Kategoria: Kultura

Niesłuszny prestiż fotografów

Kiedy w XIX wieku powstała fotografia, zaczęto ogłaszać śmierć rysunku i malarstwa. Obecnie, prawie 200 lat później, obie formy sztuki żyją i mają się dobrze. Choć plastyka w pewnym sensie umiera, nadal jest mnóstwo osób, które doceniają wszelakie dzieła, a jeszcze więcej je tworzy. Coś, co jest wyrazem uczuć, pokazem kunsztu i efektem lat nauki jest jednak przyjęte w kulturze jako forma wyższa – nawet pomimo licznych dyskusji. To samo tyczy się wszelkich poezji i tak dalej.

Co jednak z fotografią? Z tym, co towarzyszyło malarzom i rysownikom, co pozwoliło Edgarowi Degasowi malować konie w biegu, a o wiele później Chuckowi Close rysować olbrzymie portrety? Fotografia też chciała być taka fajna i pewnego dnia musiał rozpocząć się wyścig o to, kto ma większego obiektywa i więcej światełek. I w ten oto sposób, nagle z formy narzędzia reportersko-upamiętniającego, stała się samodzielną dziedziną sztuki, opisywaną do dziś w tysiącach poradników, które zawierają długie rozdziały o tym, gdzie powinna stać która lampa i jaki element powinien się znaleźć w danej części kadru. A że świat nasz długi i szeroki, tematów do zdjęć nigdy nie zabraknie, tak jak tych dziewczynek latających z aparatami po polach i torowiskach.

natura i kultura kontra fotografia

Mogę przyznać jedno – fotografia spełnia większość ról, jakie niegdyś należały tylko do form plastycznych. Można zrobić zdjęcie jakiegoś uroczego zachodu słońca i rozwiesić je oprawione w ramki nad łóżkiem. Wcale nie będzie gorszą dekoracją od tego samego zachodu słońca, malowanego w pocie czoła, kilka dni pod rząd, przez biedaka z pędzlem w dłoni. Portrety fotograficzne nawet przewyższają te rysunkowe, gdyż zamawiający nie musi obawiać się, że niewprawny rysownik przypadkiem powiększy komuś nos czy poszerzy podbródek. Ale właśnie – fotografia nie dodaje niczego nowego do tego, co jest tematem zdjęcia.

Nawet to najbardziej realistyczne malarstwo pozostawiało w dziele pewien ślad indywidualizmu artysty. Każdy człowiek dostrzega co innego w danym przedmiocie (wystarczy popatrzeć na wystawki prac uczniów Plastyka, gdzie czasem ciężko zgadnąć, czy martwa natura przedstawiona na kilku pracach to aby na pewno ta sama kompozycja) i to jest właśnie piękne. W dziele plastycznym głównej roli nie gra tak naprawdę temat, a to jak odebrał go artysta i w jakim stopniu udało mu się przedstawić to w swoim dziele. A kiedy tylko twórca zrezygnuje z realizmu, dzieło pozostaje już czystym subiektywizmem.

W fotografii jest zupełnie inaczej. Artysta widzi coś, co wywołuje konkretne emocje – na przykład pejzaż górski – i wykonuje zdjęcie, które jest odbiciem tego co już jest (co stworzyła natura w tym przypadku) oraz na co pozwolił dany sprzęt. Rolą twórczą jedynie jest ewentualne rozstawienie sprzętu i wybranie odpowiedniego ujęcia. Czy to dużo? Najlepsze jest to, że tak naprawdę od samego fotografa zależy najmniej. Zdjęcia zrobione w ten sam sposób, przez jednego człowieka, ale innymi aparatami, mogą być zupełnie różne. To wykonane kompakcikiem (lub telefonem, albo co gorsza – tabletem) będzie płaskie i pospolite, a to z lustrzanki z bogatym obiektywem przedstawi niemal żywą głębię i cieszące oczy kolory. Rolą twórczą może być więc zarobienie tyle forsy, aby kupić drogi obiektyw, choć i to często załatwiane jest odgórnie. Tak więc w profilowym na fejsie Kasi nie Kasia jest artystą a jej wujek z Ameryki.

zdjecie kwiatka

Swego czasu rozmawiałam z dwiema osobami na temat fotografii. Rozmowa toczyła się po angielsku i z okazji, że była mówiona a nie pisana, nie udało mi się przekazać tak wiele jak tutaj, w tym wpisie. Temat po jakimś czasie przeszedł do fotomontażu i edycji zdjęć na komputerze. Uważam, że o ile fotografia nie powinna być sztuką sama w sobie, to zmienianie zdjęć, łączenie ich, dorysowywanie i doklejanie zupełnie obcych im elementów jest czymś o wiele bliższym procesom twórczym niż pstrykanie foć. Całokształt rozmówców był przeciwnego zdania. Twierdzili oni, że edycja zdjęć zabija fotografię, odbiera jej ducha i pierwotną treść… czy coś w tym stylu. Żałuję, że nie przyszło mi do głowy wtedy jedno pytanie: co więc odróżnia nakładanie w Photoshopie danego filtru na zdjęcie od efekciarskiego obiektywu z instagramowatymi konsekwencjami? Czyżby to, że zdjęcie ma swój czas akcji tylko w momencie tego ułamka sekundy, kiedy światło pada na matrycę, a potem nie można go nawet dotknąć, aby przypadkiem nie wzbogacić dzieła w artystyczny odcisk tłustym paluchem?

W całej dziedzinie fotografii są dwie rzeczy, które wkurzają mnie najbardziej. W porównaniu z nimi, wysłuchiwanie błagań o polubienie profili Imię Nazwisko Photography to tylko brzęczenie komara nad uchem na wycieczce w jakieś piękne miejsce. Pierwszą z nich jest traktowanie jako dzieła sztuki fotografii, które przedstawiają dzieła sztuki. To nie jest śmieszne. Zdjęcia rzeźb, zdjęcia jakiegoś fragmentu instalacji, tworów wprawnych rąk – często zrobione z takiej perspektywy, że na pierwszy rzut oka ciężko rozpoznać to, co przedstawiają. To jest kradzież. Czym innym jest fotografowanie swojej ręcznie robionej bransoletki w celu wystawienia jej na allegro, a czym innym robienie zdjęcia kawałkowi mozaiki na wystawie w BWA i wrzucanie go na deviantARTa jako własnego dzieła. O ile raczej nie mam zbyt wrogiego nastawienia do osób, które kopiują gdzieś tam cudze obrazki, to kiedy widzę, że jakieś zdjęcie rzeźby zostaje oklaskiwane i chwalone, zaczynam się wkurzać.

Drugą irytującą rzeczą jest organizowanie konkursów plastycznych, w których fotografia jest w tej samej kategorii co malarstwo. Nie uczestniczę w takich wydarzeniach, gdyż jest dla mnie niepojętym, jakim sposobem można porównywać coś, co jest efektem wielu godzin pracy z czymś co jest zależne głównie od sprzętu i bogactwa. Jury może być różne, ale tutaj już kwestią nie jest przemawianie do konkretnego odbiorcy dzieła, a jego wewnętrzne preferencje odnośnie wyboru mediów. Nigdy nie wiem, czy mój starannie wykonany obraz nie zostanie przyćmiony przez jakąś kolorową, pseudoartystyczną focię makro jakiegoś kwiatka. Bo fotograf tak pięknie ujął ciekawie odbijające się światło, przemykające pomiędzy tymi delikatnymi płatkami.

