Tag: wydarzenia

Glow Eindhoven

glow eindhoven

Festiwale światła od lat cieszą się dużą popularnością. To podczas nich miasta nocą zamieniają się w żywe i kolorowe dzieła sztuki. Kiedy pierwszy raz o nich usłyszałam, wiedziałam, że prędzej czy później wybiorę się na jeden z nich. Jak się okazało, nie musiałam nigdzie jechać. W listopadzie festiwal znany pod nazwą Glow odbywa się dokładnie w Eindhoven, czyli mieście w którym obecnie mieszkam.

Eindhoven często nazywane jest miastem świateł. To tutaj, za sprawą Philipsa, rozwijał się przemysł oświetleniowy. Od 2006 roku każdej jesieni, pod koniec listopada, przez cały tydzień wieczorami uruchamiane są wspaniałe instalacje świetlne, często wzbogacone muzyką lub dodatkowymi efektami, np. dymem. Bardzo oczekiwałam tego wydarzenia i spodziewałam się naprawdę niesamowitych wrażeń. Jak było – dowiecie się w tym wpisie.

Instalacje świetlne uruchamiane były każdego dnia koło godziny 18 i wyłączane przed północą. Był to czas zdecydowanie odpowiedni – wieczorem było już zupełnie ciemno, a nocą tłumy uczestników i muzyka nie przeszkadzały mieszkańcom okolicznych budynków zasnąć. Dawało to około pięciu-sześciu godzin każdego dnia na zapoznanie się z poszczególnymi częściami wydarzenia. Organizatorzy przewidzieli ścisłą trasę długości około 6 km, uwzględniającą wszystkie punkty Glow. Zdecydowana większość z nich była dostępna dla wszystkich, całkowicie bezpłatnie. Wyjątek stanowił pokaz na stadionie Philipsa oraz wystawa w Van Abbemuseum. Instalacje uwzględniały prace twórców lokalnych i zagranicznych.

glow eindhoven
glow eindhoven

Zacznijmy od głównej trasy. Jej długość i przebieg były optymalne, choć dużym utrudnieniem okazał się ogromny tłum. Nie raz musiałam czekać aż ludzie przede mną przecisną się przez przewężenie ulicy czy odejdą od jakiejś instalacji, abym też ją mogła zobaczyć. Część prac uruchamiane było co parę minut, więc również musiałam poczekać, aby je zobaczyć. Największe wrażenie wywołało we mnie kilka instalacji. Pierwszą z nich była fasada kościoła św. Katarzyny – za pomocą projektorów wyświetlono na jej nieregularnej powierzchni wzór witrażu (autor: Daniel Margraf). Nie mniej imponująca była animacja rzucana na drzewo stojące przy rzece (Gijs van Bon) czy małe, kolorowe „wysepki” unoszące się na wodzie, wykonane przez dzieci w ramach projektu organizowanego przez CultuurStation. Nietypową instalacją była gra świateł wewnątrz i na zewnątrz meczetu (Ellen de Vries, The Lux Lab) oraz pokaz odbywający się na placu pod ratuszem (Michel Suk), gdzie ludzie pomimo deszczowej pogody i mokrej nawierzchni placu, kładli się na ziemi aby lepiej odbierać odbywający się ponad głowami performance.

glow eindhoven
glow eindhoven

Pokaz na stadionie Philipsa był ciekawy, ale nie niesamowity. Zaangażowano w nim tancerzy, którzy stali tak daleko, że ledwo dało się ich dostrzec. Sama gra świateł była oczywiście ciekawym widowiskiem, nie mówiąc już o wspaniale skomponowanej muzyce, pasującej do przedstawienia. Myślę, że warto było się tam wybrać, ze względu na niską cenę uczestnictwa i możliwość zobaczenia od wewnątrz stadionu Philipsa (fanką meczy nie jestem, więc raczej nie mam powodu aby odwiedzić stadion w typowym dla jego funkcji celu). Co zdenerwowało mnie najbardziej to proces wypuszczania ludzi z budynku – otwarto wyłącznie jedne drzwi przez co minęły wieki zanim wszyscy szczęśliwie wygramolili się na zewnątrz.

Bardziej podobała mi się wystawa w Van Abbemuseum. Również dostępna za niewielką opłatą, choć darmowa dla mnie i innych szczęśliwych posiadaczy Museumkaart. Tymczasowa ekspozycja zawierała instalacje/rzeźby/obrazy (nie raz granica między rodzajami dzieł sztuki nie jest do końca wyraźna) angażująca światło i wrażenia optyczne. Zdecydowanie największe wrażenie wywołała we mnie praca japońskiego artysty Akinori Goto. Rzeźba o organicznej formie pod wpływem padających na nią snopów światła ujawniała małe sylwetki postaci poruszające się, „tańczące”, po jej krawędziach. Myślę, że mogłabym się wpatrywać w nią godzinami i nadal by mi się to nie znudziło. Cała ekspozycja muzealna była wartościowa i zdecydowanie odwiedziłabym ją, nawet gdybym nie miała darmowej wejściówki.

glow eindhoven

Podsumowując – Glow był wydarzeniem wartym zobaczenia, choć znacznie mniej angażującym niż Dutch Design Week. Projekty były naprawdę piękne i sprawiały ogromne wrażenie, ale szczerze mówiąc – spodziewałam się czegoś więcej. Po tym, co miasto zaprezentowało z okazji DDW, myślałam, że i tym razem impreza zaangażuje każdy kąt i każdą ścianę. Spodziewałam się o wiele większej liczby instalacji i kolorowych efektów od których nie sposób uciec. Oczywiście, Glow był wspaniały i bardzo się cieszę, że mogłam w nim uczestniczyć. Po prostu – pewnie bezsensownie – nastawiłam się na coś, co prawdopodobnie nie miałoby większego sensu. W końcu jak tu podziwiać poszczególne twory, kiedy całe miasto świeci!

glow eindhoven
Więcej

Dutch Design Week – festiwal designu w Eindhoven

Minęły dwa miesiące odkąd mieszkam w Eindhoven. Choć jeszcze nie znam wszystkich zakamarków tego średniej wielkości miasta, wciąż na na każdym kroku mnie coś zachwyca. Raz jest to oświetlenie z okazji ważnej rocznicy, innym razem rynek starych płyt i winyli, a czasem coś na uczelni, obok czego nie sposób przejść obojętnie. Tym razem będzie jednak o wydarzeniu, na które oczekiwałam od dłuższego czasu, mimo że do końca nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać. Mowa o odbywającym się co roku festiwalu designu – Dutch Design Week.

Dutch Design Week trwa dziewięć dni, czyli zawiera dwa weekendy i tydzień roboczy pomiędzy nimi. W skład wydarzenia wchodzi całe mnóstwo wystaw, warsztaty, wykłady i wiele koncertów muzycznych. Festiwal widoczny jest w całym mieście w postaci różnorakich instalacji czy tymczasowych pawilonów, a nawet tak zwanych „pop-up” restauracji czyli jadłodajni pojawiających się tylko i wyłącznie na czas trwania wydarzenia. Plakaty promujące nie tylko całe wydarzenie, ale poszczególne jego elementy, rozwieszone są po całym mieście, a ulicami jeżdżą samochody – darmowe taksówki – z zamontowanymi na dachu krzesłami, rzeźbami czy instalacjami artystycznymi. Nie sposób nie dostrzec pięknych rowerów, na czas festiwalu wypożyczanych uczestnikom przez gminę. Mnóstwo artystów, projektantów, studentów i innych zainteresowanych festiwalem ludzi wędruje z jednego punktu Dutch Design Week do drugiego. Równie wiele zatrzymuje się przed wydarzeniem, popijając kawę, rozmawiając lub czekając na darmowy autobus, który zabierze ich w inną część miasta. W rękach trzymają kolorowe mapki, a na nadgarstkach wiszą festiwalowe bransoletki. Wydarzenie ma prawdziwy rozmach, organizatorzy nie oszczędzają na niczym.

dutch design week

Ogromne przestrzenie Klokgebouw wypełnione po brzegi odwiedzającymi.

Wielu projektantów przygotowuje się miesiącami do zaprezentowania swoich prac. Spora część z nich to studenci i absolwenci Akademii Designu, ale także innych szkół i uczelni z Eindhoven i reszty kraju. Oczywiście wystawiają się też twórcy zagraniczni. Większość ekspozycji ma charakter grupowy – każdy twórca przedstawia jeden, najważniejszy projekt, w ramach większej wystawy. Cóż się dziwić – miejsce jest ograniczone, tak samo jak czas odwiedzających. Wystarczy tylko na projekty najlepsze z najlepszych. Artyści i projektanci przez większość czasu towarzyszą swojemu projektowi, gotowi wyjaśnić jego znaczenie, przedstawić więcej informacji lub podzielić się historią jego powstawania. Wszechobecne są kolorowe wizytówki, czy to, co lubię najbardziej – pocztówki z fotografiami projektu. Zebrałam ich prawie sto pięćdziesiąt i będą stanowić piękny podzbiór mojej wielkiej kolekcji.

Spora część wystaw, wydarzeń lub miejskich instalacji jest otwarta publicznie i dostępna dla każdego, niezależnie czy kupił bilet na Dutch Design Week, czy nie. Najciekawsze wystawy wymagają jednak pokazania bransoletki z logiem festiwalu, więc zdecydowanie warto się w nią zaopatrzeć. Bilet kosztuje 11,50 eur dla dzieci i studentów oraz 19,50 dla pozostałych odwiedzających. W tej cenie zyskuje się nielimitowany dostęp do wszystkich miejsc, darmowy wstęp na koncerty muzyczne oraz możliwość wypożyczenia roweru. Najważniejszy jest jednak dostęp do Klokgebouw, Het Veem i paru innych lokalizacji, oferujących najciekawsze ekspozycje. Warto podkreślić, że jest to koszt jednorazowy, a bilet jest ważny przez całe 9 dni. Jest to też cena na tyle mała, że mogąc uczestniczyć tylko przez dzień lub dwa, wciąż nie będzie znacznie uderzał w domowy budżet. Jestem przekonana, że nie jest to główne źródło utrzymania Dutch Design Week, a jedynie sposób wybrania wyłącznie osób naprawdę zainteresowanych tematem, jeśli chodzi o wstęp do już i tak bardzo zatłoczonych budynków.

Mnóstwo firm i instytucji wspiera Dutch Design Week, przez co wydarzenie staje się naprawdę ogromnym eventem. Na tyle ogromnym, że nawet mając wolny cały tydzień, nie sposób zwiedzić wszystkich lokalizacji i uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach. Bogaty program jest dostępny na dobrze zrobionej stronie internetowej, dzięki czemu łatwiej wybrać atrakcje, które chce się odwiedzić danego dnia. Najlepiej podzielić swój cza na poszczególne lokalizacje – dzielnice – i zaliczać obiekty znajdujące się obok siebie.

Strijp-S

Szczególnym miejscem jest Strijp-S. Jest to nowa dzielnica mieszkaniowa, przekształcona zaledwie kilka lat temu z terenów przemysłowych Philipsa. Miasto zdecydowało się zachować industrialny charakter tego miejsca, komponując zieleń i nowe budynki pośród dawnych fabryk, obecnie funkcjonujących jako obiekty mieszkaniowe, biurowe i usługowe. Dzielnica stała się nowym centrum kulturalnym miasta, mieszcząc pracownie projektowe, kawiarnie i mnóstwo miejsc publicznych, jednocześnie oferując niezwykły klimat. Wiele przestrzeni wewnątrz budynków jest jeszcze niezagospodarowanych, dzięki czemu można je było wykorzystać na festiwalowe ekspozycje. Najważniejszy jest „budynek-zegar” – Klokgebouw, który stał się ikoną Strijp-S. Podczas Dutch Design Week, zagospodarowana została także pusta przestrzeń – wkomponowano tam mnóstwo tymczasowych pawilonów tematycznych. Na Ketelhuisplein (placu przy dawnej kotłowni) stanął przepiękny People’s Pavilion o niezwykłej architekturze. Został on wykonany w 100% z materiałów pożyczonych, które po festiwalu zostały zwrócone w niezmienionej formie ich właścicielom. Inne tymczasowe obiekty zawierały, między innnymi, wystawy takie jak Embassy of Food (Ambasada Jedzenia) czy Embassy of Intimacy (Ambasada Intymności).

dutch design week

Tymczasowe pawilony w Strijp-S. Ich układ został przemyślany urbanistycznie – z osią skierowaną dokładnie w stronę dawnego komina (który, jak to przystało na komin w Eindhoven, nocą jest oczywiście pięknie oświetlony).

W Klokgebouw i het Veem umieszczono naprawdę wspaniałe wystawy. Sporą część pierwszego budynku mieściła wystawa Mind the Step, przygotowana przez tutejszą politechnikę. Oprócz ciekawych projektów, znalazła się tam także i scena, na której co chwila prezentowali różni twórcy. Wiele wystaw zawierało projekty nagradzane w konkursach, specjalnie wyróżnione przez różne instytucje i firmy. W het Veem szczególnie spodobała mi się ekspozycja poświęcona historii miasta, zawierająca niesamowitą ilość fotografii posegregowanych latami. Niestety, opisy nie zostały przetłumaczone na język angielski, co znacznie zmniejszyło przystępność prezentowanej treści. Budynek mieścił także sale z urządzeniami wykorzystującymi technologię Virtual Reality, jednak mi było trochę szkoda czasu aby stać w kolejce do poszczególnych jej części.

dutch design week

To wnętrze się marnuje przez resztę roku. Powinni to tu zostawić :D.

dutch design week

Część wystawy o historii miasta – tutaj zaprezentowano zbiór dawnych plakatów.

dutch design week

Wejście na drugie piętro het Veem. Czyli już naprawdę nie wiesz, czego się spodziewać.

