Tag: podróże

10 rzeczy, które mnie zaskoczyły w Stambule

Jadąc do Stambułu, spodziewałam się kontaktu z zupełnie nową kulturą, nowym spojrzeniem na świat i nowymi bodźcami. Ta podróż była rajem dla oka – na każdym kroku przed oczami stawały mi piękne mozaiki, barwne dywany, niesamowite kolory. Myślę, że są to jednak rzeczy, które trudno tak naprawdę opisać w przystępny sposób. Tego trzeba doświadczyć na własnej skórze. Ten wpis postanowiłam przeznaczyć więc na 10 drobnych ciekawostek, które mogą być dla Was nowe, które rozbudzą ciekawość albo zmuszą do refleksji, czy może nawet zachęcą do planowania podobnej wycieczki! Tym razem nie będę opisywać miejsc czy zabytków, a skupię się na tych drobnych detalach, które przykuły moją uwagę podczas pobytu i o których łatwo można zapomnieć, nie zapisując ich po powrocie.

1. Prawie wszystkie samochody są białe

Kiedy przybyliśmy do Stambułu i autobusem jechaliśmy z lotniska do centrum miasta, była to pierwsza nietypowa rzecz, jaką zanotowałam: prawie wszystkie samochody na ulicy są białe! Jest kilka powodów, dlaczego mieszkańcy Stambułu wybierają konkretnie ten kolor. Najbardziej oczywisty to klimat tego miejsca – biel w większym stopniu odbija promienie słoneczne, dzięki czemu pojazd mniej się nagrzewa. Niektóre posty znalezione w Internecie podają, że białe samochody są tańsze, co mogłoby być kolejną przyczyną takiego wyboru. Poza tym, na bieli zarysowania są mniej widoczne, co zdecydowanie ma znaczenie w mieście takim jak Stambuł. Nie zliczę, ile razy widziałam tam samochody omijające przeszkody czy inne pojazdy, zachowując przy tym tak niewiarygodnie małą odległość, że naprawdę brak głębokich rys to już tylko kwestia szczęścia albo czasu.

2. Sklepy i restauracje otwarte są naprawdę długo

Jeśli ktoś, tak jak ja, mieszka obecnie w Niemczech i postanowi odwiedzić Stambuł, chyba największym szokiem kulturowym będzie to, że sklepy są otwarte do późnej nocy. Dla porównania, w moim mieście już od 8 wszystkie markety są zamknięte, a dwie godziny później na marne szukać otwartej restauracji. Stambuł to zupełnie inny świat! Zapomnieliście kupić pocztówki albo pamiątek dla rodziny, rano wyjeżdżacie, a właśnie wybiła północ? Wałęsając się po mieście, nagle złapał was głód w środku nocy? W tym mieście takie sytuacje nie wiążą się z żadnymi problemami, jako że ulice żyją do naprawdę późnej pory (nawet nie udało mi się sprawdzić, jak długo). W czasie Ramadanu jest oczywiście szczególnie – po całym dniu postu Muzułmanie świętują hucznie swój posiłek. Podczas bardziej zwykłych dni, wciąż jednak centrum miasta wieczorem nie zamiera, a tłumy ludzi kontynuują swoje zakupy czy spotkania ze znajomymi.

Dzięki temu też, centrum miasta wydaje się całkiem bezpieczne po zmroku. Ulice są oświetlone, ludzie przechadzają się ze znajomymi, ale także i samopas. Z restauracji dobywa się muzyka, sprzedawcy wciąż próbują opchnąć komuś swoje towary. Większość Muzułmanów, zgodnie ze swoją wiarą, nie pije alkoholu, więc raczej nie doświadczy się w Stambule konfrontacji z osobami pod wpływem.

Już dawno ciemno, a tu wszystko wciąż otwarte. Zdjęcie: PK.

3. Policja i bramki na wejściach

Można dyskutować na temat, czy obecność grup policjantów patrolujących lub pilnujących miejsc publicznych, zwiększa czy zmniejsza poczucie bezpieczeństwa. Ja powiem, że jest to po prostu coś, czego nie spotyka się zbyt często w Europie, poza ważnymi wydarzeniami lub świętami. Jest wiele powodów, dla których podjęto decyzję zwiększonej czujności w historycznym centrum i naprawdę nie chciałabym tych tematów tutaj poruszać. Zdarzało mi się widzieć wozy bojowe na głównych placach, a stróże prawa wyposażeni byli w karabiny maszynowe.

Kolejnym tematem jest kontrola dostępu do przestrzeni półpublicznych. Jeśli ktoś myśli, że po opuszczeniu lotniska będzie miał tymczasowo spokój z bramkami, jest w totalnym błędzie. W Stambule wszystkie najważniejsze muzea posiadają zabezpieczenia na wejściu, bagaż jest skanowany, a człowiek może być przeszukany. Co ciekawe – podobnie jest z galeriami handlowymi czy większymi bazarami.

4. Do muzeów wchodzi się z plecakami

Będąc jednak w temacie muzeów, dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że nie posiadają one szatni ani szafek. Ekspozycję ogląda się z torbą na ramieniu czy plecakiem na plecach, często trzymając kurtkę bądź bluzę w dłoni. Nie jest to wygodne ani praktyczne, ale domyślam się, że przy takiej liczbie odwiedzających, szatnia zajęłaby pół gmachu muzeum. Kolejnym problemem byłaby konieczność zorganizowania wyjścia w tym samym miejscu, co wejście – a to nie zawsze byłoby możliwe. Chodzenie z plecakiem jest jednak niewygodne, a często i niebezpieczne dla eksponatów.

Chyba jeszcze nie było wnętrza Hagii Sophii. No to jest!

5. Wikipedia zabroniona

Długo nie mogłam się do tego przyzwyczaić – kiedy pomimo dobrego połączenia z Internetem, strona nie chciała się załadować. Wikipedia obecnie zablokowana jest na terenie Turcji. Nie jest to jedyna ocenzurowana część Internetu w tym kraju, jednak zdecydowanie najważniejsza z punktu widzenia turysty.  W ubiegłych latach nawet chwilowo niemożliwy był dostęp do Twittera, jednak obecnie nie ma z tym problemu.

6. Przystawki w restauracjach

Czas powrócić do tematu jedzenia. Miłym zaskoczeniem jest to, że niezależnie od tego, czy trafiliśmy do małej i taniej knajpki, czy do wysoko ocenianej eleganckiej restauracji, zawsze przed otrzymaniem głównego dania, dostawaliśmy pewnego rodzaju przystawki – chleb (najczęściej typu pita) oraz coś do niego. Nawet zamawiając przystawki z karty dań, oprócz nich praktycznie zawsze na stole pojawiało się coś ekstra.

Pracownicy restauracji dbają o klienta – w razie braku chleba donoszą więcej, często oferują darmowy napój przed wyjściem. Oczywiście w dobrym geście jest zaoferować wtedy sensowny napiwek. Lepsze restauracje wliczają napiwek w cenę, jest on stałą częścią rachunku i pomimo to, wciąż oferują „gratisy”. Ogólnie odniosłam wrażenie, że w Turcji jedzenie ma o większe znaczenie dla ludzi, niż w EU. Nawet w tym niedługim locie z Turkish Airlines wszyscy pasażerowie otrzymali naprawdę porządny posiłek, nie dopłacając nic do ceny biletu.

Wbrew obiegowej opinii, wegetarianin też może dobrze zjeść w Stambule.
Herbata w Turcji zdefiniowana jest poprzez dokładnie taki format szklanki. Źródło zdjęcia.

7. Turecka herbata

Niektórzy pewnie wiedzą, inni nie – jestem ogromną fanką herbaty. Z tego powodu, postanowiłam poświęcić jej osobny temat. Herbata w tureckich restauracjach czy knajpach przybiera dwie formy – herbaty zwykłej oraz owocowej. Niezależnie od miejsca i wyboru, zawsze serwowana jest w bardzo konkretnym naczyniu – małej szklaneczce o kształcie zbliżonym do miniaturowego wazonu bez rączki. W Turcji niemożliwym wydaje się wypicie herbaty z czegokolwiek innego, forma szklanki mówi sama za siebie, że zawiera ona herbatę.

Choć naprawdę ujął mnie ten zwyczaj, nie zdecydowałam się kupić takiego typu zestawu do herbaty dla siebie na pamiątkę. Głównym argumentem jest oczywiście to, że ja herbatę piję litrami, a dzbanuszki te pomieszczą zaledwie kilka łyków.

8. Jadalne kasztany, prażona kukurydza

W najbardziej turystycznych miejscach ten zapach będzie zdecydowanie wyróżniał się spośród innych: świeżo smażone kasztany w mobilnej budce, sprzedawane w niewielkich papierowych saszetkach. Zdecydowanie warto spróbować tego przysmaku.

9. Ekspozycje rzeźb na zewnątrz

Przed Hagią Sophią, w obrębie terenu muzeum, stoją sobie luzem antyki. Fragmenty kolumn czy rzeźb opisane są jako pozostałości z drugiej Hagii (obecna jest trzecia), datowane na V czy VI wiek. Choć oczywiste jest, że są to eksponaty muzealne, niektórzy turyści nie widzą niczego złego w traktowaniu ich jako ławki.

Większa galeria rzeźb na świeżym powietrzu znajduje się w Muzeum Archeologicznym. Stanowią one swojego rodzaju ogród, a przechodzenie pomiędzy nimi sprawia niesamowite wrażenie. Być może nie mają one znaczącej wartości historycznej ze względu na zły stan zachowania lub powtarzalność. Mimo to nie widziałam podobnej galerii gdziekolwiek indziej.

Muzeum Archeologiczne

10. Nie uciekniesz od naganiacza

Spacerując w typowo turystycznych miejscach, nie sposób odpędzić się od naganiaczy, zapraszających do swoich sklepów czy restauracji. Taki walor tego miejsca. Najgorsze, co możesz wtedy odpowiedzieć to „może następnym razem”. Człowiek potraktuje te słowa jako przysięgę i zdecydowanie wyniucha cię w tłumie, kiedy przypadkiem ponownie znajdziesz się w pobliżu jego biznesu. Jeśli jeszcze zdążył wyciągnąć od Ciebie Twoje imię, możesz spodziewać się, że dokładnie po nim cię zawoła, nie robiąc przy tym prawie żadnych błędów w wymowie.

Niech jeszcze rozmowa stoczy się na twój kraj pochodzenia (o co zostaniesz zapytany jeszcze zanim zdążysz się dowiedzieć, co sklepikarz tak właściwie sprzedaje), a usłyszysz całą historię jego przywiązania lub wspomnień związanych z Polską. Niezależnie, czy facet rzeczywiście spędził tam pół roku, pracując w budce z fast foodem, czy wyjechał na Erasmusa, a może członkowie jego licznej rodziny tam mieszkają, z pewnością usłyszysz kilka podstawowych polskich zwrotów lub nazw miast. Jestem ciekawa, w ilu językach przygotowana jest podobna historia.

Na tym chciałabym zakończyć, jednak lista zdecydowanie mogłaby być dłuższa. Mogłabym opisać, co szczególnie minęło się z moimi oczekiwaniami lub przeczuciami. Choć unikam stereotypów i staram się dość luźno interpretować to, co czytam, trudno mi powiedzieć, że nie miałam żadnego wyobrażenia o współczesnym Stambule przed jego odwiedzeniem. Niektóre rzeczy zaskoczyły mnie naprawdę pozytywnie: chociażby układ samego miasta, powiązanie ważnych jego części bardzo logiczną siatką komunikacji publicznej. Inne, jak chociażby naganiacze restauracyjni, trochę mnie zmęczyły i ułatwiły pogodzenie się z końcem przygody. Nie żałuję jednak ani dnia spędzonego w tym mieście i z pewnością kiedyś tam wrócę.

Więcej

Dwa wypady z Barcelony – Girona i Figueres oraz Montserrat

Jeśli wydawało Wam się, że przedstawiłam na tym blogu dostatecznie dużo miejsc do zobaczenia w Barcelonie i na pewno nic więcej nie zmieściłoby się w czasie jednotygodniowego pobytu, tym wpisem Was zaskoczę. Barcelona to tylko jeden z powodów, dla których warto odwiedzić Katalonię, a mnóstwo kolejnych można doświadczyć nie oddalając się od miasta dalej niż krótka podróż pociągiem.

