Tag: urbanistyka

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Szybko mija mi pierwszy semestr studiów magisterskich. Kilka niezwykle wyjątkowych miesięcy, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że wybór grupy międzynarodowej, czyli zajęć prowadzonych w języku angielskim, był zdecydowanie strzałem w dziesiątkę. Nie sposób wyliczyć plusów studiowania w takiej grupie, od zupełnie niepowtarzalnych znajomości i zwiększania wiedzy o świecie, do szlifowania tego nieszczęsnego języka angielskiego, bez którego w obecnych czasach nie ma w ogóle sensu wychodzić z domu czy włączać komputera. Ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o zupełnie nietypowych zajęciach z urbanistyki, zupełnie innych niż wszystkie ćwiczenia z tego przedmiotu jakie miałam do tej pory. W tym wpisie przedstawię Wam prototypowanie projektu urbanistycznego, czyli stworzenie makiety w skali 1:1, które to zadanie czekało na moją grupę w ten piątek i sobotę.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Być może słyszeliście słowo „prototyp” nie raz. Oznacza ono mniej więcej wersję testową jakiegoś produktu, wykonaną często z tanich materiałów i przeznaczoną do prezentacji działania oraz funkcji danego przedmiotu. Prototypować można też usługę lub aplikację na telefon, choć w tym drugim przypadku częściej widzę określenie „wersja alfa”. Prototypowanie jest też elementem znanej i lubianej ostatnio metodyki „design thinking”, polegającej na generowaniu jak największej liczby pomysłów, wyławianiu najlepszych, testowaniu i udoskonalaniu aż to otrzymania produktu optymalnego, najlepszego (metoda ta bywa czasem krytykowana za to, że zanim została nazwana w ten sposób, identyczne praktyki stosowali niemal wszyscy projektanci). Czy można natomiast sprototypować projekt przebudowy całej dzielnicy? Sama zadawałam sobie liczne pytania, kiedy na pierwszych zajęciach z urbanistyki prowadzący przedstawili nam harmonogram ćwiczeń.

Chyba powinnam zacząć od opisu całego projektu. W przeciwieństwie do wszystkich poprzednich poprzednich zajęć z urbanistyki, tym razem zamiast dzielić się na 2-3 osobowe zespoły, wszyscy pracujemy razem nad jednym projektem. Około czterdziestu osób, z czego połowa to Polacy oraz dwoje prowadzących, którzy przeprowadzali już podobne projekty ze studentami m.in. na ulicy Długiej w Gdańsku. Moje grupa dostała pod lupę gdyńską dzielnicę Witomino-Radiostacja, w przypadku której miasto miało już przygotowane plany rewitalizacji. Jest to dzielnica znajdująca się dość blisko centrum Gdyni, jednak oddzielona lasem. Większość zabudowy stanowią bloki z wielkiej płyty. Dzięki współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych, mamy naprawdę duże możliwości oraz cenne wsparcie merytoryczne. Tym, co mnie jednak cieszy najbardziej, jest fakt, że projekt ma duże szanse zostać urzeczywistniony w postaci wytycznych do konkursu urbanistycznego na projekt rewitalizacji Witomina-Radiostacji, na którą miasto przeznaczyło 15 mln zł.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Praca w tak dużym zespole jest dla mnie dziwna. Przez całe życie unikałam jak ognia wszelkich działań w grupie i kiedy tylko się dało, starałam się wybierać projekty indywidualne. Chyba to jednak nie jest najlepsza droga dla osoby, która w przyszłości chciałaby tworzyć wielkie projekty. W pojedynkę to obecnie można zbudować co najwyżej szafę. Generalny „remont dzielnicy”, wymaga natomiast naprawdę wielu osób, gdyż wiąże się z przeprowadzaniem wywiadów z mieszkańcami, wieloma obserwacjami, wnioskami, analizą potrzeb. To bardziej proces niż projekt, gdyż samo ułożenie elementów przestrzeni było bardzo zmienne. Jeśli ma być zrobione dobrze, to wymaga też przetestowania i na tym właśnie polegały te nietypowe ćwiczenia.

W trzech lokalizacjach wprowadziliśmy nowe rozwiązania tymczasowe

Pierwszym z nich była ulica Nauczycielska, a konkretnie plac-parking zajmujący ogromną przestrzeń i ukoronowany ogromnym śmietnikiem z kontenerami wyeksponowanymi w centralnym punkcie. Przed tym terenem znajdują się pozostałości dawnej Biedronki i właśnie od tej strony, pod górkę, wjeżdża najwięcej samochodów, często z nadmierną prędkością. Jest to też trasa uczęszczana przez pieszych, ale niewyposażona w żaden chodnik. Projekt zakładał zamianę części miejsc parkingowych i większości placu w przestrzeń zieloną. Podczas prototypowania pomalowaliśmy chodnik w zielone kropki, umieściliśmy ławki i stoliki oraz odpowiednio oznaczyliśmy teren projektu. Spodziewaliśmy się narzekających kierowców, jednak okazało się, że i ci docenili tymczasowe zmiany. Największe zainteresowanie wzbudziliśmy wśród dzieci, które zaczęły grać w piłkę na zakropkowanym chodniku. Widocznie na Witominie brakuje przestrzeni, które mogłyby służyć takim celom. Inni przechodnie chętnie dzielili się swoimi opiniami, a niektórzy nawet opowiadali jak dzielnica wyglądała wcześniej. Wśród rozmaitych opisywanych braków w przestrzeni dzielnicy, wiele potrzeb się powtarzało – chodniki, kosze na śmieci, lepsze oświetlenie i ławki. Osób narzekających było o wiele mniej, a słowa krytyki nie dotyczyły elementów projektu a samego faktu, że coś się dzieje.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Kolejnym terenem zmian było puste miejsce pomiędzy kilkoma blokami oraz budynkiem Stowarzyszenia Vitava (świetlicy dla dzieci). Na sporej przestrzeni umieszczono jedynie betonowy stolik do ping-ponga oraz piaskownicę zagrodzoną wysokim płotem. Oba elementy nie spełniają swojej funkcji, podczas gdy mieszkańcom brakuje ławek, placu zabaw dla dzieci czy zwykłego chodnika (przez zieleń prowadzi krzywa, wydeptana ścieżka). Na tym terenie zorganizowaliśmy miejsce do grilla oraz tymczasowy plac zabaw stworzony z opon i desek. Pojedynczym mieszkańcom przeszkadzały te elementy, jednak większość aprobowała takie zmiany. Niektórzy pytali, czy mogliby sami zrobić sobie w tym miejscu grilla, a dzieci prosiły nas aby nie zdejmować huśtawek z opon. Jedna pani nawet pytała, czy nie moglibyśmy zostać dłużej.

