Tag: kultura

Krótka historia sztuki

Historia sztuki to temat, który jednych nudzi, innych fascynuje. Podczas gdy niektórzy widzą tylko obrazy, inni dociekają historii ich powstawania czy zamysłu twórcy danego dzieła. Jeśli jesteś stałym czytelnikiem mojego bloga, to na pewno doskonale wiesz, że osobiście zaliczam się do tej drugiej grupy. Podział ten zresztą tak naprawdę nie istnieje, ponieważ ludzie mieszczą się w całym spektrum zainteresowania sztuką a i ono zmienia się w czasie. Dzisiaj przedstawię książkę, która powinna szczególnie zainteresować zarówno osoby posiadające jakąkolwiek wiedzę o sztuce i chcące ją uporządkować oraz tych, którzy dopiero poznają najważniejsze nazwiska i tytuły.

krótka historia sztuki

Przedstawię książkę „Krótka historia sztuki” autorstwa Susie Hodge. Podtytuł brzmi „Kieszonkowy przewodnik po kierunkach, dziełach, tematach i technikach” i oddaje główne założenie dzieła. Książka ta tak naprawdę nie jest broszurką, którą można by było pognieść i wsadzić do kieszeni, dlatego niech nikogo nie zmyli słowo „kieszonkowy”. Przeciwnie – jest to całkiem przyzwoite kompendium wiedzy na temat historii sztuki, podanej w uporządkowany i przystępny sposób. W sposób, który zdecydowanie powinien dotrzeć do zróżnicowanego grona odbiorców.

Zacznę jednak od początku – od pierwszego wrażenia, jakie ta książka na mnie wywarła. Było to wrażenie dotykowe. Okładka wykonana została z tektury powleczonej mięciutką warstwą, sprawiającą, że aż chce się ją trzymać w dłoniach. Format to wygodne A5, wnętrze rozkłada się na płasko, pozwalając zobaczyć całą stronę. 224 strony z kolorowymi obrazkami wydrukowane zostały na porządnym papierze. Jakość nie pozostawia pola do narzekania – wszystkie reprodukcje i zdjęcia są wyraźne i można dobrze się im przyjrzeć. Pod względem wydawniczym „Krótka historia sztuki” jest po prostu piękna. Dla mnie jest to naprawdę ważne, zawsze oceniam książki po okładce i nie raz od czytania odrzucił mnie zły dobór czcionki czy niewygodny format. Tutaj forma, ta niby nieistotna cecha charakterystyki książki, sprawiła, że „Krótka historia sztuki” dosłownie co chwila lądowała w moich dłoniach.

Tym, co jest jednak najważniejsze, jest oczywiście treść. Ta podana jest w sposób lekki, daleki od stylu encyklopedycznego. Autorka nie tworzy zbędnych opisów, nie rozczula się nad pojedynczymi aspektami każdego obrazu. Wiedza przedstawiona jest w sposób na tyle obiektywny, na ile obiektywnie da się opisać historię sztuki. Opisy są krótkie i konkretne, ale mimo to znajduje się w nich miejsce na dodatkowe ciekawostki oraz – niezwykle ważne – zwrócenie uwagi na powiązania pomiędzy stylami i artystami. Choć książka podzielona jest na cztery działy (kierunki, dzieła, tematy, techniki), zaglądać można do niej w sposób dowolny, w zależności od nastroju czy chęci zapoznania się z określoną treścią lub przypomnienia sobie konkretnej informacji. Dzięki takiemu klarownemu podziałowi, łatwo nawigować w treści i wyszukiwać potrzebnych informacji. Wszystkie elementy w obrębie działu omawiane są w kolejności chronologicznej.

Plusy

Gdybym miała wymienić cechy „Krótkiej historii sztuki”, które pozytywnie wyróżniają tę książkę spomiędzy innych o podobnej tematyce to najważniejszym byłoby przekrojowe przedstawienie zagadnienia historii sztuki. Podczas gdy wiele książek poświęca długie rozdziały kolejno sztuce prehistorycznej, starożytnej i średniowiecznej, tutaj epoki te giną przed liczbą stron poświęconą coraz bardziej rozmaitym sztukom współczesnym. W szkołach wałkuje się od początku do końca antyczną Grecję i Rzym, a potem absolwenci nie potrafią wymienić nazwiska ani jednego artysty ostatniego stulecia. „Krótka historia sztuki” doskonale nadaje się do nadrobienia tego braku – w tym celu jest to świetny przewodnik.
Krótkie opisy pozwalają na szybkie zrozumienie danego zagadnienia, jednocześnie zachęcając do sięgnięcia do kolejnych źródeł. Układ stron jest prosty, stworzony z myślą o współczesnym czytelniku. Objawia się to, między innymi, w postaci logicznych podtytułów i „ramek” z ważnymi informacjami, kropek z datami czy odnośników do innych stron w stopce.

Tak, jak już pisałam, książka świetnie sprawdzi się w celu uporządkowania wiedzy. Po jej lekturze nie zostanie się oczywiście specjalistą w dziedzinie historii sztuki, jednak z całą pewnością przestanie się błyszczeć niewiedzą w zakresie ważnych nazw, nazwisk czy tytułów. Jest to naprawdę solidny fundament do budowania swojej bazy wiedzy na tematy związane ze sztuką.

Warto tu zaznaczyć, że jest to książka popularnonaukowa, nie naukowa. Jej lekka i przystępna forma zachęca do niezobowiązującej lektury, sięgania w wolnej chwili, np. przy porannej kawie czy podczas przerwy w pracy. Z tego samego powodu na pewno nadaje się ona i dla młodszych czytelników, którzy szybko zniechęcają się zbyt ciężką i pompatyczną formą. Nie sprawia to jednak, że książka jest niepoważna. Osobiście nie znalazłam w niej żadnych niedopowiedzeń czy błędów, za wyjątkiem dwóch drobnych literówek.

krótka historia sztuki

Minusy

Jako osoba dość krytyczna, zawsze jestem w stanie doszukać się niedoskonałego elementu. Tutaj jest ich oczywiście kilka. Zacznę od podziału na kategorie, który zdążyłam już opisać w kwestiach pozytywnych. Ten medal ma jednak drugą stronę, którą jest rozczłonkowanie treści na poszczególne hasła, przez co książka przybiera formę katalogu stylów i dzieł. W wielu przypadkach jest to plus, jednak z drugiej strony dzieło w ten sposób zrywa z koncepcją ciągłej historii a zaczyna być bliżej tworów typu „100 najlepszych artystów”. Czy jest to rzeczywiście wada – na to pytanie nie ma obiektywnej odpowiedzi. Wydaje mi się jednak, że jest to forma treści, która o wiele łatwiej dociera do współczesnego „masowego” czytelnika.

Ograniczony format również ma swoje minusy – bardziej obeznana osoba zauważy brak niektórych tematów i twórców, którzy wcale nie byli mniej znani od tych wymienionych. Wśród kierunków brakowało mi symbolizmu, wśród technik – wielu rodzajów grafiki czy dzieł powstających jako np. tkanina artystyczna. Zabrakło mi wielu znanych obrazów, nawet dzieł twórców wymienionych wielokrotnie w „Krótkiej historii sztuki”. W niektórych przypadkach wybór wydawał mi się też nielogiczny – dlaczego na przykład jedynym szerzej przedstawionym dziełem Rembrantda jest nieduża akwaforta, podczas gdy to „Straż Nocna” przyciąga miliony turystów do Rijksmuseum. Oczywiście w tego typu książce nie dało się zawrzeć wszystkiego. W żadnej się nie da. Mając jednak ogólny ogląd na poszczególne epoki i style, techniki i twórców – łatwiej zainteresować się konkretnym tematem i doszukać dalszej literatury w jego zakresie.

Tak samo jak nie można winić lub oczekiwać od książki przetłumaczonej z języka obcego, pojawienia się w niej artystów polskich. Choć czytając o pasteli, czułam wyraźny brak Wyspiańskiego a przy realizmie stawały mi przed oczami twory Chełmońskiego, cieszę się, że książka została wydana jako tłumaczenie, bez lokalnych dodatków. To wzmacnia jej obiektywizm.

krótka historia sztuki

Podsumowanie

Książka „Krótka historia sztuki” to przewodnik i w taki sposób powinno się ją traktować. Nie jest to „fabularna” opowieść o sztuce od czasów najdawniejszych do współczesności a hasłowo podana wiedza. W ten sposób bardzo łatwo odnaleźć potrzebną informację, porównać dzieła czy epoki albo rozeznać się w chronologii. Nie jest to też wystarczający podręcznik do nauki na rozszerzoną maturę z historii sztuki, ale świetna pozycja do zapoznania się z historią powstawania obrazów, rzeźb i innych tworów plastycznych lub powtórzenia sobie podstawowych informacji. Ciekawe i krótkie opisy dobrze wpływają na odbiór książki, szczególnie przez początkujących. To właśnie im szczególnie poleciłabym tę książkę.

Więcej

Glow Eindhoven

glow eindhoven

Festiwale światła od lat cieszą się dużą popularnością. To podczas nich miasta nocą zamieniają się w żywe i kolorowe dzieła sztuki. Kiedy pierwszy raz o nich usłyszałam, wiedziałam, że prędzej czy później wybiorę się na jeden z nich. Jak się okazało, nie musiałam nigdzie jechać. W listopadzie festiwal znany pod nazwą Glow odbywa się dokładnie w Eindhoven, czyli mieście w którym obecnie mieszkam.

Eindhoven często nazywane jest miastem świateł. To tutaj, za sprawą Philipsa, rozwijał się przemysł oświetleniowy. Od 2006 roku każdej jesieni, pod koniec listopada, przez cały tydzień wieczorami uruchamiane są wspaniałe instalacje świetlne, często wzbogacone muzyką lub dodatkowymi efektami, np. dymem. Bardzo oczekiwałam tego wydarzenia i spodziewałam się naprawdę niesamowitych wrażeń. Jak było – dowiecie się w tym wpisie.

Instalacje świetlne uruchamiane były każdego dnia koło godziny 18 i wyłączane przed północą. Był to czas zdecydowanie odpowiedni – wieczorem było już zupełnie ciemno, a nocą tłumy uczestników i muzyka nie przeszkadzały mieszkańcom okolicznych budynków zasnąć. Dawało to około pięciu-sześciu godzin każdego dnia na zapoznanie się z poszczególnymi częściami wydarzenia. Organizatorzy przewidzieli ścisłą trasę długości około 6 km, uwzględniającą wszystkie punkty Glow. Zdecydowana większość z nich była dostępna dla wszystkich, całkowicie bezpłatnie. Wyjątek stanowił pokaz na stadionie Philipsa oraz wystawa w Van Abbemuseum. Instalacje uwzględniały prace twórców lokalnych i zagranicznych.

glow eindhoven
glow eindhoven

Zacznijmy od głównej trasy. Jej długość i przebieg były optymalne, choć dużym utrudnieniem okazał się ogromny tłum. Nie raz musiałam czekać aż ludzie przede mną przecisną się przez przewężenie ulicy czy odejdą od jakiejś instalacji, abym też ją mogła zobaczyć. Część prac uruchamiane było co parę minut, więc również musiałam poczekać, aby je zobaczyć. Największe wrażenie wywołało we mnie kilka instalacji. Pierwszą z nich była fasada kościoła św. Katarzyny – za pomocą projektorów wyświetlono na jej nieregularnej powierzchni wzór witrażu (autor: Daniel Margraf). Nie mniej imponująca była animacja rzucana na drzewo stojące przy rzece (Gijs van Bon) czy małe, kolorowe „wysepki” unoszące się na wodzie, wykonane przez dzieci w ramach projektu organizowanego przez CultuurStation. Nietypową instalacją była gra świateł wewnątrz i na zewnątrz meczetu (Ellen de Vries, The Lux Lab) oraz pokaz odbywający się na placu pod ratuszem (Michel Suk), gdzie ludzie pomimo deszczowej pogody i mokrej nawierzchni placu, kładli się na ziemi aby lepiej odbierać odbywający się ponad głowami performance.

glow eindhoven
glow eindhoven

Pokaz na stadionie Philipsa był ciekawy, ale nie niesamowity. Zaangażowano w nim tancerzy, którzy stali tak daleko, że ledwo dało się ich dostrzec. Sama gra świateł była oczywiście ciekawym widowiskiem, nie mówiąc już o wspaniale skomponowanej muzyce, pasującej do przedstawienia. Myślę, że warto było się tam wybrać, ze względu na niską cenę uczestnictwa i możliwość zobaczenia od wewnątrz stadionu Philipsa (fanką meczy nie jestem, więc raczej nie mam powodu aby odwiedzić stadion w typowym dla jego funkcji celu). Co zdenerwowało mnie najbardziej to proces wypuszczania ludzi z budynku – otwarto wyłącznie jedne drzwi przez co minęły wieki zanim wszyscy szczęśliwie wygramolili się na zewnątrz.

