Miesiąc: Luty 2013

Czarodzieje XXI wieku

Weź jedną garść substancji o dziwnej nazwie (jeśli nie masz takiej pod ręką, to zerwij pierwszego lepszego chwasta i daj mu jakiś włoskobrzmiący tytuł). Dodaj ją do 100 litrowego zbiornika z wodą. Wstrząśnij. Nabierz na łyżeczkę trochę powstałej “mieszaniny” i wlej ją do kolejnego 100-litrowego zbiornika wody. Wstrząśnij. Całość powtórz 100 razy. Na koniec do ostatniej “mieszaniny” dodaj trochę cukru i ustaw na półce każdej polskiej apteki pod postacią tabletek, mianując to lekiem.

Być może jeszcze w trakcie wymawiane są magiczne zaklęcia, albo mieszać należy specjalną różdżką, o zachodzie słońca, w ostatnią środę miesiąca – nie wiem. Jednak i bez tego całość nie brzmi jak XXI-wieczna metoda leczenia różnych chorób, a bardziej jak średniowieczna terapia babci-zielarki, mieszkającej w lepiance pod korzeniami wielkiego drzewa.

Produkty homeopatyczne nie tylko leżą w aptekach na półkach pośród leków, ale są wręcz przepisywane przez polskich lekarzy – nie, nie magów, zielarzy czy wróżki, a lekarzy! Przez przedstawicieli tej profesji, której zadaniem jest pomagać w walce z chorobą – a nie portfelem.

Jest cała masa środków placebo i gdyby powodem powyższej decyzji było to iż lekarz widzi, że pacjentowi niepotrzebny jest antybiotyk czy inny działający lek, a odstresowanie i przekonanie, że będzie dobrze, to właśnie by te “placeby” przepisywał. Ale nie to jest motywem. Część lekarzy, lekarzy, wierzy w działanie homeopatii! “Szczepionka homeopatyczna”, tak to nazywają.

A może to nie tak… Może ktoś w tym wielkim kręgu życia dostał troszeczkę w łapeczkę i okazało się to być ważniejsze od misji, której się podjął wraz z objęciem swojego stanowiska? Sytuacja jedna zła, druga gorsza, obie równie prawdopodobne.

Kiedy wczoraj przedstawiłam swoją anginę lekarce, która miała dyżur we wspaniałym Ośrodku Zdrowia, nie spodziewałam się usłyszeć, że Angin-Heel, będzie jedynym, co szanowna pani doktur jest mi w stanie przepisać. Przy okazji dowiedziałam się, iż stosowanie Cholinexu w celu uśmierzenia bólu gardła prowadzi definitywnie do straszliwej choroby, której nazwy nie pamiętam. Opuściłam więc gabinet, mając nadzieję, że ponowne odwiedzenie owej pani nie będzie już nigdy konieczne. Witaminy, czekolada i przeciwbólowce będą musiały mi wystarczyć.

To nie był pierwszy raz, kiedy lekarz przepisał mi homeopatię. W zeszłym roku dostałam jakiś magiczny syropek na recepcie razem z lekami. Od innej pani doktur. Tak więc nie jest to pojedynczy przypadek. Czy w dużych miastach też się coś takiego zdarza?

Śmieszy mnie, że są jeszcze ludzie, którzy stosują homeopatię z pełnym przekonaniem o jej “działaniu”. Z mojego punktu widzenia, nie ma najmniejszej szansy, aby taki produkt mógł w jakikolwiek sposób wpływać na stan choroby. Ok, niech będzie, że homeopatia może podziałać jak placebo. Placebo jednak nie pomoże każdemu i nie w przypadku każdej chroby. A produkty homeopatyczne tworzone są już na naprawdę wymagające odpowiedniego środka problemy – na chorobę lokomocyjną, na zapalenie spojówek, na infekcje dróg oddechowych, na grypę… Czekam na lek homeopatyczny na raka.

Więcej

Martwa dyplomowa

martwa-malarstwo

Zbliża się koniec roku w Plastyku. Do końca przyszłego tygodnia każdy maturzysta musi oddać prace dyplomowe z rysunku i malarstwa. Na szczęście na skończenie pracy z grafiki mam jeszcze jakieś trzy tygodnie.