Centrum miasta

W centrum miasta oczywiście też nie brakowało atrakcji. Na głównym miejskim rynku stanął nietypowy, kolorowy budynek autorstwa Winy’ego Massa z biura architektonicznego MVRDV oraz think-tanku The Why Factory (T?F). (W)ego, jak brzmi nazwa budynku, to dziewięciometrowa instalacja “mieszkalna”, zachwycająca nietypową formą i wyrazem przestrzennym. Jest to tylko część udziału architekta w wydarzeniu – został on ambasadorem tej edycji i jego wkład w wydarzenie był oczywiście bardzo duży. Udało mi się nawet wziąć udział w warsztatach z jego udziałem, gdzie wraz z grupą studentów z TU/e, Delft i Chicago próbowaliśmy zaprojektować futurystyczną wizję przyszłości miasta. Innym tworem Winy’ego Massa i reszty grupy był film, pokazywany bez przerwy na ogromnej ścianie wewnątrz budynku Klokgebouw. Niezwykłe, wręcz nieprawdopodobne wizje rozwoju miast potrafiły zainspirować i zmusić do refleksji, czego tak naprawdę możemy się spodziewać za kilkadziesiąt czy kilkaset lat, biorąc pod uwagę problemy pojawiające się obecnie na świecie.

dutch design week

(W) ego w (nie) całej okazałości.

dutch design week

Nietypowe warsztaty, nietypowe wizje, nietypowy sposób myślenia. Już nigdy nie pomyślę, że cokolwiek co stworzyłam do tej pory było chociaż trochę wizjonerskie w porównaniu z tym, co powstało na tych warsztatach.

Jeszcze w centrum, wykorzystano dawny budynek warsztatów V&D – sieci galerii handlowych. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, że tak ogromna przestrzeń użytkowa stoi pusta w samym sercu miasta. Podczas Dutch Design week pomieściła głównie trzy duże wystawy – kolorową ekspozycję mody, Embassy of Robot Love (Ambasadę Miłości do Robotów) i Embassy of Data (Ambasadę Danych). Pierwsza z nich prezentowała szalone, często orientalne stroje, przyciągając uwagę świecącymi lub odbijającymi powierzchniami, całą gamą kolorów i zapachem zielska, którym twórcy postanowili wesprzeć swoją kreatywność, lub modele prezentujący ubrania ułatwić stanie w miejscu przez kilka godzin. Embassy of Robot Love prezentowała urządzenia o rozmaitych funkcjach oraz zawierała duży stół, przy którym każdy mógł skonstruować niewielkiego robota z gotowych elementów. Embassy of Data w bardzo konkretny sposób prezentowała jakie informacje zbierane są w mieście, w jakim celu i przez kogo. W ramach tej ostatniej, wraz z grupą z kursu Theory and Practice of the Public Domain (teoria i praktyka domeny publicznej) zaprezentowaliśmy projekty usprawnienia miasta za pomocą urbanistycznych rozwiązań wykorzystujących nowe technologie i zbiór danych.

dutch design week

Kto zrozumie projektantów mody?

dutch design week

Napiszę to po raz setny. Zmarnowałam swoje dzieciństwo, mieszkając w Polsce. Takiego funu mi nikt nigdy nie zorganizował :(.

dutch design week

W Eindhoven dane są zbierane na każdym kroku. Czy to informacje dotyczące stanu powietrza, czy przepełnienia podziemnych śmietników, lub oczywiście stanu wody. Wszystko odbywa się automatycznie, przy wykorzystaniu sensorów i innych urządzeń. Wystawa w Embassy of Data skupiła się na uświadomieniu, na czym polega zbiór danych, kto je wykorzystuje i w jakich celach.

dutch design week

Projekt z kursu. Autorzy: Kee An Lee, Pei Yun Tay, Lisanne Bergefurt, Roy van Gool i ja.

Oczywiście to nie wszystko, co można było zobaczyć w centrum miasta. Gdybym miała wymienić wszystkie wystawy, pewnie ten wpis zamieniłby się w pokaźnej wielkości książeczkę – nawet gdybym wybrała tylko te miejsca, które odwiedziłam osobiście. A z tych warto wspomnieć wystawę dyplomów w Akademii Designu, czy pawilony prezentujące interpretacje światła przez Studio Solarix. Oraz oczywiście tymczasowy pawilon mieszczący makietę miasta z warsztatów z Winy’m Massem. Niedaleko głównego dworca, kolejne wystawy prezentowano w budynku Design Perron. Tam znajdowało się między innymi stoisko twórców z Łodzi.

dutch design week

Jedna z instalacji mieszczących się w Design Perron.

Sectie-C

Niestety nie udało mi się odwiedzić wszystkich miejsc, które chciałam. Ze względu na ciężki okres na studiach (tak, mam sesję na przełomie października i listopada), mój czas wolny był dość mocno ograniczony. Drugą rzeczą, która powstrzymała mnie jeszcze bardziej była porażająca migrena, która przykuła mnie do łóżka na całą sobotę – przedostatni dzień DDW.

Ostatni dzień Dutch Design Week spędziłam głównie w domu i bibliotece, nadrabiając zległe projekty na studia. Dopiero wieczorem postanowiłam skorzystać z okazji i wskoczyłam do naprawdę ostatniego autobusu jadącego do Sectie-C – miejsca dość odległego od centrum miasta (około 15 minut autobusem), ale mieszczącego kolejny zestaw wystaw i wydarzeń. Klimat magazynów mieszczących wystawy został ubrany w mocne, zielone światło. Otwarte restauracje i puby nadały miejscu charakter imprezy tylko dla wtajemniczonych. Z Sectie-C bez problemu udało mi się wrócić darmową taksówką Volvo.

dutch design week

„Do (not) feed the makers”. Obok ekspozycja śmieci, zachęcających do zajrzenia na wystawę prezentującą przedmioty wykonane z przetopu plastiku.

dutch design week

Sectie-C i to kosmiczne światło. Prawie jak nie z tego świata.

Dutch Design Week to nie tylko możliwość prezentacji projektów i nauczenia się czegoś nowego. Jest to wspaniała okazja do zwiedzenia Eindhoven. Jako, że wystawy zlokalizowane były w najciekawszych punktach miasta, samo dotarcie do nich pociągało za sobą poruszanie się po tym tętniącym życiem środowisku miejskim. Wydarzenie może stać się pretekstem do odwiedzenia takich obiektów jak ratusz, budynki uczelni czy biblioteka miejska, nie mówiąc już o Van Abbemuseum, do którego warto wpaść o każdej porze roku.

No i oczywiście klubów muzycznych – w ramach Dutch Design Weeku przewidziano całe mnóstwo koncertów, mieszczących się w kilku lokalizacjach, każdego dnia. Mi się udało wziąć udział w trzech z nich – dwóch odbywających się w TACu – Temporary Art Centre, czyli Tymczasowym Centrum Sztuki i jednym w Effenarze, słynnym miejscu, które kilkanaście lat temu zostało rozbudowane według projektu biura MVRDV. Szczególnie cieszę się, że udało mi się być na koncercie zespołu And So I Watch You from Afar, który znałam od dawna, a teraz mogłam posłuchać na żywo i to za darmo, w cenie biletu na DDW. Nie mniej zachwyciła mnie muzyka zespołu CUT_ z Amsterdamu. Na pewno nie raz do niej jeszcze wrócę.

Podsumowanie

Na koniec chciałabym porównać Dutch Design Week do Gdynia Design Days. W trójmiejskim festiwalu designu udało mi się wziąć udział kilkukrotnie i za każdym razem dobrze się bawiłam, choć wydarzenie jest o wiele mniejsze niż to w Eindhoven. Zdecydowanie brakuje tego rozmachu i funduszy, ale może i zaangażowania? O gdyńskim wydarzeniu tak naprawdę wiedzą głównie projektanci i osoby zainteresowane designem – wszyscy pozostali mieszkańcy miasta i odwiedzający często nie zdają sobie sprawy, że w PPNT jest kilka ciekawych wystaw, a w centrum miasta umieszczono parę instalacji. Wydarzenie nie jest zbyt dobrze promowane, wiele osób zarzuca mu, że wydaje się być zamknięte. I szczerze mówiąc – tegoroczna edycja dała mi to dobrze do zrozumienia, kiedy nie udało mi się zapisać na prawie żadne warsztaty. Oczywiście doskonale rozumiem, że nie ma co porównywać Gdyni do Eindhoven (nawet jeśli liczba mieszkańców obu miast jest niemal taka sama, oba miasta oparły swój rozwój na przemyśle i to pozwoliło im się rozwinąć w ciągu ostatniego stulecia…), zwłaszcza jeśli chodzi o dostępność środków, jednak naprawdę chciałabym zobaczyć kiedyś w Gdyni festiwal designu z prawdziwego zdarzenia. Festiwal, który – tak jak DDW – ściągnąłby ludzi z całego świata aby dzielić się ideami i promować design pośród nie tylko osób już wcześniej nim zainteresowanych.

A już za tydzień w Eindhoven zaczyna się Glow – słynny festiwal świateł. Naprawdę nie mogę się doczekać, aż zobaczę te wszystkie instalacje i pokazy świetlne. No wreszcie będzie powód, aby odwiedzić Stadion Philipsa, górujący nad miastem, a mimo to wciąż mi nieznajomy.

Więcej

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Szybko mija mi pierwszy semestr studiów magisterskich. Kilka niezwykle wyjątkowych miesięcy, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że wybór grupy międzynarodowej, czyli zajęć prowadzonych w języku angielskim, był zdecydowanie strzałem w dziesiątkę. Nie sposób wyliczyć plusów studiowania w takiej grupie, od zupełnie niepowtarzalnych znajomości i zwiększania wiedzy o świecie, do szlifowania tego nieszczęsnego języka angielskiego, bez którego w obecnych czasach nie ma w ogóle sensu wychodzić z domu czy włączać komputera. Ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o zupełnie nietypowych zajęciach z urbanistyki, zupełnie innych niż wszystkie ćwiczenia z tego przedmiotu jakie miałam do tej pory. W tym wpisie przedstawię Wam prototypowanie projektu urbanistycznego, czyli stworzenie makiety w skali 1:1, które to zadanie czekało na moją grupę w ten piątek i sobotę.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Być może słyszeliście słowo „prototyp” nie raz. Oznacza ono mniej więcej wersję testową jakiegoś produktu, wykonaną często z tanich materiałów i przeznaczoną do prezentacji działania oraz funkcji danego przedmiotu. Prototypować można też usługę lub aplikację na telefon, choć w tym drugim przypadku częściej widzę określenie „wersja alfa”. Prototypowanie jest też elementem znanej i lubianej ostatnio metodyki „design thinking”, polegającej na generowaniu jak największej liczby pomysłów, wyławianiu najlepszych, testowaniu i udoskonalaniu aż to otrzymania produktu optymalnego, najlepszego (metoda ta bywa czasem krytykowana za to, że zanim została nazwana w ten sposób, identyczne praktyki stosowali niemal wszyscy projektanci). Czy można natomiast sprototypować projekt przebudowy całej dzielnicy? Sama zadawałam sobie liczne pytania, kiedy na pierwszych zajęciach z urbanistyki prowadzący przedstawili nam harmonogram ćwiczeń.

Chyba powinnam zacząć od opisu całego projektu. W przeciwieństwie do wszystkich poprzednich poprzednich zajęć z urbanistyki, tym razem zamiast dzielić się na 2-3 osobowe zespoły, wszyscy pracujemy razem nad jednym projektem. Około czterdziestu osób, z czego połowa to Polacy oraz dwoje prowadzących, którzy przeprowadzali już podobne projekty ze studentami m.in. na ulicy Długiej w Gdańsku. Moje grupa dostała pod lupę gdyńską dzielnicę Witomino-Radiostacja, w przypadku której miasto miało już przygotowane plany rewitalizacji. Jest to dzielnica znajdująca się dość blisko centrum Gdyni, jednak oddzielona lasem. Większość zabudowy stanowią bloki z wielkiej płyty. Dzięki współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych, mamy naprawdę duże możliwości oraz cenne wsparcie merytoryczne. Tym, co mnie jednak cieszy najbardziej, jest fakt, że projekt ma duże szanse zostać urzeczywistniony w postaci wytycznych do konkursu urbanistycznego na projekt rewitalizacji Witomina-Radiostacji, na którą miasto przeznaczyło 15 mln zł.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Praca w tak dużym zespole jest dla mnie dziwna. Przez całe życie unikałam jak ognia wszelkich działań w grupie i kiedy tylko się dało, starałam się wybierać projekty indywidualne. Chyba to jednak nie jest najlepsza droga dla osoby, która w przyszłości chciałaby tworzyć wielkie projekty. W pojedynkę to obecnie można zbudować co najwyżej szafę. Generalny „remont dzielnicy”, wymaga natomiast naprawdę wielu osób, gdyż wiąże się z przeprowadzaniem wywiadów z mieszkańcami, wieloma obserwacjami, wnioskami, analizą potrzeb. To bardziej proces niż projekt, gdyż samo ułożenie elementów przestrzeni było bardzo zmienne. Jeśli ma być zrobione dobrze, to wymaga też przetestowania i na tym właśnie polegały te nietypowe ćwiczenia.