Bardziej podobała mi się wystawa w Van Abbemuseum. Również dostępna za niewielką opłatą, choć darmowa dla mnie i innych szczęśliwych posiadaczy Museumkaart. Tymczasowa ekspozycja zawierała instalacje/rzeźby/obrazy (nie raz granica między rodzajami dzieł sztuki nie jest do końca wyraźna) angażująca światło i wrażenia optyczne. Zdecydowanie największe wrażenie wywołała we mnie praca japońskiego artysty Akinori Goto. Rzeźba o organicznej formie pod wpływem padających na nią snopów światła ujawniała małe sylwetki postaci poruszające się, „tańczące”, po jej krawędziach. Myślę, że mogłabym się wpatrywać w nią godzinami i nadal by mi się to nie znudziło. Cała ekspozycja muzealna była wartościowa i zdecydowanie odwiedziłabym ją, nawet gdybym nie miała darmowej wejściówki.

glow eindhoven

Podsumowując – Glow był wydarzeniem wartym zobaczenia, choć znacznie mniej angażującym niż Dutch Design Week. Projekty były naprawdę piękne i sprawiały ogromne wrażenie, ale szczerze mówiąc – spodziewałam się czegoś więcej. Po tym, co miasto zaprezentowało z okazji DDW, myślałam, że i tym razem impreza zaangażuje każdy kąt i każdą ścianę. Spodziewałam się o wiele większej liczby instalacji i kolorowych efektów od których nie sposób uciec. Oczywiście, Glow był wspaniały i bardzo się cieszę, że mogłam w nim uczestniczyć. Po prostu – pewnie bezsensownie – nastawiłam się na coś, co prawdopodobnie nie miałoby większego sensu. W końcu jak tu podziwiać poszczególne twory, kiedy całe miasto świeci!

glow eindhoven
Więcej

Dutch Design Week – festiwal designu w Eindhoven

Minęły dwa miesiące odkąd mieszkam w Eindhoven. Choć jeszcze nie znam wszystkich zakamarków tego średniej wielkości miasta, wciąż na na każdym kroku mnie coś zachwyca. Raz jest to oświetlenie z okazji ważnej rocznicy, innym razem rynek starych płyt i winyli, a czasem coś na uczelni, obok czego nie sposób przejść obojętnie. Tym razem będzie jednak o wydarzeniu, na które oczekiwałam od dłuższego czasu, mimo że do końca nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać. Mowa o odbywającym się co roku festiwalu designu – Dutch Design Week.

Dutch Design Week trwa dziewięć dni, czyli zawiera dwa weekendy i tydzień roboczy pomiędzy nimi. W skład wydarzenia wchodzi całe mnóstwo wystaw, warsztaty, wykłady i wiele koncertów muzycznych. Festiwal widoczny jest w całym mieście w postaci różnorakich instalacji czy tymczasowych pawilonów, a nawet tak zwanych „pop-up” restauracji czyli jadłodajni pojawiających się tylko i wyłącznie na czas trwania wydarzenia. Plakaty promujące nie tylko całe wydarzenie, ale poszczególne jego elementy, rozwieszone są po całym mieście, a ulicami jeżdżą samochody – darmowe taksówki – z zamontowanymi na dachu krzesłami, rzeźbami czy instalacjami artystycznymi. Nie sposób nie dostrzec pięknych rowerów, na czas festiwalu wypożyczanych uczestnikom przez gminę. Mnóstwo artystów, projektantów, studentów i innych zainteresowanych festiwalem ludzi wędruje z jednego punktu Dutch Design Week do drugiego. Równie wiele zatrzymuje się przed wydarzeniem, popijając kawę, rozmawiając lub czekając na darmowy autobus, który zabierze ich w inną część miasta. W rękach trzymają kolorowe mapki, a na nadgarstkach wiszą festiwalowe bransoletki. Wydarzenie ma prawdziwy rozmach, organizatorzy nie oszczędzają na niczym.

dutch design week

Ogromne przestrzenie Klokgebouw wypełnione po brzegi odwiedzającymi.

Wielu projektantów przygotowuje się miesiącami do zaprezentowania swoich prac. Spora część z nich to studenci i absolwenci Akademii Designu, ale także innych szkół i uczelni z Eindhoven i reszty kraju. Oczywiście wystawiają się też twórcy zagraniczni. Większość ekspozycji ma charakter grupowy – każdy twórca przedstawia jeden, najważniejszy projekt, w ramach większej wystawy. Cóż się dziwić – miejsce jest ograniczone, tak samo jak czas odwiedzających. Wystarczy tylko na projekty najlepsze z najlepszych. Artyści i projektanci przez większość czasu towarzyszą swojemu projektowi, gotowi wyjaśnić jego znaczenie, przedstawić więcej informacji lub podzielić się historią jego powstawania. Wszechobecne są kolorowe wizytówki, czy to, co lubię najbardziej – pocztówki z fotografiami projektu. Zebrałam ich prawie sto pięćdziesiąt i będą stanowić piękny podzbiór mojej wielkiej kolekcji.

Spora część wystaw, wydarzeń lub miejskich instalacji jest otwarta publicznie i dostępna dla każdego, niezależnie czy kupił bilet na Dutch Design Week, czy nie. Najciekawsze wystawy wymagają jednak pokazania bransoletki z logiem festiwalu, więc zdecydowanie warto się w nią zaopatrzeć. Bilet kosztuje 11,50 eur dla dzieci i studentów oraz 19,50 dla pozostałych odwiedzających. W tej cenie zyskuje się nielimitowany dostęp do wszystkich miejsc, darmowy wstęp na koncerty muzyczne oraz możliwość wypożyczenia roweru. Najważniejszy jest jednak dostęp do Klokgebouw, Het Veem i paru innych lokalizacji, oferujących najciekawsze ekspozycje. Warto podkreślić, że jest to koszt jednorazowy, a bilet jest ważny przez całe 9 dni. Jest to też cena na tyle mała, że mogąc uczestniczyć tylko przez dzień lub dwa, wciąż nie będzie znacznie uderzał w domowy budżet. Jestem przekonana, że nie jest to główne źródło utrzymania Dutch Design Week, a jedynie sposób wybrania wyłącznie osób naprawdę zainteresowanych tematem, jeśli chodzi o wstęp do już i tak bardzo zatłoczonych budynków.

Mnóstwo firm i instytucji wspiera Dutch Design Week, przez co wydarzenie staje się naprawdę ogromnym eventem. Na tyle ogromnym, że nawet mając wolny cały tydzień, nie sposób zwiedzić wszystkich lokalizacji i uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach. Bogaty program jest dostępny na dobrze zrobionej stronie internetowej, dzięki czemu łatwiej wybrać atrakcje, które chce się odwiedzić danego dnia. Najlepiej podzielić swój cza na poszczególne lokalizacje – dzielnice – i zaliczać obiekty znajdujące się obok siebie.

Strijp-S

Szczególnym miejscem jest Strijp-S. Jest to nowa dzielnica mieszkaniowa, przekształcona zaledwie kilka lat temu z terenów przemysłowych Philipsa. Miasto zdecydowało się zachować industrialny charakter tego miejsca, komponując zieleń i nowe budynki pośród dawnych fabryk, obecnie funkcjonujących jako obiekty mieszkaniowe, biurowe i usługowe. Dzielnica stała się nowym centrum kulturalnym miasta, mieszcząc pracownie projektowe, kawiarnie i mnóstwo miejsc publicznych, jednocześnie oferując niezwykły klimat. Wiele przestrzeni wewnątrz budynków jest jeszcze niezagospodarowanych, dzięki czemu można je było wykorzystać na festiwalowe ekspozycje. Najważniejszy jest „budynek-zegar” – Klokgebouw, który stał się ikoną Strijp-S. Podczas Dutch Design Week, zagospodarowana została także pusta przestrzeń – wkomponowano tam mnóstwo tymczasowych pawilonów tematycznych. Na Ketelhuisplein (placu przy dawnej kotłowni) stanął przepiękny People’s Pavilion o niezwykłej architekturze. Został on wykonany w 100% z materiałów pożyczonych, które po festiwalu zostały zwrócone w niezmienionej formie ich właścicielom. Inne tymczasowe obiekty zawierały, między innnymi, wystawy takie jak Embassy of Food (Ambasada Jedzenia) czy Embassy of Intimacy (Ambasada Intymności).

dutch design week

Tymczasowe pawilony w Strijp-S. Ich układ został przemyślany urbanistycznie – z osią skierowaną dokładnie w stronę dawnego komina (który, jak to przystało na komin w Eindhoven, nocą jest oczywiście pięknie oświetlony).

W Klokgebouw i het Veem umieszczono naprawdę wspaniałe wystawy. Sporą część pierwszego budynku mieściła wystawa Mind the Step, przygotowana przez tutejszą politechnikę. Oprócz ciekawych projektów, znalazła się tam także i scena, na której co chwila prezentowali różni twórcy. Wiele wystaw zawierało projekty nagradzane w konkursach, specjalnie wyróżnione przez różne instytucje i firmy. W het Veem szczególnie spodobała mi się ekspozycja poświęcona historii miasta, zawierająca niesamowitą ilość fotografii posegregowanych latami. Niestety, opisy nie zostały przetłumaczone na język angielski, co znacznie zmniejszyło przystępność prezentowanej treści. Budynek mieścił także sale z urządzeniami wykorzystującymi technologię Virtual Reality, jednak mi było trochę szkoda czasu aby stać w kolejce do poszczególnych jej części.

dutch design week

To wnętrze się marnuje przez resztę roku. Powinni to tu zostawić :D.

dutch design week

Część wystawy o historii miasta – tutaj zaprezentowano zbiór dawnych plakatów.

dutch design week

Wejście na drugie piętro het Veem. Czyli już naprawdę nie wiesz, czego się spodziewać.

Centrum miasta

W centrum miasta oczywiście też nie brakowało atrakcji. Na głównym miejskim rynku stanął nietypowy, kolorowy budynek autorstwa Winy’ego Massa z biura architektonicznego MVRDV oraz think-tanku The Why Factory (T?F). (W)ego, jak brzmi nazwa budynku, to dziewięciometrowa instalacja “mieszkalna”, zachwycająca nietypową formą i wyrazem przestrzennym. Jest to tylko część udziału architekta w wydarzeniu – został on ambasadorem tej edycji i jego wkład w wydarzenie był oczywiście bardzo duży. Udało mi się nawet wziąć udział w warsztatach z jego udziałem, gdzie wraz z grupą studentów z TU/e, Delft i Chicago próbowaliśmy zaprojektować futurystyczną wizję przyszłości miasta. Innym tworem Winy’ego Massa i reszty grupy był film, pokazywany bez przerwy na ogromnej ścianie wewnątrz budynku Klokgebouw. Niezwykłe, wręcz nieprawdopodobne wizje rozwoju miast potrafiły zainspirować i zmusić do refleksji, czego tak naprawdę możemy się spodziewać za kilkadziesiąt czy kilkaset lat, biorąc pod uwagę problemy pojawiające się obecnie na świecie.

dutch design week

(W) ego w (nie) całej okazałości.

dutch design week

Nietypowe warsztaty, nietypowe wizje, nietypowy sposób myślenia. Już nigdy nie pomyślę, że cokolwiek co stworzyłam do tej pory było chociaż trochę wizjonerskie w porównaniu z tym, co powstało na tych warsztatach.

Jeszcze w centrum, wykorzystano dawny budynek warsztatów V&D – sieci galerii handlowych. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, że tak ogromna przestrzeń użytkowa stoi pusta w samym sercu miasta. Podczas Dutch Design week pomieściła głównie trzy duże wystawy – kolorową ekspozycję mody, Embassy of Robot Love (Ambasadę Miłości do Robotów) i Embassy of Data (Ambasadę Danych). Pierwsza z nich prezentowała szalone, często orientalne stroje, przyciągając uwagę świecącymi lub odbijającymi powierzchniami, całą gamą kolorów i zapachem zielska, którym twórcy postanowili wesprzeć swoją kreatywność, lub modele prezentujący ubrania ułatwić stanie w miejscu przez kilka godzin. Embassy of Robot Love prezentowała urządzenia o rozmaitych funkcjach oraz zawierała duży stół, przy którym każdy mógł skonstruować niewielkiego robota z gotowych elementów. Embassy of Data w bardzo konkretny sposób prezentowała jakie informacje zbierane są w mieście, w jakim celu i przez kogo. W ramach tej ostatniej, wraz z grupą z kursu Theory and Practice of the Public Domain (teoria i praktyka domeny publicznej) zaprezentowaliśmy projekty usprawnienia miasta za pomocą urbanistycznych rozwiązań wykorzystujących nowe technologie i zbiór danych.

dutch design week

Kto zrozumie projektantów mody?

dutch design week

Napiszę to po raz setny. Zmarnowałam swoje dzieciństwo, mieszkając w Polsce. Takiego funu mi nikt nigdy nie zorganizował :(.

dutch design week

W Eindhoven dane są zbierane na każdym kroku. Czy to informacje dotyczące stanu powietrza, czy przepełnienia podziemnych śmietników, lub oczywiście stanu wody. Wszystko odbywa się automatycznie, przy wykorzystaniu sensorów i innych urządzeń. Wystawa w Embassy of Data skupiła się na uświadomieniu, na czym polega zbiór danych, kto je wykorzystuje i w jakich celach.

dutch design week

Projekt z kursu. Autorzy: Kee An Lee, Pei Yun Tay, Lisanne Bergefurt, Roy van Gool i ja.

