Tag: belgia

Wielka podróż do Belgii – cz. 5 (Antwerpia)

Być może myśleliście, że cykl wpisów o belgijskiej przygodzie już się zakończył. Nic bardziej mylnego! Oto kolejny, tym razem już ostatni, fragment dziennika podróży. Ostatnie chwile spędzone w tym pięknym kraju również sprzyjały pięknym widokom i niezapomnianym wrażeniom, pojawiła się jednak refleksja na temat zbliżającego się końca przygody. Na szczęście, wycieczka była tak intensywna, że i jej zakończenie miało swoje plusy – był to oczywiście przede wszystkim odpoczynek.

Jeśli nie czytaliście poprzednich wpisów z cyklu, to zapraszam do zapoznania się z pierwszym z nich a także z ogólnym zapisem świeżych jeszcze wrażeń, stworzonym zaraz po przyjeździe.

Dzień szósty

Czasem zdarzają się takie przygody, które podczas ich trwania wydają się być pechowe, niechciane – jednak w już niedalekiej przyszłości to one stają się tymi wspomnieniami, które najczęściej przywołuje znane wszystkim „a pamiętasz jak…?”. W moich wspomnieniach to właśnie szósty dzień belgijskiej przygody stał się taką retrospekcją. A zaczęło się bardzo niepozornie.

Het Steen

Pierwszą zanotowaną atrakcją do odwiedzenia był średniowieczny zamek Het Steen. Na miejscu okazało się jednak, że nie znajduje się w nim muzeum archeologiczne, którego się tam spodziewałam. Wszystkie eksponaty zostały w 2011 przeniesione do Museum Aan de Stroom, o czym jakimś cudem nie zdążyłam doczytać przed podróżą.

Rynek

Skreślić musieliśmy także kolejny punkt planu dnia – podziemia miasta, które według informatora turystycznego miały być dostępne dla osób posiadających kartę miejską. Okazało się, że wycieczki rzeczywiście się odbywaja, jednak prowadzi je prywatna firma i obowiązuje dużo wcześniejsza rejestracja. W ten sposób zyskaliśmy kilka dodatkowych godzin, które mogliśmy przeznaczyć na inne atrakcje. Osobiście byłam jednak zła; zawsze denerwuję się, kiedy coś idzie nie po mojej myśli.

Nastrój poprawił mi nietypowy widok – pod ratuszem, na rynku, rozstawił się pchli targ staroci. Mnóstwo kolorowych pamiątek, biżuterii, akcesoriów kuchennych i starego sprzętu, książek i dekoracji domu, szkatułek, obrazów, świeczników, widokówek, zabawek, portfeli, albumów… było tam chyba wszystko, czego ktokolwiek mógłby chcieć się pozbyć. Osobiście nie znalazłam tam niczego dla siebie, ale sam widok tych niesamowitych „gratów” był po prostu uroczy. Nie wiem, jak często w Antwerpii odbywają się tego typu bazarki – ważne jest, że mają one swój klimat. Rzeczy porozstawiane na stolikach można oglądać prawie jak eksponaty w muzeum historii zwykłych ludzi – zwłaszcza, że część z nich mogłaby wiekiem kandydować do statusu zabytku.

Katedra

Jak długo można jednak ignorować najwyższy i najwspanialszy budynek w okolicy? Nareszcie przyszedł czas na odwiedzenie wnętrza katedry. Fenomenalna budowla, widoczna z każdej uliczki i nie dająca się ująć w całości w kadrze obiektywu, w środku nie ustępowała majestatowi zewnętrza. Tutaj wpis, w którym jest więcej zdjęć widoku katedry.

Zapamiętajcie tę płaskorzeźbę z czaszką i tarczami, jeszcze pojawi się w jednym z wpisów.

Na wejściu dostaliśmy ulotki informacyjne… po polsku! Nie miałoby to większego znaczenia w innej sytuacji, jednak podczas tej wycieczki wiele razy jakiegoś komunikatu nie udało nam się dostać w języku angielskim – a tu taka niespodzianka. Wewnątrz katedry umieszczonych jest kilka wystaw, a w tle rozlega się klimatyczna muzyka chóralna.

Na początku trasy zwiedzania katedry znajduje się to, co studenci architektury lubią najbardziej – makiety poszczególnych etapów budowy kościoła. Wyszczególniono na nich ciemniejszym kolorem, nowododane elementy względem poprzedniego stanu budowli. Patrząc na te modele, można zaobserwować, jak na miejscu wcześniejszego kościoła romańskiego, najpierw powstawała absyda (1413), a później, zamiast kontynuować budowę, dostawiając do niej korpus, skupiono się na fasadzie (1475), aby ostatecznie połączyć ze sobą te części obiektu (1492). Kościół jest ogromny, na co wpływ miało bogacenie się miasta dzięki handlowi wełną z Anglią. Wtedy mocno rozwinęło się rzemiosło, a każdy cech chciał mieć w kościele swój własny ołtarz – w szczytowym momencie było ich aż 57. Co jednak można przeczytać w katedrze, obecnie widoczna forma kościoła nie jest dziełem ostatecznym. W 1521 roku postanowiono przebudować obiekt na gigantyczną budowlę, niezrealizowaną z powodu pożaru w 1533 roku, jednak zachowaną w historii dzięki pozostałościom ścian nowej absydy. 1559 rok to data zyskania statusu katedry, natomiast następne dzieje budowli wiążą się z ikonoklazmem, późniejszym odzyskaniem budowli przez katolików za sprawą Filipa II, najazdem Francuzów, wprowadzeniem dekoracji barokowych. Obecnie budowla jest oczywiście pięknie odrestaurowana.

W kolejnej części katedry umieszczona jest wystawa stron z dawnych śpiewników. Pięknie zdobione karty z ówczesnym zapisem nutowym przedstawione zostały w postaci powiększonych zdjęć, wydrukowanych na wielu dużych planszach. Dalej znajdują się, już specjalnie zabezpieczone, prawdziwe stare księgi – od malutkich wersji kieszonkowych, do gigantycznych, zajmujących całą dużą gablotę.

Kolejna ciekawą rzeczą jest nietypowa instalacja – ciemny namiot w nawie bocznej, wewnątrz którego umieszczone są lustra-walce, na które odbijają się anamorficzne twarze wyświetlone na górze. Z każdego z tych elementów wydobywa się głos odpowiadający przedstawionemu chórzyście – chcąc więc skupić się na nim, wystarczy podejść bliżej. Niesamowite wrażenie.

Do katedry przeniesiona została także część obrazów z zamkniętego obecnie Królewskiego Muzeum Sztuk Pięknych – w tym arcydzieła Rubensa, których chyba nie można nie-zobaczyć będąc w Antwerpii. Inni wielcy mistrzowie, których prace można zobaczyć w katedrze to m.in.: Quentin Massys, Barend van Orley, Frans Floris, Ambrosius Francken, Otto van Veen, Maerten de Vos, Adam van Noort, Hendrik van Balen. Dla fanów historii malarstwa na pewno cenną będzie informacja, że z kartą turystyczną w sklepiku katedralnym można zakupić pięknie wydany album z porządnymi reprodukcjami wszystkich dzieł z katedry oraz opisaną historią obiektu z rabatem 40%.

Opisałam wystawy, ale powinnam jednak opisać samą katedrę – bo uwierzcie mi, że i bez tych dodatków i tak byłaby niesamowitym obiektem do zwiedzania. Przepiękne witraże, rzucające barwne światło z każdej kaplicy w absydzie i nawach bocznych, niesamowite sklepienia (tutaj też w gablotce przedstawiony został proces odzyskiwania malowideł), wejście do podziemi, mieszczących ślady po istnieniu wcześniejszego kościoła romańskiego, czy sama figura Matki Boskiej z Antwerpii, także wiele, wiele innych rzeźb i aż dwa zestawy organów, kopuła wieżyczki, znajdującej się między nawą główną a prezbiterium – dużo można pisać o tym obiekcie, ale nic nie odda wrażenia z jego wnętrza.

Rubenshuis

Następnym punktem wycieczki był dom Rubensa. Okazał się on najbardziej obleganym przez turystów miejscem w Antwerpii, co zdecydowanie zmniejszyło jego oddziaływanie. Rubens już za życia był znanym i cenionym malarzem, a dzięki bogactwu Flandrii, miał mnóstwo nabywców swoich dzieł. Wtedy popularne było kolekcjonerstwo sztuki, artyści mieli pełne ręce roboty. Dom Rubensa jest miejscem niezwykle bogatym, powiedziałabym wręcz że pełnym przepychu. Ściany wielu pomieszczeń pokryte są skórzanymi panelami z nadrukowanymi ornamentami, meble natomiast mają bogate wykończenie rzeźbiarskie, nawet jest osobny pokój na prześcieradła. Dom, a prawie pałac, Rubensa, ma dziedziniec i ogród z rzeźbami.

Nie wiem, jak wiele obrazów znajdowało się w domu Rubensa za życia malarza, ale jestem pewna, że niewiele ścian pozostawało gołymi. Zauważyć można natomiast, że akurat w tym miejscu prac Rubensa jest stosunkowo mało. Warto jednak wspomnieć, że sam budynek jest dziełem artysty – mało osób wie, że Rubens także był architektem.

Museum Mayer van den Bergh

Następnie udaliśmy się do dzielnicy teatralnej, gdzie mieści się Museum Mayer van den Bergh. Tak, oglądania pięknych obrazów nigdy za wiele. Miejsce to, będące kiedyś prywatną kolekcją Fritza Mayera van den Bergha również zawiera część przeniesionych dzieł z Muzeum Królewskiego – jednak i bez nich byłaby to naprawdę bogata kolekcja. Na wysokich ścianach wiszą dzieła m.in. Rubensa, Van Dycka czy Jordaensa – naprawdę jest na co popatrzeć. Było to ostatnie muzeum, które udało nam się odwiedzić tego dnia, niestety w Antwerpii godzina 17 oznacza koniec zwiedzania.

