Projektowanie bez wykluczania #1

Projektując, architekt często próbuje w wyobraźni wejść w skórę odbiorcy swojego dzieła. Myśli wtedy: jak ja bym się czuł, odwiedzając to miejsce w takim a nie innym celu? Jakie emocje by mi towarzyszyły, gdybym stanął przed tym budynkiem, nie wiedząc jeszcze, co znajduje się w środku. W jaki sposób poruszałbym się po nim, gdzie szukałbym przestrzeni będących celem mojej wizyty? Czy żaden element obiektu nie budziłby we mnie niechęci, nie powodował rezygnacji z korzystania?

Jak rzadko natomiast w myślach architekta pojawia się pytanie: czy budynek byłby dla mnie wygodny, gdybym poruszał się na wózku inwalidzkim?

projektowanie bez wykluczania

Wbrew pozorom, łatwo zaprojektować coś, co spodoba się większości. Nawet mając ograniczony budżet, wystarczy pokierować się typowymi dla funkcji formami. Wtedy mało kto odważy się powiedzieć, że coś jest nie tak z tym budynkiem. O wiele trudniej jest pamiętać o tych nielicznych, którzy potrzebują innego rodzaju udogodnień. Niestety przykładów takiego zaniedbania jest w Polsce aż żenująco zbyt wiele. Myślę, że większość osób ich nie dostrzega – tak samo jak nieczytający nie wie, gdzie jest pobliska biblioteka, a dziecko ile kosztuje chleb. Dlatego postanowiłam porozmawiać o tym z osobą, której ten problem bezpośrednio dotyczy.

Ola ma 21 lat i studiuje pedagogikę elementarną z terapią pedagogiczną. Z powodu ciężkiej choroby, od urodzenia porusza się na wózku. Wśród jej zainteresowań są literatura, rysowanie, zwierzęta, ale także i fotografia. To właśnie jej zdjęcia wzbogacają ten wpis i doskonale ilustrują omawiany problem – tak jak powinno się na niego spojrzeć, czyli z jej perspektywy.

Postanowiłyśmy wspólnymi siłami ocenić, jak w Polsce wygląda sytuacja projektowania miejsc dostępnych dla osób poruszających się na wózkach. Udało nam się znaleźć wiele przykładów źle zaprojektowanych wejść do budynków. Trudno zliczyć, do ilu sklepów czy instytucji osoba niepełnosprawna nie ma szansy dostać się w ogóle. Innym ciekawym zjawiskiem były przestrzenie, gdzie widać, że ktoś już nawet pomyślał o ich dostępności, ale nie zastanowił się konkretniej nad jej realizacją. Zbyt strome pochylnie, ciasne, bez poręczy, kończące się bez spocznika prosto na drzwiach. Równie dobrze można było umieścić w tym miejscu schody – w obu przypadkach taki budynek nie jest dostępny dla osoby poruszającej się na wózku.

Drugim tematem są miejsca publiczne – parki, place, drogi. Tutaj sytuacja jest z roku na rok wyraźnie coraz lepsza. Do starych wiaduktów dobudowane są windy, w tunelach pojawiają się pochylnie z poręczami. Wciąż jest jednak mnóstwo miejsc, które nie doczekały podobnych zmian. Olu, czy masz podobne wrażenie, że jest lepiej niż było parę, paręnaście lat temu?

Ola: I tak i nie. Rzeczywiście coraz więcej budynków, nawet tych starych jest wyposażanych w podjazdy, windy i tym podobny sprzęt. Ludzie powoli zaczynają rozumieć że to podstawowe wyposażenie budynku a nie czyjeś wygórowane potrzeby. Jednak czasami spotykam się z takimi rozwiązaniami w budynkach że nie wiem czy śmiać się czy płakać. Niektórzy sądzą np. że podniesienie osoby niepełnosprawnej z wózkiem i przeniesienie przez parę stopni to normalna rzecz. A tymczasem jest to dość niebezpieczne i niekomfortowe dla tej osoby.

podjazd2

Podjazd do cukerni „Sowa” w Wągrowcu / zdjęcie: Ola

Patrząc na powyższe zdjęcia podjazdu można pomyśleć, że wszystko z nim w porządku. Nachylenie jest niewielkie, a krawędź, dla lepszego rozpoznania przy gorszym świetle, zaznaczono białą farbą. Nic bardziej mylnego – pomimo tych kilku dobrych cech, pochylnia ma więcej wad niż zalet.
Ola: Podjazd jest za wąski, mój wózek (który i tak jest bardzo wąski, bo robiony na wymiar) nie mieści się na nim. Dodatkowo brak barierek. Od tej strony gdzie jest mur nie ma szans, żeby wsadzić rękę do koła.

