Tag: tworzenie

Urban sketching, czyli miejskie szkicowanie

Jeśli lubicie rysować lub malować, to z całą pewnością zastanawialiście się kiedyś, jak by to było usiąść gdzieś w przestrzeni miasta, wyciągnąć szkicownik i spróbować przenieść na papier to, co znajduje się przed Waszymi oczami. Niezależnie od tego, czy próbowaliście wdrożyć ten pomysł w życie, czy może uznaliście, że to totalnie nie dla Was, prawdopodobnie zadaliście sobie to pytanie: jak to wygląda w praktyce. Jako że ostatnio zaczęłam próbować swoich sił w czymś, co się nazywa Urban Sketching, postanowiłam podzielić się swoimi wrażeniami i poradami na ten temat.

Definicja Urban Sketching

Zacznijmy od podstawowego pytania: czym tak właściwie jest Urban Sketching? Miejskie szkicowanie, bo tak chyba przetłumaczyłabym tę nazwę, to konkretny sposób rysowania lub malowania. Po wpisaniu hasła w wyszukiwarkę łatwo zauważyć, że rysunki mają luźną formę, często odbiegają od realizmu, wyglądają na niedokończone albo wręcz celowo zdeformowane. Wynika to tak naprawdę z definicji Urban Sketchingu. Mówi ona, że taki rysunek powstaje w miejscu publicznym, „na żywo”, na podstawie widzianej rzeczywistości. Narysowanie tego samego miejsca czy budynku na podstawie fotografii nie jest już zgodne z definicją pojęcia.

Tak naprawdę, czym jest Urban Sketching, można zrozumieć odwołując się do twórców tego pojęcia – społeczności Urban Sketchers. Grupa ta działa obecnie na całym świecie, a oryginalnie powstała w 2007 roku w serwisie Flickr, dzięki rysownikowi Gabi Campanario (źródło: Wikipedia). Mimo istnienia oficjalnej społeczności, mnóstwo osób próbuje swoich sił w Urban Sketchingu na własną rękę, samodzielnie lub zbierając się w lokalnych grupach.

Manifest grupy Urban Sketchers brzmi:

1. We draw on location, indoors or out, capturing what we see from direct observation.
2. Our drawings tell the story of our surroundings, the places we live and where we travel.
3. Our drawings are a record of time and place.
4. We are truthful to the scenes we witness.
5. We use any kind of media and cherish our individual styles.
6. We support each other and draw together.
7. We share our drawings online.
8. We show the world, one drawing at a time.

Bardzo dobrze wyjaśnia to filmik stworzony przez Alvina Wonga i Gary’ego Yeunga.

Urban Sketch, niczym prace impresjonistów, przedstawia rzeczywistość zastaną przez artystę i przefiltrowaną przez jego percepcję, styl rysowania i wybraną formę odtworzenia. Nie jest więc zmieniony, jeśli chodzi o treść (na rysunku wciąż są ludzie obecni w danym miejscu – co jest bardzo ważne dla Urban Sketchingu), natomiast nie oddaje form w sposób realistyczny. Jest to przedstawienie chwili, tego krótkiego czasu, który poświęca się na siedzenie w jednym miejscu, niekoniecznie wygodnym i nie zawsze osłoniętym przed warunkami atmosferycznymi. Krople deszczu, ślady po kawie, czy „błędy w sztuce”, jak rozlany długopis czy linia wynikająca z popchnięcia przez drugą osobę, tylko dodają uroku takim szkicom. Najlepsze jest jednak to, że każdy z nich jest zupełnie wyjątkowy.

Spróbowałam swoich sił w Urban Sketchingu i muszę przyznać, że się wciągnęłam. Przy ładnej pogodzie, często sytuacja sama się prosi, aby wyciągnąć szkicownik. Wiele osób szkicuje podczas czekania na autobus czy podczas dojazdu do pracy, jednak jeszcze nie przełamałam się, aby rysować aż tak blisko innych ludzi. Publiczne place, gdzie ludzie przechodzą i znikają, są jednak dla mnie świetnym miejscem do szkicowania.

Co zabrać?

Chociaż powinnam raczej napisać: co zawsze warto mieć przy sobie. Mały szkicownik, albo zeszyt, to coś co nie powinno zająć zbyt wiele miejsca w plecaku. W sklepach dla plastyków można znaleźć nawet takie rozmiaru A6! Taki format ograniczy nieznacznie możliwości ekspresji, za to świetnie spisze się do szybkich szkiców i nauki. Najbardziej chyba powszechną wielkością szkicownika jest A5, czyli wielkość zeszytu. W takim formacie jest też mój kalendarz, którego część przeznaczyłam na szybkie szkice. Większe formaty – A4 czy A3 warto zabierać ze sobą tylko w dni, kiedy z góry ma się motywację do szkicowania.

Jak wybrać szkicownik? Tak naprawdę, nie ma złotej zasady, funkcjonującej dla każdego rysownika. Niektórzy preferują notesy na kółkach ze względu na komfort przerzucania strony, inni wolą wersje bardziej „zeszytowe” (polecam szyte nicią, natomiast unikajcie zszywek!), a jeszcze innym najbardziej pasuje wersja bardziej książkowa. Poziomy, czy pionowy, podłużny czy bardziej kwadratowy – naprawdę jest z czego wybierać. Rodzaj i gramatura papieru ma o wiele większe znaczenie. W przypadku rysunku ołówkiem zawsze wybieram cienkie kartki o chropowatej powierzchni i lekko żółtawym kolorze. Do akwareli koniecznie trzeba wybrać gruby papier, o dużej gramaturze, teksturowany lub nie, w zależności od stylu. Do mazaków czy cienkopisów papier koniecznie musi być gładki. Warto poświęcić więcej uwagi na wybór dobrego szkicownika, który będzie z nami współpracował, a nie hamował swobodę twórczą.

Jeden z pierwszych szkiców – nienajpiękniejszy, krzywy, ale jak przyjemnie się rysowało! To był luty, a temperatura ponad 20 stopni. Tylko usiąść na zeszłorocznej trawie i rysować!

Przyrządy do rysowania i malowania:

  • W przypadku rysowania ołówkiem warto zapatrzeć się w kilka ołówków o różnej twardości, na przykład HB, 2B i 6B. Osobiście nigdy nie potrzebowałam większej liczby niż trzy ołówki. Do tego warto mieć temperówkę (strugaczkę / ostrzałkę / ostrzynkę / jak zwał tak zwał) oraz gumkę chlebową.
  • Akwarela: małe podróżne opakowanie farb akwarelowych (na przykład Winsor & Newton Cotman, 12 kolorów), kilka pędzli, kubeczek na wodę i oczywiście woda (używam butelki wielorazowej i część przelewam do kubeczka na wodę, a reszta zostaje do picia). Polubiłam też mały spryskiwacz do spryskania farb, aby były bardziej mokre.
  • Akwarela z cienkopisem / piórem – jak wyżej plus cienkopis lub pióro. Zupełnie inaczej będzie wyglądał szkic, kiedy użyjemy atramentu wodoodpornego i nie. W jednym przypadku linie zostaną zachowane, a w drugim połączą się z farbą.
  • Mazaki, cienkopisy, długopisy – tak naprawdę taki szkic może powstać w zupełnie dowolnej technice i żadne medium nie jest traktowane jako „gorsze”. Niektóre techniki po prostu się do tego nie nadają ze względu na ich brudzący charakter albo brak spontaniczności z użyciem (np. farby olejne).
  • Niezależnie od techniki, zawsze warto mieć przy sobie opakowanie chusteczek higienicznych.

Warto jednak mieć ze sobą rzeczy sprzyjające wytrzymaniu dłużej w jednej pozycji – na przykład czapkę z daszkiem czy krem z filtrem w przypadku słonecznych dni albo coś, na czym można wygodnie usiąść. Przy chłodniejszej pogodzie warto ubrać się cieplej niż normalnie – ze względy na dłuższe siedzenie w bezruchu. Zdecydowanie polecam też rękawiczki z „uciętymi palcami ”. Od jakiegoś czasu nawet zastanawiam się nad zakupem krzesełka wędkarskiego (takiego małego składanego taborecika z metalowych słupków i materiałowego siedziska). Niektórzy wykorzystują też okulary przeciwsłoneczne, aby swobodniej przyglądać się ludziom, bez możliwości nawiązania z nimi kontaktu wzrokowego.

Jak się przygotować

Tak naprawdę spontaniczność Urban Sketchingu nie wymaga żadnych przygotowań. Najważniejsze to mieć szkicownik zawsze pod ręką, aby móc go wykorzystać w przypadku nagłego przypływu weny. Wychodząc z domu z gorącym postanowieniem narysowania czegoś, łatwo może skończyć się bezcelowym wałęsaniem się po mieście i brakiem inspiracji. Niestety nie tak łatwo oszukać wenę – o wiele łatwiej stworzyć sobie warunki, aby móc ją w odpowiednim momencie złapać i wykorzystać.

