Teraz bym to zrobiła inaczej, czyli o pracy inżynierskiej z 2016 roku

Studia już dawno stały się dla mnie przeszłością. Mimo to nie ma dnia, w którym nie wspominałabym tych paru lat, pełnych wrażeń, nieprzespanych nocy i mimo wszystko radości z tworzenia czegoś bez zobowiązań, jak to bywa później, w „prawdziwym życiu”.

Fasada budynku

Podczas tych studiów nauczyłam się też naprawdę wiele. Praktycznie stałam się nowym człowiekiem. Starałam się wykorzystać ten czas najlepiej, jak mogłam – wyjeżdżając na konferencje, na Erasmusa, biorąc udział w konkursach czy udzielając się w kołach naukowych. Strasznie mi tego brakuje, dlatego dzisiejszy wpis będzie trochę bardziej nostalgiczny. Wrócę w nim do tematu mojej pracy inżynierskiej, którą obroniłam już prawie trzy lata temu (kiedy to minęło!). Umieściłam wtedy na blogu wpis, nie zawierający samych plansz ani zbyt wielu informacji, ze względu na ochronę praw autorskich, przez pół roku po obronie należących do uczelni. Choć wtedy mi się mój projekt całkiem podobał, teraz nie mogę na niego patrzeć. Przygotowując portfolio podczas aplikacji o pracę, wręcz zastanawiałam się, czy może nie warto ten projekt pominąć. Dzisiaj zrobiłabym to zupełnie inaczej. Chcecie posłuchać? No to zaczynamy.

Temat

W przypadku pracy magisterskiej (pokażę Wam wkrótce!) temat był praktycznie dowolny. Pracy inżynierskiej na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej natomiast zadane były dwa tematy do wyboru: projekt hotelu albo akademika. Lokalizacja też była odgórnie narzucona, co miało upodobnić projekty studenckie do siebie, jeśli chodzi o ich rozmiar, stopień skomplikowania i treść.

Ja wybrałam temat hotelu. Wydawało mi się wtedy, że hotel będzie o wiele lepiej wyglądał później w portfolio, że wiedza projektowa jaką zdobędę podczas tworzenia projektu bardziej mi się przyda w „prawdziwym życiu”. Miałam wtedy zupełnie inne nastawienie do życia niż teraz – bardziej zorientowane na cel, mniej pragmatyczne. W tym momencie najprawdopodobniej wybrałabym akademik. Zamiast powtarzalnych pokojów hotelowych, odizolowanych jeden od drugiego, z ludźmi przybywającymi tam na parę dni i chcącymi zminimalizować swój kontakt z pozostałymi lokatorami, w przypadku akademika stworzyłabym bardzo współczesny projekt oparty na cohousingu, dzielonych przestrzeniach nauki i rekreacji.

Wtedy akademiki kojarzyły mi się zdecydowanie źle: jeden pokój na cztery osoby, wspólna łazienka na piętrze, z zepsutymi zamkami w drzwiach, wieczne imprezy i studenci palący na korytarzach. Brak spokoju i możliwości odpoczynku i odizolowania się. A przecież tak nie musi być. Gdybym mogła cofnąć się w czasie i stworzyć mój projekt inżynierski jeszcze raz, skupiłabym się na szukaniu rozwiązań być może utopijnych, jednak dużo bardziej ciekawych niż rozwiązanie sali konferencyjnej na parterze hotelu.

Pierwsze dwie plansze dyplomowe

Idea

Pomimo wszystkiego, co napisałam w opisie projektu, nie kryła się za nim jakaś większa idea. Prawda, chciałam zrobić budynek o ciekawej formie, z ładnymi widokami i tak dalej. Mimo to zabrakło w nim tej konkretnej myśli przewodniej, która pokierowałaby moje dzieło w konkretnym kierunku. To jest trochę problem z edukacją architektoniczną w Polsce – przez większość czasu nie wymaga się od studentów zbyt obszernych analiz, projekt od zera do prawie gotowej formy rozwija się bardzo szybko, a później jest już tylko poprawiany. W międzyczasie studenci stawiają czoła rozmaitym przedmiotom z całego wachlarza dziedzin. Historia, matematyka, przyroda, geometria wykreślna, sztuki plastyczne, urbanistyka, mechanika, projektowanie dróg i tak dalej. Tego jest po prostu za dużo na studiach inżynierskich, aby w pełni skupić się na projekcie. Kolejne etapy projektowania są po prostu zaliczane w terminie, często na szybko, oby jeszcze zdążyć wydrukować, oby zdążyć wywiesić. W takim tempie po prostu nie da się myśleć kreatywnie. Długie godziny wykładów, czasem nawet do sześciu z rzędu, tylko sprawiają, że ma się ochotę wyskoczyć z budynku uczelni przez okno, a przynajmniej znaleźć się we własnym domu, najlepiej w ciepłym łóżku, najszybciej jak to możliwe. A przecież tak świetnie tworzyłoby się projekty na uczelni, bez tych wszystkich rozpraszaczy wokół!

Forma

Przez całe studia, miałam straszną tendencję do maksymalizmu. Zawsze znacznie przekraczałam założone powierzchnie czy objętości, chciałam zmieścić w budynku jak najwięcej funkcji na raz. Ten nadmiar pomysłów na ogół kończył się tylko problemami. Bo nie dość, że trzeba było włożyć dużo więcej pracy w tworzenie modelu i rysunków, to jeszcze komputer nie do końca radził sobie z tak ogromnymi plikami. Chociaż prowadzący zajęcia regularnie starali się moje projekty pomniejszać, ostatecznie i tak wychodziły z nich całkiem spore gmaszyska.

Z dużymi formami zawsze jest ten problem, że trudno dobrze zadbać o ich estetykę. Obecnie modne powtarzalne i harmonijne formy zupełnie nie chcą współgrać z gigantycznymi płaszczyznami ścian, a rendery nie wychodzą tak jak powinny, ponieważ trudno złapać kadr, w którym zmieści się tak duży budynek. Ten problem w rzeczywistości bardziej odbił się na mojej pracy magisterskiej niż inżynierskiej, właśnie ze względu na swobodę wyboru działki i tematu. Tutaj jednak już był dość denerwujący pod koniec pracy, kiedy zaczynałam żałować każdego dodatkowego pomieszczenia, które na początku założyłam.

Trzecia i czwarta plansza

Fasada

Choć nie było to w ogóle konieczne, grubą część czasu projektowego poświęciłam fasadzie budynku. Przechodziłam wtedy fazę fascynacji architekturą parametryczną i bardzo chciałam zastosować tu moją niewielką wiedzę w tym temacie. Akurat w tym przypadku jestem całkiem zadowolona – stworzyłam coś nietypowego i przy okazji wiele się nauczyłam. Mimo to, często była to bardziej walka z oprogramowaniem, niż wykorzystywanie kreatywności. Szczególnie problematyczne okazało się przenoszenie modelu pomiędzy programami – zwłaszcza jeśli chodzi o zachowanie materiałów i widoczności wybranych elementów.

Plansze

Podczas studiów wiecznie słyszałam, że architekci w ogóle nie znają się na grafice komputerowej i podczas prezentacji projektu powinni oni współpracować z kimś z tej branży. Często było to widoczne podczas wystaw. Wielu studentów totalnie nie radziło sobie z typografią, a kiedy pojawiła się jakaś ciekawsza i estetyczna kompozycja plansz, bywała ona kopiowana przez kolejne roczniki. Ja mimo wszystko miałam już trochę doświadczenia w grafice i uważam, że zawsze była ona mocną stroną moich (słabych) projektów. Z tego powodu jestem całkiem usatysfakcjonowana z wyglądu plansz, nawet jeśli przedstawiają one nie do końca piękny i przemyślany budynek.

Projekt został całkiem dobrze oceniony, mimo to teraz widzę, że brakuje w nim jakiejś takiej energii, pasji tworzenia. To, co w nim widać to długie godziny spędzone na dopracowywaniu detali, staraniu się perfekcyjnie dopasować do wszelkich wymagań, wyjść im naprzeciw. Kiedy jednak przypomnę sobie, jak wiele rzeczy było dla mnie zupełnie nowe – zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie techniczne i warunki budowlane – to naprawdę doceniam włożoną w ten projekt pracę.

A Wy wracacie czasami do dawnych projektów ze studiów i zastanawiacie się, jak wyglądałaby praca nad nimi oraz efekt końcowy, gdybyście posiadali obecną wiedzę?

Plansza instalacji, oddana semestr wcześniej
Konstrukcja budynku

Więcej

Nie przerysowuj! O rysowaniu z natury

Rysowanie zawsze było moją pasją, jednak podczas studiów mocno je zaniedbałam. Zapytacie: jak to? Na architekturze? Przecież tam prawie cały czas się rysuje! Prawda jest jednak taka, że są to studia tak czasochłonne, że wykorzystanie komputera, mediów cyfrowych, pozwala oszczędzić te drogocenne godziny życia, nie mówiąc już o znaczącym ułatwieniu samego procesu projektowania. O tym można przeczytać we wpisach z tagiem „studia”. Kiedy chodzenie na uczelnię stało się przeszłością, a nagle moja doba zyskała całkiem sporo dodatkowych godzin, postanowiłam odświeżyć umiejętności rysownicze. Okazało się jednak, że „odświeżyć” to mało powiedziane. Przede mną była jeszcze bardzo długa droga nauki w zakresie wykorzystania tradycyjnych mediów (na przykład akwareli, z którą nie miałam wcześniej zbyt wiele styczności), czy z samego oddawania przedmiotu na papierze. Od tego czasu minęło już trochę długich miesięcy i dlatego chciałabym się podzielić moimi przemyśleniami, które pojawiły się podczas tego czasu. Dzisiaj napiszę o tym, dlaczego warto rysować z natury, zamiast przerysowywać ze zdjęcia.

Bardzo ciekawe obiekty do rysowania można znaleźć w muzeach – ja przede wszystkim polecam muzea transportu i antyczne rzeźby.

Przerysowywanie? Tak. Nie. Zależy.

Kopiowanie własnej fotografii czy cudzej pracy (oczywiście za zgodą autora) nie jest niczym złym podczas nauki. Od wieków uczniowie studiowali prace swoich mistrzów, przerysowując detale, a często tworząc wręcz kopie wielkich płócien. Wam również może to pomóc zdobyć wiele nowych umiejętności. Są to przede wszystkim: sprawność w posługiwaniu się danym narzędziem (na przykład ołówkiem, farbami), poznanie sposobów, jakimi można stworzyć światłocień, kontrast, jak oddać na papierze różne powierzchnie i faktury. To są jednak kwestie bardzo techniczne. Poza tym, kopiować też można różnie – analizując poszczególne elementy oryginału, kontemplując wykorzystane techniki i próbując zrozumieć decyzje pierwotnego artysty – albo wręcz przeciwnie – bezmyślnie, wręcz mechanicznie, nanosząc kolejne linie i kolory na własną kartkę, nie przejmując się za bardzo niuansami, i nie wynosząc z tego więcej nowej wiedzy niż jak poprawnie trzymać ołówek (a nawet niekoniecznie).

Zanim przejdę do głównego tematu, chciałabym jeszcze ostrzec przed jednym niebezpieczeństwem wiążącym się z przerysowaniem, konkretnie – zdjęć. Od dłuższego czasu śledzę grupy ludzi tworzących, często na podstawie fotografii. Obserwując próby odtworzenia w akwareli zdjęcia swojego dziecka, zwierzaka czy czegokolwiek innego, często od razu można poznać, że było to bezmyślne przerysowywanie. Czyste rzemiosło, bez grama artyzmu. Dlaczego tak twierdzę? Bo widzę na rysunku rzeczy, które nie powinny się na nim znaleźć. Przykład? Na twarz portretowanego padł cień, który został znacznie spotęgowany przez obiektyw. Na zdjęciu nie jest to większym problemem – w końcu to fotografia, od razu widać że to tylko cień na twarzy, jesteśmy do tego zupełnie przyzwyczajeni. Na rysunku jednak staje się on dziwaczną i nieuzasadnioną plamą, która tylko zadaje pytanie: po co? Co autor miał na myśli?

Inny przykład? Znowu w przypadku rysowania ludzi – sama postawa ciała może być dość dziwnie ujęta na zdjęciu. Już nawet nie chodzi o to, że z żabiej perspektywy człowiek ma nogi do sufitu – takie rzeczy spokojnie można oddać i w rysunku, i to potrafi naprawdę fajnie wyglądać. Raczej wyjdą na wierzch nienaturalne pozy, złapane w ruchu, dziwne skróty perspektywiczne stworzone przez dystorsję obiektywu. Jeśli nie wiesz o czym mówię, włącz dowolny film i spróbuj zatrzymać go w momencie ruchu, tak aby wszystko wyglądało ładnie. Moje doświadczenie mówi, że aby kadr nadawał się do czegokolwiek, trzeba co najmniej kilkukrotnie nacisnąć spację i liczyć, że wreszcie trafi się sensowne ujęcie. Tak jest też ze zdjęciami. Z tym, że przyzwyczailiśmy się, że jakaś ręka na zdjęciu wygląda na krzywą albo za długą – w końcu to tylko zdjęcie, w rzeczywistości na pewno jest ona normalna, co nie? Dlaczego więc powinniśmy ją zakrzywiać też na rysunku, gdzie przecież na ogół staramy się oddać coś naturalnie, jak najbliżej tego, jak to odbieramy to własnymi oczami.

Zdjęcie może oczywiście posłużyć jako referencja, punkt wyjściowy przy tworzeniu nowej pracy. Wciąż nie będzie to jednak zupełnie to samo, co rysowanie zupełnie z natury.

Tutaj góry namalowane z własnego zdjęcia. Niestety nie znalazłam w miarę świeżego rysunku przedstawiającego człowieka na podstawie zdjęcia na moim kompie. Nie chcę tutaj umieszczać cudzych prac w takim kontekście, aby nikt nie pomyślał, że traktuję jego prace jako „zły przykład”.

Wyzwania tworzenia z natury

Chyba oczywiste jest, że rysowanie z natury jest o wiele trudniejsze niż przerysowywanie ze zdjęcia. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że główną trudnością jest sama logistyka – znalezienie dogodnego miejsca do rysowania, nie za blisko i nie za daleko wybranego obiektu, zabranie ze sobą wszystkich potrzebnych narzędzi i wykonanie całej pracy na miejscu, licząc się ze wszelkimi ograniczeniami czasowymi. Tak naprawdę, jest jednak coś, co ja uważam za o wiele trudniejsze i bardziej wymagające niż rozstawienie swojego mobilnego studia w terenie.

Czy jest to zatrzymanie w bezruchu naturalnie ruchomego krajobrazu? To kolejne wyzwanie, które mogłoby wydawać się sporym ograniczeniem w porównaniu do statycznej fotografii, którą dodatkowo można sobie powiększyć czy wyostrzyć na komputerze. Wbrew pozorom, przy typowych kompozycjach nie powinno sprawić to większego problemu, zwłaszcza mając już doświadczenie z rysowaniem. Jest coś o wiele trudniejszego, z czym nie do końca świadomie zmagają się wszyscy próbujący rysować z natury.

