Inszej

Ponieważ wstępy w moich notkach zajmują zwykle ponadpożądaną długość w stosunku do reszty wpisu, tym razem – tak dla kontrastu – zacznę bez jakiegokolwiek rozpoczęcia, od połowy myśli, która co jakiś czas mnie wkurza.

Najgorsza jest świadomość, że czas obecny to prawdopodobnie moje najlepsze lata życia, a w przyszłości już będzie tylko gorzej. Prawie równie niefortunny jest fakt, że nie uważam czasu obecnego w większości za szczęśliwy – wręcz chciałabym aby jak najszybciej minęły te lata licealne, abym mogła – zgodnie z optymistyczną wersją (innych nie biorę nawet pod uwagę) – mówiąc delikatnie spierdalać stąd jak najdalej. Zgodnie ze znanym wszystkim tekstem ‘w życiu piękne są tylko chwile’, powinnam cieszyć się tymi krótkimi momentami, które sprawiły że życie na chwilę nabrało kolorów (na przykład ostatnim weekendem) i cierpliwie, ze stoickim spokojem, wyczekiwać ich powtórzenia lub pojawienia się nowych, im podobnych. I na tym opierała się – a ściślej mówiąc “miała opierać się” – moja słitaśna filozofia sprzed jakiegoś czasu. Jednak z okazji, że przez ostatnie dwa lata, a zwłaszcza przez ostatnie kilka miesięcy poprzez mój i-tak-już-chaotyczny światopogląd przeszedł niejeden huragan, wszystko zaczęło się zmieniać i przechodzić z jednej skrajności w drugą. Dlatego teraz zaczęłam winić siebie, że tak marnowałam (i w sumie nadal marnuję, nałogowo) ten czas, kiedy to wyczekiwałam dobrych chwil, zamiast ruszyć tyłek i zacząć zmieniać siebie samodzielnie (a przy okazji wyleczyć się z konformizmu). Z drugiej jednak strony, nadal istnieje gdzieś we mnie ta osoba którą byłam choćby w gimnazjum – zakneblowana, zakuta w kajdanki, przyglądająca się smutnym wzrokiem, pytającym “Czy ty jeszcze potrafisz marzyć?”.

Tak bardzo skrótowo. Nie mam czasu się rozpisywać, gdyż jutro czeka mnie ciężki dzień. Mówią, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Chyba ja już się na te wzmocnienia uodporniłam, i: co mnie nie zabije, to mnie wkurwi. Tak, wiem – znowu wyszło uberpozytywnie.