Miesiąc: Maj 2013

Horror vacui

In visual art, horror vacui (from Latin “fear of empty space”), also cenophobia (from Greek “fear of the empty”), is the filling of the entire surface of a space or an artwork with detail. /Wikipedia

Gdyby to pojęcie można było odnieść do stanu psychicznego człowieka, to pasowałoby idealnie do tego co ostatnio czuję. Matury właśnie dobiegły końca – kilka godzin temu pisałam ostatni egzamin i mogę wreszcie się wyspać odpocząć, odetchnąć. Ale nie chcę. Chwila spokoju wydaje się być czymś strasznym, czymś dziwacznym i przepełniającym niepokojem. Powiedziałabym nawet, że wręcz czymś męczącym.

Od dłuższego czasu mój terminarz (tak, prowadzę kalendarzyk, w którym zapisany jest każdy punkt dnia) wypełniony jest po brzegi planami i notatkami. Od czasu dyplomów wiecznie mam coś do roboty. Najpierw było to nadrabianie zaległości matematycznych, przeplatane z zakańczaniem przeciągającego się od wieków zlecenia, wypełnianie pitów, wymienianie dowodu osobistego bo data ważności wygasła, latanie więc do fotografa, rejestracja na studia bo już trzeba, próba zapisania się do okulisty we wspaniałym kieleckim ośrodku zdrowia zakończona niepowodzeniem, potem nagle mam dwa dni na utworzenie praktycznie od zera prezentacji maturalnej z polskiego, ale wcześniej “szybka” wycieczka do Kielc na ćwiczenie angielskiego, zaraz potem rozmowa o pracę i dzień czy dwa później komunia brata ciotecznego, STOP. Pojawiają się trzy dni wolne. Trzy dni, w których nie muszę robić nic poza leżeniem do góry brzuchem i kontemplowaniem posiadanej już wiedzy z historii sztuki, która zostanie wykorzystana na środowym egzaminie. Niedziela, poniedziałek, wtorek na badanie niezmierzonych szlaków prokrastynacji, na próbowanie wszystkich smaków lenistwa i wylegiwanie się tak, że aż leniwiec przy mnie niegodzien będzie swej nazwy.

I te trzy wspaniałe, wolne dni spędziłam na wytrzymywaniu silnych bólów głowy, próbując pomiędzy nimi nie tyle odpocząć, co nie zmęczyć się bardziej. Trzy puste, niezapisane kartki w moim kalendarzu, które z chęcią po prostu bym wyrwała, ale wewnętrzne poczucie estetyki mi tego zabrania. I o ile ból głowy momentami nawet dawało się znieść, to tym, co najbardziej drażniło było poczucie uciekającego czasu. Wrażenie, że mimo że odpoczynek jest ważny, mimo że jest potrzebny i mimo że znacznie owocuje w dalszym życiu… dni te są zupełnie marnowane.

Nie chcę pustych stron w moim kalendarzu. Chcę mieć górę roboty, chcę mieć deadline’y i niekończące się listy zadań – takie nie do odhaczenia. Pragnę odgórnie wyznaczonych “prac domowych”, których będę się trzymać i których niewykonanie przyniosłoby przykre konsekwencje. Chcę móc wybierać, którą rzecz wykonam, a którą oleję. Chcę zasypiać z poczuciem, że czegoś nie zrobiłam i że muszę to wykonać następnego dnia – to jest absolutną gwarancją, że jest po co wstawać. Potrzebuję dynamiki w życiu, bo jej brak zamula i utwierdza w letargu. Tak więc, wyznaczam sobie zadania – takie, których niewykonanie przynosi jakiekolwiek widoczne straty (na przykład nieuczestniczenie w jakimś wydarzeniu to zmarnowanie wydarzenia).

Dzisiaj więc zarówno przed jak i po maturze przełaziłam po Kielcach kilka kilometrów, załatwiając różne średnio istotne sprawy, kończąc dzień na obecności na barcampie KielceComu. Jutro zamierzam kupić sobie wreszcie nowe okulary i jeszcze iść do kina – po raz pierwszy od czasów ekranizacji czwartej czy tam piątej części Harry’ego Pottera. Potem, następnego dnia, ma być pożegnalne ognisko klasowe i uciekam stąd. W międzyczasie trwają przygotowania organizacyjne suchedniowskiego konwentu (napiszę o tym więcej wkrótce), prace nad zupełnie nowym portfolio (jeśli “pracami” można nazwać rozpoczynanie projektu za każdym razem od początku i rezygnację po kilkunastu minutach) oraz prowadzenie tego bloga. Wolny czas na odpoczynek? Błagam, nie.

