Tag: polska

Warszawa – muzea i inne atrakcje, czyli co miłośnik kultury zobaczyć powinien

warszawa muzea

Jak część z Was pewnie wie, w wakacje przez miesiąc mieszkałam w Warszawie, odbywając tam praktykę w biurze architektonicznym. Było to dla mnie naprawdę ciekawe i rozwijające doświadczenie, które było warte wszystkiego, włącznie z niemałym stresem tuż przed wyjazdem i komplikacjami logistycznymi (wliczając w to dojazd z Monachium przez Pragę, Cieszyn, Kielce i… Gdańsk). W końcu jednak trafiłam do stolicy – miejsca dotąd znanego mi z wycieczek szkolnych i stereotypów zasłyszanych w internecie.

Więcej

Jazda na rowerze – Polska a Holandia

rower w Holandii

Rower rowerowi nierówny, ale na komfort i warunki jazdy wpływa znacznie więcej czynników niż liczba przerzutek czy prosta nawierzchnia. Jak tylko zrobiło się ciepło, na Polskie drogi wyjechało mnóstwo rowerzystów. Wybór dwóch kółek jako formy transportu jest zdecydowanie zdrowy, ekologiczny, ale ma też szerokie znaczenie kulturowe. Dla mnie jednak, przede wszystkim, wiąże się z bardzo wieloma wspomnieniami z Holandii. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o tym, jak bardzo różni się jazda na rowerze tam i w Polsce.

Choć widok roweru nikogo w Polsce nie dziwi, sporo ludzi traktuje jazdę na jednośladzie wyłącznie jako rodzaj sportu, narzędzie do ucieczki na weekend z miasta, do zrzucenia zbędnych kilogramów czy do zajęcia czymś rodziny. Mimo, że w wielu miastach jest to zdecydowanie najszybszy środek transportu, wiele osób nawet go nie rozważa. Rower stoi schowany w piwnicy, jego odkurzenie zajmie kupę czasu, a jeszcze człowiek się ubrudzi czy zapoci zanim dotrze na miejsce. W Holandii oczywiście jest inaczej – sytuacji nie trzeba nikomu przedstawiać. Po spędzeniu pół roku w kraju tulipanów, wiatraków i rowerów, oraz powrocie do Polski, mam doskonałe porównanie. Wiele różnic jest oczywistych, jednak dam głowę, że nie słyszeliście o wszystkich.

Więcej

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum Emigracji w Gdyni miałam odwiedzić już dawno, jednak to zadanie ciągle schodziło na dalszy plan. Przecież obiekt będzie na miejscu zawsze, podczas gdy ogrom wydarzeń i rzeczy do zrobienia na wczoraj nie poczeka. W końcu jednak znalazł się bodziec do odwiedzenia nadmorskiego gmachu. Wyjeżdżam pod koniec sierpnia na pół roku z Polski, a do tego czasu praktycznie każdy dzień mam ściśle zaplanowany. To ostatni moment aby dowiedzieć się, dlaczego muzeum o dość kontrowersyjnym w Polsce temacie cieszy się popularnością pośród ludzi o bardzo zróżnicowanych poglądach. Słyszałam zbyt wiele pozytywnych opinii o tym obiekcie, aby darować sobie jego odwiedzenie.

Muzeum mieści się w dawnej siedzibie Dworca Morskiego przy samym porcie. Dzięki temu, odwiedzając ten budynek można nacieszyć oko malowniczymi widokami. Obok cumują ogromne promy-wycieczkowce, których widok również może zainteresować niejedną osobę. Sam gmach jest bardzo modernistyczny, zgodnie z dominującym stylem Gdyni. Wewnątrz, oprócz głównej funkcji obiektu, znajduje się księgarnia oraz restauracja. Bilety wstępu są tanie, ja zapłaciłam 6 zł. Dla odwiedzających dostępne są toalety oraz szafki.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Czas na najważniejszą część: wystawy. Zaprojektowano je w sposób współczesny, korzystający z dobrodziejstw nowych mediów i technologii. Oprócz powszechnie znanych ekranów mutimedialnych, rzutników i efektów dźwiękowych, zastosowano kilka elementów których nie spotkałam do tej pory w innych muzeach – na przykład projekcja obrazu na wypuszczanym dymie, czy zdjęcia zmieniające się w zależności od kierunku patrzenia. Oczywiście znalazło się też miejsce na mnóstwo elementów nie wykorzystujących elektroniki – na dekoracje rodem ze statków, na zgromadzone pamiątki po emigrantach czy nietypowe elementy wykończenia wnętrz. Moim ulubionym była ściana ziemniaków dekorująca pokój opowiadający o dobrodziejstwach jakie warzywo przyniosło polskim wsiom.

Ta multimedialność momentami jednak stawała się problematyczna. Już podczas wejścia okazało się, że w bazie nie ma mojego zakupionego przed paroma minutami biletu. Wszechobecne ekrany dotykowe nie działały zbyt płynnie. Dodatkowo wielokrotnie po prostu nie wiedziałam czy mam coś nacisnąć palcem, przeciągnąć czy w inny sposób uruchomić kolejny widok. Z niejednej słuchawki nie wydobywał się żaden dźwięk, nawet po naciśnięciu czegoś co wyglądem przypominało przycisk. W jednej z pierwszych sal przedstawione zostały języki kilku kultur poprzez nagranie wydobywające się z głośnika skierowanego na konkretne pole. Aby je usłyszeć, trzeba było stanąć w niewielkim okręgu narysowanym na posadzce. Byłam jedyną osobą spośród kilku obecnych w tej sali, która w ogóle zauważyła ten element wystawy. A szkoda – moim zdaniem był to naprawdę ciekawy zabieg.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Ktoś napisał w internecie, że na zwiedzenie muzeum należy przeznaczyć około półtorej godziny. Nie rozumiem, na czym takie zwiedzanie miałoby polegać – na obejściu gmachu dookoła czy na wyścigu, kto pierwszy dobiegnie do wyjścia. Mi odwiedzenie Muzeum Emigracji zajęło około czterech godzin, podczas których czytałam tylko wybrane teksty i nie robiłam dłuższych przerw. Myślę, że osoba zafascynowana tematem spokojnie znalazłaby tam content aby poświęcić na zgłębianie się w nim cały dzień.