W trzech lokalizacjach wprowadziliśmy nowe rozwiązania tymczasowe

Pierwszym z nich była ulica Nauczycielska, a konkretnie plac-parking zajmujący ogromną przestrzeń i ukoronowany ogromnym śmietnikiem z kontenerami wyeksponowanymi w centralnym punkcie. Przed tym terenem znajdują się pozostałości dawnej Biedronki i właśnie od tej strony, pod górkę, wjeżdża najwięcej samochodów, często z nadmierną prędkością. Jest to też trasa uczęszczana przez pieszych, ale niewyposażona w żaden chodnik. Projekt zakładał zamianę części miejsc parkingowych i większości placu w przestrzeń zieloną. Podczas prototypowania pomalowaliśmy chodnik w zielone kropki, umieściliśmy ławki i stoliki oraz odpowiednio oznaczyliśmy teren projektu. Spodziewaliśmy się narzekających kierowców, jednak okazało się, że i ci docenili tymczasowe zmiany. Największe zainteresowanie wzbudziliśmy wśród dzieci, które zaczęły grać w piłkę na zakropkowanym chodniku. Widocznie na Witominie brakuje przestrzeni, które mogłyby służyć takim celom. Inni przechodnie chętnie dzielili się swoimi opiniami, a niektórzy nawet opowiadali jak dzielnica wyglądała wcześniej. Wśród rozmaitych opisywanych braków w przestrzeni dzielnicy, wiele potrzeb się powtarzało – chodniki, kosze na śmieci, lepsze oświetlenie i ławki. Osób narzekających było o wiele mniej, a słowa krytyki nie dotyczyły elementów projektu a samego faktu, że coś się dzieje.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Kolejnym terenem zmian było puste miejsce pomiędzy kilkoma blokami oraz budynkiem Stowarzyszenia Vitava (świetlicy dla dzieci). Na sporej przestrzeni umieszczono jedynie betonowy stolik do ping-ponga oraz piaskownicę zagrodzoną wysokim płotem. Oba elementy nie spełniają swojej funkcji, podczas gdy mieszkańcom brakuje ławek, placu zabaw dla dzieci czy zwykłego chodnika (przez zieleń prowadzi krzywa, wydeptana ścieżka). Na tym terenie zorganizowaliśmy miejsce do grilla oraz tymczasowy plac zabaw stworzony z opon i desek. Pojedynczym mieszkańcom przeszkadzały te elementy, jednak większość aprobowała takie zmiany. Niektórzy pytali, czy mogliby sami zrobić sobie w tym miejscu grilla, a dzieci prosiły nas aby nie zdejmować huśtawek z opon. Jedna pani nawet pytała, czy nie moglibyśmy zostać dłużej.

Największym terenem tymczasowych zmian było miejsce po dawnych kortach tenisowych. Umieszczone pod lasem, schowane za skarpami na których powstało jedyne nowe, grodzone osiedle na Witominie-Radiostacji. Obok znajduje się stadion Arki, wykorzystywany tylko przez piłkarzy klubu. Opisywana przestrzeń jest tematem wielu planów, najgłośniejszy z nich zakłada budowę kolejnego stadionu, być może również zamkniętego dla mieszkańców Witomina. Jak się nietrudno domyślić, większość zapytanych przechodniów wolałaby inne zagospodarowanie tego terenu. Moja grupa zaproponowała wybieg dla psów (ten okazał się za mały), skatepark oraz dużo przestrzeni otwartej, służącej mieszkańcom i wyposażonej w wszystkie niezbędne urządzenia. Tym, co mnie pozytywnie zaskoczyło najbardziej, było to, że mieszkańcy osiedla grodzonego wcale nie chcą się izolować od reszty Witomina. Dzieci ze wszystkich części dzielnicy bawiły się razem, a jeden pan z nowych budynków wyraził nawet potrzebę takiej integracji. Być może po prostu brakuje przestrzeni, które mogłyby temu sprzyjać.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Warto przypomnieć, że około połowy mojej grupy stanowią studenci nie mówiący po Polsku. Jak się okazało, nie stanowiło to większego problemu. Polacy zajęli się wywiadami z mieszkańcami, podczas gdy pozostała część zespołu obsługiwała elementy projektu oraz pilnowała lub zabawiała dzieci. Bariera językowa nie przeszkodziła w realizacji prototypowania, a obecność osób z innych krajów nawet przyciągała zainteresowanie projektem.

Testowanie nowych rozwiązań urbanistycznych dało nam bardzo wiele informacji. Od historii i potrzeb ludzi do wiadomości zwrotnej, czy nasze pomysły mogłyby się sprawdzić. Dla mnie taka forma projektowania jest zupełną nowością. Już zaczynam rozumieć, dlaczego obecnie coraz częściej słyszę, że urbanistyka zamienia się w socjologię. Wydaje mi się, że głównego elementu zmian w przestrzeni nie stanowiły ławki przywiezione z LISu czy chodnik pomalowany na zielono, a ludzie, którzy ożywili tę przestrzeń. Być może mieszkańcy bloków lubią, jak się coś dzieje, ale nie mają odwagi aby podjąć inicjatywę. Zauważyłam, że stałym elementem prototypowania były twarze wyglądające z okien czy ludzie opierający się o balustrady balkonów, wpatrując się w dziejące się akcje. Jestem bardzo ciekawa, czy te dwa dni, które na chwilę ożywiły Witomino, zainspirują kogokolwiek do lepszego wykorzystywania tej przestrzeni.

Prawdziwym celem projektu jest jednak przygotowanie analiz i wytycznych do konkursu na rewitalizację dzielnicy.

Więcej

Narracje #8 – Biskupia Górka

Jesienna szaruga w tym roku nie zaczęła się, a raczej wtopiła w ledwo mrugające w Trójmieście lato. Złote liście schowały się szybko pod warstwą błota, a jesienne płaszczyki zastąpiły w szafie grube, zimowe palta. Taki tam październik, polecam nie wychodzić z domu. No za wyjątkiem tych szczególnych dwóch wieczorów, kiedy w Gdańsku odbywają się Narracje. Zeszłoroczną edycję tego festiwalu, odbywającą się w Nowym Porcie, wspominam bardzo dobrze. Pomimo przemarzniętych dłoni i porządnego zmęczenia, wróciłam wtedy do domu przepełniona dziwnym zafascynowaniem. Tym razem Narracje miały się odbyć na Biskupiej Górce, miejscu którego tak właściwie jeszcze nigdy nie odwiedziłam.

narracje 8 biskupia górka

Początkowo zastanawiałam się, czy mogę sobie czasowo pozwolić na poświęcenie całego wieczora spacerowi pośród instalacji w przestrzeni tej nieznanej mi dzielnicy. Dopiero co wróciłam ze Śląska, a nadchodzący poniedziałek wydawał się zawierać w sobie coś kłującego, wyglądającego jak palący deadline. Przypomniałam sobie jednak zeszłoroczne wydarzenie – to jak zmieniło ono moje postrzeganie owianej złą sławą dzielnicy. Biskupia Górka, nie kojarzyła mi się natomiast z niczym poza wagonikiem transportującym materiał do budowy gdańskich bastionów, według mojego zeszytu do historii architektury polskiej. Nie kojarzyłam ważnych budynków w tej dzielnicy, nie znałam nikogo kto tam mieszka. Praktycznie była to dla mnie jedyna okazja aby w ogóle odwiedzić Biskupią Górkę.

Na początku wydarzenie mnie mocno zniechęciło. Ogromne grupy ludzi, gromadzące się pod zielonoświątkowym kościołem, będącym punktem startu wycieczek po instalacjach, uświadomiły mi, jak popularne stało się to wydarzenie. Z organizacją też coś było nie tak. Rozpoczynając trasę w grupie kilkudziesięcioosobowej trudno było się dopchać do przewodników. Bardzo mylącym i nieprzyjemnym manewrem z ich strony było zachęcenie zwiedzających do udania się do wnętrza kościoła, aby zobaczyć znajdującą się tam instalację, a następnie zdematerializowanie się nie wiadomo gdzie. Dwukrotnie dałam się na to nabrać, za trzecim razem postanowiłam przykleić się do jednej z przewodniczek i pomimo taranowania ludzi niczym tatusiek z wózkiem na otwarciu galerii Metropolii, trzymać się na bezpieczną odległość kilkudziesięciu centymetrów od niej. Dopiero po oddaleniu się od punktu startowego trasy, dało się swobodnie poruszać jak na normalnej wycieczce. No może poza faktem, że oprowadzana grupa początkowo liczyła blisko stu osób. Nie muszę chyba zaznaczać, że start wydarzenia totalnie nie przypadł mi do gustu i niewiele brakowało, żebym wróciła do cieplutkiego mieszkania, obrażona na cały świat, wmawiając sobie, że niczego nie straciłam. A straciłabym i to wiele.

Tak, było mnóstwo niedogodności. Pchający się wszędzie ludzie, brak dostępu do wielu instalacji, mieszanie się z innymi grupami. O tym wszystkim dało się jednak zapomnieć, kiedy zaczął udzielać się ten niesamowity klimat Narracji. Obrazy wyświetlane na budynkach, nietypowo umieszczone przedmioty, wnętrza kryjące niezwykłe historie. Tym razem jednak najmocniejszą stroną imprezy było tło akustyczne. Ten niezwykły, niepowtarzalny i niespotykany nigdzie indziej jak na Narracjach soundscape pochłonął mnie całkowicie. Hałas dobiegający z poszczególnych instalacji odbijał się od ścian budynków i mieszał z głośnymi rozmowami zebranych ludzi oraz przewodników opisujących kolejne prace. Do tego dochodziło nierównomierne oświetlenie krętych i nieregularnych uliczek pełnych starych i klimatycznych kamienic. Wydawało się, że za każdym zakrętem umieszczona jest jakaś kolejna tajemnica.

narracje 8 biskupia górka

Instalacje artystyczne przedstawione w tegorocznych Narracjach były bardzo zróżnicowane, choć mam wrażenie, że ich forma, w większości, była tylko dodatkiem do szerokiej analizy. Artyści bardzo mocno skupili się na pomyśle i samej idei, natomiast dzieło finalne zostało zminimalizowane. Najbardziej wyraźnym tego przykładem była praca Honoraty Martin, o nazwie „Ściana”. Podchodząc do instalacji, zauważyłam, że jest to jedynie kilkanaście ułożonych na zaprawie cegieł. Jak się okazało, artystka przychodziła przez dłuższy czas na Biskupią Górkę i ofiarowała mieszkańcom swoją obecność. Tytułowa ściana, okazała się być jedynie pozostałością po tych odwiedzinach. Jednocześnie symbolizowała też to, co artystka odczuła najmocniej – odizolowanie dzielnicy, przez roboty drogowe utrudniające ludziom przejście.

Oczywiście znalazło się i miejsce na dzieła prezentujące bardziej materialną wizję artysty. Przykładem może „Portal” Mariusza Warasa, który zamknął przestrzeń pomiędzy kamienicami imitacją kolejnego budynku. Budynek-widmo, wydrukowany na sztywnym materiale banerowym i rozciągnięty na całą szerokość uliczki, ponacinany został tak, aby można było przez niego przejść i obejrzeć z drugiej strony.

Jak już pisałam, na tegorocznych Narracjach przede wszystkim dominował dźwięk. Szczególnie zapamiętałam instalację o nazwie „Vox populi” Zorki Wollny i Andrzeja Wasilewskiego. Umieszczone w starym budynku szkoły, w małej sali, odtwarzało krzyki mieszkańców nagrane podczas przeprowadzonych wcześniej warsztatów. Było je doskonale słychać także na zewnątrz budynku. Główną ideą formalną tej instalacji było wykorzystanie efektów wizualnych i dźwiękowych zastosowania cewki Tesli. Niestety to jest właśnie jeden z przykładów, kiedy nie udało mi się przepchać przez tłum, aby dokładnie zobaczyć instalację.

narracje 8 biskupia górka

Tegoroczne Narracje były wydarzeniem niezwykłym, choć lepiej wspominam edycję z Nowego Portu. Coraz większe zainteresowanie, jakie budzi nocny spacer po niezwykłych instalacjach, sprawia że na Narracje przybywają tłumy. Nie jest to oczywiście złe zjawisko – dzieła tych artystów zdecydowanie powinny zostać zobaczone, a dobra kultura zawsze będzie budowała pozytywne wartości w społeczeństwie. Być może rozwiązaniem mogłoby być przedłużenie festiwalu o jeden dzień. Mimo wszystko cieszę się, że odbywają się kolejne edycje, że nie kończą się pomysły na ich organizację. Niezależnie od tego, jakie tłumy będą w przyszłym roku, na pewno i ja będę wśród nich.

Więcej

Copernicon 2016

Copernicon był w tym roku raczej na mojej liście marzeń, a nie planów. Nawał obowiązków na początku września rzucał cień na szanse mojego wyjazdu do Torunia. Już od początku wiedziałam, że jeśli się nie uda, to będę żałować. Zeszłoroczny Copernicon był wspaniały, miał wszystkie cechy dobrego konwentu – miejsce, ludzi i atrakcje, a przy okazji był naprawdę porządnie zorganizowany. Był też ostatnim konwentem, na którym się pojawiłam. Tak, brak czasu zdecydowanie wpływa na możliwość wyjazdów w weekendy. Trójmiejska oferta wydarzeń tego typu jest o dziwo bardzo biedna. Powstają małe konwenty, głównie nastawione na mangę i anime, jest też festiwal GRAMY, zlokalizowany na targach, więc w nieprzyjaznym dla gracza miejscu. Copernicon za to ma zawsze bogaty program, a jego miejscem są budynki uniwersytetu i szkół. To tworzy wspaniały klimat wydarzenia rozlewającego się na całe stare miasto… Nie, nie mogłam sobie tego odpuścić. I o dziwo się udało!

copernicon 2016

Chociaż konwent rozpoczynał się dopiero o 16:00, ja wsiadłam do pierwszego porannego pociągu, aby być na miejscu jak najwcześniej. Dobrze wiem, co potrafi zepsuć brak preakredytacji – a przecież nie chciałabym spędzić połowy pierwszego dnia w kolejce. Drugim powodem wcześniejszego przyjazdu była chęć pozwiedzania pięknego Torunia. Być w tym pięknym mieście i nie przejść się spokojnie po średniowiecznych uliczkach – to byłaby zbrodnia. Z dworca głównego również postanowiłam dotrzeć co centrum miasta na piechotę. Główną atrakcją tego spaceru okazał się wspaniały, niekończący się most, z przepięknym widokiem na panoramę miasta. Przed festiwalem udało mi się jeszcze zaliczyć wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej. Mocne, wyzywające prace tureckich artystów oraz ciekawe typograficznie ukraińskie plakaty – jeśli będziecie w Toruniu, to zdecydowanie warto tam zajrzeć.