Top 1 rzecz do nauczenia się w te wakacje: ustawiać swoje egoistyczne cele na równi z zadaniami wymuszonymi przez sytuację i istotnymi ze względu na ustanowioną ważność. Planować czas tak, aby czynności takie jak “zaprojektuję sobie własną wizytówkę i dam ją do drukarni” nie musiały wiecznie ustępować miejsca tym typu “polatam sobie po Kielcach, aby wykonać nieszczęsne zdjęcie do dokumentów”. Tak aby wielkie misje typu “Nauczę się modelowania 3D” nie ginęły gdzieś pomiędzy “pojadę do szkoły odebrać swoje prace” a “narysuję ten rysunek dla [tutaj wstaw imię i nazwisko dowolnej osoby, która twierdzi, że mam talent]”. Jak dobrze mieć chociaż grafomanię, która ustawia tą jedną przyjemność pisania ponad te wszystkie nędzne powinności życia.

Więcej

Plastyk – historia prawdziwa

Powoli zamykam kolejny etap życia. Dzisiaj, przeszukując mój dysk twardy, znalazłam zapiski z nieistniejących już blogów z lat 2008-2009 – z czasu kiedy kończyłam gimnazjum i opisywałam wszystkie swoje nadzieje związane z następnym etapem edukacji. Czy moja wizja kolejnych czterech lat się spełniła? Trudno powiedzieć. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że teraz przeżywam coś podobnego. Tym razem jednak, jestem w o wiele lepszej sytuacji. Wtedy, w wakacje 2009 roku, ogromnie się nudziłam, bo z okazji bycia dzieciakiem, musiałam siedzieć w domu. Dodatkowo nie miałam własnego kąta, laptopa, planów na przyszłość.

rysunek

Powyżej praca z konsultacji – moja pierwsza przygoda z Plastykiem.

Skupiałam się więc na zastanawianiu się nad tym, jak będzie w liceum. Kiedy dowiedziałam się, że się dostałam do kieleckiego Plastyka, byłam bardzo szczęśliwym dzieckiem. Nie obchodziło mnie, że z około 30 chętnych dostało się jakieś 27, co czyni to osiągnięcie niezbyt ambitnym – cieszyłam się, że pójdę do takiej elitarnej szkoły. Dzięki nieocenionemu w tamtych czasach serwisowi nasza-klasa.pl, udało się nawet zorganizować spotkanie paru osób z przyszłej klasy. W 2009 roku, tak to opisywałam:

Ogólnie na pierwszy rzut oka będę miała fajną klasę. I nie zauważyłam w niej żadnych plastikowych „RoOsHoFfYcH” panienek.

O, albo taki śmieszny fragmencik:

Podobno naszą wychowawczynią będzie w-fistka. I słyszałam także, że robi ona wycieczki do Hiszpanii. Nigdy nie byłam za granicą, bo strasznie drogie są takie wyjazdy. Ale jak całą klasą pojedziemy to może będą jakieś zniżki. Chociaż to trochę głupio, że będziemy pewnie cały dzień jechać (jeśli nie dwa), potem dzień pobędziemy i wrócimy. Ale ile razy wyobrażałam sobie, jak by to było porozmawiać z kimś po angielsku. Wejść do sklepu i z ledwością kupić to, co potrzeba. Albo pogadać z kimś. Ciekawe, czy ktoś mówiący dobrze po angielsku zrozumiałby cokolwiek z tego, co bym powiedziała.

Trochę ta wizja nie doczekała się spełnienia. Co prawda, wychowawczyni organizowała wycieczki, ale całoszkolne i bynajmniej nie tanie. Za to mój angielski już na pewno nie jest na tak tragicznym poziomie, na jakim był wtedy :D.

Pamiętam, że w gimnazjum czułam się jak ryba wyjęta z akwarium.