Martwa natura na dyplom z malarstwa okazała się pracą bardzo żmudną i pochłaniającą mnóstwo czasu. Jest to malarstwo akrylowe na płótnie o wielkości 100x81cm, oprawione w drewniane listewki. Jeśli gdzieś znajdę pierwsze szkice, to dołączę je do tego wpisu.

Poniżej opis tworzenia, szczegóły i zdjęcie ustawionych przedmiotów.

Jak powstawała Martwa

1
2
3
4

Moją metodą jest zaczynanie od wyraźnych kolorów. Czasem je zostawiam, czasem nie – zawsze jednak daje to świeży i żywy efekt końcowy. Zdjęcia niestety w bardzo słabej jakości, bo robione telefonem, na szybko i w na ogół słabym świetle.

Szczegóły

Zbliżenia dla poszczególnych fragmentów.

szczegoly1
szczegoly2
szczegoly3

Zdjęcie

I ostatecznie, zdjęcie ustawionych przedmiotów, wrzucam je jako gratis, aby każdy mógł sobie porównać do mojej malarskiej interpretacji.

zdjecie

Wernisaż prac dyplomowych ostatnich klas odbędzie się 5 kwietnia o 17:00 w Filharmonii Świętokrzyskiej. Jak ktoś ma okazję, to może przyjść, “popodziwiać”.

Więcej

“Ratujmy maluchy!” i polski system edukacji

Dzisiaj przeczytałam u torero bardzo ciekawego niusa: zaczęto zbierać podpisy dla referendum odnośnie systemu edukacji. Wywołało to we mnie parę różnorakich refleksji, którymi chciałabym się podzielić – po prostu zawsze pragnęłam pohejcić polskie szkolnictwo, które – nawet jeśli nie jest najgorsze – to wciąż jest złe.

Zacznę jednak od tego, że referenda są potrzebne. Niezależnie od tego, po której jest się stronie w danej sprawie, poddając temat pod ogólnokrajowe głosowanie tworzy się szansę, że np. o losie przedszkolaków i gimnazjów nie będą decydowały osoby, które nigdy nie miały dzieci a szkołę pamiętają gorzej niż ja śniadanie z 18 lutego 2012. Tak więc, uważam, że podpisanie się na podsuniętej przez kogoś karteczce nikomu nie ujmie godności. Nawet jeśli mało prawdopodobnym jest zebranie pięciuset tysięcy podpisów, nie szkodzi chociaż dać projektowi szansę.

Pytania, które przypuszczalnie mają się znaleźć w referendum “Ratuj Maluchy i starsze dzieci też!” podzieliłam na: dwa, na które odpowiedziałabym “nie”, dwa które dostałyby ode mnie “tak” i jedno, które wymagałoby dłuższego zastanowienia i dokładniejszego zbadania sytuacji, co mogłoby wymagać zbyt wiele czasu, którego obecnie nie posiadam.

1. Czy jesteś za zniesieniem obowiązku szkolnego sześciolatków?

Nie. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o posyłaniu 6-latków do szkoły dałam się ponieść negatywnej wizji “dzieci pozbawionych dzieciństwa”, jednak na szczęście trwało to tylko chwilę. Zaraz wyszły na wierzch logiczne argumenty, które sprawiły iż ta decyzja ze strony Rządu stała się dla mnie zupełnie rozsądna.

Co robią 6-latki w domu zanim pójdą do zerówki? Jeśli jeden z rodziców nie pracuje, to ma się kto nimi zająć, w przeciwnym przypadku opiekę może przejąć babcia lub inna bliska osoba. Dziecko wymaga tego, aby ktoś mu czytał bajki, aby ktoś grał z nim w planszówki, ale przede wszystkim aby w domu była osoba, która w razie jakiegoś nieszczęścia, będzie mogła ingerować. Niestety, nie zawsze ktoś taki się znajduje i czasem 6-latek spędza czas “do szesnastej” przed telewizorem, zdany na własne umiejętności. Niektórzy rodzice nie widzą w tym nic złego. W końcu są zajęci swoją pracą i ważnymi sprawami. Potem ich synek przychodzi do szkoły i ma problemy z podstawowymi czynnościami, nie jest w stanie nauczyć się tabliczki mnożenia, cierpi na dysmózgię, nie rozróżnia liter, nie widzi pożytku w zdobywaniu wiedzy.