Tym, co zdecydowanie polecam, jest wyszukanie grup na Facebooku pod hasłem „Urban Sketching”. W prawie każdym większym mieście powinna znaleźć się grupa zaangażowana w to hobby, dzięki czemu okazjonalnie pojawiają się wydarzenia, wspólne szkicowanie w wybranej części miasta. Nawet jeśli uważacie, że brakuje Wam umiejętności, warto przyjść i zobaczyć, jak inni radzą sobie z Urban Sketchingiem. Pamiętajcie – każdy był kiedyś początkującym, każdy kiedyś nie potrafił stworzyć nawet najprostszego rysunku i zdecydowanie większość rysowników pamięta swoje początki. Dzięki temu, w świecie Urban Sketchingu nie spotyka się wyśmiewania się z nowicjuszy. Wręcz przeciwnie, ludzie wręcz motywują siebie nawzajem do dalszego rozwijania swoich umiejętności plastycznych!

Dodatkową zaletą rysowania w grupie jest łatwiejsze poradzenie sobie z stresem przed rysowaniem w przestrzeni publicznej. Dla wielu osób jest to naprawdę duży problem, zniechęcający do dokończenia a często nawet i zaczęcia szkicu. Będąc w grupie o wiele łatwiej się przełamać.

Jak rysować?

Powiedziałabym, że zupełnie dowolnie, jednak nie jest to do końca zgodne z założeniami Urban Sketchingu. Przede wszystkim, swobodnie. Bez linijki, bez posiłkowania się zdjęciem zrobionym telefonem, bez przywiązywania się do zbędnych detali (no, chyba że są one tematem rysunku) i przede wszystkim, bez stresowania się, że coś nie wygląda idealnie realistycznie.

Wiele osób niemających związku ze światem sztuki, wyraża największy podziw, kiedy coś zostanie odwzorowane jak najbardziej idealnie, realistycznie. Ucząc się rysować, te osoby widzą, że ich dzieło znacznie odbiega od tego, co zaplanowali. Nie idźcie tą drogą! Rysunek jest piękny i wspaniały, kiedy zawiera on osobisty charakter i wyróżnia się swoją niedoskonałością. W świecie, gdzie fotografia dostępna jest dla każdego, nie potrzebujemy już fotorealizmu. Bawcie się kolorami, podkreślajcie najważniejsze i najciekawsze elementy, budujcie nastrój na ilustracji. Realizm zostawcie pracom, dla których jest on kluczowy (portretom na zamówienie, studiom martwych natur itp.). W Urban Sketchingu pozwólcie sobie natomiast poszaleć, bawcie się, twórzcie, a nie tylko odtwarzajcie!

Oczywiście nie jest to łatwe. Sama dopiero się uczę. Wciąż mam problemy z czasem rysowania (podziwiam wszystkich, którzy potrafią powiedzieć sobie dość po dwóch czy pięciu minutach i zacząć kolejny szkic) i z ludźmi. Moje problemy z ludźmi to przede wszystkim nieumiejętność oddania ich sylwetek w sposób jednocześnie minimalistyczny (oszczędność czasu) i konkretny (kształty sugerujące konkretne typy ubrań czy układ sylwetki, a nie patyczaki czy anonimowe cienie). Mam nadzieję jednak, że to przyjdzie z czasem. Obserwuję prace innych twórców i próbuję zrozumieć, jak oni to robią, jednocześnie zachowując swój własny styl rysowania.

A może ktoś z moich czytelników uprawia Urban Sketching od dłuższego czasu i podzieli się swoimi doświadczeniami? Zapraszam wszystkich do komentowania wpisu, a także dzielenia się swoimi pracami! Warto też dołączyć do Grupy Szkicownikliwej, która powstała już dłuższy czas temu w celu wspierania się i motywowania do jak najczęstszego sięgania po ołówek czy długopis.

Więcej

Kalendarz stworzony własnoręcznie

W przedostatnim wpisie zapowiadałam, że w 2019 roku zamierzam stworzyć swój własny kalendarz. Nie rozwinęłam jednak dokładniej tej myśli, więc część czytelników tego bloga mogłaby pomyśleć, że zamierzam kalendarz zaprojektować i oddać do druku. Nic z tych rzeczy! Ponieważ zależy mi na papierze, jakości i wyjątkowości, kalendarz wykonałam zupełnie własnoręcznie, wykorzystując tradycyjne metody i kilka autorskich tricków. Było to niezwykle pasjonujące zajęcie, które pozwoliło mi nadrobić zaległości w świecie materiałów papierniczych oraz nauczyć się czegoś nowego. Jak wyszło? Zapraszam do przeczytania tego wpisu.

Więcej

Bullet Journal po mojemu – czyli jak prowadzić „notes do wszystkiego”

bullet journal po mojemu

Jest jeden bardzo konkretny powód dla którego raczej nie zobaczysz mnie na mieście z małą torebeczką. Choć telefon upycham do kieszeni a mój portfel nie zajmuje zbyt wiele miejsca, pewien trochę większy przedmiot muszę mieć zawsze przy sobie. Jest to mój notes, który z założenia miał funkcjonować jako Bullet Journal, jednak szybko mój sposób jego prowadzenia odbiegł od prawie wszystkich standardów tego systemu (choć tak właściwie od początku nie był z nimi do końca zgodny). Główna idea BuJo wyjaśniona jest na stronie z powyższego odnośnika i w skrócie opiera się na organizacji zadań w formacie list i przenoszenia podpunktów pomiędzy poszczególnymi datami. Choć obecnie fanów prowadzenia BuJo jest coraz więcej, wydaje mi się że coraz mniejszy procent robi to zgodnie z ideą twórcy tej nazwy. Nazwa Bullet Journal przyjęła się więc jako określenie wszelkiej maści notesów prowadzonych regularnie w formie kalendarzy, list zadań i plannerów – po prostu dobrze brzmi i każdy wtajemniczony wie, o co chodzi.

Więcej

Grupa SZKICOWNIKliwa

grupa-szkicownikliwa

Pomysł na utworzenie grupy dotyczącej rysowania siedział w mojej głowie od jakiegoś czasu. Długo zastanawiałam się nad jej formą oraz głównymi założeniami. Chciałam, aby była powiązana z blogiem, ale luźno, tak aby samodzielnie stanowiła odrębną całość. W końcu postanowiłam przejść do konkretów – wymyśliłam nazwę, stworzyłam logo i wreszcie samą grupę. Plan działania tej niewielkiej społeczności, jaki ustaliłam, jest na razie próbą i może się zmienić, jeśli się nie sprawdzi, lub powstanie lepszy.

Przede wszystkim, chciałabym zmotywować do rysowania nie tylko siebie, ale i wszystkich, którzy chcieliby wziąć udział w tym małym eksperymencie. Z tego powodu każdy, kto dołączy do grupy, będzie mógł umieszczać w niej swoje prace, prosić o ocenę lub porady resztę członków. Osoby bardziej zaawansowane będą miały pole do promocji swoich prac oraz zewnętrznych galerii. Myślę o jakimś comiesięcznym podsumowaniu, ale jeszcze nie wiem, jaką formę powinno ono przyjąć.

Przede wszystkim, grupa nastawiona będzie na edukację, więc linki z tutorialami, a także artykuły związane ze sztukami plastycznymi i tworzeniem staną się częstym gościem facebookowych postów. W planach mam kilka tekstów dotyczących tego tematu a w grupie każdy będzie mógł dodać swoje trzy grosze. Liczę też, że do grupy dołączą również inni rysujący blogerzy i także będą chcieli podzielić się swoimi doświadczeniami opisanymi w tematycznych postach. Grupa skupiająca osoby lubiące rysować może rozwinąć się w przyszłości na wiele sposobów. Oczami wyobraźni widzę umawianie się na plenery rysunkowe albo tworzenie grupowych wyzwań czy wzajemnych portretów.

Kilka lat temu fajnym motywatorem do rysowania był serwis deviantART. W komentarzach odbywało się wiele ciekawych dyskusji, nawet najgorsze wrzucone prace spotykały się z jakąkolwiek reakcją. Być może teraz jest to strona zbyt duża i kolejne publikowane twory giną w tłumie podobnych i lepszych. Jest to też bardziej miejsce wstawiania ukończonych dzieł, a nie pracowania nad warsztatem, szkicując coś na szybko. Brakuje mi tam tego kontaktu z innymi – a o niego o wiele łatwiej na Facebooku.

Stąd pomysł na grupę. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Szkicownik na 2017 rok

Dla mnie najważniejszym elementem tego wyzwania będzie szkicownik. Solidny, w twardej oprawie, z kartkami o dużej gramaturze i lekko szorstkiej powierzchni, zbierającej dobrze grafit ołówka, ale nie ścierającej końcówki cienkopisu. W rysunku papier jest chyba najważniejszy. O ile ołówek czy długopis można kupić naprawdę najtańszy i nie wpłynie to znacznie na efekt pracy, zły papier może całkowicie zepsuć rysunek. Poza tym, porządny szkicownik zachęca do tworzenia.

