Budmika – konferencja studencka w pięknym Poznaniu

poznań

Ostatnio trudno mi znaleźć chwilę czasu na cokolwiek. Rozpisuję doby z dokładnością co do godziny w swoim kalendarzu, próbując przy tym uwzględnić rosnące wraz z upływem tygodnia przemęczenie i trudności w koncentracji. Czasami zaczynam wątpić, jak każdy. Innym razem cieszę się z takiego trybu życia i jestem zupełnie przekonana, że nie mogłabym inaczej. Nie dla mnie te wszystkie filozofie slow life, gdzie trzeba się zatrzymać na chwilę, pomyśleć, oddać się zadumie. Wolę poświęcić wszystkiemu część swojego czasu niż oddać się tylko jednej rzeczy. Moje życie jest za krótkie, a ja jeszcze nie wybrałam w nim jednej drogi, nie pogodziłam się z tym, że mogę być tylko jedną osobą na raz, tylko jedną indywidualnością.

Skaczę więc od dziedziny do dziedziny, szukam powołania w zupełnie odmiennych rolach, uciekam od specjalizacji, choć boję się, że to podejście zakończy się pewnego dnia ślepym zaułkiem. W tym momencie mam już co wpisać do cv, ale wciąż żadna z tych rzeczy nie jest naprawdę wartościowa. Czuję, że mogłabym lepiej wykorzystać swój czas, gdybym z czegoś zrezygnowała – ale ja się tak łatwo nie poddaję. To z kolei prowadzi do zaniedbania, ale nie do zapomnienia.

Ostatnio postanowiłam trochę bardziej pobawić się w to bycie studentem. Nie mam tu na myśli głośnych imprez w akademikach czy zmianę diety na odgrzewane w mikrofali kebaby. Studia z założenia miały polegać na nauce i właśnie taki cel najbardziej do mnie przemawia. Oprócz częstych wizyt w czytelni i prób zorganizowania czasu na działanie w kołach naukowych, postanowiłam spróbować zaprezentować referat na studenckiej konferencji. Temat już miałam, bo semestr temu porządnie przyłożyłam się do eseju z fizyki budowli. Wystarczyło doczytać jeszcze kilka książek, uszczuplić go o część wiadomości i dodać nowe. Z założenia prosta sprawa, ale jak postanowi się dużą staranność i potwierdzanie wszystkich informacji w źródłach to nagle wymarzone dwie godziny zamieniają się w dwa tygodnie. Czuję jednak, że dzięki temu w moim temacie mogę powiedzieć naprawdę wiele – i zamierzam przeznaczyć mu kilka wpisów na tym blogu. Gwarantuję, że będziecie czytać z zainteresowaniem.

Konferencja, na której zaprezentowałam swój referat to tegoroczna edycja poznańskiej Budmiki. Jest to największe wydarzenie tego typu o tematyce budowlanej w kraju. Uczestników było naprawdę wielu, a samych referatów sto pięćdziesiąt. Wybrałam więc wypłynięcie od razu na głęboką wodę, ale zupełnie tego nie żałuję.

poznań

Centrum Wykładowe Politechniki Poznańskiej jest pięknym, nowoczesnym budynkiem, którego architekt pomyślał także o świetnych widokach na ważne historycznie obiekty.

poznań
poznań

Dlaczego warto pojechać na konferencję studencką?

Trzy pełne doby spędzone w Poznaniu były zdecydowanie warte wielu godzin pracy i nieprzespanych nocy – a nawet tego stresu przed wystąpieniem publicznym. Jeszcze na miejscu kilka razy powtórzyłam sobie wypowiedź, aby mieć pewność, że wyrobię się w wyznaczonych piętnastu minutach, które później okazały się dziesięcioma. Podczas przemawiania do ludzi już nawet o niczym nie myślałam – po prostu przez ten krótki czas wyrzucałam z siebie to, co jeszcze trzymało się w pamięci krótkotrwałej, poukładanie informacji, powiązanie zdań z obrazkami na slajdach. Pytania poszły też dobrze – nikt nie trafił w jakąś czarną dziurę mojej pamięci. Potem zostało już tylko krzesło pośród widowni, głęboki oddech i odetchnięcie z ulgą. Referowanie mogłoby być zakwalifikowany jako sport ekstremalny. Zwłaszcza, że czuję teraz, że chcę więcej. Marzą mi się kolejne długie noce z zaznaczaniem na tablecie linijek w anglojęzycznych książkach wykopanych gdzieś z końca internetu. Chcę jeszcze raz przez chwilę być specjalistką z jakiejś dziedziny – może tym razem udałoby mi się przeznaczyć część uwagi na rozpoznanie z jakim odbiorem spotyka się moja wypowiedź, na wypatrzeniu z tłumu publiczności pojedynczych osób, które gdzieś tam skupiają się na swoich telefonach czy szepczą do siebie na tyłach sali – ale może i tych, którzy słuchają z zainteresowaniem. Odrobina więcej RAMu w mózgu i taki multitasking zacząłby być możliwy. Kawa niestety nie wykonała swojego zadania.

poznań
poznań

Konferencja to jednak nie tylko wygłoszenie swojego i odebranie za to dyplomu. To przede wszystkim świetna okazja do poszerzania wiedzy w sposób trochę inny niż na co dzień. Prezentacje studentów są o tyle wyjątkowe, że każdy poświęcił swojej mnóstwo czasu, wybrał temat, który go naprawdę interesuje i przekazuje to wszystko w tak krótkim czasie. Były oczywiście i prezentacje, których nie rozumiałam albo które nie potrafiły mnie zainteresować – były za to też takie, które pokazały mi coś nowego, zaprezentowały czyjś ciekawy pomysł.

Inną ważną rzeczą jest kontakt z firmami – sponsorami lub partnerami konferencji. Oprócz powrotu do domu z toną gadżetów i broszurek, dały mi one pewien obraz tego, jak wygląda branża budowlana w Polsce. Z tego co wiem, na wielu kierunkach studiów nie popiera się tego tak zwanego przemysłu, ucina się studentom skrzydła jeśli tylko próbują naukę zamienić na pracę. Na szczęście na studiach architektonicznych, lub właśnie budowlanych, istnieje o wiele bardziej życiowe podejście. Trzeba poznawać firmy, korzystać z ich materiałów i produktów – przecież nikt nie będzie kupował wszystkiego „szytego na zamówienie”. Nawet mam wrażenie, że dobrze widzianym jest poznanie wiodących firm i ich produktów.

Było też mnóstwo okazji do porozmawiania z innymi studentami – na przerwach kawowych czy imprezach towarzyszących. Tutaj niestety nie udało mi się zadziałać, bo kompletnie nie wiedziałam, jak podejść i rozpocząć rozmowę. Na pewno przydałoby się coś lepszego niż głupawe „cześć, podobał mi się twój referat”. Z tego powodu mój przypadek nie jest dobrym przykładem udanego networkingu, ale wierzę, że tylko odrobinę bardziej otwarta towarzysko osoba mogłaby nawiązać całkiem ciekawe znajomości.

Podczas konferencji, jak już wspomniałam, odbyło się kilka imprez towarzyszących. Zdecydowanie najbardziej spektakularny był koncert muzyki filmowej w Akademii Muzycznej – chyba żadne nagranie i żaden sprzęt muzyczny nie jest w stanie w pełni oddać muzyki wykonywanej przez muzyków na żywo w sali specjalnie do tego przeznaczonej. Kolejne wydarzenie, imprezę w pubie uważam za smutny niewypał, ponieważ było tak głośno, że jedyne co udało mi się robić to patrzeć się na dziwacznie ukształtowany sufit i zastanawiać się, co architekt wnętrza miał na myśli. Może to trochę sztywniackie z mojej strony, ale nie lubię głośnej muzyki, kiedy próbuję z kimś porozmawiać. To sprawia, że aby komunikat był przekazywany, trzeba znaleźć się w sferze prywatnej drugiej osoby, a to już ociera się o granicę psychicznego dyskomfortu. Mimo to, większość osób wyraźnie bawiła się dobrze.

poznań
poznań
poznań

Tego się nie spodziewałam zobaczyć na pustej ścianie szczytowej budynków

Konferencje studenckie – wady

Od powrotu z Budmiki minął już tydzień, ale dopiero teraz znalazłam chwilę czasu, aby usiąść i krótko opisać tę przygodę. To jest chyba największa wada konferencji – że takie chwilowe oderwanie się od zajęć na uczelni wytwarza mnóstwo zaległości. Na to wydarzenie przeznaczyłam naprawdę mnóstwo czasu – nie tylko trzy dni jego trwania, ale i wszelkie wcześniejsze przygotowania, załatwiania, sprawy finansowania i wreszcie sam referat. Decydując się na udział w konferencji, musiałam od początku założyć, że odbije się to bardzo na moim kalendarzu i wolnym czasie. Zgłaszając się kilka miesięcy temu, byłam przekonana, że ten semestr będzie niezwykle łatwy – bo tak mówili praktycznie wszyscy mający go już za sobą. W tym momencie jestem pewna, że odebrałam tę informację zbyt dosłownie, co teraz kosztuje mnie zarówno siedzenie po nocach jak i wstawanie przed szóstą rano aby mieć kiedy robić te wszystkie projekty. Tak że pierwsza zasada wyjazdu na konferencję brzmi – upewnij się, że będziesz mieć na to czas, albo od razu pogódź się z tym, że nie znajdziesz gratisowej puli godzin w kalendarzu, tylko czeka cię uszczuplanie czasu przeznaczonego na wszystko inne.

poznań
poznań
poznań

Pomimo to, było naprawdę warto

Przede wszystkim, przekonałam się, że jednak jestem w stanie przedstawić ludziom coś więcej niż pomysł na logo czy instrukcję do gry planszowej. Wreszcie też nauczyłam się poważnej prezentacji, nie będącej dukaniem z kartki przed ludźmi z grupy na studiach, jak to niestety wyglądało do tej pory. Okazało się to łatwiejsze niż przypuszczałam i już wiem, że za każdym następnym razem na pewno dam radę.

