Tag: nauka

10 rzeczy, których nie uczą na studiach, a powinni

„Co za ponury absurd… Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?”

Ten cytat z „Dnia Świra” kojarzy chyba każdy. Zupełnie zabawny, ale jednak boli. Nie zliczę, ile razy żałowałam, że nie wiedziałam o czymś wcześniej, że jakaś rzecz nie była dla mnie dostatecznie ważna, kiedy łatwo było na nią wpłynąć. Człowiek uczy się przez całe życie, często na cudzych błędach, jeszcze częściej na własnych. A jak wiele razy zupełnie małe rzeczy mogłyby odmienić naprawdę wiele, gdyby zaimplementować je do swojego życia w odpowiednim czasie! Na przykład podczas studiów.

Dzisiejszy wpis będzie raczej luźniejszy, pisany właśnie pod wpływem takiego przemyślenia: dlaczego nie wpadłam na to wcześniej? Jak wiele mogłabym sobie ułatwić, wiedząc wcześniej, jak się do tego zabrać. W ten sposób powstała lista. Tak wiem, listy dobrze się klikają; mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Część podpunktów dotyczy organizacji nauki i pracy, inne są po prostu życiowymi tipami, które sama dałabym młodszej o kilka lat sobie. Czy uznasz je za przydatne, czy może zupełnie bezużyteczne – to już sprawa indywidualna.

No to zaczynamy!

1. Zorganizuj swoje pliki na komputerze

Co mówią Wam nazwy:

  • Bez Nazwy kopia 5 kopia 2 poprawione AAAAA ostateczne.docx
  • dhakdhkasdf.jpg
  • Bez tyt7777łu

Prawdopodobnie większość z Was ma z nimi styczność często. Nowy projekt zaczyna się niewinnie od kilku plików, dwóch folderów, aż nie ma po co to segregować. W pewnym momencie człowiek się jednak budzi z ogromnym bałaganem na dysku, porównując daty plików, nazwy, szukając po właściwościach, która wersja jest tą pożądaną… Jeśli jest to jeszcze coś świeżego, to można odtworzyć z pamięci kolejność nazywania poszczególnych plików. Problem pojawia się, kiedy na przykład po dwóch czy trzech latach przydałoby się zbudować portfolio, a praca nad nim to będzie mniej projektowanie, a bardziej archeologia.

Jeśli kiedykolwiek pracowaliście w dużej firmie, która miała do czynienia z ogromnymi projektami, ciągnącymi się przez wiele lat i jednak była to firma z doświadczeniem, to prawdopodobnie wiecie, o czym mówię. Każdorazowe spędzenie kilkudziesięciu sekund na nazwaniu każdego pliku według schematu jest początkowo uciążliwe. Szybko nadejdzie jednak czas, że będziecie sobie z całego serca dziękować, znajdując coś na dysku w mgnieniu oka.

Jak najlepiej segregować pliki? Na to pytanie jest bardzo wiele odpowiedzi i wiele zależy od branży czy charakterystyki projektu. Podzielenie magisterki na część opisową i projektową to jedno, jednak cała struktura podfolderów to kolejna sprawa. Często naprawdę warto przesadzić z „głębokością” takiej hierarchii, niż pozwolić danym się pomieszać. Kilka tipów:

  • Używaj cyfr na początku nazw folderów, aby zawsze były wyświetlane w tej samej kolejności
  • Używaj 01, 02, 03 zamiast 1, 2, 3
  • Używaj dat, najlepiej w kolejności rok-miesiąc-dzień
  • Jeśli nie wiesz, czy potrzebujesz folderu na dany temat, i tak go zrób. Najwyżej skasujesz.
  • Używaj skrótów do folderów. Chyba nic nie tworzy większego bajzlu na komputerze niż posiadanie kilkunastu kopii tego samego pliku. Bardzo rzadko widzę, aby ktoś specjalnie tworzył skróty, a przecież ta opcja pojawia się nie bez powodu w każdym Windowsie!

2. Prowadź swój kalendarz, albo od razu Bullet Journal

Im wcześniej, tym lepiej. Zanim się jeszcze wszystkie sprawy nagromadzą w Twoim życiu. Jeśli nigdy nie prowadziłaś własnego kalendarza, kup sobie taki zwykły w supermarkecie albo sklepie z akcesoriami papierniczymi. Wybierz taki, który połączy nieduży rozmiar książeczki z sensownie dużą przestrzenią do pisania. W tym celu unikaj przesadnie zdobionych stron, niepotrzebnych informacji umieszczonych wokół dni tygodnia czy stron, z których i tak nie skorzystasz (na przykład typowej w tanich kalendarzach tabelki z odległościami pomiędzy polskimi miastami, dla osób nieposiadających dostępu do Internetu).

Co zapisywać w kalendarzu? Wszystko! Nie tylko godziny spotkań czy plany weekendowe, ale każdą najdrobniejszą informację, która może się w przyszłości przydać. To bardzo dobry nawyk, który pozwoli Ci uniknąć wiecznego dopytywania znajomych o szczegóły jakiegoś zadania czy zagadnienia na egzamin. Zapisuj swoje myśli przed pójściem spać, nie bój się wyciągać notes podczas jazdy autobusem czy kiedy szukasz inspiracji.

Pamiętam, że kiedy zaczynałam swoją przygodę z kalendarzami, postanowiłam sobie, że nie zostawię ani jednej strony pustej. Mój pierwszy kalendarz (na 2009 rok!) był w układzie kolumnowym, więc praktycznie wystarczyło napisać kilka słów każdego dnia. Kalendarze dla kolejnych lat wybierałam już w typie dniowym, więc miałam aż za dużo miejsca na przeróżne przemyślenia. Nie zliczę, ile razy kalendarz pomógł mi wybrnąć z trudnej sytuacji, nagromadzenia projektów czy problemów w życiu.

Po jakimś czasie stał się on tak integralną częścią mojego życia, że postanowiłam zainwestować w lepszą markę, z porządnym papierem, lepszym układem strony. A ostatecznie stałam się tak wybredna, że zaczęłam tworzyć kalendarz zupełnie własnoręcznie. Jakoś wtedy trafiłam na metodę Bullet Journal.

Zanim wpiszesz tę nazwę do wyszukiwarki Google, chciałabym Cię tylko przed jedną rzeczą ostrzec. Metoda Bullet Journal stała się tak popularna, że wiele osób zaczęło nazywać tym określeniem przepięknie zdobione strony notesów, przygotowywane przez wiele godzin, z wykorzystaniem rysunków, naklejek, taśm washi i tak dalej. Na tym nie polega Bullet Journal! Bullet Journal to przede wszystkim planowanie zadań za pomocą list nienumerowanych (stąd nazwa) oraz przenoszenie tych zadań, które nie zostały wykonane danego dnia na dzień kolejny, rozważając za każdym razem, czy dana czynność jest wciąż istotna. To jest sensownie wytłumaczone na oficjalnej stronie BJ. Kropkowany wzór strony to tylko kwestia estetyki i wygody, nie jest jednak konieczny do stosowania tej metody.