Proszę, nie opóźniajcie pierwszego kontaktu z wiedzą niektórych dzieci do wieku 7-8 lat. Wyrządzicie im tym krzywdę, sprawicie późniejsze problemy w życiu… i w imię czego?

2. Czy jesteś za zniesieniem obowiązku przedszkolnego pięciolatków?

Sytuacja jest podobna jak wyżej. Ja mam to szczęście, że mi w dzieciństwie rodzice czytali mnóstwo książeczek, dawali malowanki, kupowali kredki i zabawki. Mam siostrę, więc miałam się też z kim bawić. Nie zostawiajcie edukacji niektórych “przyszłych obywateli” telewizorowi! Nadal chcecie “ratować maluchy”? Ja już współczuję maluchom ratowanym przed wiedzą i edukacją.

3. Czy jesteś za przywróceniem w liceach ogólnokształcących pełnego kursu historii oraz innych przedmiotów?

Tak. Materiał w szkołach jest coraz bardziej uszczuplany i nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego. Aby wcisnąć kilka dodatkowych lekcji-okienek typu WDŻ, zmniejsza się liczbę godzin matematyki, historii, wycina się wcale-nie-zbędny materiał. Kiedy rozmawiam ze znajomymi z młodszych klas, gdzie wszedł ten nowy, pokraczny system podzielenia-połączenia materiału z gimnazjum i liceum w jakiś zupełny chaos symulujący uporządkowanie, to już nie wiem, jak to skomentować.

4. Czy jesteś za stopniowym powrotem do systemu: 8 lat szkoły podstawowej + 4 lata szkoły średniej?

Absolutnie tak. Nie ma w Polsce drugiej równie nie trafionej instytucji oświaty jak gimnazjum. Już nawet nie trzeba mówić o tym, jakiego typu sytuacje spotykane są często w szkołach tego poziomu, bo każdy o tym wie. Ok, można pominąć fakt, że te trzy lata przypadają na “okres buntu” wśród nastolatków – jak niesforny Jasiu nie będzie rozrabiał w szkole, to będzie rozrabiał w domu, mniejsza. Najważniejszym jest: co te trzy lata dają młodym ludziom, w jaki sposób ich rozwijają? Materiał zaproponowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej to: pierwszy rok powtarzania materiału z podstawówki, drugi to kilka nowych rzeczy tylko delikatnie tknięte (aby spędzić pierwszą klasę liceum na ich powtórnym przerobieniu) oraz trzecia klasa, w której całość jest powtarzana przed egzaminkiem pod koniec. Trzy zmarnowane edukacyjnie lata, podczas których nastoletnia młodzież uczy się głównie palić, wagarować i stosować bądź doświadczać przemocy. Czy jest to konieczne? Imo nie.

Powracając do 8-letniego czasu uczęszczania do szkoły podstawowej, nauka zamiast wciąż powtarzana, mogłaby być kontynuowana. Na miejscu obecnego nieregularnego układu materiału, dorównywania uczniów z jednej podstawówki do uczniów z drugiej podstawówki, powtarzania tego samego w kółko, rozpoczynania od podstaw (bo np. w każdej szkole podstawowej nauczany był inny język obcy), itd., powstałoby więcej czasu na solidne nauczenie się tego co konieczne w tym wieku lub na dodanie odrobiny nowego materiału.

W 4-letnim liceum ogólnokształcącym lub 5-letnim technikum byłoby więcej czasu na przygotowanie się do matury a także nie zaczynałoby się od tego zera, jakie pozostawiły za sobą 3 lata gimnazjum.