Jeśli nie zapoznaliście się jeszcze z poprzednimi wpisami, zdecydowanie zachęcam do nadrobienia zaległości:

  1. Barcelona i Gaudi – ten wpis zabierze Was do magicznego świata dzieł Antoniego Gaudiego, zobaczycie La Sagradę Familię, Park Güell i kilka budynków mieszkaniowych zaprojektowanych przez architekta
  2. Barcelona bez Gaudiego – tutaj przeczytacie o średniowiecznej części miasta i o miejscach, które warto zobaczyć w historycznym centrum

Dzisiejszy wpis jest trzecim i tym samym ostatnim wpisem z serii. Liczę na to, że Wam się spodoba J.

 

Wypad 1: Figueres i Girona

Figueres

Te dwa miasta znajdują się na północ od Barcelony i wbrew temu co mówią podręczniki turystyczne i strony internetowe próbujące opchnąć wycieczki za duże pieniądze… można tam bez problemu dojechać pociągiem. Figueres znajduje się niecałe dwie godziny drogi od Barcelony, a pociąg przejeżdża właśnie przez Gironę. My zaczęliśmy od Figueres, ponieważ znajduje się tam muzeum, które bardzo chcieliśmy zobaczyć.

Postaci Salvadora Dalí nie trzeba nikomu przedstawiać. Ten niezwykły twórca zostawił po sobie mnóstwo dzieł, które wyraźnie zapisały się na kartach historii sztuki. Choć jego obrazy podziwiać można na całym świecie, jest kilka miejsc, które szczególnie powinny zainteresować fanów jego twórczości. Jedno z nich właśnie znajduje się w Figueres i mieści się w budynku wybudowanym w miejscu dawnego teatru. Stąd zresztą pochodzi nazwa: Dalí Theatre-Museum.

Z dworca bez problemu można dojść do muzeum na pieszo. Figueres nie jest dużym miastem i oprócz muzeum nie zawiera innych znaczących atrakcji turystycznych. Mimo to, wciąż zachęca tłumy turystów do zobaczenia tego nietypowego budynku. Już z daleka widać, że jest to obiekt niezwykły. Czerwona elewacja udekorowana jest dziwnymi ornamentami, a na szczycie przylegającej do budynku wieży umieszczono gigantyczne jaja. Jeszcze przed wejściem do środka można doświadczyć surrealizmu, tworzonego przez Salvadora Dalí.

Wewnątrz prezentowane są dzieła artysty, a także i innych twórców, jednak i sam budynek jest niezwykły. Pomimo nowej funkcji, zachował on formę teatru, jednak z atrium w miejscu widowni oraz przestrzenią prezentującą największy obraz w miejscu sceny. Mniejsze dzieła umieszczone są w korytarzach okrążających serce budynku oraz kilku pomieszczeniach. Ważną, wręcz integralną częścią muzeum, są instalacje multimedialne, zawierające ruchome elementy, grę świateł czy złudzenia optyczne. Nie chcę ich opisywać, aby nie zepsuć nikomu niespodzianki. Chciałabym jednak podkreślić, że będąc w Barcelonie zdecydowanie warto poświęcić jeden dzień podróży na zajrzenie i do Figueres.

  

Oprócz głównego muzeum-teatru, w sąsiadującym budynku znajduje się ciąg dalszy twórczości Salvadora Dalí – zaprojektowana przez niego biżuteria i inne niewielkie przedmioty. Jak łatwo się domyślić, daleko im do typowych tworów, jakie można zobaczyć w sklepach.

  

Girona

Do Girony trafiliśmy wczesnym wieczorem i ku naszemu zdziwieniu, wszystkie sklepy były zamknięte, a miasto prawie że umarłe. To piękne, historyczne miasteczko, okazało się mniej pasjonujące niż się spodziewałam, ale wciąż miało w sobie jakiś drobny urok.

Chyba najważniejszym obiektem w Gironie jest katedra. Gotycka świątynia posiada bardzo nietypową elewację do której prowadzą długie schody, kończące się niewielkim placem. Wnętrze budynku jest również niezwykłe – według dostępnych źródeł jest to kościół o najszerszej nawie na świecie – 22 metry. Dla zwiedzających dostępny jest audioguide, opowiadający w sposób bardzo szczegółowy o budynku oraz znajdujących się w nim ołtarzach, dziełach, pamiątkach.

Drugą znaną atrakcją turystyczną Girony są historyczne mury miejskie. Aby do nich dotrzeć, trzeba pokonać drogę w górę przez miasto, przespacerować się po wąskich i krętych uliczkach i wspiąć się po licznych stopniach schodów. My niestety dotarliśmy tam już po zmroku, a wtedy miejsce wydawało się być naprawdę niebezpieczne, zwłaszcza ze względu na bardzo słabe i wybrakowane oświetlenie. Warto było jednak zobaczyć widok roztaczający się na miasto z tak wysokiego punktu.

   

 

Wypad 2: Montserrat

Kolejną rzeczą, którą szkoda by było przegapić, będąc w Barcelonie, jest Montserrat. Montserrat jest pasmem górskim, znajdującym się kilkadziesiąt kilometrów na północ od Barcelony. Miejscem przyciągającym najwięcej turystów jest opactwo benedyktynów (Monistrol de Montserrat), zlokalizowane pomiędzy szczytami, a bardzo łatwo dostępne za pomocą środków komunikacji publicznej. Ja szczególnie poleciłabym odwiedzić góry dla samej radości obcowania z naturą i ucztą dla oka jaką jest jej piękno.

Aby dostać się do opactwa w górach, trzeba najpierw wsiąść w pociąg regionalny docierający do stacji u podnóża Montserrat. Stamtąd w górę prowadzi kolejka górska oraz pociąg górski zwany Cremarella. My skorzystaliśmy z drugiej opcji, ponieważ kolejka była zamknięta. Przy możliwości wyboru, prawdopodobnie i tak wzięłabym pociąg – wbrew pozorom to z niego roztacza się niesamowity widok. Aby w pełni go podziwiać, polecam zająć miejsce przy oknie od strony drzwi do pojazdu.

Oczywiście najlepszym doświadczeniem jest dotarcie tam na pieszo. Według opisów dostępnych w Internecie, trasa jest dość prosta i zajmuje około półtora godziny w jedną stronę. Konieczne jest wtedy odpowiednie obuwie oraz zapas wody, nie mówiąc już o dodatkowym czasie, czyli wyruszeniu w drogę odpowiednio wcześniej. My zrezygnowaliśmy z tej możliwości.

Opactwo benedyktynów jest oblegane przez turystów przez cały rok. Z tego powodu, oprócz klasztoru, odwiedzić tam można muzeum, liczne sklepy z pamiątkami, a nawet sklep spożywczy. Sam kościół Santa Maria de Montserrat jest niewielki, acz ciekawy. Charakterystycznym elementem jest ogromnej długości sznur turystów pragnących dotknąć świętego obrazu Dziewicy z Montserrat. Jak się łatwo domyślić, nie zasililiśmy szeregu oczekujących.

  

Zamiast tego udaliśmy się do jednej z dwóch kolejek górskich, prowadzących w dalsze rejony Montserrat. Pierwsza z nich, prowadząca do kolejnego miejsca kultu – Santa Cova, była zamknięta. My pojechaliśmy w górę, w kierunku najwyższego szczytu Montserrat – Sant Jeroni. Kolejka w tę stronę to tak właściwie kolejka na Sant Joan, pozwalająca oszczędzić prawie 250 metrów wspinaczki na szczyt. Wtedy, do najwyższego punktu pasma górskiego pozostaje już tylko 370 metrów, które może zrobić nawet wymęczony bieganiem po muzeach turysta w trampkach (oczywiście nie polecam braku odpowiedniego obuwia!).

Osoby zastanawiające się nad zorganizowaniem sobie podobnej wycieczki prawdopodobnie mają w głowie pytanie: a jak wyglądają kwestie finansowe? Tyle rozmaitych środków transportu, dodatkowe kolejki górskie, przesiadki… Wbrew pozorom jest to jednak zupełnie proste! Na większych dworcach i stacjach metra oraz w punktach informacji turystycznej można kupić bilety zawierające wszystkie środki transportu do i w rejonie Montserrat. W zależności od pożądanych elementów, ceny oczywiście się różnią. My kupiliśmy bilet o nazwie Trans Montserrat, zawierający praktycznie wszystkie dostępne środki transportu, za 31,60 euro od osoby (wliczając dojazd metrem do dworca z którego odjeżdżał pociąg z Barcelony).

Tutaj chciałabym jeszcze dopisać po raz trzeci słowa rozczarowania wiedzą pracowników punktu informacji turystycznej. Kupując bilet Trans Montserrat, pani przy kasie z przekonaniem stwierdziła, że nie jest on zbyt opłacalny, ponieważ żadna z kolejek nie funkcjonowała w okresie, kiedy chcieliśmy odwiedzić Montserrat. Oczywiście nie było to prawdą – wszystkie źródła internetowe wyraźnie mówiły, że kolejka na Sant Joan jest w pełni sprawna i dostępna dla turystów. Potwierdziliśmy to na miejscu. Morał z tego jest taki, że nie warto ufać informacji turystycznej w Barcelonie.

   

   

  

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę, jak wielu miejsc i budynków w centrum Barcelony nie udało nam się odwiedzić, wciąż uważam, że te dwa krótkie wypady były warte poświęconego czasu i pieniędzy. Muzeum-Teatr Dali w Figueres jest niezwykłym miejscem, którego nie sposób zapomnieć. Girona ma swój urok – w końcu nie bez powodu miasto to stało się tłem kilku scen Gry o Tron. Montserrat natomiast stał się fantastyczną odskocznią od dużego miasta – zwłaszcza spacer po wytartym szlaku, który z całą pewnością zachwycił tysiące osób przed nami.

Więcej

Barcelona bez Gaudiego, czyli co jeszcze warto zobaczyć

W ostatnim wpisie opowiadałam o wycieczce do Barcelony i dziełach Antoniego Gaudiego, które można tam zobaczyć. Jak to bywa w przypadku dużych miast, w Barcelonie jest o wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia i dzisiaj chciałabym przybliżyć część z nich. Skupię się głównie na najstarszej części miasta, zlokalizowanej bliżej morza i reprezentującej o wiele inny styl i nastrój niż opisana wcześniej dzielnica Eixample.

Więcej

Dzieła Gaudiego, które warto zobaczyć w Barcelonie

dzieła Gaudiego które warto zobaczyć w Barcelonie

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie planując wakacje latem wybierają kraje o cieplejszym klimacie, aby kleić się potem i przeciskać pomiędzy turystami, natomiast zimą uciekają od mrozu do jeszcze większego mrozu. Ja polecam zupełnie inny kierunek na styczeń czy luty – Barcelonę. Wraz z narzeczonym udało nam się odwiedzić to wspaniałe miasto na początku stycznia i było to doświadczenie tak wspaniałe, że zdecydowanie musimy je potówrzyć. Dodatkowo, postanowiłam napisać serię wpisów prezentujących piękno stolicy Katalonii (oraz okolic) oraz ciekawe miejsca, które zdecydowanie warto odwiedzić. Aby uporządkować tę naprawdę ogromną listę, postanowiłam uciec od chronologii i geografii, a bardziej skupić się na tematyce. Zacznę więc od najbardziej typowego powodu, dla którego każdego roku tłumy turystów tłoczą się na ulicach Barcelony – od twórczości Antoniego Gaudiego.

Więcej

Warszawa – muzea i inne atrakcje, czyli co miłośnik kultury zobaczyć powinien

warszawa muzea

Jak część z Was pewnie wie, w wakacje przez miesiąc mieszkałam w Warszawie, odbywając tam praktykę w biurze architektonicznym. Było to dla mnie naprawdę ciekawe i rozwijające doświadczenie, które było warte wszystkiego, włącznie z niemałym stresem tuż przed wyjazdem i komplikacjami logistycznymi (wliczając w to dojazd z Monachium przez Pragę, Cieszyn, Kielce i… Gdańsk). W końcu jednak trafiłam do stolicy – miejsca dotąd znanego mi z wycieczek szkolnych i stereotypów zasłyszanych w internecie.

Więcej

Amsterdam

amsterdam

Wreszcie udało mi się odwiedzić miasto, które od niepamiętnych czasów dumnie zajmowało pierwsze miejsce na mojej liście miast do zobaczenia. Amsterdam. Piękna stolica Holandii, znana z baśniowych widoków kamieniczek, ulokowanych wzdłuż kanałów, rowerów poprzypinanych do każdego możliwego elementu nieruchomego i wąskich ścieżek i zakamarków pomiędzy budynkami. Miasto artystów, jeden z najważniejszych ośrodków kultury, wypełnione muzeami i galeriami, pomnikami i rzeźbami. Miejsce, gdzie na każdym metrze kwadratowym można znaleźć dzieło sztuki, za to nietrudno zgubić siebie, nie tracąc przy tym niczego poza widokiem jednego pięknego miejsca na korzyść drugiego.