3. Jedną z najtrudniejszych i najczęstszych decyzji do podjęcia podczas studiów będzie „czy już wystarczy?”

Już kiedyś o tym pisałam. Kolejna noc spędzona nad projektem, w założeniu ta ostatnia. Minimalna liczba stron już dawno przekroczona, ale wciąż masz wrażenie, że temat został potraktowany „po łebkach”. Parę tez powinno mieć jakieś potwierdzające przykłady, jakiś fragment warto by było odpowiednio zilustrować. Ale może wystarczy? Zostały trzy godziny snu, dwie jeśli wziąć pod uwagę konieczność posprzątania bajzlu na łóżku. A może by tak chociaż raz olać to wszystko, wysłać bez przeczytania po raz setny.

Już w druku jest coś nie tak. Czcionka na jednej stronie nie pasuje do reszty – jak to się mogło w ogóle stać? Czy ktoś pomyśli, że treść została skądś przekopiowana? Jak na złość w drukarce brakuje papieru. Może wstać jutro wcześniej i z rana popędzić z tym do drukarni? Czy dać sobie spokój?

Ważny egzamin. Każde pytanie opracowane na trzy akapity i niby wszystko powinno być dobrze, ale przydałoby się chociaż raz powtórzyć wszystko na głos. Te osiemdziesiąt pytań po dwie minuty każde. Nawet nie mam już siły obliczać, ile tysięcy lat to zajmie.

Chyba każdy student zmierzył się z podobnymi sytuacjami. Każdy projekt można poprawiać w nieskończoność, na każdy temat zagłębić się bardziej w wiedzy. A najgorzej jest, kiedy wtedy nie wyjdzie. Co innego, kiedy nie wyszło, bo się nie uczyłeś – sytuacja jest wtedy prosta. Brak wkładu, brak efektu. Tymczasem znowu zabrakło ci ułamka punktu do stypendium i pomimo nieprzespanych nocy stoisz w tym samym punkcie co ten typek, co nie był na żadnym wykładzie. No peszek.

Łatwo dać się ponieść emocjom albo wpływowi znajomych, z drugiej strony szybko można się przepracować. O wiele trudniej natomiast znaleźć ten złoty środek, czyli idealną proporcję pomiędzy poświęceniem nauce i studiom a posiadaniem życia i zdrowia poza studiami. To jest tak naprawdę to, co najbardziej odróżnia studia od szkoły. Konieczność podejmowania decyzji samodzielnie.

4. Przestań oszczędzać!

Nie zliczę, ile razy bombardowano mnie podczas studiów promocją oszczędzania. Inteligentny człowiek wie, jak odłożyć, rozsądny potrafi sobie odmówić przyjemności, przezorny zawsze ubezpieczony, najlepiej odłożoną gotówką. I ja się czułam naprawdę przybita, dostając te 400 zł stypendium (potem trochę więcej), albo 450 złotych pensji na pół etatu, kiedy ze stypą nie wyszło, bo moje mieszkanie na głowę kosztowało dwa razy tyle, a człowiek jeszcze chciałby coś na przykład zjeść. Albo coś zobaczyć. Albo posłuchać czegoś, na przykład odgłosu pociągu zabierającego cię w najcudowniejsze miejsce na świecie. I wiecie co, chrzanić to!

Na oszczędzanie przyjdzie jeszcze czas. Skończysz studia, zaczniesz pracę na cały etat, na pewno lepszą niż to, co zaoferowali ci podczas studiów. Teraz żyj chwilą. Wydaj tygodniówkę na jedno wydarzenie, zafunduj sobie kurs językowy, na który cię nie stać, a potem zasuwaj, aby go spłacić. Kup sobie tę książkę, którą przeglądałaś już osiem razy w sklepie, ale odkładałaś za każdym razem, po zobaczeniu ceny. Zero słoików z napisem „na czarną godzinę” – niech zamiast tego pojawią się nazwy tych pięknych miejsc, które zawsze chciałeś odwiedzić. I kiedyś po prostu kliknij „zapłać”, na stronie przewoźnika, nie zastanawiając się nad tym pięćdziesiąt razy i płacząc następnego dnia, bo cena skoczyła w górę.

Kup sobie porządny zeszyt i bardzo wygodny długopis. Zrób prawko, zapożycz się, uczestnicz w wydarzeniach kulturalnych, chodź do kina czy teatru, wydrukuj swoją pracę naukową na lepszym papierze. Kup sobie porządne buty i zmierz w nich połowę świata, a przynajmniej poznaj dobrze swoje miasto, znajdź w nim te miejsca, za którymi kiedyś szczególnie zatęsknisz.

Za kilka, kilkanaście lat, nie będziesz pamiętać, że w styczniu 2020 roku udało ci się odłożyć 213 złotych, a dwa miesiące później miałaś już zapasowe 387. Za to podziękujesz sobie za doświadczenia, które będziesz wspominać do końca życia, i za umiejętności, które udało Ci się nabyć. Za to, że uczyłeś się języka, kiedy miałeś trochę więcej czasu wolnego, czy że zdobycie jakiegoś certyfikatu ułatwiło ci znalezienie dobrej pracy. Czy że poznałaś kogoś, kto odmienił twoje życie w momencie, kiedy najmniej się tego spodziewałaś.

Ale prawda, możesz też oszczędzać. Oszczędzanie jest naprawdę poszanowania godne, szczególnie kiedy oszczędzasz, mimo że nie masz z czego.

5. Twój organizm ci nie powie, że czegoś brakuje. On się odezwie dopiero w sytuacji dramatycznej.

Dwa lata od ostatniej lekcji w-fu i nagle z dnia na dzień pojawia się ten okropny ból pleców. Ledwo co jesz, ale bebech rośnie. Coraz częściej coś zaczyna w tym organizmie niepokoić, jednak nigdy nie ma czasu, aby zapisać się do lekarza. W końcu te kolejki, te stare baby, te godziny kolidujące z zajęciami na uczelni… Ale najgorsze jest to, że przecież to trzeba wszystko zaplanować, wcisnąć do tej pamięci RAM w mózgu, już teraz zawalonej projektami, egzaminami czy po prostu nauką.

Niestety, tak jak oszczędzanie kasy można odłożyć na potem, oszczędzanie na zdrowiu może się naprawdę źle skończyć. Są lekarze, których po prostu trzeba odwiedzać regularnie, a odkładanie tego w nieskończoność tylko pogarsza sytuację. Wiem coś o tym – nadal leczę dziury po czterech zbyt późno wyrwanych ósemkach. W Internecie można znaleźć wiele informacji o tym, jakie badania powinno się wykonywać regularnie. Polecam wpisać „kalendarz badań profilaktycznych”. Z jednej strony robienie tych samych badań krwi co roku brzmi trochę histerycznie, zwłaszcza jeśli do tej pory zawsze wychodziły dobrze. Z drugiej, jeśli masz dwadzieścia parę lat, a nigdy nie miałaś badania cytologicznego, a ostatni raz u dentysty byłaś z rodzicami w podstawówce, to coś jest zdecydowanie nie tak. Poza tym, mogę się założyć, że większa część czytelników tego bloga nie miała powtórzonej szczepionki na tężec w 20 roku życia (tak, jest w kalendarzu!).

