Tag: studia

Erasmus w Eindhoven – najważniejsze informacje

Minął już ponad rok odkąd wróciłam z Erasmusa w Eindhoven i jak dotąd nie opublikowałam jeszcze żadnego wpisu, który przedstawiałby bardziej informacje niż przemyślenia. Często rozmawiam z osobami, które zastanawiają się nad wyborem uczelni na wyjazd i powtarzam w kółko te same rzeczy – jak wygląda podział semestru, jak wybiera się przedmioty czy po prostu, jak żyje się w Holandii podczas tego jednego, niezwykłego semestru. Zdecydowana większość tego, co można przeczytać poniżej, pochodzi z raportu, który musiałam napisać po zakończeniu wymiany, więc informacje nie są wyciągane z pamięci po tak długim czasie i – o ile zbyt wiele się nie zmieniło – spokojnie można się do nich odnosić. Warto podkreślić, że ja studiowałam architekturę i to o studiach architektonicznych jest ten wpis. Zainteresowani innymi kierunkami powinni jednak móc znaleźć tu użyteczne informacje także i dla siebie.

erasmus-w-eindhoven

Wprowadzenie

Uniwersytet Techniczny w Eindhoven, w skrócie TU/e mieści się na kampusie zlokalizowanym w centrum miasta. Składa się z wielu budynków i jednostek i stanowi ogromne centrum edukacyjno-badawcze. Uczelnia przoduje w wielu rankingach co oczywiście związane jest z wysokim poziomem nauczania i świetnymi warunkami dla studentów.

Rok akademicki w Holandii zaczyna się wcześniej niż w Polsce – na samym początku września. Pod koniec sierpnia dla studentów z Erasmusa przygotowane są dni wprowadzające, podczas których można dowiedzieć się czegoś więcej o uczelni i kampusie oraz poznać innych studentów. Semestr kończy się na początku lutego, co daje chwilę przerwy przed powrotem na polską uczelnię. Ta przerwa jest szczególnie przydatna, kiedy na głowie ma się przeprowadzkę, przeciągające się projekty na Erasmusie (tak, może się zdarzyć że po zakończeniu semestru wciąż wypada coś dokończyć, na przykład w celu przygotowania wystawy posemestralnej), ale przede wszystkim – kiedy ma się również zobowiązania względem uczelni Polskiej. W moim przypadku było to napisanie kilku pierwszych rozdziałów pracy magisterskiej. Poza tym – po zapoznaniu się z krajem, systemem transportu, częściowo i językiem, warto „dozwiedzać” te miejsca, których nie udało się zobaczyć podczas semestru.

Nauka

System nauki na TU/e na pierwszy rzut oka wygląda na chaotyczny, ale w rzeczywistości jest bardzo uporządkowany. Rok akademicki podzielony jest na cztery kwartały, a każdy z nich trwa 10 tygodni i zakończony jest sesją egzaminacyjną. Przyjeżdżając na Erasmusa na pół roku będzie się więc studiować przez dwa kwartały oraz przeżyje się dwie sesje egzaminacyjne. Większość przedmiotów trwa jeden kwartał i ich zaliczenie daje 5 punktów ECTS. Wyjątkiem jest główny przedmiot – projektowanie architektoniczne lub urbanistyczne, które trwa przez cały semestr i po jego zakończeniu otrzymuje się 10 punktów ECTS. Studenci z wydziału Built Environment mogą wybierać przedmioty z całej jego oferty, czyli uczestniczyć w kursach związanych z kierunkami: architektura, urbanistyka, fizyka budowli, konstrukcje, nieruchomości. Aby móc starać się o tytuł architekta w Holandii, trzeba ukończyć konkretne przedmioty, jednak można to zrobić w dowolnej kolejności. Studenci przyjeżdżający na Erasmusa mają pełną dowolność wyboru.

Taki system nauki zdecydowanie mi się podobał. Zajęcia były dość intensywne, dlatego jeden kwartał był wystarczający aby nauczyć się czegoś nowego i wykonać projekt. Po zakończeniu pierwszego kwartału nowy zestaw przedmiotów był dla mnie odświeżający. Uważam, że taki podział na kwartały pozytywnie wpływa na naukę – semestr staje się bardziej jednolity pod względem intensywności, nie trzeba sobie przypominać czegoś, co było na wykładach kilka miesięcy temu i wszystkie zaliczenia nie kumulują się w ostatnim tygodniu semestru. Po każdej sesji w ciągu roku akademickiego nie ma sesji poprawkowej ani tygodnia przerwy, dlatego dla regularnych studentów rok bez większych wakacji w połowie może być bardziej ciężki. Erasmusi powinni wszystko zdać w pierwszym terminie, jednak prowadzący zgadzają się na specjalne dodatkowe terminy dla osób z wymiany.

Możliwość wyboru dowolnych przedmiotów ma swoje wady i zalety. Ogromnym atutem jest to, że można dopasować swój program do zainteresowań lub wybrać przedmioty, które odbywają się w dni, w które się nie pracuje (wielu studentów w Holandii dorabia sobie pracując w supermarketach, kawiarniach itp. – studentom przyjeżdżającym na Erasmusa się to odradza ze względu na konieczność wykupienia bardzo drogiego ubezpieczenia). Wadą jest z kolei odpowiedzialność za ułożenie takiego planu, aby żadne przedmioty ze sobą nie kolidowały, co staje się jeszcze trudniejsze, jeśli prowadzący zmienia termin spotkań określony w oryginalnym programie. Inną kwestią jest to, że na każdych zajęciach spotyka się zupełnie inną grupę studentów – początkowo może to budzić niepokój i utrudniać nawiązywanie znajomości, jednak na dłuższą metę pozwala poznać więcej osób uczących się na TU/e. Dodatkową zaletą mieszania przedmiotów jest współpraca ze studentami z pozostałych kierunków wydziału przy projektach grupowych. Zaobserwowałam nawet, że w niektórych kursach wydziału uczestniczyli studenci z innych dziedzin – na przykład industrial designu czy nauk przyrodniczych.

Każdy z kursów składa się z różnych prac, egzaminów, projektów. Bardzo dużo zadań polega na pracy w grupach, co wiąże się z częstymi spotkaniami na terenie uczelni. Trudno zliczyć miejsca przeznaczone do pracy grupowej – kilka pięter budynku Vertigo (wysokościowca zajmowanego przez wydział Built Environment podczas gdy pierwotny budynek jest w remoncie – ale nie zdziwiłabym się, gdyby już obecnie studenci przychodzili do budynku nazwanego Atlas), przestrzenie Metaforum (dużego budynku z biblioteką), liczne pokoje i kąciki wydzielone z powierzchni budynków, stoliki uczelnianych kawiarni czy restauracji, a także sale które można zarezerwować przez Internet. Wykłady są bardzo ciekawe, w całości po angielsku (wszyscy prowadzący mówią świetnie po angielsku) a wykładowcy umieszczają w systemie pliki z ich treścią do pobrania. Choć uczestnictwo w wykładach nie jest obowiązkowe i nikt nie sprawdza obecności, zdecydowana większość studentów chętnie w nich uczestniczy. Niektóre zajęcia mają też formę dyskusji a prawie na każdym kursie występuje forma prezentacji studentów.

Na każdym piętrze budynku Vertigo, czyli siedziby wydziału Built Environment, strategicznie rozlokowane są kserokopiarki, do których każdy student ma dostęp. Podobne urządzenia znajdują się oczywiście także w innych budynkach uczelni. Drukowanie nie jest drogie, a każdy student ma swoje konto w systemie drukarek, zasilone na start kwotą 15 euro. Na uczelni jest też mnóstwo automatów z napojami – całkiem dobra kawa kosztuje w nich 45 centów. Drukowanie plansz jest tańsze niż w Polsce i można to zrobić na terenie uczelni. Dostępne są duże formaty, a plansze mogą być bardzo długie ze względu na sposób wydruku z rolki. Ostateczne projekty studentów prezentowane są na wystawach albo otwartych prezentacjach. Mając znajomych w innych grupach warto ich wtedy odwiedzić i posłuchać o ich projektach.

Warsztaty / pracownie makiet

Dla studentów architektury przeznaczono specjalną przestrzeń do pracy nad makietami. Mnóstwo długich stołów, odpowiednia liczba gniazdek do których można podpiąć laptopa i wysokie krzesełka to nie wszystko. Na warsztatach znajduje się sklepik ze wszystkimi potrzebnymi materiałami i przyrządami, a także oferujący możliwość wypożyczenia sprzętu typu wiertarka. Różnorakie piły, szlifierki, gorące druciki do cięcia pianki, urządzenia do wycinania okien, i wiele więcej sprzętu sprawia, że makiety wykonywane przez studentów są bardzo dopracowane. Na stanowiskach do malowania makiet można korzystać z kolorowych farb, pędzli i suszarek. Na ścianach warsztatów znajdują się półki, na których studenci mogą położyć swoje pudełka z materiałami, podpisane imieniem i nazwiskiem. Dzięki temu makiet i materiałów nie trzeba nosić do domu i z powrotem. Żeby móc korzystać z warsztatów, trzeba przejść krótkie szkolenie na początku semestru – głównie traktujące o bezpieczeństwie i higienie pracy. Inne dostępne dla studentów przedmioty to stopery do uszu, plastry i odkażacz, woda do picia czy kalki i papiery do szkicowania.

erasmus-w-eindhoven

Biblioteka

Biblioteka TU/e mieści się w budynku zwanym Metaforum. Jest to ogromna przestrzeń, zajmująca dwa piętra i oferująca ogromną liczbę książek z każdej dziedziny. Znajduje się tam mnóstwo miejsc do pracy, wyposażonych w komputery z porządnym oprogramowaniem i bardzo wygodne krzesła. Oprócz niekończących się książek widocznych na półkach (w zdecydowanej większości w języku angielskim), TU/e posiada dodatkowy magazyn z którego można zamówić wybrane tytuły. Dodatkową możliwością jest dostęp do ogromnej bazy e-booków, które można pobrać w formie PDFów ze stron wydawnictw. Z biblioteki można wypożyczyć do dziesięciu książek na raz, na cały miesiąc, a przedłużać wypożyczenie można z poziomu strony internetowej. W ten sposób korzystanie z biblioteki staje się niesamowicie wygodne, przyjemne i owocne. Książki na półkach posegregowane są tematycznie oraz według dat wydania. Sam dział architektury zajmuje pół piętra i jest niesamowicie obszerny. Biblioteka otwarta jest do godziny 23 w dni robocze i trochę krócej w weekendy. W takich warunkach pisanie prac naukowych staje się przyjemnością.

Centrum sportu

Centrum sportu TU/e, według danych ze strony internetowej, oferuje 70 różnych sportów oraz mnóstwo kursów oraz jest miejscem działania 40 klubów sportowych. Żeby mieć dostęp do centrum sportu, należy wykupić subskrypcję, która w przypadku studentów z Erasmusa kosztuje 60 euro za 5 miesięcy. Wtedy można zapisać się na poszczególne kursy, uczęszczać na zajęcia lub przychodzić poćwiczyć indywidualnie. Siłownia/fitness otwarta jest w dni robocze od rana do 23 oraz krócej w weekendy. Aby popływać na basenie należy przyjść w określonych godzinach, innych w każdym dniu. Mimo, że zdecydowanie nie byłam fanką sportu, i bardzo rozsądnie planowałam dostępny czas na Erasmusie, odwiedzałam centrum sportu średnio dwa razy w tygodniu, po zajęciach albo w ramach przerwy w pisaniu dłuższych esejów czy raportów. Było to coś, co pozwalało mi mentalnie odetchnąć i usprawiedliwić zjedzenie tych wszystkich holenderskich słodyczy, którym zupełnie nie sposób się oprzeć.

Organizacje studenckie

Na Tu/e nie ma aktywnie działającego ESN, nie działa też lokalna grupa BEST, za to jest grupa AEGEE. Ponieważ na uczelni studiuje mnóstwo studentów z innych krajów (także spoza Europy), Erasmusi w żaden sposób nie wyróżniają się z tłumu. Z tego powodu nie dostają oni „taryfy ulgowej”, nikt nie organizuje im specjalnie gier i zabaw i nie zabiera za rączkę na wycieczki. Początkowo łatwo się czuć zagubionym, na dłuższą metę jednak pozytywnie wpływa to na integrację z resztą studentów. Dołączając do organizacji studenckich można nawiązać mnóstwo znajomości lub zorganizować coś dla innych studentów. Aby brać udział w wydarzeniach, nie trzeba być członkiem organizacji. Najważniejszymi z nich, z punktu widzenia studenta architektury przyjeżdżającego na Erasmusa, są:

  • Cosmos – organizacja zrzeszająca studentów z różnych krajów, organizująca spotkania integracyjne, wspólne obiady, wycieczki, language cafe itp.
  • CHEOPS – główna organizacja studentów działająca na wydziale i organizująca większość wydarzeń. Dzieli się na komitety odpowiedzialne za poszczególne aktywności,
  • AnArchi – organizacja studentów kierunku architektura
  • VIA Urbanism – organizacja studentów kierunku urbanistyka

AnArchi i VIA Urbanism organizują wykłady, wycieczki pod kątem kierunku i imprezy integracyjne. Zdecydowanie warto śledzić tablicę ogłoszeń, bo praktycznie w każdym tygodniu za ich sprawą dzieje się coś ciekawego.

Życie w Holandii

Holandia to kraj bardzo otwarty na ludzi z innych krajów, o odmiennych zwyczajach czy kulturze. Na ulicach można usłyszeć prawdziwą mieszankę języków, nierzadko także i polski. Mimo to, wiele imigrantów mówi płynnie po holendersku. Migranci mieszkają tutaj od pokoleń, nikogo nie dziwi człowiek o nieeuropejskich rysach, płynnie mówiący po holendersku. Samo Eindhoven jest miastem, do którego napływa mnóstwo osób z zagranicy ze względu na wysoki poziom tutejszych uczelni oraz dobre warunki zatrudnienia w firmach szukających młodych specjalistów. Niestety wpływa to na warunki mieszkaniowe, czyli zmniejsza dostępność mieszkań. Bardzo trudno znaleźć pokój w mieszkaniu studenckim – często jest on drogi, a sam apartament dzieli się z kilkoma, a czasem nawet kilkunastoma osobami. Wiele tego typu ofert kierowanych jest tylko do Holendrów, ale mimo to warto śledzić grupy na Facebooku. Inną opcją jest skorzystanie z mieszkań oferowanych przez firmy zajmujące się wynajmem. Takie mieszkania najczęściej są jedno- albo dwuosobowe i oczywiście kosztują o wiele więcej. Uczelnia też oferuje pokoje dla studentów, jednak ich liczba jest ograniczona i trzeba zaaplikować jak najwcześniej się da, aby mieć szansę zdobycia jednego z nich. Ceny pokoi zaczynają się w okolicy 300 euro, a mieszkań (kawalerek/studiów) – 500 euro, górnej granicy cen natomiast chyba nie ma.

Komunikacja

Mieszkając w centrum miasta, wszystkie najważniejsze miejsca znajdują się w niedużej odległości, którą można pokonać rowerem w kilkanaście minut. Rower to zdecydowanie najlepsza i najbardziej komfortowa forma poruszania się po holenderskich miastach. Używany rower łatwo kupić, przeciętna cena to 50 euro kupując bezpośrednio od innej osoby lub 150 euro kupując w sklepie z używanymi rowerami. Od razu warto wyposażyć się w odpowiednie zabezpieczenie i za każdym razem przypinać rower do stojaków. Kradzieże rowerów lub ich części zdarzają się bardzo często, dlatego ogólnie nie warto kupować droższych rowerów. Parkingi rowerowe znajdują się przy większości budynków, a większe przy dworcach i gmachach użyteczności publicznej. Dzięki temu, że rowerów nie wnosi się do piwnic i są one zawsze pod ręką, korzystanie z nich staje się wyjątkowo komfortowe. Ze względu na ciągłe nastawienie na warunki atmosferyczne, są one często pordzewiałe i poobijane, jednak większości osób to nie przeszkadza. Ścieżki rowerowe są szerokie, jednokierunkowe, odizolowane od jezdni dla samochodów, dobrze oświetlone, oznaczone znakami lub kolorem. Przede wszystkim są bezpieczne i wygodne. Praktycznie w każde miejsce da się wygodnie dojechać rowerem, a do większości prowadzi wiele ścieżek do wyboru. Nawet na lotnisko w Eindhoven zawsze dojeżdżałam rowerem. Wiązało się to oczywiście z doprowadzoną tam świetną trasą rowerową, ale także wysoką ceną biletów na autobus.

Komunikacja publiczna jest bardzo droga – jednorazowy bilet na autobus w Eindhoven kosztuje € 4,75, a całodzienny € 6,00. Aby zminimalizować te koszty, dobrze jest wyposażyć się jak najwcześniej w OV-chipkaart, czyli kartę działającą jako bilet na komunikację publiczną w całym kraju, ale także pozwalającą na korzystanie z rowerów dostępnych na dworcach kolejowych czy dworcowych parkingów. Osobiście nie kupiłam tej karty ze względu na inną opcję taniego podróżowania, która została wycofana pod koniec mojego wyjazdu, a po mieście poruszałam się wyłącznie własnym rowerem. Myślę, że mimo to, karta bardzo szybko by się zwróciła, nawet pomimo nieintensywnego używania.

erasmus-w-eindhoven

Podróżowanie pomiędzy miastami potrafi być bardzo drogie, a studenci zagraniczni nie mają żadnej zniżki. Dla przykładu, bilet w jedną stronę z Eindhoven do Amsterdamu to wydatek €21. Mimo to, jest wiele sposobów, aby oszczędzić – kupowanie biletów dziennych w supermarketach, korzystanie z biletów grupowych czy oferty sklepu internetowego NS Spoordeelwinkel.

Pogoda

Pogoda jest chyba jedyną wada mieszkania w Holandii. Przez praktycznie cały wyjazd widziałam słońce zaledwie kilka razy. Normą natomiast było zachmurzone niebo, deszcz i mgła. Holendrzy wydają się być zupełnie odporni na takie warunki atmosferyczne, a rowerów wcale nie ubywa podczas deszczu czy wichury. Do braku słońca trzeba się przyzwyczaić, a nawet najdokładniejsze prognozy pogody przestają być w tym kraju wiarygodne.

Banki, karty

Po przyjechaniu do Holandii byłam bardzo zdziwiona, że moja świeżo wydana karta walutowa nie działa w większości sklepów. Jak się okazuje, supermarkety, automaty biletowe czy nawet stoiska na rynku akceptują wyłącznie karty z holenderskich banków, typu Maestro. Założenie konta w holenderskim banku jest bardzo proste, a kontakt z obsługą klienta dobry. Jest to o tyle ważny element życia w Holandii, że upoważnia do korzystania z płatności przez internet, szybkich transakcji czy automatycznych zleceń płatniczych. Wiele rzeczy czy usług można kupić tylko i wyłącznie korzystając z płatności przez iDeal (odpowiednik polskiego PayU czy Przelewy24), obsługującego praktycznie tylko holenderskie banki. Podczas semestru nieraz trzeba będzie zrobić zakupy jako grupa – na przykład kupić materiały do budowy makiety. Wiele wygodnych stron dzieli tego typu koszty i automatycznie przesyła odpowiednie kwoty pomiędzy osobami, jeśli mają oni konta w holenderskich bankach. Takie konto należy jednak zamknąć przed wyjazdem z kraju.

Jedzenie, codzienne zakupy

Ceny jedzenia są podobne do cen w Polsce (herbata, chleb, masło, jajka, piwo) lub wyższe (ser, bułki, napoje, mleko, jogurty) a jego jakość o wiele wyższa. Chleb jest świeży przez kilka dni, jajka są od kur z wolnego wybiegu, a do czipsów nie dodaje się w ogóle oleju palmowego. Jako wegetarianka uznałam jedzenie w Holandii za tańsze niż w Polsce, ze względu na liczne gotowe produkty wegetariańskie o niedużej cenie i dobrym smaku, gdzie w Polsce podobne rzeczy można znaleźć jedynie w dziale premium większych marketów, w oczywiście wysokiej cenie.

