Tag: zwiedzanie

10 rzeczy, które mnie zaskoczyły w Stambule

Jadąc do Stambułu, spodziewałam się kontaktu z zupełnie nową kulturą, nowym spojrzeniem na świat i nowymi bodźcami. Ta podróż była rajem dla oka – na każdym kroku przed oczami stawały mi piękne mozaiki, barwne dywany, niesamowite kolory. Myślę, że są to jednak rzeczy, które trudno tak naprawdę opisać w przystępny sposób. Tego trzeba doświadczyć na własnej skórze. Ten wpis postanowiłam przeznaczyć więc na 10 drobnych ciekawostek, które mogą być dla Was nowe, które rozbudzą ciekawość albo zmuszą do refleksji, czy może nawet zachęcą do planowania podobnej wycieczki! Tym razem nie będę opisywać miejsc czy zabytków, a skupię się na tych drobnych detalach, które przykuły moją uwagę podczas pobytu i o których łatwo można zapomnieć, nie zapisując ich po powrocie.

1. Prawie wszystkie samochody są białe

Kiedy przybyliśmy do Stambułu i autobusem jechaliśmy z lotniska do centrum miasta, była to pierwsza nietypowa rzecz, jaką zanotowałam: prawie wszystkie samochody na ulicy są białe! Jest kilka powodów, dlaczego mieszkańcy Stambułu wybierają konkretnie ten kolor. Najbardziej oczywisty to klimat tego miejsca – biel w większym stopniu odbija promienie słoneczne, dzięki czemu pojazd mniej się nagrzewa. Niektóre posty znalezione w Internecie podają, że białe samochody są tańsze, co mogłoby być kolejną przyczyną takiego wyboru. Poza tym, na bieli zarysowania są mniej widoczne, co zdecydowanie ma znaczenie w mieście takim jak Stambuł. Nie zliczę, ile razy widziałam tam samochody omijające przeszkody czy inne pojazdy, zachowując przy tym tak niewiarygodnie małą odległość, że naprawdę brak głębokich rys to już tylko kwestia szczęścia albo czasu.

2. Sklepy i restauracje otwarte są naprawdę długo

Jeśli ktoś, tak jak ja, mieszka obecnie w Niemczech i postanowi odwiedzić Stambuł, chyba największym szokiem kulturowym będzie to, że sklepy są otwarte do późnej nocy. Dla porównania, w moim mieście już od 8 wszystkie markety są zamknięte, a dwie godziny później na marne szukać otwartej restauracji. Stambuł to zupełnie inny świat! Zapomnieliście kupić pocztówki albo pamiątek dla rodziny, rano wyjeżdżacie, a właśnie wybiła północ? Wałęsając się po mieście, nagle złapał was głód w środku nocy? W tym mieście takie sytuacje nie wiążą się z żadnymi problemami, jako że ulice żyją do naprawdę późnej pory (nawet nie udało mi się sprawdzić, jak długo). W czasie Ramadanu jest oczywiście szczególnie – po całym dniu postu Muzułmanie świętują hucznie swój posiłek. Podczas bardziej zwykłych dni, wciąż jednak centrum miasta wieczorem nie zamiera, a tłumy ludzi kontynuują swoje zakupy czy spotkania ze znajomymi.

Dzięki temu też, centrum miasta wydaje się całkiem bezpieczne po zmroku. Ulice są oświetlone, ludzie przechadzają się ze znajomymi, ale także i samopas. Z restauracji dobywa się muzyka, sprzedawcy wciąż próbują opchnąć komuś swoje towary. Większość Muzułmanów, zgodnie ze swoją wiarą, nie pije alkoholu, więc raczej nie doświadczy się w Stambule konfrontacji z osobami pod wpływem.

Już dawno ciemno, a tu wszystko wciąż otwarte. Zdjęcie: PK.

3. Policja i bramki na wejściach

Można dyskutować na temat, czy obecność grup policjantów patrolujących lub pilnujących miejsc publicznych, zwiększa czy zmniejsza poczucie bezpieczeństwa. Ja powiem, że jest to po prostu coś, czego nie spotyka się zbyt często w Europie, poza ważnymi wydarzeniami lub świętami. Jest wiele powodów, dla których podjęto decyzję zwiększonej czujności w historycznym centrum i naprawdę nie chciałabym tych tematów tutaj poruszać. Zdarzało mi się widzieć wozy bojowe na głównych placach, a stróże prawa wyposażeni byli w karabiny maszynowe.

Kolejnym tematem jest kontrola dostępu do przestrzeni półpublicznych. Jeśli ktoś myśli, że po opuszczeniu lotniska będzie miał tymczasowo spokój z bramkami, jest w totalnym błędzie. W Stambule wszystkie najważniejsze muzea posiadają zabezpieczenia na wejściu, bagaż jest skanowany, a człowiek może być przeszukany. Co ciekawe – podobnie jest z galeriami handlowymi czy większymi bazarami.

4. Do muzeów wchodzi się z plecakami

Będąc jednak w temacie muzeów, dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że nie posiadają one szatni ani szafek. Ekspozycję ogląda się z torbą na ramieniu czy plecakiem na plecach, często trzymając kurtkę bądź bluzę w dłoni. Nie jest to wygodne ani praktyczne, ale domyślam się, że przy takiej liczbie odwiedzających, szatnia zajęłaby pół gmachu muzeum. Kolejnym problemem byłaby konieczność zorganizowania wyjścia w tym samym miejscu, co wejście – a to nie zawsze byłoby możliwe. Chodzenie z plecakiem jest jednak niewygodne, a często i niebezpieczne dla eksponatów.

Chyba jeszcze nie było wnętrza Hagii Sophii. No to jest!

5. Wikipedia zabroniona

Długo nie mogłam się do tego przyzwyczaić – kiedy pomimo dobrego połączenia z Internetem, strona nie chciała się załadować. Wikipedia obecnie zablokowana jest na terenie Turcji. Nie jest to jedyna ocenzurowana część Internetu w tym kraju, jednak zdecydowanie najważniejsza z punktu widzenia turysty.  W ubiegłych latach nawet chwilowo niemożliwy był dostęp do Twittera, jednak obecnie nie ma z tym problemu.

6. Przystawki w restauracjach

Czas powrócić do tematu jedzenia. Miłym zaskoczeniem jest to, że niezależnie od tego, czy trafiliśmy do małej i taniej knajpki, czy do wysoko ocenianej eleganckiej restauracji, zawsze przed otrzymaniem głównego dania, dostawaliśmy pewnego rodzaju przystawki – chleb (najczęściej typu pita) oraz coś do niego. Nawet zamawiając przystawki z karty dań, oprócz nich praktycznie zawsze na stole pojawiało się coś ekstra.

Pracownicy restauracji dbają o klienta – w razie braku chleba donoszą więcej, często oferują darmowy napój przed wyjściem. Oczywiście w dobrym geście jest zaoferować wtedy sensowny napiwek. Lepsze restauracje wliczają napiwek w cenę, jest on stałą częścią rachunku i pomimo to, wciąż oferują „gratisy”. Ogólnie odniosłam wrażenie, że w Turcji jedzenie ma o większe znaczenie dla ludzi, niż w EU. Nawet w tym niedługim locie z Turkish Airlines wszyscy pasażerowie otrzymali naprawdę porządny posiłek, nie dopłacając nic do ceny biletu.

Wbrew obiegowej opinii, wegetarianin też może dobrze zjeść w Stambule.
Herbata w Turcji zdefiniowana jest poprzez dokładnie taki format szklanki. Źródło zdjęcia.

7. Turecka herbata

Niektórzy pewnie wiedzą, inni nie – jestem ogromną fanką herbaty. Z tego powodu, postanowiłam poświęcić jej osobny temat. Herbata w tureckich restauracjach czy knajpach przybiera dwie formy – herbaty zwykłej oraz owocowej. Niezależnie od miejsca i wyboru, zawsze serwowana jest w bardzo konkretnym naczyniu – małej szklaneczce o kształcie zbliżonym do miniaturowego wazonu bez rączki. W Turcji niemożliwym wydaje się wypicie herbaty z czegokolwiek innego, forma szklanki mówi sama za siebie, że zawiera ona herbatę.

Choć naprawdę ujął mnie ten zwyczaj, nie zdecydowałam się kupić takiego typu zestawu do herbaty dla siebie na pamiątkę. Głównym argumentem jest oczywiście to, że ja herbatę piję litrami, a dzbanuszki te pomieszczą zaledwie kilka łyków.

8. Jadalne kasztany, prażona kukurydza

W najbardziej turystycznych miejscach ten zapach będzie zdecydowanie wyróżniał się spośród innych: świeżo smażone kasztany w mobilnej budce, sprzedawane w niewielkich papierowych saszetkach. Zdecydowanie warto spróbować tego przysmaku.

9. Ekspozycje rzeźb na zewnątrz

Przed Hagią Sophią, w obrębie terenu muzeum, stoją sobie luzem antyki. Fragmenty kolumn czy rzeźb opisane są jako pozostałości z drugiej Hagii (obecna jest trzecia), datowane na V czy VI wiek. Choć oczywiste jest, że są to eksponaty muzealne, niektórzy turyści nie widzą niczego złego w traktowaniu ich jako ławki.

Większa galeria rzeźb na świeżym powietrzu znajduje się w Muzeum Archeologicznym. Stanowią one swojego rodzaju ogród, a przechodzenie pomiędzy nimi sprawia niesamowite wrażenie. Być może nie mają one znaczącej wartości historycznej ze względu na zły stan zachowania lub powtarzalność. Mimo to nie widziałam podobnej galerii gdziekolwiek indziej.

Muzeum Archeologiczne

10. Nie uciekniesz od naganiacza

Spacerując w typowo turystycznych miejscach, nie sposób odpędzić się od naganiaczy, zapraszających do swoich sklepów czy restauracji. Taki walor tego miejsca. Najgorsze, co możesz wtedy odpowiedzieć to „może następnym razem”. Człowiek potraktuje te słowa jako przysięgę i zdecydowanie wyniucha cię w tłumie, kiedy przypadkiem ponownie znajdziesz się w pobliżu jego biznesu. Jeśli jeszcze zdążył wyciągnąć od Ciebie Twoje imię, możesz spodziewać się, że dokładnie po nim cię zawoła, nie robiąc przy tym prawie żadnych błędów w wymowie.

Niech jeszcze rozmowa stoczy się na twój kraj pochodzenia (o co zostaniesz zapytany jeszcze zanim zdążysz się dowiedzieć, co sklepikarz tak właściwie sprzedaje), a usłyszysz całą historię jego przywiązania lub wspomnień związanych z Polską. Niezależnie, czy facet rzeczywiście spędził tam pół roku, pracując w budce z fast foodem, czy wyjechał na Erasmusa, a może członkowie jego licznej rodziny tam mieszkają, z pewnością usłyszysz kilka podstawowych polskich zwrotów lub nazw miast. Jestem ciekawa, w ilu językach przygotowana jest podobna historia.