W dzieciństwie lubiłam rysować na luźnych kartkach, dzięki czemu podczas pracy nie miałam kontaktu z poprzednimi dziełami. To jest dobre rozwiązanie do rysowania w domu przy biurku. Wtedy można sobie zrobić teczkę czy segregator z pracami i tam je składować. Ja tymczasem spędzam większość doby poza domem. Szkicownik mogę wrzucić do plecaka lub torby, a luźne kartki mogłyby się pomiąć, pogubić pomiędzy notatkami z wykładów w których i tak mam zawsze bałagan.

Nie będę „dbać” o swój szkicownik

Uwielbiam papier i ładne notesy. Czasami to uczucie przeradzało się w chorobliwą staranność – podpisywanie rysunków za każdym razem w ten sam sposób, rysowanie tylko po jednej stronie kartki. W przypadku mojego poprzedniego szkicownika założyłam sobie, że będę w nim rysować tylko ołówkiem. Takie trzymanie się jakiejś zasady jest fajne w obrębie jednego ćwiczenia, ale nie sprawdza się przy zastosowaniu do całego szkicownika. Wiele razy chciałam coś narysować długopisem czy mazakiem, ale przerzuciłam się na ołówek, aby nie „zepsuć” szkicownika. Chciałam, aby ten zeszyt można było później oglądać jak album, opowiadający o jednej technice, ze spójną typografią. Jak twory znanych artystów. Zachowanie jednego stylu całego szkicownika powinno natomiast przyjść naturalnie, kiedy ma się już na tyle wyrobiony warsztat, że znalazło się tą jedną, swoją, technikę.

Motywowanie do rysowania

Nie wiem, czy inni też tak mają, ale zauważyłam u siebie taką smutną prawidłowość, że jeśli tylko jakaś czynność stanie się dla mnie przyjemnością, od razu zaczyna brakować mi na nią czasu. Jest to bardzo niezdrowy skutek przepracowania, który na dłuższą metę psuje mi nastrój i rozdrażnia. Jedną z porzuconych z braku czasu czynności było dla mnie właśnie rysowanie. Po skończeniu liceum plastycznego rysowałam porównywalnie niewiele. Coraz mniej. Na studiach miałam trochę zajęć z rysunku, starałam się też w miarę możliwości uczestniczyć w okolicznych wydarzeniach związanych ze sztuką. Ale żeby narysować coś dla siebie – na to już na ogół czasu nie wystarczyło. Postanowiłam to zmienić. Niech to będzie postanowienie noworoczne. Jedno, ale konkretne. Rysować co najmniej raz w tygodniu.

Jeśli przekonałam Cię do dołączenia do rysującej grupy, oto do niej link:

https://www.facebook.com/groups/1184954214968993/

Więcej

Projektowanie bez wykluczania #1

Projektując, architekt często próbuje w wyobraźni wejść w skórę odbiorcy swojego dzieła. Myśli wtedy: jak ja bym się czuł, odwiedzając to miejsce w takim a nie innym celu? Jakie emocje by mi towarzyszyły, gdybym stanął przed tym budynkiem, nie wiedząc jeszcze, co znajduje się w środku. W jaki sposób poruszałbym się po nim, gdzie szukałbym przestrzeni będących celem mojej wizyty? Czy żaden element obiektu nie budziłby we mnie niechęci, nie powodował rezygnacji z korzystania?

Jak rzadko natomiast w myślach architekta pojawia się pytanie: czy budynek byłby dla mnie wygodny, gdybym poruszał się na wózku inwalidzkim?

projektowanie bez wykluczania

Wbrew pozorom, łatwo zaprojektować coś, co spodoba się większości. Nawet mając ograniczony budżet, wystarczy pokierować się typowymi dla funkcji formami. Wtedy mało kto odważy się powiedzieć, że coś jest nie tak z tym budynkiem. O wiele trudniej jest pamiętać o tych nielicznych, którzy potrzebują innego rodzaju udogodnień. Niestety przykładów takiego zaniedbania jest w Polsce aż żenująco zbyt wiele. Myślę, że większość osób ich nie dostrzega – tak samo jak nieczytający nie wie, gdzie jest pobliska biblioteka, a dziecko ile kosztuje chleb. Dlatego postanowiłam porozmawiać o tym z osobą, której ten problem bezpośrednio dotyczy.

Ola ma 21 lat i studiuje pedagogikę elementarną z terapią pedagogiczną. Z powodu ciężkiej choroby, od urodzenia porusza się na wózku. Wśród jej zainteresowań są literatura, rysowanie, zwierzęta, ale także i fotografia. To właśnie jej zdjęcia wzbogacają ten wpis i doskonale ilustrują omawiany problem – tak jak powinno się na niego spojrzeć, czyli z jej perspektywy.

Postanowiłyśmy wspólnymi siłami ocenić, jak w Polsce wygląda sytuacja projektowania miejsc dostępnych dla osób poruszających się na wózkach. Udało nam się znaleźć wiele przykładów źle zaprojektowanych wejść do budynków. Trudno zliczyć, do ilu sklepów czy instytucji osoba niepełnosprawna nie ma szansy dostać się w ogóle. Innym ciekawym zjawiskiem były przestrzenie, gdzie widać, że ktoś już nawet pomyślał o ich dostępności, ale nie zastanowił się konkretniej nad jej realizacją. Zbyt strome pochylnie, ciasne, bez poręczy, kończące się bez spocznika prosto na drzwiach. Równie dobrze można było umieścić w tym miejscu schody – w obu przypadkach taki budynek nie jest dostępny dla osoby poruszającej się na wózku.

Drugim tematem są miejsca publiczne – parki, place, drogi. Tutaj sytuacja jest z roku na rok wyraźnie coraz lepsza. Do starych wiaduktów dobudowane są windy, w tunelach pojawiają się pochylnie z poręczami. Wciąż jest jednak mnóstwo miejsc, które nie doczekały podobnych zmian. Olu, czy masz podobne wrażenie, że jest lepiej niż było parę, paręnaście lat temu?

Ola: I tak i nie. Rzeczywiście coraz więcej budynków, nawet tych starych jest wyposażanych w podjazdy, windy i tym podobny sprzęt. Ludzie powoli zaczynają rozumieć że to podstawowe wyposażenie budynku a nie czyjeś wygórowane potrzeby. Jednak czasami spotykam się z takimi rozwiązaniami w budynkach że nie wiem czy śmiać się czy płakać. Niektórzy sądzą np. że podniesienie osoby niepełnosprawnej z wózkiem i przeniesienie przez parę stopni to normalna rzecz. A tymczasem jest to dość niebezpieczne i niekomfortowe dla tej osoby.

podjazd2

Podjazd do cukerni „Sowa” w Wągrowcu / zdjęcie: Ola

Patrząc na powyższe zdjęcia podjazdu można pomyśleć, że wszystko z nim w porządku. Nachylenie jest niewielkie, a krawędź, dla lepszego rozpoznania przy gorszym świetle, zaznaczono białą farbą. Nic bardziej mylnego – pomimo tych kilku dobrych cech, pochylnia ma więcej wad niż zalet.
Ola: Podjazd jest za wąski, mój wózek (który i tak jest bardzo wąski, bo robiony na wymiar) nie mieści się na nim. Dodatkowo brak barierek. Od tej strony gdzie jest mur nie ma szans, żeby wsadzić rękę do koła.

Porozmawiajmy o miejscach niedostępnych, nieprzyjaznych dla osoby poruszającej się na wózku. Z jakimi problemami spotykasz się najczęściej? Czy bardzo często one występują?
Ola: Z roku na rok jest coraz lepiej, jednak nie jest idealnie. W miejscach gdzie zwykle się poruszam niestety wiele miejsc nie jest dla mnie przystosowanych. Najczęściej brakuje podjazdów lub są one źle wykonane, między regałami w sklepach jest za mało miejsca, krawężniki są za wysokie. Często niestety zdrowi ludzie nie mogą zrozumieć tego, że nawet drobne rzeczy mogą mi przeszkadzać w poruszaniu się. Dopiero po zwróceniu uwagi otwierają im się oczy i widzą co robią źle.

Jaka jest najbardziej absurdalna sytuacja, z jaką się spotkałaś, jeśli chodzi o dostępność budynków dla osób niepełnosprawnych?
Ola: Kiedyś trafiłam do łazienki, która okazała się być składzikiem na mopy i drabiny, ale kelnerka twierdziła, że można jej używać i wszystko jest ok. Następną sytuacją może być ta, kiedy parę lat temu, w styczniu, udałam się do ZUS-u i podjazd nie został odśnieżony, a schody już tak. Dodam tylko, że zalegał śnieg na nim z kilku dni. Kilka tygodni temu jedna z cukierni w moim rodzinnym mieście zrobiła remont, podczas którego podjazd został zlikwidowany, a na jego miejscu zrobiono taras. Nowy podjazd nie nadaje się do użytkowania, ponieważ jest za wąski.

