Tag: przemyślenia

Najważniejsza rzecz w nowym miejscu

Być może nie dowiecie się niczego nowego z tego wpisu, a wszystko poniżej będzie dla was zupełną oczywistością. Dla mnie nie było. Zrozumiałam to dopiero teraz, kiedy po długim czasie pełnym wątpliwości, odnalazłam się w zupełnie nowym miejscu.

Jak pewnie wiecie z poprzednich wpisów, cały semestr zimowy tego roku akademickiego spędziłam na Erasmusie w Holandii. Było to niesamowite doświadczenie, jedna z najlepszych decyzji w życiu. Nie było jednak różowo od początku do końca. Zanim odkryłam takie cuda jak Museumkaart, zanim zaczęłam aktywnie brać udział w działalności stowarzyszeń akademickich, chodzić na wykłady w czasie lunchu i eksplorować to niezbyt duże miasto, jakim jest Eindhoven, moje poszukiwania swojego miejsca bardziej przypominały próbę znalezienia tam tego, z czym miałam kontakt w Trójmieście.

Mieszkając w Gdańsku, a później w Gdyni, nie sposób nie docenić aktywności organizowanych niemal codziennie przez organizacje trójmiejskie. Najlepiej mieszkało mi się w Gdyni Redłowie, praktycznie pięć minut piechotą od Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego. Mieszkając w Gdańsku Wrzeszczu zawsze mogłam skoczyć do Parku Oliwskiego czy na Stare Miasto. Sam Wrzeszcz zresztą zaczął ostatnio kwitnąć – zwłaszcza ulica Wajdeloty i park Kuźniczki. Jakimś cudem przez długi czas nawet nie wiedziałam o istnieniu ulicy Elektryków, choć samą stocznię odwiedziłam kilka razy. A i oczywiście nie wymieniłam najważniejszego – bliskości morza, plaż różnej piękności i kontaktu z naturą, zapewnionego przez ścieżki i trasy rowerowe pośród drzew. Pomijając samo Trójmiasto, a skupiając się na aktywnościach którym lubiłam oddawać swój wolny czas, opisałabym jeszcze jeżdżenie na konwenty, granie w planszówki, rozgrywanie larpów czy nieliczne, ale wciąż fajne domówki u znajomych. Jeszcze, odwiedzanie ciucholandów i to wspaniałe uczucie kiedy wychodzisz ze sklepu z wielką siatą pełną fajnych ubrań w cenie jednego nowego T-Shirtu.

nowe miejsce

Będąc w Holandii nie do końca wiedziałam, co ze sobą zrobić. Oczywiście dużo czasu poświęcałam studiom, które były bardziej wymagające niż nauka w Polsce i rządziły się trochę innymi prawami (opiszę to dokładniej w innym wpisie). Harmonogram zajęć pozostawiał jednak dość sporo wolnego czasu, który mogłam sobie zaplanować w zupełnie dowolny sposób. Od czego więc zaczęłam? Oczywiście od szukania aktywności, którymi zajmowałam się w Polsce – klubów planszówkowych, ciucholandów (zwłaszcza, że przywiozłam ze sobą dość mało ubrań) i wydarzeń oferowanych przez miasto. Jak się okazało, miasto oferowało zadziwiająco dużą ofertę w języku angielskim, wciąż jednak czegoś mi brakowało.

Myślę, że minął cały miesiąc, zanim znalazłam swoje miejsce w Holandii i to, na co mogłabym poświęcać większość mojego czasu. A tak właściwie te kilka rzeczy, które sprawiły, że jeszcze w zeszłym tygodniu zastanawiałam się, czy dałoby się jakoś wykombinować powrót do kraju tulipanów i wiatraków. Jedną z tych rzeczy były aktywności organizowane przez stowarzyszenia studenckie na uczelni. Wystarczyło zapisać się na kilka newsletterów, dołączyć do paru grup czy po prostu wiedzieć, którą tablicę na uczelni warto obserwować niemal codziennie. Tak jak w Gdańsku organizacje studenckie głównie organizują coś tylko dla swoich członków, niezwykle rzadko i nie są to jakieś szczególnie fantastyczne aktywności, tak to, co robią stowarzyszenia studenckie w Eindhoven jest po prostu niesamowite. Wystawy, wycieczki, wykłady, imprezy, dłuższe wyjazdy i spotkania okolicznościowe – i to wszystko bez konieczności dołączenia do nich, często zupełnie za darmo, ze środków uczelni albo otrzymanych od sponsorów wydarzeń, zewnętrznych firm.

Kolejną rzeczą było długie przesiadywanie w bibliotece, milion razy lepiej zaopatrzonej niż cokolwiek, co udało mi się odwiedzić w Polsce. A jeszcze następną spotkania na uczelni w celu zrobienia wspólnie projektu na studia czy po prostu wzajemnego motywowania się do pracy nad zadaniami indywidualnymi. W Polsce praktycznie wszystkie zadania wykonywałam tylko w domu.

Jednak tak naprawdę najwspanialszą rzeczą w Holandii było samotne podróżowanie. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek w Polsce jechała gdzieś tak zupełnie sama i jednocześnie nie zamierzała spotkać kogoś już na miejscu. Do tej pory wydawało mi się to dziwne. W Holandii jednak jest tak wiele pięknych miast, że po jakimś czasie zrozumiałam, że nie ma co czekać, aż ktoś litościwie będzie chciał ze mną tam pojechać. Większość i tak nie wyrobiłaby mojego tempa odwiedzania muzeów, a za to „marnowała” czas w restauracjach i kawiarniach. Pierwsza samotna wyprawa do Amsterdamu była dla mnie doświadczeniem początkowo dziwnym, jednak kiedy zobaczyłam to miasto na własne oczy, wiedziałam, że do szczęścia nie potrzebuję drużyny pierścienia. Wszystkie informacje o miejscach są tak dobrze dostępne, że nikt nie musi mnie oprowadzać, sama doskonale wszędzie trafię (albo zabłądzę, co w kontekście doświadczenia nowego miejsca wcale nie jest negatywnym przeżyciem). Wtedy kupiłam sobie MuseumKaart, tą wspaniałą przepustkę do ponad 400 holenderskich muzeów i zapragnęłam odwiedzić chociaż 50 z nich, co oczywiście mi się udało.

nowe miejsce

Pod koniec Erasmusa jednak coraz częściej napływały do mnie te smutne myśli: a co jeśli to się kiedyś skończy? Smutniejsza była tylko odpowiedź: oczywiście, że to się skończy, przecież masz już kupiony bilet na samolot powrotny. Nie raz przechodziły mi po głowie myśli, że bez tych wszystkich muzeów i wykładów, bez stroopwafli i tego cudownego języka, już nigdy nie będę szczęśliwa. Do tego dochodziła myśl, że studia dobiegają końca, zaraz czeka mnie praca – najprawdopodobniej nudna i jednolita – bez dni wolnych, w które mogłabym zająć się swoimi zainteresowaniami i męcząca na tyle, że w weekendy pozostałoby mi już tylko spać (czyli powtórka z rozrywki z liceum, kiedy na tygodniu spałam po dwie godziny aby potem przez weekend nie wychodzić spod kołdry). A nawet zakładając posiadanie zarówno czasu jak i energii – co tak właściwie można zrobić przez dwa dni weekendu?

I nagle wylądowałam w Monachium, bez znajomości języka, bez znajomych, pracy czy kontaktów na uczelni. Poszukiwanie stażu okazało się o wiele trudniejsze, niż przypuszczałam, pomimo dobrego portfolio i wielu osiągnięć. Największym utrudnieniem okazał się jednak brak języka. O ile w Holandii nigdy tego nie odczułam, tutaj coraz częściej miałam wrażenie, że omija mnie całe życie tego ogromnego miasta, bo bariera językowa jest nie do przebicia. Google translate jest fajne, ale nie pomoże na ulicy ani w sklepie. Dodatkowo wszystkie najładniejsze miasta wydawały się całe lata świetlne stąd, a przynajmniej w odległości względnej połowy portfela w jedną stronę i połowy w drugą. Odwiedzone muzea trochę rozczarowywały, a do biblioteki chodziłam głównie po Internet, bo zakładanie przyłącza w Niemczech to temat na osobny wpis, a ten raczej nie powstanie, bo nie chciałabym za bardzo przeklinać na moim blogu.

Ze względu na egzamin (powrót do Polski) i dyplom (długie godziny przed komputerem) nie miałam zbyt wiele czasu na szukanie swojego miejsca w Niemczech. Kilka spacerów po Englischer Garten, wałęsanie się po ulicach i jeżdżenie rowerem (jeśli ktoś kiedykolwiek mieszkał w Holandii, to już nigdy nie zsiądzie z dwóch kółek) po ulicach pełnych samochodów to były pomysły, aby odkleić się na chwilę od ekranu, ale nie aby poczuć się tak samo (kamień w gardle, łzy w oczach), jak gdy patrząc na obrazy dawnych mistrzów w Rijksmuseum. I jeszcze ci wszyscy Niemcy, wiecznie zaczepiający mnie w sklepie z pytaniami typu gdzie są worki na bułki czy – wskazując na mój koszyk – gdzie znalazłam jakiś produkt, jakbym miała wypisane na czole „świetnie mówię po niemiecku”.

Dopiero po egzaminie uznałam, że czas wziąć sprawy w swoje ręce i przestać szukać w Niemczech drugiej Holandii. Jak trzeba to wydam miliony na bilety kolejowe czy nauczę się języka w jeden miesiąc. Nie dam się pokonać przez miasto w którym ludzie na co dzień chodzą w gorsetach czy skórzanych portkach, tylko dlatego, że nie mam się do kogo odezwać czy jakiś samochód prawie mnie przejechał. Jestem ponad to.
I wtedy zrozumiałam, jak głupie były wszystkie moje dotychczasowe pomysły. Bawaria. Alpy. Bawaria. ALPY. Na pewno są jakieś grupy międzynarodowe wybierające się na górskie wyprawy, może nawet ktoś coś organizuje… Długo nie trzeba było szukać. Kilka grup na fejsie, parę stron internetowych i udało mi się dołączyć do grup wyruszających w góry i w najbliższą sobotę, i w niedzielę następnego dnia. Koszt? Prawie żaden. Na specjalnym bilecie grupowym można jeździć pociągami w regionie za 7,50 euro a za 10 po całym landzie, korzystając z pociągów, autobusów itp. W ten sposób w dwa dni poznałam mnóstwo wspaniałych osób, pasjonatów łażenia po górach oraz nowicjuszy jak ja. Choć boli mnie chyba każdy mięsień, już teraz szukam grup na kolejne wyprawy.

A same Alpy są niesamowite. Każda trasa jest inna. Jako osoba początkująca dołączyłam oczywiście do grup idących w dość proste trasy. Nie ma nic gorszego niż przecenienie swoich możliwości i wybranie czegoś zbyt trudnego na początek – potem jest się takim spowalniaczem, albo powodem zmiany trasy czy rezygnacji z jej części. Czym jest jednak prosta trasa w Alpach? Kilometr drogi w górę i kilkanaście w przód. Odsłonięte zbocza, grząski teren, korzenie i kamulce pod stopami. Czyli wciąż wiąże się to z tym wspaniałym dreszczykiem emocji, zmęczeniem i bólem łydek następnego dnia. I co z tego, że od dziesięciu miesięcy regularnie chodzisz na siłownię i codziennie przejeżdżasz kilkanaście kilometrów rowerem. W górskich trasach wytrwałość jest najważniejsza, a tego nie nauczysz się na orbitreku. W zamian dostaniesz jednak piękne widoki, niesamowite krajobrazy i to poczucie satysfakcji dotykając górskiego wierzchołka (niem. Gipfel – bardzo ważne słowo, w końcu od niego pochodzi nazwa Gipfelbier :)). Góry to nietypowa roślinność, inny klimat i nowe doświadczenie – takie, które chce się powtórzyć.

Ten wpis jednak zmierzał do innego zakończenia niż wniosek, że góry są piękne. Chciałam napisać, że zmieniając miejsce zamieszkania najgorsze co można zrobić to szukać w nim tego, co znajdowało się w poprzednim. Każde miasto i każdy kraj ma swoją ofertę, którą trudno porównać nawet do miejsc sąsiadujących. Oczywiście na początku zawsze będzie czegoś brakować, czy to planszówek czy muzeów czy jeszcze innej rzeczy. Najważniejsze to jak najszybciej wypełnić tę lukę czymś innym – a wtedy może się okazać, że wcale nie jesteśmy stratni. Niezależnie, czy przyjechało się do danego miejsca na dwa miesiące praktyki czy na dłuższy, nieokreślony czas, warto poznać jego prawdziwą ofertę, nawet odrzucając na bok swoje dotychczasowe przyzwyczajenia. Na powrót do nich być może przyjdzie czas później. Może też nie przyjść nigdy, a przynajmniej nie przed ponowną zmianą miejsca zamieszkania. Czy to jednak ważne? Bez porównania, nie dowiemy się, co tak naprawdę najbardziej nas pasjonuje w życiu.

nowe miejsce

Zdecydowanie zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja w kraju nieeuropejskim. Inny klimat inspiruje zupełnie inne działania. Wtedy jednak zmiana zainteresowań jest rzeczą oczywistą. A przynajmniej tak mi się wydaje – w końcu jeszcze tego nie doświadczyłam na własnej skórze.

Więcej

Jazda na rowerze – Polska a Holandia

rower w Holandii

Rower rowerowi nierówny, ale na komfort i warunki jazdy wpływa znacznie więcej czynników niż liczba przerzutek czy prosta nawierzchnia. Jak tylko zrobiło się ciepło, na Polskie drogi wyjechało mnóstwo rowerzystów. Wybór dwóch kółek jako formy transportu jest zdecydowanie zdrowy, ekologiczny, ale ma też szerokie znaczenie kulturowe. Dla mnie jednak, przede wszystkim, wiąże się z bardzo wieloma wspomnieniami z Holandii. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o tym, jak bardzo różni się jazda na rowerze tam i w Polsce.

Choć widok roweru nikogo w Polsce nie dziwi, sporo ludzi traktuje jazdę na jednośladzie wyłącznie jako rodzaj sportu, narzędzie do ucieczki na weekend z miasta, do zrzucenia zbędnych kilogramów czy do zajęcia czymś rodziny. Mimo, że w wielu miastach jest to zdecydowanie najszybszy środek transportu, wiele osób nawet go nie rozważa. Rower stoi schowany w piwnicy, jego odkurzenie zajmie kupę czasu, a jeszcze człowiek się ubrudzi czy zapoci zanim dotrze na miejsce. W Holandii oczywiście jest inaczej – sytuacji nie trzeba nikomu przedstawiać. Po spędzeniu pół roku w kraju tulipanów, wiatraków i rowerów, oraz powrocie do Polski, mam doskonałe porównanie. Wiele różnic jest oczywistych, jednak dam głowę, że nie słyszeliście o wszystkich.