Największym terenem tymczasowych zmian było miejsce po dawnych kortach tenisowych. Umieszczone pod lasem, schowane za skarpami na których powstało jedyne nowe, grodzone osiedle na Witominie-Radiostacji. Obok znajduje się stadion Arki, wykorzystywany tylko przez piłkarzy klubu. Opisywana przestrzeń jest tematem wielu planów, najgłośniejszy z nich zakłada budowę kolejnego stadionu, być może również zamkniętego dla mieszkańców Witomina. Jak się nietrudno domyślić, większość zapytanych przechodniów wolałaby inne zagospodarowanie tego terenu. Moja grupa zaproponowała wybieg dla psów (ten okazał się za mały), skatepark oraz dużo przestrzeni otwartej, służącej mieszkańcom i wyposażonej w wszystkie niezbędne urządzenia. Tym, co mnie pozytywnie zaskoczyło najbardziej, było to, że mieszkańcy osiedla grodzonego wcale nie chcą się izolować od reszty Witomina. Dzieci ze wszystkich części dzielnicy bawiły się razem, a jeden pan z nowych budynków wyraził nawet potrzebę takiej integracji. Być może po prostu brakuje przestrzeni, które mogłyby temu sprzyjać.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Warto przypomnieć, że około połowy mojej grupy stanowią studenci nie mówiący po Polsku. Jak się okazało, nie stanowiło to większego problemu. Polacy zajęli się wywiadami z mieszkańcami, podczas gdy pozostała część zespołu obsługiwała elementy projektu oraz pilnowała lub zabawiała dzieci. Bariera językowa nie przeszkodziła w realizacji prototypowania, a obecność osób z innych krajów nawet przyciągała zainteresowanie projektem.

Testowanie nowych rozwiązań urbanistycznych dało nam bardzo wiele informacji. Od historii i potrzeb ludzi do wiadomości zwrotnej, czy nasze pomysły mogłyby się sprawdzić. Dla mnie taka forma projektowania jest zupełną nowością. Już zaczynam rozumieć, dlaczego obecnie coraz częściej słyszę, że urbanistyka zamienia się w socjologię. Wydaje mi się, że głównego elementu zmian w przestrzeni nie stanowiły ławki przywiezione z LISu czy chodnik pomalowany na zielono, a ludzie, którzy ożywili tę przestrzeń. Być może mieszkańcy bloków lubią, jak się coś dzieje, ale nie mają odwagi aby podjąć inicjatywę. Zauważyłam, że stałym elementem prototypowania były twarze wyglądające z okien czy ludzie opierający się o balustrady balkonów, wpatrując się w dziejące się akcje. Jestem bardzo ciekawa, czy te dwa dni, które na chwilę ożywiły Witomino, zainspirują kogokolwiek do lepszego wykorzystywania tej przestrzeni.

Prawdziwym celem projektu jest jednak przygotowanie analiz i wytycznych do konkursu na rewitalizację dzielnicy.

Więcej

Urbanized, czyli dokument o współczesnych miastach

Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić jednym z najlepszych filmów dokumentalnych, jakie obejrzałam. Gatunek ten, podobnie jak reportaż, wywołuje we mnie zawsze skrajne emocje – albo będę siedzieć, nudzić się i czekać, aż się skończy, albo będę w napięciu obserwować każdy kolejny kadr, mając nadzieję, że nie jest on tym zamykającym. Film, o którym dzisiaj napiszę, zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. Jego tytuł to Urbanized, przetłumaczony na „Zurbanizowani” i jak się łatwo domyślić, traktuje o rozwoju miast, czyli o temacie szczególnie mi bliskim.

Kadr z trailera

Najpierw zobaczyłam trailer, a on mnie przekonał. Pokazał świetne kadry, z których udało mi się rozpoznać kilka miejsc, o których słyszałam lub czytałam, ale o których zdecydowanie chciałam wiedzieć więcej. Sięgnęłam więc po film i – choć trochę miałam już trochę dość tego tematu po maratonie architektonicznym z pracą inżynierską – on mnie po prostu zachwycił.

Zachwyciły mnie miejsca, ponieważ reżyser, Gary Hustwit, postanowił potraktować temat bardzo szeroko i wybrał zupełnie zróżnicowane miasta – od Nowego Jorku do Mumbaju, od Brasilii do Paryża. Dzięki temu widać bardzo wyraźnie, że problemy z którymi spotykają się współczesne metropolie są zupełnie różne w zależności od sytuacji ekonomicznej, lokalizacji czy kultury społeczeństwa. Na świetnych kadrach przedstawione zostały widoki z lotu ptaka, pokazujące układy urbanistyczne (lub bezład budynków wykonanych z najtańszych materiałów), ale także ujęcia z ulicy, z poziomu człowieka. Twórcy filmu nie zawahali się odwiedzić nawet takie zakątki, w które nie zapuszczają się najśmielsi podróżnicy. Dzięki temu udało się wejść w kontakt z lokalną społecznością, przedstawić, jak ludzie żyją w tych miastach i jak się w nich czują.

Okładka dokumentu

Zachwyciły mnie postacie, przedstawione w dokumencie. Lokalni działacze, mieszkańcy, politycy i architekci. W filmie pokazano między innymi amerykańskich urbanistów, mieszkańców Kapsztadu czy Niemców protestujących w trakcie budowy metra w Stuttgarcie. Większość słów, prawie wszystkie, które padają w dokumencie, to wypowiedzi ludzi, do których udało się dotrzeć twórcom dokumentu. Przeprowadzili wywiad z wiekowym już Oscarem Niemeyerem, odpowiedzialnym za monumentalne budynki w stolicy Brazylii, miasta składającego się z reprezentacyjnego centrum, otoczonego zielenią i zabudową mieszkaniową zlokalizowaną w dużych odległościach. Pojawił się też Sir Norman Foster czy Rem Koolhaas, a także Alejandro Aravena, zdobywca zeszłorocznej nagrody Pritzkera (film powstał 5-6 lat wcześniej). Warto też wymienić Enrique»a Peñalosa, ówczesnego i obecnego burmistrza Bogoty, znanego z promocji komunikacji publicznej i wypowiedzi na TEDzie mówiącej, że rozwinięte miasta to nie te, w których nawet biedni mają samochód, ale te, w których to bogaci korzystają z komunikacji publicznej i rowerów.

Film zdecydowanie skłania do refleksji, choć wyraźnie widać, którą stronę popierają twórcy. Niektóre tematy potraktowane zostały dość powierzchownie i nie poruszono ciemnych stron przedstawionych inwestycji lub pomysłów. Myślę, że był to jednak celowy zabieg, aby nie zmniejszyć wrażenia i nie zaburzyć głównego przesłania tego filmu – a jest nim: miasta się rozwijają i będą się rozwijać jeszcze bardziej. Jeśli nic z tym nie zrobimy, to może dojść do katastrofy, którą powoli możemy zacząć już obserwować w bardziej przeludnionych częściach świata. Zmiany często bywają bolesne, mogą też być tragiczne w skutkach, ale czasami są nieuniknione. Są też z biegiem czasu trudniejsze w realizacji.

„Urbanized” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich studentów architektury i podobnych kierunków. Piękne kadry, dobry montaż i pasująca muzyka przedstawiają miejsca, o których czasem można było usłyszeć na wykładach albo przeczytać w książkach, internecie czy gazetach. Poleciłabym ten film także osobom, które nie mają wiedzy w tej dziedzinie. W dokumencie nie ma miejsca na niezrozumiałe dla szerokiej publiczności nazewnictwo czy określenia jednoznaczne dla architektów, a nie mówiące zbyt wiele przeciętnemu człowiekowi. Nie zmienia to jednak faktu, że nie ma lepszego uczucia niż „o jaa, to ten, który zrobił to i tamto”, kiedy na ekranie pojawi się znana twarz.