Jest to trójwymiarowość przestrzeni, w której się znajdujemy i konieczność oddania jej na zupełnie dwuwymiarowej powierzchni. To, jak wiele sprawia ona problemów, można dostrzec, analizując historię sztuki. W dziełach ze starożytności i średniowiecza obserwujemy te nieudolne próby oddania wielu planów, kompozycji, perspektywy. Wbrew pozorom, nie jest to takie oczywiste, dlaczego widzimy tylko jedną albo dwie ściany budynku, skoro przecież doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, ile tych ścian jest w rzeczywistości. Po egipskich malowidłach widać, jak trudno było zrozumieć wielowymiarowość przestrzeni ówczesnym artystom – dużo łatwiej było stosować utarte schematy, gdzie za pomocą konkretnego wzoru sylwetki (ciało przedstawione przodem, głowa bokiem), udawało się pokazać wizerunek człowieka. W domyśle człowiek posiadał wszystkie części ciała, jego głowa (widoczna z profilu) miała też drugi bok, a jedna noga zdecydowanie nie była większa od drugiej. Postacie jednak praktycznie nigdy nie zasłaniały siebie nawzajem – to już nie mieściło się w zrozumieniu perspektywy przez ówczesnych twórców.

Fragment ściany z grobowca faraona Amenemheta i jego żony Hemet (licencja Public Domain)

Tak naprawdę, rysując z natury, musimy zapomnieć o wszystkim, czego nauczyliśmy się podczas życia o danym przedmiocie – a przynajmniej tymczasowo uśpić tę wiedzę i umiejętnie wykorzystać w konkretnych sytuacjach. Dzieci często uczą się rysować, zaczynając od gotowych kolorowanek, wykonanych przez dorosłych nieumiejętnie imitujących dziecięcy styl. Jest to szczególnie szkodliwe. Moim ulubionym przykładem, wymienianym już parokrotnie na tym blogu, jest rysowanie ptaków wyglądających jak przekręcone pośladki. Inne to jabłuszko koniecznie z patyczkiem i listkiem (nigdy w życiu takiego nie widziałam). Najlepsze przykłady pojawiają się jednak przy ludzkich twarzach, przy takich elementach jak usta, nosy, umieszczenie brwi. Często, aby nauczyć się rysować, najpierw trzeba oduczyć się złych praktyk z dzieciństwa.

Domek na wzgórzu, oczywiście z choinką, chmurką z komina, ptakami-pośladkami i narożnym słońcem. Widzieliście już podobny obrazek tysiące razy.

Tak naprawdę temat jest jednak o wiele głębszy. Rysując, spłaszczamy ten trójwymiar, jednak nie dzieje się to dopiero na kartce, a już wcześniej, w naszej głowie. Po dłuższym czasie rysowania na żywo zaczynamy dostrzegać własnymi oczami to, czego oduczyliśmy się podczas naszego życia. Że podłoga – choć w rzeczywistości prosta – w naszych oczach jest zakrzywiona przez perspektywę. Że choć oczy portretowanego są umiejscowione na równej wysokości, dla nas jedno jest wyżej niż drugie. W pewnym momencie trójwymiarowość przestrzeni przestaje być problemem, ponieważ potrafimy stworzyć jej idealną dwuwymiarową projekcję przed własnymi oczami. I to jest najpiękniejsze w rysowaniu z natury.

Same zalety

Rezygnacja z kopiowania zdjęć w domowym zaciszu na korzyść wyjścia w plener, to same plusy. Będąc na miejscu, łatwiej się skupić na tworzeniu, bez tych wszystkich domowych rozpraszaczy (lodówki przypominającej o swojej zawartości, nagłej potrzeby wypicia kawy czy pójścia do toalety po raz kolejny, a nawet pozostałych domowników). Jesteś tylko Ty i Twoje płótno, szkicownik czy cokolwiek wybierzesz jako miejsce odwzorowania tego, co widzisz. Oczywiście pojawiają się nowe problemy: pogoda, inni ludzie, owady, nagłe zmiany krajobrazu czy niewygoda. Z tym trzeba się pogodzić. Mimo wszystko, jakaś praca prawie zawsze powstanie i na ogół będzie ją można uznać za ukończoną. Bez zbędnego poprawiania, a często pogarszania (jedno z moich ulubionych niemieckich słówek, które używam w tym znaczeniu to verschlimmbessern, oznaczające mniej więcej „tak poprawić, że aż zepsuć”).

Tutaj taki szkic z pubu. Rysowanie z natury wcale nie oznacza koniecznie rysowania przyrody. Chodzi konkretnie o czynność przekazywania tego, co się widzi, w porównaniu do przerysowania elementów ze zdjęcia czy innego obrazka.

Poza tym, rysowanie w plenerze może stać się wydarzeniem socjalnym. W Monachium dołączyłam do grupy, z którą spotykam się regularnie, aby rysować – zarówno portrety, jak i różne miejsca czy obiekty. To oczywiście łączy się z porównywaniem swoich prac, uczeniem się od siebie nawzajem i oczywiście miłym spędzeniem czasu. Bardzo konkretną grupą, która ma swoje oddziały w wielu większych miastach, jest Urban Sketchers, o których już pisałam jakiś czas temu.

Jednak nawet samodzielne rysowanie, niezależnie od tego czy to tylko szybki szkic czy porządne malarstwo na płótnie, potrafi dać naprawdę wiele radości, kiedy stworzone na miejscu. Nawet jeśli dla odbiorcy nie ma to znaczenia (co nie zawsze musi być prawdą), sama świadomość że praca powstała w konkretnych okolicznościach, może być wartościowa. W końcu sztuka to nie tylko ładny obrazek, ale też całe okoliczności, które wpłynęły na jego powstanie.

Rysowanie drzew w parku? Wydawałoby się, że nuda, jednak przy pięknej pogodzie jest to czynność niesamowicie relaksująca.
Więcej

Jaki szkicownik wybrać?

Choć nie lubię posiadać wielu niepotrzebnych przedmiotów i unikam zaśmiecania sobie mieszkania niepotrzebnymi dekoracjami, pewnych rzeczy po prostu nie mogę przestać kupować. Są to wszelkiej maści produkty papiernicze, notesy, pisadła, szkicowniki i farby. Myślę, że tego, co nagromadziłam przez ostatnie parę lat starczy mi na jeszcze kilka żyć, pomimo że staram się regularnie szkicować. Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się zużyć jakiś szkicownik naprawdę do ostatniej strony, jednak kilka obecnych zdecydowanie do tego zmierza. Jednocześnie parę odstawiłam już dawno w kąt, zapomniałam lub po prostu zrezygnowałam ze względu na niepraktyczność czy niedostatecznie dobrą jakość papieru.

Moje szkicowniki

W pierwszej kolejności pokażę, z jakich szkicowników obecnie korzystam (a także: z którymi walczę lub które odłożyłam na półkę). Na ich podstawie opiszę, na co powinno się zwracać uwagę przy wyborze szkicownika. Warto jednak przypomnieć znane powiedzenie, że „jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Oznacza to mniej więcej, że jeśli pracuje się, wykorzystując różne media i techniki, konieczne jest posiadanie różnych papierów i szkicowników. W sztuce złoty środek nie istnieje.

Taka tam kolekcja

1. Hahnemühle Grey Book A5

Mój najnowszy nabytek i absolutnie go kocham. Jest lekki, porządnie wykonany, elegancki. Faktura okładki imituje drewno, choć jest to raczej tektura. Papier jest gładki, szary, jednolity, o gramaturze 120 g/m², 40 kartek (80 stron) powinny się dać dość szybko wypełnić. Muszę jednak podkreślić, że jest to papier bardzo wysokiej jakości. Według opisu przeznaczony jest on głównie do pracy z tuszem i markerami, jednak świetnie spisuje się także z akwarelą (nie uniknie się falowania stron przy tej gramaturze, jednak spokojnie znoszą one wodę). Przez ten papier jeszcze nie przebił mi żaden cienkopis ani mazak. Wady? Oczywiście, że są. Po pierwsze, nie rozkłada się on na płasko, więc zdecydowanie przydatne będą klipsy do przyczepienia kartek do okładki. Nieduża liczba stron i oczywiście cena. Z tej samej serii można również kupić notes z jasnobrązowymi kartkami nazwany Cappucino Book. Oba szkicowniki dostępne są w formatach A4 i A5.

2. Leniar blok szkicowy z szaro-brązowym papierem A5

Bardzo tani szkicownik z papieru z recyclingu, niestety nie sprawdził się u mnie zbyt dobrze. Zbyt chropowaty, aby komfortowo pisać po nim cienkopisami, średnio przyjmujący twarde ołówki, za to odpowiedni do ołówków miękkich i węgla. Powinien doskonale współpracować z kredkami, których ja nie używam (przetestowałam z czarną i białą i było naprawdę nieźle). Z chęcią wykorzystam ten papier jednak przy tworzeniu stron w Bullet Journalu. Bloczek formatu A5, 80 g/m², kartki klejone u góry, łatwe do wyrywania.

3. Clairefontaine Dessin à Grain

Jest to najlepszy mały szkicownik jaki znalazłam z najniższej półki cenowej, który spełniał wymagania: porządny papier, niska cena, brak spirali, bloczek z kartkami do wyrywania. Noszę go ze sobą na każde spotkanie rysowników, chętnie oddając luźne kartki potrzebującym zapominalskim (kiedyś zdarzyło mi się, że ktoś poprosił mnie o kartkę, a ja miałam ze sobą tylko porządny szkicownik, z którego nie wyrywam i było mi głupio odmówić). Sama wykorzystuję go do szybkich szkiców, do wstępnych kompozycji czy kiedy chcę przetestować jakieś nowe narzędzie. Papier jest naprawdę porządny i świetnie współpracuje z ołówkiem. Kartki są niestety tak słabo przyklejone, że wypadają same z siebie, co byłoby zdecydowaną wadą, gdyby ktoś chciał zachować notes w jednym kawałku.

4. Römerturm Aquarell Block A4

Jest to mój ulubiony papier do akwareli. Świetnie współpracuje z dużą ilością wody, ma piękną fakturę (choć czasem używam też drugiej, gładkiej strony). Jest to blok na spirali, papier tłoczony na zimno, 30 kartek formatu A4, gramatura 300 g/m². Tylna tekturka jest bardzo gruba i sztywna, dzięki czemu można go bardzo wygodnie trzymać w dłoni. Nie znałam wcześniej tej firmy, jednak postanowiłam dać jej szansę, kiedy uznałam, że chcę zainwestować w porządny papier, ale nie stać mnie na Arches. Czy ma on wady? Duża gramatura w połączeniu z porównywalnie sporą liczbą kartek daje naprawdę ciężką cegłę. Zdecydowanie nie nadaje się on do noszenia w plecaku na co dzień. Ze względu na zastosowanie, kartki często są dość pofalowane, więc przydaje się je czymś spiąć. Ja do tego celu wykorzystuję piórniczek na gumce, który kupiłam wieki temu w Tigerze, nie mając jeszcze wtedy pomysłu na jego zastosowanie. Kiedy bloczek Römerturm dołączył do mojej kolekcji, te dwa przedmioty stały się nieodłączną parą.

5. Mój kalendarz (tutaj: Semikolon Monstera Grand Voyage)

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszy szkicownik, to ten, który masz przy sobie. Jeśli mnie znacie, to wiecie, że nigdy nie rozstaję się ze swoim kalendarzem i to w nim czasami zdarzy mi się umieścić jakiś rysunek. Z tego powodu postanowiłam go dodać do tej listy – nawet, pomimo że nie jest to szkicownik per se. Papier jest dobry, ponieważ tym się kierowałam przy wyborze kalendarza. Może nie do końca radzi sobie z akwarelą, ale przecież nie stworzę w nim dzieła życia! Prawdopodobnie.

6. Sketch Book szary A6

Uwielbiam notesy z widocznym szyciem, dlatego pozwoliłam sobie kupić to maleństwo z serii szarych notesów (dostępne także A5 i A4). Notes jest bardzo poręczny i idealnie rozkłada się na płasko. Duża liczba kartek (120 -> 240 stron) w połączeniu z małym formatem stała się powodem, dlaczego to właśnie jego wybrałam do mojego pomysłu stworzenia notesu na same portrety. Niestety szybko wyszły na wierzch jego wady. Papier jest koszmarnej jakości i ołówek nie jest na nim zbyt dobrze widoczny. Niewygodnie rysuje się po nim także białą kredką – dopiero bardzo miękka kredka akwarelowa jest dostatecznie widoczna, aby używać jej komfortowo. Do cieni koniecznie muszę wykorzystywać czarną kredkę. Niby papier szary, a ani go rozjaśnić, ani przyciemnić. Tekturowa okładka też bardzo szybko wchłonęła jakąś plamkę tłuszczu. Obecnie zapakowałam go w improwizowaną okładkę wykonaną ze starej gazety. Nie zrażam się jednak – zamierzam dalej go męczyć.

7. Szkicownik Talens Art Creation A6

Notes, którego uśmierciłam, jako pierwszy. Mały format miał się sprawdzić jako szkicownik do noszenia zawsze przy sobie, jednak właściwie nie zdarzało mi się go wyciągać z bocznej kieszeni plecaka. Po prostu tam był i w żadnym stopniu nie zachęcał do rysowania. Pierwszą i prawdopodobnie najważniejszą tego przyczyną jest to, że trzeba go mocno trzymać, aby się nie zamykał. Przy większych notatnikach nie sprawia to takiego problemu, jednak przy takim maleństwie, po prostu nie ma jak go wygodnie złapać. Nie jest to jednak szkicownik zły. Porządny papier 140 g/m², sztywne i gładkie kartki, świetnie współpracuje z mazakami i cienkopisami, nie przebija. Jeśli ktoś nie ma miejsca w torebce na większy format, to taki notes z pewnością spełni swoją funkcję. Talens to znana firma, łatwo znaleźć w Internecie przykłady, jak ludzie wykorzystali te notesy do prowadzenia swoich art journali czy po prostu szkicowania.

8. Duży szkicownik Tiger A3

Kupiłam go całą wieczność temu w promocji w sklepie Flying Tiger. 50 kartek 100 g/m², nawet nienajgorszej jakości, biorąc pod uwagę cenę, również oryginalną. Jakiś czas przeleżał w półce, jednak kiedy po niego wreszcie sięgnęłam, szybko wypełniłam ponad połowę stron szkicami. Najbardziej doceniam w nim oczywiście format. Biorę go ze sobą wyłącznie wtedy, kiedy wiem, że będę rysować coś bardziej szczegółowego, albo po prostu mam ochotę się bardziej rozrysować. Oczywiście nie zastąpi on sztalugi i pełnego brystolu, jednak doskonale spisuje się jako „coś pomiędzy”. Dzięki spirali wygodnie się go trzyma, przerzucając drugą część kartek na tył. Myślę, że dobrze mieć chociaż jeden szkicownik w większym formacie.