Jak już mówiłam, tworzenie fotomontaży jest sztuką, bo zawiera proces twórczy. Ale to samo można odnieść do tworzenia filmów. W tym przypadku artystą jest zarówno reżyser, aktorzy, kompozytor, scenograf, twórca kostiumów, oraz cała masa innych osób – wszystkich, którzy wrzucają część swojego indywidualizmu w to, co robią. Tutaj również występuje kopiarstwo, ale można rozważyć idealny przypadek. W fotografii natomiast trudno taki znaleźć. Dzieła są wtórne, ciągle powtarzają się te same motywy, oddane w ten sam, poradnikowy sposób – ze złotym podziałem, zaznaczeniem światła, zróżnicowaniem kontrastu czy ostrości. Jakieś drzewa z przenikającymi między nimi smugami światła (ten słynny magiczny efekt) i portrety oświetlone z kilku stron, podkreślające zmarszczki portretowanego (tak zwany portret psychologiczny).

W innych dziedzinach też spotyka się taką powtarzalność. Jednak to w fotografii, przy całej prostocie stworzenia każdego zdjęcia, podziwiany jest każdy żuczek, każda chmurka i każdy zachód słońca. Prawda – krajobrazy potrafią wywoływać głębokie emocje; pytaniem jednak jest – czy twórcą jest tu fotograf czy natura?

Więcej

Upadek sztuki

Ja tu tylko na chwilę, bo chciałabym coś ogłosić. Jedna taka niezbyt ważna rzecz, ale nie wszyscy jeszcze o tym wiecie. Pragnę przekazać jedynie, że sztuka wizualna umiera. A tak właściwie, to że w ogóle nie żyła. Chciałabym jeszcze pozdrowić tych wszystkich, którzy dali się oszukać i życzyć im miłego dnia. Wszak zima się wreszcie skończyła i weekend majowy już prawie nadszedł.

Ale może od początku… Czym jest sztuka? Nie, jeszcze wcześniej: czym sztuka była? W jakim celu powstała? Odpowiedź jest prosta: istotą tej dziedziny było wzbudzanie zachwytu, upamiętnianie, zachęcanie do refleksji, uzupełnianie innych dziedzin życia, bycie dodatkowym wyrazem ekspresji. I swoje zadanie wykonywała dobrze. Aż do czasu, kiedy pewnego dnia nagle ktoś powiedział, że artysta nie jest rzemieślnikiem i należy się na niego patrzeć jak na spóźnioną wypłatę. Oczywiście mowa jest tutaj jedynie o wybranych. Gdyby Twoja babcia namalowała czarny kwadrat na białym tle, to nikt nie uznałby tego za dzieło sztuki. Liczy się medialność.

rothko

Czym się sztuka stała? Czymś olbrzymiej ceny, swoistym papierem wartościowym dla jednych; dla innych wyrazem magicznego talentu i artyzmu, wręcz częścią duszy wielkiego artysty. I jedno i drugie to wspaniały materiał na artykuł do kolorowej gazetki, czyż nie? Ale wystarczy spojrzeć na ostatnie 200 lat, aby przekonać się, jak wiele w nowoczesnej sztuce jest sztuki, a ile medialnego bełkotu. Dla artysty najważniejszym jest wprowadzenie swojego nazwiska do obiegu, a potem można już tworzyć kupy, zbierając na tym rzesze fanów. Sztuka przestała przedstawiać coś, przestała cieszyć oko. Już pomijając odejście od realizmu spowodowane zanikiem zapotrzebowania na tego typu dzieła z racji powstania fotografii. Odeszła od dekoracyjności, a wcześniej i od pozostałych jej funkcji na rzecz… no właśnie nie wiem, czego. Chyba po prostu posunęła się do mamienia ludzi, że z samego faktu, że coś jest nowatorskie, że przełamuje jakieś tabu lub kanon, ma być podziwiane.

Jeśli chodzi o osoby, które mają styczność ze sztuką nowoczesną, wyłoniłabym z nich dwie grupy: nabierających i nabieranych. Ci drudzy zachwycają się konkretnym zestawem ustalonych dzieł sztuki – pozują między sobą na takich, którzy potrafią dopatrzyć się wszystkich walorów każdego gówna. Ci pierwsi odpowiadają z kolei za powiększanie tego zbioru dzieł o produkcje własne bądź posiadane, powiększając ich wartość a tym samym swój majątek. I szczerze mówiąc, nie widzę niczego złego w jednej z tych dwóch grup.

Spotykam się jeszcze czasem z takim podejściem u niektórych, że jeśli dany malarz potrafił malować realistycznie, to jego dzieła będące kupami można podnosić do rangi arcydzieła ze względów takich i śmakich. Cywilizacyjna potrzeba autorytetu i szukania go w kim popadnie czasami mnie dobija. Ja tego nie czuję, nie potrafię dostrzec tej całej magiczności Co prawda, tak nie było zawsze. Jeszcze parę lat temu widziałam jakieś powołanie w zawodzie artysty, tę śmieszną wyższość w aktywnym tworzeniu dzieł, ponad standardowymi i przyziemnymi, rzemieślniczymi zawodami. I to się odnosiło nie tylko do sztuk plastycznych, ale też wszelkiego pisarstwa. Nie uważałam nigdy swojego umysłu za humanistyczny, ale czytałam bardzo dużo książek i nawet wierszy. W każdej formie tworzenia kultury widziałam coś niezwykłego. Należałam do tych oszukiwanych, czyli osób, na których inni zyskują. Niby widzenie głębszych treści tam gdzie ich nie ma było przyjemne i oferowało poczucie sensu istnienia, ale już wtedy wiedziałam, że to tylko stan przejściowy. Liczyłam na to, że to się wkrótce zamieni na aktywne tworzenie. Za gimbusa, chciałam zostać pisarką, malarką, poetką, piosenkarką, aktorką… W sumie to chciałam tworzyć cokolwiek – oby tylko się wybić. Nie rozumiałam za bardzo na czym to polega, ale czułam, że to właśnie jest moją drogą. Poczucie celu to ważna sprawa i nawet w najmniejszym stopniu nie żałuję tamtej postawy. Pomogła mi przetrwać ten burzliwy okres w życiu.

Próbowałam więc swoich sił w bardzo wielu dziedzinach, widząc wyraźny postęp i porównując swoje prace do tych powszechnie docenianych. Z niektórych byłam dumna, w inne wątpiłam. Każdorazowo jednak po przedstawieniu światu kolejnego dzieła, okazywało się, że stosunek odbiorców do twórców wcale nie jest taki duży. Internet pokazuje, jak bardzo nieodosobniony jest każdy wannabe artysta oraz jak mało obchodzą ludzi dzieła innych. Wystarczy wejść na deviantARTa: cały czas pojawiają się tam nowe prace, a co chwilę trafia się jakaś wartościowa. Sztuka przestaje zadziwiać, kończy bycie niezwykłą. Można przeglądać te prace w nieskończoność, ledwo zerkając na coś, czemu zostały poświęcone co najmniej godziny. Sztuki wizualnej się nie przeżywa, nie dostarcza ona przyjemności tak bezpośrednio jak muzyka. A przynajmniej nie bierne bycie jej odbiorcą – tym, który nigdy nie będzie w stanie w niej uczestniczyć. Zamiast tego, po zobaczeniu czegoś nawet maksymalnie świetnego, co najwyżej powie „fajne” i zamknie stronę.

