Kategoria: Blogowe

Dwie rzeczy, których nie chcę mieć

Jest wiele rzeczy, których pewnie nigdy nie kupię, ale gdyby zdarzyło mi się móc takowe dostać za darmo, z pewnością bym przyjęła – po czym nie szukała jak najszybszego sposobu pozbycia się, choćby w najbardziej nieopłacalny sposób z możliwych. Taką rzeczą jest na przykład nowy iPhonie 5 – nie jara mnie mainstreamowa odmiana hipsterstwa, ale gdybym nagle wygrała takiego w jednym z tych konkursów na facebooku (nie żebym brała udział), przyjęłabym go z wielką chęcią i być może nawet zachowała dla siebie. Są jednak dwie rzeczy, których po prostu posiadać nie chcę i gdyby darmowe pozyskanie jednej z nich było dla mnie możliwe (co jest zupełnie nieprawdopodobne, ale już załóżmy), pewnie jeszcze przed zachodem słońca wystawiłabym je na aukcji na allegro, aby się jak najszybciej ich pozbyć. Pierwszą z nich jest…

Telewizor

Tu już nawet nie chodzi o to, że telewizja kłamie, bo to jest jedynie prostym do wypowiedzenia skrótem myślowym, który jest dostatecznym argumentem jedynie dla osób, których częstotliwość zabierania głosu w dyskusji jest wyjątkowo mała, a po zapytaniu o opinię odpowiadają, że nie mają refleksji na ten temat. Jako, że część osób zaglądających na tego bloga z całą pewnością nie zasila wyżej wymienionej grupy, opiszę bardziej, na czym polega mój tv-hejting. Zacznę od tego, że siedzenie przed telewizorem zbyt bardzo kojarzy mi się z marnowaniem czasu. Takim zupełnie bezowocnym, nawet nie pozwalającym odpocząć umysłowi po ciężkim dniu pracy. I kojarzy mi się z paroma osobami, od których dość wiele razy musiałam słyszeć o jakiś Hankach, Bożenkach i Maćkach z Klanu i innych serialów tego typu. Ja rozumiem, że zainteresowania są różne – ja lubię pisać na blogasku, a ktoś w tym czasie woli wczuwać się w wykreowane życie Marysi z M jak Miłość, która od trzech odcinków tęskni za Rafałem, ale woli przebywać w towarzystwie Tomasza.

Poza tasiemcowatymi serialami, w telewizji również występują filmy. Podobno w ciągu ostatnich kilku lat wprowadzono wyższą jakość obrazu, a nawet możliwość zapauzowania w trakcie akcji, aby wyjść do ubikacji, czy skoczyć po coś do jedzenia. Nawet jeśli tak jest – nie zmienia to faktu, że telewizora nie położę sobie na brzuchu, otulając się ze wszystkich stron kocami i poduszkami, aby maksymalnie powiększyć komfort oglądania. Dodatkowo wciąż telewizja ogranicza mnie do tego, co aktualnie w niej leci, a kiedy ostatnio przeglądałam gazetę z rozkładem programów, nie zawierało się w nim nic wartego uwagi. Zupełnie inaczej jest, kiedy posiada się laptopa. Niektórzy preferują większe ekrany – ja jednak wolę nie latać wzrokiem od jednego punktu ekranu do drugiego.

No i są jeszcze te słynne reklamy. Jesteś głodny? Spójrz na zdjęcia naszych wspaniałych produktów wymodelowanych z plasteliny! I kiedy już się zastanawiasz, czy zdążysz polecieć do kuchni przed flmem… Boli cię brzuch? Czujesz się słabo, jesteś niewyspany i zmęczony… Niestety doskonale wiem, jak wygląda wiele reklam (nie mówię, że wszystkie, ale niestety widać, która część przemysłu w Polsce się rozwija wyjątkowo prężnie)… Gdyby zamiast kolejnego homeopatycznego syropku na kaszel pomiędzy filmami w telewizji leciały reklamy tego typu, to dla samych takich reklam mogłabym posiedzieć jakiś czas dziennie przed telewizorem.

Zostają jeszcze wszelakie programy typu wiadomości czy prognozy pogody. Osobiście preferuję selekcję informacji poprzez sprawdzanie każdej w kilku źródłach, czytanie komentarzy pod artykułami itp, dlatego nie widzi mi się forma przedstawiania newsów w telewizji.

Chyba tyle argumentów wystarczy, aby zrezygnować zupełnie z tej formy rozrywki, a przy okazji zaoszczędzić mnóstwo czasu i odrobinę pieniędzy. Z kolei drugą rzeczą, jakiej z pewnością nie będę potrzebować w najbliższym czasie jest…

Samochód

O ile niechęć posiadania telewizora miała jeszcze szansę nie zdziwić czytelnika tego bloga, rezygnacja z własnego auta zapewne wywoła falę zdumienia. Ile osób od dzieciństwa marzy o samochodzie, myśląc o nim jak o zwierzątku, którym mogłoby się opiekować, jak o takim własnym dzidziusiu, tylko że nawet nie pozbawionym użyteczności.

Ja osobiście uznałam, że póki mieszkam w tym wspaniałym państwie (a mam nadzieję, że długo to nie potrwa), posiadanie pojazdu innego niż rower byłoby tylko wysokobudżetową zachcianką, do niczego mi nie potrzebną. Jeszcze rok czy dwa temu myślałam o tym, aby zrobić sobie prawo jazdy po to, aby jeździć ze znajomymi na konwenty własną bryką, co przy większej ilości ludzi wyszłoby cenowo podobnie do środków transportu publicznego, a najpewniej byłoby nawet wygodniej. Gdyby to była jednak jedyna cena, pewnie już dawno chodziłabym na kursy. Okazuje się jednak, że poza kosztem kupienia, benzyny i ewentualnych części, jest cała masa dodatkowych opłat do pokrycia – i to niezależnie od tego, czy auto jest w użyciu, czy nie. Zakładając jeden konwent na pół roku i jedno użycie w obrębie województwa na miesiąc, koszt utrzymania takiego samochodu wyszedłby monumentalny. A teraz załóżmy, że rezygnuję z busów i pociągów i chcę samodzielnie i niepublicznie transportować siebie do szkoły, te 35 kilometrów, w tą z z powrotem, codziennie. Myślę, że dopisanie jeszcze jednej cyfry do miesięcznej ceny dojazdu do szkoły utworzyłoby nadal niedostatecznie dużą liczbę, nawet gdyby była to dziewiątka na przodzie.

Druga sprawa, że podróż pociągiem czy nawet już busem innym niż Sindbad, jest psychicznie o wiele bardziej komfortowa niż stresowanie się wszystkim wokół, trzymając kierownicę. Co prawda, zdarzają się gorsze sytuacje, typu nieprzyjemni współpodróżni w przedziale pociągu, którzy nie widzą nic złego w swoim nietypowym zachowaniu, jednak z całą pewnością jest ich mniej niż tych niewyspanych, niedouczonych, leniwych w przestrzeganiu zasad drogowych kierowców na ulicy. Jadąc publicznym środkiem transportu mogę położyć się spać (kto również korzysta, z pewnością wie, że po kilku dniach na tej samej trasie już nie trzeba się martwić obudzeniem się z nawet największego snu we właściwym momencie – organizm zrobi to samodzielnie), mogę poczytać książkę, powtórzyć materiał szkolny, czy odrobić lekcje.

Jadąc samochodem, musiałabym na miejscu tych możliwości, trudzić się w zachowaniu świadomości umysłu, kiedy wszystko rankiem rozmywa mi się przed oczami, kontrolować nie tylko nieruchome elementy, takie jak znaki drogowe, ale każdego innego uczestnika ruchu – być cały czas przygotowaną na to, że w każdej chwili może ktoś wyjechać zza zakrętu, w każdej chwili jakiś pijak może wjechać prosto we mnie, a osoby, które wykupiły sobie prawo jazdy i jeżdżą nie znając podstawowych zasad, zapewne mają w dupie moje zdrowie i życie. Wystarczy jeszcze dodać nieprzewidywalnych pieszych – podobną grupę do tych, którzy idą zawsze tą częścią chodnika z narysowanym na niej rowerem, a potem narzekają, że rowerzyści jeżdżą za szybko. A to tylko przy stałej trasie jazdy…

Kiedy w grę wchodzi zupełnie nieznana ulica, nie wykute na pamięć znaki drogowe, kompletny brak wiedzy o mentalności kierowców danego regionu… Już nie mówię o tym, aby w Anglii jechać po lewej stronie, ale myślę, że sam przejazd przez środek Warszawy byłby dla mnie wielkim wyzwaniem. Każdy samochód znajdujący się obok mnie byłby potencjalnym źródłem zagrożenia – nigdy nie byłabym w stanie wiedzieć, kim są ci wszyscy kierowcy, w jakim stanie są ich maszyny. Skąd mam wiedzieć, że z jadącej przede mną przyczepy nagle nie spadnie na mnie meblościanka, a pani po lewej stronie nagle nie zaśnie na kierownicy. Do tego dochodzą możliwe kłopoty ze znalezieniem parkingu, ze znalezieniem otwartego kiosku, w którym akurat będą karty parkingowe… A wystarczyłoby tylko pojechać pociągiem

Może przesadzam, może samochód to przyjemność jazdy… Ale co to za przyjemność, kiedy siedzi się za szczelną szybą (w przeciwieństwie do jazdy rowerem, kiedy to wiatr przyjemnie szarpie za włosy, a wokół czuć zapach wiosny i słychać śpiew ptaków i tak dalej), w zamkniętej ciasnej puszce, gdzieniegdzie śmierdzącej samochodem (samochody śmierdzą samochodami, to chyba oczywiste – każdy indywidualnie, ale jest też ten wspólny zapach wydzielany przez przeróżne rzeczy w których nazewnictwo nie wnikam) i stresować się tym wszystkim, co opisałam wyżej.

Pewnie są osoby które właśnie w tym czują radość, którym odpowiada takie przemieszczanie się w terenie. Niektórzy potrafią wyciągać samochód z garażu tylko po to, aby pojechać nim w odwiedziny do sąsiada – ja niestety preferuję pójście pieszo. Hmm… Nie, nie niestety :D.

Więcej

10 powodów, dla których szanuję PKP

Wiem, że za sam tytuł posta co druga osoba mnie wyśmieje, ale mam nadzieję, że chociaż część powstrzyma się przed oceną do momentu zakończenia czytania wpisu.

Tak, wpis będzie połowicznie o PKP – po drugiej stronie postawię przewoźnika samochodowego (busiki) Ellmex-Sindbad. Pewnie nie znacie, nawet jeśli jesteście zaawansowanymi hipsterami – to taka małomiasteczkowa sieć busów szczycących się wszystkimi możliwymi wadami. W najlepszym przypadku wygląda to tak. Jeśli komuś nie chce się wytężać wzroku, podpowiem, że to w logu to najprawdopodobniej postać Alladyna na latającym dywaniku. Nie będę tu porównywać jednej bajki do drugiej, ani pisać o tym jak poprawne jest ich użycie w logu. Po prostu przejdę do tego, co jest tematem tego wpisu.

Dlaczego szanuję PKP? Dlatego, że nie jest tym śmierdzącym, zapyziałym, wstrętnym i nieprzyjemnym Ellmex-Sindbadem. Jeśli ktokolwiek myśli, że to niedostateczny powód – to zapraszam do kontynuacji czytania, a w razie dalszych wątpliwości – do odwiedzenia kielecczyzny i „przejażdżki” tym „tanim” gównem. Jeżeli chodzi o PKP – na ogół mam tutaj na myśli PKP Przewozy Regionalne, ale nie-aż-tak-częste podróże PKP Intercity na dłuższych dystansach, lub już naprawdę rzadkie korzystanie z usług innych przewoźników (np. Kolei Mazowieckich) nie różniły się tak bardzo.

Wszystko podane niżej oparte jest na ponad trzyletnim doświadczeniu – na codziennych wycieczkach pojazdami jednej bądź drugiej firmy w godzinach szczytu, czyli 6-7 i 14-18 (na tygodniu, w weekendy nieco rzadziej). Każdy z punktów będzie zawierał porównanie danego aspektu, co za każdym razem będzie kończyło się zwycięstwem PKP.


1. Nieśmiertelne spóźnienia

Ile razy słyszę nazwę PKP, prawie tyle razy mowa jest o wszelakich spóźnieniach. O ile zdarzyło mi się, że pociąg z Kielc do Gdańska miał opóźnienie godziny albo zatrzymał się na zadupiu przed Warszawą bo (?) na dwie godziny, to pociągi, którymi codziennie dojeżdżam do szkoły spóźniają się średnio kilkadziesiąt sekund, no już maksymalnie kilka minut. Skąd ta liczba? Otóż – na stacji zawsze jest zegarek i na ogół on działa, nawet poprawnie. Kiedy wskazówka pojawia się na godzinie oznaczającej rozkładowy odjazd, pociąg praktycznie zawsze odjeżdża ze stacji u mnie we wsi. Zdarzyło się kilka drobnych opóźnień, ale w większości były one nieodczuwalne. Dla kontrastu – dla firmy Ellmex-Sindbad spóźnienie się o dziesięć minut jest normą, tak samo jak przyjechanie o te 10 minut za wcześnie. A to dopiero sytuacja najczęstsza – poza tym występują spóźnienia prawie że godzinne czy nie-przyjazdy wcale. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że może powstać korek na drodze, bus może czekać na światłach i mogą się wydarzyć inne sytuacja opóźniające przyjazd. No ale czasem mam po prostu wrażenie, że ten słynny rozkład w ogóle nie istnieje, a busiki jeżdżą sobie kiedy chcą.