Oczywiście to nie wszystko, co można było zobaczyć w centrum miasta. Gdybym miała wymienić wszystkie wystawy, pewnie ten wpis zamieniłby się w pokaźnej wielkości książeczkę – nawet gdybym wybrała tylko te miejsca, które odwiedziłam osobiście. A z tych warto wspomnieć wystawę dyplomów w Akademii Designu, czy pawilony prezentujące interpretacje światła przez Studio Solarix. Oraz oczywiście tymczasowy pawilon mieszczący makietę miasta z warsztatów z Winy’m Massem. Niedaleko głównego dworca, kolejne wystawy prezentowano w budynku Design Perron. Tam znajdowało się między innymi stoisko twórców z Łodzi.

dutch design week

Jedna z instalacji mieszczących się w Design Perron.

Sectie-C

Niestety nie udało mi się odwiedzić wszystkich miejsc, które chciałam. Ze względu na ciężki okres na studiach (tak, mam sesję na przełomie października i listopada), mój czas wolny był dość mocno ograniczony. Drugą rzeczą, która powstrzymała mnie jeszcze bardziej była porażająca migrena, która przykuła mnie do łóżka na całą sobotę – przedostatni dzień DDW.

Ostatni dzień Dutch Design Week spędziłam głównie w domu i bibliotece, nadrabiając zległe projekty na studia. Dopiero wieczorem postanowiłam skorzystać z okazji i wskoczyłam do naprawdę ostatniego autobusu jadącego do Sectie-C – miejsca dość odległego od centrum miasta (około 15 minut autobusem), ale mieszczącego kolejny zestaw wystaw i wydarzeń. Klimat magazynów mieszczących wystawy został ubrany w mocne, zielone światło. Otwarte restauracje i puby nadały miejscu charakter imprezy tylko dla wtajemniczonych. Z Sectie-C bez problemu udało mi się wrócić darmową taksówką Volvo.

dutch design week

„Do (not) feed the makers”. Obok ekspozycja śmieci, zachęcających do zajrzenia na wystawę prezentującą przedmioty wykonane z przetopu plastiku.

dutch design week

Sectie-C i to kosmiczne światło. Prawie jak nie z tego świata.

Dutch Design Week to nie tylko możliwość prezentacji projektów i nauczenia się czegoś nowego. Jest to wspaniała okazja do zwiedzenia Eindhoven. Jako, że wystawy zlokalizowane były w najciekawszych punktach miasta, samo dotarcie do nich pociągało za sobą poruszanie się po tym tętniącym życiem środowisku miejskim. Wydarzenie może stać się pretekstem do odwiedzenia takich obiektów jak ratusz, budynki uczelni czy biblioteka miejska, nie mówiąc już o Van Abbemuseum, do którego warto wpaść o każdej porze roku.

No i oczywiście klubów muzycznych – w ramach Dutch Design Weeku przewidziano całe mnóstwo koncertów, mieszczących się w kilku lokalizacjach, każdego dnia. Mi się udało wziąć udział w trzech z nich – dwóch odbywających się w TACu – Temporary Art Centre, czyli Tymczasowym Centrum Sztuki i jednym w Effenarze, słynnym miejscu, które kilkanaście lat temu zostało rozbudowane według projektu biura MVRDV. Szczególnie cieszę się, że udało mi się być na koncercie zespołu And So I Watch You from Afar, który znałam od dawna, a teraz mogłam posłuchać na żywo i to za darmo, w cenie biletu na DDW. Nie mniej zachwyciła mnie muzyka zespołu CUT_ z Amsterdamu. Na pewno nie raz do niej jeszcze wrócę.

Podsumowanie

Na koniec chciałabym porównać Dutch Design Week do Gdynia Design Days. W trójmiejskim festiwalu designu udało mi się wziąć udział kilkukrotnie i za każdym razem dobrze się bawiłam, choć wydarzenie jest o wiele mniejsze niż to w Eindhoven. Zdecydowanie brakuje tego rozmachu i funduszy, ale może i zaangażowania? O gdyńskim wydarzeniu tak naprawdę wiedzą głównie projektanci i osoby zainteresowane designem – wszyscy pozostali mieszkańcy miasta i odwiedzający często nie zdają sobie sprawy, że w PPNT jest kilka ciekawych wystaw, a w centrum miasta umieszczono parę instalacji. Wydarzenie nie jest zbyt dobrze promowane, wiele osób zarzuca mu, że wydaje się być zamknięte. I szczerze mówiąc – tegoroczna edycja dała mi to dobrze do zrozumienia, kiedy nie udało mi się zapisać na prawie żadne warsztaty. Oczywiście doskonale rozumiem, że nie ma co porównywać Gdyni do Eindhoven (nawet jeśli liczba mieszkańców obu miast jest niemal taka sama, oba miasta oparły swój rozwój na przemyśle i to pozwoliło im się rozwinąć w ciągu ostatniego stulecia…), zwłaszcza jeśli chodzi o dostępność środków, jednak naprawdę chciałabym zobaczyć kiedyś w Gdyni festiwal designu z prawdziwego zdarzenia. Festiwal, który – tak jak DDW – ściągnąłby ludzi z całego świata aby dzielić się ideami i promować design pośród nie tylko osób już wcześniej nim zainteresowanych.

A już za tydzień w Eindhoven zaczyna się Glow – słynny festiwal świateł. Naprawdę nie mogę się doczekać, aż zobaczę te wszystkie instalacje i pokazy świetlne. No wreszcie będzie powód, aby odwiedzić Stadion Philipsa, górujący nad miastem, a mimo to wciąż mi nieznajomy.

Więcej

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum Emigracji w Gdyni miałam odwiedzić już dawno, jednak to zadanie ciągle schodziło na dalszy plan. Przecież obiekt będzie na miejscu zawsze, podczas gdy ogrom wydarzeń i rzeczy do zrobienia na wczoraj nie poczeka. W końcu jednak znalazł się bodziec do odwiedzenia nadmorskiego gmachu. Wyjeżdżam pod koniec sierpnia na pół roku z Polski, a do tego czasu praktycznie każdy dzień mam ściśle zaplanowany. To ostatni moment aby dowiedzieć się, dlaczego muzeum o dość kontrowersyjnym w Polsce temacie cieszy się popularnością pośród ludzi o bardzo zróżnicowanych poglądach. Słyszałam zbyt wiele pozytywnych opinii o tym obiekcie, aby darować sobie jego odwiedzenie.

Muzeum mieści się w dawnej siedzibie Dworca Morskiego przy samym porcie. Dzięki temu, odwiedzając ten budynek można nacieszyć oko malowniczymi widokami. Obok cumują ogromne promy-wycieczkowce, których widok również może zainteresować niejedną osobę. Sam gmach jest bardzo modernistyczny, zgodnie z dominującym stylem Gdyni. Wewnątrz, oprócz głównej funkcji obiektu, znajduje się księgarnia oraz restauracja. Bilety wstępu są tanie, ja zapłaciłam 6 zł. Dla odwiedzających dostępne są toalety oraz szafki.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Czas na najważniejszą część: wystawy. Zaprojektowano je w sposób współczesny, korzystający z dobrodziejstw nowych mediów i technologii. Oprócz powszechnie znanych ekranów mutimedialnych, rzutników i efektów dźwiękowych, zastosowano kilka elementów których nie spotkałam do tej pory w innych muzeach – na przykład projekcja obrazu na wypuszczanym dymie, czy zdjęcia zmieniające się w zależności od kierunku patrzenia. Oczywiście znalazło się też miejsce na mnóstwo elementów nie wykorzystujących elektroniki – na dekoracje rodem ze statków, na zgromadzone pamiątki po emigrantach czy nietypowe elementy wykończenia wnętrz. Moim ulubionym była ściana ziemniaków dekorująca pokój opowiadający o dobrodziejstwach jakie warzywo przyniosło polskim wsiom.

Ta multimedialność momentami jednak stawała się problematyczna. Już podczas wejścia okazało się, że w bazie nie ma mojego zakupionego przed paroma minutami biletu. Wszechobecne ekrany dotykowe nie działały zbyt płynnie. Dodatkowo wielokrotnie po prostu nie wiedziałam czy mam coś nacisnąć palcem, przeciągnąć czy w inny sposób uruchomić kolejny widok. Z niejednej słuchawki nie wydobywał się żaden dźwięk, nawet po naciśnięciu czegoś co wyglądem przypominało przycisk. W jednej z pierwszych sal przedstawione zostały języki kilku kultur poprzez nagranie wydobywające się z głośnika skierowanego na konkretne pole. Aby je usłyszeć, trzeba było stanąć w niewielkim okręgu narysowanym na posadzce. Byłam jedyną osobą spośród kilku obecnych w tej sali, która w ogóle zauważyła ten element wystawy. A szkoda – moim zdaniem był to naprawdę ciekawy zabieg.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Ktoś napisał w internecie, że na zwiedzenie muzeum należy przeznaczyć około półtorej godziny. Nie rozumiem, na czym takie zwiedzanie miałoby polegać – na obejściu gmachu dookoła czy na wyścigu, kto pierwszy dobiegnie do wyjścia. Mi odwiedzenie Muzeum Emigracji zajęło około czterech godzin, podczas których czytałam tylko wybrane teksty i nie robiłam dłuższych przerw. Myślę, że osoba zafascynowana tematem spokojnie znalazłaby tam content aby poświęcić na zgłębianie się w nim cały dzień.

Głównym tematem muzeum jest emigracja Polaków, skupiająca się głównie na podróżach za ocean. Od analizy przyczyn, czyli trudnej sytuacji w kraju i panującej biedy, do sytuacji emigrantów już po osiedleniu w nowym miejscu, poprzez długą drogę morską. Muzeum Emigracji to obszerna baza wiedzy, z której można dowiedzieć się o warunkach sanitarnych na statkach, którymi przewożono ogromne grupy ludzi, o obowiązkowych kontrolach medycznych czy zrywanych więziach z rodziną. Wydarzenia historyczne przedstawiono w sposób chronologiczny, co jest jak najbardziej prawidłowe dla każdego muzeum. Jedyne czego mi momentami brakowało to mapki ilustrujące zagadnienie o którym można przeczytać. Nie każdy musi wiedzieć, na przykład, które tereny należały do Galicji, zwłaszcza jeśli przyjechał do Polski zza granicy. Tutaj oczywiście warto podkreślić, że ogromnym plusem wystawy jest wersja angielska wszystkich tekstów i tłumaczenie nagrań.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum przedstawia także historię kultury i nauki, tworzoną przez polskich emigrantów. Napływ ludności w znacznym stopniu wpłynął na dzieje tamtych terenów. Poprzez wojny, opowieść przechodzi do czasów najnowszych i wydarzeń, które obecnie kształtują migracje ludności.

Podsumowując – wizyta w Muzeum Emigracji w Gdyni była wartościowym doświadczeniem. Spodziewałam się trochę bardziej czegoś podobnego do muzeum Red Star Line w Antwerpii, gdzie przedstawione zostały losy podróży ludzi wielu narodowości – emigrantów z praktycznie całej Europy. Tam wystawa przedstawia dane dotyczące jednej linii morskiej. Tutaj, w Gdyni, mamy do czynienia z historią ludzi, którzy wyruszyli z małych polskich wsi, aby po żmudnej podróży pociągiem skorzystać z europejskich portów. Historia sięga daleko przed czasy istnienia portu w Gdyni, ale właśnie dzięki temu można lepiej zrozumieć, jak bardzo był on potrzebny i dlaczego jego budowa była tak ogromnym wydarzeniem w historii Polski.

Jednocześnie mam wrażenie, że wystawa główna jest dość nieśmiała. Opisanych jest kilka kontrowersji (np. handel ludźmi), jednak zwinnie uniknięto tematów, które aktualnie poróżniają społeczeństwo. Być może to po wizycie w Muzeum II Wojny Światowej mam wciąż w głowie to uczucie, że muzeum powinno oprócz przekazywania wiedzy historycznej także kształcić światopoglądowo. Tutaj po prostu zabrakło mi jakiegoś wniosku. Historia toczy się dalej, a mnie nikt nie postawił pod ścianą z wielkim napisem zmuszającym do refleksji. Chyba zbyt leniwa się zrobiłam.

Niemniej jednak, w moim ogólnym rozrachunku, jest to bardzo dobre muzeum.

Muzeum Emigracji w Gdyni
Więcej

Trzecia Rewolucja Przemysłowa

Początkową wizją tego wpisu było umieszczenie recenzji książki, która mnie zafascynowała I wzruszyła jednocześnie. Jednak, jak to często bywa z recenzjami, prawdopodobnie nikt by jej nigdy nie przeczytał. A to, co chcę przekazać, zdecydowanie zasługuje na jak największe grono odbiorców.

Obecnie na świecie zachodzi coraz więcej przemian. Ogromny wpływ na nie ma rozwój technologiczny, którego nie sposób porównać z przemysłem sprzed kilkudziesięciu lat. Zmiany dotykają też kwestii społecznych. Dzięki pojawieniu się internetu, zaczęły rozwijać się usługi o których nawet nie śniono w poprzednich epokach. W miejscu encyklopedii mamy Wikipedię, posiadającą kilkadziesiąt razy więcej haseł niż najsłynniejsze do tej pory źródła wiedzy. Taksówki wypierane są przez carsharing. Dzięki niezliczonej liczbie serwisów aukcyjnych, nie ma już problemu aby sprzedać cokolwiek, nawet osobie mieszkającej na drugim końcu świata. Coraz więcej osób decyduje się na couchsurfing jako alternatywę spędzenia nocy w hotelu. Świat się zmienił, pojawiło się w nim coraz więcej rozproszonych usług, w których rozwoju może uczestniczyć spora część społeczeństwa.