Tutaj znowu postawiłabym na przewagę sztuki naiwnej. Wesołe, „kiczowate” obrazki, sprzedawane masowo w sklepikach „wszystko po cztery złote” przynajmniej spełniają swoją rolę. To samo widoczki, urocze pejzażyki, powtarzające się motywy zachodów słońca, sprzedawane pod Bramą Krakowską, z których szydzi co drugi artysta. Rzeczy, które nie zdobyły i nie zdobędą rangi prawdziwego dzieła sztuki, a zamiast tego będą wyśmiewane, okazują się jako jedyne wypełniać pierwotną misję sztuki. Odbiorca komponuje je na swojej ścianie, układa wraz z resztą mebli i podziwia efekt swojego działania. To tworzy jakieś wrażenie, jest dekoracją cieszącą oko, czyli dziełem plastycznym. Jednak nikt nie mówi o anonimowych twórcach tych obrazków. W przypadku kopiowanych w fabrykach dzieł odpowiedź wydaje się być jasna. Na pierwszy rzut oka jest to spowodowane formą – masowym drukowaniem na najtańszym materiale w przeciwieństwie do ręcznie wykonanej pracy o pozornie wyższej cenie. Jest to według mnie nietrafiona odpowiedź – wszak nawet na wspomnianym już deviantARTcie często rysownicy i malarze oferują swoje usługi w cenach o wiele mniejszych niż deviantartowy druk pracy na płótnie. A co z dziełami „spod Bramy Krakowskiej”? Jestem przekonana, że gdyby postawić wśród tamtejszych płócien jakiegoś abstrakcjonistę, to nikt nawet nie zwróciłby na niego uwagi. Prawdziwym powodem tego zjawiska jest powszechne przekonanie o wyższości konkretnych dzieł nad innymi. Gdyby dowolny twór Pieta Mondriana wisiał w jednym z „pokoików” Ikei, to wszyscy traktowaliby go z takim samym zaangażowaniem jak dywan czy lampę.

pollock

Albo weźmy takiego Jacksona Pollocka. Już pomijając fakt, że nie przepadam za jego twórczością, chciałabym zwrócić uwagę na to, że coś takiego mógłby podrobić każdy. Oczywiście nie mówię tutaj o dokładnym kopiowaniu kawałka po kawałku, a o oddaniu wszystkiego, co dzieło reprezentuje. Jak ktoś nie wie, jak drippować, nie ogarnia koncepcji all-over, ale mimo to chciałby tworzyć informel, to zawsze może pooglądać nagrania z action paintingu i użyć ich jako tutorial. Może i jego praca nie sprzeda się za 161.3 miliona dolarów, ale będzie miał oryginalne i własnoręcznie naciapane dzieło sztuki. Pytaniem jest: czy chce się być nabierającym czy nabieranym. Kolejnym – jaki cel ma taka sztuka? Dekoracyjno-ekspresyjny czy może napełniający komuś sprytniejszemu dodatkowo kieszonkę? Wystarczy tylko ułożyć legendę, ciągnąć ją przez dłuższy czas i będzie. Odrobina charyzmy, trochę wygadania i nawet nie potrzeba umiejętności plastycznych, aby zbić fortunę na sztuce.

A ciapanie jest bardzo proste. Jak się okazuje, potrafią to robić nawet 5-letnie dzieci. Na przykład taka Aelita Andre, młoda Australijka, która stała się obiektem kultu wielu miłośników sztuki/dzieci dzięki swoim kolorowym pracom. W artykułach, ale bardziej w komentarzach pod nimi, można przeczytać o niezwykłym talencie w dobieraniu kolorów, o prawdziwym darze plastycznym, dzięki któremu prace dziewczynki są takie wyjątkowe i dojrzałe. Gdy tylko pojawi się komentarz krytyki, dany komentator zostaje wyśmiany, uważany za nietolerancyjnego lub zazdrosnego. Według mnie, niesłusznie. Myślę, że każde dziecko (ale i każdy dorosły również ;) ) potrafiłoby stworzyć podobnie ciekawe dzieło jak prace Aelity. Nie każdy tylko dostaje do łapy całe wiadra farby i własną pracownię, gdzie może machać pędzlem na lewo i na prawo. I tak, abstrakcyjne prace potrafią być piękne. Ale czy to czyni je bardziej wartościowymi niż cena płótna? Ja osobiście myślę, że nie ma powodów do zachwycania się czymś, co może zrobić każdy. „Inne dzieci malują kwiatuszki i słoneczka„, bo tak zostały nauczone. Niemniej jednak należą się słowa pochwały rodzicom Aelity – dzięki zdobyciu rozgłosu, nie będą mieli problemów z zapewnieniem córce dobrej przyszłości.

Na koniec chciałabym przekazać swoją wizję proroczą: to się skończy. Mówiąc, że wszystko może być sztuką, mamiąc ludzi i zaburzając ich własne poczucie estetyki, zabija się plastykę. Kolejne rzesze niedocenianych twórców zaczną rezygnować z prezentowania swoich dzieł. Jeszcze przez jakiś czas będą pojawiać się wytworne kompozycje bez żadnej funkcji poza byciem eksponowanymi na wystawach, a potem już nic. Wyjdzie na jaw, że rysunek czy obraz to taki sam przedmiot jak każdy inny i powrócą pierwotne funkcje sztuki. Myślę, że tego właśnie potrzeba, aby uciec z tego cyrku.

Wikipedia: List of most expensive paintings

Więcej

TV nadal jest kulturą niższą

Jak już kiedyś pisałam, nie przepadam za telewizją. Nie zmienia to jednak faktu, że telewizor w domu stoi i raczej często jest używany przez członków rodziny. Ja z powodu własnych preferencji jednak nie mam z nim praktycznie żadnego kontaktu. Dzisiaj – tak dla odmiany – przypadkowo (po prostu uznałam, że obieranie mandarynki jest niedostatecznie zajmującą czynnością, aby wykonywać ją nie robiąc niczego innego jednocześnie) spojrzałam w ekran. Nie zdążyłam przyjrzeć się na tyle aby rozpoznać film, a już zaczęły się napisy końcowe. Wtem dobiegł z telewizora głos reżysera filmu, mówiącego, że teraz poleci Chopin. Ucieszyłam się, gdyż przyjemne było to niespodziewane spotkanie z kulturą wyższą… które skończyło się po kilku nutach, gdyż wspaniałe TV4 (?) postanowiło zminimalizować napisy, a na reszcie ekranu puścić głośne reklamy aaaaarggghh. Dobra, jednak nadal nienawidzę telewizji.

Więcej

Najgorsza rzecz, jaką w życiu przeczytałam

Rzadko zdarza mi się czytać coś, co jest po prostu złe, a kiedy na coś takiego trafię, w momencie poznania z czym mam do czynienia, sromotnie zamykam kartę/książkę/to „coś”. Tym razem jednak nie zrobiłam tego, gdyż jeszcze szukając samego pedeefa na chomikujach, liczyłam na coś, co wywoła we mnie nagłe potrzeby śmiechu ewentualnie przyozdobione sporadycznym facepalmem. Wynik wyszukiwania przeszedł najśmielsze moje oczekiwania.

A zaczęło się od przeczytania jakiegoś Korwina o tym, że [pierdolenie.txt] i kończącego się poleceniem przezeń „jakiejś” literatury, w tym zbioru felietonów Barbary Buonafiori – „Leksykon prawdziwej kobiety”, którego niestety (a może „na szczęście”) nie udało mi się znaleźć online. Zamiast tego znalazłam plik Buonafiori Barbara – Kącik prawdziwej kobiety.pdf i od razu wzięłam się za czytanie. Od tego momentu, aż do ostatniej – 33 – strony, gorzki uśmiech nie schodził mi z ust. Dawno nie miałam przed sobą tekstu, który będąc napisany sensownie gramatycznie, jednocześnie wyrażałby sobą poglądy tak [znajdźcie mi ktoś jakiś eufemizm do „głupie”] osobliwe…

Autorka wyraża się o swoich poglądach jako o anty-feministycznych. Nigdy nie uważałam poglądów feministek za świętość, choć zgadzałam się z nimi w dość sporej części, jednak w porównaniu do tego, co prezentuje sobą ta pani, zaczynam dostrzegać ich zalety. Zabijcie mnie za to, ale gdybym miała wybierać między tymi dwiema stronami konfliktu, na pewno nie poparłabym Janu… miałam na myśli Barbarę xD.

Oto więc nadszedł czas na wyraz wszelkiej pogardy i hejting absolutny!

