Miesiąc: Grudzień 2015

2015 – kolejny kamyczek w życiu

W niestałym życiu ważne jest umieszczanie punktów odniesienia. Przełom roku jest dla mnie związany z publikacją wpisu będącego podsumowaniem i uporządkowaniem ostatnich wspomnień oraz rozpoczęciem czegoś nowego. Kiedy kartkuję strony kalendarza z kończącego się roku i przepisuję najważniejsze rzeczy do jeszcze pachnącego nowością przyszłego dziennika, robię drugą rzecz, która pozwala mi zamknąć ten okres i bez obaw przed zapomnieniem czegoś ważnego, odłożyć stary notatnik na półkę.

Jak wyglądał mój rok 2015? Był raczej stały – tylko jedna przeprowadzka, kontynuacja studiów i brak większych zmian w życiu. Za to okazał się rokiem spełniania marzeń – po raz pierwszy w życiu poleciałam samolotem i odwiedziłam przepiękny kraj, Belgię. Powrót był oczywiście bolesny, ale wspomnienie zostanie na zawsze. Na pewno nie raz wykorzystam je jako argument za tym, że nie ma żadnej ściemy w mówieniu, że trawa za granicą jest zawsze zieleńsza. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia! Zetknięcie z inną kulturą przyniosło dodatkowo smutną refleksję nad słabym umiejętnościami posługiwania się językiem angielskim (uff, jak dobrze, że na pierwszą wycieczkę wybraliśmy kraj nieanglojęzyczny). Po powrocie miałam jednak na tyle dużo motywacji do działania, że przez następnych kilka miesięcy zapomniałam o odpoczynku, a czas na rozrywkę wypożyczał godziny z tego przeznaczonego na sen. Do małych zmian mogę zaliczyć przejście na wegetarianizm – małych, ponieważ nigdy nie byłam specjalnie przywiązana do jedzenia, a skoro moje potrzeby nie muszą wiązać się ze śmiercią zwierząt, to dlaczego mają?

Więcej zmian natomiast pojawiło się w świecie mojego bloga. Największą z nich było przeniesienie strony na WordPressa. Oczywiście wiązało się to ze stworzeniem nowego szablonu, więc i także nauczenia się zupełnie innego systemu. Była to jednak pozytywna zmiana i stała się motywacją do działania w kontekście bloga – umieszczania lepszych i ciekawszych wpisów. Przemyślałam też lepiej tematykę i doszłam do wniosku, że chcę, aby mój blog już nigdy nie był mylony ze stronami lifestylowymi. Postanowiłam, że tematy „o niczym” ograniczę do minimum, a skupię się bardziej na kulturze, architekturze, sztuce i przestrzeni miejskiej. Dzięki studiowaniu, coraz więcej dostrzegam w otaczającym mnie świecie i, z każdym kolejnym spotkaniem z dziełami różnych twórców, chcę je poznawać lepiej, chcę ich zobaczyć więcej.

W tym roku na blogu pojawiło się 27 wpisów. To jeszcze mniej niż w 2014, jednak mam nadzieję, że ich jakość chociaż częściowo zrekompensowała tę małą liczbę. Najważniejsze z nich to:

Rok 2015 był dla mnie czasem raczej spokojnym, choć pełnym pracy. Postawiłam przed sobą wiele zadań i zdecydowałam, że sprostam im wszystkim. Kiedyś łatwiej przychodziło mi przegrywanie, a poddawanie się naturalniej. Teraz, jeśli nie skończę wyznaczonego zadania do nocy, nie przerywam pracy dla snu. Rozpoczynanie projektów o 2, 3 też nie stanowi już dla mnie bariery nie do przebicia. Poznałam lepiej siebie i dobrze wiem, że nie potrafię spać ze świadomością nieukończonej pracy. Zaczęłam starannie planować tydzień, zapisywać nawet najdrobniejsze rzeczy. Teraz naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez kalendarza zawsze pod ręką. Na szczęście, pomimo zapełnienia praktycznie całego wolnego czasu, ten rok nie dał mi zbyt wiele stresu. Pomijając sytuacje naturalnie przepełnione zdenerwowaniem (jak sesja) oraz pojedyncze chwile, raczej szczęście dopisało mi w tym roku i ani razu nie znalazłam się w sytuacji zupełnie bez wyjścia.