Niestety – nawet jeśli coś jest zaprojektowane poprawnie, to często po oddaniu budynku do użytku, inwestor przestaje się przejmować dostępnością. Ale porozmawiajmy też o złych projektach. Ja osobiście na co dzień mam do czynienia z jedną dziwną sytuacją – w znanym mi budynku umieszczona jest toaleta przystosowana do używania przez osoby niepełnosprawne… ale znajduje się na piętrze, do którego prowadzą wyłącznie schody – trzy pełne biegi. Odnoszę wrażenie, że komuś zależało na tym, aby toaleta nie musiała posiadać przedsionka, a ten obowiązek nie dotyczy właśnie tych przystosowanych. Innym przykładem jest podjazd przedstawiony na poniższym zdjęciu. Nie mam pojęcia, dla kogo został on zaprojektowany, ale nie sądzę, aby do sklepu często wjeżdżali rowerzyści. Myślę, że nawet matce z wózkiem byłoby trudno wtaszczyć wózek po takiej pochylni do połowy drzwi (jak by je wtedy otworzyła?). Co ma więc powiedzieć osoba niepełnosprawna? Ja osobiście nie wiem, czy traktować to jako brak wiedzy, konieczność spełnienia jednego z przepisów na siłę, czy jakiś wyjątkowo nieśmieszny dowcip.

podjazd

Zbyt duże nachylenie, za mała szerokość podjazdu, brak poręczy, za którą można się złapać – często te cechy występują jednocześnie. Czy to wszystkie cechy złego podjazdu, czy o czymś zapomniałam?
Ola: Kolejną, złą cechą podjazdu jest nawierzchnia wykonaną ze złego materiału np. bardzo śliskie płytki. Nierzadko też podjazd jest za krótki i za stromy jednocześnie.

A to tylko część wejściowa! Czy często zdarza Ci się trafiać na budynki, których układ pomieszczeń i komunikacji został zaprojektowany tak, aby nie dało się komfortowo z nich korzystać?
Ola: Zależy to od tego gdzie akurat udaję się, gdzie przebywam. Sądzę, że w dużych miastach, np. w Poznaniu, jest więcej miejsc przystosowanych do osób niepełnosprawnych. W małych miejscowościach częściej natrafiam na liczne utrudnienia. Zdawało by się, że to nowe budynki są bardziej przystosowane, ale jednak często spotykam się z tym, że w starych budynkach są zakładane windy czy budowane podjazdy.

Zbyt ciasne korytarze, brak pola manewrowego do zakręcania lub winda umieszczona na przeciwnym końcu budynku co drzwi – aby to zobaczyć w myślach, trzeba niestety mieć lepszą pamięć niż wyobraźnię.

kuzynka

Poznań / zdjęcie: kuzynka Oli, Marta
Nazwać to karykaturą to niedopowiedzenie.

Żyjemy w XXI wieku, chyba najwyższa pora zacząć zachowywać się po ludzku i przestać wykluczać tych, którzy mają trochę inne potrzeby. Swój apel kierują głównie do inwestorów, często skąpiących każdy grosz – ale i do architektów, którzy powinni przede wszystkim starać się o dobre imię swoich dzieł. A takiego na pewno nie otrzyma obiekt utrudniający życie swoim użytkownikom. Do czytelnika mojego bloga mam natomiast prośbę – rozejrzyj się i oceń, czy Twoje ulubione miejsca są przyjazne dla osób poruszających się na wózku. Nie musisz nic robić, po prostu o tym pomyśl. Niech ta sprawa stanie się chociaż przez chwilę ważna.

Na zakończenie tego wpisu, kilka pozytywnych przykładów:

podjazd3

Szeroki podjazd, posiadający niezbędną barierkę / zdjęcie: Ola

projektowanie bez wykluczania
projektowanie bez wykluczania

Zjazd nad jeziorio Durowskie, również Wągrowiec. Pomimo zieleni wychodzącej na chodnik i pojawiających się gdzieniegdzie wystających kostek, bardzo wygodny dla osoby poruszającej się na wózku. / zdjęcia: Ola

Wpis powstał jako pierwsza część serii “Projektowanie bez wykluczania”. W niedalekiej przyszłości pojawią się kolejne tematy. Obecnie opracowuję warunki techniczne dotyczące projektowania z dostępnością dla osób niepełnosprawnych. Oczekujcie niemałej infografiki na ten temat. Później, wraz z Olą porozmawiamy o tym, jak przystosować mieszkanie lub pokój hotelowy dla osoby niepełnosprawnej. Jeśli projekt bardziej się rozrośnie, a mi uda się znaleźć więcej osób chętnych do pomocy, pojawią się także wpisy opowiadające o architekturze w kontekście innych niepełnosprawności niż ruchowa. Uważam ten cykl za jeden z ważniejszych, a z pewnością najbardziej wartościowych w historii tego bloga.

Zapraszam Was też do śledzenia Oli na Twitterze i Instagramie.

projektowanie bez wykluczania

Zdjęcie wykorzystane także w nagłówku wpisu, autorstwa Oli

Więcej

Warsztaty sztalugowe dla dorosłych, każdy może zostać artystą

każdy może zostać artystą

Wiele osób twierdzi, że artystą może zostać tylko ktoś, kto dostał magiczny dar od siły wyższej albo genetycznie uzyskał talent po swoich przodkach. Są też tacy, którzy uważają, że kreatywności i tworzenia da się nauczyć, ale tylko zaczynając w odpowiednio młodym wieku. Moje zdanie w tym temacie jest absolutnie odmienne. Twierdzę, że każdy może stworzyć coś pięknego, nauczyć się wyrażać swoje emocje poprzez sztukę, niezależnie od wieku. Każdy może zostać artystą, jeśli tylko tego chce i uda mu się znaleźć w sobie iskrę wrażliwości twórczej. Wtedy włożona praca i poświęcony czas mogą zdziałać cuda.

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o bardzo inspirującym wydarzeniu, w którym uczestniczyłam. Pod koniec lipca, w Laboratorium Innowacji Społecznych w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym odbyły się tygodniowe warsztaty sztalugowe dla dorosłych. Choć darmowe bilety rozeszły się w pierwszych minutach od ogłoszenia wydarzenia, mi na szczęście udało się dostać na te zajęcia. Cieszę się, że rysunek i malarstwo są wciąż chętnie praktykowane przez osoby, które podstawówkę mają już dawno za sobą.

Warsztaty odbywały się przez pięć dni od godziny 17 do 20. Część osób, w tym ja, przybywało na nie prosto z pracy. Było więc to niemałe wyzwanie, ale udało się je zakończyć sukcesem.

Na miejscu poznałam grupę piętnastu osób pełnych motywacji do działania i chętnych do nauczenia się czegoś nowego. Duża większość z nich nie miała w swoim życiu zbyt wiele przygód z malarstwem, choć tylko część nie zajmuje się tworzeniem w ogóle. Zajęcia poprowadziła Joanna Cupiał, prawdziwie artystyczna dusza, mająca dwie pracownie (w Gdańsku i Gdyni) i ucząca sztuki zarówno grupy dzieci jak i dorosłych. Tydzień pracy zaowocował wernisażem, na który przyszło zaskakująco dużo osób.

Pierwszy dzień

każdy może zostać artystą

Zanim ustawiliśmy się przy sztalugach, trzeba było zacząć od czegoś mniejszego na rozgrzewkę. Pierwszym naszym zadaniem było stworzenie trzech szkiców przedstawiających ludzi na tle architektury – czyli kontrast nieorganiczne-organiczne. 45 minut na trzykrotne wynalezienie odpowiedniego miejsca wokół PPNT i odwzorowanie go ołówkiem na kartce papieru. To zadanie uznałam za trudne, bo budynki Parku okazały się jeszcze bardziej monumentalne w kontraście do ludzi, niż wydają się kiedy nie trzeba ich narysować. Wykadrowanie czegoś zza ulicy tez było dość trudne. Ostatecznie zrobiłam półtora szkicu i bazgroł. Ten ostatni „mi się zgubił”.

Drugim wprowadzającym ćwiczeniem były szybkie portrety. Naprawdę szybkie, bo na każdy z nich mieliśmy dwie minuty, liczone z zegarkiem. Świetne zadanie, polegające na wyszukaniu w twarzy drugiej osoby elementów charakterystycznych i szybkie ich odwzorowanie na kartce – bo na dopracowanie szczegółów nie ma czasu. Potem odgadywaliśmy przedstawione na kartkach osoby, co o dziwo nie było aż takie trudne i w większości przypadków udawało się za pierwszym strzałem.

każdy może zostać artystą
każdy może zostać artystą

Drugi i trzeci dzień

Główna część warsztatów – malowanie farbami. Martwa natura składająca się z niewielkiej liczby przedmiotów na tkaninie. To zupełnie co innego niż bałagan jaki malowałam na uczelni czy w liceum. O wiele trudniej znaleźć odpowiednią kompozycję z małą liczbą przedmiotów, niż wykadrować fragment czegoś co wyglądałoby ciekawie nawet na zdjęciu. Domyślam się jednak, że mój problem był jednym z mniejszych jakie pojawiały się tego wtorkowego wieczora.

