Co 2012 rok przyniósł

Ostatnie kilka miesięcy wydawało się trwać tak strasznie długo, że już zupełnie straciłam rachubę czasu. Nawet nie spostrzegłam, kiedy kalendarz zaczął pokazywać połowę grudnia i sprawiło to, że w ramach jednej z tak nielicznych tradycji, jakich dotrzymuję, pojawiła się konieczność do napisania tutaj posta podsumowującego kończący się właśnie rok.

A rok ten był naprawdę niezwykle długi. Część wiosenna złożona była głównie z owocnych przeżyć literniczych. Setki godzin nocnych poświęcone na doskonaleniu pisania odręcznego za pomocą tzw “narządków”, dziesiątki na projektowaniu coraz to wymyślniejszych rzeczy, z kartkami wielkanocnymi, w których każdy pojedynczy element musiał nawiązywać kształtem do jaja… Rok liternictwa w kieleckim Plastyku to coś, czego nie da się zapomnieć, i wszyscy którzy również to przeżyli zapewne przyznają mi rację.

Jesień to czas, kiedy na pierwszy plan wyszły przygotowywania dyplomowo-maturalne, choć skupiłam się w nie mniejszym stopniu na rozwijaniu zainteresowań i torowaniu sobie drogi rozwoju kariery po ukończeniu szkoły. Te słynne poważne biznesy. Decyzja wyborów przedmiotów maturalnych była dla mnie niezwykle trudna i do teraz narzekam, że ostatecznie musimy się zdecydować już do 11 stycznia. O wiele trudniej z wyborem uczelni wyższej – jestem pewna, że chcę studiować i poszerzać umiejętności, ale kompletnie nie potrafię się ukierunkować w jedną stroną. Dużo łatwiejszą decyzją życiową byłoby dla mnie założenie własnej firmy, czego nie skreślam w przyszłości, choć nie tej najbliższej i nie tej polskiej.

Co przez ten rok zmieniło się na moim blogu? Myślę, że również dość sporo. Przede wszystkim – przestałam lać wodę o tymczasowych problemach. Wpisy nabrały tematyczności i stały się wygodniejsze do czytania, co zaowocowało wpadnięciem kilku nowych czytelników. Hejting refleksyjny przerodził się w krystalicznie czysty hejting bezpośredni, a hipsteryzm odbiegł od bycia ukrytym.

Bloga założyłam w pierwszej klasie liceum i miał się stać pamiątką z pobytu w tej szkole – swego rodzaju pamiętnikiem dziecka z plastyka. Tematów o sztuce i przetrwaniu w tej szkole co prawda pojawiło się parę, ale nie były one jedynymi. Jakoś w tym – właśnie mijającym roku – zaczęłam pisać na tematy, jak to się nowocześnie mówi “lajfstajlowe”. Czasem trochę tęsknię za dawną luźną formą opowiadania o pierdołach – jednocześnie wiem, że w tym momencie nie byłabym w stanie wrócić do robienia tego w ten sposób. Myślę, że zmiany na blogu są jedynie odbiciem przemian w moim życiu, a to obecnie to dopiero ich początek. W tym momencie stoję przed jedną z najbardziej kluczowych chwil w życiu i jestem przekonana, że za rok nic nie będzie wyglądało tak, jak teraz.

Chociaż dwa akapity wcześniej pisałam o hejtingu i hipsterstwie, to jednak tak naprawdę w istocie lekko zbliżyłam się do filozofii reprezentowanej przez tłum. Mówiąc “lekko” mam na myśli, że udało mi się delikatnie odejść od domyślnie przyjętego nie zgadzania się jako pozycji startowej. Być może i mi udzielił się proces odmraczniania ostatnich klas Plastyka, polegający na porzuceniu idei koniecznego wyróżniania się a zwróceniu się w stronę komfortu psychicznego i możliwie dużego relaksu. Pewnie to za sprawą nadmiaru pracy i zmęczenia kolejnym miesiącem przepełnionym nieprzespanymi nocami i stresem.

Chociaż rok jeszcze się nie skończył, już teraz mogę powiedzieć, że zaowocował on w masę nowych doświadczeń. Udało mi się zwiedzić sporą część kraju i poznać wielu wspaniałych ludzi. Dodatkowo znalazłam również czas na zdecydowane poprawienie angielskiego czy wzięcie się poważniej za grafikę wektorową oraz animację wszelkiego rodzaju.

Kolejna w kolejce czeka matematyka </3. Idąc dalej za tematem przedmiotów szkolnych, udało mi się wyhodować w sobie pewnego rodzaju niechęć do przedmiotów humanistycznych nauczanych w polski sposób. Coś takiego jak program wymagający od uczniów pisania zgodnie z kluczem, uczenia się “pod Grega”, czy znajomości dat i nazw, a nie przyczyn i konsekwencji… nie powinno nigdy istnieć. Przedmioty ścisłe są bardziej uporządkowane i wydają się mieć więcej sensu, nawet jeśli tak trudno mi je ogarnąć w takim stopniu, w jakim bym chciała.

Zdecydowaną nowością na blogu była zmiana domeny z evanrinya.jogger.pl na własną – blog.evanrinya.com. Było to oczywiście jednym z efektów ubocznych wykupienia domeny pod portfolio – http://www.evanrinya.com/, którego zbudowaniu poświeciłam naprawdę dużo czasu. W tym momencie jest w stanie ukończonym, jednak mam kilka pomysłów na kompletną zmianę jego wyglądu – problemem w tym wypadku staje się tylko i wyłącznie ciągły brak czasu.

Ostatecznie – rok zdecydowanie wypadł pozytywnie, zwłaszcza w porównaniu z latami ubiegłymi. Myślę, że nie zmarnowałam czasu i wierzę, że uda mi się przetrwać wszystkie nowości, które przyniesie mi rok następny.