Coś jest też fajnego w chodzeniu po obcym mieście i nieswojej uczelni w eleganckim stroju i strasznie niewygodnych butach. Zdecydowanie nie tak wyobrażałam sobie siebie w przyszłości parę lat temu. I naprawdę się cieszę z tego, że mój dziecięcy strach że skończę bez możliwości rozwoju, na jakimś smutnym stanowisku na śmieciówce na zadupiu Polski powoli staje się już tylko nieszkodliwym cieniem. Po konferencji czuję, że czasami jednak da się osiągnąć coś więcej, jeśli przyłoży się do tego dużo energii. Nawet jeśli moje wystąpienie nie zostało nagrodzone (na co nawet nie liczyłam pośród tylu osób mających o wiele bogatsze doświadczenie niż ja), dla mnie dużym sukcesem było zaplanowanie tego wszystkiego i poradzenie sobie. Może w takim razie z resztą życia też sobie poradzę?

poznań
poznań
poznań

Ratusz w Poznaniu

poznań

Rezerwat archeologiczny na Ostrowie Tumskim

poznań

I na koniec trochę modernizmu

poznań
Więcej

Zrozumieć źle urodzone

Podczas gdy wszyscy wokół zachwycają się „Księgą Zachwytów” Filipa Springera, ja postanowiłam nadrobić jego wcześniejsze dzieła i tak, pewnego dnia, na jednej z półek politechnicznej czytelni przemówiły do mnie „Źle urodzone”. Zbiór reportaży Springera, ładnie wydanych, z dużymi fotografiami i wygodnie umieszczonym tekstem, bogatym w przypisy. Wszystkie na temat architektury – ale tej sprzed kilkudziesięciu lat – dzikiej, szybkiej, masowej i topornej, ale, przede wszystkim, niezrozumianej. Ale tak naprawdę ta książka jest o architektach.

zle urodzone

Po wojnie spadła na nich ogromna odpowiedzialność odbudowy zniszczonych miast i zapewnienia ogromnej liczbie ludzi dachu nad głową. Wraz z tą odpowiedzialnością, przyszli twórcy wielkiej płyty otrzymali szereg wymagań dotyczących kosztów budowy oraz liczby mieszkańców jakich mają umieścić na poszczególnych połaciach terenu. Normą stały się duże budynki wielorodzinne z jedną łazienką na piętro czy windy zatrzymujące się na co trzeciej kondygnacji i tylko przez pierwsze lata funkcjonowania obiektu. To były te dzieła, pod którymi nikt nie chciał się podpisywać, które przerzucano pomiędzy nazwiskami i próbowano wymazać z pamięci – nawet jeśli w rzeczywistości stały i mąciły w krajobrazie niejednego miasta.

Byli też architekci z wizją. Kłócący się z władzami, walczący o swoje prawa lub po cichu przemycający swoje idee, tak aby po latach można było ich budynki dostosować do nowych czasów, które byli w stanie przewidzieć. Oni też spotykali się potem z odzewem od mieszkańców ich budynków, z krytyką i narzekaniem tych, którzy przyzwyczaili się do czegoś innego. Ich budynki były źle urodzone – nie w tym miejscu, a przede wszystkim nie w tym czasie w którym powinny.

Także budynki użyteczności publicznej doczekały się reakcji na swoje istnienie. Część z nich pozostała już tylko na zdjęciach, niektóre w dokumentach planujących ich wyburzenie, a część do dziś stoi i wygląda. To one budzą najwięcej kontrowersji, bo da się je tylko kochać albo nienawidzić. Pojawia się więc konflikt pomiędzy wygodą, poczuciem nowoczesności i potrzebą odcięcia się od tego, co było ze strony prostych ludzi, a troską architektów i miłośników zabytków PRL-u o ich zachowanie. Walki na logiczne i nielogiczne argumenty wywołują emocje związane z budynkami, często nadają im nazwy i kreują ich nową historię, zmieniając je.

zle urodzone

„Źle urodzone” to jedna z tych książek, które ułatwiają zrozumienie tamtych czasów. Zbiór reportaży Springera opowiedział mi kilka historii o tym, jak bardzo architekci chcieli, ale nie mogli. Mimo to, udało im się pozostawić po sobie ślad – te elementy miast, z których czasem są dumni, a czasem nie – nawet jeśli poświęcili długie godziny na opracowywanie ich planów.

Myślę, że bez zastanowienia mogę polecić tę książkę każdemu, kto interesuje się historią PRL-u. Autor z dużą dociekliwością prześledził dostępne źródła, dotarł do osób odgrywających ważne role w życiu opisywanych architektów i wiedzących dokładnie, jak wyglądała ich praca. W przypadku żyjących twórców, informacje pochodzą z pierwszej ręki. Oczywiście jest to także lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy interesują się architekturą. Niestety, chyba nie da się zrozumieć budownictwa tamtych czasów, tylko patrząc na wielką płytę czy pojedyncze pawilony i dworce. Zwłaszcza, że wygląd wielu z nich nie ma już zbyt wiele wspólnego z tym, jakie były podczas oddania do użytku. Bo to nie tylko pasteloza i obsianie banerami (o tym przeczytanie w Wannie z Kolumnadą) ale i zupełna zmiana sytuacji mieszkaniowej w Polsce.

zle urodzone

Więcej

Lukier i mięso

Jakiś czas temu poleciłam Wam książkę, w której autorka zadawała pytania znanym polskim architektom. Dzisiaj chciałabym przedstawić kolejną architektoniczną rozmowę – tym razem pomiędzy architektem, Marcinem Kwietowiczem, a dwoma krytykami, Grzegorzem Piątkiem i Jarosławem Trybusiem.

lukier i mieso

„Lukier i mięso” to zapis dość długiej dyskusji, płynnie przechodzącej pomiędzy tematami, ale skupionej wokół współczesnego projektowania budynków w Polsce. Przedstawione jest to bardzo „od kuchni” – spośród różnorakich myśli da się wyłowić zarówno takie obrazujące codzienne życie projektanta budynków, jak i sytuacje, w jakiej przyszło mu tworzyć. Pomimo formy, w jakiej napisana została ta książka, nie czuje się różnicy zdań i doświadczeń pomiędzy postaciami – raczej każdy dodaje swoje argumenty do wspólnego stanowiska. Momentami miałam wrażenie, ze pomiędzy kartkami przemawia do mnie jedna postać, ale porządnie zastanawiająca się nad każdym aspektem poruszanego tematu.

Jest to jednak ciekawa rozmowa, poddająca pod wątpliwość wiele teorii, które być może zbyt szybko zostały przyjęte w architekturze, burząca standardy myślenia o budynku i tym, w jaki sposób powinien być zaprojektowany. Bo choć każdy projektant ma swoje metody, to podstawą jest umiejętność wpisania obiektu w otoczenie, nawiązywanie do stylistyki otoczenia i tak dalej – ale co to tak naprawdę oznacza? Jest to tylko jedna z wielu myśli przewijających się pomiędzy tymi ponad 350 stronami tomiku. Inna z nich dotyczy kierunku, w jakim zmierza współczesna architektura i jak tego typu przemiany uwidaczniają się w polskich miastach. Często pojawiają się tez ciekawostki, które tylko osoba przesiąknięta środowiskiem architektonicznym mogłaby dostrzec, ale po ich wskazaniu przez rozmówców, czytelnik z pewnością je zrozumie.

lukier i mieso

Autorzy podchodzą do tematu architektury bardzo krytycznie. Wiele budynków i ich twórców zostało ocenione naprawdę surowo, za to w taki sposób ze nie trudno się z taką oceną nie zgodzić. Na przykład tak zwani starchitekci – czyli osoby o znanych nazwiskach, zdobywcy wielu prestiżowych nagród i twórcy obiektów, które z samego faktu bycia wybudowanymi przez nich nabywają wyższą rangę w świecie architektury. Jak się okazuje, część twórców z tego grona stawia budynki nawet nie odwiedziwszy wcześniej działki, albo umieszcza obiekty na wizualizacjach przedstawiających zupełnie inną zabudowę niż ta, która otacza teren. Czytając tę książkę, uświadomiłam sobie, ze architektura nie różni się niczym od innych dziedzin twórczych – że osoby uznawane często za autorytety to tak naprawdę mainstreamowe gwiazdy, które czymś zabłysły a potem już tylko unosiły się na fali sławy, stawiając sobie koleje pomniki. Wydaje mi się, że wcześniej patrzyłam na ich twórczość dość bezkrytycznie. Mam tu na myśli mówienie jedynie, ze coś mi się nie podoba, zamiast twierdzić, że coś jest po prostu złe. Pod tym względem twórcy „Lukru i mięsa” wyręczyli mnie w myśleniu.

