Miesiąc: Grudzień 2019

Podsumowanie 2019

Te podsumowania roku to taki straszny obowiązek. Nawet nie chodzi o konieczność wyznaczenia sobie tych paru godzin w ciągu dnia, napisania kilku akapitów i znalezienia pasujących obrazków do tekstu. Problemem jest konieczność refleksji. Bardzo łatwo rozmyślać nad czymś, co już się skończyło i może zostać potraktowane jako zamknięty rozdział. O wiele trudniej spojrzeć na proces i zastanowić się, które decyzje miały znaczenie, a które zabrały niepotrzebnie zbyt wiele energii, z czego warto wyciągnąć wnioski, a co było tylko kolekcją zbiegów okoliczności.

Przez ostatnich parę lat miałam bardzo duże problemy z ukończeniem podsumowań roku. Podsumowanie roku 2017 zostało opublikowane w maju 2018 i zawiera tylko połowę opisanych skrótowo wydarzeń. Kolejny rok natomiast w ogóle nie doczekał się swojego wpisu – ten leży gdzieś głęboko w stercie szkiców. Mimo to, chciałabym aby ten wpis, podsumowanie roku 2019, został zapisany w historii bloga. Byłoby to zapowiedzią pewnego rodzaju porządku, powracającego do mojego życia. Aby jednak w pełni zobrazować całość historii, będę musiała przywołać kilka faktów z roku 2018.

Ładne zdjęcie ładnego miasta na dobry początek wpisu. Poznajecie?

Rok 2018 – streszczenie

W ogromnym skrócie: na początku 2018 wróciłam z Erasmusa w Holandii, na ostatni semestr magisterski architektury na Politechnice Gdańskiej. Praca dyplomowa była „napoczęta” i wydawała się wreszcie obrać właściwy kierunek, przy ogromnej pomocy pani promotor. Ze względu na konkretniejszy brak zajęć na Politechnice, nie było sensu wynajmować mieszkania czy pokoju w Gdańsku i tak trochę „miotałam się” pomiędzy miastami. Część czasu spędziłam w Monachium z narzeczonym, część u rodziny w świętokrzyskiem, a część właśnie w Gdańsku. Próbowałam znaleźć pracę w Niemczech, jednak z mizernym skutkiem – okazało się, że bez języka jest to praktycznie niemożliwe.

Szybko nadeszło lato. Egzamin magisterski jakoś zdałam, potem warsztaty w Rumunii i praktyka w Warszawie. Jesień. Ostatnie szlify dyplomu, nagle listopad, obrona. Chciałam pożegnać uczelnię z radością, ponieważ spędziłam tam najlepszych pięć lat życia. Zamiast tego, odeszłam z goryczą, po bardzo nieprzyjemnej obronie, którą być może kiedyś opiszę, a być może nie. Spowodowało to jednak odrzucenie pomysłu na studia doktoranckie w trybie zewnętrznym na tej uczelni. I nagle święta, rozdzieranie się pomiędzy miastami, aby po raz ostatni powiedzieć „papa” Polsce.

Monachium. Frauenkirche (po lewej) to wizytówka miasta. Po prawej Nowy Ratusz, a dalej w tle, na żółto, Theatinerkirche przy Odeonsplatzu.

No to do rzeczy… 2019

Nowy Rok rozpoczęłam w samolocie z Gdańska do Monachium, naturalnie z przesiadką w Warszawie. Gdyby stać mnie było na podobną podróż pociągiem, z pewnością bym ją wybrała. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego w momencie kiedy tyle mówi się o klimacie, państwa takie jak Niemcy nie są w stanie dołożyć do komunikacji szynowej tyle pieniędzy, aby stała się ona opłacalna dla pasażerów. Jestem przekonana, że gdyby chociaż cena przejazdu pociągiem zrównała się z ceną lotu, wiele osób zdecydowałoby się na kolej.

