Miesiąc: Wrzesień 2015

Wielka podróż do Belgii – cz. 4 (Antwerpia)

Być może ktoś mógł pomyśleć, że to już koniec belgijskich przygód – cyklu ukazującego się na łamach tego bloga. Nic bardziej mylnego. Dzisiejszy wpis to opis kolejnego, pięknego miasta – Antwerpii. Jeśli nie widzieliście poprzednich wpisów, to zapraszam do zapoznania się także z nimi: Bruksela (1 i 2) oraz Leuven.

Dzień czwarty – ciąg dalszy

Przywitał nas fenomenalny budynek dworca, z przepięknym witrażem frontowym i jeszcze bardziej niesamowitymi rzeźbami na elewacji. Na miejscu byliśmy wcześniej, niż to było w planach (za wcześnie aby się zameldować w hotelu), dlatego postanowiliśmy coś zjeść. Szukanie pożywienia utrudniał nam bagaż, zachęcający do tego, aby jednak obierać drogę w kierunku miejsca, gdzie później będzie można go zostawić. W ten sposób zwiedziliśmy północną część centrum Antwerpii, charakteryzującą się raczej mniej malowniczą architekturą, pośród której jednak zdarzały się zachwycające nowoczesne budynki.

Tego dnia również nie mogliśmy zbyt wiele pozwiedzać, bo w poniedziałki wszystkie muzea, galerie i inne atrakcje turystyczne są pozamykane. Udaliśmy się więc na spacer po okolicy, aby lepiej ją poznać i dowiedzieć się, gdzie przez najbliższe cztery dni warto będzie zaopatrywać się w jedzenie. Znaleźliśmy market Albert Heijn, który okazał się o wiele tańszy od przedrożałego Carrefoura.

Rynek i zabytki

Najważniejsze jednak było poznanie zabytkowej części miasta. Idąc w jej stronę, znad pierzei ulic co chwila wychylały się wieże katedry. Jest to budowla tak wielka, że sfotografowanie jej sprawiło mi mnóstwo problemów – przez tę strzelistość perspektywa zdjęć z bliska stawała się zbyt zakrzywiona, natomiast z daleka i tak trudno było ująć katedrę w całości. O samej architekturze budowli opowiem więcej, opisując jej wnętrze, które odwiedziliśmy dwa dni później.

Nieopodal znajduje się Rynek Wielki (Grote Markt), a przy nim – jak na zabytkowe miasto przystało – przepiękny ratusz. Renesansowa budowla, zaprojektowana przez Cornelisa Florisa w połowie szesnastego wieku stanowi całą podłużną ścianę wnętrza placu. Nie rozumiem tylko, dlaczego elewacja została upstrzona flagami, zakrywając detale architektoniczne i piękno materiału. W opisie tego budynku muszę zwrócić uwagę na podobieństwo pomiędzy tym ratuszem a przedstawionymi wcześniej ratuszem brukselskim i tym z Leuven. Mimo, że siedziba rady miasta w Antwerpii powstała później i już w innym stylu (pozostałe wymienione to budowle późnogotyckie), tutaj również podkreślona została rytmika podziałów architektonicznych, okien i pięter. Stawiając ten budynek w dopiero rozwijającym się renesansie, nie zrezygnowano z rzędów małych lukarn w dachu oraz zdobień i elementów podkreślających strzelistość. Budynek posiada jednak zdecydowanie więcej cech okresu odrodzenia.

Na środku rynku w Antwerpii stoi Fontanna Brabo, przedstawiająca postacie z jednej z legend. Rzeźba wygląda świetnie z każdej strony, dlatego doskonale pełni funkcję serca placu, pozwalając się fotografować zarówno na tle ratusza, katedry jak i okolicznych kamienic.

Jeśli chodzi o samą architekturę mieszkaniową, to w centrum Antwerpii jest ona oczywiście usytuowana w zabudowie pierzejowej, a im bliżej rynku i ratusza, tym więcej pięter kamienic zostało pochłoniętych przez gastronomię, handel i usługi. Elewacje znacznie różnią się wysokością pomiędzy sobą i tutaj również można zaobserwować przeplatanie się pięknie odrestaurowanych kamienic średniowiecznych, nowożytnych i współczesnych. Oczywiście przy samym rynku występują najpiękniejsze zdobienia fasad frontowych, szczególnie te na budynkach Gildehuizen, czyli kamienicach cechowych.

Gildehuizen

Warto przyjrzeć się oknom tych budynków – szyby podzielone są wieloma szprosami, co tutaj zdecydowanie dodaje walorów estetycznych, a także przybliża elewację do jej pierwotnego wyglądu

Ten fragment kościoła prawdopodobnie zmienił swoją funkcję i teraz stanowi ciekawy element pierzei

W Antwerpii, niestety, pięknu niektórych miejsc przeszkadzały worki ze śmieciami

Nawet zwykła skrzynka może czegoś nauczyć

Ostatecznie trafiliśmy do brzegu rzeki, gdzie rozciągał się naprawdę malowniczy widok na niekoniecznie fotogeniczne obiekty. Przeszliśmy wzdłuż brzegu, oglądając napisy na murze oraz mijane elementy otoczenia (pomnik, składowisko bojek, miejsce cumowania statków). Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam Museum aan de Stroom. Już patrząc na nie z daleka, wiedziałam, że będzie to coś architektonicznie fantastycznego.

To nie jest kadr z filmu o piratach

Miasta portowe mają niezwykły klimat, który ja po prostu uwielbiam

Dwa zwykłe bloki. Nic nadzwyczajnego

Bardzo ładny plakat

Dzień piąty

Kolejny niesamowity dzień trzeba było rozpocząć oczywiście potężnym śniadaniem. W tym celu udałam się z samego rana do Alberta i zakupiłam nam pyszny chleb „tygrysi” (naprawdę miał wzorek), masło oraz belgijską goudę, charakteryzującą się tym, że jedną z najważniejszych informacji na opakowaniu jest liczba dni dojrzewania sera. Ogólnie, podstawowe produkty spożywcze w Antwerpii nie były niedostępne cenowo – bez problemu znalazłam makaron za 55 eurocentów, masło za 91, czy mięso mielone za niemal idealną równowartość 10 złotych. To ostatnie, co więcej, było świetnie przyprawione i nie śmierdziało tak jak śmierdzi każde mięso mielone zakupione w Polsce. Mówcie swoje, że trawa zieleńsza to fatamorgana – zmysły smaku i zapachu już nie tak łatwo oszukać, sorry Polsko.