2. Najgorsza sytuacja

Najgorsze co się wydarzyło jeżeli chodzi o moje codzienne dojazdy do szkoły w przypadku PKP to nieprzyjazd pociągu spowodowany wyskoczeniem przed pojazd jakiegoś włóczęgi, o czym dowiedziałam się kilka godzin później od wujka google. Niestety było to już dosyć późno, więc wszystkie sklepy typu Piekarnia pod Telegrafem były opustoszałe i całą godzinę siedziałam głodna. Kolejny pociąg przyjechał punktualnie, ale zabrał więcej osób, więc był lekko przepełniony, ale miejsce siedzące i tak znalazłam. W przypadku busa najgorszym co mnie spotkało było czekanie na przystanku ponad 4 godziny w samym środku zimy, gapiąc się na rozkład przepełniony godzinami w których powinny pojawić się kolejne busy. Ani jeden nie zjawił się przez ten cały czas, a ja zdążyłam zamienić się w jedną głodną kostkę lodu (no przecież znając życie, jak tylko zrobiłabym krok z przystanku, od razu zjawiłby się bus i odjechałby zanim zdążyłabym go w ogóle zobaczyć). Ostatecznie ani jeden bus nie przyjechał i zmuszona zostałam do zmiany środka transportu na domowy. Nigdy tego nie zapomnę.


3. Miejsce na osobę

Pamiętam, kiedy jadąc busem, przepychający się za mną inni pasażerowie prawie zmiażdżyli mi twarz o przednią szybę. Innym razem jechałam w strachu, że za każdym razem jak ktoś otworzy drzwi wejściowe, to ja nie będę w stanie przytrzymać się i z busa nimi wypadnę, zanim zdążę wyjść i wypuścić opuszczającą pojazd osobę. Zdarzała się również jazda na tyłach. Myślę, że gdyby nie fakt, że wyłożenie się na ziemi potrzebuje chociaż minimalnej powierzchni, moje wszystkie zemdlenia z powodu braku powietrza mogłyby skończyć się dość tragicznie. W pociągach – a przynajmniej w tych, którymi ja dzień w dzień jeżdżę – praktycznie zawsze jest miejsce, nawet siedzące. Praktycznie raz zdarzyło mi się, że musiałam stać podczas całej tej pierwszej połowy września. Najczęściej miejsca jest na tyle, że nawet mój plecak może sobie usiąść, nie mówiąc już o całej tej reszcie bagażu jaki muszę ze sobą do szkoły brać.


4. Cena

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że cena jest zupełni odwrotnie proporcjonalna do jakości. Jednorazowy bilet na pociąg kosztuje zaledwie 3,09 zł (do marca tego roku było to 2,83). O ile bilet na busa kosztował jeszcze 4 lata temu zaledwie 3,50, dzisiaj cena ta wzrosła o 4 złote i nie przejawia żadnych tendencji malejących. Mogę się założyć, że dobije do dziesiątki jeszcze zanim skończę tę szkołę. W przypadku dojazdu niejednorazowego – bilety miesięczne funkcjonują w obu przypadkach nieco inaczej. Bilet miesięczny na pociąg kosztuje 58 zł z groszami (do marca było 53) i jego termin ważności to 30 dni od dowolnego momentu kupienia. Bilety na busa sprzedawane są przez kilka dni na przełomie miesiąca, w godzinach dość porannych i tylko wtedy. Kiedy ostatnio korzystałam z tej opcji, taki bilet kosztował ponad 160 zł, a teraz pewnie będzie już odrobinę więcej. Wszystkie podane ceny zawierają już w sobie poodejmowaną część finansowaną przez państwo (jednorazowe 37%, a miesięczne 49%).


5. Obsługa

Kierowca z zawodu jest niemiłym człowiekiem znudzonym i zmęczonym własną pracą. Spotkać nie wpisującego się w ten schemat to prawdziwe odstępstwo od normy. Niczym dziwnym za to jest kierowca rozmawiający przez telefon podczas jazdy, wściekający się lub wymagający od pasażerów czegoś, czego zrobić fizycznie się nie da (czytaj: w pełnym busie zrobienia miejsca dla kolejnych 30 osób na przystanku). W pociągach z maszynistą na ogół nie ma się kontaktu. Konduktorzy za to na ogół są miłymi ludźmi – wiadomo, że wyjątki się zdarzają, ale w takiej sytuacji nieprzyjemność trwa maksymalnie kilkadziesiąt sekund – bilet zawsze mam kupiony wcześniej, więc nawet nie muszę nic mówić.


6. Współpasażerowie

Coś co w sumie samo z siebie pełniłoby kluczową rolę przy wyborze środku transportu. Środowisko wewnątrz busa i wewnątrz pociągu to taka odmienność, że aż trudno uwierzyć. W busie większość pasażerów stanowią starsze panie – każda wyperfumowana czymś innym, każda dbająca o higienę w innym stopniu i chora na inny zestaw chorób. Co druga na tyle chora, że otwarcie tego malusieńkiego lufciku w dachu busa mogłoby spowodować serię strasznych powikłań w jej biednym organizmie. Większość z nich potrzebuje dwóch miejsc – dla siebie i swojej torebeczki, dla siebie i przelewającego się na drugie siedzenie brzucha, da siebie i dla „nie wpuszczę”. Podróżują najczęściej w godzinach, w których jest najbardziej tłoczno, pomimo, że mają na to praktycznie cały dzień. Reszta pasażerów to dojeżdżający do pracy podenerwowani ludzie, wkurzeni ściskiem wewnątrz pojazdu. Pasażerowie pociągu to zupełnie inne istoty. Często czytelnicy, ludzie spokojni i nie wadzący nikomu (a przynajmniej nie spotkałam się z jakimkolwiek wyrazem agresji podczas podróży). Z powodu braku tłoku, nikt nie wchodzi w strefę prywatną innych wbrew woli i to bardzo znacząco wpływa na jakość podróży. Oczywiście prasa powie, że w jakimśtam pociągu ludzie musieli stać nawet w łazienkach (o, dodatkowy plus tego rodzaju transportu) przez dużą liczbę godzin, ale wiadomo – kiedy napisze się, że „to złe pekape” coś zrobiło, to znajdzie się masa narzekaczy, którzy dwa razy w życiu jechali pociągiem, a gdy pojawi się artykuł o tym, że w jakiejś małomiasteczkowej sieci busów ludzie połamali sobie w ścisku kości, to nikt nawet nie zwróci na to uwagi.


7. Głośność

O ile na ogół w busach było okejnie, zdarzały się i przypadki, kiedy już brakowało mi możliwości podgłoszenia odtwarzacza mp3, aby zagłuszyć radio włączone tak głośno i na beznadziejnej stacji. W pociągu co prawda zawsze jest dość głośno, ale rytmiczny stukot nigdy nie przeszkadzał mi równie bardzo jak lecące w kółko sambadi det aj just tu noł. Może i w większości busów było wytrzymywalnie, ale teraz pociągi spokojnie wyprzedziły sindbady jakością, kiedy pojawiła się nowa seria szynobusów na mojej trasie. Jeżdżą cicho i ładnie i są naprawdę czyste.


8. Klimat

Pociągi przewozów regionalnych latem są klimatyzowane a zimą ogrzewane. Raz zdarzyło mi się jechać pociągiem, w którym na chwilę padła klimatyzacja. Nie odczułam tego. Kilka razy zdarzyło mi się usiąść na siedzeniu, które było za gorące (ogrzewanie pod siedzeniem w tych najstarszych pociągach jest koszmarne), więc się przesiadłam. Koniec listy negatywnych przygód. Busy sprawiają wrażenie ogrzewanych latem i klimatyzowanych zimą.


9. Przystanki

Ktoś, kto nigdy nie jechał busem pewnie nawet nie potrafi sobie wyobrazić, ile może trwać zatrzymanie się na jednym przystanku. Pozwólcie więc, że to mniej więcej zobrazuję. Nadjeżdża bus. Staje na przystanku i od razu zbiera się potężny tłumek przed drzwiami. Jedynymi otwartymi – tymi koło kierowcy. Wchodzi pierwsza osoba, recytuje nazwę biletu jaki chce kupić i zaczyna szukać portfela. Potem standardowe liczenie groszaków. Kolejne kilka osób wchodzi na mocy biletu miesięcznego, ale po chwili znowu trafia się osoba, która chciałaby zapłacić już. Na niektórych przystankach takie czekanie może ciągnąć się długie minuty. Wysiadanie z busa nie trwa już tak długo, ale również wymaga czasem przeciskania się pomiędzy ludźmi. W pociągach jest pod tym względem lepiej, że większość osób ma bilet już wcześniej, a wsiąść można przez jedne z wielu szerokich drzwi. Na niektórych stacjach rzeczywiście zdarza się pociągowi stać dłużej, ale jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało.


10. Miejsce

Dworce oczywiście nie są wspaniałym miejscem na spędzenie wolnego czasu. Są brudne i często jest na nich zimno. Nie zmienia to jednak faktu, że nie są one nawet po części tak złe, jak zły jest przystanek, zwłaszcza jeśli ogranicza się on do przekrzywionego znaku wbitego w beton. No bo to przecież Polska.


Ostatecznie – zdaję sobie sprawę, że mówienie, że coś jest dobre, dlatego, że jest lepsze od czegoś co jest złe, nie jest czymś wybitnie trafnym, jednak kiedy widzę ten kontrast pomiędzy jakością usług oferowanych przez obie te firmy, aż po prostu nie mogę nie myśleć o PKP jako o czymś złym. Druga sprawa, że przez tak długi czas nie doświadczyłam tych wszystkich „nieszczęśliwości”, o które oskarża się tę firmę. MOJE pociągi się nie spóźniają, spod siedzeń nie wychodzą pluskwy, nikt mnie nigdy w pociągu nie okradł, nie byłam zmuszona do stania w łazience. Zamiast tego doświadczyłam punktualności, spokojnej drogi, miłej obsługi i to wszystko po zupełnie niskiej cenie. Wiem, że gdzie indziej są normalne autobusy, jest metro i są tramwaje. W tym wygwizdowie jednak nie ma co liczyć na takie rzeczy i cieszę się, że chociaż to PKP ma tu jeszcze jakąkolwiek działalność.

Więcej

Oda do Graffiki, czyli…

Oda do Graffiki, czyli 10 rzeczy, które mnie wkurza bądź śmieszy (a najczęściej coś pomiędzy), jeżeli chodzi o użytkowników forum Graffika.pl (za wyjątkiem czata).

Ludzie lubią numerowane listy z opisami, mogą sobie wtedy przeczytać nagłówki i w kilka sekund być zdolni do wypowiadania się na temat tego, co zostało napisane. Dlatego tym razem wpis w takiej formie.


1. Niech ktoś skasuje te posty

Forum dyskusyjne, jak sama nazwa wskazuje, służy wymianie zdań. Podział na działy i tematy jest tylko umownym drogowskazem nakłaniającym do podejmowania danego wątku w tym a nie innym miejscu. Kiedy poczuję konieczność odpowiedzenia na dany temat lub posta w nim zawartego, zrobię to dokładnie bezpośrednio w tym temacie. Nie będę zakładać kolejnego wątku tylko dlatego, że pragnę wyrazić swoją opinię związaną ściśle z daną wypowiedzią, a już na pewno nie będę hamować tej potrzeby tylko dlatego, że ktoś nie lubi dużej liczby postów na temat. Kiedy ktoś odpowie na to co ja napisałam, związek zdarzeń wygląda dokładnie tak samo. I nie, to nie jest offtop. Offtopem byłoby nagłe zaczęcie rozmawiać o filetach z kurczaka w temacie ze zdjęciami samochodów, tylko dlatego, że się takowe właśnie jadło. I ile razy dany temat rozwinie się i lekko zboczy z drogi (co jest przecież naturalne w rozmowie), zawsze musi pojawić się wielki „dyplomata” chcący natychmiast uśpić wątek i wołający o pomstę do moderatorów. Jeśli komuś naprawdę przeszkadza widok dużej ilości naraz postów, to zamiast dokładać swojego zawsze może po prostu zamknąć kartę.


2. Jak ja nie, to już nikt

To jest w prawie każdym niskobudżetowym temacie z zamówieniem. Wchodzi na forum jakiś dzieciak i mówi, że chciałby dostać awatar do klanu CSa z buźkami, o tymi. Mówię sobie „Spoko, mi się nie chce, ale ktoś inny pewnie się skusi, albo temat zostanie bez odpowiedzi”, po czym zamykam kartę. Niektórych jednak widocznie swędzi, jeśli nie wtrącą słów obrazy w kierunku autora tematu. Taka wypowiedź zwykle wygląda tak samo – składa się z dwóch części: oznajmienia, że pomimo znania tego człowieka jedynie z nicka uważa się go za debila, następnie opisu siebie i swoich wymagań cenowych potrzebnych do dostrzeżenia sensu w samym uruchomieniu programu. Nie mam pojęcia, jaki cel może mieć napisanie takiego posta, ale no dobrze, załóżmy że sprawia to komuś przyjemność. Nie zmienia to faktu, że moja irytacja z punktu widzenia mnie jest zapewne większa od przyjemności tej osoby, nawet jeśli nie jest jakaś szczególnie duża.