Tak się złożyło jednak, że rok wcześniej dostałam kartę podarunkową na bilety lotnicze jednej sieci i trzeba ją było wykorzystać. Padło więc na Barcelonę – chyba najbardziej egzotyczne miejsce odwiedzone przez nas do tej pory. Bardzo chciałam uciec od zimna, myśli związanych z uczelnią, ale przede wszystkim: koniecznością zadawania sobie pytania: co dalej? Wpisy o Barcelonie tutaj: [1] [2] [3].

Barcelona to miasto pełne kolorów i kontrastów. Zdecydowanie warto odwiedzić!

Po powrocie z wycieczki trzeba było wreszcie wziąć życie w swoje ręce. Zaczęłam od bardzo solidnej nauki niemieckiego. Już podczas pracy nad dyplomem, zaczęłam próbować swoich sił z tym językiem, jednak wiecie, jak to jest, kiedy ma się coś o wiele większego i ważniejszego na głowie… Tym razem perspektywa pozostania w stolicy Bawarii stała się rzeczą pewną. Przynajmniej na jakiś dłuższy czas.

W końcu zrozumiałam, że sama nie jestem w stanie nauczyć się języka dostatecznie szybko. Choć wykupiłam trochę godzin z nauczycielką przez Skype, było to wciąż za mało. Postanowiłam zapisać się na kurs intensywny na miejscu. Początkowo na jeden miesiąc (cena niestety przybijała wtedy człowieka do podłogi), potem na następny i kolejny. Ponieważ żadna praca bez niemieckiego nie pojawiała się na horyzoncie, musiałam nauczyć się posługiwać tym językiem na tyle dobrze, aby nie musieć wspierać się angielskim przy każdej możliwej okazji. Tak minęło pół roku, cztery dni w tygodniu po sześć godzin dziennie. Był to dobrze wykorzystany czas, podczas którego jednak czułam się jak pasożyt. Trzeba było to wreszcie zakończyć.

W międzyczasie pojawił się pomysł majówki, która zamieniła się w czerwcówkę, z powodu cen lotów. Razem z narzeczonym odwiedziliśmy Stambuł – niesamowite miasto, o którym pisałam tutaj i tu.

Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, że będzie mi dane zobaczyć Hagię Sophię na żywo. Ale czasami marzenia się jednak spełniają.

Potem powrót na ziemię. Postanowiłam się przełamać i zacząć szukać pracy tam, gdzie wymagany jest bardzo wysoki poziom języka niemieckiego. Po sześciu miesiącach kursów i w sumie roku nauki, byłam chyba najmniej pewna swojego języka, jak to tylko możliwe. Mimo to, tak naprawdę nie było innej opcji. Wysyłanie aplikacji po angielsku było jak leczenie homeopatią – liczeniem na cud. Przygotowałam więc aplikację po niemiecku, wybrałam dosłownie sześć firm, które brzmiały dla mnie najbardziej obiecująco i wysłałam. Po chwili miałam trzy zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjną. Totalnie się tego nie spodziewałam, po tych nieskończenie wielu odrzuconych aplikacji ze względu na język. Na początku sierpnia rozpoczęłam już pracę w zawodzie.

Wydawać by się mogło, że kiedy człowiek znajdzie pracę, to jest już połowa sukcesu – drugą połową jest tylko „robić swoje”. W moim przypadku nie było jednak tak prosto. Musiałam się wiele nauczyć, dostosować do niemieckiego trybu pracy, zrozumieć ogromny projekt, nad którym pracuję i – przede wszystkim – zacząć czuć się komfortowo z językiem. To nagromadzenie trudności bardzo często wprawiało mnie w przygnębienie, poczucie, że do niczego się nie nadaję. Tego nie miałam w żadnej poprzedniej pracy, gdzie od samego początku mogłam w dużym stopniu uczestniczyć w procesie projektowym, dawać coś od siebie. Z biegiem czasu na szczęście sytuacja się poprawiła, wciąż jednak nie czuję się stuprocentowo wartościowym pracownikiem. Głównie nie mogę się przełamać, aby dzwonić do ludzi związanych z projektem i objaśniać coś albo prosić o objaśnienie po niemiecku. Zawsze myślałam, że problem „bariery językowej” mnie nie dotyczy, jednak kiedy muszę chwycić za słuchawkę, zawsze mam taką cichą nadzieję, że z drugiej strony nikt nie odbierze.