Sport też jest naprawdę ważny. Nie każdy musi wyglądać jak Johnny Bravo i całować się w świeżo wyhodowany biceps, jednak regularny ruch naprawdę nie jest przereklamowany. Zamiast katować się codziennie na siłowni (i zrezygnować z braku czasu po miesiącu), lepiej założyć sobie realistyczne cele, łatwe do wprowadzenia w harmonogram życia na naprawdę wiele lat. Basen raz w miesiącu i siłka raz w tygodniu brzmi do zrobienia, co nie?

Studia zajmują ogromną część dostępnego czasu i łatwo zapomnieć o tym, że nawet w młodym wieku można się porządnie zepsuć, a co najmniej zaniedbać. Daleko mi do specjalisty zdrowego żywienia czy sportu, nie mówiąc już o medycynie. Mimo to, temat od jakiegoś czasu mnie interesuje, dlatego zdążyłam uzbierać swoją bazę wartościowych lub po prostu ciekawych źródeł w Internecie na ten temat. Na początku polecę blogi Damiana Parola i To Tylko Teorię.

6. „Kontakty podczas studiów”

Chyba każdy to kiedyś słyszał – zdobądź podczas studiów kontakty, potem się przydadzą w dalszym życiu. Być może, tak jak nastoletnia ja, wyobrażaliście sobie wtedy siebie w garniturze w pracy biurowej, pracującego nad jakimś wielkim projektem. Nagle pojawia się problem i z nieba spada rozwiązanie w postaci dawnej znajomej ze studiów, która rozwiązała podobny problem w ramach swojej pracy magisterskiej. Szybko znajdujecie w kieszeni jej wizytówkę, tak właściwie numer telefonu napisany na podstawce od piwa, szybko dzwonicie i oto jest. Jeśli omawiamy właśnie scenariusz słabego filmu, to okazuje się, że pani ta obecnie pracuje dla konkurencji.

Tak naprawdę to znajomości przydają się już podczas samych studiów. Nie ma nic gorszego niż próba przejścia przez studia bez własnego grona zaufanych znajomych, z którymi podzielisz się informacjami, notatkami czy przysiądziesz wspólnie do nauki. Wydaje się brzmieć strasznie pragmatycznie, jednak tak naprawdę szybko okaże się, że ta grupa to coś więcej niż wspólny folder na Google Drive’ie. Szybko okaże się, że to właśnie do tych osób odezwiesz się w sytuacji kryzysowej, i to tylko te osoby będą potrafiły zrozumieć twoją sytuację. Z drugiej strony zaczniesz się cieszyć z ich osiągnięć, pomagać w miarę możliwości, jakby to byli członkowie najbliższej rodziny, z tą różnicą, że rodziny się nie wybiera.

Nawet jeśli po studiach żadna z tych osób nie wyda książki, nie zostanie milionerem, czy nie dostanie nagrody Nobla (czego przecież jeszcze nie możesz wiedzieć), to będzie to jedna z bardzo nielicznych przyjaźni z szansą przetrwania. Bo na studiach masz kilkadziesiąt do nawet kilkuset innych osób, połowy z nich nawet tak naprawdę nie znasz, a reszta prawdopodobnie pozostanie w gronie tych, o których okazjonalnie przypomnisz sobie, gdy wrzucą coś na Fejsa.

Serio, nie bądź tą osobą, która dwa razy dziennie zadaje proste pytania w grupie na Facebooku. A już zupełnie nie bądź tym kimś, kto wkleja to samo pytanie szesnastu osobom na raz w prywatnej wiadomości.

7. Ogarnij swoje biurko

Przez bardzo liczne przeprowadzki podczas studiów, wprowadzanie jakichkolwiek większych zmian do tego, co zastawałam na miejscu, było po prostu bezsensowne. Największym wyczynem meblowym był zakup stołów z odkręcanymi nogami z Ikei. Dodając do tego niesprzyjające możliwości finansowe i jeszcze bardziej niesprzyjających wynajmujących, kręcących nosem na każdą propozycję zmian w pokoju, po prostu odechciewało się cokolwiek ruszać.

Myślę, że przez zdecydowaną większość studiów brakowało mi porządnego miejsca pracy. Kończyło się to typowym klejeniem makiet na podłodze czy przeglądaniem notatek na łóżku. Biurko (czyli wyżej wymieniony stół z odkręcanymi nogami) zawsze zawalone było kubkami, zeszytami, losowymi przedmiotami, które raz się tam znalazły i jak dotąd nie znalazły swojego stałego miejsca w jednej z półek.

Myślę, że gdybym teraz cofnęła się w czasie do jednego z tamtych mieszkań, spróbowałabym jakoś kreatywnie zaaranżować przestrzeń pracy. W pierwszej kolejności zadbałabym o improwizowaną „tablicę korkową”. Nie taką drogą, przyczepianą gwoździem do ściany. Kupiłabym zwykłą deskę albo grubszy karton i oparła o ścianę nad biurkiem. Za pomocą taśmy przyczepiałabym do niej to, co w danym momencie byłoby dla mnie ważne. W moim obecnym mieszkaniu wykorzystałam do tego celu karton po nowym blacie, jednak teraz moja sytuacja jest zupełnie inna.

Myślę, że bardzo dużym problemem było dla mnie zawsze trzymanie na wierzchu rzeczy, których nie potrzebuję codziennie, a wyjmowanie za każdym razem tego, co poupychane po szufladach. Niby problem wydaje się błahy, jednak ja po prostu nie dostrzegałam rzeczy, które zajmowały miejsce niepotrzebnie. Po prostu zawsze tam były i nigdy nie było czasu się nad tym zastanowić. Z tego powodu moja przestrzeń była zawsze zagracona i odpychająca.

Jeśli dostrzegasz w swoim życiu podobny problem, spróbuj zastosować tę metodę: zdejmij z biurka absolutnie wszystkie rzeczy, które nie są typowym wyposażeniem biurka (np. stojakiem na długopisy, lampą). Znajdź im nowe miejsce w półkach lub szufladach. Jeśli czegoś potrzebujesz, odłóż to potem z powrotem. Po jakimś czasie zauważysz, które przedmioty wyciągasz każdego dnia i to one mają prawo zostać na wierzchu.