3. Niemam czsu wienc pisze ie skladnie

„Mam 10skund bo musze oddac kkkompa bratu wiec piszez e chce zamowic zamowienie chce zlozyc ze zamawiam awatar z samochodem albo z takim jak jest tytaj [img]C:\\Documents and Settings\Gosiaczek\s3s6s6s87s(3).JPG[\img] najleoej na niebieskim tle w czerwone kropki i maja byc wybuchy w tle . sprzedam opla.”

Jak bardzo niecierpiącą zwłoki musi być taka prośba, aby pomimo domyślnie aktywnego w przeglądarce słownika, pomimo istnienia klawisza backspace i pomimo raczej statystycznie złej opinii o osobach dysmózgicznych, walić tak paskudne błędy. Rozumiem, że nie każdy jest mistrzem ortografii, nie każdy na co dzień pisze długie akapity poprawnej polszczyzny. No ale naprawdę, dzieci w podstawówce bardziej rozwinęły umiejętność składania zdań niż niektórzy graffikowi twórcy tematów.


4. Tak, masz rację. Enter.

Osobiście mam taką drobną zasadę, że nie komentuję czegoś, z czym się w 100% zgadzam i nie potrzebuję niczego dorzucić od siebie. Sporo osób jednak uważa, że napisanie „Masz rację” i nie dodanie niczego, co by tę rację potwierdziło, jest nieodłączną częścią dyskusji i po prostu musi zaistnieć w formie łańcuszka dwuwyrazowych postów. Kiedy widzę coś takiego, zawsze zastanawiam się, czy ci ludzie w ogóle myślą, czy piszą to jedynie, bo jest okazja do nabicia sobie postów. Swoją drogą nigdy nie widziałam sensu w wyścigach na liczbę wypowiedzi.


5. „nie idź tam”, „nie spiesz się”, „nie wydawaj”

Czyli o nieustannie powstających galeriach zatytułowanych np. „moje beznadziejne prace”. Ja rozumiem, że nie każdy jest specem od marketingu, ale wrzucanie czegokolwiek i od razu dawanie temu tytułu brzydkiego, słabego itp tylko mija się z celem. Jeśli Twoje prace są paskudne nawet w Twoich oczach, to nie licz na to, że wrzucając je, znajdziesz jakiegoś miłośnika sztuki nowoczesnej, któremu spodoba się Twoja sygnatura ze źle wyciętym piłkarzem. Jeśli tworzysz już długo i nadal wychodzą Ci krzywe kupy, po prostu zajmij się czymś innym – tylko nie userbarami/awatarami. Nigdy nie rozumiałam jarania się sztuką kadrowania i pomniejszania obrazków.


6. Debil nas wykiwał

To mnie raczej bardziej śmieszy niż złości, ale pasuje do reszty listy. Zdarza się, że twórca zamówienia zwleka z odpisaniem którą pracę wybrał. Czasem wystarcz wtedy już kilka godzin, aby pojawiły się posty typu „głupek ukradł pewnie jedną z prac i uciekł”, niekiedy z soczystymi słowami obrażającymi zamawiającego. Nie, dzieci – to nie on Was wykiwał, tylko Wy daliście się wykiwać, a raczej doszła do skutku ta gorsza możliwość wliczona w ryzyko. A nawet niekoniecznie – przecież minęła dopiero chwila od umówionej daty zakończenia. Poczekajcie jeszcze chwilę, to nie Corton, aby ściskać z nadzieją myszkę przez dwa miesiące. Swoją drogą aż z ciekawości zajrzałam w gógle za opiniami o tym serwisie i śmiechłam z głupoty ludzi z polskiego deviantarta.


7. Tylko ja mam prawdziwy program którym się tak da

Za pierwszym razem to mnie naprawdę rozśmieszyło, ale za dziesiątym zaczęło być irytujące. Jest sobie zamówienie na logo na koszulkę, 15 postów pod nim i nagle ktoś pisze, że wszystkie powyższe prace nie są w grafice wektorowej i tylko on jeden zrobił prawdziwie nadające się do wszystkiego logo. To logo jest tak uniwersalnie, że możnaby było odlać je sobie w gipsie, wykopać dół na 3 metry i w jego środku je odcisnąć. Najbardziej rozwaliła mnie wypowiedź w której ktoś najwyżej chciał poszpanować świeżo nabytą wiedzą i postanowił wszystkim przypomnieć, że autor chciał plik cdr bądź ai a nie png ;D.


8. Nie stać mnie, ale jeszcze Cię wykorzystam

To najczęściej wywołuje u mnie nagły odruch facepalma – kiedy ktoś dla przykładu potrzebuje banera / logotypu / rang dla swojego nowo-powstałego forum o diecie dla kanarka i pisze, że w ramach wynagrodzenia oferuje stanowisko moderatora tego forum. Potrafię zrozumieć jeszcze, że dowolny miłośnik kanarków mógłby zrobić wszystko dla zielonego koloru nicka na niezwykle przyszłościowej stronie poświęconej jego pasji… ale nie przeciętny grafik. Ja osobiście zamykam takie zamówienia szybciej niż te na herby z buźkami [patrz punkt 2] – bynajmniej nie potrzebuję dodatkowej, darmowej pracy.


9. Już był taki temat, ale ja też chcę

Co drugi nowy użytkownik chcący sobie kupić tablet ma jakieś gołosłowne powody dla których nie może przeczytać tematu już istniejącego, a musi tworzyć nowy. Z tego, co opisuje, wywnioskować można, że przyczyną tego jest dysponowanie o 20 złotych większym budżetem niż kolega zakładający taki sam temat półtora tygodnia temu, ale do mnie taki argument nie przemawia. Okej, chcesz zwrócić na siebie uwagę – spoko, ale zrób to swoją twórczością czy przemyśleniami, a nie brakiem podstawowych umiejętności, takich jak na przykład czytanie.


10. Mój pierwszy, drugi i trzeci rysunek w życiu

Dobrze, załóżmy, że nawet w przedszkolu nie rysowałeś kwiatków i ptaków które wyglądają jak odwrócone dupy, ale naprawdę – nie jest to żaden powód do dumy. Jeśli chcesz podkreślić, że właśnie kupiłeś sobie tablet, to spoko – pochwal się, pisząc gdzieś obok pracy, że dopiero zaczynasz i liczysz na wyrozumiałość w ocenie. Ale nie musisz w samym tytule tematu umieszczać informacji, że pierwszy raz trzymasz ołówek w ręce – zwłaszcza, kiedy po Twojej pracy doskonale to widać. Potem, wstawiając kolejne prace do galerii, edytowanie tytułu tylko robi z niego taki łańcuszek i sprawia, że z lenistwa aż omijam go wzrokiem. W każdym razie – pierwsze prace są zawsze złe. Nikt nie urodził się złotą rączką, a aby Twoje szkice zasłużyły na miano eksponatu, jednak brakuje Ci trochę sławy (a forum Graffika to nie Pudelek, ale to już inna sprawa). Naprawdę, nikt nie wymaga od Ciebie, abyś wrzucał na forum wszystko co tylko wyjdzie spod Twojej ręki, a czasem zrobienie czegoś dobrze wymaga wielu prób. Wielu, czyli nie dwóch, a dwudziestu, dwustu. Jeśli uważasz, że Twoja pierwsza praca zasługuje na pochwalenie się nią, to są 3 możliwości: albo masz problemy ze wzrokiem, albo jesteś zbyt bezkrytyczny względem siebie, albo Twój gust jest tak kiepski, że nie widzisz, jakie to jest złe. Ostatecznie na każdą z nich mam taką samą odpowiedź, jak na pytanie, dlaczego by tu nie użyć fontu Comic Sans w logotypie agencji reklamowej.


Koniec listy na dziś. Zapewne wywołałam oburzenie w co drugiej osobie, która to przeczyta, ale mam do tego prawo – to mój blog. Niemniej jednak zachęcam do podzielenia się refleksjami w komentarzach i przedyskutowania dowolnego z punktów tej listy.

Żeby nie było, może napiszę jeszcze o pochodzeniu obrazków zamieszczonych w tym wpisie. Słynna buźka [#2] w wersji saski, sygnatura [6] by Wislak912, ranga [#8] autorstwa Numera – wszystko z forum Graffika. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi o użycie ich pracy tutaj :3.

Więcej

Pierwszy komikseł o eV

Dzisiaj zaprezentuję moje dzieło natchnione kilkoma podobnymi wydarzeniami, których doświadczyłam za gimbusa. Teraz uznałam, że jest to z jednej strony śmieszne, a z drugiej życiowe, więc nabazgrałam na szybko komiks w Fotosklepie, bo nic nie przemawia tak do człowieka jak śmieszne buźki rysowane na odwal. Myślę że pomimo wielu wyolbrzymień, znajdą się osoby, które zrozumieją zaistniałą w komiksie sytuację. Zbieżność jakichkolwiek nazw czy wyglądu wizualnego oczywiście zupełnie przypadkowa.

komiks
Więcej

Podsumkowanie 2011

Zawsze, kiedy próbuje określić czas jaki minął od jakiegoś wydarzenia, to wydaje mi się on bardzo krótki, a jednocześnie długi. Z jednej strony mam wrażenie, że to coś było tak niedawno, z drugiej ciężko mi uwierzyć, że aż tak wiele rzeczy miało od tego czasu miejsce. W tym momencie myślę o wpisie na blogu podsumowującym zeszły rok. Pisałam tam wtedy, jak wiele rzeczy zmieniło się w moim życiu przez tamtych dwanaście miesięcy, jak bardzo ja się zmieniłam. Teraz jednak mam wrażenie, że rok 2010 nie różnił się aż tak bardzo od 2009 i paru poprzednich. Może i zmieniło się moje otoczenie, zmieniły się miejsca w których lubiłam przebywać i do których często wracałam myślami, zmienili się ludzie z którymi miałam kontakt. Ale ja sama niezbyt się zmieniłam. Może teraz mi się tak tylko wydaje, może czas zatarł te wszystkie różnice… Jednak czasem zastanawiając się nad tym, które wydarzenia w moim życiu miały dla mnie wartość kluczową w kształtowaniu własnej filozofii, odnoszę wrażenie, że zdecydowana większość z nich miała miejsce w tym – 2011 roku.

Na początku roku miały miejsce moje osiemnaste urodziny. Większość osób, które znam jest święcie przekonana, że data ta nie zmienia nic w życiu poza wyrobieniem sobie dowodu (który ja miałam już kilka lat wcześniej – konieczność wyrobienia przed gimnazjalną wycieczką z przejściem na Słowację, którego w końcu nie było ;/) i jakimiśtam możliwościami prawnymi i w rzeczywistości nie ma to wpływu na dojrzałość człowieka. Moje zdanie jest zupełnie inne. Mając lat 18 uwalnia się swoich rodziców od odpowiedzialności za nasze czyny. Wiedząc, że popełniając błąd ucierpimy tylko my, możemy wreszcie swobodnie zaryzykować – co najwyżej dosięgnie nas odpowiedzialność za to. Odbieramy rodzicom przy tym prawo decydowania o naszym życiu. Jeśli mają coś przeciwko moim życiowym wyborom, które nie są sprzeczne z prawem, a jedynie z ich własnymi ambicjami, muszą to przeboleć.

W minionym roku mój system wartości przekręcił się o 180 stopni i w tym momencie to, do czego dążyłam lata temu okazało się w sumie niepotrzebne, bezsensowne, a to czego unikałam zaczęło być priorytetem. Nadal jednak tkwią we mnie resztki starego systemu, co jakiś czas domagające się pamięci o sobie. Często to boli – mam wrażenie, że wcześniej po prostu marnowałam czas, ale też że kiedyś moje życie było bardziej produktywne. Chociaż w sumie to nie powinno być dziwne, skoro dzień był dla mnie o kilka godzin dłuższy. Każdy dzień… Przez długi czas czułam, że brakuje mi czegoś z tamtych lat – gimnazjalnych, może jeszcze wcześniejszych. Niby nie chciałabym tam wrócić, ale jednak miałam wrażenie, że zostawiłam tam coś, co dodawało celowości mojemu istnieniu. Czegoś, co sprawiało wtedy, że pomimo braku bratnich dusz na każdym kroku, jakoś przetrwałam i chyba nawet nie z trudnością. Dopiero jakoś tak niedawno zrozumiałam, co to było. Chodziło o robienie czegoś, co nie ma związku ze szkołą chociaż kilka razy w tygodniu. Choćby czytanie książek. W gimnazjum potrafiłam przeczytać ich po kilka dziennie, a rozpoczynając naukę w liceum musiałam zrezygnować z tej przyjemności z powodu tak znacznego zmniejszenia ilości czasu wolnego. Dopiero teraz zrozumiałam, jak to rozstanie z literaturą na mnie wpłynęło. Dopiero teraz – po powrocie do czytania – przypomniałam sobie, jak to jest siedzieć w szkole i czekać aż wreszcie miną wszystkie godziny, z nadzieją, że bus nadjedzie jak najszybciej – nie po to, aby wrócić do szarej rzeczywistości czterech ścian, a aby z powrotem zagłębić się w stronice aktualnie czytanej powieści. Wiem, że to teraz brzmi tak kujońsko… Jednak kto zna przyjemność czytania, ten doskonale wie, co mam na myśli. A czytanie w wieku trochę bardziej dojrzałym niż lata gimnazjalne to dodatkowy zachwyt nad kunsztem autora bądź tłumacza, wydobywanie smacznych wątków, dodatkowych znaczeń – nie, nie po szkolnemu na podstawie określonego schematu. Raczej bardziej w sposób psychologiczny, psychoanalityczny wręcz. Nie tworząc złudnego pseudoobiektywizmu, nie opisując myślowo – tak aby pasowało pod nauczycielkę – a wynajdując znaczenia zupełnie subiektywne. Czasem zachowanie bohatera książkowego potrafi tak ładnie wytłumaczyć zachowanie kogoś bliskiego – nawet niekoniecznie podobne.