A kiedy poszłam do plastyka po prostu przeżyłam szok. „Czy to aby na pewno szkoła?” – pomyślałam po kilku dniach. Ludzie normalni, nauczyciele też (znaczy się na pierwszy rzut oka, co będzie dalej, to się jeszcze przekonam). W ogóle w szkole panuje jakaś taka luźna atmosfera. Można nie tylko wyjmować telefony na przerwach bez przykrych konsekwencji, ale dzwonić, pisać, słuchać muzyki… Poza tym klasy są cały czas pootwierane i można sobie tam siedzieć na przerwach. W ogóle na korytarzach jest strasznie mało ludzi. jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby ktoś mnie kopnął/podstawił nogę/walnął ramieniem. W poprzedniej szkole to była norma. No i disco polo puszczane na przerwach w gimnazjum nie zaliczało się do przyjemności… Te dwie szkoły to po prostu zupełnie inne światy…

Pierwsza klasa była dziwna. Niemal przez cały rok przeżywałam ekscytację tą szkołą. Oczywiście nagle, z dnia na dzień, nie przestałam być głupim dzieckiem. Wciąż popełniałam masę błędów, chcąc się początkowo na siłę z każdym kolegować. Pamiętam też, że wszystko poza Plastykiem przestało dla mnie istnieć. Wracałam wieczorem do domu i zajmowałam się rysowaniem – korzystałam z naprawdę wielu przydatnych informacji z lekcji na pracowniach. Także usilnie próbowałam nadrobić zaległości z gimnazjum – z przedmiotów takich jak matematyka czy angielski, które były do tamtej pory strasznie przeze mnie zaniedbywane. Potem pojawił się konkurs “Poznaj swój wybrany zawód”, który znowu zabrał trochę czasu. Były też lekcje na basenie, które początkowo przyjemne, po jakimś czasie zmieniły się w koszmar. Nie pamiętam zbyt wielu szczegółów poza początkami mojej fascynacji mangą i anime, a później światem Internetu. W mojej małej główce nie mieściło się wtedy to wszystko: ten wszechobecny luz, ciągłe wpajanie pierwszoklasistom, że mają prawdziwy talent i tym sposobem motywowanie ich do pracy. Pamiętam też lekcje technologii informacyjnej, które uwielbiałam, poprzedzone lekcjami rzeźby, które momentami doprowadzały mnie do prawdziwej furii (próby przyczepienia wiecznie odpadającej głowy psu z gliny). Niemniej jednak, czułam się artystką. Czułam się osobą, która trafiła na właściwą drogę w swoim życiu.

rzezba

Myśli te czasem jednak przeplatały się z poczuciem, że wokół mnie jest tyle ludzi “lepszych”. Już w momencie przedstawiania się na początku września, widząc osiągnięcia innych, czułam wyraźnie wszystkie moje braki. Jedna osoba mówiła, że zajmuje się zawodowo fotografią, kto inny uczestniczył w różnych ciekawych wydarzeniach, jeszcze inni sprzedawali swoje prace. Wszyscy byli tacy pełni pasji i mieli mnóstwo zainteresowań. Teraz wiem, że nie tylko ja czułam się w tym gronie mniejsza. Wręcz od osób, na które wtedy patrzyłam z podziwem, teraz dowiaduję się, że ich wrażenia były bardzo podobne do moich.

Dwie koleżanki z mojej klasy dały mi linki do swoich galerii na digarcie, a ja im na dA. Kiedy przed chwilą obejrzałam ich prace to się załamałam. Jedna robi genialne zdjęcia, druga świetnie rysuje. A ja? Chyba obie uśmieją się, kiedy wejdą na moją pseudo-galerię. Kilka przerysowanych z anime postaci, parę zdjęć, które nie są dobre ani ze strony technicznej ani żadnej innej troszeczkę grafiki, która choć ze strony technicznej wychodzi mi w miarę dobrze, to ogólnie zbyt dużo wkładu ze strony wyobraźni w nią nie było. Ogólnie kupa szitów, które podobają się tylko tym, którzy naprawdę nie potrafią w ogóle rysować.

Jakoś późną jesienią powstał ten blog. Myślę, że to również miało jakiś wpływ na moje życie.

Początki w kieleckim Plastyku były wspaniałe. Pierwszy rok zwieńczył dodatkowo plener w Bartoszowicach, którego pewnie nigdy nie zapomnę. Te dziesięć miesięcy w tej szkole były chyba najlepszymi i nie przypominam sobie, aby w większym stopniu zapowiadały to, co było dalej.