Na tym chciałabym zakończyć, jednak lista zdecydowanie mogłaby być dłuższa. Mogłabym opisać, co szczególnie minęło się z moimi oczekiwaniami lub przeczuciami. Choć unikam stereotypów i staram się dość luźno interpretować to, co czytam, trudno mi powiedzieć, że nie miałam żadnego wyobrażenia o współczesnym Stambule przed jego odwiedzeniem. Niektóre rzeczy zaskoczyły mnie naprawdę pozytywnie: chociażby układ samego miasta, powiązanie ważnych jego części bardzo logiczną siatką komunikacji publicznej. Inne, jak chociażby naganiacze restauracyjni, trochę mnie zmęczyły i ułatwiły pogodzenie się z końcem przygody. Nie żałuję jednak ani dnia spędzonego w tym mieście i z pewnością kiedyś tam wrócę.

Więcej

Erasmus w Eindhoven – najważniejsze informacje

Minął już ponad rok odkąd wróciłam z Erasmusa w Eindhoven i jak dotąd nie opublikowałam jeszcze żadnego wpisu, który przedstawiałby bardziej informacje niż przemyślenia. Często rozmawiam z osobami, które zastanawiają się nad wyborem uczelni na wyjazd i powtarzam w kółko te same rzeczy – jak wygląda podział semestru, jak wybiera się przedmioty czy po prostu, jak żyje się w Holandii podczas tego jednego, niezwykłego semestru. Zdecydowana większość tego, co można przeczytać poniżej, pochodzi z raportu, który musiałam napisać po zakończeniu wymiany, więc informacje nie są wyciągane z pamięci po tak długim czasie i – o ile zbyt wiele się nie zmieniło – spokojnie można się do nich odnosić. Warto podkreślić, że ja studiowałam architekturę i to o studiach architektonicznych jest ten wpis. Zainteresowani innymi kierunkami powinni jednak móc znaleźć tu użyteczne informacje także i dla siebie.

erasmus-w-eindhoven

Wprowadzenie

Uniwersytet Techniczny w Eindhoven, w skrócie TU/e mieści się na kampusie zlokalizowanym w centrum miasta. Składa się z wielu budynków i jednostek i stanowi ogromne centrum edukacyjno-badawcze. Uczelnia przoduje w wielu rankingach co oczywiście związane jest z wysokim poziomem nauczania i świetnymi warunkami dla studentów.

Rok akademicki w Holandii zaczyna się wcześniej niż w Polsce – na samym początku września. Pod koniec sierpnia dla studentów z Erasmusa przygotowane są dni wprowadzające, podczas których można dowiedzieć się czegoś więcej o uczelni i kampusie oraz poznać innych studentów. Semestr kończy się na początku lutego, co daje chwilę przerwy przed powrotem na polską uczelnię. Ta przerwa jest szczególnie przydatna, kiedy na głowie ma się przeprowadzkę, przeciągające się projekty na Erasmusie (tak, może się zdarzyć że po zakończeniu semestru wciąż wypada coś dokończyć, na przykład w celu przygotowania wystawy posemestralnej), ale przede wszystkim – kiedy ma się również zobowiązania względem uczelni Polskiej. W moim przypadku było to napisanie kilku pierwszych rozdziałów pracy magisterskiej. Poza tym – po zapoznaniu się z krajem, systemem transportu, częściowo i językiem, warto „dozwiedzać” te miejsca, których nie udało się zobaczyć podczas semestru.

Nauka

System nauki na TU/e na pierwszy rzut oka wygląda na chaotyczny, ale w rzeczywistości jest bardzo uporządkowany. Rok akademicki podzielony jest na cztery kwartały, a każdy z nich trwa 10 tygodni i zakończony jest sesją egzaminacyjną. Przyjeżdżając na Erasmusa na pół roku będzie się więc studiować przez dwa kwartały oraz przeżyje się dwie sesje egzaminacyjne. Większość przedmiotów trwa jeden kwartał i ich zaliczenie daje 5 punktów ECTS. Wyjątkiem jest główny przedmiot – projektowanie architektoniczne lub urbanistyczne, które trwa przez cały semestr i po jego zakończeniu otrzymuje się 10 punktów ECTS. Studenci z wydziału Built Environment mogą wybierać przedmioty z całej jego oferty, czyli uczestniczyć w kursach związanych z kierunkami: architektura, urbanistyka, fizyka budowli, konstrukcje, nieruchomości. Aby móc starać się o tytuł architekta w Holandii, trzeba ukończyć konkretne przedmioty, jednak można to zrobić w dowolnej kolejności. Studenci przyjeżdżający na Erasmusa mają pełną dowolność wyboru.

Taki system nauki zdecydowanie mi się podobał. Zajęcia były dość intensywne, dlatego jeden kwartał był wystarczający aby nauczyć się czegoś nowego i wykonać projekt. Po zakończeniu pierwszego kwartału nowy zestaw przedmiotów był dla mnie odświeżający. Uważam, że taki podział na kwartały pozytywnie wpływa na naukę – semestr staje się bardziej jednolity pod względem intensywności, nie trzeba sobie przypominać czegoś, co było na wykładach kilka miesięcy temu i wszystkie zaliczenia nie kumulują się w ostatnim tygodniu semestru. Po każdej sesji w ciągu roku akademickiego nie ma sesji poprawkowej ani tygodnia przerwy, dlatego dla regularnych studentów rok bez większych wakacji w połowie może być bardziej ciężki. Erasmusi powinni wszystko zdać w pierwszym terminie, jednak prowadzący zgadzają się na specjalne dodatkowe terminy dla osób z wymiany.

Możliwość wyboru dowolnych przedmiotów ma swoje wady i zalety. Ogromnym atutem jest to, że można dopasować swój program do zainteresowań lub wybrać przedmioty, które odbywają się w dni, w które się nie pracuje (wielu studentów w Holandii dorabia sobie pracując w supermarketach, kawiarniach itp. – studentom przyjeżdżającym na Erasmusa się to odradza ze względu na konieczność wykupienia bardzo drogiego ubezpieczenia). Wadą jest z kolei odpowiedzialność za ułożenie takiego planu, aby żadne przedmioty ze sobą nie kolidowały, co staje się jeszcze trudniejsze, jeśli prowadzący zmienia termin spotkań określony w oryginalnym programie. Inną kwestią jest to, że na każdych zajęciach spotyka się zupełnie inną grupę studentów – początkowo może to budzić niepokój i utrudniać nawiązywanie znajomości, jednak na dłuższą metę pozwala poznać więcej osób uczących się na TU/e. Dodatkową zaletą mieszania przedmiotów jest współpraca ze studentami z pozostałych kierunków wydziału przy projektach grupowych. Zaobserwowałam nawet, że w niektórych kursach wydziału uczestniczyli studenci z innych dziedzin – na przykład industrial designu czy nauk przyrodniczych.

Każdy z kursów składa się z różnych prac, egzaminów, projektów. Bardzo dużo zadań polega na pracy w grupach, co wiąże się z częstymi spotkaniami na terenie uczelni. Trudno zliczyć miejsca przeznaczone do pracy grupowej – kilka pięter budynku Vertigo (wysokościowca zajmowanego przez wydział Built Environment podczas gdy pierwotny budynek jest w remoncie – ale nie zdziwiłabym się, gdyby już obecnie studenci przychodzili do budynku nazwanego Atlas), przestrzenie Metaforum (dużego budynku z biblioteką), liczne pokoje i kąciki wydzielone z powierzchni budynków, stoliki uczelnianych kawiarni czy restauracji, a także sale które można zarezerwować przez Internet. Wykłady są bardzo ciekawe, w całości po angielsku (wszyscy prowadzący mówią świetnie po angielsku) a wykładowcy umieszczają w systemie pliki z ich treścią do pobrania. Choć uczestnictwo w wykładach nie jest obowiązkowe i nikt nie sprawdza obecności, zdecydowana większość studentów chętnie w nich uczestniczy. Niektóre zajęcia mają też formę dyskusji a prawie na każdym kursie występuje forma prezentacji studentów.

Na każdym piętrze budynku Vertigo, czyli siedziby wydziału Built Environment, strategicznie rozlokowane są kserokopiarki, do których każdy student ma dostęp. Podobne urządzenia znajdują się oczywiście także w innych budynkach uczelni. Drukowanie nie jest drogie, a każdy student ma swoje konto w systemie drukarek, zasilone na start kwotą 15 euro. Na uczelni jest też mnóstwo automatów z napojami – całkiem dobra kawa kosztuje w nich 45 centów. Drukowanie plansz jest tańsze niż w Polsce i można to zrobić na terenie uczelni. Dostępne są duże formaty, a plansze mogą być bardzo długie ze względu na sposób wydruku z rolki. Ostateczne projekty studentów prezentowane są na wystawach albo otwartych prezentacjach. Mając znajomych w innych grupach warto ich wtedy odwiedzić i posłuchać o ich projektach.

Warsztaty / pracownie makiet

Dla studentów architektury przeznaczono specjalną przestrzeń do pracy nad makietami. Mnóstwo długich stołów, odpowiednia liczba gniazdek do których można podpiąć laptopa i wysokie krzesełka to nie wszystko. Na warsztatach znajduje się sklepik ze wszystkimi potrzebnymi materiałami i przyrządami, a także oferujący możliwość wypożyczenia sprzętu typu wiertarka. Różnorakie piły, szlifierki, gorące druciki do cięcia pianki, urządzenia do wycinania okien, i wiele więcej sprzętu sprawia, że makiety wykonywane przez studentów są bardzo dopracowane. Na stanowiskach do malowania makiet można korzystać z kolorowych farb, pędzli i suszarek. Na ścianach warsztatów znajdują się półki, na których studenci mogą położyć swoje pudełka z materiałami, podpisane imieniem i nazwiskiem. Dzięki temu makiet i materiałów nie trzeba nosić do domu i z powrotem. Żeby móc korzystać z warsztatów, trzeba przejść krótkie szkolenie na początku semestru – głównie traktujące o bezpieczeństwie i higienie pracy. Inne dostępne dla studentów przedmioty to stopery do uszu, plastry i odkażacz, woda do picia czy kalki i papiery do szkicowania.

erasmus-w-eindhoven

Biblioteka

Biblioteka TU/e mieści się w budynku zwanym Metaforum. Jest to ogromna przestrzeń, zajmująca dwa piętra i oferująca ogromną liczbę książek z każdej dziedziny. Znajduje się tam mnóstwo miejsc do pracy, wyposażonych w komputery z porządnym oprogramowaniem i bardzo wygodne krzesła. Oprócz niekończących się książek widocznych na półkach (w zdecydowanej większości w języku angielskim), TU/e posiada dodatkowy magazyn z którego można zamówić wybrane tytuły. Dodatkową możliwością jest dostęp do ogromnej bazy e-booków, które można pobrać w formie PDFów ze stron wydawnictw. Z biblioteki można wypożyczyć do dziesięciu książek na raz, na cały miesiąc, a przedłużać wypożyczenie można z poziomu strony internetowej. W ten sposób korzystanie z biblioteki staje się niesamowicie wygodne, przyjemne i owocne. Książki na półkach posegregowane są tematycznie oraz według dat wydania. Sam dział architektury zajmuje pół piętra i jest niesamowicie obszerny. Biblioteka otwarta jest do godziny 23 w dni robocze i trochę krócej w weekendy. W takich warunkach pisanie prac naukowych staje się przyjemnością.