Im dłużej mieszkam w Gdańsku, tym z większą pewnością nazywam to miasto domem. Suchedniów i Kielecczyzna to dla mnie smutna przeszłość, osładzana ciastami i słodyczami co święta. Cieszę się jednak, że nie odcięłam się całkowicie od tamtych lat – dzięki temu udało mi się w tym roku przywrócić jedną bardzo cenną znajomość, zaniedbaną już na początku liceum. Wydawałoby się, że w dobie internetu tak łatwo pozostać w kontakcie z osobami mieszkającymi daleko. W rzeczywistości pytanie „czy napisać do tej osoby?” wygląda bardziej jak „dlaczego przez ostatnie x lat tego nie zrobiłam?”.

Co w 2015 zaniedbałam? Zdecydowanie tworzenie. Jakoś w 2009 albo 10 opublikowałam na tym blogu wpis o tym, jak trudno jednocześnie nabywać i wykorzystywać wiedzę, że doba jest za krótka aby jednocześnie uczyć się i budować na bazie tych umiejętności. Praktyka to tylko półśrodek, godzenie jednego z drugim, wbrew pozorom nie zawsze przynoszący lepsze efekty niż zbieranie i późniejsze wykorzystywanie doświadczenia. Teraz widzę podobną relację pomiędzy odbieraniem kultury a jej tworzeniem. I w 2015 byłam zdecydowanie odbiorcą. Moje dzieła i tak nie były dostatecznie dobre, brakowało zarówno pomysłu jak i warsztatu. Dlatego postanowiłam skupić się na doskonaleniu umiejętności. Jest to z jednej strony mniej satysfakcjonujące niż tworzenie, ale z drugiej nie stwarza tej smutnej szansy, że dzieło zostanie zignorowane przez wszystkich.

Nie precyzuję planów ani postanowień na nadchodzący rok. Chcę iść do przodu, rozwijać się, poznawać nowe rzeczy i miejsca. Rok 2016 będzie związany z pracą dyplomową inżynierską, więc na studiach na pewno będzie ciekawie. W wakacje czeka mnie praktyka przeddyplomowa, ale mam nadzieję, że znajdę chwilę aby znowu gdzieś wyjechać. Może tym razem uda mi się odwiedzić Wrocław, Łódź? W kontekście bloga mogę co najwyżej postanowić większą regularność pisania. W takim razie życzę sobie, a także wszystkim czytelnikom tego bloga, trochę więcej wolnego czasu w nadchodzącym roku.

Więcej

Przygody architektury XX wieku

Zaciekawił mnie sam tytuł. Po chwili książka była już w koszyku zamówienia z internetowego antykwariatu. Kiedy po paru dniach „Przygody…” trafiły do moich rąk, od razu wzięłam się za czytanie. Gdyby nie uporczywy brak czasu, lekturę tę połknęłabym jednym tchem. Jest to zdecydowanie najciekawsza książka o historii architektury, na jaką ostatnio trafiłam.

„Przygody architektury XX wieku” Przemysława Trzeciaka to dzieło dość stare, bo z roku 1974. Początkowo drażniło mnie, że przedstawiona historia nie będzie zawierać całego stulecia, a w głowie układały mi się plany „uzupełnienia tego braku”. Po przeczytaniu moje zdanie zmieniło się diametralnie – cieszę się, że jest to opowieść o architekturze z czasów jej nowoczesności. Dzięki temu dzieło nabiera dodatkowych wartości – przedstawia, w jaki sposób architektura sprzed kilkudziesięciu lat odbierana była w latach 70.

Książka podzielona jest na dziesięć rozdziałów, natomiast każdy z nich porusza kilka tematów. Oprócz przedstawień poszczególnych idei i stylów, części książki skupiają się na rozmaitych kwestiach – jeden rozdział na przykład prezentuje rozwój architektury w konkretnych krajach, inny przedstawia sylwetki ważnych twórców (konkretniej: Wrighta, Miesa van der Rohe i Le Corbusiera), parę działów skupia się na problematyce przed jaką stanęła architektura XX wieku. Dzięki takiemu zróżnicowaniu, czytanie jest dalekie od nudy, a i łatwiej znaleźć fragment dla siebie. Choć wydarzenia przedstawione są chronologicznie, „Przygody…” nie stanowią jednolitej całości, więc można podróżować pomiędzy stronami bez strachu, że brak jakiejś wiedzy spowoduje niezrozumienie tematów późniejszych. Najwygodniej jednak zagłębiać się w historię stawiania budynków i budowli od czasów najdawniejszych do tych najbliższych obecnym – w końcu pojawia się tu tyle powodów i przyczyn, celów i konsekwencji.