Więcej

Wyjaśnienie

Pewnie nie uwierzycie, ale przez te grube cztery miesiące, kiedy nic nie pojawiało się na tym blogu, nie było dnia abym nie myślała o kolejnym wpisie. Ten czas był jednak tak intensywny, że jak tylko zaczynałam opisywać ostatnie wydarzenia, refleksje, obserwacje… miałam wrażenie, że tylko głaskam każdy temat, pomijając jego esencję. Szczególną trudność sprawia mi podsumowanie roku 2017, które jak dotąd doczekało się kilku wersji, z czego ani jednej satysfakcjonującej. Ani jednej, która w pełni oddałaby to, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku.

Semestr na Erasmusie to nie tylko nowe miejsce, nowi ludzie i kultura. To także ogromna nawałnica przemyśleń. To prawdziwe doświadczanie różnic kulturowych, zderzenie się z totalnie nowym światem. To nieustanne porównania – krajów, doświadczeń, możliwości. To myślenie o teraźniejszości, przyszłości ale i przeszłości. To, z jednej strony, żal, że dorastało się w beznadziejnych warunkach, co będzie owocować zawsze. To, z drugiej strony, szczęście że dostało się możliwość doświadczenia życia i studiowania we wspaniałym środowisku – radość, która okazjonalnie tylko zmienia się w smutek, kiedy do głowy wpada tzw. Impostor syndrome i poczucie, że nie się nie zasłużyło na tę przygodę. Te wszystkie myśli giną jednak w natłoku wrażeń, kumulowanych z powodu limitu czasu. Chciałam skorzystać z tego wyjazdu na 200%, uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach, organizować każdy dzień jakby jutro nie miało nadejść.

W końcu jednak ten czas minął. Powiedziałabym, że od teraz czeka mnie życie na kulturalno-edukacyjnym kacu, gdyby nie to, że tak naprawdę to dopiero początek przygód. Tak naprawdę to już nigdy nic nie będzie takie jak dawniej. W końcu to mój ostatni semestr studiów magisterskich na Politechnice Gdańskiej. Teraz czeka mnie egzamin, oddanie projektu, w międzyczasie praktyka i wreszcie – obrona przed komisją. Te kilka stałych punktów w kalendarzu stanie się tylko odniesieniami do pozostałych akcji, licznych wyjazdów, godzin spędzonych w autobusie czy na lotnisku. Wróciłam do Gdańska, ale nie wróciłam do domu. Moja definicja domu rozpadła się na kawałeczki, a obecność w tym mieście trudno mi traktować inaczej niż jako dłuższą wycieczkę. Podróż, aby spotkać się z promotorem, pozałatwiać formalności, a potem wrócić do bliżej nieokreślonego miejsca, w którym będę czuć się bezpieczna i szczęśliwa.

Wciąż nie mogę określić mojej relacji z Polską i patriotyzmem. Do tej pory wierzyłam, że patriotyzm sam w sobie nie jest zły, a nacjonaliści tylko przywłaszczają sobie to określanie, adaptując je do własnej filozofii. Coraz bliżej mi jednak do twierdzenia, że patriotyzm jednak z założenia prowadzi tylko i wyłącznie do zła, inspirując do działań przeciwko integracji kulturowej. Poza tym, dlaczego miałabym darzyć większym uczuciem dany kawałek świata tylko dlatego, że jakimś przypadkiem akurat na nim się urodziłam? Rozumiem, że chodzi o kulturę, wspomnienia związane z danym terenem, czy nawet jego zasoby które podczas swojego życia zdążyłam wykorzystać. Może powinnam być wdzięczna? Chyba nie będę.

Jestem i chcę być osobą mobilną, nie przywiązaną łańcuchem do żadnego miejsca, a jeśli już miałabym się gdzieś zadomowić na stałe, niech to będzie kraina wybrana przeze mnie ze względu na jej walory, komfort życia i piękno. Polska natomiast powoli staje się miejscem, w którym już można tylko protestować. Podstawowe prawa człowieka odbierane są jedno po drugim, miasta duszą się w smogu, ceny żywności równają się z tymi na Zachodzie, podczas gdy płace nie pozwalają ludziom wytrwać od pierwszego do pierwszego. Mogę wychodzić na ulice za każdym razem, raz ze świeczką, raz z wieszakiem… ale życie mam tylko jedno. W tym jednym życiu chcę być szczęśliwa, a teraz już wiem, że szczęście istnieje.

Na koniec tego krótkiego wpisu chciałabym tylko odpowiedzieć na kluczowe w tym momencie pytanie: co się będzie działo dalej z tym blogiem? Na pewno będę potrzebować silnego impulsu, aby wrócić do regularnego pisania. Ten blog powstał ponad osiem lat temu, a założyła go zupełnie inna osoba niż ta, którą teraz jestem. Pomimo tego, że coraz więcej osób odwiedzało moją stronę, droga jaką obrałam zaczęła zniechęcać mnie do pisania. Chciałam, aby każdy wpis był bardzo konkretny i bogaty w informacje, jak porządny artykuł z dobrej gazety. Zabrakło w tym jednak mnie i tego indywidualizmu, który tak naprawdę stworzył tego bloga. Szykujcie się na naprawdę duże zmiany. To trochę potrwa, ale będzie tego warte.

Więcej

Erasmus w Holandii – pierwsze wrażenia

erasmus w holandii

Dawno już nie pojawił się nowy post na blogu. Trochę to wynika z mętliku w głowie. Przez wakacje uczestniczyłam w dwóch dwutygodniowych kursach (Belgia i Niemcy), a teraz jestem w Holandii na Erasmusie. Spełniłam co najmniej jedno ze swoich największych marzeń, a to mnie trochę przerosło. Potrzebowałam trochę więcej czasu, aby wrócić do swojej rutyny, choć i tak jestem przekonana, że nic już nigdy nie będzie jak dawniej. Zbyt wiele doświadczeń, tak różnych od dotychczasowego egzystowania.

Póki co, staram się czerpać garściami to nowe doświadczenie. Uniwersytet techniczny w Eindhoven ma ogromne zaplecze naukowe, niesamowitą bibliotekę, wspaniałą pracownię makiet, zachwycające centrum sportu oraz świetną kadrę. Bardzo wiele jednak uczę się od samych studentów – zarówno miejscowych, jak i tych, którzy przyjechali z innych krajów, ale zdążyli już przyzwyczaić się do tutejszego trybu pracy. A jest on zupełnie odmienny od tego w Polsce. Godzin zajęć z prowadzącymi – wykładów i ćwiczeń – mam naprawdę bardzo mało. Chyba nie więcej niż 10 w tygodniu, choć liczba ta zależy od czasu omówienia zadań. Prowadzący natomiast dostarczają porządne materiały, wymagają wykonania rozmaitych zadań i opierają naukę na pracy samodzielnej – indywidualnej oraz grupowej. Semestr podzielony jest na dwa kwartyle, część przedmiotów odbywa się w pierwszym, a część w drugim (wyjątkiem jest masterproject, który trwa całe pół roku). Dzięki temu można się skupić na kilku ważnych przedmiotach, a nie rozdrabniać się na mniejsze.

Napisałam wcześniej, że wiele wyciągam z doświadczeń innych studentów. Ci, praktycznie bez wyjątku, są ponadambitni. Za każdym razem, kiedy trzeba wykonać jakieś proste zadanie, oni traktują temat jako okazję to zaprezentowania swoich umiejętności. Popularną metodą pokazywania, że „coś się zrobiło” jest prezentowanie tego w formie planszy, prezentacji lub książeczki. Dodatkowe schematy, diagramy czy opisy są na porządku dziennym. Tutejszych studentów nie trzeba zachęcać aby szukali problemów i ich rozwiązań, nie trzeba im wskazywać, z kim się skontaktować aby zdobyć więcej informacji, albo po jaką książkę sięgnąć. Oni po prostu przejmują inicjatywę, chcą prowadzących zaskoczyć swoją pracą. Na początku myślałam, że to domena jednostek wybitnych, że niektórym zależy na dobrym pierwszym wrażeniu. Okazuje się, że tak po prostu działa ta uczelnia. A ja, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, poczułam się najbardziej leniwym i nieprzydatnym człowiekiem na świecie. Potrzebowałam dwóch tygodni, aby rozbudzić w sobie podobny zapał, aby zacząć wyznaczać sobie dodatkowe zadania – co by tu zrobić aby uzupełnić temat, jaka forma prezentacji wykonanego zadania mogłaby pozytywnie wpłynąć na jego odbiór. Zaczęłam też coraz więcej czasu spędzać w bibliotece.

Prawdziwie magiczna biblioteka

Z biblioteki na TU/e bardzo trudno wyjść. Nie ze względu na kręte schody i skomplikowany układ pomostów nad parterem, prowadzących do głównego wyjścia. Szczególną trudność sprawiają biblioteczne zbiory, od których naprawdę nie mogę się czasem odkleić. Całe ogromne piętro poświęcone jest samej architekturze, urbanistyce i naukom budowlanym. Od historii i teorii po technologie i środowisko. Od starych ksiąg do nowoczesnych, multimedialnych wydań. Od powszechnie znanych i cenionych tworów do takich, o których się nawet nie śniło filozofom. Na jakikolwiek temat chciałabym napisać – na taki znalazłabym co najmniej kilka tytułów. Kiedy wspominam te wszystkie lata gorączkowego klepania słów kluczowych w Chomikuja, przeklikiwania się przez dziesiątki stron Googla i przenoszenia słabej jakości zdjęć książek na pendrive’ach, aż żałuję, że nie mogłam po prostu wsiąść w samolot i tu przylecieć. Teraz mam to wszystko pod ręką, a jedyne co mnie ogranicza to głos z mikrofonu, mówiący że zbliża się dwudziesta trzecia i pora iść do domu.

Słyszałam, że w Holandii uczelnie rywalizują, która będzie miała najwspanialszą bibliotekę. Przez to nie ma oszczędzania – ani na książkach, ani na samym budynku. Zatrudniani są najlepsi architekci, a efekty widać gołym okiem. Studenci natomiast nie ignorują tych możliwości – biblioteka jest pełna od rana do wieczora, i w dni powszechne i w weekendy. Podobnie jak cały kampus – przestrzenie pomiędzy budynkami żyją, cały czas toczą się w nich rozmowy, odbywa się bardzo dużo rozmaitych wydarzeń. W takim miejscu po prostu chce się być studentem, chce się wykonywać kolejne projekty i angażować w rozmaite aktywności. Dlatego też działa mnóstwo organizacji studenckich, a każda z nich ma swoje miejsce na uczelni i mnóstwo możliwości tworzenia tego studenckiego świata.

Ach gdybym mogła tak zacząć studiować na tej uczelni od samego początku, powoli poznawać biblioteczne zbiory i zakamarki kampusu… Pewnie nie dałabym rady. Czasem przy innych zaczynam czuć się totalnym przegrywem, zaczynam wątpić, że jestem w stanie osiągnąć tyle co oni, że się nadaję. Z drugiej strony, oni mają bardzo rozmaity bagaż doświadczeń. Wielu z nich przyjechało z zupełnie odległych zakątków świata – szczególnie dużą grupę stanowią Chińczycy oraz Hindusi. Oni też musieli przywyknąć do holenderskiego trybu pracy. A może było właśnie odwrotnie. Może to ci napływowi zaczęli kręcić tym trybikiem i inspirować rodzimych studentów do podejmowania większego wysiłku, niż jest to od nich wymagane. Niezależnie od przyczyny – efekt jest niesamowity.

Holandia jako dom

Życie w Holandii wydaje się być bardzo łatwe. Zwłaszcza w dużym mieście. Holenderskie ceny produktów spożywczych, ubrań czy artykułów przemysłowych nie odbiegają znacznie od polskich. Może i benzyna jest droga, ale kto w Holandii potrzebuje samochodu? Bardziej mogą boleć ceny komunikacji publicznej, gdzie za jednorazowy przejazd autobusem miejskim trzeba zapłacić €3,75, a za pociąg do stolicy ponad €20. Gdybym tylko miała trochę więcej czasu i pieniędzy, mogłabym zwiedzić te wszystkie niesamowite miasta – większość z nich znajduje się godzinę drogi stąd. Na pewno wybiorę się do kilku – nie darowałabym sobie bycia w Holandii i nie zobaczenia Amsterdamu czy Rotterdamu. Wiele z nich będzie jednak musiało poczekać na trochę luźniejszy moment w moim życiu.

Holandia sama w sobie nie jest drogim krajem. Na zakupy w markecie nie wydaję wyraźnie więcej niż w Polsce. Być może nawet mniej – ze względu na spory wybór produktów dla wegetarian czy większą „wytrzymałość” podstawowych produktów. Można krytykować skład chemiczny chleba, ale kiedy jest on wciąż bardzo dobry po trzech dniach od daty zakupu, zaczynam się zastanawiać – czy to naprawdę tak źle, że jem coś, co ma trochę więcej konserwantów, ale za to nie muszę wyrzucać ponad połowy po pierwszym dniu? Z produktów droższych niż w Polsce na pewno mogę wymienić ser, jednak jego smak rekompensuje każdy ubytek w portfelu. Najlepsze są jednak holenderskie przekąski. Moim ulubionym przysmakiem są stroopwafle. Składają się one z dwóch cienkich, okrągłych warstw i słodkiego syropu pomiędzy nimi. Tak naprawdę nie da się opisać, dlaczego stroopwafle są takie dobre. Je trzeba spróbować, najlepiej powstrzymując się przed pochłonięciem od razu całego opakowania.

To pół roku będzie dla mnie bardzo dużym wyzwaniem. Wiedziałam o tym, podejmując tę decyzję. Po raz pierwszy w życiu mieszkam sama, w miejscu gdzie prawie nikogo nie znam. Porozumiewam się z ludźmi po angielsku, czyli w języku który nie jest natywny ani dla mnie, ani dla nich. ten język w co drugim zdaniu i bardzo mnie to boli. Wiele razy palnęłam tak podstawowe błędy, że nie potrafiłam skupić się na słuchaniu drugiej osoby, bo wszystkimi myślami próbowałam anulować to, co dopiero wypadło z moich ust. Zaczęłam się też uczyć holenderskiego. Podoba mi się jego brzmienie, nawet charszcząca litera „g”. Idzie mi niewyobrażalnie wolno, nawet już nie marzę o opanowaniu tego języka do poziomu komunikatywnego. Nigdy nie miałam umiejętności lingwistycznych i do końca życia się z tym nie pogodzę. Ale próbować będę. Dla samej gimnastyki mózgu.