Oczywiście dostało się i tym mniej znanym pracowniom – bo w końcu nie trzeba być starchitektem, aby móc wybudować coś niewłaściwego. Cala ta książka to swoisty przekrój przez świat architektury, a wiec wypełniona jest nazwiskami i nazwami, obiektami, ich wnętrzami i ich otoczeniem. Opisane zostały w niej chyba wszystkie ważne wydarzenia architektoniczne z ostatnich 25 lat – choć nie w formie katalogu a krótkiej refleksji – co znawcy architektury jako pierwsze przychodzi na myśl, kiedy zapyta się go o dany obiekt. Dzięki temu „Lukier i mięso” się czyta – a nie ogląda obrazki.

Tutaj warto zwrócić uwagę na sam sposób zaprojektowania tej książki. Musze przyznać, ze naprawdę się z nią męczyłam – nie ze względu na treść, bo ta jest na tyle lekka, że mogłabym ją pochłonąć w jedną noc, gdyby mi się bardziej spieszyło, albo czytać po kilka stron co jakiś czas, gdybym nie musiała jej zwrócić do biblioteki. Chodzi mi o jej formę – wymiary i dobór papieru. Mały, kieszonkowy format przy takiej liczbie sztywnych stron wymaga dużo siły w utrzymaniu książki otwartej, a grzbiet wygląda na taki, który po kilku czytelnikach zacznie się łamać. Gdybym miała polecić komuś przeczytanie „Lukru i mięsa”, to zdecydowanie zaproponowałabym to w postaci ebooka.

lukier i mieso

Inną denerwującą rzeczą było rozmieszczenie zdjęć. Z jednej strony trochę „po staremu” – bo na całych stronach i bez treści wokół, za wyjątkiem podpisów. Z drugiej jednak designersko, a nie funkcjonalnie – z podpisami tam gdzie się zmieści, czyli czasami aby się dowiedzieć, co przedstawione jest na fotografii, musiałam przekręcić kilka kartek. Wydaje mi się, ze taka forma rozmowy byłaby dużo wygodniejsza, gdyby omawiane obiekty miały swoje przedstawienia fotograficzne tuz obok treści. Jak dla mnie, osoby przyzwyczajonej do stron internetowych i innych treści, gdzie obrazki wzbogacają a nie utrudniają czytanie, byłoby to o wiele wygodniejsze.

Myślę, ze uzasadnieniem takiej formy jest jedno ze stwierdzeń padających pomiędzy stronami: architektury nie da się w pełni przedstawić na zdjęciu. Dlatego tworzy się makiety i odwiedza budynki – aby zobaczyć ją na żywo, we wszystkich trzech wymiarach. Obecnie jednak fotografia – a raczej wizualizacja – próbuje to zmienić i przekazać odbiorcy jednostronna informacje o budynku, z odpowiednio dobranej perspektywy i o konkretnej porze dnia i roku – tej, dla której obiekt powstał. Architektura jest tymczasem o wiele ciekawsza, a przynajmniej ma szanse taka być.

Komu poleciłabym „Lukier i mięso”? Raczej niewielu osobom – nie jest to pasjonująca lektura z fabułą, zaskoczyć może raczej tylko tych, którzy studiują architekturę albo są świeżo po tym kierunku i coś tam już wiedzą, o czymś słyszeli a inne rzeczy widzieli na własne oczy. Z pewnością nie znajdą tam niczego dla siebie ci, których budowanie w Polsce nie interesuje lub którzy nie mają żadnej wiedzy w tym temacie. Dla tych, którzy się jednak skuszą, będzie to lekka i przyjemna lektura, pozwalająca poznać tą część świata architektów, o której nie mówi się na studiach, a co więcej – zrozumieć, co jest najbardziej krytykowane w projektowaniu architektonicznym, czego unikać, aby nie znaleźć się w podobnego rodzaju publikacji, zaraz za jakimś bardzo smutnym nagłówkiem.

lukier i mieso

Więcej

Nie mogłabym mieszkać poza miastem

Dzisiaj w nocy śniła mi się wioska położona w sercu lasu. Dziki teren, porośnięty gęsto zielenią pełen był małych, parterowych domków ułożonych na pagórkach tak jakby czas dopasował ich kształt do zakrzywienia podłoża. Pomimo braku siatki ulic (pomiędzy domami nie biegły nawet wydeptane ścieżki), wioskę przecinała wąska, ale ruchliwa, ulica. Kiedy się obudziłam, w głowie kłębiło mi się mnóstwo myśli, a jedna z nich brzmiała: nie mogłabym mieszkać poza miastem.

Więcej

Samochodowe miasto

Kult samochodu ma się w Polsce dobrze – ludzie przyzwyczaili się do hałaśliwych ulic i wielkich parkingów, rozrzedzających miejską zabudowę. Wiele osób nawet nie zastanawia się, czy istnieją inne metody przedostania się z miejsca na miejsce niż wewnątrz własnego pojazdu. Same samochody, pomimo bycia coraz tańszymi i łatwiejszymi w obsłudze, wciąż z niezrozumiałych przyczyn stanowią symbol luksusu, wolności króla szosy, punktualności i wygody. Z punktu widzenia pieszego pędzące samochody są natomiast potencjalnym niebezpieczeństwem, a te będące w bezruchu – często przeszkodą w swobodnym korzystaniu z np. chodnika. Problem nie byłby jeszcze taki duży, gdyby nie Przepustowość (celowo pisana wielką literą), dla której miasta zamieniają się w karykatury.

samochodowe miasto

Ale przejdę do tematu pieszych. Bo problemem nie nie jest zbyt duża wygoda blaszanych pudeł, a odbieranie komfortu tym, którzy przemierzają miasto na własnych nogach, lub – w jeszcze gorszej sytuacji – na wózku. Nie będę tu porównywać z tym, co co było w czasach PRL-u. Wtedy liczyła się iluzja postępu, więc kto tam się przejmował tymi, którzy przez swoją powolność będą źle wyglądać na filmach. Pieszych więc spychało się pod asfalt, do brudnych i nieprzyjemnych tuneli, aby nie przeszkadzali mknącym ponad nimi zmotoryzowanym. Były też wiadukty – rozwiązanie dla lubiących wiatr i chłód, ale przede wszystkim wchodzenie po schodach. Te przynajmniej potrafiły czasem zaoferować ładny widok w zamian – choć jest to niewielka pociecha dla osób spieszących się do szkoły czy pracy.

samochodowe miasto

W czasach, gdy tunele i wiadukty stopniowo są likwidowane, wciąż pojawia się dyskusja nad wygodą tych, którym i tak bardzo wygodnie. W drogich samochodach, ciepłych, odpornych na warunki atmosferyczne, ze wszystkimi zakupami pochowanymi bezpiecznie w bagażniku, nie mówiąc już o ochronie przed hałasem, temperaturą czy nawet zderzeniami. Chyba każdy jest w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której wolałby siedzieć w samochodzie niż poza nim. Nie zawsze niestety jest wybór. Na światłach to pieszy czeka na deszczu na swoją turę.

Czeka i czeka. Może za późno wcisnął przycisk, może ten był zepsuty. W końcu jednak zapala się zielone światło. Z bocznej ulicy w pośpiechu wyjeżdżają samochody na „zielonej strzałce”. Nie mają pierwszeństwa, ale ze względu na obawę o swoje życie, pieszy ustępuje – zwłaszcza jeśli nie zobaczy niczego, co wskazywałoby na zatrzymanie się nadjeżdżających samochodów. Przejścia bez świateł nie są lepsze – i to nie ze względu na większość kierowców, bo większość jednak potrafi się zatrzymać widząc pieszego. Najgorsi są ci, którzy wyjeżdżają zza zatrzymanego samochodu. W teorii jest to wykroczenie gwarantujące do 500 złotych mandatu, ale policja nie może być wszędzie. A jak mówi przysłowie „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” – winny staje się zbrodniarzem dopiero w momencie przyłapania go na gorącym uczynku. Strasznie mi się to nie podoba.

samochodowe miasto

Nie podoba tak jak to, że choć miasta chwalą się przyjaznością dla pieszych, wciąż ważniejsza jest Przepustowość. Przejścia dwuetapowe, trzyetapowe, półtoraetapowe, gdzie zdążysz zejść z wysepki, ale na drugą stronę ulicy trafisz już na czerwonym. Jak pieszy powinien się zachować w takiej sytuacji? Przebiec czy przejść normalnym tempem, nie zwracając uwagi na kolor lampy przed sobą, widząc miny zniecierpliwionych kierowców? Po co jest ten problem? Bo system zarządzania ruchem wyliczył, że przy takiej długości świateł średnio przejedzie o jeden samochód więcej? Albo pół, jedna ósma samochodu?

samochodowe miasto

Potem jeszcze te samochody stoją gdzie popadnie – miasto jest nimi po prostu przesycone. Już markety zaczęły zdawać sobie sprawę, że na tych ich brzydkich parkingach ludzie zrobili sobie przechowalnię aut. Pierwsza godzina za darmo, następne wciąż taniej niż na płatnym parkingu. Jeszcze gorsze są te sznurki samochodów zajmujące miejsce na chodnikach. Już nawet nie w wyznaczonych terenach, ale tam gdzie fizycznie da się stanąć – najlepiej całością samochodu, bo przecież nie kosztem pobocza ulicy. W Gdańsku jest niestety wiele miejsc, gdzie przez samochody na chodniku, chodzenie gęsiego to tylko jedna z niedogodności. Czasem trzeba się przeciskać w pojedynkę, podnosić torbę aby się nie pobrudziła lub porysowała od jakiegoś blaszaka.