Oficjalna strona dokumentu: http://www.hustwit.com/category/urbanized/

Więcej

Klątwa mniejszych miast, Miasto Archipelag

Święta to taki czas ponownej migracji ludzi z większych miast do rodzinnych wsi i miasteczek. W moim przypadku nie było inaczej, więc od razu uzbroiłam się w zapasy cierpliwości do tego typu miejsc oraz w najnowszą książkę Filipa Springera – „Miasto Archipelag”. Przy poprzedniej tego typu wyprawie postawiłam na tego samego autora i połączenie wypadło świetnie. Widok przemawiający z kart reportaży i miejsce, o którym można by niejeden reportaż napisać. Połączenie lepsze niż niejeden zestaw z wigilijnego stołu.

miasto archipelag

Miasto Archipelag to opowieść o dawnych stolicach województw które w momencie reformy administracyjnej w 1999 roku utraciły swój status. Choć nie odwiedzałam w tym momencie żadnego z opisywanych miejsc, pewnym rodzajem uspokojenia była informacja, że ta społeczna i ekonomiczna zapaść dotknęła nie tylko rejony miejsc mojego dzieciństwa ale i całą resztę tego smutnego kraju. Oczywiście poza stolicą i kilkoma innymi punktami, gdzie rozwój i nowe inwestycje są na porządku dziennym.

Polsce postęp gospodarczy nie wyszedł jednak na dobre. Rezygnacja z wielu fabryk i zakładów przemysłowych rozsianych po całym kraju na korzyść scentralizowanych punktów usługowych sprawiła, że całe życie odpływa Polsce z kończyn. Ale w reportażach Springera jest coś więcej – każde z opisywanych 31 miast miało swoją chwilę sławy, swoją nadzieję na szybki rozwój. Miało swoje lata rozkwitu, w których powstawały nowe instytucje, rozwijała się kultura i lokalny biznes. Po tych chwilach radości zostały ruiny, miejsca pamięci, ale przede wszystkim wspomnienia wśród ludzi, którzy w większości już nawet tam nie mieszkają. Jednak to pozostałe w Miastach Archipelagu (bo tak autor określa dawne stolice województw) jednostki stały się głównym tematem książki. Ci bardzo dziwni ludzie, którzy nie uciekli do Warszawy czy Krakowa, tak jak zrobiła większość ich znajomych.

Miasta Archipelagu mimo wszystko spotyka taka sama historia co bardzo wiele nigdy-nie-wojewódzkich miejscowości. Stają się muzeami – miejscami, do których przyjeżdża się dwa razy w roku, zobaczyć czy coś się nie zmieniło. I tak, są jakieś drobne zmiany. Tutaj coś zarosło, tam sąsiad dom pomalował, tu zlikwidowali kolejną szkołę. Czasem coś nowego się buduje. Jacyś szaleńcy, prawdopodobnie jeszcze nie wiedzą, jak wygląda życie w takim miejscu. Prosty rachunek ekonomiczny i możliwości jakie daje posiadanie samochodu razem tworzą porządny argument dla osiedlających się w takich miejscach. Ja nigdy, przenigdy ich nie zrozumiem.

Największym wydarzeniem w małym mieście jest zawsze budowa McDonalda. Taki awans spotkał także moje rodzinne miasteczko. McDonalds rzeczywiście stanął. Za wybudowaną wcześniej obwodnicą, kilka kilometrów od centrum miasta, podobno da się dojechać rowerem ale trzeba go przez jakieś płoty przenosić. Samochodem łatwiej. Na końcu świata wszystko jest samochodem łatwiej.

Zresztą to odizolowanie od reszty kraju to chyba najgorsza rzecz w mniejszych miastach. Jeden pociąg dziennie, ceny zawsze z kosmosu. Podobno istnieją jakieś autobusy dalekobieżne, ale firmy te o Internecie jeszcze nie słyszały, więc nie ma mowy, że znajdziesz gdzieś ogólnodostępny rozkład odjazdów. Do miast wojewódzkich dostać się łatwiej, ale nie w Święta. Planowałam spotkać się z kilkoma osobami, ale przez cały świąteczny okres busy żadnego przewoźnika nie kursują. A zaraz po świętach zabrakło i ludzi. Ledwo Wigilia się skończy, porozdaje się prezenty i porozmawia o dwunastu potrawach a już trzeba uciekać. Zanim ta ponurość małego miasta nie pochłonie resztek motywacji do działania.

miasto archipelag

Oczywiście są i ludzie, którzy pozostali, w tym niektórzy i z własnego wyboru. Osoby, które znalazły coś dla siebie w tych odizolowanych zakątkach kraju, ci którzy jeszcze wierzą, że da się coś zrobić, aby przywrócić legendarną świetność podupadłej mieścince, albo którzy widzą zalety w sielskim spokojnym życiu. W egzystowaniu tam, gdzie wszyscy wszystkich znają, gdzie wyjście do sklepu to całodzienna wyprawa. Gdzie nie trzeba wybierać z ogromnego wachlarza możliwości, jakie daje duże miasto, tylko bierze się to co jest. W lato Wianki, w Sylwestra wystrzeliwanie w niebo połowy budżetu miasta.

Są jeszcze te małe przyjemności, takie których nie doświadczysz w dużym mieście. W Skarżysku jest to na przykład wielki „ciucholand”. W ciągu jednego dnia, za niewielkie pieniądze można w nim wyposażyć sobie całą szafę. Dlatego przyjeżdżają tam ludzie z okolicznych miast i wiosek, umawiają się grupami aby zabrać się jednym autem, doradzają sobie przy selekcji ubrań z pełnego koszyka skarbów. Cennik w zależności od dnia tygodnia każdy zna na pamięć. Wbrew pozorom, to właśnie ostatniego dnia przed wymianą towarów, kiedy cena jest już ułamkiem tej z metki, znajduje się najciekawsze okazy i jest z czego wybierać.

Jeśli jednak chcesz się gdzieś przejść, uświadomisz sobie po chwili, że nie ma dokąd iść. Źle zaprojektowane drogi prowadzą pomiędzy rozpadającymi się budynkami. Jakieś odłażące reklamy, ze spranymi od słońca niejednego lata napisami, pojawiają się bardzo sporadycznie. Tutaj ktoś pomalował sobie domek na soczysty fiolet. Odrobina radości w tym smutnym świecie. A dalej już tylko czerń niedziałających drogowych latarni i smog z pieców, gdzie pali się zimą wszystkim. Tu coś odremontują, tam coś się zawali, grunt aby wyjść na zero i sprawiać jeszcze jakieś pozory. Aby odsunąć w czasie pogodzenie się z beznadziejnością.

Jeżdżąc w rodzinne strony zawsze lubię brać ze sobą Springera, aby wiedzieć, że to tak nie tylko tu. Zresztą, te książki się lepiej czyta poza miastem. Tam, gdzie można poczuć ten sam unoszący się w powietrzu nastrój. Gdy mogę sobie wyobrazić, że opisywane miejsca mogą się znajdować gdzieś tu obok, a bohaterowie reportaży równie dobrze mogliby mieszkać na tej ulicy. Zawsze przychodzi mi wtedy na myśl, jak wyglądałaby książka opowiadająca o miejscu mojego dzieciństwa. Nie o historii, nie o znanych postaciach – takich napisano już kilka. O tym, co jest teraz. Regularnie śledzę bloga pieczołowicie opisującego aktualności i historię miasta. Czytam o decyzjach Rady Miasta, o pomysłach na rozwój i możliwościach. Gdzieś nawet pojawiło się hasło „rewitalizacja”, ale brzmi to jak marzenia pięciolatka o locie w kosmos. Podobno się da.

miasto archipelag

A może warto jeszcze walczyć? Nieatrakcyjność małych miast sprawia, że te większe są na własną prośbę oblegane. Te nie mieszczą tylu ludzi, więc rozlewają się na przedmieścia. Z suburbii, miejskich sypialni, do pracy i szkoły wszyscy dojeżdżają samochodami, psując środowisko i niszcząc swoimi wehikułami ład przestrzenny miejskich ośrodków. Z książki Springera przemawia wyraźny komunikat, że jest źle. Ostatni rozdział bezbłędnie identyfikuje źródło problemu. Myślę, że tę lekturę powinien przeczytać każdy, ale przede wszystkim ci, którzy życie w mniejszym mieście znają jedynie z wycieczek do Piaseczna czy innej sypialni dużego miasta. A to były przecież kiedyś miejsca z własną identyfikacją, z kulturą i historią.