Po śniadaniu udaliśmy się do centrum miasta aby zakupić Karty Dzielnego Turysty (Antwerp City Card), upoważniające do darmowych wstępów oraz przejazdów turystycznym busem i komunikacją publiczną – czyli deal o wiele lepszy niż analogiczna karta ze stolicy. Po czterech dniach intensywnego łażenia, nasze stopy były już tak zrujnowane, że nawet odcinki krótsze niż kilometr stanowiły dość sporą męczarnię. A że komunikacja publiczna była zbyt droga, aby kupować pojedyncze bilety, zaopatrzenie się w kartę miejską stało się wręcz przymusem. Po wyjściu z biura informacji turystycznej idealnie natrafiliśmy na busa HopNStop, poruszającego się na trasie pomiędzy atrakcjami, zabytkami i innymi ważniejszymi miejscami. W ten sposób już po chwili byliśmy pod najwspanialszym obiektem architektury współczesnej, jaki w życiu widziałam – pod Museum aan de Stroom.

Museum aan de Stroom

O tym niesamowitym obiekcie przeczytacie w osobnym wpisie, kiedy uporam się z dwoma grubymi tomiszczami opisującymi jego powstanie (jak dobrze, że były po angielsku, jak arcyszczęśliwie że za 1/3 ceny). Przepiękna budowla otoczona wodą, wykonana z naprzemiennie występującego czerwonego indyjskiego piaskowca o różnych odcieniach i pofalowanego szkła – zupełnie jakby nie potrzebowała konstrukcji dla swoich dziewięciu wysokich pięter (razem około 60 metrów wysokości). Odważna architektura budynku pokazuje, że aby wywołać taki efekt, trzeba zapomnieć o wszystkich tradycyjnych wzorach i modnych konwencjach. To nie budynek, to gigantyczna rzeźba, której funkcja jest jedynie pretekstem. To symbol, akcent i magnes na wszystkie spojrzenia wokół. Od razu przypomniało mi się ECS w Gdańsku, wywierające na mnie podobne wrażenie.

Na wejściu dostaliśmy hasło do Wi-Fi, aby ściągnąć sobie aplikację do wyświetlania angielskich opisów, tłumaczeń oryginalnych treści w muzeum (były oczywiście po niderlandzku). Początkowo wydawało się to świetną sprawą, ale przy dwusetnym zeskanowaniu QR kodu, trochę to patrzenie w ekran telefonu zaczynało denerwować. Muzeum za bardzo odciągało od niego wzrok.

Wnętrze MAS zostało zaplanowane w taki sposób, aby poszczególne piętra opierały się na tym samym schemacie funkcjonalnym. Zaczyna się od ruchomych schodów, przy których umieszczono urywki z historii Belgii lub samej Antwerpii. Potem jest przestrzeń – duże miejsce, otwarte przeszkleniem na całej ścianie i pozwalające zaczerpnąć oddech przed wejściem na wystawę zlokalizowaną na danym piętrze. Każda kondygnacja to osobna część, choć niektóre tematy zostały rozdzielone na dwa piętra ze względu na swoją obszerność. Pojawia się też konkretny schemat funkcjonalny – wchodząc na konkretną wystawę, rozpoczyna się od przedsionka, mającego przygotować odwiedzających do dalszych treści. Potem jest ściana z wprowadzeniem i podłużny pokój, będący drobnym akcentem wystawy. Właściwa część zajmuje oczywiście najwięcej miejsca i można w niej wyróżnić przestrzeń opisaną w książce jako „wow!” oraz miejsce koncentracji. Dalej znajduje się kącik z wiedzą i korytarz wyjściowy, proszący odwiedzających o odpowiednią reakcję. Czasem jest to dotykanie różnych powierzchni, czasem zostawienie wiadomości w butelce, innym razem zawiązanie supełka na sznurku oznaczającym odpowiedź na zadane pytanie – za każdym razem widać było, że i na ta część obiektu ktoś miał konkretny pomysł.

Z części z feedbackiem wychodzi się z powrotem na część komunikacji pomiędzy piętrami – czyli przed oczami znowu staje falowana, szklana fasada, pozwalająca spojrzeć z góry na krajobraz miasta i przypomnieć sobie, gdzie się tak właściwie jest. Ciekawym aspektem tej części jest to, że na każdym piętrze ten widok jest odwrócony o 90 stopni, dzięki czemu można przyjrzeć się innemu fragmentowi miasta. A potem kolejne ruchome schody i następne piętro, z wystawą tak ukrytą przed światem, w porównaniu do części komunikacyjnej.

I tak przeszliśmy przez wszystkie piętra. Pierwsza ekspozycja opowiada o skarbach, jakie można było znaleźć we wnętrzach statków. Ogromna liczba obiektów, niemożliwa do swobodnego wystawienia w indywidualnych gablotkach, została ulokowana głównie w półkach stanowiących ścianki dzielące pomieszczenie na wąskie korytarze. Najważniejsze obiekty wyeksponowano przy wejściu, w wyraźnie oświetlonej części muzeum, kolejne natomiast w zaciemnionej przestrzeni, która sprawiała wrażenie magazynu, albo nawet miejsca pod pokładem statku. Pamiątkowe fotografie umieszczono w szufladkach pod wyeksponowanymi przedmiotami, natomiast ściany tego piętra udekorowane były wieloma obrazami marynistycznymi.