8. Zainteresuj się środowiskiem

Zrezygnuj z jedzenia mięsa. Niezależnie od tego, jaki jest Twój stosunek do wegetarianizmu, praw zwierząt czy ochrony środowiska, chociaż spróbuj. Wyznacz sobie miesiąc bez mięsa albo zdecyduj się na rezygnację z mięsa w piątki (czy jakikolwiek dowolny inny dzień tygodnia). Nic na tym nie stracisz (no, chyba że w ogóle zrezygnujesz z jedzenia), a możesz naprawdę wiele się nauczyć. Poznasz nowe potrawy, o których być może nie miałeś pojęcia, może nawet część z nich wejdzie na stałe do Twojego jadłospisu.

Obecnie mamy wszystko na wyciągnięcie ręki – jedzenie w supermarkecie, zakupy online, budki z przekąskami i produkty dostępne dawniej tylko w najodleglejszych częściach świata. Naukowcy jednak od lat alarmują, że koniec luksusów może nastąpić o wiele szybciej, niż większość osób się spodziewa – prawdopodobnie jeszcze za naszego życia. Rezygnacja z jednego kotleta oczywiście nie zmieni absolutnie niczego. Pomyśl jednak o sprawie jak o widoku przepełnionego kosza na śmieci. Czy naprawdę chcesz być tym typem, który jeszcze ustawia na rozsypującym się stosie swoją puszkę po coli?

Jeśli naprawdę nie możesz zrezygnować z mięsa, ogranicz chociaż to czerwone, które jest zdecydowanie najgorsze dla klimatu. Poza tym jest tyle innych rzeczy, które można zrobić, aby zredukować swój wpływ na środowisko! Zainteresuj się tym tematem, pomyśl, czy naprawdę chcesz zupełnie biernie patrzeć na to, jak ludzkość dewastuje swój jedyny dom.

Ważnym tematem jest ograniczanie produkcji śmieci. Kupując coś, zastanów się, co się stanie z tym produktem za rok, dwa, pięć. Czy naprawdę warto kupić coś nieprzydatnego tylko dlatego, że jest tanie lub pojawiła się bardzo duża promocja? Które przedmioty można kupić jako używane, odsprzedać albo się wymienić? Powoli zaczyna się ta świąteczna część roku, kiedy ludzie wręcz wyrzucają pieniądze w błoto, często w ramach wykreowanej przez media hojności. I wiecie co? Nikt tak naprawdę nie potrzebuje nowej, błyszczącej, torebki prezentowej z reniferem w brokacie. Poproszę mój prezent zawinąć w gazetę. Albo kopertę – bo bilet wstępu czy zaproszenie do spędzenia razem czasu w specjalnym miejscu to najlepszy prezent, jaki można dać.

There is no Planet B (pl. Nie ma planety B).

9. Czy naprawdę potrzebujesz tych wszystkich książek?

Ręka w górę, czyim marzeniem z dzieciństwa było posiadanie wielkiej biblioteki pełnej książek! Kolorowe woluminy, w twardych oprawach, pachnący papier i wiecznie wysoki stosik tych czekających na swoją kolej. A obecnie książki stają się coraz piękniejsze. Wydawnictwa dbają o wysoką jakość papieru, odpowiedni dobór ilustracji czy fotografii, idealną typografię do czytania czy wreszcie, kupującą konsumentów okładkę. Jest wiele książek, które sama chciałabym mieć na własność, móc je przeglądać i wracać do ulubionych cytatów. Mimo to staram się ograniczać.

Choć poziom czytelnictwa w Polsce jest typowo niski, czytanie zawsze uznawane będzie za jeden z czynników sprzyjających mądrości. Wiele osób zachęca do czytania do tego stopnia, że zaczyna wręcz uznawać nieczytających za ludzi głupszych, czy wręcz gorszych. Trudno się z tym niestety zgodzić – zwłaszcza kiedy dany „czytający” wybiera praktycznie tylko literaturę rozrywkową, która nie wniesie do życia wiele więcej niż film czy gra o podobnej tematyce. Czytanie oczywiście rozwija zdolności językowe, relaksuje czy trenuje wyobraźnię i pamięć. Z tego powodu jest to zupełnie wartościowa rozrywka. Innym tematem jest natomiast posiadanie książek.

Wiele osób naprawdę zawzięcie realizuje plan posiadania biblioteczki, kupując wszystkie nowości wydawnicze, a w ogóle nie nadążając z czytaniem. W sytuacji, kiedy posiada się własny dom, jeszcze nie jest to takie złe. W wynajmowanym mieszkaniu czy pokoju zaczynają pojawiać się problemy natury logistycznej, zwłaszcza kiedy nagle trzeba się z niego wyprowadzić.

Sama mam duże problemy z odmawianiem sobie kupowania książek, dlatego opracowałam prostą taktykę. Przed zakupem zadaję sobie pytanie: czy zajrzę do tej książki więcej niż trzy razy? Zakładam, że przeczytam ją w całości na pewno raz, jednak czy jej zawartość może mi się kiedykolwiek jeszcze do czegoś przydać? Jeśli odpowiedź brzmi „nie” – odkładam książkę na półkę. Ponieważ wciąż chcę ją przeczytać, sprawdzam, czy jest ona dostępna w bibliotece.

Biblioteki to niesamowite miejsca. Istniały jeszcze zanim ktokolwiek wpadł na systemy dzielenia się plikami, samochodami czy czymkolwiek innym. Mimo to, kiedy wypożyczanie hulajnóg elektrycznych staje się topowym trendem, biblioteki zaczynają świecić pustkami. Wiele z nich niestety zupełnie zasłużyła sobie na taką frekwencję – ustalając bardzo nieprzyjazny regulamin, krótki czas wypożyczenia czy wysokie opłaty za każdy dzień zwłoki. Dodatkowo najpopularniejsze książki i tak są zawsze wypożyczone i trzeba zapisywać się w kolejce po ten jeden jedyny egzemplarz na całe miasto.

Na pomoc przychodzi drugie rozwiązanie dla ludzi, którzy nie muszą koniecznie posiadać każdej książki na papierze – wydania elektroniczne. E-Booki spisują się szczególnie świetnie w przypadku książek naukowych, potrzebnych do napisania pracy zaliczeniowej na studia czy paperu na konferencję. Jeśli potrzebujesz konkretnej informacji, szybkie ctrl+f pozwoli na odnalezienie jej w mgnieniu oka. Niektóre uczelnie oferują dostęp do sklepów internetowych wydawnictw naukowych praktycznie za darmo, choć nie jest to częsta praktyka w Polsce. Na szczęście mnóstwo książek jest opublikowane zupełnie w całości za darmo, a aby je znaleźć, wystarczy wpisać tytuł w wyszukiwarkę Google.