A potem zaczął się konwent i już nic nie istniało, poza bogatym planem atrakcji. Cały Copernicon – zbyt wiele się dzieje, aby być na wszystkich prelekcjach i panelach, aby spotkać się ze wszystkimi osobami, żeby w pełni skorzystać z oferty LARPów, erpegów czy gamesroomu. Trudno wybrać z dwustronnej (A3) tabelki dostępnych punktów programu, zlokalizowanych w paru różnych budynkach. Początkowo denerwowało mnie to rozrzucenie obiektów konwentu, ale szybko dostrzegłam i pozytywne strony – po pierwsze, to wymuszało okazjonalne wyjście na zewnątrz, tak potrzebne dla człowieka wiecznie siedzącego. Po drugie, powiedziałabym, że ważniejsze – uczestniczyło w procesie wyboru punktów programu. Nie mogąc się zdecydować pomiędzy kilkoma atrakcjami, wybierałam tą, która jest bliżej, na którą się nie spóźnię. Tutaj warto zaznaczyć, że na Coperniconie plan godzinowy jest praktycznie studencki, czyli 45 minut + 15 przerwy. Tak powinno być na każdym konwencie – dzięki temu praktycznie nie było osób dochodzących po rozpoczęciu prelekcji.

Największą – i chyba jedyną poważną – wadą tegorocznego Coperniconu był brak budynku Collegium Maius, najbardziej klimatycznego i niezwykłego miejsca zeszłorocznego wydarzenia. Fantastycznych LARPów w rozległych piwnicach nic nie zastąpi, za to planszówkom było zdecydowanie lepiej na parterze CSW niż w ciasnych korytarzach gmachu uczelni. Pozostałe budynki spełniły swoje zadanie. Nie zliczę ile razy przebyłam drogę pomiędzy gimnazjum, „mat-infem”, Collegium Minus i CSW czy Młodzieżowym Domem Kultury i liceum obok. Może by mnie to denerwowało, gdyby pogoda nie dopisała albo Toruń nie był tym pięknym Toruniem… ale nie, chodzony konwent Copernicon to jednak to co do mnie przemawia najbardziej. Wszystko tylko nie wydarzenie zamknięte w pudle targów.

Copernicon, tak jak w zeszłym roku, przemyślany był idealnie. Stoiska ze sklepikami umieszczono w wydzielonej strefie, dzięki czemu nie przeszkadzały w poruszaniu się po miejscu konwentu. Planszówki na rozległym parterze CSW, oferującym bardzo dużo miejsca, a przy okazji skupiającym graczy. Bloki tematyczne rozplanowane po budynkach według podobieństwa, czyli na przykład literackie obok popkulturowych, popularno-naukowe obok konkursowych i planszówkowych. Rozpiska była bardzo czytelna, choć brakowało w niej rubryki, która informowałaby o zlokalizowaniu danej sali w konkretnym budynku. Dodatkową atrakcją były darmowe pokazy filmowe, na które niestety zabrakło mi czasu. Obawiam się też, że bez wyjątkowego skupienia, łatwo zasnęłabym nawet na najlepszym filmie po tej minimalnej dawce snu, jaką byłam w stanie poświęcić podczas konwentu.

Z bloków programowych szczególnie przykuł mnie ten planszówkowy. Na warsztaty z tworzenia gier, prowadzone przez Macieja Jesionowskiego mogłabym chodzić codziennie, natomiast prelekcja o uprzedzeniach w planszówkowym świecie, prowadzona przez Łukasza „UncleLiona” Juszczaka, przedstawiła więcej ciekawych informacji niż można się było spodziewać po tylko 45 minutach. Innym ciekawym wykładem, którego wysłuchałam, były „Mechaniki dawnych gier planszowych” Grzegorza „Lindala” Laskowskiego. Także gamesroom planszówkowy był świetnie wyposażony i konkursów nie brakowało. Przedstawiciele wydawnictw chętnie tłumaczyli zasady poszczególnych gier.

Program sal literackich i popkulturowych wypełniony był po brzegi. Najbardziej utkwiły mi w pamięci prezentacje „Dlaczego tak rzadko zapraszamy logikę do fantastycznych światów?” Łukasza „Sasa” Sasuły oraz „Hard SF – literatura dla wybranych” Leszka Błaszkiewicza. Dokładnie takich prelekcji oczekiwałam po tegorocznym Coperniconie.

Zupełnie przez przypadek trafiłam też na jeden cosplayowy wykład (jeśli zobaczycie mnie kiedyś w przebraniu za postać z dowolnego fandomu, wiedzcie, że koniec świata jest bliski), a mianowicie „Szycie dla Bystrzaków” poprowadzony przez duet Magic & Twoja Mama. Dziewczyny przedstawiły mnóstwo różnych materiałów, ich zastosowanie, właściwości i ceny. Szczerze mówiąc, do tej pory nie wiedziałam, że aż tak mało wiem o krawiectwie. Ach poszyłabym sobie, gdybym miała tylko odrobinę więcej czasu w życiu!

Jedną z najważniejszych rzeczy w konwentowym świecie są dla mnie zawsze LARPy. Dla niewtajemniczonych – zabawy polegające na wcielenie się w postać opisaną na karteczce od mistrza gry i poprzez interakcje z pozostałymi uczestnikami, osiągnięcie swoich celów. Zawsze byłam beznadziejna z aktorstwa, jednak coś zostało mi z czasów kiedy miało ono dla mnie duże znaczenie i jeszcze nie wiedziałam, że nic z tego nie będzie. W sumie uczestniczyłam w trzech LARPach – „Tam, gdzie wyją wilki” poprowadzonym przez Reszkę, „Zimowisko z Duchami” Tomasza Vali Kwarcińskiego oraz „ISS O7 Odyseusz: Pierwszy Kontakt” Grzegorza „Grzelicha” Hellicha. Wszystkie trzy miały ciekawą fabułę i były świetnie poprowadzone. Poza tym, zawsze fascynuje mnie ta umiejętność oderwania się od rzeczywistości, posiadana przez zdecydowana większość graczy, nawet tych którzy uczestniczą po raz pierwszy. Szczególnie podziwiam dziewczynę, z którą spotkałam się na powyższych LARPach, która w pierwszym z nich była drugą służącą w budynku, będącym miejscem akcji, natomiast w drugim przebojową nastolatką. Naprawdę takich zdolności aktorskich to nawet w kinie dawno nie widziałam.

Ostatniego dnia konwentu byłam już tak zainspirowana i jednocześnie zmęczona, że postanowiłam pozostać w budynku CSW, pograć w planszówki czy pozwiedzać stoiska z nadzieją, że znajdę jakąś perełkę na wyprzedażach związanych z końcem targów. W ten sposób nabyłam przepiękny pierścionek-zegarek na stoisku Filcarium. Na coperniconową koszulkę funduszy już nie wystarczyło, za to zaopatrzyłam się w sygnowany gotyckim „C” otwieracz do piwa. Zawsze to bardziej przydatny gadżet niż niemal identyczna kształtem przypinka.

Ponieważ powrotny pociąg miałam dość późno, postanowiłam znowu przejść się długim mostem na dworzec. Toruń oddalał się za moimi plecami, a ja powoli (choć nie aż tak bardzo, jak na PKP) oddalałam się do pozakonwentowej rzeczywistości.

copernicon 2016
Więcej

Warsztaty sztalugowe dla dorosłych, każdy może zostać artystą

każdy może zostać artystą

Wiele osób twierdzi, że artystą może zostać tylko ktoś, kto dostał magiczny dar od siły wyższej albo genetycznie uzyskał talent po swoich przodkach. Są też tacy, którzy uważają, że kreatywności i tworzenia da się nauczyć, ale tylko zaczynając w odpowiednio młodym wieku. Moje zdanie w tym temacie jest absolutnie odmienne. Twierdzę, że każdy może stworzyć coś pięknego, nauczyć się wyrażać swoje emocje poprzez sztukę, niezależnie od wieku. Każdy może zostać artystą, jeśli tylko tego chce i uda mu się znaleźć w sobie iskrę wrażliwości twórczej. Wtedy włożona praca i poświęcony czas mogą zdziałać cuda.

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o bardzo inspirującym wydarzeniu, w którym uczestniczyłam. Pod koniec lipca, w Laboratorium Innowacji Społecznych w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym odbyły się tygodniowe warsztaty sztalugowe dla dorosłych. Choć darmowe bilety rozeszły się w pierwszych minutach od ogłoszenia wydarzenia, mi na szczęście udało się dostać na te zajęcia. Cieszę się, że rysunek i malarstwo są wciąż chętnie praktykowane przez osoby, które podstawówkę mają już dawno za sobą.

Warsztaty odbywały się przez pięć dni od godziny 17 do 20. Część osób, w tym ja, przybywało na nie prosto z pracy. Było więc to niemałe wyzwanie, ale udało się je zakończyć sukcesem.

Na miejscu poznałam grupę piętnastu osób pełnych motywacji do działania i chętnych do nauczenia się czegoś nowego. Duża większość z nich nie miała w swoim życiu zbyt wiele przygód z malarstwem, choć tylko część nie zajmuje się tworzeniem w ogóle. Zajęcia poprowadziła Joanna Cupiał, prawdziwie artystyczna dusza, mająca dwie pracownie (w Gdańsku i Gdyni) i ucząca sztuki zarówno grupy dzieci jak i dorosłych. Tydzień pracy zaowocował wernisażem, na który przyszło zaskakująco dużo osób.

Pierwszy dzień

każdy może zostać artystą

Zanim ustawiliśmy się przy sztalugach, trzeba było zacząć od czegoś mniejszego na rozgrzewkę. Pierwszym naszym zadaniem było stworzenie trzech szkiców przedstawiających ludzi na tle architektury – czyli kontrast nieorganiczne-organiczne. 45 minut na trzykrotne wynalezienie odpowiedniego miejsca wokół PPNT i odwzorowanie go ołówkiem na kartce papieru. To zadanie uznałam za trudne, bo budynki Parku okazały się jeszcze bardziej monumentalne w kontraście do ludzi, niż wydają się kiedy nie trzeba ich narysować. Wykadrowanie czegoś zza ulicy tez było dość trudne. Ostatecznie zrobiłam półtora szkicu i bazgroł. Ten ostatni „mi się zgubił”.

Drugim wprowadzającym ćwiczeniem były szybkie portrety. Naprawdę szybkie, bo na każdy z nich mieliśmy dwie minuty, liczone z zegarkiem. Świetne zadanie, polegające na wyszukaniu w twarzy drugiej osoby elementów charakterystycznych i szybkie ich odwzorowanie na kartce – bo na dopracowanie szczegółów nie ma czasu. Potem odgadywaliśmy przedstawione na kartkach osoby, co o dziwo nie było aż takie trudne i w większości przypadków udawało się za pierwszym strzałem.

każdy może zostać artystą
każdy może zostać artystą

Drugi i trzeci dzień

Główna część warsztatów – malowanie farbami. Martwa natura składająca się z niewielkiej liczby przedmiotów na tkaninie. To zupełnie co innego niż bałagan jaki malowałam na uczelni czy w liceum. O wiele trudniej znaleźć odpowiednią kompozycję z małą liczbą przedmiotów, niż wykadrować fragment czegoś co wyglądałoby ciekawie nawet na zdjęciu. Domyślam się jednak, że mój problem był jednym z mniejszych jakie pojawiały się tego wtorkowego wieczora.

Na szczęście prowadząca warsztaty bardzo konkretnie tłumaczyła jak malować. Zaowocowało to tym, że praktycznie ani jedna praca nie była zła, wszystkie miały w sobie coś ciekawego i wartościowego. Myślę, że brakowało mi takiego podejścia na początku liceum. Wtedy nauczyciel tylko powiedział, że „mamy zrobić mięso”, a klasa długo próbowała się domyślić, o co mogło chodzić. Joanna natomiast wytłumaczyła i dokładnie przedstawiła, w jaki sposób mierzyć proporcje obiektów, jakich farb używać (dwie czerwone, dwie niebieskie, dwie żółte i biała), jaki efekt można osiągnąć konkretnymi narzędziami i jak myśleć o przedstawianym przedmiocie, aby uchwycić jego naturę.

Czwarty dzień

każdy może zostać artystą

      

każdy może zostać artystą

Po lewej moja abstrakcja, po prawej portret autorstwa Ewy Antoniny Kielar, na którym wyglądam absolutnie jak ja

Węgiel. Bardzo trudna technika, z którą nie miałam zbyt wielu przygód. Szczerze mówiąc, unikałam jej jak ognia, głównie ze względu na brudzenie wszystkiego wokół i trudność naprawienia ewentualnych błędów. Jako temat dostaliśmy portret – portret osoby siedzącej naprzeciwko lub obok, przy podłużnym stole. Jednoczesne rysowanie i pozowanie było trudnym zadaniem, a technika węgla niczego nie ułatwiała. Ostatecznie nie jestem zadowolona z mojej pracy, wszystko wyszło krzywo, ołówkiem byłoby lepiej. Ale cieszę się, że warsztaty wymusiły we mnie odepchnięcie na chwilę niechęci do tej techniki.