Nie będę szczegółowo rozpisywać, co znajduje się na kolejnych piętrach. Tematy wystaw związane są z potęgą morską, z władcami, kulturami i wierzeniami. Ogromna liczba eksponatów na każdym piętrze sprawia, że można by było tam spędzić cały dzień, przyglądając się każdej rzeczy po kolei i nie wiem, czy starczyłoby czasu na zobaczenie wszystkiego. Na nas czekało jeszcze zbyt wiele innych budynków do odwiedzenia, aby móc sobie pozwolić na przeczytanie wszystkich opisów i pozostanie dłużej przy pojedynczych przedmiotach. I tak zdążyło minąć kilka godzin, zanim ostatnie schody zaprowadziły nas na dach MASu. Na samej górze umieszczono taras widokowy z panoramą rozpościerającą się na wszystkie strony. Nietrudno było zlokalizować najważniejsze obiekty.

Fotomuseum

Następnie pojechaliśmy do części Zuid (południe), aby zwiedzić Fotomuseum oraz M HKA – muzeum sztuki współczesnej. Pierwsze z nich okazało się niezbyt fenomenalne. Wiele zdjęć wydawało się przejawiać przerost formy nad treścią – choć występowały i takie, które potrafiły zadziwić sposobem wykonania. Wystawy w tym obiekcie zmusiły do refleksji nad definicją sztuki i artysty. Czy twórcą jest na przykład ktoś, kto wybiera zdjęcia autorstwa innych ludzi i tworzy z nich kolaż?

M HKA

M HKA okazało się o wiele ciekawsze, głównie za sprawą dwoch nazwisk: Jana Fabre’a – kontrowersyjnego artysty działającego w wielu mediach oraz Stephena Willatsa, którego prace wyglądały bardzo współcześnie jak na lata powstania. Fabre to miejscowy artysta, który zasłynął z twórczości krytykującej konsumpcjonizm oraz miłość do pieniądza. Wystawa jemu poświęcona okazała się być bardzo rozległa i przejmująca, czasem zbyt mocno. Mnóstwo nagrań, pełno rekwizytów z jego występów, jeszcze więcej różnorakich pamiątek i efektów nietypowych działań. Zwłaszcza, że artysta naprawdę lubił szokować – na wystawie można „podziwiać” dzieła takie jak oklejanie wszystkiego pieniędzmi, pisanie krwią, wyrzucanie z okna fragmentów świni, rzeźba przedstawiająca człowieka z gwoździ i mięsa, siedzącego przy biurku. Wszystko, co sztuka współczesna lubi najbardziej.

Prace drugiego wymienionego artysty, Willatsa, szczególnie przypadły mi do gustu – były logiczne, nawet jeśli dość refleksyjne. Artysta nie zachwycał się czymś, czego nie rozumiał (a tak jest często w sztuce), zamiast tego snuł swoje własne refleksje o życiu. Formą jego prac były głównie zestawy plakatów, charakteryzujące się połączeniem fotografii z prostymi liniami i napisami – wydawałoby się, że to spowoduje bałagan – tutaj jednak stanowiło pewnego rodzaju mapy myśli.

Jeszcze jedna wystawa w M HKA była naprawdę wartościowa – wybór plakatów z XX wieku. Zaprezentowane zostały treści propagandowe dotyczące rozmaitych poglądów na problemy, z jakimi spotykali się ludzie w tamtych czasach a także plakaty wyborcze czy reklamowe. Nawet jeśli nie rozumiałam tekstu większości z nich, sama forma tych dzieł była warta przeanalizowania.

Na koniec dwie charakterystyczne budowle – Bank Narodowy oraz KBC Tower, prawdopodobnie pierwszy wieżowiec w Europie (1929-1932)

Ciąg dalszy w następnym wpisie.

Więcej

Copernicon 2015

Mój wyjazd na Copernicon zaplanowałam już w połowie wakacji. Coraz rzadziej odwiedzam konwenty i zaczęło mi trochę brakować tego fantastycznego zgiełku. Zwłaszcza po tegorocznym Jagaconie, na który zajrzałam przy okazji odwiedzenia domu rodzinnego. Chwilę później, w Gdańsku odbywał się Baltikon, jednak jego program nie był w stanie mnie przekonać, zwłaszcza w towarzystwie dość odstraszającej ceny. Wtedy postanowiłam, że wybiorę się na jakiś inny konwent i co więcej, zgłoszę na niego swój punkt programu. Brakowało mi konkretniejszego pomysłu, jednak zbyt wiele razy żałowałam, że nie uczestniczę trochę bardziej aktywnie w imprezie tego typu. Wtedy dowiedziałam się o Coperniconie, odbywającym się w Toruniu w drugiej połowie września, czyli już po mojej nieszczęsnej sesji poprawkowej. Zarówno termin, jak i miejsce, pasowały mi idealnie, a kiedy poczytałam trochę więcej, zrozumiałam, że absolutnie muszę tam pojechać. I pojechałam. A co widziałam i słyszałam, wpis ten wszystko Wam opowie.

Piątkowym porankiem, przemierzałam busem malownicze tereny, w doborowym towarzystwie gracza-blogera, erpegowca oraz pisarki fantasy. Pogoda była idealna i wszystko zapowiadało, że najbliższe kilkadziesiąt godzin utworzy same pozytywne wspomnienia. Dzięki nadmiarowi czasu przed oficjalnym rozpoczęciem imprezy, mogłam zobaczyć kawałek Torunia – malowniczego miasta, wręcz idealnego do spacerów. Potem nagle wybiła godzina szesnasta, sale konwentowe zaczęły wypełniać się uczestnikami i ruszyły pierwsze prelekcje.

Dla mnie Copernicon nie byłby taki sam, gdyby odbywał się gdziekolwiek indziej. Budynków zajmowanych przez konwent było kilka, jednak najważniejsze z nich stanowiły Collegium Maius i Collegium Minus Uniwersytetu Mikołaja Kopernika oraz Centrum Sztuki Współczesnej “Znaki czasu” . Pierwszy obiekt z wymienionych to piękny, ponad wiekowy, gmach o niezwykle klimatycznej przestrzeni komunikacyjnej. Dzięki sklepieniom krzyżowo-żebrowym w korytarzach, można się poczuć jak w średniowiecznej twierdzy. Najciekawsze jednak są piwnice, gdzie zorganizowano miejsce na LARPy. Rozległe przestrzenie pełne rur i dziwnych urządzeń, pachnące starością, były świetnym miejscem do oderwania się na chwilę od rzeczywistości, aby wczuć się w rolę granej postaci. Labirynt zakurzonych pomieszczeń, nie zawsze doświetlonych i w większości zupełnie pustych pozwalał się rozleniwić wyobraźni, jeśli chodzi o kreowanie w głowie niezwykłych miejsc. Na kolejnych piętrach znalazło się miejsce na gry planszowe i związane z nimi prelekcje oraz sale do przeprowadzania sesji RPG.