W przypadku książek czytanych dla rozrywki niestety zawsze pojawia się ten dylemat: zapłacić za e-booka i dostać „powietrze”, czy dopłacić 2-5 zł czy koszt przesyłki i móc nacieszyć się dotykiem papieru, zapachem farby drukarskiej i samym faktem posiadania. Tutaj z pomocą przychodzi wiele stron oferujących subskrypcje – coś jak Netflix, tylko że z książkami! Sama jeszcze nie testowałam, ale zamierzam się tym bardziej zainteresować w najbliższym czasie. W końcu powoli kończy się sezon na górskie wędrówki, a zaczyna ten na siedzenie pod kocem z gorącą herbatą i paczką chusteczek.

10. Rób backupy

Ten punkt jest już prawdziwym zapychaczem, jednak nie wyobrażam sobie go tutaj nie zawrzeć. Chyba każdy już zdążył usłyszeć współczesne przysłowie mówiące, że ludzie dzielą się na tych, którzy robią backupy i tych, którzy będą robić backupy. Założę się, że pomimo tej wiedzy, duża część czytelników tego bloga wciąż nie posiada swojej kolekcji dysków twardych, pełnych kopii nawet najmniej przydatnych plików. Uwierzcie mi, cena takiego dysku, nieważne jak wysoka, jest niczym w porównaniu z ceną, jaką możecie zapłacić, kiedy coś złego stanie się z Waszym komputerem czy wbudowanym dyskiem twardym. Poza tym, czasem trzeba wrócić do starszej wersji pliku, zwłaszcza kiedy obecna z jakiegokolwiek powodu jest już nieużywalna.


Nie spodziewałam się, że z paru podpunktów wyjdzie taki długi wpis. Mam nadzieję, że treść okaże się przydatna, zwłaszcza osobom dopiero rozpoczynającym swoją przygodę ze studiami. Dla świeżych studentów szczególnie poleciłabym zajrzenie na bloga Blue Kangaroo – to chyba najlepsze miejsce w sieci, jeśli chodzi o porady edukacyjne, motywacyjne oraz przydatne informacje, np. dotyczące wyjazdu na Erasmusa.

A może dodalibyście swoje metody, jak ułatwić sobie życie na studiach?

Więcej

Trzecia Rewolucja Przemysłowa

Początkową wizją tego wpisu było umieszczenie recenzji książki, która mnie zafascynowała I wzruszyła jednocześnie. Jednak, jak to często bywa z recenzjami, prawdopodobnie nikt by jej nigdy nie przeczytał. A to, co chcę przekazać, zdecydowanie zasługuje na jak największe grono odbiorców.

Obecnie na świecie zachodzi coraz więcej przemian. Ogromny wpływ na nie ma rozwój technologiczny, którego nie sposób porównać z przemysłem sprzed kilkudziesięciu lat. Zmiany dotykają też kwestii społecznych. Dzięki pojawieniu się internetu, zaczęły rozwijać się usługi o których nawet nie śniono w poprzednich epokach. W miejscu encyklopedii mamy Wikipedię, posiadającą kilkadziesiąt razy więcej haseł niż najsłynniejsze do tej pory źródła wiedzy. Taksówki wypierane są przez carsharing. Dzięki niezliczonej liczbie serwisów aukcyjnych, nie ma już problemu aby sprzedać cokolwiek, nawet osobie mieszkającej na drugim końcu świata. Coraz więcej osób decyduje się na couchsurfing jako alternatywę spędzenia nocy w hotelu. Świat się zmienił, pojawiło się w nim coraz więcej rozproszonych usług, w których rozwoju może uczestniczyć spora część społeczeństwa.

Czy podobne zmiany mogą jednak dotyczyć czegoś większego niż szukanie noclegu na wypad weekendowy z rodziną? Co na przykład z tym, co w pewnym sensie rządzi światem w podobnym stopniu co pieniądz? Mam na myśli energię, która zasila wszystko – od żarówki w małym domku do wielkich fabryk i rakiet. Czy decentralizacja energii jest w ogóle możliwa?

Trzecia Rewolucja Przemysłowa
Zdjęcie autorstwa 27707

Jeremy Rifkin, słynny ekonomista i publicysta, a także doradca wielu głów państw, przedstawił niezwykle ciekawą wizję w swojej książce „Trzecia Rewolucja Przemysłowa. Jak lateralny model władzy inspiruje całe pokolenie i zmienia oblicze świata”. Rifkin wyraził potrzebę zmian, poprzez wymienienie katastrofalnych skutków obecnie dominującego sposobu pozyskiwania energii. Wybór zasobów nieodnawialnych, takich jak węgiel czy ropa, już na etapie wydobycia jest degradujący dla środowiska. Spalanie tych surowców, w celu uzyskania energii, wpływa na zmiany klimatyczne i stan powietrza, wody i gleby. Wystarczy minimalne podwyższenie temperatury, aby powstały nieodwracalne zniszczenia w świecie roślin i zwierząt. Skupione w pojedynczych punktach wydobycie surowców ma też mnóstwo mniej oczywistych skutków. Jednym z nich jest centralizacja władzy, umieszczająca ją w rękach pojedynczych koncernów paliwowych, a także decydująca o gospodarce wielu krajów. To istnienie tych zasobów przyczyniło się do niejednej wojny, nawet jeśli niektórzy potrafili ubrać przyczyny w zupełnie inne słowa.

Nietrudno się domyślić, że alternatywą dla takiego stanu rzeczy, są odnawialne źródła energii. Farmy słoneczne czy wiatrowe, nie mówiąc już o wielkich elektrowniach wodnych, występują w wielu miejscach na świecie. Funkcjonuje dużo spalarni biomasy (śmieci), a energia geotermalna, dochodząca z wnętrza ziemi, jest na wyciągnięcie ręki.

Rifkin proponuje jednak zupełnie inny koncept. Zamiast skupiać produkcję energii w jednym miejscu, uzależniając ją od dostępności źródeł energii w danym czasie (wiatr nie zawsze wieje), proponuje utworzenie kontynentalnych sieci energetycznych. W tym celu każdy budynek, istniejący i nowoprojektowany, zostałby wyposażony w urządzenia służące do produkcji energii elektrycznej z jej odnawialnych źródeł. Budynki byłyby połączone w inteligentną sieć, przesyłającą energię tam, gdzie jej brakuje z miejsc z nadmiarową produkcją. Warunkiem działania tego programu okazuje się konieczność zmiany systemu wartości – zamiast prawa do posiadania i sprzedawania dóbr, ważniejsze stałoby się prawo do dostępu. Energetyczny internet, czyli określenie padające w książce, byłoby dokładnie tym, co sugeruje nazwa.

Aby to osiągnąć, musiałoby zostać spełnione pięć warunków – pięć filarów Trzeciej Rewolucji Przemysłowej:

  1. Przestawienie się na odnawialne źródła energii;
  2. Przekształcenie budynków w mikroelektrownie, wytwarzające energię ze źródeł odnawialnych;
  3. Zastosowanie odpowiednich nośników energii – Rifkin proponuje wodorowe;
  4. Utworzenie sieci łączącej wszystkie budynki w energetyczny Internet;
  5. Wykorzystanie pojazdów elektrycznych, a także umożliwienie za ich pomocą transportu energii.