Tym, co sprawia mi niewyobrażalną przyjemność jest codzienna jazda na uczelnię rowerem. Nawet nie chodzi o zdrowy styl życia czy oszczędność. Najbardziej cenię tę swobodę – że mogę szybko dostać się z jednego końca miasta na drugi, że będzie to bezpieczne i na pewno się nie zmęczę. Praktycznie każda ulica ma ścieżki rowerowe wzdłuż obu krawędzi, często są one odseparowane zielenią. Teren jest zupełnie płaski – myślę, że nie zmęczyłabym się nawet pedałując przez cały dzień. Na ścieżkach rowerowych nigdy nie jestem sama, rower to po prostu część kultury. I tylko czasem trudno go gdzieś „zaparkować”, bo do każdego stojaka przyczepionych jest już sześć innych rowerów.

Holandia może się kojarzyć z wieloma rzeczami, ale dla mnie najważniejszą jest logika i pragmatyczność. Miasta są piękne i zadbane, a ludzie otwarci i pomocni. Prawo jest wymagające, a podatki duże, ale dzięki temu wszystko jest utrzymane tak, jak należy. Dopóki ludzie nie przeszkadzają sobie nawzajem, mało kto narzeka na różnorodność. Holendrzy są zajęci swoimi sprawami, nie wchodzą z butami w życie innych. Lubią ładne rzeczy, co widać w postaci zadbanych ogródków oraz nietypowych sklepików (na przykład widziałam taki, którego całym asortymentem były mebelki do domków dla lalek). Z drugiej strony nie przywiązują uwagi do „symboli luksusu” i na mieście można spotkać samochody stare, pordzewiałe i pobite. Co bardziej kreatywni, ozdabiają je kolorowymi naklejkami. Rowery również rzadko kiedy błyszczą nowością. Większość z nich i tak dozna uszczerbku przy pierwszej próbie „odmontowania” ich z kupy zaparkowanych ciasno jednośladów.

Na mieście też nie ma straszących śmietników-kontenerów. Śmieci wyrzuca się do niewielkich pojemników, ze zbiornikiem pod ziemią. Przed tym, trzeba przyłożyć kartę, odblokowującą dostęp do śmietnika.

Ogólnie postęp technologiczny widać na każdym kroku. W marketach można skorzystać z mobilnego czytnika, którym skanuje się kolejne produkty, aby poznać ich cenę. Urządzenie wyświetla całą listę w ten sposób sprawdzonych przedmiotów, cenę za wszystko oraz sumę promocji. Plastikowe butelki mają kaucję 25 centów. Puste wrzuca się do maszyny znajdującej się w albo w pobliżu sklepu, aby dostać bon na zakupy. Kupując bilet na pociąg, korzysta się z karty z micro chipem. Nawet jednorazowe bilety posiadają micro chip. Bramki są na wejściu i wyjściu z peronów. Domyślam się, że pozwala to zbierać dokładne statystyki o podróżnych. Ekrany, komputery, punkty informacji – to elementy które już dobrze zdążyły się wpisać w tkankę miasta.

Nowe doświadczenie

Czy cieszę się, że pojechałam na Erasmusa? Teraz – bardzo. Nie wiem, jak będzie za pół roku, kiedy będę musiała walczyć z papierologią powyjazdową. Obecnie staram się czerpać całymi garściami z tego, co oferuje mi nauka w nowym miejscu. Chodzę na dodatkowe wykłady, odbywające się w przerwach na lunch, siedzę do nocy w bibliotece aby przeczytać chociaż ułamek tych wspaniałych książek. Staram się orientować, co się aktualnie dzieje na mieście. Najbardziej nie mogę się doczekać Dutch Design Weeku oraz festiwalu Glow. Pierwsze z tych wydarzeń to coroczne święto projektantów, składające się głównie z wystaw i warsztatów odbywających się m.in. w poprzemysłowych budynkach Philipsa. Glow natomiast ozdabia całe miasto w świecące dekoracje, przez co nocą Eindhoven zamienia się w miejsce prawdziwie magiczne.

Powoli przyzwyczajam się do tego miejsca i staram się trochę uporządkować swoje myśli, pogubione w chaosie informacji. Wciąż jednak prześladuje mnie wrażenie, że to tylko sen i za chwilę zadzwoni budzik.

Więcej

Ostatni rok studiów

Nie pamiętam kiedy ostatnio zrobiłam aż tak długą przerwę w blogowaniu – ponad półtora miesiąca minęło od daty opublikowania ostatniego wpisu. Przez ten czas kilka razy zabierałam się do pisania, ale za każdym razem brakowało mi albo energii albo inspiracji, albo po prostu moje myśli były w zupełnie innym miejscu. Cały ten rok 2017 jest dla mnie wyjątkowo intensywny. Staram się czerpać pełnymi garściami z możliwości, które nagle zaczęły się wokół mnie mnożyć. Mój już i tak ciasny kalendarz zaczął doświadczać nakładających się dat, wykreśleń, przesunięć i zmian w planach. Mimo to, to właśnie w tym chaosie czuję, że zaczynam znajdować swoją drogę.

Od września rozpoczynam naukę na politechnice w Eindhoven w ramach programu Erasmus+. Pomimo już dostarczonej tony papierów, wielu zebranych podpisów i długich godzin spędzonych w kolejce pod dziekanatem, wciąż nie zamknęłam tematu formalności. Termin wyjazdu zbliża się wielkimi krokami, więc powinnam mieć już wszystko zaklepane. Powoli zaczynam się pakować, podczas czego cierpię na dolegliwości związane z chorobą nadmiernego zbieractwa. Przez cztery lata mieszkania w Trójmieście nagromadziłam niezliczone ilości papieru w postaci notatek z zajęć, projektów w ich wszystkich fazach, książek które pomagały lub przeszkadzały mi w nauce oraz wszelkiej maści bibelotów. Z zawartości szuflad z narzędziami do pisania można by utworzyć całkiem niemały sklepik – nawet po tym jak wreszcie zrobię selekcję, które długopisy wciąż nadają się do pisania, a które jakimś cudem uniknęły śmietnika. Przeprowadzka na pół roku do miejsca znajdującego się półtora tysiąca kilometrów stąd będzie prawdziwym wyzwaniem. Ja tymczasem czuję się, jakbym wyjeżdżała na zawsze.

Ostatnie kilkanaście miesięcy mieszkałam w Gdyni. Po dwóch i pół roku spędzonych w Gdańsku, była to miła odmiana. Ciężko mi teraz ocenić, które miejsce bardziej mi odpowiadało. Wiele zależało od wynajmowanego mieszkania, właścicieli, sąsiadów. Chociaż nie raz było ciężko, nie raz miałam zbyt wiele powodów aby narzekać, to właśnie w Trójmieście zaczęłam tak naprawdę żyć. Poprzednie 20 lat, spędzone w małym miasteczku na końcu świata, mogłabym wykreślić z pamięci, nie czując większej straty. Tam, aby coś się działo, trzeba było to samemu zorganizować. Bywały wyjątki – dobrze wspominam warsztaty teatralne, w których uczestniczyłam kilka razy. Odbywające się w urokliwej wsi Mostki, łączyły ludzi z wielu miast w celu nauczenia się występowania na scenie lub poszerzenia swoich dotychczasowych umiejętności. Chociaż już wtedy zaczynałam powątpiewać, czy to aby na pewno zajęcie dla mnie, do wyboru nie było nic innego.

Potem natomiast zaczęłam naukę w Liceum Plastycznym, poświęcając średnio 4-5 godzin dziennie na dojazdy do i ze szkoły i nie mając czasu na cokolwiek poza szkołą… Chociaż – niezupełnie. Wtedy w rozkwicie były moje zainteresowania mangą i anime, naturalnie więc dołączyłam do działającego w Kielcach klubu zrzeszających fanów popkultury japońskiej. Kilka wyjazdów na konwenty, potem jeszcze więcej wyjazdów na konwenty – byle tylko starczyło na bilet na pociąg, bo na miejscu kto się przejmował jedzeniem czy noclegiem? Mimo wszystko, były to chwile. Te pojedyncze dni w kalendarzu pełnym bycia średnio szczęśliwym człowiekiem.

A potem poszłam na studia i liczba dostępnych możliwości powaliła mnie na kolana. Potrzebowałam kilku lat, aby nauczyć się rozróżniać, co jest warte mojego czasu, a co niepotrzebnie go pochłania, nie oferując zbyt wiele w zamian. Gdybym mogła cofnąć czas, pewnie zmieniłabym wiele rzeczy, dołączyła do jakiegoś bardziej zorganizowanego stowarzyszenia studenckiego niż liczne koła naukowe, nieraz rozpadające się po roku. Szukałabym możliwości uczestnictwa w warsztatach, próbowałabym swoich sił w konkursach. Trochę mniej wysiłku wkładałabym w projekty, z których i tak nie da się dostać wyższej oceny niż pięć. Został mi ostatni rok i teraz muszę się skupić na szukaniu swojej drogi po zakończeniu nauki.

Jeśli ktoś przebrnął przez trzy ostatnie akapity, pewnie zastanawia się, jaki jest cel wspominania przeszłości w takiej formie. Przez ostatnie cztery lata tak wiele się działo, że nie miałam zbyt wiele czasu na myślenie o tym, co było. A może to nowe miejsce sprawiło, że wszystko co było wcześniej przestało się liczyć. Rozpoczęłam tę szaloną przygodę bez żadnej wiedzy, co mnie czeka (nie miałam wśród bliższych znajomych zbyt wielu studentów, a studentów architektury tym bardziej), i absolutnie nie byłam pewna, czy byłam na to wszystko gotowa. Teraz sytuacja ma się powtórzyć.

Został mi ostatni rok. Trudno mi w to uwierzyć – przecież dopiero co zaczęłam ogarniać studenckie życie. Do dziś gubię się w symetrycznym układzie korytarzy Politechniki Gdańskiej. I wciąż, po tych czterech latach, nie wiem co będzie dalej. Mam za sobą osiem sesji egzaminacyjnych. Pokonałam je absolutnie wszystkie, czasem tylko douczając się na kolejne poprawki. Osiem razy dostawałam nowy plan zajęć, którego na ogół do końca semestru nie udawało mi się w pełni zapamiętać. Trzy razy żegnałam znajomych z grupy czy roku, planując spotkać się kiedyś w wakacje, co oczywiście nigdy nie wychodziło. Cztery razy biegałam z wydrukiem karty ocen i nadzieją na dodatkową gotówkę z funduszu stypendialnego, dwa razy się udało. Trzy razy uczestniczyłam w konferencji z własnym referatem i trzy razy wiązało się to z załatwianiem wszystkiego kilkukrotnie, dla pewności że wyjdzie. Chciałam brać udział w konkursach, wysyłać projekty do zagranicznych firm, uzupełniać to swoje portfolio… Na to czasu już nie starczyło. Chciałam wyjechać za granicę, uczestniczyć w warsztatach, poznawać nowe miejsca… Po czterech latach się udało.

Mam 24 lata, 6 miesięcy i czuję się starym człowiekiem. Koniec studiów to jak koniec życia, a przynajmniej koniec fantastycznej przygody, z której trzeba powrócić do szarej rzeczywistości. Do tej pory trochę krytykowałam ludzi, którzy biorą urlopy dziekańskie, powtarzają całe semestry, zmieniają kierunki po dwóch latach… Teraz im zazdroszczę, bo przed nimi o wiele więcej tego, co ja mam w większości za sobą. Niestety, każda impreza kiedyś się kończy. Trzeba będzie znowu iść do pracy, wynegocjować stawkę za którą da się utrzymać. Znajomi z gimnazjum już dawno są po ślubach, niektórzy wyposażyli się w odpowiedniej wielkości gromadkę dzieci. To zdecydowanie nie jest sposób życia dla mnie. Za bardzo cenię sobie wolność. Czy można być wolnym człowiekiem siedząc za biurkiem w korpo? Przywykniesz, mówią inni. Mam jeszcze rok, aby im uwierzyć.

Mimo wszystko, jestem przekonana, że dam radę. Wbrew obiegowej opinii, studia nauczyły mnie bardzo wiele. Przy okazji wpoiły miłość do architektury, która jeszcze parę lat temu w ogóle nie istniała. Nie wiem, co będzie dalej. Być może to mój ostatni post, który czytacie w języku polskim. Być może ostatni o zerowej wartości merytorycznej.

Więcej

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Szybko mija mi pierwszy semestr studiów magisterskich. Kilka niezwykle wyjątkowych miesięcy, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że wybór grupy międzynarodowej, czyli zajęć prowadzonych w języku angielskim, był zdecydowanie strzałem w dziesiątkę. Nie sposób wyliczyć plusów studiowania w takiej grupie, od zupełnie niepowtarzalnych znajomości i zwiększania wiedzy o świecie, do szlifowania tego nieszczęsnego języka angielskiego, bez którego w obecnych czasach nie ma w ogóle sensu wychodzić z domu czy włączać komputera. Ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o zupełnie nietypowych zajęciach z urbanistyki, zupełnie innych niż wszystkie ćwiczenia z tego przedmiotu jakie miałam do tej pory. W tym wpisie przedstawię Wam prototypowanie projektu urbanistycznego, czyli stworzenie makiety w skali 1:1, które to zadanie czekało na moją grupę w ten piątek i sobotę.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Być może słyszeliście słowo „prototyp” nie raz. Oznacza ono mniej więcej wersję testową jakiegoś produktu, wykonaną często z tanich materiałów i przeznaczoną do prezentacji działania oraz funkcji danego przedmiotu. Prototypować można też usługę lub aplikację na telefon, choć w tym drugim przypadku częściej widzę określenie „wersja alfa”. Prototypowanie jest też elementem znanej i lubianej ostatnio metodyki „design thinking”, polegającej na generowaniu jak największej liczby pomysłów, wyławianiu najlepszych, testowaniu i udoskonalaniu aż to otrzymania produktu optymalnego, najlepszego (metoda ta bywa czasem krytykowana za to, że zanim została nazwana w ten sposób, identyczne praktyki stosowali niemal wszyscy projektanci). Czy można natomiast sprototypować projekt przebudowy całej dzielnicy? Sama zadawałam sobie liczne pytania, kiedy na pierwszych zajęciach z urbanistyki prowadzący przedstawili nam harmonogram ćwiczeń.