Na początek standardowo pojawiły się założenia, że Pan Bóg dał kobietom prawa takie, a mężczyznom takie i tak ma być. Tekst traktował głównie o relacjach kobieta-mężczyzna z punktu widzenia katoliczki, tfu katolika, który posiada dość obszerną i średnio prawdopodobną wiedzę z bardzo wielu dziedzin, zwłaszcza ze statystyki i życia wszystkich ludzi wokół. Zdaję sobie sprawę, że mało komu chciałoby się czytać tekst tego typu, streszczę więc o czym on traktuje.

Zaczyna się niewinnie założeniem podziału – mężczyzna ma pieniądze zarabiać, a kobieta je wydawać. Chyba nie muszę mówić o tym, że jest to pogląd po prostu durny – z jakiego niby powodu facet ma harować na utrzymanie obojga, a nie mieć prawa sprawić sobie co jakiś czas przyjemności w postaci kupienia sobie czegoś nowego? Autorka porównuje wręczanie zarobionych pieniędzy do oddawania upolowanego mamuta w dziejach najdawniejszych, jednak nie wpada na to, że ze zdobyczy i mężczyzna korzystał. W następnych linijkach przeczytać można o tym, że kobieta wręcz musi domagać się prezentów jak najdroższych. I nie chodzi tutaj o użyteczność, a o fakt wpakowywania pustych pieniędzy w zupełnie nikomu niepotrzebne rzeczy. Może to ja jestem ślepa i nie widzę różnicy między wisiorkiem z targu a tym najdroższym z jubilera, o różnicach między jakimiś pośrednimi już nawet nie mówiąc, ale serio nigdy nie ogarniałam o co chodzi z tym całym prestiżu drogich rzeczy, kupowaniu czegoś tylko i wyłącznie dlatego, że jest drogie (żeby chociaż jeszcze wydłubywało oczy pięknem…). Widocznie o to powinnam zapytać panią Barbarę, gdyż jej zdaniem właśnie tego powinna oczekiwać kobieta od mężczyzny.

Dalej padają słowa niemniej epickie, między innymi o tym, że płeć piękna nie powinna pod żadnym pozorem nosić spodni, uprawiać sportu, a już na pewno nie przebywać z mężczyznami w kontaktach koleżeńskich. Za to zdrada własnego męża potraktowana jest dość łagodnie, z kolei okłamywanie go „w dobrej sprawie” mieści się w najszczerszej aprobacie (bo Bozia wybaczy). W przypadku awantury należy rozbeczeć się na całe osiedle, gdyż według pani Barbary „Mężczyźni UWIELBIAJĄ pocieszać kobiety”.

Wśród poglądów na temat literatury pada zdanie, że absolutnie nie powinno się pozwalać własnym dzieciom czytać tych złych książek z księgarni. Należy im starannie dobierać twory literackie tak, aby jakiś zły szatan (to w domyśle) nie zakradł się do ich biednych główek i nie sprawił, że przypadkiem zaczną one myśleć. Jako totalną porażkę kobiet pani Barbara uznaje edukację powszechną i instytucje szkół i uczelni, które to sromotnie odebrały matkom prawo kształcenia własnych dzieci.

Autorka posługuje się wieloma „faktami” poprzedzonymi słowem „ponoć”. Nienawidzę, kiedy ktoś przytacza jakąś informację z dupy i próbuje zatuszować brak źródła ułagodniającymi słówkami. Jeśli nie posiada się danej wiedzy – albo nie korzysta się z niej w swojej twórczości, albo się ją uzupełnia. Pani Barbara jednak nie ma oporów, aby stwierdzić, że w Dolinie Krzemowej nie ma ani jednej kobiety, czy że puder może zaszkodzić telefonowi komórkowemu [sic!]. Do śmiesznych tez dołącza się również informacja, że wielu mężczyzn zerwało związek po zobaczeniu zawartości torebki partnerki. Jest to śmieszne dlatego, że jako powód takiej decyzji autorka podaje brak obecności „tajemniczych” artefaktów tamże.

Barbara Buonafiori ogólnie propaguje nie tylko bycie kurą domową i trzymanie się z dala od jakichkolwiek czynności wymagających myślenia, ale również traktowanie mężczyzny ze sztucznym podziwem, schematyczne i sztuczne tworzenie mu warunków, aby miał okazuję wykazać swoją męskość, ale również patrzenie na niego jak na dzieciaka, którego należy trzymać za rączkę i wyznaczyć mu dokładnie, co ma robić – najlepiej tak, aby pomyślał, że wpadł na to sam.

Moją opinią do tych tekstów są wyrazy wszelkiej pogardy. Autorka prawdopodobnie nie potrafi pogodzić się z faktem, że czasy kiedy kobiety nie mogły zdjąć białych rękawiczek dawno minęły i obecnie jest wiele o wiele przyjemniejszych i bardziej zadowalających czynności dla kobiet niż siedzenie w kuchni. Nie ma też powodu konserwatywne trzymanie się ustalonych zasad, tworzenie filozofii o tym kto do czego został stworzony. Każdy powinien móc wybrać własną ścieżkę życia i idiotyzmem nie wybieranie jej nie opierając się na schemacie, a zabranianie odejścia od schematu innym. Do tej pory myślałam, że typowy stereotyp: ploteczki pod blokiem, tapetka na twarzy i babskie wieczorki to domena kwejków i innych stron tego typu i dotyczy tylko dziewczyn w wieku dojrzewania. Nie sądziłam, że dorosła kobieta może żyć w takim swoim bajkowym świecie i co gorsza – uważać osoby o innych poglądach za gorsze.

Więcej

Nadinterpretacja: KDZKPW – Pistolety

Dzisiejszy wpis będzie delikatnie nietypowy, gdyż chciałabym zaprezentować mój wspaniały pomysł, na który dzisiaj udało mi się wpaść. Niestety do dyspozycji mam zbyt mało hejtingu, aby użyć go w sposób wybitnie bezpośredni.

Wpadłam na pomysł, aby interpretować teksty piosenek. Wiem, że to żadne nowatorstwo, bo robiła to już masa ludzi przede mną, jednak ja zrobię to w sposób inny. Przeprowadzę „drobną” nadinterpretację – ot tak w hołdzie językowi polskiemu według standardowych obecnie wymogów edukacyjnych w szkołach.

Wybraną przeze mnie piosenką będzie:

Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Pistolety

Z płyty „Karmelki i Gruz” (2011)

Rozwiń/zwiń tekst

kobieta broda chce mnie zjeść
skrzypcowy człowiek czarny lew
dotknij mnie dotykaj mnie

żebyśmy znów spotkali się
byś pierwszy raz odkryła że

nie chcę cię już idź

bo nie położę się w krainie pistoletów
i nie pochłonę dziś tysiąca innych dusz
niepotrzebny mi do tego jest karabin
wystarczy mi niewielki srebrny nóż

bo nie położę się w krainie pistoletów
i nie pochłonę dziś tysiąca innych dusz
niepotrzebny mi do tego jest karabin
wystarczy mi niewielki srebrny nóż

boję się boję się boję się boję się
blaszanych pistoletów

Interpretacja dotyczyć będzie jedynie tekstu, muzykę zostawię tym, którzy się na tym znają. Zacznę od ogólnego zarysu, a zakończę na poszczególnych elementach, na które koniecznie należy zwrócić uwagę.