Centrum sportu

Centrum sportu TU/e, według danych ze strony internetowej, oferuje 70 różnych sportów oraz mnóstwo kursów oraz jest miejscem działania 40 klubów sportowych. Żeby mieć dostęp do centrum sportu, należy wykupić subskrypcję, która w przypadku studentów z Erasmusa kosztuje 60 euro za 5 miesięcy. Wtedy można zapisać się na poszczególne kursy, uczęszczać na zajęcia lub przychodzić poćwiczyć indywidualnie. Siłownia/fitness otwarta jest w dni robocze od rana do 23 oraz krócej w weekendy. Aby popływać na basenie należy przyjść w określonych godzinach, innych w każdym dniu. Mimo, że zdecydowanie nie byłam fanką sportu, i bardzo rozsądnie planowałam dostępny czas na Erasmusie, odwiedzałam centrum sportu średnio dwa razy w tygodniu, po zajęciach albo w ramach przerwy w pisaniu dłuższych esejów czy raportów. Było to coś, co pozwalało mi mentalnie odetchnąć i usprawiedliwić zjedzenie tych wszystkich holenderskich słodyczy, którym zupełnie nie sposób się oprzeć.

Organizacje studenckie

Na Tu/e nie ma aktywnie działającego ESN, nie działa też lokalna grupa BEST, za to jest grupa AEGEE. Ponieważ na uczelni studiuje mnóstwo studentów z innych krajów (także spoza Europy), Erasmusi w żaden sposób nie wyróżniają się z tłumu. Z tego powodu nie dostają oni „taryfy ulgowej”, nikt nie organizuje im specjalnie gier i zabaw i nie zabiera za rączkę na wycieczki. Początkowo łatwo się czuć zagubionym, na dłuższą metę jednak pozytywnie wpływa to na integrację z resztą studentów. Dołączając do organizacji studenckich można nawiązać mnóstwo znajomości lub zorganizować coś dla innych studentów. Aby brać udział w wydarzeniach, nie trzeba być członkiem organizacji. Najważniejszymi z nich, z punktu widzenia studenta architektury przyjeżdżającego na Erasmusa, są:

  • Cosmos – organizacja zrzeszająca studentów z różnych krajów, organizująca spotkania integracyjne, wspólne obiady, wycieczki, language cafe itp.
  • CHEOPS – główna organizacja studentów działająca na wydziale i organizująca większość wydarzeń. Dzieli się na komitety odpowiedzialne za poszczególne aktywności,
  • AnArchi – organizacja studentów kierunku architektura
  • VIA Urbanism – organizacja studentów kierunku urbanistyka

AnArchi i VIA Urbanism organizują wykłady, wycieczki pod kątem kierunku i imprezy integracyjne. Zdecydowanie warto śledzić tablicę ogłoszeń, bo praktycznie w każdym tygodniu za ich sprawą dzieje się coś ciekawego.

Życie w Holandii

Holandia to kraj bardzo otwarty na ludzi z innych krajów, o odmiennych zwyczajach czy kulturze. Na ulicach można usłyszeć prawdziwą mieszankę języków, nierzadko także i polski. Mimo to, wiele imigrantów mówi płynnie po holendersku. Migranci mieszkają tutaj od pokoleń, nikogo nie dziwi człowiek o nieeuropejskich rysach, płynnie mówiący po holendersku. Samo Eindhoven jest miastem, do którego napływa mnóstwo osób z zagranicy ze względu na wysoki poziom tutejszych uczelni oraz dobre warunki zatrudnienia w firmach szukających młodych specjalistów. Niestety wpływa to na warunki mieszkaniowe, czyli zmniejsza dostępność mieszkań. Bardzo trudno znaleźć pokój w mieszkaniu studenckim – często jest on drogi, a sam apartament dzieli się z kilkoma, a czasem nawet kilkunastoma osobami. Wiele tego typu ofert kierowanych jest tylko do Holendrów, ale mimo to warto śledzić grupy na Facebooku. Inną opcją jest skorzystanie z mieszkań oferowanych przez firmy zajmujące się wynajmem. Takie mieszkania najczęściej są jedno- albo dwuosobowe i oczywiście kosztują o wiele więcej. Uczelnia też oferuje pokoje dla studentów, jednak ich liczba jest ograniczona i trzeba zaaplikować jak najwcześniej się da, aby mieć szansę zdobycia jednego z nich. Ceny pokoi zaczynają się w okolicy 300 euro, a mieszkań (kawalerek/studiów) – 500 euro, górnej granicy cen natomiast chyba nie ma.

Komunikacja

Mieszkając w centrum miasta, wszystkie najważniejsze miejsca znajdują się w niedużej odległości, którą można pokonać rowerem w kilkanaście minut. Rower to zdecydowanie najlepsza i najbardziej komfortowa forma poruszania się po holenderskich miastach. Używany rower łatwo kupić, przeciętna cena to 50 euro kupując bezpośrednio od innej osoby lub 150 euro kupując w sklepie z używanymi rowerami. Od razu warto wyposażyć się w odpowiednie zabezpieczenie i za każdym razem przypinać rower do stojaków. Kradzieże rowerów lub ich części zdarzają się bardzo często, dlatego ogólnie nie warto kupować droższych rowerów. Parkingi rowerowe znajdują się przy większości budynków, a większe przy dworcach i gmachach użyteczności publicznej. Dzięki temu, że rowerów nie wnosi się do piwnic i są one zawsze pod ręką, korzystanie z nich staje się wyjątkowo komfortowe. Ze względu na ciągłe nastawienie na warunki atmosferyczne, są one często pordzewiałe i poobijane, jednak większości osób to nie przeszkadza. Ścieżki rowerowe są szerokie, jednokierunkowe, odizolowane od jezdni dla samochodów, dobrze oświetlone, oznaczone znakami lub kolorem. Przede wszystkim są bezpieczne i wygodne. Praktycznie w każde miejsce da się wygodnie dojechać rowerem, a do większości prowadzi wiele ścieżek do wyboru. Nawet na lotnisko w Eindhoven zawsze dojeżdżałam rowerem. Wiązało się to oczywiście z doprowadzoną tam świetną trasą rowerową, ale także wysoką ceną biletów na autobus.

Komunikacja publiczna jest bardzo droga – jednorazowy bilet na autobus w Eindhoven kosztuje € 4,75, a całodzienny € 6,00. Aby zminimalizować te koszty, dobrze jest wyposażyć się jak najwcześniej w OV-chipkaart, czyli kartę działającą jako bilet na komunikację publiczną w całym kraju, ale także pozwalającą na korzystanie z rowerów dostępnych na dworcach kolejowych czy dworcowych parkingów. Osobiście nie kupiłam tej karty ze względu na inną opcję taniego podróżowania, która została wycofana pod koniec mojego wyjazdu, a po mieście poruszałam się wyłącznie własnym rowerem. Myślę, że mimo to, karta bardzo szybko by się zwróciła, nawet pomimo nieintensywnego używania.

erasmus-w-eindhoven

Podróżowanie pomiędzy miastami potrafi być bardzo drogie, a studenci zagraniczni nie mają żadnej zniżki. Dla przykładu, bilet w jedną stronę z Eindhoven do Amsterdamu to wydatek €21. Mimo to, jest wiele sposobów, aby oszczędzić – kupowanie biletów dziennych w supermarketach, korzystanie z biletów grupowych czy oferty sklepu internetowego NS Spoordeelwinkel.

Pogoda

Pogoda jest chyba jedyną wada mieszkania w Holandii. Przez praktycznie cały wyjazd widziałam słońce zaledwie kilka razy. Normą natomiast było zachmurzone niebo, deszcz i mgła. Holendrzy wydają się być zupełnie odporni na takie warunki atmosferyczne, a rowerów wcale nie ubywa podczas deszczu czy wichury. Do braku słońca trzeba się przyzwyczaić, a nawet najdokładniejsze prognozy pogody przestają być w tym kraju wiarygodne.

Banki, karty

Po przyjechaniu do Holandii byłam bardzo zdziwiona, że moja świeżo wydana karta walutowa nie działa w większości sklepów. Jak się okazuje, supermarkety, automaty biletowe czy nawet stoiska na rynku akceptują wyłącznie karty z holenderskich banków, typu Maestro. Założenie konta w holenderskim banku jest bardzo proste, a kontakt z obsługą klienta dobry. Jest to o tyle ważny element życia w Holandii, że upoważnia do korzystania z płatności przez internet, szybkich transakcji czy automatycznych zleceń płatniczych. Wiele rzeczy czy usług można kupić tylko i wyłącznie korzystając z płatności przez iDeal (odpowiednik polskiego PayU czy Przelewy24), obsługującego praktycznie tylko holenderskie banki. Podczas semestru nieraz trzeba będzie zrobić zakupy jako grupa – na przykład kupić materiały do budowy makiety. Wiele wygodnych stron dzieli tego typu koszty i automatycznie przesyła odpowiednie kwoty pomiędzy osobami, jeśli mają oni konta w holenderskich bankach. Takie konto należy jednak zamknąć przed wyjazdem z kraju.

Jedzenie, codzienne zakupy

Ceny jedzenia są podobne do cen w Polsce (herbata, chleb, masło, jajka, piwo) lub wyższe (ser, bułki, napoje, mleko, jogurty) a jego jakość o wiele wyższa. Chleb jest świeży przez kilka dni, jajka są od kur z wolnego wybiegu, a do czipsów nie dodaje się w ogóle oleju palmowego. Jako wegetarianka uznałam jedzenie w Holandii za tańsze niż w Polsce, ze względu na liczne gotowe produkty wegetariańskie o niedużej cenie i dobrym smaku, gdzie w Polsce podobne rzeczy można znaleźć jedynie w dziale premium większych marketów, w oczywiście wysokiej cenie.

Wiele produktów codziennego użytku jest drogie (papier toaletowy, kosmetyki, szczoteczki do zębów itp.), jednak promocje zdarzają się bardzo często i głównie polegają one na otrzymaniu dwóch produktów w cenie jednego. W wielu supermarketach tego typu akcje oferowane są dla stałych klientów, więc warto wyrobić sobie kartę stałego klienta w każdym markecie znajdującym się w pobliżu. Oprócz tego, otrzymuje się wtedy na maila spersonalizowane oferty bazujące na dotychczasowych zakupach. Generalnie robienie zakupów w supermarketach w Holandii jest bardzo przyjemne, obsługa jest bardzo miła, nigdy nie czeka się długo w kolejkach. Często markety oferują miejsce gdzie można sobie wypić kawę i poczytać gazetkę z promocjami, punkt pakowania prezentów czy mikrofalówkę do odgrzania zakupionego jedzenia. Bardzo ważnym elementem każdego supermarketu jest też urządzenie do zwrotu butelek. Przy zakupie napojów do ceny produktu doliczana jest kaucja 25 centów za butelki plastikowe i 10 centów za szklane. Po wrzuceniu pustych butelek do urządzenia, można odebrać bon do odliczenia od ceny zakupów. Ekologia jest bardzo ważna dla Holendrów, dlatego recycling działa i jest stosowany przez wszystkich.

Jeśli chodzi o jedzenie w restauracjach, jest ono drogie i wszystko zależy od miejsca. Mimo to funkcjonują też tańsze sieci oraz mniejsze knajpy, gdzie można dostać coś ciepłego w niższej cenie. Paczka porządnych frytek to wydatek około €3. Poza tym, bardzo dużą popularnością cieszą się typowe dla Holandii punkty „Febo” wyglądające jak ścianka z mikrofalówek, z której, za niewielką opłatą można wyjąć sobie wybraną potrawę. Na uczelni funkcjonuje wiele restauracji lub barów, gdzie można zjeść coś ciepłego i smacznego. Zupę można dostać już za 50 centów, natomiast koszty kanapek często przekraczają 2 euro.