Głównym tematem muzeum jest emigracja Polaków, skupiająca się głównie na podróżach za ocean. Od analizy przyczyn, czyli trudnej sytuacji w kraju i panującej biedy, do sytuacji emigrantów już po osiedleniu w nowym miejscu, poprzez długą drogę morską. Muzeum Emigracji to obszerna baza wiedzy, z której można dowiedzieć się o warunkach sanitarnych na statkach, którymi przewożono ogromne grupy ludzi, o obowiązkowych kontrolach medycznych czy zrywanych więziach z rodziną. Wydarzenia historyczne przedstawiono w sposób chronologiczny, co jest jak najbardziej prawidłowe dla każdego muzeum. Jedyne czego mi momentami brakowało to mapki ilustrujące zagadnienie o którym można przeczytać. Nie każdy musi wiedzieć, na przykład, które tereny należały do Galicji, zwłaszcza jeśli przyjechał do Polski zza granicy. Tutaj oczywiście warto podkreślić, że ogromnym plusem wystawy jest wersja angielska wszystkich tekstów i tłumaczenie nagrań.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum przedstawia także historię kultury i nauki, tworzoną przez polskich emigrantów. Napływ ludności w znacznym stopniu wpłynął na dzieje tamtych terenów. Poprzez wojny, opowieść przechodzi do czasów najnowszych i wydarzeń, które obecnie kształtują migracje ludności.

Podsumowując – wizyta w Muzeum Emigracji w Gdyni była wartościowym doświadczeniem. Spodziewałam się trochę bardziej czegoś podobnego do muzeum Red Star Line w Antwerpii, gdzie przedstawione zostały losy podróży ludzi wielu narodowości – emigrantów z praktycznie całej Europy. Tam wystawa przedstawia dane dotyczące jednej linii morskiej. Tutaj, w Gdyni, mamy do czynienia z historią ludzi, którzy wyruszyli z małych polskich wsi, aby po żmudnej podróży pociągiem skorzystać z europejskich portów. Historia sięga daleko przed czasy istnienia portu w Gdyni, ale właśnie dzięki temu można lepiej zrozumieć, jak bardzo był on potrzebny i dlaczego jego budowa była tak ogromnym wydarzeniem w historii Polski.

Jednocześnie mam wrażenie, że wystawa główna jest dość nieśmiała. Opisanych jest kilka kontrowersji (np. handel ludźmi), jednak zwinnie uniknięto tematów, które aktualnie poróżniają społeczeństwo. Być może to po wizycie w Muzeum II Wojny Światowej mam wciąż w głowie to uczucie, że muzeum powinno oprócz przekazywania wiedzy historycznej także kształcić światopoglądowo. Tutaj po prostu zabrakło mi jakiegoś wniosku. Historia toczy się dalej, a mnie nikt nie postawił pod ścianą z wielkim napisem zmuszającym do refleksji. Chyba zbyt leniwa się zrobiłam.

Niemniej jednak, w moim ogólnym rozrachunku, jest to bardzo dobre muzeum.

Muzeum Emigracji w Gdyni
Więcej

Muzeum II Wojny Światowej

O Muzeum II Wojny Światowej słyszał już chyba każdy. Wybudowana niedawno, wyróżniająca się pod każdym względem bryła, wzbudziła wiele kontrowersji. Sama śledziłam losy Muzeum, w tym wypowiedzi polityków grożących jego zamknięciem lub zmianą. Pamiętam, że w pewnym momencie padło nawet hasło, że wystawy prezentują historię z nie-polskiego punktu widzenia. Z jednej strony, wypowiedź ta wzbudziła wiele refleksji nad interpretacją czegoś, co powinno być faktem; z drugiej jeszcze bardziej zachęciła do odwiedzenia tego miejsca jak najszybciej. I w końcu, kilka dni temu, w mediach rozeszła się informacja, że muzeum zostanie otwarte 23 marca – ogłosił to dyrektor muzeum, Paweł Machcewicz, podczas gali wręczenia nagród Splendor Gedanensis.

muzeum ii wojny światowej

Jest to wspaniała wiadomość. Budynek jest niesamowity, a wystawę główną oceniam jako jedną z lepszych multimedialnych, jakie widziałam. Muzeum II Wojny Światowej odwiedziłam w ten weekend – tam właśnie odbyło się połączone spotkanie Tweetup (spotkanie użytkowników serwisu Twitter) i Instameet (-Instagram). Dzięki temu, sporą grupą, mogliśmy zwiedzić wystawę i na bieżąco dzielić się ze światem wrażeniami.

Główna wystawa mieści się w całości pod ziemią i zajmuje ogromną powierzchnię. Do rozdzielonych tematycznie przestrzeni prowadzi długi, wysoki korytarz, stanowiący pewną oś części podziemnej.