Wracając do tematu – ten rok był niezwykle zmienny. Pisząc to teraz, mówię głównie o tym, o czym myślałam przez ostatnie tygodnie, może miesiące. Trudno mi ustalić, kim byłam pół roku czy rok temu. Jakie miałam cele w życiu, co mną kierowało przy podejmowaniu rozmaitych decyzji. Czasem wydaje mi się, że więcej rzeczy przyziemnych było mi obojętne: mróz na zewnątrz, długie czekanie na busa, pustki w portfelu… Może byłam mniej krytyczna do świata, a może to tylko moje teraźniejsze wrażenie przeszłości. Albo może ograniczyłam narzekanie, które pozwalało mi wyrzucić z siebie krytykę tego wszystkiego, po czym wydawało mi się, że tego nie było. Nikt mi nie mówił, że narzekam mniej, ale czy jest to wykluczone? Jest jeszcze opcja, że po prostu moje życie stało się o wiele lepsze niż było parę lat temu, więc nie męczę się już tak bardzo sama ze sobą, co sprawia, że mam więcej czasu na myślenie o wszystkim wokół.

Piękny rok 2011… Piękne jego pojedyncze chwile, na które warto było czekać przez czas pozostały. Zdecydowanie mniej szarych i nudnych dni niż w latach poprzednich.

Pod koniec wiosny utworzyliśmy ze znajomymi grupkę, z którą dzięki bardzo częstym spotkaniom czerwiec (a zwłaszcza jego druga połowa) zapisał się w mojej pamięci wspaniale i przypominam sobie, że nawet pomimo wyczekiwania na wakacje, które już wtedy zapowiadały się niesamowicie, nie chciałam przyśpieszać czasu. Chciałam, aby minuty i godziny wlokły się jak najwolniej się da.

Potem wakacje – z całą pewnością najlepsze w moim życiu – spędzone w większości z chłopakiem. Wydawałoby się, że te dwa miesiące przemknęły w kilka godzin.

I znowu rok szkolny. Wrzesień dojazdów pociągiem jako przedsięwzięcie, które pozwoliło mi zaoszczędzić około 100zł (w porównaniu ceny jaką zapłaciłabym za bilet miesięczny na busa), niestety kosztem poświęcania nie 2 a 5-6 godzin dziennie na dojazdy do szkoły, co mnie naprawdę wykończyło i długo jeszcze miałam potem wrażenie, że pierwszy miesiąc nauki nie miał 30 dni, a tak ze trzy razy więcej. I jeszcze te próby przygotowania się psychicznego do nadejścia zimy. A przygotowywałam się na najgorsze, bo ogólnie rzecz biorąc zawsze kiedy temperatura zmusza mnie do ukrywania się pod kocem, moje samopoczucie wydaje się być odwrotnie proporcjonalne do długości dnia. Jak każdego, zaskoczył mnie praktyczny brak opadów deszczu a potem śniegu w tym roku, ale naprawdę bardzo jestem z tego powodu zadowolona. Już tera mam wrażenie, że ledwo mogę przetrwać zimno, a wolę nie wiedzieć, jak bym wytrzymywała sama ze sobą, kiedy temperatura osiągnęłaby swoje ulubione -20C i mniej.

Ogólnie – jak to bywa zawsze w okresie jakoś pomiędzy połową października a końcem marca – czuję się jak chodzący trup i ciężko mi się za cokolwiek zabrać. Wykonując jakaś pracę do szkoły, czas na nią rozkładam w ten sposób, że najpierw pierwsze pięć godzin marnuję na przygotowanie psychiczne, a następnie jedna, max dwie na rzeczywiste uczenie się, choć akurat ta druga część bywa często pomijana z powodu maksymalnej niechęci do jej wykonania popartej spojrzeniami na zegarek i zamykającymi się oczami. Apogeum stan ten osiąga w okresie pomiędzy feriami świątecznymi, które są zwykle zbyt krótkie aby podczas nich odpocząć, ale na tyle długie, aby się odzwyczaić od pracy, a feriami zimowymi, które w tym roku niefortunnie wypadają dla województwa świętokrzyskiego w ostatnim terminie. Czas ten to esencja letargicznego wegetowania w oczekiwaniu na w sumie nie wiadomo co. Ponieważ dnia praktycznie nie ma, zabieranie się za cokolwiek co nie jest związane ze szkołą, jest utrudnione nieustającym poczuciem braku czasu. Do tego dochodzi nawał wszelakich prac do zrobienia w domu z okazji kończenia się pierwszego semestru, tak więc nawet chwile spędzone w domu na odpoczynku są swoistym odliczaniem do wiosny, kiedy to symboliczne stopnienie śniegu (który się jeszcze nie pojawił – i dobrze!) obdaruje poczuciem nowej nadziei i przypływem energii.

Zauważyłam, że słońce ma na mnie bardzo duży wpływ – za pomocą dobrego kojarzenie się, automatycznie poprawia nastrój, tak bardzo znacznie. Czy to nie tak to właśnie działa – ładna pogoda, która na ogół towarzyszy tym lepszym momentom życia, tkwi w naszej pamięci jako tło czegoś dobrego i od razu tym samym przywołuje pozytywne emocje? Zaliczam się do osób, które naprawdę zwracają uwagę na przyrodę, lubię patrzeć w niebo, uważam zmiany pogodowe za jedną z ważniejszych rzeczy jeśli chodzi o elementy nie stworzone przez człowieka, a pomimo to wzbudzające podziw w nie mniejszym stopniu niż jego największe dzieła. Dzięki temu jest to bardzo ściśle powiązane w mojej pamięci z wydarzeniami. Później wystarczy już tylko zapach świeżo urosłej trawy, delikatny powiew wiatru i ciepły promień słońca na policzku, a od razu przypominają mi się te piękne momenty w życiu, które właśnie w taką pogodę miały miejsce. Kiedy jednak przez długie dni nie widzę słońca, ziemia jest mokra i zimna, a temperatura zmusza do siedzenia pod kocem, od razu wpadam w depresyjny letarg i z każdą chwilą coraz więcej rzeczy zaczyna mnie wkurzać bądź smucić. I tak właśnie jest w tym momencie – pomimo tego, że raczej radzę sobie z życiem, za kilka dni moje urodziny, w sobotę widzę się ze znajomymi, a we wtorek być może okaże się, że wygrałam vouchery na pkp, jakoś wcale nie czuję się szczęśliwa. Problem polega na tym, że nie potrafię nakierować swoich myśli na te pozytywne rzeczy, a wszystko wydaje się monotonne i nudne. Wszystko każe mi czekać na siebie – aż się skończy. Przy tym widzę wyraźnie, jak czas mi przelewa się pomiędzy palcami – marnowany zupełnie dosłownie – bo przecież ślęczenie w wegetacji pod tytułem „przetrwawanie” nie jest ani przyjemne, a już na pewno nie ma plusów w postaci kolejnych kroków do przodu w drodze zwanej życiem.

Chociaż jeśli chodzi o namacalne produkty istnienia, ten rok raczej nie był obfity. Wiele „wytworów” nie powstało, zwłaszcza jeśli chodzi o wysilanie się poza szkołą. W sumie nie ma co się oszukiwać – liczba stworzonych przeze mnie w tym roku rzeczy jest tak bardzo podobna do zera, że można by ją było wręcz z nim pomylić. Za to moja filozofia życiowa uległa zupełnej przebudowie, zdecydowanie na lepszą jeśli chodzi o wartość prawdopodobnie obiektywną. Z biegiem miesięcy dążyła do zupełnego sceptycyzmu i za pomocą ponownego budowania znaczeń ogólnie używanych (i nadużywanych) słów pozwoliła zlikwidować ze słownika te zupełnie przeszkadzające w rozwoju dalszego poznania. Ciemną stroną mocy jest tutaj wersja zupełnie subiektywna i smutek związany z zauważeniem świata jeszcze bardziej płaskiego i nudnego niż był do tej pory. Płaskiego, nudnego, ale też zdecydowanie mniej niesprawiedliwego. Pozwalającego człowiekowi na więcej jeśli chodzi o niego samego. Ludzie nie są zaprogramowanymi od początku do końca życia stworzonkami, które nie mają wpływu na to, co potrafią i czego są w stanie dokonać. To od ludzi zależy, co osiągną. Jak bardzo żałuję, że przekonałam się w 100% do tego spojrzenia tak późno, kiedy jestem już na tyle stara i mam na tyle mało czasu, że trudno mi powziąć nowe drogi w życiu. Zmarnowałam około 18 lat na nierobieniu niczego i przyzwyczajaniu się do wegetacji nad niezaczętą pracą. Zmarnowałam 18 lat na czekaniu, wierząc, że kiedyś wyjdzie na jaw jakiś mój wielki ukryty talent, który pozwoli mi znaleźć swoje miejsce w życiu. Zupełnie zmarnowałam ten czas.

Może powinnam zacząć coś brać – kiedy między godziną 18 a 24 praktycznie nie robię nic, nie potrafiąc się zmobilizować nawet do odpoczynku, to chyba nie jest to stan optymalny do życia. W planach mam oczywiście odczekanie do wiosny, co – jak co roku – zdecydowanie poprawi mi nastrój. Nie chcę jednak zmarnować tych kilku miesięcy na czekaniu. Niestety też nie działają na mnie typowe techniki motywacyjne. Jak wiele jest rzeczy, za które chciałabym się zabrać, ale odkładam je na później, nawet jeśli akurat mam chwilę, bo aktualnie jestem zbyt zajęta nudzeniem się, aby za cokolwiek się zabrać. Aczkolwiek pomimo wszystko, głęboko w podświadomości mam już ustalone, że w sumie to mam wiele powodów, które wystarczą, aby czuć się szczęśliwym człowiekiem. Wystarczyłoby mi jedyne potrafić się na nich skupić na zawołanie. Bo rzeczywiście większość z nich wystarczy, aby pomyślenie o dowolnym z nich wywołało mimowolny uśmiech na twarzy.

Teraz tylko wystarczy przywitać rok 2012. Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że on nigdy nie nadejdzie, a to jednak już. Jeśli ma być on podobny w swojej jakości do 2011, to już w tym momencie wiem, że zapowiada się cała masa pięknych chwil – i tych dłuższych i tych, które pomimo swojej krótkości, zapiszą się tak mocno w pamięci, że staną się tymi, dzięki których wspomnieniu wiele, wiele następnych przeżyję z uśmiechem na twarzy. Bo nie tak to działa? :) A szczerze mówiąc – wierzę, że rok 2012 będzie jeszcze piękniejszy od 2011 i stanie się kolejnym punktem na trasie, której pokonywanie – choć męczące – zawiera coraz bardziej urozmaicone przyjemności :).

Więcej

Przeciwko wszelkiemu „bo nie”

Zawsze twierdziłam, że wszelkiego rodzaju bunt jest niezwykle dziecinną oznaką wszelkiej desperacji, czasem znacznie wyolbrzymianej a tworzony jest przez ludzi, którzy po pierwsze mają nierealistyczne spojrzenie na świat, a po drugie ich jestestwo jest ograniczone do dbania jedynie o własne cele, za to ślepoty na krzywdy jakie mogą spotkać innych podczas ich realizacji. Bunt kojarzył mi się z nierozgarniętymi dziećmi wrzeszczącymi do rodziców, że chcą mieć piątego kolczyka na tyłku lub tatuaż z Dżastinem Timberlejkiem, z drugiej strony zaś łączyłam to słowo z wszelkimi strajkami kolejarzy, lekarzy, górników, nauczycieli i całej tej reszty, która pomimo posiadania pensji przekraczającej średnią krajową wolą jeszcze trochę sobie ją podnieść, nie patrząc przy tym, czy aby na pewno ktoś na tym nie straci. Teraz już pojawiają mi się w głowie komentarze, że przecież ci i ci zarabiają tak mało, i chuj wiem o tym wszystkim, więc mam się zamknąć i blablabla. Wrócę więc do tematu od którego zaczęłam.