Jak wybrać szkicownik

Pokazałam, z czego korzystam obecnie, natomiast są to tylko przykłady, które mogą nakierować czytelnika na wybór konkretnego formatu czy rodzaju notesu. Jakie elementy warto przede wszystkim rozważyć? Oto krótkie podsumowanie.

Papier

Jego wybór będzie w dużej mierze zdeterminowany wykorzystywaną techniką. Papier do akwareli powinien mieć odpowiednią gramaturę, papier do mazaków musi być koniecznie gładki, podczas gdy papier do ołówka może być cieńszy, żółtawy, chropowaty. Na własną odpowiedzialność można odchodzić od tych reguł. Papier do mazaków może okazać się odpowiedni do szkiców akwarelą a blok akwarelowy spisywać się dobrze z kredkami. Na początek polecam jednak wybrać coś specjalnie dedykowanego swojej technice.

Gramatura

Oznacza masę jednego metra danego papieru. Z założenia wiąże się to ze zwiększeniem grubości oraz gęstości kartki (znaczenie tych czynników jest rozmaite). Papier o najmniejszej gramaturze można spotkać w wielostronnych księgach, np. Biblii, natomiast duże gramatury będą miały kartony, które trudno zgiąć. Typowe kartony do pakowania przesyłek, pomimo dużej grubości, na ogół mają bardzo niewielką gramaturę. W temacie szkicowników gramatura oczywiście przełoży się na rozmiar i wagę – jeśli więc ma to być szkicownik poręczny, zabierany w podróż, warto większą gramaturę zrównoważyć mniejszą liczbą stron.

Kolor

Wiele osób nie przepada za kartkami innymi niż białe, podczas gdy inni swobodnie kreślą na papierach brązowych, szarych, czarnych. Sama dobrze odnajduję się w obydwu przestrzeniach i (jak widzieliście powyżej) moja kolekcja zawiera papiery i takie, i takie. Warto pamiętać, że nie istnieje biała farba akwarelowa, więc „poprawna”, akademicka akwarela powinna być wykonywana na papierze jak najbardziej zbliżonym do bieli. Dla osób mniej „poprawnych” zawsze można zmieszać akwarelę z gwaszem (technika podobna do akwareli, w której farby nie są transparentne) lub – co ja ostatnio przetestowałam – białym brush-penem (np. uni-ball Posca). W przypadku ołówka czy węgla warto zaopatrzyć się w dobrą białą kredkę, najlepiej jak najbardziej miękką. Kolorowe kartki świetnie spiszą się przy pasteli.

Faktura

Czyli to, czy kartka jest gładka, czy zawiera wzór papieru, o który nasze medium będzie zahaczać podczas szkicowania, które zahamuje farbę lub zbierze więcej śladu ołówka. Tutaj również warto poeksperymentować, jednak podstawy są bardzo proste: do mazaków, cienkopisów, kaligrafii, zdecydowanie nie warto wybierać szkicowników fakturowanych – linie będą wyglądać krzywo, a przy okazji można zepsuć sobie porządny cienkopis, wycierając jego wkład. W przypadku ołówków wybór jest mniej oczywisty – ja lubię papiery fakturowane, inni mogą woleć gładkie. To jak wybór pomiędzy ołówkami miękkimi a twardymi, wszystko zależy od pożądanego stylu rysunku. W przypadku akwareli istnieją dwa typy papieru: tłoczony na zimno albo na gorąco. Pierwszy (cold pressed) będzie charakteryzował się wyraźniejszą fakturą, świetnie współpracującą z typowym zastosowaniem tego medium. Papier tłoczony na gorąco (hot pressed) natomiast wybierany jest chętniej przez twórców komiksów czy obrazów bardziej szczegółowych.

Format

Ponieważ papier do tylko połowa historii.

Rozmiar

Wybór rozmiaru szkicownika jest jednocześnie łatwy i trudny. Łatwy, ponieważ ludzie najczęściej sięgają po takie formaty, jakie się u nich dobrze sprawdziły. Trudny, kiedy nie ma się wcześniejszego doświadczenia z notesami. Dla mnie jeden szkicownik byłby niedostateczny – czasem potrzebuję mniejszego, a czasem większego formatu. Jeśli jednak ma to być pierwszy taki zeszyt, chyba najbezpieczniej będzie polecić format A5.

Poziom, pion czy kwadrat?

Przebierając w notesach łatwo zauważyć, że część z nich posiada szycie na dłuższej krawędzi, a część na krótszej. Proporcje długości i szerokości kartki również mogą być bardzo rozmaite – od bardzo podłużnych prostokątów, aż do idealnych kwadratów. Osobiście nie przepadam za kwadratami, a w przypadku prostokątów orientacja nie ma dla mnie większego znaczenia. Pozwalam sobie na tę swobodę przekręcenia zeszytu o 90 stopni albo przeznaczania dwóch sąsiadujących stron na jeden rysunek. Nic nie stoi też na przeszkodzie przed użyciem fragmentu kartki, o pożądanych przez nas proporcjach, i pozostawieniu białego tła wokół.

Liczba stron

Duże liczby stron świetnie się prezentują, kiedy ktoś już dał radę wypełnić je rysunkami. Do szkiców polecam jednak wybrać coś o ograniczonej liczbie kartek. Zyska się mniejszą masę notesu, większą jego poręczność i zwiększy szanse, że będzie to notes wykorzystany do końca, a nie wrzucony do szuflady po zapisaniu połowy.

Okładka

Wzór okładki nigdy nie miał dla mnie większego znaczenia (w końcu zawsze można ją ewentualnie w dowolny sposób przyozdobić), jednak ważna była jej twardość i odporność. Okładki ze zwykłego papieru są ładne tylko przez pierwszych kilka dni, więc (o ile nie zamierza się zapakować szkicownika w dodatkową okładkę) zdecydowanie odradzałabym taki zakup. W przypadku notesów spiralnych i bloczków tylna okładka po prostu musi być na tyle twarda, aby umożliwić szkicowanie bez żadnego dodatkowego podkładu. Przy notesach książkowych, obie okładki powinny być twarde i odporne na zniszczenie. W przypadku pracy z akwarelą czy tuszem jest to szczególnie ważne.

Oprawa / szycie

Tak jak w poprzednich przykładach opisywałam, że wiele elementów jest kwestią raczej indywidualną, tak w przypadku szycia bardzo łatwo podzielić szkicowniki na te dobre i te złe. „Te dobre” to te, które rozkładają się na płasko albo pozwalają przerzucić „wcześniejsze” kartki na tył, umożliwiając tym sposobem wygodne szkicowanie. W drugiej grupie znajdą się głównie notatniki na spirali, bardzo lubiane przez rysowników. Choć często posiadają one perforację ułatwiającą wyrywanie stron, ja kupuję je wyłącznie wtedy, kiedy zamierzam tego nie robić. W końcu plastikowa spirala to też niepotrzebne zanieczyszczenie środowiska. Mniej ważne notesy, z których planuję wyrywać kartki, wybieram spośród oferty szkicowników klejonych na jednym z brzegów. Przy tak tanim i nienadającym się do niczego innego „szyciu”, nie mam żadnych wyrzutów sumienia.

Najbardziej jednak lubię szkicowniki w formie książkowej albo zeszytowej. Najprzyjemniej się je przegląda, są stosunkowo najbardziej odporne na warunki atmosferyczne czy pozostałą zawartość plecaka, a przy okazji wyglądają najpiękniej. Jednak to przy nich trzeba szczególnie zwrócić uwagę na szycie. Jeśli dany notes nie rozkłada się na płasko, nie ma sensu go w ogóle rozważać. Dla niewtajemniczonych – oznacza to, że przy otwarciu go na dowolnej stronie, trzeba  go cały czas trzymać, aby się nie zamknął oraz że dostęp do krawędzi wewnętrznych każdej kartki jest znacznie utrudniony lub wręcz niemożliwy. Usilne spłaszczanie takiego zeszytu może grozić zniszczeniem grzbietu oraz wypadaniem kartek (często są one tylko klejone). Lepiej po prostu upewnić się, że nie będzie to konieczne.

Dodatkowe bajery

Najlepszym dodatkiem, nieomówionym wyżej, jest moim zdaniem gumka spinająca obie okładki ze sobą i zapobiegająca otworzeniu się notesu w plecaku. Na szczęście brak takiej można łatwo nadrobić, tworząc ją własnoręcznie, lub kupując osobno w sklepie (niestety taka gotowa gumka, znanej marki, jest na ogół dość droga). Inną przydatną rzeczą jest tylna kieszonka, raczej częściej spotykana w notesach przeznaczonych na Bullet Journal niż szkicownikach. Jej braku na ogół jednak się nie odczuje zbyt dotkliwie. Trzecim często spotykanym elementem jest zakładka wstążkowa (albo takich kilka), której zastosowania w szkicowniku jeszcze nie znalazłam, ale potrafi ładnie wyglądać, zanim się zmechaci.

Podsumowanie

Po przeczytaniu tekstu powyżej wybór szkicownika powinien być łatwiejszy, jednak prawdopodobnie będzie zupełnie odwrotnie. Bardzo łatwo zabłądzić podczas poszukiwania jednego notesu, dobrego do wszystkiego. Papier grubszy, aby nie przebijał, czy może więcej kartek? Na spirali, bloczek czy książka? Mnie się obecnie marzy stworzenie własnego szkicownika przy użyciu rozmaitych papierów, ale prawdopodobnie szybko nie znajdę czasu na zabawę w introligatorstwo. Już prędzej po prostu połakomię się na jeden z dostępnych w Internecie ręcznie robionych tworów za ogromne pieniądze. Ale to dopiero kiedy zostanę znaną i bogatą artystką.

Przy okazji przypominam o istnieniu Grupy SZKICOWNIKliwej.

Więcej

10 rzeczy, które mnie zaskoczyły w Stambule

Jadąc do Stambułu, spodziewałam się kontaktu z zupełnie nową kulturą, nowym spojrzeniem na świat i nowymi bodźcami. Ta podróż była rajem dla oka – na każdym kroku przed oczami stawały mi piękne mozaiki, barwne dywany, niesamowite kolory. Myślę, że są to jednak rzeczy, które trudno tak naprawdę opisać w przystępny sposób. Tego trzeba doświadczyć na własnej skórze. Ten wpis postanowiłam przeznaczyć więc na 10 drobnych ciekawostek, które mogą być dla Was nowe, które rozbudzą ciekawość albo zmuszą do refleksji, czy może nawet zachęcą do planowania podobnej wycieczki! Tym razem nie będę opisywać miejsc czy zabytków, a skupię się na tych drobnych detalach, które przykuły moją uwagę podczas pobytu i o których łatwo można zapomnieć, nie zapisując ich po powrocie.

1. Prawie wszystkie samochody są białe

Kiedy przybyliśmy do Stambułu i autobusem jechaliśmy z lotniska do centrum miasta, była to pierwsza nietypowa rzecz, jaką zanotowałam: prawie wszystkie samochody na ulicy są białe! Jest kilka powodów, dlaczego mieszkańcy Stambułu wybierają konkretnie ten kolor. Najbardziej oczywisty to klimat tego miejsca – biel w większym stopniu odbija promienie słoneczne, dzięki czemu pojazd mniej się nagrzewa. Niektóre posty znalezione w Internecie podają, że białe samochody są tańsze, co mogłoby być kolejną przyczyną takiego wyboru. Poza tym, na bieli zarysowania są mniej widoczne, co zdecydowanie ma znaczenie w mieście takim jak Stambuł. Nie zliczę, ile razy widziałam tam samochody omijające przeszkody czy inne pojazdy, zachowując przy tym tak niewiarygodnie małą odległość, że naprawdę brak głębokich rys to już tylko kwestia szczęścia albo czasu.

2. Sklepy i restauracje otwarte są naprawdę długo

Jeśli ktoś, tak jak ja, mieszka obecnie w Niemczech i postanowi odwiedzić Stambuł, chyba największym szokiem kulturowym będzie to, że sklepy są otwarte do późnej nocy. Dla porównania, w moim mieście już od 8 wszystkie markety są zamknięte, a dwie godziny później na marne szukać otwartej restauracji. Stambuł to zupełnie inny świat! Zapomnieliście kupić pocztówki albo pamiątek dla rodziny, rano wyjeżdżacie, a właśnie wybiła północ? Wałęsając się po mieście, nagle złapał was głód w środku nocy? W tym mieście takie sytuacje nie wiążą się z żadnymi problemami, jako że ulice żyją do naprawdę późnej pory (nawet nie udało mi się sprawdzić, jak długo). W czasie Ramadanu jest oczywiście szczególnie – po całym dniu postu Muzułmanie świętują hucznie swój posiłek. Podczas bardziej zwykłych dni, wciąż jednak centrum miasta wieczorem nie zamiera, a tłumy ludzi kontynuują swoje zakupy czy spotkania ze znajomymi.

Dzięki temu też, centrum miasta wydaje się całkiem bezpieczne po zmroku. Ulice są oświetlone, ludzie przechadzają się ze znajomymi, ale także i samopas. Z restauracji dobywa się muzyka, sprzedawcy wciąż próbują opchnąć komuś swoje towary. Większość Muzułmanów, zgodnie ze swoją wiarą, nie pije alkoholu, więc raczej nie doświadczy się w Stambule konfrontacji z osobami pod wpływem.

Już dawno ciemno, a tu wszystko wciąż otwarte. Zdjęcie: PK.

3. Policja i bramki na wejściach

Można dyskutować na temat, czy obecność grup policjantów patrolujących lub pilnujących miejsc publicznych, zwiększa czy zmniejsza poczucie bezpieczeństwa. Ja powiem, że jest to po prostu coś, czego nie spotyka się zbyt często w Europie, poza ważnymi wydarzeniami lub świętami. Jest wiele powodów, dla których podjęto decyzję zwiększonej czujności w historycznym centrum i naprawdę nie chciałabym tych tematów tutaj poruszać. Zdarzało mi się widzieć wozy bojowe na głównych placach, a stróże prawa wyposażeni byli w karabiny maszynowe.

Kolejnym tematem jest kontrola dostępu do przestrzeni półpublicznych. Jeśli ktoś myśli, że po opuszczeniu lotniska będzie miał tymczasowo spokój z bramkami, jest w totalnym błędzie. W Stambule wszystkie najważniejsze muzea posiadają zabezpieczenia na wejściu, bagaż jest skanowany, a człowiek może być przeszukany. Co ciekawe – podobnie jest z galeriami handlowymi czy większymi bazarami.