Wszystkie pięć elementów musiałoby być wprowadzane w życie jednocześnie, aby cały program Rifkina miał większy sens. Sieciami objęte zostałyby całe kontynenty, dzięki czemu udałoby się ułatwić wymianę wiedzy i technologii pomiędzy poszczególnymi państwami. W 2011 roku na terenie Unii Europejskiej znajdowało się ponad 191 milionów budynków i każdy z nich mógłby zostać przekształcony w mikroelektrownię. Nowe obiekty budowane i projektowane by były już jako dwufunkcyjne – obok podstawowego programu mieszkalnego, usługowego czy kulturalnego budynek planowanoby od początku jako jedno z oczek energetycznego internetu.

Wydaje się, że projekt na taką skalę ma bardzo małe szanse realizacji. Tylko czy nie podobnie było ze zmianami urbanistycznymi idącymi w parze z poprzednimi przemianami technologicznymi? Industrializacji towarzyszył rozwój budynków wielorodzinnych, przeznaczonych dla rodzin robotniczych. Później pojawiła się prefabrykacja, czyli budynki z wielkiej płyty wykorzystujące masową produkcję do ujednolicenia architektury i przyspieszenia tworzenia mieszkań spełniających wszystkie wymagania statystycznego człowieka. Obecnie miasta rozlewają się, ponieważ samochód stał się w dobrem podstawowym, a przez internet można zrobić zakupy, porozmawiać, pracować czy uczyć się. Myślę, że nie ma sensu skreślać pomysłu na energetyczny internet tylko dlatego, że wizja prezentuje zbyt wielkie zmiany. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę liczne korzyści takiego przeobrażenia.

Kluczową zaletą decentralizacji jest fakt, że odnawialne źródła energii są z natury rozproszone. Słońce świeci i wiatr wieje na całym świecie, nawet jeśli nie w tym samym stopniu. Jednocześnie, często te miejsca, w których najbardziej brakuje dostępu do prądu, mają właśnie największy potencjał do wykorzystania sieci budynków jako mikroelektrowni. To właśnie w krajach rozwijających się, które ominęła pierwsza i druga rewolucja przemysłowa, rozproszone pozyskiwanie energii odnawialnej mogłoby się okazać najbardziej efektywne.

Takie przemiany mogłyby przynieść ze sobą o wiele więcej dodatkowych korzyści. Na początkowym etapie wprowadzania w życie Trzeciej Rewolucji Przemysłowej, pojawiłoby się wiele miejsc pracy. Być może też zwiększyłaby się ogólna świadomość społeczeństwa, że człowiek jest tylko częścią natury i nie powinien sam zużywać jej wszystkich dóbr. Rozwój zrównoważony jest znany od lat architektom i urbanistom, ale czasami mam wrażenie, że dużo się o nim mówi a o wiele mniej się w jego zakresie robi. Tym, czego w nim brakuje jest gospodarka kolektywna, zachęcająca ludzi do poczucia przynależności i dbania o dobro wspólne.

Tego typu wizjonerskie programy zmiany świata często spotykają się z ostrą krytyką. Łatwo zauważyć i tutaj wiele przeciwności. Wielkie korporacje chętnie nie oddadzą swojego monopolu a zwykli ludzie mają zbyt wiele osobistych problemów, aby zwrócić uwagę na sprawy środowiskowe. Mimo to, ja widzę w tym pomyśle bardzo duży potencjał. Choć obecnie ogniwa słoneczne czy mniejsze wiatraki nie są tanie, a ich efektywność często zatrzymuje się na kilku procentach, wierzę, że technologia jeszcze nie raz nas zaskoczy.

Trzecia Rewolucja Przemysłowa

Co do samej książki – jak się można domyślić, polecam ją każdemu, kto jest zainteresowany przedstawioną wizją. Rifkin opisał wiele spotkań, rozmów z ważnymi postaciami i przykładów zmian, które już udało się wprowadzić. Dla mnie była to książka inspirująca, ale też wzruszająca. Zmusiła mnie do refleksji nad tym, jak bezmyślnie człowiek niszczy planetę dla zaspokajania swoich banalnych, konsumpcyjnych pragnień. Jeśli społeczeństwo teraz ocknęło się z tej apatii, to jest już za późno. Jeśli jeszcze nie, to wolę nie znać przyszłości.

Więcej

Smog

Polska to piękny kraj, mało kto temu zaprzeczy. Niestety, ten stan nie potrwa wiecznie. Z jednej strony wycinane są cenne lasy i puszcze, nawet te podobno objęte ochroną, z drugiej władzom nie przeszkadza tragiczna jakość powietrza. Podczas gdy statystyki alarmują o kilkukrotnie przekraczanych normach zanieczyszczenia, ministrowie bagatelizują problem. Jak przeczytałam, że minister zdrowia uznał, że problem jest tylko teoretyczny, bo i tak ludzie palą papierosy, to nie wiedziałam czy wybuchnąć od razu ze złości czy tylko zacisnąć mocno pięści i wstrzymać oddech.  Ja nie palę! Dlaczego też mam oddychać tym smrodem?!

Zresztą, problem jest o wiele większy. Bo możemy założyć, że smog jest tymczasowy. Że statystyki są przekłamane, że te kilkadziesiąt tysięcy Polaków rocznie po prostu miało pecha. Wybrało sobie zły fragment powietrza do wciągnięcia nosem. Problemem jest wieczna ignorancja w kwestiach środowiska. Brak jakiejś większej strategii ekologicznej, poza normami narzucanymi przez Unię. Problemem jest to, że wciąż promowany jest transport indywidualny jako najwygodniejszy środek transportu i… najtańszy. Już w dwie osoby często bardziej opłaca się cenowo dotrzeć w niektóre miejsca samochodem. Poza centrami dużych miast jest to szczególnie widoczne. A jeśli dochodzą do tego niskie częstotliwości odjazdów pojazdów komunikacji publicznej z przystanków, to wybór środka lokomocji nasuwa się sam.

smog


Nie wszystkie zanieczyszczenia widać w powietrzu. Aby przedstawić tragizm sytuacji pozwoliłam sobie je zwizualizować.

I tutaj również przyczyna jest głębsza. Ludzie mieszkają coraz dalej od centrów miast, podczas gdy to w nich pracują i spędzają większość dnia. Dojeżdżając codziennie do swoich sypialni, często ciężkimi samochodami, dodają swoje ziarenko do ogólnego zanieczyszczenia. Nie ich wina, że miał być autobus, ale w końcu go nie ma. Nie opłaca się puszczać nowej linii dla czterech osób. Musiałaby jeździć na tyle rzadko, żeby zebrać pasażerów – a to z kolei zniechęciłoby ich jeszcze bardziej. Tak więc dojeżdża się z tych przedmieść dwa razy dziennie i w weekendy na zakupy. Niektóre rodziny mają po kilka samochodów, bo ich członkowie pracują w innych częściach miast. Ale warto zwrócić uwagę na przyczynę powstawania takich osiedli, oddalonych często wiele kilometrów od śródmieścia.