Czy podobne zmiany mogą jednak dotyczyć czegoś większego niż szukanie noclegu na wypad weekendowy z rodziną? Co na przykład z tym, co w pewnym sensie rządzi światem w podobnym stopniu co pieniądz? Mam na myśli energię, która zasila wszystko – od żarówki w małym domku do wielkich fabryk i rakiet. Czy decentralizacja energii jest w ogóle możliwa?

Trzecia Rewolucja Przemysłowa
Zdjęcie autorstwa 27707

Jeremy Rifkin, słynny ekonomista i publicysta, a także doradca wielu głów państw, przedstawił niezwykle ciekawą wizję w swojej książce „Trzecia Rewolucja Przemysłowa. Jak lateralny model władzy inspiruje całe pokolenie i zmienia oblicze świata”. Rifkin wyraził potrzebę zmian, poprzez wymienienie katastrofalnych skutków obecnie dominującego sposobu pozyskiwania energii. Wybór zasobów nieodnawialnych, takich jak węgiel czy ropa, już na etapie wydobycia jest degradujący dla środowiska. Spalanie tych surowców, w celu uzyskania energii, wpływa na zmiany klimatyczne i stan powietrza, wody i gleby. Wystarczy minimalne podwyższenie temperatury, aby powstały nieodwracalne zniszczenia w świecie roślin i zwierząt. Skupione w pojedynczych punktach wydobycie surowców ma też mnóstwo mniej oczywistych skutków. Jednym z nich jest centralizacja władzy, umieszczająca ją w rękach pojedynczych koncernów paliwowych, a także decydująca o gospodarce wielu krajów. To istnienie tych zasobów przyczyniło się do niejednej wojny, nawet jeśli niektórzy potrafili ubrać przyczyny w zupełnie inne słowa.

Nietrudno się domyślić, że alternatywą dla takiego stanu rzeczy, są odnawialne źródła energii. Farmy słoneczne czy wiatrowe, nie mówiąc już o wielkich elektrowniach wodnych, występują w wielu miejscach na świecie. Funkcjonuje dużo spalarni biomasy (śmieci), a energia geotermalna, dochodząca z wnętrza ziemi, jest na wyciągnięcie ręki.

Rifkin proponuje jednak zupełnie inny koncept. Zamiast skupiać produkcję energii w jednym miejscu, uzależniając ją od dostępności źródeł energii w danym czasie (wiatr nie zawsze wieje), proponuje utworzenie kontynentalnych sieci energetycznych. W tym celu każdy budynek, istniejący i nowoprojektowany, zostałby wyposażony w urządzenia służące do produkcji energii elektrycznej z jej odnawialnych źródeł. Budynki byłyby połączone w inteligentną sieć, przesyłającą energię tam, gdzie jej brakuje z miejsc z nadmiarową produkcją. Warunkiem działania tego programu okazuje się konieczność zmiany systemu wartości – zamiast prawa do posiadania i sprzedawania dóbr, ważniejsze stałoby się prawo do dostępu. Energetyczny internet, czyli określenie padające w książce, byłoby dokładnie tym, co sugeruje nazwa.

Aby to osiągnąć, musiałoby zostać spełnione pięć warunków – pięć filarów Trzeciej Rewolucji Przemysłowej:

  1. Przestawienie się na odnawialne źródła energii;
  2. Przekształcenie budynków w mikroelektrownie, wytwarzające energię ze źródeł odnawialnych;
  3. Zastosowanie odpowiednich nośników energii – Rifkin proponuje wodorowe;
  4. Utworzenie sieci łączącej wszystkie budynki w energetyczny Internet;
  5. Wykorzystanie pojazdów elektrycznych, a także umożliwienie za ich pomocą transportu energii.

Wszystkie pięć elementów musiałoby być wprowadzane w życie jednocześnie, aby cały program Rifkina miał większy sens. Sieciami objęte zostałyby całe kontynenty, dzięki czemu udałoby się ułatwić wymianę wiedzy i technologii pomiędzy poszczególnymi państwami. W 2011 roku na terenie Unii Europejskiej znajdowało się ponad 191 milionów budynków i każdy z nich mógłby zostać przekształcony w mikroelektrownię. Nowe obiekty budowane i projektowane by były już jako dwufunkcyjne – obok podstawowego programu mieszkalnego, usługowego czy kulturalnego budynek planowanoby od początku jako jedno z oczek energetycznego internetu.

Wydaje się, że projekt na taką skalę ma bardzo małe szanse realizacji. Tylko czy nie podobnie było ze zmianami urbanistycznymi idącymi w parze z poprzednimi przemianami technologicznymi? Industrializacji towarzyszył rozwój budynków wielorodzinnych, przeznaczonych dla rodzin robotniczych. Później pojawiła się prefabrykacja, czyli budynki z wielkiej płyty wykorzystujące masową produkcję do ujednolicenia architektury i przyspieszenia tworzenia mieszkań spełniających wszystkie wymagania statystycznego człowieka. Obecnie miasta rozlewają się, ponieważ samochód stał się w dobrem podstawowym, a przez internet można zrobić zakupy, porozmawiać, pracować czy uczyć się. Myślę, że nie ma sensu skreślać pomysłu na energetyczny internet tylko dlatego, że wizja prezentuje zbyt wielkie zmiany. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę liczne korzyści takiego przeobrażenia.

Kluczową zaletą decentralizacji jest fakt, że odnawialne źródła energii są z natury rozproszone. Słońce świeci i wiatr wieje na całym świecie, nawet jeśli nie w tym samym stopniu. Jednocześnie, często te miejsca, w których najbardziej brakuje dostępu do prądu, mają właśnie największy potencjał do wykorzystania sieci budynków jako mikroelektrowni. To właśnie w krajach rozwijających się, które ominęła pierwsza i druga rewolucja przemysłowa, rozproszone pozyskiwanie energii odnawialnej mogłoby się okazać najbardziej efektywne.

Takie przemiany mogłyby przynieść ze sobą o wiele więcej dodatkowych korzyści. Na początkowym etapie wprowadzania w życie Trzeciej Rewolucji Przemysłowej, pojawiłoby się wiele miejsc pracy. Być może też zwiększyłaby się ogólna świadomość społeczeństwa, że człowiek jest tylko częścią natury i nie powinien sam zużywać jej wszystkich dóbr. Rozwój zrównoważony jest znany od lat architektom i urbanistom, ale czasami mam wrażenie, że dużo się o nim mówi a o wiele mniej się w jego zakresie robi. Tym, czego w nim brakuje jest gospodarka kolektywna, zachęcająca ludzi do poczucia przynależności i dbania o dobro wspólne.

Tego typu wizjonerskie programy zmiany świata często spotykają się z ostrą krytyką. Łatwo zauważyć i tutaj wiele przeciwności. Wielkie korporacje chętnie nie oddadzą swojego monopolu a zwykli ludzie mają zbyt wiele osobistych problemów, aby zwrócić uwagę na sprawy środowiskowe. Mimo to, ja widzę w tym pomyśle bardzo duży potencjał. Choć obecnie ogniwa słoneczne czy mniejsze wiatraki nie są tanie, a ich efektywność często zatrzymuje się na kilku procentach, wierzę, że technologia jeszcze nie raz nas zaskoczy.

Trzecia Rewolucja Przemysłowa

Co do samej książki – jak się można domyślić, polecam ją każdemu, kto jest zainteresowany przedstawioną wizją. Rifkin opisał wiele spotkań, rozmów z ważnymi postaciami i przykładów zmian, które już udało się wprowadzić. Dla mnie była to książka inspirująca, ale też wzruszająca. Zmusiła mnie do refleksji nad tym, jak bezmyślnie człowiek niszczy planetę dla zaspokajania swoich banalnych, konsumpcyjnych pragnień. Jeśli społeczeństwo teraz ocknęło się z tej apatii, to jest już za późno. Jeśli jeszcze nie, to wolę nie znać przyszłości.

Więcej

Muzeum II Wojny Światowej

O Muzeum II Wojny Światowej słyszał już chyba każdy. Wybudowana niedawno, wyróżniająca się pod każdym względem bryła, wzbudziła wiele kontrowersji. Sama śledziłam losy Muzeum, w tym wypowiedzi polityków grożących jego zamknięciem lub zmianą. Pamiętam, że w pewnym momencie padło nawet hasło, że wystawy prezentują historię z nie-polskiego punktu widzenia. Z jednej strony, wypowiedź ta wzbudziła wiele refleksji nad interpretacją czegoś, co powinno być faktem; z drugiej jeszcze bardziej zachęciła do odwiedzenia tego miejsca jak najszybciej. I w końcu, kilka dni temu, w mediach rozeszła się informacja, że muzeum zostanie otwarte 23 marca – ogłosił to dyrektor muzeum, Paweł Machcewicz, podczas gali wręczenia nagród Splendor Gedanensis.

muzeum ii wojny światowej

Jest to wspaniała wiadomość. Budynek jest niesamowity, a wystawę główną oceniam jako jedną z lepszych multimedialnych, jakie widziałam. Muzeum II Wojny Światowej odwiedziłam w ten weekend – tam właśnie odbyło się połączone spotkanie Tweetup (spotkanie użytkowników serwisu Twitter) i Instameet (-Instagram). Dzięki temu, sporą grupą, mogliśmy zwiedzić wystawę i na bieżąco dzielić się ze światem wrażeniami.

Główna wystawa mieści się w całości pod ziemią i zajmuje ogromną powierzchnię. Do rozdzielonych tematycznie przestrzeni prowadzi długi, wysoki korytarz, stanowiący pewną oś części podziemnej.

Tematyka wystaw dotyczy całej drugiej wojny światowej, konfliktów w Polsce i na świecie. Nie ogranicza się tylko do tematów mających bezpośredni wpływ na losy Polski, a przedstawia także elementy historii ważne dla innych części świata, często nawet nie wspominanych w szkolnych podręcznikach.

muzeum ii wojny światowej

W dużym stopniu skupia się na życiu ludności cywilnej podczas wojny – przedstawia losy przesiedleńców, pracowników, ludzi umieszczonych w obozach zagłady. Na multimedialnych wyświetlaczach można śledzić poszczególne bitwy oraz czytać bardziej szczegółowe informacje dotyczące postaci historycznych, użytych środków, zachowanych źródeł.

Szczególnie dokładnie zobrazowane zostały społeczne aspekty wojny – prześladowania poszczególnych grup, postawy wobec rządzących, wyniszczający wpływ konfliktów zbrojnych na wszystkich ludzi. Dzięki dużej liczbie eksponatów oraz historycznych źródeł, nie trudno to sobie wyobrazić.

muzeum ii wojny światowej

   

muzeum ii wojny światowej

Przedstawiona została także sytuacja na świecie tuż po wojnie. Liczne przesiedlenia, migracje, warunki ekonomiczne, żelazna kurtyna, procesy norymberskie. Oczywiście lwia część wystawy dotyczy Polski, ale nie zabrakło informacji o tym, co w międzyczasie działo się w pozostałych częściach Europy i świata. To właśnie tworzy wrażenie kompletności przekazu – dzięki poznaniu tła i sytuacji w innych miejscach, można lepiej zrozumieć warunki panujące wtedy w naszym kraju.

Ze względu na treść, wystawa może być nieodpowiednia dla małych dzieci. Dla nich, wydzielona została część opowiadająca o życiu rodziny podczas wojny oraz o tym, jak ta sytuacja wpłynęła na jej losy. Mimo przeznaczenia dla najmłodszych, te pomieszczenia również mogą zobaczyć pozostali odwiedzający – jakością nie odbiegają od reszty elementów ekzpozycji.

Wystawa daje bardzo konkretny i jasny przekaz – wojna jest zła. Wszystkie informacje zostały przedstawione w sposób rzeczowy, często brutalny. W niektórych częściach wystawy można posłuchać opowieści świadków tych zdarzeń. Nie tylko Polaków, ale także np. Niemców.

muzeum ii wojny światowej

Elementem wzbudzającym potrzebę zobaczenia kolejnej sali jest staranne rozplanowanie wszystkich pomieszczeń. Niektóre z nich stanowią odrębną całość, wydającą się być blokiem wyjętym z głównej ekspozycji. Wchodząc do nich można odnieść wrażenie zanurzenia się w opowiadanej historii. Zostało to osiągnięte dzięki zastosowaniu materiałów imitujących konkretne ściany, zmianom posadzki i oświetlenia. Nie można też zapomnieć o wrażeniach dźwiękowych. Soundscape w obiekcie jest nienachalny; za to momentami potrafi poruszyć do łez.

Muzeum zostało zrobione na światowym poziomie i zgodnie z tego wymaganiami, wszystkie teksty i nagrania zostały przetłumaczone na język angielski. Dzięki temu, turyści odwiedzający Gdańsk, osoby przybywające tutaj z zagranicy w celach biznesowych czy edukacyjnych, będą mogły spokojnie stać się gośćmi wystawy. Budynek może zostać celem dla osób zafascynowanych historią, planujących następnie odwiedzić Europejskie Centrum Solidarności.