Wiele produktów codziennego użytku jest drogie (papier toaletowy, kosmetyki, szczoteczki do zębów itp.), jednak promocje zdarzają się bardzo często i głównie polegają one na otrzymaniu dwóch produktów w cenie jednego. W wielu supermarketach tego typu akcje oferowane są dla stałych klientów, więc warto wyrobić sobie kartę stałego klienta w każdym markecie znajdującym się w pobliżu. Oprócz tego, otrzymuje się wtedy na maila spersonalizowane oferty bazujące na dotychczasowych zakupach. Generalnie robienie zakupów w supermarketach w Holandii jest bardzo przyjemne, obsługa jest bardzo miła, nigdy nie czeka się długo w kolejkach. Często markety oferują miejsce gdzie można sobie wypić kawę i poczytać gazetkę z promocjami, punkt pakowania prezentów czy mikrofalówkę do odgrzania zakupionego jedzenia. Bardzo ważnym elementem każdego supermarketu jest też urządzenie do zwrotu butelek. Przy zakupie napojów do ceny produktu doliczana jest kaucja 25 centów za butelki plastikowe i 10 centów za szklane. Po wrzuceniu pustych butelek do urządzenia, można odebrać bon do odliczenia od ceny zakupów. Ekologia jest bardzo ważna dla Holendrów, dlatego recycling działa i jest stosowany przez wszystkich.

Jeśli chodzi o jedzenie w restauracjach, jest ono drogie i wszystko zależy od miejsca. Mimo to funkcjonują też tańsze sieci oraz mniejsze knajpy, gdzie można dostać coś ciepłego w niższej cenie. Paczka porządnych frytek to wydatek około €3. Poza tym, bardzo dużą popularnością cieszą się typowe dla Holandii punkty „Febo” wyglądające jak ścianka z mikrofalówek, z której, za niewielką opłatą można wyjąć sobie wybraną potrawę. Na uczelni funkcjonuje wiele restauracji lub barów, gdzie można zjeść coś ciepłego i smacznego. Zupę można dostać już za 50 centów, natomiast koszty kanapek często przekraczają 2 euro.

Język

Język holenderski jest melodyjny i przyjemny. Można wyróżnić w nim wiele akcentów oraz odmian. Ze względu na liczne podobieństwa do języka angielskiego i niemieckiego, stosunkowo łatwo się nauczyć jego podstaw. Wszystkie wiadomości urzędowe są tylko w języku holenderskim. Nazwy produktów w sklepach również. Praktycznie wszyscy Holendrzy jednak potrafią doskonale mówić po angielsku i chętnie pomagają w zrozumieniu danego komunikatu. Kontaktując się z różnymi instytucjami w języku angielskim również otrzyma się w nim odpowiedź. Mimo to, warto poznać podstawy holenderskiego – to w końcu taki ładny język!

erasmus-w-eindhoven

Zwiedzanie

Holandia to niesamowity kraj jeśli chodzi o kulturę, muzea, galerie sztuki, atrakcje turystyczne. Nie sposób odwiedzić wszystkich miejsc, a każde miasto ma coś ciekawego do zaoferowania. Zdecydowanie najlepszą decyzją, jaką można podjąć, jest zakup Museumkaart, czyli karty dającej darmowy dostęp do ponad 400 muzeów w całym kraju. Jest to jednorazowy koszt 60 euro (na rok), czyli zwraca się po odwiedzeniu 3-5 muzeów. Karta ta jest personalna, wysyłana na adres w Holandii i każdy jej właściciel ma swój profil na stronie internetowej, gdzie można zobaczyć listę już odwiedzonych obiektów oraz przeglądać miejsca warte odwiedzenia.

Holandia to kraj artystów, ale także niesamowitej inżynierii. Nie bez powodu mówi się, że bóg stworzył świat, ale Holendrzy stworzyli Holandię. Kraj o niesamowitej historii, z mroczną przeszłością kolonialną, o barwnej kulturze i niesamowitych pomysłach. Wspaniałe muzea opowiadają tą historię, często w sposób multimedialny, zawsze ciekawy i pochłaniający.

Same miasta są niezwykle piękne. Amsterdam z kanałami i kamieniczkami, Rotterdam z nowoczesną architekturą czy Haga rozwijająca się w ogromnym tempie, ale także Maastricht z bogatą historią i starymi kościołami, Den Bosch, Dordrecht, Utrecht, Delft, Nijmegen… A to tylko południe kraju. Holandia jest mała powierzchniowo, ale bardzo bogata w niezwykłe miejsca, które zdecydowanie warto odwiedzić.

Wydarzenia

Każdego dnia coś nowego dzieje się w Holandii, każdego dnia coś jakieś wydarzenie ma miejsce w Eindhoven. Pomimo, że miasto nie jest duże, mnóstwo instytucji kultury czy organizacji tworzy ciekawą ofertę wydarzeń. Niektóre miejsca, takie jak TAC Temporary Art Centre, czy Hub Eindhoven for Expats, same w sobie mają ciekawą ofertę eventów. W ciągu semestru zimowego w mieście odbywają się dwa najważniejsze wydarzenia: Dutch Design Week i festiwal światła Glow.

erasmus-w-eindhoven

Dutch Design Week jest ogromnym wydarzeniem, na które przybywają artyści i projektanci z całego świata. Całe miasto żyje tym festiwalem – oprócz oficjalnych wystaw i punktów programu, także mniejsze firmy czy miejsca przygotowują coś od siebie. Wydarzenie jest tak obszerne, że tydzień nie wystarcza do odwiedzenia wszystkich wystaw. Także uczelnie i firmy uczestniczą w festiwalu, przygotowując swoje punkty programu. Dla uczestników przygotowane są festiwalowe rowery, darmowe autobusy i taksówki wystrojone w produkty współczesnego designu. Liczne pawilony czy większe instalacje rozsiane są po całym mieście.

Glow jest porównywalnie mniejszym festiwalem, choć wciąż zdecydowanie wartym zobaczenia. Od wieczora do północy przez cały tydzień prezentowane są instalacje multimedialne, wokół których zaprojektowano specjalną ścieżkę. Wydarzenie jest zupełnie darmowe, ale wadą jest ogromny tłum, utrudniający zobaczenie wszystkich instalacji.

erasmus-w-eindhoven

Na TU/e odbywa się jeszcze więcej wydarzeń – od większych kongresów i targów, po jednorazowe wykłady I prezentacje. Większość z nich organizowana jest przez organizacje studenckie i jest darmowa dla studentów, choć część wymaga niewielkiej opłaty aby wziąć udział. Wydarzenia, w których ja wzięłam udział:

  • Bouwkunde Bedrijvendagen – dni kariery wydziału Built Environment, gdzie oprócz targów pracy odbywają się ciekawe wykłady i warsztaty, a studenci mają możliwość porozmawiać z potencjalnymi pracodawcami
  • kongres Shifting Perspectives – łączący tematykę architektury z zupełnie innymi branżami, a wykłady prezentowane są przez specjalistów w swoich dziedzinach

Inne wydarzenia to: spotkania nazwane CheopsX (inspirowane wykładami TEDx), lunch lectures odbywające się kilka razy w tygodniu czy liczne sympozja. Okazjonalnie organizowane są też różnorakie warsztaty i kursy, na przykład nauki programów komputerowych. Organizacje studenckie zapraszają też na wycieczki do na przykład siedzib firm albo biur architektonicznych i urbanistycznych.

Jednym z ciekawszych wydarzeń, w których udało mi się wziąć udział były warsztaty zorganizowane podczas Dutch Design Week, we współpracy z uczelnią z Delft, dotyczące przyszłości mieszkaniowej Eindhoven i budowy wieżowców w centrum miasta. Jednym z prowadzących te spotkania był Winy Maas z MVRDV, innymi przedstawiciele The Why Factory, a nad wszystkim czuwali prowadzący z TU/e. To było niesamowite przeżycie, spotkać światowej sławy architektów.

Podsumowanie

Nauka w Holandii jest bardzo intensywna. Czas marnowany na nieistotne aktywności jest ograniczony do minimum, a praca w grupach wymaga motywacji i zaradności. Ani studenci z Erasmusa, ani pozostałe osoby przyjeżdżające na studia z innych krajów, nie otrzymują „taryfy ulgowej”, dlatego wyjazd na Erasmusa do Eindhoven poleciłabym tym, którzy gotowi są do intensywnej pracy i wykazują się dużą samodzielnością. Spora ilość wolnego czasu sprzyja poznawaniu kraju i kultury, ale wymaga umiejętnego planowania, aby nie pozostać w tyle z zadaniami i materiałem do nauki. Świetne warunki zachęcają do pracy, a prowadzący są bardzo zaangażowani w swoje zajęcia. Wszystko jest doskonale usystematyzowane, choć zrozumienie wszystkich elementów, takich jak system Osiris, Canvas czy MyTUe zajmuje trochę czasu. Pytanie innych studentów o każdą drobnostkę może być dla nich uciążliwe, więc warto być samemu doskonale zorganizowanym, zapisywać wszystkie terminy i wytyczne do zadań i dowiadywać się o wszystkim bezpośrednio od prowadzących. Ze względu na częste zmiany przedmiotów, grup i dużą ilość studentów, nie istnieje jedna grupa na Facebooku, skupiająca wszystkie problemy i rozterki studentów.

Samo Eindhoven to miasto nieduże, a mimo to znane na całym świecie, nie tylko ze względu na piłkę nożną. To tutaj miały miejsce jedne z większych odkryć historii techniki, tu powstały liczne wynalazki, do dziś znajdujące swoje zastosowanie. Obecnie miasto identyfikuje się z nazwą „Brainport”. Podobno kiedyś jakiś dziennikarz nazwał Eindhoven najbrzydszym miastem w Holandii. Nie wiem, na ile to prawda, ale jeśli lubi się postindustrialny charakter, oferowany przez dawne zabudowania Philipsa, całkiem niemało zieleni (jak na Holandię zwłaszcza), sztukę w przestrzeni miejskiej czy żyjące ulice (także nocą), to zdecydowanie polubi się i Eindhoven. Bardzo łatwo przyzwyczaić się do tego miasta, trudniej później z niego wrócić.

Więcej

Najważniejsza rzecz w nowym miejscu

Być może nie dowiecie się niczego nowego z tego wpisu, a wszystko poniżej będzie dla was zupełną oczywistością. Dla mnie nie było. Zrozumiałam to dopiero teraz, kiedy po długim czasie pełnym wątpliwości, odnalazłam się w zupełnie nowym miejscu.

Jak pewnie wiecie z poprzednich wpisów, cały semestr zimowy tego roku akademickiego spędziłam na Erasmusie w Holandii. Było to niesamowite doświadczenie, jedna z najlepszych decyzji w życiu. Nie było jednak różowo od początku do końca. Zanim odkryłam takie cuda jak Museumkaart, zanim zaczęłam aktywnie brać udział w działalności stowarzyszeń akademickich, chodzić na wykłady w czasie lunchu i eksplorować to niezbyt duże miasto, jakim jest Eindhoven, moje poszukiwania swojego miejsca bardziej przypominały próbę znalezienia tam tego, z czym miałam kontakt w Trójmieście.

Mieszkając w Gdańsku, a później w Gdyni, nie sposób nie docenić aktywności organizowanych niemal codziennie przez organizacje trójmiejskie. Najlepiej mieszkało mi się w Gdyni Redłowie, praktycznie pięć minut piechotą od Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego. Mieszkając w Gdańsku Wrzeszczu zawsze mogłam skoczyć do Parku Oliwskiego czy na Stare Miasto. Sam Wrzeszcz zresztą zaczął ostatnio kwitnąć – zwłaszcza ulica Wajdeloty i park Kuźniczki. Jakimś cudem przez długi czas nawet nie wiedziałam o istnieniu ulicy Elektryków, choć samą stocznię odwiedziłam kilka razy. A i oczywiście nie wymieniłam najważniejszego – bliskości morza, plaż różnej piękności i kontaktu z naturą, zapewnionego przez ścieżki i trasy rowerowe pośród drzew. Pomijając samo Trójmiasto, a skupiając się na aktywnościach którym lubiłam oddawać swój wolny czas, opisałabym jeszcze jeżdżenie na konwenty, granie w planszówki, rozgrywanie larpów czy nieliczne, ale wciąż fajne domówki u znajomych. Jeszcze, odwiedzanie ciucholandów i to wspaniałe uczucie kiedy wychodzisz ze sklepu z wielką siatą pełną fajnych ubrań w cenie jednego nowego T-Shirtu.

nowe miejsce

Będąc w Holandii nie do końca wiedziałam, co ze sobą zrobić. Oczywiście dużo czasu poświęcałam studiom, które były bardziej wymagające niż nauka w Polsce i rządziły się trochę innymi prawami (opiszę to dokładniej w innym wpisie). Harmonogram zajęć pozostawiał jednak dość sporo wolnego czasu, który mogłam sobie zaplanować w zupełnie dowolny sposób. Od czego więc zaczęłam? Oczywiście od szukania aktywności, którymi zajmowałam się w Polsce – klubów planszówkowych, ciucholandów (zwłaszcza, że przywiozłam ze sobą dość mało ubrań) i wydarzeń oferowanych przez miasto. Jak się okazało, miasto oferowało zadziwiająco dużą ofertę w języku angielskim, wciąż jednak czegoś mi brakowało.

Myślę, że minął cały miesiąc, zanim znalazłam swoje miejsce w Holandii i to, na co mogłabym poświęcać większość mojego czasu. A tak właściwie te kilka rzeczy, które sprawiły, że jeszcze w zeszłym tygodniu zastanawiałam się, czy dałoby się jakoś wykombinować powrót do kraju tulipanów i wiatraków. Jedną z tych rzeczy były aktywności organizowane przez stowarzyszenia studenckie na uczelni. Wystarczyło zapisać się na kilka newsletterów, dołączyć do paru grup czy po prostu wiedzieć, którą tablicę na uczelni warto obserwować niemal codziennie. Tak jak w Gdańsku organizacje studenckie głównie organizują coś tylko dla swoich członków, niezwykle rzadko i nie są to jakieś szczególnie fantastyczne aktywności, tak to, co robią stowarzyszenia studenckie w Eindhoven jest po prostu niesamowite. Wystawy, wycieczki, wykłady, imprezy, dłuższe wyjazdy i spotkania okolicznościowe – i to wszystko bez konieczności dołączenia do nich, często zupełnie za darmo, ze środków uczelni albo otrzymanych od sponsorów wydarzeń, zewnętrznych firm.

Kolejną rzeczą było długie przesiadywanie w bibliotece, milion razy lepiej zaopatrzonej niż cokolwiek, co udało mi się odwiedzić w Polsce. A jeszcze następną spotkania na uczelni w celu zrobienia wspólnie projektu na studia czy po prostu wzajemnego motywowania się do pracy nad zadaniami indywidualnymi. W Polsce praktycznie wszystkie zadania wykonywałam tylko w domu.

Jednak tak naprawdę najwspanialszą rzeczą w Holandii było samotne podróżowanie. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek w Polsce jechała gdzieś tak zupełnie sama i jednocześnie nie zamierzała spotkać kogoś już na miejscu. Do tej pory wydawało mi się to dziwne. W Holandii jednak jest tak wiele pięknych miast, że po jakimś czasie zrozumiałam, że nie ma co czekać, aż ktoś litościwie będzie chciał ze mną tam pojechać. Większość i tak nie wyrobiłaby mojego tempa odwiedzania muzeów, a za to „marnowała” czas w restauracjach i kawiarniach. Pierwsza samotna wyprawa do Amsterdamu była dla mnie doświadczeniem początkowo dziwnym, jednak kiedy zobaczyłam to miasto na własne oczy, wiedziałam, że do szczęścia nie potrzebuję drużyny pierścienia. Wszystkie informacje o miejscach są tak dobrze dostępne, że nikt nie musi mnie oprowadzać, sama doskonale wszędzie trafię (albo zabłądzę, co w kontekście doświadczenia nowego miejsca wcale nie jest negatywnym przeżyciem). Wtedy kupiłam sobie MuseumKaart, tą wspaniałą przepustkę do ponad 400 holenderskich muzeów i zapragnęłam odwiedzić chociaż 50 z nich, co oczywiście mi się udało.

nowe miejsce

Pod koniec Erasmusa jednak coraz częściej napływały do mnie te smutne myśli: a co jeśli to się kiedyś skończy? Smutniejsza była tylko odpowiedź: oczywiście, że to się skończy, przecież masz już kupiony bilet na samolot powrotny. Nie raz przechodziły mi po głowie myśli, że bez tych wszystkich muzeów i wykładów, bez stroopwafli i tego cudownego języka, już nigdy nie będę szczęśliwa. Do tego dochodziła myśl, że studia dobiegają końca, zaraz czeka mnie praca – najprawdopodobniej nudna i jednolita – bez dni wolnych, w które mogłabym zająć się swoimi zainteresowaniami i męcząca na tyle, że w weekendy pozostałoby mi już tylko spać (czyli powtórka z rozrywki z liceum, kiedy na tygodniu spałam po dwie godziny aby potem przez weekend nie wychodzić spod kołdry). A nawet zakładając posiadanie zarówno czasu jak i energii – co tak właściwie można zrobić przez dwa dni weekendu?

I nagle wylądowałam w Monachium, bez znajomości języka, bez znajomych, pracy czy kontaktów na uczelni. Poszukiwanie stażu okazało się o wiele trudniejsze, niż przypuszczałam, pomimo dobrego portfolio i wielu osiągnięć. Największym utrudnieniem okazał się jednak brak języka. O ile w Holandii nigdy tego nie odczułam, tutaj coraz częściej miałam wrażenie, że omija mnie całe życie tego ogromnego miasta, bo bariera językowa jest nie do przebicia. Google translate jest fajne, ale nie pomoże na ulicy ani w sklepie. Dodatkowo wszystkie najładniejsze miasta wydawały się całe lata świetlne stąd, a przynajmniej w odległości względnej połowy portfela w jedną stronę i połowy w drugą. Odwiedzone muzea trochę rozczarowywały, a do biblioteki chodziłam głównie po Internet, bo zakładanie przyłącza w Niemczech to temat na osobny wpis, a ten raczej nie powstanie, bo nie chciałabym za bardzo przeklinać na moim blogu.

Ze względu na egzamin (powrót do Polski) i dyplom (długie godziny przed komputerem) nie miałam zbyt wiele czasu na szukanie swojego miejsca w Niemczech. Kilka spacerów po Englischer Garten, wałęsanie się po ulicach i jeżdżenie rowerem (jeśli ktoś kiedykolwiek mieszkał w Holandii, to już nigdy nie zsiądzie z dwóch kółek) po ulicach pełnych samochodów to były pomysły, aby odkleić się na chwilę od ekranu, ale nie aby poczuć się tak samo (kamień w gardle, łzy w oczach), jak gdy patrząc na obrazy dawnych mistrzów w Rijksmuseum. I jeszcze ci wszyscy Niemcy, wiecznie zaczepiający mnie w sklepie z pytaniami typu gdzie są worki na bułki czy – wskazując na mój koszyk – gdzie znalazłam jakiś produkt, jakbym miała wypisane na czole „świetnie mówię po niemiecku”.

Dopiero po egzaminie uznałam, że czas wziąć sprawy w swoje ręce i przestać szukać w Niemczech drugiej Holandii. Jak trzeba to wydam miliony na bilety kolejowe czy nauczę się języka w jeden miesiąc. Nie dam się pokonać przez miasto w którym ludzie na co dzień chodzą w gorsetach czy skórzanych portkach, tylko dlatego, że nie mam się do kogo odezwać czy jakiś samochód prawie mnie przejechał. Jestem ponad to.
I wtedy zrozumiałam, jak głupie były wszystkie moje dotychczasowe pomysły. Bawaria. Alpy. Bawaria. ALPY. Na pewno są jakieś grupy międzynarodowe wybierające się na górskie wyprawy, może nawet ktoś coś organizuje… Długo nie trzeba było szukać. Kilka grup na fejsie, parę stron internetowych i udało mi się dołączyć do grup wyruszających w góry i w najbliższą sobotę, i w niedzielę następnego dnia. Koszt? Prawie żaden. Na specjalnym bilecie grupowym można jeździć pociągami w regionie za 7,50 euro a za 10 po całym landzie, korzystając z pociągów, autobusów itp. W ten sposób w dwa dni poznałam mnóstwo wspaniałych osób, pasjonatów łażenia po górach oraz nowicjuszy jak ja. Choć boli mnie chyba każdy mięsień, już teraz szukam grup na kolejne wyprawy.