Na szczęście prowadząca warsztaty bardzo konkretnie tłumaczyła jak malować. Zaowocowało to tym, że praktycznie ani jedna praca nie była zła, wszystkie miały w sobie coś ciekawego i wartościowego. Myślę, że brakowało mi takiego podejścia na początku liceum. Wtedy nauczyciel tylko powiedział, że „mamy zrobić mięso”, a klasa długo próbowała się domyślić, o co mogło chodzić. Joanna natomiast wytłumaczyła i dokładnie przedstawiła, w jaki sposób mierzyć proporcje obiektów, jakich farb używać (dwie czerwone, dwie niebieskie, dwie żółte i biała), jaki efekt można osiągnąć konkretnymi narzędziami i jak myśleć o przedstawianym przedmiocie, aby uchwycić jego naturę.

Czwarty dzień

każdy może zostać artystą

      

każdy może zostać artystą

Po lewej moja abstrakcja, po prawej portret autorstwa Ewy Antoniny Kielar, na którym wyglądam absolutnie jak ja

Węgiel. Bardzo trudna technika, z którą nie miałam zbyt wielu przygód. Szczerze mówiąc, unikałam jej jak ognia, głównie ze względu na brudzenie wszystkiego wokół i trudność naprawienia ewentualnych błędów. Jako temat dostaliśmy portret – portret osoby siedzącej naprzeciwko lub obok, przy podłużnym stole. Jednoczesne rysowanie i pozowanie było trudnym zadaniem, a technika węgla niczego nie ułatwiała. Ostatecznie nie jestem zadowolona z mojej pracy, wszystko wyszło krzywo, ołówkiem byłoby lepiej. Ale cieszę się, że warsztaty wymusiły we mnie odepchnięcie na chwilę niechęci do tej techniki.

Później rozpoczęliśmy kolejną pracę, która była jeszcze kontynuowana ostatniego dnia warsztatów. Abstrakcja, czyli obraz nieprzedstawiający czegoś konkretnego. Finalna praca powstała z połączenia dwóch zamalowanych w całości kartek papieru. Szczegółów nie zdradzę, ale być może ktoś zgadnie, jaka historia kryje się za tym zbiorem warsztatowych dzieł.

Wernisaż

Wernisaż, czyli nie tylko darmowe ciastka (ale też!). Przyszło wyjątkowo dużo osób, nawet pomimo że w wydarzeniu utworzonym przez LIS na Facebooku nie zaznaczyło się zbyt wielu chętnych. Dość duża przestrzeń pozwoliła wyeksponować wszystkie prace, poza szybkimi szkicami – z tych zawisło jedynie parę wybranych. Świetnym i szybkim sposobem zaprezentowania tak wielu dzieł na papierze okazały się linki i spinacze do bielizny. Kolejny pomysł Asi, który z powodzeniem można zaadaptować do domowych celów, na przykład stworzenia wystawki zdjęć z wakacji. Tutaj wisiały węglowe portrety i abstrakcje.

każdy może zostać artystą

To, co powinnam zaznaczyć już na początku wpisu to fakt, że przez ten tydzień wszyscy świetnie się bawili. Prowadząca sama przyznała, że inaczej uczy się grupę dorosłych niż dzieci. Mi taki podział zdecydowanie pasuje. Zupełnie inną motywację mają osoby, które w codziennym biegu organizują sobie te parę wieczorów i postanawiają wytrwać do końca, a inaczej dzieci, którym się nudzi i które przywykły do tego, że ktoś organizuje im czas. To, co jeszcze połączyło uczestników, to chęć tworzenia – czyli zaprezentowania czegoś swojego, stworzonego własnymi rękami. I bez różnicy, czy ktoś przygotowywał się do tego przez całe życie, czy po raz pierwszy widział na oczy pędzel. Sztuka to nie rzemiosło, sztuka to zabawa, poszukiwanie i łączenie.

Więcej

Logo bloga – czyli czy moja strona też powinna mieć swoją twarz

Do tego, że blogi powoli stają się markami, a czasami nawet produktami, zdążyłam już się przyzwyczaić. Podpisywanie się imieniem i nazwiskiem pod swoim tekstem – coś co jeszcze parę lat temu uznane byłoby za nieodpowiedzialny ekshibicjonizm – stało się już normą. Do tego dochodzą strony, które przy otwarciu witają w nagłówku portretem blogera a czasem nawet jego pełnym nazwiskiem, występującym nawet i w adresie bloga. O tym, jaka nazwa jest odpowiednia do zatytułowania tego swojego kawałka Sieci powstało już mnóstwo poradników, tematów na forach czy wypowiedzi na fejsbukowych grupach. Teraz przyszedł czas na omówienie drugiej rzeczy identyfikującej danego bloga i ułatwiającej jego zapamiętanie odwiedzającym. Dzisiaj napiszę o logu bloga.

Czym jest logo bloga?

Spotkałam się nieraz z utożsamianiem tej nazwy z całym nagłówkiem strony – często dużym, prostokątnym obrazkiem, zawierającym nazwę, czasem także opis lub hasło i różnego rodzaju elementy graficzne. Logo rozumiane przeze mnie to natomiast znak, będący fragmentem nagłówka, ale występujący także jako symbol reprezentujący stronę w mediach społecznościowych i innych miejscach, gdzie informacja o blogu może się pojawić. Logo może składać się z obrazka (sygnet) lub tekstu (logotyp), albo może stanowić połączenie jednego i drugiego, w konkretnie zaprojektowanej konfiguracji.

Po co mojemu blogu logo?

Logo to znak reprezentujący stronę – jeśli jest charakterystyczny, to jego umieszczenie od razu wskazuje odbiorcy konkretnego bloga. Teraz w blogosferze popularne jest promowanie bardziej autora strony niż samą stronę – jednak nie można zapomnieć, że produkt bez marki zniknie a jego autor zostanie anty-anonimowym twórcą znanym z tego że jest znany. Promując równolegle bloga tworzy się rozpoznawalną nazwę w Internecie – co jest zdecydowanie warte poświęcenia części tego czasu, jaki przeznacza się na rozwijanie strony.

Dobrze zaprojektowany znak graficzny zapada w pamięć – czasem o wiele lepiej niż nazwa. Dzięki temu łatwo jest nadrobić słaby tytuł bez pomysłu. Ważne jest też to, że nazwę posiada każdy, bo w momencie jego zakładania trzeba nadać mu adres internetowy. Logo jest już mniej oczywiste, ponieważ wiele gotowych szablonów nawet nie przewiduje na nie miejsca. Z tego powodu wiele blogów nie posiada znaku graficznego – a co za tym idzie, decydując się na taki można zrobić ogromny krok w kierunku wybicia się z tłumu.

Logo to też przydatny element graficzny do wykorzystania wszędzie, gdzie chciałoby się wypromować bloga – jako awatar, podpis czy znak wodny na zdjęciu, miniaturka na liście blogów czy wreszcie na wizytówce blogera. Stworzenie prostego loga to bardzo mały wysiłek/koszt w stosunku do wartości, jaką może wnieść w rozwoju strony.

Logo bloga a logo czegokolwiek innego

Zanim zacznę opisywać, czym powinno się charakteryzować dobre logo, zaznaczę pewną różnicę pomiędzy znakiem graficznym strony internetowej a elementem identyfikacji wizualnej np. sklepu z ubraniami. Główną różnicą jest wykorzystanie takiej grafiki – o ile współczesne logo dla działalności gospodarczej powinno być uniwersalne w zastosowaniach poligraficznych i możliwe do wykorzystania w każdej potrzebnej formie, logo bloga może cechować się o wiele mniej restrykcyjnymi atrybutami. Bardzo rzadko się zdarza aby ktokolwiek grawerował znak graficzny bloga, drukował go na długopisach czy w formie neonu umieszczał nad oknem. Wersja czarno-biała loga też nie wydaje się mieć jakichkolwiek zastosowań poza pojedynczymi przypadkami kserokopii broszurek zawierających logo. Dzięki temu kilka wniosków nasuwa się automatycznie:

  • logo nie musi posiadać ograniczonej palety barw, może stosować gradienty i przeźroczystości
  • minimalizm przestaje być obowiązkiem – coś czego nie dałoby się wyciąć z blachy, w Internecie nie stanowi żadnej przeszkody – oczywiście pod warunkiem, że znak nie zmienia charakteru w dużo mniejszych wymiarach.

Tym, co natomiast łączy projektowanie loga dla strony internetowej i dla identyfikacji firm lub marek jest:

  • format wektorowy – aby grafikę można było dowolnie skalować bez utraty jakości
  • rozpoznawalność – czyli unikanie schematów, typowych rozwiązań czy fontów
  • umiar – nawet jeśli blog jest o wszystkim, to nie wszystko musi znaleźć się w logu
logo

Jak powinno więc wyglądać dobre logo bloga? Oto kilka najważniejszych kwestii:

Treść

Chyba najgorszą rzeczą jaką może zrobić ktoś szukający pomysłu na logo jest pooglądanie gotowych rozwiązań i „zainspirowanie się” pomysłem kogoś innego. W blogosferze wciąż i wciąż widzę powtarzające się schematy identyfikacji – tu jakieś ramki, tu podkreślenia, tu fonty stylizowane na ręcznie pisane. Jak się nie wie, jak powinno wyglądać logo, to najłatwiej jest wzorować się na innych – a to niestety prowadzi do powtarzalności i monotonii.