Linkeroever

Zjedliśmy obiad i poszliśmy na spacer po mieście. Pogoda zaczynała się porządnie psuć, jednak nie był to argument do zatrzymania nas w hotelu. Kiedy jednak dotarliśmy na rynek, ulewa stała się na tyle duża, że musieliśmy przeczekać w portalu katedry. Oczywiście wolałabym móc przejść się pomiędzy kamieniczkami, jednak patrzenie się na zdobienia budowli również należało do przyjemności. Wieczorem jeździło też mniej autobusów i jakoś żaden nie zmierzał w naszą stronę. Aby nie czekać wieczności, udaliśmy się na inny przystanek niż zwykle – choć w naszym kierunku. Po parunastu minutach wsiedliśmy do autobusu. Wszystko zapowiadało się normalnie, trasa była nam znana – a jednak autobus nie zatrzymał się na naszym przystanku i wylądowaliśmy… w Linkeroever, co się tłumaczy – być może się domyślacie – na lewy brzeg rzeki. Chyba nie muszę opisywać, jak wyglądała moja mina, kiedy pojazd zanurzył się w tunelu, a jak kiedy wysiedliśmy w szczerym polu, oddalonym 3 kilometry od hotelu, z czego 2 km w tunelu, w tym 300 metrów pod rzeką.

O dziwo, nie było też w pobliżu zbyt wielu ludzi, więc nawet nie mogliśmy zapytać o jakieś wyjście z tej sytuacji. Było ciemno, zimno, zaczynało padać, a sytuacja zaczynała zamieniać się w dramat. Wokół nas rozlegały się pasy zieleni, otoczone wysokimi blokami. Nie mogliśmy wrócić pieszo, tunel był dostępny tylko dla samochodów i wydawał się nie mieć końca – spacer odpadł od razu. Rozpoczęły się więc nieskuteczne próby poszukiwania przystanku na przeciwległej stronie ulicy. Nie wiem, ile to trwało, ale w końcu trafiliśmy na właściwy przystanek – chyba idąc za jakimś pieszym przez mroczną łąkę przed blokowiskiem. Z tego ukrytego przed światem miejsca udało się złapać autobus i bezpiecznie dotrzeć do hotelu.

Dzień siódmy

Platin-Moretus Museum

Wyszliśmy z hotelu z wiedzą, że jest tak mało czasu na tyle rzeczy do zobaczenia – a to nasz ostatni dzień. Zaczęliśmy od Platin-Moretus Museum – jednego z ważniejszych obiektów na mojej liście. Muzeum druku mieściło się w domu-pracowni drukarza. Mieści się tam mnóstwo urządzeń oraz pras graficznych, a także nieprawdopodobna liczba czcionek drukarskich. Odwiedzając to muzeum, można dowiedzieć się, w jaki sposób tworzono zarówno książki, jaj i czcionki. Aby skorzystać z tej wiedzy, zakupiliśmy audioprzewodnik, co okazało się złą decyzją – razem z nami weszła anglojęzyczna wycieczka z panią przewodnik, której nie sposób było nie słuchać.

Muzeum Platin-Moretus okazało się niezwykłym miejscem, przedstawiającym dokładnie proces druku, od wstępnego układania liter, poprzez pierwsze wydruki i ich korektę, po masową pracę na wielu prasach. Warto też zobaczyć słynne „lower case” i „upper case” na żywo. Inną rzeczą były obrazki w książkach – ciekawostką były matryce graficzne ze wczesnych książek o anatomii, gdzie można było zaobserwować, jak w tamtych czasach „przebadano” budowę ciała ludzkiego.

Poza tym, muzeum mieściło ogromną kolekcję pięknych ksiąg (a przy okazji niezwykle cennych): Biblię Gutenberga czy mapy Mercatora. Niektóre egzemplarze były jednak napisane ręcznie – wśród nich znalazł się nawet słownik.

Mała Biblioteka

Przedstawiona została także historia drukarza oraz – niespodzianka – jego przyjaźń z Rubensem, który zaprojektował niektóre rysunki w sprzedawanych księgach. Ostatecznie zobaczyliśmy miejsce, w którym książki były sprzedawane – sklepik z zapleczem. Tutaj najciekawsza była lista ksiąg zakazanych, wisząca na ścianie.

Rockoxhuis

Następnie udaliśmy się do Rockoxhuis – kolejnego muzeum stworzonego w domu wielkiego kolekcjonera dzieł sztuki. Zdecydowanie było warto. Tutaj znaleźliśmy chyba najwięcej dzieł przeniesionych z Królewskiego Muzeum, zamkniętego do 2018 roku. Tak więc i tutaj pooglądaliśmy Rubensa, Jordaensa, Teniersa, Snydersa, Brueghela i wielu innych znanych artystów. I jak tu teraz wrócić do Polski, gdzie wystawa promowana we wszystkich mediach dotyczy tylko 4 wypożyczonych obrazów, mało istotnych dla twórczości ich wykonawcy (wystawa obrazów Goi – naprawdę, 4 małe obrazy, mało istotne). Tutaj na niewielkiej przestrzeni widziałam chyba wszystko.

Ostatecznie na biegu zakupiliśmy pocztówki i wskoczyliśmy do turystycznego busika, czekającego pod ratuszem. Niezwykle ważnym obiektem do zwiedzenia było jeszcze Red Star Line Museum – muzeum emigracji, znajdujące się zaraz za przepięknym Museum aan de Stroom. Tutaj muszę podkreślić, że było to w sierpniu, jeszcze zanim tematem numer jeden w mediach stały się masowe migracje w Europie.

Red Star Line Museum

Muzeum mieści się w budynku, który służył jako centrum kontroli pasażerów firmy Red Star Line, działającej w latach 1873-1935. Aby móc wejść na pokład, trzeba było przejść mnóstwo testów, zwłaszcza tych medycznych. Ludzie, którzy często aby dostać się do Antwerpii przeżyli długą i męczącą podróż z różnych części Europy pociągiem, musieli poddać się wielu procedurom, przez co ich planowana podróż mogła znacznie odwlec się w czasie. W muzeum przedstawiono, w których miejscach odbywały się poszczególne czynności.

Wystawa przygotowana jest w sposób multimedialny – zawiera więc ekrany dotykowe z informacjami, mnóstwo nagrań, a nawet zapachy i oświetlenie. Ciekawym elementem jest sala poświęcona samym statkom Red Star Line – umieszczony jest tam przekrój statku, a na ekranie obok można wyświetlić informacje o pomieszczeniach, w zależności od funkcji i klasy.

Ślady polskiej emigracji

Na końcu wystawy znajduje się duża, otwarta przestrzeń, gdzie umieszczone zostały informacje historyczne na temat działania linii – w tym limity pasażerów ze względu na kraj pochodzenia. W tej przestrzeni można przeczytać także o nielegalnych imigrantach oraz o kulturze ludzi, którzy dostali się na statek.

Red Star Line Museum to niewielkie, ale zdecydowanie warte odwiedzenia miejsce. Poza wartością historyczną, sam budynek ma swój klimat. Niezwykła jest też muzyka towarzysząca wystawie. Idealny cel na ostatnie półtora godziny podróży.

Ponieważ nie mieliśmy już dokąd pójść po godzinie 17, postanowiliśmy pojeździć sobie turystycznym busem po mieście. Przed wizytą w ostatnim muzeum trafiliśmy na świetnego kierowcę, który z zaangażowaniem opowiadał o historii miasta. Na szczęście, znowu udało nam się zobaczyć go za kierownicą. Okazało się, że nie tylko my mieliśmy w planach objazd po mieście – pojazd był prawie pełen, jednak dzięki temu usłyszeliśmy informacje o mijanych obiektach w kilku językach. Z wrażenia aż zostawiłam parasolkę w autobusie.

Zakończenie

I to był koniec podróży. Następnego dnia czekał nas przejazd pociągiem z powrotem do Brukseli, a następnie autobusem Flibco na lotnisko w Charleroi – czyli dwa razy po godzinę drogi. Był to jedyny stresowy punkt całej podróży. Spóźnienie się na samolot mogłoby okazać się tragiczne w skutkach. Jednak z powodu braku niespodziewanych przeciwności losu, na miejsce trafiliśmy ponad dwie godziny przed odlotem. Także znaczące zwiększenie (powiedziałabym, że zwielokrotnienie) masy bagażu przez rozliczne pamiątki nie okazało się problemem podczas przejścia przez bramki.

Jak dobrze, że powrót odbywał się samolotem – perspektywa widoków z okna ratowała przed smutkiem końca przygody.

Więcej

Wielka podróż do Belgii – cz. 4 (Antwerpia)

Być może ktoś mógł pomyśleć, że to już koniec belgijskich przygód – cyklu ukazującego się na łamach tego bloga. Nic bardziej mylnego. Dzisiejszy wpis to opis kolejnego, pięknego miasta – Antwerpii. Jeśli nie widzieliście poprzednich wpisów, to zapraszam do zapoznania się także z nimi: Bruksela (1 i 2) oraz Leuven.

Dzień czwarty – ciąg dalszy

Przywitał nas fenomenalny budynek dworca, z przepięknym witrażem frontowym i jeszcze bardziej niesamowitymi rzeźbami na elewacji. Na miejscu byliśmy wcześniej, niż to było w planach (za wcześnie aby się zameldować w hotelu), dlatego postanowiliśmy coś zjeść. Szukanie pożywienia utrudniał nam bagaż, zachęcający do tego, aby jednak obierać drogę w kierunku miejsca, gdzie później będzie można go zostawić. W ten sposób zwiedziliśmy północną część centrum Antwerpii, charakteryzującą się raczej mniej malowniczą architekturą, pośród której jednak zdarzały się zachwycające nowoczesne budynki.