Później rozpoczęliśmy kolejną pracę, która była jeszcze kontynuowana ostatniego dnia warsztatów. Abstrakcja, czyli obraz nieprzedstawiający czegoś konkretnego. Finalna praca powstała z połączenia dwóch zamalowanych w całości kartek papieru. Szczegółów nie zdradzę, ale być może ktoś zgadnie, jaka historia kryje się za tym zbiorem warsztatowych dzieł.

Wernisaż

Wernisaż, czyli nie tylko darmowe ciastka (ale też!). Przyszło wyjątkowo dużo osób, nawet pomimo że w wydarzeniu utworzonym przez LIS na Facebooku nie zaznaczyło się zbyt wielu chętnych. Dość duża przestrzeń pozwoliła wyeksponować wszystkie prace, poza szybkimi szkicami – z tych zawisło jedynie parę wybranych. Świetnym i szybkim sposobem zaprezentowania tak wielu dzieł na papierze okazały się linki i spinacze do bielizny. Kolejny pomysł Asi, który z powodzeniem można zaadaptować do domowych celów, na przykład stworzenia wystawki zdjęć z wakacji. Tutaj wisiały węglowe portrety i abstrakcje.

każdy może zostać artystą

To, co powinnam zaznaczyć już na początku wpisu to fakt, że przez ten tydzień wszyscy świetnie się bawili. Prowadząca sama przyznała, że inaczej uczy się grupę dorosłych niż dzieci. Mi taki podział zdecydowanie pasuje. Zupełnie inną motywację mają osoby, które w codziennym biegu organizują sobie te parę wieczorów i postanawiają wytrwać do końca, a inaczej dzieci, którym się nudzi i które przywykły do tego, że ktoś organizuje im czas. To, co jeszcze połączyło uczestników, to chęć tworzenia – czyli zaprezentowania czegoś swojego, stworzonego własnymi rękami. I bez różnicy, czy ktoś przygotowywał się do tego przez całe życie, czy po raz pierwszy widział na oczy pędzel. Sztuka to nie rzemiosło, sztuka to zabawa, poszukiwanie i łączenie.

Więcej

Czwarta edycja See Bloggers

Blogosfera rozrasta się w niesamowitym tempie, a na blogerskie imprezy twórcy internetowi zgłaszają się tysiącami. Podobnie było z tegoroczną edycję See Bloggers – organizatorzy zaplanowali bardzo duże wydarzenie, na co najmniej kilkaset osób. Dzięki temu nawet tacy mniej popularni blogerzy jak ja, mieli szansę się dostać na listę uczestników. Daleko nie miałam, bo impreza odbyła się w mojej Gdyni – z tego też powodu szczególnie zależało mi na uczestnictwie. A czy było warto – zapraszam do zapoznania się z moją relacją z wydarzenia.

see bloggers

Zaczęło się dziwnie. Przed wejściem do budynku, w którym odbywało się See Bloggers, ciągnęła się ogromna kolejka. Tego można się było spodziewać przy dużej liczbie uczestników. Czy zawiniło to, że rejestracja każdej osoby trwała długo przez drukowanie plakietek na miejscu, czy fakt, że uczestnicy przybywali na ostatnią chwilę, pomimo otwarcia półtorej godziny wcześniej – trudno powiedzieć. Niestety wpłynęło to na pierwsze warsztaty i wykłady, na które niektórzy docierali w trakcie trwania.

See Bloggers to ludzie

W całym See Bloggers chyba najbardziej bałam się tłumu. Znam budynki PPNT, wiem ile miejsca jest w centrum konferencyjnym i nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak mogłoby się w nim znaleźć 900 osób na raz. Później ktoś powiedział, że uczestników imprezy było ponad 1300. Nie wiem, na ile to prawda, ale miałam wrażenie, że nie było nawet połowy tej liczby. Często natrafiałam na znajome twarze i dość łatwo było mi znaleźć osoby, z którymi szczególnie chciałam zamienić kilka słów.

Na tym właśnie zależało mi najbardziej. Chciałam spotkać te osoby, których twórczość obserwuję od dawna, które swoimi postami na blogach mnie inspirują i motywują do działania. Wyszukiwałam też twarzy znanych z poprzednich imprez blogowych, czy nawet ze świata pozablogowego. W ten sposób udało mi się miło spędzić czas z:

  • Qrkoko i jej Przedmężem – znanych w rękodzielniczej części blogosfery – jak się okazuje, przemiła para, trzymająca się raczej poza tłumem, a mająca zawsze coś ciekawego do powiedzenia
  • Panią Dyrektor – czyli moją najulubieńszą blogerką architektoniczną, kobietą o niezwykłym charakterze i zwariowanym podejściu do życia
  • Rosaline – Sylwia pochodzi z mojej rodzinnej miejscowości (obecnie mieszka na Śląsku), prowadzi bloga feministyczno-kobiecego, którym bez trudu podbija blogosferę – w końcu musiałyśmy się spotkać po latach
  • Gender Gosposią (wraz z Panią Gender) – w blogosferze udowadnia, że mężczyzna też może być królem domowej kuchni, natomiast na See Bloggers, że i poza kuchnią ma mnóstwo ciekawych rzeczy do powiedzenia
  • Ksawerym – który prowadził kiedyś fajnego bloga o kulturze i zdecydowanie powinien do tego wrócić, zwłaszcza że pomysłów ma sporo
  • Kulką Szpulką – z którą mogłabym długo rozmawiać o życiowych sprawach, ale tym razem niestety czas ograniczyły nam kolejne warsztaty
  • Martyną z Technologii Smaku – która prowadzi świetnego bloga łączącego naukę z kulinariami i zawsze ma mnóstwo ciekawostek ze świata nauki.

Oczywiście na miejscu było o wiele więcej znanych mi blogerów; wyżej wymienieni to osoby z którymi udało mi się dużej posiedzieć. Było też mnóstwo krótkich rozmów, przywitań, a także nawiązywania nowych znajomości. Tutaj mogłabym wymienić Joankę-z, Agę z Plachaart, Wojtka z PraKreacji, Joannę z Krzywej Prostej, Innoką, czy Martę z Rudym Spojrzeniem Na Świat. Choć nie było wielkich tłumów, nie udało mi się za to znaleźć nigdzie Pawła Opydo ani Smiley Projet.

See Bloggers to warsztaty i prelekcje

Rejestracja na warsztaty odbywała się na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”. Lubię tę metodę, ponieważ daje równe szanse każdemu (no chyba nie powiecie mi, że jakiś bloger nie ma stałego dostępu do Internetu?). Poza tym, podobnie wyglądają zapisy do katedr co semestr u mnie na studiach, więc mam już swoje metody aby dostać się tam, gdzie chcę (czyli pierwszy lepszy zegar atomowy z neta i skupienie się tylko na wyklikaniu tego co trzeba z ctrl+f). Dzięki temu udało mi się zapisać na:

  • warsztaty z Panią Dyrektor o dobieraniu kolorów do swojej przestrzeni pracy – bardzo odstresowujące zajęcia przy użyciu kredek, zakończone zabawnym podsumowaniem
  • warsztaty, a raczej wykład Wojciecha Wawrzaka o prawie dla blogerów w pytaniach i odpowiedziach – bo niby wszystko jest opisane u niego na PraKreacji, ale jak to w prawie bywa, zawsze i tak pojawią się jakieś pytania
  • zajęcia z House Loves o fotografii wnętrz – bardzo konkretnie przedstawiona wiedza, dokładne parametry, wszystko wytłumaczone od deski do deski i to w ograniczonym czasie
  • warsztaty z Wiktorem Franko i firmą Olympus o fotografowaniu portretów – czyli profesjonalna sesja z profesjonalną modelką i profesjonalnym sprzętem, a aparatów dostępnych na miejscu wystarczyło dla każdego
  • warsztaty/wykład Artura Jabłońskiego o narzędziach dla blogerów, aplikacjach na których można śledzić ruch na stronie, wyszukiwać inspiracje czy monitorować jak blog sprawuje się w internecie – przyznam szczerze, że nie znałam do tej pory większości z nich.

Jakimś przypadkiem też znalazłam się na yoczokoowym wykładzie, którego zdecydowanie nie byłam targetem (gdzie mi do Youtube’a, gdzie mi do popularności?), a mimo to był dla mnie wartościowy. Pozytywnie zaskoczyła mnie świadomość youtubera, że jego odbiorcami są głównie dzieci i dostosowywanie do nich swoich treści. Spodziewalibyście się tego po kimś kto ma 17 lat?

Czasu wystarczyło mi już tylko na jeden ogólnodostępny wykład – „Jak nie być debilem i nie rozprzestrzeniać głupot w sieci. Błędy poznawcze i ich konsekwencje” Piotra Buckiego. Świetnie poprowadzone, konkretne, z mnóstwem przykładów. Zdecydowanie warto było na nie przyjść.

See Bloggers to „dary losu”

Każdy lubi dostawać prezenty, nawet jeśli są to trzy litry Coca-Coli, których nie można zostawić w szatni. Również odebrałam swój pakiet upominków – od firm Eveline oraz FM World (Over 150 Fragrances), a także zjadłam przepyszne wegańskie brownie zaprezentowane na stanowisku sklepu Netto. Taka jest specyfika blogerskich imprez – niby nie chcesz wchodzić w świat osób, które „sprzedały się za tusz do rzęs”, ale jednak odzywa się taki głos zachęcający do skorzystania z okazji. Jeśli jednak ktoś przybył na See Bloggers specjalnie aby pozbierać gadżety, to na pewno wracał do domu obładowany torbami – niektóre stoiska pod koniec imprezy po prostu rozdawały wszystko co na nich zostało.

See Bloggers to nie Blog Forum Gdańsk

Kiedy parę lat temu po raz pierwszy odbyło się See Bloggers, pojawiło się parę głosów, że to przyszła konkurencja dla Blog Forum Gdańsk. Kolejne edycje coraz wyraźniej pokazują, że to impreza o zupełnie innym charakterze. Na BFG dostają się nieliczni, za to nagrania oglądane są przez dużą część blogosfery. Co roku w wakacje przez Internet przelewa się fala postów o tym, kto się dostał, a kto się nie dostał i jak bardzo powtarza się sytuacja z lat poprzednich. Sama wysyłam formularz rokrocznie, z takim samym skutkiem i potem udaję, że wszystko mi jedno, choć tak naprawdę chciałabym w tym uczestniczyć.

Na See Bloggers jest zupełnie inaczej. Wydarzenie nastawione jest na integrację właśnie dzięki dużej skali. Jak już się dostaniesz na listę uczestników, masz pewność, że znajdzie tam innych blogerów o podobnej skali, a być może i tych dopiero zaczynających lub niszowych. Początkowo bałam się tych tłumów, ale ostatecznie cieszę się, że See Bloggers rozwija się w taką stronę. Zamiast zamkniętej konferencji tworzy się duże miejsce spotkań. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby mogli w nim wziąć udział wszyscy blogerzy. Tacy, którzy mają już coś na koncie – oraz tacy, którzy zaczęli parę miesięcy temu albo piszą zbyt specyficznie, aby czytały ich tysiące. Blogosfera jest w Polsce ogromna więc to byłby niezwykły problem organizacyjny. Za to twórcy See Bloggers pokazali, że da się okiełznać duży tłum – i spisali się w tym roku na medal.

A zdjęć nie robiłam, bo postanowiłam skupić się na wydarzeniu i choć raz być „po tej drugiej stronie lustra”.

Więcej

„Odzyskane” – Gdynia Design Days ’16

Ubiegłoroczne Gdynia Design Days zapisało się bardzo dobrze w mojej pamięci. Uczestniczyłam wtedy w kilku naprawdę świetnych warsztatach, a wystawy które odwiedziłam nie raz wzbudziły we mnie podziw wobec twórczości nieznanych mi dotąd projektantów. Z tego powodu miałam wysokie oczekiwania co do tegorocznej edycji festiwalu i z niecierpliwością wyczekiwałam początku lipca, kiedy to Gdynia Design Days miało się rozpocząć.

gdynia design days

Kiedy ruszyły zapisy na poszczególne warsztaty, zajęłam sobie miejsce na wszystkim, co mnie zainteresowało. W tym roku organizatorzy zdecydowali wprowadzić listę rezerwową, dzięki czemu w razie czyjejś nieobecności inna osoba mogła „wskoczyć” w zwolnione miejsce. W ten sposób prawie wszystkie wydarzenia, w których brałam udział, miały pełen zestaw uczestników. Pamiętam, że w zeszłym roku nie zdążyłam się zapisać na najważniejsze dla mnie warsztaty, ale zaryzykowałam – pojechałam do Gdyni i okazało się, że z osób zapisanych na listę przyszło dwoje lub troje ludzi. Tym razem, mając Pomorski Park Naukowo-Technologiczny po sąsiedzku (przeprowadziłam się do Gdyni parę miesięcy temu), takie ryzyko nie kosztowałoby mnie nic – wtedy było to kilkadziesiąt minut i kilka złotych za SKM. Tegoroczne warsztaty cieszyły się jednak o wiele większą frekwencją. Na każdych, w których uczestniczyłam, obecni byli prawie wszyscy z podstawowej listy i wystarczyło miejsc na niewiele osób z listy rezerwowej. Na przyjście „na gapę” nie było szans.

Tematem tegorocznego Gdynia Design Days było „odzyskane”. Odzyskane, czyli odnalezione, ponownie wykorzystane, przywrócone do życia. Bardzo spodobała mi się ta konwencja – od razu wzbudziła skojarzenie z rzeczami wyrzuconymi przez morze, ale także z ekologicznym podejściem do tworzenia, z wykorzystaniem tego, co uznawane jest za niepotrzebne, zużyte. Właśnie tego typu interpretacji znalazłam najwięcej podczas całego festiwalu – zarówno na warsztatach i wykładach jak i pośród prac prezentowanych na wystawach.