Porozmawiajmy o miejscach niedostępnych, nieprzyjaznych dla osoby poruszającej się na wózku. Z jakimi problemami spotykasz się najczęściej? Czy bardzo często one występują?
Ola: Z roku na rok jest coraz lepiej, jednak nie jest idealnie. W miejscach gdzie zwykle się poruszam niestety wiele miejsc nie jest dla mnie przystosowanych. Najczęściej brakuje podjazdów lub są one źle wykonane, między regałami w sklepach jest za mało miejsca, krawężniki są za wysokie. Często niestety zdrowi ludzie nie mogą zrozumieć tego, że nawet drobne rzeczy mogą mi przeszkadzać w poruszaniu się. Dopiero po zwróceniu uwagi otwierają im się oczy i widzą co robią źle.

Jaka jest najbardziej absurdalna sytuacja, z jaką się spotkałaś, jeśli chodzi o dostępność budynków dla osób niepełnosprawnych?
Ola: Kiedyś trafiłam do łazienki, która okazała się być składzikiem na mopy i drabiny, ale kelnerka twierdziła, że można jej używać i wszystko jest ok. Następną sytuacją może być ta, kiedy parę lat temu, w styczniu, udałam się do ZUS-u i podjazd nie został odśnieżony, a schody już tak. Dodam tylko, że zalegał śnieg na nim z kilku dni. Kilka tygodni temu jedna z cukierni w moim rodzinnym mieście zrobiła remont, podczas którego podjazd został zlikwidowany, a na jego miejscu zrobiono taras. Nowy podjazd nie nadaje się do użytkowania, ponieważ jest za wąski.

Niestety – nawet jeśli coś jest zaprojektowane poprawnie, to często po oddaniu budynku do użytku, inwestor przestaje się przejmować dostępnością. Ale porozmawiajmy też o złych projektach. Ja osobiście na co dzień mam do czynienia z jedną dziwną sytuacją – w znanym mi budynku umieszczona jest toaleta przystosowana do używania przez osoby niepełnosprawne… ale znajduje się na piętrze, do którego prowadzą wyłącznie schody – trzy pełne biegi. Odnoszę wrażenie, że komuś zależało na tym, aby toaleta nie musiała posiadać przedsionka, a ten obowiązek nie dotyczy właśnie tych przystosowanych. Innym przykładem jest podjazd przedstawiony na poniższym zdjęciu. Nie mam pojęcia, dla kogo został on zaprojektowany, ale nie sądzę, aby do sklepu często wjeżdżali rowerzyści. Myślę, że nawet matce z wózkiem byłoby trudno wtaszczyć wózek po takiej pochylni do połowy drzwi (jak by je wtedy otworzyła?). Co ma więc powiedzieć osoba niepełnosprawna? Ja osobiście nie wiem, czy traktować to jako brak wiedzy, konieczność spełnienia jednego z przepisów na siłę, czy jakiś wyjątkowo nieśmieszny dowcip.

podjazd

Zbyt duże nachylenie, za mała szerokość podjazdu, brak poręczy, za którą można się złapać – często te cechy występują jednocześnie. Czy to wszystkie cechy złego podjazdu, czy o czymś zapomniałam?
Ola: Kolejną, złą cechą podjazdu jest nawierzchnia wykonaną ze złego materiału np. bardzo śliskie płytki. Nierzadko też podjazd jest za krótki i za stromy jednocześnie.

A to tylko część wejściowa! Czy często zdarza Ci się trafiać na budynki, których układ pomieszczeń i komunikacji został zaprojektowany tak, aby nie dało się komfortowo z nich korzystać?
Ola: Zależy to od tego gdzie akurat udaję się, gdzie przebywam. Sądzę, że w dużych miastach, np. w Poznaniu, jest więcej miejsc przystosowanych do osób niepełnosprawnych. W małych miejscowościach częściej natrafiam na liczne utrudnienia. Zdawało by się, że to nowe budynki są bardziej przystosowane, ale jednak często spotykam się z tym, że w starych budynkach są zakładane windy czy budowane podjazdy.