Tego dnia również nie mogliśmy zbyt wiele pozwiedzać, bo w poniedziałki wszystkie muzea, galerie i inne atrakcje turystyczne są pozamykane. Udaliśmy się więc na spacer po okolicy, aby lepiej ją poznać i dowiedzieć się, gdzie przez najbliższe cztery dni warto będzie zaopatrywać się w jedzenie. Znaleźliśmy market Albert Heijn, który okazał się o wiele tańszy od przedrożałego Carrefoura.

Rynek i zabytki

Najważniejsze jednak było poznanie zabytkowej części miasta. Idąc w jej stronę, znad pierzei ulic co chwila wychylały się wieże katedry. Jest to budowla tak wielka, że sfotografowanie jej sprawiło mi mnóstwo problemów – przez tę strzelistość perspektywa zdjęć z bliska stawała się zbyt zakrzywiona, natomiast z daleka i tak trudno było ująć katedrę w całości. O samej architekturze budowli opowiem więcej, opisując jej wnętrze, które odwiedziliśmy dwa dni później.

Nieopodal znajduje się Rynek Wielki (Grote Markt), a przy nim – jak na zabytkowe miasto przystało – przepiękny ratusz. Renesansowa budowla, zaprojektowana przez Cornelisa Florisa w połowie szesnastego wieku stanowi całą podłużną ścianę wnętrza placu. Nie rozumiem tylko, dlaczego elewacja została upstrzona flagami, zakrywając detale architektoniczne i piękno materiału. W opisie tego budynku muszę zwrócić uwagę na podobieństwo pomiędzy tym ratuszem a przedstawionymi wcześniej ratuszem brukselskim i tym z Leuven. Mimo, że siedziba rady miasta w Antwerpii powstała później i już w innym stylu (pozostałe wymienione to budowle późnogotyckie), tutaj również podkreślona została rytmika podziałów architektonicznych, okien i pięter. Stawiając ten budynek w dopiero rozwijającym się renesansie, nie zrezygnowano z rzędów małych lukarn w dachu oraz zdobień i elementów podkreślających strzelistość. Budynek posiada jednak zdecydowanie więcej cech okresu odrodzenia.

Na środku rynku w Antwerpii stoi Fontanna Brabo, przedstawiająca postacie z jednej z legend. Rzeźba wygląda świetnie z każdej strony, dlatego doskonale pełni funkcję serca placu, pozwalając się fotografować zarówno na tle ratusza, katedry jak i okolicznych kamienic.

Jeśli chodzi o samą architekturę mieszkaniową, to w centrum Antwerpii jest ona oczywiście usytuowana w zabudowie pierzejowej, a im bliżej rynku i ratusza, tym więcej pięter kamienic zostało pochłoniętych przez gastronomię, handel i usługi. Elewacje znacznie różnią się wysokością pomiędzy sobą i tutaj również można zaobserwować przeplatanie się pięknie odrestaurowanych kamienic średniowiecznych, nowożytnych i współczesnych. Oczywiście przy samym rynku występują najpiękniejsze zdobienia fasad frontowych, szczególnie te na budynkach Gildehuizen, czyli kamienicach cechowych.

Gildehuizen

Warto przyjrzeć się oknom tych budynków – szyby podzielone są wieloma szprosami, co tutaj zdecydowanie dodaje walorów estetycznych, a także przybliża elewację do jej pierwotnego wyglądu

Ten fragment kościoła prawdopodobnie zmienił swoją funkcję i teraz stanowi ciekawy element pierzei

W Antwerpii, niestety, pięknu niektórych miejsc przeszkadzały worki ze śmieciami

Nawet zwykła skrzynka może czegoś nauczyć

Ostatecznie trafiliśmy do brzegu rzeki, gdzie rozciągał się naprawdę malowniczy widok na niekoniecznie fotogeniczne obiekty. Przeszliśmy wzdłuż brzegu, oglądając napisy na murze oraz mijane elementy otoczenia (pomnik, składowisko bojek, miejsce cumowania statków). Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam Museum aan de Stroom. Już patrząc na nie z daleka, wiedziałam, że będzie to coś architektonicznie fantastycznego.

To nie jest kadr z filmu o piratach

Miasta portowe mają niezwykły klimat, który ja po prostu uwielbiam

Dwa zwykłe bloki. Nic nadzwyczajnego

Bardzo ładny plakat

Dzień piąty

Kolejny niesamowity dzień trzeba było rozpocząć oczywiście potężnym śniadaniem. W tym celu udałam się z samego rana do Alberta i zakupiłam nam pyszny chleb „tygrysi” (naprawdę miał wzorek), masło oraz belgijską goudę, charakteryzującą się tym, że jedną z najważniejszych informacji na opakowaniu jest liczba dni dojrzewania sera. Ogólnie, podstawowe produkty spożywcze w Antwerpii nie były niedostępne cenowo – bez problemu znalazłam makaron za 55 eurocentów, masło za 91, czy mięso mielone za niemal idealną równowartość 10 złotych. To ostatnie, co więcej, było świetnie przyprawione i nie śmierdziało tak jak śmierdzi każde mięso mielone zakupione w Polsce. Mówcie swoje, że trawa zieleńsza to fatamorgana – zmysły smaku i zapachu już nie tak łatwo oszukać, sorry Polsko.

Po śniadaniu udaliśmy się do centrum miasta aby zakupić Karty Dzielnego Turysty (Antwerp City Card), upoważniające do darmowych wstępów oraz przejazdów turystycznym busem i komunikacją publiczną – czyli deal o wiele lepszy niż analogiczna karta ze stolicy. Po czterech dniach intensywnego łażenia, nasze stopy były już tak zrujnowane, że nawet odcinki krótsze niż kilometr stanowiły dość sporą męczarnię. A że komunikacja publiczna była zbyt droga, aby kupować pojedyncze bilety, zaopatrzenie się w kartę miejską stało się wręcz przymusem. Po wyjściu z biura informacji turystycznej idealnie natrafiliśmy na busa HopNStop, poruszającego się na trasie pomiędzy atrakcjami, zabytkami i innymi ważniejszymi miejscami. W ten sposób już po chwili byliśmy pod najwspanialszym obiektem architektury współczesnej, jaki w życiu widziałam – pod Museum aan de Stroom.

Museum aan de Stroom

O tym niesamowitym obiekcie przeczytacie w osobnym wpisie, kiedy uporam się z dwoma grubymi tomiszczami opisującymi jego powstanie (jak dobrze, że były po angielsku, jak arcyszczęśliwie że za 1/3 ceny). Przepiękna budowla otoczona wodą, wykonana z naprzemiennie występującego czerwonego indyjskiego piaskowca o różnych odcieniach i pofalowanego szkła – zupełnie jakby nie potrzebowała konstrukcji dla swoich dziewięciu wysokich pięter (razem około 60 metrów wysokości). Odważna architektura budynku pokazuje, że aby wywołać taki efekt, trzeba zapomnieć o wszystkich tradycyjnych wzorach i modnych konwencjach. To nie budynek, to gigantyczna rzeźba, której funkcja jest jedynie pretekstem. To symbol, akcent i magnes na wszystkie spojrzenia wokół. Od razu przypomniało mi się ECS w Gdańsku, wywierające na mnie podobne wrażenie.

Na wejściu dostaliśmy hasło do Wi-Fi, aby ściągnąć sobie aplikację do wyświetlania angielskich opisów, tłumaczeń oryginalnych treści w muzeum (były oczywiście po niderlandzku). Początkowo wydawało się to świetną sprawą, ale przy dwusetnym zeskanowaniu QR kodu, trochę to patrzenie w ekran telefonu zaczynało denerwować. Muzeum za bardzo odciągało od niego wzrok.

Wnętrze MAS zostało zaplanowane w taki sposób, aby poszczególne piętra opierały się na tym samym schemacie funkcjonalnym. Zaczyna się od ruchomych schodów, przy których umieszczono urywki z historii Belgii lub samej Antwerpii. Potem jest przestrzeń – duże miejsce, otwarte przeszkleniem na całej ścianie i pozwalające zaczerpnąć oddech przed wejściem na wystawę zlokalizowaną na danym piętrze. Każda kondygnacja to osobna część, choć niektóre tematy zostały rozdzielone na dwa piętra ze względu na swoją obszerność. Pojawia się też konkretny schemat funkcjonalny – wchodząc na konkretną wystawę, rozpoczyna się od przedsionka, mającego przygotować odwiedzających do dalszych treści. Potem jest ściana z wprowadzeniem i podłużny pokój, będący drobnym akcentem wystawy. Właściwa część zajmuje oczywiście najwięcej miejsca i można w niej wyróżnić przestrzeń opisaną w książce jako „wow!” oraz miejsce koncentracji. Dalej znajduje się kącik z wiedzą i korytarz wyjściowy, proszący odwiedzających o odpowiednią reakcję. Czasem jest to dotykanie różnych powierzchni, czasem zostawienie wiadomości w butelce, innym razem zawiązanie supełka na sznurku oznaczającym odpowiedź na zadane pytanie – za każdym razem widać było, że i na ta część obiektu ktoś miał konkretny pomysł.

Z części z feedbackiem wychodzi się z powrotem na część komunikacji pomiędzy piętrami – czyli przed oczami znowu staje falowana, szklana fasada, pozwalająca spojrzeć z góry na krajobraz miasta i przypomnieć sobie, gdzie się tak właściwie jest. Ciekawym aspektem tej części jest to, że na każdym piętrze ten widok jest odwrócony o 90 stopni, dzięki czemu można przyjrzeć się innemu fragmentowi miasta. A potem kolejne ruchome schody i następne piętro, z wystawą tak ukrytą przed światem, w porównaniu do części komunikacyjnej.