Prognoza pogody zapewniała mnie o dwudziestoprocentowej szansie opadów, co w klimacie amsterdamskim oznaczało mniej więcej, że miało padać cały dzień. Deszcz nie zmniejszył jednak tłumów snujących się między kamieniczkami. Nawet przy większej ulewie co bardziej przyzwyczajeni wyglądali na zupełnie nie poruszonych swoim moknięciem. Tylko sklepiki z pamiątkami czy kwiatami pozakrywane zostały plastikowymi szmatami. Tam można było kupić wszystko – od typowych pocztówek, figurek i przewodników po pudełka na stroopwafle, drewniane tulipany i lizaki z marihuaną. Zapach tej ostatniej unosił się w całym mieście, często przerywany wonią soczystego, dojrzewającego sera prosto ze sklepu, który całą swoją dekoracją wnętrza i zewnętrza przekazywał konkretny komunikat – tutaj sprzedaje się ser.

Regularny i charakterystyczny układ ulic i kanałów Amsterdamu sprzyja gubieniu się, nawet jeśli wyznaczona droga prowadzi prosto, bez zakrętów. A może to te kanały wabią swoim urokiem do tego stopnia, że nie da się bezrefleksyjnie ich minąć, tylko trzeba kawałek przejść wzdłuż, potem urokliwym mostem pełnym rowerów i z powrotem, żeby jeszcze drugi rząd kamieniczek zobaczyć w całej okazałości z przeciwległego brzegu. Skończyło się na tym, że zanim dotarłam do miejsca, w którym znajdują się najważniejsze muzea, minęły dwie czy nawet trzy godziny.

amsterdam
amsterdam


Kiedy miasto samo się prosi, aby je pokochać…

amsterdam
amsterdam


Czy wspominałam już rowery?

amsterdam
amsterdam


Tak, będę robiła zdjęcie przy każdym kolejnym kanale.

amsterdam


Kiedy myślisz sobie, że na pewno uda ci się zrobić zdjęcie słynnego napisu podczas ulewy. Na pewno nie będzie na nim żadnych ludzi.

Przybyłam tam z pełną świadomością, że nie odwiedzę tych wszystkich wspaniałych gmachów, wypełnionych niesamowitościami, jednego dnia. Wybór pomógł mi podjąć portfel, gdyż tylko jedno z muzeów oferuje zniżkę studencką – Stedelijk Museum, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej. Dwa pozostałe ze świętej trójcy – Rijksmuseum i Muzeum van Gogha zobaczę, kiedy uda mi się wyrobić kartę muzealną uprawniającą do bezpłatnego wstępu do muzeów przez cały rok. Wybór był idealny – wizyta w tym obiekcie zajęła mi dokładnie tyle czasu, ile pozostało od mojego przyjścia do jego zamknięcia.

W Stedelijk Museum spodziewałam się przede wszystkim Mondriana i van Doesburga, twórców kierunku De Stijl. Nie zawiodłam się. Co więcej, wyeksponowano słynne krzesło Rietvelda, a także jego makiety domu Schröder w Utrechcie, wraz z zachowanymi oryginalnymi elementami wyposażenia. Poza tym Malewicz, Kandinsky, Cézanne… czego innego można się spodziewać po muzeum tej klasy? Poznałam też paru nowych dla mnie artystów – jak Miguel-Ángel Cárdenas, Aslan Gaisumov czy Otobong Nkanga. Jedna z wystaw poświęcona została twórczości Edwarda Krasińskiego – trójwymiarowe kompozycje z wiszącymi elementami czy niebieską taśma adhezyjną wypełniały swoim oddziaływaniem całe pomieszczenia.

amsterdam


Poznajecie tę piękność? Tak, to oryginał z lat dwudziestych.

amsterdam


Wiszące lustra Krasińskiego

amsterdam


To jest zdjęcie przedstawiające chwilowy brak deszczu na zewnątrz.

Amsterdam to miasto niezwykłe. Ten jeden dzień minął tak szybko, że tak naprawdę w ogóle nie zdążyłam poznać tego miejsca. Pięknie zdobione elewacje kamieniczek wciąż wydają mi się bajką, a nie rzeczywistością. Ktoś powie, że przecież takie mamy w Gdańsku. Nie, nie. W Amsterdamie można iść bez końca, zagłębiać się w wąskie uliczki i przechodzić przez kolejne mosty a ten uroczy widok nie mija. Mnóstwo zieleni – kwiatów i krzaków w każdej formie, czy to wiszącej czy doniczkowej – dodaje malowniczości do nawet najciemniejszego kąta. Wycieczkowe łódki wypełnione turystami snują się po wodzie, a kramy oferują naprawdę najdziwniejsze pamiątki (moją ulubioną będą chyba pluszowe drewniaki – kapcie). Gdzieniegdzie pojawiają się tramwaje czy autobusy, ledwo przeciskające się pomiędzy turystami przeskakującymi z jednej krawędzi jezdni na drugą. Do tego jeszcze umieszczone w kluczowych punktach mobilne organy z rzeźbionymi figurkami, oferujące nietypową melodię.

Odwiedziłam wreszcie moje top1 miasto na liście do odwiedzenia… i wcale nie zamierzam go odhaczyć jako „zaliczone”.

amsterdam
amsterdam

 

amsterdam

 

amsterdam

Handel pamiątkami w Amsterdamie mógłby być materiałem na osobny wpis. Zdjęcie po prawej przedstawia na przykład… solniczki.

amsterdam


amsterdam


Nie ma nic gorszego niż nocne zdjęcia „z ręki”, wiem. Po prostu oświetlenie ratusza jest tak piękne, że postanowiłam umieścić dokładnie to zdjęcie – mimo, że zrobiłam i wersję „za dnia”.

Więcej

Sztokholm zimą odc. 2/2

Sztokholm to niesamowite miasto. Mogliście o tym przeczytać w moim poprzednim wpisie, opowiadającym o ogólnych wrażeniach oraz pierwszym dniu spędzonym w stolicy Szwecji. Dzisiaj skupię się już tylko na atrakcjach. Jeśli planujecie odwiedzić to piękne miejsce, koniecznie przeczytajcie o tym, co warto w nim zobaczyć.

Więcej

Sztokholm zimą odc. 1/2

To był szalony pomysł od początku do końca. Zaczęło się od przypadkowo napotkanej strony internetowej, wyświetlającej tanie loty z wybranego lotniska w podanym przedziale czasowym. To ona pokazała, że do Sztokholmu da się polecieć za 25 złotych, a wrócić za 30. Była to pokusa silniejsza od wszystkich skandynawskich mrozów, potencjalnie czekających tam na nas na przełomie stycznia i lutego. Była nawet silniejsza od rozumu i racjonalnego myślenia. Konkretniej, okazja dotyczyła dni, w których miały się odbyć poprawkowe egzaminy inżynierskie na moim wydziale. Ale był listopad, na głowie miałam bieżące zaliczenia i pracę dyplomową – potrzebowałam takiego marzenia, które zmotywuje mnie do poświęcenia 150% energii na ukończenie wszystkiego w terminie. Sztokholm zawsze był wysoko na mojej liście miast-celów; egzamin natomiast wydawał mi się formalnością. Pod koniec stycznia zaowocowało to atakiem paniki, który w jednej chwili zamienił efekt moich solidnych przygotowań w beznadziejne dukanie i jąkanie. Na szczęście nie było na tyle źle, aby nie zaliczyć. Mimo, że do końca życia będę sobie pluć w brodę, że zamiast widowiskowego rzucania ciekawostkami nie potrafiłam sobie przypomnieć czy blachownice mogły być homologiczne czy homogeniczne, podstawowy cel został osiągnięty – żadna poprawka nie zepsuła zaplanowanej podróży.

Więcej

Podróż do Finlandii – o czym warto wiedzieć?

Mając do wyboru nieskończoną liczbę pięknych miejsc na świecie, równie niepoliczalną prawie na wyciągnięcie ręki, a łatwo dostępnych co najmniej kilkaset… jak tu wybrać ten jeden kierunek? Padło na Finlandię i był to strzał w dziesiątkę. Cztery dni w tym pięknym kraju, w tym trzy w jego stolicy, zaowocowały w niesamowite przeżycia, mnóstwo pięknych chwil i kompletny brak stresu – nawet pomimo nieznajomości języka.

Podróż do Finlandii

Trudno policzyć ile takich wysepek z uroczymi domkami lub saunami znajduje się na terenie Helsinek

Dlaczego Finlandia?

Kocham piękną architekturę i spacery po muzealnych wystawach. Mając bardzo ograniczony czas na podróż, ostatnim na co chciałabym go przeznaczyć jest stanie w kolejce czy przepychanie się przez tłum. Łatwość zaplanowania takiej podróży była kolejnym powodem. Jednak najważniejszym motywem okazała się ciekawość – jak wygląda kraj, który z jednej strony jest jak najbardziej europejski, a z drugiej posiada dość indywidualną kulturę. Historycznie, miejsce to bywało częścią Szwecji i Rosji, zaś własnej narodowości, stało się pięknym krajem o wyjątkowej przyrodzie, niemniej interesującej zabudowie, pełnym ciekawych miejsc do odkrycia i zamieszkałym przez naprawdę miłych ludzi. Cztery dni to stosunkowo mało, aby je poznać, lecz dostatecznie dużo, aby się przekonać, że to kraj w którym chce się być.

Podróż do Finlandii

Widok spod katedry w Helsinkach

Oto początek krótkiej serii wpisów o tym, co warto zobaczyć w Helsinkach i Turku, czego można się spodziewać w Finlandii i jak przygotować się do takiej podróży.

Najłatwiejsze połączenie z tym pięknym krajem zapewnia oczywiście lot samolotem. Do Turku można dolecieć bezpośrednio z Gdańska linią WizzAir za kilkadziesiąt złotych, jeśli kupi się bilet z odpowiednim wyprzedzeniem. Lotnisko znajduje się w odległości kilku kilometrów od centrum miasta – odległość tę można pokonać autobusem miejskim (Föli) linii 1. Na drugim końcu tej trasy znajduje się największa atrakcja turystyczna miasta – średniowieczno-renesansowy zamek. Bilet dwugodzinny dla osoby dorosłej kosztuje €3, natomiast 24-godzinny €7.50, oba można kupić u kierowcy.

Poruszając się pomiędzy fińskimi miastami, można skorzystać z licznych połączeń kolejowych, lotniczych lub autobusowych. Najtańszą opcją okazał się OnniBus, który… jest „fińskim PolskimBusem”. Oprócz identycznej identyfikacji wizualnej, tych samych modeli samochodów, a także i oferty (bilety od € 1), identyczne są zasady korzystania z autobusu. Należy przyjść kwadrans przed godziną odjazdu, mieć przy sobie wydrukowany bilet, w autobusie dostępne jest darmowe WiFi, gniazdka oraz toaleta.

W Helsinkach autobus zatrzymuje się w Kamppi (Kampen). Jest to kompleks budynków umieszczonych w śródmieściu Helsinek. Dwa piętra przystanków autobusowych, stacja metra, ogromna powierzchnia usługowo-handlowa, biura, hotele i chyba wszystko czego można potrzebować, w jednym miejscu. Wbrew komercyjnemu charakterowi, jest to naprawdę przyjazne miejsce, o dużej dostępności, z bardzo logicznym rozkładem wewnętrznych korytarzy. Budynki Kamppi otulają rozległy, tętniący życiem plac. Tam też zlokalizowany jest nietypowy obiekt, przypominający z zewnątrz złote jajo. Jest to tak zwana Kaplica Ciszy (Kampin kappeli, Kampens kapell). Wykonane z drewna dzieło autorstwa K2s Architects zdecydowanie zwraca na siebie uwagę.

Podróż do Finlandii

Podróż do wnętrza Ziemi, a konkretniej, do helsińskiego metra

Podróż do Finlandii

Stacja metra przy uniwersytecie

Nie jest to jednak serce Helsinek. Stanowi je port i zabudowa wokół niego. Dwie ogromne świątynie oraz plac otoczony klasycystycznymi i modernistycznymi budowlami (czyż nie jest to przepiękne połączenie architektoniczne?) reprezentacyjnymi, następnie zaś tafla wody, poprzerywana małymi wysepkami. Tylko wsiąść na prom i popłynąć w ich stronę, co oczywiście nie jest niczym niemożliwym, ponieważ… na prom można wejść z takim samym biletem jak do autobusu, metra czy tramwaju. My skorzystaliśmy z oferty HelsinkiCard – karty oferującej darmowe lub obniżone cenowo wstępy do wszystkich muzeów, darmową komunikację publiczną oraz bardzo liczne atrakcje, z których chętnie korzystaliśmy. Miasta portowe mają swoją magię, której nie da się opisać, ale którą bardzo łatwo poczuć, widząc oddalające się budynki podczas słuchania chlupotu fal uderzających o burtę.