Tematyka wystaw dotyczy całej drugiej wojny światowej, konfliktów w Polsce i na świecie. Nie ogranicza się tylko do tematów mających bezpośredni wpływ na losy Polski, a przedstawia także elementy historii ważne dla innych części świata, często nawet nie wspominanych w szkolnych podręcznikach.

muzeum ii wojny światowej

W dużym stopniu skupia się na życiu ludności cywilnej podczas wojny – przedstawia losy przesiedleńców, pracowników, ludzi umieszczonych w obozach zagłady. Na multimedialnych wyświetlaczach można śledzić poszczególne bitwy oraz czytać bardziej szczegółowe informacje dotyczące postaci historycznych, użytych środków, zachowanych źródeł.

Szczególnie dokładnie zobrazowane zostały społeczne aspekty wojny – prześladowania poszczególnych grup, postawy wobec rządzących, wyniszczający wpływ konfliktów zbrojnych na wszystkich ludzi. Dzięki dużej liczbie eksponatów oraz historycznych źródeł, nie trudno to sobie wyobrazić.

muzeum ii wojny światowej

   

muzeum ii wojny światowej

Przedstawiona została także sytuacja na świecie tuż po wojnie. Liczne przesiedlenia, migracje, warunki ekonomiczne, żelazna kurtyna, procesy norymberskie. Oczywiście lwia część wystawy dotyczy Polski, ale nie zabrakło informacji o tym, co w międzyczasie działo się w pozostałych częściach Europy i świata. To właśnie tworzy wrażenie kompletności przekazu – dzięki poznaniu tła i sytuacji w innych miejscach, można lepiej zrozumieć warunki panujące wtedy w naszym kraju.

Ze względu na treść, wystawa może być nieodpowiednia dla małych dzieci. Dla nich, wydzielona została część opowiadająca o życiu rodziny podczas wojny oraz o tym, jak ta sytuacja wpłynęła na jej losy. Mimo przeznaczenia dla najmłodszych, te pomieszczenia również mogą zobaczyć pozostali odwiedzający – jakością nie odbiegają od reszty elementów ekzpozycji.

Wystawa daje bardzo konkretny i jasny przekaz – wojna jest zła. Wszystkie informacje zostały przedstawione w sposób rzeczowy, często brutalny. W niektórych częściach wystawy można posłuchać opowieści świadków tych zdarzeń. Nie tylko Polaków, ale także np. Niemców.

muzeum ii wojny światowej

Elementem wzbudzającym potrzebę zobaczenia kolejnej sali jest staranne rozplanowanie wszystkich pomieszczeń. Niektóre z nich stanowią odrębną całość, wydającą się być blokiem wyjętym z głównej ekspozycji. Wchodząc do nich można odnieść wrażenie zanurzenia się w opowiadanej historii. Zostało to osiągnięte dzięki zastosowaniu materiałów imitujących konkretne ściany, zmianom posadzki i oświetlenia. Nie można też zapomnieć o wrażeniach dźwiękowych. Soundscape w obiekcie jest nienachalny; za to momentami potrafi poruszyć do łez.

Muzeum zostało zrobione na światowym poziomie i zgodnie z tego wymaganiami, wszystkie teksty i nagrania zostały przetłumaczone na język angielski. Dzięki temu, turyści odwiedzający Gdańsk, osoby przybywające tutaj z zagranicy w celach biznesowych czy edukacyjnych, będą mogły spokojnie stać się gośćmi wystawy. Budynek może zostać celem dla osób zafascynowanych historią, planujących następnie odwiedzić Europejskie Centrum Solidarności.

Jest wiele muzeów dotyczących drugiej wojny światowej, ale większość z nich opisuje pojedyncze zdarzenia, miejsca, postacie. Potrzebny był obiekt, który opowie o całości historii, ogólniej, i Gdańsk jest idealnym do tego miejscem.

muzeum ii wojny światowej

Czy polecam wizytę w Muzeum II Wojny Światowej? Nie. Ja Was, drodzy czytelnicy, wręcz zmuszam do zobaczenia tej wystawy! Tylko zarezerwujcie sobie co najmniej cztery godziny czasu. Ja na pewno jeszcze odwiedzę ten obiekt po otwarciu, aby przeczytać wszystkie opisy i ponownie zagłębić się w historię drugiej wojny światowej.

Więcej

Piękny Szczecin

Minęły już trzy tygodnie od naszego powrotu ze Szczecina. Ten krótki i spontaniczny wypad początkowo miał objąć tylko jeden dzień, ale po szybkim zerknięciu w rozkład pociągów, postanowiliśmy, że nie ma sensu tak szybko wracać. Jak się okazało, i dwa dni to za mało na to piękne miasto.

Więcej

Europejskie Centrum Solidarności

Mogę się założyć, że wśród moich czytelników znajdzie się co najmniej kilka osób planujących spędzić w te wakacje kilka dni w Trójmieście.

Być może słyszeliście o Europejskim Centrum Solidarności, niedawno wybudowanym w Gdańsku. Ostatnio odwiedziłam to miejsce i muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona zarówno przedstawionym materiałem dokumentalnym, jak i samym obiektem. Z racji, że żaden ze mnie historyk, przedstawię głównie te architektoniczne aspekty obiektu. Możecie być jednak pewni, że przedstawiony materiał jest naprawdę bogaty i przystępnie przekazany.