Jest wiele muzeów dotyczących drugiej wojny światowej, ale większość z nich opisuje pojedyncze zdarzenia, miejsca, postacie. Potrzebny był obiekt, który opowie o całości historii, ogólniej, i Gdańsk jest idealnym do tego miejscem.

muzeum ii wojny światowej

Czy polecam wizytę w Muzeum II Wojny Światowej? Nie. Ja Was, drodzy czytelnicy, wręcz zmuszam do zobaczenia tej wystawy! Tylko zarezerwujcie sobie co najmniej cztery godziny czasu. Ja na pewno jeszcze odwiedzę ten obiekt po otwarciu, aby przeczytać wszystkie opisy i ponownie zagłębić się w historię drugiej wojny światowej.

Więcej

Urbanized, czyli dokument o współczesnych miastach

Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić jednym z najlepszych filmów dokumentalnych, jakie obejrzałam. Gatunek ten, podobnie jak reportaż, wywołuje we mnie zawsze skrajne emocje – albo będę siedzieć, nudzić się i czekać, aż się skończy, albo będę w napięciu obserwować każdy kolejny kadr, mając nadzieję, że nie jest on tym zamykającym. Film, o którym dzisiaj napiszę, zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. Jego tytuł to Urbanized, przetłumaczony na „Zurbanizowani” i jak się łatwo domyślić, traktuje o rozwoju miast, czyli o temacie szczególnie mi bliskim.

Kadr z trailera

Najpierw zobaczyłam trailer, a on mnie przekonał. Pokazał świetne kadry, z których udało mi się rozpoznać kilka miejsc, o których słyszałam lub czytałam, ale o których zdecydowanie chciałam wiedzieć więcej. Sięgnęłam więc po film i – choć trochę miałam już trochę dość tego tematu po maratonie architektonicznym z pracą inżynierską – on mnie po prostu zachwycił.

Zachwyciły mnie miejsca, ponieważ reżyser, Gary Hustwit, postanowił potraktować temat bardzo szeroko i wybrał zupełnie zróżnicowane miasta – od Nowego Jorku do Mumbaju, od Brasilii do Paryża. Dzięki temu widać bardzo wyraźnie, że problemy z którymi spotykają się współczesne metropolie są zupełnie różne w zależności od sytuacji ekonomicznej, lokalizacji czy kultury społeczeństwa. Na świetnych kadrach przedstawione zostały widoki z lotu ptaka, pokazujące układy urbanistyczne (lub bezład budynków wykonanych z najtańszych materiałów), ale także ujęcia z ulicy, z poziomu człowieka. Twórcy filmu nie zawahali się odwiedzić nawet takie zakątki, w które nie zapuszczają się najśmielsi podróżnicy. Dzięki temu udało się wejść w kontakt z lokalną społecznością, przedstawić, jak ludzie żyją w tych miastach i jak się w nich czują.

Okładka dokumentu

Zachwyciły mnie postacie, przedstawione w dokumencie. Lokalni działacze, mieszkańcy, politycy i architekci. W filmie pokazano między innymi amerykańskich urbanistów, mieszkańców Kapsztadu czy Niemców protestujących w trakcie budowy metra w Stuttgarcie. Większość słów, prawie wszystkie, które padają w dokumencie, to wypowiedzi ludzi, do których udało się dotrzeć twórcom dokumentu. Przeprowadzili wywiad z wiekowym już Oscarem Niemeyerem, odpowiedzialnym za monumentalne budynki w stolicy Brazylii, miasta składającego się z reprezentacyjnego centrum, otoczonego zielenią i zabudową mieszkaniową zlokalizowaną w dużych odległościach. Pojawił się też Sir Norman Foster czy Rem Koolhaas, a także Alejandro Aravena, zdobywca zeszłorocznej nagrody Pritzkera (film powstał 5-6 lat wcześniej). Warto też wymienić Enrique»a Peñalosa, ówczesnego i obecnego burmistrza Bogoty, znanego z promocji komunikacji publicznej i wypowiedzi na TEDzie mówiącej, że rozwinięte miasta to nie te, w których nawet biedni mają samochód, ale te, w których to bogaci korzystają z komunikacji publicznej i rowerów.

Film zdecydowanie skłania do refleksji, choć wyraźnie widać, którą stronę popierają twórcy. Niektóre tematy potraktowane zostały dość powierzchownie i nie poruszono ciemnych stron przedstawionych inwestycji lub pomysłów. Myślę, że był to jednak celowy zabieg, aby nie zmniejszyć wrażenia i nie zaburzyć głównego przesłania tego filmu – a jest nim: miasta się rozwijają i będą się rozwijać jeszcze bardziej. Jeśli nic z tym nie zrobimy, to może dojść do katastrofy, którą powoli możemy zacząć już obserwować w bardziej przeludnionych częściach świata. Zmiany często bywają bolesne, mogą też być tragiczne w skutkach, ale czasami są nieuniknione. Są też z biegiem czasu trudniejsze w realizacji.

„Urbanized” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich studentów architektury i podobnych kierunków. Piękne kadry, dobry montaż i pasująca muzyka przedstawiają miejsca, o których czasem można było usłyszeć na wykładach albo przeczytać w książkach, internecie czy gazetach. Poleciłabym ten film także osobom, które nie mają wiedzy w tej dziedzinie. W dokumencie nie ma miejsca na niezrozumiałe dla szerokiej publiczności nazewnictwo czy określenia jednoznaczne dla architektów, a nie mówiące zbyt wiele przeciętnemu człowiekowi. Nie zmienia to jednak faktu, że nie ma lepszego uczucia niż „o jaa, to ten, który zrobił to i tamto”, kiedy na ekranie pojawi się znana twarz.

Oficjalna strona dokumentu: http://www.hustwit.com/category/urbanized/

Więcej

Grupa SZKICOWNIKliwa

grupa-szkicownikliwa

Pomysł na utworzenie grupy dotyczącej rysowania siedział w mojej głowie od jakiegoś czasu. Długo zastanawiałam się nad jej formą oraz głównymi założeniami. Chciałam, aby była powiązana z blogiem, ale luźno, tak aby samodzielnie stanowiła odrębną całość. W końcu postanowiłam przejść do konkretów – wymyśliłam nazwę, stworzyłam logo i wreszcie samą grupę. Plan działania tej niewielkiej społeczności, jaki ustaliłam, jest na razie próbą i może się zmienić, jeśli się nie sprawdzi, lub powstanie lepszy.

Przede wszystkim, chciałabym zmotywować do rysowania nie tylko siebie, ale i wszystkich, którzy chcieliby wziąć udział w tym małym eksperymencie. Z tego powodu każdy, kto dołączy do grupy, będzie mógł umieszczać w niej swoje prace, prosić o ocenę lub porady resztę członków. Osoby bardziej zaawansowane będą miały pole do promocji swoich prac oraz zewnętrznych galerii. Myślę o jakimś comiesięcznym podsumowaniu, ale jeszcze nie wiem, jaką formę powinno ono przyjąć.

Przede wszystkim, grupa nastawiona będzie na edukację, więc linki z tutorialami, a także artykuły związane ze sztukami plastycznymi i tworzeniem staną się częstym gościem facebookowych postów. W planach mam kilka tekstów dotyczących tego tematu a w grupie każdy będzie mógł dodać swoje trzy grosze. Liczę też, że do grupy dołączą również inni rysujący blogerzy i także będą chcieli podzielić się swoimi doświadczeniami opisanymi w tematycznych postach. Grupa skupiająca osoby lubiące rysować może rozwinąć się w przyszłości na wiele sposobów. Oczami wyobraźni widzę umawianie się na plenery rysunkowe albo tworzenie grupowych wyzwań czy wzajemnych portretów.

Kilka lat temu fajnym motywatorem do rysowania był serwis deviantART. W komentarzach odbywało się wiele ciekawych dyskusji, nawet najgorsze wrzucone prace spotykały się z jakąkolwiek reakcją. Być może teraz jest to strona zbyt duża i kolejne publikowane twory giną w tłumie podobnych i lepszych. Jest to też bardziej miejsce wstawiania ukończonych dzieł, a nie pracowania nad warsztatem, szkicując coś na szybko. Brakuje mi tam tego kontaktu z innymi – a o niego o wiele łatwiej na Facebooku.

Stąd pomysł na grupę. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Szkicownik na 2017 rok

Dla mnie najważniejszym elementem tego wyzwania będzie szkicownik. Solidny, w twardej oprawie, z kartkami o dużej gramaturze i lekko szorstkiej powierzchni, zbierającej dobrze grafit ołówka, ale nie ścierającej końcówki cienkopisu. W rysunku papier jest chyba najważniejszy. O ile ołówek czy długopis można kupić naprawdę najtańszy i nie wpłynie to znacznie na efekt pracy, zły papier może całkowicie zepsuć rysunek. Poza tym, porządny szkicownik zachęca do tworzenia.

W dzieciństwie lubiłam rysować na luźnych kartkach, dzięki czemu podczas pracy nie miałam kontaktu z poprzednimi dziełami. To jest dobre rozwiązanie do rysowania w domu przy biurku. Wtedy można sobie zrobić teczkę czy segregator z pracami i tam je składować. Ja tymczasem spędzam większość doby poza domem. Szkicownik mogę wrzucić do plecaka lub torby, a luźne kartki mogłyby się pomiąć, pogubić pomiędzy notatkami z wykładów w których i tak mam zawsze bałagan.

Nie będę „dbać” o swój szkicownik

Uwielbiam papier i ładne notesy. Czasami to uczucie przeradzało się w chorobliwą staranność – podpisywanie rysunków za każdym razem w ten sam sposób, rysowanie tylko po jednej stronie kartki. W przypadku mojego poprzedniego szkicownika założyłam sobie, że będę w nim rysować tylko ołówkiem. Takie trzymanie się jakiejś zasady jest fajne w obrębie jednego ćwiczenia, ale nie sprawdza się przy zastosowaniu do całego szkicownika. Wiele razy chciałam coś narysować długopisem czy mazakiem, ale przerzuciłam się na ołówek, aby nie „zepsuć” szkicownika. Chciałam, aby ten zeszyt można było później oglądać jak album, opowiadający o jednej technice, ze spójną typografią. Jak twory znanych artystów. Zachowanie jednego stylu całego szkicownika powinno natomiast przyjść naturalnie, kiedy ma się już na tyle wyrobiony warsztat, że znalazło się tą jedną, swoją, technikę.

Motywowanie do rysowania

Nie wiem, czy inni też tak mają, ale zauważyłam u siebie taką smutną prawidłowość, że jeśli tylko jakaś czynność stanie się dla mnie przyjemnością, od razu zaczyna brakować mi na nią czasu. Jest to bardzo niezdrowy skutek przepracowania, który na dłuższą metę psuje mi nastrój i rozdrażnia. Jedną z porzuconych z braku czasu czynności było dla mnie właśnie rysowanie. Po skończeniu liceum plastycznego rysowałam porównywalnie niewiele. Coraz mniej. Na studiach miałam trochę zajęć z rysunku, starałam się też w miarę możliwości uczestniczyć w okolicznych wydarzeniach związanych ze sztuką. Ale żeby narysować coś dla siebie – na to już na ogół czasu nie wystarczyło. Postanowiłam to zmienić. Niech to będzie postanowienie noworoczne. Jedno, ale konkretne. Rysować co najmniej raz w tygodniu.

Jeśli przekonałam Cię do dołączenia do rysującej grupy, oto do niej link:

https://www.facebook.com/groups/1184954214968993/

Więcej

Klątwa mniejszych miast, Miasto Archipelag

Święta to taki czas ponownej migracji ludzi z większych miast do rodzinnych wsi i miasteczek. W moim przypadku nie było inaczej, więc od razu uzbroiłam się w zapasy cierpliwości do tego typu miejsc oraz w najnowszą książkę Filipa Springera – „Miasto Archipelag”. Przy poprzedniej tego typu wyprawie postawiłam na tego samego autora i połączenie wypadło świetnie. Widok przemawiający z kart reportaży i miejsce, o którym można by niejeden reportaż napisać. Połączenie lepsze niż niejeden zestaw z wigilijnego stołu.

miasto archipelag

Miasto Archipelag to opowieść o dawnych stolicach województw które w momencie reformy administracyjnej w 1999 roku utraciły swój status. Choć nie odwiedzałam w tym momencie żadnego z opisywanych miejsc, pewnym rodzajem uspokojenia była informacja, że ta społeczna i ekonomiczna zapaść dotknęła nie tylko rejony miejsc mojego dzieciństwa ale i całą resztę tego smutnego kraju. Oczywiście poza stolicą i kilkoma innymi punktami, gdzie rozwój i nowe inwestycje są na porządku dziennym.

Polsce postęp gospodarczy nie wyszedł jednak na dobre. Rezygnacja z wielu fabryk i zakładów przemysłowych rozsianych po całym kraju na korzyść scentralizowanych punktów usługowych sprawiła, że całe życie odpływa Polsce z kończyn. Ale w reportażach Springera jest coś więcej – każde z opisywanych 31 miast miało swoją chwilę sławy, swoją nadzieję na szybki rozwój. Miało swoje lata rozkwitu, w których powstawały nowe instytucje, rozwijała się kultura i lokalny biznes. Po tych chwilach radości zostały ruiny, miejsca pamięci, ale przede wszystkim wspomnienia wśród ludzi, którzy w większości już nawet tam nie mieszkają. Jednak to pozostałe w Miastach Archipelagu (bo tak autor określa dawne stolice województw) jednostki stały się głównym tematem książki. Ci bardzo dziwni ludzie, którzy nie uciekli do Warszawy czy Krakowa, tak jak zrobiła większość ich znajomych.

