Miesiąc: Lipiec 2015

Trochę inny dom wielorodzinny

W dzisiejszym wpisie przedstawię projekt mojego domku wielorodzinnego, który był głównym zadaniem projektowym minionego semestru. Parę miesięcy temu pokazałam na tym blogu obiekt jednorodzinny z semestru poprzedniego, a jeszcze wcześniej opisałam, że to zadanie wydawało mi się początkowo niezwykle trudne, jednak ostatecznie nie przysporzyło zbyt wielu problemów. Z budynkiem wielorodzinnym było zupełnie odwrotnie.

Kiedy zimą wszyscy wokół mówili, że poprzednie zadanie było niczym w porównaniu do tego, co przewidziane jest jako następne, ja ze spokojem traktowałam te ostrzeżenia niezbyt poważnie. Tamten projekt był nowością, nie wiedziałam, jak się za niego zabrać. Nie byłam też pewna, czy poradzę sobie z wykonaniem samodzielnie rysunków wykorzystujących wiedzę z budownictwa, znajomości materiałów i obsługi AutoCADa, z którym przygodę dopiero zaczynałam. Pół roku później, mając to wszystko za sobą, wydawałoby się, że następny twór projektowy będzie jedynie trochę większą powtórką z rozrywki. Wiedząc, jak zaprojektować mieszkanie, co za problem zaprojektować kilkanaście albo kilkadziesiąt mieszkań?

Zadanie okazało się jednak o wiele trudniejsze niż przypuszczałam. Ogromna przestrzeń do ogarnięcia stała się jedynie wierzchołkiem góry lodowej, a najwięcej czasu zajęło dbanie o wentylację i doświetlenie pomieszczeń, minimalizowanie przestrzeni marnowanej na komunikację i zapewnianie dostępności kanalizacji do kuchni i łazienek. Także przepisy prawne okazały się niemałym problemem – straż pożarna powinna mieć dostęp do budynku wzdłuż jego dłuższego boku, trzeba pamiętać o ewakuacji a także o dostępności dla osób niepełnosprawnych. Do tego dochodzi zastosowanie odpowiednich materiałów a także pilnowanie ciągłości konstrukcji, najlepiej tak aby brzydkie słupy nie wystąpiły nigdzie poza garażem podziemnym, a już na pewno nie na środku korytarza któregoś z mieszkań.

To było naprawdę ciekawe wyzwanie. Spośród kilku wyznaczonych działek wybrałam sobie ogromną przestrzeń z ulicą od strony południowej i wielką skarpą na północy. Tam też znajdował się OSTAB czyli obszar objęty Ogólnomiejskim Systemem Terenów Aktywnych Biologicznie, co wiązało się z zachowaniem jak największej powierzchni zielonej, albo kombinowaniem jak by tu zabudować, a oszczędzić jak najwięcej trawy.

Najlepsze jednak było to, że projekt zupełnie nie musiał być typowy. Wymogiem była wysokość do 4 pięter oraz parking podziemny, natomiast rozwiązanie samej bryły (oczywiście w granicach logiki) pozostawione zostało wyobraźni i pomysłowości studentów. Postanowiłam więc zrobić coś absolutnie nietypowego. Zaprojektowałam obiekt składający się z trzech połączonych budynków, „wychodzących” ze skarpy i posiadających rozległe przestrzenie dachów zielonych. Pomiędzy tymi budynkami można przemieszczać się na cztery sposoby – szerokim przejściem od strony ulicy, łącznikami na wysokości drugiego piętra, balkonikami na tyłach podwórka oraz garażem podziemnym. Sama bryła jest dość prosta, choć poszczególne piętra „wsuwają się” w skarpę, tworząc z przodu tarasy. Aby zminimalizować trochę formę, budynek wykończony jest betonem oraz kamieniem elewacyjnym w parterze.

Charakterystyczne są także okna. Ich formę zostawiłam na sam koniec części projektowej i miałam z nimi dość sporo zabawy. Pewnym było, że nie będą one typowe – takie nie pasowałyby do niekonwencjonalnego budynku. Postanowiłam nadać im zróżnicowany kształt, „połamanych pasów”. Zainspirowałam się tutaj ziemią (w końcu budynek przykryty jest dachem z roślinnością) – zarówno jej warstwami jak i kształtem jaskiń czy wąwozów. Takie przeszklenie później przysporzyło trochę problemów, więc przy okazji tworzenia zestawienia okien i drzwi musiałam je lekko wyprostować – tak aby część okien można było swobodnie otwierać.