Język

Język holenderski jest melodyjny i przyjemny. Można wyróżnić w nim wiele akcentów oraz odmian. Ze względu na liczne podobieństwa do języka angielskiego i niemieckiego, stosunkowo łatwo się nauczyć jego podstaw. Wszystkie wiadomości urzędowe są tylko w języku holenderskim. Nazwy produktów w sklepach również. Praktycznie wszyscy Holendrzy jednak potrafią doskonale mówić po angielsku i chętnie pomagają w zrozumieniu danego komunikatu. Kontaktując się z różnymi instytucjami w języku angielskim również otrzyma się w nim odpowiedź. Mimo to, warto poznać podstawy holenderskiego – to w końcu taki ładny język!

erasmus-w-eindhoven

Zwiedzanie

Holandia to niesamowity kraj jeśli chodzi o kulturę, muzea, galerie sztuki, atrakcje turystyczne. Nie sposób odwiedzić wszystkich miejsc, a każde miasto ma coś ciekawego do zaoferowania. Zdecydowanie najlepszą decyzją, jaką można podjąć, jest zakup Museumkaart, czyli karty dającej darmowy dostęp do ponad 400 muzeów w całym kraju. Jest to jednorazowy koszt 60 euro (na rok), czyli zwraca się po odwiedzeniu 3-5 muzeów. Karta ta jest personalna, wysyłana na adres w Holandii i każdy jej właściciel ma swój profil na stronie internetowej, gdzie można zobaczyć listę już odwiedzonych obiektów oraz przeglądać miejsca warte odwiedzenia.

Holandia to kraj artystów, ale także niesamowitej inżynierii. Nie bez powodu mówi się, że bóg stworzył świat, ale Holendrzy stworzyli Holandię. Kraj o niesamowitej historii, z mroczną przeszłością kolonialną, o barwnej kulturze i niesamowitych pomysłach. Wspaniałe muzea opowiadają tą historię, często w sposób multimedialny, zawsze ciekawy i pochłaniający.

Same miasta są niezwykle piękne. Amsterdam z kanałami i kamieniczkami, Rotterdam z nowoczesną architekturą czy Haga rozwijająca się w ogromnym tempie, ale także Maastricht z bogatą historią i starymi kościołami, Den Bosch, Dordrecht, Utrecht, Delft, Nijmegen… A to tylko południe kraju. Holandia jest mała powierzchniowo, ale bardzo bogata w niezwykłe miejsca, które zdecydowanie warto odwiedzić.

Wydarzenia

Każdego dnia coś nowego dzieje się w Holandii, każdego dnia coś jakieś wydarzenie ma miejsce w Eindhoven. Pomimo, że miasto nie jest duże, mnóstwo instytucji kultury czy organizacji tworzy ciekawą ofertę wydarzeń. Niektóre miejsca, takie jak TAC Temporary Art Centre, czy Hub Eindhoven for Expats, same w sobie mają ciekawą ofertę eventów. W ciągu semestru zimowego w mieście odbywają się dwa najważniejsze wydarzenia: Dutch Design Week i festiwal światła Glow.

erasmus-w-eindhoven

Dutch Design Week jest ogromnym wydarzeniem, na które przybywają artyści i projektanci z całego świata. Całe miasto żyje tym festiwalem – oprócz oficjalnych wystaw i punktów programu, także mniejsze firmy czy miejsca przygotowują coś od siebie. Wydarzenie jest tak obszerne, że tydzień nie wystarcza do odwiedzenia wszystkich wystaw. Także uczelnie i firmy uczestniczą w festiwalu, przygotowując swoje punkty programu. Dla uczestników przygotowane są festiwalowe rowery, darmowe autobusy i taksówki wystrojone w produkty współczesnego designu. Liczne pawilony czy większe instalacje rozsiane są po całym mieście.

Glow jest porównywalnie mniejszym festiwalem, choć wciąż zdecydowanie wartym zobaczenia. Od wieczora do północy przez cały tydzień prezentowane są instalacje multimedialne, wokół których zaprojektowano specjalną ścieżkę. Wydarzenie jest zupełnie darmowe, ale wadą jest ogromny tłum, utrudniający zobaczenie wszystkich instalacji.

erasmus-w-eindhoven

Na TU/e odbywa się jeszcze więcej wydarzeń – od większych kongresów i targów, po jednorazowe wykłady I prezentacje. Większość z nich organizowana jest przez organizacje studenckie i jest darmowa dla studentów, choć część wymaga niewielkiej opłaty aby wziąć udział. Wydarzenia, w których ja wzięłam udział:

  • Bouwkunde Bedrijvendagen – dni kariery wydziału Built Environment, gdzie oprócz targów pracy odbywają się ciekawe wykłady i warsztaty, a studenci mają możliwość porozmawiać z potencjalnymi pracodawcami
  • kongres Shifting Perspectives – łączący tematykę architektury z zupełnie innymi branżami, a wykłady prezentowane są przez specjalistów w swoich dziedzinach

Inne wydarzenia to: spotkania nazwane CheopsX (inspirowane wykładami TEDx), lunch lectures odbywające się kilka razy w tygodniu czy liczne sympozja. Okazjonalnie organizowane są też różnorakie warsztaty i kursy, na przykład nauki programów komputerowych. Organizacje studenckie zapraszają też na wycieczki do na przykład siedzib firm albo biur architektonicznych i urbanistycznych.

Jednym z ciekawszych wydarzeń, w których udało mi się wziąć udział były warsztaty zorganizowane podczas Dutch Design Week, we współpracy z uczelnią z Delft, dotyczące przyszłości mieszkaniowej Eindhoven i budowy wieżowców w centrum miasta. Jednym z prowadzących te spotkania był Winy Maas z MVRDV, innymi przedstawiciele The Why Factory, a nad wszystkim czuwali prowadzący z TU/e. To było niesamowite przeżycie, spotkać światowej sławy architektów.

Podsumowanie

Nauka w Holandii jest bardzo intensywna. Czas marnowany na nieistotne aktywności jest ograniczony do minimum, a praca w grupach wymaga motywacji i zaradności. Ani studenci z Erasmusa, ani pozostałe osoby przyjeżdżające na studia z innych krajów, nie otrzymują „taryfy ulgowej”, dlatego wyjazd na Erasmusa do Eindhoven poleciłabym tym, którzy gotowi są do intensywnej pracy i wykazują się dużą samodzielnością. Spora ilość wolnego czasu sprzyja poznawaniu kraju i kultury, ale wymaga umiejętnego planowania, aby nie pozostać w tyle z zadaniami i materiałem do nauki. Świetne warunki zachęcają do pracy, a prowadzący są bardzo zaangażowani w swoje zajęcia. Wszystko jest doskonale usystematyzowane, choć zrozumienie wszystkich elementów, takich jak system Osiris, Canvas czy MyTUe zajmuje trochę czasu. Pytanie innych studentów o każdą drobnostkę może być dla nich uciążliwe, więc warto być samemu doskonale zorganizowanym, zapisywać wszystkie terminy i wytyczne do zadań i dowiadywać się o wszystkim bezpośrednio od prowadzących. Ze względu na częste zmiany przedmiotów, grup i dużą ilość studentów, nie istnieje jedna grupa na Facebooku, skupiająca wszystkie problemy i rozterki studentów.

Samo Eindhoven to miasto nieduże, a mimo to znane na całym świecie, nie tylko ze względu na piłkę nożną. To tutaj miały miejsce jedne z większych odkryć historii techniki, tu powstały liczne wynalazki, do dziś znajdujące swoje zastosowanie. Obecnie miasto identyfikuje się z nazwą „Brainport”. Podobno kiedyś jakiś dziennikarz nazwał Eindhoven najbrzydszym miastem w Holandii. Nie wiem, na ile to prawda, ale jeśli lubi się postindustrialny charakter, oferowany przez dawne zabudowania Philipsa, całkiem niemało zieleni (jak na Holandię zwłaszcza), sztukę w przestrzeni miejskiej czy żyjące ulice (także nocą), to zdecydowanie polubi się i Eindhoven. Bardzo łatwo przyzwyczaić się do tego miasta, trudniej później z niego wrócić.

Więcej

Dwa wypady z Barcelony – Girona i Figueres oraz Montserrat

Jeśli wydawało Wam się, że przedstawiłam na tym blogu dostatecznie dużo miejsc do zobaczenia w Barcelonie i na pewno nic więcej nie zmieściłoby się w czasie jednotygodniowego pobytu, tym wpisem Was zaskoczę. Barcelona to tylko jeden z powodów, dla których warto odwiedzić Katalonię, a mnóstwo kolejnych można doświadczyć nie oddalając się od miasta dalej niż krótka podróż pociągiem.

Jeśli nie zapoznaliście się jeszcze z poprzednimi wpisami, zdecydowanie zachęcam do nadrobienia zaległości:

  1. Barcelona i Gaudi – ten wpis zabierze Was do magicznego świata dzieł Antoniego Gaudiego, zobaczycie La Sagradę Familię, Park Güell i kilka budynków mieszkaniowych zaprojektowanych przez architekta
  2. Barcelona bez Gaudiego – tutaj przeczytacie o średniowiecznej części miasta i o miejscach, które warto zobaczyć w historycznym centrum

Dzisiejszy wpis jest trzecim i tym samym ostatnim wpisem z serii. Liczę na to, że Wam się spodoba J.

 

Wypad 1: Figueres i Girona

Figueres

Te dwa miasta znajdują się na północ od Barcelony i wbrew temu co mówią podręczniki turystyczne i strony internetowe próbujące opchnąć wycieczki za duże pieniądze… można tam bez problemu dojechać pociągiem. Figueres znajduje się niecałe dwie godziny drogi od Barcelony, a pociąg przejeżdża właśnie przez Gironę. My zaczęliśmy od Figueres, ponieważ znajduje się tam muzeum, które bardzo chcieliśmy zobaczyć.

Postaci Salvadora Dalí nie trzeba nikomu przedstawiać. Ten niezwykły twórca zostawił po sobie mnóstwo dzieł, które wyraźnie zapisały się na kartach historii sztuki. Choć jego obrazy podziwiać można na całym świecie, jest kilka miejsc, które szczególnie powinny zainteresować fanów jego twórczości. Jedno z nich właśnie znajduje się w Figueres i mieści się w budynku wybudowanym w miejscu dawnego teatru. Stąd zresztą pochodzi nazwa: Dalí Theatre-Museum.

Z dworca bez problemu można dojść do muzeum na pieszo. Figueres nie jest dużym miastem i oprócz muzeum nie zawiera innych znaczących atrakcji turystycznych. Mimo to, wciąż zachęca tłumy turystów do zobaczenia tego nietypowego budynku. Już z daleka widać, że jest to obiekt niezwykły. Czerwona elewacja udekorowana jest dziwnymi ornamentami, a na szczycie przylegającej do budynku wieży umieszczono gigantyczne jaja. Jeszcze przed wejściem do środka można doświadczyć surrealizmu, tworzonego przez Salvadora Dalí.