Zamiast tego proponuję wziąć do ręki długopis, położyć przed sobą kartkę i utworzyć mapę myśli odpowiadającą na pytania: z czym mój blog powinien być kojarzony, o czym chcę pisać, jaki charakter chcę nadać swojej stronie internetowej. Mapa myśli to luźne szukanie skojarzeń i powiązań pomiędzy poszczególnymi hasłami, tworzenie swojego rodzaju drzewka, z którego odchodzą coraz mniej związane z początkowym problemem słowa. Mapa myśli na potrzeby grafiki powinna być wzbogacona o rysunki, jak najwięcej rysunków – nawet niedokładnych i schematycznych. Pisząc „pies” narysuj obok sylwetkę zwierzaka, nawet jeśli twierdzisz że nie umiesz rysować. Grunt, aby widzieć kształt i wiedzieć, że chodzi o psa. W pewnym momencie obrazki zaczną się łączyć w pary, a te z kolei w kandydatów na potencjalne logo bloga.

Są też logotypy składające się z samego tekstu, ale to już trochę inny temat. W tym przypadku można pooglądać strony z fontami, ale najlepszą metodą jest stworzenie napisu od zera – zwłaszcza jeśli nazwa strony jest krótka. Pozwoli to uniknąć ślęczenia nad licencją kroju pisma i zastanawiania się, czy takie wykorzystanie jeszcze jest w porządku, czy już narusza jakieś prawa.

Forma

Jak już napisałam, minimalizm przestaje być koniecznością w przypadku projektowania loga służącego do użytku tylko w formie cyfrowej, czyli na przykład w nagłówku strony. Nie znaczy to jednak, że dobrą taktyką jest umieszczenie w znaku graficznym niezliczonych elementów, dekoracji i ornamentów. Kto by takie logo zapamiętał?! Logo musi być czytelne, rozpoznawalne i przede wszystkim zapamiętywalne. Aby sprawdzić, czy zaprojektowane logo takie właśnie jest, można na kilka sekund przedstawić je drugiej osobie i następnie zapytać, co zawierał zaprezentowany znak graficzny albo poprosić o narysowanie go. Jeśli w odpowiedzi usłyszy się „jakieś esy floresy” lub „totalną abstrakcję”, to z projektem jest coś nie tak.

Jeśli chodzi o kształt loga, to dobrze jest zaprojektować je w różnych konfiguracjach – sam sygnet (obrazek), sygnet z logotypem obok i sygnet z logotypem pod spodem. Jeśli logo jest długim napisem, to może przydałoby się wydobyć z niego np. jedną literkę, która stanowiłaby znak rozpoznawczy na mniejszych formatach? Logo może też występować z dodatkowym elementem typograficznym, taglinem, czyli hasłem, które nie musi być widoczne zawsze i wszędzie, ale na nagłówku strony jak najbardziej. Wtedy dobrze powinien wyglądać znak zarówno z taglinem jak i bez.

Rozmiar

Jest to coś o co najczęściej pytają osoby nie zajmujące się grafiką komputerową. Bloger powinien posiadać logo w wersji wektorowej, czyli najprościej mówiąc – zapisanej tak, aby w łatwy sposób można było je zarówno powiększyć jak i pomniejszyć, bez utraty jakości. Dobrze jest jeśli logo jest wciąż czytelne w pomniejszeniu do formatu favicony (16×16 pikseli – obrazek widoczny przy adresie strony internetowej w przeglądarce), oraz nie wygląda źle w dużym powiększeniu, na przykład do rozmiaru zajęcia całej przestrzeni ekranu.

Na blogu logo powinno zajmować znaczną część nagłówka i być widoczne na pierwszy rzut oka. Nie oznacza to jednak, że przy otwarciu strony ma być jednym elementem pojawiającym się na ekranie. Twarz strony jest ważna, ale nie zapomnijmy, że blog powinien mieć też ręce i nogi, a więc każdy odwiedzający powinien widzieć pod spodem treść, a w innym miejscu menu.

Kolorystyka

Niezależnie od tego, co powstało pierwsze – czy logo czy reszta szablonu strony, obie rzeczy muszą do siebie pasować. Decydując się na skorzystanie z gotowego szablonu najlepiej jest wybrać albo taki, który już posiada docelową paletę barw, albo łatwo ją dopasować do loga, albo charakteryzuje się uniwersalnym minimalizmem, czyli czarny tekst na białym tle, co da się uzupełnić każdym logiem o pasującym charakterze (czyli raczej nie ciężkie i grube logo wiszące nad delikatną, lekką treścią).

Czerń i biel to nie-kolory nieśmiertelne, które tak na dobre nigdy się nie znudzą, ale wykorzystywanie ich jako kolorystyki bloga nie zawsze jest dobrą decyzją. Rezygnacja z zapamiętywalnego koloru może odbić się na działaniu loga. Z tego powodu warto wybrać sobie dominującą barwę, która wystąpi także w elementach szablonu (na przykład w tytule wpisów czy stopce). Dodatkiem może być drugi, uzupełniający kolor, nawet kontrastujący z pierwszym wybranym. Przy szukaniu odpowiedniej kolorystyki można użyć aplikacji typu Kuler lub ręcznie wymieszać sobie barwę na palecie dowolnego programu graficznego. Osobiście preferuję wykorzystywać te metody niż stosować gotowe kolory z różnorakich list. Szukając barwy samodzielnie mam o wiele większą pewność, że identyczna nie wystąpi na innym blogu.

Podsumowanie

Zaprojektowanie jakiegokolwiek loga to dobra metoda aby wyróżnić bloga w trochę inny sposób, jednak tylko solidny projekt może przynieść pożądany efekt. To co wypisałam powyżej to tylko podstawowe informacje, jakie powinna mieć osoba zabierająca się za projektowanie znaku graficznego. Jeśli już teraz wydaje Ci się to zbyt dużą i problematyczną liczbą informacji, warto rozważyć zamówienie loga u projektanta zajmującego się tym na co dzień. O ile wykupienie domeny, hostingu i szablonu jest dla blogerów oczywistością, z zadbaniem o identyfikację wizualną powinno być podobnie.

Przykłady dobrego loga w polskiej blogosferze

logo

Lupus Libri
Piękny blog o pięknych książkach i komiksach powinien mieć piękne logo. Powyższy znak został tak zaprojektowany, aby przedstawiać jednocześnie książkę oraz głowę wilka (lupus). Forma jest minimalistyczna, korzystająca z jednej grubości linii, a mimo to logo jest rozpoznawalne i charakterystyczne.

logo
logo

malinki
Malinki były początkowo serią wpisów na blogu Kłosińskiego, jednak w pewnym momencie zyskały własną stronę i stały się moim ulubionym zbiorem inspirujących linków w Internecie. Znak bazuje tylko na typografii, a tym co wskazuje na tematykę strony jest podkreślenie jednoznacznie kojarzące się z odnośnikiem. Logo posiada drugą wersję na potrzeby mniejszych wymiarów, w tym zdjęcia profilowego na Facebooku. Tutaj istotna jest także kolorystyka – dość nietypowe, kontrastowe zestawienie granatu i pomarańczy.

logo

BLOKBLOG
Przykład, że za pomocą czerni i bieli da się stworzyć ciekawe logo. Sygnet to z jednej strony blok, a z drugiej litera B. Jeśli chodzi o formę, to jej główną cechą, w przeciwieństwie do poprzednich przykładów, jest rozróżnienie grubości liter, powtórzone później także w nazwie bloga.

logo

Yzoja
Proste logo składające się jedynie z pierwszej litery nazwy. Początkowo może się wydawać, że nic nie mówi o danym blogu i nie przedstawia jego treści, jednak jeśli napiszę, że tematem bloga Yzoji oprócz książek i filmów są artykuły papiernicze oraz sztuka pięknego pisania, to nagle ten przesunięty kolor czerwony zaczyna nabierać znaczenia.

logo

Troyann
To jest po prostu przykład dobrego loga – takiego, które łatwo zapamiętać lub narysować. W tym przypadku warto przyjrzeć się, jak starannie został dobrany font do sygnetu – jest czytelny i choć nie dominuje w logu, nie odchodzi gdzieś na dalszy plan.

logo

Qrkoko
Logo kojarzące się od razu z rękodziełem, czyli tematyką bloga Qrkoko. Przedstawia zmodyfikowaną literę Q – a tak naprawdę koło oraz kształt misia przedstawiony w przestrzeni negatywnej znaku, czyli wycięciu z tego koła. Misia z krawacikiem.

logo

Zwierz Popkulturalny
Przykład loga, które niczego nie udaje – mamy logotyp, mamy Zwierza, całość przedstawiona jest w bardzo sympatycznej formie i kolorystyce. Zastosowanie „dymka” nawiązuje do popkultury, ale wskazuje też, że autorka ma coś do powiedzenia. Kolory użyte w logu powtarzają się w szablonie strony i dzięki temu blog wygląda naprawdę estetycznie.

logo

Bobrownia
Przykład, kiedy bloger miał pomysł i własnymi siłami go zrealizował. Głównym tematem strony są gry, a więc mamy pada – tutaj umieszczonego wewnątrz bobrzego ogona. Brak kolorów dodaje uniwersalności.

logo

Za biedni na sushi
Przykład bazujący na kolorystyce – wyborze nietypowej barwy różu w zestawieniu z uniwersalną czernią i bielą. Forma jest o wiele mniej istotna, choć jednoznacznie przedstawia japońską potrawę, nawiązując do nazwy.

logo

Zapętlone
Śmiałe zestawienie eleganckiego sygnetu z ręcznie napisanym logotypem tez czasem może się sprawdzić – zwłaszcza kiedy obie rzeczy często występują oddzielnie. Dzięki zachowaniu wspólnego koloru dla obu elementów, logo Zapętlone jest bardzo spójne.