To nie są piwnice. To jeden z zamków Westeros.

Drugi uniwersytecki budynek był już trochę bardziej „zwykły”. To w nim odbywały się panele związane z popkulturą oraz prelekcje naukowe. Ciekawa klatka schodowa na środku obiektu prowadziła przez trzy piętra pełne ciekawych paneli dyskusyjnych i wykładów. Kilku z nich zdążyłam wysłuchać, jednak czasu było naprawdę mało, a rozkład atrakcji zbyt intensywny, aby zaliczyć wszystkie najciekawsze punkty. Dowiedziałam się między innymi, że Gwiezdne Wojny nie należą do gatunku sci-fi a do space fantasy, na prelekcji poświęconej charakterystyce fantastyki. Poznałam historię radzieckich lotów w kosmos, usłyszałam kilka ciekawostek z mitologii świata oraz dowiedziałam się, które postacie ze znanych utworów kultury można nazwać antybohaterami. Ciekawych prelekcji było o wiele więcej, w ciągu dnia co chwila musiałam podejmować wybór pomiędzy interesującymi mnie tematami.

Kolejny obiekt, CSW, jest budynkiem, który z cała pewnością jeszcze odwiedzę jak tylko będę w Toruniu. Podczas konwentu mieściły się tu targi fantastyki oraz duża wystawa poświęcona Gwiezdnym Wojnom, gdzie zaprezentowano mnóstwo makiet obiektów i figury postaci z filmów. Ciekawostką była też kolekcja herbów-naszywek oddziałów Stormtrooperów z całego świata. Nie wiedziałam, że przebieranie się za Szturmowców cieszy się aż tak ogromną popularnością. W tym budynku również znajdowało się coś, co było dla mnie miłą niespodzianką: wystawa poświęcona architekturze w Polsce po 1989 roku. Niesamowite modele znanych mi obiektów dopracowane były do najmniejszego szczegółu. Okazało się, że jest to wystawa Architektury-murator, o której już wcześniej słyszałam, jednak nie wiedziałam, że została ona przeniesiona z Warszawy do Torunia – i to na dzień przed moim przyjazdem!

To jeszcze nie koniec listy miejsc zajmowanych przez Copernicon. Część atrakcji (głównie związanych z fandomem anime i miłośnikami kultury azjatyckiej) odbywała się w Młodzieżowym Domu Kultury, którego nie zdążyłam odwiedzić. Taki tematyczny rozdział lokalizacji punktów programu sprawił, że w żadnym momencie trwania konwentu nie musiałam przedzierać się przez dzikie tłumy, a na te atrakcje, które mnie najbardziej interesowały, zawsze miałam blisko. Poza tym, miejsca do spania zorganizowano w innych szkołach, oddalonych nieco od centrum konwentu, co moim zdaniem było świetną decyzją organizatorów.

Nie wiem, ile osób ostatecznie odwiedziło Copernicon. Strzelałabym w dwa tysiące, licząc twórców programu, gżdaczy i gości. Również dzięki temu, że konwent podzielony był programowo na lokalizacje, poszczególne bloki programowe nabierały przyjemny, kameralny klimat, gdzie nowopoznane osoby można było zobaczyć jeszcze wiele razy tego samego dnia. Nie było też głośno, więc zawsze dało się z kimś pogadać albo zagrać w jakąś planszówkę. Zdecydowanie czułam się dobrze na tym konwencie – w przeciwieństwie do zagubienia i przytłoczenia na przedostatnim Pyrkonie.

Fart trzymał się mnie mocniej, bo na loterii Rebela udało mi się wygrać Story Cubes (kości do opowiadania historii), natomiast na licytacji używanych planszówek (organizowanej przez Grajfer) zgarnęłam 3 ciekawe gry: Basilicę bez jednej karty (którą już zdążyłam sobie dodrukować), Ewolucję oraz tajemniczą grę o nazwie Psi Psi, która zwróciła moją uwagę niezwykle brzydkim designem kart i opisem, który sam w sobie odpowiedział twierdząco na pytanie, czy z gry będzie „beka”. Na samych stoiskach zaopatrzyłam się jedynie w koszulki na karty oraz kości potrzebne do prowadzonej przeze mnie gry (oczywiście musiałam zapomnieć o zabraniu czegoś).

Skoro już o tym wspominam, muszę pochwalić się, że przeprowadziłam na Coperniconie jeden punkt programu. Była to mocno zmodyfikowana gra w mafię (ostatecznie ze słynnej mafii pozostała jedynie idea turowości), umieszczona w rzeczywistości Gry o Tron. Przed konwentem bardzo się stresowałam, ponieważ do tej pory nie zdarzyło mi się być „mistrzem gry” na większym konwencie. Ostatecznie przyszło mniej osób niż się spodziewałam i z tego powodu musiałam improwizacyjnie zmienić kilka zasad. Okazało się jednak że, gra podobała się uczestnikom. Sama też muszę sobie pogratulować – myślę, że kierowanie graczami poszło mi o wiele lepiej niż się spodziewałam.

Tym, co mnie jeszcze ominęło, był Cosplay. Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do oglądania pokazów na konwentach, zwłaszcza z powodu zbierania się na nich tłumu. Zdecydowanie wolę podziwiać wymuskane do perfekcji stroje i makijaże, mijając „przebierańców” na ulicy. Konwenty tak wspaniale ożywiają miasta, a Copernicon nie odstawał w tym przypadku ani trochę. Spacerujący po Toruniu inkwizytor, Severus Snape przechodzący pomiędzy planszówkami, Wiedźmin czy postacie ze Star Warsów wałęsające się nieopodal CSW… wszyscy przecież muszą wiedzieć, że w mieście dzieje się coś fantastycznego!