Jedynym sposobem na parkujących na chodnikach jest ustawienie słupków, mających oczywiście niewiele wspólnego z estetyką, ale pozwalających odzyskać chodniki dla pieszych. Napisałabym, że inaczej samochody zaczęłyby się ustawiać piętrowo, jeden na drugim, ale to nieprawda. Dlaczego wielopoziomowe parkingi nie cieszą się popularnością w Polsce? Czy tylko dlatego, że kierowcom nie chce się zastanawiać nad zmienianiem biegów, nad nietypowymi manewrami, czy także przez niewielką ekspozycję swoich aut na zamkniętej przestrzeni? Może też wyjście z samochodu na takim parkingu nie kojarzy się przyjemnie albo sama konieczność przejścia to dla zmotoryzowanych już zbyt wiele? Powodów nie znam, efekt za to widzę wyraźnie.

samochodowe miasto

Gdyby każdy sklep typu Lidl, Biedronka, Tesco, zdecydował się na umieszczenie parkingu na swoim dachu, ile miejsca w mieście udałoby się zaoszczędzić? Ile tej nijakiej przestrzeni parkingowej udałoby się wyeliminować z pola widzenia przechodnia i ostatecznie – ile osób zrezygnowałoby z codziennego korzystania z samochodu?

Ostatecznie, jest jeszcze problem osób, które przez miasto tylko przejeżdżają. Dbanie o Przepustowość dodatkowo zachęca ich do obrania drogi pomiędzy zabudową, zamiast szukania obwodnic, tras dłuższych ale szybszych. Czy naprawdę trzeba tak bardzo dbać o wygodę dla użytkowników samochodów? Wydaje mi się, że dopóki będzie to priorytetem w zarządzaniu drogami, przestrzeni wokół ulic zdecydowanie nie będzie można nazwać przestrzenią przyjazną ludziom.

samochodowe miasto
samochodowe miasto
samochodowe miasto
samochodowe miasto
Więcej

Kolejny semestr, kolejny budynek

Choć sesja oficjalnie nie trwa dłużej niż dwa tygodnie, w rzeczywistości potrafi ciągnąć się w nieskończoność. Już zdążyłam się przyzwyczaić, że na miesiąc przed zakończeniem semestru zaczyna się gonitwa z oddawaniem projektów, zaliczaniem powoli odpadających przedmiotów i przygotowywaniem się do egzaminów. Ten semestr był wyjątkowo ciężki i gdyby nie to, że dałam z siebie wszystko, z pewnością nie skończyłabym z czystym kontem.

Wczoraj pożegnałam się z wyjątkowo trudnym przedmiotem – hapolem, czyli historią architektury polskiej. Oprócz znajomości nazwisk, dat i stylów, wymagana także była umiejętność narysowania z pamięci rzutów lub przekrojów wielu obiektów, co sprawiło mi zdecydowania najwięcej problemów. Na szczęście mam to już za sobą. Czuję się wolnym człowiekiem. Nie wiem, jak długo ta wiedza przetrwa w mojej pamięci, ale mam wrażenie jakby te wszystkie budynki wygrawerowano laserem na moim mózgu. Potrzebuję chwili spokoju, odpoczynku.

Albo nie.

Po sesji przychodzi zawsze ten moment, kiedy już nie wiem, co dalej robić ze swoim czasem, co umieścić w torbie jak nie ciężkie tomiszcza i zeszyty, fiszki, opracowania tematów. Na drugim końcu tej huśtawki siedzą te wszystkie filmy, książki i seriale, które też zdążyły swoje przeczekać… ale i sen, odpoczynek, luźne rozmowy przy piwie i spacer po mieście z aparatem. No i ten blog. Mam tyle ciekawych tematów w głowie, czekających na przelanie ich na cyfrowy papier, tyle myśli pozapisywanych gdzieś na marginesach.

budynek wielofunkcyjny - wizualizacja

Dzisiaj opowiem o moim projekcie budynku wielofunkcyjnego, który powstawał przez ostatni semestr i z którego jestem zadowolona, choć o wiele mniej niż z poprzednich dzieł – bo niby jest poprawny i w pełni zgodny z tematem, ale czuję, że mogłam mu poświęcić więcej czasu. Brakuje w nim efektu „wow”. Z drugiej strony, pracując nad projektem, ciężko mi ocenić, kiedy tak naprawdę jest on zakończony. Jeśli na czymś mi zależy, łatwo popadam w perfekcjonizm – tym razem udało mi się przekonać siebie, że jeśli nie oddam plansz w pierwszym terminie, to najprawdopodobniej będę miała problemy ze znalezieniem czasu na naukę do egzaminów.

Kilka słów o projekcie:

budynek wielofunkcyjny - wizualizacja

Projektując budynek użyteczności publicznej trzeba zwrócić uwagę na o wiele więcej zasad niż w budownictwie mieszkaniowym. Komplikuje się wszystko – od wysokości pomieszczeń, ochrony przeciwpożarowej, zastosowanych materiałów, do liczby toalet przypadającej na jedną osobę. Sama gastronomia jest ogromnym problemem projektowym – w życiu nie spodziewałam się, jak skomplikowany jest rozkład pomieszczeń zaplecza kuchennego restauracji. Trzeba zadbać o to, aby drogi jakie pokonuje jedzenie z kuchni nie krzyżowały się z trasą odpadków i brudnych naczyń, pilnować tego, aby poszczególne elementy sąsiadowały ze sobą (np. kuchnia i zmywalnia), aby pomieszczenia i przejścia miały prawidłowe wymiary w zależności od liczby ich użytkowników. Zaplecze socjalne to kolejny temat – prysznic, jadalnia, zlew i umywalka prawie obok siebie, bo tak każą przepisy. Należy też zadbać o dostępność dla osób poruszających się na wózku. Poza tym są jeszcze pomieszczenia związane z zaopatrzeniem, składowaniem produktów, opakowań, śmieci… Potem wchodzi kwestia doświetlenia pomieszczeń – te w których stale odbywa się praca koniecznie muszą posiadać okna. Próbując to wszystko uwzględnić w projekcie, zaczęłam się zastanawiać, ile restauracji tak właściwie spełnia te wymagania – a w ilu natomiast brakuje części socjalnej, a wiele pomieszczeń połączonych jest w jeden chaos. Znając typowe podejście przedsiębiorców do wszelkiego projektowania, zakładam że te proporcje będą bardzo smutne.

Budynki usługowe mają jednak ogromną zaletę – można z nimi architektonicznie poszaleć – a przynajmniej na poziomie projektowania na studiach. O ile w przypadku budownictwa mieszkalnego trudno byłoby sobie wyobrazić innego inwestora niż takiego, który na każdym kroku będzie patrzył na ceny poszczególnych materiałów i przeliczał metry przeszkleń, tutaj można zrobić coś niepowtarzalnego, nieskrępowanego modułowością i sztywnym obliczaniem metra powierzchni użytkowej na mieszkańca. Można tworzyć przestrzenie funkcjonalnie niekonieczne, ale estetycznie niezbędne, aby wywołać konkretny efekt. Często oglądam zdjęcia budynków z wijącymi się rampami, fragmentami elewacji wysuniętymi daleko poza bryłę budynku czy kilkukondygnacyjną wysokością pomieszczeń. Chciałabym coś takiego zrobić – i dlatego właśnie czuję się trochę zawiedziona moim projektem. Jest zbyt normalny, zbyt rzeczywisty, nie wpadłam na pozytywnie szokujący pomysł.

budynek wielofunkcyjny - wizualizacja

Budynek, który zaprojektowałam to mały obiekt wielofunkcyjny. Zaczęło się od przystanku tramwaju wodnego – taki temat był wyjściem dla projektowania na mojej katedrze. Parter budynku to głównie przestrzeń półotwarta, pełna miejsc do siedzenia, umieszczonych w kameralnych zakolach. Na pierwszym piętrze umieszczona jest restauracja, a nad nią osiem pokojów na wynajem. Jeszcze wyżej znajduje się podwójna sala konferencyjna, a z najwyższego piętra rozciąga się widok na morze i zatokę. Miejscem akcji jest Jastarnia, a konkretniej jej port – więc krajobraz jest naprawdę malowniczy.

budynek wielofunkcyjny - wizualizacja

Bryła budynku od pierwszych szkiców miała być obła – do tej pory nie stosowałam takich form, więc chciałam spróbować czegoś nowego. To niestety nie harmonizowało dobrze z otoczeniem (budynki prostopadłościenne) dzięki temu jednak powstał pomysł połączenia pełnej, kanciastej ściany od strony miasta z falującą szklaną elewacją odbijającą się w wodzie. Budynek z każdym piętrem zostawia za sobą kawałek tarasu, odsuwa się jak morska fala – choć nie dosłownie, nie na pierwszy rzut oka.

budynek wielofunkcyjny - wizualizacja

Najbardziej chyba cieszę się z efektu końcowego. Nocne wizualizacje prawie zawsze dobrze prezentują się na planszach a i kompozycję uznaję za szczególnie udaną. Dzięki temu, że samo projektowanie zakończyłam jeszcze przed sesją, miałam jeszcze trochę czasu na przemyślenie rozmieszczenia elementów i kolorystyki plansz. Nie od dziś wiadomo, że to te końcowe działania sprzedają projekt. Myślę, że to właśnie wizualizacje uzupełnione dobrą typografią i prostą grafiką rzutów to to, co sprawia, że ludzie kupują projekty typowe, że nie decydują się na indywidualne projektowanie, nie przedstawiające im (często wyidealizowanego) efektu końcowego przy pierwszym zetknięciu z pomysłem.