Moje życie wywróciło się do góry nogami. Zniknęły wszystkie problemy finansowe, ze względu na niemiecką wypłatę. Do dzisiaj uczę się nie odmawiać sobie czegoś, czego potrzebuję, nie przeliczać kawy na długopisy, bluzki na bułki i tak dalej. Kto kiedykolwiek cierpiał na chroniczny brak gotówki, doskonale wie, o czym mówię. W Niemczech po prostu żyje się inaczej niż w Polsce. Myślę, że i tak, nigdy się do końca nie dostosuję do rytmu i priorytetów w tym miejscu. Można krytykować stereotypy, ale z własnego doświadczenia muszę powiedzieć, że część z nich nie leży aż tak daleko od prawdy. Przynajmniej w Monachium, gdzie wszystko musi być idealne, ludzie powinni zachowywać się przewidywalnie, a za stanie po złej stronie ruchomych schodów można zostać co najmniej staranowanym.

Poza tym, jest naprawdę wiele rzeczy, których nie da się nie docenić mieszkając w Niemczech. Chociażby dużo lepsza jakość produktów spożywczych w supermarketach. Albo służba zdrowia. Jesienią zmotywowałam się wreszcie do wyrwania / wycięcia ósemek. Był to konieczny zabieg, o którym już w Polsce mówili mi dentyści, jednak dopiero teraz miałam możliwość go wykonać. Poprosiłam o usunięcie wszystkich czterech naraz, co okazało się jedną z lepszych decyzji w życiu. W Polsce żaden chirurg by się na to nie zgodził. Teraz zastanawiam się nad założeniem aparatu na zęby. Coś, na co w Polsce nie byłoby mnie nigdy stać, a w Niemczech może obejść się i bez większych wyrzeczeń.

To, co tak naprawdę podoba mi się tutaj najbardziej, to góry. Półtora godziny zajmuje mi dojechanie pociągiem do jednego ze znanych alpejskich miasteczek. Pięknych i malowniczych szlaków jest tak dużo, że zawsze jest dokąd iść. W Monachium działa grupa Hiking Buddies Munich, która organizuje wypady co najmniej kilka razy w tygodniu. Każda z tras jest dobrze opisana, jeśli chodzi o poziom trudności i tak dalej, więc wiadomo, czego można się spodziewać. Poza tym, w grupie raźniej.

A może by tak rzucić to wszystko i pojechać w Alpy? Chociaż na jeden dzień…

Ten rok minął naprawdę szybko. Grudzień szczególnie, głównie dlatego że dwukrotnie zdarzyło mi się złapać większe infekcje, które skutecznie przybiły mnie do łóżka. Podobno jest to częsty problem przy migracji. Nowy kraj, nowa kolekcja wirusów i bakterii.

Mimo to udało się po raz trzeci w tym roku uciec gdzieś na dłużej. Padło na Lizbonę, stolicę Portugalii. To miasto mnie zupełnie ujęło. Na każdym kroku jakiś detal cieszący oko – od kolorowych płytek ceramicznych, obłożonych na ścianach budynków, do wszelkiego streetartu, z przestrzennymi muralami (znalazłam w necie, że odpowiada za nie artysta pod pseudonimem Bordalo II). Na wpisy o Lizbonie musicie jeszcze chwilę poczekać, ponieważ na zakończenie roku znowu coś złapałam i mój sylwestrowy zestaw to bardziej Ibuprofen i Mucosolvan zamiast szampana i wódki. Przynajmniej mam wymówkę, aby spędzić Nowy Rok z Polsa… Wiedźminem.

Lizbona tętni życiem w dzień i w nocy, zawsze coś przyciąga wzrok, zaskakuje, ekscytuje. Myślę, że muszę trochę pozmieniać moją toplistę ulubionych miast.

A, żeby nie zapomnieć… O moim zeszłorocznym Bullet Journallu przeczytacie tutaj. Noworoczne BuJo już się tworzy i wkrótce wrzucę na bloga wpis na jego temat.