Druga klasa, pomimo że z perspektywy czasu okazała się być najłatwiejszą, wydawała ciągnąć się w nieskończoność. To, co w pierwszej klasie było nowością, teraz było zaledwie powtórką. Zaczęłam więc zaniedbywać rysunek i malarstwo, a więcej czasu poświęcać tym “przyziemnym przedmiotom” – fizyce, chemii, geografii. Potem ogólnie szkoła zaczęła mi się nudzić, a ciągłe dojazdy okazały się jeszcze bardziej męczące niż rok wcześniej. Zaczęłam za to chodzić na spotkania Kieleckiego Klubu Mangi i Anime “Kôen公園”, jeździć na konwenty (coraz częściej) i oglądać całą masę japońskich kreskówek. Tak więc, cały artyzm Plastyka zupełnie mi się przejadł i zwątpiłam w sztukę. Tego było po prostu za dużo.

Przedostatni rok okazał się dla mnie renesansem. A przynajmniej jego początek. Lekcje liternictwa dostarczyły niesamowitych przeżyć, a podstawy filmu motywowały mnie do uczenia się nowych rzeczy – nawet ponad program. Mimo braku takiej konieczności, pod koniec roku umiałam już sprawnie obsługiwać After Effectsa. Najdziwniejszym było to, że pomimo tak małej ilości czasu, jaka mi pozostawała (same literki co tydzień zabierały mi od kilku do kilkunastu godzin), zawsze pozostawało mi go na tyle, aby zrobić coś dla siebie. Niemniej jednak był to rok męczący i niezwykle rozwijający twórczo.

Wtedy też zupełnie zaprzeczyłam istnieniu wszelkich talentów i pozytywistycznie zaczęłam dążyć do samodoskonalenia, kroczek po kroczku. Efekty były widoczne.

litery1
litery2

Czym po tym wszystkim stała się klasa ostatnia? Odpowiedź jest prosta i można ją zawrzeć w jednym słowie: nadmiarem. O ile poprzedni rok był raczej “pełen przygód”, końcówka szkoły przyniosła dekadentyzm i artystyczny marazm widoczny w tej pasji tworzenia prac dyplomowych. Skupiłam się głównie na czterech rzeczach: na matematyce (zaczynałam od wikibooksów, poprzez matmana6.pl, na pi.edu.pl kończąc – w szkole mieliśmy zbyt mało godzin tego przedmiotu), na angielskim (który przez te cztery lata z znienawidzonego przeze mnie przedmiotu stał się jednym z ulubionych), historii sztuki oraz poprawnym lub mniej pozyskiwaniu funduszy na te całe studia. Tworzenie grafiki na zlecenia zaczęło mnie jednak przerastać i na początku 2013 roku zaczęłam powoli ograniczać tę działalność. W tym roku zima była bardzo długa i nieprzyjemna, a ciągłe wożenie ciasnymi busami nieszczęsnej pracy dyplomowej było chyba najgorszą torturą. Przez cały czas miałam wrażenie, że wszyscy czegoś chcą. Nie było szansy odpocząć, gdyż gdy tylko wydawało się, że już nic złego mnie nie spotka, nagle ktoś wręczał mi paskudną obiegówkę i kazał latać po szkole, załatwiać wszelkie opłaty, bibliotekę itd. Potem albo jakieś bibliografie, albo jakieś dokumentacje prac dyplomowych, albo jakieś niezwykle ważne zdjęcia na kopertę z pracami… Czułam, że jestem zmuszana do robienia całej masy rzeczy, które niepotrzebnie zabierają mi tylko czas. Potem nagle dyplom, matury i już koniec.

Ahh, zapomniałabym. Studniówka. Ta słynna impreza, na którą miałam nie iść, ale ostatecznie poszłam. Okazała się całkiem fajna, ale do dzisiaj nie jestem pewna, czy była warta takiej kupy forsy. Aczkolwiek, pewnie żałowałabym niepójścia.

Bardzo istotnym zjawiskiem w ostatnich chwilach nauki w liceum plastycznym jest odmracznianie. Opisałam je już w jednym wpisie, więc nie będę się powtarzać.