Czym dłużej żyję na tym świecie, tym wszystko zaczyna mnie bardziej wkurwiać. Jak to jest, że kiedyś potrafiłam żyć praktycznie nie posiadając nic, co dla mnie byłoby choć trochę ważne. Jeszcze w czasie gimnazjum żyłam praktycznie w fikcyjnym świecie książek, wracając na te kilkanaście godzin do szarej rzeczywistości tylko po to, aby zrobić swoje, przeczekać, aż wrócę do domu i będę mogła z powrotem stąd uciec do świata wyobraźni. Nie wiem, jak to się stało, że nagle zaczął mnie interesować świat rzeczywisty (powodem mogła być znaczna poprawa jakości otoczenia), ale czym bardziej wracam na ziemię, tym bardziej mnie ta ziemia wkurza.

Dlaczego czasami wydaje mi się, że niektórzy ludzie myślą mniej? Nie wiem, może ta teoria powstała przez zbyt częste słyszenie tych dwóch słów, których połączenia nienawidzę chyba najbardziej ze wszystkich dwuwyrazowych wyrażeń, jakie kiedykolwiek słyszałam, a jednocześnie jest nadużywane w chyba wszystkich społecznościach, dodatkowo jeszcze chwalone swoją niezwykłą potęgą lakoniczności połączoną z pozornym zamknięciem esencji całej kwiecistej przemowy w tych właśnie dwóch słowach. Nie, moi drodzy, formuła „bo nie” nie jest wcale argumentem na wszystko, a fakt, że tak twierdzi 367 i pół tysiąca ludzi na facebooku wcale tego nie zmienia. Nawet jeśli połowa z tych osób kliknęła na „Lubię to!” w tej grupie z powodu nagłego zapędu, skłoniona zbyt obszerną liczbą znajomych też-to-lubiących, i nawet jeśli połowa pozostałych to osoby, które oddały swego „lajka” wierząc, że to uczyni ich bardziej pro, to i tak nadal w tym kraju żyje i prawdopodobnie ma się dobrze minimum 40 tysięcy bezmózgich kretynów, którzy myślą, że dwoma słowami mogą załatwić każdą sprawę, załagodzić każdą kłótnię i rozwiązać każdą sprawę. Aż mi ich będzie żal, kiedy w przyszłości spotka się takich dwóch i z powodu totalnego braku sensownej (czytaj „nie zamkniętej w dwóch słowach”) argumentacji będą się przekrzykiwać jak dzieci lub wygra ten, który będzie wyżej postawiony, nawet jeśli w zupełności by się mylił.

Powiecie teraz, że przesadzam, że nie powinnam tak brać tego do siebie. Niestety tak się nie da – nie przestanę się denerwować z powodu plagi „bo nie”, dopóki ona nie zniknie, a przynajmniej dopóki ja przestanę tracić tylko dlatego, bo tak. Ja naprawdę nie miałabym nic przeciwko, gdyby połączenie tych słów stosowane było w luźnej dyskusji, albo ktoś stosował to w żartach. Niestety coraz częściej dotyka mnie użycie tej niezwykle zaawansowanej struktury argumentacji w sprawach, które mają dla mnie niezwykłą wagę i po odpowiedniej dyskusji z pewnością moje argumenty przeważyłyby argumenty rozmówcy. Niestety ludzie są leniwi oraz zbyt egoistycznie aby zniżać się w dyskusji do tego stopnia, żeby chociaż wysłuchać moich racji, a dodatkowo aby w jakikolwiek sposób uzasadnić swoje. „Bo nie” w zupełności wystarczy, aby taka rozmowę wygrać.

Dlaczego więc zamiast znowu narzekać nie wykorzystam przeciw takiemu rozmówcy ich własnej broni? Po prostu – nie będę zniżać do jego poziomu. Tu się zaczyna mój bunt – stąd się wziął początek tego tematu. „Bo nie” to argument, którego najprostszym rozwinięciem jest „Ja mam rację bo jestem … od ciebie, więc nie istnieje możliwość, że ty możesz mieć rację” (w miejsce kropek wstawić dowolny przymiotnik, np. starszy, mądrzejszy, bogatszy, bardziej doświadczony etc.).

Buntowanie się jest dziecinne. Dobrze, wiem, zdaje sobie z tego sprawę. Kiedy jednak tracę dostęp do internetu, bo tak, nie mogę nigdzie wyjechać, bo nie, oraz zostaję nazwana nieudacznicą, bo idź pogadaj z matką/ojcem, to zaczynam uważać, że choćbym nawet wymyśliła sobie jakąś bezsensowną głodówkę czy inny bezcelową czynność samodestrukcyjną, to i tak nie byłoby to ani trochę mniej bezsensowne, niż powyższe „argumenty”. Dlatego kiedy dzisiaj usłyszałam, że pomimo usilnych starań, nie będę mogła korzystać z internetu bez nieokreślonego uprzednio limitu godzinnego, którego koniec ujawnił się nagłym wyłączeniem rutera dokładnie w trakcie moich czterech czy pięciu rozmów, w tym jednej w większym gronie, których niestety dokończyć nie mogę, o poinformowaniu rozmówców o powodzie mojego nagłego zniknięcia już nawet nie mówiąc. Po usłyszeniu, że nie mogę chociaż na chwilę włączyć rutera, „bo nie” już naprawdę coś zaczęło ściskać mnie od wewnątrz, więc postanowiłam drobnym wyrazem sprzeciwu wobec łamania praw człowieka względem mnie, zagrozić, że w takim razie nie wyłączę laptopa aż do momentu, kiedy nie odzyskam dostępu do internetu, czyli najprawdopodobniej do jutrzejszego przedpołudnia. Niestety nie zrobiło to najmniejszego wrażenia na ludziach, którzy zawsze byli przewrażliwieni na każdą dłuższą chwilę aktywnego laptopa, uważając, że jeśli to urządzenie szatana jest włączone dłużej niż jedną godzinę dziennie, to osoba która na nim „gra” (niezależnie od czynności wykonywanej, zawsze będzie to „granie”, nawet jeśli oznaczałoby to wykonywanie płatnego zlecenia na grafikę) jest skończonym nieudacznikiem, opętanym przez szatana, który mieszka w internecie i zabrania użytkownikom chodzić do kościoła. Nie, ja teraz naprawdę nie fantazjuję, rzeczywistość po prostu jest zbyt przerażająca, aby ktokolwiek o tym pisał, a w XXI wieku rację ma jedynie ksiądz za amboną.

Czasami myślę sobie, jakie cudowne mogłoby być życie, kiedy mieszkałabym sama. Nie musiałabym się ograniczać do bonieistycznych zachcianek współlokatorów, do ich botakistycznych zakazów i bokoniecdyskusyjnych zniewag. Dochodzę jednak do wniosku, że mieszkając sama, umarłabym z głodu, gdyż wszelkie fundusze, jakie udałoby mi się zebrać przeznaczyłabym na kupowanie jeszcze większej liczby biletów niż obecnie i z tego powodu przeznaczania na nie nie 95% a 100% funduszy, co skończyłoby się tragicznie. Z drugiej jednak strony procent ten mógłby znacznie zmaleć z powodu braku konieczności opuszczania domu z przyczyn czysto psychicznych, takich jak konieczność odstresowania się od uroku mieszkania z rodzicami gdzieś jak-najdalej-stąd.

Tak więc trwam teraz w postanowieniu nie-wyłączania laptopa przez całą noc. Niestety z powodu takiego, że naprawdę źle czułabym się zasypiając z włączonym obok laptopem, mój mały bunt rozwija się o dodatkowy brak snu dzisiejszej nocy.

Jem teraz mentosy znalezione w kuchni. Nigdy nie rozumiałam systemu rodziców mówiącego, że oni mi będą kupowali całą masę bardzo średnio potrzebnych mi rzeczy, ale nie dadzą mi pieniędzy, abym kupiła sobie te, których potrzebuję. Tak też nie mogę sobie pozwolić na mini hot-doga z Pod Telegrafem w czasie codziennego czekania na przystanku busowym po szkole, kiedy wyraźnie czuję, jak mój żołądek zjada się sam, ale kiedy przyjdę do domu, w kuchni przywita mnie cała półka napchana słodyczami, które zjem dopiero kiedy w domu nie będzie chleba (przecież nie pójdę do sklepu, aby go kupić „za moje”), lub w chwilach wyjątkowej irytacji takiej jak ta. Coraz bardziej nie lubię słodyczy. Drugim przykładem jest cała kolekcja słitaśnych bluzeczek, które mi matka kupuje co jakiś czas bezokazyjnie – zupełnie jakby zapominała, że na ogół mam zupełnie inny gust od niej i pomimo że wydała na nie trochę kasy, ja i tak będę traktować jako „domownice”, czyli bluzki zakładane wtedy, kiedy mi jest już zupełnie obojętne, jak wyglądam i czy to, co mam na sobie ma prawo się ubrudzić i zniszczyć, czy jednak wolałabym, aby posłużyło mi trochę dłużej. Wolałabym chociaż raz zamiast takiej właśnie bluzeczki, które już mi się, szczerze mówiąc, nie mieszczą w półce, dostać myszkę do laptopa za 20 złoty z Tesco. Ach, zapomniałabym, że przecież matka nie może wspomagać dzieła szatana… Udało mi się za to przekonać matkę, aby przestała kupować mi głupie srebrne pierścionki, które teraz leżą gdzieś tam i się kurzą, nie założone ani razu. Nie chciałby ich ktoś? Wszystkie są brzydkie.

Niestety jeszcze nie udało mi się znaleźć argumentu, który byłby mocniejszy od „bo nie”. Mój pesymistyczny sposób myślenia podpowiada mi, że jest to niemożliwe. Ostatnia iskierka nadziei została mi jeszcze – nadziei, że w przyszłości nie będę miała konieczności wysłuchiwania tak często tych znienawidzonych przeze mnie słów.

Więcej

Się nie załamywać

Czym dłużej żyje na tym pełnym ironii i hipokryzji świecie tym mocniej upewniam się w twierdzeniu, że wyrobiłam sobie niezłą wytrzymałość. Coraz rzadziej krytykuję, coraz częściej zamiast z czymś walczyć, po prostu daję sobie z tym spokój i ulegam, bądź nie, idąc dalej. I jakoś tak nic mnie nie złamało jeszcze…

Może to jakieś otępienie moralne, może to rozwijająca się wewnątrz umysłu szerokopojęta głupota, ale z każdym dniem na coraz więcej przeciwności losu reaguję neutralnie, tak bardzo mi z ich powodu wszystko jedno… Rzeczy, które jeszcze rok czy dwa temu mogłyby mnie zniszczyć, teraz przyjmuję do wiadomości ze spokojem, ulegam im.

Nie walczę. Nie mam dość siły, aby dostosowywać cały świat wokół mnie do swoich potrzeb. I kim ja jestem aby na siłę zmieniać ludzi ustawionych niewygodnie względem mnie? Czasami po prostu trzeba dać sobie spokój, dla własnego komfortu. Kiedy siostra rozgłosiła swoją muzykę, zamiast kazać jej ją chociaż trochę ściszyć, lepszym rozwiązaniem jest nałożenie szczelnych słuchawek – nawet jeśli jest to dyskomfort związany z ich noszeniem oraz konieczność włączenia muzyki dość głośno, kiedy chciałoby się posiedzieć we względnej ciszy, to przynajmniej oszczędzi się gardła, energii i uniknie siniaków wynikłych z delikatnego zwrócenia uwagi siostrze, które i tak nic nie da. Babcia wchodzi bez pukania do pokoju, przerywając mi rozmyślanie i pisanie, pytając o sposób zmazania długopisu, którym pomyłkowo napisała rozkład busów w książeczce ubezpieczeniowej, czy jakiejśtam innej. Zamykam drzwi po jej wyjściu. Po chwili wchodzi tata, cośtam mówi, a ja lekko odchylam jedną słuchawkę. Zamykam za nim drzwi. Wchodzi siostra, kradnie mój zeszyt od historii sztuki, z wielkim wyrzutem, że zabrałam jej go (no co, zobaczyłam, że leży porzucony na podłodze w korytarzu). Kiedy wychodzi, zamykam za nią drzwi. Nawet już nie tłumaczę im, że drzwi po to zostały wymyślone, aby można je było zamknąć, a że w takim stanie były przed ich przyjściem, to takimi też chciałabym je zobaczyć po ich wyjściu.

W szkole oceny takie średnie, ale już nawet nie staram się ich podnosić za wszelką cenę. Jeszcze w gimnazjum robiłam wszystko, aby mieć same piątki, a liczbę czwórek ograniczyć do maks trzech. Możliwości dostania oceny dostatecznej nie dopuszczałam. Byłaby to dla mnie hańba, oznaka okazania wyjątkowych braków w wiedzy, niedokształcenia, niekompetencji szkolnej… Teraz trójki jedynie smucą, a z niektórych przedmiotów nawet przynoszą ulgę. Oczywiście wiadomo, że w liceum jest więcej nauki itd., ale… moje myśli są powoli zaczynają izolować się od nauki obowiązkowej.