Wiadomo, ziemia jest tańsza, więc i klient dewelopera mniej zapłaci, chętniej kupi. Być może mieszkanie za obwodnicą to nie do końca jego szczyt marzeń, ale przynajmniej ma swoje własne cztery ściany z ogródkiem. Za to do szkoły samochodem, do sklepu samochodem, do kościoła samochodem i do znajomych samochodem. The American Dream, połlysz edyszyn. Czekam na likwidację zabudowy śródmieść, aby pomiędzy biurowce i parkingi wcisnąć drogi szybkiego ruchu, albo – po nieznacznej zmianie prawa – i autostrady. O to chodzi?

Dlaczego w ogóle planuje się osiedla w takich miejscach? Jeśli na danym terenie nie funkcjonuje miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, to trzeba uzyskać decyzję o warunkach zabudowy, które otrzymuje się wyłącznie w sytuacji kiedy dana działka posiada dostęp do drogi publicznej, oraz co najmniej jedna z sąsiednich działek jest zabudowana, nie mówiąc już o braku konieczności odrolnienia. A przecież w miejscach, gdzie powstają tego typu osiedla nie ma ani drogi, ani domów. W takim razie miejscowy plan zagospodarowania musi istnieć, więc wszystkiemu winne są miasta.

Te same miasta, które stale zwiększają ceny biletów na komunikację publiczną. Ta oczywiście jest coraz nowsza, coraz ładniejsza i czystsza, choć w każdej części Polski czasem można trafić na starego klekota z brudną tapicerką. Najgorsze chyba jednak są pociągi dalekobieżne. Mój bilet z ulgą 51% jest często nielogicznie drogi i totalnie nie rozumiem, jak można płacić ponad dwa razy więcej za podróż w ośmioosobowym przedziale lub – o zgrozo – na korytarzu. Toalety składające się najczęściej z dziury wyrzucającej nieczystości na tory. No i  pozostałe atrakcje, m.in.: współpasażerowie, którzy wyraźnie bardziej wolą wódkę niż wodę, niedziałająca klimatyzacja, ogrzewanie, oświetlenie, niezamykające się okna (lub niedające się otworzyć)…

Nawet ja, przeciwniczka komunikacji indywidualnej, postanowiłam zrobić wreszcie prawo jazdy. Naprawdę, nie chcę smrodzić spalinami, nie chcę swoim trybem życia wspierać przemysłu rafineryjnego i nie chcę dodawać tych kilku metrów sześciennych objętości auta do smutnej rzeczywistości centrów miast, zamieniających się w parkingi. Tylko miałam trochę za dużo czasu na myślenie, kiedy po wyjściu z zakupami z Auchana musiałam czekać pół godziny na autobus, lub kiedy dotarcie do znajomych z jedną przesiadką zajęło ponad godzinę.

Na pewno nie chcę usprawiedliwiać kierowców. Zawsze smuci mnie ten widok, kiedy wyjdę na ulicę i zacznę w głowie ustalać statystykę, ile pasażerów średnio zawiera jeden samochód na drodze. Nie zawsze ta liczba wykracza ponad 1, a jeśli już, to ledwo. Ludzie wolą jeździć samochodem nawet w pojedynkę, niż wsiąść do autobusu czy tramwaju. W końcu system zarządzania sygnalizacją świetlną został ustawiony w taki sposób, aby minimalizować korki. Tak zwana święta przepustowość. Tymczasem ludzie czekający na przejściu dla pieszych spóźniają się na tramwaj czy kolejkę.

Wracając do osiedli z dala od centrów miast. Drugą rzeczą (poza liniami komunikacji publicznej), której nie opłaca się do nich prowadzić, są sieci ciepłownicze. Indywidualne piecyki, w których ludzie palą prawie wszystkim to kolejny sprzymierzeniec smogu. Rozwój współczesnych technologii, źródła energii odnawialnej, powinny zbliżać społeczeństwo do poradzenia sobie z problemami zanieczyszczeń powietrza. Od 1 stycznia tego roku nowo stawiane budynki będą o wiele bardziej energooszczędne i dzięki temu mniej energii będzie potrzebne do ich ogrzania. Tylko co z już istniejącą zabudową, często nieocieploną wcale? Wydaje się ona mało obchodzić polskie władze, które nawet nie wyobrażają sobie wesprzeć wymianę pieców w gospodarstwach domowych. Mam wrażenie, że gdyby nie dyrektywy unijne, to takie wymagania nie pojawiłyby się wcale.

Tymczasem wycinane są kolejne drzewa. Ostatnio wprowadzono ustawę, która ułatwia prywatnym inwestorom wycinkę drzew na swoich działkach, bez konieczności uzyskania pozwoleń (cel niekomercyjny). Już nieraz słyszałam o magicznie chorujących roślinach w momencie, kiedy utrudniają one planowaną zabudowę. Zbyt łatwo potraktować zieleń jako wroga, podczas gdy każde drzewo oczyszcza powietrze i pomaga w regulacji wody w miastach. Obowiązek zrekompensowania wyciętej rośliny też nie załatwia sprawy, bo potrzeba wielu lat aby nowe drzewo uzyskało wielkość usuniętego. Kogo to jednak obchodzi, w czasach, kiedy wycina się Puszczę Białowieską. W końcu jak można płakać za jednym drzewem, kiedy giną lasy?

Oczywiście najłatwiej powiedzieć, że wszystkiemu winne duże fabryki, a działalność szarego człowieka w żaden sposób nie wpływa na smog. Każdy, kto tak twierdzi prawdopodobnie nigdy nie miał sąsiada palącego w piecu pieluchami, co można poczuć z daleka albo nigdy nie odkaszlnął nieszczęśliwie wdychanego powietrza z rury wydechowej przejeżdżającego samochodu. Przecież nie bez powodu to właśnie w okresie grzewczym pojawia się smog.

Według Światowej Organizacji Zdrowia 33 z 50 najbardziej zanieczyszczonych miast w Unii Europejskich znajduje się w Polsce. Na szczęście na liście nie ma Gdyni ani Gdańska – głównie dzięki nadmorskiej lokalizacji, ale także przez stosunkowo małe zakorkowanie i duży procent gospodarstw przyłączonych do sieci miejskiej lub wyposażonych w piec gazowy.