I tak przeszliśmy przez wszystkie piętra. Pierwsza ekspozycja opowiada o skarbach, jakie można było znaleźć we wnętrzach statków. Ogromna liczba obiektów, niemożliwa do swobodnego wystawienia w indywidualnych gablotkach, została ulokowana głównie w półkach stanowiących ścianki dzielące pomieszczenie na wąskie korytarze. Najważniejsze obiekty wyeksponowano przy wejściu, w wyraźnie oświetlonej części muzeum, kolejne natomiast w zaciemnionej przestrzeni, która sprawiała wrażenie magazynu, albo nawet miejsca pod pokładem statku. Pamiątkowe fotografie umieszczono w szufladkach pod wyeksponowanymi przedmiotami, natomiast ściany tego piętra udekorowane były wieloma obrazami marynistycznymi.

Nie będę szczegółowo rozpisywać, co znajduje się na kolejnych piętrach. Tematy wystaw związane są z potęgą morską, z władcami, kulturami i wierzeniami. Ogromna liczba eksponatów na każdym piętrze sprawia, że można by było tam spędzić cały dzień, przyglądając się każdej rzeczy po kolei i nie wiem, czy starczyłoby czasu na zobaczenie wszystkiego. Na nas czekało jeszcze zbyt wiele innych budynków do odwiedzenia, aby móc sobie pozwolić na przeczytanie wszystkich opisów i pozostanie dłużej przy pojedynczych przedmiotach. I tak zdążyło minąć kilka godzin, zanim ostatnie schody zaprowadziły nas na dach MASu. Na samej górze umieszczono taras widokowy z panoramą rozpościerającą się na wszystkie strony. Nietrudno było zlokalizować najważniejsze obiekty.

Fotomuseum

Następnie pojechaliśmy do części Zuid (południe), aby zwiedzić Fotomuseum oraz M HKA – muzeum sztuki współczesnej. Pierwsze z nich okazało się niezbyt fenomenalne. Wiele zdjęć wydawało się przejawiać przerost formy nad treścią – choć występowały i takie, które potrafiły zadziwić sposobem wykonania. Wystawy w tym obiekcie zmusiły do refleksji nad definicją sztuki i artysty. Czy twórcą jest na przykład ktoś, kto wybiera zdjęcia autorstwa innych ludzi i tworzy z nich kolaż?

M HKA

M HKA okazało się o wiele ciekawsze, głównie za sprawą dwoch nazwisk: Jana Fabre’a – kontrowersyjnego artysty działającego w wielu mediach oraz Stephena Willatsa, którego prace wyglądały bardzo współcześnie jak na lata powstania. Fabre to miejscowy artysta, który zasłynął z twórczości krytykującej konsumpcjonizm oraz miłość do pieniądza. Wystawa jemu poświęcona okazała się być bardzo rozległa i przejmująca, czasem zbyt mocno. Mnóstwo nagrań, pełno rekwizytów z jego występów, jeszcze więcej różnorakich pamiątek i efektów nietypowych działań. Zwłaszcza, że artysta naprawdę lubił szokować – na wystawie można „podziwiać” dzieła takie jak oklejanie wszystkiego pieniędzmi, pisanie krwią, wyrzucanie z okna fragmentów świni, rzeźba przedstawiająca człowieka z gwoździ i mięsa, siedzącego przy biurku. Wszystko, co sztuka współczesna lubi najbardziej.

Prace drugiego wymienionego artysty, Willatsa, szczególnie przypadły mi do gustu – były logiczne, nawet jeśli dość refleksyjne. Artysta nie zachwycał się czymś, czego nie rozumiał (a tak jest często w sztuce), zamiast tego snuł swoje własne refleksje o życiu. Formą jego prac były głównie zestawy plakatów, charakteryzujące się połączeniem fotografii z prostymi liniami i napisami – wydawałoby się, że to spowoduje bałagan – tutaj jednak stanowiło pewnego rodzaju mapy myśli.

Jeszcze jedna wystawa w M HKA była naprawdę wartościowa – wybór plakatów z XX wieku. Zaprezentowane zostały treści propagandowe dotyczące rozmaitych poglądów na problemy, z jakimi spotykali się ludzie w tamtych czasach a także plakaty wyborcze czy reklamowe. Nawet jeśli nie rozumiałam tekstu większości z nich, sama forma tych dzieł była warta przeanalizowania.

Na koniec dwie charakterystyczne budowle – Bank Narodowy oraz KBC Tower, prawdopodobnie pierwszy wieżowiec w Europie (1929-1932)

Ciąg dalszy w następnym wpisie.

Więcej

Wielka podróż do Belgii – cz. 3 (Leuven)

Kolejna część belgijskich przygód. Jeśli umknęły Wam dwie poprzednie, to zapraszam do rozpoczęcia lektury od nich: Wielka podróż do Belgii – cz. 1 (Bruksela)

Dzień czwarty

Czas ruszać w dalszą podróż. Wymeldowaliśmy się z hotelu i wyszliśmy w poszukiwanie dworca Nord/Noord. Komunikacja szynowa w Belgii jest doskonale zorganizowana – ze zwykłym biletem można wsiąść do dowolnego pociągu jadącego na tej trasie (no poza tą rakietą do Francji, która miała obowiązkową rezerwację miejsc). Bilety też nie wymagają idealnej orientacji w terenie – punktem startowym i końcowym trasy jest strefa, czyli dowolny dworzec na danym obszarze.

Widok z okna pociągu na trasie pomiędzy Brukselą a Leuven przedstawił nam zabudowę ruralistyczną – małe miasteczka i wsie. Jest to budownictwo tak różne od polskiego! Zamiast dużych i brzydkich domostw, tutaj dominują malutkie i malownicze domki – zgrabne, gustowne i zadbane. Na dachach wielu z nich znajdują się ogniwa fotowoltaiczne, a co chwila można wypatrzeć kosze do segregacji odpadów. Naprawdę zachwyca mnie to belgijskie dbanie o czystość środowiska i estetykę miejsc.

W Leuven spotkaliśmy się ze znajomymi, którzy oprowadzili nas po mieście i pokazali najważniejsze obiekty. Szczególnie spodobał mi się późnogotycki ratusz. Elewacje budowli pokryte są niesamowitymi rzeźbami, natomiast bryła jest smukła i wyrafinowana. Całości dopełnia rytmiczna, koronkowa attyka, pnące się wysoko wieżyczki oraz charakterystyczne dla regionu rzędy lukarn (okien w zadaszeniu).

Niemniej oszałamiający jest, stojący obok, kościół św. Piotra. Nieukończona budowla, powstała w tym samym czasie i stylu co ratusz (gotyk brabancki), również zachwyca wykończeniem elewacji, ale także majestatyczną formą. Bogate przypory otaczające z zewnątrz prezbiterium i okna z maswerkami (różniącymi się między sobą) naprawdę cieszą oko. Smuci natomiast nieukończony portal, który w projekcie musiał być ogromny i oczywiście piękny.

Nieukończony portal i smutna elewacja kościoła św. Piotra – nie zmieniają tego, że obiekt jest niesamowity. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie na początku wpisu!

Leuven to miasto kojarzące się z nauką, tutaj w 1425 powstał największy i najstarszy uniwersytet w krajach Beneluksu (źródło: Wikipedia). W centrum miasta znajduje się piękna biblioteka uniwersytecka. Charakterystyczny obiekt usytuowany jest przy dużym placu, gdzie znalazło się miejsce także dla nietypowej statuy – 23-metrowej igły z nabitym na nią robakiem. Jest to dzieło artysty Jana Fabre’a, o którym jeszcze przeczytacie w belgijskim cyklu na tym blogu.

Także to miasto ma swoją figurkę-symbol. Tutaj jest to posąg studenta, Fonske, fontanna mądrości. Rzeźba przedstawia postać studenta, który podczas czytania książki wlewa sobie piwo mądrość do głowy. Podczas naszej wizyty w Leuven, figura ubrana była w czerwoną koszulkę.

Zabudowa Leuven jest znacząco mniej bogata niż ta w stolicy. Miasto było niszczone podczas obu wojen i to wyraźnie się na nim odbiło. Niższe, mniej rozrzeźbione budynki, posiadają jednak ciekawe detale, które udało mi się zaobserwować. Są to głównie motywy z nietypowo ułożonych cegieł oraz malowidła, ale także piękne drzwi i balustrady wykute w stali. W pierzejach jest zdecydowanie mniej powtórzeń i rytmu, jednak pojawia się cecha, której nie zaobserwowałam w Brukseli: dominacja obłości. Zamiast wyraźnie odstających, prostopadłościennych wykuszy, tutaj można gdzieniegdzie zobaczyć delikatne, ledwo wybijające się z elewacji formy. Trochę dalej od centrum zabudowa jednak zaczyna tracić swój urok.

Za to budynek dworca kolejowego jest przepiękny. Zwłaszcza dla tych, którzy lubią patrzeć w górę. Wewnątrz znajduje się mnóstwo ornamentalnych dekoracji. Perony natomiast zadaszone są w sposób bardzo nowoczesny. Nad torami unoszą się organiczne w formie baldachimy, przepuszczające światło pomiędzy konstrukcją.

Ciąg dalszy w następnym wpisie.

Więcej

Wielka podróż do Belgii – cz. 2 (Bruksela)

W poprzednim wpisie opowiedziałam, jak wyglądały podróż oraz pierwsze godziny spędzone w stolicy Belgii. Jeśli trafiliście tutaj po raz pierwszy, zachęcam do rozpoczęcia czytania w tym miejscu. Pozostałym czytelnikom przedstawiam ciąg dalszy mojej wakacyjnej przygody:

Dzień drugi

Wstaliśmy rano i wyruszyliśmy na podbój Brukseli. W centrum miasta znaleźliśmy się zbyt wcześnie aby odwiedzić kolejny obiekt, ale dzięki temu mogliśmy pokręcić się wokół pałacu królewskiego bez narażenia się na zbyt duże tłumy. Scena letniego festiwalu nie przeszkadzała już, kiedy była pusta. Także w parku o wiele łatwiej było znaleźć miejsce do siedzenia. Dopiero tuż przed godziną 10, udaliśmy się do Muzeum Instrumentów Muzycznych, jednego z ważniejszych punktów podróży.