Czy mogę powiedzieć, że dałam z siebie wszystko? Myślę, że tak. Czy cieszę się z wyboru szkoły pomimo tych wszystkich dodatkowych obowiązków, nieustannego braku czasu i ciągłego zmęczenia? Nadal – praca budowała moje życie, a męczenie się ponad program w pewnym sensie ukształtowało moją osobowość. Czy pomimo tego, że to były cztery lata, a nie trzy, uważam wybór szkoły za dobry? To już jest ciężkie pytanie. Pamiętam, jak w zeszłym roku zazdrościłam osobom z mojego rocznika, które już szykowały się do wyjazdu na studia. Też teraz widzę, że maturzystami są osoby 18-19-letnie, a ja przy nich wyglądam (no może “wyglądam” to niekoniecznie dobry czasownik) jak stara krowa. 4 lata liceum to stanowczo za długo. Nawet pomimo względnej wolności we wszystkich sferach życia, można poczuć się uwiązanym do miejsca zamieszkania. Niby w technikach siedzi się równie długo. Mam jednak wrażenie, że to nie to samo.

Bycie w plastyku zawsze dokleja łatkę. Czasem jest to łatka artysty (“Narysujesz mi to? Narysujesz mi tamto?”), a innym razem napuszonego dziwoląga. Większość osób, z którymi rozmawiałam na ten temat, miało wyrobioną jakąś opinię. Z tego powodu, po pierwszej klasie, nie tylko przestałam o tym mówić, ale też w miarę możliwości unikałam tego tematu. Potem zaczęłam dzielić ludzi pod względem tego, czy ta informacja wpłynie na ich opinię pozytywnie czy negatywnie. Parę razy spotkałam się też z osobami, które twierdziły, że jak ktoś jest w plastyku to z samego tego powodu musi od razu doskonale, perfekcyjnie, nieskazitelnie rysować. Teraz to wydaje się być śmieszne, ale początkowo mogło wywoływać poczucie beznadziejności.

Jednak to już koniec. To naprawdę koniec. Jeszcze tylko środowa matura z historii sztuki i będzie po wszystkim. Coś czuję, że zaczyna robić się naprawdę ciekawie.

Przygoda z grafiką tradycyjną

Martwa dyplomowa

Zegar – linoryt na dyplom z grafiki

Więcej

Pewna refleksja po maturze z języka polskiego

W sumie to chcę coś dodać. Chcę wyrazić mój wyraz najszczerszej pogardy wobec tej nieszczęsnej matury z polskiego. Ja wiedziałam, że to dokładnie to będzie – jakiś losowy tekst i dwa tematy wypracowania do wyboru, co razem daje papkę wymagającą więcej skupienia niż rzeczywistej wiedzy. Nie spodziewałam się jednak, że coś takiego będzie mnie w stanie tak zbulwersować.

Czytanie ze zrozumieniem moim zdaniem było ciekawe. Takie standardowe, traktujące bardzo szeroki temat jak artykulik z kolorowego magazynu. Spodziewałam się czegoś nudnego i psychologicznego, czyli na przykład tematu złej zepsutej młodzieży czy poradnika dobrego życia według kogośtam. Zamiast tego, pojawiła się czytanka o rozwoju technologii, nowych możliwościach jej wykorzystania i obaw z nią związanych. Dodatkowo całość przedstawiona zdecydowanie obiektywnie. Pytania również były proste, ale odpowiadając na każde, miałam wrażenie, że całość będzie sprawdzał nie człowiek a komputer. Zastanawiałam się przez to nad każdym użytym słowem. Z jednej strony nie chciałam pisać bardzo odlegle od tekstu, a z drugiej przecież nie mogłam cytować. Podczas odpowiadania na kolejne pytania, nie zastanawiałam się nad odpowiedzią na nie, tylko nad tym, która z odpowiedzi, w jaki sposób sformułowana, mogłaby okazać się tą punktowaną. Raczej wyszło podobnie do tego, co różni poloniści wrzucają do Sieci, ale dopiero oficjalny klucz z CKE można uznać za wiarygodny.

Na wypracowaniach się zawiodłam. Pierwszy temat brzmiał:

Porównaj obrazy przeszłości i refleksje na temat pamięci ukazane we fragmentach noweli Elizy Orzeszkowej “Gloria victis” i w wierszu Krzysztofa Kamila Bazyńskiego “Mazowsze”. W analizie zwróć uwagę na osoby mówiące w obu tekstach.