PLANSZE

plansza1
plansza2

Poprzednie projekty:

Więcej

Zarządzanie sesją

Dzisiejszy wpis będzie bardzo krótki. Z powodu zbliżającej się sesji brakuje mi czasu na napisanie czegoś większego, a nawet z „pomyśleniem” mógłby być problem. Po zmaganiach z esejami i innymi pisemnymi projektami, zaczynam w myślach układać zdania w podpunktach, dzielić je tytułami i podtytułami. Brzmi jak przepracowanie, ale ja czuję się wyjątkowo dobrze – nawet jeśli od ciągłego siedzenia przed komputerem plecy domagają się przerwy. Czuję się dobrze, bo znalazłam kilka skutecznych metod na poradzenie sobie z nadmiarem zadań – a dzięki czemu i wyeliminowanie zbędnego stresu. Do tej pory sposób zarządzania sesją działa; jak będzie w samej, oficjalnej, sesji – to się okaże.

Ponieważ nie jest to (i nigdy nie będzie) blog motywacyjny, potraktujcie te kilka akapitów niżej jako pewnego rodzaju dygresję. Właściwym tematem niech będzie tych kilka wizualizacji sali wykładowej na akustykę, znajdujących się na końcu wpisu. Pokazuję je, bo jestem z nich naprawdę zadowolona. Jak na zaledwie kilka godzin pracy, wyglądają naprawdę profesjonalnie.

W jaki sposób zamierzam poradzić sobie z tą sesją? Przede wszystkim, korzystam z Project Planu w swoim kalendarzu. Trochę go przerobiłam, bo potrzebowałam podziału na poszczególne dni – nie tygodnie. Jak wygląda mój Project Plan? Jest to dość spora tabelka. Poszczególne rzędy odpowiadają danym projektom, na przykład „esej z fizyki”, „praca na kompozycję”; natomiast w kolumnach oznaczyłam dni. W każdej rubryce tabeli umieszczam znak X wtedy gdy dany projekt był „chociaż ruszony”. Nie jestem tutaj skrajnie wymagająca wobec siebie. Efektów pracy może nawet nie być – najważniejsze aby o niczym nie zapomnieć i nie zaniedbać ani jednego zadania. Lepiej zaznaczyć trzy czy cztery motywujące iksy niż patrzeć na puste pola. Sama tabela ma też „pola extra”. Kolorowymi zakreślaczami oznaczyłam ważne terminy dla poszczególnych projektów – konsultacji, oddania itp. Dzięki temu, gdy daty zaczynają się zbliżać do kolorowego pola, od razu wiem, na czym koniecznie powinnam się skupić. Póki co, mój „Project Plan” sprawuje się naprawdę świetnie.

Kolejną rzeczą jest porządek na komputerze. W sesji nie ma czasu na szukanie czegoś w bałaganie typowo-studenckich kilkudziesięciu tysięcy plików. Segregacja folderami to tylko pierwszy krok w kierunku pozbycia się bałaganu. Podjęłam go już dawno, dzieląc folder „studia” na podfoldery semestrów, potem przedmiotów, a te z kolei na podatowane katalogi z poszczególnymi zadaniami i innymi grupami plików. Potrzeba o wiele więcej. Do tej pory, u mnie na dysku funkcjonowały dwa wielkie skupiska nieposegregowanych rozmaitości – folder pobierań oraz Pulpit. Tym, co przyniosło niewyobrażalną poprawę zarządzania tymi przestrzeniami było zaznaczenie jednej, małej, opcji w przeglądarce: zapytania o wybór folderu, w którym ma być umieszczony każdy ściągnięty plik. Być może są ludzie, którzy po pobraniu czegokolwiek, zawsze sumiennie przenoszą to na swoje miejsce. Po moich, cosemestralnych, posesyjnych, wielkich porządkach na pulpicie i w folderze pobierania mogę stwierdzić, że ja do nich nie należę.

Po jakimś czasie stosowania tej metody doszłam jednak do wniosku, że nie jest ona wystarczająca. Nie wszystkie pliki dało się przypisać konkretnym folderom, ale przede wszystkim – niektóre z nich były mi potrzebne tylko na chwilę. Tak, żeby coś sprawdzić i skasować. Kolejna czynność zabierająca na tyle dużo czasu, że po którymś razie po prostu przestałam to robić. Od razu wpadłam na pomysł, aby utworzyć folder „do wywalenia”, bezpośrednio w katalogu pobierań. Wszystkie pliki potrzebne tylko na chwilę umieszczam właśnie tam. Taki Kosz, tylko że bez konieczności przywracania pliku aby go podejrzeć i z „drugą szansą” przed ostateczną likwidacją pliku z dysku. Wystarczy raz na jakiś czas go oczyścić, nawet niekoniecznie sprawdzając, co się w nim kryje.

Kolejna rzecz: Facebook. Wiele porad studenckich mówi o wyłączeniu go na czas sesji, o wyrzuceniu go z zakładek, zablokowaniu w przeglądarce. Rzeczywistość pokazałaby po chwili, że w obecnych czasach nie jest to możliwe. Facebook stał się głównym narzędziem komunikacyjnym między ludźmi nie znajdującymi się w bezpośrednim otoczeniu siebie nawzajem. Oznacza to, że to właśnie tam starostka roku umieści oceny przesłane przez prowadzącego, to tam ktoś rzuci hasło aby zrobić listę do konsultacji albo stworzy ankietę odnośnie terminu jakiegoś kolokwium. Ogólnie, osoby nie wchodzące regularnie na Facebooka można rozpoznać po zadawaniu głupich pytań typu kiedy będzie egzamin, który odbył się dzień wcześniej. Zresztą, wyzbycie się Facebooka oznaczałoby nieustanne wycieczki pod dziekanat, ciągłe szukanie prowadzących i śledzenie stron internetowych wszystkich katedr na uczelni. Facebook to wielkie ułatwienie – o ile umie się je wykorzystać.

Tutaj pojawia się mój sposób na to, aby Facebook nie stał się głównym rozpraszaczem podczas nauki lub tworzenia projektów. Proste wyłączenie czatu. Dzięki temu wszystkie osoby szukające „kogokolwiek dostępnego, aby o coś zapytać” nie będą miały Ciebie na czubku swojej listy znajomych, a i sam brak zielonego kółeczka obok nazwiska zniechęca do zawracania głowy czymś – w kontekście sesyjnych egzaminów – nieistotnym. Takie rozwiązanie wygląda dość okrutnie – do czasu aż zobaczy się, że czat może być włączony tylko dla wybranych osób. Czyli kontakt do przyjaciół się nie urywa, a unikanie niepotrzebnych rozmów działa. Dwie pieczenie na jednym ogniu – choć ta fraza głupio brzmi z ust wegetarianki.

To było kilka moich nowych metod. Wszystko inne wydaje się przy nich oczywiste: to, że warto robić notatki, korzystać z kalendarza czy próbować szukać kilku zastosowań efektu jednej pracy (np. ciekawy esej można gdzieś opublikować, projekt plastyczny podarować komuś z rodziny a opracowanie zakresu na egzamin oddać komuś za tabliczkę czekolady. Czego z kolei nie warto? Zdecydowanie nie warto odcinać się od rozrywki, czytania książek, oglądania filmów i seriali. Przetestowałam ten sposób jakiś czas temu i o efektach można poczytać tutaj: O złym i mrocznym postanowieniu.

A teraz pokażę Wam moje wizualizacje sali na akustykę.

zarzadzanie sesja - sala wykladowa
zarzadzanie sesja - sala wykladowa
zarzadzanie sesja - sala wykladowa
zarzadzanie sesja - sala wykladowa

Kto zanotował, że biurko jest ustawione w złą stronę?

Więcej

Opowieść o brzydkich miejscach, czyli Wanna z kolumnadą

Są takie książki, po których przeczytaniu zaczynasz widzieć w świecie trochę więcej. Próbujesz wtedy układać w głowie historie, mające na celu wytłumaczyć, usprawiedliwić dlaczego to, na co patrzysz, wygląda tak a nie inaczej. Dzisiejszy wpis jednak nie będzie ani o powieści fantasy, ani o jednej z ksiąg wielkich religii. Przedstawię za to znany i lubiany w wielu kręgach zbiór reportaży Filipa Springera, „Wanna z kolumnadą”.