Zbyt ciasne korytarze, brak pola manewrowego do zakręcania lub winda umieszczona na przeciwnym końcu budynku co drzwi – aby to zobaczyć w myślach, trzeba niestety mieć lepszą pamięć niż wyobraźnię.

kuzynka

Poznań / zdjęcie: kuzynka Oli, Marta
Nazwać to karykaturą to niedopowiedzenie.

Żyjemy w XXI wieku, chyba najwyższa pora zacząć zachowywać się po ludzku i przestać wykluczać tych, którzy mają trochę inne potrzeby. Swój apel kierują głównie do inwestorów, często skąpiących każdy grosz – ale i do architektów, którzy powinni przede wszystkim starać się o dobre imię swoich dzieł. A takiego na pewno nie otrzyma obiekt utrudniający życie swoim użytkownikom. Do czytelnika mojego bloga mam natomiast prośbę – rozejrzyj się i oceń, czy Twoje ulubione miejsca są przyjazne dla osób poruszających się na wózku. Nie musisz nic robić, po prostu o tym pomyśl. Niech ta sprawa stanie się chociaż przez chwilę ważna.

Na zakończenie tego wpisu, kilka pozytywnych przykładów:

podjazd3

Szeroki podjazd, posiadający niezbędną barierkę / zdjęcie: Ola

projektowanie bez wykluczania
projektowanie bez wykluczania

Zjazd nad jeziorio Durowskie, również Wągrowiec. Pomimo zieleni wychodzącej na chodnik i pojawiających się gdzieniegdzie wystających kostek, bardzo wygodny dla osoby poruszającej się na wózku. / zdjęcia: Ola

Wpis powstał jako pierwsza część serii “Projektowanie bez wykluczania”. W niedalekiej przyszłości pojawią się kolejne tematy. Obecnie opracowuję warunki techniczne dotyczące projektowania z dostępnością dla osób niepełnosprawnych. Oczekujcie niemałej infografiki na ten temat. Później, wraz z Olą porozmawiamy o tym, jak przystosować mieszkanie lub pokój hotelowy dla osoby niepełnosprawnej. Jeśli projekt bardziej się rozrośnie, a mi uda się znaleźć więcej osób chętnych do pomocy, pojawią się także wpisy opowiadające o architekturze w kontekście innych niepełnosprawności niż ruchowa. Uważam ten cykl za jeden z ważniejszych, a z pewnością najbardziej wartościowych w historii tego bloga.

Zapraszam Was też do śledzenia Oli na Twitterze i Instagramie.

projektowanie bez wykluczania

Zdjęcie wykorzystane także w nagłówku wpisu, autorstwa Oli

Więcej

Podróż do Finlandii – o czym warto wiedzieć?

Mając do wyboru nieskończoną liczbę pięknych miejsc na świecie, równie niepoliczalną prawie na wyciągnięcie ręki, a łatwo dostępnych co najmniej kilkaset… jak tu wybrać ten jeden kierunek? Padło na Finlandię i był to strzał w dziesiątkę. Cztery dni w tym pięknym kraju, w tym trzy w jego stolicy, zaowocowały w niesamowite przeżycia, mnóstwo pięknych chwil i kompletny brak stresu – nawet pomimo nieznajomości języka.

Podróż do Finlandii

Trudno policzyć ile takich wysepek z uroczymi domkami lub saunami znajduje się na terenie Helsinek

Dlaczego Finlandia?

Kocham piękną architekturę i spacery po muzealnych wystawach. Mając bardzo ograniczony czas na podróż, ostatnim na co chciałabym go przeznaczyć jest stanie w kolejce czy przepychanie się przez tłum. Łatwość zaplanowania takiej podróży była kolejnym powodem. Jednak najważniejszym motywem okazała się ciekawość – jak wygląda kraj, który z jednej strony jest jak najbardziej europejski, a z drugiej posiada dość indywidualną kulturę. Historycznie, miejsce to bywało częścią Szwecji i Rosji, zaś własnej narodowości, stało się pięknym krajem o wyjątkowej przyrodzie, niemniej interesującej zabudowie, pełnym ciekawych miejsc do odkrycia i zamieszkałym przez naprawdę miłych ludzi. Cztery dni to stosunkowo mało, aby je poznać, lecz dostatecznie dużo, aby się przekonać, że to kraj w którym chce się być.