W tym projekcie pojawiło się też większe pole do popisu jeżeli chodzi o architekturę zieleni. Pomiędzy budynkami zaplanowałam przestrzenie zielone, jednak postanowiłam, że będą one raczej swobodne, z roślinnością przejmującą je wedle własnych upodobań. Umieściłam tam ławeczki, lampy i kosze na śmieci, natomiast przez środek prowadzi ścieżka do schodów na balkony łączące budynki i poszczególne piętra. To miejsce stanowi także dodatkowe wyjście ewakuacyjne. Same podwórka mają na tyle mały spadek terenu, że może po nich poruszać się pojazd straży pożarnej (parter jest wysoki, więc samochód może przejechać przejściem przez te budynki – choć w normalnych sytuacjach jest ono przeznaczone tylko dla ruchu pieszego).

Druga partia zieleni rozgrywa się na dachach, gdzie umieściłam na tyle dużo substratu (ziemi), aby posadzić nawet drobne drzewka, nie mówiąc już o rozmaitych krzaczorach. Wszelkie kominy poukrywane są w betonowym labiryncie, dzielącym dach na obszary mogące stać się miejscami spotkań i wypoczynku.

Teraz czas na kilka słów o wnętrzu obiektu. Po dużej szerokości budynku można bez problemu rozpoznać, że jest to korytarzowiec. Typ ten charakteryzuje się umieszczeniem poszczególnych mieszkań po obu stronach ciągnącego się przez środek korytarza. Taka komunikacja, ze względu na oszczędność, często nie jest w żaden sposób doświetlona, ale na szczęście u mnie udało się zakończyć ją od południa przeszkleniem na całej powierzchni. Większym problemem jest przewietrzanie. Koniecznym było zastosowanie wentylacji mechanicznej, co później nieco ułatwiło samo projektowanie (brak miliona sporej wielkości kominów).

Partery przeznaczyłam głównie na lokale usługowe na wynajem, natomiast właściwa część mieszkalna rozłożona jest na trzech kolejnych piętrach w środkowym budynku, a w skrajnych na dwóch. Żadna kondygnacja nie jest powtarzalna i praktycznie nie ma dwóch takich samych mieszkań (na wyższych piętrach jest lepszy standard – dla ludzi, których stać nie tylko na dom, ale i na ładne widoczki z okna).

W budynkach wielorodzinnych istotną rolę pełnią również komórki lokatorskie. Nie umieściłam ich typowo w garażu, choć również pod ziemią. Ich miejscem stała się najodleglejsza od ulicy część budynku – ta wkopana w skarpę. Dzięki temu, każdy mieszkaniec posiada komórkę lokatorską na tej samej kondygnacji co swoje mieszkanie. Na pierwszym piętrze dodatkowo znalazło się miejsce na niewielką salę fitness.

Wreszcie czas na opis samych mieszkań. Ich projektowanie stało się dla mnie o wiele bardziej problematyczne, niż się spodziewałam. Kłopoty miałam z ciągłością pionów kanalizacyjnych, a jeszcze większe z samą szerokością mieszkań. Przez to, że w większości przypadków okna znajdują się tylko na jednej ścianie, od strony wejścia do mieszkania pozostała dość spora przestrzeń niedoświetlona. Miejsce to we wszystkich przypadkach wypełniałam łazienkami, toaletami, garderobami i pomieszczeniami gospodarczymi, co wychodziło czasem lepiej, innym razem już nie do końca.

Rozplanowywanie pomieszczeń w budynku wielorodzinnym nauczyło mnie też obserwacji. Z okazji, że w ciągu tych studiów już trzykrotnie zmieniałam miejsce zamieszkania, miałam możliwość poznać wady i zalety różnych rozwiązań. To co zwróciło moją uwagę to ogromna zmiana w postrzeganiu przestrzeni prywatnej, intymnej w domu. Dawniej, kiedy stawiano wielkie płyty i domy-kostki, najbardziej wydzielonym pomieszczeniem (poza sanitariatem) była kuchnia. Dbano, aby zapaszki nie wynosiły się spoza miejsca ich powstawania i żeby osoba gotująca miała święty spokój od reszty domowników. Podział pozostałych pomieszczeń był mniej istotny, gromadka dzieci była wrzucana do jednego pokoju, a salon stawał się jednocześnie sypialnią rodziców. Obecnie być może ludzie bardziej doceniają chwile spędzone w łóżku i potrzebują więcej prywatności. W dwóch z trzech wynajmowanych przeze mnie mieszkań kuchnia została przeniesiona do „dużego pokoju”, a jej miejsce zajęła wydzielona sypialnia. Podobne zabiegi można obserwować przy wielu remontach mieszkań w bokach.