A same Alpy są niesamowite. Każda trasa jest inna. Jako osoba początkująca dołączyłam oczywiście do grup idących w dość proste trasy. Nie ma nic gorszego niż przecenienie swoich możliwości i wybranie czegoś zbyt trudnego na początek – potem jest się takim spowalniaczem, albo powodem zmiany trasy czy rezygnacji z jej części. Czym jest jednak prosta trasa w Alpach? Kilometr drogi w górę i kilkanaście w przód. Odsłonięte zbocza, grząski teren, korzenie i kamulce pod stopami. Czyli wciąż wiąże się to z tym wspaniałym dreszczykiem emocji, zmęczeniem i bólem łydek następnego dnia. I co z tego, że od dziesięciu miesięcy regularnie chodzisz na siłownię i codziennie przejeżdżasz kilkanaście kilometrów rowerem. W górskich trasach wytrwałość jest najważniejsza, a tego nie nauczysz się na orbitreku. W zamian dostaniesz jednak piękne widoki, niesamowite krajobrazy i to poczucie satysfakcji dotykając górskiego wierzchołka (niem. Gipfel – bardzo ważne słowo, w końcu od niego pochodzi nazwa Gipfelbier :)). Góry to nietypowa roślinność, inny klimat i nowe doświadczenie – takie, które chce się powtórzyć.

Ten wpis jednak zmierzał do innego zakończenia niż wniosek, że góry są piękne. Chciałam napisać, że zmieniając miejsce zamieszkania najgorsze co można zrobić to szukać w nim tego, co znajdowało się w poprzednim. Każde miasto i każdy kraj ma swoją ofertę, którą trudno porównać nawet do miejsc sąsiadujących. Oczywiście na początku zawsze będzie czegoś brakować, czy to planszówek czy muzeów czy jeszcze innej rzeczy. Najważniejsze to jak najszybciej wypełnić tę lukę czymś innym – a wtedy może się okazać, że wcale nie jesteśmy stratni. Niezależnie, czy przyjechało się do danego miejsca na dwa miesiące praktyki czy na dłuższy, nieokreślony czas, warto poznać jego prawdziwą ofertę, nawet odrzucając na bok swoje dotychczasowe przyzwyczajenia. Na powrót do nich być może przyjdzie czas później. Może też nie przyjść nigdy, a przynajmniej nie przed ponowną zmianą miejsca zamieszkania. Czy to jednak ważne? Bez porównania, nie dowiemy się, co tak naprawdę najbardziej nas pasjonuje w życiu.

nowe miejsce

Zdecydowanie zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja w kraju nieeuropejskim. Inny klimat inspiruje zupełnie inne działania. Wtedy jednak zmiana zainteresowań jest rzeczą oczywistą. A przynajmniej tak mi się wydaje – w końcu jeszcze tego nie doświadczyłam na własnej skórze.

Więcej

Erasmus w Holandii – pierwsze wrażenia

erasmus w holandii

Dawno już nie pojawił się nowy post na blogu. Trochę to wynika z mętliku w głowie. Przez wakacje uczestniczyłam w dwóch dwutygodniowych kursach (Belgia i Niemcy), a teraz jestem w Holandii na Erasmusie. Spełniłam co najmniej jedno ze swoich największych marzeń, a to mnie trochę przerosło. Potrzebowałam trochę więcej czasu, aby wrócić do swojej rutyny, choć i tak jestem przekonana, że nic już nigdy nie będzie jak dawniej. Zbyt wiele doświadczeń, tak różnych od dotychczasowego egzystowania.

Póki co, staram się czerpać garściami to nowe doświadczenie. Uniwersytet techniczny w Eindhoven ma ogromne zaplecze naukowe, niesamowitą bibliotekę, wspaniałą pracownię makiet, zachwycające centrum sportu oraz świetną kadrę. Bardzo wiele jednak uczę się od samych studentów – zarówno miejscowych, jak i tych, którzy przyjechali z innych krajów, ale zdążyli już przyzwyczaić się do tutejszego trybu pracy. A jest on zupełnie odmienny od tego w Polsce. Godzin zajęć z prowadzącymi – wykładów i ćwiczeń – mam naprawdę bardzo mało. Chyba nie więcej niż 10 w tygodniu, choć liczba ta zależy od czasu omówienia zadań. Prowadzący natomiast dostarczają porządne materiały, wymagają wykonania rozmaitych zadań i opierają naukę na pracy samodzielnej – indywidualnej oraz grupowej. Semestr podzielony jest na dwa kwartyle, część przedmiotów odbywa się w pierwszym, a część w drugim (wyjątkiem jest masterproject, który trwa całe pół roku). Dzięki temu można się skupić na kilku ważnych przedmiotach, a nie rozdrabniać się na mniejsze.

Napisałam wcześniej, że wiele wyciągam z doświadczeń innych studentów. Ci, praktycznie bez wyjątku, są ponadambitni. Za każdym razem, kiedy trzeba wykonać jakieś proste zadanie, oni traktują temat jako okazję to zaprezentowania swoich umiejętności. Popularną metodą pokazywania, że „coś się zrobiło” jest prezentowanie tego w formie planszy, prezentacji lub książeczki. Dodatkowe schematy, diagramy czy opisy są na porządku dziennym. Tutejszych studentów nie trzeba zachęcać aby szukali problemów i ich rozwiązań, nie trzeba im wskazywać, z kim się skontaktować aby zdobyć więcej informacji, albo po jaką książkę sięgnąć. Oni po prostu przejmują inicjatywę, chcą prowadzących zaskoczyć swoją pracą. Na początku myślałam, że to domena jednostek wybitnych, że niektórym zależy na dobrym pierwszym wrażeniu. Okazuje się, że tak po prostu działa ta uczelnia. A ja, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, poczułam się najbardziej leniwym i nieprzydatnym człowiekiem na świecie. Potrzebowałam dwóch tygodni, aby rozbudzić w sobie podobny zapał, aby zacząć wyznaczać sobie dodatkowe zadania – co by tu zrobić aby uzupełnić temat, jaka forma prezentacji wykonanego zadania mogłaby pozytywnie wpłynąć na jego odbiór. Zaczęłam też coraz więcej czasu spędzać w bibliotece.

Prawdziwie magiczna biblioteka

Z biblioteki na TU/e bardzo trudno wyjść. Nie ze względu na kręte schody i skomplikowany układ pomostów nad parterem, prowadzących do głównego wyjścia. Szczególną trudność sprawiają biblioteczne zbiory, od których naprawdę nie mogę się czasem odkleić. Całe ogromne piętro poświęcone jest samej architekturze, urbanistyce i naukom budowlanym. Od historii i teorii po technologie i środowisko. Od starych ksiąg do nowoczesnych, multimedialnych wydań. Od powszechnie znanych i cenionych tworów do takich, o których się nawet nie śniło filozofom. Na jakikolwiek temat chciałabym napisać – na taki znalazłabym co najmniej kilka tytułów. Kiedy wspominam te wszystkie lata gorączkowego klepania słów kluczowych w Chomikuja, przeklikiwania się przez dziesiątki stron Googla i przenoszenia słabej jakości zdjęć książek na pendrive’ach, aż żałuję, że nie mogłam po prostu wsiąść w samolot i tu przylecieć. Teraz mam to wszystko pod ręką, a jedyne co mnie ogranicza to głos z mikrofonu, mówiący że zbliża się dwudziesta trzecia i pora iść do domu.

Słyszałam, że w Holandii uczelnie rywalizują, która będzie miała najwspanialszą bibliotekę. Przez to nie ma oszczędzania – ani na książkach, ani na samym budynku. Zatrudniani są najlepsi architekci, a efekty widać gołym okiem. Studenci natomiast nie ignorują tych możliwości – biblioteka jest pełna od rana do wieczora, i w dni powszechne i w weekendy. Podobnie jak cały kampus – przestrzenie pomiędzy budynkami żyją, cały czas toczą się w nich rozmowy, odbywa się bardzo dużo rozmaitych wydarzeń. W takim miejscu po prostu chce się być studentem, chce się wykonywać kolejne projekty i angażować w rozmaite aktywności. Dlatego też działa mnóstwo organizacji studenckich, a każda z nich ma swoje miejsce na uczelni i mnóstwo możliwości tworzenia tego studenckiego świata.

Ach gdybym mogła tak zacząć studiować na tej uczelni od samego początku, powoli poznawać biblioteczne zbiory i zakamarki kampusu… Pewnie nie dałabym rady. Czasem przy innych zaczynam czuć się totalnym przegrywem, zaczynam wątpić, że jestem w stanie osiągnąć tyle co oni, że się nadaję. Z drugiej strony, oni mają bardzo rozmaity bagaż doświadczeń. Wielu z nich przyjechało z zupełnie odległych zakątków świata – szczególnie dużą grupę stanowią Chińczycy oraz Hindusi. Oni też musieli przywyknąć do holenderskiego trybu pracy. A może było właśnie odwrotnie. Może to ci napływowi zaczęli kręcić tym trybikiem i inspirować rodzimych studentów do podejmowania większego wysiłku, niż jest to od nich wymagane. Niezależnie od przyczyny – efekt jest niesamowity.

Holandia jako dom

Życie w Holandii wydaje się być bardzo łatwe. Zwłaszcza w dużym mieście. Holenderskie ceny produktów spożywczych, ubrań czy artykułów przemysłowych nie odbiegają znacznie od polskich. Może i benzyna jest droga, ale kto w Holandii potrzebuje samochodu? Bardziej mogą boleć ceny komunikacji publicznej, gdzie za jednorazowy przejazd autobusem miejskim trzeba zapłacić €3,75, a za pociąg do stolicy ponad €20. Gdybym tylko miała trochę więcej czasu i pieniędzy, mogłabym zwiedzić te wszystkie niesamowite miasta – większość z nich znajduje się godzinę drogi stąd. Na pewno wybiorę się do kilku – nie darowałabym sobie bycia w Holandii i nie zobaczenia Amsterdamu czy Rotterdamu. Wiele z nich będzie jednak musiało poczekać na trochę luźniejszy moment w moim życiu.

Holandia sama w sobie nie jest drogim krajem. Na zakupy w markecie nie wydaję wyraźnie więcej niż w Polsce. Być może nawet mniej – ze względu na spory wybór produktów dla wegetarian czy większą „wytrzymałość” podstawowych produktów. Można krytykować skład chemiczny chleba, ale kiedy jest on wciąż bardzo dobry po trzech dniach od daty zakupu, zaczynam się zastanawiać – czy to naprawdę tak źle, że jem coś, co ma trochę więcej konserwantów, ale za to nie muszę wyrzucać ponad połowy po pierwszym dniu? Z produktów droższych niż w Polsce na pewno mogę wymienić ser, jednak jego smak rekompensuje każdy ubytek w portfelu. Najlepsze są jednak holenderskie przekąski. Moim ulubionym przysmakiem są stroopwafle. Składają się one z dwóch cienkich, okrągłych warstw i słodkiego syropu pomiędzy nimi. Tak naprawdę nie da się opisać, dlaczego stroopwafle są takie dobre. Je trzeba spróbować, najlepiej powstrzymując się przed pochłonięciem od razu całego opakowania.

To pół roku będzie dla mnie bardzo dużym wyzwaniem. Wiedziałam o tym, podejmując tę decyzję. Po raz pierwszy w życiu mieszkam sama, w miejscu gdzie prawie nikogo nie znam. Porozumiewam się z ludźmi po angielsku, czyli w języku który nie jest natywny ani dla mnie, ani dla nich. ten język w co drugim zdaniu i bardzo mnie to boli. Wiele razy palnęłam tak podstawowe błędy, że nie potrafiłam skupić się na słuchaniu drugiej osoby, bo wszystkimi myślami próbowałam anulować to, co dopiero wypadło z moich ust. Zaczęłam się też uczyć holenderskiego. Podoba mi się jego brzmienie, nawet charszcząca litera „g”. Idzie mi niewyobrażalnie wolno, nawet już nie marzę o opanowaniu tego języka do poziomu komunikatywnego. Nigdy nie miałam umiejętności lingwistycznych i do końca życia się z tym nie pogodzę. Ale próbować będę. Dla samej gimnastyki mózgu.

Tym, co sprawia mi niewyobrażalną przyjemność jest codzienna jazda na uczelnię rowerem. Nawet nie chodzi o zdrowy styl życia czy oszczędność. Najbardziej cenię tę swobodę – że mogę szybko dostać się z jednego końca miasta na drugi, że będzie to bezpieczne i na pewno się nie zmęczę. Praktycznie każda ulica ma ścieżki rowerowe wzdłuż obu krawędzi, często są one odseparowane zielenią. Teren jest zupełnie płaski – myślę, że nie zmęczyłabym się nawet pedałując przez cały dzień. Na ścieżkach rowerowych nigdy nie jestem sama, rower to po prostu część kultury. I tylko czasem trudno go gdzieś „zaparkować”, bo do każdego stojaka przyczepionych jest już sześć innych rowerów.

Holandia może się kojarzyć z wieloma rzeczami, ale dla mnie najważniejszą jest logika i pragmatyczność. Miasta są piękne i zadbane, a ludzie otwarci i pomocni. Prawo jest wymagające, a podatki duże, ale dzięki temu wszystko jest utrzymane tak, jak należy. Dopóki ludzie nie przeszkadzają sobie nawzajem, mało kto narzeka na różnorodność. Holendrzy są zajęci swoimi sprawami, nie wchodzą z butami w życie innych. Lubią ładne rzeczy, co widać w postaci zadbanych ogródków oraz nietypowych sklepików (na przykład widziałam taki, którego całym asortymentem były mebelki do domków dla lalek). Z drugiej strony nie przywiązują uwagi do „symboli luksusu” i na mieście można spotkać samochody stare, pordzewiałe i pobite. Co bardziej kreatywni, ozdabiają je kolorowymi naklejkami. Rowery również rzadko kiedy błyszczą nowością. Większość z nich i tak dozna uszczerbku przy pierwszej próbie „odmontowania” ich z kupy zaparkowanych ciasno jednośladów.

Na mieście też nie ma straszących śmietników-kontenerów. Śmieci wyrzuca się do niewielkich pojemników, ze zbiornikiem pod ziemią. Przed tym, trzeba przyłożyć kartę, odblokowującą dostęp do śmietnika.

Ogólnie postęp technologiczny widać na każdym kroku. W marketach można skorzystać z mobilnego czytnika, którym skanuje się kolejne produkty, aby poznać ich cenę. Urządzenie wyświetla całą listę w ten sposób sprawdzonych przedmiotów, cenę za wszystko oraz sumę promocji. Plastikowe butelki mają kaucję 25 centów. Puste wrzuca się do maszyny znajdującej się w albo w pobliżu sklepu, aby dostać bon na zakupy. Kupując bilet na pociąg, korzysta się z karty z micro chipem. Nawet jednorazowe bilety posiadają micro chip. Bramki są na wejściu i wyjściu z peronów. Domyślam się, że pozwala to zbierać dokładne statystyki o podróżnych. Ekrany, komputery, punkty informacji – to elementy które już dobrze zdążyły się wpisać w tkankę miasta.

Nowe doświadczenie

Czy cieszę się, że pojechałam na Erasmusa? Teraz – bardzo. Nie wiem, jak będzie za pół roku, kiedy będę musiała walczyć z papierologią powyjazdową. Obecnie staram się czerpać całymi garściami z tego, co oferuje mi nauka w nowym miejscu. Chodzę na dodatkowe wykłady, odbywające się w przerwach na lunch, siedzę do nocy w bibliotece aby przeczytać chociaż ułamek tych wspaniałych książek. Staram się orientować, co się aktualnie dzieje na mieście. Najbardziej nie mogę się doczekać Dutch Design Weeku oraz festiwalu Glow. Pierwsze z tych wydarzeń to coroczne święto projektantów, składające się głównie z wystaw i warsztatów odbywających się m.in. w poprzemysłowych budynkach Philipsa. Glow natomiast ozdabia całe miasto w świecące dekoracje, przez co nocą Eindhoven zamienia się w miejsce prawdziwie magiczne.

Powoli przyzwyczajam się do tego miejsca i staram się trochę uporządkować swoje myśli, pogubione w chaosie informacji. Wciąż jednak prześladuje mnie wrażenie, że to tylko sen i za chwilę zadzwoni budzik.

Więcej

Ostatni rok studiów

Nie pamiętam kiedy ostatnio zrobiłam aż tak długą przerwę w blogowaniu – ponad półtora miesiąca minęło od daty opublikowania ostatniego wpisu. Przez ten czas kilka razy zabierałam się do pisania, ale za każdym razem brakowało mi albo energii albo inspiracji, albo po prostu moje myśli były w zupełnie innym miejscu. Cały ten rok 2017 jest dla mnie wyjątkowo intensywny. Staram się czerpać pełnymi garściami z możliwości, które nagle zaczęły się wokół mnie mnożyć. Mój już i tak ciasny kalendarz zaczął doświadczać nakładających się dat, wykreśleń, przesunięć i zmian w planach. Mimo to, to właśnie w tym chaosie czuję, że zaczynam znajdować swoją drogę.

Od września rozpoczynam naukę na politechnice w Eindhoven w ramach programu Erasmus+. Pomimo już dostarczonej tony papierów, wielu zebranych podpisów i długich godzin spędzonych w kolejce pod dziekanatem, wciąż nie zamknęłam tematu formalności. Termin wyjazdu zbliża się wielkimi krokami, więc powinnam mieć już wszystko zaklepane. Powoli zaczynam się pakować, podczas czego cierpię na dolegliwości związane z chorobą nadmiernego zbieractwa. Przez cztery lata mieszkania w Trójmieście nagromadziłam niezliczone ilości papieru w postaci notatek z zajęć, projektów w ich wszystkich fazach, książek które pomagały lub przeszkadzały mi w nauce oraz wszelkiej maści bibelotów. Z zawartości szuflad z narzędziami do pisania można by utworzyć całkiem niemały sklepik – nawet po tym jak wreszcie zrobię selekcję, które długopisy wciąż nadają się do pisania, a które jakimś cudem uniknęły śmietnika. Przeprowadzka na pół roku do miejsca znajdującego się półtora tysiąca kilometrów stąd będzie prawdziwym wyzwaniem. Ja tymczasem czuję się, jakbym wyjeżdżała na zawsze.

Ostatnie kilkanaście miesięcy mieszkałam w Gdyni. Po dwóch i pół roku spędzonych w Gdańsku, była to miła odmiana. Ciężko mi teraz ocenić, które miejsce bardziej mi odpowiadało. Wiele zależało od wynajmowanego mieszkania, właścicieli, sąsiadów. Chociaż nie raz było ciężko, nie raz miałam zbyt wiele powodów aby narzekać, to właśnie w Trójmieście zaczęłam tak naprawdę żyć. Poprzednie 20 lat, spędzone w małym miasteczku na końcu świata, mogłabym wykreślić z pamięci, nie czując większej straty. Tam, aby coś się działo, trzeba było to samemu zorganizować. Bywały wyjątki – dobrze wspominam warsztaty teatralne, w których uczestniczyłam kilka razy. Odbywające się w urokliwej wsi Mostki, łączyły ludzi z wielu miast w celu nauczenia się występowania na scenie lub poszerzenia swoich dotychczasowych umiejętności. Chociaż już wtedy zaczynałam powątpiewać, czy to aby na pewno zajęcie dla mnie, do wyboru nie było nic innego.

Potem natomiast zaczęłam naukę w Liceum Plastycznym, poświęcając średnio 4-5 godzin dziennie na dojazdy do i ze szkoły i nie mając czasu na cokolwiek poza szkołą… Chociaż – niezupełnie. Wtedy w rozkwicie były moje zainteresowania mangą i anime, naturalnie więc dołączyłam do działającego w Kielcach klubu zrzeszających fanów popkultury japońskiej. Kilka wyjazdów na konwenty, potem jeszcze więcej wyjazdów na konwenty – byle tylko starczyło na bilet na pociąg, bo na miejscu kto się przejmował jedzeniem czy noclegiem? Mimo wszystko, były to chwile. Te pojedyncze dni w kalendarzu pełnym bycia średnio szczęśliwym człowiekiem.

A potem poszłam na studia i liczba dostępnych możliwości powaliła mnie na kolana. Potrzebowałam kilku lat, aby nauczyć się rozróżniać, co jest warte mojego czasu, a co niepotrzebnie go pochłania, nie oferując zbyt wiele w zamian. Gdybym mogła cofnąć czas, pewnie zmieniłabym wiele rzeczy, dołączyła do jakiegoś bardziej zorganizowanego stowarzyszenia studenckiego niż liczne koła naukowe, nieraz rozpadające się po roku. Szukałabym możliwości uczestnictwa w warsztatach, próbowałabym swoich sił w konkursach. Trochę mniej wysiłku wkładałabym w projekty, z których i tak nie da się dostać wyższej oceny niż pięć. Został mi ostatni rok i teraz muszę się skupić na szukaniu swojej drogi po zakończeniu nauki.