4. Do muzeów wchodzi się z plecakami

Będąc jednak w temacie muzeów, dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że nie posiadają one szatni ani szafek. Ekspozycję ogląda się z torbą na ramieniu czy plecakiem na plecach, często trzymając kurtkę bądź bluzę w dłoni. Nie jest to wygodne ani praktyczne, ale domyślam się, że przy takiej liczbie odwiedzających, szatnia zajęłaby pół gmachu muzeum. Kolejnym problemem byłaby konieczność zorganizowania wyjścia w tym samym miejscu, co wejście – a to nie zawsze byłoby możliwe. Chodzenie z plecakiem jest jednak niewygodne, a często i niebezpieczne dla eksponatów.

Chyba jeszcze nie było wnętrza Hagii Sophii. No to jest!

5. Wikipedia zabroniona

Długo nie mogłam się do tego przyzwyczaić – kiedy pomimo dobrego połączenia z Internetem, strona nie chciała się załadować. Wikipedia obecnie zablokowana jest na terenie Turcji. Nie jest to jedyna ocenzurowana część Internetu w tym kraju, jednak zdecydowanie najważniejsza z punktu widzenia turysty.  W ubiegłych latach nawet chwilowo niemożliwy był dostęp do Twittera, jednak obecnie nie ma z tym problemu.

6. Przystawki w restauracjach

Czas powrócić do tematu jedzenia. Miłym zaskoczeniem jest to, że niezależnie od tego, czy trafiliśmy do małej i taniej knajpki, czy do wysoko ocenianej eleganckiej restauracji, zawsze przed otrzymaniem głównego dania, dostawaliśmy pewnego rodzaju przystawki – chleb (najczęściej typu pita) oraz coś do niego. Nawet zamawiając przystawki z karty dań, oprócz nich praktycznie zawsze na stole pojawiało się coś ekstra.

Pracownicy restauracji dbają o klienta – w razie braku chleba donoszą więcej, często oferują darmowy napój przed wyjściem. Oczywiście w dobrym geście jest zaoferować wtedy sensowny napiwek. Lepsze restauracje wliczają napiwek w cenę, jest on stałą częścią rachunku i pomimo to, wciąż oferują „gratisy”. Ogólnie odniosłam wrażenie, że w Turcji jedzenie ma o większe znaczenie dla ludzi, niż w EU. Nawet w tym niedługim locie z Turkish Airlines wszyscy pasażerowie otrzymali naprawdę porządny posiłek, nie dopłacając nic do ceny biletu.

Wbrew obiegowej opinii, wegetarianin też może dobrze zjeść w Stambule.
Herbata w Turcji zdefiniowana jest poprzez dokładnie taki format szklanki. Źródło zdjęcia.

7. Turecka herbata

Niektórzy pewnie wiedzą, inni nie – jestem ogromną fanką herbaty. Z tego powodu, postanowiłam poświęcić jej osobny temat. Herbata w tureckich restauracjach czy knajpach przybiera dwie formy – herbaty zwykłej oraz owocowej. Niezależnie od miejsca i wyboru, zawsze serwowana jest w bardzo konkretnym naczyniu – małej szklaneczce o kształcie zbliżonym do miniaturowego wazonu bez rączki. W Turcji niemożliwym wydaje się wypicie herbaty z czegokolwiek innego, forma szklanki mówi sama za siebie, że zawiera ona herbatę.

Choć naprawdę ujął mnie ten zwyczaj, nie zdecydowałam się kupić takiego typu zestawu do herbaty dla siebie na pamiątkę. Głównym argumentem jest oczywiście to, że ja herbatę piję litrami, a dzbanuszki te pomieszczą zaledwie kilka łyków.

8. Jadalne kasztany, prażona kukurydza

W najbardziej turystycznych miejscach ten zapach będzie zdecydowanie wyróżniał się spośród innych: świeżo smażone kasztany w mobilnej budce, sprzedawane w niewielkich papierowych saszetkach. Zdecydowanie warto spróbować tego przysmaku.

9. Ekspozycje rzeźb na zewnątrz

Przed Hagią Sophią, w obrębie terenu muzeum, stoją sobie luzem antyki. Fragmenty kolumn czy rzeźb opisane są jako pozostałości z drugiej Hagii (obecna jest trzecia), datowane na V czy VI wiek. Choć oczywiste jest, że są to eksponaty muzealne, niektórzy turyści nie widzą niczego złego w traktowaniu ich jako ławki.

Większa galeria rzeźb na świeżym powietrzu znajduje się w Muzeum Archeologicznym. Stanowią one swojego rodzaju ogród, a przechodzenie pomiędzy nimi sprawia niesamowite wrażenie. Być może nie mają one znaczącej wartości historycznej ze względu na zły stan zachowania lub powtarzalność. Mimo to nie widziałam podobnej galerii gdziekolwiek indziej.

Muzeum Archeologiczne

10. Nie uciekniesz od naganiacza

Spacerując w typowo turystycznych miejscach, nie sposób odpędzić się od naganiaczy, zapraszających do swoich sklepów czy restauracji. Taki walor tego miejsca. Najgorsze, co możesz wtedy odpowiedzieć to „może następnym razem”. Człowiek potraktuje te słowa jako przysięgę i zdecydowanie wyniucha cię w tłumie, kiedy przypadkiem ponownie znajdziesz się w pobliżu jego biznesu. Jeśli jeszcze zdążył wyciągnąć od Ciebie Twoje imię, możesz spodziewać się, że dokładnie po nim cię zawoła, nie robiąc przy tym prawie żadnych błędów w wymowie.

Niech jeszcze rozmowa stoczy się na twój kraj pochodzenia (o co zostaniesz zapytany jeszcze zanim zdążysz się dowiedzieć, co sklepikarz tak właściwie sprzedaje), a usłyszysz całą historię jego przywiązania lub wspomnień związanych z Polską. Niezależnie, czy facet rzeczywiście spędził tam pół roku, pracując w budce z fast foodem, czy wyjechał na Erasmusa, a może członkowie jego licznej rodziny tam mieszkają, z pewnością usłyszysz kilka podstawowych polskich zwrotów lub nazw miast. Jestem ciekawa, w ilu językach przygotowana jest podobna historia.

Na tym chciałabym zakończyć, jednak lista zdecydowanie mogłaby być dłuższa. Mogłabym opisać, co szczególnie minęło się z moimi oczekiwaniami lub przeczuciami. Choć unikam stereotypów i staram się dość luźno interpretować to, co czytam, trudno mi powiedzieć, że nie miałam żadnego wyobrażenia o współczesnym Stambule przed jego odwiedzeniem. Niektóre rzeczy zaskoczyły mnie naprawdę pozytywnie: chociażby układ samego miasta, powiązanie ważnych jego części bardzo logiczną siatką komunikacji publicznej. Inne, jak chociażby naganiacze restauracyjni, trochę mnie zmęczyły i ułatwiły pogodzenie się z końcem przygody. Nie żałuję jednak ani dnia spędzonego w tym mieście i z pewnością kiedyś tam wrócę.

Więcej

Bizancjum, Konstantynopol, Stambuł. Miasto wielu historii

Wiele osób, szukając miast z naprawdę długą i bogatą historią wybiera Włochy czy Grecję, natomiast Turcja kojarzy się z wypoczynkiem w luksusowych kurortach, zlokalizowanych przy Morzu Egejskim i na Riwierze. My jednak wybraliśmy Stambuł – miasto tak inne od europejskich stolic, a jednocześnie powiązane historią i położeniem geograficznym na dwóch kontynentach.

Widok na Sultanahmet z Wieży Galata

Historia Stambułu w ogromnym skrócie

Najpierw krótkie wprowadzenie. Stambuł to współczesna nazwa dawnego Konstantynopola, a jeszcze wcześniej Bizancjum. Miasto zlokalizowane jest na styku dwóch kontynentów – Europy i Azji (obecnie należy do Turcji). Jest to jedyne miasto na świecie tak położone. Cieśnina Bosfor oddziela część azjatycką od europejskiej, a ta druga jest jeszcze podzielona Złotym Rogiem – odnogą cieśniny – na dwie części. Mówi się, że miasto zlokalizowane jest na siedmiu wzgórzach, które obecnie ukoronowane są najważniejszymi budynkami, głównie meczetami. Na północ od centrum wciąż zachowały się ruiny starożytnych fortyfikacji, a wzdłuż brzegu Bosforu wzniesiono zamki i pałace.

Dzięki lokalizacji na skrzyżowaniu dwóch szlaków handlowych, miasto szybko stało się ważnym greckim ośrodkiem handlowym. Cesarz Konstantyn Wielki przekształcił miasto na siedzibę cesarstwa, nazwaną Konstantynopolem. Kiedy w 395 nastąpił podział Cesarstwa Rzymskiego, to właśnie Konstantynopol stał się stolicą wschodniej części, z Teodozjuszem I na czele. Pierwszy największy rozkwit miasta nastąpił jednak za panowania cesarza Justyniana. To on zafundował budowę Hagii Sofii (oraz drugiego, podobnego kościoła – nazwanego później małą Hagią Sofią) oraz wielu innych, także świeckich budynków. Wielokrotnie przechodząc z rąk do rąk, Konstantynopol został przejęty przez Krzyżowców, stając się w 1204 stolicą Cesarstwa Łacińskiego.

Zachowane mozaiki w Muzeum Chora

W połowie XV wieku Konstantynopol został jednak zdobyty przez Turków Osmańskich. Miasto znacznie zniszczone podczas oblężenia, stało się nową stolicą Imperium Osmańskiego, pod władzą Mehmeta II. Upadek Konstantynopola w 1453 roku uznaje się za jedną z możliwych dat końca średniowiecza. Od tego czasu zaczęto budować tam bogato zdobione pałace i meczety, w zgodzie z wytycznymi architektury islamskiej. Szczególnie zasłużonym twórcą był nadworny architekt otomańskich sułtanów – Sinan. Niektóre źródła podają, że zaprojektował on prawie sto dużych meczetów, ponad połowę więcej mniejszych meczetów oraz też tyle szkół. Najważniejszą i najbardziej znanym budynkiem jest Meczet Sulejmana, wznoszący się na jednym z miejskich wzgórz i wyraźnie widoczny z drugiego brzegu Bosforu. Czasy Sulejmana Wspaniałego uznaje się za drugi najważniejszy czas rozkwitu miasta.

Oficjalnie od 1930 roku Konstantynopol nazwany jest Stambułem (choć nazwa ta używana była przez Turków od stuleci). Obszar metropolitalny Stambułu zamieszkuje obecnie ponad 15 milionów mieszkańców. Choć stolica Turcji została przeniesiona do Ankary, to tutaj znajduje się główny ośrodek kultury, nauki i przemysłu. Miasto odwiedzane jest przez licznych turystów, obecnie coraz częściej z krajów arabskich.

Pięknie udekorowane wnętrze Błękitnego Meczetu

Miasto, które kwitło i upadało tak wiele razy (choć zdobyte było zaledwie dwa razy), które przechodziło z rąk do rąk i drastycznie zmieniało swoje prawo i kulturę, musi posiadać ogromną i ciekawą historię. Choć wiele można czytać czy oglądać, tak naprawdę nic nie odda jednak uczucia poznania jej na własne oczy.

Wybaczcie ten długi wstęp. Myślałam, że zmieszczę się w jednym akapicie, ale niestety się nie dało.

Czas obecny

Czy Stambuł, położony tak blisko innych europejskich miast i tak łatwo dostępny z europejskich lotnisk, to bardziej Azja czy jeszcze Europa? Myślę, że na to pytanie nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Na pewno jest to miejsce, w którym można doświadczyć czegoś zupełnie nowego, zobaczyć zabytki inne niż te charakterystyczne dla stylów architektonicznych europy, i posłuchać o tej części historii, o której w podręcznikach szkolnych mówią pojedyncze strony.

W pierwszej kolejności powiem, że podczas tych dziesięciu dni zwiedzania miasta, nie zdążyłam go w ogóle poznać. Poruszając się pomiędzy zabytkami, odwiedzając sklepy w turystycznych dzielnicach czy jedząc w knajpach w centrum miasta, nie da się w pełni doświadczyć życia typowego mieszkańca tego miasta. Można jednak poczuć jego zapach. A Stambuł ma swój zapach. Od wszechobecnej sziszy, poprzez liczne kwiaty ozdobne rozsiane po całym mieście, do zanieczyszczenia wytwarzanego milionami aut przemierzającymi centrum i przedmieścia. Przez to, powietrze wydaje się cięższe, niż jest w rzeczywistości.

Na pierwszy rzut oka całkiem tu europejsko…

Co zobaczyć, co zwiedzić w Stambule?

Prawie wszystkie najważniejsze zabytki zlokalizowane są na europejskim kontynencie, głównie w dzielnicy Fatih i jej części zwanej Sultanahmet. Jest to przede wszystkim ogromny plac, na którego jednym końcu stoi muzeum Hagia Sophia, a na drugim Błękitny Meczet, największy taki budynek w Turcji. Dalej, dawny hipodrom, mieszczący zabytkowe obeliski oraz spiralną Kolumnę Wężową (obecnie pozbawioną głów węży), symbolizującą zwycięstwo Greków nad Persami. Legenda mówi, że została ona odlana z mieczy pokonanych wrogów. Dalej znaleźć można słynną Cysternę Bazyliki, Muzeum Archeologiczne czy Pałac Topkapı.

Kierując się dalej na zachód, trafimy wreszcie na Kryty Bazar (prawdopodobnie pierwszą „galerię handlową” na świecie), mieszczący około 3500 rozmaitych sklepów skupionych pod wspólnym dachem, a bardziej na północ, w stronę Złotego Rogu, mieści się Bazar Przypraw, nazywany również Bazarem Egipskim. Ponad nimi majestatycznie unosi się ogromny meczet Sulejmana Wspaniałego. Mniejszy, ale równie piękny meczet to Meczet Fatih, zbudowany jako pierwszy po podbiciu miasta przez Turków.

Kryty Bazar — czyli kraina szalików, dywanów, skór i biżuterii.

Oddalając się dalej od centrum, można natrafić na pozostałości starych murów i umieszczony za nimi kościół Chora (św. Zbawiciela na Chorze), obecnie mieszczący muzeum. Tam zachowały się piękne bizantyjskie mozaiki przedstawiające postać Jezusa, sceny biblijne i portrety władców. Kościół jest obecnie w trakcie prac konserwatorskich, jednak możliwe jest odwiedzenie najważniejszych jego przestrzeni (zewnętrze niestety schowane jest za rusztowaniami konstrukcyjnymi).

Z bardziej współczesnych atrakcji, można zobaczyć muzeum Panorama 1453 albo tak zwany Miniaturk. Miniaturk to wystawa modeli w skali 1:25 przedstawiających najważniejsze budynki i budowle Turcji i okolic.