Do Pałacu można wejść w godzinach otwarcia. My niestety nie zdążyliśmy.

Muzeum Instrumentów Muzycznych

Piękny, wyraźnie secesyjny, budynek MIMu znajduje się w bliskim otoczeniu pałacu i wielkiego kompleksu muzeów, o którym jeszcze przeczytacie w tym wpisie. Stojąc przed muzeum instrumentów, nie sposób nie zauważyć pięknej panoramy miasta, zamkniętej ramami pobliskich budynków, ale przez to skupiającej wzrok na widzianej w oddali wieży ratuszowej. Aż się chce popatrzeć jeszcze chwilę, spowolnić nadejście pełnej godziny.

Muzeum Instrumentów dostarczyło jednak o wiele więcej wrażeń – choć tutaj głównie dźwiękowych. Tego się nie spodziewałam: że oprócz oglądania nieprawdopodobnej liczby eksponatów dostaniemy jeszcze urządzenia z słuchawkami, aby usłyszeć jak przedstawiane instrumenty brzmią. Podchodząc do poszczególnych przedmiotów, urządzenie wyświetla jego zdjęcie oraz prezentuje próbki nagrań. To potrafiło zachwycić zarówno przy wykonaniach melodii przez dużą orkiestrę, jak i przy wykorzystaniu pojedynczych instrumentów. Trzy piętra przepełnione niesamowitymi tworami z całego świata – od prostego gwizdka, poprzez skrzypco-trąbkę, gitarę z trzema gryfami, czy różnorakie instrumenty azjatyckie, jeszcze przez dudy, akordeony, bębny, dalej niesamowite komponium, grające zegary, jeszcze pięknie malowane lub rzeźbione fortepiany, klawesyny i inne instrumenty których nazwy nie pamiętam, później wynalazki ostatnich kilkudziesięciu lat, organy Hammonda, syntezatory… Rewelacyjne miejsce, które powiedziało mi więcej o muzyce niż jakakolwiek książka.

Tak, to też jest instrument muzyczny.

Minęło kilka godzin zanim wyszliśmy na zewnątrz. Było już na tyle późno, aby zjeść coś większego. Prawdopodobnie z okazji festiwalu, nieopodal stało mnóstwo food trucków. Zaopatrzyliśmy się tam w niedrogą pizzę, która okazała się być naprawdę pyszna. Gorzej było ze znalezieniem czegoś do picia w centrum miasta, gdzie ceny szklanki wody w restauracji zaczynały się od paru euro. Minęło dość dużo czasu zanim natrafiliśmy na Carrefoura.

Museé Magritte Museum

Wróciliśmy do okolic pałacu, aby odwiedzić muzeum Magritte’a. Zawiera ono mnóstwo prac artysty, ułożonych na trzech piętrach chronologicznie i poprzeplatanych ze zdjęciami, listami oraz inymi źródłami wiedzy o artyście. Samo muzeum zaprojektowane zostało w sposób dość minimalistyczny – obrazy wiszą na prostych, nie odbierających uwagi ścianach. Każde piętro opowiada o innej części życia i twórczości Magritte’a, dzięki czemu można prześledzić, w jaki sposób powstawał jego styl. Kolekcja zawiera niesamowitą liczbę dzieł artysty, jednak pojawia się w niej także kilka innych nazwisk. Na przykład obraz „Kuszenie świętego Antoniego” Salvadora Dalego.

Coudenberg

Po wyjściu z Muzeum Magritta pozostało nam niewiele czasu do godziny 18, do zamknięcia wszystkich obiektów. Na kolejną bogatą wystawę nie ma co wchodzić na półtora godziny. Tyle czasu natomiast wystarczyło aby zobaczyć Coudenberg, podziemia dawnego pałacu. Przy wejściu można obejrzeć filmik z wizualizacjami i historią tego miejsca, natomiast schodząc niżej oglądaliśmy to, co odkryto rozbierając Plac Królewski. Na mniejszych głębokościach da się słyszeć dudnienie tramwajów, natomiast niżej zachowały się kolebkowe sklepienia i spłaszczone arkady w przejściach. Dla mnie najciekawsze jest jednak ukształtowanie posadzki podziemi nieistniejącego pałacu – teren nie został zniwelowana pod budowę (tak jak w przypadku nowego obiektu), a pałac postawiono na stromym zboczu. Także dzięki pokazaniu przekrojów przez filar czy sklepienie, można zobaczyć sposób kładzenia cegieł i kamieni. Ostatecznie dotarliśmy do wystawy czasowej poświęconej lekarzowi Vesaliusowi, opowiadającej o jego życiu i działalności, ale także o medycynie i innych naukach tamtych czasów, często opierających się na zupełnie nienaukowych teoriach.

Zabytki i atrakcje turystyczne Brukseli

Później obejrzeliśmy katedrę św. Michała i św. Guduli. Nawet udało nam się wejść do środka na chwilę przed zamknięciem. Chciałam dokładniej przyjrzeć się ambitowi (obejściu prezbiterium), ale wtem wybiła godzina 18 i wszyscy turyści zostali delikatnie wyproszeni. Budowla była jednak warta odwiedzenia – z zewnątrz jest to obiekt nie mniej przepiękny niż zabudowa wokół.

Ponieważ czas na zwiedzanie był naprawdę ograniczony, ruszyliśmy w kierunku centrum miasta, zobaczyć rynek z ratuszem. O ile zabudowa Brukseli jest prezentuje dość podobny charakter w większości miejsc, ta główna część wyraźnie się wyróżnia. W przyrynkowych elewacjach dominują złote barwy wykończenia, geometra i rytm. To miejsce zostało wyraźnie podkreślone jako ważniejsze rangą. Obecnie pełni funkcję turystyczno-zakupową – wszędzie można było zobaczyć ludzi obładowanych siatami z logami sklepów z pamiątkami. Ratusz jest niesamowicie pięknym obiektem, jednak tutaj jego cały majestat rozmywa się pośród bogato rzeźbionych kamienic czy znajdującego się naprzeciw budynku Muzeum Miasta Brukseli (którego z braku czasu również nie udało nam się odwiedzić). Urokowi tego miejsca też odejmowało zbyt duże zatłoczenie, występujące również w bocznych uliczkach.

Ostatecznie, resztkiem sił postanowiliśmy „zaliczyć” jedną z najbardziej charakterystycznych atrakcji turystycznych Brukseli. Z zacinającym się gpsem w telefonie, odszukaliśmy figurkę sikającego chłopca. W przeciwieństwie do zachwyconych, stłoczonych wokół niej, turystów, ja poczułam się dość rozczarowana. Tyle pięknych rzeczy wzbudziło we mnie zachwyt tego dnia, że nie potrafiłam zrozumieć, co takiego ma w sobie ten malutki posążek, że wszyscy się przepychają do niego i usiłują zrobić sobie z nim selfie.

Figurka sikającego chłopca kontra, opisany wcześniej, widok sprzed Muzeum Instrumentów Muzycznych

Dzień trzeci

Po dwóch dniach pełnych łażenia, wstanie z samego rana okazało się o wiele trudniejsze, niż się spodziewaliśmy. Jednak nic tak nie motywuje jak perspektywa kolejnej przygody. Ostatni dzień w Brukseli a tu tyle niesamowitych miejsc do zobaczenia!

Muzeum Komiksu

Zaczęliśmy od Muzeum Komiksu, gubiąc się po drodze osiem razy. Wizyta w tym obiekcie okazała się jednak fantastycznym przeżyciem. Wystawa rozpoczyna się od przedstawienia historii komiksu Dalej zwiedzający mogą poznać proces powstawania tego typu dzieła w obecnych czasach – od zapisu dialogów, poprzez wstępne szkice i pierwsze rysunki, aż do gotowej strony z lineartem, często dodatkowo zakolorowanej. Piętro wyżej znajduje się kilka informacji o budynku muzeum komiksu – o jego genezie powstania, budowie i powiązanych osobach. Przez cały czas próbowałam ignorować ścianę pełną Smurfów, co niestety się nie udało. W przestrzeni drugiego piętra mieszczą się także kąciki poświęcone poszczególnym komiksom. Na ostatnim piętrze muzeum jest już chyba wszystko. Piękne strony, opisy komiksów, wydane egzemplarze oraz obrazy, które później stały się okładkami poszczególnych tomów. Szczególną uwagę przykuła wystawa poświęcona Thorgalowi – zwłaszcza niesamowite obrazy Rosińskiego. Realistyczne w formie, fantastycne w treści, rewelacyjne w wykonaniu. Cieszę się, że mogłam je zobaczyć na żywo.

Była nawet księga Gargamela!

Królewskie Muzea Sztuk Pięknych

Kolejnym punktem wycieczki był powrót do kompleksu przypałacowych muzeów. Dzięki trzyeurowej karcie łączonej, mogliśmy obejrzeć tyle wystaw, na ile pozwolił nam czas. Zaczęliśmy od sztuki przełomu wieku – bogatej kolekcji zajmującej piętra muzeum aż do minus dziewiątego. Tutaj udało mi się obejrzeć między innymi neoimpresjonistyczne prace, w tym Signaca i Seurata – zawsze chciałam dowiedzieć się, jak bardzo teoria kładzenia plamek farby działa na odbiorcę. Poza tym przewinął się gdzieś Gauguin (ten od żółtych Jezusów – tutaj był Jezus zielony), Courbet, a nawet mniejszy Myśliciel Rodina. Nie mogłam uwierzyć, że jeden budynek jest w stanie pomieścić tyle niesamowitej jakości arcydzieł. Jeszcze bardziej nieprawdopodobnym było to, że dane mi było na nie patrzeć, podziwiać to, o czym uczyłam się tyle lat.