Jak każdy oczywiście zdaje sobie sprawę – tekst traktuje o tym, że podmiot liryczny cierpi na fobię – lęk przed wojną. Już w tym momencie jest przekonany, że gdyby tylko takowa wybuchła, ze strachu odebrałby sobie życie już pierwszego dnia (wskazują na to pierwsze słowa refrenu – autor podkreśla, że nawet nie położy się – w domyśle spać). Osoba mówiąca w tekście jest pacyfistą, który nie chce przyczynić się do czyjegokolwiek nieszczęścia, a wręcz boi się, że kiedyś może zostać do tego zmuszony. Rozmyślając dłużej o swoim lęku, bohater utworu zaczyna wyobrażać sobie sposób w jaki postanowiłby ostatecznie uciec przed strachem, w razie gdyby nadeszła pora stanąć z nim twarzą w twarz. Ostatecznie dochodzi do wniosku, że nie chciałby stać się częścią jakiejkolwiek wielkiej liczby w książce od historii, dlatego też nie skorzysta z broni palnej, a zamiast tego przeznaczy całe swoje oszczędności (słusznie – po śmierci nie przydadzą mu się one za bardzo) na zakup srebrnego noża, który stanie się mu narzędziem. Ostatnie słowa piosenki są już majakami człowieka przerażonego, który nie widzi już nawet sytuacji obecnej, a jedynie pogrąża się w swoich koszmarach.

Wracając do początku utworu nie można zwrócić uwagi na rozpoczęcie słowem „kobieta”, wprowadzeniem postaci będącej personifikacją wojny. Broda symbolizuje długowieczność, pokazuje że bitwy pojawiały się pośród ludzi już w czasach najdawniejszych. Podmiot liryczny ma wrażenie, że wojna tylko czeka na odpowiedni moment, aby wybuchnąć i go „zjeść”. Słowa Żebyśmy znów spotkali się przypominają odbiorcy o powtarzalności historii, nawet jeśli dla niego byłby to pierwszy kontakt z dziejami tego typu. Nikt nie chce wojny, a mimo to wojny są – być może spersonifikowana kobieta-wojna po prostu nie jest w stanie dostrzec, że nie przynosi pozytywnych efektów, a jedynie ból i cierpienie.

Część utworu, którą zostawiłam na koniec to nawiązania do tekstów kultury. Jako, że utwór jest nowy, chyba nie można kwestionować faktu, że wymienionym w nim „czarnym lwem” może być postać Skazy z „Króla Lwa”. Zdecydowana większość czytelników zapewne kojarzy tę postać jako absolutnie negatywnego zdrajcę, który doprowadza do serii niezbyt korzystnych dla „tych dobrych” zdarzeń. To on w utworze jest tą słynną iskrą zapalną rozpoczynającą wojnę, której podmiot liryczny tak się boi. Pozostaje jeszcze skrzypcowy człowiek, który bez najmniejszego wątpienia jest znanym każdemu Chochołem z „Wesela” Wyspiańskiego. Postać ta usypia czujność osoby mówiącej w tekście i sprawia, że zaczyna on przywoływać myślami wojnę. Tak naprawdę wszystko dzieje się w jego umyśle i jest on najbardziej narażoną na konflikt osobą okolicy przepełnionej względnym pokojem.

To by chyba było na tyle. Powyższa interpretacja z całą pewnością jest jedyną słuszną i autor tekstu miał na myśli dosłownie to. Mam nadzieję, że moje opracowanie przyda się w nauce, w razie gdyby utwór został wpisany do kanonu lektur na języku polskim ;D.

Więcej

Nowe logo Microsoftu

Microsoft zmienił logo. Można przeczytać o tym tutaj. Mam być szczera?

nowe logo microsoftu

Nowe logo Microsoftu będzie symbolizowało prostotę oraz minimalizm, za czym idzie użyteczność i przejrzystość. Wykonane w nowoczesnym stylu, bardzo wyjątkowe, wręcz niepodrabialne. Jedną z niezaprzeczalnie ważnych cech tego logo jest unikatowa kolorystyka, wzbudzająca w każdym pozytywne uczucia i skojarzenia. Użyty font będzie nawiązywał z kolei do wieloletniej tradycji działania systemu. Logotyp nasycony został potężną symboliką oraz zawiera w sobie wiele ukrytych, wręcz niedosłownych treści. Z kolei sam sygnet będący kwadratem z całą pewnością utkwi w pamięci każdemu, kto chociaż raz na niego spojrzy.

Więcej

Pofalkonowo

I wreszcie mam chwilę, aby coś napisać. A zbierałam się do tego, odkąd wróciłam z Falkonu, lubelskiego konwentu fantastyki. Jednak po tych czterech dniach imprezowania, podczas których może z 4 godziny udało mi się przespać, musiałam zabrać się za nadrabianie tego wszystkiego co powinno było być zrobione w tamten weekend, co przyczyniło się do kontynuowania minimalnej dawki snu, której owocem było obudzenie się w środę o godzinie 14 (zamiast o 5:45, do czego powinien mnie zmusić choć jeden z 18 alarmów w telefonie), co z kolei sprawiło, że i środa musiała być odrobiona. W międzyczasie zdążyłam się przeziębić, czekając na busa mojego ulubionego przewoźnika, firmy Ellmex-Sindbad, która tak kocha swoich klientów, że dodatkowo uznała, że nie może pozwolić, aby ich portfele były za ciężkie i po raz kolejny podniosła ceny. Tak więc wczoraj praktycznie nie wychodziłam z łóżka, żując Orofary i inne Cholinexy i nie-aż-tak-powoli wykonując na kawałku podłogi mozaikę z chusteczek. Plusem było, że wreszcie wzięłam się za mój emejzing film na podstawy filmu i nawet napisałam scenariusz, oraz pokadrowałam te ujęcia, które już miałam nagrane. Okazało się, że stanowią one mniejszą część scenariusza niż się spodziewałam, a w sumie trwają dłużej tak o jakieś 300-400% niż powinny. Ale nie o tym nocia.

Tak właściwie to nie miało mnie być na Falkonie. Ostatnimi czasy mój portfel chwilowo zaczynał dążyć swoją zawartością do zera, z istniejącym prawdopodobieństwem, że zacznie przybierać wartości ujemne, więc powiedziałam sobie „w tym roku już żadnych konwentów, no co najwyżej jeden”. A możliwości były trzy: lubelski Falkon, sosnowiecki Porytkon (pozdrawiam Medżi, mam nadzieję, że mi wybaczysz, że nie pojadę) i krakowski B-Xmasscon (który to z kolei, po zeszłorocznym B-2, kojarzył mi się z upychaniem jak największej liczby ludzi do jak najmniejszej szkoły, a przy okazji rozmieszczeniem stoisk tak, aby trzeba było je omijać niezależnie od tego, czy chce się iść na panele, do wyjścia, czy do ubikacji). I jakoś tak się złożyło, że wpadła mi w łapki możliwość zostania helperem na Falkonie. Dlaczego by nie spróbować? Zacząć przygodę z helperstwem na czterodniowym konwencie fantasy, w szkole której się w życiu na oczy nie widziało, w mieście w którym się było raz w życiu, i to w dodatku podczas konwentu mangi i anime, przy okazji nie będąc ani osobą idealnie charyzmatyczną, ani z gatunku tych, które zawsze wiedzą, co robić… DLACZEGO NIE?! :D. Kilku znajomych spojrzało na mnie jak na samobójcę, wkrótce okazało się, że bezpodstawnie.

Na konwent oczywiście się spóźniłam i to dość znacznie (moje nieobecności w szkole spowodowane wyjazdami powoli zaczynały się rzucać w oczy, więc tym razem wolałam nie ryzykować), ale raczej dużo mnie nie ominęło, z tego co wiem. Na wstępie przywitało mnie zaproszenie na jakiegoś zaraz-odbywającego-się LARPa, z którego to skorzystałam bez większego zastanowienia się, zwłaszcza, kiedy usłyszałam, że będzie to LARP skrajnie ateistyczny (ateistyczne LARPy zawsze były najśmieszniejsze :D). I w ten sposób dostałam ciekawą rolę makijażysty w obsłudze uczestników konferencji, który był ukrytym Buddą, a w rzeczywistości był Szatanem itd xD. Czwartek minął jakoś tak wyjątkowo szybko i w sumie to, co z niego pamiętam najlepiej to to uczucie, kiedy nagle w Redroomie ktoś mi oznajmia, że właśnie jest piątek, godzina 8 i właśnie się mój dyżur zaczął. Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem.