Więcej internetów. I więcej chwil, kiedy ich brak. Siostra odłącza ruter z własnego kaprysu, a mi nawet nie chce się iść z nią kłócić. Może przynajmniej oszczędzę tą całą masę czasu poświęcaną dzień w dzień na odświeżaniu kolejnych stron w przeglądarce. I na bezcelowych rozmowach z ludźmi, którzy nie są dla mnie jakoś specjalnie ważni, a wzięli sobie za cel dość częste pytanie mnie „co słychać”, na które ja niezależnie od nastroju odpowiadam np. „w porządku”, dodając na końcu dwukropek i nawias zamykający, bądź duże „D”, co ma upewnić rozmówcę w prawdziwości wszystkiego napisanego wcześniej. Nienawidzę emotikon, ale skoro ich pisanie ma wytworzyć w umyśle adresata dobrą opinię o mnie, to przełamuję się i je stawiam. Kiedyś uznałabym to za bycie fałszywą, teraz używam tego jako swego rodzaju obrony własnej. To jakby ulepić sobie przed domem fortyfikację z gówna. Nadal gdzieś tam we mnie siedzi nienawiść do stawiania znaków interpunkcyjnych tam, gdzie nie powinno ich być, jednak nie każdy zasługuje na to, abym o to dbała, a skoro niektórzy przez długi czas wypominali mi brak emotikon, to chyba zasypywanie ich dwukropkami i nawiasami jest spełnieniem ich marzeń, niezależnie od tego, czy nie będzie to graniem na ich uczuciach.

Wróciłam do 3-4godzinnego trybu snu. Nie jadam kolacji, a obiady też sobie czasem daruję. Spać i jeść chce mi się tylko w szkole na nudnych lekcjach, więc generalnie nie ciągnie mnie jakoś do zaspokajania tych wielce ważnych potrzeb w poradnikowo optymalnym czasie. Trochę źle się przy tym czuję i łapię zamuły, jednak ćwiczę moją wytrzymałość.

W końcu to chyba jedyna moja rozwinięta umiejętność.

Mogłaby się przydać w przyszłości. Czyż nie każdy pracodawca chciałby mieć pracownika, któremu wystarczą cztery godziny snu na dobę, nie wymaga dużych ilości jedzenia i jest wielce otwarty na miłe i wesołe podróże środkami publicznego transportu, bogatymi w brak powietrza i ciekawą faunę i florę?

Przyszłość mnie załamuje. W sumie to nie liczę na jakiś specjalnie zajebisty fjuczer, aczkolwiek jego najprawdopodobniejsza wersja mogłaby nie być taka identyczna z tą najgorszą – myślenie o tym boli.

Więcej

Życie

Ja rozumiem, że gdyby życie było prostą drogą bez skrzyżowań, rozstajów, rozwidleń, etc. musiałoby być beznadziejnie nudne, jednak w sytuacji, kiedy po raz setny wracam do tego samego rozwidlenia czasami sie zastanwiam, czy nie lepiej by było przejechac autostradą – szybko i bezproblemowo. Podobno powinnam zacząć myśleć pozytywnie. Problem polega na tym, że gdybym nagle zaczęła cieszyć sie każdą chwilą, zabiłby mnie nadmiar chwil z przeszłości, które zostały zmarnowane (choćby na słynnym patrzeniu się w sufit). Innym sposobem jest zamknięcie jakiegoś etapu życia. Do końca szkoły mam jeszcze ponad 2 lata (co jest dla mnie wyznacznikiem daty przestawienia się na inny tryb życia, ze sposobem myślenia włącznie – co zresztą przyjdzie odruchowo jako efekt uboczny zmian). Gdybym była bardzo zdesperowana, mogłabym zmienić wszystko teraz – wszak tyle sposobów na wywrócenia życia do góry nogami istnieje, a tak wiele można jeszcze wymyślić. Jednak na razie jeszcze jakoś się trzymam i co najwyżej mogę powoli przygotowywać się do zmian, pofragmentalnie odrzucając światopogląd pozostały z dzieciństwa, pochodzący głównie z zewnątrz – przez wpływy innych ludzi, którzy zawsze stali nade mną. Teraz, po latach, zaczynam wierzyć, że wszyscy są sobie równi. Izokefalizm.

Mniej więcej tyle udało mi się napisać na telefonie, w celu opublikowania tego w miniblogu. Jednak internet w mojej komórce nie dopuścił do tego czynu i z tego niedługiego wpisu pozostało tylko kilka pierwszych linijek. Aby jednak wpis nie był za krótki dodam jeszcze trochę, kilkanaście godzin później.

Przez kilka ostatnich dni miałam dość dobry nastrój. Według paru osób jest to ściśle powiązane z tym, że zwiększyłam o kilka godzin (można nawet powiedzieć, że podwoiłam) czas snu. Ja jednak raczej nie byłabym tego taka pewna. Już prędzej można by to połączyć z faktem, że temperatura się trochę podniosła, a to całe białe gówno, zwane śniegiem, zaczyna się cudownie roztapiać, wypuszczając powoli śladowe ilości zapachu wiosny, którego nie da się porównać do żadnego innego i jest to chyba jeden z najprzyjemniejszych zapachów, jakie przyroda nam oferuje w swojej szerokiej gamie. Gdybym go miała porównać do jakiegoś uczucia, byłaby to na pewno tęsknota. Zawsze, kiedy stopnieje śnieg, zaczynają mi się przypominać wszystkie chwile – choć głównie te przyjemne – które gdzieś tam utknęły pod białą pierzyną pamięci, symbolizowaną przez śnieg, który zakrył je mocniej niż kurz, osiadły na nich z powodu zapomnienia. I właśnie, kiedy ten śnieg topnieje, spływa wraz z kurzem ze wspomnień, wyrzuca je na wierzch i sprawia, że przestaje się myśleć, o tym, co dotyczy przyszłości i teraźniejszości. Co prawda na zewnątrz śniegu jest jeszcze nieprzyjemnie dużo, ale już pojawiają się nadzieje, że ilość ta nie wzrośnie aż do następnej zimy.

I niestety – jak to zwykle ja – wpadłam wczoraj wieczorem (choć pewnie większość tą porę nazwałaby jednogłośnie nocą) w tak beznadziejny nastrój, że nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Gdyby mnie jeszcze głowa nie bolała, może przynajmniej spróbowałabym zasnąć. Poza tym – noc z soboty na niedziele to najlepszy czas aby się wziąć za coś twórczego. Dzięki temu, że wszyscy wtedy śpią, oraz temu, że nie muszę następnego dnia wstać przed świtem, miałam prawie nieograniczoną ilość czasu na choćby otwarcie Photoshopa i stworzenie czegokolwiek. Tak, tworzenie zawsze (albo prawie zawsze) poprawia mi nastrój. A co ja zrobiłam? Przez trzy godziny męczyłam się patrząc beznamiętnym wzrokiem w ekran, odświeżając po kolei pootwierane karty w przeglądarce. Bardzo chciało mi się rozmawiać. Jednak wszelkie rozmowy kończyły się na monologach jednej ze stron. Byłam w nastroju nieprzysiadalnym. Nawet nie pojawiła się typowa dla takiej sytuacji nieopanowywalna potrzeba wyjścia na zewnątrz i włóczenia się bez celu, której to potrzeby jeszcze nigdy nie miałam okazji zaspokoić. 4w5 bez możliwości. Z jednej strony chciałam mieć kogoś przy sobie, z drugiej chciałam być sama. Całkowicie sama – jedna jedyna w pustej przestrzeni. W końcu przypięłam tablet, otworzyłam Photoszopa i zaczęłam pisać ręcznie różne nieprzyjemne rzeczy. Trochę pomogło. A przynajmniej na tyle, ze zebrałam się wreszcie spać. Jednak jeszcze dręczyły mnie myśli.

Teraz, na szczęście, wszystko powoli zaczyna się uspokajać. Co prawda, nadal jestem przygnieciona masą obowiązków. Powoli staram się kasować u siebie głupi odruch przerzucania części z nich na innych. Skoro nie da się odpocząć, należy zacząć ćwiczyć, aby zwiększyć wytrzymałość. Ktoś kiedyś powiedział, że jest się tym, kim chce się być. Nawet jeśli to nieprawda, to chcę w to wierzyć. Okłamię samą siebie, wmówię to sobie. Jakiś czas temu przypomniało m się, ze za czasów gimnazjum zawsze chciałam być kimś innym. „If you don’t like where you are, then change it. You are not a tree”.

Wszystko się szybko zmienia. Wszystko się zmienia coraz szybciej.

Więcej

Rilejtyd

Kompletnie, ale to kompletnie nie chce mi się spać. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, ze czegokolwiek innego robić też mi się nie chce. Zarówno dzisiaj, jak i wczoraj nie działo się absolutnie nic ciekawego. Na dłuższą metę to naprawdę demotywuje. Poza tym odkryłam w sobie kolejną bardzo niekorzystną cechę. A jest nią zbyt mocno utwierdzona niewiara w ludzi. I nie mówię tu o losowych osobach napotykanych przypadkowo, krótkich znajomościach i tych, których niekoniecznie lubię, a o węższym gronie bliskich znajomych.

Dzisiaj udowodniłam tą niewiarę w bardzo typowy sposób. Kiedy okazało się, że moje fundusze na telefonie są na tyle niskie, że niemożliwym było zadzwonienie, postanowiłam pozostać w domu, zamiast spotkać się ze znajomymi. Powód był jasny – nie wiedziałam, gdzie pójdą, a bus, którym zdążyłabym na ustaloną godzinę do Kielc odjechał za wcześnie, co sprawiło, że musiałabym jechać następnym, dzięki czemu spóźniłabym się i mogłabym nikogo nie zastać w umówionym miejscu. Taki głupi powód – kwestia kilkudziesięciu minut, a jednak dostateczny aby zrujnować mi całą sobotę. Już wolałabym aby znajomi zapomnieli o mnie i nie zwrócili uwagi na brak mojej osoby. A jednak nie – zadzwonili pół godziny później, pytając, gdzie jestem. Ponieważ dostanie się do Kielc zabrałoby mi około 2 godzin, uwzględniając czekanie na kolejnego busa, zrezygnowałam z opuszczania domu tej soboty. Jednak sam fakt, że zadzwonili, że tak bezsensownie uznałam wcześniej, że gdzieś sobie pójdą, nie dając znaku, gdzie… Czuję się, jak idiotka. Niewarta zaufania. Czuję się, jakbym ich zdradziła, zmieszała z błotem zaufanie, którym naturalnie obdarza się osoby, które jednak zajmują jakieś miejsce w naszym życiu.

Było też kilka innych sytuacji dzisiejszego dnia, w których naprawdę głupio się poczułam. Nie lubię nikogo rozczarowywać i chyba to nie jet niczym wyjątkowym. Nikt nie lubi tracić w oczach ludzi bliskich, zwłaszcza w tak beznadziejny sposób, jakim jest przejawianie braku zaufania.

Tak, kurwa, wiem, że za bardzo dramatyzuję. Słyszałam tą uwagę już tyle razy, że już sama się odruchowo karcę. A może po prostu za bardzo mi na wszystkim zależy, co jest zresztą odwrotnie proporcjonalne do tego, co w związku z tym robię.

Najgorsze jest jednak to, że – jak dzisiaj się dowiedziałam – nie umiem wyrazić tego, co myślę. Oczywiście nie mam na myśli pisania na blogu – tutaj jest wręcz odwrotnie, słowa same sklejają mi się w miarę sensowne i całkowicie zgodne z moimi myślami zdania. Jak się jednak okazuje – w rzeczywistości nie potrafię wyrazić się jasno na dany temat, a zapytana o coś bardziej osobistego, choć niekoniecznie wymagającego zatajenia, nie potrafię wyłapać słów spośród plątaniny myśli. Wszystko wewnątrz mojej świadomości rozsypuje się i chowa po kątach, gdzie w ciszy czeka, aż za kilka godzin wszystko się uspokoi i pozbiera z powrotem do kupy. W każdym razie, wracając do tej sprzeczności w wyrażaniu siebie tutaj i „na zewnątrz”…

Zawsze zastanawiała mnie co sprawia, że po długotrwałym wykonywaniu jakiejś czynności człowiek się albo do tego przyzwyczaja i nie może przestać, albo powoli zaczyna się mu to nudzić. Jeśli jednym z powodów, dlaczego w życiu realnym nie mogę wyrazić swoich myśli tak, jak one wyglądają naprawdę, jest to, że tutaj je wyrażam z taką łatwością, to dlaczego wyostrzyłam, zawęziłam swoją „tolerancję” miejsca do tego się nadającego, a nie na przykład przyzwyczaiłam się do tej czynności na tyle, aby miejsce to było mi obojętne. To jest naprawdę skomplikowane, aczkolwiek myślę, że to problem na tyle oczywisty, że niewątpliwym jest, że rozważała nad tym mądrość tego świata i wyjaśnienie tej zależności musiało się przynajmniej raz pojawić gdzieś oficjalnie. Jednak czy ja wyglądam na osobę, której chciałoby się tego szukać? Najbardziej leniwi ludzie myślą samodzielnie.

Z kolei bywają też chwilę, kiedy czuję się mądra. Jednak, absurdalnie, dzieje się to głównie wtedy, kiedy przed oczami staje mi idiotyzm innych ludzi (absurdalnie, ponieważ sama świadomość tego powodu sprawia, że jednocześnie czuję się głupia). Takim najprostszym sposobem jest choćby wchodzenie na strony typu demotywatory, gdzie bardzo mądrzy ludzie dzielą się z innymi mądrymi ludźmi swoim cierpieniem związanym z obecnością w ich otoczeniu ludzi względnie (porównując do nich samych, oczywiście) głupich. Czasami jednak dowartościowujący idiotyzm rzeczy pisanych przez niektórych ludzi (samych autorów nie będę oceniać) spada mi prosto z nieba w postaci choćby takiej. To takie egoistyczne czerpać poczucie własnej wartości z uznawania innych za gorszych, a tak często się na tym przyłapuję. Jednak czym to można zastąpić? Tak trudno uwierzyć komuś nieposiadającemu odpowiednich argumentów, że nie jest się głupim. Tak trudno zaufać.