Jeśli ktoś przebrnął przez trzy ostatnie akapity, pewnie zastanawia się, jaki jest cel wspominania przeszłości w takiej formie. Przez ostatnie cztery lata tak wiele się działo, że nie miałam zbyt wiele czasu na myślenie o tym, co było. A może to nowe miejsce sprawiło, że wszystko co było wcześniej przestało się liczyć. Rozpoczęłam tę szaloną przygodę bez żadnej wiedzy, co mnie czeka (nie miałam wśród bliższych znajomych zbyt wielu studentów, a studentów architektury tym bardziej), i absolutnie nie byłam pewna, czy byłam na to wszystko gotowa. Teraz sytuacja ma się powtórzyć.

Został mi ostatni rok. Trudno mi w to uwierzyć – przecież dopiero co zaczęłam ogarniać studenckie życie. Do dziś gubię się w symetrycznym układzie korytarzy Politechniki Gdańskiej. I wciąż, po tych czterech latach, nie wiem co będzie dalej. Mam za sobą osiem sesji egzaminacyjnych. Pokonałam je absolutnie wszystkie, czasem tylko douczając się na kolejne poprawki. Osiem razy dostawałam nowy plan zajęć, którego na ogół do końca semestru nie udawało mi się w pełni zapamiętać. Trzy razy żegnałam znajomych z grupy czy roku, planując spotkać się kiedyś w wakacje, co oczywiście nigdy nie wychodziło. Cztery razy biegałam z wydrukiem karty ocen i nadzieją na dodatkową gotówkę z funduszu stypendialnego, dwa razy się udało. Trzy razy uczestniczyłam w konferencji z własnym referatem i trzy razy wiązało się to z załatwianiem wszystkiego kilkukrotnie, dla pewności że wyjdzie. Chciałam brać udział w konkursach, wysyłać projekty do zagranicznych firm, uzupełniać to swoje portfolio… Na to czasu już nie starczyło. Chciałam wyjechać za granicę, uczestniczyć w warsztatach, poznawać nowe miejsca… Po czterech latach się udało.

Mam 24 lata, 6 miesięcy i czuję się starym człowiekiem. Koniec studiów to jak koniec życia, a przynajmniej koniec fantastycznej przygody, z której trzeba powrócić do szarej rzeczywistości. Do tej pory trochę krytykowałam ludzi, którzy biorą urlopy dziekańskie, powtarzają całe semestry, zmieniają kierunki po dwóch latach… Teraz im zazdroszczę, bo przed nimi o wiele więcej tego, co ja mam w większości za sobą. Niestety, każda impreza kiedyś się kończy. Trzeba będzie znowu iść do pracy, wynegocjować stawkę za którą da się utrzymać. Znajomi z gimnazjum już dawno są po ślubach, niektórzy wyposażyli się w odpowiedniej wielkości gromadkę dzieci. To zdecydowanie nie jest sposób życia dla mnie. Za bardzo cenię sobie wolność. Czy można być wolnym człowiekiem siedząc za biurkiem w korpo? Przywykniesz, mówią inni. Mam jeszcze rok, aby im uwierzyć.

Mimo wszystko, jestem przekonana, że dam radę. Wbrew obiegowej opinii, studia nauczyły mnie bardzo wiele. Przy okazji wpoiły miłość do architektury, która jeszcze parę lat temu w ogóle nie istniała. Nie wiem, co będzie dalej. Być może to mój ostatni post, który czytacie w języku polskim. Być może ostatni o zerowej wartości merytorycznej.

Więcej

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Szybko mija mi pierwszy semestr studiów magisterskich. Kilka niezwykle wyjątkowych miesięcy, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że wybór grupy międzynarodowej, czyli zajęć prowadzonych w języku angielskim, był zdecydowanie strzałem w dziesiątkę. Nie sposób wyliczyć plusów studiowania w takiej grupie, od zupełnie niepowtarzalnych znajomości i zwiększania wiedzy o świecie, do szlifowania tego nieszczęsnego języka angielskiego, bez którego w obecnych czasach nie ma w ogóle sensu wychodzić z domu czy włączać komputera. Ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o zupełnie nietypowych zajęciach z urbanistyki, zupełnie innych niż wszystkie ćwiczenia z tego przedmiotu jakie miałam do tej pory. W tym wpisie przedstawię Wam prototypowanie projektu urbanistycznego, czyli stworzenie makiety w skali 1:1, które to zadanie czekało na moją grupę w ten piątek i sobotę.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Być może słyszeliście słowo „prototyp” nie raz. Oznacza ono mniej więcej wersję testową jakiegoś produktu, wykonaną często z tanich materiałów i przeznaczoną do prezentacji działania oraz funkcji danego przedmiotu. Prototypować można też usługę lub aplikację na telefon, choć w tym drugim przypadku częściej widzę określenie „wersja alfa”. Prototypowanie jest też elementem znanej i lubianej ostatnio metodyki „design thinking”, polegającej na generowaniu jak największej liczby pomysłów, wyławianiu najlepszych, testowaniu i udoskonalaniu aż to otrzymania produktu optymalnego, najlepszego (metoda ta bywa czasem krytykowana za to, że zanim została nazwana w ten sposób, identyczne praktyki stosowali niemal wszyscy projektanci). Czy można natomiast sprototypować projekt przebudowy całej dzielnicy? Sama zadawałam sobie liczne pytania, kiedy na pierwszych zajęciach z urbanistyki prowadzący przedstawili nam harmonogram ćwiczeń.

Chyba powinnam zacząć od opisu całego projektu. W przeciwieństwie do wszystkich poprzednich poprzednich zajęć z urbanistyki, tym razem zamiast dzielić się na 2-3 osobowe zespoły, wszyscy pracujemy razem nad jednym projektem. Około czterdziestu osób, z czego połowa to Polacy oraz dwoje prowadzących, którzy przeprowadzali już podobne projekty ze studentami m.in. na ulicy Długiej w Gdańsku. Moje grupa dostała pod lupę gdyńską dzielnicę Witomino-Radiostacja, w przypadku której miasto miało już przygotowane plany rewitalizacji. Jest to dzielnica znajdująca się dość blisko centrum Gdyni, jednak oddzielona lasem. Większość zabudowy stanowią bloki z wielkiej płyty. Dzięki współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych, mamy naprawdę duże możliwości oraz cenne wsparcie merytoryczne. Tym, co mnie jednak cieszy najbardziej, jest fakt, że projekt ma duże szanse zostać urzeczywistniony w postaci wytycznych do konkursu urbanistycznego na projekt rewitalizacji Witomina-Radiostacji, na którą miasto przeznaczyło 15 mln zł.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Praca w tak dużym zespole jest dla mnie dziwna. Przez całe życie unikałam jak ognia wszelkich działań w grupie i kiedy tylko się dało, starałam się wybierać projekty indywidualne. Chyba to jednak nie jest najlepsza droga dla osoby, która w przyszłości chciałaby tworzyć wielkie projekty. W pojedynkę to obecnie można zbudować co najwyżej szafę. Generalny „remont dzielnicy”, wymaga natomiast naprawdę wielu osób, gdyż wiąże się z przeprowadzaniem wywiadów z mieszkańcami, wieloma obserwacjami, wnioskami, analizą potrzeb. To bardziej proces niż projekt, gdyż samo ułożenie elementów przestrzeni było bardzo zmienne. Jeśli ma być zrobione dobrze, to wymaga też przetestowania i na tym właśnie polegały te nietypowe ćwiczenia.

W trzech lokalizacjach wprowadziliśmy nowe rozwiązania tymczasowe

Pierwszym z nich była ulica Nauczycielska, a konkretnie plac-parking zajmujący ogromną przestrzeń i ukoronowany ogromnym śmietnikiem z kontenerami wyeksponowanymi w centralnym punkcie. Przed tym terenem znajdują się pozostałości dawnej Biedronki i właśnie od tej strony, pod górkę, wjeżdża najwięcej samochodów, często z nadmierną prędkością. Jest to też trasa uczęszczana przez pieszych, ale niewyposażona w żaden chodnik. Projekt zakładał zamianę części miejsc parkingowych i większości placu w przestrzeń zieloną. Podczas prototypowania pomalowaliśmy chodnik w zielone kropki, umieściliśmy ławki i stoliki oraz odpowiednio oznaczyliśmy teren projektu. Spodziewaliśmy się narzekających kierowców, jednak okazało się, że i ci docenili tymczasowe zmiany. Największe zainteresowanie wzbudziliśmy wśród dzieci, które zaczęły grać w piłkę na zakropkowanym chodniku. Widocznie na Witominie brakuje przestrzeni, które mogłyby służyć takim celom. Inni przechodnie chętnie dzielili się swoimi opiniami, a niektórzy nawet opowiadali jak dzielnica wyglądała wcześniej. Wśród rozmaitych opisywanych braków w przestrzeni dzielnicy, wiele potrzeb się powtarzało – chodniki, kosze na śmieci, lepsze oświetlenie i ławki. Osób narzekających było o wiele mniej, a słowa krytyki nie dotyczyły elementów projektu a samego faktu, że coś się dzieje.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Kolejnym terenem zmian było puste miejsce pomiędzy kilkoma blokami oraz budynkiem Stowarzyszenia Vitava (świetlicy dla dzieci). Na sporej przestrzeni umieszczono jedynie betonowy stolik do ping-ponga oraz piaskownicę zagrodzoną wysokim płotem. Oba elementy nie spełniają swojej funkcji, podczas gdy mieszkańcom brakuje ławek, placu zabaw dla dzieci czy zwykłego chodnika (przez zieleń prowadzi krzywa, wydeptana ścieżka). Na tym terenie zorganizowaliśmy miejsce do grilla oraz tymczasowy plac zabaw stworzony z opon i desek. Pojedynczym mieszkańcom przeszkadzały te elementy, jednak większość aprobowała takie zmiany. Niektórzy pytali, czy mogliby sami zrobić sobie w tym miejscu grilla, a dzieci prosiły nas aby nie zdejmować huśtawek z opon. Jedna pani nawet pytała, czy nie moglibyśmy zostać dłużej.

Największym terenem tymczasowych zmian było miejsce po dawnych kortach tenisowych. Umieszczone pod lasem, schowane za skarpami na których powstało jedyne nowe, grodzone osiedle na Witominie-Radiostacji. Obok znajduje się stadion Arki, wykorzystywany tylko przez piłkarzy klubu. Opisywana przestrzeń jest tematem wielu planów, najgłośniejszy z nich zakłada budowę kolejnego stadionu, być może również zamkniętego dla mieszkańców Witomina. Jak się nietrudno domyślić, większość zapytanych przechodniów wolałaby inne zagospodarowanie tego terenu. Moja grupa zaproponowała wybieg dla psów (ten okazał się za mały), skatepark oraz dużo przestrzeni otwartej, służącej mieszkańcom i wyposażonej w wszystkie niezbędne urządzenia. Tym, co mnie pozytywnie zaskoczyło najbardziej, było to, że mieszkańcy osiedla grodzonego wcale nie chcą się izolować od reszty Witomina. Dzieci ze wszystkich części dzielnicy bawiły się razem, a jeden pan z nowych budynków wyraził nawet potrzebę takiej integracji. Być może po prostu brakuje przestrzeni, które mogłyby temu sprzyjać.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Warto przypomnieć, że około połowy mojej grupy stanowią studenci nie mówiący po Polsku. Jak się okazało, nie stanowiło to większego problemu. Polacy zajęli się wywiadami z mieszkańcami, podczas gdy pozostała część zespołu obsługiwała elementy projektu oraz pilnowała lub zabawiała dzieci. Bariera językowa nie przeszkodziła w realizacji prototypowania, a obecność osób z innych krajów nawet przyciągała zainteresowanie projektem.

Testowanie nowych rozwiązań urbanistycznych dało nam bardzo wiele informacji. Od historii i potrzeb ludzi do wiadomości zwrotnej, czy nasze pomysły mogłyby się sprawdzić. Dla mnie taka forma projektowania jest zupełną nowością. Już zaczynam rozumieć, dlaczego obecnie coraz częściej słyszę, że urbanistyka zamienia się w socjologię. Wydaje mi się, że głównego elementu zmian w przestrzeni nie stanowiły ławki przywiezione z LISu czy chodnik pomalowany na zielono, a ludzie, którzy ożywili tę przestrzeń. Być może mieszkańcy bloków lubią, jak się coś dzieje, ale nie mają odwagi aby podjąć inicjatywę. Zauważyłam, że stałym elementem prototypowania były twarze wyglądające z okien czy ludzie opierający się o balustrady balkonów, wpatrując się w dziejące się akcje. Jestem bardzo ciekawa, czy te dwa dni, które na chwilę ożywiły Witomino, zainspirują kogokolwiek do lepszego wykorzystywania tej przestrzeni.

Prawdziwym celem projektu jest jednak przygotowanie analiz i wytycznych do konkursu na rewitalizację dzielnicy.

Więcej

Ile kosztują studia architektoniczne

Jakiś czas temu opublikowałam tutaj wpis opowiadający o studiach architektonicznych. Spotkał się on z całkiem sporym zainteresowaniem i stał się jednym ze źródeł wiedzy w Internecie o tym kierunku. Dostałam jednak maila, w którym czytelniczka zaznaczyła, że nie znalazła we wpisie informacji, której poszukiwała. Zapytała mnie, ile studia architektoniczne kosztują. Rzeczywiście, w wymienionym wpisie nie padła żadna cena, mimo że sama szukałam takich informacji przed rozpoczęciem swoich studiów. Myślę, że to temat warty nadrobienia. Nawet jeśli kwota będzie inna dla każdej uczelni i dla każdego miasta, osoby rozważające ten kierunek będą mogły poznać rząd wielkości oraz typową listę zakupów przeciętnego studenta architektury. Więc zacznijmy od początku.

Rekrutacja

Proces rekrutacji na każdej uczelni przebiega inaczej i trzyma się innych zasad. Niektóre uniwersytety i politechniki wymagają opłaty rekrutacyjnej za każdy wybrany kierunek osobno, podczas gdy na innych jedna wpłata zapewni szanse starania się dostać na dowolną liczbę kierunków. Tym co łączy architekturę na wszystkich publicznych uczelniach jest obowiązkowy egzamin wstępny. Oznacza to, że na czas jego trwania trzeba przyjechać na wybraną uczelnię, więc (o ile nie jest to uczelnia w mieście zamieszkania) trzeba doliczyć dodatkowy koszt dojazdu. Ten egzamin składa się z kilku części, których przeprowadzenie może odbywać się w różnych dniach, co wiąże się z koniecznością noclegu. Każda uczelnia powinna zaoferować wtedy możliwość przenocowania w akademiku.

Jak wyglądała moja sytuacja? Na Politechnice Gdańskiej opłata rekrutacyjna wynosi 85 zł dla większości kierunków, jednak architektura wyjątkowo kosztuje 150 zł. Płacąc 150 zł nie trzeba płacić dodatkowych 85 zł jeśli chce się na drugim, trzecim i kolejnym miejscu umieścić kierunki-alternatywy. Pamiętam, że umieściłam na swojej liście chyba z 10 kierunków, bo totalnie nie wierzyłam, że dostanę się na pierwszy z nich :).

Komputer

Jeśli myślisz, że uda Ci się przetrwać pięć lat na rozsypującym się laptopie pamiętającym jeszcze Windowsa XP, szybko przekonasz się, że życie na bułkach z chlebem posmarowanych nożem aby zaoszczędzić na lepszego kompa jest całkiem ciekawym wyzwaniem. Oczywiście żartuję – są o wiele lepsze sposoby, aby mieć dobrego kompa w niższej cenie.

  1. Kupienie słabszego komputera stacjonarnego zamiast lepszego laptopa i ulepszanie go w trakcie studiów. To rozwiązanie wybrałam ja i – choć nie raz żałowałam, że będąc na uczelni miałam zawiązane ręce – na dłuższą metę milion razy dziękowałam sobie za taką decyzję. Komputer stacjonarny daje ogromne możliwości rozbudowy. W czasie gdy inni wymieniają całe laptopy, słono za to płacąc, Ty dokupujesz kolejną kość RAM, drugą kartę graficzną, a w nagłym przypływie gotówki umieszczasz w pudle dysk SSD. Poza tym, komputery stacjonarne są mniej zawodne i nie są narażone na uszkodzenia mechaniczne (np. nagłe hamowanie autobusu) oraz kradzież.
  2. Kupienie komputera używanego, na przykład od wyjeżdżającego studenta. Na grupie na fb mojego wydziału co jakiś czas pojawiają się oferty sprzedaży komputerów. Na ogół te urządzenia mają naprawdę dobre parametry, wybrane pod kątem właśnie architektury, czyli głównie modelowania i renderingu. Znane portale z ofertami i ogłoszeniami przedstawiają ogromną ofertę używanych kompów. Ogromnym plusem takiego wyboru jest fakt, że urządzenie zostało przetestowane przez dotychczasowego właściciela, więc najprawdopodobniej nie należy do tych psujących się zaraz po opuszczeniu sklepu.
  3. Wyszukanie produktów outletowych, powystawowych, z dużych sklepów komputerowych. W ten sposób wyposażyłam się w tablet, który służył mi do pisania, tworzenia prezentacji i drobnej grafiki oraz oglądania filmów, kiedy byłam poza domem. Taki wybór nie daje o wiele niższej ceny niż oryginalna, ale zawsze to kilkadziesiąt-kilkaset złotych do kieszeni, a otrzymane urządzenie będzie miało taką samą gwarancję jak kupione jako nowe (to jednak warto doczytać, bo każdy sklep rządzi się swoimi prawami).

Podsumowując tą część wpisu: na pewno będziesz potrzebować komputera. Czy to będzie komputer stacjonarny czy laptop – to będzie podstawowa decyzja do podjęcia. Prawda jest taka, że w pierwszym przypadku cena może być rozłożona w czasie (dokupywanie nowych podzespołów), natomiast w drugim ogromny wkład będzie potrzebny na samym początku.

Zalet laptopa nie trzeba nikomu przedstawiać. Mobilność to niezbędna cecha każdego ambitnego studenta, a pożądana tego, który zamierza wieść koczowniczy tryb życia, zmieniając mieszkania co kilka miesięcy. Podczas ćwiczeń z projektowania, a także na okienkach w planie zajęć, praca na laptopie zaowocuje tym, że nocą nie trzeba będzie zarywać długich godzin nad projektem. Plus, uwierz lub nie, będziesz robić projekty na ostatnią chwilę. Widok osoby poprawiającej planszę na podłodze w drukarni nie jest niczym dziwnym na studiach architektonicznych. Tylko komputer przenośny pozwoli Ci poprawiać plansze na podłodze w drukarni. Ja natomiast mam swoją małą stację kontroli nad wszechświatem, potocznie zwaną komputerem stacjonarnym i zastanawiam się, czy dokupienie drugiego monitora to bardziej nieodzowna konieczność czy pruderyjna fanaberia.

W mailu od czytelniczki padło pytanie, czy od początku studiów pracuje się na komputerach. Moja odpowiedź: i tak i nie. Z jednej strony już na pierwszym roku trzeba przygotować rozmaite prezentacje, czasami złożyć jakąś małą planszę itp. Z drugiej, prowadzący wtedy najbardziej dążą do tego, aby wszystko było tworzone ręcznie. Na pewno od samego początku nie będzie się tworzyć skomplikowanych projektów, wymagających silnego procesora lub renderów sprawiających, że karta graficzna zamienia się w głośnik puszczający dubstep. Jeśli nie udało Ci się uzbierać na porządny komputer do początku roku akademickiego, nie ma czym się martwić. Tak naprawdę to pewna kreska i umiejętności kompozycyjne wyróżniają dobrego architekta, a nie znawstwo oprogramowania. Revita można się nauczyć w jeden dzień, a materiałów do tego jest w Internecie multum. Na dłuższą metę dobry komputer to jednak wybawienie i, szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie studiów architektonicznych bez takiego. Zbyt słaby komputer zaburza natomiast proces twórczy. Nie da się swobodnie projektować, kiedy po każdym kliknięciu trzeba poczekać kwadrans na wykonanie przez komputer potrzebnych obliczeń.