Wybitnie dobrze poprowadzonym punktem programu był wielki konkurs wiedzy o grach planszowych, na którym udało mi się zająć ostatnie miejsce. Pytania podzielone na kategorie, między innymi: rozpoznaj grę planszową po wyprasce, po zmodyfikowanej w programie graficznym okładce pudełka, zabłyśnij wiedzą z historii znanych wydawnictw itd. sprawiły, że wręcz przyjemnie było słuchać każdego kolejnego pytania, nawet wiedząc, że prawdopodobnie nie będę znać na nie odpowiedzi.

Pamiątki z konwentu muszą być. Po raz pierwszy są to planszówki.

I na koniec małe podsumowanie. Copernicon był dokładnie tym, czego oczekiwałam. Pozwolił mi na chwilę oderwać się od rzeczywistego świata i zapewnił mnóstwo rozrywki. Plan był naprawdę obszerny, a jego twórcy dali z siebie wszystko. Atmosfera była niesamowita. To był mój pierwszy Copernicon i z całą pewnością nie ostatni.

Co było zorganizowane świetnie podczas Coperniconu:

  • pakiet konwentowicza, gdzie osobno umieszczony został, pięknie wydany, pełen program z opisami atrakcji, a oddzielnie mniejsza książeczka, zawierająca wszystkie potrzebne mapki i tabele z rozkładem godzinowym
  • liczba budynków – dwie osobne szkoły sleeproomowe i oddzielnie od prelekcji i gier część wystawowa i sklepikowa; dzięki temu budynki z atrakcjami programowymi nie były zatłoczone i uczestnicy nie przeszkadzali sobie nawzajem
  • wcześniejsza akredytacja oraz łatwość dostępu do wszelkiej informacji, dobrze zorganizowani gżdacze, dużo punktów informacyjnych
  • 10-minutowe przerwy w planie po każdej atrakcji – coś, czego zawsze brakowało mi na innych konwentach, gdzie każda przedłużona prelekcja prowadziła do ciągłego otwierania się drzwi podczas następnej; tutaj koordynatorzy bloków dbali o to, aby prelegenci przestrzegali swoich ram czasowych
  • kontener prysznicowy, który z nazwy brzmiał przerażająco, a ostatecznie okazał się obiektem ciepłym, czystym i zdecydowanie higieniczniejszym niż to, co często nazywa się prysznicami w szkołach
  • WODA – na każdym LARPie, na każdym RPGu, organizatorzy i gżdacze zatroszczyli się, aby uczestnikom susza nie przeszkodziła w przeżywaniu swojej przygody – niby mała rzecz, ale kto chciałby myśleć o lokalizacji najbliższej Biedronki czy sklepu nocnego, próbując skupić się na życiu w zupełnie innej rzeczywistości?

Co mogło być zrobione lepiej:

  • w tabelce z programem pojawiło się wiele błędów (nie liczę oczywiście porozpisywanych wszędzie na terenie konwentu zmian w programie) – trzeba było przez to porównywać informacje z aplikacją mobilną
  • program nocny – był bardzo ograniczony, zawierał zbyt mało LARPów, a na te obecne w rozkładzie zapisało się więcej ludzi, niż było przewidziane przez prowadzących
  • zbieżności w programie – panele o tej samej tematyce pokrywały się godzinowo, na przykład spotkania z twórcami internetowymi (wydaje mi się, że podobne grono lubi/czyta Kiciputka i duet Zwierz&Opydo, tak samo jak moja GoTowa gra odbywała się w tym samym momencie co GoTowe kalambury, jeszcze planszówkowa loteria Rebela, w momencie gdy gdzie indziej trwała licytacja używanych planszówek organizowana przez Grajfer)
  • identy – tekturka na smyczy i od razu wiadomo, że trzeba traktować identyfikator delikatnie jak nowy telefon – o wiele lepiej sprawdziłaby się zwykła wstążeczka, nie podrażniająca tak tektury jak twardy karabińczyk

Są to jednak naprawdę drobne rzeczy, które w większym stopniu nie wpłynęły na jakość i mój odbiór imprezy. Copernicon będę wspominać długo i ciepło.

Więcej

Wielka podróż do Belgii – cz. 3 (Leuven)

Kolejna część belgijskich przygód. Jeśli umknęły Wam dwie poprzednie, to zapraszam do rozpoczęcia lektury od nich: Wielka podróż do Belgii – cz. 1 (Bruksela)

Dzień czwarty

Czas ruszać w dalszą podróż. Wymeldowaliśmy się z hotelu i wyszliśmy w poszukiwanie dworca Nord/Noord. Komunikacja szynowa w Belgii jest doskonale zorganizowana – ze zwykłym biletem można wsiąść do dowolnego pociągu jadącego na tej trasie (no poza tą rakietą do Francji, która miała obowiązkową rezerwację miejsc). Bilety też nie wymagają idealnej orientacji w terenie – punktem startowym i końcowym trasy jest strefa, czyli dowolny dworzec na danym obszarze.

Widok z okna pociągu na trasie pomiędzy Brukselą a Leuven przedstawił nam zabudowę ruralistyczną – małe miasteczka i wsie. Jest to budownictwo tak różne od polskiego! Zamiast dużych i brzydkich domostw, tutaj dominują malutkie i malownicze domki – zgrabne, gustowne i zadbane. Na dachach wielu z nich znajdują się ogniwa fotowoltaiczne, a co chwila można wypatrzeć kosze do segregacji odpadów. Naprawdę zachwyca mnie to belgijskie dbanie o czystość środowiska i estetykę miejsc.

W Leuven spotkaliśmy się ze znajomymi, którzy oprowadzili nas po mieście i pokazali najważniejsze obiekty. Szczególnie spodobał mi się późnogotycki ratusz. Elewacje budowli pokryte są niesamowitymi rzeźbami, natomiast bryła jest smukła i wyrafinowana. Całości dopełnia rytmiczna, koronkowa attyka, pnące się wysoko wieżyczki oraz charakterystyczne dla regionu rzędy lukarn (okien w zadaszeniu).