Opis swoich wrażeń chciałabym zacząć właśnie od wystaw, ponieważ były one otwarte dla każdego i można było je oglądać przez cały czas trwania festiwalu. Każda z nich prezentowała wysoki poziom i potrafiła zaciekawić, ale mnie zatrzymały na dłużej trzy konkretne:

  • wystawa główna, „Odzyskane”, nastawiona na motyw morski i przedstawiona w taki sposób, że można było przez chwilę poczuć się jak w bardzo dobrze zaprojektowanej galerii czy muzeum; zróżnicowany formalnie zbiór prac z rozmaitych kategorii, od architektury po przedmioty codziennego użytku
  • dyplomy ASP – jako osoba, która dawno, dawno temu chciała pójść na uczelnię typowo artystyczną, interesuję się tym, co ciekawego tworzą tamtejsi studenci; jak się okazuje, zdecydowanie nie brakuje im pomysłów
  • wystawa „Konsekwencje” przedstawiająca projekty mające na celu poprawić jakość życia w krajach, gdzie dostęp do czystej wody czy energii elektrycznej jest ograniczony; zaprojektowane urządzenia zostały opisane w kwestii sposobu działania oraz najważniejszych cech, w tym kosztu zakupu.

Oczywiście ciekawych wystaw było znacznie więcej – sala wypełniona drewnem i półeczkami z sadzonkami drzew (które można było zabrać ze sobą i zasiać), „portrety” nadmorskich budynków, projekty krzeseł i urządzeń sportowych, twory znanych projektantów, jak i dopiero debiutujących twórców. Zdecydowanie warto było odwiedzić PPNT podczas trwania Gdynia Design Days.

gdynia design days
gdynia design days

Tym, czego nie dało się nie zauważyć, był brak tłumów. Po wydarzeniu, które wcześniej wydawało mi się jednym z ważniejszych dla miasta, spodziewałam się o wiele większej liczby odwiedzających. Być może niedostateczna promocja, albo brak zainteresowania przeciętnych osób designem, sprawiły, że niejedną wystawę udało mi się zwiedzić w samotności. Dla mnie był to zdecydowany plus, ponieważ nic tak nie psuje doznań sensualnych jak dzikie tłumy ludzi zainteresowanych jedynie zrobieniem jak największego hałasu wokół siebie. Z drugiej strony, momentami czułam się jak na wystawie w zapomnianej przez świat galerii sztuki a nie na jednym z ważniejszych wydarzeń kulturalnych Trójmiasta.

Wykłady natomiast były o wiele bardziej oblegane – widać to było w pozajmowanych krzesłach i zaangażowaniu słuchaczy w wydarzenie. Prezentacja Filipa Springera przeniesiona została do większej sali a i tak wiele osób stało w drzwiach lub zajmowało miejsca na podłodze. Trudno się dziwić, wykład był naprawdę ciekawy.

Moim najważniejszym punktem Gdynia Design Days były jednak warsztaty. Uwielbiam tworzyć, a tego typu wydarzenia dodają mi motywacji do działania i sprawiają, że udaje mi się zebrać siły, aby coś skończyć. W kolejności chronologicznej, pojawiłam się na:

  • warsztatach stolarskich
  • tworzeniu plecionek z plastikowych butelek
  • dyskusji o ukierunkowaniu designu na odbiorcę
  • warsztatach z szycia eko-toreb.

Pierwszego wymienionego wydarzenia wyczekiwałam najbardziej. Uwielbiam zapach drewna i zawsze uznawałam wyroby z niego za o wiele bardziej przyjazne niż wszechobecny plastik. Oczywiście nie nastawiałam się na stworzenie mebla z prawdziwego zdarzenia – bardziej chciałam spróbować własnych sił w pracy z drewnem, w przycinaniu go i łączeniu na różne sposoby. Gdybym chciała zająć się tym na własną rękę, na pewno zabrakłoby mi odpowiedniego miejsca i sprzętu, a wiedza z internetu mogłaby się okazać niewystarczająca. Na warsztatach udało mi się stworzyć coś w rodzaju stojaka na długopisy z niewielką półeczką pod spodem. Twór ten ma formę drzewka, zrobionego z „odzyskanej” gałązki. Tak, oprócz typowego drewna stosowanego w stolarstwie, do dyspozycji mieliśmy materiały odnalezione przez prowadzących na plaży lub w innych miejscach. Choć narzędzi do pracy było mnóstwo, uczestników przyszło jeszcze więcej i momentami brakowało ścisków czy pił; na szczęście drewna wystarczyło dla wszystkich.

gdynia design days

Uwielbiam drewno!

Zupełnie czym innym były warsztaty z plecionkarstwa. Prowadząca je zaprezentowała swój projekt (QUANANI) polegający na przerabianiu butelek na cienkie pasma a następnie wyplataniu z nich różnych form – pojemników do przechowywania czy abażurów na lampy. Oryginalnie praca taka miała być kierowana do syryjskich kobiet uchodźców, póki co została przetestowana przez uczestników warsztatów na GDD. Okazało się to trochę trudniejsze niż wyglądało, jednak zarówno mi, jak i reszcie osób, udało się skończyć swoje plecionki. Na koniec dostaliśmy drewniane podstawki-korki, będące ważnym elementem tworzonego pojemnika.

gdynia design days

„Odzyskajmy design dla ludzi” to trzecie warsztaty, w których wzięłam udział. Jako jedyne, nie polegały na tworzeniu produktu, a na opanowaniu metody pracy z ukierunkowaniem na konkretnego odbiorcę. O wiele trudniej było mi się odnaleźć w tego typu zadaniu i momentami nie wiedziałam, co dalej robić, ale mimo to warsztaty były przyjemne i rozwijające.

Ostatnim punktem programu było dla mnie szycie eko-toreb. Jak się okazało, materiałem do ich produkcji stały się flagi poprzednich edycji Gdynia Design Days. Dzięki temu torby były bardzo „festiwalowe”, a w kwestiach formalnych mocne i łatwe do zszycia. Łatwe – tylko z pozoru. Moja torba wywołała mnóstwo dodatkowych problemów i prawdopodobnie za bardzo nie polubiła się z maszyną do szycia, plącząc nitki i nie dając się zszyć porządnie. Na szczęście prowadzące warsztaty pomogły mi uratować sytuację, dzięki temu torba została uszyta do końca i będzie mi dobrze służyć.

gdynia design days

Warsztaty z szycia eko-toreb

gdynia design days

Moja problematyczna eko-torba

Tego typu wydarzenia nie byłoby bez gratisów, które uczestnicy dostawali za udział w warsztatach. Najważniejsze – materiałowe torby, ale także pocztówki i tatuaże z tegorocznym motywem geometrycznych morskich obiektów. Zarówno kolorystyka jak i wybór prostego kształtu zdecydowanie mi się spodobały. Szkoda tylko, że krój torby nie był taki jak w zeszłym roku – te z tamtej edycji miały dłuższe ramię i dzięki temu można było je nosić o wiele wygodniej (swoją wyużywałam do granic możliwości, tj. do momentu kiedy już zupełnie się porwała). Tegoroczny wzór z kolei bardziej odpowiada mi estetycznie. Poza tym, poprzez dobór kolorów, nadruk z daleka wygląda jak wyhaftowany. Sama nie raz dałam się nabrać.

gdynia design days

Porównując tegoroczną edycję Gdynia Design Days do tej sprzed roku, ciężko mi zdecydować, która była lepsza. Wtedy trafiłam na warsztaty z projektowania parametrycznego, czyli czegoś czego najbardziej chciałam się nauczyć. Na tegorocznych zajęciach jedynie spędziłam miło czas, nie wynosząc do swojego życia drogocennej wiedzy. Z kolei w tym roku zdecydowanym plusem był motyw przewodni, spajający wystawy i wydarzenia festiwalu. „Odzyskane”, stworzyło nastrój zgody z naturą, dbania o środowisko, odtworzenia wartości czegoś, co pozornie ją utraciło. Ciekawe, co organizatorzy wydarzenia wymyślą za rok!

Więcej

Gdynio, otwórz się! – czyli Open House Gdynia

Chyba nie mogłam sobie wyobrazić lepszego sposobu na poznanie tego pięknego miasta. Mija drugi miesiąc, odkąd mieszkam w Gdyni a w ten weekend zajrzałam tam, gdzie normalnie nie mogłabym wejść. Na tym polegał Open House Gdynia, czyli festiwal architektury, wpuszczający ludzi do prywatnych domów, zamkniętych części budynków użyteczności publicznej oraz mniej oczywistych miejsc – jak podwórka czy podziemia. Co więcej, postanowiłam uczestniczyć w tym wydarzeniu trochę aktywniej, więc zapisałam się na wolontariat.

open house gdynia

Na czym polega idea festiwali Open House? Pierwsze tego typu wydarzenie odbyło się w Londynie w 1992 roku. W 2002 roku dołączył Nowy Jork, w 2005 Dublin, w 2007 Tel Aviv… a w 2015 właśnie Gdynia. Obecnie już 30 miast corocznie zaprasza ludzi do zapoznania się ze swoją architekturą. Dla zwiedzających otwierane są wnętrza prywatnych mieszkań, zaplecza, ogródki – wszystko to, co na co dzień jest zamknięte na klucz i ukryte za zasłoną prywatności.

Więcej

Budmika – konferencja studencka w pięknym Poznaniu

poznań

Ostatnio trudno mi znaleźć chwilę czasu na cokolwiek. Rozpisuję doby z dokładnością co do godziny w swoim kalendarzu, próbując przy tym uwzględnić rosnące wraz z upływem tygodnia przemęczenie i trudności w koncentracji. Czasami zaczynam wątpić, jak każdy. Innym razem cieszę się z takiego trybu życia i jestem zupełnie przekonana, że nie mogłabym inaczej. Nie dla mnie te wszystkie filozofie slow life, gdzie trzeba się zatrzymać na chwilę, pomyśleć, oddać się zadumie. Wolę poświęcić wszystkiemu część swojego czasu niż oddać się tylko jednej rzeczy. Moje życie jest za krótkie, a ja jeszcze nie wybrałam w nim jednej drogi, nie pogodziłam się z tym, że mogę być tylko jedną osobą na raz, tylko jedną indywidualnością.

Skaczę więc od dziedziny do dziedziny, szukam powołania w zupełnie odmiennych rolach, uciekam od specjalizacji, choć boję się, że to podejście zakończy się pewnego dnia ślepym zaułkiem. W tym momencie mam już co wpisać do cv, ale wciąż żadna z tych rzeczy nie jest naprawdę wartościowa. Czuję, że mogłabym lepiej wykorzystać swój czas, gdybym z czegoś zrezygnowała – ale ja się tak łatwo nie poddaję. To z kolei prowadzi do zaniedbania, ale nie do zapomnienia.

Ostatnio postanowiłam trochę bardziej pobawić się w to bycie studentem. Nie mam tu na myśli głośnych imprez w akademikach czy zmianę diety na odgrzewane w mikrofali kebaby. Studia z założenia miały polegać na nauce i właśnie taki cel najbardziej do mnie przemawia. Oprócz częstych wizyt w czytelni i prób zorganizowania czasu na działanie w kołach naukowych, postanowiłam spróbować zaprezentować referat na studenckiej konferencji. Temat już miałam, bo semestr temu porządnie przyłożyłam się do eseju z fizyki budowli. Wystarczyło doczytać jeszcze kilka książek, uszczuplić go o część wiadomości i dodać nowe. Z założenia prosta sprawa, ale jak postanowi się dużą staranność i potwierdzanie wszystkich informacji w źródłach to nagle wymarzone dwie godziny zamieniają się w dwa tygodnie. Czuję jednak, że dzięki temu w moim temacie mogę powiedzieć naprawdę wiele – i zamierzam przeznaczyć mu kilka wpisów na tym blogu. Gwarantuję, że będziecie czytać z zainteresowaniem.

Konferencja, na której zaprezentowałam swój referat to tegoroczna edycja poznańskiej Budmiki. Jest to największe wydarzenie tego typu o tematyce budowlanej w kraju. Uczestników było naprawdę wielu, a samych referatów sto pięćdziesiąt. Wybrałam więc wypłynięcie od razu na głęboką wodę, ale zupełnie tego nie żałuję.

poznań

Centrum Wykładowe Politechniki Poznańskiej jest pięknym, nowoczesnym budynkiem, którego architekt pomyślał także o świetnych widokach na ważne historycznie obiekty.

poznań
poznań

Dlaczego warto pojechać na konferencję studencką?

Trzy pełne doby spędzone w Poznaniu były zdecydowanie warte wielu godzin pracy i nieprzespanych nocy – a nawet tego stresu przed wystąpieniem publicznym. Jeszcze na miejscu kilka razy powtórzyłam sobie wypowiedź, aby mieć pewność, że wyrobię się w wyznaczonych piętnastu minutach, które później okazały się dziesięcioma. Podczas przemawiania do ludzi już nawet o niczym nie myślałam – po prostu przez ten krótki czas wyrzucałam z siebie to, co jeszcze trzymało się w pamięci krótkotrwałej, poukładanie informacji, powiązanie zdań z obrazkami na slajdach. Pytania poszły też dobrze – nikt nie trafił w jakąś czarną dziurę mojej pamięci. Potem zostało już tylko krzesło pośród widowni, głęboki oddech i odetchnięcie z ulgą. Referowanie mogłoby być zakwalifikowany jako sport ekstremalny. Zwłaszcza, że czuję teraz, że chcę więcej. Marzą mi się kolejne długie noce z zaznaczaniem na tablecie linijek w anglojęzycznych książkach wykopanych gdzieś z końca internetu. Chcę jeszcze raz przez chwilę być specjalistką z jakiejś dziedziny – może tym razem udałoby mi się przeznaczyć część uwagi na rozpoznanie z jakim odbiorem spotyka się moja wypowiedź, na wypatrzeniu z tłumu publiczności pojedynczych osób, które gdzieś tam skupiają się na swoich telefonach czy szepczą do siebie na tyłach sali – ale może i tych, którzy słuchają z zainteresowaniem. Odrobina więcej RAMu w mózgu i taki multitasking zacząłby być możliwy. Kawa niestety nie wykonała swojego zadania.

poznań
poznań

Konferencja to jednak nie tylko wygłoszenie swojego i odebranie za to dyplomu. To przede wszystkim świetna okazja do poszerzania wiedzy w sposób trochę inny niż na co dzień. Prezentacje studentów są o tyle wyjątkowe, że każdy poświęcił swojej mnóstwo czasu, wybrał temat, który go naprawdę interesuje i przekazuje to wszystko w tak krótkim czasie. Były oczywiście i prezentacje, których nie rozumiałam albo które nie potrafiły mnie zainteresować – były za to też takie, które pokazały mi coś nowego, zaprezentowały czyjś ciekawy pomysł.