Trochę ich szkoda.

Więcej

Pokémon GO ożywia miasta

pokemon go

Pokémon GO trafiło wreszcie do Polski! Aplikacji nie trzeba już pewnie nikomu przedstawiać, nie mówiąc już o samej idei świata pełnego kolorowych „zwierzaków”, które można łapać, trenować i za ich pomocą pojedynkować się z innymi graczami. Uważam, że Pokémon GO, to jedna z lepszych rzeczy, jakie przydarzyły się w świecie popkultury w obecnym roku, zwłaszcza biorąc pod uwagę zaangażowanie jakie udało się jej wywołać w użytkownikach.

Przypomnijmy sobie, jak wyglądał świat jeszcze miesiąc temu. Większość ulic świeciło pustkami lub było zdominowane przez samochody. Ludzie po przyjściu ze szkoły czy pracy zajmowali miejsce przed komputerem, aby tego dnia nie ujrzeć już świata zewnętrznego, z którym kontakt często ograniczony był do widoku zza szyby samochodu czy autobusu. Pytając ludzi o drogę do konkretnego obiektu, na ogół słyszało się „nie wiem”, nawet jeśli znajdował się on w najbliższym otoczeniu. Sama parokrotnie nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie, jak dojechać do najbliższego szpitala czy kościoła. Nawet pomimo, że biegam po okolicy staram się znajdować czas na bieganie po okolicy.

Jak oglądam zdjęcia czy filmiki z USA (Pokémon GO wyszło tam wcześniej) i widzę ludzi biegających z telefonami po ulicach i parkach, zastanawiam się, jak mało było potrzebne aby ożywić przestrzeń miejską. Wystarczyło stworzyć aplikację, która wymusi na użytkownikach odrobinę ruchu, ale jednocześnie zaoferuje w zamian coś więcej niż obrazek z trasą i liczbą przebytych kilometrów, którym będzie można pochwalić się na Twitterze. Pokemonom, jak widać po statystykach pobrań, całkowicie się to udało. Choć oficjalnie w Polsce to nowość, w Internecie łatwo było znaleźć wiarygodne źródło aplikacji do pobrania, co sprawiło że i tutaj zdarzało mi się widzieć ludzi chodzących w pobliżu PokeStopów z wyciągniętymi telefonami.

Przede wszystkim – Pokemony to nasze dzieciństwo. Paręnaście lat temu był to prawdziwy hit, dzieci kolekcjonowały naklejki z rogalików, żetony z czipsów, figurki kupowane w kioskach, nie mówiąc już o oglądaniu samej kreskówki. Ile osób marzyło o tym, aby kiedyś ruszyć w świat i zostać trenerem Pokemonów? Niektórzy znali na pamięć wszystkie nazwy, generacje, inni tylko rozrysowywali który typ Pokemona jest dobry do walki z innym. Gry z Pokemonami, jako pierwowzór całej serii, cieszyły się chyba największym sukcesem, choć akurat do mojego dzieciństwa nie udało im się trafić.

Kiedy wszyscy miłośnicy Pokemonów dorośli, a przynajmniej zajęli się „dorosłymi” sprawami, mało kto spodziewał się, że dzięki jednej prostej aplikacji na telefon będzie mógł chociaż w namiastce spełnić swoje marzenia z dzieciństwa. Pewnie mało osób się ze mną zgodzi, być może większość widzi w tej grze jedynie mobilizację do uprawiania sportu… ale czy to źle?

Nigdy nie potrafiłam się przekonać do tych wszystkich programów liczących kroki czy zapisujących trasy biegu. Już bardziej motywowała mnie energiczna muzyka czy wygodne buty. Jednak po jakimś czasie czułam niedosyt w tego typu wysiłku – wracałam do domu, pomimo niewyczerpania całych sił. Po prostu nie wiedziałam, dokąd biec, gdzie mogę znaleźć coś ciekawego, wartego nawet nadłożenia trasy. Czasem stawiałam sobie za punkt docelowy jakiś widoczny w oddali budynek, ale szybko skończyły mi się te… PokeStopy. No właśnie – zauważyłam, że najszybciej biegnę, kiedy lista moich Poké Balli jest pusta a aplikacja wyświetla mi na mapie punkt, gdzie mogę uzupełnić swoje zapasy.

pokemon go

PokeStopy to konkretne lokalizacje w grze. Z tego, co udało mi się wyszperać w Internecie, pochodzą one z innej gry firmy Niantic – z Ingressa. Są to ważniejsze obiekty, pomniki, kościoły, szkoły, budynki użyteczności publicznej, punkty informacyjne, murale i graffiti – rzeczy które nieraz mijałam, a do których zdecydowanie warto byłoby znać drogę. Mając więc konkretny cel – a także i konkretną nagrodę, bo jak już pisałam, w PokeStopach można znaleźć kilka przedmiotów do wykorzystania w grze – od razu lepiej się biegnie. A jeśli jeszcze za przebyte kilometry mogę uzyskać dodatkowego Pokemona, wyklutego z jajka (za 2, 5 albo 10 km), od razu chce się ubrać wygodne buty, spakować Power Bank i tylko biegać z wyciągniętym telefonem. Nawet muzyka z gry pasuje tempem do szybkości biegu.

Innym ciekawym elementem gry są gymy – miejsca, które można przejmować po pokonaniu obecnego tam gracza, a które dziennie wzbogacają gracza o monety do wykorzystania w sklepie. Są też przyjazne siłownie, należące do drużyny tego samego koloru, z których można korzystać bez walki. Dzięki temu zachodzi interakcja pomiędzy użytkownikami aplikacji. Także wykorzystywane przedmioty do wabienia Pokemonów mogą gratisowo pomóc innym pobliskim graczom.

Nie wspomniałam jeszcze o tym, co w grze ukradło serce niejednej osobie aktywnej w Social Media, a mianowicie o funkcji rozszerzonej rzeczywistości. Zostawiłam to na koniec, ponieważ nie obsługuje jej mój telefon i wszystko co wiem o tym trybie wynika z doświadczeń innych graczy. Polega to na tym, że gra, wykorzystując aparat w telefonie, wyświetla rzeczywistość z wklejonym Pokemonem – na przykład stojącym na chodniku przed nami. Gra dużo bez tego nie traci, a zyskuje na płynności, łatwości znalezienia pokemona i pożeraniu mniej z baterii. Oczywiście fajnie by było czasem pochwalić się, w jakim miejscu znalazło się jakiego stworka – ale trudno. Zdecydowanie da się grać i bez funkcji AR.