Niemniej oszałamiający jest, stojący obok, kościół św. Piotra. Nieukończona budowla, powstała w tym samym czasie i stylu co ratusz (gotyk brabancki), również zachwyca wykończeniem elewacji, ale także majestatyczną formą. Bogate przypory otaczające z zewnątrz prezbiterium i okna z maswerkami (różniącymi się między sobą) naprawdę cieszą oko. Smuci natomiast nieukończony portal, który w projekcie musiał być ogromny i oczywiście piękny.

Nieukończony portal i smutna elewacja kościoła św. Piotra – nie zmieniają tego, że obiekt jest niesamowity. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie na początku wpisu!

Leuven to miasto kojarzące się z nauką, tutaj w 1425 powstał największy i najstarszy uniwersytet w krajach Beneluksu (źródło: Wikipedia). W centrum miasta znajduje się piękna biblioteka uniwersytecka. Charakterystyczny obiekt usytuowany jest przy dużym placu, gdzie znalazło się miejsce także dla nietypowej statuy – 23-metrowej igły z nabitym na nią robakiem. Jest to dzieło artysty Jana Fabre’a, o którym jeszcze przeczytacie w belgijskim cyklu na tym blogu.

Także to miasto ma swoją figurkę-symbol. Tutaj jest to posąg studenta, Fonske, fontanna mądrości. Rzeźba przedstawia postać studenta, który podczas czytania książki wlewa sobie piwo mądrość do głowy. Podczas naszej wizyty w Leuven, figura ubrana była w czerwoną koszulkę.

Zabudowa Leuven jest znacząco mniej bogata niż ta w stolicy. Miasto było niszczone podczas obu wojen i to wyraźnie się na nim odbiło. Niższe, mniej rozrzeźbione budynki, posiadają jednak ciekawe detale, które udało mi się zaobserwować. Są to głównie motywy z nietypowo ułożonych cegieł oraz malowidła, ale także piękne drzwi i balustrady wykute w stali. W pierzejach jest zdecydowanie mniej powtórzeń i rytmu, jednak pojawia się cecha, której nie zaobserwowałam w Brukseli: dominacja obłości. Zamiast wyraźnie odstających, prostopadłościennych wykuszy, tutaj można gdzieniegdzie zobaczyć delikatne, ledwo wybijające się z elewacji formy. Trochę dalej od centrum zabudowa jednak zaczyna tracić swój urok.

Za to budynek dworca kolejowego jest przepiękny. Zwłaszcza dla tych, którzy lubią patrzeć w górę. Wewnątrz znajduje się mnóstwo ornamentalnych dekoracji. Perony natomiast zadaszone są w sposób bardzo nowoczesny. Nad torami unoszą się organiczne w formie baldachimy, przepuszczające światło pomiędzy konstrukcją.

Ciąg dalszy w następnym wpisie.

Więcej

Wielka podróż do Belgii – cz. 2 (Bruksela)

W poprzednim wpisie opowiedziałam, jak wyglądały podróż oraz pierwsze godziny spędzone w stolicy Belgii. Jeśli trafiliście tutaj po raz pierwszy, zachęcam do rozpoczęcia czytania w tym miejscu. Pozostałym czytelnikom przedstawiam ciąg dalszy mojej wakacyjnej przygody:

Dzień drugi

Wstaliśmy rano i wyruszyliśmy na podbój Brukseli. W centrum miasta znaleźliśmy się zbyt wcześnie aby odwiedzić kolejny obiekt, ale dzięki temu mogliśmy pokręcić się wokół pałacu królewskiego bez narażenia się na zbyt duże tłumy. Scena letniego festiwalu nie przeszkadzała już, kiedy była pusta. Także w parku o wiele łatwiej było znaleźć miejsce do siedzenia. Dopiero tuż przed godziną 10, udaliśmy się do Muzeum Instrumentów Muzycznych, jednego z ważniejszych punktów podróży.

Do Pałacu można wejść w godzinach otwarcia. My niestety nie zdążyliśmy.

Muzeum Instrumentów Muzycznych

Piękny, wyraźnie secesyjny, budynek MIMu znajduje się w bliskim otoczeniu pałacu i wielkiego kompleksu muzeów, o którym jeszcze przeczytacie w tym wpisie. Stojąc przed muzeum instrumentów, nie sposób nie zauważyć pięknej panoramy miasta, zamkniętej ramami pobliskich budynków, ale przez to skupiającej wzrok na widzianej w oddali wieży ratuszowej. Aż się chce popatrzeć jeszcze chwilę, spowolnić nadejście pełnej godziny.

Muzeum Instrumentów dostarczyło jednak o wiele więcej wrażeń – choć tutaj głównie dźwiękowych. Tego się nie spodziewałam: że oprócz oglądania nieprawdopodobnej liczby eksponatów dostaniemy jeszcze urządzenia z słuchawkami, aby usłyszeć jak przedstawiane instrumenty brzmią. Podchodząc do poszczególnych przedmiotów, urządzenie wyświetla jego zdjęcie oraz prezentuje próbki nagrań. To potrafiło zachwycić zarówno przy wykonaniach melodii przez dużą orkiestrę, jak i przy wykorzystaniu pojedynczych instrumentów. Trzy piętra przepełnione niesamowitymi tworami z całego świata – od prostego gwizdka, poprzez skrzypco-trąbkę, gitarę z trzema gryfami, czy różnorakie instrumenty azjatyckie, jeszcze przez dudy, akordeony, bębny, dalej niesamowite komponium, grające zegary, jeszcze pięknie malowane lub rzeźbione fortepiany, klawesyny i inne instrumenty których nazwy nie pamiętam, później wynalazki ostatnich kilkudziesięciu lat, organy Hammonda, syntezatory… Rewelacyjne miejsce, które powiedziało mi więcej o muzyce niż jakakolwiek książka.

Tak, to też jest instrument muzyczny.

Minęło kilka godzin zanim wyszliśmy na zewnątrz. Było już na tyle późno, aby zjeść coś większego. Prawdopodobnie z okazji festiwalu, nieopodal stało mnóstwo food trucków. Zaopatrzyliśmy się tam w niedrogą pizzę, która okazała się być naprawdę pyszna. Gorzej było ze znalezieniem czegoś do picia w centrum miasta, gdzie ceny szklanki wody w restauracji zaczynały się od paru euro. Minęło dość dużo czasu zanim natrafiliśmy na Carrefoura.