Inną ważną rzeczą jest kontakt z firmami – sponsorami lub partnerami konferencji. Oprócz powrotu do domu z toną gadżetów i broszurek, dały mi one pewien obraz tego, jak wygląda branża budowlana w Polsce. Z tego co wiem, na wielu kierunkach studiów nie popiera się tego tak zwanego przemysłu, ucina się studentom skrzydła jeśli tylko próbują naukę zamienić na pracę. Na szczęście na studiach architektonicznych, lub właśnie budowlanych, istnieje o wiele bardziej życiowe podejście. Trzeba poznawać firmy, korzystać z ich materiałów i produktów – przecież nikt nie będzie kupował wszystkiego „szytego na zamówienie”. Nawet mam wrażenie, że dobrze widzianym jest poznanie wiodących firm i ich produktów.

Było też mnóstwo okazji do porozmawiania z innymi studentami – na przerwach kawowych czy imprezach towarzyszących. Tutaj niestety nie udało mi się zadziałać, bo kompletnie nie wiedziałam, jak podejść i rozpocząć rozmowę. Na pewno przydałoby się coś lepszego niż głupawe „cześć, podobał mi się twój referat”. Z tego powodu mój przypadek nie jest dobrym przykładem udanego networkingu, ale wierzę, że tylko odrobinę bardziej otwarta towarzysko osoba mogłaby nawiązać całkiem ciekawe znajomości.

Podczas konferencji, jak już wspomniałam, odbyło się kilka imprez towarzyszących. Zdecydowanie najbardziej spektakularny był koncert muzyki filmowej w Akademii Muzycznej – chyba żadne nagranie i żaden sprzęt muzyczny nie jest w stanie w pełni oddać muzyki wykonywanej przez muzyków na żywo w sali specjalnie do tego przeznaczonej. Kolejne wydarzenie, imprezę w pubie uważam za smutny niewypał, ponieważ było tak głośno, że jedyne co udało mi się robić to patrzeć się na dziwacznie ukształtowany sufit i zastanawiać się, co architekt wnętrza miał na myśli. Może to trochę sztywniackie z mojej strony, ale nie lubię głośnej muzyki, kiedy próbuję z kimś porozmawiać. To sprawia, że aby komunikat był przekazywany, trzeba znaleźć się w sferze prywatnej drugiej osoby, a to już ociera się o granicę psychicznego dyskomfortu. Mimo to, większość osób wyraźnie bawiła się dobrze.

poznań
poznań
poznań

Tego się nie spodziewałam zobaczyć na pustej ścianie szczytowej budynków

Konferencje studenckie – wady

Od powrotu z Budmiki minął już tydzień, ale dopiero teraz znalazłam chwilę czasu, aby usiąść i krótko opisać tę przygodę. To jest chyba największa wada konferencji – że takie chwilowe oderwanie się od zajęć na uczelni wytwarza mnóstwo zaległości. Na to wydarzenie przeznaczyłam naprawdę mnóstwo czasu – nie tylko trzy dni jego trwania, ale i wszelkie wcześniejsze przygotowania, załatwiania, sprawy finansowania i wreszcie sam referat. Decydując się na udział w konferencji, musiałam od początku założyć, że odbije się to bardzo na moim kalendarzu i wolnym czasie. Zgłaszając się kilka miesięcy temu, byłam przekonana, że ten semestr będzie niezwykle łatwy – bo tak mówili praktycznie wszyscy mający go już za sobą. W tym momencie jestem pewna, że odebrałam tę informację zbyt dosłownie, co teraz kosztuje mnie zarówno siedzenie po nocach jak i wstawanie przed szóstą rano aby mieć kiedy robić te wszystkie projekty. Tak że pierwsza zasada wyjazdu na konferencję brzmi – upewnij się, że będziesz mieć na to czas, albo od razu pogódź się z tym, że nie znajdziesz gratisowej puli godzin w kalendarzu, tylko czeka cię uszczuplanie czasu przeznaczonego na wszystko inne.

poznań
poznań
poznań

Pomimo to, było naprawdę warto

Przede wszystkim, przekonałam się, że jednak jestem w stanie przedstawić ludziom coś więcej niż pomysł na logo czy instrukcję do gry planszowej. Wreszcie też nauczyłam się poważnej prezentacji, nie będącej dukaniem z kartki przed ludźmi z grupy na studiach, jak to niestety wyglądało do tej pory. Okazało się to łatwiejsze niż przypuszczałam i już wiem, że za każdym następnym razem na pewno dam radę.

Coś jest też fajnego w chodzeniu po obcym mieście i nieswojej uczelni w eleganckim stroju i strasznie niewygodnych butach. Zdecydowanie nie tak wyobrażałam sobie siebie w przyszłości parę lat temu. I naprawdę się cieszę z tego, że mój dziecięcy strach że skończę bez możliwości rozwoju, na jakimś smutnym stanowisku na śmieciówce na zadupiu Polski powoli staje się już tylko nieszkodliwym cieniem. Po konferencji czuję, że czasami jednak da się osiągnąć coś więcej, jeśli przyłoży się do tego dużo energii. Nawet jeśli moje wystąpienie nie zostało nagrodzone (na co nawet nie liczyłam pośród tylu osób mających o wiele bogatsze doświadczenie niż ja), dla mnie dużym sukcesem było zaplanowanie tego wszystkiego i poradzenie sobie. Może w takim razie z resztą życia też sobie poradzę?

poznań
poznań
poznań

Ratusz w Poznaniu

poznań

Rezerwat archeologiczny na Ostrowie Tumskim

poznań

I na koniec trochę modernizmu

poznań
Więcej

Przemytnicy

Uwielbiam duże miasta za to, że wiecznie się coś w nich dzieje. Oferta wydarzeń kulturalnych jest wielokrotnie większa niż moje możliwości czasowe – tak w przeciwieństwie do życia w małym mieście, oddalonym od cywilizacji. Twórcom różnorakich atrakcji, co więcej, wydają nie kończyć się pomysły, z czego ja bardzo chętnie korzystam.

Ostatnio udało mi się wygospodarować chwilę wolnego czasu, dzięki czemu mogłam uczestniczyć w Narracjach, festiwalu artystycznym Instalacje i Interwencje w Przestrzeni Publicznej w Gdańsku. W sobotni wieczór wybrałam się do Nowego Portu, nie do końca wiedząc, czego mogłam się tam spodziewać. Choć wydarzenie odbyło się już po raz siódmy, dla mnie był to pierwszy raz i muszę przyznać, że forma nocnego spaceru mnie oczarowała. Zwłaszcza, że nie był to byle jaki spacer! Dzielnica została ubrana w mnóstwo instalacji artystycznych – głównie dźwiękowych i wizualnych. Idąc w grupie z przewodnikiem, usłyszałam, jaka wizja przyświecała każdemu artyście i co chciał przedstawić swoim dziełem. Podczas Narracji można było także obejrzeć występy artystów, uczestniczyć w warsztatach, zjeść danie z food trucka lub przejechać się specjalnie przerobionym zabytkowym tramwajem (Jon Irigoyen), jednak ja z powodu ograniczonego czasu skusiłam się wyłącznie na spacer po instalacjach.

Tematem tej edycji festiwalu Narracje byli Przemytnicy, co szczególnie dało się poczuć podczas „zwiedzania”. Trasa prowadziła przez bagniste tereny zielone, przez podwórka na tyłach domów, wzdłuż portów. Przez to, że grupa była bardzo liczna, miałam wrażenie, że powinniśmy być wyjątkowo cicho, aby ukryć się przed mieszkańcami Nowego Portu, że jesteśmy tu bez ich zgody, próbujemy coś przemycić. Niesamowitego klimatu dodawało oświetlenie, ale także fakt, że było ciemno i dość zimno.

Same zaprezentowane twory artystyczne są niepowtarzalne w innej skali niż przestrzeń miasta. Nagrania wypowiedzi mieszkańców, puszczane w bramie (Katka Blajchert), filmy wyświetlane na budynkach (Flo Kasearu, Monika Drożyńska…), sygnał z Twierdzy Wisłoujście (Klara Hobza), czy zmuszający do refleksji dymiący samochód (Odnawianko) to tylko część atrakcji nocnego spaceru. Dodatkowo, kilka nieużywanych lokali zostało zaaranżowane na czas festiwalu – na przykład jeden zamieniono na tymczasowe biuro nieruchomości (Małgorzata Wesołowska i Gabriela Warzycka-Tutak), gdzie każdy mógł dostać „metr kwadratowy Nowego Portu”. Myślę, że nie ma sensu wypisywać artystów – opisy ich dzieł można przeczytać na stronie wydarzenia. Za to zdecydowanie polecam udział w kolejnej edycji Narracji, zwłaszcza jeśli lubi się nocne spacery po mieście i trochę inne spojrzenie na otaczającą zabudowę.

Bo miasto jest zupełnie inne nocą. Groźne, dzikie, tajemnicze. Raczej nie pokonałabym tej samej trasy w pojedynkę i po ciemku. To udział w Narracjach sprawił, że miałam okazję zobaczyć to, co wydawało się nieprzeznaczone dla moich oczu. Cieszę się, że skorzystałam z tej małej „odmienności”.

Więcej

Copernicon 2015

Mój wyjazd na Copernicon zaplanowałam już w połowie wakacji. Coraz rzadziej odwiedzam konwenty i zaczęło mi trochę brakować tego fantastycznego zgiełku. Zwłaszcza po tegorocznym Jagaconie, na który zajrzałam przy okazji odwiedzenia domu rodzinnego. Chwilę później, w Gdańsku odbywał się Baltikon, jednak jego program nie był w stanie mnie przekonać, zwłaszcza w towarzystwie dość odstraszającej ceny. Wtedy postanowiłam, że wybiorę się na jakiś inny konwent i co więcej, zgłoszę na niego swój punkt programu. Brakowało mi konkretniejszego pomysłu, jednak zbyt wiele razy żałowałam, że nie uczestniczę trochę bardziej aktywnie w imprezie tego typu. Wtedy dowiedziałam się o Coperniconie, odbywającym się w Toruniu w drugiej połowie września, czyli już po mojej nieszczęsnej sesji poprawkowej. Zarówno termin, jak i miejsce, pasowały mi idealnie, a kiedy poczytałam trochę więcej, zrozumiałam, że absolutnie muszę tam pojechać. I pojechałam. A co widziałam i słyszałam, wpis ten wszystko Wam opowie.

Piątkowym porankiem, przemierzałam busem malownicze tereny, w doborowym towarzystwie gracza-blogera, erpegowca oraz pisarki fantasy. Pogoda była idealna i wszystko zapowiadało, że najbliższe kilkadziesiąt godzin utworzy same pozytywne wspomnienia. Dzięki nadmiarowi czasu przed oficjalnym rozpoczęciem imprezy, mogłam zobaczyć kawałek Torunia – malowniczego miasta, wręcz idealnego do spacerów. Potem nagle wybiła godzina szesnasta, sale konwentowe zaczęły wypełniać się uczestnikami i ruszyły pierwsze prelekcje.

Dla mnie Copernicon nie byłby taki sam, gdyby odbywał się gdziekolwiek indziej. Budynków zajmowanych przez konwent było kilka, jednak najważniejsze z nich stanowiły Collegium Maius i Collegium Minus Uniwersytetu Mikołaja Kopernika oraz Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki czasu” . Pierwszy obiekt z wymienionych to piękny, ponad wiekowy, gmach o niezwykle klimatycznej przestrzeni komunikacyjnej. Dzięki sklepieniom krzyżowo-żebrowym w korytarzach, można się poczuć jak w średniowiecznej twierdzy. Najciekawsze jednak są piwnice, gdzie zorganizowano miejsce na LARPy. Rozległe przestrzenie pełne rur i dziwnych urządzeń, pachnące starością, były świetnym miejscem do oderwania się na chwilę od rzeczywistości, aby wczuć się w rolę granej postaci. Labirynt zakurzonych pomieszczeń, nie zawsze doświetlonych i w większości zupełnie pustych pozwalał się rozleniwić wyobraźni, jeśli chodzi o kreowanie w głowie niezwykłych miejsc. Na kolejnych piętrach znalazło się miejsce na gry planszowe i związane z nimi prelekcje oraz sale do przeprowadzania sesji RPG.

To nie są piwnice. To jeden z zamków Westeros.