Wewnątrz prezentowane są dzieła artysty, a także i innych twórców, jednak i sam budynek jest niezwykły. Pomimo nowej funkcji, zachował on formę teatru, jednak z atrium w miejscu widowni oraz przestrzenią prezentującą największy obraz w miejscu sceny. Mniejsze dzieła umieszczone są w korytarzach okrążających serce budynku oraz kilku pomieszczeniach. Ważną, wręcz integralną częścią muzeum, są instalacje multimedialne, zawierające ruchome elementy, grę świateł czy złudzenia optyczne. Nie chcę ich opisywać, aby nie zepsuć nikomu niespodzianki. Chciałabym jednak podkreślić, że będąc w Barcelonie zdecydowanie warto poświęcić jeden dzień podróży na zajrzenie i do Figueres.

  

Oprócz głównego muzeum-teatru, w sąsiadującym budynku znajduje się ciąg dalszy twórczości Salvadora Dalí – zaprojektowana przez niego biżuteria i inne niewielkie przedmioty. Jak łatwo się domyślić, daleko im do typowych tworów, jakie można zobaczyć w sklepach.

  

Girona

Do Girony trafiliśmy wczesnym wieczorem i ku naszemu zdziwieniu, wszystkie sklepy były zamknięte, a miasto prawie że umarłe. To piękne, historyczne miasteczko, okazało się mniej pasjonujące niż się spodziewałam, ale wciąż miało w sobie jakiś drobny urok.

Chyba najważniejszym obiektem w Gironie jest katedra. Gotycka świątynia posiada bardzo nietypową elewację do której prowadzą długie schody, kończące się niewielkim placem. Wnętrze budynku jest również niezwykłe – według dostępnych źródeł jest to kościół o najszerszej nawie na świecie – 22 metry. Dla zwiedzających dostępny jest audioguide, opowiadający w sposób bardzo szczegółowy o budynku oraz znajdujących się w nim ołtarzach, dziełach, pamiątkach.

Drugą znaną atrakcją turystyczną Girony są historyczne mury miejskie. Aby do nich dotrzeć, trzeba pokonać drogę w górę przez miasto, przespacerować się po wąskich i krętych uliczkach i wspiąć się po licznych stopniach schodów. My niestety dotarliśmy tam już po zmroku, a wtedy miejsce wydawało się być naprawdę niebezpieczne, zwłaszcza ze względu na bardzo słabe i wybrakowane oświetlenie. Warto było jednak zobaczyć widok roztaczający się na miasto z tak wysokiego punktu.

   

 

Wypad 2: Montserrat

Kolejną rzeczą, którą szkoda by było przegapić, będąc w Barcelonie, jest Montserrat. Montserrat jest pasmem górskim, znajdującym się kilkadziesiąt kilometrów na północ od Barcelony. Miejscem przyciągającym najwięcej turystów jest opactwo benedyktynów (Monistrol de Montserrat), zlokalizowane pomiędzy szczytami, a bardzo łatwo dostępne za pomocą środków komunikacji publicznej. Ja szczególnie poleciłabym odwiedzić góry dla samej radości obcowania z naturą i ucztą dla oka jaką jest jej piękno.

Aby dostać się do opactwa w górach, trzeba najpierw wsiąść w pociąg regionalny docierający do stacji u podnóża Montserrat. Stamtąd w górę prowadzi kolejka górska oraz pociąg górski zwany Cremarella. My skorzystaliśmy z drugiej opcji, ponieważ kolejka była zamknięta. Przy możliwości wyboru, prawdopodobnie i tak wzięłabym pociąg – wbrew pozorom to z niego roztacza się niesamowity widok. Aby w pełni go podziwiać, polecam zająć miejsce przy oknie od strony drzwi do pojazdu.

Oczywiście najlepszym doświadczeniem jest dotarcie tam na pieszo. Według opisów dostępnych w Internecie, trasa jest dość prosta i zajmuje około półtora godziny w jedną stronę. Konieczne jest wtedy odpowiednie obuwie oraz zapas wody, nie mówiąc już o dodatkowym czasie, czyli wyruszeniu w drogę odpowiednio wcześniej. My zrezygnowaliśmy z tej możliwości.

Opactwo benedyktynów jest oblegane przez turystów przez cały rok. Z tego powodu, oprócz klasztoru, odwiedzić tam można muzeum, liczne sklepy z pamiątkami, a nawet sklep spożywczy. Sam kościół Santa Maria de Montserrat jest niewielki, acz ciekawy. Charakterystycznym elementem jest ogromnej długości sznur turystów pragnących dotknąć świętego obrazu Dziewicy z Montserrat. Jak się łatwo domyślić, nie zasililiśmy szeregu oczekujących.

  

Zamiast tego udaliśmy się do jednej z dwóch kolejek górskich, prowadzących w dalsze rejony Montserrat. Pierwsza z nich, prowadząca do kolejnego miejsca kultu – Santa Cova, była zamknięta. My pojechaliśmy w górę, w kierunku najwyższego szczytu Montserrat – Sant Jeroni. Kolejka w tę stronę to tak właściwie kolejka na Sant Joan, pozwalająca oszczędzić prawie 250 metrów wspinaczki na szczyt. Wtedy, do najwyższego punktu pasma górskiego pozostaje już tylko 370 metrów, które może zrobić nawet wymęczony bieganiem po muzeach turysta w trampkach (oczywiście nie polecam braku odpowiedniego obuwia!).

Osoby zastanawiające się nad zorganizowaniem sobie podobnej wycieczki prawdopodobnie mają w głowie pytanie: a jak wyglądają kwestie finansowe? Tyle rozmaitych środków transportu, dodatkowe kolejki górskie, przesiadki… Wbrew pozorom jest to jednak zupełnie proste! Na większych dworcach i stacjach metra oraz w punktach informacji turystycznej można kupić bilety zawierające wszystkie środki transportu do i w rejonie Montserrat. W zależności od pożądanych elementów, ceny oczywiście się różnią. My kupiliśmy bilet o nazwie Trans Montserrat, zawierający praktycznie wszystkie dostępne środki transportu, za 31,60 euro od osoby (wliczając dojazd metrem do dworca z którego odjeżdżał pociąg z Barcelony).

Tutaj chciałabym jeszcze dopisać po raz trzeci słowa rozczarowania wiedzą pracowników punktu informacji turystycznej. Kupując bilet Trans Montserrat, pani przy kasie z przekonaniem stwierdziła, że nie jest on zbyt opłacalny, ponieważ żadna z kolejek nie funkcjonowała w okresie, kiedy chcieliśmy odwiedzić Montserrat. Oczywiście nie było to prawdą – wszystkie źródła internetowe wyraźnie mówiły, że kolejka na Sant Joan jest w pełni sprawna i dostępna dla turystów. Potwierdziliśmy to na miejscu. Morał z tego jest taki, że nie warto ufać informacji turystycznej w Barcelonie.

   

   

  

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę, jak wielu miejsc i budynków w centrum Barcelony nie udało nam się odwiedzić, wciąż uważam, że te dwa krótkie wypady były warte poświęconego czasu i pieniędzy. Muzeum-Teatr Dali w Figueres jest niezwykłym miejscem, którego nie sposób zapomnieć. Girona ma swój urok – w końcu nie bez powodu miasto to stało się tłem kilku scen Gry o Tron. Montserrat natomiast stał się fantastyczną odskocznią od dużego miasta – zwłaszcza spacer po wytartym szlaku, który z całą pewnością zachwycił tysiące osób przed nami.

Więcej

Barcelona bez Gaudiego, czyli co jeszcze warto zobaczyć

W ostatnim wpisie opowiadałam o wycieczce do Barcelony i dziełach Antoniego Gaudiego, które można tam zobaczyć. Jak to bywa w przypadku dużych miast, w Barcelonie jest o wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia i dzisiaj chciałabym przybliżyć część z nich. Skupię się głównie na najstarszej części miasta, zlokalizowanej bliżej morza i reprezentującej o wiele inny styl i nastrój niż opisana wcześniej dzielnica Eixample.

Więcej

Dzieła Gaudiego, które warto zobaczyć w Barcelonie

dzieła Gaudiego które warto zobaczyć w Barcelonie

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie planując wakacje latem wybierają kraje o cieplejszym klimacie, aby kleić się potem i przeciskać pomiędzy turystami, natomiast zimą uciekają od mrozu do jeszcze większego mrozu. Ja polecam zupełnie inny kierunek na styczeń czy luty – Barcelonę. Wraz z narzeczonym udało nam się odwiedzić to wspaniałe miasto na początku stycznia i było to doświadczenie tak wspaniałe, że zdecydowanie musimy je potówrzyć. Dodatkowo, postanowiłam napisać serię wpisów prezentujących piękno stolicy Katalonii (oraz okolic) oraz ciekawe miejsca, które zdecydowanie warto odwiedzić. Aby uporządkować tę naprawdę ogromną listę, postanowiłam uciec od chronologii i geografii, a bardziej skupić się na tematyce. Zacznę więc od najbardziej typowego powodu, dla którego każdego roku tłumy turystów tłoczą się na ulicach Barcelony – od twórczości Antoniego Gaudiego.

Więcej

Warszawa – muzea i inne atrakcje, czyli co miłośnik kultury zobaczyć powinien

warszawa muzea

Jak część z Was pewnie wie, w wakacje przez miesiąc mieszkałam w Warszawie, odbywając tam praktykę w biurze architektonicznym. Było to dla mnie naprawdę ciekawe i rozwijające doświadczenie, które było warte wszystkiego, włącznie z niemałym stresem tuż przed wyjazdem i komplikacjami logistycznymi (wliczając w to dojazd z Monachium przez Pragę, Cieszyn, Kielce i… Gdańsk). W końcu jednak trafiłam do stolicy – miejsca dotąd znanego mi z wycieczek szkolnych i stereotypów zasłyszanych w internecie.

Więcej

Amsterdam

amsterdam

Wreszcie udało mi się odwiedzić miasto, które od niepamiętnych czasów dumnie zajmowało pierwsze miejsce na mojej liście miast do zobaczenia. Amsterdam. Piękna stolica Holandii, znana z baśniowych widoków kamieniczek, ulokowanych wzdłuż kanałów, rowerów poprzypinanych do każdego możliwego elementu nieruchomego i wąskich ścieżek i zakamarków pomiędzy budynkami. Miasto artystów, jeden z najważniejszych ośrodków kultury, wypełnione muzeami i galeriami, pomnikami i rzeźbami. Miejsce, gdzie na każdym metrze kwadratowym można znaleźć dzieło sztuki, za to nietrudno zgubić siebie, nie tracąc przy tym niczego poza widokiem jednego pięknego miejsca na korzyść drugiego.

Prognoza pogody zapewniała mnie o dwudziestoprocentowej szansie opadów, co w klimacie amsterdamskim oznaczało mniej więcej, że miało padać cały dzień. Deszcz nie zmniejszył jednak tłumów snujących się między kamieniczkami. Nawet przy większej ulewie co bardziej przyzwyczajeni wyglądali na zupełnie nie poruszonych swoim moknięciem. Tylko sklepiki z pamiątkami czy kwiatami pozakrywane zostały plastikowymi szmatami. Tam można było kupić wszystko – od typowych pocztówek, figurek i przewodników po pudełka na stroopwafle, drewniane tulipany i lizaki z marihuaną. Zapach tej ostatniej unosił się w całym mieście, często przerywany wonią soczystego, dojrzewającego sera prosto ze sklepu, który całą swoją dekoracją wnętrza i zewnętrza przekazywał konkretny komunikat – tutaj sprzedaje się ser.