Postanowienia Noworoczne

Tradycyjnie brak. Hasło na nowy rok? Też nie znajdę. Szczerze mówiąc, nie wiem, co spotka mnie w kolejnych miesiącach. Mam kilka odważnych pomysłów, które mogą się okazać głupie albo ciekawe. Pomiędzy tymi określeniami występuje naprawdę cienka granica. Rezygnacja z nich oznacza prawdopodobnie większą stabilizację w życiu. Jeszcze nie zdecydowałam, czy stabilizacja to coś, do czego szczególnie dążę.

W drugiej połowie stycznia zdaję Goethe-Zertifikat B2 z języka niemieckiego. Jeśli się uda (a powinno bez problemu, w końcu używam tego języka na co dzień!), będę mogła przyznać przed sobą, że nie muszę się już go aktywnie uczyć i zabiorę się za kolejny język. Bardzo mnie do tego zmotywowała grupa Językowa Siłka na Facebooku. Naprawdę podziwiam ludzi, którzy są młodsi ode mnie, a władają tyloma językami! Też tak chcę i mam nadzieję, że z każdą kolejną mową będzie łatwiej. Obecnie myślę nad rosyjskim, jednak chciałabym znać co najmniej jeden język romański. Najpierw jednak trzeba skończyć z tym niemieckim.

Samorozwój? Jak zawsze. W 2019 mocno postawiłam na poprawienie warsztatu rysunkowego. Muszę policzyć, ile konkretnie rysunków powstało w te 12 miesięcy, ale mogę się założyć, że ta trzycyfrowa liczba nie będzie miała jedynki na przodzie. Tym razem chcę pójść bardziej w tworzenie niż odtwarzanie. Rysowanie tego co widzę, jest fajne, ale chciałabym móc bardziej uzewnętrzniać to co gra w mojej głowie. Zamiast pilnowania perspektywy i proporcji, dobieranie kolorów i tworzenie nowych kompozycji. Brzmi ciekawie.

Niemieckie miasta również potrafią być malownicze. Tutaj kilka rysunków z Ulm.

Plany podróżnicze? To mój ulubiony fragment. Rok 2020 bardzo kusi nowymi możliwościami. Mają znieść wizy do Sankt Petersburga do 10 dni dla turystów. Głośno jest o zniesieniu wiz do USA dla Polaków. Świat staje się coraz bardziej otwarty dla podróżujących, a nowe miejsca zachęcają do ich odkrycia. Z drugiej strony kryzys klimatyczny, zostało nam zaledwie kilkadziesiąt lat życia w luksusach… Czy warto wycisnąć z tego czasu ile się da, czy lepiej ograniczać się i nie dokładać swoich trzech groszy do nieuniknionego? Dni urlopu też są ograniczone. To co jest na razie zaplanowane, to wyjazd w zupełnie nowe miejsce na początku marca.

A co z blogiem?

Blog prawdopodobnie pozostanie bez zmian. Przez jakiś czas myślałam o tworzeniu w języku angielskim, jednak nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Prawdopodobnie nigdy nie będę w tym języku równie biegła, co w polskim. Mój styl będzie denerwujący dla ludzi mówiących natywnie po angielsku, a dla mnie pisanie będzie uciążliwe.

Pojawił się też pomysł rozbudowania bloga o vloga. Obawiam się, że z tego również za wiele nie wyjdzie. Moja dykcja nie jest idealna, a nagranie czegokolwiek wymagałoby o wiele więcej czasu, niż można sobie wyobrazić. Jeśli potem okazałoby się, że filmu nie obejrzy nawet 10 osób, byłoby to bardzo demotywujące. Idei nie odrzucam jednak całkowicie. Jeśli wpadnę na jakiś naprawdę ciekawy pomysł, który miałby szansę się wybić, spróbuję.