Zacznę od zewnętrza budynku. Dużo osób krytykuje „zardzewiałą” elewację, czego nie jestem w stanie zrozumieć. Materiał, z którego została wykonana, z pewnością docenią ci ludzie, którzy nie boją się surowości betonu czy eksponowania instalacji – osoby nieprzywiązane do tego, co uznawane jest za poprawne czy typowe. Tutaj zastosowany został Corten, czyli specjalny rodzaj stali, nabierającej walorów estetycznych (ale przede wszystkim ochronnych) w kontakcie z czynnikami atmosferycznymi. Z upływem lat elewacja dojrzewa, zmienia się jej kolor, natomiast zachowany zostaje typowo industrialny charakter.

Budynek ECS z zewnątrz wydaje się być zamkniętą bryłą, nieujawniającą tego, co można znaleźć w środku. Jak się jednak po wejściu do niego okazuje, masywne ściany kryją w sobie delikatne wnętrze, skupione wokół ogrodu zimowego, który łączy wszystkie kondygnacje. Dużo przeszkleń i okna w dachu sprawiają, że miejsce to staje się magiczne. To naprawdę niezwykłe uczucie – przebywać w przestrzeni zamkniętej, która posiada o wiele więcej cech otwartej (przede wszystkim roślinność). Wielką rolę odgrywa we wnętrzu ECS oświetlenie, oparte o wymieszanie światła sztucznego z naturalnym w taki sposób, aby miało się wrażenie, że lampy pełnią jedynie funkcję dekoracyjną.

Jeszcze zanim rozpocznie się zwiedzanie wystawy stałej, należy zwrócić uwagę na komunikację wewnątrz budynku. Absolutnie nie jest ona standardowa – stanowi labirynt schodów i korytarzy, niczym z gry komputerowej, w której projektant celowo wydłużył i urozmaicił trasę do granic możliwości. Mamy tutaj przezierne schody, nie zasłaniające tego, co znajduje się za nimi, a lekko zakrywające tę przestrzeń, nadając jej mistyczny charakter. Korytarze natomiast, pomimo dość klaustrofobicznych proporcji, są pewnego rodzaju oddechem pomiędzy pomieszczeniami wystawowymi. Dodatkowo nad korytarzami utworzono mosty – rozwiązanie kojarzące się z raczej z fabryką niż z muzeum czy galerią. Aby było ciekawiej, w przestrzeniach komunikacyjnych występuje dużo zieleni, a ściany pochylone są w jedną stronę.

Teraz najważniejsza część – czyli sama wystawa stała. Jej twórcy zadbali o to, aby zwiedzający wczuł się w klimat przedstawionych czasów. Przemieszczając się pomiędzy eksponatami i słuchając nagrań z audioprzewodnika, dostaje się tak wiele bodźców, że trudno uciec myślami za cortenowe blachy. Wydarzenia, których moje pokolenie nie było świadkiem zostały zobrazowane w sposób nowoczesny – to kolejny kontrast dominujący w ECS. Chciałabym nie spoilować za bardzo tej części moim czytelnikom, dlatego ograniczę się do kilku zdjęć (głównie detali) i opisania, o czym można dowiedzieć się w poszczególnych pomieszczeniach.

Pierwszą salą, do której można trafić jest miejsce poświęcone wydarzeniom, które doprowadziły do strajków w sierpniu 1980 roku. Można tam m.in. znaleźć suwnicę, w której pracowała Anna Walentynowicz oraz oryginalne tablice, zawierające 21 postulatów strajkujących, wywieszone 17 sierpnia 1980 nad bramą Stoczni Gdańskiej. Całość uzupełniona jest treściami multimedialnymi, umieszczonymi w zupełnie niespodziewanych miejscach (nawet na samych eksponatach). W tej sali trudno też nie zwrócić uwagi na rozwiązanie wnętrza. Nietypowa jest posadzka, ściana i sufit, co przedstawiają poniższe zdjęcia.

Sala obok wydaje się być taką dygresją – przedstawieniem tła tych wydarzeń historycznych. Opowiada o inwigilacji, propagandzie i trudnościach, z jakimi musieli zmagać się ówcześni ludzie na co dzień. W pomieszczeniu tym znalazło się także miejsce na przypomnienie podobnych znaczących protestów społecznych, które odbyły się w Polsce i za granicą.

Trzecia sala to kolejny kontrast. Biel ścianek działowych można interpretować jako pewego rodzaju odetchnięcie od ciężkiej pracy i trudu, mających swoje reprezentacje we wcześniejszej części wystawy. Tutaj przedstawiona została nadzieja na lepsze życie, rozwój polskiej kultury w wielu dziedzinach. Odwiedzający może zapoznać się z najważniejszymi postaciami kultury PRL-u oraz między innymi dowiedzieć się więcej o symbolicznej rzeźbie – Pomniku Poległych Stoczniowców 1970: jak pierwotnie miał wyglądać oraz dlaczego składa się z trzech krzyży z kotwicami. Ta sala również cechuje się pomysłowością wnętrza – ścianki układają się w logo Solidarności, co można zobaczyć w suficie obłożonym lustrami.

Radość nie trwała jednak długo – następna przestrzeń poświęcona została stanowi wojennemu w Polsce i wypełniona atrybutami Milicji Obywatelskiej. I tutaj widać jednak wyraźny sprzeciw wobec zniewolenia, którego tematyce poświęcono następną salę. Tam też poznać można historię obrad przy Okrągłym Stole oraz skutków, jakie przyniosły.