Większą część konwentu spędziłam w szkole Paderewskiego, tej z LARpami. Chyba jeszcze nigdy nie uczestniczyłam w równie fajnych LARPach (tak, ten do którego przygotowanie zajęło godzinę, a w 5 minut wszyscy osiągnęli swoje cele też się liczy – mówię o LOTRowym LARPie około 6 w nocy pomiędzy sobotą a niedzielą). I nie wiem, jak to się stało, że kiedy podczas jednego LARPa weszłam w posiadanie magicznego scyzoryka Morogha, to pozostał on w mojej kieszeni aż do końca konwentu (oddam go na następnym Falkonie, obiecuję :3). Na Wyspie też zdarzało mi się bywać, ale co najmniej czterokrotnie mniej niż w Paderewskim, i to głównie ze względu na planszówki. Było ich chyba z milion (a tak dokładnie to, z tego co pamiętam, nieco ponad 300), więc nie można było zignorować tego faktu. Na samych panelach byłam chyba ze dwóch, max trzech, po prostu zabrakło czasu na więcej. Na koncert też tylko jeden zdążyłam pójść, ale no cóż. Ogólnie za dużo rzeczy się działo na raz, aby pozwolić sobie na uczestnictwo choćby w 50% tego, w czym uczestniczyć by się chciało.

Po tych czterech dniach ja serio przestałam rozumieć, jak ja mogłam wcześniej jeździć na konwenty jedynie dwudniowe. A na pierwszym moim konwencie po pierwszym dniu musiałam się zmyć z Krakowa do domu… Nie ogarniam. Pod koniec Falkonu zaczęłam już twierdzić, że cztery dni to jednak za mało na jeden konwent xD. Nawet zaczęliśmy trollować z kilkoma osobami, że konwent został przedłużony do poniedziałku, że czarne opaski już są w drodze, a plan dnia jest w trakcie wydruku. Nawet, jak przystało na helperów, proponowaliśmy cheating: „Ale mamy taki sposób, aby wziąć marker i zamalować opaski całe na czarno, nikt się nie kapnie”. Oczywiście na ogół nikt się nie nabierał, ale uśmiałam się, kiedy niedzielnego poranka aż ktoś o to zapytał xD. Za to przydałoby się teraz jakieś pofalkonowe afterparty, np 48-godzinny LARP xD.

Powiem jeszcze, że po Falkonie nagle konwenty mangowe wydały mi się takie… nie dla mnie. W sumie to teraz zastanawiam się, co ja robiłam bez tych wszystkich planszówek i LARPów… Przyjeżdżałam dla ludzi, aby pogadać z osobami o podobnych zainteresowaniach, ale nawet niekoniecznie. Nie obejrzałam zbyt wielu animców w życiu, nie jarały mnie gatunki typu yuri&yaoi, przerażała mnie ta wszechobecna słodkość: tu kocie uszka, tu wydobywające się zewsząd krzyki „kawaii!”, tu wielka armia nyancatów… Aż można wymiotować tęczą. Jednak, porównując fantastykę z mangą i anime, zdecydowanie wolę to pierwsze. Jedynie muszę nadrobić czytanie książek, bo ostatnio lekko zaniedbałam tę dziedzinę kultury, do czego przyznaję się z wielkim bólem, postanawiając poprawę. Regularnego oglądania anime zaprzestałam ponad 2 lata temu i wszelkie nieudane próby powrotu do tego tylko podkreślają, że już z tego wyrosłam. Dobra, z mangi i anime nigdy się nie wyrasta. Wyewoluowałam. Może to, co piszę teraz nie ma sensu i wystarczy jeden konwent mangowy, aby powróciły mi fandomowe chęci, jednak w tym momencie jestem daleka od tego.

Falkon zapisał się w mojej pamięci dobrze, nawet bardzo. Ponownie spotkałam wielu znajomych z Nejiro czy ZSZeFa i poznałam tylu nowych ilu nie poznałam na wszystkich innych konwentach razem wziętych xD. Przed konwentem obawiałam się innego klimatu niż, na tych mangowych. Ogólnie wyższa średnia wiekowa wywołała we mnie niepokój („A co, jeśli spotkam tam samych poważnych ludzi…”), ale jednak okazało się, że było nawet ciekawiej. Zamiast słodkich dziewczynek poprzebieranych za postacie z mang i anime, spotkałam osoby o przeróżnych zainteresowaniach, z którymi można było porozmawiać na każdy temat. I nikt się nie czepiał, że jak ja mogę nie wiedzieć, kiedy ma imieniny perkusista zespołu, który robił dwudziesty dziesiąty opening do Wybielacza. Moja niewiedza odnośnie tytułów fantastycznych jakoś nie rzucała się w oczy, ale myślę, że nie była jakimś ewenementem. Większość nie przyjechała tu aby się chwalić, a dla dobrej zabawy. Chyba przyzwyczaiłam się do nadmiaru wiedzówek na konwentach.

W planach miałam oszczędzanie, zwłaszcza, że wzięłam ze sobą cały swój dobytek (to był błąd, czy nie?), wzbogacony na kilka dni przed konwentem o kwotę ze sprzedaży starego telefonu. Jednak kiedy zobaczyłam te wszystkie stoiska, to po prostu nie mogłam zostawić w portfelu ani jednego grosza. Po prostu nie mogłam. A w Luzodajni były śliczne kosteczki po złotówce :D. Poza tym, kiedy zobaczyłam na którymś ze stoisk (nie mogę sobie przypomnieć, którym) Zombiaki i Sabotazystę, to po kilku godzinach rozważania, którą karciankę wybrać, wzięłam w końcu obie. Dodatkowo udało mi się (głównie dzięki wspaniałym pomysłom koleżanki, które czczę i wielbię xD) zająć drugie miejsce w konkursie organizowanym przez Wielosfer, co się przyczyniło do zgarnięcia dodatkowo jednej książki ze sklepiku konwentowego. No i dowiedziałam się o istnieniu czegoś takiego jak Jeepform xD.

Na koniec napiszę, że bycie helperem ma więcej pozytywnych stron niż negatywnych. Siedzenie na akredytacji czy ogarnięcie delikatnego nieładu nie jest czymś skrajnie nieprzyjemnym, a przy okazji można porozmawiać, wspólnie pośmiać się i ogólnie spędzić miło czas. Nie wiem, jak było na Wyspie, ale w Paderewskim nie było za dużo roboty z wpisywaniem uczestników na listę (zwłaszcza w niedzielę), a i ludzie jakoś specjalnie nie brudzili (cieszę się, że pogoda dopisała i nie było konieczności zmywania błota z podłogi xD). A te kilka godzin mniej czasu na korzystanie z atrakcji konwentu – who cares? ;).

Był to mój pierwszy Falkon, ale na pewno nie ostatni :3.

Więcej

Randumowość, konwenty i inne myśli niepowiązane

Nie mam pojęcia, jak to działa, ale ostatnio (w przeciwieństwie do tego, co się działo przez całą zimę) mam przez większość czasu dobry nastrój. I o ile wiedza, co jest tego powodem, nie jest mi niezbędna do dalszej egzystencji, mogłaby przydać się w przyszłości. W końcu chyba każdy chciałby mieć dobry nastrój tak „za darmo” – nie robić niczego szczególnego, a mimo to zyskać długotrwały stan, w którym myśli dzielą się na te pozytywne i na „i chuj mnie to”.