Oprogramowanie

Doszliśmy do tego momentu, kiedy mogę wreszcie napisać coś pocieszającego. Zdecydowaną większość niezbędnego oprogramowania otrzymasz za darmo jako student. Kluczowe firmy, takie jak np. Autodesk, oferują bezpłatną licencję edukacyjną na swoje programy, a to oznacza, że pobierzesz AutoCADa, Revita, 3ds Maxa czy Robota, nie wydając na to ani złotówki. ArchiCADa, czyli konkurencję rewita, studenci architektury również mogą pobrać za darmo i bezpłatnie odnawiać licencję co roku, aż do ukończenia studiów. Pozostałe programy, których będziesz używać, często mają swoje darmowe odpowiedniki lub zniżkę dla studentów.

Oprócz wymienionych, na pewno zaprzyjaźnisz (lub tak jak ja – pokłócisz) ze SketchUpem, czyli takim jakby „Paintem 3D”. Program ten posiada darmową wersję Make, której spokojnie można używać do podstawowych zastosowań. Wersja płatna pozwala natomiast, m.in. na import plików DWG (z AutoCADa) oraz export PDFów. Innym programem do modelowania 3D jest Rhino, który wydał mi się bardziej wygodny i intuicyjny. Studenci automatycznie dostają na niego około 80% zniżki i także po ukończeniu studiów mogą wykorzystywać ten program do użytku komercyjnego. Niestety to wciąż około tysiąca złotych, co dla szarego studenta może być ceną zaporową.

Na studiach będziesz mieć w mniejszym lub większym stopniu do czynienia z grafiką komputerową. Od obrabiania wizek do sklejania plansz, od tworzenia ideogramów czy logotypów, do przygotowywania portfolio. Photoshop i Illustrator, czy pakiet Corela to na szczęście nie jedyne programy służące do takich celów. Za darmo, do grafiki wektorowej można ściągnąć Inkscape, a do rastrowej Gimpa. Są to jednak narzędzia toporne, mocno nieintuicyjne i brakuje w nich wielu funkcji. Jakiś czas temu Andrzej polecił mi pakiet fimy Affinity. Są to programy konkurujące z Adobe, jednak charakteryzujące się niską ceną i brakiem subskrypcji. Przetestowałam i przekonałam się. Potem też poleciłam Affinity kilku osobom, a teraz korzysta z tych programów chyba z połowa studentów architektury na moim roku. A przynajmniej połowa tych, których pytałam :).

Na liście niezbędnych programów oczywiście znajdzie się o wiele więcej pozycji. Jednak edytor tekstu, arkuszy kalkulacyjnych i prezentacji to rzecz niezbędna na każdym kierunku studiów, więc nie będę się rozpisywać na ten temat.

Przybory

ile kosztują studia architektoniczne

Zdecydowanie będziesz potrzebować wszelkiego rodzaju szkicowników, notesów, bloków i papieru większych formatów. Niejednokrotnie przeżyjesz śmierć jakiegoś ołówka czy długopisu, nie mówiąc już o mazakach czy cienkopisach. Podczas studiów zdążysz spokojnie wydeptać najkrótszą ścieżkę do sklepu papierniczego i zaprzyjaźnisz się z panią kasjerką. Wyprzedaż w tego typu miejscu stanie się dla Ciebie nadobowiązkową lekcją teleportacji i wyciągania królika z portfela. Jak to można podsumować w kosztach? Bardzo różnie.

Przede wszystkim, ostateczna cena będzie zależała od wybranej przez Ciebie techniki. Prowadzący ćwiczenia często będą wymagali zastosowania techniki trwałej, jednak nie będą wymagać konkretnego narzędzia, więc to od Ciebie będzie zależało czy zrobisz pracę długopisem za 60 groszy czy piórem renomowanej marki za 600 zł. Dobry długopis to podstawa, ale jego jakości nie definiuje cena. Warto rozpisać wszystkie dostępne w papierniczym na przeznaczonej do tego karteczce i wybrać taki, który połączy niską cenę z wygodą pisania. Studenci architektury często kupują jeszcze Promarkery, czyli mazaki które świetnie mieszają się ze sobą i ładnie uzupełniają rysunek cienkopisem. Jeden Promarker to koszt około 10-12 zł. Ja osobiście przeżyłam cztery lata bez Promarkerów i nic mi się nie stało. Osobiście o wiele bardziej podoba mi się akwarela i w tej technice wykonywałam kolorowe prace, choć trudno o nich powiedzieć, żeby powalały jakością.

Jeszcze jedną rzeczą jest tektura, wykorzystywana do wszelkich makiet architektonicznych i urbanistycznych. Są różne rodzaje tego materiału i znacznie różnią się ceną. Najtańsza tektura jest szara i ma bardzo dużą gramaturę, przez co ciężko się tnie i jest dość masywna. Kosztuje około 2-3 zł za arkusz B1, dlatego mniej jej szkoda gdy trzeba wymodelować większy teren. Biała tektura jest przyjaźniejsza, choć bardziej podatna na urazy w transporcie. Kosztuje jakieś 4-6 zł za arkusz, i zdecydowanie lepiej sprawdzi się do modeli budynków. Jest jeszcze kappa, której cena jest bardzo wysoka, za to tnie się bardzo wygodnie i może mieć nawet bardzo duże grubości. Z powodu oszczędności, nigdy jej nie kupowałam – znalazłam na to dobrą metodę, a konkretniej odwiedzenie marketu budowlanego. Wiele materiałów budowlanych służących do ociepleń nadaje się także do produkcji makiet . Jednym z nich jest lubiany przez studentów architektury styrodur. Ja natomiast polubiłam płytę izolacyjną pod podłogę. Tego typu materiały często zapakowane są po np. 10 sztuk, dlatego trzeba poprosić pracownika sklepu o odliczenie jednego czy dwóch arkuszy. Wtedy jest to koszt kilku złotych.

Oprócz tego, pojawią się też jednorazowe wydatki. Na zajęcia plastyczne trzeba będzie kupić farby, co jest jednorazowym wydatkiem rzędu kilkudziesięciu złotych (kilkunastu jeśli wybierzesz plakatówki, ale plakatówki to prawdziwe zło, więc raczej odradzam). Będą też zajęcia z kompozycji, na które trzeba będzie wybrać materiały. Tutaj cena również zależy bezpośrednio od Ciebie i z pewnością żaden prowadzący nie powie Ci, że musisz wykonać swoją pracę za pomocą konkretnego, bardzo drogiego, materiału.

Czy wymieniałam już wszelkie noże, kleje, linijki, ekierki i taśmy? Dolicz kolejne kilkadziesiąt złotych.

Na koniec niby podstawa, ale jednak niekoniecznie: podręczniki. Wydaje mi się, że obowiązkowych książek jest mniej na architekturze niż na innych kierunkach. Jest kilka tytułów, w które się na pewno zaopatrzysz, ale mogę je wymienić na palcach jednej ręki. Często da się je również odkupić od starszego roku. Warto jednak zaznaczyć, że architektura to taka fascynująca dziedzina, w której powstało mnóstwo ciekawych i przepięknych książek. Jeśli w nią wnikniesz, to poczujesz palącą potrzebę, aby mieć je wszystkie. Najlepiej więc wybierz sobie jak najmniejsze mieszkanie, aby zmieściło się w nim ich jak najmniej, albo rysuj w zeszycie elewację najbrzydszego kościoła z hapolu (historii architektury polskiej) jaki znasz za każdym razem kiedy niechcący kupisz kolejną.

Wydruki

Teraz zaciśnij zęby, bo to o czym dalej przeczytasz na pewno nie będzie przyjemne. Od trzeciego semestru czeka Cię co pół roku ten sam ból związany z drukowaniem plansz. Za jedną planszę trzeba zapłacić od 20 do nawet 60 zł. O ile na pierwszym roku nie ma się czym martwić, później może to nieźle nadszarpnąć mały, studencki budżet. Jeśli na przykład trzeba wydrukować 4 plansze z architektury i 2 z urbanistyki oraz 1 z jeszcze czegoś (a to konstrukcji, a to instalacji, a to seminariów obieralnych), to suma robi się bolesna. Tak naprawdę w tej sytuacji można się pocieszać jedynie tym, że poświęciło się na dany projekt naprawdę ogromne ilości czasu i wręcz należy mu się odpowiednia prezentacja. To są te momenty, kiedy zaczyna się szukać drukarni, która wykona wydruk najlepiej a nie najtaniej. Widok pięknej i jeszcze ciepłej planszy, bez plam i linii wynikających z wad drukarki, pozwoli zapomnieć o tym, co przed chwilą zobaczyło się na paragonie.

Trudno obliczyć, ile średnio wydaje się na wydruki. Oprócz plansz na koniec semestru, często po drodze pojawią się mniejsze projekty, czy nawet próbne plansze. Cena będzie wahać się od kilkudziesięciu zł na pierwszym roku do stu, dwustu czy więcej w latach kolejnych. Plansze dyplomowe, czyli tworzone na zakończenie etapu studiów (inżynierka, magisterka) powinny zostać podklejone, jednak nie oznacza to, że trzeba zamawiać specjalny wydruk, wydając fortunę. Ten sam efekt można osiągnąć za pomocą dwustronnej taśmy oraz zwykłej tektury. Pamiętaj tylko, żeby wziąć do pomocy drugą osobę, bo w pojedynkę łatwo zepsuć tego typu podklejenie.

Poza tym, jest wiele rzeczy, które będą potrzebne albo przydatne. Z urządzeń będą to drukarka i skaner oraz aparat fotograficzny. Można poradzić sobie spokojnie bez nich, ale każdy z tych przedmiotów znajdzie swoje dość szerokie zastosowanie na tym kierunku. Szczególnie drukarka. Jeśli nie posiadasz żadnej a zamierzasz kupić, rozważ taką obsługującą format A3. Wyższa cena na pewno się zwróci w czasie studiów, a czasu zaoszczędzonego na staniu w kolejce w drukarni na pewno nie zmarnujesz. Gdybym zaczynała studia bez drukarki, z pewnością bym tak zrobiła.

Opłaty za studia

Tak samo jak w przypadku wszystkich innych kierunków na uczelniach państwowych, studia architektoniczne są dla Polaków zupełnie darmowe i tak samo jak na innych kierunkach, tutaj też płaci się za powtarzanie przedmiotu. W zależności od liczby godzin, które trzeba powtórzyć, cena ta wynosi około kilkuset zł za przedmiot. Osobiście udało mi się tego uniknąć, ale warto mieć to na uwadze, zwłaszcza jeśli ma się bardziej luźne podejście do studiowania.

Podsumowanie

Przypadkiem wyszedł z tego bardzo długi wpis, więc warto wyciągnąć z niego wnioski.

Wydatki studenta architektury:

  • komputer – w zależności od wyboru czy stacjonarka czy laptop, trudno określić cenę
  • oprogramowanie – najważniejsze jest darmowe
  • artykuły papiernicze, tektura – na ogół do kilkudziesięciu zł miesięcznie, ten wydatek pojawi się nie na wszystkich semestrach
  • wydruki – od 50-100 zł do nawet 100-500 za projekty semestralne (ceny w drukarniach bardzo się różnią), nie wiem jeszcze jak w przypadku pracy magisterskiej, ale zapowiada się duży koszt

Studia architektoniczne są porównywalnie drogie, ale tak naprawdę wszystko zależy od naszych umiejętności zarządzania budżetem. Można nie być studentem architektury i o wiele więcej wydawać w kawiarniach czy restauracjach. Można przeznaczyć mnóstwo pieniędzy na imprezy i wycieczki, ubrania i urządzenia elektroniczne. Ogromnym kosztem jest wynajem mieszkania – przy tym blednie wszystko, co napisałam powyżej. Tak naprawdę, studiując architekturę, nie wydaję dużo więcej pieniędzy niż gdybym studiowała cokolwiek innego. No może wyjątkiem są te wizyty w drukarni na koniec każdego semestru. Ale można się do nich przygotować psychicznie i finansowo.

Cena nie powinna być tym, co decyduje o wyborze kierunku studiów. Jeśli kogokolwiek ona powstrzymuje, zachęcam do przeliczenia sobie wszystkich wydatków na architekturze i porównania z kosztami na jakimkolwiek innym kierunku. Tak naprawdę, różnica wcale nie będzie taka wielka, jak mogłoby się wydawać.

Więcej

Dyplom inżynierski – czyli czy da się nie zwariować z własnym projektem?

Parę dni temu oddałam swoją pracę dyplomową i mam wrażenie, że coś jest nie tak. Taka oczekiwana długo chwila, a nie przyniosła ze sobą nic magicznego. Nie było nawet fajerwerków. Niby zaczęłam sobie odhaczać wszystkie odkładane na „po dyplomie” czynności, nadrabiać sen, sprzątać w mieszkaniu… ale nie czuję tej „zmiany”, którą sobie zaplanowałam. Czas idzie dalej, życie się toczy, wciąż mam mnóstwo książek do przeczytania i filmów do obejrzenia i nikt mi nie powiedział, że teraz jest właśnie ten czas, żeby to odmienić. Bloga też zaniedbałam, po raz kolejny. Ciągle mam swoją niekończącą się listę postów do napisania i powinnam i je zacząć powoli realizować. Potrzebuję jednak napisać coś luźnego, bez tematu, wstępu, rozwinięcia i zakończenia. Bez starania się za wszelką siłę, aby ktokolwiek to przeczytał. Czy ja jeszcze umiem pisać po takiej przerwie? Pisać, Pisać, a nie parafrazować akty prawne w opisie budynku załączonym do projektu.

Sam projekt – cztery plansze formatu 100×70 – przedstawia budynek hotelu, jego wyraz estetyczny, jego zgodność z warunkami technicznymi i konstrukcyjną możliwość jego postawienia. Prezentuje zbiorowisko ścian i stropów o kompozycji dobranej bardziej szczegółowo niż jakakolwiek potrawa w kuchni. Wewnętrzne rurestwo (poprawniej: instalacje) poprowadzone bardziej lub mniej szczegółowo. Ludzi zbiegających podczas pożaru normatywną klatką schodową do normatywnych korytarzy. Wirtualnego inwestora, patrzącego, czy aby żaden metr powierzchni użytkowej się nie zmarnował.

Ale tak naprawdę ten projekt przedstawia drogę. Nie ulicę, tylko podróż w czasie przez ból (zwłaszcza pleców), łzy (kiedy trzeba pokazać portfel w drukarni) i zmęczenie (a to akurat to przez cały czas). Mimo to, bardzo rozwijającą i uświadamiającą drogę. Nie chodzi o pokonywanie kolejnych progów wytrzymałości, czy zaciekłej walkę z czasem, ramię w ramię z niedociągającą motywacją. Chodzi przede wszystkim o zniesienie samej siebie – nie tej z lustra a tej, która prawie pół roku temu zaczęła stawiać pierwsze kreski w szkicowniku i myślała, że przecież już wszystko wie i za pół roku na pewno nie okaże się, że coś się dało zrobić lepiej.

Praca inżynierska na architekturze ciągnie się przez dwa semestry – w pierwszym przygotowuje się projekt koncepcyjny, czyli całą formę budynku. Ustala się jego wymiary i kształt, przyjmuje wstępnie materiały, rozwiązania konstrukcyjne, kreuje zagospodarowanie działki. Jest to niezwykle ważny etap, gdyż każdy błąd będzie owocował następnymi w przyszłości. Na semestrze inżynierskim rozwija się przyjęte założenia, rysując szczegółowe rysunki budowlane, opracowując detale budynku i przygotowując opis. Wtedy wychodzą na wierzch wszystkie niedociągnięcia koncepcji. Wymiary przyjęte „na styk” niebezpiecznie się zawężają, coś podliczone wtedy na szybko teraz daje zupełnie inny wynik. Momentami zaczynałam być wściekła na samą siebie, że niedopilnowałam paru spraw, że nie uwzględniłam wszystkiego. Błędy z semestru poprzedniego towarzyszyły mi cały czas. Co za ponury absurd, aby o budynku decydować na semestrze szóstym, kiedy jest się kretynem?

Projekt ten dodatkowo podrażnił moje wmówione sobie wcześnie poczucie absolutnej umiejętności obsługi programów. Zwłaszcza Revita. Gdy po wakacjach otworzyłam swój plik, nie mogłam uwierzyć, jak mogłam nie odróżniać linii detalu od linii szczegółu, dlaczego unikałam wcześniej opisywania i wymiarowania projektu w tym cudownym narzędziu, przerzucając projekt dość wcześnie do topornego AutoCADa. Początek października był męczeniem się z własnym projektem. W mojej pamięci również nie zachowały się algorytmy pracy – sposoby według których oznaczałam ściany kolorami na rysunkach konstrukcyjnych, ustawienia eksportu plików tak aby w jak najmniejszym stopniu zawieszały kompa czy uporządkowanie folderów, do których zapisywałam elementy projektu.

Myślę, że jednym z ważniejszych celów tego projektu było właśnie uświadomienie, jak ważne jest przyłożenie się na samym początku, jeśli nie chce się pluć sobie w brodę na każdym kolejnym kroku. Ja za bardzo marzyłam o tym, aby zaprojektować budynek niesamowity. Chciałam stworzyć coś wyróżniającego się, nietypowego. Taka szkodliwa ambicja może prowadzić do zguby. Zwłaszcza, że ja wcale nie uważam, że celem architektury jest dążenie do stania się dziełem sztuki. Może być postrzegana w taki sposób, ale jej przeznaczeniem jest bycie użyteczną.

Na szczęście dyplom został już oddany. Pamiętam, kiedy w najcięższych momentach do tego stopnia straciłam rachubę czasu, że nie wiedziałam, czy Mikołajki już były, czy jeszcze nie. Był to koniec listopada. Teraz nagle mają być Święta, a jeszcze przed nimi sesja podstawowa na studiach. Nie jestem mentalnie przygotowana na jedno i drugie. Nie mam pomysłów na prezenty, nawet nie mam kiedy ich poszukać. Czas pozostały do odwiedzin u rodziny mam wypełniony co do minuty. Takie tam „wolne” po oddaniu dyplomu. Trochę odbiegło od oczekiwań. Zastanawia mnie, czy pierwsze od lat Święta po sesji, podobnie wypną tyłek. Chociaż do egzaminu inżynierskiego pozostanie wtedy jakiś miesiąc. To prawie cała wieczność.

Ale szczerze mówiąc, trochę nie mogę się doczekać, aż będę mogła się podpisywać inż. arch.

dyplom inżynierski - wizualizacja hotelu

Tak wygląda elewacja frontowa hotelu, który zaprojektowałam na dyplom. Sam projekt (cztery plansze) będę mogła Wam pokazać dopiero za kilka miesięcy. Poświęcę wtedy temu budynkowi dłuższy wpis, opiszę co sprawiło najwięcej trudności, a co najwięcej radości. Pewnie dorzucę jakieś przemyślenia z perspektywy czasu. Na pewno będą o wiele bardziej poukładane niż cokolwiek, co mogłoby powstać wokół tego projektu teraz.

Więcej

Czy warto iść na studia architektoniczne? 1/2

Tak, jak kiedyś odpowiadałam na pytanie czy warto iść do liceum plastycznego, tak postanowiłam zrobić podobnie w przypadku studiów, które wybrałam – architektury. Planowo taki wpis miał się pojawić dopiero po ich zakończeniu, ale uznałam, że nie chcę publikować czegoś długiego jak epopeja, więc podzielę go na pół. Pierwsza część (ta którą właśnie czytasz) opowie o przygotowaniach do rozpoczęcia tego typu studiów, o egzaminach wstępnych oraz o pierwszych trzech latach nauki. Za dwa lata spodziewajcie się kontynuacji, która przedstawi zdobywanie tytułów inżyniera oraz magistra inżyniera architekta. A jak się życie potoczy dalej – tego już nie da się do końca zaplanować. Póki co, zapraszam na pierwszą część tego małego cyklu.

Jakiś dłuższy czas temu pisałam, że dostałam się na architekturę przypadkiem – pewnym zrządzeniem losu. Kilkanaście miesięcy później wiedziałam już, że ten przypadek był jedną z najlepszych rzeczy, jakie mi się przytrafiły w życiu. Zupełnie odnalazłam się na tym kierunku. Z roku na rok coraz bardziej kręci mnie świat architektury i coraz łatwiej odrzucam jakiekolwiek inne drogi w życiu, przekonując się do tej konkretnej. Z tego powodu mój wpis będzie miał wydźwięk zdecydowanie pozytywny, zachęcający – bo uwielbiam ten kierunek i z pełnym przekonaniem mogę go polecić.