5. Czy jesteś za ustawowym powstrzymaniem procesu likwidacji publicznych szkół i przedszkoli?

W budynku, w którym dawniej mieściła się szkoła, do której chodziła moja mama, obecnie jest kaplica. To jest pierwsza sprawa. Coraz częściej słyszę, że w jakimś mieście jest więcej kościołów niż szkół. Dobra, nie mam nic przeciwko budynkom sakralnym, rozumiem potrzebę osób wierzących, dotycząca cotygodniowego odwiedzania tych miejsc, ale no właśnie: cotygodniowego. Dzieci chodzą do szkoły pięć razy w tygodniu, często dobre parę kilometrów. Wierzący odwiedzają kościół jeden raz, często dojeżdżając do niego samochodem. Chyba coś jest nie tak.

Z drugiej strony likwidacja szkół popychana jest niżem demograficznym (który imo jest demonizowany). Nie opłaca się zatrudniać nauczyciela dla 8-osobowej klasy, ogrzewać wielkiego budynku zimą dla mniej niż setki osób, itd. Jednak druga skrajność – ponad trzydziestoosobowe klasy, w których z całą pewnością trudno jest prowadzić lekcję i utrzymać porządek, jest według mnie zdecydowanie gorsza.

“Rząd nie ma pieniędzy”, więc chodźmy zburzmy szkołę, zbudujmy stadion, zburzmy przedszkole i róbmy obwodnice wokół każdej wsi, która liczy więcej niż trzy tysiące mieszkańców. Postawmy kolejny świecący pomnik, powymyślajmy śmieszne umowy z kim popadnie, zadbajmy o tradycję, a przyszłość tam chuj.

Więcej

Pamiątki

Jako, że nie mogłam wytrzymać już dłużej tej zimy, postanowiłam, że chociaż spróbuję przekonać siebie, iż wiosna już prawie nadeszła. W tym celu sięgnęłam do najprostszych rytuałów – w tym przypadku do gruntownego sprzątania. Przez ostatnie parę miesięcy do niektórych półek praktycznie nie zaglądałam. Teraz już wiem, dlaczego.

Jak się okazało, sporą część rzeczy które posiadam stanowią tak zwane pamiątki. Wcześniej nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo jestem przywiązana do przedmiotów. I bynajmniej tu nie chodzi o drogie rzeczy. W moich półkach zalęgło się pełno wszelakich broszurek, reklamówek, folderów – makulatury nazbieranej w muzeach czy galeriach. Najgorszym chomikiem byłam w wieku podstawówkowym – z każdej wycieczki zwoziłam jakieś obrazki, książeczki, figurki. Do tego miałam dziwne hobby – zbieranie “zameczków” (miniaturkowy Wawel, posążek ruin chęcińskich…), kolekcjonowanie książeczek ze zdjęciami atrakcji (tego malutkiego gówienka, które można kupić w niemal każdym polskim miejscu turystycznym) i tak dalej i tak dalej. I lata mijały, a ja jakoś nigdy nie wpadłam na pomysł, aby się tego pozbyć. I w ten sposób stworzyłam akumulację “pamiątek”.

Wspomnienia warto pielęgnować – to fakt; jednak nie można przeznaczać im więcej miejsca w życiu, niż teraźniejszości.

Pozbywając się wielu śmieci, które napompowały się iluzoryczną wartością sentymentalną, czuję się, jakbym odrywała korzenie trzymające mnie mocno w przeszłości i utrudniające drogę do przodu. Czym więcej z tych rzeczy wywalam, tym bardziej jestem wolna. Im mniej ich zagraca mój pokój, tym więcej mam przestrzeni dla siebie i tym swobodniej mi się myśli. O tak, te wszystkie przedmioty zadomowiły się nawet w mojej pamięci – niczym kamuzy, które sporo ważą, zajmują dużo miejsca, a ich pierwotna wartość jest niemal żadna.