Jest to książka traktująca o polskiej przestrzeni. A jaka jest ta przestrzeń, każdy widzi. Estetyka typowej ulicy każe przechodniowi przedzierać się wzrokiem przez gąszcz billboardów, całkiem słusznie nazywanych szmatami. Gdzieś w oddali blokowisko – każdy budynek innego koloru, na jednym namalowane palmy, na drugim koszmar jak z zeszytu do geometrii. Gdzieś za miastem ekskluzywne osiedle – ekskluzywne, bo poza domami niczego innego tam nie ma, ani drogi, ani drzewa, nawet kawałka chodnika. W mieście natomiast pojawił się labirynt płotów. Wszystkie płoty prowadzą do ogromnej bryły jakiejś kolejnej galerii czy hotelu, górujących nad miastem jak kościół w średniowieczu. Historyzujące dekoracje oczywiście wciąż są jeszcze na topie – kolumienki, sfinksy – nie mniej popularne niż fascynacja dalekim wschodem w projektowaniu elewacji. Krótko mówiąc, reportaż o polskiej przestrzeni był potrzebny.

„Wanna z kolumnadą” jest idealną opowieścią o ładzie przestrzennym w Polsce, a tak naprawdę o jego braku. Filip Springer odwiedził mnóstwo miejsc dotkniętych architektoniczną brzydotą i, oprócz zrobienia świetnych zdjęć, przeprowadził wywiady z osobami mającymi wpływ na wygląd przestrzeni, a także z jej odbiorcami. Każdy temat potraktowany został z ogromną dociekliwością. Reporter nie powstrzymał się przed korespondencją, spotkaniami i rozmowami telefonicznymi z osobami odpowiedzialnymi za taki wygląd rzeczy.

Skąd bierze się smutna suburbanizacja, dlaczego pomimo licznych wad, wciąż jest popyt na oddalone od świata mieszkania na zamkniętych osiedlach o malowniczych nazwach? Jak to jest, że gdy ktoś chce wybudować prawdziwego maszkarona, to niezależnie co mówi miejscowy plan zagospodarowania, będzie mógł już chwilę później zacząć robić wykopy pod fundamenty? Co się stało z rzekami, które kiedyś zasilały wodą i jakością wiele dużych miast, a teraz prawdopodobnie znajdują się w tym samym miejscu, co estetyka polskiej przestrzeni? Czy te wszystkie materiały reklamowe, masowo porozwieszane po mieście, umieszczone zostały tam legalnie i – jeśli nie – do dlaczego wciąż tam wiszą? I oczywiście dwa podstawowe pytania: po pierwsze, dlaczego nikt z tym nic nie robi, a po drugie, czy to w ogóle komukolwiek przeszkadza? Odpowiedzenie na te pytania stało się celem reportera. Muszę przyznać, że po przeczytaniu „Wanny z kolumnadą” już dobrze rozumiem, gdzie leży problem.

Dziewięć reportaży, każdy na inny temat, przeplecione zostały krótkimi definicjami. Pierwszym, co przeczytałam w tej książce, była tak naprawdę ostatnia z nich. O ile jestem tym typem osoby, która nie ogląda trailerów filmów, nie czyta opisów książek, które zamierza wypożyczyć lub kupić… tutaj musiałam zacząć od końca. Zwłaszcza, że tak naprawdę znałam zakończenie. Jest nim przecież to co mijam na co dzień, idąc na zakupy do marketu, czy na uczelnię. Jest nim to, na co patrzę z okna pociągu, autobusu lub tramwaju. To także to, czego staram się nie widzieć, co starannie omijam okiem obiektywu, robiąc zdjęcia. Zakończenie tej książki nie zmieściło się na jej stronach, ono jest widoczne po odłożeniu jej na półkę i spojrzeniu przez okno. Ja chciałam wiedzieć, co było bezpośrednio przed zakończeniem. Filip Springer zaproponował mi odpowiedź. Jest nią krótka statystyka umieszczona pod nagłówkiem „Lekcja plastyki”.

Przez całą opowieść przewinęło się może kilka-kilkanaście osób, którym brzydota otoczenia przeszkadzała, którzy chcieli swoim działaniem na nią wpłynąć. Większość bohaterów reportaży ma natomiast zupełnie lekceważący stosunek do problemu. „Zajmij się czymś ważniejszym” – wydają się mówić, albo nawet mówią. „Wanna z kolumnadą” pokazuje smutną prawdę, jak bardzo Polakom nie zależy na estetyce miejsc, na jak niskim poziomie jest ich poczucie piękna, a co więcej – jak nisko cenią sobie wrażenia wizualne, w stosunku do potencjalnego zysku. Tak też powstają skupiska banerów reklamowych – bo jeden wisiał, to drugi obok nie zaszkodzi, co z tego, że po chwili już go nie widać spod dwudziestu następnych.

Książka pięknie wydana, bogata w świetne zdjęcia, uzupełniające materiał tekstowy, a czasem potęgujące jego przesłanie. Reportaże napisane są bardzo przyjemnym językiem, co chwila miałam ochotę w jakiś sposób zaznaczyć sobie jakiś fragment aby łatwo móc do niego wrócić. Czasem dowcipnie, nawet jeśli to taki śmiech przez łzy, bo oto kolejna inwestycja miesza w krajobrazie. Chyba jedyną wadą „Wanny z kolumnadą” jest wysoka cena w stosunku do długości czytania. A to jest bardzo negatywna cecha czegoś, co chyba powinien przeczytać każdy.

Ostatecznie, czym więc była ta zmiana w postrzeganiu krajobrazu, o której napisałam na początku wpisu? Teraz, patrząc na ten sam brzydki billboard, na te same sfinksy przy wejściu do mijanego budynku czy kolejną makabryłę, widzę za tym ludzi. Zastanawiam się, jak wyglądał proces szpecenia krajobrazu; czy w ogóle pojawił się chociaż raz ten kluczowy moment, kiedy ktoś z zewnątrz miał powiedzieć „nie”?

Ten wpis postanowiłam urozmaicić zdjęciami mojej rodzinnej miejscowości oraz miasta powiatowego obok. Myślę, że pasują.

Więcej

2015 – kolejny kamyczek w życiu

W niestałym życiu ważne jest umieszczanie punktów odniesienia. Przełom roku jest dla mnie związany z publikacją wpisu będącego podsumowaniem i uporządkowaniem ostatnich wspomnień oraz rozpoczęciem czegoś nowego. Kiedy kartkuję strony kalendarza z kończącego się roku i przepisuję najważniejsze rzeczy do jeszcze pachnącego nowością przyszłego dziennika, robię drugą rzecz, która pozwala mi zamknąć ten okres i bez obaw przed zapomnieniem czegoś ważnego, odłożyć stary notatnik na półkę.

Jak wyglądał mój rok 2015? Był raczej stały – tylko jedna przeprowadzka, kontynuacja studiów i brak większych zmian w życiu. Za to okazał się rokiem spełniania marzeń – po raz pierwszy w życiu poleciałam samolotem i odwiedziłam przepiękny kraj, Belgię. Powrót był oczywiście bolesny, ale wspomnienie zostanie na zawsze. Na pewno nie raz wykorzystam je jako argument za tym, że nie ma żadnej ściemy w mówieniu, że trawa za granicą jest zawsze zieleńsza. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia! Zetknięcie z inną kulturą przyniosło dodatkowo smutną refleksję nad słabym umiejętnościami posługiwania się językiem angielskim (uff, jak dobrze, że na pierwszą wycieczkę wybraliśmy kraj nieanglojęzyczny). Po powrocie miałam jednak na tyle dużo motywacji do działania, że przez następnych kilka miesięcy zapomniałam o odpoczynku, a czas na rozrywkę wypożyczał godziny z tego przeznaczonego na sen. Do małych zmian mogę zaliczyć przejście na wegetarianizm – małych, ponieważ nigdy nie byłam specjalnie przywiązana do jedzenia, a skoro moje potrzeby nie muszą wiązać się ze śmiercią zwierząt, to dlaczego mają?

Więcej zmian natomiast pojawiło się w świecie mojego bloga. Największą z nich było przeniesienie strony na WordPressa. Oczywiście wiązało się to ze stworzeniem nowego szablonu, więc i także nauczenia się zupełnie innego systemu. Była to jednak pozytywna zmiana i stała się motywacją do działania w kontekście bloga – umieszczania lepszych i ciekawszych wpisów. Przemyślałam też lepiej tematykę i doszłam do wniosku, że chcę, aby mój blog już nigdy nie był mylony ze stronami lifestylowymi. Postanowiłam, że tematy „o niczym” ograniczę do minimum, a skupię się bardziej na kulturze, architekturze, sztuce i przestrzeni miejskiej. Dzięki studiowaniu, coraz więcej dostrzegam w otaczającym mnie świecie i, z każdym kolejnym spotkaniem z dziełami różnych twórców, chcę je poznawać lepiej, chcę ich zobaczyć więcej.