Czy warto studiować architekturę?

Dlaczego warto studiować architekturę? Bo te studia są niezwykle interesujące i pozwalają się rozwinąć w bardzo wielu dziedzinach. Jest to jedno z tych doświadczeń, które łączą nauki ścisłe (matematyka, fizyka, mechanika, konstrukcje…), humanistyczne (historia, socjologia), ekonomiczne i przede wszystkim artystyczne. Dzięki tak wszechstronnej wiedzy można mieć rozeznanie w wielu dziedzinach i w razie czego nie mieć większych problemów z zmianą wybranej drogi. Tylko czy jest powód aby ją zmieniać? Trudno powiedzieć – za to widok nie-spalonych za sobą mostów może uspokoić każdą niezdecydowaną osobę.

Zawód architekta to jednak jedna z tych profesji, o których się marzy. Kto by nie chciał podziwiać swoich projektów, zajmujących nie kilka tysięcy pikseli na jakiejś stronce internetowej (do czego sztuka zaczyna zmierzać) a całe ogromne powierzchnie terenu, pnąc się w górę i roztaczając swój obraz na wszystkie strony. Kto by nie chciał, aby jego dzieło ktoś mógł nazwać domem i pokochać. Kto by nie chciał zostawić po sobie obiektu, który byłby opiewany w czasopismach i stałby się miejscem niejednego ważnego wydarzenia – jak nie dla całego społeczeństwa to chociaż dla pojedynczych osób. Kto by nie chciał budować scenografii do życia innych ludzi, a może także i dla siebie, gdy trochę złota spłynie do portfela. Tak, to ogromna odpowiedzialność, to konieczność zdobycia zaufania i dbałość o każdy najmniejszy szczegół. To też niewyobrażalnie dużo pracy. Ale czym byłoby życie bez celów, które prawie-prawie a byłyby awykonalne?

Kiedy zaczynałam pisać ten wpis, nie miałam jeszcze praktyki w biurze architektonicznym. Moja wiedza o tym zawodzie ograniczała się do tego, co opowiedzieli o nim wykładowcy lub co wyczytałam w książkach. Teraz trochę inaczej patrzę na niektóre aspekty – a mimo to wciąż chcę zostać architektem. Takim, który co chwila musi jeździć do urzędu miasta, rozmawiać z branżystami, uzgadniać z rzeczoznawcami i poprawiać wiecznie ten sam projekt – oraz takim, który mimo tego wszystkiego wciąż znajduje w sobie siłę i kreatywność aby działać dalej, dalej tworzyć.

Jak dostać się na studia architektoniczne?

Architektura to jeden z tych kierunków, które posiadają egzamin wstępny. Ponieważ chętnych jest bardzo wielu, uczelnie muszą wyłonić wśród nich tych, którym wyraźnie zależy i którzy posiadają potrzebne umiejętności. Nie jest to na szczęście niewyobrażalnie trudny egzamin – myślę, że jeśli ktoś lubi rysować i posiada wyobraźnię przestrzenną, to bez problemu powinien sobie z nim poradzić. Ważnym jest tylko wcześniejsze rozrysowanie się na dużym formacie – 50×70 albo 100×70 cm – bo takiego wymiaru kartkę zobaczysz przed sobą na jednym z zadań.

Egzamin wstępny na architekturę wygląda inaczej na rożnych uczelniach. Mój składał się z:

  • części rysunkowej, na której trzeba było narysować dziewczynę siedzącą w kajaku, z wiosłem (rysunek z patrzenia). Co roku kompozycja jest oczywiście inna, ale na ogół łączy postać człowieka z większym przedmiotem. Na różnych uczelniach temat może być inny – na przykład rysunek może dotyczyć przedstawienia czegoś z wyobraźni. Słyszałam też o kompozycjach trójwymiarowych, na przykład wykonywanie makiet z kartonu.
  • części testowej, czyli kilku kartek z krótkimi zadaniami, bardziej na logikę i wyobraźnię niż rzeczywistą wiedzę. Moja „część na wyobraźnię” wyglądała tak.

Wiele osób decyduje się zapisać na specjalne kursy przygotowujące do tego egzaminu. Często są one niewyobrażalnie drogie. Z obserwacji widzę, że tego typu zajęcia nie gwarantują sukcesu na egzaminie, choć zdecydowanie mogą pomóc. Jeśli nie miałeś/aś wcześniej zbyt dużo kontaktu z rysunkiem, warto rozważyć tę opcję. Jednak jeśli nie masz możliwości zapisać się na taki kurs, nic straconego! Zorganizuj sobie kurs we własnym domu, kup deskę w markecie budowlanym (poproś o przycięcie do formatu 100×70) oraz kartki tego wymiaru i układaj sobie kompozycje do narysowania. Tak naprawdę do opanowania są dwie najważniejsze umiejętności:

  • zakomponowanie na kartce, czyli stworzenie rysunku, na którym zmieszczą się wszystkie wymagane przedmioty, nie będą ani za duże ani za małe
  • zadbanie o proporcje rysowanych przedmiotów, czyli stosunek ich wielkości względem siebie

W internecie można znaleźć mnóstwo poradników odnośnie rysowania, w tym jeden mój.

Oczywiście równie ważnym, co egzamin wstępny, jest wynik z matury. Najgorszym co możesz zrobić, decydując się na takie studia, jest oddanie się ćwiczeniom rysunkowym i nie zdanie egzaminu dojrzałości z braku czasu.


Pierwszy semestr

studia architektoniczne

Początek studiów to nabywanie podstawowych umiejętności oraz nadrabianie braków z poprzednich etapów edukacji. Jeśli, tak jak ja, nie miałeś/aś matematyki na poziomie rozszerzonym w szkole, przygotuj się na dłuższy romans z tym przedmiotem. Jeśli na początku nie możesz się otrząsnąć z tego, że jesteś na tych studiach, mnogość projektów sprawi, że szybko Ci przejdzie. Czego można się spodziewać:

  • projektowania i klejenia makiet – na początku będą to głównie formy składające się z prostych brył geometrycznych. Pamiętam, że długie weekendy kleiłam te nieszczęsne prostopadłościany, nie wiedząc, że jeśli nie zrobię „skrzydełek” na każdym fragmencie tektury, to makieta się nie rozleci. Nie znałam wtedy potęgi Medżika (pamiętaj, choćby nie wiem co, nigdy nie kupuj innego kleju niż Magic),
  • matmy – bo co to za inżynier, który liczyć nie potrafi. Na mojej uczelni były na szczęście bezpłatne zajęcia dodatkowe, pozwalające nadrobić zaległości. Mimo to, było trudno. Na pocieszenie powiem tylko, że na studiach typowo ścisłych matmy jest co najmniej trzy razy więcej,
  • geometrii wykreślnej – czyli przedmiotu, który na pierwszy rzut oka wygląda jakby ktoś wymyślał go będąc co najmniej w stanie zadurzenia. Kiedy rzutnie, rzuty Monge’a i punkty niewłaściwe zaczną nabierać sensu, możesz poczuć się jakby nagle odblokował Ci się kolejny zmysł albo ktoś pokazał Ci Narnię za wieszakami z ubraniami w Twojej własnej szafie,
  • rysunku – aby nie zapomnieć, jak się trzyma ołówek,
  • rysunku architektonicznego – który znacznie się różni od tego powyżej
  • materiałów budowlanych – abyś dowiedział(a) się, czym jest cegła, ile jest jej odmian i czy aby na pewno którejś nie zapomniałeś/aś,
  • historii architektury powszechnej – przedmiotu wymagającego nie tylko solidnej teorii, zapamiętania wszystkich nazw, stylów i autorów ale i umiejętności narysowania rzutów i elewacji najważniejszych budynków – z pamięci!
  • technik komputerowych, na których poznaje się m.in SketchUpa, czyli takiego Painta dla architektów,
  • ergonomii – w formie wykładów,
  • a także języka obcego i wychowania fizycznego.

Drugi semestr

studia architektoniczne

Na mojej uczelni był bardzo mocno powiązany z pierwszym, ponieważ większość przedmiotów kontynuowało swój bieg. Dołączyło za to kilka nowych, czyniąc tym samym drugi semestr jednym z najtrudniejszych:

  • mechanika budowli – coś, co sprawiło, że zaczęłam rozumieć jak to jest totalnie nie rozumieć. Nigdy wcześniej nie miałam problemów z nauczeniem się czegokolwiek – co najwyżej brakowało mi materiałów, czasu albo zapału. Tutaj, posiadając wszystkie trzy wartości, długo nie potrafiłam zrozumieć, o co chodzi. Czułam się totalnie za głupia, praktycznie jak nigdy. Dostępne źródła różniły się między sobą oznaczeniami i założeniami, co jeszcze bardziej wszystko utrudniało. Kiedy zdałam ten przedmiot w sesji poprawkowej, czułam się, jakby ktoś zdjął mi z serca co najmniej ołowianą belkę,
  • historia urbanistyki,
  • budownictwo – polegające na razie jedynie na zapoznaniu się z rysunkiem technicznym i występującymi w nim oznaczeniami.

Po tym semestrze trzeba było zaliczyć praktykę budowlaną, polegającą na odwiedzeniu wybranej przez studenta budowy przez jeden etap i stworzeniu książeczki ze zdjęciami i opisami, co konkretnie się działo podczas wykonywanych prac. Ja wybrałam sobie budynek wielorodzinny na Wyspie Spichrzów, natrafiając na jeden z najciekawszych etapów budowy – fundamentowanie.

Przed semestrem trzecim trzeba też było wybrać sobie małą wieś z zabudową tradycyjną i przeprowadzić w niej inwentaryzację. Mnóstwo rysunków i mapek było jedynie zapowiedzią tego, co miało mnie czekać na kolejnym semestrze.


Trzeci semestr

studia architektoniczne

Powoli zaczynasz wątpić, że istnieje życie pozaAutoCADowe. Projektowanie dotychczasowych kompozycji ustępuje miejsca prawdziwemu zadaniu architektonicznemu – trzeba zaprojektować dom jednorodzinny. Pamiętam, że bardzo stresowało mnie to zadanie, bo wydawało mi się, że kompletnie brakuje mi wiedzy, aby taki projekt zrobić. Aby dobrać materiały budowlane, ich grubości i połączenia i jeszcze umieć to narysować. W tym temacie napisałam dwa posty – pierwszy w trakcie projektowania i drugi, przedstawiający efekt końcowy. Wtedy też zdecydowałam, że nigdy nie będę używać SketchUpa do projektowania architektury.

Nowości na trzecim semestrze to:

  • ruralistyka – nauka o wsiach, wbrew pozorom wcale nie taki łatwy przedmiot, zwłaszcza jeśli chodzi o część wykładow,ą
  • przyroda – nauka o formach ochrony fauny i flory, uwarunkowaniach przyrodniczych terenu itp.,
  • historia architektury współczesnej – przedmiot który kochałam za to, że ograniczył się jedynie do wykładów. Uważam, że niektóre współczesne budynki są „nienarysowywalne”,
  • urbanistyka – na razie głównie w teorii, a w praktyce wymagająca jedynie zaprojektowania placu.

Trzeci semestr skupiał się na projektowaniu w małej skali i uwarunkowaniach przyrodniczych i kulturowych.


Czwarty semestr

studia architektoniczne

Był zupełnie inny od poprzednich. Zadaniem na projektowaniu był budynek wielorodzinny, co początkowo wydawało mi się bardzo prostym zadaniem. Skoro zaprojektowałam dom jednorodzinny, narysowałam jego rzuty, przekroje, elewacje i plan zagospodarowania, to teraz wystarczy zrobić to samo na większą skalę. Zaszalałam więc i zrobiłam budynek trudny konstrukcyjnie, a jak się później okazało – jeszcze trudniejszy w dopilnowaniu kwestii bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Poza tym, mój budynek był ogromny. Nie znając jeszcze dobrze Revita, długie noce poprawiałam rzuty w AutoCADzie, regulując grubości linii i połączenia ścian. Projekt budowlany na tym semestrze był ciężkim zadaniem, zawierał bardzo wiele elementów i ostatecznie przyjął formę plansz złożonych do naprawdę niemałej książeczki. Na urbanistyce również powiększył się zakres – tym razem do zaprojektowania był zespół budynków mieszkaniowych z niedużymi usługami.

Na czwartym semestrze dołączyły też nowe przedmioty:

  • konstrukcje budowlane – przez cały semestr w grupach opracowywaliśmy projekt jednego budynku, wyliczając ręcznie zbrojenie i obciążenia. Dodatkową trudnością były rysunki, które musiały być zrobione bardzo dokładnie, z konkretnymi oznaczeniami i nazwami,
  • HAPOL – historia architektury polskiej, postrach wszystkich studentów; przedmiot wymagający bardzo szczegółowej wiedzy, a także umiejętności narysowania budynku na podstawie notatek z wykładu i zdjęcia pokazywanego na rzutniku,
  • pojawiają się też seminaria obieralne, czyli dodatkowy przedmiot, który można sobie wybrać z listy, ja poszłam na zajęcia dotyczące przestrzeni podziemnej miasta,
  • rzeźba – na której każdy wykonał głowę z gliny.

Dodatkowo, pod koniec czekała nas praktyka hapolowska. Polegała ona na narysowaniu rzutu, przekroju lub elewacji istniejącego obiektu. Zadanie wykonywane w grupach, wymagające więcej wysiłku niż mogłoby się wydawać, ponieważ wszystko musiało być odmierzone z bardzo dużą dokładnością.


Piąty semestr

studia architektoniczne

Nie zliczę, ile razy słyszałam, że piąty semestr to prawdziwe piekło. I choć nie raz wyrywałam sobie włosy z głowy, nie wiedząc jak zorganizować godziny w swoim kalendarzu, aby wystarczyło na wszystko, ostatecznie poradziłam sobie z nim prawie bez bólu. Prawie, bo moja przygoda z hapolem rozciągnęła się na sesję poprawkową. To z kolei zaowocowało przepisaniem i przerysowaniem tych samych rzeczy co najmniej 2 razy. Tych kilkudziesięciu kartek B5. Także konstrukcje były kontynuowane, choć tym razem skupiały się na stali i korzystały z programu Robot.

Na projektowaniu architektonicznym do wykonania był nieduży budynek użyteczności publicznej, a na urbanistyce większe osiedle mieszkaniowo-usługowe.

Piąty semestr to jednak przede wszystkim nowości:

  • socjologia – przedmiot wydawałoby się, że lekki i przyjemny, a mimo to wymagający czytania i myślenia,
  • fizyka budowli – głównie dotycząca przenikania ciepła i wilgoci przez przegrody, charakterystyki energetycznej i komfortu termicznego – brzmi strasznie, ale w rzeczywistości nie jest tak źle,
  • akustyka – na której projektuje się salę widowiskową dostosowaną do konkretnej funkcji i liczby osób tak aby każdy widz wszystko dobrze widział i słyszał,
  • kompozycja – w miejscu rysunku i malarstwa, przedmiot na którym odchodzi się od prób wiernego przedstawienia, a skupia na układzie plam i linii oraz doborze materiałów,
  • teorie architektury współczesnej – w formie wykładu,
  • percepcja – która była dziwna.

Kontynuowany jest hapol, konstrukcje budowlane, projektowanie architektoniczne i urbanistyczne, a także pojawiają się nowe seminaria obieralne do wyboru. Ja zapisałam się na ideogramy architektury.


Szósty semestr

studia architektoniczne

Czyli ostatni omawiany w tym wpisie. Wiele razy słyszałam, że jest to najłatwiejszy semestr ze wszystkich i w sumie biorąc pod uwagę wyłącznie sesję, to by się zgadzało. Nie mieliśmy w niej ani jednego egzaminu. Oczywiście co to by była za sesja, podczas której student może spokojnie iść spać? Roboty było i tak bardzo dużo.

W tym semestrze główną trudnością była duża liczba przedmiotów projektowych. Oprócz zwykłego projektowania architektonicznego i urbanistycznego doszło projektowanie przeddyplomowe, na którym rozpoczęliśmy coś, czego będziemy bronić na dyplomie. Do wyboru projekt hotelu albo akademika. Oprócz samej części architektonicznej trzeba było zaprojektować wszystkie niezbędne instalacje w budynku, a także konstrukcję, czyli ustalić podpory i kierunki oparcia, układ konstrukcyjny i technologię.

W międzyczasie trzeba było znaleźć czas na projekt drugiego dużego budynku. Wybór funkcji był zależny od katedry. Ja projektowałam przychodnię zdrowia. Urbanistyka również wymagała więcej pracy, ponieważ projekt dotyczył zagospodarowania całej dzielnicy w Gdańsku albo Gdyni. Bardzo obszerne analizy doprowadziły do poprowadzenia nowych dróg, rozplanowania funkcjonalnie terenu i poprowadzeniu komunikacji publicznej, ale także zaprojektowaniu konkretnych miejsc, które miały się stać najważniejszymi punktami. Bardzo ciekawe ale i wymagające zadanie. Nowością była inżynieria miejska i drogowa. Ominę ten przedmiot zasłoną ciszy.

Na seminaria obieralne wybrałam sobie projektowanie parametryczne. Najwspanialsze zajęcia na świecie dotyczące czegoś, z czym chciałabym związać swoją przyszłość. Wymyślanie algorytmów generujących różnorakie bryły opanowałam do tego stopnia, aby wykorzystać je jeszcze w elewacjach budynków na oba projektowania. Jeśli kiedyś będę miała za dużo czasu w życiu, to już wiem czemu mogłabym się kompletnie poświęcić.


Podczas tych trzech lat bardzo dużo się działo. Zaczynałam jako osoba nie wiedząca, czego się spodziewać. Teraz czuję się gotowa na kolejne dwa lata studiów architektonicznych. Znalazłam pasję w tym co robię. W nieodległej przyszłości zamierzam wrzucić krótki poradnik dla świeżych studentów tego wspaniałego kierunku. Opiszę wtedy, jak ułatwić sobie życie i nie popełnić błędów które mogą kosztować co najmniej konieczność poprawy jakiegoś egzaminu.

Architektura na każdej uczelni jest inna, ale z rozmów ze studentami wynika, że większość przedmiotów się pokrywa. Dlatego przy decyzji, czy to kierunek dla Ciebie, spokojnie możesz zadać sobie pytanie: czy chciałbym/abym uczyć się takich rzeczy i robić takie projekty? A czy dostaniesz po tym pracę? No cóż, ludzie zawsze będą potrzebować dachu nad głową .

Więcej

Przychodnia zdrowia Orłowo

Semestr szósty, podobno najłatwiejszy na całych studiach. Bajka w porównaniu do piątego, tak wszyscy mówili. Nie mam pojęcia, kiedy usłyszałam to po raz pierwszy, ale parę razy pożałowałam, że uwierzyłam. Dzięki przekonaniu, że będzie niewiarygodnie łatwo, zaangażowałam się w zbyt wiele rzeczy, chciałam być wszędzie – na konferencjach, w kołach naukowych, w wydarzeniach kulturalnych, na konkursy już czasu zabrakło. Skończyło się na tym, że maj i czerwiec przypomniały o tych wszystkich projektach semestralnych, które później odcisnęły się na długości snu i wyposażeniu w czas wolny. Nauczka na przyszłość – żadna. Znając siebie, gdybym postanowiła skupić się tylko na projektach na uczelnię w marcu czy kwietniu, to zrobiłabym tyle samo co gdy organizowałam im pojedyncze godziny, często zamiast wylegiwania się przed wyjściem na uczelnię czy dzieląc uwagę pomiędzy kilka różnych zadań. Ale powiedzmy sobie szczerze – czy w „prawdziwym życiu” będę miała pół roku na wykonanie jakiegokolwiek zadania?