Drugą częścią europejską historycznego centrum jest Beyoğlu, z najważniejszą z turystycznego punktu widzenia częścią Karaköy, dawniej zwaną Galata. W tej części znajduje się słynna wieża Galata, z której roztacza się piękny widok na miasto. Przez duże różnice w ukształtowaniu terenu, działają tu dwa funikulary, łączące tereny nadwodne z dwoma końcami znanej ulicy handlowej İstiklal. To po niej kiedyś jeździł pierwszy, czerwony tramwaj, później wycofany ze względu rozwoju motoryzacji, a obecnie przywrócony w postaci atrakcji turystycznej i jednego z symboli miasta. Niedaleko też znajduje się Muzeum Sztuki Współczesnej oraz Muzeum Pera.

Zabytkowy czerwony tramwaj

Dalej wzdłuż Bosforu znajduje się Pałac Dolmbahcze, jedna z najczęściej odwiedzanych atrakcji miasta. Tak naprawdę to tylko tam staliśmy długo w kolejce do kasy, aby kupić bilet wstępu. Założenie pałacowe składa się z kilku budynków, a niedaleko znajduje się także przynależący do niego meczet.

Niezwykłą popularnością cieszą się w Stambule rejsy promem cieśniną Bosfor. To położenie geograficzne i taki dostęp do wody ukształtowały to miasto, dlatego zdecydowanie warto spojrzeć na nie i od tej strony. Generalnie oferowane są dwa rodzaje rejsów – krótsze, półtoragodzinne oraz dłuższe, pięciogodzinne, dopływające aż do Morza Czarnego. Obie atrakcje są tanie i łatwo dostępne, nie wymagają rezerwacji. Można skorzystać z oferty oficjalnego przewoźnika albo jednej z wielu firm prywatnych. My wybraliśmy rejs krótszy, dzięki czemu, nie przeznaczając niepotrzebnie zbyt dużo czasu – mogliśmy zobaczyć sylwetę miasta i najważniejsze punkty wzdłuż cieśniny.

Rejs promem pozwala także spojrzeć na Wieżę Leandra oraz na część azjatycką. Podczas naszej podróży zabrakło nam czasu na odwiedzenie tej części miasta. Według licznych opisów, warto tam zajrzeć między innymi ze względu na autentyczne tureckie jedzenie oraz na poznanie miasta w trochę innym świetle.

Podsumowanie… wstępu!

Powyższy wpis to tak naprawdę tylko wstęp do tego, co chcę napisać dalej. A podczas tych dziesięciu dni zebrałam tyle wrażeń, że naprawdę mam się czym dzielić! Postanowiłam, że tym razem nie będę dokładnie opisywać wszystkich wartych odwiedzenia atrakcji, jako że każdy planujący odwiedzenie tego miasta może ich opisy z łatwością znaleźć na innych stronach.

Wpis o Stambule bez Hagii Sophii? Nie ma mowy! Zdjęcie: PK.

Chciałabym jednak zebrać w kolejnym wpisie najważniejsze informacje odnośnie planowania tego typu podróży. Co warto ze sobą zabrać, jak się ubrać, jak korzystać z komunikacji publicznej i o czym koniecznie nie zapomnieć. Poza tym koniecznie chcę opisać te rzeczy, które zaskoczyły mnie najbardziej – wszystkie różnice pomiędzy Stambułem a moimi dotychczasowymi celami podróży. Myślę, że z tego spokojnie powstanie kolejny, samodzielny wpis.

Już teraz mogę napisać, że zdecydowanie jestem zadowolona z odwiedzenia tego miasta. Stambuł od dawna czekał na swoją kolej na liście moich podróży marzeń i muszę przyznać, że totalnie mnie on zaskoczył! Ale dobra, bez nadmiernego rozpisywania się – ciąg dalszy w kolejnym wpisie!

Więcej

Urban sketching, czyli miejskie szkicowanie

Jeśli lubicie rysować lub malować, to z całą pewnością zastanawialiście się kiedyś, jak by to było usiąść gdzieś w przestrzeni miasta, wyciągnąć szkicownik i spróbować przenieść na papier to, co znajduje się przed Waszymi oczami. Niezależnie od tego, czy próbowaliście wdrożyć ten pomysł w życie, czy może uznaliście, że to totalnie nie dla Was, prawdopodobnie zadaliście sobie to pytanie: jak to wygląda w praktyce. Jako że ostatnio zaczęłam próbować swoich sił w czymś, co się nazywa Urban Sketching, postanowiłam podzielić się swoimi wrażeniami i poradami na ten temat.

Definicja Urban Sketching

Zacznijmy od podstawowego pytania: czym tak właściwie jest Urban Sketching? Miejskie szkicowanie, bo tak chyba przetłumaczyłabym tę nazwę, to konkretny sposób rysowania lub malowania. Po wpisaniu hasła w wyszukiwarkę łatwo zauważyć, że rysunki mają luźną formę, często odbiegają od realizmu, wyglądają na niedokończone albo wręcz celowo zdeformowane. Wynika to tak naprawdę z definicji Urban Sketchingu. Mówi ona, że taki rysunek powstaje w miejscu publicznym, „na żywo”, na podstawie widzianej rzeczywistości. Narysowanie tego samego miejsca czy budynku na podstawie fotografii nie jest już zgodne z definicją pojęcia.

Tak naprawdę, czym jest Urban Sketching, można zrozumieć odwołując się do twórców tego pojęcia – społeczności Urban Sketchers. Grupa ta działa obecnie na całym świecie, a oryginalnie powstała w 2007 roku w serwisie Flickr, dzięki rysownikowi Gabi Campanario (źródło: Wikipedia). Mimo istnienia oficjalnej społeczności, mnóstwo osób próbuje swoich sił w Urban Sketchingu na własną rękę, samodzielnie lub zbierając się w lokalnych grupach.

Manifest grupy Urban Sketchers brzmi:

1. We draw on location, indoors or out, capturing what we see from direct observation.
2. Our drawings tell the story of our surroundings, the places we live and where we travel.
3. Our drawings are a record of time and place.
4. We are truthful to the scenes we witness.
5. We use any kind of media and cherish our individual styles.
6. We support each other and draw together.
7. We share our drawings online.
8. We show the world, one drawing at a time.

Bardzo dobrze wyjaśnia to filmik stworzony przez Alvina Wonga i Gary’ego Yeunga.

Urban Sketch, niczym prace impresjonistów, przedstawia rzeczywistość zastaną przez artystę i przefiltrowaną przez jego percepcję, styl rysowania i wybraną formę odtworzenia. Nie jest więc zmieniony, jeśli chodzi o treść (na rysunku wciąż są ludzie obecni w danym miejscu – co jest bardzo ważne dla Urban Sketchingu), natomiast nie oddaje form w sposób realistyczny. Jest to przedstawienie chwili, tego krótkiego czasu, który poświęca się na siedzenie w jednym miejscu, niekoniecznie wygodnym i nie zawsze osłoniętym przed warunkami atmosferycznymi. Krople deszczu, ślady po kawie, czy „błędy w sztuce”, jak rozlany długopis czy linia wynikająca z popchnięcia przez drugą osobę, tylko dodają uroku takim szkicom. Najlepsze jest jednak to, że każdy z nich jest zupełnie wyjątkowy.

Spróbowałam swoich sił w Urban Sketchingu i muszę przyznać, że się wciągnęłam. Przy ładnej pogodzie, często sytuacja sama się prosi, aby wyciągnąć szkicownik. Wiele osób szkicuje podczas czekania na autobus czy podczas dojazdu do pracy, jednak jeszcze nie przełamałam się, aby rysować aż tak blisko innych ludzi. Publiczne place, gdzie ludzie przechodzą i znikają, są jednak dla mnie świetnym miejscem do szkicowania.

Co zabrać?

Chociaż powinnam raczej napisać: co zawsze warto mieć przy sobie. Mały szkicownik, albo zeszyt, to coś co nie powinno zająć zbyt wiele miejsca w plecaku. W sklepach dla plastyków można znaleźć nawet takie rozmiaru A6! Taki format ograniczy nieznacznie możliwości ekspresji, za to świetnie spisze się do szybkich szkiców i nauki. Najbardziej chyba powszechną wielkością szkicownika jest A5, czyli wielkość zeszytu. W takim formacie jest też mój kalendarz, którego część przeznaczyłam na szybkie szkice. Większe formaty – A4 czy A3 warto zabierać ze sobą tylko w dni, kiedy z góry ma się motywację do szkicowania.

Jak wybrać szkicownik? Tak naprawdę, nie ma złotej zasady, funkcjonującej dla każdego rysownika. Niektórzy preferują notesy na kółkach ze względu na komfort przerzucania strony, inni wolą wersje bardziej „zeszytowe” (polecam szyte nicią, natomiast unikajcie zszywek!), a jeszcze innym najbardziej pasuje wersja bardziej książkowa. Poziomy, czy pionowy, podłużny czy bardziej kwadratowy – naprawdę jest z czego wybierać. Rodzaj i gramatura papieru ma o wiele większe znaczenie. W przypadku rysunku ołówkiem zawsze wybieram cienkie kartki o chropowatej powierzchni i lekko żółtawym kolorze. Do akwareli koniecznie trzeba wybrać gruby papier, o dużej gramaturze, teksturowany lub nie, w zależności od stylu. Do mazaków czy cienkopisów papier koniecznie musi być gładki. Warto poświęcić więcej uwagi na wybór dobrego szkicownika, który będzie z nami współpracował, a nie hamował swobodę twórczą.

Jeden z pierwszych szkiców – nienajpiękniejszy, krzywy, ale jak przyjemnie się rysowało! To był luty, a temperatura ponad 20 stopni. Tylko usiąść na zeszłorocznej trawie i rysować!

Przyrządy do rysowania i malowania:

  • W przypadku rysowania ołówkiem warto zapatrzeć się w kilka ołówków o różnej twardości, na przykład HB, 2B i 6B. Osobiście nigdy nie potrzebowałam większej liczby niż trzy ołówki. Do tego warto mieć temperówkę (strugaczkę / ostrzałkę / ostrzynkę / jak zwał tak zwał) oraz gumkę chlebową.
  • Akwarela: małe podróżne opakowanie farb akwarelowych (na przykład Winsor & Newton Cotman, 12 kolorów), kilka pędzli, kubeczek na wodę i oczywiście woda (używam butelki wielorazowej i część przelewam do kubeczka na wodę, a reszta zostaje do picia). Polubiłam też mały spryskiwacz do spryskania farb, aby były bardziej mokre.
  • Akwarela z cienkopisem / piórem – jak wyżej plus cienkopis lub pióro. Zupełnie inaczej będzie wyglądał szkic, kiedy użyjemy atramentu wodoodpornego i nie. W jednym przypadku linie zostaną zachowane, a w drugim połączą się z farbą.
  • Mazaki, cienkopisy, długopisy – tak naprawdę taki szkic może powstać w zupełnie dowolnej technice i żadne medium nie jest traktowane jako „gorsze”. Niektóre techniki po prostu się do tego nie nadają ze względu na ich brudzący charakter albo brak spontaniczności z użyciem (np. farby olejne).
  • Niezależnie od techniki, zawsze warto mieć przy sobie opakowanie chusteczek higienicznych.

Warto jednak mieć ze sobą rzeczy sprzyjające wytrzymaniu dłużej w jednej pozycji – na przykład czapkę z daszkiem czy krem z filtrem w przypadku słonecznych dni albo coś, na czym można wygodnie usiąść. Przy chłodniejszej pogodzie warto ubrać się cieplej niż normalnie – ze względy na dłuższe siedzenie w bezruchu. Zdecydowanie polecam też rękawiczki z „uciętymi palcami ”. Od jakiegoś czasu nawet zastanawiam się nad zakupem krzesełka wędkarskiego (takiego małego składanego taborecika z metalowych słupków i materiałowego siedziska). Niektórzy wykorzystują też okulary przeciwsłoneczne, aby swobodniej przyglądać się ludziom, bez możliwości nawiązania z nimi kontaktu wzrokowego.

Jak się przygotować

Tak naprawdę spontaniczność Urban Sketchingu nie wymaga żadnych przygotowań. Najważniejsze to mieć szkicownik zawsze pod ręką, aby móc go wykorzystać w przypadku nagłego przypływu weny. Wychodząc z domu z gorącym postanowieniem narysowania czegoś, łatwo może skończyć się bezcelowym wałęsaniem się po mieście i brakiem inspiracji. Niestety nie tak łatwo oszukać wenę – o wiele łatwiej stworzyć sobie warunki, aby móc ją w odpowiednim momencie złapać i wykorzystać.

Tym, co zdecydowanie polecam, jest wyszukanie grup na Facebooku pod hasłem „Urban Sketching”. W prawie każdym większym mieście powinna znaleźć się grupa zaangażowana w to hobby, dzięki czemu okazjonalnie pojawiają się wydarzenia, wspólne szkicowanie w wybranej części miasta. Nawet jeśli uważacie, że brakuje Wam umiejętności, warto przyjść i zobaczyć, jak inni radzą sobie z Urban Sketchingiem. Pamiętajcie – każdy był kiedyś początkującym, każdy kiedyś nie potrafił stworzyć nawet najprostszego rysunku i zdecydowanie większość rysowników pamięta swoje początki. Dzięki temu, w świecie Urban Sketchingu nie spotyka się wyśmiewania się z nowicjuszy. Wręcz przeciwnie, ludzie wręcz motywują siebie nawzajem do dalszego rozwijania swoich umiejętności plastycznych!

Dodatkową zaletą rysowania w grupie jest łatwiejsze poradzenie sobie z stresem przed rysowaniem w przestrzeni publicznej. Dla wielu osób jest to naprawdę duży problem, zniechęcający do dokończenia a często nawet i zaczęcia szkicu. Będąc w grupie o wiele łatwiej się przełamać.

Jak rysować?

Powiedziałabym, że zupełnie dowolnie, jednak nie jest to do końca zgodne z założeniami Urban Sketchingu. Przede wszystkim, swobodnie. Bez linijki, bez posiłkowania się zdjęciem zrobionym telefonem, bez przywiązywania się do zbędnych detali (no, chyba że są one tematem rysunku) i przede wszystkim, bez stresowania się, że coś nie wygląda idealnie realistycznie.

Wiele osób niemających związku ze światem sztuki, wyraża największy podziw, kiedy coś zostanie odwzorowane jak najbardziej idealnie, realistycznie. Ucząc się rysować, te osoby widzą, że ich dzieło znacznie odbiega od tego, co zaplanowali. Nie idźcie tą drogą! Rysunek jest piękny i wspaniały, kiedy zawiera on osobisty charakter i wyróżnia się swoją niedoskonałością. W świecie, gdzie fotografia dostępna jest dla każdego, nie potrzebujemy już fotorealizmu. Bawcie się kolorami, podkreślajcie najważniejsze i najciekawsze elementy, budujcie nastrój na ilustracji. Realizm zostawcie pracom, dla których jest on kluczowy (portretom na zamówienie, studiom martwych natur itp.). W Urban Sketchingu pozwólcie sobie natomiast poszaleć, bawcie się, twórzcie, a nie tylko odtwarzajcie!