Ostatnie dwa miejsca wystawy stałej zmuszają do refleksji. Jednym z nich jest sala ze ścianą przeznaczoną do zostawiania własnych przemyśleń. Na przygotowanych karteczkach odwiedzający podpisują się lub wyrażają swoje zdanie o wystawie, a czasem posuwają się do własnych przemyśleń, np. „nigdy więcej wojny”, „obecnie odwaga staniała”, czy „there is no freedom without a free mind”. W pomieszczeniu tym znajdują się też hasła przemawiające za pokojem, napisane na białych ściankach o proporcjach półek z książkami. To miejsce skojarzyło mi się z pewnego rodzaju biblioteką mądrości, dostępną dla każdego, niezależnie od tego, jakim językiem się on posługuje. I tutaj zwrócę uwagę na względy czysto architektoniczne: posadzkę z rzekami-granicami, niewyróżniającymi się kolorystycznie, poważny i elegancki strop kasetonowy oraz ciekawą ścianę znajdującą się naprzeciw karteczkowego napisu „Solidarność”. Ostatnim punktem wystawy stałej jest sala im. Jana Pawła II – miejsce, w którym można odpocząć, popatrzeć do środka budynku, lub na zewnątrz – przez okno skierowane na monument.

Mam nadzieję, że powyższym opisem przekonam co najmniej kilka osób do zwiedzenia tego niesamowitego obiektu. Nie zamierzam tym wpisem zmieniać nikomu planów wymarzonego urlopu, jednak chciałabym zachęcić do uwzględnienia w nich jednego punktu, którego na pewno nie pożałujecie!

Więcej

Inowrocław

Inowrocław. Nazwa, którą zawsze wpisywało się pod literą „I” w grze w Państwa i Miasta. Miejsce dotąd absolutnie mi nieznane, którego nawet nie potrafiłam wskazać na mapie. Tę zaległość udało mi się nadrobić kilka tygodni temu. Teraz mogę napisać, jakie pierwsze wrażenie wywołało we mnie to miasto i co najmocniej przykuło moją uwagę podczas dwóch dni pobytu.

Inowrocław to miasto bez wątpienia zabytkowe. Całość zabudowy historycznej skupia się wokół rynku, z którego wychodzą wąskie i urokliwe uliczki. Wysokie kamienice z rzeźbionymi fasadami są czymś, czego nie da się zignorować. Mam jednak wrażenie, że nie do końca zadbana jest tutaj spójność w krajobrazie centrum miasta. Pośród budynków stylizowanych na epoki dawne, niektóre twory wydają się zbyt mocno kontrastować i burzyć ład w kompozycji.

Najbardziej zaciekawił mnie jeden stały detal, występujący na terenie całego miasta: zamurowane okna. Zastanawiam się, czy jest to po prostu efekt jakiejś mody sprzed lat, czy może kryje się za tym jakaś ciekawsza historia. Niestety, nie znalazłam odpowiedzi.

Tereny zajmowane przez nowsze budynki wydają się nie rzucać w oczy. Pomimo dość sporej liczby mieszkańców, w mieście dominuje krajobraz zielony. Są to przede wszystkim parki i ogrody, o których zdecydowanie mogę powiedzieć, że są zadbane. Inowrocław jest miastem uzdrowiskowym, więc nie ma co się dziwić, że wygląda na miejsce spokojne i relaksujące.

Najbardziej charakterystycznym obiektem są tężnie solankowe. Nie miałam wcześniej zbyt wiele czasu, aby sprawdzić, co kryje się pod tą dziwną nazwą, więc widok „fortu” z wieżami i drewnianymi podporami naprawdę mnie zaskoczył. Najprościej mówiąc, inowrocławskie tężnie solankowe są częścią parku, odgrodzoną ścianami wykonanymi z zamocowanych gałęzi tarniny, cały czas obmywanych wodą. Dzięki temu w powietrzu unosi się solanka, co według większości źródeł korzystnie wpływa na układ oddechowy. Od siebie mogę powiedzieć tylko tyle, że siedzenie na ławce i patrzenie na cieknącą wodę jest naprawdę odprężające.

Inowrocław jest bardzo zróżnicowany pod względem architektury. Nie znalazłam w nim rażących koszmarków, nie licząc bloku przedstawionego na jednym ze zdjęć. Poza tym, popatrzeć można na naprawdę ładny ratusz i kilka malowniczych kościołów. Blokowiska usytuowane są raczej na uboczu, co jest zdecydowanie dużym plusem dla walorów estetycznych miasta.

Według moich obserwacji, społeczność Inowrocławia lubi spędzać czas na świeżym powietrzu. Głównie ławki i podwórka cieszą się popularnością jako miejsca spotkań i rozmów. Same ulice nie są za bardzo zatłoczone, choć cały czas miałam wrażenie, że mieszkańców jest jakoś tak wyjątkowo dużo. A mimo to, miasto jest naprawdę spokojne.

Więcej

Patrzę na Gdańsk

Powoli mija rok odkąd mieszkam w Gdańsku. Chciałabym umieścić w tym wpisie kilka refleksji i spostrzeżeń, które towarzyszyły mi przez ten czas. Zamieszkałam w mieście zupełnie różnym od tych najbardziej mi znanych – o odmiennym klimacie i o innych zwyczajach osób mijanych na ulicy. Czasami czułam się, jakbym zmieniła nie województwo a kraj – choć język pozostał ten sam.