Podróż do Finlandii

Katedra góruje nad miastem

Na sześciu wyspach, oddalonych o jakąś milę morską od helsińskiego portu, znajduje się niesamowita twierdza Suomenlinna, przy której Wisłoujście to zameczek z piasku. Ogromne (choć w planach jeszcze większe) dzieło Szwedów, rozbudowane przez Rosjan, pełne historycznych miejsc, punktów widokowych i muzeów opowiadających o jego powstaniu – a dla osób szukających innego rodzaju rozrywki – restauracji oraz klubów. Zdecydowanie obowiązkowy punkt podczas wycieczki do Helsinek. Kolejnym celem do „odhaczenia” jest wyspa zlokalizowana po przeciwnej stronie miasta – Seurasaari, mieszcząca skansen pełen fińskich chatek, domków i innych obiektów z ostatnich trzystu lat. W Helsinkach naprawdę jest co zwiedzać. Czy wymieniłam muzea?

Podróż do Finlandii

Suomenlinna

Podróż do Finlandii

Na Seurasaari

Teraz czas na garść praktycznych informacji:

W Finlandii obowiązują dwa języki – fiński i szwedzki. Wszelkie oznaczenia, nazwy przystanków, teksty na produktach w sklepach występują właśnie po fińsku i szwedzku. Mimo to, zarówno w Helsinkach, jak i w Turku, każdy napotkany przez nas Fin doskonale radził sobie z językiem angielskim i chętnie udzielał wskazówek albo pomocy. We wszystkich muzeach i galeriach podpisy były przetłumaczone na język angielski, tak samo jak szczególnie ważne komunikaty. Jest to ważne głównie dlatego, że język fiński nie przypomina w żadnym stopniu innych języków europejskich (z wyjątkiem estońskiego), natomiast w szwedzkim podobieństwo to jest dość niewielkie (choć pomocne, np. słowo „flygstation”). Tylko dwie fińskie nazwy zabrzmiały dla nas znajomo: apteekki (apteka) i kioski (kiosk). Bardziej spodziewajcie się nazw typu yliopisto (uniwersytet) czy rautatieasema (stacja kolejowa).

Podróż do Finlandii

Rautatieasema

Niezwykłą cechą fińskich ulic jest to, że pieszy ma zawsze pierwszeństwo. Na skrzyżowaniach nie trzeba czekać, ponieważ wszystkie samochody zatrzymują się, jeśli tylko kierowca zobaczy, że ktoś chce przejść. Początkowo myślałam, że to cecha jedynie śródmieścia – później okazało się, że nie inaczej jest trochę dalej od centrum miasta. Dużo jest rowerzystów, są i rowery miejskie. Cykliści przeprowadzają rowery przez pasy i jeżdżą zupełnie przepisowo. Tramwaje jeżdżą powoli i przepuszczają wszystkich innych uczestników ruchu, w tym samochody osobowe. Ponieważ tory tramwajowe często zakręcają, pojazdy mają bardzo wiele przegubów, co tworzy ich szczególną estetykę. W Helsinkach bilety na komunikację publiczną (w tym prom) kasuje się przykładając do ujednoliconego, wyglądającego wszędzie identycznie, urządzenia. W zależności od środka transportu, urządzenie to spotkać można wewnątrz pojazdu (autobusy, tramwaje), lub na przystanku (metro, prom). W Turku, natomiast, bilet należy pokazać kierowcy, wchodząc przednimi drzwiami.

Podróż do Finlandii

Komunikacja publiczna jest bardzo rozwinięta w Finlandii, chętnie korzystają z niej ludzie w każdym wieku

Gniazdka zasilające są zbliżone do tych w Polsce. Zamiast bolca uziemiającego, znajdują się w nich dwa paski uziemiające z góry i z dołu. Gniazdka te, jak zresztą i parametry prądu w fińskich gniazdkach są w pełni kompatybilne z używanymi w Polsce urządzeniami elektronicznymi [dzięki Piotrek za korektę!] Piętra budynków, natomiast, liczy się od 1, czyli 1 to parter, 2 to odpowiednio pierwsze piętro. Waluta to oczywiście euro.

Ceny w Finlandii są podobne do cen w Belgii (nasza poprzednia podróż). Pocztówki na ogół kosztują € 1, choć zdarzają się też takie w przedziale €0.10-5.00. Obiady w barach kosztują zwykle kilkanaście euro. Noc w hotelu wynosi od kilkudziesięciu euro za pokój. Bilety wstępu do muzeów i innych obiektów to koszt do kilkunastu euro, najczęściej €4.00-9.00. Jako „bilet wstępu” często otrzymuje się naklejkę, którą należy umieścić w widocznym miejscu.

W mieście można znaleźć supermarkety m.in. Lidl, K-Market i S-market. My robiliśmy zakupy w dwóch ostatnich. Kilka słów o fińskich produktach:

  • fińskie mleko (od €1) jest wzbogacane w witaminę D i jest przepyszne
  • masło solone (€2), również bardziej mi pasuje niż polskie
  • jaja są myte, śnieżnobiałe, oznacza to że trzeba je szybciej zjeść po zakupie (i koniecznie trzymać w lodówce)
  • fasola, groch, pomidory w puszce można znaleźć poniżej €1, za to są w kartoniku
  • wodę butelkową wystarczy kupić raz podczas podróży – nikogo nie dziwi widok osoby nalewającej do butelki kranówkę, ponieważ jest ona na ogół smaczna i czysta
  • na wszystkie puszki naliczana jest kaucja – nie tylko na puszki z piwem, podobnie jak zresztą na plastikowe butelki
  • ceny w ogólności są znacznie wyższe niż w Polsce, jednak najtańsze produkty są podobnej jakości (wysokiej) jaka w Polsce cechuje produkty „z wyższej półki”, o podobnej cenie
  • opisy produktów są na ogół tylko po fińsku i szwedzku, dlatego osoby uczulone na jakiś składnik powinny przetłumaczyć sobie jego nazwę; prawdopodobnie będzie on pogrubiony
Podróż do Finlandii

Zawartość kartonika na szczęście łatwo rozpoznać po zdjęciach

Finlandię warto też odwiedzić dla samej przyrody. Od razu po wyjściu z samolotu w Turku, poczuliśmy, że powietrze jest czyste i ładnie pachnie, lasem. Finlandia jest bardzo skalista, mimo to roślinność doskonale radzi sobie w obrastaniu kamiennego podłoża. Także człowiek nie daje się pokonać mniejszym i większym górom. Autostrada pomiędzy Turku a Helsinkami nie wije się pomiędzy górami, a przecina je. Typowym widokiem są więc wycięte ręką ludzką skalne ściany, często wysokości kilku kondygnacji. Droga prowadzi przez liczne lasy i jeziora, stanowiące charakterystyczny krajobraz tego pięknego kraju. Wspomnianych lasów i jezior z kolei najwięcej jest w środkowej części kraju, której my nie odwiedziliśmy.

Podróż do Finlandii

Typowa ulica w Finlandii

Wbrew temu co mogłoby się wydawać, przełom sierpnia i września w Finlandii nie był ani ciemny ani zimny. Pogoda dopisała nam o wiele bardziej, niż przez poprzednie dwa miesiące w Gdyni. Temperatura za dnia wahała się pomiędzy 14 a 19 stopniami Celsjusza, czyli nawet nie wymagała cieplejszej kurtki czy swetra. Z całą pewnością czego innego można się spodziewać po miesiącach zimowych, zwłaszcza na północy kraju. Odwiedzając latem stolicę, natomiast, nie ma czego się bać, jeśli chodzi o temperaturę.

Czas lokalny w Finlandii różni się od o jedną godzinę. Z tego powodu na bilecie lotniczym można zobaczyć, że lot w jedną stronę trwa ponad dwie godziny, a w drugą zaledwie dziesięć minut. W rzeczywistości w samolocie w obu przypadkach spędzi się ok. godziny i dziesięciu minut. Od razu po przybyciu, trudno nie poczuć, że powietrze jest bardzo świeże i ma przyjemny, leśny zapach.

Osoby posiadające o wiele więcej czasu niż nasze cztery dni, mogą zainteresować się rejsem z Helsinek do Tallinna lub Petersburga. Oba miasta mają wygodne połączenie wodne z Finlandią i znajdują się w bardzo bliskiej odległości.

Planując wycieczkę do Finlandii, najlepiej przeznaczyć na same Helsinki co najmniej trzy dni. Jest to minimum, aby zobaczyć wszystkie najważniejsze miejsca, choć oczywiście im więcej czasu tym lepiej. Turku, jako poprzednia stolica, również ma wiele do zaoferowania. Gdyby nasza wyprawa trwała dłużej, z pewnością odwiedzilibyśmy miasto Tampere, a może nawet i Oulu, znajdujące się w centralnej części kraju. Finlandia jest niewiele większa od Polski, ale jej mroźna północ brzmi jak temat na poważną wyprawę, a nie turystyczną wycieczkę.

W kolejnych wpisach z fińskiej serii przedstawię miejsca, które odwiedziliśmy. Spodziewajcie się mnóstwa zdjęć!

Podróż do Finlandii
Więcej

Wielka podróż do Belgii – cz. 5 (Antwerpia)

Być może myśleliście, że cykl wpisów o belgijskiej przygodzie już się zakończył. Nic bardziej mylnego! Oto kolejny, tym razem już ostatni, fragment dziennika podróży. Ostatnie chwile spędzone w tym pięknym kraju również sprzyjały pięknym widokom i niezapomnianym wrażeniom, pojawiła się jednak refleksja na temat zbliżającego się końca przygody. Na szczęście, wycieczka była tak intensywna, że i jej zakończenie miało swoje plusy – był to oczywiście przede wszystkim odpoczynek.

Jeśli nie czytaliście poprzednich wpisów z cyklu, to zapraszam do zapoznania się z pierwszym z nich a także z ogólnym zapisem świeżych jeszcze wrażeń, stworzonym zaraz po przyjeździe.

Dzień szósty

Czasem zdarzają się takie przygody, które podczas ich trwania wydają się być pechowe, niechciane – jednak w już niedalekiej przyszłości to one stają się tymi wspomnieniami, które najczęściej przywołuje znane wszystkim „a pamiętasz jak…?”. W moich wspomnieniach to właśnie szósty dzień belgijskiej przygody stał się taką retrospekcją. A zaczęło się bardzo niepozornie.

Het Steen

Pierwszą zanotowaną atrakcją do odwiedzenia był średniowieczny zamek Het Steen. Na miejscu okazało się jednak, że nie znajduje się w nim muzeum archeologiczne, którego się tam spodziewałam. Wszystkie eksponaty zostały w 2011 przeniesione do Museum Aan de Stroom, o czym jakimś cudem nie zdążyłam doczytać przed podróżą.

Rynek

Skreślić musieliśmy także kolejny punkt planu dnia – podziemia miasta, które według informatora turystycznego miały być dostępne dla osób posiadających kartę miejską. Okazało się, że wycieczki rzeczywiście się odbywaja, jednak prowadzi je prywatna firma i obowiązuje dużo wcześniejsza rejestracja. W ten sposób zyskaliśmy kilka dodatkowych godzin, które mogliśmy przeznaczyć na inne atrakcje. Osobiście byłam jednak zła; zawsze denerwuję się, kiedy coś idzie nie po mojej myśli.

Nastrój poprawił mi nietypowy widok – pod ratuszem, na rynku, rozstawił się pchli targ staroci. Mnóstwo kolorowych pamiątek, biżuterii, akcesoriów kuchennych i starego sprzętu, książek i dekoracji domu, szkatułek, obrazów, świeczników, widokówek, zabawek, portfeli, albumów… było tam chyba wszystko, czego ktokolwiek mógłby chcieć się pozbyć. Osobiście nie znalazłam tam niczego dla siebie, ale sam widok tych niesamowitych „gratów” był po prostu uroczy. Nie wiem, jak często w Antwerpii odbywają się tego typu bazarki – ważne jest, że mają one swój klimat. Rzeczy porozstawiane na stolikach można oglądać prawie jak eksponaty w muzeum historii zwykłych ludzi – zwłaszcza, że część z nich mogłaby wiekiem kandydować do statusu zabytku.