Museé Magritte Museum

Wróciliśmy do okolic pałacu, aby odwiedzić muzeum Magritte’a. Zawiera ono mnóstwo prac artysty, ułożonych na trzech piętrach chronologicznie i poprzeplatanych ze zdjęciami, listami oraz inymi źródłami wiedzy o artyście. Samo muzeum zaprojektowane zostało w sposób dość minimalistyczny – obrazy wiszą na prostych, nie odbierających uwagi ścianach. Każde piętro opowiada o innej części życia i twórczości Magritte’a, dzięki czemu można prześledzić, w jaki sposób powstawał jego styl. Kolekcja zawiera niesamowitą liczbę dzieł artysty, jednak pojawia się w niej także kilka innych nazwisk. Na przykład obraz „Kuszenie świętego Antoniego” Salvadora Dalego.

Coudenberg

Po wyjściu z Muzeum Magritta pozostało nam niewiele czasu do godziny 18, do zamknięcia wszystkich obiektów. Na kolejną bogatą wystawę nie ma co wchodzić na półtora godziny. Tyle czasu natomiast wystarczyło aby zobaczyć Coudenberg, podziemia dawnego pałacu. Przy wejściu można obejrzeć filmik z wizualizacjami i historią tego miejsca, natomiast schodząc niżej oglądaliśmy to, co odkryto rozbierając Plac Królewski. Na mniejszych głębokościach da się słyszeć dudnienie tramwajów, natomiast niżej zachowały się kolebkowe sklepienia i spłaszczone arkady w przejściach. Dla mnie najciekawsze jest jednak ukształtowanie posadzki podziemi nieistniejącego pałacu – teren nie został zniwelowana pod budowę (tak jak w przypadku nowego obiektu), a pałac postawiono na stromym zboczu. Także dzięki pokazaniu przekrojów przez filar czy sklepienie, można zobaczyć sposób kładzenia cegieł i kamieni. Ostatecznie dotarliśmy do wystawy czasowej poświęconej lekarzowi Vesaliusowi, opowiadającej o jego życiu i działalności, ale także o medycynie i innych naukach tamtych czasów, często opierających się na zupełnie nienaukowych teoriach.

Zabytki i atrakcje turystyczne Brukseli

Później obejrzeliśmy katedrę św. Michała i św. Guduli. Nawet udało nam się wejść do środka na chwilę przed zamknięciem. Chciałam dokładniej przyjrzeć się ambitowi (obejściu prezbiterium), ale wtem wybiła godzina 18 i wszyscy turyści zostali delikatnie wyproszeni. Budowla była jednak warta odwiedzenia – z zewnątrz jest to obiekt nie mniej przepiękny niż zabudowa wokół.

Ponieważ czas na zwiedzanie był naprawdę ograniczony, ruszyliśmy w kierunku centrum miasta, zobaczyć rynek z ratuszem. O ile zabudowa Brukseli jest prezentuje dość podobny charakter w większości miejsc, ta główna część wyraźnie się wyróżnia. W przyrynkowych elewacjach dominują złote barwy wykończenia, geometra i rytm. To miejsce zostało wyraźnie podkreślone jako ważniejsze rangą. Obecnie pełni funkcję turystyczno-zakupową – wszędzie można było zobaczyć ludzi obładowanych siatami z logami sklepów z pamiątkami. Ratusz jest niesamowicie pięknym obiektem, jednak tutaj jego cały majestat rozmywa się pośród bogato rzeźbionych kamienic czy znajdującego się naprzeciw budynku Muzeum Miasta Brukseli (którego z braku czasu również nie udało nam się odwiedzić). Urokowi tego miejsca też odejmowało zbyt duże zatłoczenie, występujące również w bocznych uliczkach.

Ostatecznie, resztkiem sił postanowiliśmy „zaliczyć” jedną z najbardziej charakterystycznych atrakcji turystycznych Brukseli. Z zacinającym się gpsem w telefonie, odszukaliśmy figurkę sikającego chłopca. W przeciwieństwie do zachwyconych, stłoczonych wokół niej, turystów, ja poczułam się dość rozczarowana. Tyle pięknych rzeczy wzbudziło we mnie zachwyt tego dnia, że nie potrafiłam zrozumieć, co takiego ma w sobie ten malutki posążek, że wszyscy się przepychają do niego i usiłują zrobić sobie z nim selfie.

Figurka sikającego chłopca kontra, opisany wcześniej, widok sprzed Muzeum Instrumentów Muzycznych

Dzień trzeci

Po dwóch dniach pełnych łażenia, wstanie z samego rana okazało się o wiele trudniejsze, niż się spodziewaliśmy. Jednak nic tak nie motywuje jak perspektywa kolejnej przygody. Ostatni dzień w Brukseli a tu tyle niesamowitych miejsc do zobaczenia!

Muzeum Komiksu

Zaczęliśmy od Muzeum Komiksu, gubiąc się po drodze osiem razy. Wizyta w tym obiekcie okazała się jednak fantastycznym przeżyciem. Wystawa rozpoczyna się od przedstawienia historii komiksu Dalej zwiedzający mogą poznać proces powstawania tego typu dzieła w obecnych czasach – od zapisu dialogów, poprzez wstępne szkice i pierwsze rysunki, aż do gotowej strony z lineartem, często dodatkowo zakolorowanej. Piętro wyżej znajduje się kilka informacji o budynku muzeum komiksu – o jego genezie powstania, budowie i powiązanych osobach. Przez cały czas próbowałam ignorować ścianę pełną Smurfów, co niestety się nie udało. W przestrzeni drugiego piętra mieszczą się także kąciki poświęcone poszczególnym komiksom. Na ostatnim piętrze muzeum jest już chyba wszystko. Piękne strony, opisy komiksów, wydane egzemplarze oraz obrazy, które później stały się okładkami poszczególnych tomów. Szczególną uwagę przykuła wystawa poświęcona Thorgalowi – zwłaszcza niesamowite obrazy Rosińskiego. Realistyczne w formie, fantastycne w treści, rewelacyjne w wykonaniu. Cieszę się, że mogłam je zobaczyć na żywo.

