Spontaniczna potrzeba wolności

To się dzieje zwykle w piątki, zwłaszcza te ciepłe. Przychodzi nagle i potrafi dać nadzieję lub wpędzić w depresję. Spontaniczna potrzeba wolności – strach przed chwilą obecną i wyimaginowaną koniecznością siedzenia w jednym miejscu. I to uczucie, tak głupie uczucie – wyciągające na wierzch to, co było i przeciwstawiające z tym, co mogłoby być gdyby reklamy nie kłamały a ludzie nie byli chujami.

Przychodzi i zadaje pytania. Te, które udaje mi się tłumić przez pozostałe dni tygodnia, kiedy nie ma czasu na refleksję i zawsze znajdzie się coś do roboty. Co chcesz osiągnąć w życiu? Zdajesz sobie sprawę, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zrobi to lepiej? Znajdzie się sto takich osób. Tysiąc. Dziesięć, dwadzieścia tysięcy. Może sto. Albo milion. Więc dobrze, próbuj nie liczyć na to, że coś osiągniesz – nie wymagaj, że chociaż minimalny promil najbliższej społeczności cię doceni. Skup się na szukaniu satysfakcji w przyjemności. Co ci sprawia przyjemność? Mówisz, że tworzenie nowych rzeczy… czy aby na pewno nie kłamiesz? Przecież potrafisz mieć tego dość, wściekasz się, smutno ci kiedy widzisz mierne efekty. Bez wątpienia nie mówisz całej prawdy. Odpowiedz mi, odpowiedz tak, jak odpowiadasz w każdy piątek… Czego tak naprawdę chcesz w tym swoim życiu?

Wolności. Wolności od świata, ludzi i siebie. Od potrzeb, od braku środków, od niemożności osiągnięcia celu. Od wspomnień. Od echa wydarzeń przeszłości, które dobija się do drzwi czasu obecnego kiedy tylko nie mam ich czym zastawić. Od rzeczy, które przywołują złe wspomnienia. Od rzeczy, które przywołują dobre wspomnienia. Bo te też potrafią sprawiać ból – tak kontrastując z czasem teraźniejszym, zwłaszcza kiedy pamięć je zniekształci. Chcę zostawić wszystko, już nawet nie brać ze sobą plecaka. Nie pakować kanapek, telefonu, laptopa. Nie brać portfela.

Opuścić znany dobrze kawałek ziemi i przedmioty, do których się przyzwyczaiłam. Zwłaszcza pamiątki. Rzeczy, które poprzyklejały się do mnie w celu wiecznego przypominania o tym, co było. Bo każdy przedmiot ma swoją historię, a jak za dużo takich baśni w jednym pokoju to nagle się robi z tego telenowela i sytuacja przestaje być śmieszna. O ile posiadanie różnych rzeczy ułatwiających życie jest fajne, to po jakimś czasie ich kolekcja zamienia się w graciarnię i to nie tylko taką w postaci kupy życia na środku biurka. Niech te rzeczy znikną. Niech zakopią się głęboko pod ziemią i chcąc oczekiwać przyszłych pokoleń, zostaną zapomniane i nigdy nie odnalezione.

Chcę zostawić za sobą ludzi, zwłaszcza tych średnio-bliskich. Bo się zmieniają w niekontrolowany sposób. Osoby najbliższe też się przechodzą przemiany, ale dzieje się to na moich oczach. Każda metamorfoza charakteru jest odnotowywana w pamięci i dzięki temu nie stają się oni po jakimś czasie obcy. Inaczej ci tylko trochę mniej “swoi”. Oni się zmieniają w każdym momencie nieuwagi. I znikają bez zapowiedzi. Jednego dnia przyjaciel, drugiego nie odbiera, nie odpisuje na wiadomości. Mijają trzy lata i nadal zero odezwu. A przecież tyle wspólnych chwil się przeszło, tyle czasu spędziło… to już nie istnieje. Facebook mówi, że “Maybe” widzimy się na początku sierpnia. Wszystko jedno, nie jesteś już tym samym człowiekiem, jakiego poznałam w wakacje, siedem lat temu. Ponoć to była przyjaźń. Sama stwierdziłaś, że jednak nie – i miałaś rację. Kiedy moment nieuwagi okazuje się na tyle długi, aby druga osoba zdążyła stać się kimś zupełnie innym, to tylko może oznaczać, że nigdy nie była bliska. Nie na tyle, aby nie chcieć zapomnieć i zostawić. Wraz z całą resztą osób, które nigdy nie miały czasu, aby wyjść, porozmawiać, spędzić razem kilka chwil. Nie chcę już nikogo pytać o to, czy nie chciałby się spotkać. Chcę zostawić całe społeczeństwo ludzi poznanych na tyle dobrze, aby stali się nudni i na tyle źle, aby nie okazali się jednak ciekawi. Zmienić adres i podać go tylko kilku wybrańcom.