Bardzo cieszę się, że w ogóle powstała taka gra jak Pokémon GO. Aplikacja skutecznie ożywia miasta i zachęca do ruchu nawet największych leni. Motywuje do poznawania ważnych punktów w okolicy, a przy okazji daje tyle rozrywki, co naprawdę nieliczne gry komputerowe czy mobilne.

Oczywiście jest i druga strona medalu – zaczynając od zawirusowanych nieoficjalnych kopii gry, które mogą uszkodzić telefon czy wykraść dane osobowe, poprzez wypadki na drogach wynikające z czyjejś chęci złapania rzadkiego pokemona. Wykorzystując aplikację, złodziej może łatwo zwabić kogoś z drogim telefonem, a gracze – pracownicy mogą mieć trudności ze skupieniem się na wykonywanym zadaniu, myśląc tylko o wyjściu z biura i bieganiu po mieście w pogoni za Pokemonami. Ale takie jest życie – pełne niebezpieczeństwa i pokus; taki jest świat – pełen ludzi złych i bezmyślnych. To nie wina gry, że takie rzeczy się zdarzają, a trudno przewidzieć wszystkie możliwe zagrożenia. Grunt to zachować rozsądek – wtedy gra może się przyczynić do wielu pozytywnych zmian w życiu, a co najmniej do nabrania kondycji. Nie mówiąc już o efektach na większą skalę, takich jak ożywienie przestrzeni publicznej.

Więcej

Prawo do Lidla i Biedronki

19 maja na ulicy Świętojańskiej w Gdyni otworzono nowego Lidla. W reprezentacyjnym miejscu, przestrzeni niezwykle ważnej dla wizerunku miasta – „jak w ogóle można myśleć o postawieniu tutaj dyskontu”? Masywna bryła z równie dużym parkingiem i świecącymi pylonami reklamowymi zepsułaby całkowicie swoje otoczenie. Udało mi się odwiedzić tego Lidla i przyznam szczerze – jestem zaskoczona. Zaskoczona naprawdę pozytywnie, bo totalnie nie spodziewałam się, że budynek umieszczony będzie w podziemiu.

Podziemie – czy to nie fantastyczna przestrzeń na coś, co nie potrzebuje okien, zajmuje dużą powierzchnię i nie jest podzielone na wiele kondygnacji? A przede wszystkim – na coś, co wizualnie jest brzydkie i nie pasuje do żadnej praktycznie zabudowy? Kiedy zobaczyłam tego Lidla, gdzieś we mnie pojawiła się taka myśl: proszę, niech to nie będzie jedyny podziemny dyskont jaki zobaczę, a pierwszy, pierwszy z wielu.

Więcej

Dwie krótkie, a wartościowe książeczki

Łatwo powiedzieć „nie oceniaj książki po okładce”, kiedy możesz pozwolić sobie na długie wyszukiwanie recenzji w internecie, albo chociaż przeczytanie opisów z tyłu lektury. Zdarza się jednak, że na wybór dzieła do poczytania masz naprawdę mało czasu, a żadna pozycja na bibliotecznej półce nie brzmi jak element Twojej listy „plan to read”. Ja tak miałam ostatnio, gdy potrzebowałam czegoś, co umili mi podróż do domu skm-ką. W oczy rzuciła mi się pasiasta okładka małego tomiku o percepcji architektury, po angielsku. Tak rozpoczęła się moja krótka przygoda z serią wydawnictwa Birkhauser. Krótka, bo zakończyła się na dwóch pozycjach – i to właśnie im postanowiłam poświęcić ten wpis.

Basics Spatial Design

dwie krótkie książeczki

Pierwsza książka, „Basics Spatial Design” Ulricha Exnera opowiada o tym jak architektura odbierana jest przez człowieka, co sprawia, że wydaje się nam przyjazna i dobrze zaprojektowana, a co może przyczynić się do unikania kontaktu z nią.

Percepcja przestrzeni to taka nauka, która zdaje się mówić o rzeczach oczywistych, jednak bez wcześniejszego uświadomienia ich sobie, na ogół się o nich nie myśli. Przykład z książki: budynek stojący samotnie wydaje się większym, niż gdyby stał w otoczeniu innej zabudowy. Trudno się nie zgodzić, to wydaje się oczywiste – jednak ja nie zastosowałabym tego zabiegu przy projektowaniu, przed uświadomieniem sobie takiej zależności. Bez zrozumienia, jak działa odbiorca dzieła, praktycznie nie da się wykonać projektu, który będzie odebrany jednoznacznie, tak jak autor by sobie tego życzył. Myślę, że mogę powiedzieć, że tak właściwie książka „Basics Spatial Design” jest bardziej o ludziach i ich postrzeganiu niż o samym tworzeniu.

Większość poruszanych zagadnień nie powinna być niczym nowym dla studentów architektury – mimo to nie czyta się tego z poczuciem nudy. Wręcz przeciwnie – łatwo złapać się na przytakiwaniu zawartym w książce zdaniom, porównywaniu ich do posiadanej wiedzy lub w myślach rozbudowaniu jej o własne doświadczenia. Wydaje mi się, że to nie studenci architektury są targetem tego utworu. Zawarta wiedza nie nauczy nikogo dobrze projektować, ale wyczuli na dostrzeżenie pewnych zależności. Zwłaszcza, że – choć opisuje głównie architekturę – spokojnie może być odniesiona do każdego innego projektowania. Bez problemu mogę wymienić zagadnienia, które łączą projektowanie budynków z innego rodzaju designem: kompozycja, proporcje, rytm czy gęstość elementów, a także mniej oczywiste aspekty, np. upływ czasu, w którym używany będzie dany obiekt.

Basics Urban Analysis

dwie krótkie książeczki

Drugą lekturą, którą chciałabym przedstawić jest „Basics Urban Analysis” Gerrita Schwalbacha. Temat analizy urbanistycznej jest dla mnie obecnie czymś wyjątkowo bliskim, ponieważ dotyczą jej jedne z moich zajęć na uczelni. Musze przyznać, że materiał zawarty w książce bardzo dobrze pokrywa się z wiedza, która wynoszę z ćwiczeń.

Analiza urbanistyczna to coś bez czego tak naprawdę nie da się zaprojektować ani zrewitalizować żadnego obszaru miasta. Polega na zbadaniu dużego terenu pod względem bardzo wielu właściwości, znalezieniu i przeanalizowaniu istniejących problemów i szukaniu rozwiązań, które dopiero później można przełożyć na projektowanie. Bez solidnej analizy tak naprawdę nie da się stworzyć dobrego projektu urbanistycznego – takiego, który wykorzysta zastane wartości, znajdzie potencjalne możliwości i zapobieganie degradacji. Zły projekt może wiele zniszczyć, zaczynając od więzi miedzy ludźmi (brak miejsc, w których mogliby się spotkać), do tworzenia niebezpiecznych punktów, gdzie łatwo o wypadki lub gdzie możne rozwinąć się przestępczość. Dobry projekt musi zadbać o wygodę przyszłych mieszkańców, zapewnić im dostępność usług, dobrą sieć dróg i komunikacji publicznej, zawierać zaprojektowane otwarcia i zamknięcia widokowe, a przede wszystkim powinien sprawić, że ludzie będą chcieli przebywać w danym miejscu, zostać w nim. Z angielskiego, to linger. Aby to zrobić, trzeba zebrać porządną bazę danych, której stworzenie ta książka ułatwi.