Natomiast kiedy poszliśmy do Oldmasters Museum, co chwila musiałam zbierać szczękę z podłogi. Tu Upadek Ikara Bruegela (w towarzystwie całej sali dzieł artysty), tu Król Pije Jordaensa, w równie zacnym otoczeniu, tam gdzieś martwe zwierzaki Snydersa, a prac Teniersa nawet nie zliczę. Idąc dalej, pokój wypełniony klasycyzmem, czyli Davidami i Ingresami, w tym… Śmiercią Marata! Zaraz dalej sala z dziełami Rubensa, a na wyjściu taki tam Rembrandt na dokładkę. Chyba bym umarła z żalu, gdybym musiała dołączyć ten obiekt do smutnej listy nieobejrzanych rzeczy z powodu braku czasu, a potem dowiedziała się, co straciła.

Przypałacowy kompleks muzeów jest ogromną budowlą, koniecznym „must see” dla każdego fana sztuki. Dobre doświetlenie każdego dzieła sprawia, że można je oglądać z każdej strony, a miejsca do siedzenia na środku większości sal sprawiają, że ma się ochotę spędzić w tym obiekcie jak najwięcej czasu – skupiając się na szczegółach każdej pracy, a nie na bolących stopach. Samych muzeów jest mnóstwo, my odwiedziliśmy jeszcze wystawy czasowe i część Modern.

Muzeum Horty

Obowiązkowym miejscem do odwiedzenia – i ostatnim na jakie pozwolił nam uciekający czas – było muzeum Horty, zlokalizowane w jego domu, na południu miasta. Kamienica Horty okazała się niestety dość mało rozbudowaną galerią. Spodziewałam się zbyt wiele po miejscu poświęconemu jednemu z najważniejszych architektów secesji. Piszę to jednak wciąż pod wpłwem muzeum Oldmasters, a przy nim wszystko już jest nijakie. Dom Horty jest wypełniony krzesłami z zakazem siadania na nich, innymi meblami oraz elementami dekoracji. Niemniej jednak jest to obiekt piękny – nawet jeśli większość tego piękna zawiera się w klatce schodowej i występujących gdzieniegdzie przeszkleniach. Nietypowe materiały wykończeniowe w domu Horty mogłyby stać się inspiracją dla projektantów wnętrz, tak często popadających w jeden schemat w obecnych czasach.

Atomium i dalsze rejony Brukseli

Ostatecznie, mocno już za późno, kupiliśmy bilety 24-godzinne i wybraliśmy się zobaczyć słynne Atomium i pooglądać dalsze rejony miasta zza szyb środków komunikacji publicznej. Wydawałoby się, że w Brukseli wszędzie łatwo trafić, natomiast nawet z mapą w dłoni, wałęsaliśmy się trochę po przystankach zanim trafiliśmy na prawidłowe metro. Pod Atomium byliśmy w idealnym momencie – tak aby mieć mnóstwo czasu na przyjrzenie się mu za dnia oraz nie mniej na zobaczenie nocnej dekoracji oświetleniowej. To był naprawdę warty widok. Wnętrze Atomium było oczywiście zamknięte o tej porze, łatwo było jednak poczuć klimat tego miejsca. Na to wrażenie składa się nie tylko wizualna kompozycja obiektu, ale także nieprzerwany szum wydobywający się prawdopodobnie z jego wentylacji.

Wizerunek Atomium jest strzeżony przez prawa autorskie, jednak na niekomercyjny użytek można umieszczać zdjęcia obiektu m.in. na blogach (tylko jeśli blog nie posiada reklam i/lub innej formy zarobku). W przeciwieństwie do większości zdjęć na Nietransparentnie, nie możecie go użyć w swoich publikacjach.

Ostatecznie, aby nie zmarnować biletów całodobowych, pojechaliśmy linią 19 zobaczyć z bliska Narodową Bazylikę Najświętszego Serca. Ogromny kościół, bardzo nietypowy (gdzie w Polsce znajduje się świątynia w stylu art déco?), nocą podświetlany jest w dość dziwny sposób. Latarnia promieniuje różowym światłem, natomiast górujący nad kopułą krzyż przypomina sklepowy neon. Bazylika nocą staje się budowlą bardzo agresywną.

Dzięki okresowym biletom udało nam się także zwiedzić stacje brukselskiego metra. Przeciętny turysta mógłby pomyśleć, że w podziemnych przystankach nie spotka go nic zadziwiającego. W tym mieście metro zostało zdominowane przez sztukę – głównie ciekawe instalacje i murale. Tego dnia doszłam do wniosku, że w Brukseli nie ma absolutnie niczego brzydkiego.

W następnym wpisie ciąg dalszy belgijskiej przygody – tym razem zabiorę czytelników mojego bloga do kolejnego, ciekawego miasta.

Więcej

Wielka podróż do Belgii – cz. 1 (Bruksela)

Po zobaczeniu wielu niesamowitych obiektów w krótkim czasie, łatwo je ze sobą pomylić, zgubić kolejność, albo, co gorsza, zapomnieć o czymś ważnym. Z tego powodu, podczas wycieczki do Belgii, wzięłam sobie za cel prowadzenie dziennika podróży. Tuż przed snem wystukiwałam na tablecie najważniejsze informacje z danego dnia. Wiem, że nie jest to to samo co piękny, grubo oprawiony zeszyt pisany piórem na kolanie w parku – taka opcja jest za to o wiele szybsza i trochę bardziej odporna na zagubienie. W końcu w podróży chodzi przede wszystkim o to, aby zobaczyć to, czego nie ma się w domu. Pisanie nie powinno odbierać zbyt wiele czasu, tak cennego w obcym miejscu.

Choć ten wpis powstaje już po powrocie z Belgii, chcę zachować jego wiarygodność. W tym celu, posiłkując się notatkami z podróży, opiszę kolejne dni spędzone w tym pięknym kraju.

Zapraszam też do przeczytania wpisu, w którym przedstawiłam ogólne wrażenia, jakie wywarła na mnie Belgia.

Dzień pierwszy

Lot

Nie bałam się wsiąść do samolotu. Bardziej przerażało mnie to, że jeśli pójdzie coś nie tak z kontrolą bagażową, to albo trzeba będzie zapłacić za przekroczenie rozmiaru, albo – co gorsza – samolot poleci bez nas. Stresowało mnie wiele rzeczy – to, że torba nie chce się uformować idealnie do formatu 42x32x25, to że worek z suwakiem na płyny ma format 19×21 cm a nie 20×20… Pomimo zapewnień znajomych, że nikt się na lotnisku nie będzie takich pierdół czepiał, ja wierzyłam w swojego pecha. Zawsze można trafić na bardziej wrednego pracownika lotniska, który wyrecytuje mi punkt regulaminu przewoźnika, machając tą torbą z szamponami. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło.

Przejście przez bramki nie przysporzyło absolutnie żadnych kłopotów. Podobnie, znalezienie dalszej drogi było tak dobrze oznaczone, że nie było mowy o zgubieniu się na lotnisku. W końcu usiedliśmy wewnątrz samolotu. Siedzenia były wygodne, ale przed nimi było zdecydowanie za mało przestrzeni na nogi. Także okna były miniaturowe. Wolę się nawet nie zastanawiać, jak mało była w stanie przez nie zobaczyć osoba siedząca przy przejściu.

Lot był niesamowitym przeżyciem. Przed wystartowaniem maszyna swobodnie manewrowała na lotnisku, wydając się przy tym leciutka jak chmurka. Dopiero, kiedy zaczęła się rozpędzać, dało się poczuć ile energii wymaga wzniesienie się w powietrze. I już po chwili wszystko zaczęło się oddalać – nie patrzyłam już na domy a na układy urbanistyczne, najpierw osiedli, później miast. A potem, gruba warstwa powietrza usunęła wszelkie kontrasty, tworząc niesamowitą perspektywę powietrzną. Bezchmurne niebo było tutaj sprzymierzeńcem panoramy, bardzo powoli przemieszczającej się za szybką samolotu. To również mnie zdziwiło, choć było bardzo logiczne. Wnętrze samolotu wydawało się dość zwyczajne podczas wsiadania; podczas lotu natomiast przechylało się pod wymaganym kątem, zmieniając tym swój charakter. Okazało się też, że lot samolotem ma i swoje wady. Przy zmianie wysokości kręciło mi się w głowie, czułam się jakbym miała chorobę lokomocyjną, momentami pojawiały mi się plamy przed oczami. Ale było warto. Samolot o dziwo przyleciał o dwadzieścia minut wcześniej niż było napisane na bilecie.

Zdążyliśmy dzięki temu na wcześniejszy bus Brussels City Shuttle. Tutaj również bezproblemowo – na lotnisku było pełno oznaczeń, jak dojść na jego miejsce odjazdu. Zdziwiło mnie też to, że bilety na przejazd do Brukseli można było kupić w wielu miejscach na i przy lotnisku. Pamiętam jak parę miesięcy temu upewniałam się w sieci, czy ten bus w ogóle istnieje.

Podczas trasy autobusem, mijaliśmy bardzo mało zurbanizowane tereny. Naprawdę podoba mi się sposób planowania przestrzennego, w którym główne drogi odsunięte są od miast. Już podczas tego przejazdu mogłam się spodziewać, że w Belgii spotkam się bardziej z projektowaniem dla ludzi niż dla samochodów.

W końcu dostaliśmy się na dworzec Bruxelles Midi / Brussel-Zuid (Południe). Postanowiliśmy dostać się do centrum pociągiem, co również nie było łatwe. Pierwszy napotkany automat biletowy posiadał tylko języki francuski i flamandzki, kolejne odrzuciły nas nieprzyjmowaniem papierowej forsy, wybranej w kantorze podczas majowych niży. Długo wałęsaliśmy się po niezwykle rozbudowanej dworco-galerii, dowiadując się w kolejnych punktach informacji o niesprzedaży biletów, zanim znaleźliśmy zwykłe kasy.

Po dostaniu się do centrum priorytetem stało się pozbycie bagażu, który podręczny był tylko z nazwy. Zameldowaliśmy się więc w hotelu (który, jak się okazało, bliższy był stacji północnej niż centralnej) i ruszyliśmy do Carrefoura Express, wyposażyć się w trochę kalorii do działania.