Chyba powinnam zacząć od opisu całego projektu. W przeciwieństwie do wszystkich poprzednich poprzednich zajęć z urbanistyki, tym razem zamiast dzielić się na 2-3 osobowe zespoły, wszyscy pracujemy razem nad jednym projektem. Około czterdziestu osób, z czego połowa to Polacy oraz dwoje prowadzących, którzy przeprowadzali już podobne projekty ze studentami m.in. na ulicy Długiej w Gdańsku. Moje grupa dostała pod lupę gdyńską dzielnicę Witomino-Radiostacja, w przypadku której miasto miało już przygotowane plany rewitalizacji. Jest to dzielnica znajdująca się dość blisko centrum Gdyni, jednak oddzielona lasem. Większość zabudowy stanowią bloki z wielkiej płyty. Dzięki współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych, mamy naprawdę duże możliwości oraz cenne wsparcie merytoryczne. Tym, co mnie jednak cieszy najbardziej, jest fakt, że projekt ma duże szanse zostać urzeczywistniony w postaci wytycznych do konkursu urbanistycznego na projekt rewitalizacji Witomina-Radiostacji, na którą miasto przeznaczyło 15 mln zł.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Praca w tak dużym zespole jest dla mnie dziwna. Przez całe życie unikałam jak ognia wszelkich działań w grupie i kiedy tylko się dało, starałam się wybierać projekty indywidualne. Chyba to jednak nie jest najlepsza droga dla osoby, która w przyszłości chciałaby tworzyć wielkie projekty. W pojedynkę to obecnie można zbudować co najwyżej szafę. Generalny „remont dzielnicy”, wymaga natomiast naprawdę wielu osób, gdyż wiąże się z przeprowadzaniem wywiadów z mieszkańcami, wieloma obserwacjami, wnioskami, analizą potrzeb. To bardziej proces niż projekt, gdyż samo ułożenie elementów przestrzeni było bardzo zmienne. Jeśli ma być zrobione dobrze, to wymaga też przetestowania i na tym właśnie polegały te nietypowe ćwiczenia.

W trzech lokalizacjach wprowadziliśmy nowe rozwiązania tymczasowe

Pierwszym z nich była ulica Nauczycielska, a konkretnie plac-parking zajmujący ogromną przestrzeń i ukoronowany ogromnym śmietnikiem z kontenerami wyeksponowanymi w centralnym punkcie. Przed tym terenem znajdują się pozostałości dawnej Biedronki i właśnie od tej strony, pod górkę, wjeżdża najwięcej samochodów, często z nadmierną prędkością. Jest to też trasa uczęszczana przez pieszych, ale niewyposażona w żaden chodnik. Projekt zakładał zamianę części miejsc parkingowych i większości placu w przestrzeń zieloną. Podczas prototypowania pomalowaliśmy chodnik w zielone kropki, umieściliśmy ławki i stoliki oraz odpowiednio oznaczyliśmy teren projektu. Spodziewaliśmy się narzekających kierowców, jednak okazało się, że i ci docenili tymczasowe zmiany. Największe zainteresowanie wzbudziliśmy wśród dzieci, które zaczęły grać w piłkę na zakropkowanym chodniku. Widocznie na Witominie brakuje przestrzeni, które mogłyby służyć takim celom. Inni przechodnie chętnie dzielili się swoimi opiniami, a niektórzy nawet opowiadali jak dzielnica wyglądała wcześniej. Wśród rozmaitych opisywanych braków w przestrzeni dzielnicy, wiele potrzeb się powtarzało – chodniki, kosze na śmieci, lepsze oświetlenie i ławki. Osób narzekających było o wiele mniej, a słowa krytyki nie dotyczyły elementów projektu a samego faktu, że coś się dzieje.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Kolejnym terenem zmian było puste miejsce pomiędzy kilkoma blokami oraz budynkiem Stowarzyszenia Vitava (świetlicy dla dzieci). Na sporej przestrzeni umieszczono jedynie betonowy stolik do ping-ponga oraz piaskownicę zagrodzoną wysokim płotem. Oba elementy nie spełniają swojej funkcji, podczas gdy mieszkańcom brakuje ławek, placu zabaw dla dzieci czy zwykłego chodnika (przez zieleń prowadzi krzywa, wydeptana ścieżka). Na tym terenie zorganizowaliśmy miejsce do grilla oraz tymczasowy plac zabaw stworzony z opon i desek. Pojedynczym mieszkańcom przeszkadzały te elementy, jednak większość aprobowała takie zmiany. Niektórzy pytali, czy mogliby sami zrobić sobie w tym miejscu grilla, a dzieci prosiły nas aby nie zdejmować huśtawek z opon. Jedna pani nawet pytała, czy nie moglibyśmy zostać dłużej.

Największym terenem tymczasowych zmian było miejsce po dawnych kortach tenisowych. Umieszczone pod lasem, schowane za skarpami na których powstało jedyne nowe, grodzone osiedle na Witominie-Radiostacji. Obok znajduje się stadion Arki, wykorzystywany tylko przez piłkarzy klubu. Opisywana przestrzeń jest tematem wielu planów, najgłośniejszy z nich zakłada budowę kolejnego stadionu, być może również zamkniętego dla mieszkańców Witomina. Jak się nietrudno domyślić, większość zapytanych przechodniów wolałaby inne zagospodarowanie tego terenu. Moja grupa zaproponowała wybieg dla psów (ten okazał się za mały), skatepark oraz dużo przestrzeni otwartej, służącej mieszkańcom i wyposażonej w wszystkie niezbędne urządzenia. Tym, co mnie pozytywnie zaskoczyło najbardziej, było to, że mieszkańcy osiedla grodzonego wcale nie chcą się izolować od reszty Witomina. Dzieci ze wszystkich części dzielnicy bawiły się razem, a jeden pan z nowych budynków wyraził nawet potrzebę takiej integracji. Być może po prostu brakuje przestrzeni, które mogłyby temu sprzyjać.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Warto przypomnieć, że około połowy mojej grupy stanowią studenci nie mówiący po Polsku. Jak się okazało, nie stanowiło to większego problemu. Polacy zajęli się wywiadami z mieszkańcami, podczas gdy pozostała część zespołu obsługiwała elementy projektu oraz pilnowała lub zabawiała dzieci. Bariera językowa nie przeszkodziła w realizacji prototypowania, a obecność osób z innych krajów nawet przyciągała zainteresowanie projektem.

Testowanie nowych rozwiązań urbanistycznych dało nam bardzo wiele informacji. Od historii i potrzeb ludzi do wiadomości zwrotnej, czy nasze pomysły mogłyby się sprawdzić. Dla mnie taka forma projektowania jest zupełną nowością. Już zaczynam rozumieć, dlaczego obecnie coraz częściej słyszę, że urbanistyka zamienia się w socjologię. Wydaje mi się, że głównego elementu zmian w przestrzeni nie stanowiły ławki przywiezione z LISu czy chodnik pomalowany na zielono, a ludzie, którzy ożywili tę przestrzeń. Być może mieszkańcy bloków lubią, jak się coś dzieje, ale nie mają odwagi aby podjąć inicjatywę. Zauważyłam, że stałym elementem prototypowania były twarze wyglądające z okien czy ludzie opierający się o balustrady balkonów, wpatrując się w dziejące się akcje. Jestem bardzo ciekawa, czy te dwa dni, które na chwilę ożywiły Witomino, zainspirują kogokolwiek do lepszego wykorzystywania tej przestrzeni.

Prawdziwym celem projektu jest jednak przygotowanie analiz i wytycznych do konkursu na rewitalizację dzielnicy.

Więcej

Smog

Polska to piękny kraj, mało kto temu zaprzeczy. Niestety, ten stan nie potrwa wiecznie. Z jednej strony wycinane są cenne lasy i puszcze, nawet te podobno objęte ochroną, z drugiej władzom nie przeszkadza tragiczna jakość powietrza. Podczas gdy statystyki alarmują o kilkukrotnie przekraczanych normach zanieczyszczenia, ministrowie bagatelizują problem. Jak przeczytałam, że minister zdrowia uznał, że problem jest tylko teoretyczny, bo i tak ludzie palą papierosy, to nie wiedziałam czy wybuchnąć od razu ze złości czy tylko zacisnąć mocno pięści i wstrzymać oddech.  Ja nie palę! Dlaczego też mam oddychać tym smrodem?!

Zresztą, problem jest o wiele większy. Bo możemy założyć, że smog jest tymczasowy. Że statystyki są przekłamane, że te kilkadziesiąt tysięcy Polaków rocznie po prostu miało pecha. Wybrało sobie zły fragment powietrza do wciągnięcia nosem. Problemem jest wieczna ignorancja w kwestiach środowiska. Brak jakiejś większej strategii ekologicznej, poza normami narzucanymi przez Unię. Problemem jest to, że wciąż promowany jest transport indywidualny jako najwygodniejszy środek transportu i… najtańszy. Już w dwie osoby często bardziej opłaca się cenowo dotrzeć w niektóre miejsca samochodem. Poza centrami dużych miast jest to szczególnie widoczne. A jeśli dochodzą do tego niskie częstotliwości odjazdów pojazdów komunikacji publicznej z przystanków, to wybór środka lokomocji nasuwa się sam.

smog


Nie wszystkie zanieczyszczenia widać w powietrzu. Aby przedstawić tragizm sytuacji pozwoliłam sobie je zwizualizować.

I tutaj również przyczyna jest głębsza. Ludzie mieszkają coraz dalej od centrów miast, podczas gdy to w nich pracują i spędzają większość dnia. Dojeżdżając codziennie do swoich sypialni, często ciężkimi samochodami, dodają swoje ziarenko do ogólnego zanieczyszczenia. Nie ich wina, że miał być autobus, ale w końcu go nie ma. Nie opłaca się puszczać nowej linii dla czterech osób. Musiałaby jeździć na tyle rzadko, żeby zebrać pasażerów – a to z kolei zniechęciłoby ich jeszcze bardziej. Tak więc dojeżdża się z tych przedmieść dwa razy dziennie i w weekendy na zakupy. Niektóre rodziny mają po kilka samochodów, bo ich członkowie pracują w innych częściach miast. Ale warto zwrócić uwagę na przyczynę powstawania takich osiedli, oddalonych często wiele kilometrów od śródmieścia.

Wiadomo, ziemia jest tańsza, więc i klient dewelopera mniej zapłaci, chętniej kupi. Być może mieszkanie za obwodnicą to nie do końca jego szczyt marzeń, ale przynajmniej ma swoje własne cztery ściany z ogródkiem. Za to do szkoły samochodem, do sklepu samochodem, do kościoła samochodem i do znajomych samochodem. The American Dream, połlysz edyszyn. Czekam na likwidację zabudowy śródmieść, aby pomiędzy biurowce i parkingi wcisnąć drogi szybkiego ruchu, albo – po nieznacznej zmianie prawa – i autostrady. O to chodzi?

Dlaczego w ogóle planuje się osiedla w takich miejscach? Jeśli na danym terenie nie funkcjonuje miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, to trzeba uzyskać decyzję o warunkach zabudowy, które otrzymuje się wyłącznie w sytuacji kiedy dana działka posiada dostęp do drogi publicznej, oraz co najmniej jedna z sąsiednich działek jest zabudowana, nie mówiąc już o braku konieczności odrolnienia. A przecież w miejscach, gdzie powstają tego typu osiedla nie ma ani drogi, ani domów. W takim razie miejscowy plan zagospodarowania musi istnieć, więc wszystkiemu winne są miasta.

Te same miasta, które stale zwiększają ceny biletów na komunikację publiczną. Ta oczywiście jest coraz nowsza, coraz ładniejsza i czystsza, choć w każdej części Polski czasem można trafić na starego klekota z brudną tapicerką. Najgorsze chyba jednak są pociągi dalekobieżne. Mój bilet z ulgą 51% jest często nielogicznie drogi i totalnie nie rozumiem, jak można płacić ponad dwa razy więcej za podróż w ośmioosobowym przedziale lub – o zgrozo – na korytarzu. Toalety składające się najczęściej z dziury wyrzucającej nieczystości na tory. No i  pozostałe atrakcje, m.in.: współpasażerowie, którzy wyraźnie bardziej wolą wódkę niż wodę, niedziałająca klimatyzacja, ogrzewanie, oświetlenie, niezamykające się okna (lub niedające się otworzyć)…

Nawet ja, przeciwniczka komunikacji indywidualnej, postanowiłam zrobić wreszcie prawo jazdy. Naprawdę, nie chcę smrodzić spalinami, nie chcę swoim trybem życia wspierać przemysłu rafineryjnego i nie chcę dodawać tych kilku metrów sześciennych objętości auta do smutnej rzeczywistości centrów miast, zamieniających się w parkingi. Tylko miałam trochę za dużo czasu na myślenie, kiedy po wyjściu z zakupami z Auchana musiałam czekać pół godziny na autobus, lub kiedy dotarcie do znajomych z jedną przesiadką zajęło ponad godzinę.

Na pewno nie chcę usprawiedliwiać kierowców. Zawsze smuci mnie ten widok, kiedy wyjdę na ulicę i zacznę w głowie ustalać statystykę, ile pasażerów średnio zawiera jeden samochód na drodze. Nie zawsze ta liczba wykracza ponad 1, a jeśli już, to ledwo. Ludzie wolą jeździć samochodem nawet w pojedynkę, niż wsiąść do autobusu czy tramwaju. W końcu system zarządzania sygnalizacją świetlną został ustawiony w taki sposób, aby minimalizować korki. Tak zwana święta przepustowość. Tymczasem ludzie czekający na przejściu dla pieszych spóźniają się na tramwaj czy kolejkę.

Wracając do osiedli z dala od centrów miast. Drugą rzeczą (poza liniami komunikacji publicznej), której nie opłaca się do nich prowadzić, są sieci ciepłownicze. Indywidualne piecyki, w których ludzie palą prawie wszystkim to kolejny sprzymierzeniec smogu. Rozwój współczesnych technologii, źródła energii odnawialnej, powinny zbliżać społeczeństwo do poradzenia sobie z problemami zanieczyszczeń powietrza. Od 1 stycznia tego roku nowo stawiane budynki będą o wiele bardziej energooszczędne i dzięki temu mniej energii będzie potrzebne do ich ogrzania. Tylko co z już istniejącą zabudową, często nieocieploną wcale? Wydaje się ona mało obchodzić polskie władze, które nawet nie wyobrażają sobie wesprzeć wymianę pieców w gospodarstwach domowych. Mam wrażenie, że gdyby nie dyrektywy unijne, to takie wymagania nie pojawiłyby się wcale.

Tymczasem wycinane są kolejne drzewa. Ostatnio wprowadzono ustawę, która ułatwia prywatnym inwestorom wycinkę drzew na swoich działkach, bez konieczności uzyskania pozwoleń (cel niekomercyjny). Już nieraz słyszałam o magicznie chorujących roślinach w momencie, kiedy utrudniają one planowaną zabudowę. Zbyt łatwo potraktować zieleń jako wroga, podczas gdy każde drzewo oczyszcza powietrze i pomaga w regulacji wody w miastach. Obowiązek zrekompensowania wyciętej rośliny też nie załatwia sprawy, bo potrzeba wielu lat aby nowe drzewo uzyskało wielkość usuniętego. Kogo to jednak obchodzi, w czasach, kiedy wycina się Puszczę Białowieską. W końcu jak można płakać za jednym drzewem, kiedy giną lasy?

Oczywiście najłatwiej powiedzieć, że wszystkiemu winne duże fabryki, a działalność szarego człowieka w żaden sposób nie wpływa na smog. Każdy, kto tak twierdzi prawdopodobnie nigdy nie miał sąsiada palącego w piecu pieluchami, co można poczuć z daleka albo nigdy nie odkaszlnął nieszczęśliwie wdychanego powietrza z rury wydechowej przejeżdżającego samochodu. Przecież nie bez powodu to właśnie w okresie grzewczym pojawia się smog.