Była nawet księga Gargamela!

Królewskie Muzea Sztuk Pięknych

Kolejnym punktem wycieczki był powrót do kompleksu przypałacowych muzeów. Dzięki trzyeurowej karcie łączonej, mogliśmy obejrzeć tyle wystaw, na ile pozwolił nam czas. Zaczęliśmy od sztuki przełomu wieku – bogatej kolekcji zajmującej piętra muzeum aż do minus dziewiątego. Tutaj udało mi się obejrzeć między innymi neoimpresjonistyczne prace, w tym Signaca i Seurata – zawsze chciałam dowiedzieć się, jak bardzo teoria kładzenia plamek farby działa na odbiorcę. Poza tym przewinął się gdzieś Gauguin (ten od żółtych Jezusów – tutaj był Jezus zielony), Courbet, a nawet mniejszy Myśliciel Rodina. Nie mogłam uwierzyć, że jeden budynek jest w stanie pomieścić tyle niesamowitej jakości arcydzieł. Jeszcze bardziej nieprawdopodobnym było to, że dane mi było na nie patrzeć, podziwiać to, o czym uczyłam się tyle lat.

Natomiast kiedy poszliśmy do Oldmasters Museum, co chwila musiałam zbierać szczękę z podłogi. Tu Upadek Ikara Bruegela (w towarzystwie całej sali dzieł artysty), tu Król Pije Jordaensa, w równie zacnym otoczeniu, tam gdzieś martwe zwierzaki Snydersa, a prac Teniersa nawet nie zliczę. Idąc dalej, pokój wypełniony klasycyzmem, czyli Davidami i Ingresami, w tym… Śmiercią Marata! Zaraz dalej sala z dziełami Rubensa, a na wyjściu taki tam Rembrandt na dokładkę. Chyba bym umarła z żalu, gdybym musiała dołączyć ten obiekt do smutnej listy nieobejrzanych rzeczy z powodu braku czasu, a potem dowiedziała się, co straciła.

Przypałacowy kompleks muzeów jest ogromną budowlą, koniecznym „must see” dla każdego fana sztuki. Dobre doświetlenie każdego dzieła sprawia, że można je oglądać z każdej strony, a miejsca do siedzenia na środku większości sal sprawiają, że ma się ochotę spędzić w tym obiekcie jak najwięcej czasu – skupiając się na szczegółach każdej pracy, a nie na bolących stopach. Samych muzeów jest mnóstwo, my odwiedziliśmy jeszcze wystawy czasowe i część Modern.

Muzeum Horty

Obowiązkowym miejscem do odwiedzenia – i ostatnim na jakie pozwolił nam uciekający czas – było muzeum Horty, zlokalizowane w jego domu, na południu miasta. Kamienica Horty okazała się niestety dość mało rozbudowaną galerią. Spodziewałam się zbyt wiele po miejscu poświęconemu jednemu z najważniejszych architektów secesji. Piszę to jednak wciąż pod wpłwem muzeum Oldmasters, a przy nim wszystko już jest nijakie. Dom Horty jest wypełniony krzesłami z zakazem siadania na nich, innymi meblami oraz elementami dekoracji. Niemniej jednak jest to obiekt piękny – nawet jeśli większość tego piękna zawiera się w klatce schodowej i występujących gdzieniegdzie przeszkleniach. Nietypowe materiały wykończeniowe w domu Horty mogłyby stać się inspiracją dla projektantów wnętrz, tak często popadających w jeden schemat w obecnych czasach.

Atomium i dalsze rejony Brukseli

Ostatecznie, mocno już za późno, kupiliśmy bilety 24-godzinne i wybraliśmy się zobaczyć słynne Atomium i pooglądać dalsze rejony miasta zza szyb środków komunikacji publicznej. Wydawałoby się, że w Brukseli wszędzie łatwo trafić, natomiast nawet z mapą w dłoni, wałęsaliśmy się trochę po przystankach zanim trafiliśmy na prawidłowe metro. Pod Atomium byliśmy w idealnym momencie – tak aby mieć mnóstwo czasu na przyjrzenie się mu za dnia oraz nie mniej na zobaczenie nocnej dekoracji oświetleniowej. To był naprawdę warty widok. Wnętrze Atomium było oczywiście zamknięte o tej porze, łatwo było jednak poczuć klimat tego miejsca. Na to wrażenie składa się nie tylko wizualna kompozycja obiektu, ale także nieprzerwany szum wydobywający się prawdopodobnie z jego wentylacji.

Wizerunek Atomium jest strzeżony przez prawa autorskie, jednak na niekomercyjny użytek można umieszczać zdjęcia obiektu m.in. na blogach (tylko jeśli blog nie posiada reklam i/lub innej formy zarobku). W przeciwieństwie do większości zdjęć na Nietransparentnie, nie możecie go użyć w swoich publikacjach.

Ostatecznie, aby nie zmarnować biletów całodobowych, pojechaliśmy linią 19 zobaczyć z bliska Narodową Bazylikę Najświętszego Serca. Ogromny kościół, bardzo nietypowy (gdzie w Polsce znajduje się świątynia w stylu art déco?), nocą podświetlany jest w dość dziwny sposób. Latarnia promieniuje różowym światłem, natomiast górujący nad kopułą krzyż przypomina sklepowy neon. Bazylika nocą staje się budowlą bardzo agresywną.

Dzięki okresowym biletom udało nam się także zwiedzić stacje brukselskiego metra. Przeciętny turysta mógłby pomyśleć, że w podziemnych przystankach nie spotka go nic zadziwiającego. W tym mieście metro zostało zdominowane przez sztukę – głównie ciekawe instalacje i murale. Tego dnia doszłam do wniosku, że w Brukseli nie ma absolutnie niczego brzydkiego.

W następnym wpisie ciąg dalszy belgijskiej przygody – tym razem zabiorę czytelników mojego bloga do kolejnego, ciekawego miasta.

Więcej