Miasta Archipelagu mimo wszystko spotyka taka sama historia co bardzo wiele nigdy-nie-wojewódzkich miejscowości. Stają się muzeami – miejscami, do których przyjeżdża się dwa razy w roku, zobaczyć czy coś się nie zmieniło. I tak, są jakieś drobne zmiany. Tutaj coś zarosło, tam sąsiad dom pomalował, tu zlikwidowali kolejną szkołę. Czasem coś nowego się buduje. Jacyś szaleńcy, prawdopodobnie jeszcze nie wiedzą, jak wygląda życie w takim miejscu. Prosty rachunek ekonomiczny i możliwości jakie daje posiadanie samochodu razem tworzą porządny argument dla osiedlających się w takich miejscach. Ja nigdy, przenigdy ich nie zrozumiem.

Największym wydarzeniem w małym mieście jest zawsze budowa McDonalda. Taki awans spotkał także moje rodzinne miasteczko. McDonalds rzeczywiście stanął. Za wybudowaną wcześniej obwodnicą, kilka kilometrów od centrum miasta, podobno da się dojechać rowerem ale trzeba go przez jakieś płoty przenosić. Samochodem łatwiej. Na końcu świata wszystko jest samochodem łatwiej.

Zresztą to odizolowanie od reszty kraju to chyba najgorsza rzecz w mniejszych miastach. Jeden pociąg dziennie, ceny zawsze z kosmosu. Podobno istnieją jakieś autobusy dalekobieżne, ale firmy te o Internecie jeszcze nie słyszały, więc nie ma mowy, że znajdziesz gdzieś ogólnodostępny rozkład odjazdów. Do miast wojewódzkich dostać się łatwiej, ale nie w Święta. Planowałam spotkać się z kilkoma osobami, ale przez cały świąteczny okres busy żadnego przewoźnika nie kursują. A zaraz po świętach zabrakło i ludzi. Ledwo Wigilia się skończy, porozdaje się prezenty i porozmawia o dwunastu potrawach a już trzeba uciekać. Zanim ta ponurość małego miasta nie pochłonie resztek motywacji do działania.

miasto archipelag

Oczywiście są i ludzie, którzy pozostali, w tym niektórzy i z własnego wyboru. Osoby, które znalazły coś dla siebie w tych odizolowanych zakątkach kraju, ci którzy jeszcze wierzą, że da się coś zrobić, aby przywrócić legendarną świetność podupadłej mieścince, albo którzy widzą zalety w sielskim spokojnym życiu. W egzystowaniu tam, gdzie wszyscy wszystkich znają, gdzie wyjście do sklepu to całodzienna wyprawa. Gdzie nie trzeba wybierać z ogromnego wachlarza możliwości, jakie daje duże miasto, tylko bierze się to co jest. W lato Wianki, w Sylwestra wystrzeliwanie w niebo połowy budżetu miasta.

Są jeszcze te małe przyjemności, takie których nie doświadczysz w dużym mieście. W Skarżysku jest to na przykład wielki „ciucholand”. W ciągu jednego dnia, za niewielkie pieniądze można w nim wyposażyć sobie całą szafę. Dlatego przyjeżdżają tam ludzie z okolicznych miast i wiosek, umawiają się grupami aby zabrać się jednym autem, doradzają sobie przy selekcji ubrań z pełnego koszyka skarbów. Cennik w zależności od dnia tygodnia każdy zna na pamięć. Wbrew pozorom, to właśnie ostatniego dnia przed wymianą towarów, kiedy cena jest już ułamkiem tej z metki, znajduje się najciekawsze okazy i jest z czego wybierać.

Jeśli jednak chcesz się gdzieś przejść, uświadomisz sobie po chwili, że nie ma dokąd iść. Źle zaprojektowane drogi prowadzą pomiędzy rozpadającymi się budynkami. Jakieś odłażące reklamy, ze spranymi od słońca niejednego lata napisami, pojawiają się bardzo sporadycznie. Tutaj ktoś pomalował sobie domek na soczysty fiolet. Odrobina radości w tym smutnym świecie. A dalej już tylko czerń niedziałających drogowych latarni i smog z pieców, gdzie pali się zimą wszystkim. Tu coś odremontują, tam coś się zawali, grunt aby wyjść na zero i sprawiać jeszcze jakieś pozory. Aby odsunąć w czasie pogodzenie się z beznadziejnością.

Jeżdżąc w rodzinne strony zawsze lubię brać ze sobą Springera, aby wiedzieć, że to tak nie tylko tu. Zresztą, te książki się lepiej czyta poza miastem. Tam, gdzie można poczuć ten sam unoszący się w powietrzu nastrój. Gdy mogę sobie wyobrazić, że opisywane miejsca mogą się znajdować gdzieś tu obok, a bohaterowie reportaży równie dobrze mogliby mieszkać na tej ulicy. Zawsze przychodzi mi wtedy na myśl, jak wyglądałaby książka opowiadająca o miejscu mojego dzieciństwa. Nie o historii, nie o znanych postaciach – takich napisano już kilka. O tym, co jest teraz. Regularnie śledzę bloga pieczołowicie opisującego aktualności i historię miasta. Czytam o decyzjach Rady Miasta, o pomysłach na rozwój i możliwościach. Gdzieś nawet pojawiło się hasło „rewitalizacja”, ale brzmi to jak marzenia pięciolatka o locie w kosmos. Podobno się da.

miasto archipelag

A może warto jeszcze walczyć? Nieatrakcyjność małych miast sprawia, że te większe są na własną prośbę oblegane. Te nie mieszczą tylu ludzi, więc rozlewają się na przedmieścia. Z suburbii, miejskich sypialni, do pracy i szkoły wszyscy dojeżdżają samochodami, psując środowisko i niszcząc swoimi wehikułami ład przestrzenny miejskich ośrodków. Z książki Springera przemawia wyraźny komunikat, że jest źle. Ostatni rozdział bezbłędnie identyfikuje źródło problemu. Myślę, że tę lekturę powinien przeczytać każdy, ale przede wszystkim ci, którzy życie w mniejszym mieście znają jedynie z wycieczek do Piaseczna czy innej sypialni dużego miasta. A to były przecież kiedyś miejsca z własną identyfikacją, z kulturą i historią.

Trochę ich szkoda.

Więcej

Narracje #8 – Biskupia Górka

Jesienna szaruga w tym roku nie zaczęła się, a raczej wtopiła w ledwo mrugające w Trójmieście lato. Złote liście schowały się szybko pod warstwą błota, a jesienne płaszczyki zastąpiły w szafie grube, zimowe palta. Taki tam październik, polecam nie wychodzić z domu. No za wyjątkiem tych szczególnych dwóch wieczorów, kiedy w Gdańsku odbywają się Narracje. Zeszłoroczną edycję tego festiwalu, odbywającą się w Nowym Porcie, wspominam bardzo dobrze. Pomimo przemarzniętych dłoni i porządnego zmęczenia, wróciłam wtedy do domu przepełniona dziwnym zafascynowaniem. Tym razem Narracje miały się odbyć na Biskupiej Górce, miejscu którego tak właściwie jeszcze nigdy nie odwiedziłam.

narracje 8 biskupia górka

Początkowo zastanawiałam się, czy mogę sobie czasowo pozwolić na poświęcenie całego wieczora spacerowi pośród instalacji w przestrzeni tej nieznanej mi dzielnicy. Dopiero co wróciłam ze Śląska, a nadchodzący poniedziałek wydawał się zawierać w sobie coś kłującego, wyglądającego jak palący deadline. Przypomniałam sobie jednak zeszłoroczne wydarzenie – to jak zmieniło ono moje postrzeganie owianej złą sławą dzielnicy. Biskupia Górka, nie kojarzyła mi się natomiast z niczym poza wagonikiem transportującym materiał do budowy gdańskich bastionów, według mojego zeszytu do historii architektury polskiej. Nie kojarzyłam ważnych budynków w tej dzielnicy, nie znałam nikogo kto tam mieszka. Praktycznie była to dla mnie jedyna okazja aby w ogóle odwiedzić Biskupią Górkę.

Na początku wydarzenie mnie mocno zniechęciło. Ogromne grupy ludzi, gromadzące się pod zielonoświątkowym kościołem, będącym punktem startu wycieczek po instalacjach, uświadomiły mi, jak popularne stało się to wydarzenie. Z organizacją też coś było nie tak. Rozpoczynając trasę w grupie kilkudziesięcioosobowej trudno było się dopchać do przewodników. Bardzo mylącym i nieprzyjemnym manewrem z ich strony było zachęcenie zwiedzających do udania się do wnętrza kościoła, aby zobaczyć znajdującą się tam instalację, a następnie zdematerializowanie się nie wiadomo gdzie. Dwukrotnie dałam się na to nabrać, za trzecim razem postanowiłam przykleić się do jednej z przewodniczek i pomimo taranowania ludzi niczym tatusiek z wózkiem na otwarciu galerii Metropolii, trzymać się na bezpieczną odległość kilkudziesięciu centymetrów od niej. Dopiero po oddaleniu się od punktu startowego trasy, dało się swobodnie poruszać jak na normalnej wycieczce. No może poza faktem, że oprowadzana grupa początkowo liczyła blisko stu osób. Nie muszę chyba zaznaczać, że start wydarzenia totalnie nie przypadł mi do gustu i niewiele brakowało, żebym wróciła do cieplutkiego mieszkania, obrażona na cały świat, wmawiając sobie, że niczego nie straciłam. A straciłabym i to wiele.

Tak, było mnóstwo niedogodności. Pchający się wszędzie ludzie, brak dostępu do wielu instalacji, mieszanie się z innymi grupami. O tym wszystkim dało się jednak zapomnieć, kiedy zaczął udzielać się ten niesamowity klimat Narracji. Obrazy wyświetlane na budynkach, nietypowo umieszczone przedmioty, wnętrza kryjące niezwykłe historie. Tym razem jednak najmocniejszą stroną imprezy było tło akustyczne. Ten niezwykły, niepowtarzalny i niespotykany nigdzie indziej jak na Narracjach soundscape pochłonął mnie całkowicie. Hałas dobiegający z poszczególnych instalacji odbijał się od ścian budynków i mieszał z głośnymi rozmowami zebranych ludzi oraz przewodników opisujących kolejne prace. Do tego dochodziło nierównomierne oświetlenie krętych i nieregularnych uliczek pełnych starych i klimatycznych kamienic. Wydawało się, że za każdym zakrętem umieszczona jest jakaś kolejna tajemnica.

narracje 8 biskupia górka

Instalacje artystyczne przedstawione w tegorocznych Narracjach były bardzo zróżnicowane, choć mam wrażenie, że ich forma, w większości, była tylko dodatkiem do szerokiej analizy. Artyści bardzo mocno skupili się na pomyśle i samej idei, natomiast dzieło finalne zostało zminimalizowane. Najbardziej wyraźnym tego przykładem była praca Honoraty Martin, o nazwie „Ściana”. Podchodząc do instalacji, zauważyłam, że jest to jedynie kilkanaście ułożonych na zaprawie cegieł. Jak się okazało, artystka przychodziła przez dłuższy czas na Biskupią Górkę i ofiarowała mieszkańcom swoją obecność. Tytułowa ściana, okazała się być jedynie pozostałością po tych odwiedzinach. Jednocześnie symbolizowała też to, co artystka odczuła najmocniej – odizolowanie dzielnicy, przez roboty drogowe utrudniające ludziom przejście.

Oczywiście znalazło się i miejsce na dzieła prezentujące bardziej materialną wizję artysty. Przykładem może „Portal” Mariusza Warasa, który zamknął przestrzeń pomiędzy kamienicami imitacją kolejnego budynku. Budynek-widmo, wydrukowany na sztywnym materiale banerowym i rozciągnięty na całą szerokość uliczki, ponacinany został tak, aby można było przez niego przejść i obejrzeć z drugiej strony.

Jak już pisałam, na tegorocznych Narracjach przede wszystkim dominował dźwięk. Szczególnie zapamiętałam instalację o nazwie „Vox populi” Zorki Wollny i Andrzeja Wasilewskiego. Umieszczone w starym budynku szkoły, w małej sali, odtwarzało krzyki mieszkańców nagrane podczas przeprowadzonych wcześniej warsztatów. Było je doskonale słychać także na zewnątrz budynku. Główną ideą formalną tej instalacji było wykorzystanie efektów wizualnych i dźwiękowych zastosowania cewki Tesli. Niestety to jest właśnie jeden z przykładów, kiedy nie udało mi się przepchać przez tłum, aby dokładnie zobaczyć instalację.

narracje 8 biskupia górka

Tegoroczne Narracje były wydarzeniem niezwykłym, choć lepiej wspominam edycję z Nowego Portu. Coraz większe zainteresowanie, jakie budzi nocny spacer po niezwykłych instalacjach, sprawia że na Narracje przybywają tłumy. Nie jest to oczywiście złe zjawisko – dzieła tych artystów zdecydowanie powinny zostać zobaczone, a dobra kultura zawsze będzie budowała pozytywne wartości w społeczeństwie. Być może rozwiązaniem mogłoby być przedłużenie festiwalu o jeden dzień. Mimo wszystko cieszę się, że odbywają się kolejne edycje, że nie kończą się pomysły na ich organizację. Niezależnie od tego, jakie tłumy będą w przyszłym roku, na pewno i ja będę wśród nich.