Według Światowej Organizacji Zdrowia 33 z 50 najbardziej zanieczyszczonych miast w Unii Europejskich znajduje się w Polsce. Na szczęście na liście nie ma Gdyni ani Gdańska – głównie dzięki nadmorskiej lokalizacji, ale także przez stosunkowo małe zakorkowanie i duży procent gospodarstw przyłączonych do sieci miejskiej lub wyposażonych w piec gazowy.

Więcej

Porządny rok 2016 – podsumowanie

Kalendarz na 2016 rok mogę już wrzucić do szuflady. Ten etap został już zamknięty i należy mu się konkretne podsumowanie. Ogólnie mówiąc – ostatnie dwanaście miesięcy minęło wyjątkowo szybko. Dużo się w nich działo, choć żadne wydarzenie nie było dla mnie wielkim przełomem. No może za wyjątkiem przeprowadzki do innego miasta, która mimo wszystko, w dużym stopniu wpłynęła na moje życie. Postawiłam na naukę i szukanie nowych celów, co przyszło mi wyjątkowo łatwo, można wręcz powiedzieć, że miałam szczęście. Poza tym, odwiedziłam kilka pięknych i nietypowych miejsc.

porzadny rok 2016

Był to rok ambitny i raczej udany, nawet pomimo nieszczęśliwego tła wydarzeń na świecie. Choć osobiście nie dotknęło mnie żadne nieszczęście, trudno mi było ze spokojem patrzeć na kolejne ataki terrorystyczne, przejawy przemocy i agresji. Brexit, a potem wybory w USA nie raz zmusiły mnie do refleksji nad kierunkiem w którym zmierza społeczeństwo w XXI wieku. W międzyczasie Polacy non stop pokazywali jak nietolerancyjnym jesteśmy narodem, totalnie zamkniętym na wszystko co obce i ślepym na ludzkie cierpienie. Tzw. Dobra zmiana wiele popsuła w naszym kraju, niejednokrotnie ośmieszając Polskę na arenie międzynarodowej. Kraj pogrążony w smogu został przygnieciony stertą dzikich reform, tragicznych w skutkach.

Prywatnie, natomiast, ten rok był dla mnie dobry. Choć jestem przeciwniczką twierdzenia, że sukces jest wprost proporcjonalny do włożonej pracy, na pewno nie mogę sobie zarzucić lenistwa.

Początek roku był ciężki ze względu na jeden konkretny przedmiot na studiach – HAPOL, czyli historia architektury polskiej. Nie zliczę, ile czasu spędziłam na przepisywaniu notatek, przerysowywaniu rzutów, przekrojów i elewacji kościołów, ratuszy i pałaców. Kiedy za pierwszym podejściem nie udało mi się zdobyć wystarczającej liczby punktów, byłam strasznie zdesperowana, aby chociaż zdać. Przed samym egzaminem poprawkowym, nawet na chwilę nie rozstawałam się ze swoimi notatkami. Powiedziałam sobie, że jeśli nie zdam to rzucę te studia, które przecież kocham. Na egzaminie trzęsły mi się nogi i ręce ze stresu. Ale udało się. Żadna matura, żadna rozmowa o pracę, żadna wcześniejsza sesja – nic nigdy nie przerażało mnie bardziej niż ten jeden HAPOL. Kiedy jeszcze bez problemu zaliczyłam egzamin ustny, powiedziałam sobie, że już nic nigdy mnie nie zestresuje. Do dzisiaj, po ponad dziesięciu miesiącach, czuję tę ulgę.

W marcu, z grupą znajomych wybraliśmy się do Warszawy na Dzień Młodego Architekta. Lot samolotem do stolicy, za 9 zł w jedną stronę, to świetna rzecz. Zdecydowanie trzeba to kiedyś powtórzyć. Szkoda, że oferta tanich lotów krajowych jest bardzo uboga i nie można w taki sposób zwiedzić wszystkich stolic województw. Nie powinnam jednak narzekać – dzięki bliskości lotniska wypady zagraniczne stały się możliwe na wyciągnięcie ręki. Ach, jeszcze raz to napiszę, uwielbiam mieszkać w Trójmieście.

W tym roku po raz drugi odpowiadałam graficznie za Konferencję Inżynierii Oprogramowania beIT na mojej uczelni. Mimo, że jest to działanie non profit, cieszę się, że mogę współtworzyć coś większego i poznać mnóstwo ciekawych ludzi. Już teraz wiem, że pierwszy kwartał 2017 będzie się dla mnie wiązał z pracą nad oprawą trzeciej edycji konfy.

Wiosną przeprowadziliśmy się z Gdańska do Gdyni. Była to dość ryzykowna decyzja – w końcu jej skutkiem było dojeżdżanie SKMką na Politechnikę. Oznaczało to przeznaczanie o wiele więcej czasu na dotarcie oraz brak możliwości powrotu do domu podczas okienek w planie zajęć. Mimo tych niedogodności, cieszę się z tej zmiany. Naprawdę polubiłam Gdynię. Teraz nie dziwię się, że to miasto zajmuje pierwsze miejsca w rankingach dotyczących dobrego miejsca do zamieszkania. Gdynia jest dobrze zaprojektowana, stale się rozwija i po prostu żyje. Bardzo dużo zieleni, w architekturze piękny modernizm, na drogach ekologiczne autobusy i trolejbusy. Gdynia to miasto w większości położone wzdłuż trasy kolejki, główne ulice biegną do niej równolegle. Z Redłowa, do centrum prowadzi prosta droga rowerowa, niemal bez skrzyżowań i przejazdów. Gorzej z przeciwnym kierunkiem – w stronę Orłowa – gdzie do końca nie wiem, w jaki sposób powinno się poruszać jednośladem. Gdynia jest miastem, w którym odbywa się mnóstwo ciekawych wydarzeń. Dla osoby o moich zainteresowaniach oferuje o wiele więcej niż większy Gdańsk. Pomimo niemieszkania w Śródmieściu, odwiedzałam je wyjątkowo często.

Pod koniec kwietnia odwiedziłam Poznań z okazji studenckiej konferencji Budmika’16. Było to moje pierwsze doświadczenie stricte naukowe. Choć mój referat nie zdobył żadnej nagrody, zyskane doświadczenie jest bezcenne, a CV rośnie.

Nie napisałam jeszcze, dlaczego sam semestr szósty był dla mnie wyjątkowy. Pomijając projektowanie przeddyplomowe oraz zwykłe (projekt przychodni), a także zajęcia z urbanistyki prowadzone w języku angielskim, miałam jeszcze seminaria obieralne z projektowania parametrycznego. Jest to temat, którym interesowałam się od jakiegoś czasu, jednak nie miałam zbyt wiele możliwości, aby go lepiej poznać. Jak dowiedziałam się, na czym takie projektowanie polega i jak je połączyć z architekturą, dalej już mogłam uczyć się na własną rękę. Bez poznania podstaw byłoby to praktycznie niemożliwe.

W czerwcu zaczęłam praktykę w pracowni architektonicznej. Upchnięcie tych dodatkowych godzin w już zapchany kalendarz było ciężkie, ale konieczne. Chyba nie wspominałam jeszcze, że dwa razy w tygodniu miałam zajęcia z angielskiego, więc do domu wracałam po 21 i raz spotkanie koła naukowego, kończące się czasem jeszcze później. Na szczęście zbliżały się wakacje. Uczelnia oczywiście wymaga praktyki zawodowej przed uzyskaniem dyplomu, ale są to zaledwie dwa tygodnie, czyli czas tylko na to, aby „zobaczyć jak wygląda praca”. Jest to zupełnie uzasadnione. Co taki student, bez wiedzy i doświadczenia, może robić w biurze projektowym? Wszystko trzeba mu osiem razy wytłumaczyć, osiem razy sprawdzić. Nie dlatego, że student jest głupi, a dlatego że architektura to naprawdę okropnie trudna dziedzina, w której każdy najdrobniejszy detal jest ważny i powinien zostać wykonany przez kogoś, kto się na tym zna. Zawód architekta łączy wiedzę techniczną, prawniczą, psychologiczną, artystyczną… a tą wszechstronność trzeba budować latami. W pracowni jednak pozostałam do dziś, w minimalnym wymiarze godzin, aby poznawać ten bardzo długi proces powstawania projektu budynku.

Jak już pisałam, w Gdyni się bardzo dużo dzieje. W maju brałam czynny udział w Open House Gdynia, gdzie jako wolontariusz oprowadzałam uczestników po jednym z obiektów i udzielałam informacji o wydarzeniu. W lipcu natomiast po raz drugi wzięłam udział w Gdynia Design Days, największym w regionie festiwalu designu, z ciekawymi wykładami, warsztatami i wystawami. Także w Gdyni odbyła się czwarta edycja See Bloggers, czyli imprezy jednoczącej blogerów i innych twórców internetowych. I jeszcze jedna rzecz, letnie warsztaty sztalugowe organizowane przez pracownię Indygo Joanny Cupiał w PPNT. Po raz kolejny Gdynia.

W wakacje odwiedziłam rodzinę i spotkałam się z częścią dawno nie widzianych znajomych. Z pochodzeniem z małego miasta na końcu świata wiąże się pewien duży problem. Nagle się okazuje, że Twoi znajomi są w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Poznaniu, Toruniu i Lublinie, a jak przyjedziesz w rodzinną kielecczyznę, to potrzeba dużo szczęścia, aby natrafić na czas, w którym i oni odwiedzają swoje rodziny. Za to, zrobiłam coś dobrego i oddałam ponad 45 cm włosów na akcję Rak’n’Roll.

Zdecydowanie najlepszą częścią tego roku była czterodniowa wycieczka do Finlandii. Wraz z chłopakiem zwiedziliśmy piękne Helsinki, w tym twierdzę Suomenlinna oraz skansen Seurasaari oraz Turku, z zamkiem. Zrobiliśmy ponad 1600 zdjęć, dlatego niestety nadal nie znalazłam na tyle czasu aby wyselekcjonować te najlepsze i stworzyć kilka tematycznych wpisów na bloga. Ale to nie przepadnie. Obiecuję. Obiecuję przede wszystkim sobie, bo to ja wciąż wracam do moich wpisów podróżniczych i ze łzami w oczach wspominam najpiękniejsze chwile.

We wrześniu pojechałam do Torunia na Copernicon. Od paru lat niestety totalnie nie mam czasu na konwenty – zwłaszcza że ich większość odbywa się raczej na południu kraju. Copernicon jest wyjątkiem. Jednym takim konwentem, na który postanowiłam jeździć. Poza tym uwielbiam Toruń.

Ach i był jeszcze Szczecin. Niezwykle ciekawe miasto, które naprawdę mnie zaskoczyło.

A potem Racibórz. Konferencja połączona z warsztatami studenckimi. Wraz z koleżanką przejechałyśmy całą polską pociągiem, z przesiadką w Katowicach. Szkoda, że na tak krótko. Totalnie nie spodziewałam się, że Racibórz to takie ciekawe miasto. Historyczne centrum zostało świetnie zaprojektowane, uliczki wyposażono w podwyższenia z kwietnikami, tak aby uniemożliwić ruch samochodów, co wyglądało po prostu cudnie, nawet pod koniec października. Niestety, nie starczyło nam czasu aby odwiedzić zamek. Poznałyśmy za to tamtejszych studentów architektury, którzy opowiedzieli nam o studiowaniu tego kierunku na Śląsku. Racibórz to małe miasto, do którego przybyli studenci z większych miast aby tu się uczyć – niesamowite. Szeroka oferta kulturalna i po prostu dobry klimat sprawiają, że nie można spojrzeć na to miejsce jak na zdecydowaną wielkość polskich miasteczek tej wielkości. Poza tym, Racibórz chlubi się, że jako pierwszy w Polsce i Europie otrzymał certyfikat Systemu Zarządzania Środowiskowego ISO 14001.

porzadny rok 2016

Jako, że Racibórz nie miał swojego wpisu – jego dwa zdjęcia ilustrują to podsumowanie

Potem wraz z sporym zespołem z jeszcze jednego koła naukowego wygraliśmy konkurs na projekt przystanku autobusowego.

Wtem nagle zaczął się prawdziwy chaos. Okazało się, że do oddania dyplomu został miesiąc, a roboty jest tak jakby osiem razy więcej niż wyglądało to wcześniej. I kolejne nieprzespane noce, ból pleców i rezygnacja z życia pozarevitowego. I kolejny sukces. Udało się, projekt oddany, już nic nigdy mnie nie zabije. Chyba nigdy nie uczyłam się równie spokojnie co na jedyne dwa egzaminy – z etyki i prawa budowlanego – z których bez problemu otrzymałam maksa. Tak z rozpędu. Nawet nie potrzebowałam motywacji.

Potem święta, znowu u rodziny, chwilowy spokój na końcu świata i w Skarżysku. I Sylwester w Gdyni. Najlepszy Sylwester ever.

A, zapomniałabym. Zapisałam się na kurs prawa jazdy, jakoś w październiku. Tak, wepchnęłam jeszcze w swój napchany harmonogram te kilka godzin tygodniowo. Zajęcia z teorii mam już za sobą, teraz ćwiczę jazdę, a w nowym roku planuję zdać egzamin. Pamiętam jak pisałam parę lat temu, że nie chcę mieć samochodu. Mimo wszystko, czas w mieście płynie innym tempem. Często trzeba gdzieś być w pół godziny, czasem trzeba coś ciężkiego zabrać, albo przewieźć dyplom na uczelnię tak, aby nie doznał uszczerbku. A czasem komunikacja publiczna (którą mimo wszystko szanuję) potrafi zepsuć plany źle dobranym rozkładem albo brakiem jakiegoś połączenia. Myślę, że ten dodatkowy dokument, może mi prędzej czy później uratować co najmniej nastrój.

Przez cały rok nie zjadłam ani grama mięsa. No za wyjątkiem ugryzienia jednego pieroga, o którym zostałam zapewniona że jest z kapustą i pieczarkami przez pracownika restauracji.

Tak więc reasumując: przeprowadziłam się z Gdańska do Gdyni. Odwiedziłam: Warszawę, Poznań, Kielce i Skarżysko, Helsinki i Turku, Toruń, Szczecin i Racibórz. Zaczęłam pracować na stałe, choć na ułamek etatu. Działałam w trzech kołach naukowych. Chodziłam na dodatkowy angielski, a od października na kurs prawa jazdy. Oddałam dyplom inżynierski. I przeżyłam.

To był mimo wszystko dobry rok. Żałuję w nim wyjątkowo niewielu rzeczy – a te z kolei są nieistotne. Czasem się przepracowywałam, czasem odpuszczałam, ale ostatecznie wyszło mi to na dobre. Chyba pierwszy raz w życiu powiem, że gdybym miała coś zmienić w minionym roku, to absolutnie nie wiem, co by to mogło być.

