersję wizualizacji ataku na WTC. Poniżej pojawiła się cała masa wypowiedzi, które w swoim przemyśleniu były tak prymitywne, tak podwórkowe… Nie mogę teraz tego znaleźć, ale myślę, że to nie jest konieczne. Ostatecznie autor filmiku dowiedział się, że jest debilem, że zarówno on jak i cała jego rodzina są niegodni życia na tej planecie oraz, że jest najgłupszym człowiekiem na świecie. Tak to jest – dawniej przychodziło się do wyroczni w Delfach i (np. będąc Sokratesem) dowiadywało się, że jest się najmądrzejszym – teraz wystarczy wrzucić krótki materiał na popularny serwis społecznościowy, a społeczność jego prawdę ci powie. Tematy, w których obsesyjnie pojawiają się moralizatorzy to: polityka, religia, prawo, kontrowersje (przykład), wydarzenia rozdmuchane przez media (takie już metaironiczne).


8. Czytelnik bardziejszy

Czytelnicy dzielą się na ogół na dwie grupy – na osoby, które robią to dla własnej przyjemności oraz osoby, które więcej czasu niż czytaniu, poświęcają chwaleniu się tym, że w ogóle wiedzą, czym jest książka. Aby uzbierać dość obszerną listę takich osób, wystarczy wejść na dowolnego kwejka (pierwsze prawo kwejka głosi, że jeśli pojawi się strona z obrazkami, to ilość stron z obrazkami będzie od tego czasu rosła aż do uzyskania nieskończoności), znaleźć obojętnie jaki obrazek przedstawiający biblioteczkę z efektami instagrama i sprawdzić listę osób, które udostępniają to na facebooku. Aby nie pomylić się i nie szufladkować na podstawie jednej danej, można porównać osoby lajkujące kilka bądź kilkanaście takich zdjęć. Jestem przekonana, że spora część będzie się tu powtarzać.

Dodać można pseudointeligentne grupy typu Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka (35957 fanów, stan na 07.11.2012, 21:20) i lista osób może być zupełnie kompletna i adekwatna. I już naprawdę wszystko jedno, czy czytają Zmierzch, Przeminęło z Wiatrem czy Pana Tadeusza – irytuje mnie to, że osoby tego typu, wychodząc od czynności, która definitywnie powinna być opcjonalną rozrywką (o walorach nie muszę mówić, ale tak naprawdę, to co dobrego ich nie posiada), znajdują sobie zupełnie nieadekwatny pretekst do nie dość, że wywyższania się wobec innych, to jeszcze do zakładania z góry, że cała reszta niczego nie czyta. Może i przesadzam, może nawet nie połowa z osób chełpiących się czytelnictwem taka jest… Ale jednak tyle razy zdarzyło mi się słuchać kogoś patrzącego z góry na innych tylko dlatego, że przeczytał jedną powieść. I tak – oczywiście ma do tego prawo, ja jedynie piszę, co mi się nie podoba.


9. Po angielsku…

Pomijając wszelkie zasady interpunkcji, czasami język ojczysty wydaje się za trudny dla danej osoby i postanawia ona wtedy, że część napisze po angielsku. Albo odwrotnie. Sama czasem używam pojedynczych zwrotów, jednak staram się używać ich w miarę poprawnie. Druga sprawa, że zwykle są one po prostu memami i po polsku mogą brzmieć nieadekwatnie. Zupełnie inną sprawą jest wtykanie angielskich słówek w środek zdania, w najbardziej niepoprawnej gramatycznie formie, jaką można sobie wyobrazić. W środowiskach otaku podobnie jest z językami wschodnioazjatyckimi. W środowisku kwejka już ja sama czasem nie wiem, jakim językiem posługuje się autor obrazka…


10. Humaniści tacy, matematycy tacy, a reszta nie istnieje

Przykład (komentarze). Zastanawia mnie czasem, kiedy polactwo wreszcie zrozumie, że uczęszczanie do szkoły średniej na profilu humanistycznym nie sprawia, że licealiści są humanistami. Brak motywacji do wkucia tabliczki mnożenia również nie czyni z nikogo humanisty. I odwrotnie: nieumiejętność poprawnego pisania z nikogo nie czyni matematyka. Ostatnio natknęłam się gdzieś na obrazek, na którym pojawiła się nazwa „matfizy” (jako odwrotność do „humaniści”). Już nie wiem, czy śmiać się, czy płakać xD.


Myślę, że tę listę można by ciągnąć dalej i dalej, coraz bardziej zagłębiając się w najbardziej mainstreamowe części Internetu… Jednak miało być 10 punktów i tyle jest. KOGOŚ URAZIŁAM? :D

Więcej