I tutaj temat ładnie zatoczył koło. To cudowne, że w tak pojebanym świecie wszystko jednak się ze sobą w jakiś sposób łączy, tworząc jedną, potajemnie harmonijną i spójną całość.

A teraz powiedzcie, że udało mi się ograniczyć emonarzekanie do nietrzycyfrowego procenta.

Więcej

Mucha mi łazi po monitorze

Miałam cudowny plan. Polegał – a raczej: miał polegać – on na pisaniu joga przez telefon. I wszystko byłoby pięknie (pomijając fakt, że wydałam 10 zł na internety, i spędziłam te kilkadziesiąt minut czekając, aż z tą niesamowitą prędkością otworzy się strona i za którymś tam razem nawet będzie się dało zalogować) gdyby nie taki drobny, mały szczegół – w formularzu na wpis może się znaleźć maksymalnie 1000 znaków. A ponieważ chyba każdy, kto odwiedza tego bloga widzi, jaka jest średnia długość moich postów, można śmiało stwierdzić, że te 1000 znaków to kilka-kilkanaście razy za mało. Tak więc komputer jednak jest mi niezbędny do zalewania tego wysypiska coraz to nowszymi porcjami śmieci. I tu pojawia się jeden mikroskopijnej wielkości problem: laptop mi umarł. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie [*].

Jest godzina druga. W tym momencie śpię, lekcje są pięknie odrobione, a doskonałość moich ocen nie wymaga żadnych popraw. Życie jest piękne, wszystko układa mi się po mojej myśli, a wesołe jednorożce skaczą po tęczy w chmurach motyli i zapachu pierwszych wiosennych kwiatków. Letni łagodny wietrzyk targa ich gładkie grzywy, a tętent ich kopyt wesoło rozbrzmiewa pomiędzy zielonymi górami i dolinami. Czarnoziem lessowy za panowania Władysława Łokietka dysocjuje za pomocą drugiego okresu warunkowego w rozkład jazdy francuskich pociągów a następnie utlenia się adiabatyczną przemianą gazową di-3,4-bromoetylohitlan-2-olu i cierpiąc wraz z młodym Werterem oblicza podobieństwo katedry wawelskiej do lampy błyskowej za 100 zł z allegro.

Skoro już wprowadzenie do tematu mam za sobą, mogę wziąć się za narzekanie (wszak wszyscy je tak kochają). Od poprzedniej emo-notki praktycznie nic się nie zmieniło, poza nieznacznym, zmniejszeniem się ilości pomysłów na życie (- nie masz pomysłu? kup go! – sry, nie stać mnie). Nadal świadomość bycia bezrobotna wierci mi powoli dziurę w czaszce, a brak zarówno pieniędzy jak i laptopa tylko krępuje mi ręce. Gdyby jeszcze ten zupełnie nieznaczny fakt, że rodzice doskonale dali mi do zrozumienia, że czego nie dotknę, to się rozpadnie (choćby tym a-jakże-nie pociesznym i uroczym określeniem mojej osoby „nieudacznicą”) i za pomocą motywujących słów krytyki moich działań typu: założenie sobie konta w banku w dwa dni po moich 18 urodzinach bez ich wiedzy, polegających na absolutnym potępieniu tego działania sprawili, że odechciało mi się za cokolwiek zabierać.

Cierpliwie czekam, aż skończę tą szkołę, pójdę na studia i znajdę sobie jakąś słitaśną stancję na drugim końcu polski, odgradzając się tym samym od rodzinki, za którą będę tęskniła całymi dniami i nocami. A tak na poważnie, to o ile w tym momencie udało mi się uspokoić, to jeszcze kilka godzin temu ociekałam złością i mało brakowało, a mój telefon przytuliłby się z podłogą o kilkaset metrów na sekundę za szybko. Tak więc, zaciskając pięści, sięgnęłam po książkę do historii i zaczęłam uzupełniać moje braki w wiedzy na temat Władysława Łokietka i mu podobnych. I nie wiem, czy to cudowny zapach rozcieńczalnika naturalnego, osiadłego na stronach ww. podręcznika podczas wtorkowej lekcji grafiki, czy to może działalność nasenna treści książki, ale w końcu udało mi się dojść do siebie i powziąć decyzję o jednak-nie-zmienianiu-planów, jeśli chodzi o nie poświęcenie dzisiejszej nocy na tą niezwykle absurdalną, choć dla większości społeczeństwa najważniejszą czynność – sen.

Ale najgorsze jest to uczucie kiedy pojawiają się jednocześnie smutek, żal, złość, gniew i łzy oraz wewnętrzny głos, który bezsensownie – bo zbyt cicho – próbuje je uspokoić, wrzeszcząc, że przecież nie jest tak źle. Ale skoro i tak mi nigdy nic w życiu nie wyjdzie, to czy jest sens starania się? Tak, ale najpierw trzeba uciec.

Czy to normalne, że coś mi się robi, kiedy słyszę „Era poczta głosowa”?

Więcej

Troche o nołlajfieniu

Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam – nie ma nic równie wkurwiającego, irytującego i odbierającego wszystko, co pozytywne w życiu jak brak prywatności. Pewnie większość osób, które to czyta nie zgodzi się ze mną. Znaczna część czytelników (skoro już uznaliśmy, że takowi istnieją) pewnie nie wie, co to nieograniczona potrzeba pobycia samemu w chwili, kiedy jest to niemożliwe. No bo co to za problem dla nich zamknąć się w pokoju na klucz i poczekać, aż świat na zewnątrz i wewnątrz się uspokoi a krzyczące myśli ucichną. Ja niestety jestem w tej niekomfortowej sytuacji, kiedy tak zwany „czas dla siebie” ogranicza się do około pięciu godzin między 0 a 6 w nocy, z czego minimum 8 (jak głoszą mądrzy lekarze i mądre książki, mądre media i cała reszta mądrości tego świata) powinnam przeznaczyć na sen. Co daje mi około minus dwie godziny czasu dla siebie dziennie. Nie jest to optymalna liczba. Na szczęście ja nie zaliczam się do wyżej wspomnianych mądrych i żyje sobie swoim własnym, podobno destrukcyjnym, rytmem. Wracam ze szkoły, czekam do tej północy aż wszyscy wylezą z mojego pokoju, starając się stoicko znosić obecność w nim osób, które nie zawsze chciałabym tam widzieć i dopiero po tym rozpoczyna się mój dzień. Mój niezwykle krótki dzień. Na tyle krótki, abym nie mogła się zabrać za cokolwiek, co mogłoby mi zająć więcej czasu. Ta chwila (bo w porównaniu z całym przeczekanym dniem to nic) jest przepełniona czujnością, aby przypadkiem ktoś nie usłyszał, że nie śpię. Patrząc na pozytywne strony takiego trybu – no cóż – noc to jedyna pora, kiedy naprawdę nie chce mi się spać oraz czasami tak dla odmiany pojawiają mi się jakiekolwiek pomysły. Jednak czuję, że długo tak nie wytrzymam. Po każdym dniu jego zmarnowanie woła o pomstę do nieba a pożałowania godne nołlajfienie wyraźnie przybija mnie do dna.

Każdego dnia biję się z myślami. Z jednej strony szukam sposobu, jak wydostać się z tego bagna, z drugiej jestem zbyt leniwa i czasami za bardzo cierpliwa, aby cokolwiek zmienić. Może gdzieś tam w głębi liczę na to, że wszystko zmieni się samo, że wydarzy się jakieś kluczowe zdarzenie, które sprawi, że wszystko nagle się ułoży. Jednak bywają momenty, kiedy chciałabym chociaż przez kilkadziesiąt minut pobyć sama z moimi chaotycznymi myślami i powoli, bez żadnych przeszkód je nieco poukładać. Teraz powinien pojawić się chórek osób radzących wyjść na spacer czy coś w tym stylu. Powodów do nie-zrobienia tego jest zbyt wiele, aby w ogóle rozważać taką możliwość. Już pomijając fakt, że nie miałabym dokąd iść – nienawidzę mojego miasta i nie przepadam za większością ludzi stąd (tak, czytajcie to, przecież wiecie, że to prawda) – samo wyjście z domu mogłoby okazać się nieco problematyczne. Dłuższe dyskusje z rodzicami nie należą do przyjemności, a odpowiadanie na wianuszek pytań z nim związanych zakończyłoby się co najmniej negatywnie. Tym, co mi pozostaje jest nieco-dłuższe-niż-to-konieczne siedzenie w łazience. Omijam wtedy wzrokiem lustro – moje odbicie nie powinno tego zobaczyć. Popatrzyłoby tylko na mnie kpiącym wzrokiem, mówiąc, że sama się w to wpakowałam, wybierając sobie taką drogę życia.

Tym, co mnie interesuje jest przyszłość. W miarę cierpliwie czekam (wszak jestem oazą spokoju…), aż skończę szkołę i wyniosę się z tego zadupia. Staram się nie dopuszczać do siebie myśli, że pewnie zabraknie mi funduszy na jakieś porządne studia – o tych wymarzonych to już nawet nie wspomnę (zresztą – prawdopodobieństwo, że się tam dostanę jest tak małe, że nie powinnam w ogóle brać tej możliwości pod uwagę, aczkolwiek staram się o tym nie myśleć). Oficjalnie jestem już pełnoletnia, więc mogę i dodać drugie określenie; bezrobotna. Z moim bezgranicznym zapałem do pracy to się pewnie długo nie zmieni. I będę sobie tak gniła, co jakiś czas przeżywając milsze chwile, aby przez resztę chwil bardziej się dołować. I będę sobie gniła, narzekając, naprzemiennie z pisaniem, że wszystko jest okej i dla potwierdzenia wysyłając zestaw „dwukropek+nawias zamykający”. I będę sobie gniła, a zegar będzie sobie tykał, a ptaszki będą sobie latały za oknem, a ludzie będą przegrywać i wygrywać swoim kosztem nawzajem, a tak sobie będzie życie mijało…

Więcej

Emo negatywna notka, ale mi się nudziło

Chyba zacznę tutaj pisać częściej. Pisanie pozwala poukładać myśli, uznać zakończone sprawy za zakończone, bez konsekwencji wywalić z siebie to wszystko, czego dzieleniem się z dowolną jedną osobą mogłoby spowodować dla niej niekorzystne skutki. Obecnie mam zły mood. Oznacza to tyle, że ten wpis nie wyróżni się jakimkolwiek sensem, oraz że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że zaraz uznam, że to nie ma sensu i zamknę kartę bez zapisywania.

Ja już nie ogarniam. Chyba zaczęłam się cofać w rozwoju, gdyż powróciłam do stanu sprzed kilku lat, kiedy to moim głównym celem w życiu było uciec z tego zadupia, jak najdalej się da. A ponieważ przede mną jeszcze 2,5 roku liceum, prędko nie będę miała tej możliwości. To mnie dołuje najbardziej. Niby staram się o tym nie myśleć i udawać, że jestem w stanie cieszyć się chwilą obecną, ale bywają chwile takie jak ta – podczas nich przypomina mi się, w jakiej sytuacji obecnie jestem, a że myśli o tym były blokowane, to teraz się skumulowały i nie dają mi spokoju. Drugą z kolei najgorszą rzeczą jest to, że jeśli nic się nie zmieni, to po przeczekaniu tych dwóch lat nigdzie się stąd nie ruszę z powodu braku jakichkolwiek finansów. Nie ma nic równie przerażającego jak przyszłość. Zawsze zazdrościłam ludziom z fobiami takimi jak np. lęk przed pająkami – oni mają szansę nie doczekać się spotkania z tym, czego się boją. Ja cholerną przyszłość spotykam co chwilę, czuję, jak się zbliża, wiem, że nie da się jej uniknąć. Dobrze, wiem, że da, ale desperatem nie jestem. I niech tak zostanie. Wracając do tematu – doskonale wiem, że martwię się tym zawczasu, ale często chodzą mi po głowie negatywne myśli odnośnie moich szans dostania się na jakiekolwiek studia. Nie mam zamiaru „zimować” w tym zadupiu ani dzień dłużej, niż jest to konieczne, więc jeśli nie wyjdzie z dostaniem się tam, gdzie chcę, to zostanę w głębokim bagnie.

Bądź co bądź, mógłby już być rok 2013. Albo nawet jeszcze następny. Patrząc pozytywnie, skończyłabym szkołę, dostałabym się na wymarzone studia i znalazłabym sobie jakiś domek czy tam stancję, gdzie żyłabym sobie długo i szczęśliwie przez x lat studiów, mając wyjebane na cały ten na wszystkie cztery strony popierdolony świat, wreszcie mając swój kawałek przestrzeni – swój własny, tylko dla siebie – o którym zawsze tak marzyłam, posiadając swoje własne, niezależne życie, z obowiązkami, które ustalałabym sobie sama… I tutaj coś nie pasuje, bo tak wymienione życie nie zgadzałoby się z główną zasadą rządzącą tym światem – „zawsze, kiedy zaczyna być idealnie, coś musi się zjebać”.