Zostaje blog. Tutaj chciałabym publikować o wiele częściej. W tym roku powstało tylko 15 wpisów, czyli ledwo ponad jeden na miesiąc. Nie zliczę, ile tekstów wciąż czeka w szkicach, albo istnieje tylko w postaci luźnych notatek na stronach kalendarza. Nawet nie zdążyłam wrzucić wpisu na dziesiąte urodziny bloga. Muszę znaleźć jakiś sposób na szybsze i skuteczniejsze publikowanie tekstów. Zbyt wiele czasu zajmuje mi korekta, wrzucanie obrazków, umieszczanie linków i tak dalej.

Podsumowanie podsumowania

Trudno powiedzieć, że ten rok był inny, kiedy każdy poprzedni przyniósł coś nowego do mojego życia. W tym ciągłym biegu wiecznie brakuje chwili na refleksję, natomiast wolne chwile łatwiej przeznaczyć na tymczasowe przyjemności, niż rozmyślanie. Myślę, że gdybym jednak musiała wyznaczyć sobie kierunek na nadchodzący rok, byłoby to życie swoim życiem i nie szukanie sensu w każdej najdrobniejszej rzeczy.

Więcej

Bullet Journal w notesie Semikolon – podsumowanie

Pamiętacie może wpis sprzed roku, o kalendarzu zrobionym własnoręcznie? Chyba najwyższa pora podsumować rok używania takiego notesu. W tym wpisie przedstawię, co się sprawdziło, a co okazało się nie do końca użyteczne. Ocenę, czy warto przygotowywać własny kalendarz, zostawiam dla Was. Ja osobiście cieszę się z tego małego eksperymentu, nawet jeśli na rok 2020 postanowiłam zmienić formę na coś zupełnie innego. Zapraszam do lektury!

Kalendarz, Bullet Journal (BuJo), Notes… Niezależnie od nazwy, nie wyobrażam sobie nie posiadać jednego miejsca na wszystkie notatki, zapiski i listy. W środku znajduje się wycinek mojego życia – w chyba najlepszej formie jego zachowania.

Zacznę od oceny samego notesu. Choć bardzo dużo czasu zajmuje mi zawsze wybór idealnego produktu, nigdy nie jestem do końca zadowolona. Semikolon Grand Voyage był drogi, ale kupił mnie liczbą kartek i jakością papieru. Miał też wszystkie gratisy, których brakowało mi w poprzednim zeszycie (Nuuna), a które naprawdę doceniłam w trakcie użytkowania. Jest to przede wszystkim gumka do spinania całości, żeby nic nie wypadło spomiędzy kartek, oraz pętelka na długopis (oryginalnie był tam mały ołówek). Kieszonka z tyłu jest oczywiście dla mnie obecnie wymogiem. Nuuna jej nie posiadała, choć notes nadrabiał innymi wartościami.

Notes po roku – ogóły

Przez te 12 miesięcy Semikolon zestarzał się bardzo ładnie. Okładka powycierała się na narożnikach i grzbiecie, w paru miejscach pojawiły się nadszarpania, jednak papier pozostał nienaruszony. Główną zmianą jest to, że notes bardzo przybrał na wadze. Duża liczba stron nie powstrzymała mnie przed przyklejaniem kolejnych, kiedy przeznaczone na jakiś temat miejsce okazywało się niewystarczające. Do tego dochodzą naklejki, powklejane bilety i inne pamiątki, nawet taśmy washi. Ahh, no i cała masa poupychanych pomiędzy stronami karteczek, które nie znalazły dotąd swojego stałego miejsca na stronach notesu. Semikolon stał się nie tylko ciężki, ale i gruby.

Zbyt ciężki i zbyt gruby, aby zabierać go ze sobą w góry czy na krótkie wyjścia, z minimum bagażu.

Liczba stron 304 nie jest jednak zbyt duża. Przez ten cały rok pełen przeżyć, pomysłów i myśli wartych zachowania, zapełniłam go praktycznie co do strony. Układ, jaki zaplanowałam na początku wyglądał następująco:

  • około połowy notesu zajął kalendarz tygodniowy (z podziałem na miesiące), poprzedzony kalendarzem rocznym,
  • większa część drugiej połowy pozostała początkowo pusta, z przeznaczeniem na zróżnicowane treści, dodawane przez cały rok,
  • końcówka notesu to trackery, listy, rzeczy, które powinny być łatwe do znalezienia.