W tym roku na blogu pojawiło się 27 wpisów. To jeszcze mniej niż w 2014, jednak mam nadzieję, że ich jakość chociaż częściowo zrekompensowała tę małą liczbę. Najważniejsze z nich to:

Rok 2015 był dla mnie czasem raczej spokojnym, choć pełnym pracy. Postawiłam przed sobą wiele zadań i zdecydowałam, że sprostam im wszystkim. Kiedyś łatwiej przychodziło mi przegrywanie, a poddawanie się naturalniej. Teraz, jeśli nie skończę wyznaczonego zadania do nocy, nie przerywam pracy dla snu. Rozpoczynanie projektów o 2, 3 też nie stanowi już dla mnie bariery nie do przebicia. Poznałam lepiej siebie i dobrze wiem, że nie potrafię spać ze świadomością nieukończonej pracy. Zaczęłam starannie planować tydzień, zapisywać nawet najdrobniejsze rzeczy. Teraz naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez kalendarza zawsze pod ręką. Na szczęście, pomimo zapełnienia praktycznie całego wolnego czasu, ten rok nie dał mi zbyt wiele stresu. Pomijając sytuacje naturalnie przepełnione zdenerwowaniem (jak sesja) oraz pojedyncze chwile, raczej szczęście dopisało mi w tym roku i ani razu nie znalazłam się w sytuacji zupełnie bez wyjścia.

Im dłużej mieszkam w Gdańsku, tym z większą pewnością nazywam to miasto domem. Suchedniów i Kielecczyzna to dla mnie smutna przeszłość, osładzana ciastami i słodyczami co święta. Cieszę się jednak, że nie odcięłam się całkowicie od tamtych lat – dzięki temu udało mi się w tym roku przywrócić jedną bardzo cenną znajomość, zaniedbaną już na początku liceum. Wydawałoby się, że w dobie internetu tak łatwo pozostać w kontakcie z osobami mieszkającymi daleko. W rzeczywistości pytanie „czy napisać do tej osoby?” wygląda bardziej jak „dlaczego przez ostatnie x lat tego nie zrobiłam?”.

Co w 2015 zaniedbałam? Zdecydowanie tworzenie. Jakoś w 2009 albo 10 opublikowałam na tym blogu wpis o tym, jak trudno jednocześnie nabywać i wykorzystywać wiedzę, że doba jest za krótka aby jednocześnie uczyć się i budować na bazie tych umiejętności. Praktyka to tylko półśrodek, godzenie jednego z drugim, wbrew pozorom nie zawsze przynoszący lepsze efekty niż zbieranie i późniejsze wykorzystywanie doświadczenia. Teraz widzę podobną relację pomiędzy odbieraniem kultury a jej tworzeniem. I w 2015 byłam zdecydowanie odbiorcą. Moje dzieła i tak nie były dostatecznie dobre, brakowało zarówno pomysłu jak i warsztatu. Dlatego postanowiłam skupić się na doskonaleniu umiejętności. Jest to z jednej strony mniej satysfakcjonujące niż tworzenie, ale z drugiej nie stwarza tej smutnej szansy, że dzieło zostanie zignorowane przez wszystkich.

Nie precyzuję planów ani postanowień na nadchodzący rok. Chcę iść do przodu, rozwijać się, poznawać nowe rzeczy i miejsca. Rok 2016 będzie związany z pracą dyplomową inżynierską, więc na studiach na pewno będzie ciekawie. W wakacje czeka mnie praktyka przeddyplomowa, ale mam nadzieję, że znajdę chwilę aby znowu gdzieś wyjechać. Może tym razem uda mi się odwiedzić Wrocław, Łódź? W kontekście bloga mogę co najwyżej postanowić większą regularność pisania. W takim razie życzę sobie, a także wszystkim czytelnikom tego bloga, trochę więcej wolnego czasu w nadchodzącym roku.

Więcej

Przygody architektury XX wieku

Zaciekawił mnie sam tytuł. Po chwili książka była już w koszyku zamówienia z internetowego antykwariatu. Kiedy po paru dniach „Przygody…” trafiły do moich rąk, od razu wzięłam się za czytanie. Gdyby nie uporczywy brak czasu, lekturę tę połknęłabym jednym tchem. Jest to zdecydowanie najciekawsza książka o historii architektury, na jaką ostatnio trafiłam.

„Przygody architektury XX wieku” Przemysława Trzeciaka to dzieło dość stare, bo z roku 1974. Początkowo drażniło mnie, że przedstawiona historia nie będzie zawierać całego stulecia, a w głowie układały mi się plany „uzupełnienia tego braku”. Po przeczytaniu moje zdanie zmieniło się diametralnie – cieszę się, że jest to opowieść o architekturze z czasów jej nowoczesności. Dzięki temu dzieło nabiera dodatkowych wartości – przedstawia, w jaki sposób architektura sprzed kilkudziesięciu lat odbierana była w latach 70.

Książka podzielona jest na dziesięć rozdziałów, natomiast każdy z nich porusza kilka tematów. Oprócz przedstawień poszczególnych idei i stylów, części książki skupiają się na rozmaitych kwestiach – jeden rozdział na przykład prezentuje rozwój architektury w konkretnych krajach, inny przedstawia sylwetki ważnych twórców (konkretniej: Wrighta, Miesa van der Rohe i Le Corbusiera), parę działów skupia się na problematyce przed jaką stanęła architektura XX wieku. Dzięki takiemu zróżnicowaniu, czytanie jest dalekie od nudy, a i łatwiej znaleźć fragment dla siebie. Choć wydarzenia przedstawione są chronologicznie, „Przygody…” nie stanowią jednolitej całości, więc można podróżować pomiędzy stronami bez strachu, że brak jakiejś wiedzy spowoduje niezrozumienie tematów późniejszych. Najwygodniej jednak zagłębiać się w historię stawiania budynków i budowli od czasów najdawniejszych do tych najbliższych obecnym – w końcu pojawia się tu tyle powodów i przyczyn, celów i konsekwencji.

Nie trzeba przekartkowywać książki do ostatnich stron, aby docenić, z jak wielu źródeł korzystał jej autor. „Przygody architektury XX wieku” są bogate w cytaty architektów i konstruktorów, zawierają wiele szczegółowych danych, statystyk, analiz. Na stronach umieszczone są ilustracje – rysunki (m.in. szkice architektów) i zdjęcia. Choć czarno-białe, doskonale przedstawiają co, w zamyśle projektanta, dany budynek miał przedstawiać swoją formą. Do tego całe 420 stron tekstu opisującego wyczerpująco architekturę… jednak nie to jest najważniejsze.

Przede wszystkim, „Przygody architektury XX wieku” to nie jest tylko książka historyczna i wyłącznie o architekturze. Na tak wielu stronach autor znalazł mnóstwo miejsca, aby przedstawić konkretny punkt widzenia – nie wyłącznie ze strony dwudziestowiecznych budowniczych, ale także swojej, profesora historii sztuki na ASP w Warszawie. Mogę więc zakładać, że podobne opinie podzielały środowiska akademickie w latach 70., a także znacząca część społeczeństwa i mediów. Co więcej, przy opisach wielu obiektów mogłam przeczytać, jak zostały one odebrane przez odwiedzających. W „Przygodach…” nie ma ucieczki od prawdy – jeśli jakiś budynek został źle zaprojektowany, to prawie na pewno taka informacja znajdzie się wśród jego opisu.

Bardzo cennym jest też opisane tło powstawania tej architektury. Pierwsze dwa rozdziały przedstawiają czasy jeszcze z końca XIX wieku, co stanowi pewnego rodzaju kontekst później opisanych zdarzeń. Początek żelbetu i projektowania konstrukcji pokazują, jakie nowe możliwości czekały na architektów przełomu wieku, natomiast krótki opis secesji wprowadza do światopoglądu, jaki dominował wtedy pośród twórców. Czytając książkę chronologicznie, można wraz z autorem analizować jak jedne style odbijały się na drugich i jak wyraźnie kontrastowe idee dążyły do wspólnego celu, znosząc siebie nawzajem.

Nie zabrakło też filozoficzno-socjologicznego podejścia do architektury. Choć tak naprawdę można je wyczuć na wszystkich kartach książki, to ostatni rozdział skupiony jest na najważniejszym problemie, przed jakim stanęło budowanie. Nie są to, wbrew pozorom, zniszczenia powojenne, a stale wzrastająca liczba mieszkańców miast. Architekci stawali na głowach, aby zaprojektować budynki zapewniające komfort mieszkańcom, ale przede wszystkim, dające się wybudować szybko i najlepiej tanio. Książkę kończy wizja przyszłości – projekty futurystyczne, które z jednej strony zadziwiają, z drugiej mogą wywołać szok, ale czasami też zdają się być czymś znajomym, być może widzianym w trochę innej formie i nieco zmienionym detalu, na jakiejś stronie z nowoczesną architekturą.

Co więcej, nie sposób nie odnieść treści książki do czasów współczesnych. Obecnie borykamy się z innymi problemami – liczba mieszkań nie jest już priorytetowym tematem dyskusji architektów i urbanistów. Obecnie mówi się o suburbanizacji, nadmiarze samochodów w miastach i klątwie osiedli zamkniętych. Choć w dziele Przemysława Trzeciaka pojawiły się smutne widoki przedmieść, na następnej stronie umieszczone zostało zdjęcie dzielnicy biedy – tak jakby nie spodziewano się, że niedługi czas później to mała luksusowa willa z kolumienkami przed wejściem, będzie marzeniem przeciętnego Polaka, pragnącego uciec dwie godziny drogi za miasto, w otoczenie równo ułożonych, identycznych domków w pustej przestrzeni. Pod tym względem „Przygody…” z wiekiem nabierają dodatkowej wartości – bo to już nie tylko historia, ale i historia w historii.