Katedra

Jak długo można jednak ignorować najwyższy i najwspanialszy budynek w okolicy? Nareszcie przyszedł czas na odwiedzenie wnętrza katedry. Fenomenalna budowla, widoczna z każdej uliczki i nie dająca się ująć w całości w kadrze obiektywu, w środku nie ustępowała majestatowi zewnętrza. Tutaj wpis, w którym jest więcej zdjęć widoku katedry.

Zapamiętajcie tę płaskorzeźbę z czaszką i tarczami, jeszcze pojawi się w jednym z wpisów.

Na wejściu dostaliśmy ulotki informacyjne… po polsku! Nie miałoby to większego znaczenia w innej sytuacji, jednak podczas tej wycieczki wiele razy jakiegoś komunikatu nie udało nam się dostać w języku angielskim – a tu taka niespodzianka. Wewnątrz katedry umieszczonych jest kilka wystaw, a w tle rozlega się klimatyczna muzyka chóralna.

Na początku trasy zwiedzania katedry znajduje się to, co studenci architektury lubią najbardziej – makiety poszczególnych etapów budowy kościoła. Wyszczególniono na nich ciemniejszym kolorem, nowododane elementy względem poprzedniego stanu budowli. Patrząc na te modele, można zaobserwować, jak na miejscu wcześniejszego kościoła romańskiego, najpierw powstawała absyda (1413), a później, zamiast kontynuować budowę, dostawiając do niej korpus, skupiono się na fasadzie (1475), aby ostatecznie połączyć ze sobą te części obiektu (1492). Kościół jest ogromny, na co wpływ miało bogacenie się miasta dzięki handlowi wełną z Anglią. Wtedy mocno rozwinęło się rzemiosło, a każdy cech chciał mieć w kościele swój własny ołtarz – w szczytowym momencie było ich aż 57. Co jednak można przeczytać w katedrze, obecnie widoczna forma kościoła nie jest dziełem ostatecznym. W 1521 roku postanowiono przebudować obiekt na gigantyczną budowlę, niezrealizowaną z powodu pożaru w 1533 roku, jednak zachowaną w historii dzięki pozostałościom ścian nowej absydy. 1559 rok to data zyskania statusu katedry, natomiast następne dzieje budowli wiążą się z ikonoklazmem, późniejszym odzyskaniem budowli przez katolików za sprawą Filipa II, najazdem Francuzów, wprowadzeniem dekoracji barokowych. Obecnie budowla jest oczywiście pięknie odrestaurowana.

W kolejnej części katedry umieszczona jest wystawa stron z dawnych śpiewników. Pięknie zdobione karty z ówczesnym zapisem nutowym przedstawione zostały w postaci powiększonych zdjęć, wydrukowanych na wielu dużych planszach. Dalej znajdują się, już specjalnie zabezpieczone, prawdziwe stare księgi – od malutkich wersji kieszonkowych, do gigantycznych, zajmujących całą dużą gablotę.

Kolejna ciekawą rzeczą jest nietypowa instalacja – ciemny namiot w nawie bocznej, wewnątrz którego umieszczone są lustra-walce, na które odbijają się anamorficzne twarze wyświetlone na górze. Z każdego z tych elementów wydobywa się głos odpowiadający przedstawionemu chórzyście – chcąc więc skupić się na nim, wystarczy podejść bliżej. Niesamowite wrażenie.

Do katedry przeniesiona została także część obrazów z zamkniętego obecnie Królewskiego Muzeum Sztuk Pięknych – w tym arcydzieła Rubensa, których chyba nie można nie-zobaczyć będąc w Antwerpii. Inni wielcy mistrzowie, których prace można zobaczyć w katedrze to m.in.: Quentin Massys, Barend van Orley, Frans Floris, Ambrosius Francken, Otto van Veen, Maerten de Vos, Adam van Noort, Hendrik van Balen. Dla fanów historii malarstwa na pewno cenną będzie informacja, że z kartą turystyczną w sklepiku katedralnym można zakupić pięknie wydany album z porządnymi reprodukcjami wszystkich dzieł z katedry oraz opisaną historią obiektu z rabatem 40%.

Opisałam wystawy, ale powinnam jednak opisać samą katedrę – bo uwierzcie mi, że i bez tych dodatków i tak byłaby niesamowitym obiektem do zwiedzania. Przepiękne witraże, rzucające barwne światło z każdej kaplicy w absydzie i nawach bocznych, niesamowite sklepienia (tutaj też w gablotce przedstawiony został proces odzyskiwania malowideł), wejście do podziemi, mieszczących ślady po istnieniu wcześniejszego kościoła romańskiego, czy sama figura Matki Boskiej z Antwerpii, także wiele, wiele innych rzeźb i aż dwa zestawy organów, kopuła wieżyczki, znajdującej się między nawą główną a prezbiterium – dużo można pisać o tym obiekcie, ale nic nie odda wrażenia z jego wnętrza.

Rubenshuis

Następnym punktem wycieczki był dom Rubensa. Okazał się on najbardziej obleganym przez turystów miejscem w Antwerpii, co zdecydowanie zmniejszyło jego oddziaływanie. Rubens już za życia był znanym i cenionym malarzem, a dzięki bogactwu Flandrii, miał mnóstwo nabywców swoich dzieł. Wtedy popularne było kolekcjonerstwo sztuki, artyści mieli pełne ręce roboty. Dom Rubensa jest miejscem niezwykle bogatym, powiedziałabym wręcz że pełnym przepychu. Ściany wielu pomieszczeń pokryte są skórzanymi panelami z nadrukowanymi ornamentami, meble natomiast mają bogate wykończenie rzeźbiarskie, nawet jest osobny pokój na prześcieradła. Dom, a prawie pałac, Rubensa, ma dziedziniec i ogród z rzeźbami.

Nie wiem, jak wiele obrazów znajdowało się w domu Rubensa za życia malarza, ale jestem pewna, że niewiele ścian pozostawało gołymi. Zauważyć można natomiast, że akurat w tym miejscu prac Rubensa jest stosunkowo mało. Warto jednak wspomnieć, że sam budynek jest dziełem artysty – mało osób wie, że Rubens także był architektem.

Museum Mayer van den Bergh

Następnie udaliśmy się do dzielnicy teatralnej, gdzie mieści się Museum Mayer van den Bergh. Tak, oglądania pięknych obrazów nigdy za wiele. Miejsce to, będące kiedyś prywatną kolekcją Fritza Mayera van den Bergha również zawiera część przeniesionych dzieł z Muzeum Królewskiego – jednak i bez nich byłaby to naprawdę bogata kolekcja. Na wysokich ścianach wiszą dzieła m.in. Rubensa, Van Dycka czy Jordaensa – naprawdę jest na co popatrzeć. Było to ostatnie muzeum, które udało nam się odwiedzić tego dnia, niestety w Antwerpii godzina 17 oznacza koniec zwiedzania.

Linkeroever

Zjedliśmy obiad i poszliśmy na spacer po mieście. Pogoda zaczynała się porządnie psuć, jednak nie był to argument do zatrzymania nas w hotelu. Kiedy jednak dotarliśmy na rynek, ulewa stała się na tyle duża, że musieliśmy przeczekać w portalu katedry. Oczywiście wolałabym móc przejść się pomiędzy kamieniczkami, jednak patrzenie się na zdobienia budowli również należało do przyjemności. Wieczorem jeździło też mniej autobusów i jakoś żaden nie zmierzał w naszą stronę. Aby nie czekać wieczności, udaliśmy się na inny przystanek niż zwykle – choć w naszym kierunku. Po parunastu minutach wsiedliśmy do autobusu. Wszystko zapowiadało się normalnie, trasa była nam znana – a jednak autobus nie zatrzymał się na naszym przystanku i wylądowaliśmy… w Linkeroever, co się tłumaczy – być może się domyślacie – na lewy brzeg rzeki. Chyba nie muszę opisywać, jak wyglądała moja mina, kiedy pojazd zanurzył się w tunelu, a jak kiedy wysiedliśmy w szczerym polu, oddalonym 3 kilometry od hotelu, z czego 2 km w tunelu, w tym 300 metrów pod rzeką.

O dziwo, nie było też w pobliżu zbyt wielu ludzi, więc nawet nie mogliśmy zapytać o jakieś wyjście z tej sytuacji. Było ciemno, zimno, zaczynało padać, a sytuacja zaczynała zamieniać się w dramat. Wokół nas rozlegały się pasy zieleni, otoczone wysokimi blokami. Nie mogliśmy wrócić pieszo, tunel był dostępny tylko dla samochodów i wydawał się nie mieć końca – spacer odpadł od razu. Rozpoczęły się więc nieskuteczne próby poszukiwania przystanku na przeciwległej stronie ulicy. Nie wiem, ile to trwało, ale w końcu trafiliśmy na właściwy przystanek – chyba idąc za jakimś pieszym przez mroczną łąkę przed blokowiskiem. Z tego ukrytego przed światem miejsca udało się złapać autobus i bezpiecznie dotrzeć do hotelu.

Dzień siódmy

Platin-Moretus Museum

Wyszliśmy z hotelu z wiedzą, że jest tak mało czasu na tyle rzeczy do zobaczenia – a to nasz ostatni dzień. Zaczęliśmy od Platin-Moretus Museum – jednego z ważniejszych obiektów na mojej liście. Muzeum druku mieściło się w domu-pracowni drukarza. Mieści się tam mnóstwo urządzeń oraz pras graficznych, a także nieprawdopodobna liczba czcionek drukarskich. Odwiedzając to muzeum, można dowiedzieć się, w jaki sposób tworzono zarówno książki, jaj i czcionki. Aby skorzystać z tej wiedzy, zakupiliśmy audioprzewodnik, co okazało się złą decyzją – razem z nami weszła anglojęzyczna wycieczka z panią przewodnik, której nie sposób było nie słuchać.

Muzeum Platin-Moretus okazało się niezwykłym miejscem, przedstawiającym dokładnie proces druku, od wstępnego układania liter, poprzez pierwsze wydruki i ich korektę, po masową pracę na wielu prasach. Warto też zobaczyć słynne „lower case” i „upper case” na żywo. Inną rzeczą były obrazki w książkach – ciekawostką były matryce graficzne ze wczesnych książek o anatomii, gdzie można było zaobserwować, jak w tamtych czasach „przebadano” budowę ciała ludzkiego.

Poza tym, muzeum mieściło ogromną kolekcję pięknych ksiąg (a przy okazji niezwykle cennych): Biblię Gutenberga czy mapy Mercatora. Niektóre egzemplarze były jednak napisane ręcznie – wśród nich znalazł się nawet słownik.

Mała Biblioteka

Przedstawiona została także historia drukarza oraz – niespodzianka – jego przyjaźń z Rubensem, który zaprojektował niektóre rysunki w sprzedawanych księgach. Ostatecznie zobaczyliśmy miejsce, w którym książki były sprzedawane – sklepik z zapleczem. Tutaj najciekawsza była lista ksiąg zakazanych, wisząca na ścianie.

Rockoxhuis

Następnie udaliśmy się do Rockoxhuis – kolejnego muzeum stworzonego w domu wielkiego kolekcjonera dzieł sztuki. Zdecydowanie było warto. Tutaj znaleźliśmy chyba najwięcej dzieł przeniesionych z Królewskiego Muzeum, zamkniętego do 2018 roku. Tak więc i tutaj pooglądaliśmy Rubensa, Jordaensa, Teniersa, Snydersa, Brueghela i wielu innych znanych artystów. I jak tu teraz wrócić do Polski, gdzie wystawa promowana we wszystkich mediach dotyczy tylko 4 wypożyczonych obrazów, mało istotnych dla twórczości ich wykonawcy (wystawa obrazów Goi – naprawdę, 4 małe obrazy, mało istotne). Tutaj na niewielkiej przestrzeni widziałam chyba wszystko.

Ostatecznie na biegu zakupiliśmy pocztówki i wskoczyliśmy do turystycznego busika, czekającego pod ratuszem. Niezwykle ważnym obiektem do zwiedzenia było jeszcze Red Star Line Museum – muzeum emigracji, znajdujące się zaraz za przepięknym Museum aan de Stroom. Tutaj muszę podkreślić, że było to w sierpniu, jeszcze zanim tematem numer jeden w mediach stały się masowe migracje w Europie.

Red Star Line Museum

Muzeum mieści się w budynku, który służył jako centrum kontroli pasażerów firmy Red Star Line, działającej w latach 1873-1935. Aby móc wejść na pokład, trzeba było przejść mnóstwo testów, zwłaszcza tych medycznych. Ludzie, którzy często aby dostać się do Antwerpii przeżyli długą i męczącą podróż z różnych części Europy pociągiem, musieli poddać się wielu procedurom, przez co ich planowana podróż mogła znacznie odwlec się w czasie. W muzeum przedstawiono, w których miejscach odbywały się poszczególne czynności.