Muszę przyznać, że był to zdecydowanie najlepszy układ do tej pory (w porównaniu z wcześniejszymi latami) i gdybym miała kontynuować formę jednego notesu, z pewnością bym to powtórzyła. Do spisu treści praktycznie nie musiałam zaglądać, ponieważ taka kolejność treści była naprawdę szybka w ogarnięciu.

Co się nie sprawdziło

To teraz przejdźmy do konkretów. Które elementy notesu okazały się mało użyteczne, czasem nawet zbędne?

  • Wszelkie spisy treści – zarówno ten ogólny, jak i ten dedykowany części kalendarzowej – po prostu nie miałam zbyt wielu powodów aby na te strony zaglądać, a wcale nie wyglądały jakoś wyjątkowo estetycznie w moim przypadku, żeby miały powód obecności w notesie.
  • Informacje na „okładce miesiąca” – Project plan, miejsce na listy zadań na nadchodzący miesiąc, małe kalendarzyki w rogu. Ciężko powiedzieć mi, z czego to wynika, jednak dla sporej liczby miesięcy nie chciało mi się w ogóle uzupełniać tych elementów. Jeszcze rok temu myślałam, że oto znalazłam układ idealny, zawierający dokładnie to, czego potrzebuję. Najwidoczniej moje potrzeby zmieniły się gdzieś po drodze.
  • Strony zawierające coś związanego z nauką języka. Napisanie tego z pewnością pomogło mi się czegoś nauczyć, jednak później praktycznie nie wracałam już do tych treści. Zdecydowanie szybciej wyszukać coś w Internecie, albo zajrzeć do dedykowanej językowi książki czy konkretniejszych notatek.
  • Papier gładki – choć bardzo przyjemny w dotyku, odporny na wszelkie pisadła i dobrze współpracujący z wymagającymi mediami (markery, akwarela), nie ma nadrukowanej siatki kropek. Z jednej strony oznacza to swobodę użycia każdej strony, z drugiej często prowadzi do niechlujnego pisma, krzywych ramek i konieczności używania linijki, albo nawet liniuszka. Nie jest to może kwestia najważniejsza, jednak wpływa znacznie na czas potrzebny aby napisać coś nie-krzywo albo przygotować jakiś nowy tracker.
  • Choć układ ogólny sprawdził się idealnie, elementy w obrębie każdej kategorii były dość porozrzucane tematycznie, co momentami mi przeszkadzało.
Przykład zupełnie niewykorzystanej strony tytułowej. Tabelka z zadaniami zrobiona “na siłę”, uzupełniona tylko do połowy… Lista “to do”, do której nigdy nie zajrzałam, niczego z niej nie odhaczyłam.

A co okazało się strzałem w dziesiątkę?