To było 10 przykładów, które jako pierwsze przyszły mi na myśl w temacie dobrego loga w blogosferze. Prawdopodobnie pominęłam bardzo wiele ciekawych znaków graficznych. Jakie są Wasze ulubione loga blogów? A może chcecie pochwalić się własnym projektem, który Waszym zdaniem jest ciekawy i dobrze wykonany? Zapraszam do podzielenia się w komentarzu.

Więcej

JWB: Wschód

W ciągu ostatnich lat całkowicie zmieniło się moje podejście do sztuki. Po tym, jak zakończyłam naukę w liceum plastycznym i obrałam drogę idącą bardziej w stronę techniki (bo studia architektoniczne to przecież i budownictwo, i konstrukcje, i mechanika – nawet jeśli każda dziedzina w podstawowym zakresie), umniejszyło się we mnie poczucie pewnej sakralności dzieła plastycznego i zatarła granica, za którą pewne prace zaczyna się nazywać kiczem. Być może z punktu widzenia kogoś z ASP moja postawa wygląda jak swego rodzaju bunt albo ujście rozczarowania – ja jednak czuję, że wypracowanie sobie niezależnego zdania w temacie sztuki to osiągnięcie niezwykle cenne i w pewnym sensie dorosłe.

Z tamtych czasów pamiętam te niepojedyncze przypadki, gdy ktoś przynosił na malarstwo jakiś wymalowany w pocie czoła po nocach wschód słońca i jak wyglądała zmiana na jego twarzy po usłyszeniu oceny profesora. Nigdy nie zapomnę, jak na „temat dowolny” znajomy z klasy wyrysował przepiękny pejzaż nocny z jakimś domkiem na urwisku i kiedy świat na chwilę wstrzymał oddech, gdy nauczyciel od malarstwa brudną szmatą rozmazywał węgiel na tej kartce, „bo za mało mięsa”. Nie zliczę też, ile razy jako szczyt największej porażki życiowej przywoływane było rozstawienie swoich obrazów na Bramie Floriańskiej w Krakowie. Ja naprawdę kiedyś chciałam kontynuować ten wyścig zgodności z wymogami, wydawałoby się jeszcze mniej logicznymi niż te z Dziennika Ustaw?

Wydaje mi się, że potrzebowałam czasu, pozwalającego spojrzeć na rozwój sztuki z trochę dalszej perspektywy. Dwa lata studiów na architekturze – gdzie przedmioty plastyczne oczywiście występują, ale jako uzupełnienie, w celu rozwoju wyobraźni i wyczucia estetyki – pozwoliły mi doskonale zrozumieć, że zdecydowanie nie mogłabym zasilić tej jednomyślnej masy, po prostu do niej nie pasując.

Bo czym jest dla mnie sztuka, jaka jest jej funkcja w obecnym świecie? Zabrzmię mało romantycznie, ale obecnie jej główne cele mogę podzielić na trzy grupy:

  • estetyczną, dekorującą otoczenie, polepszającą jakość życia ludzi mających z nią do czynienia poprzez zapewnianie im wrażeń wizualnych
  • walutową – zwłaszcza przy dziełach drogich, które z czasem mogą zyskać albo stracić na wartości i porządnie namieszać w kieszeni kolekcjonera
  • edukacyjną lub światopoglądową, czyli wyrażającą pouczenie (często moralne) odbiorcy

Pominęłam tutaj całą kulturę popularną, a także sztukę internetu, od porządnych fanartów na krzywych i prostych lub prostackich memach skończywszy. Skupmy się na sztukach plastycznych, jakich się naucza w obecnych czasach – rysunku i malarstwie, rzeźbie, różnorakich kompozycjach czy instalacjach i tak dalej.

Biorąc pod uwagę, że zaliczenie sztuki do drugiego podpunktu może wystąpić tylko ze strony odbiorcy (nawet jeśli artysta „umie się sprzedać”), natomiast trzecia funkcja staje się wtórna i na ogół wygrywają twory prezentujące myśl ogółu, najczęstszą rolą sztuki przeciętnego artysty będzie tworzenie wyrazu piękna, do zawieszenia na ścianie w przedpokoju. Dawnych potrzeb upamiętniających (zapewnionych przez fotografię) oraz informacyjnych (media i internet) już w sztuce prawie nie ma – no chyba, że liczy się pojedyncze, mało istotne portrety. Na mojej liście nie znajduje się także sztuka dla sztuki – i to stwarza mój problem, który właśnie opisuję.

W sztuce dekoracyjnej bardzo łatwo stworzyć coś, co przez znawców zostanie nazwane kiczem. Popularne wzory, kwiatki, czaszki, pędzące konie, wschody i zachody słońca czy obrazki z okładek książek popularnie nazywanych kobiecymi – z rysunkami tego typu lepiej nie pokazywać się w artystycznych środowiskach. Za to w gronie prostych ludzi jak najbardziej! Przecież to jest to, co zwykły człowiek umieściłby na ścianie nad półką z pamiątkami-figurkami. Takie miejsce nie przyjęłoby natomiast budzącego niepokój dzieła ni-to-aktu ni abstrakcji.

Lubię sztukę kiczową. Może nie w całości, bo wciąż nie mogę się przekonać do obrazków wykonywanych w 5 minut sprejem na cienkich blaszkach. Doceniam natomiast starania osób, które nie chcą stworzyć czegoś na siłę artystycznego, natomiast dążą do ucieszenia prostego odbiorcy. Rozumiem piękno powtarzalnych tematycznie obrazków, które przecież i tak nie są między sobą identyczne. Zwłaszcza, że biorąc pod uwagę liczbę ludzi, twórców, na świecie – nigdy nie można być pewnym swojego nowatorstwa.

Na proste twory jest miejsce w kulturze. Nawet dzięki nim sztuka zwana „wysoką” może zyskać, mając odpowiednie tło, z którym będzie musiała wytworzyć kontrast, aby zostać docenioną – przez co będzie stawała się lepszą.

Mój problem ze sztuką jest taki, że w kontekście współczesnego świata, spłyciłam ją do funkcji bycia ładną – i w ten sposób chcę tworzyć. Oczywiście inaczej odnoszę się do prac dawnych mistrzów. Uważam, że zarówno nowożytne próby idealnego przedstawienia rzeczywistości jak i modernistyczne szokujące twory, były potrzebne w swoim czasie.

Ten wpis powstał w ramach Jesiennego Wyzwania stworzonego przez Mocną grupę Blogerów. Jest to moja krótka refleksja związana ze słowem WSCHÓD i w podobny sposób zamierzam potraktować pozostałe trzy tematy.

Więcej

Jak nie tworzyć

Ludzie, którzy chcą się nauczyć rysować lub malować, bardzo często popełniają jeden, bardzo poważny błąd. Kosztuje ich to mnóstwo czasu i z powodu miernych efektów rozwoju, szybko rezygnują ze swoich ambicji zostania wielkim artystą. Tym błędem jest poświęcanie czasu na tylko i wyłącznie przerysowywanie ze zdjęć lub cudzych prac. Jasne, w taki sposób również może powstać wspaniałe dzieło – moim zdaniem jednak jest ono tylko echem poprzednich starań i tworzenia.

Zawsze uważałam, że praktycznie każdy może nauczyć się rysować lub malować. Nie istnieje jakiś magiczny talent, determinujący, kto urodził się z umiejętnościami ani kto takie umiejętności może nabyć. Są kwestie fizyczne, które mogą być utrudnieniem, ale to jest zagadnienie na trochę inny temat. Częstą przeszkodą w zdobywaniu umiejętności plastycznych jest też brak czasu, bez którego niestety nie da się zbyt wiele osiągnąć. Z drugiej strony, poświęcanie cennych godzin dodaje wartości efektowi i zdecydowanie wpływa na satysfakcję twórcy.

Jednak tym, na co mało osób zwraca uwagę, jest samo podejście do rysunku i malarstwa. Niektórzy kupują sobie średniej jakości książki, tłumaczące wszystko krok po kroku, i potem dziwią się, że skoro potrafią narysować przepiękne jabłko, to gruszka wykonana bez pomocy podręcznika wygląda bardziej jak kapeć niż owoc. Inni pstrykają smartfonami zdjęcia martwych natur i potem przybliżają sobie poszczególne fragmenty na ekranach laptopów, aby na kartkach powstały jak najwierniejsze kopie dzieła małego aparatu. Czy tak tworzona praca nie jest czasem obranym z konsekwencji i powiązań, gołym efektem końcowym?