Dzisiaj chciałabym przedstawić pierwszy wpis z serii „patrzcie co porabiałam przez ten semestr”. Pierwszy, bo materiału mam na co najmniej trzy. Dzisiaj przedstawię projekt przychodni zdrowia, która mogłaby stanąć w Gdyni Orłowie. Jest to piękne miejsce przy samym morzu. Pomijając galerię Klif, umieszczoną przy stacji SKM, dominuje tu zabudowa mieszkalna dwukondygnacyjna, biała. Domki o podobnych kubaturach, ale zupełnie rozmaitych kształtach – od kanciastych „kostek”, przez modernistyczne półkola po zupełnie romantyczne, finezyjne kształty elewacji. Wśród nich mogłoby stanąć prawie wszystko – oczywiście podobnej wysokości i prawie koniecznie białe.

przychodnia zdrowia orłowo

Działka, na której projektowałam przychodnię, ma bardzo nietypowy kształt. Znajduje się na końcu ulicy, jest narożna i z okien już pierwszego piętra powinno być widać morze. Takie miejsce wręcz samo z siebie inspiruje do postawienia tam czegoś niesamowitego, nietypowego i wyróżniającego się, ale w ten pozytywny sposób. I tak właśnie postanowiłam zrobić.

Chciałam tutaj podkreślić, że postanowiłam, że jeśli tylko będzie to możliwe, to będę unikać na studiach projektowania nudnych i powtarzalnych budynków. Tego typu obiekty będą mi towarzyszyć prawdopodobnie przez większą część życia, więc być może kiedyś będę miała ich dość, znudzę się i wpadnę w rutynę. Póki mogę, chcę architektonicznie poszaleć, wirtualnie stawiać budynki, przy których konstruktorzy będą łapali się za głowę, a inwestor ponownie przeliczał swój budżet. Chcę robić trudne budynki, produkujące mnóstwo pytań z zakresu budownictwa, przepisów, ekonomii. Z pewnością nie będę miała wiele okazji w życiu do zaprojektowania czegoś, co wywoła kontrowersje i na fali skrajnych ocen okrzyknięte zostanie (maka)bryłą roku… No dobra, otrzyma zaliczenie przedmiotu na studiach. Ale to pierwszy krok, kolejne będą „za chwilę”.

przychodnia zdrowia orłowo

Mając nieregularną działkę w pięknym, białym, Orłowie oraz zadany temat: przychodnia zdrowia, stworzyłam obiekt zawierający: garaż podziemny, parter składający się z trzech członów powierzchniowo nawiązujących do okolicznej zabudowy, poziom pierwszy ułożony na całej powierzchni parteru i przestrzeni pomiędzy członami oraz drugie piętro, stanowiące część parteru.

Na parterze umieściłam aptekę, rejestrację wraz z częścią administracyjno-techniczną przychodni oraz osobno przychodnię dziecięcą – dzieci zdrowych i chorych. Dwie duże windy przy wejściu głównym, oraz dwie osobne klatki schodowe prowadzą na pierwsze piętro, gdzie znajduje się większość gabinetów lekarskich, poradnia kobieca, dentysta, zespół laboratoriów oraz RTG. Miejsce na ostatniej kondygnacji przeznaczyłam na rehabilitację wraz z salą gimnastyczną, szatniami oraz tarasem pełnym kwiatów z widokiem na morze. Wizyty w przychodniach są nieprzyjemne chyba dla każdego – myślę, że takie miejsce mogłoby je nieco umilić.

przychodnia zdrowia orłowo

Nachylenie dachów do wnętrza działki nadało bryle odrobiny dynamizmu, postanowiłam więc nie tłumić tego nudną elewacją. Dzięki podstawowym umiejętnościom projektowania parametrycznego, wygenerowałam na ścianach zewnętrznych budynku pasy łamiące się na wysokości kolejnych kondygnacji. Bardzo prostym algorytmem udało mi się osiągnąć efekt, który zdecydowanie zmienił charakter białej ściany, nie wpływając znacznie na jej jednolitość. Gdyby nie nerwy i godziny poświęcone na patrzenie na napis „not responding”, mogłabym w każdy projekt włączać Rhino i Grasshoppera – mam wrażenie, że całe programowanie wizualne zostało stworzone dla kogoś kto ma na tyle mało pamięci a na tyle dużo chęci co ja.

W ten sposób powstała przychodnia zdrowia w Orłowie. Projekt, z którego jestem naprawdę zadowolona – chyba nawet bardziej niż z hotelu, który zaprezentuję w następnym wpisie.

PLANSZE

przychodnia zdrowia orłowo
przychodnia zdrowia orłowo

Poprzednie projekty:

Więcej

Budmika – konferencja studencka w pięknym Poznaniu

poznań

Ostatnio trudno mi znaleźć chwilę czasu na cokolwiek. Rozpisuję doby z dokładnością co do godziny w swoim kalendarzu, próbując przy tym uwzględnić rosnące wraz z upływem tygodnia przemęczenie i trudności w koncentracji. Czasami zaczynam wątpić, jak każdy. Innym razem cieszę się z takiego trybu życia i jestem zupełnie przekonana, że nie mogłabym inaczej. Nie dla mnie te wszystkie filozofie slow life, gdzie trzeba się zatrzymać na chwilę, pomyśleć, oddać się zadumie. Wolę poświęcić wszystkiemu część swojego czasu niż oddać się tylko jednej rzeczy. Moje życie jest za krótkie, a ja jeszcze nie wybrałam w nim jednej drogi, nie pogodziłam się z tym, że mogę być tylko jedną osobą na raz, tylko jedną indywidualnością.

Skaczę więc od dziedziny do dziedziny, szukam powołania w zupełnie odmiennych rolach, uciekam od specjalizacji, choć boję się, że to podejście zakończy się pewnego dnia ślepym zaułkiem. W tym momencie mam już co wpisać do cv, ale wciąż żadna z tych rzeczy nie jest naprawdę wartościowa. Czuję, że mogłabym lepiej wykorzystać swój czas, gdybym z czegoś zrezygnowała – ale ja się tak łatwo nie poddaję. To z kolei prowadzi do zaniedbania, ale nie do zapomnienia.

Ostatnio postanowiłam trochę bardziej pobawić się w to bycie studentem. Nie mam tu na myśli głośnych imprez w akademikach czy zmianę diety na odgrzewane w mikrofali kebaby. Studia z założenia miały polegać na nauce i właśnie taki cel najbardziej do mnie przemawia. Oprócz częstych wizyt w czytelni i prób zorganizowania czasu na działanie w kołach naukowych, postanowiłam spróbować zaprezentować referat na studenckiej konferencji. Temat już miałam, bo semestr temu porządnie przyłożyłam się do eseju z fizyki budowli. Wystarczyło doczytać jeszcze kilka książek, uszczuplić go o część wiadomości i dodać nowe. Z założenia prosta sprawa, ale jak postanowi się dużą staranność i potwierdzanie wszystkich informacji w źródłach to nagle wymarzone dwie godziny zamieniają się w dwa tygodnie. Czuję jednak, że dzięki temu w moim temacie mogę powiedzieć naprawdę wiele – i zamierzam przeznaczyć mu kilka wpisów na tym blogu. Gwarantuję, że będziecie czytać z zainteresowaniem.

Konferencja, na której zaprezentowałam swój referat to tegoroczna edycja poznańskiej Budmiki. Jest to największe wydarzenie tego typu o tematyce budowlanej w kraju. Uczestników było naprawdę wielu, a samych referatów sto pięćdziesiąt. Wybrałam więc wypłynięcie od razu na głęboką wodę, ale zupełnie tego nie żałuję.

poznań

Centrum Wykładowe Politechniki Poznańskiej jest pięknym, nowoczesnym budynkiem, którego architekt pomyślał także o świetnych widokach na ważne historycznie obiekty.

poznań
poznań

Dlaczego warto pojechać na konferencję studencką?

Trzy pełne doby spędzone w Poznaniu były zdecydowanie warte wielu godzin pracy i nieprzespanych nocy – a nawet tego stresu przed wystąpieniem publicznym. Jeszcze na miejscu kilka razy powtórzyłam sobie wypowiedź, aby mieć pewność, że wyrobię się w wyznaczonych piętnastu minutach, które później okazały się dziesięcioma. Podczas przemawiania do ludzi już nawet o niczym nie myślałam – po prostu przez ten krótki czas wyrzucałam z siebie to, co jeszcze trzymało się w pamięci krótkotrwałej, poukładanie informacji, powiązanie zdań z obrazkami na slajdach. Pytania poszły też dobrze – nikt nie trafił w jakąś czarną dziurę mojej pamięci. Potem zostało już tylko krzesło pośród widowni, głęboki oddech i odetchnięcie z ulgą. Referowanie mogłoby być zakwalifikowany jako sport ekstremalny. Zwłaszcza, że czuję teraz, że chcę więcej. Marzą mi się kolejne długie noce z zaznaczaniem na tablecie linijek w anglojęzycznych książkach wykopanych gdzieś z końca internetu. Chcę jeszcze raz przez chwilę być specjalistką z jakiejś dziedziny – może tym razem udałoby mi się przeznaczyć część uwagi na rozpoznanie z jakim odbiorem spotyka się moja wypowiedź, na wypatrzeniu z tłumu publiczności pojedynczych osób, które gdzieś tam skupiają się na swoich telefonach czy szepczą do siebie na tyłach sali – ale może i tych, którzy słuchają z zainteresowaniem. Odrobina więcej RAMu w mózgu i taki multitasking zacząłby być możliwy. Kawa niestety nie wykonała swojego zadania.

poznań
poznań

Konferencja to jednak nie tylko wygłoszenie swojego i odebranie za to dyplomu. To przede wszystkim świetna okazja do poszerzania wiedzy w sposób trochę inny niż na co dzień. Prezentacje studentów są o tyle wyjątkowe, że każdy poświęcił swojej mnóstwo czasu, wybrał temat, który go naprawdę interesuje i przekazuje to wszystko w tak krótkim czasie. Były oczywiście i prezentacje, których nie rozumiałam albo które nie potrafiły mnie zainteresować – były za to też takie, które pokazały mi coś nowego, zaprezentowały czyjś ciekawy pomysł.

Inną ważną rzeczą jest kontakt z firmami – sponsorami lub partnerami konferencji. Oprócz powrotu do domu z toną gadżetów i broszurek, dały mi one pewien obraz tego, jak wygląda branża budowlana w Polsce. Z tego co wiem, na wielu kierunkach studiów nie popiera się tego tak zwanego przemysłu, ucina się studentom skrzydła jeśli tylko próbują naukę zamienić na pracę. Na szczęście na studiach architektonicznych, lub właśnie budowlanych, istnieje o wiele bardziej życiowe podejście. Trzeba poznawać firmy, korzystać z ich materiałów i produktów – przecież nikt nie będzie kupował wszystkiego „szytego na zamówienie”. Nawet mam wrażenie, że dobrze widzianym jest poznanie wiodących firm i ich produktów.

Było też mnóstwo okazji do porozmawiania z innymi studentami – na przerwach kawowych czy imprezach towarzyszących. Tutaj niestety nie udało mi się zadziałać, bo kompletnie nie wiedziałam, jak podejść i rozpocząć rozmowę. Na pewno przydałoby się coś lepszego niż głupawe „cześć, podobał mi się twój referat”. Z tego powodu mój przypadek nie jest dobrym przykładem udanego networkingu, ale wierzę, że tylko odrobinę bardziej otwarta towarzysko osoba mogłaby nawiązać całkiem ciekawe znajomości.

Podczas konferencji, jak już wspomniałam, odbyło się kilka imprez towarzyszących. Zdecydowanie najbardziej spektakularny był koncert muzyki filmowej w Akademii Muzycznej – chyba żadne nagranie i żaden sprzęt muzyczny nie jest w stanie w pełni oddać muzyki wykonywanej przez muzyków na żywo w sali specjalnie do tego przeznaczonej. Kolejne wydarzenie, imprezę w pubie uważam za smutny niewypał, ponieważ było tak głośno, że jedyne co udało mi się robić to patrzeć się na dziwacznie ukształtowany sufit i zastanawiać się, co architekt wnętrza miał na myśli. Może to trochę sztywniackie z mojej strony, ale nie lubię głośnej muzyki, kiedy próbuję z kimś porozmawiać. To sprawia, że aby komunikat był przekazywany, trzeba znaleźć się w sferze prywatnej drugiej osoby, a to już ociera się o granicę psychicznego dyskomfortu. Mimo to, większość osób wyraźnie bawiła się dobrze.

poznań
poznań
poznań

Tego się nie spodziewałam zobaczyć na pustej ścianie szczytowej budynków

Konferencje studenckie – wady

Od powrotu z Budmiki minął już tydzień, ale dopiero teraz znalazłam chwilę czasu, aby usiąść i krótko opisać tę przygodę. To jest chyba największa wada konferencji – że takie chwilowe oderwanie się od zajęć na uczelni wytwarza mnóstwo zaległości. Na to wydarzenie przeznaczyłam naprawdę mnóstwo czasu – nie tylko trzy dni jego trwania, ale i wszelkie wcześniejsze przygotowania, załatwiania, sprawy finansowania i wreszcie sam referat. Decydując się na udział w konferencji, musiałam od początku założyć, że odbije się to bardzo na moim kalendarzu i wolnym czasie. Zgłaszając się kilka miesięcy temu, byłam przekonana, że ten semestr będzie niezwykle łatwy – bo tak mówili praktycznie wszyscy mający go już za sobą. W tym momencie jestem pewna, że odebrałam tę informację zbyt dosłownie, co teraz kosztuje mnie zarówno siedzenie po nocach jak i wstawanie przed szóstą rano aby mieć kiedy robić te wszystkie projekty. Tak że pierwsza zasada wyjazdu na konferencję brzmi – upewnij się, że będziesz mieć na to czas, albo od razu pogódź się z tym, że nie znajdziesz gratisowej puli godzin w kalendarzu, tylko czeka cię uszczuplanie czasu przeznaczonego na wszystko inne.

poznań
poznań
poznań

Pomimo to, było naprawdę warto

Przede wszystkim, przekonałam się, że jednak jestem w stanie przedstawić ludziom coś więcej niż pomysł na logo czy instrukcję do gry planszowej. Wreszcie też nauczyłam się poważnej prezentacji, nie będącej dukaniem z kartki przed ludźmi z grupy na studiach, jak to niestety wyglądało do tej pory. Okazało się to łatwiejsze niż przypuszczałam i już wiem, że za każdym następnym razem na pewno dam radę.

Coś jest też fajnego w chodzeniu po obcym mieście i nieswojej uczelni w eleganckim stroju i strasznie niewygodnych butach. Zdecydowanie nie tak wyobrażałam sobie siebie w przyszłości parę lat temu. I naprawdę się cieszę z tego, że mój dziecięcy strach że skończę bez możliwości rozwoju, na jakimś smutnym stanowisku na śmieciówce na zadupiu Polski powoli staje się już tylko nieszkodliwym cieniem. Po konferencji czuję, że czasami jednak da się osiągnąć coś więcej, jeśli przyłoży się do tego dużo energii. Nawet jeśli moje wystąpienie nie zostało nagrodzone (na co nawet nie liczyłam pośród tylu osób mających o wiele bogatsze doświadczenie niż ja), dla mnie dużym sukcesem było zaplanowanie tego wszystkiego i poradzenie sobie. Może w takim razie z resztą życia też sobie poradzę?

poznań
poznań
poznań

Ratusz w Poznaniu

poznań

Rezerwat archeologiczny na Ostrowie Tumskim

poznań

I na koniec trochę modernizmu

poznań
Więcej

Kolejny semestr, kolejny budynek

Choć sesja oficjalnie nie trwa dłużej niż dwa tygodnie, w rzeczywistości potrafi ciągnąć się w nieskończoność. Już zdążyłam się przyzwyczaić, że na miesiąc przed zakończeniem semestru zaczyna się gonitwa z oddawaniem projektów, zaliczaniem powoli odpadających przedmiotów i przygotowywaniem się do egzaminów. Ten semestr był wyjątkowo ciężki i gdyby nie to, że dałam z siebie wszystko, z pewnością nie skończyłabym z czystym kontem.

Wczoraj pożegnałam się z wyjątkowo trudnym przedmiotem – hapolem, czyli historią architektury polskiej. Oprócz znajomości nazwisk, dat i stylów, wymagana także była umiejętność narysowania z pamięci rzutów lub przekrojów wielu obiektów, co sprawiło mi zdecydowania najwięcej problemów. Na szczęście mam to już za sobą. Czuję się wolnym człowiekiem. Nie wiem, jak długo ta wiedza przetrwa w mojej pamięci, ale mam wrażenie jakby te wszystkie budynki wygrawerowano laserem na moim mózgu. Potrzebuję chwili spokoju, odpoczynku.

Albo nie.

Po sesji przychodzi zawsze ten moment, kiedy już nie wiem, co dalej robić ze swoim czasem, co umieścić w torbie jak nie ciężkie tomiszcza i zeszyty, fiszki, opracowania tematów. Na drugim końcu tej huśtawki siedzą te wszystkie filmy, książki i seriale, które też zdążyły swoje przeczekać… ale i sen, odpoczynek, luźne rozmowy przy piwie i spacer po mieście z aparatem. No i ten blog. Mam tyle ciekawych tematów w głowie, czekających na przelanie ich na cyfrowy papier, tyle myśli pozapisywanych gdzieś na marginesach.

budynek wielofunkcyjny - wizualizacja

Dzisiaj opowiem o moim projekcie budynku wielofunkcyjnego, który powstawał przez ostatni semestr i z którego jestem zadowolona, choć o wiele mniej niż z poprzednich dzieł – bo niby jest poprawny i w pełni zgodny z tematem, ale czuję, że mogłam mu poświęcić więcej czasu. Brakuje w nim efektu „wow”. Z drugiej strony, pracując nad projektem, ciężko mi ocenić, kiedy tak naprawdę jest on zakończony. Jeśli na czymś mi zależy, łatwo popadam w perfekcjonizm – tym razem udało mi się przekonać siebie, że jeśli nie oddam plansz w pierwszym terminie, to najprawdopodobniej będę miała problemy ze znalezieniem czasu na naukę do egzaminów.

Kilka słów o projekcie:

budynek wielofunkcyjny - wizualizacja

Projektując budynek użyteczności publicznej trzeba zwrócić uwagę na o wiele więcej zasad niż w budownictwie mieszkaniowym. Komplikuje się wszystko – od wysokości pomieszczeń, ochrony przeciwpożarowej, zastosowanych materiałów, do liczby toalet przypadającej na jedną osobę. Sama gastronomia jest ogromnym problemem projektowym – w życiu nie spodziewałam się, jak skomplikowany jest rozkład pomieszczeń zaplecza kuchennego restauracji. Trzeba zadbać o to, aby drogi jakie pokonuje jedzenie z kuchni nie krzyżowały się z trasą odpadków i brudnych naczyń, pilnować tego, aby poszczególne elementy sąsiadowały ze sobą (np. kuchnia i zmywalnia), aby pomieszczenia i przejścia miały prawidłowe wymiary w zależności od liczby ich użytkowników. Zaplecze socjalne to kolejny temat – prysznic, jadalnia, zlew i umywalka prawie obok siebie, bo tak każą przepisy. Należy też zadbać o dostępność dla osób poruszających się na wózku. Poza tym są jeszcze pomieszczenia związane z zaopatrzeniem, składowaniem produktów, opakowań, śmieci… Potem wchodzi kwestia doświetlenia pomieszczeń – te w których stale odbywa się praca koniecznie muszą posiadać okna. Próbując to wszystko uwzględnić w projekcie, zaczęłam się zastanawiać, ile restauracji tak właściwie spełnia te wymagania – a w ilu natomiast brakuje części socjalnej, a wiele pomieszczeń połączonych jest w jeden chaos. Znając typowe podejście przedsiębiorców do wszelkiego projektowania, zakładam że te proporcje będą bardzo smutne.