Długo zastanawiałam się nad poniższymi treściami i doszłam do pewnego wniosku: nie będą pisać o Gdańszczanach. Opisując ludzi widzianych na ulicach użyję określenia „osoby z Gdańska”, jako że tak naprawdę nie jestem w stanie stwierdzić, jak wielu z nich mieszka tutaj na stałe. Przy okazji zaznaczę, że są to tylko moje obserwacje, dodatkowo zabarwione kontrastem ze wspomnieniami z Kielc i okolic. Ta modyfikacja jest do tego stopnia wyraźna, że mogłabym w sumie powiedzieć, że jest to pewnego rodzaju porównanie klimatu Gdańska do Kielc.

Zeszłego września przyjechałam do Gdańska i już tu zostałam. Wcześniej wydawało mi się, że najbardziej przytłaczająca będzie dla mnie nieznajomość historii tych terenów, której w przypadku takiego wielkiego miasta nie będzie się dało w żaden sposób nadrobić. Okazało się, że to tak naprawdę nie stanowi żadnego problemu. Ludzi, którzy znają każdy kąt i potrafią coś opowiedzieć o wszystkich budynkach jakie się im wskaże, jest naprawdę niewielu. Po jakimś czasie to ja zaczęłam wskazywać, gdzie jest najbliższy punkt ksero, w którą stronę na lotnisko, jakim środkiem transportu najłatwiej dostać się do Sopotu. Ostatecznie samą historię liznęłam do tego stopnia, aby nie wstydzić się w razie gdyby jakiś znajomy chciał zostać oprowadzony po okolicy.

Bo Gdańsk jest miastem bardzo lubianym. Pomimo tego, co w dowcipach mówi się o przyjaźni z Gdynianami, nie słyszałam złego słowa o tym mieście. „Jestem z Gdańska” brzmi hasło, pojawiające się na plakatach i wszelkiej innej formie reklamowej. Lokalny patriotyzm – ale taki dobry, polegający na cieszeniu się z tego, że mieszka się w miejscu pięknym i o bogatej tradycji i historii. W social mediach każdy chce być bardziej gdański niż Neptun na Długim Targu. A miasto wydaje się reagować na tak wysoko postawioną barierkę atrakcyjności w sposób całkowicie odpowiadający obywatelom.

Wydarzeń kulturalnych jest cała masa. Czasem w ciągu jednego dnia potrafi odbyć się ich kilka. Są galerie, muzea, teatry, opera, filharmonia – w przypływie nagłego niedoboru kultury zawsze znajdzie się miejsce, w które można pójść. Oczywiście zwyczajne spacery również mają tutaj swój urok.

Zbliża się jesień i po raz pierwszy w życiu bardzo cieszę się z tego powodu. Gdańsk jest niesamowity w ciepłych barwach opadłych liści. Niemniej piękny jest, kiedy wszystko zostaje przykryte śniegiem, a kolorowe światełka odmraczniają trwającą dłużej noc. Gdańsk jest cudowny wiosną, kiedy plaże są puste i zimne, a wiatr roznosi wszędzie zapachy kwitnących drzew. Wbrew temu, co pewnie wyobraża sobie większość turystów, lato jest tą najbrzydszą porą Gdańska. Nagle pojawia się zbyt wielu ludzi, zaraz jest Jarmark, zalewający kiczem całe Stare Miasto. Poza tym, upał sprawia, że wszystko robi się takie leniwe. Latem to miasto traci część uroku pozostałych pór roku i staje się zwykłym punktem turystycznym.

Jednak pozostało we mnie jeszcze dużo z turysty. Jest tym przede wszystkim wieczny zachwyt morzem – jego kolorem, ruchem fal, krawędzią łączącą z niebem. Dla wielu ludzi z Gdańska to widok zwykły – ja dostrzegam w tym więcej niż odrobinę magii.

Przemierzając Gdańsk, po jakimś czasie zaczęłam wyrabiać pewne teorie i potwierdzać je lub skreślać. Jak już pisałam, to miasto zaskoczyło mnie tym, jak żywe są jego ulice. Materiału do obserwacji było więc aż nadto.

Przede wszystkim – tutaj nie dostrzega się aż tak bardzo starzenia się społeczeństwa naszego kraju. Wciąż miejsca publiczne pełne są emerytów – jednak nikną oni w tłumie napływających z okolicznych terenów uczniów i niekoniecznie okolicznych – studentów. Do tego dochodzą turyści i średnia wieku nagle spada o połowę.

Otwarcie przyznam się, że nie jestem w stanie powiedzieć czegoś konkretnego o pokoleniach starszych od mojego. Za to patrząc na moje pokolenie dostrzegam całkiem sporo wizualnych różnic pomiędzy ludźmi z Gdańska i z Kielc.

Przede wszystkim – większość mijanych na ulicy ludzi ma bardzo podobne do siebie zestawy ubrań. Z moich obserwacji wynika, że większość tutejszej młodzieży ubiera się w sieciówkach. Nie jest to niczym dziwnym – galerie stoją gęsto i jest ich coraz więcej. Poza tym, nie zauważyłam ciekawej oferty ze strony ciucholandów. Odzież używana w wielu z nich nie różni się znacznie ceną od nowej i w większości prezentuje się bardzo nieciekawie. Ludzie w Gdańsku też mają na tyle dobre wyczucie estetyki, aby nie nosić typowych ubrań z bazaru – tych wszystkich bluzek z napisami typu „sweat make me sexi” czy spodni z cekinami.