Sam język tekstu jest niezwykle lekki, zachęcający do kontynuowania czytania. Na stronach przeplatają się wydarzenia tragiczne i komiczne, bo taka właśnie była architektura tamtych czasów – jak budynki, patrząc na które nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Muszę jednak przyznać, że całkowicie zmieniło się moje podejście do architektury modernizmu, często nazywanej „komunistyczną”. Czytając, na jakim tle i w jaki sposób powstały dane budynki, zaczęłam rozumieć, jaka wizja przyświecała architektom. Zaczęłam też widzieć o wiele więcej piękna w surowej bryle, rytmie przeszkleń, żelbetowej fantazji. Poza tym, jak wiele obiektów widzianych i wyśmiewanych obecnie na ulicach wyglądało zupełnie inaczej przed termomodernizacją pastelozą?

Na końcu książki umieszczony został Kalendarz wydarzeń współczesnej architektury”. Dla osób uczących się historii architektury współczesnej, te strony mogą być szczególnie pomocne w pojęciu chronologii. Poza studentami architektury, myślę, że mogłabym polecić tę książkę każdemu.

Więcej

Przejście bardziej dla pieszych

Po mieście poruszam się głównie pieszo. Taka możliwość była dla mnie priorytetem przy wyborze mieszkania do wynajęcia i ma wyraźny wpływ na moje obecne życie. Dzięki bliskości z najważniejszymi miejscami, nabrało ono tempa (jednego dnia mogę załatwić kilka rzeczy i, pomiędzy tym, wrócić do domu coś zjeść) ale także skoncentrowało się wokół kilku konkretnych tras. Prawie codziennie zaliczam kurs: uczelnia – sklep – dom i prawie codziennie nie opuszcza mnie ta sama refleksja, kiedy czekając na przejściu przed Lidlem widzę, jak można było zrobić to lepiej.

Ten punkt trasy wygląda mniej więcej tak: z ulicy Miszewskiego skręcam na ul. Uphagena, idąc długim przejściem dla pieszych z wysepką w środku.

Wyróżniłam tutaj 3 elementy, które są jej zdecydowanymi wadami i – na dłuższą metę – zaczynają być uciążliwe.

  1. „Najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo” nabiera na tym skrzyżowaniu nowego znaczenia, ponieważ aby zobaczyć, czy jakiś samochód nie nadjeżdża z mojej lewej strony, muszę obrócić głowę o kąt prawie 180 stopni. Niby nic, ale w sytuacji kiedy pada deszcz, wieje wiatr, a ja ledwo ochraniam niesioną z uczelni makietę przed czynnikami atmosferycznymi, ostatnią rzeczą jaką chcę zrobić jest zatrzymanie się w miejscu.
  2. Drzewo, które prawdopodobnie nie zostało wycięte ze względu na swój wiek. W tym miejscu chodnik został miejscowo zwężony do niewiele ponad połowy szerokości, przez co stał się punktem kolizji ruchu pieszego między wchodzącymi i wychodzącymi z marketu. Chyba nie muszę podkreślać, że szerokość osoby z zakupami jest znacznie większa niż szerokość osoby bez nich?
  3. I ostatni punkt trasy do sklepu – przejście przez wyjazd z parkingu. Niewygodne zarówno dla pieszych jak i kierowców, dodatkowo za sprawą wszechobecnych wózków zakupowych. Miejsce zdecydowanie nie nadające się na oczekiwanie – głównie ze względu na typową przedsklepową palarnię.

Tak wygląda sytuacja, kiedy wybieram drogę ulicą Miszewskiego. Zdarza mi się także iść do Lidla na skróty, przez pobliski park. Wychodząc z punktu oznaczonego na obrazku poniżej fioletową kropką, mam do wyboru – przejść dłuższy kawałek drogi do pasów i zawrócić do sklepu albo przejść przez ulicę w miejscu nieoznaczonym.

Pierwsza opcja prowadzi do wszystkich dyskomfortów wymienionych pod poprzednim obrazkiem, a także zawiera denerwujące zawracanie po przejściu przez pasy. Druga natomiast jest wykroczeniem i grozi mandatem w wysokości 50 zł. Wybór jest nieciekawy.

Jednak, aby nie być narzekaczem, wynalazłam świetne rozwiązanie, które małym kosztem mogłoby pozbawić pieszego wszystkich (albo prawie wszystkich) opisanych problemów. Wygląda ono tak:

Dodatkowe przejście dla pieszych w miejscu, w którym jest ono potrzebne. Większość samochodów wjeżdżających na ulicę Uphagena i tak skręca na parking przed marketem, więc na przejściu umieszczonym za wjazdem na parking, pieszy czekałby o wiele krócej na możliwość przejścia. Także dla kierowców mogłoby to być ułatwieniem – oni z kolei nie musieliby czekać na pieszych przy wjeździe lub wyjeździe z ul. Miszewskiego.

Jak takie rozwiązanie wyglądałoby w sytuacji dwóch opisywanych pieszych? Mniej więcej tak:

Nasuwa się tylko pytanie – dlaczego obecnie nie ma tu przejścia dla pieszych? Czy wynika to z braku takiego pomysłu czy konkretnych powodów, braku możliwości? Organizacja ruchu to w końcu bardzo złożona sprawa.

Więcej

Przemytnicy

Uwielbiam duże miasta za to, że wiecznie się coś w nich dzieje. Oferta wydarzeń kulturalnych jest wielokrotnie większa niż moje możliwości czasowe – tak w przeciwieństwie do życia w małym mieście, oddalonym od cywilizacji. Twórcom różnorakich atrakcji, co więcej, wydają nie kończyć się pomysły, z czego ja bardzo chętnie korzystam.

Ostatnio udało mi się wygospodarować chwilę wolnego czasu, dzięki czemu mogłam uczestniczyć w Narracjach, festiwalu artystycznym Instalacje i Interwencje w Przestrzeni Publicznej w Gdańsku. W sobotni wieczór wybrałam się do Nowego Portu, nie do końca wiedząc, czego mogłam się tam spodziewać. Choć wydarzenie odbyło się już po raz siódmy, dla mnie był to pierwszy raz i muszę przyznać, że forma nocnego spaceru mnie oczarowała. Zwłaszcza, że nie był to byle jaki spacer! Dzielnica została ubrana w mnóstwo instalacji artystycznych – głównie dźwiękowych i wizualnych. Idąc w grupie z przewodnikiem, usłyszałam, jaka wizja przyświecała każdemu artyście i co chciał przedstawić swoim dziełem. Podczas Narracji można było także obejrzeć występy artystów, uczestniczyć w warsztatach, zjeść danie z food trucka lub przejechać się specjalnie przerobionym zabytkowym tramwajem (Jon Irigoyen), jednak ja z powodu ograniczonego czasu skusiłam się wyłącznie na spacer po instalacjach.

Tematem tej edycji festiwalu Narracje byli Przemytnicy, co szczególnie dało się poczuć podczas „zwiedzania”. Trasa prowadziła przez bagniste tereny zielone, przez podwórka na tyłach domów, wzdłuż portów. Przez to, że grupa była bardzo liczna, miałam wrażenie, że powinniśmy być wyjątkowo cicho, aby ukryć się przed mieszkańcami Nowego Portu, że jesteśmy tu bez ich zgody, próbujemy coś przemycić. Niesamowitego klimatu dodawało oświetlenie, ale także fakt, że było ciemno i dość zimno.

Same zaprezentowane twory artystyczne są niepowtarzalne w innej skali niż przestrzeń miasta. Nagrania wypowiedzi mieszkańców, puszczane w bramie (Katka Blajchert), filmy wyświetlane na budynkach (Flo Kasearu, Monika Drożyńska…), sygnał z Twierdzy Wisłoujście (Klara Hobza), czy zmuszający do refleksji dymiący samochód (Odnawianko) to tylko część atrakcji nocnego spaceru. Dodatkowo, kilka nieużywanych lokali zostało zaaranżowane na czas festiwalu – na przykład jeden zamieniono na tymczasowe biuro nieruchomości (Małgorzata Wesołowska i Gabriela Warzycka-Tutak), gdzie każdy mógł dostać „metr kwadratowy Nowego Portu”. Myślę, że nie ma sensu wypisywać artystów – opisy ich dzieł można przeczytać na stronie wydarzenia. Za to zdecydowanie polecam udział w kolejnej edycji Narracji, zwłaszcza jeśli lubi się nocne spacery po mieście i trochę inne spojrzenie na otaczającą zabudowę.

Bo miasto jest zupełnie inne nocą. Groźne, dzikie, tajemnicze. Raczej nie pokonałabym tej samej trasy w pojedynkę i po ciemku. To udział w Narracjach sprawił, że miałam okazję zobaczyć to, co wydawało się nieprzeznaczone dla moich oczu. Cieszę się, że skorzystałam z tej małej „odmienności”.

Więcej