Więcej

Copernicon 2016

Copernicon był w tym roku raczej na mojej liście marzeń, a nie planów. Nawał obowiązków na początku września rzucał cień na szanse mojego wyjazdu do Torunia. Już od początku wiedziałam, że jeśli się nie uda, to będę żałować. Zeszłoroczny Copernicon był wspaniały, miał wszystkie cechy dobrego konwentu – miejsce, ludzi i atrakcje, a przy okazji był naprawdę porządnie zorganizowany. Był też ostatnim konwentem, na którym się pojawiłam. Tak, brak czasu zdecydowanie wpływa na możliwość wyjazdów w weekendy. Trójmiejska oferta wydarzeń tego typu jest o dziwo bardzo biedna. Powstają małe konwenty, głównie nastawione na mangę i anime, jest też festiwal GRAMY, zlokalizowany na targach, więc w nieprzyjaznym dla gracza miejscu. Copernicon za to ma zawsze bogaty program, a jego miejscem są budynki uniwersytetu i szkół. To tworzy wspaniały klimat wydarzenia rozlewającego się na całe stare miasto… Nie, nie mogłam sobie tego odpuścić. I o dziwo się udało!

copernicon 2016

Chociaż konwent rozpoczynał się dopiero o 16:00, ja wsiadłam do pierwszego porannego pociągu, aby być na miejscu jak najwcześniej. Dobrze wiem, co potrafi zepsuć brak preakredytacji – a przecież nie chciałabym spędzić połowy pierwszego dnia w kolejce. Drugim powodem wcześniejszego przyjazdu była chęć pozwiedzania pięknego Torunia. Być w tym pięknym mieście i nie przejść się spokojnie po średniowiecznych uliczkach – to byłaby zbrodnia. Z dworca głównego również postanowiłam dotrzeć co centrum miasta na piechotę. Główną atrakcją tego spaceru okazał się wspaniały, niekończący się most, z przepięknym widokiem na panoramę miasta. Przed festiwalem udało mi się jeszcze zaliczyć wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej. Mocne, wyzywające prace tureckich artystów oraz ciekawe typograficznie ukraińskie plakaty – jeśli będziecie w Toruniu, to zdecydowanie warto tam zajrzeć.

A potem zaczął się konwent i już nic nie istniało, poza bogatym planem atrakcji. Cały Copernicon – zbyt wiele się dzieje, aby być na wszystkich prelekcjach i panelach, aby spotkać się ze wszystkimi osobami, żeby w pełni skorzystać z oferty LARPów, erpegów czy gamesroomu. Trudno wybrać z dwustronnej (A3) tabelki dostępnych punktów programu, zlokalizowanych w paru różnych budynkach. Początkowo denerwowało mnie to rozrzucenie obiektów konwentu, ale szybko dostrzegłam i pozytywne strony – po pierwsze, to wymuszało okazjonalne wyjście na zewnątrz, tak potrzebne dla człowieka wiecznie siedzącego. Po drugie, powiedziałabym, że ważniejsze – uczestniczyło w procesie wyboru punktów programu. Nie mogąc się zdecydować pomiędzy kilkoma atrakcjami, wybierałam tą, która jest bliżej, na którą się nie spóźnię. Tutaj warto zaznaczyć, że na Coperniconie plan godzinowy jest praktycznie studencki, czyli 45 minut + 15 przerwy. Tak powinno być na każdym konwencie – dzięki temu praktycznie nie było osób dochodzących po rozpoczęciu prelekcji.

Największą – i chyba jedyną poważną – wadą tegorocznego Coperniconu był brak budynku Collegium Maius, najbardziej klimatycznego i niezwykłego miejsca zeszłorocznego wydarzenia. Fantastycznych LARPów w rozległych piwnicach nic nie zastąpi, za to planszówkom było zdecydowanie lepiej na parterze CSW niż w ciasnych korytarzach gmachu uczelni. Pozostałe budynki spełniły swoje zadanie. Nie zliczę ile razy przebyłam drogę pomiędzy gimnazjum, „mat-infem”, Collegium Minus i CSW czy Młodzieżowym Domem Kultury i liceum obok. Może by mnie to denerwowało, gdyby pogoda nie dopisała albo Toruń nie był tym pięknym Toruniem… ale nie, chodzony konwent Copernicon to jednak to co do mnie przemawia najbardziej. Wszystko tylko nie wydarzenie zamknięte w pudle targów.

Copernicon, tak jak w zeszłym roku, przemyślany był idealnie. Stoiska ze sklepikami umieszczono w wydzielonej strefie, dzięki czemu nie przeszkadzały w poruszaniu się po miejscu konwentu. Planszówki na rozległym parterze CSW, oferującym bardzo dużo miejsca, a przy okazji skupiającym graczy. Bloki tematyczne rozplanowane po budynkach według podobieństwa, czyli na przykład literackie obok popkulturowych, popularno-naukowe obok konkursowych i planszówkowych. Rozpiska była bardzo czytelna, choć brakowało w niej rubryki, która informowałaby o zlokalizowaniu danej sali w konkretnym budynku. Dodatkową atrakcją były darmowe pokazy filmowe, na które niestety zabrakło mi czasu. Obawiam się też, że bez wyjątkowego skupienia, łatwo zasnęłabym nawet na najlepszym filmie po tej minimalnej dawce snu, jaką byłam w stanie poświęcić podczas konwentu.

Z bloków programowych szczególnie przykuł mnie ten planszówkowy. Na warsztaty z tworzenia gier, prowadzone przez Macieja Jesionowskiego mogłabym chodzić codziennie, natomiast prelekcja o uprzedzeniach w planszówkowym świecie, prowadzona przez Łukasza „UncleLiona” Juszczaka, przedstawiła więcej ciekawych informacji niż można się było spodziewać po tylko 45 minutach. Innym ciekawym wykładem, którego wysłuchałam, były „Mechaniki dawnych gier planszowych” Grzegorza „Lindala” Laskowskiego. Także gamesroom planszówkowy był świetnie wyposażony i konkursów nie brakowało. Przedstawiciele wydawnictw chętnie tłumaczyli zasady poszczególnych gier.

Program sal literackich i popkulturowych wypełniony był po brzegi. Najbardziej utkwiły mi w pamięci prezentacje „Dlaczego tak rzadko zapraszamy logikę do fantastycznych światów?” Łukasza „Sasa” Sasuły oraz „Hard SF – literatura dla wybranych” Leszka Błaszkiewicza. Dokładnie takich prelekcji oczekiwałam po tegorocznym Coperniconie.

Zupełnie przez przypadek trafiłam też na jeden cosplayowy wykład (jeśli zobaczycie mnie kiedyś w przebraniu za postać z dowolnego fandomu, wiedzcie, że koniec świata jest bliski), a mianowicie „Szycie dla Bystrzaków” poprowadzony przez duet Magic & Twoja Mama. Dziewczyny przedstawiły mnóstwo różnych materiałów, ich zastosowanie, właściwości i ceny. Szczerze mówiąc, do tej pory nie wiedziałam, że aż tak mało wiem o krawiectwie. Ach poszyłabym sobie, gdybym miała tylko odrobinę więcej czasu w życiu!

Jedną z najważniejszych rzeczy w konwentowym świecie są dla mnie zawsze LARPy. Dla niewtajemniczonych – zabawy polegające na wcielenie się w postać opisaną na karteczce od mistrza gry i poprzez interakcje z pozostałymi uczestnikami, osiągnięcie swoich celów. Zawsze byłam beznadziejna z aktorstwa, jednak coś zostało mi z czasów kiedy miało ono dla mnie duże znaczenie i jeszcze nie wiedziałam, że nic z tego nie będzie. W sumie uczestniczyłam w trzech LARPach – „Tam, gdzie wyją wilki” poprowadzonym przez Reszkę, „Zimowisko z Duchami” Tomasza Vali Kwarcińskiego oraz „ISS O7 Odyseusz: Pierwszy Kontakt” Grzegorza „Grzelicha” Hellicha. Wszystkie trzy miały ciekawą fabułę i były świetnie poprowadzone. Poza tym, zawsze fascynuje mnie ta umiejętność oderwania się od rzeczywistości, posiadana przez zdecydowana większość graczy, nawet tych którzy uczestniczą po raz pierwszy. Szczególnie podziwiam dziewczynę, z którą spotkałam się na powyższych LARPach, która w pierwszym z nich była drugą służącą w budynku, będącym miejscem akcji, natomiast w drugim przebojową nastolatką. Naprawdę takich zdolności aktorskich to nawet w kinie dawno nie widziałam.

Ostatniego dnia konwentu byłam już tak zainspirowana i jednocześnie zmęczona, że postanowiłam pozostać w budynku CSW, pograć w planszówki czy pozwiedzać stoiska z nadzieją, że znajdę jakąś perełkę na wyprzedażach związanych z końcem targów. W ten sposób nabyłam przepiękny pierścionek-zegarek na stoisku Filcarium. Na coperniconową koszulkę funduszy już nie wystarczyło, za to zaopatrzyłam się w sygnowany gotyckim „C” otwieracz do piwa. Zawsze to bardziej przydatny gadżet niż niemal identyczna kształtem przypinka.

Ponieważ powrotny pociąg miałam dość późno, postanowiłam znowu przejść się długim mostem na dworzec. Toruń oddalał się za moimi plecami, a ja powoli (choć nie aż tak bardzo, jak na PKP) oddalałam się do pozakonwentowej rzeczywistości.

copernicon 2016
Więcej

Czwarta edycja See Bloggers

Blogosfera rozrasta się w niesamowitym tempie, a na blogerskie imprezy twórcy internetowi zgłaszają się tysiącami. Podobnie było z tegoroczną edycję See Bloggers – organizatorzy zaplanowali bardzo duże wydarzenie, na co najmniej kilkaset osób. Dzięki temu nawet tacy mniej popularni blogerzy jak ja, mieli szansę się dostać na listę uczestników. Daleko nie miałam, bo impreza odbyła się w mojej Gdyni – z tego też powodu szczególnie zależało mi na uczestnictwie. A czy było warto – zapraszam do zapoznania się z moją relacją z wydarzenia.

see bloggers

Zaczęło się dziwnie. Przed wejściem do budynku, w którym odbywało się See Bloggers, ciągnęła się ogromna kolejka. Tego można się było spodziewać przy dużej liczbie uczestników. Czy zawiniło to, że rejestracja każdej osoby trwała długo przez drukowanie plakietek na miejscu, czy fakt, że uczestnicy przybywali na ostatnią chwilę, pomimo otwarcia półtorej godziny wcześniej – trudno powiedzieć. Niestety wpłynęło to na pierwsze warsztaty i wykłady, na które niektórzy docierali w trakcie trwania.

See Bloggers to ludzie

W całym See Bloggers chyba najbardziej bałam się tłumu. Znam budynki PPNT, wiem ile miejsca jest w centrum konferencyjnym i nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak mogłoby się w nim znaleźć 900 osób na raz. Później ktoś powiedział, że uczestników imprezy było ponad 1300. Nie wiem, na ile to prawda, ale miałam wrażenie, że nie było nawet połowy tej liczby. Często natrafiałam na znajome twarze i dość łatwo było mi znaleźć osoby, z którymi szczególnie chciałam zamienić kilka słów.

Na tym właśnie zależało mi najbardziej. Chciałam spotkać te osoby, których twórczość obserwuję od dawna, które swoimi postami na blogach mnie inspirują i motywują do działania. Wyszukiwałam też twarzy znanych z poprzednich imprez blogowych, czy nawet ze świata pozablogowego. W ten sposób udało mi się miło spędzić czas z:

  • Qrkoko i jej Przedmężem – znanych w rękodzielniczej części blogosfery – jak się okazuje, przemiła para, trzymająca się raczej poza tłumem, a mająca zawsze coś ciekawego do powiedzenia
  • Panią Dyrektor – czyli moją najulubieńszą blogerką architektoniczną, kobietą o niezwykłym charakterze i zwariowanym podejściu do życia
  • Rosaline – Sylwia pochodzi z mojej rodzinnej miejscowości (obecnie mieszka na Śląsku), prowadzi bloga feministyczno-kobiecego, którym bez trudu podbija blogosferę – w końcu musiałyśmy się spotkać po latach
  • Gender Gosposią (wraz z Panią Gender) – w blogosferze udowadnia, że mężczyzna też może być królem domowej kuchni, natomiast na See Bloggers, że i poza kuchnią ma mnóstwo ciekawych rzeczy do powiedzenia
  • Ksawerym – który prowadził kiedyś fajnego bloga o kulturze i zdecydowanie powinien do tego wrócić, zwłaszcza że pomysłów ma sporo
  • Kulką Szpulką – z którą mogłabym długo rozmawiać o życiowych sprawach, ale tym razem niestety czas ograniczyły nam kolejne warsztaty
  • Martyną z Technologii Smaku – która prowadzi świetnego bloga łączącego naukę z kulinariami i zawsze ma mnóstwo ciekawostek ze świata nauki.