W moim projekcie starałam się rozdzielić strefę nocną od dziennej, jednak pozostawiłam kilka mieszkań, w których kuchnia odizolowana jest od pokoju dziennego. Niełatwo tworzyć dla anonimowego odbiorcy, więc dobrą praktyką jest danie mu możliwości wyboru. Taka decyzja przyczyniła się do wprowadzania minimalnych zmian pomiędzy podobnymi mieszkaniami – na przykład wanna zamiast prysznica.

Ostatnią kwestią był podziemny garaż, który miał zapewnić miejsce na 1,2*liczba mieszkań samochodów. Poprowadziłam jednokierunkową drogę przez całe założenie, a następnie dodałam przestrzenie parkingowe po obrysie parterów. Na środku znalazło się wyjście ewakuacyjne na chodnik, przechodzące przez obszerną rowerownię. Do dyspozycji mieszkańców i przyjezdnych jest też parking naziemny na zachodniej stronie założenia.

Zaprojektowanie tak wielkiego obiektu było dla mnie naprawdę trudnym zadaniem i wymagało o wiele więcej czasu niż się spodziewałam. Nie żałuję jednak, że postawiłam sobie wysoko poprzeczkę. Cieszę się, że zrobiłam projekt wyjątkowy i niepowtarzalny. Jestem niemal przekonana, że nie miałby on szans powstać, ze względu na ogromne koszty jak na mieszkaniówkę. Zielone dachy, rozległe pasaże i tarasowa zabudowa jednak nie są domeną budynków, nie odwiedzanych przez tysiące turystów, chętnych pozostawić tam trochę zawartości portfeli. Z drugiej strony, lokalizacja w centrum miasta tak nietypowej bryły mogłaby skusić dewelopera-wizjonera.

I jeszcze pozostaje pytanie: kto zamieszkałby w tak nietuzinkowym obiekcie?

PLANSZE

Więcej

Europejskie Centrum Solidarności

Mogę się założyć, że wśród moich czytelników znajdzie się co najmniej kilka osób planujących spędzić w te wakacje kilka dni w Trójmieście.

Być może słyszeliście o Europejskim Centrum Solidarności, niedawno wybudowanym w Gdańsku. Ostatnio odwiedziłam to miejsce i muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona zarówno przedstawionym materiałem dokumentalnym, jak i samym obiektem. Z racji, że żaden ze mnie historyk, przedstawię głównie te architektoniczne aspekty obiektu. Możecie być jednak pewni, że przedstawiony materiał jest naprawdę bogaty i przystępnie przekazany.

Zacznę od zewnętrza budynku. Dużo osób krytykuje „zardzewiałą” elewację, czego nie jestem w stanie zrozumieć. Materiał, z którego została wykonana, z pewnością docenią ci ludzie, którzy nie boją się surowości betonu czy eksponowania instalacji – osoby nieprzywiązane do tego, co uznawane jest za poprawne czy typowe. Tutaj zastosowany został Corten, czyli specjalny rodzaj stali, nabierającej walorów estetycznych (ale przede wszystkim ochronnych) w kontakcie z czynnikami atmosferycznymi. Z upływem lat elewacja dojrzewa, zmienia się jej kolor, natomiast zachowany zostaje typowo industrialny charakter.

Budynek ECS z zewnątrz wydaje się być zamkniętą bryłą, nieujawniającą tego, co można znaleźć w środku. Jak się jednak po wejściu do niego okazuje, masywne ściany kryją w sobie delikatne wnętrze, skupione wokół ogrodu zimowego, który łączy wszystkie kondygnacje. Dużo przeszkleń i okna w dachu sprawiają, że miejsce to staje się magiczne. To naprawdę niezwykłe uczucie – przebywać w przestrzeni zamkniętej, która posiada o wiele więcej cech otwartej (przede wszystkim roślinność). Wielką rolę odgrywa we wnętrzu ECS oświetlenie, oparte o wymieszanie światła sztucznego z naturalnym w taki sposób, aby miało się wrażenie, że lampy pełnią jedynie funkcję dekoracyjną.