Budynki usługowe mają jednak ogromną zaletę – można z nimi architektonicznie poszaleć – a przynajmniej na poziomie projektowania na studiach. O ile w przypadku budownictwa mieszkalnego trudno byłoby sobie wyobrazić innego inwestora niż takiego, który na każdym kroku będzie patrzył na ceny poszczególnych materiałów i przeliczał metry przeszkleń, tutaj można zrobić coś niepowtarzalnego, nieskrępowanego modułowością i sztywnym obliczaniem metra powierzchni użytkowej na mieszkańca. Można tworzyć przestrzenie funkcjonalnie niekonieczne, ale estetycznie niezbędne, aby wywołać konkretny efekt. Często oglądam zdjęcia budynków z wijącymi się rampami, fragmentami elewacji wysuniętymi daleko poza bryłę budynku czy kilkukondygnacyjną wysokością pomieszczeń. Chciałabym coś takiego zrobić – i dlatego właśnie czuję się trochę zawiedziona moim projektem. Jest zbyt normalny, zbyt rzeczywisty, nie wpadłam na pozytywnie szokujący pomysł.

budynek wielofunkcyjny - wizualizacja

Budynek, który zaprojektowałam to mały obiekt wielofunkcyjny. Zaczęło się od przystanku tramwaju wodnego – taki temat był wyjściem dla projektowania na mojej katedrze. Parter budynku to głównie przestrzeń półotwarta, pełna miejsc do siedzenia, umieszczonych w kameralnych zakolach. Na pierwszym piętrze umieszczona jest restauracja, a nad nią osiem pokojów na wynajem. Jeszcze wyżej znajduje się podwójna sala konferencyjna, a z najwyższego piętra rozciąga się widok na morze i zatokę. Miejscem akcji jest Jastarnia, a konkretniej jej port – więc krajobraz jest naprawdę malowniczy.

budynek wielofunkcyjny - wizualizacja

Bryła budynku od pierwszych szkiców miała być obła – do tej pory nie stosowałam takich form, więc chciałam spróbować czegoś nowego. To niestety nie harmonizowało dobrze z otoczeniem (budynki prostopadłościenne) dzięki temu jednak powstał pomysł połączenia pełnej, kanciastej ściany od strony miasta z falującą szklaną elewacją odbijającą się w wodzie. Budynek z każdym piętrem zostawia za sobą kawałek tarasu, odsuwa się jak morska fala – choć nie dosłownie, nie na pierwszy rzut oka.

budynek wielofunkcyjny - wizualizacja

Najbardziej chyba cieszę się z efektu końcowego. Nocne wizualizacje prawie zawsze dobrze prezentują się na planszach a i kompozycję uznaję za szczególnie udaną. Dzięki temu, że samo projektowanie zakończyłam jeszcze przed sesją, miałam jeszcze trochę czasu na przemyślenie rozmieszczenia elementów i kolorystyki plansz. Nie od dziś wiadomo, że to te końcowe działania sprzedają projekt. Myślę, że to właśnie wizualizacje uzupełnione dobrą typografią i prostą grafiką rzutów to to, co sprawia, że ludzie kupują projekty typowe, że nie decydują się na indywidualne projektowanie, nie przedstawiające im (często wyidealizowanego) efektu końcowego przy pierwszym zetknięciu z pomysłem.

PLANSZE

plansza1
plansza2

Poprzednie projekty:

Więcej

Zarządzanie sesją

Dzisiejszy wpis będzie bardzo krótki. Z powodu zbliżającej się sesji brakuje mi czasu na napisanie czegoś większego, a nawet z „pomyśleniem” mógłby być problem. Po zmaganiach z esejami i innymi pisemnymi projektami, zaczynam w myślach układać zdania w podpunktach, dzielić je tytułami i podtytułami. Brzmi jak przepracowanie, ale ja czuję się wyjątkowo dobrze – nawet jeśli od ciągłego siedzenia przed komputerem plecy domagają się przerwy. Czuję się dobrze, bo znalazłam kilka skutecznych metod na poradzenie sobie z nadmiarem zadań – a dzięki czemu i wyeliminowanie zbędnego stresu. Do tej pory sposób zarządzania sesją działa; jak będzie w samej, oficjalnej, sesji – to się okaże.

Ponieważ nie jest to (i nigdy nie będzie) blog motywacyjny, potraktujcie te kilka akapitów niżej jako pewnego rodzaju dygresję. Właściwym tematem niech będzie tych kilka wizualizacji sali wykładowej na akustykę, znajdujących się na końcu wpisu. Pokazuję je, bo jestem z nich naprawdę zadowolona. Jak na zaledwie kilka godzin pracy, wyglądają naprawdę profesjonalnie.

W jaki sposób zamierzam poradzić sobie z tą sesją? Przede wszystkim, korzystam z Project Planu w swoim kalendarzu. Trochę go przerobiłam, bo potrzebowałam podziału na poszczególne dni – nie tygodnie. Jak wygląda mój Project Plan? Jest to dość spora tabelka. Poszczególne rzędy odpowiadają danym projektom, na przykład „esej z fizyki”, „praca na kompozycję”; natomiast w kolumnach oznaczyłam dni. W każdej rubryce tabeli umieszczam znak X wtedy gdy dany projekt był „chociaż ruszony”. Nie jestem tutaj skrajnie wymagająca wobec siebie. Efektów pracy może nawet nie być – najważniejsze aby o niczym nie zapomnieć i nie zaniedbać ani jednego zadania. Lepiej zaznaczyć trzy czy cztery motywujące iksy niż patrzeć na puste pola. Sama tabela ma też „pola extra”. Kolorowymi zakreślaczami oznaczyłam ważne terminy dla poszczególnych projektów – konsultacji, oddania itp. Dzięki temu, gdy daty zaczynają się zbliżać do kolorowego pola, od razu wiem, na czym koniecznie powinnam się skupić. Póki co, mój „Project Plan” sprawuje się naprawdę świetnie.

Kolejną rzeczą jest porządek na komputerze. W sesji nie ma czasu na szukanie czegoś w bałaganie typowo-studenckich kilkudziesięciu tysięcy plików. Segregacja folderami to tylko pierwszy krok w kierunku pozbycia się bałaganu. Podjęłam go już dawno, dzieląc folder „studia” na podfoldery semestrów, potem przedmiotów, a te z kolei na podatowane katalogi z poszczególnymi zadaniami i innymi grupami plików. Potrzeba o wiele więcej. Do tej pory, u mnie na dysku funkcjonowały dwa wielkie skupiska nieposegregowanych rozmaitości – folder pobierań oraz Pulpit. Tym, co przyniosło niewyobrażalną poprawę zarządzania tymi przestrzeniami było zaznaczenie jednej, małej, opcji w przeglądarce: zapytania o wybór folderu, w którym ma być umieszczony każdy ściągnięty plik. Być może są ludzie, którzy po pobraniu czegokolwiek, zawsze sumiennie przenoszą to na swoje miejsce. Po moich, cosemestralnych, posesyjnych, wielkich porządkach na pulpicie i w folderze pobierania mogę stwierdzić, że ja do nich nie należę.

Po jakimś czasie stosowania tej metody doszłam jednak do wniosku, że nie jest ona wystarczająca. Nie wszystkie pliki dało się przypisać konkretnym folderom, ale przede wszystkim – niektóre z nich były mi potrzebne tylko na chwilę. Tak, żeby coś sprawdzić i skasować. Kolejna czynność zabierająca na tyle dużo czasu, że po którymś razie po prostu przestałam to robić. Od razu wpadłam na pomysł, aby utworzyć folder „do wywalenia”, bezpośrednio w katalogu pobierań. Wszystkie pliki potrzebne tylko na chwilę umieszczam właśnie tam. Taki Kosz, tylko że bez konieczności przywracania pliku aby go podejrzeć i z „drugą szansą” przed ostateczną likwidacją pliku z dysku. Wystarczy raz na jakiś czas go oczyścić, nawet niekoniecznie sprawdzając, co się w nim kryje.

Kolejna rzecz: Facebook. Wiele porad studenckich mówi o wyłączeniu go na czas sesji, o wyrzuceniu go z zakładek, zablokowaniu w przeglądarce. Rzeczywistość pokazałaby po chwili, że w obecnych czasach nie jest to możliwe. Facebook stał się głównym narzędziem komunikacyjnym między ludźmi nie znajdującymi się w bezpośrednim otoczeniu siebie nawzajem. Oznacza to, że to właśnie tam starostka roku umieści oceny przesłane przez prowadzącego, to tam ktoś rzuci hasło aby zrobić listę do konsultacji albo stworzy ankietę odnośnie terminu jakiegoś kolokwium. Ogólnie, osoby nie wchodzące regularnie na Facebooka można rozpoznać po zadawaniu głupich pytań typu kiedy będzie egzamin, który odbył się dzień wcześniej. Zresztą, wyzbycie się Facebooka oznaczałoby nieustanne wycieczki pod dziekanat, ciągłe szukanie prowadzących i śledzenie stron internetowych wszystkich katedr na uczelni. Facebook to wielkie ułatwienie – o ile umie się je wykorzystać.

Tutaj pojawia się mój sposób na to, aby Facebook nie stał się głównym rozpraszaczem podczas nauki lub tworzenia projektów. Proste wyłączenie czatu. Dzięki temu wszystkie osoby szukające „kogokolwiek dostępnego, aby o coś zapytać” nie będą miały Ciebie na czubku swojej listy znajomych, a i sam brak zielonego kółeczka obok nazwiska zniechęca do zawracania głowy czymś – w kontekście sesyjnych egzaminów – nieistotnym. Takie rozwiązanie wygląda dość okrutnie – do czasu aż zobaczy się, że czat może być włączony tylko dla wybranych osób. Czyli kontakt do przyjaciół się nie urywa, a unikanie niepotrzebnych rozmów działa. Dwie pieczenie na jednym ogniu – choć ta fraza głupio brzmi z ust wegetarianki.

To było kilka moich nowych metod. Wszystko inne wydaje się przy nich oczywiste: to, że warto robić notatki, korzystać z kalendarza czy próbować szukać kilku zastosowań efektu jednej pracy (np. ciekawy esej można gdzieś opublikować, projekt plastyczny podarować komuś z rodziny a opracowanie zakresu na egzamin oddać komuś za tabliczkę czekolady. Czego z kolei nie warto? Zdecydowanie nie warto odcinać się od rozrywki, czytania książek, oglądania filmów i seriali. Przetestowałam ten sposób jakiś czas temu i o efektach można poczytać tutaj: O złym i mrocznym postanowieniu.

A teraz pokażę Wam moje wizualizacje sali na akustykę.

zarzadzanie sesja - sala wykladowa
zarzadzanie sesja - sala wykladowa
zarzadzanie sesja - sala wykladowa
zarzadzanie sesja - sala wykladowa

Kto zanotował, że biurko jest ustawione w złą stronę?

Więcej

Trochę inny dom wielorodzinny

W dzisiejszym wpisie przedstawię projekt mojego domku wielorodzinnego, który był głównym zadaniem projektowym minionego semestru. Parę miesięcy temu pokazałam na tym blogu obiekt jednorodzinny z semestru poprzedniego, a jeszcze wcześniej opisałam, że to zadanie wydawało mi się początkowo niezwykle trudne, jednak ostatecznie nie przysporzyło zbyt wielu problemów. Z budynkiem wielorodzinnym było zupełnie odwrotnie.

Kiedy zimą wszyscy wokół mówili, że poprzednie zadanie było niczym w porównaniu do tego, co przewidziane jest jako następne, ja ze spokojem traktowałam te ostrzeżenia niezbyt poważnie. Tamten projekt był nowością, nie wiedziałam, jak się za niego zabrać. Nie byłam też pewna, czy poradzę sobie z wykonaniem samodzielnie rysunków wykorzystujących wiedzę z budownictwa, znajomości materiałów i obsługi AutoCADa, z którym przygodę dopiero zaczynałam. Pół roku później, mając to wszystko za sobą, wydawałoby się, że następny twór projektowy będzie jedynie trochę większą powtórką z rozrywki. Wiedząc, jak zaprojektować mieszkanie, co za problem zaprojektować kilkanaście albo kilkadziesiąt mieszkań?

Zadanie okazało się jednak o wiele trudniejsze niż przypuszczałam. Ogromna przestrzeń do ogarnięcia stała się jedynie wierzchołkiem góry lodowej, a najwięcej czasu zajęło dbanie o wentylację i doświetlenie pomieszczeń, minimalizowanie przestrzeni marnowanej na komunikację i zapewnianie dostępności kanalizacji do kuchni i łazienek. Także przepisy prawne okazały się niemałym problemem – straż pożarna powinna mieć dostęp do budynku wzdłuż jego dłuższego boku, trzeba pamiętać o ewakuacji a także o dostępności dla osób niepełnosprawnych. Do tego dochodzi zastosowanie odpowiednich materiałów a także pilnowanie ciągłości konstrukcji, najlepiej tak aby brzydkie słupy nie wystąpiły nigdzie poza garażem podziemnym, a już na pewno nie na środku korytarza któregoś z mieszkań.

To było naprawdę ciekawe wyzwanie. Spośród kilku wyznaczonych działek wybrałam sobie ogromną przestrzeń z ulicą od strony południowej i wielką skarpą na północy. Tam też znajdował się OSTAB czyli obszar objęty Ogólnomiejskim Systemem Terenów Aktywnych Biologicznie, co wiązało się z zachowaniem jak największej powierzchni zielonej, albo kombinowaniem jak by tu zabudować, a oszczędzić jak najwięcej trawy.

Najlepsze jednak było to, że projekt zupełnie nie musiał być typowy. Wymogiem była wysokość do 4 pięter oraz parking podziemny, natomiast rozwiązanie samej bryły (oczywiście w granicach logiki) pozostawione zostało wyobraźni i pomysłowości studentów. Postanowiłam więc zrobić coś absolutnie nietypowego. Zaprojektowałam obiekt składający się z trzech połączonych budynków, „wychodzących” ze skarpy i posiadających rozległe przestrzenie dachów zielonych. Pomiędzy tymi budynkami można przemieszczać się na cztery sposoby – szerokim przejściem od strony ulicy, łącznikami na wysokości drugiego piętra, balkonikami na tyłach podwórka oraz garażem podziemnym. Sama bryła jest dość prosta, choć poszczególne piętra „wsuwają się” w skarpę, tworząc z przodu tarasy. Aby zminimalizować trochę formę, budynek wykończony jest betonem oraz kamieniem elewacyjnym w parterze.

Charakterystyczne są także okna. Ich formę zostawiłam na sam koniec części projektowej i miałam z nimi dość sporo zabawy. Pewnym było, że nie będą one typowe – takie nie pasowałyby do niekonwencjonalnego budynku. Postanowiłam nadać im zróżnicowany kształt, „połamanych pasów”. Zainspirowałam się tutaj ziemią (w końcu budynek przykryty jest dachem z roślinnością) – zarówno jej warstwami jak i kształtem jaskiń czy wąwozów. Takie przeszklenie później przysporzyło trochę problemów, więc przy okazji tworzenia zestawienia okien i drzwi musiałam je lekko wyprostować – tak aby część okien można było swobodnie otwierać.

W tym projekcie pojawiło się też większe pole do popisu jeżeli chodzi o architekturę zieleni. Pomiędzy budynkami zaplanowałam przestrzenie zielone, jednak postanowiłam, że będą one raczej swobodne, z roślinnością przejmującą je wedle własnych upodobań. Umieściłam tam ławeczki, lampy i kosze na śmieci, natomiast przez środek prowadzi ścieżka do schodów na balkony łączące budynki i poszczególne piętra. To miejsce stanowi także dodatkowe wyjście ewakuacyjne. Same podwórka mają na tyle mały spadek terenu, że może po nich poruszać się pojazd straży pożarnej (parter jest wysoki, więc samochód może przejechać przejściem przez te budynki – choć w normalnych sytuacjach jest ono przeznaczone tylko dla ruchu pieszego).

Druga partia zieleni rozgrywa się na dachach, gdzie umieściłam na tyle dużo substratu (ziemi), aby posadzić nawet drobne drzewka, nie mówiąc już o rozmaitych krzaczorach. Wszelkie kominy poukrywane są w betonowym labiryncie, dzielącym dach na obszary mogące stać się miejscami spotkań i wypoczynku.

Teraz czas na kilka słów o wnętrzu obiektu. Po dużej szerokości budynku można bez problemu rozpoznać, że jest to korytarzowiec. Typ ten charakteryzuje się umieszczeniem poszczególnych mieszkań po obu stronach ciągnącego się przez środek korytarza. Taka komunikacja, ze względu na oszczędność, często nie jest w żaden sposób doświetlona, ale na szczęście u mnie udało się zakończyć ją od południa przeszkleniem na całej powierzchni. Większym problemem jest przewietrzanie. Koniecznym było zastosowanie wentylacji mechanicznej, co później nieco ułatwiło samo projektowanie (brak miliona sporej wielkości kominów).

Partery przeznaczyłam głównie na lokale usługowe na wynajem, natomiast właściwa część mieszkalna rozłożona jest na trzech kolejnych piętrach w środkowym budynku, a w skrajnych na dwóch. Żadna kondygnacja nie jest powtarzalna i praktycznie nie ma dwóch takich samych mieszkań (na wyższych piętrach jest lepszy standard – dla ludzi, których stać nie tylko na dom, ale i na ładne widoczki z okna).

W budynkach wielorodzinnych istotną rolę pełnią również komórki lokatorskie. Nie umieściłam ich typowo w garażu, choć również pod ziemią. Ich miejscem stała się najodleglejsza od ulicy część budynku – ta wkopana w skarpę. Dzięki temu, każdy mieszkaniec posiada komórkę lokatorską na tej samej kondygnacji co swoje mieszkanie. Na pierwszym piętrze dodatkowo znalazło się miejsce na niewielką salę fitness.

Wreszcie czas na opis samych mieszkań. Ich projektowanie stało się dla mnie o wiele bardziej problematyczne, niż się spodziewałam. Kłopoty miałam z ciągłością pionów kanalizacyjnych, a jeszcze większe z samą szerokością mieszkań. Przez to, że w większości przypadków okna znajdują się tylko na jednej ścianie, od strony wejścia do mieszkania pozostała dość spora przestrzeń niedoświetlona. Miejsce to we wszystkich przypadkach wypełniałam łazienkami, toaletami, garderobami i pomieszczeniami gospodarczymi, co wychodziło czasem lepiej, innym razem już nie do końca.

Rozplanowywanie pomieszczeń w budynku wielorodzinnym nauczyło mnie też obserwacji. Z okazji, że w ciągu tych studiów już trzykrotnie zmieniałam miejsce zamieszkania, miałam możliwość poznać wady i zalety różnych rozwiązań. To co zwróciło moją uwagę to ogromna zmiana w postrzeganiu przestrzeni prywatnej, intymnej w domu. Dawniej, kiedy stawiano wielkie płyty i domy-kostki, najbardziej wydzielonym pomieszczeniem (poza sanitariatem) była kuchnia. Dbano, aby zapaszki nie wynosiły się spoza miejsca ich powstawania i żeby osoba gotująca miała święty spokój od reszty domowników. Podział pozostałych pomieszczeń był mniej istotny, gromadka dzieci była wrzucana do jednego pokoju, a salon stawał się jednocześnie sypialnią rodziców. Obecnie być może ludzie bardziej doceniają chwile spędzone w łóżku i potrzebują więcej prywatności. W dwóch z trzech wynajmowanych przeze mnie mieszkań kuchnia została przeniesiona do „dużego pokoju”, a jej miejsce zajęła wydzielona sypialnia. Podobne zabiegi można obserwować przy wielu remontach mieszkań w bokach.

W moim projekcie starałam się rozdzielić strefę nocną od dziennej, jednak pozostawiłam kilka mieszkań, w których kuchnia odizolowana jest od pokoju dziennego. Niełatwo tworzyć dla anonimowego odbiorcy, więc dobrą praktyką jest danie mu możliwości wyboru. Taka decyzja przyczyniła się do wprowadzania minimalnych zmian pomiędzy podobnymi mieszkaniami – na przykład wanna zamiast prysznica.

Ostatnią kwestią był podziemny garaż, który miał zapewnić miejsce na 1,2*liczba mieszkań samochodów. Poprowadziłam jednokierunkową drogę przez całe założenie, a następnie dodałam przestrzenie parkingowe po obrysie parterów. Na środku znalazło się wyjście ewakuacyjne na chodnik, przechodzące przez obszerną rowerownię. Do dyspozycji mieszkańców i przyjezdnych jest też parking naziemny na zachodniej stronie założenia.

Zaprojektowanie tak wielkiego obiektu było dla mnie naprawdę trudnym zadaniem i wymagało o wiele więcej czasu niż się spodziewałam. Nie żałuję jednak, że postawiłam sobie wysoko poprzeczkę. Cieszę się, że zrobiłam projekt wyjątkowy i niepowtarzalny. Jestem niemal przekonana, że nie miałby on szans powstać, ze względu na ogromne koszty jak na mieszkaniówkę. Zielone dachy, rozległe pasaże i tarasowa zabudowa jednak nie są domeną budynków, nie odwiedzanych przez tysiące turystów, chętnych pozostawić tam trochę zawartości portfeli. Z drugiej strony, lokalizacja w centrum miasta tak nietypowej bryły mogłaby skusić dewelopera-wizjonera.

I jeszcze pozostaje pytanie: kto zamieszkałby w tak nietuzinkowym obiekcie?

PLANSZE

Więcej