W „Basics Urban Analysis” można znaleźć sposoby, jak zbadać dany teren oraz przedstawić jego obecny stan w celach dalszego projektowania. Wypisane są kroki, jakie należy podjąć, sposoby i kwestie na które należy zwrócić uwagę, źródła z jakich można skorzystać oraz elementy jakie powinny się ostatecznie znaleźć w dobrej analizie. Zagłębiając się w lekturę można zrozumieć, co jest wartością danego terenu, a co wymaga zmiany. Nie łatwo jest myśleć o dużym obszarze jako o całości, dlatego warto podzielić go na poszczególne strefy, które również zostały tutaj opisane.

Czytając tę książkę, przypomniało mi się, jak mało wiedziałam o urbanistyce przed rozpoczęciem tych studiów. Wydawało mi się wtedy, ze urbaniści zajmują się tylko projektowaniem nowych miast, niczym w gre SimCity i wielu podobnych. Rzeczywistość przedstawia się zupełnie inaczej. Większością pracy urbanisty jest tak naprawdę analizowanie terenu, zidentyfikowanie problemów i możliwości. Projekt to dopiero kolejne zadanie – i na ogól nie dotyczy on budowania miast na surowym korzeniu. Zwykle jest to rewitalizacja części już istniejących metropolii – terenów poportowych, poprzemysłowych, w różny sposób zdegradowanych. Jeśli przed przeczytaniem tego wpisu miałeś/as podobny obraz zadań urbanisty, co ja parę at temu, ta książka jest zdecydowanie dla Ciebie.

Podsumowanie

dwie krótkie książeczki

Trudno jest zawrzeć pełne kompendium wiedzy w malej, krótkiej książeczce – zwłaszcza wiedzy dotyczącej tak rozległych dziedzin. Zdecydowanie wiec nie można traktować tych dzieł jak encyklopedii – zwłaszcza dla osób planujących zajmować się architektura i urbanistyka w przyszłości. Ja także nie znalazłam w nich zbyt wielu nowych zagadnień, przy okazji widząc jak skrótowo zostały potraktowane niektóre ważne dla mnie tematy. Czytałam bardziej w celu uzupełnienia braków z języka angielskiego – wypisując słówka i próbując zrozumieć je z kontekstu zdania i wiedzy, którą posiadam. Pod tym względem obie książki spisują się świetnie – proste konstrukcje zdań wręcz same się czytają. Bez konieczności zastanawiania się przy każdym zdaniu, obcy język przestaje być uciążliwy, nawet dla kogoś, kto tak jak ja, wciąż się go uczy. Cała seria została przetłumaczona z niemieckiego, więc dla osób walczących z tym językiem zdecydowanie lepszą decyzją byłoby znalezienie oryginału.

Sposób, w jaki ta seria została wydana to wygodny i ładny tomik formatu A5 zawierający sztywne kartki i tekturowa okładkę. Wewnątrz tekst wzbogacony jest o mnóstwo obrazków, map, tabelek lub schematów. Dodatkowo wyróżnione zostały wskazówki oraz informacje dodatkowe, poza treścią. Tekstu jest mniej, wiec czytanie tutaj jest przygodą na jeden wieczór. Słabą strona książek jest ich krótka żywotność – klejone kartki, które łatwo mogą wypaść oraz okładka wyglądająca na łatwo brudzącą się. Myślę, że osobiście nie kupiłabym ich na własność (koszt na Amazonie jednego egzemplarza – kilkanaście dolarów), jednak jako coś wypożyczonego z uczelnianej czytelni spisało się bardzo dobrze.

Opisywane książki mogę tez polecić tym, którzy po prostu interesują się kulturą – bo obie dotyczą bardzo ważnych jej części. W „Basics Spatial Design” odnajdą coś dla siebie fani designu a „Basics Urban Analysis” może zainteresować miłośników psychologii, socjologii i po prostu miejskiego życia. Zdecydowanie obie książki powinny przeczytać osoby pragnące rozpocząć studia architektoniczne oraz świeży studenci tego kierunku. Dla nich ta wiedza będzie nowa, wiec powinni być szczególnie zaciekawieni – zwłaszcza że na pewno przyda im się na kolejnych semestrach.

Więcej

Nie mogłabym mieszkać poza miastem

Dzisiaj w nocy śniła mi się wioska położona w sercu lasu. Dziki teren, porośnięty gęsto zielenią pełen był małych, parterowych domków ułożonych na pagórkach tak jakby czas dopasował ich kształt do zakrzywienia podłoża. Pomimo braku siatki ulic (pomiędzy domami nie biegły nawet wydeptane ścieżki), wioskę przecinała wąska, ale ruchliwa, ulica. Kiedy się obudziłam, w głowie kłębiło mi się mnóstwo myśli, a jedna z nich brzmiała: nie mogłabym mieszkać poza miastem.

Więcej

Samochodowe miasto

Kult samochodu ma się w Polsce dobrze – ludzie przyzwyczaili się do hałaśliwych ulic i wielkich parkingów, rozrzedzających miejską zabudowę. Wiele osób nawet nie zastanawia się, czy istnieją inne metody przedostania się z miejsca na miejsce niż wewnątrz własnego pojazdu. Same samochody, pomimo bycia coraz tańszymi i łatwiejszymi w obsłudze, wciąż z niezrozumiałych przyczyn stanowią symbol luksusu, wolności króla szosy, punktualności i wygody. Z punktu widzenia pieszego pędzące samochody są natomiast potencjalnym niebezpieczeństwem, a te będące w bezruchu – często przeszkodą w swobodnym korzystaniu z np. chodnika. Problem nie byłby jeszcze taki duży, gdyby nie Przepustowość (celowo pisana wielką literą), dla której miasta zamieniają się w karykatury.

samochodowe miasto

Ale przejdę do tematu pieszych. Bo problemem nie nie jest zbyt duża wygoda blaszanych pudeł, a odbieranie komfortu tym, którzy przemierzają miasto na własnych nogach, lub – w jeszcze gorszej sytuacji – na wózku. Nie będę tu porównywać z tym, co co było w czasach PRL-u. Wtedy liczyła się iluzja postępu, więc kto tam się przejmował tymi, którzy przez swoją powolność będą źle wyglądać na filmach. Pieszych więc spychało się pod asfalt, do brudnych i nieprzyjemnych tuneli, aby nie przeszkadzali mknącym ponad nimi zmotoryzowanym. Były też wiadukty – rozwiązanie dla lubiących wiatr i chłód, ale przede wszystkim wchodzenie po schodach. Te przynajmniej potrafiły czasem zaoferować ładny widok w zamian – choć jest to niewielka pociecha dla osób spieszących się do szkoły czy pracy.

samochodowe miasto

W czasach, gdy tunele i wiadukty stopniowo są likwidowane, wciąż pojawia się dyskusja nad wygodą tych, którym i tak bardzo wygodnie. W drogich samochodach, ciepłych, odpornych na warunki atmosferyczne, ze wszystkimi zakupami pochowanymi bezpiecznie w bagażniku, nie mówiąc już o ochronie przed hałasem, temperaturą czy nawet zderzeniami. Chyba każdy jest w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której wolałby siedzieć w samochodzie niż poza nim. Nie zawsze niestety jest wybór. Na światłach to pieszy czeka na deszczu na swoją turę.

