Heh. Polaczki ;\

Dzisiaj się zbulwersowałam. W tym momencie mam dobry nastrój spowodowany tym, że trochę się przeszłam do Kielczech, ale także i spokojną podróżą w busie, zajmując miejsce siedzące. Każdy lubi mieć dobry nastrój, jednak ja obiecałam sobie, że opiszę tamtą sytuację sprzed dwóch godzin, a podczas zdenerwowania przychodzą mi do głowy przepięknie ostre wyrazy krytyki danej sytuacji.

Zacznę od początku, czyli cofnę się w czasie o niespełna trzy miesiące. Akurat wtedy zdarzyła się jakaś pomniejsza przerwa w nauce, więc postanowiłam ją poświęcić na walkę ze złem i występkiem oraz moją postępującą wadą wzroku (i – jak się później okazało – dodatkowo astygmatyzmem), na którą narzekałam już od wieków, ale nigdy nie stanowiła takiego problemu, aby wywołać wystarczającą motywację do przejścia się po mieście (to nie jest tak, że ja szczerze i z całego serca nienawidzę tego miejsca – ja je po prostu lubię w mniejszym lub większym stopniu mniej niż wszystkie inne) do zacnej przychodni zdrowia. Po tym, jak wstałam w środku nocy i pomaszerowałam dzielnie pod przychodnię (przychodnię otwierają, z tego, co pamiętam, o 8 nad ranem – nie zmienia

W tym momencie do mojego pokoju wlazła połowa mojej rodziny, a ja zostałam zmuszona do natychmiastowego usunięcia się sprzed komputera. Tęsknię za moim świętej pamięci laptopem. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym, amen.

Kontynuując:
Po tym, jak wstałam w środku nocy i pomaszerowałam dzielnie pod przychodnię (przychodnię otwierają, z tego, co pamiętam, o 8 nad ranem – nie zmienia to jednak faktu, że już dwie godziny wcześniej kolejka po numerek, mająca swój początek na schodach przed wejściem, składa się z minimum kilkunastu osób przybyłych tam wcześniej) i dostałam słitaśny papierek z reklamą cudownego i niezwykle profeszjonalnego badania wzroku („miła obsługa, gwarancja jakości, super coś tam…”) z datą na „za tydzień”, wreszcie mogłam zbadać moje oczęta. Badanie nie zajęło więcej niż 5 minut, co szczerze mnie zdziwiło. Dostałam papierek wyglądający bardzo nie-profeszjonalnie od niezwykle miłej obsługi, która nie zapomniała zatrzymać mnie w trakcie opuszczania tego miejsca, przypominając mi o zapłaceniu za usługę. Moja mina musiała w tym momencie wyrażać w stu procentach pierwszą na to reakcję – wtf?, bo dali mi do zrozumienia, że na plakacie nie było napisane, że badanie jest bezpłatne (jakim plakacie kurwa?) i zabrali mi papierek do momentu, aż w ich dłoni nie znajdzie się cel ich a-jakże-nie ofiarnej pracy. A ponieważ tak bardzo wiedziałam o tym, musiałam biec do domu po pieniądze, starając się wyrobić w 15 minut, zanim owi szanowni specjaliści nie podniosą swoich wielmożnych zadów w celu wyniesieniu się z przychodni. Tak więc co sił w glanach (bieganie w glanach – nie polecam) pognałam do domu, mając na to o połowę mniej czasu niż zajęłoby mi to normalnie. Później udało mi się złapać ich, opuszczających miejsce pracy i wręczyć im owoc ich pracy w zamian za ten nieszczęsny kawałek papieru.

Wracając do chwili obecnej… To niezwykle frustrujące, żenujące i irytujące uczucie, kiedy po długim namyślaniu się nad wyborem okularów w miarę tanich i takich, w których będę wyglądać w najmniejszym stopniu źle, po długim nastawianiu się psychicznie i wybieraniu odpowiedniego momentu, kiedy w rodzinie burza osłabła… okazuje się, że optyk nie może się doczytać po okuliście! OMGWTFBBQLOLLMAO! Jak się okazało, owa słitaśna karteczka jednak nie spełniała wymagań zapewnianych przez profeszjonalną przychodnię i miłą obsługę, dotyczących przydatności do wykorzystania. Plusiki poprzeprawiane na minusiki i odwrotnie, kilka różnych danych – nawet nie dokładnych, kilka losowych bazgrołów na górze, mających na celu sugerowanie, że jest tam coś napisane. Recepty nie dali. Czy zapomnieli, czy nie mieli, czy może dałam im za mało kasy – nie wiem. W każdym razie to było naprawdę bulwersujące. Pytaliście, dlaczego nie kocham mojego miasta? Oto był kolejny powód… Witold Poziomski się w grobie przewraca patrząc na to, co się dzieje z tutejszą służbą zdrowia.

Zresztą… To miasto i tak nie doczeka się długiego żywota. Padł FUT, pada Marywil, następne będzie Dodoni i w tej dziurze nie zostanie już nic. Na szczęście mnie już wtedy tutaj nie będzie. Niech ci zapyziali ludzie sobie gniją, wyłudzając kasę jedni od drugich, ja nie chce na to patrzyć, a tym bardziej brać w tym udział.

Wkurzyłam się i tyle. Później, dla uspokojenia, przeszłam się na drugi koniec Siękiefki. Wcześniej powiedziałam sobie, że jak mi się skończy gawcio, to zaprzestanę – jak to ładnie określiła moja koleżanka – czynić zło. Jednak sytuacja zmusiła mnie do zmiany tej decyzji. Niestety nie na długo, bo – jak się okazuje – nowy procent podniósł ceny o prawie dwa złote (wtf?), co jest już burżujstwem nie na moją kieszeń. Tak więc skończy się wspieranie Kolporterów. No chyba, że uda mi się znaleźć wcześniej pracę…

Dobra, kończę, bo znowu zaczęłam zanudzać… I tak uciekły mi te wszystkie myśli, które sobie poukładałam jakiś czas temu, więc pisanie dalej nie ma sensu. Tym bardziej, że zaraz będę musiała zwolnić komputer siostrze. Laptop [*] – na zawsze w naszych sercach.