Nie rozumiem malarstwa figuratywnego przekopiowanego. O ile tworzenie ma służyć czemuś więcej niż uzyskanie jakiegoś przychodu, niech zawiera w sobie obraz świata jak najbardziej bezpośrednio widzianego przez twórcę. Przecież to jest fascynujące: patrzenie na obiekt dzieła i następnie oddawanie jego cech na płaską powierzchnię, tak po swojemu, nie według standardów, bez liczenia ile razy jedna rzecz mieści się w drugiej, odrzucając nabywaną latami informację, że cień jest trochę bardziej czarny a w oświetlonych miejscach trzeba dodać bieli. Dlaczego tak wiele osób tę najbardziej pasjonującą część tworzenia oddaje w ręce aparatu lub autora podręcznika?

Poprosić malarza, aby narysował portret ze zdjęcia to jak poprosić krawcową, aby uszyła szalik na drutach. O ile nie jest to jakiś szalik niezwykły, to to jest naprawdę mało satysfakcjonująca robota. Raczej opiera się na skorzystaniu z wyćwiczonych dłoni i wypracowanej zręczności, ale nie pozwala na pobudzenie większej kreatywności czy bardziej finezyjnej myśli twórczej. Oczywiście nie ma w tym nic złego.

Mam tak czasem, że chcę po prostu zająć czymś ręce. W gimnazjum w tym celu plotłam bransoletki z muliny, ale dość szybko mi się to znudziło. Lepszym zajęciem było przerysowywanie twarzy ze zdjęć i do tego zdarza mi się okazjonalnie wracać. Wystarczy dowolne zdjęcie, znalezione w internecie, nawet bez wiedzy autora. W końcu nie wrzucę „przerysowanki” do swojej galerii, chodzi tylko o przećwiczenie ręki, chwilę bezmyślnej pracy, polegającej na mazaniu ołówkiem po kartce. Im więcej czasu, tym bardziej szczegółowo. Z tym, że… to nie rozwija.

Tworzenie „własnej wersji” innej grafiki uczy pilnować proporcji czy rozróżniać jasności, ale tylko na poziomie 2D. Tak wypracowane zdolności nie przenoszą się na rysowanie z patrzenia na rzeczywisty obiekt – choć w drugą stronę to jak najbardziej działa. Rysowanie – a przynajmniej na etapie nauki – polega na obserwacji i przekształceniu tego, co się widzi, na obraz płaski. Obecnie, w świecie gdzie w aparat wyposażona może być nawet szczoteczka do zębów, nie wydaje się to być w ogóle trudne – jednak wystarczy cofnąć się myślowo wstecz o kilkaset lat, aby zrozumieć, jak bardzo zniekształcony jest obraz danego obiektu w wyobraźni człowieka. Jak mało osób zdaje sobie sprawę z wielkości swoich dłoni w stosunku do twarzy, nie mówiąc już o cechach, które wyróżniają poszczególne sylwetki spomiędzy innych.

Podczas rysowania czy malowania z patrzenia, trzeba odrzucić wszystko, co zapisało się w pamięci na temat wyglądu oddawanych przedmiotów. Trzeba te informacje nabyć od nowa, obserwując. Cała nauka sztuk plastycznych polega na obserwacji, choć czasem wymaga lat, aby to zrozumieć. I dopiero kiedy doskonale opanuje się właśnie tę umiejętność (a nie, jak zdawać by się mogło, sposób trzymania narzędzia czy oddawania już przetworzonej informacji na kartkę) można skutecznie próbować wizualizować swoje myśli. To tylko kolejny poziom, a jego osiągnięcie nie wydaje się być takie trudne, kiedy nie startuje się od zera.

Ostatnio miałam na ćwiczeniach z malarstwa bardzo przyjemne zadanie. Trzeba było czarno-białą martwą naturę oddać w kolorze. Coś, co dla początkującego może wydawać się banalne, dla średniaka trudne, a z czym osoba wprawiona w malowanie bez problemu sobie poradzi. To jest dobry, choć mały, pierwszy krok w kierunku tworzenia z wyobraźni. Kawałek drogi przede mną, ale akurat tutaj potrafię myśleć pozytywnie.

Więcej

Rysunek niedziecięcy

Wrzesień w pełni. Miesiąc, który przypomina niejednej osobie o istnieniu ołówków i długopisów. W marketach wciąż pachną świeże zeszyty, notesy i kalendarzyki. Sieciówki papiernicze uczą klientów nowych definicji słowa „promocja”. Ale nie o tym dzisiaj.

Ostatnio pewna firma zorganizowała konkurs rysunkowy, który szczególnie mnie zainteresował. Nagrodą główną miał być lot nad Gdańskiem, więc od razu zaczęłam zastanawiać się nad interpretacją tematu. Następnie zajrzałam do regulaminu i sfrustrowana zamknęłam kartę w przeglądarce. Znowu kurde to samo. Jak zwykle, warunkiem uczestnictwa był odpowiednio mały wiek. Rysunek okazuje się być dziedziną społecznie przeznaczoną tylko i wyłącznie dla dzieciaków z podstawówki. Człowiek starzejąc się, zaczyna interesować się tym, jak być najbardziej nudnym i szarym, a wszystko co mu sprawia radość jest zbyt dziecinne i niegodne, aby mógł to kontynuować.

Niestety, taki pogląd jest częsty, prawie powszechny. Mnóstwo osób traktuje same artykuły papiernicze z pobłażaniem. „Dorośli ludzie nie piszą ręcznie tylko na komputerze” – słyszę słowa tak śmieszne w świecie, gdzie dzieciaki już na chrzest dostają laptopy i tablety. „Otrzymałam w prezencie zestaw cienkopisów, jaka szkoda, że nie mam dzieci w odpowiednim wieku” – słyszę po raz nie wiem który.

„Znajdź sobie coś poważniejszego do roboty”.

Rozumiem – rysować może prawie każdy. Gorzej lub lepiej, ale samą czynność mazania ołówkiem po kartce wykona ten, kto jest w stanie utrzymać w dłoni narzędzie. Nie wymaga to zaawansowanej wiedzy, wielu lat nauki, forsy włożonej w kieszeń korepetytora. Po prosu siadasz, myślisz o czymś i nanosisz na kartkę kolejne linie lub plamy. Proste rysowanie wymaga mniej myślenia niż machanie łopatą. Kiedy jednak na kartce zaczynają pojawiać się bardziej skomplikowane kształty, niektórym trudno uwierzyć, że coś takiego może wymagać więcej wysiłku lub doświadczenia. Przez to, dopóki nie zostaniesz słynnym artystą, będziesz uznawany przez poważnych ludzi za „to dziecko, co marze sobie po kartce”. Rysujący dorośli (nie artyści, a hobbyści) w oczach takich osób po prostu nie istnieją.

Ostatnio coraz częściej spotykam się z konkursami, gdzie poszczególne kategorie wiekowe mają zupełnie różne zadania. Najczęściej jest to podział: do 12 lat rysunek, od 12 lat fotografia. Dlaczego?!

A może to kwestia nieudolności lub niepewności jury przy ocenie nadesłanych dzieł? Prace dzieciaków z podstawówki łatwo poukładać według jakości. Jeśli da się rozpoznać elementy, występuje ciekawa kompozycja i cała kartka jest zamalowana (maluch poświęcił sporo czasu), to już można się spodziewać wysokiego miejsca na podium. Poziom też jest bardzo zróżnicowany i na start można odrzucić połowę prac, które wyglądają jak nabazgrane w pięć minut na kolanie. Jak natomiast oceniać dzieła starszych? Co zasługuje bardziej na nagrodę: abstrakcja, która ładnie wyglądałaby na ścianie w pokoju dziennym czy może martwa natura, z dopracowaniem każdego listka, każdej ryski? Czy wyżej powinien się znaleźć rysunek „na szybko, ale z pomysłem”, czy naprawdę piękny, ale zakomponowany zbyt szablonowo? Pierwsze miejsce za wywołanie refleksji czy wrażeń estetycznych?

Tylko, czy na pewno problem tkwi w odbiorze i ocenie dzieł? Wydaje mi się, że nie o tym myślą panie ustawiające w sklepie bloki rysunkowe na tym samym regale co zabawki. Raczej nie z tego wynika występowanie zdjęcia dziecka z pomazanymi rączkami na stronie poświęconej artykułom papierniczym w gazetce z marketu.

Wyrażanie emocji – to takie dziecinne. Posiadanie pasji i zainteresowań – to takie niedojrzałe.

Chociaż w sumie to czego ja wymagam od społeczeństwa, dla którego priorytetem jest wpływanie na życie innych. Dlaczego miałabym spodziewać się braku krytyki wobec tego, czego jedynym celem jest sprawianie przyjemności?

Więcej