Być może nie dostrzegłabym tego, że w Gdańsku praktycznie nie istnieją dziewczyny w luźnych spodniach. Uświadomiła mi to koleżanka (Gdańszczanka), kiedy po jakimś czasie przyznała się, że na mój widok zadała sobie pytanie „czy urwałam się z choinki”. Tutaj wszystkie kobiety (naprawdę wszystkie – no poza tymi, które się urwały z choinki) chodzą albo w legginsach, albo w tregginsach, albo w jegginsach (na potrzeby tego wpisu zaopatrzyłam się w nowy zestaw słówek związany z modą – nie gryźcie, jeśli użyłam ich w jakikolwiek sposób niepoprawnie), albo co najwyżej w spodniach typu „rurki”. Te szerokie, poszerzane czy „dzwony” wyszły z mody jeszcze zanim powstała Galeria Bałtycka.

Inną cechą charakterystyczną są duże słuchawki na uszach ludzi w Gdańsku. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam kogoś z takimi typowo komputerowymi, pomyślałam, że chce się on popisać. Potem zrozumiałam, że nie jest to widok niezwykły. Wydaje mi się, że ludzie tutaj w znacznie mniejszym stopniu przejmują się tym, jak zostaną odebrani przez społeczeństwo, a łatwiej im skupić się na sobie i swojej osobistej wygodzie (oczywiście nieszkodzącej innym). Jest to kolejna rzecz, która naprawdę spodobała mi się w Gdańsku.

Ludzie tutaj są bardzo praktyczni, czemu sprzyjają ich dostrzegalnie wyższe zarobki. Kiedyś, stojąc na przystanku tramwajowym ułożyłam sobie w głowie zadanie: znaleźć pośród ludzi wokół mężczyznę, który będzie miał na sobie niemarkowe buty. Nie było łatwo. Dzięki temu, że zimy w Gdańsku są raczej łagodne, niektórzy chodzą w jednej parze butów przez cały rok – a przynajmniej na to wskazują te same adidasy na ludziach latem i zimą. Dziewczyny z kolei chętnie paradują w Conversach lub Vansach – czego w Kielcach naprawdę niełatwo się dopatrzeć. Na ogół ludzi stać tutaj na lepsze buty, które wymienią dopiero po kilku latach.

Co jest dość zadziwiające – do tych raczej lekkich butów, ludzie już wczesną jesienią zaczynają dobierać puchowe i ciepłe kurtki zimowe. Wystarczy, że temperatura spadnie poniżej dwudziestu stopni a już można spodziewać się grubo poubieranych przechodniów. Już teraz, pod koniec sierpnia, zdarza mi się dostrzegać na ulicy takie „okazy”.

Pomimo podobieństwa ubiorowego, zauważyłam pewną odwagę w modyfikowaniu wizerunku ludzi w Gdańsku. Wiadomo – ci z tatuażami i kolczykami są wszędzie. Nie spotkałam jednak do tej pory w żadnym innym mieście sytuacji, gdzie sprzedawca w piekarni nie zakrywa wzorów na przedramieniu długim rękawkiem. To w Gdańsku zanotowałam chyba wszystkie możliwe kolory włosów – łącznie z zielonym, błękitnym i szmaragdowym. Podobno Polska jest krajem szaroburym. Na pewno nie Gdańsk!

Tutaj ludzie wydają się wręcz tryskać energią. Nie pamiętam niezimowego dnia, w którym nie zobaczyłabym ani jednego biegacza na gdańskich chodnikach. Rowerzystów jest jeszcze więcej, co uzasadnione jest mnóstwem udogodnień dla nich. Smutne jest to, że wielu z nich wydaje się kpić sobie z tych możliwości. Jeśli ścieżka rowerowa znajduje się tylko po jednej stronie ulicy, to często te kilka dodatkowych metrów staje się powodem, aby taki kolarz wybrał sobie trasę chodnikową, slalomem pomiędzy pieszymi. Rowerzyści tutaj wręcz kochają chodniki i nawet po ukończeniu dziesiątego roku życia, nie zjeżdżają z nich na pobocza (w przypadku braku ścieżki rowerowej).

Najogólniej – lubię Gdańsk. Choć czasem czuję, że trochę tutaj nie pasuję, że jestem taką szarą kropką pośród barwnych pól – czuję się w tym mieście naprawdę dobrze. Tylko tutaj zdarza mi się porzucać plany emigracyjne, tutaj wraca do mnie jakikolwiek patriotyzm, poczucie że ten kraj nie jest jeszcze całkowicie zgniły i zmiętoszony.

To była taka trochę dłuższa odpowiedź na pytanie „jak tam u Ciebie nad morzem?”.

Więcej

Pomiędzy budowlami

Od jakiegoś czasu na facebookowej ścianie zaczęły wyświetlać mi się zdjęcia znajomych pośród pomniejszonych kopii znanych budowli. Nie zastanawiałam się nad ich pochodzeniem do czasu, kiedy okazało się, że całkiem niedaleko mojej rodzinnej miejscowości znajduje się jeden z takich parków miniatur. Dlaczego by więc nie odwiedzić takiego miejsca i nie wyrobić sobie opinii na temat rozwijającej się w paru miejscach Polski atrakcji turystycznej?

Sabat Krajno, bo o tym miejscu piszę, stał się celem weekendowego wyjazdu i pozostawił po sobie niemało wspomnień i przemyśleń. Chciałabym tutaj napisać coś w rodzaju recenzji tego miejsca, czyli wylistować rzucające się w oczy wady i napisać, dlaczego pomimo nich i tak warto tam pojechać.