I poznawać nowe osoby – tak inne, ale z punktu chwili obecnej tak nie dynamiczne. Bez historii, bez wspomnień – tych, które i tak były niemal zawsze za bardzo wybrakowane aby obiektywnie wpłynąć na wizerunek postaci. I nie przywiązywać się. Nie szukać przyjaźni, nie poznawać, nie zaśmiecać pamięci niepotrzebnymi informacjami o tym, że oto kolejna osoba ma swoje zwyczajne, ludzkie problemy – i dla siebie najważniejsze, ale dla mnie nie.

I nigdy, przenigdy, nie kupować własnego mieszkania. Miejsca, którego zdobycie nie tylko stanie się wszą na portfelu na następne czterdzieści lat, ale także kajdanami przykuwającymi do jednego miejsca i każącymi nazywać je domem – jakiekolwiek by ono nie było. Kiedyś chciałam mieć swój kawałek przestrzeni, który mogłabym umeblować, udekorować i zamieścić w nim cząstkę siebie. Ale wyrosłam z tego. Świat przestał być dla mnie kilkukilometrowym kawałkiem powierzchni miejsko-wiejskiej. Może za dużo tras przejeździłam pociągiem, może w zbyt wielu miejscach spędziłam za piękne chwile, aby ich żałować… ale nie mogłabym teraz zapuścić korzeni w jednym miejscu. Z ciągle tą samą, niezmienną pulą sąsiadów, z każdym dniem identycznym jak poprzedni i tylko drobnym, za małym wpływem różnorodności i zmienności świata na życie. Chcę wyjechać z Polski – wszystko jedno dokąd. Nie z przyczyn ekonomicznych, i nie z przekonaniowych (nie tym razem). Z nagłej potrzeby wolności.

Chcę nie mieć nigdy psa, a nawet kota. I dziecka. Dorosłemu człowiekowi wystarczy kawałek ziemi pod stopami i kawałek chleba. Potrzeby wyższe są już jedynie fanaberiami, na które każdy lubi sobie pozwalać, ale co nie wszyscy uważają za niezbędne. Tymczasem posiadanie dodatkowego organizmu, którym trzeba się opiekować, który trzeba karmić i za który należy być odpowiedzialnym, bo inaczej można go zepsuć wymaga o wiele więcej do przetrwania.. Trzeba przy nim być i go pilnować, uczyć rozsądku i wychowywać. To zabiera mnóstwo czasu i energii oraz rodzi konieczność dojrzałości. I wymaga wiele, wiele chęci – motywacji, którą ja chcę przeznaczać na coś innego.

Nie chcę mieć nigdy telewizora i nie chcę mieć nigdy samochodu. To kolejne ograniczenia, które dodatkowo zaczynają sterować życiem człowieka. Jadąc gdziekolwiek trzeba mieć trasę. Benzyna jest zbyt droga, aby ruszyć w nieznane, nie martwiąc się niczym. Zamiast tego konieczne jest wyszukanie na mapie najkrótszej drogi, pilnowanie jej i tak dalej. Niektórzy to lubią, ale ja nie zaliczam się do tej grupy.

Chcę kiedyś znaleźć w sobie tyle odwagi, aby wyruszyć gdzieś autostopem. Może nie od razu na koniec świata, ale w jakieś ładne, malownicze miejsce. Albo szlakiem europejskich stolic – tak mainstreamowo, ale jak ciekawa musiałaby być taka droga – z plecakiem, namiotem i konserwami. Ruszyć przed siebie, w słoneczną pogodę, natrafiając tylko na dobrych ludzi i widząc te wszystkie pozytywne aspekty życia, o których krążą legendy, że istnieją.

Jestem osobą, która przeczytała w życiu zbyt wiele książek, aby pogodzić się z nudną rzeczywistością i która wygrała zbyt wiele gier komputerowych, aby zaakceptować to, że nigdy nic nie osiągnie. Moje życie jest nudne jak flaki z olejem, ale czasami dopadają mnie chwile, kiedy wracają echa tych wszystkich historii – czy zupełnie zmyślonych, czy nawet lekko inspirowanych. Te piątkowe wieczory, znacie je?

I chcę wreszcie podłożyć materiał wybuchowy pod te wszystkie mosty, które pozostawiałam za sobą do tej pory. Fajerwerki.