Regularny i charakterystyczny układ ulic i kanałów Amsterdamu sprzyja gubieniu się, nawet jeśli wyznaczona droga prowadzi prosto, bez zakrętów. A może to te kanały wabią swoim urokiem do tego stopnia, że nie da się bezrefleksyjnie ich minąć, tylko trzeba kawałek przejść wzdłuż, potem urokliwym mostem pełnym rowerów i z powrotem, żeby jeszcze drugi rząd kamieniczek zobaczyć w całej okazałości z przeciwległego brzegu. Skończyło się na tym, że zanim dotarłam do miejsca, w którym znajdują się najważniejsze muzea, minęły dwie czy nawet trzy godziny.

amsterdam
amsterdam


Kiedy miasto samo się prosi, aby je pokochać…

amsterdam
amsterdam


Czy wspominałam już rowery?

amsterdam
amsterdam


Tak, będę robiła zdjęcie przy każdym kolejnym kanale.

amsterdam


Kiedy myślisz sobie, że na pewno uda ci się zrobić zdjęcie słynnego napisu podczas ulewy. Na pewno nie będzie na nim żadnych ludzi.

Przybyłam tam z pełną świadomością, że nie odwiedzę tych wszystkich wspaniałych gmachów, wypełnionych niesamowitościami, jednego dnia. Wybór pomógł mi podjąć portfel, gdyż tylko jedno z muzeów oferuje zniżkę studencką – Stedelijk Museum, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej. Dwa pozostałe ze świętej trójcy – Rijksmuseum i Muzeum van Gogha zobaczę, kiedy uda mi się wyrobić kartę muzealną uprawniającą do bezpłatnego wstępu do muzeów przez cały rok. Wybór był idealny – wizyta w tym obiekcie zajęła mi dokładnie tyle czasu, ile pozostało od mojego przyjścia do jego zamknięcia.

W Stedelijk Museum spodziewałam się przede wszystkim Mondriana i van Doesburga, twórców kierunku De Stijl. Nie zawiodłam się. Co więcej, wyeksponowano słynne krzesło Rietvelda, a także jego makiety domu Schröder w Utrechcie, wraz z zachowanymi oryginalnymi elementami wyposażenia. Poza tym Malewicz, Kandinsky, Cézanne… czego innego można się spodziewać po muzeum tej klasy? Poznałam też paru nowych dla mnie artystów – jak Miguel-Ángel Cárdenas, Aslan Gaisumov czy Otobong Nkanga. Jedna z wystaw poświęcona została twórczości Edwarda Krasińskiego – trójwymiarowe kompozycje z wiszącymi elementami czy niebieską taśma adhezyjną wypełniały swoim oddziaływaniem całe pomieszczenia.

amsterdam


Poznajecie tę piękność? Tak, to oryginał z lat dwudziestych.

amsterdam


Wiszące lustra Krasińskiego

amsterdam


To jest zdjęcie przedstawiające chwilowy brak deszczu na zewnątrz.

Amsterdam to miasto niezwykłe. Ten jeden dzień minął tak szybko, że tak naprawdę w ogóle nie zdążyłam poznać tego miejsca. Pięknie zdobione elewacje kamieniczek wciąż wydają mi się bajką, a nie rzeczywistością. Ktoś powie, że przecież takie mamy w Gdańsku. Nie, nie. W Amsterdamie można iść bez końca, zagłębiać się w wąskie uliczki i przechodzić przez kolejne mosty a ten uroczy widok nie mija. Mnóstwo zieleni – kwiatów i krzaków w każdej formie, czy to wiszącej czy doniczkowej – dodaje malowniczości do nawet najciemniejszego kąta. Wycieczkowe łódki wypełnione turystami snują się po wodzie, a kramy oferują naprawdę najdziwniejsze pamiątki (moją ulubioną będą chyba pluszowe drewniaki – kapcie). Gdzieniegdzie pojawiają się tramwaje czy autobusy, ledwo przeciskające się pomiędzy turystami przeskakującymi z jednej krawędzi jezdni na drugą. Do tego jeszcze umieszczone w kluczowych punktach mobilne organy z rzeźbionymi figurkami, oferujące nietypową melodię.

Odwiedziłam wreszcie moje top1 miasto na liście do odwiedzenia… i wcale nie zamierzam go odhaczyć jako „zaliczone”.

amsterdam
amsterdam

 

amsterdam

 

amsterdam

Handel pamiątkami w Amsterdamie mógłby być materiałem na osobny wpis. Zdjęcie po prawej przedstawia na przykład… solniczki.

amsterdam


amsterdam


Nie ma nic gorszego niż nocne zdjęcia „z ręki”, wiem. Po prostu oświetlenie ratusza jest tak piękne, że postanowiłam umieścić dokładnie to zdjęcie – mimo, że zrobiłam i wersję „za dnia”.

Więcej

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum Emigracji w Gdyni miałam odwiedzić już dawno, jednak to zadanie ciągle schodziło na dalszy plan. Przecież obiekt będzie na miejscu zawsze, podczas gdy ogrom wydarzeń i rzeczy do zrobienia na wczoraj nie poczeka. W końcu jednak znalazł się bodziec do odwiedzenia nadmorskiego gmachu. Wyjeżdżam pod koniec sierpnia na pół roku z Polski, a do tego czasu praktycznie każdy dzień mam ściśle zaplanowany. To ostatni moment aby dowiedzieć się, dlaczego muzeum o dość kontrowersyjnym w Polsce temacie cieszy się popularnością pośród ludzi o bardzo zróżnicowanych poglądach. Słyszałam zbyt wiele pozytywnych opinii o tym obiekcie, aby darować sobie jego odwiedzenie.

Muzeum mieści się w dawnej siedzibie Dworca Morskiego przy samym porcie. Dzięki temu, odwiedzając ten budynek można nacieszyć oko malowniczymi widokami. Obok cumują ogromne promy-wycieczkowce, których widok również może zainteresować niejedną osobę. Sam gmach jest bardzo modernistyczny, zgodnie z dominującym stylem Gdyni. Wewnątrz, oprócz głównej funkcji obiektu, znajduje się księgarnia oraz restauracja. Bilety wstępu są tanie, ja zapłaciłam 6 zł. Dla odwiedzających dostępne są toalety oraz szafki.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Czas na najważniejszą część: wystawy. Zaprojektowano je w sposób współczesny, korzystający z dobrodziejstw nowych mediów i technologii. Oprócz powszechnie znanych ekranów mutimedialnych, rzutników i efektów dźwiękowych, zastosowano kilka elementów których nie spotkałam do tej pory w innych muzeach – na przykład projekcja obrazu na wypuszczanym dymie, czy zdjęcia zmieniające się w zależności od kierunku patrzenia. Oczywiście znalazło się też miejsce na mnóstwo elementów nie wykorzystujących elektroniki – na dekoracje rodem ze statków, na zgromadzone pamiątki po emigrantach czy nietypowe elementy wykończenia wnętrz. Moim ulubionym była ściana ziemniaków dekorująca pokój opowiadający o dobrodziejstwach jakie warzywo przyniosło polskim wsiom.

Ta multimedialność momentami jednak stawała się problematyczna. Już podczas wejścia okazało się, że w bazie nie ma mojego zakupionego przed paroma minutami biletu. Wszechobecne ekrany dotykowe nie działały zbyt płynnie. Dodatkowo wielokrotnie po prostu nie wiedziałam czy mam coś nacisnąć palcem, przeciągnąć czy w inny sposób uruchomić kolejny widok. Z niejednej słuchawki nie wydobywał się żaden dźwięk, nawet po naciśnięciu czegoś co wyglądem przypominało przycisk. W jednej z pierwszych sal przedstawione zostały języki kilku kultur poprzez nagranie wydobywające się z głośnika skierowanego na konkretne pole. Aby je usłyszeć, trzeba było stanąć w niewielkim okręgu narysowanym na posadzce. Byłam jedyną osobą spośród kilku obecnych w tej sali, która w ogóle zauważyła ten element wystawy. A szkoda – moim zdaniem był to naprawdę ciekawy zabieg.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Ktoś napisał w internecie, że na zwiedzenie muzeum należy przeznaczyć około półtorej godziny. Nie rozumiem, na czym takie zwiedzanie miałoby polegać – na obejściu gmachu dookoła czy na wyścigu, kto pierwszy dobiegnie do wyjścia. Mi odwiedzenie Muzeum Emigracji zajęło około czterech godzin, podczas których czytałam tylko wybrane teksty i nie robiłam dłuższych przerw. Myślę, że osoba zafascynowana tematem spokojnie znalazłaby tam content aby poświęcić na zgłębianie się w nim cały dzień.

Głównym tematem muzeum jest emigracja Polaków, skupiająca się głównie na podróżach za ocean. Od analizy przyczyn, czyli trudnej sytuacji w kraju i panującej biedy, do sytuacji emigrantów już po osiedleniu w nowym miejscu, poprzez długą drogę morską. Muzeum Emigracji to obszerna baza wiedzy, z której można dowiedzieć się o warunkach sanitarnych na statkach, którymi przewożono ogromne grupy ludzi, o obowiązkowych kontrolach medycznych czy zrywanych więziach z rodziną. Wydarzenia historyczne przedstawiono w sposób chronologiczny, co jest jak najbardziej prawidłowe dla każdego muzeum. Jedyne czego mi momentami brakowało to mapki ilustrujące zagadnienie o którym można przeczytać. Nie każdy musi wiedzieć, na przykład, które tereny należały do Galicji, zwłaszcza jeśli przyjechał do Polski zza granicy. Tutaj oczywiście warto podkreślić, że ogromnym plusem wystawy jest wersja angielska wszystkich tekstów i tłumaczenie nagrań.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum przedstawia także historię kultury i nauki, tworzoną przez polskich emigrantów. Napływ ludności w znacznym stopniu wpłynął na dzieje tamtych terenów. Poprzez wojny, opowieść przechodzi do czasów najnowszych i wydarzeń, które obecnie kształtują migracje ludności.

Podsumowując – wizyta w Muzeum Emigracji w Gdyni była wartościowym doświadczeniem. Spodziewałam się trochę bardziej czegoś podobnego do muzeum Red Star Line w Antwerpii, gdzie przedstawione zostały losy podróży ludzi wielu narodowości – emigrantów z praktycznie całej Europy. Tam wystawa przedstawia dane dotyczące jednej linii morskiej. Tutaj, w Gdyni, mamy do czynienia z historią ludzi, którzy wyruszyli z małych polskich wsi, aby po żmudnej podróży pociągiem skorzystać z europejskich portów. Historia sięga daleko przed czasy istnienia portu w Gdyni, ale właśnie dzięki temu można lepiej zrozumieć, jak bardzo był on potrzebny i dlaczego jego budowa była tak ogromnym wydarzeniem w historii Polski.

Jednocześnie mam wrażenie, że wystawa główna jest dość nieśmiała. Opisanych jest kilka kontrowersji (np. handel ludźmi), jednak zwinnie uniknięto tematów, które aktualnie poróżniają społeczeństwo. Być może to po wizycie w Muzeum II Wojny Światowej mam wciąż w głowie to uczucie, że muzeum powinno oprócz przekazywania wiedzy historycznej także kształcić światopoglądowo. Tutaj po prostu zabrakło mi jakiegoś wniosku. Historia toczy się dalej, a mnie nikt nie postawił pod ścianą z wielkim napisem zmuszającym do refleksji. Chyba zbyt leniwa się zrobiłam.