Jeszcze zanim rozpocznie się zwiedzanie wystawy stałej, należy zwrócić uwagę na komunikację wewnątrz budynku. Absolutnie nie jest ona standardowa – stanowi labirynt schodów i korytarzy, niczym z gry komputerowej, w której projektant celowo wydłużył i urozmaicił trasę do granic możliwości. Mamy tutaj przezierne schody, nie zasłaniające tego, co znajduje się za nimi, a lekko zakrywające tę przestrzeń, nadając jej mistyczny charakter. Korytarze natomiast, pomimo dość klaustrofobicznych proporcji, są pewnego rodzaju oddechem pomiędzy pomieszczeniami wystawowymi. Dodatkowo nad korytarzami utworzono mosty – rozwiązanie kojarzące się z raczej z fabryką niż z muzeum czy galerią. Aby było ciekawiej, w przestrzeniach komunikacyjnych występuje dużo zieleni, a ściany pochylone są w jedną stronę.

Teraz najważniejsza część – czyli sama wystawa stała. Jej twórcy zadbali o to, aby zwiedzający wczuł się w klimat przedstawionych czasów. Przemieszczając się pomiędzy eksponatami i słuchając nagrań z audioprzewodnika, dostaje się tak wiele bodźców, że trudno uciec myślami za cortenowe blachy. Wydarzenia, których moje pokolenie nie było świadkiem zostały zobrazowane w sposób nowoczesny – to kolejny kontrast dominujący w ECS. Chciałabym nie spoilować za bardzo tej części moim czytelnikom, dlatego ograniczę się do kilku zdjęć (głównie detali) i opisania, o czym można dowiedzieć się w poszczególnych pomieszczeniach.

Pierwszą salą, do której można trafić jest miejsce poświęcone wydarzeniom, które doprowadziły do strajków w sierpniu 1980 roku. Można tam m.in. znaleźć suwnicę, w której pracowała Anna Walentynowicz oraz oryginalne tablice, zawierające 21 postulatów strajkujących, wywieszone 17 sierpnia 1980 nad bramą Stoczni Gdańskiej. Całość uzupełniona jest treściami multimedialnymi, umieszczonymi w zupełnie niespodziewanych miejscach (nawet na samych eksponatach). W tej sali trudno też nie zwrócić uwagi na rozwiązanie wnętrza. Nietypowa jest posadzka, ściana i sufit, co przedstawiają poniższe zdjęcia.

Sala obok wydaje się być taką dygresją – przedstawieniem tła tych wydarzeń historycznych. Opowiada o inwigilacji, propagandzie i trudnościach, z jakimi musieli zmagać się ówcześni ludzie na co dzień. W pomieszczeniu tym znalazło się także miejsce na przypomnienie podobnych znaczących protestów społecznych, które odbyły się w Polsce i za granicą.

Trzecia sala to kolejny kontrast. Biel ścianek działowych można interpretować jako pewego rodzaju odetchnięcie od ciężkiej pracy i trudu, mających swoje reprezentacje we wcześniejszej części wystawy. Tutaj przedstawiona została nadzieja na lepsze życie, rozwój polskiej kultury w wielu dziedzinach. Odwiedzający może zapoznać się z najważniejszymi postaciami kultury PRL-u oraz między innymi dowiedzieć się więcej o symbolicznej rzeźbie – Pomniku Poległych Stoczniowców 1970: jak pierwotnie miał wyglądać oraz dlaczego składa się z trzech krzyży z kotwicami. Ta sala również cechuje się pomysłowością wnętrza – ścianki układają się w logo Solidarności, co można zobaczyć w suficie obłożonym lustrami.

Radość nie trwała jednak długo – następna przestrzeń poświęcona została stanowi wojennemu w Polsce i wypełniona atrybutami Milicji Obywatelskiej. I tutaj widać jednak wyraźny sprzeciw wobec zniewolenia, którego tematyce poświęcono następną salę. Tam też poznać można historię obrad przy Okrągłym Stole oraz skutków, jakie przyniosły.