Wystawa przygotowana jest w sposób multimedialny – zawiera więc ekrany dotykowe z informacjami, mnóstwo nagrań, a nawet zapachy i oświetlenie. Ciekawym elementem jest sala poświęcona samym statkom Red Star Line – umieszczony jest tam przekrój statku, a na ekranie obok można wyświetlić informacje o pomieszczeniach, w zależności od funkcji i klasy.

Ślady polskiej emigracji

Na końcu wystawy znajduje się duża, otwarta przestrzeń, gdzie umieszczone zostały informacje historyczne na temat działania linii – w tym limity pasażerów ze względu na kraj pochodzenia. W tej przestrzeni można przeczytać także o nielegalnych imigrantach oraz o kulturze ludzi, którzy dostali się na statek.

Red Star Line Museum to niewielkie, ale zdecydowanie warte odwiedzenia miejsce. Poza wartością historyczną, sam budynek ma swój klimat. Niezwykła jest też muzyka towarzysząca wystawie. Idealny cel na ostatnie półtora godziny podróży.

Ponieważ nie mieliśmy już dokąd pójść po godzinie 17, postanowiliśmy pojeździć sobie turystycznym busem po mieście. Przed wizytą w ostatnim muzeum trafiliśmy na świetnego kierowcę, który z zaangażowaniem opowiadał o historii miasta. Na szczęście, znowu udało nam się zobaczyć go za kierownicą. Okazało się, że nie tylko my mieliśmy w planach objazd po mieście – pojazd był prawie pełen, jednak dzięki temu usłyszeliśmy informacje o mijanych obiektach w kilku językach. Z wrażenia aż zostawiłam parasolkę w autobusie.

Zakończenie

I to był koniec podróży. Następnego dnia czekał nas przejazd pociągiem z powrotem do Brukseli, a następnie autobusem Flibco na lotnisko w Charleroi – czyli dwa razy po godzinę drogi. Był to jedyny stresowy punkt całej podróży. Spóźnienie się na samolot mogłoby okazać się tragiczne w skutkach. Jednak z powodu braku niespodziewanych przeciwności losu, na miejsce trafiliśmy ponad dwie godziny przed odlotem. Także znaczące zwiększenie (powiedziałabym, że zwielokrotnienie) masy bagażu przez rozliczne pamiątki nie okazało się problemem podczas przejścia przez bramki.

Jak dobrze, że powrót odbywał się samolotem – perspektywa widoków z okna ratowała przed smutkiem końca przygody.

Więcej

Wielka podróż do Belgii – cz. 4 (Antwerpia)

Być może ktoś mógł pomyśleć, że to już koniec belgijskich przygód – cyklu ukazującego się na łamach tego bloga. Nic bardziej mylnego. Dzisiejszy wpis to opis kolejnego, pięknego miasta – Antwerpii. Jeśli nie widzieliście poprzednich wpisów, to zapraszam do zapoznania się także z nimi: Bruksela (1 i 2) oraz Leuven.

Dzień czwarty – ciąg dalszy

Przywitał nas fenomenalny budynek dworca, z przepięknym witrażem frontowym i jeszcze bardziej niesamowitymi rzeźbami na elewacji. Na miejscu byliśmy wcześniej, niż to było w planach (za wcześnie aby się zameldować w hotelu), dlatego postanowiliśmy coś zjeść. Szukanie pożywienia utrudniał nam bagaż, zachęcający do tego, aby jednak obierać drogę w kierunku miejsca, gdzie później będzie można go zostawić. W ten sposób zwiedziliśmy północną część centrum Antwerpii, charakteryzującą się raczej mniej malowniczą architekturą, pośród której jednak zdarzały się zachwycające nowoczesne budynki.

Tego dnia również nie mogliśmy zbyt wiele pozwiedzać, bo w poniedziałki wszystkie muzea, galerie i inne atrakcje turystyczne są pozamykane. Udaliśmy się więc na spacer po okolicy, aby lepiej ją poznać i dowiedzieć się, gdzie przez najbliższe cztery dni warto będzie zaopatrywać się w jedzenie. Znaleźliśmy market Albert Heijn, który okazał się o wiele tańszy od przedrożałego Carrefoura.

Rynek i zabytki

Najważniejsze jednak było poznanie zabytkowej części miasta. Idąc w jej stronę, znad pierzei ulic co chwila wychylały się wieże katedry. Jest to budowla tak wielka, że sfotografowanie jej sprawiło mi mnóstwo problemów – przez tę strzelistość perspektywa zdjęć z bliska stawała się zbyt zakrzywiona, natomiast z daleka i tak trudno było ująć katedrę w całości. O samej architekturze budowli opowiem więcej, opisując jej wnętrze, które odwiedziliśmy dwa dni później.

Nieopodal znajduje się Rynek Wielki (Grote Markt), a przy nim – jak na zabytkowe miasto przystało – przepiękny ratusz. Renesansowa budowla, zaprojektowana przez Cornelisa Florisa w połowie szesnastego wieku stanowi całą podłużną ścianę wnętrza placu. Nie rozumiem tylko, dlaczego elewacja została upstrzona flagami, zakrywając detale architektoniczne i piękno materiału. W opisie tego budynku muszę zwrócić uwagę na podobieństwo pomiędzy tym ratuszem a przedstawionymi wcześniej ratuszem brukselskim i tym z Leuven. Mimo, że siedziba rady miasta w Antwerpii powstała później i już w innym stylu (pozostałe wymienione to budowle późnogotyckie), tutaj również podkreślona została rytmika podziałów architektonicznych, okien i pięter. Stawiając ten budynek w dopiero rozwijającym się renesansie, nie zrezygnowano z rzędów małych lukarn w dachu oraz zdobień i elementów podkreślających strzelistość. Budynek posiada jednak zdecydowanie więcej cech okresu odrodzenia.

Na środku rynku w Antwerpii stoi Fontanna Brabo, przedstawiająca postacie z jednej z legend. Rzeźba wygląda świetnie z każdej strony, dlatego doskonale pełni funkcję serca placu, pozwalając się fotografować zarówno na tle ratusza, katedry jak i okolicznych kamienic.

Jeśli chodzi o samą architekturę mieszkaniową, to w centrum Antwerpii jest ona oczywiście usytuowana w zabudowie pierzejowej, a im bliżej rynku i ratusza, tym więcej pięter kamienic zostało pochłoniętych przez gastronomię, handel i usługi. Elewacje znacznie różnią się wysokością pomiędzy sobą i tutaj również można zaobserwować przeplatanie się pięknie odrestaurowanych kamienic średniowiecznych, nowożytnych i współczesnych. Oczywiście przy samym rynku występują najpiękniejsze zdobienia fasad frontowych, szczególnie te na budynkach Gildehuizen, czyli kamienicach cechowych.

Gildehuizen

Warto przyjrzeć się oknom tych budynków – szyby podzielone są wieloma szprosami, co tutaj zdecydowanie dodaje walorów estetycznych, a także przybliża elewację do jej pierwotnego wyglądu

Ten fragment kościoła prawdopodobnie zmienił swoją funkcję i teraz stanowi ciekawy element pierzei

W Antwerpii, niestety, pięknu niektórych miejsc przeszkadzały worki ze śmieciami

Nawet zwykła skrzynka może czegoś nauczyć

Ostatecznie trafiliśmy do brzegu rzeki, gdzie rozciągał się naprawdę malowniczy widok na niekoniecznie fotogeniczne obiekty. Przeszliśmy wzdłuż brzegu, oglądając napisy na murze oraz mijane elementy otoczenia (pomnik, składowisko bojek, miejsce cumowania statków). Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam Museum aan de Stroom. Już patrząc na nie z daleka, wiedziałam, że będzie to coś architektonicznie fantastycznego.

To nie jest kadr z filmu o piratach

Miasta portowe mają niezwykły klimat, który ja po prostu uwielbiam

Dwa zwykłe bloki. Nic nadzwyczajnego

Bardzo ładny plakat

Dzień piąty

Kolejny niesamowity dzień trzeba było rozpocząć oczywiście potężnym śniadaniem. W tym celu udałam się z samego rana do Alberta i zakupiłam nam pyszny chleb „tygrysi” (naprawdę miał wzorek), masło oraz belgijską goudę, charakteryzującą się tym, że jedną z najważniejszych informacji na opakowaniu jest liczba dni dojrzewania sera. Ogólnie, podstawowe produkty spożywcze w Antwerpii nie były niedostępne cenowo – bez problemu znalazłam makaron za 55 eurocentów, masło za 91, czy mięso mielone za niemal idealną równowartość 10 złotych. To ostatnie, co więcej, było świetnie przyprawione i nie śmierdziało tak jak śmierdzi każde mięso mielone zakupione w Polsce. Mówcie swoje, że trawa zieleńsza to fatamorgana – zmysły smaku i zapachu już nie tak łatwo oszukać, sorry Polsko.

Po śniadaniu udaliśmy się do centrum miasta aby zakupić Karty Dzielnego Turysty (Antwerp City Card), upoważniające do darmowych wstępów oraz przejazdów turystycznym busem i komunikacją publiczną – czyli deal o wiele lepszy niż analogiczna karta ze stolicy. Po czterech dniach intensywnego łażenia, nasze stopy były już tak zrujnowane, że nawet odcinki krótsze niż kilometr stanowiły dość sporą męczarnię. A że komunikacja publiczna była zbyt droga, aby kupować pojedyncze bilety, zaopatrzenie się w kartę miejską stało się wręcz przymusem. Po wyjściu z biura informacji turystycznej idealnie natrafiliśmy na busa HopNStop, poruszającego się na trasie pomiędzy atrakcjami, zabytkami i innymi ważniejszymi miejscami. W ten sposób już po chwili byliśmy pod najwspanialszym obiektem architektury współczesnej, jaki w życiu widziałam – pod Museum aan de Stroom.

Museum aan de Stroom

O tym niesamowitym obiekcie przeczytacie w osobnym wpisie, kiedy uporam się z dwoma grubymi tomiszczami opisującymi jego powstanie (jak dobrze, że były po angielsku, jak arcyszczęśliwie że za 1/3 ceny). Przepiękna budowla otoczona wodą, wykonana z naprzemiennie występującego czerwonego indyjskiego piaskowca o różnych odcieniach i pofalowanego szkła – zupełnie jakby nie potrzebowała konstrukcji dla swoich dziewięciu wysokich pięter (razem około 60 metrów wysokości). Odważna architektura budynku pokazuje, że aby wywołać taki efekt, trzeba zapomnieć o wszystkich tradycyjnych wzorach i modnych konwencjach. To nie budynek, to gigantyczna rzeźba, której funkcja jest jedynie pretekstem. To symbol, akcent i magnes na wszystkie spojrzenia wokół. Od razu przypomniało mi się ECS w Gdańsku, wywierające na mnie podobne wrażenie.

Na wejściu dostaliśmy hasło do Wi-Fi, aby ściągnąć sobie aplikację do wyświetlania angielskich opisów, tłumaczeń oryginalnych treści w muzeum (były oczywiście po niderlandzku). Początkowo wydawało się to świetną sprawą, ale przy dwusetnym zeskanowaniu QR kodu, trochę to patrzenie w ekran telefonu zaczynało denerwować. Muzeum za bardzo odciągało od niego wzrok.

Wnętrze MAS zostało zaplanowane w taki sposób, aby poszczególne piętra opierały się na tym samym schemacie funkcjonalnym. Zaczyna się od ruchomych schodów, przy których umieszczono urywki z historii Belgii lub samej Antwerpii. Potem jest przestrzeń – duże miejsce, otwarte przeszkleniem na całej ścianie i pozwalające zaczerpnąć oddech przed wejściem na wystawę zlokalizowaną na danym piętrze. Każda kondygnacja to osobna część, choć niektóre tematy zostały rozdzielone na dwa piętra ze względu na swoją obszerność. Pojawia się też konkretny schemat funkcjonalny – wchodząc na konkretną wystawę, rozpoczyna się od przedsionka, mającego przygotować odwiedzających do dalszych treści. Potem jest ściana z wprowadzeniem i podłużny pokój, będący drobnym akcentem wystawy. Właściwa część zajmuje oczywiście najwięcej miejsca i można w niej wyróżnić przestrzeń opisaną w książce jako „wow!” oraz miejsce koncentracji. Dalej znajduje się kącik z wiedzą i korytarz wyjściowy, proszący odwiedzających o odpowiednią reakcję. Czasem jest to dotykanie różnych powierzchni, czasem zostawienie wiadomości w butelce, innym razem zawiązanie supełka na sznurku oznaczającym odpowiedź na zadane pytanie – za każdym razem widać było, że i na ta część obiektu ktoś miał konkretny pomysł.