Ale to pozbywanie się przedmiotów jest trochę jak nałóg. Za każdym razem jak coś wyrzucę, chcę wyrzucić coś jeszcze – chcę zostawić przy sobie tylko to, co mi jest potrzebne, na czym mogłabym się skupić, co mogłabym obdarzyć jakimś specjalnym miejscem w życiu. Nie chcę już więcej pamiątek – one sprawiają, że nie mogę być mobilna, że nawet jeśli wyjadę, to one po mnie zostaną i będą dawały o sobie znać – te wszystkie wspomnienia będą się za mną ciągnąć, tak liczne i ciężkie. Pewnie to pragnienie wyrzucenia pamiątek też nie jest w stu procentach oparte na racjonalizmie i logice, ale jest teraz takie świeże i pozytywne. Czuję, że jest czymś dobrym. Teraz jestem przekonana, że na starość wcale nie będzie mi się chciało siedzieć nad tymi rzeczami i “wspominać”. Bo chyba po to one były? Już nie jestem pewna.

Oczywiście nie chcę się odciąć zupełnie od przeszłości. Zamierzam zostawić sobie fotografie, pocztówki czy wszelkie dyplomy, które kiedyś sprawiły mi jakąś przyjemność. Kawałek kartki z informacją, że w 1999 roku dostałam Dyplom Dzielnego Pacjenta a w 2006 dostałam wyróżnienie w szkolnym konkursie plastycznym – to są rzeczy, które mogę obdarzać wartością sentymentalną. A nie te zajmujące mnóstwo miejsca śmieci, które i tak tylko zbierają kurz.

Koniec z przewartościowanymi pamiątkami.

Więcej

Hejtcepcja

Jako iż od zawsze mówiłam, że na moim blogu panuje afirmacja hejtingu, nie żywiłam urazy do słów pogardy – zarówno moich jak i cudzych. Dzisiaj “wejdziemy głębiej” i w tym wpisie przedstawię coś, co mogłoby być swego rodzaju hejtcepcją – awersją do nienawiści. Opiszę tutaj kilka rzeczy, które mnie ostatnio irytują w społeczeństwie – zwłaszcza polskim. Co prawda, wymieniałam już kiedyś w punktach zachowania, którymi pogardzam, jednak było to napisane w formie raczej ironiczno-humorystycznej (a przynajmniej taki był zamiar).

Jest to kolejna notka, która źródło inspiracji ma w dyskusji na facebooku. Zaczęło się od obrazka wrzuconego przez jednego ze znajomych – przedstawiona tam była bardzo typowo “prawicowa” opinia odnośnie posłanki Anny Grodzkiej, oczywiście określonej za pomocą jej poprzedniego imienia i nazwiska. Na mój krótki komentarz pogardy, nagle odezwała się czwórka znajomopodobnych, którzy zacząwszy od wyzwania Grodzkiej od dziwadeł, skończyli na stwierdzeniu, że należy jej się kara śmierci. Jako fakt zupełnie pewny uznali, iż posłanka w dawnych latach swojego życia zdradziła ojczyznę (“udzielając się komunistycznie, doprowadzając do ‘Katynia'”), a obecnie zdradziła ją po raz drugi (“stając się obojniakiem, zwierzęciem, sprzeciwiając się woli boskiej”). Na koniec standardowy argument, że “obywatele mają płacić mu za cycki” (pisownia oryginalna). Gdybym jeszcze rozmawiała z anonimowymi gimbuskami, to po prostu uznałabym to za nieśmieszny trolling, jednak kiedy widzę czwórkę podpisujących się imieniem, nazwiskiem i zdjęciem osób, które wyraźnie traktują poważnie manifestowane przez siebie poglądy, po prostu szkoda byłoby zmarnować okazję do usatysfakcjonowania siebie dobrą argumentacją.

Przy dyskusjach tego typu, zawsze zadaję sobie pytanie: jak zagubiony musi być człowiek, aby wyhodować w swoim móżdżku rzeczy typu transfobia, homofobia, rasizm, szowinizm, nacjonalizm. Jak bardzo niepewny we własnej wartości on jest, kiedy szuka jej potwierdzenia w zmieszaniu z błotem kogoś, kto urodził się inny od niego? Jeszcze jestem w stanie zrozumieć brak szacunku wobec poszczególnych subkultur czy organizacji, wewnątrz których członkowie znaleźli się z własnego wyboru – pojmowanie sensu niektórych czynności bywa naprawdę trudne, a czasami jest niemożliwe, bo nie każdy kieruje się logiką. Jednak jak można nienawidzić kogoś tylko dlatego, że lubi pić mleko, ma rude włosy lub jego psychika jest sprzeczna z budową ciała?