Ostatnie dwa miejsca wystawy stałej zmuszają do refleksji. Jednym z nich jest sala ze ścianą przeznaczoną do zostawiania własnych przemyśleń. Na przygotowanych karteczkach odwiedzający podpisują się lub wyrażają swoje zdanie o wystawie, a czasem posuwają się do własnych przemyśleń, np. „nigdy więcej wojny”, „obecnie odwaga staniała”, czy „there is no freedom without a free mind”. W pomieszczeniu tym znajdują się też hasła przemawiające za pokojem, napisane na białych ściankach o proporcjach półek z książkami. To miejsce skojarzyło mi się z pewnego rodzaju biblioteką mądrości, dostępną dla każdego, niezależnie od tego, jakim językiem się on posługuje. I tutaj zwrócę uwagę na względy czysto architektoniczne: posadzkę z rzekami-granicami, niewyróżniającymi się kolorystycznie, poważny i elegancki strop kasetonowy oraz ciekawą ścianę znajdującą się naprzeciw karteczkowego napisu „Solidarność”. Ostatnim punktem wystawy stałej jest sala im. Jana Pawła II – miejsce, w którym można odpocząć, popatrzeć do środka budynku, lub na zewnątrz – przez okno skierowane na monument.

Mam nadzieję, że powyższym opisem przekonam co najmniej kilka osób do zwiedzenia tego niesamowitego obiektu. Nie zamierzam tym wpisem zmieniać nikomu planów wymarzonego urlopu, jednak chciałabym zachęcić do uwzględnienia w nich jednego punktu, którego na pewno nie pożałujecie!

Więcej

Nie wszyscy Polacy to jedna rodzina

Chciałam dzisiaj opublikować wpis przedstawiający mój projekt domku wielorodzinnego, jednak zostawię ten temat na następną okazję. Zamiast tego, chcę nawiązać do zjawiska, które obecnie można zauważyć na Facebooku, odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ustawiłam sobie tęczowy awatar i przypomnieć (bo pisałam już o tym kilka razy), czym dla mnie jest patriotyzm.

Kiedy kilka dni temu zalegalizowano małżeństwa homoseksualne w USA, można było od razu odgadnąć, że najgłośniej swoje nieuzasadnione obiekcje wyrażać będą, oczywiście, Polacy. Ci sami Polacy, którzy cudze szczęście z góry uznają za osobistą zniewagę („sąsiad wygrał samochód, ale z niego !”) i chowający się za patriotycznymi hasełkami, wypranymi dawno z resztek dawnych wartości.

Zaczęło się od kolorowych profilówek. Facebook, aby upamiętnić ten historyczny dzień, uruchomił aplikację pozwalającą nadać tęczowe barwy obecnie ustawionemu zdjęciu, co bardzo szybko zyskało aprobatę ogromnej liczby osób. Wielu światowej sławy celebrytów nie zawahało się przed pokolorowaniem tak swoich fotografii. W Polsce, początkowo nie zyskało to tak wielkiej popularności, jednak i ja postanowiłam skorzystać z tej nowej możliwości Facebooka. Nawet jeśli w Polsce niewiele rzeczy ulega zmianie w temacie praw człowieka, to cieszę się, że chociaż gdzieś tam za wielką wodą, świat staje się bardziej tolerancyjny dla odmienności od przyjętej społecznie normy. Tutaj problemu się nie widzi. Nieraz słyszę, że „geje niepotrzebnie się afiszują”, że „przecież nikt ich nie prześladuje. Jeśli też podzielasz to zdanie, to otwórz Facebooka, znajdź stronę Gimbopatriotyzm i przeczytaj zamieszczane tam wypowiedzi Polaków, którym nie wstyd pod imieniem i nazwiskiem sypać wulgaryzmami kierowanymi w stronę osób nieheteronormatywność lub popierających związki partnerskie. Jeśli nadal twierdzisz, że osoby LGBT są zbyt wyraźne w społeczeństwie, to pomyśl jaki procent kultury jest nastawiony tylko i wyłącznie na miłość heteroseksualną. Nie widziałam ani jednej bajki dla dzieci, która zakończyłaby się innym związkiem niż kobiety i mężczyzny. Wszystkie reklamy w telewizji kierowane są do takich par, a to co się dzieje w podręcznikach szkolnych od WOSu, już przechodzi ludzkie pojęcie. Tak jak popieram równouprawnienie kobiet (choć to powinno być wpisane w samo bycie kobietą), tak jak uważam, że ludziom o dowolnym kolorze skóry należą się równe prawa, tak samo uważam, że osoby o innej orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej pod żadnym pozorem nie powinny być zmuszane do życia w środowisku, które sprawia, że czują jak obywatele drugiej kategorii. Tęcza w profilu nie zmieni świata, ale zaprezentuje: jestem z Wami, w razie czego macie moje wsparcie!