Oczywiście nie jest to łatwe. Sama dopiero się uczę. Wciąż mam problemy z czasem rysowania (podziwiam wszystkich, którzy potrafią powiedzieć sobie dość po dwóch czy pięciu minutach i zacząć kolejny szkic) i z ludźmi. Moje problemy z ludźmi to przede wszystkim nieumiejętność oddania ich sylwetek w sposób jednocześnie minimalistyczny (oszczędność czasu) i konkretny (kształty sugerujące konkretne typy ubrań czy układ sylwetki, a nie patyczaki czy anonimowe cienie). Mam nadzieję jednak, że to przyjdzie z czasem. Obserwuję prace innych twórców i próbuję zrozumieć, jak oni to robią, jednocześnie zachowując swój własny styl rysowania.

A może ktoś z moich czytelników uprawia Urban Sketching od dłuższego czasu i podzieli się swoimi doświadczeniami? Zapraszam wszystkich do komentowania wpisu, a także dzielenia się swoimi pracami! Warto też dołączyć do Grupy Szkicownikliwej, która powstała już dłuższy czas temu w celu wspierania się i motywowania do jak najczęstszego sięgania po ołówek czy długopis.

Więcej

Czas na zmiany

Być może widok, który pojawił się właśnie na Waszych monitorach, wprawił Was w niemałe zaskoczenie. Może zastanawiacie się, w jaki sposób w ogóle trafiliście na tę zupełnie nieznaną stronę. A może po prostu jesteście tu po raz pierwszy i nie wiecie jeszcze, że zaledwie kilka dni temu, mój blog wyglądał zupełnie inaczej.

Więcej

Erasmus w Eindhoven – najważniejsze informacje

Minął już ponad rok odkąd wróciłam z Erasmusa w Eindhoven i jak dotąd nie opublikowałam jeszcze żadnego wpisu, który przedstawiałby bardziej informacje niż przemyślenia. Często rozmawiam z osobami, które zastanawiają się nad wyborem uczelni na wyjazd i powtarzam w kółko te same rzeczy – jak wygląda podział semestru, jak wybiera się przedmioty czy po prostu, jak żyje się w Holandii podczas tego jednego, niezwykłego semestru. Zdecydowana większość tego, co można przeczytać poniżej, pochodzi z raportu, który musiałam napisać po zakończeniu wymiany, więc informacje nie są wyciągane z pamięci po tak długim czasie i – o ile zbyt wiele się nie zmieniło – spokojnie można się do nich odnosić. Warto podkreślić, że ja studiowałam architekturę i to o studiach architektonicznych jest ten wpis. Zainteresowani innymi kierunkami powinni jednak móc znaleźć tu użyteczne informacje także i dla siebie.

erasmus-w-eindhoven

Wprowadzenie

Uniwersytet Techniczny w Eindhoven, w skrócie TU/e mieści się na kampusie zlokalizowanym w centrum miasta. Składa się z wielu budynków i jednostek i stanowi ogromne centrum edukacyjno-badawcze. Uczelnia przoduje w wielu rankingach co oczywiście związane jest z wysokim poziomem nauczania i świetnymi warunkami dla studentów.

Rok akademicki w Holandii zaczyna się wcześniej niż w Polsce – na samym początku września. Pod koniec sierpnia dla studentów z Erasmusa przygotowane są dni wprowadzające, podczas których można dowiedzieć się czegoś więcej o uczelni i kampusie oraz poznać innych studentów. Semestr kończy się na początku lutego, co daje chwilę przerwy przed powrotem na polską uczelnię. Ta przerwa jest szczególnie przydatna, kiedy na głowie ma się przeprowadzkę, przeciągające się projekty na Erasmusie (tak, może się zdarzyć że po zakończeniu semestru wciąż wypada coś dokończyć, na przykład w celu przygotowania wystawy posemestralnej), ale przede wszystkim – kiedy ma się również zobowiązania względem uczelni Polskiej. W moim przypadku było to napisanie kilku pierwszych rozdziałów pracy magisterskiej. Poza tym – po zapoznaniu się z krajem, systemem transportu, częściowo i językiem, warto „dozwiedzać” te miejsca, których nie udało się zobaczyć podczas semestru.

Nauka

System nauki na TU/e na pierwszy rzut oka wygląda na chaotyczny, ale w rzeczywistości jest bardzo uporządkowany. Rok akademicki podzielony jest na cztery kwartały, a każdy z nich trwa 10 tygodni i zakończony jest sesją egzaminacyjną. Przyjeżdżając na Erasmusa na pół roku będzie się więc studiować przez dwa kwartały oraz przeżyje się dwie sesje egzaminacyjne. Większość przedmiotów trwa jeden kwartał i ich zaliczenie daje 5 punktów ECTS. Wyjątkiem jest główny przedmiot – projektowanie architektoniczne lub urbanistyczne, które trwa przez cały semestr i po jego zakończeniu otrzymuje się 10 punktów ECTS. Studenci z wydziału Built Environment mogą wybierać przedmioty z całej jego oferty, czyli uczestniczyć w kursach związanych z kierunkami: architektura, urbanistyka, fizyka budowli, konstrukcje, nieruchomości. Aby móc starać się o tytuł architekta w Holandii, trzeba ukończyć konkretne przedmioty, jednak można to zrobić w dowolnej kolejności. Studenci przyjeżdżający na Erasmusa mają pełną dowolność wyboru.

Taki system nauki zdecydowanie mi się podobał. Zajęcia były dość intensywne, dlatego jeden kwartał był wystarczający aby nauczyć się czegoś nowego i wykonać projekt. Po zakończeniu pierwszego kwartału nowy zestaw przedmiotów był dla mnie odświeżający. Uważam, że taki podział na kwartały pozytywnie wpływa na naukę – semestr staje się bardziej jednolity pod względem intensywności, nie trzeba sobie przypominać czegoś, co było na wykładach kilka miesięcy temu i wszystkie zaliczenia nie kumulują się w ostatnim tygodniu semestru. Po każdej sesji w ciągu roku akademickiego nie ma sesji poprawkowej ani tygodnia przerwy, dlatego dla regularnych studentów rok bez większych wakacji w połowie może być bardziej ciężki. Erasmusi powinni wszystko zdać w pierwszym terminie, jednak prowadzący zgadzają się na specjalne dodatkowe terminy dla osób z wymiany.

Możliwość wyboru dowolnych przedmiotów ma swoje wady i zalety. Ogromnym atutem jest to, że można dopasować swój program do zainteresowań lub wybrać przedmioty, które odbywają się w dni, w które się nie pracuje (wielu studentów w Holandii dorabia sobie pracując w supermarketach, kawiarniach itp. – studentom przyjeżdżającym na Erasmusa się to odradza ze względu na konieczność wykupienia bardzo drogiego ubezpieczenia). Wadą jest z kolei odpowiedzialność za ułożenie takiego planu, aby żadne przedmioty ze sobą nie kolidowały, co staje się jeszcze trudniejsze, jeśli prowadzący zmienia termin spotkań określony w oryginalnym programie. Inną kwestią jest to, że na każdych zajęciach spotyka się zupełnie inną grupę studentów – początkowo może to budzić niepokój i utrudniać nawiązywanie znajomości, jednak na dłuższą metę pozwala poznać więcej osób uczących się na TU/e. Dodatkową zaletą mieszania przedmiotów jest współpraca ze studentami z pozostałych kierunków wydziału przy projektach grupowych. Zaobserwowałam nawet, że w niektórych kursach wydziału uczestniczyli studenci z innych dziedzin – na przykład industrial designu czy nauk przyrodniczych.

Każdy z kursów składa się z różnych prac, egzaminów, projektów. Bardzo dużo zadań polega na pracy w grupach, co wiąże się z częstymi spotkaniami na terenie uczelni. Trudno zliczyć miejsca przeznaczone do pracy grupowej – kilka pięter budynku Vertigo (wysokościowca zajmowanego przez wydział Built Environment podczas gdy pierwotny budynek jest w remoncie – ale nie zdziwiłabym się, gdyby już obecnie studenci przychodzili do budynku nazwanego Atlas), przestrzenie Metaforum (dużego budynku z biblioteką), liczne pokoje i kąciki wydzielone z powierzchni budynków, stoliki uczelnianych kawiarni czy restauracji, a także sale które można zarezerwować przez Internet. Wykłady są bardzo ciekawe, w całości po angielsku (wszyscy prowadzący mówią świetnie po angielsku) a wykładowcy umieszczają w systemie pliki z ich treścią do pobrania. Choć uczestnictwo w wykładach nie jest obowiązkowe i nikt nie sprawdza obecności, zdecydowana większość studentów chętnie w nich uczestniczy. Niektóre zajęcia mają też formę dyskusji a prawie na każdym kursie występuje forma prezentacji studentów.

Na każdym piętrze budynku Vertigo, czyli siedziby wydziału Built Environment, strategicznie rozlokowane są kserokopiarki, do których każdy student ma dostęp. Podobne urządzenia znajdują się oczywiście także w innych budynkach uczelni. Drukowanie nie jest drogie, a każdy student ma swoje konto w systemie drukarek, zasilone na start kwotą 15 euro. Na uczelni jest też mnóstwo automatów z napojami – całkiem dobra kawa kosztuje w nich 45 centów. Drukowanie plansz jest tańsze niż w Polsce i można to zrobić na terenie uczelni. Dostępne są duże formaty, a plansze mogą być bardzo długie ze względu na sposób wydruku z rolki. Ostateczne projekty studentów prezentowane są na wystawach albo otwartych prezentacjach. Mając znajomych w innych grupach warto ich wtedy odwiedzić i posłuchać o ich projektach.

Warsztaty / pracownie makiet

Dla studentów architektury przeznaczono specjalną przestrzeń do pracy nad makietami. Mnóstwo długich stołów, odpowiednia liczba gniazdek do których można podpiąć laptopa i wysokie krzesełka to nie wszystko. Na warsztatach znajduje się sklepik ze wszystkimi potrzebnymi materiałami i przyrządami, a także oferujący możliwość wypożyczenia sprzętu typu wiertarka. Różnorakie piły, szlifierki, gorące druciki do cięcia pianki, urządzenia do wycinania okien, i wiele więcej sprzętu sprawia, że makiety wykonywane przez studentów są bardzo dopracowane. Na stanowiskach do malowania makiet można korzystać z kolorowych farb, pędzli i suszarek. Na ścianach warsztatów znajdują się półki, na których studenci mogą położyć swoje pudełka z materiałami, podpisane imieniem i nazwiskiem. Dzięki temu makiet i materiałów nie trzeba nosić do domu i z powrotem. Żeby móc korzystać z warsztatów, trzeba przejść krótkie szkolenie na początku semestru – głównie traktujące o bezpieczeństwie i higienie pracy. Inne dostępne dla studentów przedmioty to stopery do uszu, plastry i odkażacz, woda do picia czy kalki i papiery do szkicowania.

erasmus-w-eindhoven

Biblioteka

Biblioteka TU/e mieści się w budynku zwanym Metaforum. Jest to ogromna przestrzeń, zajmująca dwa piętra i oferująca ogromną liczbę książek z każdej dziedziny. Znajduje się tam mnóstwo miejsc do pracy, wyposażonych w komputery z porządnym oprogramowaniem i bardzo wygodne krzesła. Oprócz niekończących się książek widocznych na półkach (w zdecydowanej większości w języku angielskim), TU/e posiada dodatkowy magazyn z którego można zamówić wybrane tytuły. Dodatkową możliwością jest dostęp do ogromnej bazy e-booków, które można pobrać w formie PDFów ze stron wydawnictw. Z biblioteki można wypożyczyć do dziesięciu książek na raz, na cały miesiąc, a przedłużać wypożyczenie można z poziomu strony internetowej. W ten sposób korzystanie z biblioteki staje się niesamowicie wygodne, przyjemne i owocne. Książki na półkach posegregowane są tematycznie oraz według dat wydania. Sam dział architektury zajmuje pół piętra i jest niesamowicie obszerny. Biblioteka otwarta jest do godziny 23 w dni robocze i trochę krócej w weekendy. W takich warunkach pisanie prac naukowych staje się przyjemnością.

Centrum sportu

Centrum sportu TU/e, według danych ze strony internetowej, oferuje 70 różnych sportów oraz mnóstwo kursów oraz jest miejscem działania 40 klubów sportowych. Żeby mieć dostęp do centrum sportu, należy wykupić subskrypcję, która w przypadku studentów z Erasmusa kosztuje 60 euro za 5 miesięcy. Wtedy można zapisać się na poszczególne kursy, uczęszczać na zajęcia lub przychodzić poćwiczyć indywidualnie. Siłownia/fitness otwarta jest w dni robocze od rana do 23 oraz krócej w weekendy. Aby popływać na basenie należy przyjść w określonych godzinach, innych w każdym dniu. Mimo, że zdecydowanie nie byłam fanką sportu, i bardzo rozsądnie planowałam dostępny czas na Erasmusie, odwiedzałam centrum sportu średnio dwa razy w tygodniu, po zajęciach albo w ramach przerwy w pisaniu dłuższych esejów czy raportów. Było to coś, co pozwalało mi mentalnie odetchnąć i usprawiedliwić zjedzenie tych wszystkich holenderskich słodyczy, którym zupełnie nie sposób się oprzeć.

Organizacje studenckie

Na Tu/e nie ma aktywnie działającego ESN, nie działa też lokalna grupa BEST, za to jest grupa AEGEE. Ponieważ na uczelni studiuje mnóstwo studentów z innych krajów (także spoza Europy), Erasmusi w żaden sposób nie wyróżniają się z tłumu. Z tego powodu nie dostają oni „taryfy ulgowej”, nikt nie organizuje im specjalnie gier i zabaw i nie zabiera za rączkę na wycieczki. Początkowo łatwo się czuć zagubionym, na dłuższą metę jednak pozytywnie wpływa to na integrację z resztą studentów. Dołączając do organizacji studenckich można nawiązać mnóstwo znajomości lub zorganizować coś dla innych studentów. Aby brać udział w wydarzeniach, nie trzeba być członkiem organizacji. Najważniejszymi z nich, z punktu widzenia studenta architektury przyjeżdżającego na Erasmusa, są:

  • Cosmos – organizacja zrzeszająca studentów z różnych krajów, organizująca spotkania integracyjne, wspólne obiady, wycieczki, language cafe itp.
  • CHEOPS – główna organizacja studentów działająca na wydziale i organizująca większość wydarzeń. Dzieli się na komitety odpowiedzialne za poszczególne aktywności,
  • AnArchi – organizacja studentów kierunku architektura
  • VIA Urbanism – organizacja studentów kierunku urbanistyka

AnArchi i VIA Urbanism organizują wykłady, wycieczki pod kątem kierunku i imprezy integracyjne. Zdecydowanie warto śledzić tablicę ogłoszeń, bo praktycznie w każdym tygodniu za ich sprawą dzieje się coś ciekawego.