Niemniej jednak, w moim ogólnym rozrachunku, jest to bardzo dobre muzeum.

Muzeum Emigracji w Gdyni
Więcej

Muzeum II Wojny Światowej

O Muzeum II Wojny Światowej słyszał już chyba każdy. Wybudowana niedawno, wyróżniająca się pod każdym względem bryła, wzbudziła wiele kontrowersji. Sama śledziłam losy Muzeum, w tym wypowiedzi polityków grożących jego zamknięciem lub zmianą. Pamiętam, że w pewnym momencie padło nawet hasło, że wystawy prezentują historię z nie-polskiego punktu widzenia. Z jednej strony, wypowiedź ta wzbudziła wiele refleksji nad interpretacją czegoś, co powinno być faktem; z drugiej jeszcze bardziej zachęciła do odwiedzenia tego miejsca jak najszybciej. I w końcu, kilka dni temu, w mediach rozeszła się informacja, że muzeum zostanie otwarte 23 marca – ogłosił to dyrektor muzeum, Paweł Machcewicz, podczas gali wręczenia nagród Splendor Gedanensis.

muzeum ii wojny światowej

Jest to wspaniała wiadomość. Budynek jest niesamowity, a wystawę główną oceniam jako jedną z lepszych multimedialnych, jakie widziałam. Muzeum II Wojny Światowej odwiedziłam w ten weekend – tam właśnie odbyło się połączone spotkanie Tweetup (spotkanie użytkowników serwisu Twitter) i Instameet (-Instagram). Dzięki temu, sporą grupą, mogliśmy zwiedzić wystawę i na bieżąco dzielić się ze światem wrażeniami.

Główna wystawa mieści się w całości pod ziemią i zajmuje ogromną powierzchnię. Do rozdzielonych tematycznie przestrzeni prowadzi długi, wysoki korytarz, stanowiący pewną oś części podziemnej.

Tematyka wystaw dotyczy całej drugiej wojny światowej, konfliktów w Polsce i na świecie. Nie ogranicza się tylko do tematów mających bezpośredni wpływ na losy Polski, a przedstawia także elementy historii ważne dla innych części świata, często nawet nie wspominanych w szkolnych podręcznikach.

muzeum ii wojny światowej

W dużym stopniu skupia się na życiu ludności cywilnej podczas wojny – przedstawia losy przesiedleńców, pracowników, ludzi umieszczonych w obozach zagłady. Na multimedialnych wyświetlaczach można śledzić poszczególne bitwy oraz czytać bardziej szczegółowe informacje dotyczące postaci historycznych, użytych środków, zachowanych źródeł.

Szczególnie dokładnie zobrazowane zostały społeczne aspekty wojny – prześladowania poszczególnych grup, postawy wobec rządzących, wyniszczający wpływ konfliktów zbrojnych na wszystkich ludzi. Dzięki dużej liczbie eksponatów oraz historycznych źródeł, nie trudno to sobie wyobrazić.

muzeum ii wojny światowej

   

muzeum ii wojny światowej

Przedstawiona została także sytuacja na świecie tuż po wojnie. Liczne przesiedlenia, migracje, warunki ekonomiczne, żelazna kurtyna, procesy norymberskie. Oczywiście lwia część wystawy dotyczy Polski, ale nie zabrakło informacji o tym, co w międzyczasie działo się w pozostałych częściach Europy i świata. To właśnie tworzy wrażenie kompletności przekazu – dzięki poznaniu tła i sytuacji w innych miejscach, można lepiej zrozumieć warunki panujące wtedy w naszym kraju.

Ze względu na treść, wystawa może być nieodpowiednia dla małych dzieci. Dla nich, wydzielona została część opowiadająca o życiu rodziny podczas wojny oraz o tym, jak ta sytuacja wpłynęła na jej losy. Mimo przeznaczenia dla najmłodszych, te pomieszczenia również mogą zobaczyć pozostali odwiedzający – jakością nie odbiegają od reszty elementów ekzpozycji.

Wystawa daje bardzo konkretny i jasny przekaz – wojna jest zła. Wszystkie informacje zostały przedstawione w sposób rzeczowy, często brutalny. W niektórych częściach wystawy można posłuchać opowieści świadków tych zdarzeń. Nie tylko Polaków, ale także np. Niemców.

muzeum ii wojny światowej

Elementem wzbudzającym potrzebę zobaczenia kolejnej sali jest staranne rozplanowanie wszystkich pomieszczeń. Niektóre z nich stanowią odrębną całość, wydającą się być blokiem wyjętym z głównej ekspozycji. Wchodząc do nich można odnieść wrażenie zanurzenia się w opowiadanej historii. Zostało to osiągnięte dzięki zastosowaniu materiałów imitujących konkretne ściany, zmianom posadzki i oświetlenia. Nie można też zapomnieć o wrażeniach dźwiękowych. Soundscape w obiekcie jest nienachalny; za to momentami potrafi poruszyć do łez.

Muzeum zostało zrobione na światowym poziomie i zgodnie z tego wymaganiami, wszystkie teksty i nagrania zostały przetłumaczone na język angielski. Dzięki temu, turyści odwiedzający Gdańsk, osoby przybywające tutaj z zagranicy w celach biznesowych czy edukacyjnych, będą mogły spokojnie stać się gośćmi wystawy. Budynek może zostać celem dla osób zafascynowanych historią, planujących następnie odwiedzić Europejskie Centrum Solidarności.

Jest wiele muzeów dotyczących drugiej wojny światowej, ale większość z nich opisuje pojedyncze zdarzenia, miejsca, postacie. Potrzebny był obiekt, który opowie o całości historii, ogólniej, i Gdańsk jest idealnym do tego miejscem.

muzeum ii wojny światowej

Czy polecam wizytę w Muzeum II Wojny Światowej? Nie. Ja Was, drodzy czytelnicy, wręcz zmuszam do zobaczenia tej wystawy! Tylko zarezerwujcie sobie co najmniej cztery godziny czasu. Ja na pewno jeszcze odwiedzę ten obiekt po otwarciu, aby przeczytać wszystkie opisy i ponownie zagłębić się w historię drugiej wojny światowej.

Więcej

Sztokholm zimą odc. 2/2

Sztokholm to niesamowite miasto. Mogliście o tym przeczytać w moim poprzednim wpisie, opowiadającym o ogólnych wrażeniach oraz pierwszym dniu spędzonym w stolicy Szwecji. Dzisiaj skupię się już tylko na atrakcjach. Jeśli planujecie odwiedzić to piękne miejsce, koniecznie przeczytajcie o tym, co warto w nim zobaczyć.

Więcej

Sztokholm zimą odc. 1/2

To był szalony pomysł od początku do końca. Zaczęło się od przypadkowo napotkanej strony internetowej, wyświetlającej tanie loty z wybranego lotniska w podanym przedziale czasowym. To ona pokazała, że do Sztokholmu da się polecieć za 25 złotych, a wrócić za 30. Była to pokusa silniejsza od wszystkich skandynawskich mrozów, potencjalnie czekających tam na nas na przełomie stycznia i lutego. Była nawet silniejsza od rozumu i racjonalnego myślenia. Konkretniej, okazja dotyczyła dni, w których miały się odbyć poprawkowe egzaminy inżynierskie na moim wydziale. Ale był listopad, na głowie miałam bieżące zaliczenia i pracę dyplomową – potrzebowałam takiego marzenia, które zmotywuje mnie do poświęcenia 150% energii na ukończenie wszystkiego w terminie. Sztokholm zawsze był wysoko na mojej liście miast-celów; egzamin natomiast wydawał mi się formalnością. Pod koniec stycznia zaowocowało to atakiem paniki, który w jednej chwili zamienił efekt moich solidnych przygotowań w beznadziejne dukanie i jąkanie. Na szczęście nie było na tyle źle, aby nie zaliczyć. Mimo, że do końca życia będę sobie pluć w brodę, że zamiast widowiskowego rzucania ciekawostkami nie potrafiłam sobie przypomnieć czy blachownice mogły być homologiczne czy homogeniczne, podstawowy cel został osiągnięty – żadna poprawka nie zepsuła zaplanowanej podróży.

Więcej

Piękny Szczecin

Minęły już trzy tygodnie od naszego powrotu ze Szczecina. Ten krótki i spontaniczny wypad początkowo miał objąć tylko jeden dzień, ale po szybkim zerknięciu w rozkład pociągów, postanowiliśmy, że nie ma sensu tak szybko wracać. Jak się okazało, i dwa dni to za mało na to piękne miasto.

Więcej

Podróż do Finlandii – o czym warto wiedzieć?

Mając do wyboru nieskończoną liczbę pięknych miejsc na świecie, równie niepoliczalną prawie na wyciągnięcie ręki, a łatwo dostępnych co najmniej kilkaset… jak tu wybrać ten jeden kierunek? Padło na Finlandię i był to strzał w dziesiątkę. Cztery dni w tym pięknym kraju, w tym trzy w jego stolicy, zaowocowały w niesamowite przeżycia, mnóstwo pięknych chwil i kompletny brak stresu – nawet pomimo nieznajomości języka.

Podróż do Finlandii

Trudno policzyć ile takich wysepek z uroczymi domkami lub saunami znajduje się na terenie Helsinek

Dlaczego Finlandia?

Kocham piękną architekturę i spacery po muzealnych wystawach. Mając bardzo ograniczony czas na podróż, ostatnim na co chciałabym go przeznaczyć jest stanie w kolejce czy przepychanie się przez tłum. Łatwość zaplanowania takiej podróży była kolejnym powodem. Jednak najważniejszym motywem okazała się ciekawość – jak wygląda kraj, który z jednej strony jest jak najbardziej europejski, a z drugiej posiada dość indywidualną kulturę. Historycznie, miejsce to bywało częścią Szwecji i Rosji, zaś własnej narodowości, stało się pięknym krajem o wyjątkowej przyrodzie, niemniej interesującej zabudowie, pełnym ciekawych miejsc do odkrycia i zamieszkałym przez naprawdę miłych ludzi. Cztery dni to stosunkowo mało, aby je poznać, lecz dostatecznie dużo, aby się przekonać, że to kraj w którym chce się być.

Podróż do Finlandii

Widok spod katedry w Helsinkach

Oto początek krótkiej serii wpisów o tym, co warto zobaczyć w Helsinkach i Turku, czego można się spodziewać w Finlandii i jak przygotować się do takiej podróży.

Najłatwiejsze połączenie z tym pięknym krajem zapewnia oczywiście lot samolotem. Do Turku można dolecieć bezpośrednio z Gdańska linią WizzAir za kilkadziesiąt złotych, jeśli kupi się bilet z odpowiednim wyprzedzeniem. Lotnisko znajduje się w odległości kilku kilometrów od centrum miasta – odległość tę można pokonać autobusem miejskim (Föli) linii 1. Na drugim końcu tej trasy znajduje się największa atrakcja turystyczna miasta – średniowieczno-renesansowy zamek. Bilet dwugodzinny dla osoby dorosłej kosztuje €3, natomiast 24-godzinny €7.50, oba można kupić u kierowcy.

Poruszając się pomiędzy fińskimi miastami, można skorzystać z licznych połączeń kolejowych, lotniczych lub autobusowych. Najtańszą opcją okazał się OnniBus, który… jest „fińskim PolskimBusem”. Oprócz identycznej identyfikacji wizualnej, tych samych modeli samochodów, a także i oferty (bilety od € 1), identyczne są zasady korzystania z autobusu. Należy przyjść kwadrans przed godziną odjazdu, mieć przy sobie wydrukowany bilet, w autobusie dostępne jest darmowe WiFi, gniazdka oraz toaleta.