Zakładam, że podobne zdanie miało mnóstwo osób, które kliknęło w fejsbukowy link z tęczowym filtrem. Nadmiar kolorów oczywiście nie mógł nie wywołać agresji ze strony tych, którzy najchętniej żyliby w prawilnym świecie armii klonów. I jak się można spodziewać, „debatowanie” z nimi, zamiast na wymianie argumentów, polega na bezskutecznym odbijaniu „patriotycznych” wypowiedzi, takich jak (przetłumaczę to na język, którego nie będę wstydziła się umieścić na blogu – oryginalne wypowiedzi można znaleźć na wymienionym wcześniej fanpage’u Gimbopatriotyzm):

(Argumentum ad dresum) W razie wojny to dresy obronią Państwo Polskie.

No jasne, zakrzyczą nieprzyjaciela słowami „Jeb*ć policję”.

Chłopak i dziewczyna – normalna rodzina.

Jasne, jeśli jeden z rodziców umrze, to dziecko powinno zostać odesłane do domu dziecka, bo jego rodzina już nie jest normalna. Ogólnie dom dziecka to świetne miejsce, po co komu rodzice?

Hitler był zły, ale teraz by się przydał, to by sobie poradził z tymi…

Tekst często spotykany u ludzi eksponujących znak Polski Walczącej na zdjęciu profilowym i – co można wywnioskować – całkowicie pozbawionych zmysłu ironii.

(kierowane do mężczyzny – geja) Zamiast mówić, że jesteś osobą LGBT, powiedz po prostu, że lubisz penisy i .

„Nie afiszuj się, a czytaj moje fantazje!”

Tęcza poniża Polaków.

Że co? XDDD

Aby nikt nie odebrał mnie źle – nie mam nic do patriotów. Nie przeszkadzają mi biało-czerwone flagi na profilówkach, choć osobiście wolałabym je zobaczyć 3 maja czy 11 listopada a nie pod koniec czerwca, jako „odpowiedź” na zupełnie niezwiązane z historią Polski wydarzenie. Tym co mi przeszkadza, jest nazywanie patriotami łobuzów, którzy przywłaszczają sobie nasze wspólne symbole narodowe, wykorzystując je do szerzenia nienawiści i ośmieszając przez to nie tylko siebie, ale także nasz kraj. Rozumiem przywiązanie do miejsc i kultur w których ktoś się wychował. Nie rozumiem i nie zaakceptuję natomiast potrzeby wykluczania ze wspólnoty innych ludzi. Przecież osoby LGBT i Polacy to nie są wzajemnie wykluczające się pojęcia! Skrajna nietolerancja jest niezgodna nawet z dominującą religią w Polsce, gdzie „a bliźniego swego jak siebie samego” wyrecytuje (a następnie wymaże) z pamięci chyba każdy po I Komunii.

Jest to ważna kwestia również z powodów czysto etycznych. Według stanu wiedzy medycznej, homoseksualność nie jest wyborem, a raczej losem na loterii. Dlaczego ktokolwiek miałby prawo decydować, czy to, co Ci wypadło jest dobre albo złe, akceptowalne lub nie? Wykluczenie społeczne i agresja słowna mogą naprawdę zniszczyć człowieka. To już nie tylko kwestia wstydu przed przyznaniem się rodzicom czy znajomym – taki stan może doprowadzić do depresji.

Bagatelizując problemy mniejszości, wcale nie sprawia się, że one w magiczny sposób znikają. Co więcej, sugerowanie, że osoby LGBT niepotrzebnie żądają respektowania swoich praw jest osądem równie niesprawiedliwym, co wynikającym z niezrozumienia, lub niechęci zrozumienia sedna sprawy.

Więcej