Nie trzeba przekartkowywać książki do ostatnich stron, aby docenić, z jak wielu źródeł korzystał jej autor. „Przygody architektury XX wieku” są bogate w cytaty architektów i konstruktorów, zawierają wiele szczegółowych danych, statystyk, analiz. Na stronach umieszczone są ilustracje – rysunki (m.in. szkice architektów) i zdjęcia. Choć czarno-białe, doskonale przedstawiają co, w zamyśle projektanta, dany budynek miał przedstawiać swoją formą. Do tego całe 420 stron tekstu opisującego wyczerpująco architekturę… jednak nie to jest najważniejsze.

Przede wszystkim, „Przygody architektury XX wieku” to nie jest tylko książka historyczna i wyłącznie o architekturze. Na tak wielu stronach autor znalazł mnóstwo miejsca, aby przedstawić konkretny punkt widzenia – nie wyłącznie ze strony dwudziestowiecznych budowniczych, ale także swojej, profesora historii sztuki na ASP w Warszawie. Mogę więc zakładać, że podobne opinie podzielały środowiska akademickie w latach 70., a także znacząca część społeczeństwa i mediów. Co więcej, przy opisach wielu obiektów mogłam przeczytać, jak zostały one odebrane przez odwiedzających. W „Przygodach…” nie ma ucieczki od prawdy – jeśli jakiś budynek został źle zaprojektowany, to prawie na pewno taka informacja znajdzie się wśród jego opisu.

Bardzo cennym jest też opisane tło powstawania tej architektury. Pierwsze dwa rozdziały przedstawiają czasy jeszcze z końca XIX wieku, co stanowi pewnego rodzaju kontekst później opisanych zdarzeń. Początek żelbetu i projektowania konstrukcji pokazują, jakie nowe możliwości czekały na architektów przełomu wieku, natomiast krótki opis secesji wprowadza do światopoglądu, jaki dominował wtedy pośród twórców. Czytając książkę chronologicznie, można wraz z autorem analizować jak jedne style odbijały się na drugich i jak wyraźnie kontrastowe idee dążyły do wspólnego celu, znosząc siebie nawzajem.

Nie zabrakło też filozoficzno-socjologicznego podejścia do architektury. Choć tak naprawdę można je wyczuć na wszystkich kartach książki, to ostatni rozdział skupiony jest na najważniejszym problemie, przed jakim stanęło budowanie. Nie są to, wbrew pozorom, zniszczenia powojenne, a stale wzrastająca liczba mieszkańców miast. Architekci stawali na głowach, aby zaprojektować budynki zapewniające komfort mieszkańcom, ale przede wszystkim, dające się wybudować szybko i najlepiej tanio. Książkę kończy wizja przyszłości – projekty futurystyczne, które z jednej strony zadziwiają, z drugiej mogą wywołać szok, ale czasami też zdają się być czymś znajomym, być może widzianym w trochę innej formie i nieco zmienionym detalu, na jakiejś stronie z nowoczesną architekturą.

Co więcej, nie sposób nie odnieść treści książki do czasów współczesnych. Obecnie borykamy się z innymi problemami – liczba mieszkań nie jest już priorytetowym tematem dyskusji architektów i urbanistów. Obecnie mówi się o suburbanizacji, nadmiarze samochodów w miastach i klątwie osiedli zamkniętych. Choć w dziele Przemysława Trzeciaka pojawiły się smutne widoki przedmieść, na następnej stronie umieszczone zostało zdjęcie dzielnicy biedy – tak jakby nie spodziewano się, że niedługi czas później to mała luksusowa willa z kolumienkami przed wejściem, będzie marzeniem przeciętnego Polaka, pragnącego uciec dwie godziny drogi za miasto, w otoczenie równo ułożonych, identycznych domków w pustej przestrzeni. Pod tym względem „Przygody…” z wiekiem nabierają dodatkowej wartości – bo to już nie tylko historia, ale i historia w historii.

Sam język tekstu jest niezwykle lekki, zachęcający do kontynuowania czytania. Na stronach przeplatają się wydarzenia tragiczne i komiczne, bo taka właśnie była architektura tamtych czasów – jak budynki, patrząc na które nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Muszę jednak przyznać, że całkowicie zmieniło się moje podejście do architektury modernizmu, często nazywanej „komunistyczną”. Czytając, na jakim tle i w jaki sposób powstały dane budynki, zaczęłam rozumieć, jaka wizja przyświecała architektom. Zaczęłam też widzieć o wiele więcej piękna w surowej bryle, rytmie przeszkleń, żelbetowej fantazji. Poza tym, jak wiele obiektów widzianych i wyśmiewanych obecnie na ulicach wyglądało zupełnie inaczej przed termomodernizacją pastelozą?