2017

Plany na przyszły rok są dla mnie w większości konsekwencją tego, co rozpoczęłam lub kontynuowałam w roku poprzednim. W styczniu czeka mnie egzamin inżynierski, chwilę później będę zdawać na prawo jazdy. Mam też zaplanowaną jedną podróż, której totalnie nie mogę się doczekać. Później drugi stopień studiów. Myślę o zapisaniu się na studia prowadzone w języku angielskim. Może to uratuje moje nikłe szanse zdania egzaminu Cambridge English: Advanced (CAE), który zaplanowałam sobie na przełom wiosny i lata. A w wakacje muszę gdzieś polecieć. Podróże uzależniają.

I chcę wreszcie odwiedzić Łódź oraz Wrocław – te dwa cele, których nie udało mi się zrealizować w 2016. Nie ma mowy aby i tym razem nie starczyło na to czasu.

porzadny rok 2016

Blogowe podsumowanie

Miałam napisać 54 wpisy, czyli jeden każdego tygodnia. Napisałam 29, czyli delikatnie ponad połowę. Mam jednak konkretne wytłumaczenie, że racjonalne planowanie czasu zwyciężyło z niekoniecznie potrzebnym postanowieniem. Mam mnóstwo pozaczynanych wpisów i zaplanowanych tematów, ale nie wystarczyło mi dni (a czasem i energii) na ich zrealizowanie. Mogłabym coś poświęcić, zrezygnować z jakiegoś wyjazdu albo jeszcze jednej z tych trzech, czterech godzin snu, które nie raz musiały mi wystarczyć. Blog jest dla mnie ważnym elementem życia, ale nie na tyle, aby poświęcać wszystko inne.

W tym roku blog nietransparentnie.pl skończył 7 lat. Bardzo chciałam napisać z tej okazji wpis podsumowujący to, czego prowadzenie własnej strony mnie nauczyło i jak zmieniło się moje podejście do pisania przez cały ten okres. Niestety, rocznica wypadła idealnie w środek najbardziej intensywnego okresu na studiach i musiałam odpuścić sobie tą okazję. Choć wiele razy układałam sobie w głowie akapity, ważniejsze było skończenie pracy dyplomowej. Tutaj przydały mi się ćwiczone na blogu zapędy grafomańskie – miałam jeden z najdłuższych opisów technicznych budynku, mimo że starałam się zadbać o każde zdanie.

W roku 2017 chcę sobie ponownie założyć napisanie 54 wpisów. Aby próbować, aby podejmować wysiłek, mieć cel. Im więcej celów w życiu, tym łatwiej mi zapanować nad nimi wszystkimi. Łatwiej układać kalendarz z gotowych elementów i potem pluć sobie w brodę, że miałam zrobić pranie czy obiad a nie uwzględniłam, że to również zajmuje czas, niż zastanawiać się co by tu dzisiaj zrobić i ostatecznie nie robić nic. Przynajmniej ja wolę taką strategię.

Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

Więcej

Klątwa mniejszych miast, Miasto Archipelag

Święta to taki czas ponownej migracji ludzi z większych miast do rodzinnych wsi i miasteczek. W moim przypadku nie było inaczej, więc od razu uzbroiłam się w zapasy cierpliwości do tego typu miejsc oraz w najnowszą książkę Filipa Springera – „Miasto Archipelag”. Przy poprzedniej tego typu wyprawie postawiłam na tego samego autora i połączenie wypadło świetnie. Widok przemawiający z kart reportaży i miejsce, o którym można by niejeden reportaż napisać. Połączenie lepsze niż niejeden zestaw z wigilijnego stołu.

miasto archipelag

Miasto Archipelag to opowieść o dawnych stolicach województw które w momencie reformy administracyjnej w 1999 roku utraciły swój status. Choć nie odwiedzałam w tym momencie żadnego z opisywanych miejsc, pewnym rodzajem uspokojenia była informacja, że ta społeczna i ekonomiczna zapaść dotknęła nie tylko rejony miejsc mojego dzieciństwa ale i całą resztę tego smutnego kraju. Oczywiście poza stolicą i kilkoma innymi punktami, gdzie rozwój i nowe inwestycje są na porządku dziennym.

Polsce postęp gospodarczy nie wyszedł jednak na dobre. Rezygnacja z wielu fabryk i zakładów przemysłowych rozsianych po całym kraju na korzyść scentralizowanych punktów usługowych sprawiła, że całe życie odpływa Polsce z kończyn. Ale w reportażach Springera jest coś więcej – każde z opisywanych 31 miast miało swoją chwilę sławy, swoją nadzieję na szybki rozwój. Miało swoje lata rozkwitu, w których powstawały nowe instytucje, rozwijała się kultura i lokalny biznes. Po tych chwilach radości zostały ruiny, miejsca pamięci, ale przede wszystkim wspomnienia wśród ludzi, którzy w większości już nawet tam nie mieszkają. Jednak to pozostałe w Miastach Archipelagu (bo tak autor określa dawne stolice województw) jednostki stały się głównym tematem książki. Ci bardzo dziwni ludzie, którzy nie uciekli do Warszawy czy Krakowa, tak jak zrobiła większość ich znajomych.

Miasta Archipelagu mimo wszystko spotyka taka sama historia co bardzo wiele nigdy-nie-wojewódzkich miejscowości. Stają się muzeami – miejscami, do których przyjeżdża się dwa razy w roku, zobaczyć czy coś się nie zmieniło. I tak, są jakieś drobne zmiany. Tutaj coś zarosło, tam sąsiad dom pomalował, tu zlikwidowali kolejną szkołę. Czasem coś nowego się buduje. Jacyś szaleńcy, prawdopodobnie jeszcze nie wiedzą, jak wygląda życie w takim miejscu. Prosty rachunek ekonomiczny i możliwości jakie daje posiadanie samochodu razem tworzą porządny argument dla osiedlających się w takich miejscach. Ja nigdy, przenigdy ich nie zrozumiem.

Największym wydarzeniem w małym mieście jest zawsze budowa McDonalda. Taki awans spotkał także moje rodzinne miasteczko. McDonalds rzeczywiście stanął. Za wybudowaną wcześniej obwodnicą, kilka kilometrów od centrum miasta, podobno da się dojechać rowerem ale trzeba go przez jakieś płoty przenosić. Samochodem łatwiej. Na końcu świata wszystko jest samochodem łatwiej.

Zresztą to odizolowanie od reszty kraju to chyba najgorsza rzecz w mniejszych miastach. Jeden pociąg dziennie, ceny zawsze z kosmosu. Podobno istnieją jakieś autobusy dalekobieżne, ale firmy te o Internecie jeszcze nie słyszały, więc nie ma mowy, że znajdziesz gdzieś ogólnodostępny rozkład odjazdów. Do miast wojewódzkich dostać się łatwiej, ale nie w Święta. Planowałam spotkać się z kilkoma osobami, ale przez cały świąteczny okres busy żadnego przewoźnika nie kursują. A zaraz po świętach zabrakło i ludzi. Ledwo Wigilia się skończy, porozdaje się prezenty i porozmawia o dwunastu potrawach a już trzeba uciekać. Zanim ta ponurość małego miasta nie pochłonie resztek motywacji do działania.

miasto archipelag

Oczywiście są i ludzie, którzy pozostali, w tym niektórzy i z własnego wyboru. Osoby, które znalazły coś dla siebie w tych odizolowanych zakątkach kraju, ci którzy jeszcze wierzą, że da się coś zrobić, aby przywrócić legendarną świetność podupadłej mieścince, albo którzy widzą zalety w sielskim spokojnym życiu. W egzystowaniu tam, gdzie wszyscy wszystkich znają, gdzie wyjście do sklepu to całodzienna wyprawa. Gdzie nie trzeba wybierać z ogromnego wachlarza możliwości, jakie daje duże miasto, tylko bierze się to co jest. W lato Wianki, w Sylwestra wystrzeliwanie w niebo połowy budżetu miasta.

Są jeszcze te małe przyjemności, takie których nie doświadczysz w dużym mieście. W Skarżysku jest to na przykład wielki „ciucholand”. W ciągu jednego dnia, za niewielkie pieniądze można w nim wyposażyć sobie całą szafę. Dlatego przyjeżdżają tam ludzie z okolicznych miast i wiosek, umawiają się grupami aby zabrać się jednym autem, doradzają sobie przy selekcji ubrań z pełnego koszyka skarbów. Cennik w zależności od dnia tygodnia każdy zna na pamięć. Wbrew pozorom, to właśnie ostatniego dnia przed wymianą towarów, kiedy cena jest już ułamkiem tej z metki, znajduje się najciekawsze okazy i jest z czego wybierać.

Jeśli jednak chcesz się gdzieś przejść, uświadomisz sobie po chwili, że nie ma dokąd iść. Źle zaprojektowane drogi prowadzą pomiędzy rozpadającymi się budynkami. Jakieś odłażące reklamy, ze spranymi od słońca niejednego lata napisami, pojawiają się bardzo sporadycznie. Tutaj ktoś pomalował sobie domek na soczysty fiolet. Odrobina radości w tym smutnym świecie. A dalej już tylko czerń niedziałających drogowych latarni i smog z pieców, gdzie pali się zimą wszystkim. Tu coś odremontują, tam coś się zawali, grunt aby wyjść na zero i sprawiać jeszcze jakieś pozory. Aby odsunąć w czasie pogodzenie się z beznadziejnością.

Jeżdżąc w rodzinne strony zawsze lubię brać ze sobą Springera, aby wiedzieć, że to tak nie tylko tu. Zresztą, te książki się lepiej czyta poza miastem. Tam, gdzie można poczuć ten sam unoszący się w powietrzu nastrój. Gdy mogę sobie wyobrazić, że opisywane miejsca mogą się znajdować gdzieś tu obok, a bohaterowie reportaży równie dobrze mogliby mieszkać na tej ulicy. Zawsze przychodzi mi wtedy na myśl, jak wyglądałaby książka opowiadająca o miejscu mojego dzieciństwa. Nie o historii, nie o znanych postaciach – takich napisano już kilka. O tym, co jest teraz. Regularnie śledzę bloga pieczołowicie opisującego aktualności i historię miasta. Czytam o decyzjach Rady Miasta, o pomysłach na rozwój i możliwościach. Gdzieś nawet pojawiło się hasło „rewitalizacja”, ale brzmi to jak marzenia pięciolatka o locie w kosmos. Podobno się da.

miasto archipelag

A może warto jeszcze walczyć? Nieatrakcyjność małych miast sprawia, że te większe są na własną prośbę oblegane. Te nie mieszczą tylu ludzi, więc rozlewają się na przedmieścia. Z suburbii, miejskich sypialni, do pracy i szkoły wszyscy dojeżdżają samochodami, psując środowisko i niszcząc swoimi wehikułami ład przestrzenny miejskich ośrodków. Z książki Springera przemawia wyraźny komunikat, że jest źle. Ostatni rozdział bezbłędnie identyfikuje źródło problemu. Myślę, że tę lekturę powinien przeczytać każdy, ale przede wszystkim ci, którzy życie w mniejszym mieście znają jedynie z wycieczek do Piaseczna czy innej sypialni dużego miasta. A to były przecież kiedyś miejsca z własną identyfikacją, z kulturą i historią.

Trochę ich szkoda.

Więcej

Rok bez mięsa

Nawet nie wiem, kiedy to się stało, ale właśnie minął okrągły rok, odkąd postanowiłam, że „chociaż spróbuję” przejść na wegetarianizm. Początkowo nie planowałam o tym pisać na blogu, ponieważ nie jest to związane bezpośrednio z jego tematyką. Po głębszym przemyśleniu, uznałam, że jednak zbyt wiele myśli zakłębiło się w mojej głowie przez ten czas i marnowaniem byłoby nie przelać ich w chociaż krótki tekst. Poza tym, wokół wegetarianizmu wciąż krąży zbyt wiele irytujących mitów. Chcę zostać kolejnym żywym przykładem na to, jak niewielki mają one związek z rzeczywistością. Zapraszam więc do przeczytania, jak wyglądał mój pierwszy rok bez mięsa i w jaki sposób wegetarianizm wpłynął na moje życie.

Więcej

Projektowanie bez wykluczania #1

Projektując, architekt często próbuje w wyobraźni wejść w skórę odbiorcy swojego dzieła. Myśli wtedy: jak ja bym się czuł, odwiedzając to miejsce w takim a nie innym celu? Jakie emocje by mi towarzyszyły, gdybym stanął przed tym budynkiem, nie wiedząc jeszcze, co znajduje się w środku. W jaki sposób poruszałbym się po nim, gdzie szukałbym przestrzeni będących celem mojej wizyty? Czy żaden element obiektu nie budziłby we mnie niechęci, nie powodował rezygnacji z korzystania?

Jak rzadko natomiast w myślach architekta pojawia się pytanie: czy budynek byłby dla mnie wygodny, gdybym poruszał się na wózku inwalidzkim?

projektowanie bez wykluczania

Wbrew pozorom, łatwo zaprojektować coś, co spodoba się większości. Nawet mając ograniczony budżet, wystarczy pokierować się typowymi dla funkcji formami. Wtedy mało kto odważy się powiedzieć, że coś jest nie tak z tym budynkiem. O wiele trudniej jest pamiętać o tych nielicznych, którzy potrzebują innego rodzaju udogodnień. Niestety przykładów takiego zaniedbania jest w Polsce aż żenująco zbyt wiele. Myślę, że większość osób ich nie dostrzega – tak samo jak nieczytający nie wie, gdzie jest pobliska biblioteka, a dziecko ile kosztuje chleb. Dlatego postanowiłam porozmawiać o tym z osobą, której ten problem bezpośrednio dotyczy.

Ola ma 21 lat i studiuje pedagogikę elementarną z terapią pedagogiczną. Z powodu ciężkiej choroby, od urodzenia porusza się na wózku. Wśród jej zainteresowań są literatura, rysowanie, zwierzęta, ale także i fotografia. To właśnie jej zdjęcia wzbogacają ten wpis i doskonale ilustrują omawiany problem – tak jak powinno się na niego spojrzeć, czyli z jej perspektywy.

Postanowiłyśmy wspólnymi siłami ocenić, jak w Polsce wygląda sytuacja projektowania miejsc dostępnych dla osób poruszających się na wózkach. Udało nam się znaleźć wiele przykładów źle zaprojektowanych wejść do budynków. Trudno zliczyć, do ilu sklepów czy instytucji osoba niepełnosprawna nie ma szansy dostać się w ogóle. Innym ciekawym zjawiskiem były przestrzenie, gdzie widać, że ktoś już nawet pomyślał o ich dostępności, ale nie zastanowił się konkretniej nad jej realizacją. Zbyt strome pochylnie, ciasne, bez poręczy, kończące się bez spocznika prosto na drzwiach. Równie dobrze można było umieścić w tym miejscu schody – w obu przypadkach taki budynek nie jest dostępny dla osoby poruszającej się na wózku.