Od dłuższego czasu właśnie moje myśli zajmuje pytanie: „Jak to jest, że raz potrafimy przyjąć z wesołą miną całą falę nieszczęść, wychodząc z tego jedynie z drobnym niepokojem, a innym razem – choćbyśmy znaleźli na ulicy 100 zł, nasze emocje będą się ograniczały do jedynie chwilowego zapomnienia o tych wszystkich złych rzeczach, które przecież cały czas się zdarzają?”. Dlaczego czasami mam taki zły nastrój, że każda najdrobniejsza rzecz potrafi wycisnąć ze mnie łzy, a przedmioty wydają się przekazywać mi telepatycznie niezwykłą chęć zmiany swojego kształtu poprzez nagły kontakt ze ścianą. Z kolei innym razem jest tak, że nagle wszystko jest takie doskonałe: „jest ładna pogoda, ptaszki ćwierkają; dostałam kolejnego glona z polskiego, ale oj tam oj tam; o, napisała do mnie znajoma – ale super, że o mnie pamięta; może coś narysuję, wszystko jedno; świat jest taki piękny; trz’a by gdzieś wreszcie pojechać, wszak tyle pięknych miejsc do zobaczenia, po co więc gnić w domu, ale w sumie czemu nie, to też jest na swój sposób przyjemne, odkąd mam prawie pełną prywatność w moim pokoju…” Wiem, że się powtarzam z tym tematem, ale naprawdę to zajmuje moje myśli już od dłuższego czasu, a odpowiedź nadal gdzieś tam ucieka. W każdym razie: nie dociera do mnie teoria, że to wyłącznie od nas zależy, jaki mamy nastrój. Głównym jej zaprzeczeniem jest fakt, że każda czynność wykonywana w jednym i drugim stanie (mówię o tych wyżej wymienionych) jest inaczej odbierana. Może nadużywam słowa „my”, może to tylko ja mam jakieś dziwne stany emocjonalne, aczkolwiek fakt, że słowo „nastrój” istnieje w mowie ojczystej, a także i w innych językach, powinien być dostatecznym argumentem.

Teraz przypomniało mi się coś, o czym już od dawna chciałam napisać, a mianowicie o randumowości. Ogólnie moje pojęcie bycia randumem powstało stosunkowo niedawno. Jeszcze w gimnazjum zaliczałam się do osób, które jednak zawsze wolały niczym się nie wyróżniać. Chociaż mówiłam sobie, że przecież każdy jest inny, a ci inniejsi to tylko drobne odstępstwa od normy, co raczej nie brzmiało pozytywnie, to podświadomie chciałam czuć jakieś powiązania z różnymi grupami ludzi. Jak to mówią tematy na lekcjach wudeżetu – człowiek jest istotą społeczną. Gdyby każdy człowiek żył sam, już dawno ten gatunek przestałby istnieć. Jednak od jakiegoś czasu, gdy mam lepszy nastrój, w moim umyśle pojawia się potrzeba oryginalności, bycia kimś rozpoznawalnym wśród tłumu. Dlatego tak bardzo irytuje mnie, kiedy ktoś powie, że jestem randumem. Podobno prawda boli najbardziej, ale no cóż – zawsze jest czas, aby popracować nad sobą i zrobić coś, aby stać się własnie kimś „inniejszym”. Może kiedyś sobie przefarbuje włosy na stale na niebieski kolor – w końcu od wyglądu zależy tak wiele. Jedynym negatywem takiej decyzji byłby fakt, że właśnie w tych gorszych stanach emocjonalnych, kiedy najchętniej zamknęłabym się w pudełku bez wyjścia, ciężko byłoby mi ominąć wzrok innych.

Tak, ja sobie doskonale zdaję sprawę, że zamulam, jakby dobry nastrój opisany w pierwszym zdaniu tego postu był tylko fałszywą reklamą, mającą na celu zachęcenie kogokolwiek do przeczytania czegoś, co jest wesołe tylko z nazwy. Ja mam naprawdę dobry nastrój, nawet jeśli tego nie widać po tym poście, ani po żadnym innym w podobnym stanie pisanym.

A teraz może słowo o Magnificonie, na którym szczęśliwie udało mi się spędzić czas tego weekendu :). Powiem tyle, że nie zawiodłam się na niczym poza tymi papierowymi niezalaminowanymi identyfikatorami, które w całej swojej papierowości lubiły się odrywać od smyczy. I na cenie pociągu powrotnego, którym niestety nie był region, a o 12 złotych droższy tlk. Poza tym zdecydowana większość paneli, na których się znalazłam, była co najmniej ciekawa. Momentami uśmiałam się się jak głupia – choćby wtedy jak Tachi wyciągał z zamkniętego pociągu swój zapomniany bagaż, albo na animcowych kalamburach, czy grach integracyjnych. No i pierwszy raz w życiu udało mi się uczestniczyć w prawdziwym larpie – tego się nie zapomina. Zwłaszcza, kiedy wszyscy po kolei zabijaliśmy księdza xD. Nie będę tu opisywać poszczególnych paneli, bo to nie reportaż z wydarzenia – po prostu chciałam o tym wspomnieć jako o dość ważnym wydarzeniu w moim życiu. Konwentowej atmosfery nie da się porównać do żadnej innej. Z jednej strony prowadzi się istny survival – dwa dni bez snu, poprzedzone ledwo odespaną z wrażenia nocą, wyżyte jakoś na gorących kubkach i bułce, z drugiej obecna jest wszędzie wyczuwalna więź pomiędzy zupełnie nieznanymi ludźmi – z każdym można porozmawiać, każdy jest taki otwarty… To jest po prostu piękne – uczucie, że wokół tyle ludzi, a każdy z nich z samego faktu współistnienia w społeczności fandomowej, jest taki chętny do rozmowy. Nie ma mowy o jakiejkolwiek samotności, odosobnieniu. I wszystko takie… bezstresowe. Wyobraźcie sobie, jaki piękny byłby świat, gdyby wszyscy zawsze pałali takim entuzjazmem, taką chęcią do wspólnego działania… Oczywiście to jest niemożliwe – każdy ma zbyt wiele obowiązków, aby marnować swój nader ograniczony czas na jakieś większe przejawy integracji z otoczeniem. I to jest trochę smutne. Wiem, że to o czym mówię, jest zupełnie abstrakcyjne i bez sensu, ale naprawdę – klimat konwentowy jest taki inny od tego dominującego w zwyczajnym, szarym życiu… I nie przypominajcie mi, że to ode mnie zależy, i tak w to nie uwierzę.

To teraz tylko czekać na Chapter 7 i będzie epicko. Za ten czas warto by się już naprawdę wziąć do nauki, bo moje oceny z co niektórych przedmiotów są zaprawdę niewystarczające, wręcz niedostateczne. W każdym razie – miło jest mieć dobry nastrój. Czyż nie jest to czasem priorytetem?

Więcej

Wiosna :D

Już od bardzo dawna nie poświęciłam nocy na coś konstruktywnego. Z perfidnego (jak ja uwielbiam to słowo) powodu rozkazu sił wyższych, potęgowanego odłączaniem rutera, całość nocy musiałam (a w sumie to „muszę” jest odpowiedniejszym słowem, gdyz ta sytuacja jak na razie się nie skończyła) marnować (tak, w takich ilościach to czyste marnotrawstwo) na sen. Spowodowało to względny zanik aktywnosci pseudotwórczej, objawiającej się między innymi we wpisach na tym blogu. Teraz jednak – po godzinie trzeciej, w najlepszą noc tygodnia, czyli z soboty na niedzielę (ze względów na brak konieczności wczesnego wstawania dnia nastepnego, a w sumie to brak koniecznosci wstawania w ogóle), po obejrzeniu Whisper of the Heart, kolejnego genialnego anime od Studia Ghibli, pojawiła się we mnie chęć do pisania – oczywiście bez jednego konkretnego tematu – pragnienie wyrażenia chociaż części z tych wszystkich myśli, które pojawiły się w mojej głowie ostatniego czasu. A było tego naprawdę dużo, zwłaszcza, że wiosną zwykle znajduję odpowiedzi na pytania zadawane przez całą jesień i zimę, destrukcyjnie panoszace się pomiędzy innymi myślami, nie dając im choćby chwili spokoju.