Z części z feedbackiem wychodzi się z powrotem na część komunikacji pomiędzy piętrami – czyli przed oczami znowu staje falowana, szklana fasada, pozwalająca spojrzeć z góry na krajobraz miasta i przypomnieć sobie, gdzie się tak właściwie jest. Ciekawym aspektem tej części jest to, że na każdym piętrze ten widok jest odwrócony o 90 stopni, dzięki czemu można przyjrzeć się innemu fragmentowi miasta. A potem kolejne ruchome schody i następne piętro, z wystawą tak ukrytą przed światem, w porównaniu do części komunikacyjnej.

I tak przeszliśmy przez wszystkie piętra. Pierwsza ekspozycja opowiada o skarbach, jakie można było znaleźć we wnętrzach statków. Ogromna liczba obiektów, niemożliwa do swobodnego wystawienia w indywidualnych gablotkach, została ulokowana głównie w półkach stanowiących ścianki dzielące pomieszczenie na wąskie korytarze. Najważniejsze obiekty wyeksponowano przy wejściu, w wyraźnie oświetlonej części muzeum, kolejne natomiast w zaciemnionej przestrzeni, która sprawiała wrażenie magazynu, albo nawet miejsca pod pokładem statku. Pamiątkowe fotografie umieszczono w szufladkach pod wyeksponowanymi przedmiotami, natomiast ściany tego piętra udekorowane były wieloma obrazami marynistycznymi.

Nie będę szczegółowo rozpisywać, co znajduje się na kolejnych piętrach. Tematy wystaw związane są z potęgą morską, z władcami, kulturami i wierzeniami. Ogromna liczba eksponatów na każdym piętrze sprawia, że można by było tam spędzić cały dzień, przyglądając się każdej rzeczy po kolei i nie wiem, czy starczyłoby czasu na zobaczenie wszystkiego. Na nas czekało jeszcze zbyt wiele innych budynków do odwiedzenia, aby móc sobie pozwolić na przeczytanie wszystkich opisów i pozostanie dłużej przy pojedynczych przedmiotach. I tak zdążyło minąć kilka godzin, zanim ostatnie schody zaprowadziły nas na dach MASu. Na samej górze umieszczono taras widokowy z panoramą rozpościerającą się na wszystkie strony. Nietrudno było zlokalizować najważniejsze obiekty.

Fotomuseum

Następnie pojechaliśmy do części Zuid (południe), aby zwiedzić Fotomuseum oraz M HKA – muzeum sztuki współczesnej. Pierwsze z nich okazało się niezbyt fenomenalne. Wiele zdjęć wydawało się przejawiać przerost formy nad treścią – choć występowały i takie, które potrafiły zadziwić sposobem wykonania. Wystawy w tym obiekcie zmusiły do refleksji nad definicją sztuki i artysty. Czy twórcą jest na przykład ktoś, kto wybiera zdjęcia autorstwa innych ludzi i tworzy z nich kolaż?

M HKA

M HKA okazało się o wiele ciekawsze, głównie za sprawą dwoch nazwisk: Jana Fabre’a – kontrowersyjnego artysty działającego w wielu mediach oraz Stephena Willatsa, którego prace wyglądały bardzo współcześnie jak na lata powstania. Fabre to miejscowy artysta, który zasłynął z twórczości krytykującej konsumpcjonizm oraz miłość do pieniądza. Wystawa jemu poświęcona okazała się być bardzo rozległa i przejmująca, czasem zbyt mocno. Mnóstwo nagrań, pełno rekwizytów z jego występów, jeszcze więcej różnorakich pamiątek i efektów nietypowych działań. Zwłaszcza, że artysta naprawdę lubił szokować – na wystawie można „podziwiać” dzieła takie jak oklejanie wszystkiego pieniędzmi, pisanie krwią, wyrzucanie z okna fragmentów świni, rzeźba przedstawiająca człowieka z gwoździ i mięsa, siedzącego przy biurku. Wszystko, co sztuka współczesna lubi najbardziej.

Prace drugiego wymienionego artysty, Willatsa, szczególnie przypadły mi do gustu – były logiczne, nawet jeśli dość refleksyjne. Artysta nie zachwycał się czymś, czego nie rozumiał (a tak jest często w sztuce), zamiast tego snuł swoje własne refleksje o życiu. Formą jego prac były głównie zestawy plakatów, charakteryzujące się połączeniem fotografii z prostymi liniami i napisami – wydawałoby się, że to spowoduje bałagan – tutaj jednak stanowiło pewnego rodzaju mapy myśli.

Jeszcze jedna wystawa w M HKA była naprawdę wartościowa – wybór plakatów z XX wieku. Zaprezentowane zostały treści propagandowe dotyczące rozmaitych poglądów na problemy, z jakimi spotykali się ludzie w tamtych czasach a także plakaty wyborcze czy reklamowe. Nawet jeśli nie rozumiałam tekstu większości z nich, sama forma tych dzieł była warta przeanalizowania.

Na koniec dwie charakterystyczne budowle – Bank Narodowy oraz KBC Tower, prawdopodobnie pierwszy wieżowiec w Europie (1929-1932)

Ciąg dalszy w następnym wpisie.

Więcej

Wielka podróż do Belgii – cz. 3 (Leuven)

Kolejna część belgijskich przygód. Jeśli umknęły Wam dwie poprzednie, to zapraszam do rozpoczęcia lektury od nich: Wielka podróż do Belgii – cz. 1 (Bruksela)

Dzień czwarty

Czas ruszać w dalszą podróż. Wymeldowaliśmy się z hotelu i wyszliśmy w poszukiwanie dworca Nord/Noord. Komunikacja szynowa w Belgii jest doskonale zorganizowana – ze zwykłym biletem można wsiąść do dowolnego pociągu jadącego na tej trasie (no poza tą rakietą do Francji, która miała obowiązkową rezerwację miejsc). Bilety też nie wymagają idealnej orientacji w terenie – punktem startowym i końcowym trasy jest strefa, czyli dowolny dworzec na danym obszarze.

Widok z okna pociągu na trasie pomiędzy Brukselą a Leuven przedstawił nam zabudowę ruralistyczną – małe miasteczka i wsie. Jest to budownictwo tak różne od polskiego! Zamiast dużych i brzydkich domostw, tutaj dominują malutkie i malownicze domki – zgrabne, gustowne i zadbane. Na dachach wielu z nich znajdują się ogniwa fotowoltaiczne, a co chwila można wypatrzeć kosze do segregacji odpadów. Naprawdę zachwyca mnie to belgijskie dbanie o czystość środowiska i estetykę miejsc.

W Leuven spotkaliśmy się ze znajomymi, którzy oprowadzili nas po mieście i pokazali najważniejsze obiekty. Szczególnie spodobał mi się późnogotycki ratusz. Elewacje budowli pokryte są niesamowitymi rzeźbami, natomiast bryła jest smukła i wyrafinowana. Całości dopełnia rytmiczna, koronkowa attyka, pnące się wysoko wieżyczki oraz charakterystyczne dla regionu rzędy lukarn (okien w zadaszeniu).

Niemniej oszałamiający jest, stojący obok, kościół św. Piotra. Nieukończona budowla, powstała w tym samym czasie i stylu co ratusz (gotyk brabancki), również zachwyca wykończeniem elewacji, ale także majestatyczną formą. Bogate przypory otaczające z zewnątrz prezbiterium i okna z maswerkami (różniącymi się między sobą) naprawdę cieszą oko. Smuci natomiast nieukończony portal, który w projekcie musiał być ogromny i oczywiście piękny.

Nieukończony portal i smutna elewacja kościoła św. Piotra – nie zmieniają tego, że obiekt jest niesamowity. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie na początku wpisu!

Leuven to miasto kojarzące się z nauką, tutaj w 1425 powstał największy i najstarszy uniwersytet w krajach Beneluksu (źródło: Wikipedia). W centrum miasta znajduje się piękna biblioteka uniwersytecka. Charakterystyczny obiekt usytuowany jest przy dużym placu, gdzie znalazło się miejsce także dla nietypowej statuy – 23-metrowej igły z nabitym na nią robakiem. Jest to dzieło artysty Jana Fabre’a, o którym jeszcze przeczytacie w belgijskim cyklu na tym blogu.

Także to miasto ma swoją figurkę-symbol. Tutaj jest to posąg studenta, Fonske, fontanna mądrości. Rzeźba przedstawia postać studenta, który podczas czytania książki wlewa sobie piwo mądrość do głowy. Podczas naszej wizyty w Leuven, figura ubrana była w czerwoną koszulkę.

Zabudowa Leuven jest znacząco mniej bogata niż ta w stolicy. Miasto było niszczone podczas obu wojen i to wyraźnie się na nim odbiło. Niższe, mniej rozrzeźbione budynki, posiadają jednak ciekawe detale, które udało mi się zaobserwować. Są to głównie motywy z nietypowo ułożonych cegieł oraz malowidła, ale także piękne drzwi i balustrady wykute w stali. W pierzejach jest zdecydowanie mniej powtórzeń i rytmu, jednak pojawia się cecha, której nie zaobserwowałam w Brukseli: dominacja obłości. Zamiast wyraźnie odstających, prostopadłościennych wykuszy, tutaj można gdzieniegdzie zobaczyć delikatne, ledwo wybijające się z elewacji formy. Trochę dalej od centrum zabudowa jednak zaczyna tracić swój urok.

Za to budynek dworca kolejowego jest przepiękny. Zwłaszcza dla tych, którzy lubią patrzeć w górę. Wewnątrz znajduje się mnóstwo ornamentalnych dekoracji. Perony natomiast zadaszone są w sposób bardzo nowoczesny. Nad torami unoszą się organiczne w formie baldachimy, przepuszczające światło pomiędzy konstrukcją.

Ciąg dalszy w następnym wpisie.

Więcej

Wielka podróż do Belgii – cz. 2 (Bruksela)

W poprzednim wpisie opowiedziałam, jak wyglądały podróż oraz pierwsze godziny spędzone w stolicy Belgii. Jeśli trafiliście tutaj po raz pierwszy, zachęcam do rozpoczęcia czytania w tym miejscu. Pozostałym czytelnikom przedstawiam ciąg dalszy mojej wakacyjnej przygody:

Dzień drugi

Wstaliśmy rano i wyruszyliśmy na podbój Brukseli. W centrum miasta znaleźliśmy się zbyt wcześnie aby odwiedzić kolejny obiekt, ale dzięki temu mogliśmy pokręcić się wokół pałacu królewskiego bez narażenia się na zbyt duże tłumy. Scena letniego festiwalu nie przeszkadzała już, kiedy była pusta. Także w parku o wiele łatwiej było znaleźć miejsce do siedzenia. Dopiero tuż przed godziną 10, udaliśmy się do Muzeum Instrumentów Muzycznych, jednego z ważniejszych punktów podróży.

Do Pałacu można wejść w godzinach otwarcia. My niestety nie zdążyliśmy.

Muzeum Instrumentów Muzycznych

Piękny, wyraźnie secesyjny, budynek MIMu znajduje się w bliskim otoczeniu pałacu i wielkiego kompleksu muzeów, o którym jeszcze przeczytacie w tym wpisie. Stojąc przed muzeum instrumentów, nie sposób nie zauważyć pięknej panoramy miasta, zamkniętej ramami pobliskich budynków, ale przez to skupiającej wzrok na widzianej w oddali wieży ratuszowej. Aż się chce popatrzeć jeszcze chwilę, spowolnić nadejście pełnej godziny.

Muzeum Instrumentów dostarczyło jednak o wiele więcej wrażeń – choć tutaj głównie dźwiękowych. Tego się nie spodziewałam: że oprócz oglądania nieprawdopodobnej liczby eksponatów dostaniemy jeszcze urządzenia z słuchawkami, aby usłyszeć jak przedstawiane instrumenty brzmią. Podchodząc do poszczególnych przedmiotów, urządzenie wyświetla jego zdjęcie oraz prezentuje próbki nagrań. To potrafiło zachwycić zarówno przy wykonaniach melodii przez dużą orkiestrę, jak i przy wykorzystaniu pojedynczych instrumentów. Trzy piętra przepełnione niesamowitymi tworami z całego świata – od prostego gwizdka, poprzez skrzypco-trąbkę, gitarę z trzema gryfami, czy różnorakie instrumenty azjatyckie, jeszcze przez dudy, akordeony, bębny, dalej niesamowite komponium, grające zegary, jeszcze pięknie malowane lub rzeźbione fortepiany, klawesyny i inne instrumenty których nazwy nie pamiętam, później wynalazki ostatnich kilkudziesięciu lat, organy Hammonda, syntezatory… Rewelacyjne miejsce, które powiedziało mi więcej o muzyce niż jakakolwiek książka.