Jeśli ktokolwiek z to czytających, był na moim blogu jakieś półtora roku temu, to być może pamięta obrazek, który wrzuciłam w tamtych czasach, i który doskonale ilustruje, dlaczego nie wybrałam tego tematu:

czytaniegloriivictis

O ile Baczyński był całkiem przyjemny, to “Gloria victis” mieściła się w gronie moich najbardziej znienawidzonych lektur, tuż pomiędzy “Nad Niemnem” a “Chłopami”. Dlatego też, ostatecznie i nawet przed maturą, nie posunęłam się do przeczytania nawet planu zdarzeń tej noweli. Wiem mniej więcej, o czym ona opowiada, kim są bohaterowie itd. Jedyną rzeczą, którą mogłabym dodać od siebie w ramach wykorzystania wiedzy z języka polskiego, nabywanej ostatnimi laty, to znajomość faktu, że określenie “gloria victis”, czyli “chwała zwyciężonym” odnosi się do łacińskiego “vae victis” itd. O samej Orzeszkowej wiedziałam tylko tyle, że nawoływała do pozytywistycznych idei (odpowiedziała Konopnicka w “Mendlu Gdańskim”), o Baczyńskim jeszcze mniej – w sumie to nic poza tym, że należał do pokolenia Kolumbów i gdzieśtam się udzielał. Odrzuciłam ten temat od razu – uznałam, że nie ma tu za dużego pola do popisu i zabrałam się od razu za czytanie tego drugiego.

Co o autorytecie pisał w “Przedwiośniu” Stefan Żeromski i jaką mu wyznaczył rolę w życiu społeczeństwa? Analizując przedstawiony fragment, zwróć uwagę na stosunek bohaterów do autorytetów.

O bogowie! O wspaniałomyślny Latający Potworze Spaghetti, o Duchu mojego Dywanu i Kanapko z Serem i Ketchupem, Którą Zjadłam na Śniadanie, co to kurwa ma być? Gdzie moja wspaniała “Zbrodnia i kara”, która miała kryć się na tej stronie? Gdzie “Inny świat”, “Jądro ciemności”, “Dżuma” czy chociaż “Ferdydurke”? Gdzie Kasprowicz, Jasieński, Tuwim, Herbert czy chociaż nawet ta nieszczęsna Szymborska, którą tak zapowiadano? Aż przekręciłam stronę, z niedowierzaniem, że to jest naprawdę ostatni temat. Dlaczego tylko jeden tekst? To się okazało dopiero podejrzane. Zostałam jednak przy tym “Przedwiośniu” i do teraz nie wiem, czy to aby na pewno był dobry wybór. Chyba tak – temat ostatecznie okazał się nawet nie aż tak tragiczny, na jakiego brzmiał na pierwszy rzut oka.

Tutaj chciałabym wtrącić pewną uwagę. Nie wiem, czy to za sprawą stresu, czy może “gorszej” czytanki, ale czasu tym razem było naprawę mało. Kiedy parę miesięcy temu pisałam próbną maturę, pamiętam, że bez problemu skończyłam na długo przed końcem terminu. Może tym razem bardziej przyłożyłam się do poprawności i organizm też zaczął się buntować, ale w pewnym momencie zorientowałam się, że oto zostało niespełna 20 minut do końca egzaminu, a ja nie dość, że posiadam “pozostawione na potem” zadania z części czytania ze zrozumieniem, to nawet nie zdążyłam się na dobre rozpisać. Miejsce przeznaczone na wypracowanie i tak wykorzystałam w całości, więc nie można było powiedzieć, że się opieprzałam. Po prostu nagle okazało się, że te 170 minut to wcale nie jest tak “strasznie dużo” i wcale nie wyjdę na godzinę wcześniej. Zamiast tego, ostatnie słowo napisałam w momencie, kiedy kazano nam odłożyć długopisy. Oczywiście winę będę zrzucać na matury próbne. Przedstawiły one złudny obraz ilości czasu, jaki jest dany na maturze.