Miejsce, o którym piszę, znajduje się w Krajnie Zagórzu – niewielkiej wsi, położonej niedaleko Świętej Katarzyny, w samym sercu Gór Świętokrzyskich. Znajduje się tam nowoczesny park rozrywki, zawierający wyciągi narciarskie, ścianki wspinaczkowe i właśnie galerię miniatur. Twórcy tej ostatniej atrakcji wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i utworzyli trasę zwiedzania pod górę. Dało to niesamowity efekt – z prawie każdego punktu spaceru pomiędzy zminimalizowanymi budowlami można spojrzeć w dół na to, co mijało się wcześniej. Do tego dochodzi naprawdę malowniczy krajobraz wyżynno-górski, ubrany w siatkę kolorowych pól uprawnych.

Cena wejścia do samej galerii miniatur jest dość wysoka, ale nie oporowa. Dorosły zapłaci 20 zł, a dzieci i studenci 15. Jeśli chodzi o kolejki – podobno w roku szkolnym są one dość długie, natomiast w sezonie wakacyjnym okazały się one naprawdę nieodczuwalne.

Wchodząc do środka, od razu z prawej strony wita Bazylika św. Piotra w Watykanie. Nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa o tej miniaturze. Na tle Gór Świętokrzyskich prezentuje się naprawdę pięknie, a samo wykonanie budzi prawdziwy zachwyt. Odwzorowane zostały rzeźby nad kolumnadą, obelisk i fasada. Najlepsze jest to, że każdy zwiedzający może pochodzić sobie po placu i poczuć się jak olbrzym, mając kopułę na wysokości oczu. Niestety już na starcie wychodzi na wierzch dość duża wada tej atrakcji – większości obiektów nie można pooglądać ze wszystkich stron. Później to zaczyna naprawdę boleć – chociażby mijając operę w Sydney, która prezentowana jest od tego najmniej charakterystycznego kierunku.

Muszę jeszcze tutaj dodać, że naprawdę zawiodłam się na tabliczkach z informacjami o budowlach. Czytając te potraktowane bardzo po macoszemu opisy, miałam wrażenie, że układano je z myślą o tym, że i tak nikt tego nie będzie czytał. Zamiast ciekawostek albo kluczowych informacji, w niektórych miejscach pojawił się niegramatyczny zbitek zdań brzmiący jakby skopiowano go z jakiegoś taniego przewodnika.

Same miniatury na szczęście potrafiły nadrobić to niedociągnięcie i po jakimś czasie mój wzrok lądował już tylko na nich. Dzięki temu, że obiekty posegregowane zostały według państw i kontynentów, spacer przyjemnie imitował podróż dookoła świata, czyli coś o czym marzyłam chyba zawsze. Trochę wysiłku w trasie pod górkę, w stu procentach rewanżowały mijane miniatury. Nie zabrakło też niestety beznadziejnych turystów, którzy dla jednej słit-foci postanowili zejść z oznaczonego szlaku na niedozwolony teren zielony oraz umieścić swoje brudne paluchy lub zad na którejś z rzeźb. To jest niestety przykre – ludzie nie potrafią uszanować czegoś, co do nich bezpośrednio nie należy – nawet jeśli z każdej strony postawi się tabliczkę z napisem „kategoryczny zakaz dotykania miniatur”.

Wracając do miniatur, w Sabacie Krajno może zaskoczyć ich liczba i szczegółowość wykonania. Dodatkowo, galeria powiększa się w coraz większym tempie, co sprawia, że nawet odwiedzając to miejsce ponownie po paru miesiącach, można zobaczyć coś nowego.

Wzdłuż trasy zwiedzania biegnie wąska, kręta rzeczka, dodając uroku i spajając elementy parku miniatur w jeden wielki zespół. Rozwiązuje to przy okazji kwestię wody przy poszczególnych budowlach. Niezwykle pięknie przedstawiony został kanadyjsko-amerykański krajobraz wodospadowy, gdzie wykorzystane zostały dodatkowe efekty specjalne.

Na środku kompleksu dominują wieże WTC, które wydają się być najsłabszym punktem trasy – chociaż to bardzo ważny obiekt dla historii współczesnej, nie jest on interesujący architektonicznie lub wizualnie. Te dwa prostopadłościany rzucają cień na okoliczne (ciekawsze) miniatury. Chociażby na Statuę Wolności, której zakomponowanie razem z Wieżami odciąga wzrok od samego obiektu. Jeszcze gorzej na tym wyszedł Wielki Mur Chiński, który przedstawiony został jako jedynie kilka przęseł, co wydaje się być wręcz nieadekwatne (ja widziałabym ten 2400-kilometrowy kloc jako rzeźba towarzysząca rzeczce przez całą trasę zwiedzania parku). Czy wspominałam już, że Big Ben został „wycięty” z Pałacu Westminsterskiego?

Najogólniej – w sumie to można pominąć całe to moje narzekanie, wynikające najpewniej ze spędzenia prawie każdego weekendu ostatniego roku akademickiego na klejeniu makiet. Warto odwiedzić park miniatur, prawdopodobnie każdy. Założę się, że prawie każdego z czytelników mojego bloga, nie stać na zobaczenie wszystkich wartych tego budowli na żywo – jak się okazuje, raczej niewielkim kosztem i znikomym wysiłkiem można zafundować sobie namiastkę takiego uczucia.

Sama planuję zobaczenie w wolnej chwili parku miniatur znajdującego się niedaleko Trójmiasta – tak dla porównania. Kaszubski Park Miniatur znajduje się w Powiecie Kartuskim, więc może się okazać fajnym celem wycieczki – jak tylko będzie chłodniej. Jedyne co mnie gryzie, to zdjęcia przedstawiające makiety oblepione dziećmi. Chyba już coś pisałam o tym, co sądzę o dotykaniu eksponatów?

Więcej