Czuję destrukcyjny brak własnego miejsca. Nie ma nic gorszego niż brak prywatności. Ponieważ pomieszczenie zwane potocznie „moim pokojem” staje się w rzeczywistości moje dopiero po północy (a czasami nawet później), kiedy to udaje mi się wywalić za drzwi ostatnią przebywającą w nim osobę, a wstać muszę już o godzinie 6, mam zaledwie 6 godzin życia dla siebie. Niestety minimum dwie muszę przeznaczyć na sen, którego tak bardzo nienawidzę i który odbiera mi resztki energii jakie udaje mi się zebrać za dnia. Chciałabym nie musieć spać. W sumie mogłabym nie spać wcale, ale gdyby ktokolwiek z rodziny się o tym dowiedział, miałabym przesrane. Nie przespanie jednej nocy zaowocowało jedynie zgonowaniem na pierwszych dwóch godzinach lekcyjnych następnego dnia, więc może i opłacałoby się ograniczyć sen do kilku godzin raz na dwa dni. Dzięki temu zaoszczędziłabym kilka godzin życia i może miałabym go chociaż w połowie tak dużo jak moi znajomi, co sprawiłoby, że nie musiałabym męczyć się z jebanym uczuciem zazdrości za każdym razem kiedy ktoś powie, że jest lub będzie sam w domu. Najważniejsze to przetrwać te dwa i pół roku na nieżyciowych warunkach, a potem – wmawiam, sobie, że w to wierzę – będzie z górki i życie na nowo nabierze sensu.

Za kilka dni moja osiemnastka. Jeszcze rok temu tak się podniecałam myślą, jak to będzie niesamowicie, kiedy będę pełnoletnia i będę mogła robić, co chcę. Jednak czym bliżej tego dnia, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to niczego nie zmieni. Nadal nie będę mogła wywalać zbędnych mi ludzi z własnego pokoju, nadal będę musiała siedzieć na tym zadupiu i tłumaczyć się z każdego, choćby najkrótszego wyjścia rodzicom. No bo co z tego, że będę pełnoletnia, skoro mieszkam w ich domu i jestem ich córką, co sprawia, że muszą dokładnie wiedzieć, gdzie idę, co będę robić, kto tam będzie, o której wrócę i dlaczego AŻ o dwudziestej a nie na przykład o siedemnastej. I dlaczego mam wrażenie, że kiedy -któregoś pięknego poranka – oświadczę im, że właśnie wyjeżdżam na kilka dni, oni zrobią miny ilustrujące „wtf?” i zacznie się niemająca końca argumentacja, dlaczego tego nie zrobię. I dlaczego również mam wrażenie, że jak tylko stuknie mi osiemnastka, nie minie wiele czasu, aż zacznę sobie wypominać, że taka stara krowa ze mnie, a nadal nie znalazłam sobie pracy…

Dobra, koniec emokowania. Plan na teraz: przetrwać te 2,5 roku, wierząc, że później będzie wspaniale i pięknie, a potem zrobić wszystko aby się nie zawieść.

Więcej

I cały tydzień przerwy wyparował bezszelestnie

Miałam to napisać już kilka dni temu, ale jakoś tak zebrać się nie mogłam. Dzień jest taki krótki, kiedy zaczyna się o 15. W sumie to tylko o kilka godzin dłuższy niż w czasie, kiedy cały poranek, południe, dzień i wieczór trzeba poświęcić na szkołę. Jedyna różnica polega na tym, że stosik z zeszytami, który odłożyłam sobie na miejsce które widać w którąkolwiek stronę bym nie patrzyła, się nie powiększa. Stosik ten nosi wdzięczną nazwę „tutaj jest coś zadane i trzeba to zrobić na „przed świętami”. Oczywiście jak na razie zajmuje się tylko teoretycznym odrabianiem zaległości – mam tu na myśli myślenie o tym, jak tego dużo i zastanawianie się, czy da się to w jakikolwiek sposób zrobić, oraz niemoc zabrania się za to. Jak to kiedyś ktoś powiedział – jeden dzień nieobecności to tydzień nadrabiania. Mnie nie było jakieś 3-4 dni przed świętami i nie sądzę, aby mój niezwykle pożałowania godny zapał do pracy pozwolił mi się za to zabrać. I nawet jeśli tak naprawdę jest tego na tyle mało, że mieści się to w granicach wykonalności, to i tak coś mi mówi, że te zeszyty jeszcze będą tam leżały aż do momentu kiedy powiem sobie „pierdolę nie robię” i wrzucę je do plecaka, nawet nie zaglądając do środka. Może gdyby ten stosik był o połowę niższy, uporałabym się z tym już pierwszego dnia. Jednak przy tej wysokości strach go nawet tknąć palcem. Tyle jeśli chodzi o obecny stan moich zaległości.

Przerwa świąteczna powoli ma się ku końcowi. Procent wykonania zaplanowanych na ten czas rzeczy nie zmienił się od chwili ich zaplanowania i nadal nie wynosi sumy dodatniej. Nie mówię tutaj już tylko o szkole (wszak o tym było wyżej), ale i o wykonaniu wszelkich innych prac – choćby były nie wiem, jak przyjemne. Tak więc mój tablet zmienił swoją funkcję na dekoracyjną, a poziom „zmęczenia tym wszystkim” nadal jest na takim wysokim poziomie, na jakim stoi od kilku miesięcy. W sumie to nawet się podniósł. Choć spałam nawet dwa razy dłużej niż normalnie (taa, jeśli „normą” ustalić najwyższą wartość), nie czuje się jakoś specjalnie wypoczęta, a wręcz chce mi się spać. Zasnąć i obudzić się w blasku wakacyjnego słońca sączącego się przez okna i zachęcającego do wyjścia z domu. Może to wyżej wymieniony stosik zeszytów emanuje złą energią, która nie pozwala mi odpocząć, nawet podczas snu? Poza tym często czuje się, jakby moje życie polegało na codziennej imprezie. Nie lubię imprez. Pewnie spowodowane jest to tym, że dzień w dzień mój pokój jest okupowany przez zgraje pasożytów, jaką w tym przypadku jest bardzo niechciana rodzinka. Duże ilości naraz rodzinki. Dlatego tak bardzo kocham noc – ten moment, kiedy wszyscy śpią, mój pokój mam tylko i wyłącznie dla siebie i wreszcie mogę spokojnie pomyśleć i pozastanawiać się nad tym wszystkim. Martwi mnie, że już za kilka dni będę musiała większość tego pięknego czasu przeznaczyć na – potencjalnie zbędny mi – sen. Nienawidzę spać. Człowiek w nocy jest wypoczęty i pełen energii, ale musi zmusić się do zaśnięcia, gdyż wie, że inaczej następnego dnia – jak głoszą legendy i lekarze (w sumie jeden chuj) – będzie wyglądał i zachowywał się jak zombie. Paręnaście razy zdarzyło mi się doznać braku snu, jednak nigdy owe legendy się w moim przypadku nie sprawdziły, a skutek tego działania był wręcz odwrotny. Ale mniejsza, może jestem ślepa (bo jestem) i głupia (to w sumie chyba też), ale skoro jako jedyna przecze tym legendom i lekarzom, to będę chociaż udawac, że jestem normalna. I tak graficy dobrze wiedza, że mam „nie równo pod sufitem” ;p.

W sumie na dłuższa metę głupota przeszkadza. Podczas, gdy inteligentni ludzie znajdą wyjście z każdej sytuacji, człowiek, któremu bozia poskąpiła tej cechy musza długo się zastanawiać nad problemem i wytężać swój nieprzeciętnie mały i nieposkręcany móżdżek w poszukiwaniu wyjścia, które dla normalnych jest bardzo oczywiste. Podobno dramatyzuję, psychologa potrzebuję, jestem niestabilna emocjonalnie i mam nie równo pod sufitem. Czasami wolałabym tego o sobie nie wiedzieć ; /. Na szczęście jedynie czasami :3. Azaliż wżdy dla własnego i znajomych komfortu, przydałoby mi się kilka, kilkanaście, albo nawet kilkadziesiąt dodatkowych punktów IQ. To był tak zwany „drobny akapit samokrytyki, podsumowujący zdanie i innych na temat mnie i moich schiz osobistych”. Dziękuję za uwagę.

A teraz właściwa część tego wpisu, która tradycyjnie zajmie najmniej miejsca, ale musiała być poprzedzona tzw. „zbyt dużym, aby przeczytać” blokiem tekstu, sprawiającym, że osoby, które weszły na tego bloga w innym celu niż zapoznania się z moim nieszablonowym światopoglądem (czyli procent trzycyfrowy zwiedzających), zdążyłyby kliknąć na emanujący czerwienią kwadracik z iksem w rogu okna przeglądarki.

Zbliża się koniec roku. Tak, wiem, jest to fakt niesamowity i nikt z Was nie spodziewałby się, że to prawda, a przywołanie go sprawiło zamęt i poruszenie, co sprawiło, że źle się dzieje w państwie polskim. A teraz na poważnie. Przeczytałam sobie zeszłoroczny wpis podsumowujący wtedy kończący się rok i doszłam do wniosku, że albo to świat zaczął poruszać się w niezwykle wolnym tempie, albo to ja zestarzałam się podczas tego roku o co najmniej kilka lat. Jest na fejsie popularna grupa „Każdego roku uświadamiam sobie jaki głupi byłem rok wcześniej„. Ja jednak, po głębszym zastanowieniu, doszłam do wniosku, że w moim przypadku jest odwrotnie i podczas ostatnich 12-tu miesięcy cofnęłam się w rozwoju. Gdyby zeszłoroczna wersja mnie zobaczyła tą obecną, musiałabym dzwonić do kostnicy, gdyż prawdopodobnie jej facepalm przebiłby jej czaszkę na wylot, a śmiertelność tego czynu jest udowodniona naukowo. A z racji, że ostatnio powoli zaczynam wierzyć w istnienie czegos takiego jak przeznaczenie, dochodzę do wniosku, że gdyby tamta moja wersja ustrzegła się jakoś śmierci spowodowanej odkryciem przyszłości, nie potrafiłaby się przed nią ustrzec i i tak wszystko potoczyłoby się tak, jak potoczyć się miało. Zapewne pytacie, kiedy wreszcie przestanę uogólniać (>sugerowanie, że ktoś to czyta). Zamiar napisania czegoś ze szczegółami istniał na początku pisania tego postu, ale jego żywot był krótki i cierpiał niczym młody Werter. Oczywiście wszyscy wiedza, jak to się dla niego skonczyło ; ).

Trudno mi uwierzyć, że jeszcze rok temu pisałam o tym, jak to było skończyć gimnazjum – co było takim fantastycznym faktem, że od razu zachciało mi się na nowo żyć i wszędzie rozkwitły kfjotki i pąki białych róż, a słoneczko zarumieniło się niczym [tutaj wstaw dowolne porównanie homeryckie], a ptaszki zaćwierkały, a (…), i wiedział Bóg, że to było dobre. Tak, kochałam tamtą szkołę. A teraz, jak próbuje wygrzebać w odmętach mojej niezwykle płytkiej pamięci wspomnienia, które tak starannie tam zakopałam (po czym zalałam to miejsce betonem, stalą, postawiłam na tym pomnik Dżizasa i zjadłam wszystkie mapy), to aż robi mi się wesoło, że już nie muszę zapierdalać do tego chorego miejsca pełnego gimbusów, których tak niena… uwielbiam :3. I wraca mi nastrój, który mogę zatytułować „nie wiem, po co ja teraz narzekałam, życie jest piękne, nawet w chwili obecnej ^__^”.

W ogóle podczas tego roku znowu mój światopogląd, który i tak z powodu swojej niestabilności tak ciężko gdziekolwiek zaklasyfikować, przewrócił się o jakieś 180 stopni. I tak gdybym miała dopasować jakiś obrazek, który najdokładniej by go zilustrował, potrzebowałabym jakiegoś zmieniającego kolor gifa, albo najlepiej czegoś takiego. Wkurza mnie fakt, że z każdą zmianą nastroju zmieniają mi się upodobania, chęci i zamiary. I jak tu ruszyć się z miejsca, skoro za kilka minut będzie się chciało wrócić? Ale dobra, nie będę znowu narzekać (nawet, jeśli ten blog właśnie w tym celu powstał) – czas zając się przygotowaniem do zbierania się nad zastanawianiem się czy to już najwyższy czas podjąć decyzję nad zrobieniem pracy na fotografię. Stosika zeszytów nadal nie ruszam – niech sobie poleży jeszcze chwile i odpocznie – w końcu sen taki potrzebny i ważny dla każdego. Wszak mówią tak wszystkie legendy i wszyscy lekarze :3.

A tak na koniec to taka ciekawostka dla spragnionych wiedzy historycznej : ). Wiecie, że wpływy Andegawenów na sytuację Polski były dzięki małżeństwu siostry Łokietka Elżbiety z Karolem Robertem, królem Węgier? Jeśli nie, to powtórzę – wpływy Andegawenów na sytuację Polski były dzięki małżeństwu córki Łokietka Elżbiety z Karolem Albertem, królem Belgii ; ).

To tyle z mojej strony, szczęśliwego.

Więcej