Tak, to też jest instrument muzyczny.

Minęło kilka godzin zanim wyszliśmy na zewnątrz. Było już na tyle późno, aby zjeść coś większego. Prawdopodobnie z okazji festiwalu, nieopodal stało mnóstwo food trucków. Zaopatrzyliśmy się tam w niedrogą pizzę, która okazała się być naprawdę pyszna. Gorzej było ze znalezieniem czegoś do picia w centrum miasta, gdzie ceny szklanki wody w restauracji zaczynały się od paru euro. Minęło dość dużo czasu zanim natrafiliśmy na Carrefoura.

Museé Magritte Museum

Wróciliśmy do okolic pałacu, aby odwiedzić muzeum Magritte’a. Zawiera ono mnóstwo prac artysty, ułożonych na trzech piętrach chronologicznie i poprzeplatanych ze zdjęciami, listami oraz inymi źródłami wiedzy o artyście. Samo muzeum zaprojektowane zostało w sposób dość minimalistyczny – obrazy wiszą na prostych, nie odbierających uwagi ścianach. Każde piętro opowiada o innej części życia i twórczości Magritte’a, dzięki czemu można prześledzić, w jaki sposób powstawał jego styl. Kolekcja zawiera niesamowitą liczbę dzieł artysty, jednak pojawia się w niej także kilka innych nazwisk. Na przykład obraz „Kuszenie świętego Antoniego” Salvadora Dalego.

Coudenberg

Po wyjściu z Muzeum Magritta pozostało nam niewiele czasu do godziny 18, do zamknięcia wszystkich obiektów. Na kolejną bogatą wystawę nie ma co wchodzić na półtora godziny. Tyle czasu natomiast wystarczyło aby zobaczyć Coudenberg, podziemia dawnego pałacu. Przy wejściu można obejrzeć filmik z wizualizacjami i historią tego miejsca, natomiast schodząc niżej oglądaliśmy to, co odkryto rozbierając Plac Królewski. Na mniejszych głębokościach da się słyszeć dudnienie tramwajów, natomiast niżej zachowały się kolebkowe sklepienia i spłaszczone arkady w przejściach. Dla mnie najciekawsze jest jednak ukształtowanie posadzki podziemi nieistniejącego pałacu – teren nie został zniwelowana pod budowę (tak jak w przypadku nowego obiektu), a pałac postawiono na stromym zboczu. Także dzięki pokazaniu przekrojów przez filar czy sklepienie, można zobaczyć sposób kładzenia cegieł i kamieni. Ostatecznie dotarliśmy do wystawy czasowej poświęconej lekarzowi Vesaliusowi, opowiadającej o jego życiu i działalności, ale także o medycynie i innych naukach tamtych czasów, często opierających się na zupełnie nienaukowych teoriach.

Zabytki i atrakcje turystyczne Brukseli

Później obejrzeliśmy katedrę św. Michała i św. Guduli. Nawet udało nam się wejść do środka na chwilę przed zamknięciem. Chciałam dokładniej przyjrzeć się ambitowi (obejściu prezbiterium), ale wtem wybiła godzina 18 i wszyscy turyści zostali delikatnie wyproszeni. Budowla była jednak warta odwiedzenia – z zewnątrz jest to obiekt nie mniej przepiękny niż zabudowa wokół.

Ponieważ czas na zwiedzanie był naprawdę ograniczony, ruszyliśmy w kierunku centrum miasta, zobaczyć rynek z ratuszem. O ile zabudowa Brukseli jest prezentuje dość podobny charakter w większości miejsc, ta główna część wyraźnie się wyróżnia. W przyrynkowych elewacjach dominują złote barwy wykończenia, geometra i rytm. To miejsce zostało wyraźnie podkreślone jako ważniejsze rangą. Obecnie pełni funkcję turystyczno-zakupową – wszędzie można było zobaczyć ludzi obładowanych siatami z logami sklepów z pamiątkami. Ratusz jest niesamowicie pięknym obiektem, jednak tutaj jego cały majestat rozmywa się pośród bogato rzeźbionych kamienic czy znajdującego się naprzeciw budynku Muzeum Miasta Brukseli (którego z braku czasu również nie udało nam się odwiedzić). Urokowi tego miejsca też odejmowało zbyt duże zatłoczenie, występujące również w bocznych uliczkach.

Ostatecznie, resztkiem sił postanowiliśmy „zaliczyć” jedną z najbardziej charakterystycznych atrakcji turystycznych Brukseli. Z zacinającym się gpsem w telefonie, odszukaliśmy figurkę sikającego chłopca. W przeciwieństwie do zachwyconych, stłoczonych wokół niej, turystów, ja poczułam się dość rozczarowana. Tyle pięknych rzeczy wzbudziło we mnie zachwyt tego dnia, że nie potrafiłam zrozumieć, co takiego ma w sobie ten malutki posążek, że wszyscy się przepychają do niego i usiłują zrobić sobie z nim selfie.

Figurka sikającego chłopca kontra, opisany wcześniej, widok sprzed Muzeum Instrumentów Muzycznych

Dzień trzeci

Po dwóch dniach pełnych łażenia, wstanie z samego rana okazało się o wiele trudniejsze, niż się spodziewaliśmy. Jednak nic tak nie motywuje jak perspektywa kolejnej przygody. Ostatni dzień w Brukseli a tu tyle niesamowitych miejsc do zobaczenia!

Muzeum Komiksu

Zaczęliśmy od Muzeum Komiksu, gubiąc się po drodze osiem razy. Wizyta w tym obiekcie okazała się jednak fantastycznym przeżyciem. Wystawa rozpoczyna się od przedstawienia historii komiksu Dalej zwiedzający mogą poznać proces powstawania tego typu dzieła w obecnych czasach – od zapisu dialogów, poprzez wstępne szkice i pierwsze rysunki, aż do gotowej strony z lineartem, często dodatkowo zakolorowanej. Piętro wyżej znajduje się kilka informacji o budynku muzeum komiksu – o jego genezie powstania, budowie i powiązanych osobach. Przez cały czas próbowałam ignorować ścianę pełną Smurfów, co niestety się nie udało. W przestrzeni drugiego piętra mieszczą się także kąciki poświęcone poszczególnym komiksom. Na ostatnim piętrze muzeum jest już chyba wszystko. Piękne strony, opisy komiksów, wydane egzemplarze oraz obrazy, które później stały się okładkami poszczególnych tomów. Szczególną uwagę przykuła wystawa poświęcona Thorgalowi – zwłaszcza niesamowite obrazy Rosińskiego. Realistyczne w formie, fantastycne w treści, rewelacyjne w wykonaniu. Cieszę się, że mogłam je zobaczyć na żywo.

Była nawet księga Gargamela!

Królewskie Muzea Sztuk Pięknych

Kolejnym punktem wycieczki był powrót do kompleksu przypałacowych muzeów. Dzięki trzyeurowej karcie łączonej, mogliśmy obejrzeć tyle wystaw, na ile pozwolił nam czas. Zaczęliśmy od sztuki przełomu wieku – bogatej kolekcji zajmującej piętra muzeum aż do minus dziewiątego. Tutaj udało mi się obejrzeć między innymi neoimpresjonistyczne prace, w tym Signaca i Seurata – zawsze chciałam dowiedzieć się, jak bardzo teoria kładzenia plamek farby działa na odbiorcę. Poza tym przewinął się gdzieś Gauguin (ten od żółtych Jezusów – tutaj był Jezus zielony), Courbet, a nawet mniejszy Myśliciel Rodina. Nie mogłam uwierzyć, że jeden budynek jest w stanie pomieścić tyle niesamowitej jakości arcydzieł. Jeszcze bardziej nieprawdopodobnym było to, że dane mi było na nie patrzeć, podziwiać to, o czym uczyłam się tyle lat.

Natomiast kiedy poszliśmy do Oldmasters Museum, co chwila musiałam zbierać szczękę z podłogi. Tu Upadek Ikara Bruegela (w towarzystwie całej sali dzieł artysty), tu Król Pije Jordaensa, w równie zacnym otoczeniu, tam gdzieś martwe zwierzaki Snydersa, a prac Teniersa nawet nie zliczę. Idąc dalej, pokój wypełniony klasycyzmem, czyli Davidami i Ingresami, w tym… Śmiercią Marata! Zaraz dalej sala z dziełami Rubensa, a na wyjściu taki tam Rembrandt na dokładkę. Chyba bym umarła z żalu, gdybym musiała dołączyć ten obiekt do smutnej listy nieobejrzanych rzeczy z powodu braku czasu, a potem dowiedziała się, co straciła.

Przypałacowy kompleks muzeów jest ogromną budowlą, koniecznym „must see” dla każdego fana sztuki. Dobre doświetlenie każdego dzieła sprawia, że można je oglądać z każdej strony, a miejsca do siedzenia na środku większości sal sprawiają, że ma się ochotę spędzić w tym obiekcie jak najwięcej czasu – skupiając się na szczegółach każdej pracy, a nie na bolących stopach. Samych muzeów jest mnóstwo, my odwiedziliśmy jeszcze wystawy czasowe i część Modern.

Muzeum Horty

Obowiązkowym miejscem do odwiedzenia – i ostatnim na jakie pozwolił nam uciekający czas – było muzeum Horty, zlokalizowane w jego domu, na południu miasta. Kamienica Horty okazała się niestety dość mało rozbudowaną galerią. Spodziewałam się zbyt wiele po miejscu poświęconemu jednemu z najważniejszych architektów secesji. Piszę to jednak wciąż pod wpłwem muzeum Oldmasters, a przy nim wszystko już jest nijakie. Dom Horty jest wypełniony krzesłami z zakazem siadania na nich, innymi meblami oraz elementami dekoracji. Niemniej jednak jest to obiekt piękny – nawet jeśli większość tego piękna zawiera się w klatce schodowej i występujących gdzieniegdzie przeszkleniach. Nietypowe materiały wykończeniowe w domu Horty mogłyby stać się inspiracją dla projektantów wnętrz, tak często popadających w jeden schemat w obecnych czasach.

Atomium i dalsze rejony Brukseli

Ostatecznie, mocno już za późno, kupiliśmy bilety 24-godzinne i wybraliśmy się zobaczyć słynne Atomium i pooglądać dalsze rejony miasta zza szyb środków komunikacji publicznej. Wydawałoby się, że w Brukseli wszędzie łatwo trafić, natomiast nawet z mapą w dłoni, wałęsaliśmy się trochę po przystankach zanim trafiliśmy na prawidłowe metro. Pod Atomium byliśmy w idealnym momencie – tak aby mieć mnóstwo czasu na przyjrzenie się mu za dnia oraz nie mniej na zobaczenie nocnej dekoracji oświetleniowej. To był naprawdę warty widok. Wnętrze Atomium było oczywiście zamknięte o tej porze, łatwo było jednak poczuć klimat tego miejsca. Na to wrażenie składa się nie tylko wizualna kompozycja obiektu, ale także nieprzerwany szum wydobywający się prawdopodobnie z jego wentylacji.

Wizerunek Atomium jest strzeżony przez prawa autorskie, jednak na niekomercyjny użytek można umieszczać zdjęcia obiektu m.in. na blogach (tylko jeśli blog nie posiada reklam i/lub innej formy zarobku). W przeciwieństwie do większości zdjęć na Nietransparentnie, nie możecie go użyć w swoich publikacjach.

Ostatecznie, aby nie zmarnować biletów całodobowych, pojechaliśmy linią 19 zobaczyć z bliska Narodową Bazylikę Najświętszego Serca. Ogromny kościół, bardzo nietypowy (gdzie w Polsce znajduje się świątynia w stylu art déco?), nocą podświetlany jest w dość dziwny sposób. Latarnia promieniuje różowym światłem, natomiast górujący nad kopułą krzyż przypomina sklepowy neon. Bazylika nocą staje się budowlą bardzo agresywną.

Dzięki okresowym biletom udało nam się także zwiedzić stacje brukselskiego metra. Przeciętny turysta mógłby pomyśleć, że w podziemnych przystankach nie spotka go nic zadziwiającego. W tym mieście metro zostało zdominowane przez sztukę – głównie ciekawe instalacje i murale. Tego dnia doszłam do wniosku, że w Brukseli nie ma absolutnie niczego brzydkiego.

W następnym wpisie ciąg dalszy belgijskiej przygody – tym razem zabiorę czytelników mojego bloga do kolejnego, ciekawego miasta.

Więcej