  • Układ kalendarza tygodniowego zapewnił mi odpowiednią ilość miejsca. W razie dodatkowych notatek zawsze udawało mi się znaleźć jakąś dodatkową przestrzeń strony. Mniej produktywne dni pozostawiały miejsce na rysunki czy naklejki.
  • Puste kartki na środku wystarczyły na dodatkowe notatki – było ich idealnie w sam raz.
  • Listy i trackery, częściowo skopiowane z poprzedniego roku, spełniły idealnie swoją funkcję. Najlepsze z nich to:
    • mapka Europy z zaznaczonymi miejscami, gdzie byłam,
    • lista rzeczy do spakowania,
    • ramka: w co się ubrać w zależności od temperatury,
    • strona z adresami,
    • lista książek do przeczytania, polecanych przez znajomych (+info kto polecił),
    • przeczytane książki, obejrzane filmy, tracker seriali,
    • tabelka z kalendarzem zdrowia na cały rok (okres, ból głowy, choroby),
    • kontrola wagi i obwodów,
    • lista zdobytych szczytów w Alpach i nie tylko (+co spakować w góry),
    • co odwiedzić w okolicy – mapka Bawarii (co połowicznie się sprawdziło – w końcu czasem łatwiej pojechać gdzieś poza region pociągiem niż na jego drugi koniec),
    • lista muzeów w Monachium i moja ich ocena,
    • lista miejsc, gdzie zjeść w Trójmieście,
    • szybkie obiady – sama lista składników, nie potrzebuję przepisu, ale łatwo zapomnieć jakiegoś ważnego produktu,
    • tabelka z cyrylicą – ponieważ zawsze chciałam się jej nauczyć i nigdy nie mogłam.
Kto potrzebuje mapy, kiedy mamy Google Maps? Zdecydowanie ja. Podczas podróży lubię wiedzieć, jak zlokalizowane względem siebie są poszczególne atrakcje i budynki. Lubię wiedzieć, w którą stronę warto iść, aby zobaczyć coś ciekawego. W przypadku Barcelony, dokąd wybraliśmy się na samym początku roku, dochodzi jeszcze bardzo wyraźny podział na poszczególne dzielnice. Każda z nich ma zupełnie inny charakter, inną zabudowę i kojarzy się z czymś innym. Żałuję tylko, że jeszcze wtedy nie szkicowałam wszystkiego, tak jak robię to teraz.
Może nie jest to przykład wielkiej sztuki, a bardziej losowe bazgroły, kiedy na spotkaniu rysowników zabrakło mi papieru. Zawsze staram się nosić ze sobą przynajmniej jeden szkicownik, jednak mimo to, moje BuJo mieści w sobie więcej rysunków niż niejeden przeznaczony specjalnie do tego zeszyt.
Kiedy zaczynałam się przygotowywać do pracy w Niemczech, oprócz generalnej nauki języka, musiałam poświęcić trochę czasu słownictwu branżowemu. Okazało się to prostsze niż myślałam! Znalazłam książkę o tytule jak nagłówek strony na zdjęciu i wykorzystałam ją jako swoisty podręcznik. Jest to prawdopodobnie pozycja dla licealistów, myślących nad studiami budowlanymi. Ponieważ większość oznaczeń jest identyczna w całej Unii Europejskiej, znając dany symbol, szraf czy zapis, mogłam bez słownika zrozumieć, co oznacza wyraz po niemiecku. Poza tym nawet nie wyobrażałam sobie wcześniej, jak wiele słownictwa związanego z budownictwem w języku polskim pochodzi z niemieckiego.
Jedna z moich ulubionych stron: nauka cyrylicy. Nigdy nie potrafiłam zapamiętać poszczególnych znaków tego pisma, strasznie mi się myliły, a przez brak używania, od razu wypadały z pamięci. Z tego powodu powstała ta strona. I wbrew pozorom – zaglądałam do niej naprawdę często!
Druga podróż tego roku – do niesamowitego Stambułu. To tylko zrobiona na szybko strona z rozpiską najważniejszych punktów i wydrukowana na szybko mapka. Tak naprawdę to dopiero kolejne strony są ciekawe, ponieważ umieściłam na nich dziennik podróży. Starałam się opisać wszystko, co mnie zdziwiło, zaciekawiło, czasem zdenerwowało, często zachwyciło. Myślę, że to dużo lepsza pamiątka niż zdjęcia, treści napisane po powrocie czy cokolwiek, co można kupić na miejscu.

Swego czasu potrafiłam wychodzić w góry częściej niż raz w tygodniu. Za każdym razem, kiedy wspinam się na szczyt, mam to nieodparte wrażenie, że jestem dokładnie w tym miejscu, w którym powinnam być – wśród przyrody, otoczona pięknymi widokami oraz świeżym powietrzem.
Kiedy wrzuciłam to zdjęcie na grupę Bullet Journal Polska, od razu posypały się lajki. Okazuje się, że nie jestem jedyną osobą, która nigdy nie wie, co założyć i dla której temperatura 10 czy 20 stopni nie oznacza niczego związanego z ciuchami. I nie, nie ufam decyzjom ubraniowym ludzi widzianych przez okno :D.
Kocham podróżować. Odkąd mam tylko taką możliwość, staram się robić to jak najczęściej. Z każdej podróży przynoszę mnóstwo wspomnień, wiedzy oraz wrażeń. Pozwalam sobie też zakolorować nowy kraj na mapce :).