Oczywiście na miejscu było o wiele więcej znanych mi blogerów; wyżej wymienieni to osoby z którymi udało mi się dużej posiedzieć. Było też mnóstwo krótkich rozmów, przywitań, a także nawiązywania nowych znajomości. Tutaj mogłabym wymienić Joankę-z, Agę z Plachaart, Wojtka z PraKreacji, Joannę z Krzywej Prostej, Innoką, czy Martę z Rudym Spojrzeniem Na Świat. Choć nie było wielkich tłumów, nie udało mi się za to znaleźć nigdzie Pawła Opydo ani Smiley Projet.

See Bloggers to warsztaty i prelekcje

Rejestracja na warsztaty odbywała się na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”. Lubię tę metodę, ponieważ daje równe szanse każdemu (no chyba nie powiecie mi, że jakiś bloger nie ma stałego dostępu do Internetu?). Poza tym, podobnie wyglądają zapisy do katedr co semestr u mnie na studiach, więc mam już swoje metody aby dostać się tam, gdzie chcę (czyli pierwszy lepszy zegar atomowy z neta i skupienie się tylko na wyklikaniu tego co trzeba z ctrl+f). Dzięki temu udało mi się zapisać na:

  • warsztaty z Panią Dyrektor o dobieraniu kolorów do swojej przestrzeni pracy – bardzo odstresowujące zajęcia przy użyciu kredek, zakończone zabawnym podsumowaniem
  • warsztaty, a raczej wykład Wojciecha Wawrzaka o prawie dla blogerów w pytaniach i odpowiedziach – bo niby wszystko jest opisane u niego na PraKreacji, ale jak to w prawie bywa, zawsze i tak pojawią się jakieś pytania
  • zajęcia z House Loves o fotografii wnętrz – bardzo konkretnie przedstawiona wiedza, dokładne parametry, wszystko wytłumaczone od deski do deski i to w ograniczonym czasie
  • warsztaty z Wiktorem Franko i firmą Olympus o fotografowaniu portretów – czyli profesjonalna sesja z profesjonalną modelką i profesjonalnym sprzętem, a aparatów dostępnych na miejscu wystarczyło dla każdego
  • warsztaty/wykład Artura Jabłońskiego o narzędziach dla blogerów, aplikacjach na których można śledzić ruch na stronie, wyszukiwać inspiracje czy monitorować jak blog sprawuje się w internecie – przyznam szczerze, że nie znałam do tej pory większości z nich.

Jakimś przypadkiem też znalazłam się na yoczokoowym wykładzie, którego zdecydowanie nie byłam targetem (gdzie mi do Youtube’a, gdzie mi do popularności?), a mimo to był dla mnie wartościowy. Pozytywnie zaskoczyła mnie świadomość youtubera, że jego odbiorcami są głównie dzieci i dostosowywanie do nich swoich treści. Spodziewalibyście się tego po kimś kto ma 17 lat?

Czasu wystarczyło mi już tylko na jeden ogólnodostępny wykład – „Jak nie być debilem i nie rozprzestrzeniać głupot w sieci. Błędy poznawcze i ich konsekwencje” Piotra Buckiego. Świetnie poprowadzone, konkretne, z mnóstwem przykładów. Zdecydowanie warto było na nie przyjść.

See Bloggers to „dary losu”

Każdy lubi dostawać prezenty, nawet jeśli są to trzy litry Coca-Coli, których nie można zostawić w szatni. Również odebrałam swój pakiet upominków – od firm Eveline oraz FM World (Over 150 Fragrances), a także zjadłam przepyszne wegańskie brownie zaprezentowane na stanowisku sklepu Netto. Taka jest specyfika blogerskich imprez – niby nie chcesz wchodzić w świat osób, które „sprzedały się za tusz do rzęs”, ale jednak odzywa się taki głos zachęcający do skorzystania z okazji. Jeśli jednak ktoś przybył na See Bloggers specjalnie aby pozbierać gadżety, to na pewno wracał do domu obładowany torbami – niektóre stoiska pod koniec imprezy po prostu rozdawały wszystko co na nich zostało.

See Bloggers to nie Blog Forum Gdańsk

Kiedy parę lat temu po raz pierwszy odbyło się See Bloggers, pojawiło się parę głosów, że to przyszła konkurencja dla Blog Forum Gdańsk. Kolejne edycje coraz wyraźniej pokazują, że to impreza o zupełnie innym charakterze. Na BFG dostają się nieliczni, za to nagrania oglądane są przez dużą część blogosfery. Co roku w wakacje przez Internet przelewa się fala postów o tym, kto się dostał, a kto się nie dostał i jak bardzo powtarza się sytuacja z lat poprzednich. Sama wysyłam formularz rokrocznie, z takim samym skutkiem i potem udaję, że wszystko mi jedno, choć tak naprawdę chciałabym w tym uczestniczyć.

Na See Bloggers jest zupełnie inaczej. Wydarzenie nastawione jest na integrację właśnie dzięki dużej skali. Jak już się dostaniesz na listę uczestników, masz pewność, że znajdzie tam innych blogerów o podobnej skali, a być może i tych dopiero zaczynających lub niszowych. Początkowo bałam się tych tłumów, ale ostatecznie cieszę się, że See Bloggers rozwija się w taką stronę. Zamiast zamkniętej konferencji tworzy się duże miejsce spotkań. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby mogli w nim wziąć udział wszyscy blogerzy. Tacy, którzy mają już coś na koncie – oraz tacy, którzy zaczęli parę miesięcy temu albo piszą zbyt specyficznie, aby czytały ich tysiące. Blogosfera jest w Polsce ogromna więc to byłby niezwykły problem organizacyjny. Za to twórcy See Bloggers pokazali, że da się okiełznać duży tłum – i spisali się w tym roku na medal.

A zdjęć nie robiłam, bo postanowiłam skupić się na wydarzeniu i choć raz być „po tej drugiej stronie lustra”.

Więcej

Pokémon GO ożywia miasta

pokemon go

Pokémon GO trafiło wreszcie do Polski! Aplikacji nie trzeba już pewnie nikomu przedstawiać, nie mówiąc już o samej idei świata pełnego kolorowych „zwierzaków”, które można łapać, trenować i za ich pomocą pojedynkować się z innymi graczami. Uważam, że Pokémon GO, to jedna z lepszych rzeczy, jakie przydarzyły się w świecie popkultury w obecnym roku, zwłaszcza biorąc pod uwagę zaangażowanie jakie udało się jej wywołać w użytkownikach.

Przypomnijmy sobie, jak wyglądał świat jeszcze miesiąc temu. Większość ulic świeciło pustkami lub było zdominowane przez samochody. Ludzie po przyjściu ze szkoły czy pracy zajmowali miejsce przed komputerem, aby tego dnia nie ujrzeć już świata zewnętrznego, z którym kontakt często ograniczony był do widoku zza szyby samochodu czy autobusu. Pytając ludzi o drogę do konkretnego obiektu, na ogół słyszało się „nie wiem”, nawet jeśli znajdował się on w najbliższym otoczeniu. Sama parokrotnie nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie, jak dojechać do najbliższego szpitala czy kościoła. Nawet pomimo, że biegam po okolicy staram się znajdować czas na bieganie po okolicy.

Jak oglądam zdjęcia czy filmiki z USA (Pokémon GO wyszło tam wcześniej) i widzę ludzi biegających z telefonami po ulicach i parkach, zastanawiam się, jak mało było potrzebne aby ożywić przestrzeń miejską. Wystarczyło stworzyć aplikację, która wymusi na użytkownikach odrobinę ruchu, ale jednocześnie zaoferuje w zamian coś więcej niż obrazek z trasą i liczbą przebytych kilometrów, którym będzie można pochwalić się na Twitterze. Pokemonom, jak widać po statystykach pobrań, całkowicie się to udało. Choć oficjalnie w Polsce to nowość, w Internecie łatwo było znaleźć wiarygodne źródło aplikacji do pobrania, co sprawiło że i tutaj zdarzało mi się widzieć ludzi chodzących w pobliżu PokeStopów z wyciągniętymi telefonami.

Przede wszystkim – Pokemony to nasze dzieciństwo. Paręnaście lat temu był to prawdziwy hit, dzieci kolekcjonowały naklejki z rogalików, żetony z czipsów, figurki kupowane w kioskach, nie mówiąc już o oglądaniu samej kreskówki. Ile osób marzyło o tym, aby kiedyś ruszyć w świat i zostać trenerem Pokemonów? Niektórzy znali na pamięć wszystkie nazwy, generacje, inni tylko rozrysowywali który typ Pokemona jest dobry do walki z innym. Gry z Pokemonami, jako pierwowzór całej serii, cieszyły się chyba największym sukcesem, choć akurat do mojego dzieciństwa nie udało im się trafić.

Kiedy wszyscy miłośnicy Pokemonów dorośli, a przynajmniej zajęli się „dorosłymi” sprawami, mało kto spodziewał się, że dzięki jednej prostej aplikacji na telefon będzie mógł chociaż w namiastce spełnić swoje marzenia z dzieciństwa. Pewnie mało osób się ze mną zgodzi, być może większość widzi w tej grze jedynie mobilizację do uprawiania sportu… ale czy to źle?

Nigdy nie potrafiłam się przekonać do tych wszystkich programów liczących kroki czy zapisujących trasy biegu. Już bardziej motywowała mnie energiczna muzyka czy wygodne buty. Jednak po jakimś czasie czułam niedosyt w tego typu wysiłku – wracałam do domu, pomimo niewyczerpania całych sił. Po prostu nie wiedziałam, dokąd biec, gdzie mogę znaleźć coś ciekawego, wartego nawet nadłożenia trasy. Czasem stawiałam sobie za punkt docelowy jakiś widoczny w oddali budynek, ale szybko skończyły mi się te… PokeStopy. No właśnie – zauważyłam, że najszybciej biegnę, kiedy lista moich Poké Balli jest pusta a aplikacja wyświetla mi na mapie punkt, gdzie mogę uzupełnić swoje zapasy.

pokemon go

PokeStopy to konkretne lokalizacje w grze. Z tego, co udało mi się wyszperać w Internecie, pochodzą one z innej gry firmy Niantic – z Ingressa. Są to ważniejsze obiekty, pomniki, kościoły, szkoły, budynki użyteczności publicznej, punkty informacyjne, murale i graffiti – rzeczy które nieraz mijałam, a do których zdecydowanie warto byłoby znać drogę. Mając więc konkretny cel – a także i konkretną nagrodę, bo jak już pisałam, w PokeStopach można znaleźć kilka przedmiotów do wykorzystania w grze – od razu lepiej się biegnie. A jeśli jeszcze za przebyte kilometry mogę uzyskać dodatkowego Pokemona, wyklutego z jajka (za 2, 5 albo 10 km), od razu chce się ubrać wygodne buty, spakować Power Bank i tylko biegać z wyciągniętym telefonem. Nawet muzyka z gry pasuje tempem do szybkości biegu.

Innym ciekawym elementem gry są gymy – miejsca, które można przejmować po pokonaniu obecnego tam gracza, a które dziennie wzbogacają gracza o monety do wykorzystania w sklepie. Są też przyjazne siłownie, należące do drużyny tego samego koloru, z których można korzystać bez walki. Dzięki temu zachodzi interakcja pomiędzy użytkownikami aplikacji. Także wykorzystywane przedmioty do wabienia Pokemonów mogą gratisowo pomóc innym pobliskim graczom.

Nie wspomniałam jeszcze o tym, co w grze ukradło serce niejednej osobie aktywnej w Social Media, a mianowicie o funkcji rozszerzonej rzeczywistości. Zostawiłam to na koniec, ponieważ nie obsługuje jej mój telefon i wszystko co wiem o tym trybie wynika z doświadczeń innych graczy. Polega to na tym, że gra, wykorzystując aparat w telefonie, wyświetla rzeczywistość z wklejonym Pokemonem – na przykład stojącym na chodniku przed nami. Gra dużo bez tego nie traci, a zyskuje na płynności, łatwości znalezienia pokemona i pożeraniu mniej z baterii. Oczywiście fajnie by było czasem pochwalić się, w jakim miejscu znalazło się jakiego stworka – ale trudno. Zdecydowanie da się grać i bez funkcji AR.

Bardzo cieszę się, że w ogóle powstała taka gra jak Pokémon GO. Aplikacja skutecznie ożywia miasta i zachęca do ruchu nawet największych leni. Motywuje do poznawania ważnych punktów w okolicy, a przy okazji daje tyle rozrywki, co naprawdę nieliczne gry komputerowe czy mobilne.

Oczywiście jest i druga strona medalu – zaczynając od zawirusowanych nieoficjalnych kopii gry, które mogą uszkodzić telefon czy wykraść dane osobowe, poprzez wypadki na drogach wynikające z czyjejś chęci złapania rzadkiego pokemona. Wykorzystując aplikację, złodziej może łatwo zwabić kogoś z drogim telefonem, a gracze – pracownicy mogą mieć trudności ze skupieniem się na wykonywanym zadaniu, myśląc tylko o wyjściu z biura i bieganiu po mieście w pogoni za Pokemonami. Ale takie jest życie – pełne niebezpieczeństwa i pokus; taki jest świat – pełen ludzi złych i bezmyślnych. To nie wina gry, że takie rzeczy się zdarzają, a trudno przewidzieć wszystkie możliwe zagrożenia. Grunt to zachować rozsądek – wtedy gra może się przyczynić do wielu pozytywnych zmian w życiu, a co najmniej do nabrania kondycji. Nie mówiąc już o efektach na większą skalę, takich jak ożywienie przestrzeni publicznej.

Więcej