Dlaczego niektórzy po prostu (za przeproszeniem) nie odpierdolą się od życia drugiego człowieka i nie zajmą się sobą? Ok, zabieg zmiany płci może kogoś obrzydzać – jakoś jednak nie spotkałam się z wyrazami nienawiści wobec osób, które robią sobie operacje, nawet tylko dla “upiększenia” wyglądu. Tak samo ktoś może nie być zainteresowany związkiem z osobą tej samej płci lub innego koloru skóry – ale dlaczego od razu ma tego zabraniać innym, dlaczego ma im utrudniać życie? Przecież on nic na tym nie zyska! Być może poczuje jakieś chwilowe poczucie wyższości, ale czym ono jest w porównaniu do trudów, jakich może przez to doświadczyć cel jego działań? Rozsądna tolerancja to coś, co powinno się każdemu wcisnąć do łba już we wczesnym dzieciństwie, aby potem nie cierpiały przez to osoby trzecie, aby żaden tępak nie postanawiał ograniczać praw innych i stawiać siebie ponad nich.

Do nieprzekonanych: Wiem, że to może być bardzo trudne, ale postawcie się w roli osoby, której tak nienawidzicie. Taka taktyka, jakiej uczono w przedszkolach: “Dlaczego zjadłeś Ani cukierka, jakbyś ty się czuł, gdyby ona zjadła twojego?”. Jeśli Twoja wyobraźnia jest na tyle ciasna, aby uniemożliwić Ci wczucie się w rolę (nie mówię tu o jakiejś inscenizacji, a o kwestii jedynie psychicznej), to najlepiej wróć się do średniaków ponadrabiać zaległości.

I jeszcze ostatnia kwestia wokół tematu. Kiedy to się stało, że opiewany na każdym uroczystym apelu szkolnym patriotyzm, zmutował się wśród młodzieży w skrajny nacjonalizm? Dla mnie zawsze oczywistym było, że jeśli dany przedstawiciel jakiejś grupy zrobi coś złego, to odpowiedzialność zbiorowa na reszcie to najgorsze co można zrobić. Być może to ja mam zbyt mocną wewnętrzną potrzebę poczucia sprawiedliwości, ale niech ktoś mi poda chociaż jeden sensowny argument, dlaczego tak wielu Polaków nienawidzi Niemców lub Rosjan. Bo Hitler, bo Stalin? “Bo oni nas zabijali“? I jakie obecni obywatele naszego wspaniałego kraju mają prawa, aby przypisywać sobie zasługi i ofiary zupełnie obcych ludzi, których łączyło z nimi tylko i wyłącznie to samo miejsce urodzenia? Takie same, jak przydzielanie innym konsekwencji tego, co lata temu na ich ziemi robili zupełnie obcy im mieszkańcy. Czyli żadne. I mówię to ja – osoba, która nigdy nie była na wojnie, nigdy nikogo nie zabiła i powinna nie móc się w tym temacie wypowiedzieć, a jednak znajdzie zawsze tyle argumentów, ile potrzeba, aby udowodnić, że w tym wypadku akurat ma rację.

Dlaczego komukolwiek się wydaje, że może sobie tak po prostu stanąć ponad drugim człowiekiem, tylko dlatego, że urodził się z określonymi cechami różnymi od niego? Jaka jest w tym jego zasługa? Co on niby zrobił aby urodzić się białym Polakiem, bez wad genetycznych, bez niezgodności z ogólnie przyjętymi trendami w społeczeństwie, mówiącymi o tym, z kim można zawierać związki? Ach, prawie że zapomniałabym, że odpowiedź na to pytanie wymaga więcej myślenia, a to dla niektórych jest już zbyt trudna czynność.

Na zakończenie, aby nie było tak do końca negatywnie, przedstawiam obrazek nawiązujący do ostatnio modnej tematyki w rzeźbiarstwie sepulklarnym:

krasnale ogrodowe
Więcej