Czego natomiast zabrakło?

Ponieważ stworzyłam już większą część BuJo na kolejny rok, bez problemu mogę wypisać elementy, które zawrę w kolejnym notesie, a które nie znalazły swojego miejsca w kalendarzu 2019.

  • Osobna strona z urodzinami / imieninami znajomych i rodziny oraz ważnymi datami. Jakimś cudem wyleciało mi to z głowy i przez to przegapiłam parę momentów, kiedy powinnam była złożyć komuś życzenia. Nie raz też zostałam zaskoczona przez Facebooka informacją o czyimś święcie. I nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ostatecznie nie dorobiłam tej brakującej strony.
  • Tak zwane „wish listy”, czyli po polsku listy życzeń. Strona do spisania rzeczy, które chciałoby się kupić oraz doświadczeń, które chciałoby się przeżyć. Wszelkie „potrzebuję tego!” czy „muszę to mieć!” ginęły gdzieś pomiędzy stronami, a kiedy zabrakło kilku euro do darmowej wysyłki na Amazonie, nie było sensu dobierać czegoś „na siłę”. Później się okazywało, że drukarka drukuje paski, bo nikt nie pamiętał, aby kupić toner. No co, tusz do drukarki, normalne życzenie, co nie?
  • Znacie to uczucie, kiedy uświadamiacie sobie, że czegoś potrzebujecie, dopiero kiedy ktoś wam o tym powie? Dla mnie tak było w przypadku braku strony z listą rzeczy do ogarnięcia przed wyjazdem. Uniwersalna lista „do spakowania” naturalnie pojawiała się w każdym kolejnym zeszycie, natomiast nigdy nie wpadłam na to, aby zrobić podobną, dotyczącą załatwiania wszystkiego i wymaganych czynności. Kiedy zaczęłam wypisywać je jedną pod drugą, od „wyrzucić jedzenie, które się zepsuje w czasie nieobecności” do „sprawdzić datę ważności dokumentów”, okazało się, że akurat zajmie mi to całą stronę. I będzie to jedna z ważniejszych stron w moim przyszłorocznym notesie.
  • Strona dotycząca zdrowia oraz wizyt u odpowiednich specjalistów. Dbanie o zdrowie, to regularne kontrole i badania. Nie ma nic gorszego niż szukanie odpowiedniego lekarza w sytuacji podbramkowej. Lepiej mieć już tę stronę, gdzie prosto i bez zbędnych szczegółów umieszczę datę ostatniej wizyty u dentysty czy wymiany okularów na mocniejsze (zwłaszcza gdy są objęte gwarancją).
  • Pomysły DIY (Do it yourself – zrób to sam). Przez cały rok pojawiają się ich co najmniej dziesiątki w mojej głowie, nie spisuję ich nigdzie i… nagle mam wolny wieczór i nie wiem, za co się zabrać. Niby tyle rzeczy odkładanych na potem, ale jak mam wymienić jedną, to pustka w głowie.
  • Lista piosenek, do których chcę wrócić. Kiedy spodoba mi się jakiś utwór, zapisuję go tam, gdzie na niego trafiłam. Serduszko w Spotify, jakaś lista na YouTube, lajk czy komentarz na Facebooku jeśli udostępnił to jakiś mój znajomy. A potem utwór przepada, nie mogę sobie przypomnieć jego nazwy na innym urządzeniu, albo akurat jestem zalogowana na innym koncie i po prostu mi się nie wyświetla. To będzie tylko jedna strona, na tylko te wyjątkowe utwory. Powinny się zmieścić.

Jak już napisałam, przyszłoroczne BuJo jest już w trakcie opracowywania. Już nie mogę się doczekać, aż wrzucę tutaj zdjęcia poszczególnych stron. Spodziewajcie się raczej braku minimalizmu w formie (nie potrafię się ograniczać), za to praktycznych rozwiązań, jak umieścić treść na stronie w czytelny sposób, nie poświęcając cennych godzin na planowaniu kompozycji. Kolejny wpis wkrótce!

Więcej