Drugim tematem są miejsca publiczne – parki, place, drogi. Tutaj sytuacja jest z roku na rok wyraźnie coraz lepsza. Do starych wiaduktów dobudowane są windy, w tunelach pojawiają się pochylnie z poręczami. Wciąż jest jednak mnóstwo miejsc, które nie doczekały podobnych zmian. Olu, czy masz podobne wrażenie, że jest lepiej niż było parę, paręnaście lat temu?

Ola: I tak i nie. Rzeczywiście coraz więcej budynków, nawet tych starych jest wyposażanych w podjazdy, windy i tym podobny sprzęt. Ludzie powoli zaczynają rozumieć że to podstawowe wyposażenie budynku a nie czyjeś wygórowane potrzeby. Jednak czasami spotykam się z takimi rozwiązaniami w budynkach że nie wiem czy śmiać się czy płakać. Niektórzy sądzą np. że podniesienie osoby niepełnosprawnej z wózkiem i przeniesienie przez parę stopni to normalna rzecz. A tymczasem jest to dość niebezpieczne i niekomfortowe dla tej osoby.

podjazd2

Podjazd do cukerni „Sowa” w Wągrowcu / zdjęcie: Ola

Patrząc na powyższe zdjęcia podjazdu można pomyśleć, że wszystko z nim w porządku. Nachylenie jest niewielkie, a krawędź, dla lepszego rozpoznania przy gorszym świetle, zaznaczono białą farbą. Nic bardziej mylnego – pomimo tych kilku dobrych cech, pochylnia ma więcej wad niż zalet.
Ola: Podjazd jest za wąski, mój wózek (który i tak jest bardzo wąski, bo robiony na wymiar) nie mieści się na nim. Dodatkowo brak barierek. Od tej strony gdzie jest mur nie ma szans, żeby wsadzić rękę do koła.

Porozmawiajmy o miejscach niedostępnych, nieprzyjaznych dla osoby poruszającej się na wózku. Z jakimi problemami spotykasz się najczęściej? Czy bardzo często one występują?
Ola: Z roku na rok jest coraz lepiej, jednak nie jest idealnie. W miejscach gdzie zwykle się poruszam niestety wiele miejsc nie jest dla mnie przystosowanych. Najczęściej brakuje podjazdów lub są one źle wykonane, między regałami w sklepach jest za mało miejsca, krawężniki są za wysokie. Często niestety zdrowi ludzie nie mogą zrozumieć tego, że nawet drobne rzeczy mogą mi przeszkadzać w poruszaniu się. Dopiero po zwróceniu uwagi otwierają im się oczy i widzą co robią źle.

Jaka jest najbardziej absurdalna sytuacja, z jaką się spotkałaś, jeśli chodzi o dostępność budynków dla osób niepełnosprawnych?
Ola: Kiedyś trafiłam do łazienki, która okazała się być składzikiem na mopy i drabiny, ale kelnerka twierdziła, że można jej używać i wszystko jest ok. Następną sytuacją może być ta, kiedy parę lat temu, w styczniu, udałam się do ZUS-u i podjazd nie został odśnieżony, a schody już tak. Dodam tylko, że zalegał śnieg na nim z kilku dni. Kilka tygodni temu jedna z cukierni w moim rodzinnym mieście zrobiła remont, podczas którego podjazd został zlikwidowany, a na jego miejscu zrobiono taras. Nowy podjazd nie nadaje się do użytkowania, ponieważ jest za wąski.

Niestety – nawet jeśli coś jest zaprojektowane poprawnie, to często po oddaniu budynku do użytku, inwestor przestaje się przejmować dostępnością. Ale porozmawiajmy też o złych projektach. Ja osobiście na co dzień mam do czynienia z jedną dziwną sytuacją – w znanym mi budynku umieszczona jest toaleta przystosowana do używania przez osoby niepełnosprawne… ale znajduje się na piętrze, do którego prowadzą wyłącznie schody – trzy pełne biegi. Odnoszę wrażenie, że komuś zależało na tym, aby toaleta nie musiała posiadać przedsionka, a ten obowiązek nie dotyczy właśnie tych przystosowanych. Innym przykładem jest podjazd przedstawiony na poniższym zdjęciu. Nie mam pojęcia, dla kogo został on zaprojektowany, ale nie sądzę, aby do sklepu często wjeżdżali rowerzyści. Myślę, że nawet matce z wózkiem byłoby trudno wtaszczyć wózek po takiej pochylni do połowy drzwi (jak by je wtedy otworzyła?). Co ma więc powiedzieć osoba niepełnosprawna? Ja osobiście nie wiem, czy traktować to jako brak wiedzy, konieczność spełnienia jednego z przepisów na siłę, czy jakiś wyjątkowo nieśmieszny dowcip.

podjazd

Zbyt duże nachylenie, za mała szerokość podjazdu, brak poręczy, za którą można się złapać – często te cechy występują jednocześnie. Czy to wszystkie cechy złego podjazdu, czy o czymś zapomniałam?
Ola: Kolejną, złą cechą podjazdu jest nawierzchnia wykonaną ze złego materiału np. bardzo śliskie płytki. Nierzadko też podjazd jest za krótki i za stromy jednocześnie.

A to tylko część wejściowa! Czy często zdarza Ci się trafiać na budynki, których układ pomieszczeń i komunikacji został zaprojektowany tak, aby nie dało się komfortowo z nich korzystać?
Ola: Zależy to od tego gdzie akurat udaję się, gdzie przebywam. Sądzę, że w dużych miastach, np. w Poznaniu, jest więcej miejsc przystosowanych do osób niepełnosprawnych. W małych miejscowościach częściej natrafiam na liczne utrudnienia. Zdawało by się, że to nowe budynki są bardziej przystosowane, ale jednak często spotykam się z tym, że w starych budynkach są zakładane windy czy budowane podjazdy.

Zbyt ciasne korytarze, brak pola manewrowego do zakręcania lub winda umieszczona na przeciwnym końcu budynku co drzwi – aby to zobaczyć w myślach, trzeba niestety mieć lepszą pamięć niż wyobraźnię.

kuzynka

Poznań / zdjęcie: kuzynka Oli, Marta
Nazwać to karykaturą to niedopowiedzenie.

Żyjemy w XXI wieku, chyba najwyższa pora zacząć zachowywać się po ludzku i przestać wykluczać tych, którzy mają trochę inne potrzeby. Swój apel kierują głównie do inwestorów, często skąpiących każdy grosz – ale i do architektów, którzy powinni przede wszystkim starać się o dobre imię swoich dzieł. A takiego na pewno nie otrzyma obiekt utrudniający życie swoim użytkownikom. Do czytelnika mojego bloga mam natomiast prośbę – rozejrzyj się i oceń, czy Twoje ulubione miejsca są przyjazne dla osób poruszających się na wózku. Nie musisz nic robić, po prostu o tym pomyśl. Niech ta sprawa stanie się chociaż przez chwilę ważna.

Na zakończenie tego wpisu, kilka pozytywnych przykładów:

podjazd3

Szeroki podjazd, posiadający niezbędną barierkę / zdjęcie: Ola

projektowanie bez wykluczania
projektowanie bez wykluczania

Zjazd nad jeziorio Durowskie, również Wągrowiec. Pomimo zieleni wychodzącej na chodnik i pojawiających się gdzieniegdzie wystających kostek, bardzo wygodny dla osoby poruszającej się na wózku. / zdjęcia: Ola

Wpis powstał jako pierwsza część serii “Projektowanie bez wykluczania”. W niedalekiej przyszłości pojawią się kolejne tematy. Obecnie opracowuję warunki techniczne dotyczące projektowania z dostępnością dla osób niepełnosprawnych. Oczekujcie niemałej infografiki na ten temat. Później, wraz z Olą porozmawiamy o tym, jak przystosować mieszkanie lub pokój hotelowy dla osoby niepełnosprawnej. Jeśli projekt bardziej się rozrośnie, a mi uda się znaleźć więcej osób chętnych do pomocy, pojawią się także wpisy opowiadające o architekturze w kontekście innych niepełnosprawności niż ruchowa. Uważam ten cykl za jeden z ważniejszych, a z pewnością najbardziej wartościowych w historii tego bloga.

Zapraszam Was też do śledzenia Oli na Twitterze i Instagramie.

projektowanie bez wykluczania

Zdjęcie wykorzystane także w nagłówku wpisu, autorstwa Oli

Więcej

Czy warto iść na studia architektoniczne? 1/2

Tak, jak kiedyś odpowiadałam na pytanie czy warto iść do liceum plastycznego, tak postanowiłam zrobić podobnie w przypadku studiów, które wybrałam – architektury. Planowo taki wpis miał się pojawić dopiero po ich zakończeniu, ale uznałam, że nie chcę publikować czegoś długiego jak epopeja, więc podzielę go na pół. Pierwsza część (ta którą właśnie czytasz) opowie o przygotowaniach do rozpoczęcia tego typu studiów, o egzaminach wstępnych oraz o pierwszych trzech latach nauki. Za dwa lata spodziewajcie się kontynuacji, która przedstawi zdobywanie tytułów inżyniera oraz magistra inżyniera architekta. A jak się życie potoczy dalej – tego już nie da się do końca zaplanować. Póki co, zapraszam na pierwszą część tego małego cyklu.

Jakiś dłuższy czas temu pisałam, że dostałam się na architekturę przypadkiem – pewnym zrządzeniem losu. Kilkanaście miesięcy później wiedziałam już, że ten przypadek był jedną z najlepszych rzeczy, jakie mi się przytrafiły w życiu. Zupełnie odnalazłam się na tym kierunku. Z roku na rok coraz bardziej kręci mnie świat architektury i coraz łatwiej odrzucam jakiekolwiek inne drogi w życiu, przekonując się do tej konkretnej. Z tego powodu mój wpis będzie miał wydźwięk zdecydowanie pozytywny, zachęcający – bo uwielbiam ten kierunek i z pełnym przekonaniem mogę go polecić.

Czy warto studiować architekturę?

Dlaczego warto studiować architekturę? Bo te studia są niezwykle interesujące i pozwalają się rozwinąć w bardzo wielu dziedzinach. Jest to jedno z tych doświadczeń, które łączą nauki ścisłe (matematyka, fizyka, mechanika, konstrukcje…), humanistyczne (historia, socjologia), ekonomiczne i przede wszystkim artystyczne. Dzięki tak wszechstronnej wiedzy można mieć rozeznanie w wielu dziedzinach i w razie czego nie mieć większych problemów z zmianą wybranej drogi. Tylko czy jest powód aby ją zmieniać? Trudno powiedzieć – za to widok nie-spalonych za sobą mostów może uspokoić każdą niezdecydowaną osobę.

Zawód architekta to jednak jedna z tych profesji, o których się marzy. Kto by nie chciał podziwiać swoich projektów, zajmujących nie kilka tysięcy pikseli na jakiejś stronce internetowej (do czego sztuka zaczyna zmierzać) a całe ogromne powierzchnie terenu, pnąc się w górę i roztaczając swój obraz na wszystkie strony. Kto by nie chciał, aby jego dzieło ktoś mógł nazwać domem i pokochać. Kto by nie chciał zostawić po sobie obiektu, który byłby opiewany w czasopismach i stałby się miejscem niejednego ważnego wydarzenia – jak nie dla całego społeczeństwa to chociaż dla pojedynczych osób. Kto by nie chciał budować scenografii do życia innych ludzi, a może także i dla siebie, gdy trochę złota spłynie do portfela. Tak, to ogromna odpowiedzialność, to konieczność zdobycia zaufania i dbałość o każdy najmniejszy szczegół. To też niewyobrażalnie dużo pracy. Ale czym byłoby życie bez celów, które prawie-prawie a byłyby awykonalne?

Kiedy zaczynałam pisać ten wpis, nie miałam jeszcze praktyki w biurze architektonicznym. Moja wiedza o tym zawodzie ograniczała się do tego, co opowiedzieli o nim wykładowcy lub co wyczytałam w książkach. Teraz trochę inaczej patrzę na niektóre aspekty – a mimo to wciąż chcę zostać architektem. Takim, który co chwila musi jeździć do urzędu miasta, rozmawiać z branżystami, uzgadniać z rzeczoznawcami i poprawiać wiecznie ten sam projekt – oraz takim, który mimo tego wszystkiego wciąż znajduje w sobie siłę i kreatywność aby działać dalej, dalej tworzyć.

Jak dostać się na studia architektoniczne?

Architektura to jeden z tych kierunków, które posiadają egzamin wstępny. Ponieważ chętnych jest bardzo wielu, uczelnie muszą wyłonić wśród nich tych, którym wyraźnie zależy i którzy posiadają potrzebne umiejętności. Nie jest to na szczęście niewyobrażalnie trudny egzamin – myślę, że jeśli ktoś lubi rysować i posiada wyobraźnię przestrzenną, to bez problemu powinien sobie z nim poradzić. Ważnym jest tylko wcześniejsze rozrysowanie się na dużym formacie – 50×70 albo 100×70 cm – bo takiego wymiaru kartkę zobaczysz przed sobą na jednym z zadań.

Egzamin wstępny na architekturę wygląda inaczej na rożnych uczelniach. Mój składał się z:

  • części rysunkowej, na której trzeba było narysować dziewczynę siedzącą w kajaku, z wiosłem (rysunek z patrzenia). Co roku kompozycja jest oczywiście inna, ale na ogół łączy postać człowieka z większym przedmiotem. Na różnych uczelniach temat może być inny – na przykład rysunek może dotyczyć przedstawienia czegoś z wyobraźni. Słyszałam też o kompozycjach trójwymiarowych, na przykład wykonywanie makiet z kartonu.
  • części testowej, czyli kilku kartek z krótkimi zadaniami, bardziej na logikę i wyobraźnię niż rzeczywistą wiedzę. Moja „część na wyobraźnię” wyglądała tak.

Wiele osób decyduje się zapisać na specjalne kursy przygotowujące do tego egzaminu. Często są one niewyobrażalnie drogie. Z obserwacji widzę, że tego typu zajęcia nie gwarantują sukcesu na egzaminie, choć zdecydowanie mogą pomóc. Jeśli nie miałeś/aś wcześniej zbyt dużo kontaktu z rysunkiem, warto rozważyć tę opcję. Jednak jeśli nie masz możliwości zapisać się na taki kurs, nic straconego! Zorganizuj sobie kurs we własnym domu, kup deskę w markecie budowlanym (poproś o przycięcie do formatu 100×70) oraz kartki tego wymiaru i układaj sobie kompozycje do narysowania. Tak naprawdę do opanowania są dwie najważniejsze umiejętności:

  • zakomponowanie na kartce, czyli stworzenie rysunku, na którym zmieszczą się wszystkie wymagane przedmioty, nie będą ani za duże ani za małe
  • zadbanie o proporcje rysowanych przedmiotów, czyli stosunek ich wielkości względem siebie

W internecie można znaleźć mnóstwo poradników odnośnie rysowania, w tym jeden mój.