Życie w Holandii

Holandia to kraj bardzo otwarty na ludzi z innych krajów, o odmiennych zwyczajach czy kulturze. Na ulicach można usłyszeć prawdziwą mieszankę języków, nierzadko także i polski. Mimo to, wiele imigrantów mówi płynnie po holendersku. Migranci mieszkają tutaj od pokoleń, nikogo nie dziwi człowiek o nieeuropejskich rysach, płynnie mówiący po holendersku. Samo Eindhoven jest miastem, do którego napływa mnóstwo osób z zagranicy ze względu na wysoki poziom tutejszych uczelni oraz dobre warunki zatrudnienia w firmach szukających młodych specjalistów. Niestety wpływa to na warunki mieszkaniowe, czyli zmniejsza dostępność mieszkań. Bardzo trudno znaleźć pokój w mieszkaniu studenckim – często jest on drogi, a sam apartament dzieli się z kilkoma, a czasem nawet kilkunastoma osobami. Wiele tego typu ofert kierowanych jest tylko do Holendrów, ale mimo to warto śledzić grupy na Facebooku. Inną opcją jest skorzystanie z mieszkań oferowanych przez firmy zajmujące się wynajmem. Takie mieszkania najczęściej są jedno- albo dwuosobowe i oczywiście kosztują o wiele więcej. Uczelnia też oferuje pokoje dla studentów, jednak ich liczba jest ograniczona i trzeba zaaplikować jak najwcześniej się da, aby mieć szansę zdobycia jednego z nich. Ceny pokoi zaczynają się w okolicy 300 euro, a mieszkań (kawalerek/studiów) – 500 euro, górnej granicy cen natomiast chyba nie ma.

Komunikacja

Mieszkając w centrum miasta, wszystkie najważniejsze miejsca znajdują się w niedużej odległości, którą można pokonać rowerem w kilkanaście minut. Rower to zdecydowanie najlepsza i najbardziej komfortowa forma poruszania się po holenderskich miastach. Używany rower łatwo kupić, przeciętna cena to 50 euro kupując bezpośrednio od innej osoby lub 150 euro kupując w sklepie z używanymi rowerami. Od razu warto wyposażyć się w odpowiednie zabezpieczenie i za każdym razem przypinać rower do stojaków. Kradzieże rowerów lub ich części zdarzają się bardzo często, dlatego ogólnie nie warto kupować droższych rowerów. Parkingi rowerowe znajdują się przy większości budynków, a większe przy dworcach i gmachach użyteczności publicznej. Dzięki temu, że rowerów nie wnosi się do piwnic i są one zawsze pod ręką, korzystanie z nich staje się wyjątkowo komfortowe. Ze względu na ciągłe nastawienie na warunki atmosferyczne, są one często pordzewiałe i poobijane, jednak większości osób to nie przeszkadza. Ścieżki rowerowe są szerokie, jednokierunkowe, odizolowane od jezdni dla samochodów, dobrze oświetlone, oznaczone znakami lub kolorem. Przede wszystkim są bezpieczne i wygodne. Praktycznie w każde miejsce da się wygodnie dojechać rowerem, a do większości prowadzi wiele ścieżek do wyboru. Nawet na lotnisko w Eindhoven zawsze dojeżdżałam rowerem. Wiązało się to oczywiście z doprowadzoną tam świetną trasą rowerową, ale także wysoką ceną biletów na autobus.

Komunikacja publiczna jest bardzo droga – jednorazowy bilet na autobus w Eindhoven kosztuje € 4,75, a całodzienny € 6,00. Aby zminimalizować te koszty, dobrze jest wyposażyć się jak najwcześniej w OV-chipkaart, czyli kartę działającą jako bilet na komunikację publiczną w całym kraju, ale także pozwalającą na korzystanie z rowerów dostępnych na dworcach kolejowych czy dworcowych parkingów. Osobiście nie kupiłam tej karty ze względu na inną opcję taniego podróżowania, która została wycofana pod koniec mojego wyjazdu, a po mieście poruszałam się wyłącznie własnym rowerem. Myślę, że mimo to, karta bardzo szybko by się zwróciła, nawet pomimo nieintensywnego używania.

erasmus-w-eindhoven

Podróżowanie pomiędzy miastami potrafi być bardzo drogie, a studenci zagraniczni nie mają żadnej zniżki. Dla przykładu, bilet w jedną stronę z Eindhoven do Amsterdamu to wydatek €21. Mimo to, jest wiele sposobów, aby oszczędzić – kupowanie biletów dziennych w supermarketach, korzystanie z biletów grupowych czy oferty sklepu internetowego NS Spoordeelwinkel.

Pogoda

Pogoda jest chyba jedyną wada mieszkania w Holandii. Przez praktycznie cały wyjazd widziałam słońce zaledwie kilka razy. Normą natomiast było zachmurzone niebo, deszcz i mgła. Holendrzy wydają się być zupełnie odporni na takie warunki atmosferyczne, a rowerów wcale nie ubywa podczas deszczu czy wichury. Do braku słońca trzeba się przyzwyczaić, a nawet najdokładniejsze prognozy pogody przestają być w tym kraju wiarygodne.

Banki, karty

Po przyjechaniu do Holandii byłam bardzo zdziwiona, że moja świeżo wydana karta walutowa nie działa w większości sklepów. Jak się okazuje, supermarkety, automaty biletowe czy nawet stoiska na rynku akceptują wyłącznie karty z holenderskich banków, typu Maestro. Założenie konta w holenderskim banku jest bardzo proste, a kontakt z obsługą klienta dobry. Jest to o tyle ważny element życia w Holandii, że upoważnia do korzystania z płatności przez internet, szybkich transakcji czy automatycznych zleceń płatniczych. Wiele rzeczy czy usług można kupić tylko i wyłącznie korzystając z płatności przez iDeal (odpowiednik polskiego PayU czy Przelewy24), obsługującego praktycznie tylko holenderskie banki. Podczas semestru nieraz trzeba będzie zrobić zakupy jako grupa – na przykład kupić materiały do budowy makiety. Wiele wygodnych stron dzieli tego typu koszty i automatycznie przesyła odpowiednie kwoty pomiędzy osobami, jeśli mają oni konta w holenderskich bankach. Takie konto należy jednak zamknąć przed wyjazdem z kraju.

Jedzenie, codzienne zakupy

Ceny jedzenia są podobne do cen w Polsce (herbata, chleb, masło, jajka, piwo) lub wyższe (ser, bułki, napoje, mleko, jogurty) a jego jakość o wiele wyższa. Chleb jest świeży przez kilka dni, jajka są od kur z wolnego wybiegu, a do czipsów nie dodaje się w ogóle oleju palmowego. Jako wegetarianka uznałam jedzenie w Holandii za tańsze niż w Polsce, ze względu na liczne gotowe produkty wegetariańskie o niedużej cenie i dobrym smaku, gdzie w Polsce podobne rzeczy można znaleźć jedynie w dziale premium większych marketów, w oczywiście wysokiej cenie.

Wiele produktów codziennego użytku jest drogie (papier toaletowy, kosmetyki, szczoteczki do zębów itp.), jednak promocje zdarzają się bardzo często i głównie polegają one na otrzymaniu dwóch produktów w cenie jednego. W wielu supermarketach tego typu akcje oferowane są dla stałych klientów, więc warto wyrobić sobie kartę stałego klienta w każdym markecie znajdującym się w pobliżu. Oprócz tego, otrzymuje się wtedy na maila spersonalizowane oferty bazujące na dotychczasowych zakupach. Generalnie robienie zakupów w supermarketach w Holandii jest bardzo przyjemne, obsługa jest bardzo miła, nigdy nie czeka się długo w kolejkach. Często markety oferują miejsce gdzie można sobie wypić kawę i poczytać gazetkę z promocjami, punkt pakowania prezentów czy mikrofalówkę do odgrzania zakupionego jedzenia. Bardzo ważnym elementem każdego supermarketu jest też urządzenie do zwrotu butelek. Przy zakupie napojów do ceny produktu doliczana jest kaucja 25 centów za butelki plastikowe i 10 centów za szklane. Po wrzuceniu pustych butelek do urządzenia, można odebrać bon do odliczenia od ceny zakupów. Ekologia jest bardzo ważna dla Holendrów, dlatego recycling działa i jest stosowany przez wszystkich.

Jeśli chodzi o jedzenie w restauracjach, jest ono drogie i wszystko zależy od miejsca. Mimo to funkcjonują też tańsze sieci oraz mniejsze knajpy, gdzie można dostać coś ciepłego w niższej cenie. Paczka porządnych frytek to wydatek około €3. Poza tym, bardzo dużą popularnością cieszą się typowe dla Holandii punkty „Febo” wyglądające jak ścianka z mikrofalówek, z której, za niewielką opłatą można wyjąć sobie wybraną potrawę. Na uczelni funkcjonuje wiele restauracji lub barów, gdzie można zjeść coś ciepłego i smacznego. Zupę można dostać już za 50 centów, natomiast koszty kanapek często przekraczają 2 euro.

Język

Język holenderski jest melodyjny i przyjemny. Można wyróżnić w nim wiele akcentów oraz odmian. Ze względu na liczne podobieństwa do języka angielskiego i niemieckiego, stosunkowo łatwo się nauczyć jego podstaw. Wszystkie wiadomości urzędowe są tylko w języku holenderskim. Nazwy produktów w sklepach również. Praktycznie wszyscy Holendrzy jednak potrafią doskonale mówić po angielsku i chętnie pomagają w zrozumieniu danego komunikatu. Kontaktując się z różnymi instytucjami w języku angielskim również otrzyma się w nim odpowiedź. Mimo to, warto poznać podstawy holenderskiego – to w końcu taki ładny język!

erasmus-w-eindhoven

Zwiedzanie

Holandia to niesamowity kraj jeśli chodzi o kulturę, muzea, galerie sztuki, atrakcje turystyczne. Nie sposób odwiedzić wszystkich miejsc, a każde miasto ma coś ciekawego do zaoferowania. Zdecydowanie najlepszą decyzją, jaką można podjąć, jest zakup Museumkaart, czyli karty dającej darmowy dostęp do ponad 400 muzeów w całym kraju. Jest to jednorazowy koszt 60 euro (na rok), czyli zwraca się po odwiedzeniu 3-5 muzeów. Karta ta jest personalna, wysyłana na adres w Holandii i każdy jej właściciel ma swój profil na stronie internetowej, gdzie można zobaczyć listę już odwiedzonych obiektów oraz przeglądać miejsca warte odwiedzenia.

Holandia to kraj artystów, ale także niesamowitej inżynierii. Nie bez powodu mówi się, że bóg stworzył świat, ale Holendrzy stworzyli Holandię. Kraj o niesamowitej historii, z mroczną przeszłością kolonialną, o barwnej kulturze i niesamowitych pomysłach. Wspaniałe muzea opowiadają tą historię, często w sposób multimedialny, zawsze ciekawy i pochłaniający.

Same miasta są niezwykle piękne. Amsterdam z kanałami i kamieniczkami, Rotterdam z nowoczesną architekturą czy Haga rozwijająca się w ogromnym tempie, ale także Maastricht z bogatą historią i starymi kościołami, Den Bosch, Dordrecht, Utrecht, Delft, Nijmegen… A to tylko południe kraju. Holandia jest mała powierzchniowo, ale bardzo bogata w niezwykłe miejsca, które zdecydowanie warto odwiedzić.

Wydarzenia

Każdego dnia coś nowego dzieje się w Holandii, każdego dnia coś jakieś wydarzenie ma miejsce w Eindhoven. Pomimo, że miasto nie jest duże, mnóstwo instytucji kultury czy organizacji tworzy ciekawą ofertę wydarzeń. Niektóre miejsca, takie jak TAC Temporary Art Centre, czy Hub Eindhoven for Expats, same w sobie mają ciekawą ofertę eventów. W ciągu semestru zimowego w mieście odbywają się dwa najważniejsze wydarzenia: Dutch Design Week i festiwal światła Glow.

erasmus-w-eindhoven

Dutch Design Week jest ogromnym wydarzeniem, na które przybywają artyści i projektanci z całego świata. Całe miasto żyje tym festiwalem – oprócz oficjalnych wystaw i punktów programu, także mniejsze firmy czy miejsca przygotowują coś od siebie. Wydarzenie jest tak obszerne, że tydzień nie wystarcza do odwiedzenia wszystkich wystaw. Także uczelnie i firmy uczestniczą w festiwalu, przygotowując swoje punkty programu. Dla uczestników przygotowane są festiwalowe rowery, darmowe autobusy i taksówki wystrojone w produkty współczesnego designu. Liczne pawilony czy większe instalacje rozsiane są po całym mieście.

Glow jest porównywalnie mniejszym festiwalem, choć wciąż zdecydowanie wartym zobaczenia. Od wieczora do północy przez cały tydzień prezentowane są instalacje multimedialne, wokół których zaprojektowano specjalną ścieżkę. Wydarzenie jest zupełnie darmowe, ale wadą jest ogromny tłum, utrudniający zobaczenie wszystkich instalacji.

erasmus-w-eindhoven

Na TU/e odbywa się jeszcze więcej wydarzeń – od większych kongresów i targów, po jednorazowe wykłady I prezentacje. Większość z nich organizowana jest przez organizacje studenckie i jest darmowa dla studentów, choć część wymaga niewielkiej opłaty aby wziąć udział. Wydarzenia, w których ja wzięłam udział:

  • Bouwkunde Bedrijvendagen – dni kariery wydziału Built Environment, gdzie oprócz targów pracy odbywają się ciekawe wykłady i warsztaty, a studenci mają możliwość porozmawiać z potencjalnymi pracodawcami
  • kongres Shifting Perspectives – łączący tematykę architektury z zupełnie innymi branżami, a wykłady prezentowane są przez specjalistów w swoich dziedzinach

Inne wydarzenia to: spotkania nazwane CheopsX (inspirowane wykładami TEDx), lunch lectures odbywające się kilka razy w tygodniu czy liczne sympozja. Okazjonalnie organizowane są też różnorakie warsztaty i kursy, na przykład nauki programów komputerowych. Organizacje studenckie zapraszają też na wycieczki do na przykład siedzib firm albo biur architektonicznych i urbanistycznych.

Jednym z ciekawszych wydarzeń, w których udało mi się wziąć udział były warsztaty zorganizowane podczas Dutch Design Week, we współpracy z uczelnią z Delft, dotyczące przyszłości mieszkaniowej Eindhoven i budowy wieżowców w centrum miasta. Jednym z prowadzących te spotkania był Winy Maas z MVRDV, innymi przedstawiciele The Why Factory, a nad wszystkim czuwali prowadzący z TU/e. To było niesamowite przeżycie, spotkać światowej sławy architektów.