Więcej

Rok bez mięsa

Nawet nie wiem, kiedy to się stało, ale właśnie minął okrągły rok, odkąd postanowiłam, że „chociaż spróbuję” przejść na wegetarianizm. Początkowo nie planowałam o tym pisać na blogu, ponieważ nie jest to związane bezpośrednio z jego tematyką. Po głębszym przemyśleniu, uznałam, że jednak zbyt wiele myśli zakłębiło się w mojej głowie przez ten czas i marnowaniem byłoby nie przelać ich w chociaż krótki tekst. Poza tym, wokół wegetarianizmu wciąż krąży zbyt wiele irytujących mitów. Chcę zostać kolejnym żywym przykładem na to, jak niewielki mają one związek z rzeczywistością. Zapraszam więc do przeczytania, jak wyglądał mój pierwszy rok bez mięsa i w jaki sposób wegetarianizm wpłynął na moje życie.

Więcej

Miasta Przyszłości, która nie nadeszła

Mieszkając w dużym mieście już drugi rok, wyraźnie widzę, jak problematyczny stał się rozwój polegający na rosnącej liczbie samochodów przypadających na mieszkańca. Obecnie projektując budynki wielorodzinne, należy uwzględnić około 1,2 – 1,3 miejsca parkingowego przypadającego na każde mieszkanie. Trudno mi uwierzyć, że jeszcze za PRLu aleja Grunwaldzka w Gdańsku Wrzeszczu była po prostu szerokim deptakiem z widocznymi gdzieniegdzie na zdjęciach autami.

Obecnie wręcz naturalnym widokiem są wieczne korki pod Galerią Bałtycką, niekończące się sznury samochodów, trąbiących na siebie nawzajem, gdzie każdemu kierowcy śpieszy się najbardziej. Wokół ulic umieszczone są przestrzenie, niby chodniki, raczej parkingi. Zieleni jest coraz mniej, a zmiany coraz bardziej konieczne i radykalne. Przykładem może być głośna ostatnio sytuacja tzw. ul. Nowej Politechnicznej, czyli planów przekształcenia wąskiej uliczki w szeroką drogę, z dwoma pasami jezdni w każdą stronę i linią tramwajową, kosztem istniejących, starych budynków. Kiedyś problem gęstości miast dotyczył doświetlenia mieszkań – dzisiaj wielkość przestrzeni pomiędzy budynkami kieruje się nowym priorytetem: szukaniem miejsca dla wszystkich uczestników ruchu drogowego.

Rozwiązania są różne, a miejsca coraz mniej. Bardzo ciekawy pomysł na poradzenie sobie z pogodzeniem poszczególnych elementów ulicy powstał już w 1910 i został opublikowany w zbiorze „The transactions of the Royal Institute of British Architects Town Planning Conference, London”, natomiast jego autorem jest Eugène Hénard, francuski architekt znany z wielu pomysłów urbanistycznych, często wykorzystywanych nawet dziś (np. rondo).

Hénard z jednej strony podziwiał osiągnięcia techniki, a z drugiej krytykował wyraźne niedociągnięcia: niezdrowy dym unoszący się z kominów czy niekończący się wywóz śmieci ulicami miast. Zwrócił uwagę, że pod drogami ciągnie się masa różnych kanałów i przewodów, natomiast przestrzeń na powierzchni jest tak wykorzystana, że naprawdę trudnym jest umieszczenie jakiegokolwiek nowego elementu. Architekt też wyobrażał sobie przyszły rozwój infrastruktury: rury doprowadzające do domów benzynę, świeże powietrze czy morską wodę. Wymyślił więc sposób, który można by było zastosować w już istniejących miastach. Cytując,

All the evil arises from the old traditional idea that “the bottom of the road must be on a level with the ground in its original condition.”

Całe zło wynika ze starego, tradycyjnego pomysłu, że droga musi iść na tym samym poziomie, na którym znajdowała się oryginalnie ziemia.

Hénard zaproponował rozwiązanie: umieścić chodnik oraz drogę dla karetki na drugim, sztucznym gruncie (czyli po prostu na stropie). Tym samym partery mieszkań przy tak przekształconej ulicy stałyby się dodatkowym piętrem piwnic. Takie drugie piętro ulicy stworzone byłoby na stałe, z żelbetu przykrytego na przykład drewnem, 5 metrów ponad przestrzenią ulicy, na której odbywałby się ruch samochodowy. Całość utrzymywałaby się na murowanych ścianach oraz słupach, rozłożonych pomiędzy nimi co około 4 metry.

Pod tym stropem, podwieszony byłby cały system rur (jak nowocześnie) – w tym rury ze sprzężonym powietrzem, wodą rzeczną, czystą wodą, paliwem, ciekłym powietrzem oraz… odkurzaniem – oraz kabli elektrycznych. Dzięki takiemu rozwiązaniu dostęp do całej infrastruktury byłby niezwykle prosty.

Dzięki umieszczeniu tych rzeczy nad ziemią, przestrzeń poniżej gruntu można by było wykorzystać w inny sposób – umieścić tam linie metra oraz samochody ciężkie, a przede wszystkim te służące do wywozu śmieci. Dla tego piętra Hénard przewidział sztuczne oświetlenie oraz wentylację wspomaganą mechanicznie, z kominami umieszczonymi w przerwach pierzei. W środku znalazłoby się też miejsce dla kanału dymowego, obsługującego okoliczne budynki.

Wizja Hénarda wydaje się prawdziwą rewolucją, jednak architekt nie zaprzestał na wymienionych powyżej zmianach. Opisał on rozwój wertykalny ulic do jeszcze kolejnych pięter – w tym przypadku podziemnych – choć zdawał sobie sprawę z problemów związanych z taką inwestycją.

Poza zmianami związanymi z funkcjonowaniem ulicy, Hénard zaproponował także rozwiązania dotyczące budynków, między innymi rezygnację z dachów stromych, które nie oferują dodatkowej przestrzeni. Na dachach płaskich architekt wyobrażał sobie lotniska dla małych i lekkich samolotów, za pomocą których mieszkańcy mogliby w prosty sposób poruszać się ponad miastem. Dla bezpieczeństwa, samolociki te wyposażone byłyby w automatyczne spadochrony a ich ruch byłby zakazany w miejscach o szczególnej wartości. Każdy dom byłby przy okazji wyposażony w windę, pozwalającą na transport maszyn zarówno na dach jak i do podziemi. Dla ułatwienia utrzymania kursu, w miastach pojawiłyby się wysokie obiekty charakterystyczne – wieże, dzwonnice, itp., z czego największa znajdowałaby się w samym centrum miasta.

Cały tekst można przeczytać, w języku angielskim, na tej stronie: http://urbanplanning.library.cornell.edu/DOCS/henard.htm

Czy coś z tej szalonej wizji się spełniło? Z jednej strony nie mamy samolotów na dachach, a na ulicach wciąż dominuje ścisk i przeszkadzanie sobie nawzajem wszystkich uczestników ruchu. Z drugiej, czasy przeznaczania powierzchni ziemi w centrach miast na parkingi wielostanowiskowe minęły już nawet w Polsce. Obecnie nigdy nie wiesz, czy budynek, który wydaje Ci się małą, skromną kamieniczką nie stoi na 3-piętrowej wannie fundamentowej, wypełnionej samochodami.

Więcej