Oczywiście równie ważnym, co egzamin wstępny, jest wynik z matury. Najgorszym co możesz zrobić, decydując się na takie studia, jest oddanie się ćwiczeniom rysunkowym i nie zdanie egzaminu dojrzałości z braku czasu.


Pierwszy semestr

studia architektoniczne

Początek studiów to nabywanie podstawowych umiejętności oraz nadrabianie braków z poprzednich etapów edukacji. Jeśli, tak jak ja, nie miałeś/aś matematyki na poziomie rozszerzonym w szkole, przygotuj się na dłuższy romans z tym przedmiotem. Jeśli na początku nie możesz się otrząsnąć z tego, że jesteś na tych studiach, mnogość projektów sprawi, że szybko Ci przejdzie. Czego można się spodziewać:

  • projektowania i klejenia makiet – na początku będą to głównie formy składające się z prostych brył geometrycznych. Pamiętam, że długie weekendy kleiłam te nieszczęsne prostopadłościany, nie wiedząc, że jeśli nie zrobię „skrzydełek” na każdym fragmencie tektury, to makieta się nie rozleci. Nie znałam wtedy potęgi Medżika (pamiętaj, choćby nie wiem co, nigdy nie kupuj innego kleju niż Magic),
  • matmy – bo co to za inżynier, który liczyć nie potrafi. Na mojej uczelni były na szczęście bezpłatne zajęcia dodatkowe, pozwalające nadrobić zaległości. Mimo to, było trudno. Na pocieszenie powiem tylko, że na studiach typowo ścisłych matmy jest co najmniej trzy razy więcej,
  • geometrii wykreślnej – czyli przedmiotu, który na pierwszy rzut oka wygląda jakby ktoś wymyślał go będąc co najmniej w stanie zadurzenia. Kiedy rzutnie, rzuty Monge’a i punkty niewłaściwe zaczną nabierać sensu, możesz poczuć się jakby nagle odblokował Ci się kolejny zmysł albo ktoś pokazał Ci Narnię za wieszakami z ubraniami w Twojej własnej szafie,
  • rysunku – aby nie zapomnieć, jak się trzyma ołówek,
  • rysunku architektonicznego – który znacznie się różni od tego powyżej
  • materiałów budowlanych – abyś dowiedział(a) się, czym jest cegła, ile jest jej odmian i czy aby na pewno którejś nie zapomniałeś/aś,
  • historii architektury powszechnej – przedmiotu wymagającego nie tylko solidnej teorii, zapamiętania wszystkich nazw, stylów i autorów ale i umiejętności narysowania rzutów i elewacji najważniejszych budynków – z pamięci!
  • technik komputerowych, na których poznaje się m.in SketchUpa, czyli takiego Painta dla architektów,
  • ergonomii – w formie wykładów,
  • a także języka obcego i wychowania fizycznego.

Drugi semestr

studia architektoniczne

Na mojej uczelni był bardzo mocno powiązany z pierwszym, ponieważ większość przedmiotów kontynuowało swój bieg. Dołączyło za to kilka nowych, czyniąc tym samym drugi semestr jednym z najtrudniejszych:

  • mechanika budowli – coś, co sprawiło, że zaczęłam rozumieć jak to jest totalnie nie rozumieć. Nigdy wcześniej nie miałam problemów z nauczeniem się czegokolwiek – co najwyżej brakowało mi materiałów, czasu albo zapału. Tutaj, posiadając wszystkie trzy wartości, długo nie potrafiłam zrozumieć, o co chodzi. Czułam się totalnie za głupia, praktycznie jak nigdy. Dostępne źródła różniły się między sobą oznaczeniami i założeniami, co jeszcze bardziej wszystko utrudniało. Kiedy zdałam ten przedmiot w sesji poprawkowej, czułam się, jakby ktoś zdjął mi z serca co najmniej ołowianą belkę,
  • historia urbanistyki,
  • budownictwo – polegające na razie jedynie na zapoznaniu się z rysunkiem technicznym i występującymi w nim oznaczeniami.

Po tym semestrze trzeba było zaliczyć praktykę budowlaną, polegającą na odwiedzeniu wybranej przez studenta budowy przez jeden etap i stworzeniu książeczki ze zdjęciami i opisami, co konkretnie się działo podczas wykonywanych prac. Ja wybrałam sobie budynek wielorodzinny na Wyspie Spichrzów, natrafiając na jeden z najciekawszych etapów budowy – fundamentowanie.

Przed semestrem trzecim trzeba też było wybrać sobie małą wieś z zabudową tradycyjną i przeprowadzić w niej inwentaryzację. Mnóstwo rysunków i mapek było jedynie zapowiedzią tego, co miało mnie czekać na kolejnym semestrze.


Trzeci semestr

studia architektoniczne

Powoli zaczynasz wątpić, że istnieje życie pozaAutoCADowe. Projektowanie dotychczasowych kompozycji ustępuje miejsca prawdziwemu zadaniu architektonicznemu – trzeba zaprojektować dom jednorodzinny. Pamiętam, że bardzo stresowało mnie to zadanie, bo wydawało mi się, że kompletnie brakuje mi wiedzy, aby taki projekt zrobić. Aby dobrać materiały budowlane, ich grubości i połączenia i jeszcze umieć to narysować. W tym temacie napisałam dwa posty – pierwszy w trakcie projektowania i drugi, przedstawiający efekt końcowy. Wtedy też zdecydowałam, że nigdy nie będę używać SketchUpa do projektowania architektury.

Nowości na trzecim semestrze to:

  • ruralistyka – nauka o wsiach, wbrew pozorom wcale nie taki łatwy przedmiot, zwłaszcza jeśli chodzi o część wykładow,ą
  • przyroda – nauka o formach ochrony fauny i flory, uwarunkowaniach przyrodniczych terenu itp.,
  • historia architektury współczesnej – przedmiot który kochałam za to, że ograniczył się jedynie do wykładów. Uważam, że niektóre współczesne budynki są „nienarysowywalne”,
  • urbanistyka – na razie głównie w teorii, a w praktyce wymagająca jedynie zaprojektowania placu.

Trzeci semestr skupiał się na projektowaniu w małej skali i uwarunkowaniach przyrodniczych i kulturowych.


Czwarty semestr

studia architektoniczne

Był zupełnie inny od poprzednich. Zadaniem na projektowaniu był budynek wielorodzinny, co początkowo wydawało mi się bardzo prostym zadaniem. Skoro zaprojektowałam dom jednorodzinny, narysowałam jego rzuty, przekroje, elewacje i plan zagospodarowania, to teraz wystarczy zrobić to samo na większą skalę. Zaszalałam więc i zrobiłam budynek trudny konstrukcyjnie, a jak się później okazało – jeszcze trudniejszy w dopilnowaniu kwestii bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Poza tym, mój budynek był ogromny. Nie znając jeszcze dobrze Revita, długie noce poprawiałam rzuty w AutoCADzie, regulując grubości linii i połączenia ścian. Projekt budowlany na tym semestrze był ciężkim zadaniem, zawierał bardzo wiele elementów i ostatecznie przyjął formę plansz złożonych do naprawdę niemałej książeczki. Na urbanistyce również powiększył się zakres – tym razem do zaprojektowania był zespół budynków mieszkaniowych z niedużymi usługami.

Na czwartym semestrze dołączyły też nowe przedmioty:

  • konstrukcje budowlane – przez cały semestr w grupach opracowywaliśmy projekt jednego budynku, wyliczając ręcznie zbrojenie i obciążenia. Dodatkową trudnością były rysunki, które musiały być zrobione bardzo dokładnie, z konkretnymi oznaczeniami i nazwami,
  • HAPOL – historia architektury polskiej, postrach wszystkich studentów; przedmiot wymagający bardzo szczegółowej wiedzy, a także umiejętności narysowania budynku na podstawie notatek z wykładu i zdjęcia pokazywanego na rzutniku,
  • pojawiają się też seminaria obieralne, czyli dodatkowy przedmiot, który można sobie wybrać z listy, ja poszłam na zajęcia dotyczące przestrzeni podziemnej miasta,
  • rzeźba – na której każdy wykonał głowę z gliny.

Dodatkowo, pod koniec czekała nas praktyka hapolowska. Polegała ona na narysowaniu rzutu, przekroju lub elewacji istniejącego obiektu. Zadanie wykonywane w grupach, wymagające więcej wysiłku niż mogłoby się wydawać, ponieważ wszystko musiało być odmierzone z bardzo dużą dokładnością.


Piąty semestr

studia architektoniczne

Nie zliczę, ile razy słyszałam, że piąty semestr to prawdziwe piekło. I choć nie raz wyrywałam sobie włosy z głowy, nie wiedząc jak zorganizować godziny w swoim kalendarzu, aby wystarczyło na wszystko, ostatecznie poradziłam sobie z nim prawie bez bólu. Prawie, bo moja przygoda z hapolem rozciągnęła się na sesję poprawkową. To z kolei zaowocowało przepisaniem i przerysowaniem tych samych rzeczy co najmniej 2 razy. Tych kilkudziesięciu kartek B5. Także konstrukcje były kontynuowane, choć tym razem skupiały się na stali i korzystały z programu Robot.

Na projektowaniu architektonicznym do wykonania był nieduży budynek użyteczności publicznej, a na urbanistyce większe osiedle mieszkaniowo-usługowe.

Piąty semestr to jednak przede wszystkim nowości:

  • socjologia – przedmiot wydawałoby się, że lekki i przyjemny, a mimo to wymagający czytania i myślenia,
  • fizyka budowli – głównie dotycząca przenikania ciepła i wilgoci przez przegrody, charakterystyki energetycznej i komfortu termicznego – brzmi strasznie, ale w rzeczywistości nie jest tak źle,
  • akustyka – na której projektuje się salę widowiskową dostosowaną do konkretnej funkcji i liczby osób tak aby każdy widz wszystko dobrze widział i słyszał,
  • kompozycja – w miejscu rysunku i malarstwa, przedmiot na którym odchodzi się od prób wiernego przedstawienia, a skupia na układzie plam i linii oraz doborze materiałów,
  • teorie architektury współczesnej – w formie wykładu,
  • percepcja – która była dziwna.

Kontynuowany jest hapol, konstrukcje budowlane, projektowanie architektoniczne i urbanistyczne, a także pojawiają się nowe seminaria obieralne do wyboru. Ja zapisałam się na ideogramy architektury.


Szósty semestr

studia architektoniczne

Czyli ostatni omawiany w tym wpisie. Wiele razy słyszałam, że jest to najłatwiejszy semestr ze wszystkich i w sumie biorąc pod uwagę wyłącznie sesję, to by się zgadzało. Nie mieliśmy w niej ani jednego egzaminu. Oczywiście co to by była za sesja, podczas której student może spokojnie iść spać? Roboty było i tak bardzo dużo.

W tym semestrze główną trudnością była duża liczba przedmiotów projektowych. Oprócz zwykłego projektowania architektonicznego i urbanistycznego doszło projektowanie przeddyplomowe, na którym rozpoczęliśmy coś, czego będziemy bronić na dyplomie. Do wyboru projekt hotelu albo akademika. Oprócz samej części architektonicznej trzeba było zaprojektować wszystkie niezbędne instalacje w budynku, a także konstrukcję, czyli ustalić podpory i kierunki oparcia, układ konstrukcyjny i technologię.

W międzyczasie trzeba było znaleźć czas na projekt drugiego dużego budynku. Wybór funkcji był zależny od katedry. Ja projektowałam przychodnię zdrowia. Urbanistyka również wymagała więcej pracy, ponieważ projekt dotyczył zagospodarowania całej dzielnicy w Gdańsku albo Gdyni. Bardzo obszerne analizy doprowadziły do poprowadzenia nowych dróg, rozplanowania funkcjonalnie terenu i poprowadzeniu komunikacji publicznej, ale także zaprojektowaniu konkretnych miejsc, które miały się stać najważniejszymi punktami. Bardzo ciekawe ale i wymagające zadanie. Nowością była inżynieria miejska i drogowa. Ominę ten przedmiot zasłoną ciszy.

Na seminaria obieralne wybrałam sobie projektowanie parametryczne. Najwspanialsze zajęcia na świecie dotyczące czegoś, z czym chciałabym związać swoją przyszłość. Wymyślanie algorytmów generujących różnorakie bryły opanowałam do tego stopnia, aby wykorzystać je jeszcze w elewacjach budynków na oba projektowania. Jeśli kiedyś będę miała za dużo czasu w życiu, to już wiem czemu mogłabym się kompletnie poświęcić.


Podczas tych trzech lat bardzo dużo się działo. Zaczynałam jako osoba nie wiedząca, czego się spodziewać. Teraz czuję się gotowa na kolejne dwa lata studiów architektonicznych. Znalazłam pasję w tym co robię. W nieodległej przyszłości zamierzam wrzucić krótki poradnik dla świeżych studentów tego wspaniałego kierunku. Opiszę wtedy, jak ułatwić sobie życie i nie popełnić błędów które mogą kosztować co najmniej konieczność poprawy jakiegoś egzaminu.

Architektura na każdej uczelni jest inna, ale z rozmów ze studentami wynika, że większość przedmiotów się pokrywa. Dlatego przy decyzji, czy to kierunek dla Ciebie, spokojnie możesz zadać sobie pytanie: czy chciałbym/abym uczyć się takich rzeczy i robić takie projekty? A czy dostaniesz po tym pracę? No cóż, ludzie zawsze będą potrzebować dachu nad głową .

Więcej

Prawo do Lidla i Biedronki

19 maja na ulicy Świętojańskiej w Gdyni otworzono nowego Lidla. W reprezentacyjnym miejscu, przestrzeni niezwykle ważnej dla wizerunku miasta – „jak w ogóle można myśleć o postawieniu tutaj dyskontu”? Masywna bryła z równie dużym parkingiem i świecącymi pylonami reklamowymi zepsułaby całkowicie swoje otoczenie. Udało mi się odwiedzić tego Lidla i przyznam szczerze – jestem zaskoczona. Zaskoczona naprawdę pozytywnie, bo totalnie nie spodziewałam się, że budynek umieszczony będzie w podziemiu.

Podziemie – czy to nie fantastyczna przestrzeń na coś, co nie potrzebuje okien, zajmuje dużą powierzchnię i nie jest podzielone na wiele kondygnacji? A przede wszystkim – na coś, co wizualnie jest brzydkie i nie pasuje do żadnej praktycznie zabudowy? Kiedy zobaczyłam tego Lidla, gdzieś we mnie pojawiła się taka myśl: proszę, niech to nie będzie jedyny podziemny dyskont jaki zobaczę, a pierwszy, pierwszy z wielu.

Więcej