Co do samego wypracowania – czuję, że poszłam po minimum. Temat był dość szeroki, a miejsca (i jak się okazuje, także czasu) było za mało. Chciałam napisać jak najwięcej o epoce, o powieści, o autorze, o bohaterach i ich historii. Nie umieściłam nawet połowy tego. Kiedy zorientowałam się, że koniecznie muszę przyspieszyć, bo nie zdążyłam nawet dojść do tego, co musiałam napisać jako wymóg tematu, zrezygnowałam z uwzględnienia nawet znaczenia tytułu książki w wypracowaniu. Poczułam zażenowanie, bo nie po to uczyłam się tych wszystkich szczególików, aby teraz je świadomie pomijać. Ostatecznie, moje wypracowanie skupiło się – tak jak miało – na tematyce autorytetów w danym fragmencie. Opisałam poglądy Cezarego Baryki, co na nie wpłynęło, jego brak autorytetu ze strony rodziców itd.; oraz Szymona Gajowca i skróconą wersję jego historii. Fragment głównie przedstawiał postacie na obrazach w mieszkaniu Gajowca, czemu nie poświęciłam zbyt wiele miejsca, bardziej skupiając się na konkretnych opiniach bohaterów utworu. Jedynym, co mogłam dodać, było kilka słówek, które odnosiły się do poszczególnych rzeczy, np przy opisie jednej z przedstawionych na obrazach postaci, przywołałam niewymieniony w tekście język ezopowy, charakterystyczny dla pozytywizmu (czasu postaci z portretów, nie akcji “Przedwiośnia”). Miałam jeszcze wrócić do znaczenia tytułu, gdyż pojawiło się na końcu fragmentu nawiązanie, jednak z racji że miałam mało czasu, a nie pytano o to w temacie, pozostawiłam to bez refleksji.

Ostatecznie, wracając do tego, od czego zaczęłam ten wpis – czuję frustrację. Widzę, jak bardzo niepotrzebna mi była wiedza z języka polskiego zarówno w części czytania ze zrozumieniem jak i w części pisania. Uważam, że przez te cztery lata nauki języka polskiego w liceum, nie powinno się ode mnie wymagać odmiany słowa “cybernetyka” (tak, było takie zadanie), a znajomości epok i twórców. Tymczasem cała matura z polskiego mogłaby spokojnie zmienić nazwę na test z inteligencji czy zgadywania, co może być punktowane.

Aby nie było, że krytykuję, a nie mówię, jak mogłoby być, napiszę, jakie ja widziałabym rozwiązanie. Matura z polskiego byłaby prawdziwie godnym nazwy egzaminem, gdyby wyglądała jak matura z historii sztuki. Najpierw wiedzówka (a nie test na wpasowywanie się w klucz), a potem wypracowanie typu:

Na podstawie analizy formy i treści czterech, innych niż zamieszczone w arkuszu, wybranych dzieł z różnych epok przedstaw funkcjonowanie w sztuce motywu szczęścia.

Zamienić jedynie sztukę na literaturę i będzie wspaniały temat na wypracowanie maturalne z polskiego. Pełna dowolność wyboru treści, wskazująca na znajomość wielu lektur i ich osadzenie w konkretnych epokach. Zwracanie uwagi na dokładnie to, co się uważa w danym dziele za istotne. Motyw szczęścia – to dajemy biesiadę z “Pana Tadeusza”, wiersz “Do krytyków” Tuwima i tak dalej. Różnorodność epok i dowolność, pozwoliłyby wykorzystać całą wiedzę nabytą w liceum i ograniczyłyby liczbę osób, które zobaczywszy dwa głupie pytania z konkretnie tych lektur, których najbardziej nienawidzą, zostawiają pustą kartkę. I wiem, że temat tego typu to ogromne dodatkowe koszta – bo trzeba zatrudnić więcej sprawdzających (więcej czasu zapewne zajmie sprawdzanie czegoś takiego z mniej ciasnym kluczem), ale przynajmniej pokazałoby, że licealiści znają język polski i literaturę, zamiast kazania im dopasowywać się do klucza.

Takie rozwiązanie ograniczyłoby też stres. Zamiast martwić się o to, czy nie trafią się same nudne lektury, można by było znajdować konkretne wartości w tych książkach, które były ciekawe. Bo to, że zdecydowana większość nigdy nie przeczyta “Nad Niemnem” i tak nigdy się nie zmieni.

Więcej