Na końcu książki umieszczony został Kalendarz wydarzeń współczesnej architektury”. Dla osób uczących się historii architektury współczesnej, te strony mogą być szczególnie pomocne w pojęciu chronologii. Poza studentami architektury, myślę, że mogłabym polecić tę książkę każdemu.

Więcej

Przejście bardziej dla pieszych

Po mieście poruszam się głównie pieszo. Taka możliwość była dla mnie priorytetem przy wyborze mieszkania do wynajęcia i ma wyraźny wpływ na moje obecne życie. Dzięki bliskości z najważniejszymi miejscami, nabrało ono tempa (jednego dnia mogę załatwić kilka rzeczy i, pomiędzy tym, wrócić do domu coś zjeść) ale także skoncentrowało się wokół kilku konkretnych tras. Prawie codziennie zaliczam kurs: uczelnia – sklep – dom i prawie codziennie nie opuszcza mnie ta sama refleksja, kiedy czekając na przejściu przed Lidlem widzę, jak można było zrobić to lepiej.

Ten punkt trasy wygląda mniej więcej tak: z ulicy Miszewskiego skręcam na ul. Uphagena, idąc długim przejściem dla pieszych z wysepką w środku.

Wyróżniłam tutaj 3 elementy, które są jej zdecydowanymi wadami i – na dłuższą metę – zaczynają być uciążliwe.

  1. „Najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo” nabiera na tym skrzyżowaniu nowego znaczenia, ponieważ aby zobaczyć, czy jakiś samochód nie nadjeżdża z mojej lewej strony, muszę obrócić głowę o kąt prawie 180 stopni. Niby nic, ale w sytuacji kiedy pada deszcz, wieje wiatr, a ja ledwo ochraniam niesioną z uczelni makietę przed czynnikami atmosferycznymi, ostatnią rzeczą jaką chcę zrobić jest zatrzymanie się w miejscu.
  2. Drzewo, które prawdopodobnie nie zostało wycięte ze względu na swój wiek. W tym miejscu chodnik został miejscowo zwężony do niewiele ponad połowy szerokości, przez co stał się punktem kolizji ruchu pieszego między wchodzącymi i wychodzącymi z marketu. Chyba nie muszę podkreślać, że szerokość osoby z zakupami jest znacznie większa niż szerokość osoby bez nich?
  3. I ostatni punkt trasy do sklepu – przejście przez wyjazd z parkingu. Niewygodne zarówno dla pieszych jak i kierowców, dodatkowo za sprawą wszechobecnych wózków zakupowych. Miejsce zdecydowanie nie nadające się na oczekiwanie – głównie ze względu na typową przedsklepową palarnię.

Tak wygląda sytuacja, kiedy wybieram drogę ulicą Miszewskiego. Zdarza mi się także iść do Lidla na skróty, przez pobliski park. Wychodząc z punktu oznaczonego na obrazku poniżej fioletową kropką, mam do wyboru – przejść dłuższy kawałek drogi do pasów i zawrócić do sklepu albo przejść przez ulicę w miejscu nieoznaczonym.

Pierwsza opcja prowadzi do wszystkich dyskomfortów wymienionych pod poprzednim obrazkiem, a także zawiera denerwujące zawracanie po przejściu przez pasy. Druga natomiast jest wykroczeniem i grozi mandatem w wysokości 50 zł. Wybór jest nieciekawy.

Jednak, aby nie być narzekaczem, wynalazłam świetne rozwiązanie, które małym kosztem mogłoby pozbawić pieszego wszystkich (albo prawie wszystkich) opisanych problemów. Wygląda ono tak:

Dodatkowe przejście dla pieszych w miejscu, w którym jest ono potrzebne. Większość samochodów wjeżdżających na ulicę Uphagena i tak skręca na parking przed marketem, więc na przejściu umieszczonym za wjazdem na parking, pieszy czekałby o wiele krócej na możliwość przejścia. Także dla kierowców mogłoby to być ułatwieniem – oni z kolei nie musieliby czekać na pieszych przy wjeździe lub wyjeździe z ul. Miszewskiego.

Jak takie rozwiązanie wyglądałoby w sytuacji dwóch opisywanych pieszych? Mniej więcej tak:

Nasuwa się tylko pytanie – dlaczego obecnie nie ma tu przejścia dla pieszych? Czy wynika to z braku takiego pomysłu czy konkretnych powodów, braku możliwości? Organizacja ruchu to w końcu bardzo złożona sprawa.

Więcej