Podsumowanie

Nauka w Holandii jest bardzo intensywna. Czas marnowany na nieistotne aktywności jest ograniczony do minimum, a praca w grupach wymaga motywacji i zaradności. Ani studenci z Erasmusa, ani pozostałe osoby przyjeżdżające na studia z innych krajów, nie otrzymują „taryfy ulgowej”, dlatego wyjazd na Erasmusa do Eindhoven poleciłabym tym, którzy gotowi są do intensywnej pracy i wykazują się dużą samodzielnością. Spora ilość wolnego czasu sprzyja poznawaniu kraju i kultury, ale wymaga umiejętnego planowania, aby nie pozostać w tyle z zadaniami i materiałem do nauki. Świetne warunki zachęcają do pracy, a prowadzący są bardzo zaangażowani w swoje zajęcia. Wszystko jest doskonale usystematyzowane, choć zrozumienie wszystkich elementów, takich jak system Osiris, Canvas czy MyTUe zajmuje trochę czasu. Pytanie innych studentów o każdą drobnostkę może być dla nich uciążliwe, więc warto być samemu doskonale zorganizowanym, zapisywać wszystkie terminy i wytyczne do zadań i dowiadywać się o wszystkim bezpośrednio od prowadzących. Ze względu na częste zmiany przedmiotów, grup i dużą ilość studentów, nie istnieje jedna grupa na Facebooku, skupiająca wszystkie problemy i rozterki studentów.

Samo Eindhoven to miasto nieduże, a mimo to znane na całym świecie, nie tylko ze względu na piłkę nożną. To tutaj miały miejsce jedne z większych odkryć historii techniki, tu powstały liczne wynalazki, do dziś znajdujące swoje zastosowanie. Obecnie miasto identyfikuje się z nazwą „Brainport”. Podobno kiedyś jakiś dziennikarz nazwał Eindhoven najbrzydszym miastem w Holandii. Nie wiem, na ile to prawda, ale jeśli lubi się postindustrialny charakter, oferowany przez dawne zabudowania Philipsa, całkiem niemało zieleni (jak na Holandię zwłaszcza), sztukę w przestrzeni miejskiej czy żyjące ulice (także nocą), to zdecydowanie polubi się i Eindhoven. Bardzo łatwo przyzwyczaić się do tego miasta, trudniej później z niego wrócić.

Więcej

Dwa wypady z Barcelony – Girona i Figueres oraz Montserrat

Jeśli wydawało Wam się, że przedstawiłam na tym blogu dostatecznie dużo miejsc do zobaczenia w Barcelonie i na pewno nic więcej nie zmieściłoby się w czasie jednotygodniowego pobytu, tym wpisem Was zaskoczę. Barcelona to tylko jeden z powodów, dla których warto odwiedzić Katalonię, a mnóstwo kolejnych można doświadczyć nie oddalając się od miasta dalej niż krótka podróż pociągiem.

Jeśli nie zapoznaliście się jeszcze z poprzednimi wpisami, zdecydowanie zachęcam do nadrobienia zaległości:

  1. Barcelona i Gaudi – ten wpis zabierze Was do magicznego świata dzieł Antoniego Gaudiego, zobaczycie La Sagradę Familię, Park Güell i kilka budynków mieszkaniowych zaprojektowanych przez architekta
  2. Barcelona bez Gaudiego – tutaj przeczytacie o średniowiecznej części miasta i o miejscach, które warto zobaczyć w historycznym centrum

Dzisiejszy wpis jest trzecim i tym samym ostatnim wpisem z serii. Liczę na to, że Wam się spodoba J.

 

Wypad 1: Figueres i Girona

Figueres

Te dwa miasta znajdują się na północ od Barcelony i wbrew temu co mówią podręczniki turystyczne i strony internetowe próbujące opchnąć wycieczki za duże pieniądze… można tam bez problemu dojechać pociągiem. Figueres znajduje się niecałe dwie godziny drogi od Barcelony, a pociąg przejeżdża właśnie przez Gironę. My zaczęliśmy od Figueres, ponieważ znajduje się tam muzeum, które bardzo chcieliśmy zobaczyć.

Postaci Salvadora Dalí nie trzeba nikomu przedstawiać. Ten niezwykły twórca zostawił po sobie mnóstwo dzieł, które wyraźnie zapisały się na kartach historii sztuki. Choć jego obrazy podziwiać można na całym świecie, jest kilka miejsc, które szczególnie powinny zainteresować fanów jego twórczości. Jedno z nich właśnie znajduje się w Figueres i mieści się w budynku wybudowanym w miejscu dawnego teatru. Stąd zresztą pochodzi nazwa: Dalí Theatre-Museum.

Z dworca bez problemu można dojść do muzeum na pieszo. Figueres nie jest dużym miastem i oprócz muzeum nie zawiera innych znaczących atrakcji turystycznych. Mimo to, wciąż zachęca tłumy turystów do zobaczenia tego nietypowego budynku. Już z daleka widać, że jest to obiekt niezwykły. Czerwona elewacja udekorowana jest dziwnymi ornamentami, a na szczycie przylegającej do budynku wieży umieszczono gigantyczne jaja. Jeszcze przed wejściem do środka można doświadczyć surrealizmu, tworzonego przez Salvadora Dalí.

Wewnątrz prezentowane są dzieła artysty, a także i innych twórców, jednak i sam budynek jest niezwykły. Pomimo nowej funkcji, zachował on formę teatru, jednak z atrium w miejscu widowni oraz przestrzenią prezentującą największy obraz w miejscu sceny. Mniejsze dzieła umieszczone są w korytarzach okrążających serce budynku oraz kilku pomieszczeniach. Ważną, wręcz integralną częścią muzeum, są instalacje multimedialne, zawierające ruchome elementy, grę świateł czy złudzenia optyczne. Nie chcę ich opisywać, aby nie zepsuć nikomu niespodzianki. Chciałabym jednak podkreślić, że będąc w Barcelonie zdecydowanie warto poświęcić jeden dzień podróży na zajrzenie i do Figueres.

  

Oprócz głównego muzeum-teatru, w sąsiadującym budynku znajduje się ciąg dalszy twórczości Salvadora Dalí – zaprojektowana przez niego biżuteria i inne niewielkie przedmioty. Jak łatwo się domyślić, daleko im do typowych tworów, jakie można zobaczyć w sklepach.

  

Girona

Do Girony trafiliśmy wczesnym wieczorem i ku naszemu zdziwieniu, wszystkie sklepy były zamknięte, a miasto prawie że umarłe. To piękne, historyczne miasteczko, okazało się mniej pasjonujące niż się spodziewałam, ale wciąż miało w sobie jakiś drobny urok.

Chyba najważniejszym obiektem w Gironie jest katedra. Gotycka świątynia posiada bardzo nietypową elewację do której prowadzą długie schody, kończące się niewielkim placem. Wnętrze budynku jest również niezwykłe – według dostępnych źródeł jest to kościół o najszerszej nawie na świecie – 22 metry. Dla zwiedzających dostępny jest audioguide, opowiadający w sposób bardzo szczegółowy o budynku oraz znajdujących się w nim ołtarzach, dziełach, pamiątkach.

Drugą znaną atrakcją turystyczną Girony są historyczne mury miejskie. Aby do nich dotrzeć, trzeba pokonać drogę w górę przez miasto, przespacerować się po wąskich i krętych uliczkach i wspiąć się po licznych stopniach schodów. My niestety dotarliśmy tam już po zmroku, a wtedy miejsce wydawało się być naprawdę niebezpieczne, zwłaszcza ze względu na bardzo słabe i wybrakowane oświetlenie. Warto było jednak zobaczyć widok roztaczający się na miasto z tak wysokiego punktu.

   

 

Wypad 2: Montserrat

Kolejną rzeczą, którą szkoda by było przegapić, będąc w Barcelonie, jest Montserrat. Montserrat jest pasmem górskim, znajdującym się kilkadziesiąt kilometrów na północ od Barcelony. Miejscem przyciągającym najwięcej turystów jest opactwo benedyktynów (Monistrol de Montserrat), zlokalizowane pomiędzy szczytami, a bardzo łatwo dostępne za pomocą środków komunikacji publicznej. Ja szczególnie poleciłabym odwiedzić góry dla samej radości obcowania z naturą i ucztą dla oka jaką jest jej piękno.

Aby dostać się do opactwa w górach, trzeba najpierw wsiąść w pociąg regionalny docierający do stacji u podnóża Montserrat. Stamtąd w górę prowadzi kolejka górska oraz pociąg górski zwany Cremarella. My skorzystaliśmy z drugiej opcji, ponieważ kolejka była zamknięta. Przy możliwości wyboru, prawdopodobnie i tak wzięłabym pociąg – wbrew pozorom to z niego roztacza się niesamowity widok. Aby w pełni go podziwiać, polecam zająć miejsce przy oknie od strony drzwi do pojazdu.

Oczywiście najlepszym doświadczeniem jest dotarcie tam na pieszo. Według opisów dostępnych w Internecie, trasa jest dość prosta i zajmuje około półtora godziny w jedną stronę. Konieczne jest wtedy odpowiednie obuwie oraz zapas wody, nie mówiąc już o dodatkowym czasie, czyli wyruszeniu w drogę odpowiednio wcześniej. My zrezygnowaliśmy z tej możliwości.

Opactwo benedyktynów jest oblegane przez turystów przez cały rok. Z tego powodu, oprócz klasztoru, odwiedzić tam można muzeum, liczne sklepy z pamiątkami, a nawet sklep spożywczy. Sam kościół Santa Maria de Montserrat jest niewielki, acz ciekawy. Charakterystycznym elementem jest ogromnej długości sznur turystów pragnących dotknąć świętego obrazu Dziewicy z Montserrat. Jak się łatwo domyślić, nie zasililiśmy szeregu oczekujących.

  

Zamiast tego udaliśmy się do jednej z dwóch kolejek górskich, prowadzących w dalsze rejony Montserrat. Pierwsza z nich, prowadząca do kolejnego miejsca kultu – Santa Cova, była zamknięta. My pojechaliśmy w górę, w kierunku najwyższego szczytu Montserrat – Sant Jeroni. Kolejka w tę stronę to tak właściwie kolejka na Sant Joan, pozwalająca oszczędzić prawie 250 metrów wspinaczki na szczyt. Wtedy, do najwyższego punktu pasma górskiego pozostaje już tylko 370 metrów, które może zrobić nawet wymęczony bieganiem po muzeach turysta w trampkach (oczywiście nie polecam braku odpowiedniego obuwia!).

Osoby zastanawiające się nad zorganizowaniem sobie podobnej wycieczki prawdopodobnie mają w głowie pytanie: a jak wyglądają kwestie finansowe? Tyle rozmaitych środków transportu, dodatkowe kolejki górskie, przesiadki… Wbrew pozorom jest to jednak zupełnie proste! Na większych dworcach i stacjach metra oraz w punktach informacji turystycznej można kupić bilety zawierające wszystkie środki transportu do i w rejonie Montserrat. W zależności od pożądanych elementów, ceny oczywiście się różnią. My kupiliśmy bilet o nazwie Trans Montserrat, zawierający praktycznie wszystkie dostępne środki transportu, za 31,60 euro od osoby (wliczając dojazd metrem do dworca z którego odjeżdżał pociąg z Barcelony).

Tutaj chciałabym jeszcze dopisać po raz trzeci słowa rozczarowania wiedzą pracowników punktu informacji turystycznej. Kupując bilet Trans Montserrat, pani przy kasie z przekonaniem stwierdziła, że nie jest on zbyt opłacalny, ponieważ żadna z kolejek nie funkcjonowała w okresie, kiedy chcieliśmy odwiedzić Montserrat. Oczywiście nie było to prawdą – wszystkie źródła internetowe wyraźnie mówiły, że kolejka na Sant Joan jest w pełni sprawna i dostępna dla turystów. Potwierdziliśmy to na miejscu. Morał z tego jest taki, że nie warto ufać informacji turystycznej w Barcelonie.

   

   

  

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę, jak wielu miejsc i budynków w centrum Barcelony nie udało nam się odwiedzić, wciąż uważam, że te dwa krótkie wypady były warte poświęconego czasu i pieniędzy. Muzeum-Teatr Dali w Figueres jest niezwykłym miejscem, którego nie sposób zapomnieć. Girona ma swój urok – w końcu nie bez powodu miasto to stało się tłem kilku scen Gry o Tron. Montserrat natomiast stał się fantastyczną odskocznią od dużego miasta – zwłaszcza spacer po wytartym szlaku, który z całą pewnością zachwycił tysiące osób przed nami.

Więcej

Barcelona bez Gaudiego, czyli co jeszcze warto zobaczyć

W ostatnim wpisie opowiadałam o wycieczce do Barcelony i dziełach Antoniego Gaudiego, które można tam zobaczyć. Jak to bywa w przypadku dużych miast, w Barcelonie jest o wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia i dzisiaj chciałabym przybliżyć część z nich. Skupię się głównie na najstarszej części miasta, zlokalizowanej bliżej morza i reprezentującej o wiele inny styl i nastrój niż opisana wcześniej dzielnica Eixample.

Więcej

Dzieła Gaudiego, które warto zobaczyć w Barcelonie

dzieła Gaudiego które warto zobaczyć w Barcelonie

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie planując wakacje latem wybierają kraje o cieplejszym klimacie, aby kleić się potem i przeciskać pomiędzy turystami, natomiast zimą uciekają od mrozu do jeszcze większego mrozu. Ja polecam zupełnie inny kierunek na styczeń czy luty – Barcelonę. Wraz z narzeczonym udało nam się odwiedzić to wspaniałe miasto na początku stycznia i było to doświadczenie tak wspaniałe, że zdecydowanie musimy je potówrzyć. Dodatkowo, postanowiłam napisać serię wpisów prezentujących piękno stolicy Katalonii (oraz okolic) oraz ciekawe miejsca, które zdecydowanie warto odwiedzić. Aby uporządkować tę naprawdę ogromną listę, postanowiłam uciec od chronologii i geografii, a bardziej skupić się na tematyce. Zacznę więc od najbardziej typowego powodu, dla którego każdego roku tłumy turystów tłoczą się na ulicach Barcelony – od twórczości Antoniego Gaudiego.

Więcej

Kalendarz stworzony własnoręcznie

W przedostatnim wpisie zapowiadałam, że w 2019 roku zamierzam stworzyć swój własny kalendarz. Nie rozwinęłam jednak dokładniej tej myśli, więc część czytelników tego bloga mogłaby pomyśleć, że zamierzam kalendarz zaprojektować i oddać do druku. Nic z tych rzeczy! Ponieważ zależy mi na papierze, jakości i wyjątkowości, kalendarz wykonałam zupełnie własnoręcznie, wykorzystując tradycyjne metody i kilka autorskich tricków. Było to niezwykle pasjonujące zajęcie, które pozwoliło mi nadrobić zaległości w świecie materiałów papierniczych oraz nauczyć się czegoś nowego. Jak wyszło? Zapraszam do przeczytania tego wpisu.

Więcej