Drugi uniwersytecki budynek był już trochę bardziej „zwykły”. To w nim odbywały się panele związane z popkulturą oraz prelekcje naukowe. Ciekawa klatka schodowa na środku obiektu prowadziła przez trzy piętra pełne ciekawych paneli dyskusyjnych i wykładów. Kilku z nich zdążyłam wysłuchać, jednak czasu było naprawdę mało, a rozkład atrakcji zbyt intensywny, aby zaliczyć wszystkie najciekawsze punkty. Dowiedziałam się między innymi, że Gwiezdne Wojny nie należą do gatunku sci-fi a do space fantasy, na prelekcji poświęconej charakterystyce fantastyki. Poznałam historię radzieckich lotów w kosmos, usłyszałam kilka ciekawostek z mitologii świata oraz dowiedziałam się, które postacie ze znanych utworów kultury można nazwać antybohaterami. Ciekawych prelekcji było o wiele więcej, w ciągu dnia co chwila musiałam podejmować wybór pomiędzy interesującymi mnie tematami.

Kolejny obiekt, CSW, jest budynkiem, który z cała pewnością jeszcze odwiedzę jak tylko będę w Toruniu. Podczas konwentu mieściły się tu targi fantastyki oraz duża wystawa poświęcona Gwiezdnym Wojnom, gdzie zaprezentowano mnóstwo makiet obiektów i figury postaci z filmów. Ciekawostką była też kolekcja herbów-naszywek oddziałów Stormtrooperów z całego świata. Nie wiedziałam, że przebieranie się za Szturmowców cieszy się aż tak ogromną popularnością. W tym budynku również znajdowało się coś, co było dla mnie miłą niespodzianką: wystawa poświęcona architekturze w Polsce po 1989 roku. Niesamowite modele znanych mi obiektów dopracowane były do najmniejszego szczegółu. Okazało się, że jest to wystawa Architektury-murator, o której już wcześniej słyszałam, jednak nie wiedziałam, że została ona przeniesiona z Warszawy do Torunia – i to na dzień przed moim przyjazdem!

To jeszcze nie koniec listy miejsc zajmowanych przez Copernicon. Część atrakcji (głównie związanych z fandomem anime i miłośnikami kultury azjatyckiej) odbywała się w Młodzieżowym Domu Kultury, którego nie zdążyłam odwiedzić. Taki tematyczny rozdział lokalizacji punktów programu sprawił, że w żadnym momencie trwania konwentu nie musiałam przedzierać się przez dzikie tłumy, a na te atrakcje, które mnie najbardziej interesowały, zawsze miałam blisko. Poza tym, miejsca do spania zorganizowano w innych szkołach, oddalonych nieco od centrum konwentu, co moim zdaniem było świetną decyzją organizatorów.

Nie wiem, ile osób ostatecznie odwiedziło Copernicon. Strzelałabym w dwa tysiące, licząc twórców programu, gżdaczy i gości. Również dzięki temu, że konwent podzielony był programowo na lokalizacje, poszczególne bloki programowe nabierały przyjemny, kameralny klimat, gdzie nowopoznane osoby można było zobaczyć jeszcze wiele razy tego samego dnia. Nie było też głośno, więc zawsze dało się z kimś pogadać albo zagrać w jakąś planszówkę. Zdecydowanie czułam się dobrze na tym konwencie – w przeciwieństwie do zagubienia i przytłoczenia na przedostatnim Pyrkonie.

Fart trzymał się mnie mocniej, bo na loterii Rebela udało mi się wygrać Story Cubes (kości do opowiadania historii), natomiast na licytacji używanych planszówek (organizowanej przez Grajfer) zgarnęłam 3 ciekawe gry: Basilicę bez jednej karty (którą już zdążyłam sobie dodrukować), Ewolucję oraz tajemniczą grę o nazwie Psi Psi, która zwróciła moją uwagę niezwykle brzydkim designem kart i opisem, który sam w sobie odpowiedział twierdząco na pytanie, czy z gry będzie „beka”. Na samych stoiskach zaopatrzyłam się jedynie w koszulki na karty oraz kości potrzebne do prowadzonej przeze mnie gry (oczywiście musiałam zapomnieć o zabraniu czegoś).

Skoro już o tym wspominam, muszę pochwalić się, że przeprowadziłam na Coperniconie jeden punkt programu. Była to mocno zmodyfikowana gra w mafię (ostatecznie ze słynnej mafii pozostała jedynie idea turowości), umieszczona w rzeczywistości Gry o Tron. Przed konwentem bardzo się stresowałam, ponieważ do tej pory nie zdarzyło mi się być „mistrzem gry” na większym konwencie. Ostatecznie przyszło mniej osób niż się spodziewałam i z tego powodu musiałam improwizacyjnie zmienić kilka zasad. Okazało się jednak że, gra podobała się uczestnikom. Sama też muszę sobie pogratulować – myślę, że kierowanie graczami poszło mi o wiele lepiej niż się spodziewałam.

Tym, co mnie jeszcze ominęło, był Cosplay. Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do oglądania pokazów na konwentach, zwłaszcza z powodu zbierania się na nich tłumu. Zdecydowanie wolę podziwiać wymuskane do perfekcji stroje i makijaże, mijając „przebierańców” na ulicy. Konwenty tak wspaniale ożywiają miasta, a Copernicon nie odstawał w tym przypadku ani trochę. Spacerujący po Toruniu inkwizytor, Severus Snape przechodzący pomiędzy planszówkami, Wiedźmin czy postacie ze Star Warsów wałęsające się nieopodal CSW… wszyscy przecież muszą wiedzieć, że w mieście dzieje się coś fantastycznego!

Wybitnie dobrze poprowadzonym punktem programu był wielki konkurs wiedzy o grach planszowych, na którym udało mi się zająć ostatnie miejsce. Pytania podzielone na kategorie, między innymi: rozpoznaj grę planszową po wyprasce, po zmodyfikowanej w programie graficznym okładce pudełka, zabłyśnij wiedzą z historii znanych wydawnictw itd. sprawiły, że wręcz przyjemnie było słuchać każdego kolejnego pytania, nawet wiedząc, że prawdopodobnie nie będę znać na nie odpowiedzi.

Pamiątki z konwentu muszą być. Po raz pierwszy są to planszówki.

I na koniec małe podsumowanie. Copernicon był dokładnie tym, czego oczekiwałam. Pozwolił mi na chwilę oderwać się od rzeczywistego świata i zapewnił mnóstwo rozrywki. Plan był naprawdę obszerny, a jego twórcy dali z siebie wszystko. Atmosfera była niesamowita. To był mój pierwszy Copernicon i z całą pewnością nie ostatni.

Co było zorganizowane świetnie podczas Coperniconu:

  • pakiet konwentowicza, gdzie osobno umieszczony został, pięknie wydany, pełen program z opisami atrakcji, a oddzielnie mniejsza książeczka, zawierająca wszystkie potrzebne mapki i tabele z rozkładem godzinowym
  • liczba budynków – dwie osobne szkoły sleeproomowe i oddzielnie od prelekcji i gier część wystawowa i sklepikowa; dzięki temu budynki z atrakcjami programowymi nie były zatłoczone i uczestnicy nie przeszkadzali sobie nawzajem
  • wcześniejsza akredytacja oraz łatwość dostępu do wszelkiej informacji, dobrze zorganizowani gżdacze, dużo punktów informacyjnych
  • 10-minutowe przerwy w planie po każdej atrakcji – coś, czego zawsze brakowało mi na innych konwentach, gdzie każda przedłużona prelekcja prowadziła do ciągłego otwierania się drzwi podczas następnej; tutaj koordynatorzy bloków dbali o to, aby prelegenci przestrzegali swoich ram czasowych
  • kontener prysznicowy, który z nazwy brzmiał przerażająco, a ostatecznie okazał się obiektem ciepłym, czystym i zdecydowanie higieniczniejszym niż to, co często nazywa się prysznicami w szkołach
  • WODA – na każdym LARPie, na każdym RPGu, organizatorzy i gżdacze zatroszczyli się, aby uczestnikom susza nie przeszkodziła w przeżywaniu swojej przygody – niby mała rzecz, ale kto chciałby myśleć o lokalizacji najbliższej Biedronki czy sklepu nocnego, próbując skupić się na życiu w zupełnie innej rzeczywistości?

Co mogło być zrobione lepiej:

  • w tabelce z programem pojawiło się wiele błędów (nie liczę oczywiście porozpisywanych wszędzie na terenie konwentu zmian w programie) – trzeba było przez to porównywać informacje z aplikacją mobilną
  • program nocny – był bardzo ograniczony, zawierał zbyt mało LARPów, a na te obecne w rozkładzie zapisało się więcej ludzi, niż było przewidziane przez prowadzących
  • zbieżności w programie – panele o tej samej tematyce pokrywały się godzinowo, na przykład spotkania z twórcami internetowymi (wydaje mi się, że podobne grono lubi/czyta Kiciputka i duet Zwierz&Opydo, tak samo jak moja GoTowa gra odbywała się w tym samym momencie co GoTowe kalambury, jeszcze planszówkowa loteria Rebela, w momencie gdy gdzie indziej trwała licytacja używanych planszówek organizowana przez Grajfer)
  • identy – tekturka na smyczy i od razu wiadomo, że trzeba traktować identyfikator delikatnie jak nowy telefon – o wiele lepiej sprawdziłaby się zwykła wstążeczka, nie podrażniająca tak tektury jak twardy karabińczyk

Są to jednak naprawdę drobne rzeczy, które w większym stopniu nie wpłynęły na jakość i mój odbiór imprezy. Copernicon będę wspominać długo i ciepło.

Więcej

Wrażenia po Esperanzie+

Od sobotniego wieczora minęło już trochę czasu, więc zdążyłam już odpocząć po koncercie Esperanza+, będącym jednym z punktów programu festiwalu Solidarity Of Arts. Impreza ta jest corocznym widowiskiem jazzowym mającym miejsce na gdańskiej wyspie Ołowiance, na potrójnej scenie plenerowej Polskiej Filharmonii Bałtyckiej. Tym, co wyróżnia koncerty „+” Solidarity Of Arts na tle innych, jest nietypowa forma: zapraszany jest jeden światowej sławy artysta i staje się on gospodarzem innych (często niemniej sławnych) wykonawców. Dzięki takiemu zabiegowi, poszczególne występy łączą się w jedną, spójną całość – nawet jeśli nie reprezentują tego samego gatunku muzycznego.

W tym roku do Gdańska zaproszona została Esperanza Spalding, która przez cały czas trwania koncertu wydawała się naprawdę świetnie bawić. Swoją grą i śpiewem zachwycała publiczność przez prawie pięć godzin, oczywiście dając miejsce także innym wykonawcom. Dodatkowo oświetlenie i cały wystrój wzmacniały niezwykły klimat imprezy. Praktycznie wszyscy artyści dali fantastyczny koncert i pokaz swojej twórczości.

W „+” Solidarity Of Arts najbardziej podoba mi się to, że jest to widowisko niezwykle zaskakujące. Być może gdzieś w Internecie da się znaleźć rozkład kto gra po kim i na której scenie. Ja nie szukałam. Uwielbiam niespodzianki i chciałam czuć, że właśnie je dostaję przy każdym kolejnym artyście. A kiedy zapalało się światło na środkowej (największej) scenie, już wiedziałam, że zaraz usłyszę kogoś wspaniałego. Czy mówiłam już, że jedną z gwiazd był Herbie Hancock?

Największą niespodzianką był dla mnie występ jednego z polskich zespołów – Voo Voo. Znałam wcześniej ich charakterystyczne utwory i, ponieważ jakimś cudem nie doszukałam się nazwy na liście wykonawców, naprawdę zaskoczyło mnie „Nim stanie się tak”. Grupa dała dynamiczny popis, który wyróżnił się charakterem wśród pozostałych artystów. Stanowił taki rockowy akcent na tle jazzowo-folkowej reszty.

Nigdy nie byłam specjalnie imprezowym człowiekiem, dlatego stanie w tłumie pod koniec stawało się naprawdę uciążliwe. Kiedy na scenę weszła Kapela ze Wsi Warszawa nie wiedziałam, czy to powód do radości, że mogę sobie zrobić przerwę i usiąść na chwilę, czy do smutku, że z oczu zniknęli mi Esperanza, Herbie czy Wayne Shorter. W każdym razie: czas trwania imprezy trochę mnie pokonał i stopy zaczęły odmawiać posłuszeństwa – chociaż miałam na nich wygodne adidasy.

Co do wrażeń wizualnych: scenografia była naprawdę przepiękna. Trzy sceny zostały „oplecione” wizualizacjami i zbliżeniami z kamer. Dawało to niesamowite efekty – poza jednym, drobnym szczegółem: nagrania pojawiały się na rzutnikach ze znaczącym opóźnieniem i czasem nawet parędziesiąt sekund po rozpoczęciu danego utworu. W zeszłym roku, na koncercie McFerrin+, zostało to o wiele lepiej rozwiązane.

Wydaje mi się też, że na poprzednim „+” Solidarity Of Arts można było zaobserwować więcej interakcji pomiędzy wykonawcami. Być może stało się to za sprawą Urszuli Dudziak, która wyraźnie przejmowała inicjatywę. Teraz Esperanza nie miała tego typu wsparcia – co nie znaczy że nie poradziła sobie ze zjednoczeniem rozmaitych artystów.

Najbardziej zastanawia mnie, jak całe wydarzenie odbierają sami muzycy z Polskiej Filharmonii Bałtyckiej, będącej jednym z organizatorów festiwalu. Jak artyści wykonujący dzieła muzyki klasycznej odbierają wspólny koncert z twórcami popularnymi? Nie wiem nawet, czy taki podział jest dla nich wyraźny. Ja, jako odbiorca, bardzo pozytywnie przyjmuję połączenie obu rodzajów muzyki a Solidarity of Arts doskonale zapewnia takie doznania.

Nie mam pojęcia, jaki artysta w przyszłym roku zostanie gospodarzem tego widowiska. Wiem za to, że na pewno pojawię się gdzieś pod sceną. Naprawdę warto.

Więcej