W Helsinkach autobus zatrzymuje się w Kamppi (Kampen). Jest to kompleks budynków umieszczonych w śródmieściu Helsinek. Dwa piętra przystanków autobusowych, stacja metra, ogromna powierzchnia usługowo-handlowa, biura, hotele i chyba wszystko czego można potrzebować, w jednym miejscu. Wbrew komercyjnemu charakterowi, jest to naprawdę przyjazne miejsce, o dużej dostępności, z bardzo logicznym rozkładem wewnętrznych korytarzy. Budynki Kamppi otulają rozległy, tętniący życiem plac. Tam też zlokalizowany jest nietypowy obiekt, przypominający z zewnątrz złote jajo. Jest to tak zwana Kaplica Ciszy (Kampin kappeli, Kampens kapell). Wykonane z drewna dzieło autorstwa K2s Architects zdecydowanie zwraca na siebie uwagę.

Podróż do Finlandii

Podróż do wnętrza Ziemi, a konkretniej, do helsińskiego metra

Podróż do Finlandii

Stacja metra przy uniwersytecie

Nie jest to jednak serce Helsinek. Stanowi je port i zabudowa wokół niego. Dwie ogromne świątynie oraz plac otoczony klasycystycznymi i modernistycznymi budowlami (czyż nie jest to przepiękne połączenie architektoniczne?) reprezentacyjnymi, następnie zaś tafla wody, poprzerywana małymi wysepkami. Tylko wsiąść na prom i popłynąć w ich stronę, co oczywiście nie jest niczym niemożliwym, ponieważ… na prom można wejść z takim samym biletem jak do autobusu, metra czy tramwaju. My skorzystaliśmy z oferty HelsinkiCard – karty oferującej darmowe lub obniżone cenowo wstępy do wszystkich muzeów, darmową komunikację publiczną oraz bardzo liczne atrakcje, z których chętnie korzystaliśmy. Miasta portowe mają swoją magię, której nie da się opisać, ale którą bardzo łatwo poczuć, widząc oddalające się budynki podczas słuchania chlupotu fal uderzających o burtę.

Podróż do Finlandii

Katedra góruje nad miastem

Na sześciu wyspach, oddalonych o jakąś milę morską od helsińskiego portu, znajduje się niesamowita twierdza Suomenlinna, przy której Wisłoujście to zameczek z piasku. Ogromne (choć w planach jeszcze większe) dzieło Szwedów, rozbudowane przez Rosjan, pełne historycznych miejsc, punktów widokowych i muzeów opowiadających o jego powstaniu – a dla osób szukających innego rodzaju rozrywki – restauracji oraz klubów. Zdecydowanie obowiązkowy punkt podczas wycieczki do Helsinek. Kolejnym celem do „odhaczenia” jest wyspa zlokalizowana po przeciwnej stronie miasta – Seurasaari, mieszcząca skansen pełen fińskich chatek, domków i innych obiektów z ostatnich trzystu lat. W Helsinkach naprawdę jest co zwiedzać. Czy wymieniłam muzea?

Podróż do Finlandii

Suomenlinna

Podróż do Finlandii

Na Seurasaari

Teraz czas na garść praktycznych informacji:

W Finlandii obowiązują dwa języki – fiński i szwedzki. Wszelkie oznaczenia, nazwy przystanków, teksty na produktach w sklepach występują właśnie po fińsku i szwedzku. Mimo to, zarówno w Helsinkach, jak i w Turku, każdy napotkany przez nas Fin doskonale radził sobie z językiem angielskim i chętnie udzielał wskazówek albo pomocy. We wszystkich muzeach i galeriach podpisy były przetłumaczone na język angielski, tak samo jak szczególnie ważne komunikaty. Jest to ważne głównie dlatego, że język fiński nie przypomina w żadnym stopniu innych języków europejskich (z wyjątkiem estońskiego), natomiast w szwedzkim podobieństwo to jest dość niewielkie (choć pomocne, np. słowo „flygstation”). Tylko dwie fińskie nazwy zabrzmiały dla nas znajomo: apteekki (apteka) i kioski (kiosk). Bardziej spodziewajcie się nazw typu yliopisto (uniwersytet) czy rautatieasema (stacja kolejowa).

Podróż do Finlandii

Rautatieasema

Niezwykłą cechą fińskich ulic jest to, że pieszy ma zawsze pierwszeństwo. Na skrzyżowaniach nie trzeba czekać, ponieważ wszystkie samochody zatrzymują się, jeśli tylko kierowca zobaczy, że ktoś chce przejść. Początkowo myślałam, że to cecha jedynie śródmieścia – później okazało się, że nie inaczej jest trochę dalej od centrum miasta. Dużo jest rowerzystów, są i rowery miejskie. Cykliści przeprowadzają rowery przez pasy i jeżdżą zupełnie przepisowo. Tramwaje jeżdżą powoli i przepuszczają wszystkich innych uczestników ruchu, w tym samochody osobowe. Ponieważ tory tramwajowe często zakręcają, pojazdy mają bardzo wiele przegubów, co tworzy ich szczególną estetykę. W Helsinkach bilety na komunikację publiczną (w tym prom) kasuje się przykładając do ujednoliconego, wyglądającego wszędzie identycznie, urządzenia. W zależności od środka transportu, urządzenie to spotkać można wewnątrz pojazdu (autobusy, tramwaje), lub na przystanku (metro, prom). W Turku, natomiast, bilet należy pokazać kierowcy, wchodząc przednimi drzwiami.

Podróż do Finlandii

Komunikacja publiczna jest bardzo rozwinięta w Finlandii, chętnie korzystają z niej ludzie w każdym wieku

Gniazdka zasilające są zbliżone do tych w Polsce. Zamiast bolca uziemiającego, znajdują się w nich dwa paski uziemiające z góry i z dołu. Gniazdka te, jak zresztą i parametry prądu w fińskich gniazdkach są w pełni kompatybilne z używanymi w Polsce urządzeniami elektronicznymi [dzięki Piotrek za korektę!] Piętra budynków, natomiast, liczy się od 1, czyli 1 to parter, 2 to odpowiednio pierwsze piętro. Waluta to oczywiście euro.

Ceny w Finlandii są podobne do cen w Belgii (nasza poprzednia podróż). Pocztówki na ogół kosztują € 1, choć zdarzają się też takie w przedziale €0.10-5.00. Obiady w barach kosztują zwykle kilkanaście euro. Noc w hotelu wynosi od kilkudziesięciu euro za pokój. Bilety wstępu do muzeów i innych obiektów to koszt do kilkunastu euro, najczęściej €4.00-9.00. Jako „bilet wstępu” często otrzymuje się naklejkę, którą należy umieścić w widocznym miejscu.

W mieście można znaleźć supermarkety m.in. Lidl, K-Market i S-market. My robiliśmy zakupy w dwóch ostatnich. Kilka słów o fińskich produktach:

  • fińskie mleko (od €1) jest wzbogacane w witaminę D i jest przepyszne
  • masło solone (€2), również bardziej mi pasuje niż polskie
  • jaja są myte, śnieżnobiałe, oznacza to że trzeba je szybciej zjeść po zakupie (i koniecznie trzymać w lodówce)
  • fasola, groch, pomidory w puszce można znaleźć poniżej €1, za to są w kartoniku
  • wodę butelkową wystarczy kupić raz podczas podróży – nikogo nie dziwi widok osoby nalewającej do butelki kranówkę, ponieważ jest ona na ogół smaczna i czysta
  • na wszystkie puszki naliczana jest kaucja – nie tylko na puszki z piwem, podobnie jak zresztą na plastikowe butelki
  • ceny w ogólności są znacznie wyższe niż w Polsce, jednak najtańsze produkty są podobnej jakości (wysokiej) jaka w Polsce cechuje produkty „z wyższej półki”, o podobnej cenie
  • opisy produktów są na ogół tylko po fińsku i szwedzku, dlatego osoby uczulone na jakiś składnik powinny przetłumaczyć sobie jego nazwę; prawdopodobnie będzie on pogrubiony
Podróż do Finlandii

Zawartość kartonika na szczęście łatwo rozpoznać po zdjęciach

Finlandię warto też odwiedzić dla samej przyrody. Od razu po wyjściu z samolotu w Turku, poczuliśmy, że powietrze jest czyste i ładnie pachnie, lasem. Finlandia jest bardzo skalista, mimo to roślinność doskonale radzi sobie w obrastaniu kamiennego podłoża. Także człowiek nie daje się pokonać mniejszym i większym górom. Autostrada pomiędzy Turku a Helsinkami nie wije się pomiędzy górami, a przecina je. Typowym widokiem są więc wycięte ręką ludzką skalne ściany, często wysokości kilku kondygnacji. Droga prowadzi przez liczne lasy i jeziora, stanowiące charakterystyczny krajobraz tego pięknego kraju. Wspomnianych lasów i jezior z kolei najwięcej jest w środkowej części kraju, której my nie odwiedziliśmy.

Podróż do Finlandii

Typowa ulica w Finlandii

Wbrew temu co mogłoby się wydawać, przełom sierpnia i września w Finlandii nie był ani ciemny ani zimny. Pogoda dopisała nam o wiele bardziej, niż przez poprzednie dwa miesiące w Gdyni. Temperatura za dnia wahała się pomiędzy 14 a 19 stopniami Celsjusza, czyli nawet nie wymagała cieplejszej kurtki czy swetra. Z całą pewnością czego innego można się spodziewać po miesiącach zimowych, zwłaszcza na północy kraju. Odwiedzając latem stolicę, natomiast, nie ma czego się bać, jeśli chodzi o temperaturę.

Czas lokalny w Finlandii różni się od o jedną godzinę. Z tego powodu na bilecie lotniczym można zobaczyć, że lot w jedną stronę trwa ponad dwie godziny, a w drugą zaledwie dziesięć minut. W rzeczywistości w samolocie w obu przypadkach spędzi się ok. godziny i dziesięciu minut. Od razu po przybyciu, trudno nie poczuć, że powietrze jest bardzo świeże i ma przyjemny, leśny zapach.

Osoby posiadające o wiele więcej czasu niż nasze cztery dni, mogą zainteresować się rejsem z Helsinek do Tallinna lub Petersburga. Oba miasta mają wygodne połączenie wodne z Finlandią i znajdują się w bardzo bliskiej odległości.

Planując wycieczkę do Finlandii, najlepiej przeznaczyć na same Helsinki co najmniej trzy dni. Jest to minimum, aby zobaczyć wszystkie najważniejsze miejsca, choć oczywiście im więcej czasu tym lepiej. Turku, jako poprzednia stolica, również ma wiele do zaoferowania. Gdyby nasza wyprawa trwała dłużej, z pewnością odwiedzilibyśmy miasto Tampere, a może nawet i Oulu, znajdujące się w centralnej części kraju. Finlandia jest niewiele większa od Polski, ale jej mroźna północ brzmi jak temat na poważną wyprawę, a nie turystyczną wycieczkę.

W kolejnych wpisach z fińskiej serii przedstawię miejsca, które odwiedziliśmy. Spodziewajcie się mnóstwa zdjęć!

Podróż do Finlandii
Więcej