W ogóle sam fakt, że przyszła wiosna… Nie, nie napiszę, że towarzyszyły tej wyjątkowej pośród trzech innych zmianie pór roku takie same uczucia jak w latach poprzednich. Do tej pory zawsze – z tego co pamiętam – ta granica pomiędzy porami roku była szeroka, śnieg topniał wolno, wszystko budziło się do życia całymi tygodniami. Tym razem zima zniknęła z dnia na dzień. Ukróciło to znacznie ten jedyny, wyjątkowy okres w kalendarzu, kiedy powietrze pachnie tak nostalgicznie… Nie wiem, jak to można inaczej opisać – zawsze do tej pory widok topniejącego śniegu przypominał mi różne zdarzenia sprzed lat, przypominał mi o tym etapie w życiu, który już od dawna był zamknięty i gdzieś tam w odmętach świadomości i wspomnień ulegał smętnej warstwie kurzu. W tym roku wiosna nie kazała na siebie długo czekać po odejściu zimy, która zresztą zabrała zbyt wiele czasu. Nie tęsknię za nią. Zimno odbiera mi energię do działania, sprawia, że moim najważniejszym celem w życiu staje się takie ułożenie koca, pod którym się zakopałam, aby jak najmocniej skorzystać z jego potegi grzewczej. Tak mało rzeczy sprawia mi tyle radości co te jebane promienie słońca na początku wiosny, które wprost mówią „Zima się skończyła, masz teraz ponad pół roku na korzystanie z życia, nie zmarnuj tego”. Zawsze, kiedy pogoda staje się ładna, wszystko zaczyna być takie proste, wszystko zdaje się nabierać sensu, a nawet jeśli nie, to przestaje tego sensu potrzebować… Moje myśli i uczucia są wtedy takie odmienne od tych zimowych… Czasem się zaczynam zastanawiać, które z nich są tymi prawdziwymi – czy w pozytywnych chwilach dostrzegam pozytywne aspekty życia, których nie widzę, kiedy mam zły nastrój, czy może to ta radość z błahych rzeczy zaślepia przede mną perspektywę zmagania się z ogromem problemów, które stają na mojej drodze… Czy jestem ćpunem? Jeśli nadmierne reagowanie na tą pojebaną, piekną pogodę, wprawiającą mnie w pewien rodzaj ekstazy, w stan w którym każda najdrobniejsza przyjemna rzecz staje się olbrzymią radością, a każdy problem jest albo rozwiązywalny, albo nieistotny, albo niewarty zastanawiania się w tym momencie… to tak.

Moja teoria narkotycznego działania nagłych zmian pogodowych została jednak już zaprzeczona inną teorią – „wmawiasz to sobie”. Mnie zastanawia teraz tylko – która przyjemność tak naprawde nie jest owocem „wmawiania sobie” tej przyjemności. Czyż nie jest tak, choćby z jedzeniem, że wmawianie sobie, że ohydna zupa nie jest ohydna sprawia, że rzeczywiście da się ją przełknąć. Inny przykład: kiedyś podczas wizyty u dentysty borowanie zęba bolało tak koszmarnie, że postanowiłam wypróbować metode wmawiania sobie. Spróbowałam poszukać wewnątrz siebie jakichkolwiek masochistycznych myśli i wmówić sobie, że wiercenie dziury w zębie jest niezwykłą przyjemnością. I nawet ta metoda działała przez chwilę, potem jednak ten wysiłek psychiczny okazał się dla mnie za ciężki i powróciłam do zmagania się psychicznego z wiertłem dentystycznym. A co z innymi nieprzyjemnosciami i przyjemnościami? Pisałam jakiś czas temu na blogu, że ostatnio zupełnie przestało mnie jarać ogladanie filmów – robiłam to nie dla przyjemności, a dla tego uczucia, które pojawia się po zakończeniu – kiedy to można sobie powiekszyć listę obejrzanych, znaleźć fanpejdża na fejsbuku, a jeśli to anime to dopisać do myanimelista. Samo ogladanie bardziej lub mniej mnie nudziło – często zerkałam na pasek, sprawdzając, ile czasu zostało do końca itd. I teraz pojawia się pytanie klucz – czy ja lata temu, kiedy potrafiłam każdą wolną chwilę poświęcić na obejrzenie po raz setny tego samego filmu, wmawiałam sobie, że mnie to tak jara, czy może to teraz wmawiam sobie, że nie? Klątwą stało się zastanawnianie się nad tym. Może czasami rzeczywiście łatwiej byłoby nie myśleć?

Film Whisper of the Heart mnie wzruszył. Nawet jeśli był naiwny, dziecinny, zawierał nieprawdopodobną fabułę, osadzoną w zbyt wyidealizowanym świecie, to i tak potrafił wzruszyć. Poza tym główna bohaterka bardzo mi przypomina jedną osobę. I to nie tylko jeśli chodzi o zamiłowania. I inne usposobienie nie zmienia faktu, że mój chory system klasyfikacji ludzi (jak się kurwa pozbyc tego gówna?) wrzucił je do jednego worka charakterów. Segregacja – jak mnie to kurde denerwuje. Dzisiaj udało mi się znaleźć kolejną dziurę w moim chorym światopoglądzie. Myślałam nad tym tyle miesięcy, a dopiero teraz udało mi się to ubrać w słowa, co teraz wydaje się być niezwykle banalne do wykonania. Otóż głównie chodzi o to, że próbowałam zaklasyfikować siebie do kilku podtypów jednocześnie – do zupełnie różnych, wręcz sprzecznych ze sobą. Przy jednych osobach chciałam być kimś innym niż przy innych. Zakładanie masek, jak kiedyś ktoś to nazwał, wydawało mi się zawsze takie oczywiste. I chociaż mówiłam sobie, że to tak źle, że w różnych sytuacjach jestem zupełnie inną osobą, to dopiero teraz uslyszałam ten cichy głos, płynący z mojej własnej podświadomości, pragnący tych zmian wewnętrznych. Z jednej strony nienawidziłam podziałów społecznych, a z drugiej sama je tworzyłam, przydzielając każdego jak leci, włącznie z sobą. Gorzej było, kiedy ktoś zupełnie nie pasował do żadnego z szablonów – trzeba mu było robić osobną kategorię, w której zwykle zostawał sam. Tak ciężko jest wywalić niektóre złe nawyki z podświadomości. Ale postaram się to zrobić, wierzę, że potrafię. A to z kolei pomoże mi odnaleźć samą siebie – nie jako członkinię jednej z grup, a osobę niezależną, inną, wśród wszystkich innych, niezależnych, pojedyńczych, niepowtarzalnych.

Poza tym jednak brakuje mi tego celu w życiu – czegoś, do czego dążeniu mogłabym poświęcić wszystko inne. Podobno każdy kiedyś znajduje swój cel. Nie chciałabym, aby to w moim przypadku było jeszcze później niż jest. Nie chciałabym niezdążyć. Bo co jest piękniejszego od znalezienia czegoś, dla czego świat nabrałby nowych sensów, co pootwierałoby pozamykane od zbedności drzwi… Tyle już próbowałam, z tylu rzeczy zrezygnowałam, w tylu zainteresowaniach się nie znalazłam. A podobno właściwą drogę można rozpoznać właśnie po tym, że sprawia przyjemność? Mam nadzieję, że nie oznacza to, że moja przyszłość będzie powiązana z siedzeniem na słońcu xD.

Więcej