Muzeum BELvue

Najedzeni, dowiedzieliśmy się, że część obiektów jest już zamknięta. Z interesujących nas muzeów wybraliśmy to dotyczące historii Belgii. Wydawałoby się, że bez znajomości języka francuskiego nie ma po co tam wchodzić; na szczęście w wielu miejscach występowało tłumaczenie na język angielski. Muzeum nie było wyjątkowo bogate, ale nam to odpowiadało – ogarnęliśmy wszystkie wystawy na parę minut przed zamknięciem. Ostatecznie cieszę się, że akurat ten obiekt zaliczyliśmy jako pierwszy – miałam naprawdę spore braki w wiedzy o historii tego państwa. Tutaj przedstawiona jest ona przystępnie, choć wymaga zaangażowania (czytanie, słuchanie nagrań).

Muzeum BELvue przekazuje informacje od czasów rewolucji w 1830, której skutkiem było oddzielenie Belgii od Niderlandów, poprzez czasy kolonizacji Kongo aż do wydarzeń bardziej współczesnych. Duża część wystawy poświęcona jest życiu prostych ludzi – ich oczekiwaniom oraz kulturze. Nie mniej miejsca zajmują opisy ważnych postaci, władców. Belgia to świetny kraj, który pomimo mrocznej przeszłości obecnie stara się robić wszystko, aby odpłacić za swoje zbrodnie. Nie wszystkie rany da się wyleczyć, jednak najgorsze co można zrobić to stać z założonymi rękoma. Belgia wyraźnie chce dać do zrozumienia, że dawne czasy to przeszłość, która nie dotyczy obecnie żyjących.

Co z tego, że nie wiem, co tu jest napisane – na taką typografię mogłabym patrzeć cały dzień!

Zabudowa Brukseli

Innym z powodów dla których chciałam odwiedzić Belgię było poszukiwanie słynnych Ugly Belgian Houses. Po wyjściu z muzeum udaliśmy się na wschód, mijając kolejne uliczki, i nie znajdując ani jednego brzydkiego domu. Niesamowita architektura ciągnęła się kilometrami od centrum, zadziwiając bogactwem dekoracji, pomysłowością wykonania i aż nieprawdopodobnie dopasowanym połączeniem starych budynków i tych dopiero co zbudowanych. Cechą charakterystyczną tego miasta są wielokrotnie przecinające się, delikatnie falujące pierzeje, składające się z bardzo wysokich budowli. Kamienice nawet ośmiopiętrowe sąsiadują z nowo wybudowanymi, szklanymi biurowcami, odbijającymi siebie nawzajem w elewacjach. Wszystko jednak tak bardzo do siebie pasuje. Może to przez skalę takiej zabudowy – jest na tyle duża, że stworzyła własny styl, gdzie szkło nie gryzie się z cegłą, a wręcz stanowi naprawdę zgranego sąsiada. Co więcej, w bardzo wielu miejscach pojawiają się motywy secesyjne, głównie w postaci stalowych balkonów z ornamentowymi, kwiatowymi balustradami. Innym charakterystycznym elementem są wykusze, ułożone zawsze harmonicznie. Cała zabudowa jest niezwykle dopasowana. Budynki zawsze pasują jeden do drugiego – tak trudno mi stwierdzić, w jaki sposób dokonano takiego cudu, ale niezależnie od daty powstania, to wszystko tworzy jednolite centrum miasta, naprawdę ogromne centrum niekoniecznie wielkiego miasta.

Im dalej od centrum, tym zabudowa niższa. Nie przeszkadza to jednak w starannym projektowaniu przyjaznej przestrzeni publicznej – tutaj plac z ciekawymi ławkami.

Ulice, jak już wspomniałam, nie tworzą regularnej siatki, natomiast gęsto przecinają się pod różnymi kątami. To także dodaje miastu organiczności, można wyobrażać sobie jak się rozrastało, które drogi powstawały wcześniej, a które później. Sama ich forma nie odbiega pięknem od zabudowy. Zamiast typowej dla polskiej architektury kostki brukowej, tutaj dominują kwadratowe w widoku kamienie, niekoniecznie spłaszczone do równej wysokości. Asfalt pojawia się dość rzadko, w małych ilościach i wyróżnia się negatywnie, ale wyraźnie stanowi intruza, nie jest częścią Brukseli. Ulice są bardzo wąskie, nawet pomimo wysokich budynków. Większość z nich jest jednokierunkowa, ale o dziwo samochody nie stanowią tutaj zwartej, pierdzącej klaksonami masy. Są elementami tymczasowymi, wiecznie ustępującymi pieszym, lub zaparkowanymi w woonerfie, stanowiąc część krajobrazu. Drogi są zdecydowanie spacerowe. Miejsca dla rowerów też nie ma zbyt wiele, ale wydaje mi się, że jest to rzadko wybierany środek transportu w Brukseli. Nawet rower nie jest potrzebny, kiedy wszędzie ma się blisko.

Wśród nawet najmniejszych uliczek bystre oko mogło wypatrzeć niewielkie, ale niesamowite detale. Jednym z charakterystycznych typów były mozaiki użyte zamiast jakiegoś kamienia w posadzce chodnika. Takie drobne zaburzenie rytmu pięknem, a potrafi stworzyć barwną dominantę. Wiele innych elementów jest dla mnie egzotyką – dekoracje z pozoru skromnych kamienic mozaikami lub malowidłami, nietypowy materiał wybrany na elewację… Ale detalem też są ludzie, stanowiący nieodzowną część tkanki miejskiej. Tu targowisko z mięsem, serami i innymi belgijskimi przetworami, tam jakieś grupki spędzające razem czas… zupełnie jakby w Belgii nikt nie zostawał w domu przed komputerem…

W Brukseli jest także mnóstwo parków, a te z kolei oblegane są masowo przez ludzi. Siedzą na trawie, odpoczywają, cieszą się chwilą. Jak bardzo brakuje mi w Polsce takiej funkcji przestrzeni zielonych. Zamiast tego albo znak „nie deptać trawników” albo głos „było nie wychodzić z domu” w przypadku gwałtów czy innych ataków. W Brukseli co park to trawy oblegane przez ludzi w każdym wieku, od dzieciaków w wózkach, poprzez młodzież spotykającą się ze znajomymi do osób starszych, odpoczywających po ciężkim dniu, wpatrzonych w zieleń. Co więcej, każdy skupia się na sobie i swoim relaksie. Nikt nikomu nie przeszkadza, nikt się nie narzuca, nikt nie szuka ofiary plotek. Każdy jest tam dla siebie i swojego kawałka trawy.

Przeszliśmy się jeszcze wokół budynków Parlamentu Europejskiego. Nowoczesne gmachy również wydawały się pasować do zabudowy. Tutaj wyraźnie zastosowano nawiązywanie detalami i pasującą kolorystykę. Niestety, upublicznianie ich zdjęć jest zabronione.

Doszliśmy do Parc du Cinquantenaire / Jubelpark, gdzie mieści się przepiękny kompleks budowli z centralnym łukiem triumfalnym. Wewnątrz znajduje się kilka muzeów: Autoworld, muzeum militarystyki oraz muzeum sztuki i historii. Z powodu ograniczonego czasu, nie odwiedziliśmy żadnego z nich, warto jednak było zobaczyć budowlę z zewnątrz. Po raz kolejny bogate rzeźbienia cieszyły oczy, a malowidła schowane za kolumnami potrafiły zaskoczyć. Najpiękniejszą częścią zewnętrza tej budowli zdecydowanie wnętrze łuku triumfalnego. Spójrzcie na te kasetony!

Ciąg dalszy w następnym wpisie.

Więcej

Belgia, kraj dla każdego

Najdziwniejsze jest to pierwsze uczucie budząc się we własnym łóżku po długiej i niesamowitej podróży. Widok za oknem jest uspokajający ale i rozczarowujący – oto koniec wielkiej przygody, czas powrócić do notatek z konstrukcji i stałego łącza wi-fi, do regularnych posiłków i wiecznie tych samych tras; do świata w którym tak rzadko coś potrafi zaskoczyć, nad którym mam zbyt dużą kontrolę. Tydzień w Belgii stał się już historią. Jest to jednak historia niezwykle ciekawa, dlatego chciałabym się nią podzielić – być może ktoś planuje odwiedzić ten piękny kraj i znajdzie w moim opisie przydatne dla siebie informacje.

Dlaczego Belgia? Wzięliśmy pod uwagę państwa na zachodzie, takie do których bilet samolotowy nie będzie zbyt drogi. Z miejsca skreśliliśmy typowe turystyczne cele podróży – mając ograniczony czas na zwiedzanie ostatnim czego chcieliśmy było stanie w kolejce do muzeum. Liczyliśmy raczej na poznawanie świata niż odpoczynek – póki jesteśmy młodzi, szkoda czasu na wylegiwanie się na plaży. Oczywiście kierowaliśmy się zainteresowaniami. Z mojej strony był to wybór miast o bogatej historii i pięknej architekturze; najlepiej miejsc, które spłodziły artystów wpisanych do kanonu mistrzów ale i tych tworzących dziś. Była to też nasza pierwsza zagraniczna wycieczka – potrzebowaliśmy więc czegoś łatwego do zorganizowania, zwłaszcza w ograniczonym czasie na przygotowanie. Jeszcze jeden warunek był wymogiem – musieliśmy po raz pierwszy w życiu polecieć do wybranego kraju samolotem. Było to jedno z moich największych marzeń.