Czeka i czeka. Może za późno wcisnął przycisk, może ten był zepsuty. W końcu jednak zapala się zielone światło. Z bocznej ulicy w pośpiechu wyjeżdżają samochody na „zielonej strzałce”. Nie mają pierwszeństwa, ale ze względu na obawę o swoje życie, pieszy ustępuje – zwłaszcza jeśli nie zobaczy niczego, co wskazywałoby na zatrzymanie się nadjeżdżających samochodów. Przejścia bez świateł nie są lepsze – i to nie ze względu na większość kierowców, bo większość jednak potrafi się zatrzymać widząc pieszego. Najgorsi są ci, którzy wyjeżdżają zza zatrzymanego samochodu. W teorii jest to wykroczenie gwarantujące do 500 złotych mandatu, ale policja nie może być wszędzie. A jak mówi przysłowie „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” – winny staje się zbrodniarzem dopiero w momencie przyłapania go na gorącym uczynku. Strasznie mi się to nie podoba.

samochodowe miasto

Nie podoba tak jak to, że choć miasta chwalą się przyjaznością dla pieszych, wciąż ważniejsza jest Przepustowość. Przejścia dwuetapowe, trzyetapowe, półtoraetapowe, gdzie zdążysz zejść z wysepki, ale na drugą stronę ulicy trafisz już na czerwonym. Jak pieszy powinien się zachować w takiej sytuacji? Przebiec czy przejść normalnym tempem, nie zwracając uwagi na kolor lampy przed sobą, widząc miny zniecierpliwionych kierowców? Po co jest ten problem? Bo system zarządzania ruchem wyliczył, że przy takiej długości świateł średnio przejedzie o jeden samochód więcej? Albo pół, jedna ósma samochodu?

samochodowe miasto

Potem jeszcze te samochody stoją gdzie popadnie – miasto jest nimi po prostu przesycone. Już markety zaczęły zdawać sobie sprawę, że na tych ich brzydkich parkingach ludzie zrobili sobie przechowalnię aut. Pierwsza godzina za darmo, następne wciąż taniej niż na płatnym parkingu. Jeszcze gorsze są te sznurki samochodów zajmujące miejsce na chodnikach. Już nawet nie w wyznaczonych terenach, ale tam gdzie fizycznie da się stanąć – najlepiej całością samochodu, bo przecież nie kosztem pobocza ulicy. W Gdańsku jest niestety wiele miejsc, gdzie przez samochody na chodniku, chodzenie gęsiego to tylko jedna z niedogodności. Czasem trzeba się przeciskać w pojedynkę, podnosić torbę aby się nie pobrudziła lub porysowała od jakiegoś blaszaka.

Jedynym sposobem na parkujących na chodnikach jest ustawienie słupków, mających oczywiście niewiele wspólnego z estetyką, ale pozwalających odzyskać chodniki dla pieszych. Napisałabym, że inaczej samochody zaczęłyby się ustawiać piętrowo, jeden na drugim, ale to nieprawda. Dlaczego wielopoziomowe parkingi nie cieszą się popularnością w Polsce? Czy tylko dlatego, że kierowcom nie chce się zastanawiać nad zmienianiem biegów, nad nietypowymi manewrami, czy także przez niewielką ekspozycję swoich aut na zamkniętej przestrzeni? Może też wyjście z samochodu na takim parkingu nie kojarzy się przyjemnie albo sama konieczność przejścia to dla zmotoryzowanych już zbyt wiele? Powodów nie znam, efekt za to widzę wyraźnie.

samochodowe miasto

Gdyby każdy sklep typu Lidl, Biedronka, Tesco, zdecydował się na umieszczenie parkingu na swoim dachu, ile miejsca w mieście udałoby się zaoszczędzić? Ile tej nijakiej przestrzeni parkingowej udałoby się wyeliminować z pola widzenia przechodnia i ostatecznie – ile osób zrezygnowałoby z codziennego korzystania z samochodu?

Ostatecznie, jest jeszcze problem osób, które przez miasto tylko przejeżdżają. Dbanie o Przepustowość dodatkowo zachęca ich do obrania drogi pomiędzy zabudową, zamiast szukania obwodnic, tras dłuższych ale szybszych. Czy naprawdę trzeba tak bardzo dbać o wygodę dla użytkowników samochodów? Wydaje mi się, że dopóki będzie to priorytetem w zarządzaniu drogami, przestrzeni wokół ulic zdecydowanie nie będzie można nazwać przestrzenią przyjazną ludziom.

samochodowe miasto
samochodowe miasto
samochodowe miasto
samochodowe miasto
Więcej

Przejście bardziej dla pieszych

Po mieście poruszam się głównie pieszo. Taka możliwość była dla mnie priorytetem przy wyborze mieszkania do wynajęcia i ma wyraźny wpływ na moje obecne życie. Dzięki bliskości z najważniejszymi miejscami, nabrało ono tempa (jednego dnia mogę załatwić kilka rzeczy i, pomiędzy tym, wrócić do domu coś zjeść) ale także skoncentrowało się wokół kilku konkretnych tras. Prawie codziennie zaliczam kurs: uczelnia – sklep – dom i prawie codziennie nie opuszcza mnie ta sama refleksja, kiedy czekając na przejściu przed Lidlem widzę, jak można było zrobić to lepiej.

Ten punkt trasy wygląda mniej więcej tak: z ulicy Miszewskiego skręcam na ul. Uphagena, idąc długim przejściem dla pieszych z wysepką w środku.

Wyróżniłam tutaj 3 elementy, które są jej zdecydowanymi wadami i – na dłuższą metę – zaczynają być uciążliwe.

  1. „Najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo” nabiera na tym skrzyżowaniu nowego znaczenia, ponieważ aby zobaczyć, czy jakiś samochód nie nadjeżdża z mojej lewej strony, muszę obrócić głowę o kąt prawie 180 stopni. Niby nic, ale w sytuacji kiedy pada deszcz, wieje wiatr, a ja ledwo ochraniam niesioną z uczelni makietę przed czynnikami atmosferycznymi, ostatnią rzeczą jaką chcę zrobić jest zatrzymanie się w miejscu.
  2. Drzewo, które prawdopodobnie nie zostało wycięte ze względu na swój wiek. W tym miejscu chodnik został miejscowo zwężony do niewiele ponad połowy szerokości, przez co stał się punktem kolizji ruchu pieszego między wchodzącymi i wychodzącymi z marketu. Chyba nie muszę podkreślać, że szerokość osoby z zakupami jest znacznie większa niż szerokość osoby bez nich?
  3. I ostatni punkt trasy do sklepu – przejście przez wyjazd z parkingu. Niewygodne zarówno dla pieszych jak i kierowców, dodatkowo za sprawą wszechobecnych wózków zakupowych. Miejsce zdecydowanie nie nadające się na oczekiwanie – głównie ze względu na typową przedsklepową palarnię.

Tak wygląda sytuacja, kiedy wybieram drogę ulicą Miszewskiego. Zdarza mi się także iść do Lidla na skróty, przez pobliski park. Wychodząc z punktu oznaczonego na obrazku poniżej fioletową kropką, mam do wyboru – przejść dłuższy kawałek drogi do pasów i zawrócić do sklepu albo przejść przez ulicę w miejscu nieoznaczonym.

Pierwsza opcja prowadzi do wszystkich dyskomfortów wymienionych pod poprzednim obrazkiem, a także zawiera denerwujące zawracanie po przejściu przez pasy. Druga natomiast jest wykroczeniem i grozi mandatem w wysokości 50 zł. Wybór jest nieciekawy.