Wszystkie te wymagania Belgia spełniła wręcz idealnie. Małe państwo, z pięknymi miastami, świetnie skomunikowanymi ze sobą. Ciekawa historia tych terenów ma wyraźne odbicie w obecnych czasach. Dodatkowo, pewna egzotyka – przeplatanie się dwóch języków (francuskiego i flamandzkiego), w zależności od części kraju okazało się ciekawym zjawiskiem. Zamiast jeździć z miasta do miasta, zdecydowaliśmy skupić się na dwóch wyjątkowych miejscach – Brukseli, stolicy Europy, oraz Antwerpii – mieście Rubensa oraz innych twórców barokowych, ale także jednym z najważniejszych portów na świecie. Odwiedziliśmy jeszcze Leuven, kolejne zabytkowe miasto z przepięknym, bogato rozrzeźbionym, ratuszem i paroma innymi malowniczymi budowlami. Jak się okazało, zobaczyliśmy jeszcze większy kawałek Belgii z samego tylko powodu, że lotnisko, na którym wylądowaliśmy, znajdowało się przy mieście Charleroi – jakieś 70 kilometrów od Brukseli. W planie wycieczki uwzględniliśmy więc, że ostatnie godziny wakacji mogą okazać się przepełnione stresem z powodu konieczności przejechania przez pół kraju (z Antwerpii) na miejsce startu samolotu. Przez to, ostatniego dnia tak się spieszyliśmy, że znaleźliśmy się na lotnisku na dwie i pół godziny przed odlotem. Ach, to przyzwyczajenie do kraju, gdzie autobus może nie przyjechać a pociąg spóźnić się o kilkadziesiąt minut!

Ale od samego początku: wiosną zakupiliśmy bilety na samolot i lotniskowego busa oraz zarezerwowaliśmy miejsca w hotelach. Takie kilkumiesięczne wyprzedzenie może się wiązać z ryzykiem, bo nie da się przewidzieć bardzo wielu sytuacji. Pozwala natomiast odpowiednio nastawić się na wyjazd, sprawdzić wszystko osiemdziesiąt razy, ale przede wszystkim dość sporo oszczędzić. Belgia nie jest tanim krajem. Jedzenie w marketach potrafi być dużo droższe niż w Polsce. Jest też jednak bardziej zróżnicowane cenowo. Cena wody mineralnej waha się od kilkudziesięciu centów do nawet kilku euro za butelkę. Po pomnożeniu wszystkiego przez 4, aby przeliczyć cenę na polskie złote, różnica staje się jeszcze wyraźniejsza. Duża rozbieżność cenowa występuje także pomiędzy sieciami sklepów. Carrefour okazał się bardzo drogim marketem w porównaniu z holenderską siecią Albert Heijn.

Zabudowa tak ładna, że być może nawet nie zauważyliście Multipli na pierwszym planie.

O państwie, które odwiedziliśmy, zdecydowanie można powiedzieć, że jest przyjazne turystom. Zarówno Bruksela, jak i Antwerpia, oferowały specjalne karty turystyczne uprawniające do darmowych wstępów do muzeów. Skusiliśmy się na taką kartę w Antwerpii, ponieważ zarówno pogoda jak i wymęczenie stóp nie sprzyjały dłuższym spacerom (w tym mieście karta gwarantowała także darmowe przejazdy autobusami, tramwajami i metrem oraz specjalnym turystycznym busikiem HopNStop). Biorąc pod uwagę ceny wstępów do obiektów, bilety na komunikację publiczną (której używaliśmy cały czas) oraz kupony zniżkowe, zakup karty miejskiej absolutnie się opłacił. W Brukseli natomiast zrezygnowaliśmy z tej opcji – bilety wstępu do większości obiektów były naprawdę tanie dla osób poniżej 25 roku życia.

Ani w Brukseli, ani w Antwerpii (a tym bardziej nie w Leuven) nie spotkaliśmy nadmiernego tłumu turystów. W kolejce staliśmy jedynie przy Muzeum Horty w Brukseli – choć na tyle krótko, że w tym czasie nawet nie zdążyłam wyciągnąć portfela z torby. Większa liczba zwiedzających wystąpiła za to jedynie w domu Rubensa w Antwerpii, gdzie trafiliśmy akurat na darmowy wstęp z powodu ostatniej środy miesiąca. Poza tym, jedynym naprawdę przeludnionym miejscem podczas naszej podróży było lotnisko w Charleroi – wszędzie indziej spokojnie można było fotografować otoczenie bez sztafażu. Nie znaczy to oczywiście, że miasta były puste!

W Brukseli, gdzie akurat trafiliśmy na piękną pogodę, wszystkie parki przepełnione były odpoczywającymi mieszkańcami i turystami. W tym mieście wyraźnie było widać radość życia, chęć do przyjemnego spędzania czasu i towarzystwa innych ludzi. Antwerpia natomiast cały tłum skupiła w tych częściach, gdzie znajdowało się najwięcej sklepów. Za ich szybami widać było osoby z przejęciem przyglądające się drogim ubraniom i dizajnerskim dekoracjom wnętrz. Tym, co było szczególnie warte zobaczenia, było to jak bardzo mieszkańcy przywykli do swojej różnorodności. Ludzie wydawali się zupełnie przyzwyczajeni do tego, że ktoś ma inny kolor skóry, zasłania sobie część głowy lub inaczej się ubiera. W Belgii wyraźnie było widać, że imigranci nie stanowią żadnego zagrożenia, a wręcz chcą pokazać swoją chęć przystosowania. W autobusie kobieta w hidżabie ustąpiła miejsca starszej pani, a w metrze czarnoskóry mężczyzna pomógł białej matce z wózkiem. Widok odbiegający od popularnych w mojej ojczyźnie stereotypów na temat różnic kulturowych, tutaj natomiast tak naturalny. Podczas tej wycieczki niejednokrotnie widziałam przechadzające się, bardzo zróżnicowane, grupki przyjaciół. Nie rozumiem, dlaczego Polacy tak boją się różnorodności etnicznej i moim zdaniem jest to naprawdę przykre. Odnoszę wrażenie, że Belgia, pomimo swojego wieku, jest krajem o wiele dojrzalszym od Polski.

Parki w Brukseli pokazują, jak mieszkańcy tego miasta potrafią koegzystować i dzielić się przestrzenią.

Same miasta wydawały się być naprawdę przyjemnymi miejscami do życia. Dzięki ograniczonemu ruchowi samochodów było w nich naprawdę cicho i spokojnie. Poza tym, wydawało się tak bezpiecznie. Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy pierwszej nocy po powrocie do Polski usłyszałam pod oknem wrzeszczących, agresywnych pijaków. W Brukseli czy Antwerpii nie było nic strasznego nawet we wchodzeniu do tuneli metra po zmroku, a jedyne schlane głosy, jakie udało się napotkać były w języku polskim. Sama komunikacja publiczna zupełnie spełniała swoją funkcję. Nie była przeładowana, a przystanki znajdowały się w niewielkich odległościach. W dużym stopniu pomagało metro, ale jestem przekonana, że i bez niego nie byłoby większych problemów z poruszaniem się po mieście. Wydaje mi się, że różnica (w porównaniu z Polską) polega na tym, że w belgijskich miastach występuje wiele parkingów strategicznych – miejsc zostawienia samochodu, aby kontynuować podróż pieszo lub komunikacją publiczną. Widziałam też taki parking w Gdańsku. Był pusty.

Zarówno Bruksela i Antwerpia zachęcały do spacerów. Ciekawe uliczki, pełne przeplatającej się nowej architektury z tą zabytkową zaopatrzone były w mnóstwo drogowskazów, ułatwiających znalezienie konkretnych obiektów. W Antwerpii nawet znalazła się na nich informacja, ile minut może zająć taki spacer. Kolejną zachętą do rezygnacji z czterech kółek były wszechobecne stojaki z rowerami miejskimi. Korzystało z nich naprawdę mnóstwo osób i parę razy nawet zdarzyło mi się zobaczyć samochód transportujący je pomiędzy stanowiskami. Warto też wspomnieć, że wypożyczający rowery bardzo o nie dbali, dzięki czemu były one sprawne i czyste.

Chyba jedynym, czego mi brakowało w Belgii, jeżeli chodzi o przestrzeń ulic, to mrugającego zielonego światła, dającego czas na zejście z drogi. Musieliśmy też się przyzwyczaić do tego, że dla wsiadających do autobusu otwierane są tylko drzwi koło kierowcy. Poza tymi rzeczami, wszystko inne było tak dobrze przemyślane. Nawet rozkłady jazdy nie zawierały dzikich tabelek ze śmiesznymi oznaczeniami – po prostu lista godzin z rozpisanymi kolejnymi nadjeżdżającymi pojazdami. Nie sposób się było w Belgii zgubić – nawet kiedy przez przypadek nocą, jadąc autobusem, przegapiliśmy przystanek i przejechaliśmy pod rzeką Skaldą. A, no i właśnie. Stojaki z ulotkami dla turystów – począwszy od repertuarów kin, poprzez porządnie wydane broszurki z muzeów po mapy miasta ze schematami linii komunikacyjnych – były chyba wszędzie. Nawet najmniejsze muzeum miało taki stojak przy wejściu, nie mówiąc już o recepcjach hoteli. Przez tą całą makulaturę o wiele trudniej było spakować się do małego bagażu podręcznego, ale no… przecież nie wyrzucę tej pięknie wydanej broszurki o repertuaże filharmonii, nawet jeśli nie rozumiem jej tekstu. Takiej typografii, takich zdjęć i takiego papieru nie można z czystym sercem wyrzucić do kosza!

„Weźmiemy ze sobą tylko kilka drobnych pamiątek” – wersja po wypakowaniu.

W ten sposób pamiątek mam całe pudło. Najwięcej jednak ważą dwie grube księgi o niesamowitym budynku, który udało nam się odwiedzić. Jak tylko je przeczytam (na szczęście były też wydania po angielsku), opiszę dokładnie na tym blogu to przepiękne dzieło architektury. Wcześniej jednak opiszę te dwa miasta – Brukselę i Antwerpię. Dzięki temu, że regularnie prowadziłam dziennik zdarzeń, żadne odwiedzone miejsce nie umknie mojej uwadze. Zapraszam więc do szczególnego śledzenia bloga w ciągu najbliższych dni.

Więcej