Jednak, aby nie być narzekaczem, wynalazłam świetne rozwiązanie, które małym kosztem mogłoby pozbawić pieszego wszystkich (albo prawie wszystkich) opisanych problemów. Wygląda ono tak:

Dodatkowe przejście dla pieszych w miejscu, w którym jest ono potrzebne. Większość samochodów wjeżdżających na ulicę Uphagena i tak skręca na parking przed marketem, więc na przejściu umieszczonym za wjazdem na parking, pieszy czekałby o wiele krócej na możliwość przejścia. Także dla kierowców mogłoby to być ułatwieniem – oni z kolei nie musieliby czekać na pieszych przy wjeździe lub wyjeździe z ul. Miszewskiego.

Jak takie rozwiązanie wyglądałoby w sytuacji dwóch opisywanych pieszych? Mniej więcej tak:

Nasuwa się tylko pytanie – dlaczego obecnie nie ma tu przejścia dla pieszych? Czy wynika to z braku takiego pomysłu czy konkretnych powodów, braku możliwości? Organizacja ruchu to w końcu bardzo złożona sprawa.

Więcej

Miasta Przyszłości, która nie nadeszła

Mieszkając w dużym mieście już drugi rok, wyraźnie widzę, jak problematyczny stał się rozwój polegający na rosnącej liczbie samochodów przypadających na mieszkańca. Obecnie projektując budynki wielorodzinne, należy uwzględnić około 1,2 – 1,3 miejsca parkingowego przypadającego na każde mieszkanie. Trudno mi uwierzyć, że jeszcze za PRLu aleja Grunwaldzka w Gdańsku Wrzeszczu była po prostu szerokim deptakiem z widocznymi gdzieniegdzie na zdjęciach autami.

Obecnie wręcz naturalnym widokiem są wieczne korki pod Galerią Bałtycką, niekończące się sznury samochodów, trąbiących na siebie nawzajem, gdzie każdemu kierowcy śpieszy się najbardziej. Wokół ulic umieszczone są przestrzenie, niby chodniki, raczej parkingi. Zieleni jest coraz mniej, a zmiany coraz bardziej konieczne i radykalne. Przykładem może być głośna ostatnio sytuacja tzw. ul. Nowej Politechnicznej, czyli planów przekształcenia wąskiej uliczki w szeroką drogę, z dwoma pasami jezdni w każdą stronę i linią tramwajową, kosztem istniejących, starych budynków. Kiedyś problem gęstości miast dotyczył doświetlenia mieszkań – dzisiaj wielkość przestrzeni pomiędzy budynkami kieruje się nowym priorytetem: szukaniem miejsca dla wszystkich uczestników ruchu drogowego.

Rozwiązania są różne, a miejsca coraz mniej. Bardzo ciekawy pomysł na poradzenie sobie z pogodzeniem poszczególnych elementów ulicy powstał już w 1910 i został opublikowany w zbiorze „The transactions of the Royal Institute of British Architects Town Planning Conference, London”, natomiast jego autorem jest Eugène Hénard, francuski architekt znany z wielu pomysłów urbanistycznych, często wykorzystywanych nawet dziś (np. rondo).

Hénard z jednej strony podziwiał osiągnięcia techniki, a z drugiej krytykował wyraźne niedociągnięcia: niezdrowy dym unoszący się z kominów czy niekończący się wywóz śmieci ulicami miast. Zwrócił uwagę, że pod drogami ciągnie się masa różnych kanałów i przewodów, natomiast przestrzeń na powierzchni jest tak wykorzystana, że naprawdę trudnym jest umieszczenie jakiegokolwiek nowego elementu. Architekt też wyobrażał sobie przyszły rozwój infrastruktury: rury doprowadzające do domów benzynę, świeże powietrze czy morską wodę. Wymyślił więc sposób, który można by było zastosować w już istniejących miastach. Cytując,

All the evil arises from the old traditional idea that “the bottom of the road must be on a level with the ground in its original condition.”

Całe zło wynika ze starego, tradycyjnego pomysłu, że droga musi iść na tym samym poziomie, na którym znajdowała się oryginalnie ziemia.

Hénard zaproponował rozwiązanie: umieścić chodnik oraz drogę dla karetki na drugim, sztucznym gruncie (czyli po prostu na stropie). Tym samym partery mieszkań przy tak przekształconej ulicy stałyby się dodatkowym piętrem piwnic. Takie drugie piętro ulicy stworzone byłoby na stałe, z żelbetu przykrytego na przykład drewnem, 5 metrów ponad przestrzenią ulicy, na której odbywałby się ruch samochodowy. Całość utrzymywałaby się na murowanych ścianach oraz słupach, rozłożonych pomiędzy nimi co około 4 metry.

Pod tym stropem, podwieszony byłby cały system rur (jak nowocześnie) – w tym rury ze sprzężonym powietrzem, wodą rzeczną, czystą wodą, paliwem, ciekłym powietrzem oraz… odkurzaniem – oraz kabli elektrycznych. Dzięki takiemu rozwiązaniu dostęp do całej infrastruktury byłby niezwykle prosty.

Dzięki umieszczeniu tych rzeczy nad ziemią, przestrzeń poniżej gruntu można by było wykorzystać w inny sposób – umieścić tam linie metra oraz samochody ciężkie, a przede wszystkim te służące do wywozu śmieci. Dla tego piętra Hénard przewidział sztuczne oświetlenie oraz wentylację wspomaganą mechanicznie, z kominami umieszczonymi w przerwach pierzei. W środku znalazłoby się też miejsce dla kanału dymowego, obsługującego okoliczne budynki.

Wizja Hénarda wydaje się prawdziwą rewolucją, jednak architekt nie zaprzestał na wymienionych powyżej zmianach. Opisał on rozwój wertykalny ulic do jeszcze kolejnych pięter – w tym przypadku podziemnych – choć zdawał sobie sprawę z problemów związanych z taką inwestycją.

Poza zmianami związanymi z funkcjonowaniem ulicy, Hénard zaproponował także rozwiązania dotyczące budynków, między innymi rezygnację z dachów stromych, które nie oferują dodatkowej przestrzeni. Na dachach płaskich architekt wyobrażał sobie lotniska dla małych i lekkich samolotów, za pomocą których mieszkańcy mogliby w prosty sposób poruszać się ponad miastem. Dla bezpieczeństwa, samolociki te wyposażone byłyby w automatyczne spadochrony a ich ruch byłby zakazany w miejscach o szczególnej wartości. Każdy dom byłby przy okazji wyposażony w windę, pozwalającą na transport maszyn zarówno na dach jak i do podziemi. Dla ułatwienia utrzymania kursu, w miastach pojawiłyby się wysokie obiekty charakterystyczne – wieże, dzwonnice, itp., z czego największa znajdowałaby się w samym centrum miasta.

Cały tekst można przeczytać, w języku angielskim, na tej stronie: http://urbanplanning.library.cornell.edu/DOCS/henard.htm

Czy coś z tej szalonej wizji się spełniło? Z jednej strony nie mamy samolotów na dachach, a na ulicach wciąż dominuje ścisk i przeszkadzanie sobie nawzajem wszystkich uczestników ruchu. Z drugiej, czasy przeznaczania powierzchni ziemi w centrach miast na parkingi wielostanowiskowe minęły już nawet w Polsce. Obecnie nigdy nie wiesz, czy budynek, który wydaje Ci się małą, skromną kamieniczką nie stoi na 3-piętrowej wannie fundamentowej, wypełnionej samochodami.

Więcej