Podróż do Finlandii

Widok spod katedry w Helsinkach

Oto początek krótkiej serii wpisów o tym, co warto zobaczyć w Helsinkach i Turku, czego można się spodziewać w Finlandii i jak przygotować się do takiej podróży.

Najłatwiejsze połączenie z tym pięknym krajem zapewnia oczywiście lot samolotem. Do Turku można dolecieć bezpośrednio z Gdańska linią WizzAir za kilkadziesiąt złotych, jeśli kupi się bilet z odpowiednim wyprzedzeniem. Lotnisko znajduje się w odległości kilku kilometrów od centrum miasta – odległość tę można pokonać autobusem miejskim (Föli) linii 1. Na drugim końcu tej trasy znajduje się największa atrakcja turystyczna miasta – średniowieczno-renesansowy zamek. Bilet dwugodzinny dla osoby dorosłej kosztuje €3, natomiast 24-godzinny €7.50, oba można kupić u kierowcy.

Poruszając się pomiędzy fińskimi miastami, można skorzystać z licznych połączeń kolejowych, lotniczych lub autobusowych. Najtańszą opcją okazał się OnniBus, który… jest „fińskim PolskimBusem”. Oprócz identycznej identyfikacji wizualnej, tych samych modeli samochodów, a także i oferty (bilety od € 1), identyczne są zasady korzystania z autobusu. Należy przyjść kwadrans przed godziną odjazdu, mieć przy sobie wydrukowany bilet, w autobusie dostępne jest darmowe WiFi, gniazdka oraz toaleta.

W Helsinkach autobus zatrzymuje się w Kamppi (Kampen). Jest to kompleks budynków umieszczonych w śródmieściu Helsinek. Dwa piętra przystanków autobusowych, stacja metra, ogromna powierzchnia usługowo-handlowa, biura, hotele i chyba wszystko czego można potrzebować, w jednym miejscu. Wbrew komercyjnemu charakterowi, jest to naprawdę przyjazne miejsce, o dużej dostępności, z bardzo logicznym rozkładem wewnętrznych korytarzy. Budynki Kamppi otulają rozległy, tętniący życiem plac. Tam też zlokalizowany jest nietypowy obiekt, przypominający z zewnątrz złote jajo. Jest to tak zwana Kaplica Ciszy (Kampin kappeli, Kampens kapell). Wykonane z drewna dzieło autorstwa K2s Architects zdecydowanie zwraca na siebie uwagę.

Podróż do Finlandii

Podróż do wnętrza Ziemi, a konkretniej, do helsińskiego metra

Podróż do Finlandii

Stacja metra przy uniwersytecie

Nie jest to jednak serce Helsinek. Stanowi je port i zabudowa wokół niego. Dwie ogromne świątynie oraz plac otoczony klasycystycznymi i modernistycznymi budowlami (czyż nie jest to przepiękne połączenie architektoniczne?) reprezentacyjnymi, następnie zaś tafla wody, poprzerywana małymi wysepkami. Tylko wsiąść na prom i popłynąć w ich stronę, co oczywiście nie jest niczym niemożliwym, ponieważ… na prom można wejść z takim samym biletem jak do autobusu, metra czy tramwaju. My skorzystaliśmy z oferty HelsinkiCard – karty oferującej darmowe lub obniżone cenowo wstępy do wszystkich muzeów, darmową komunikację publiczną oraz bardzo liczne atrakcje, z których chętnie korzystaliśmy. Miasta portowe mają swoją magię, której nie da się opisać, ale którą bardzo łatwo poczuć, widząc oddalające się budynki podczas słuchania chlupotu fal uderzających o burtę.

Podróż do Finlandii

Katedra góruje nad miastem

Na sześciu wyspach, oddalonych o jakąś milę morską od helsińskiego portu, znajduje się niesamowita twierdza Suomenlinna, przy której Wisłoujście to zameczek z piasku. Ogromne (choć w planach jeszcze większe) dzieło Szwedów, rozbudowane przez Rosjan, pełne historycznych miejsc, punktów widokowych i muzeów opowiadających o jego powstaniu – a dla osób szukających innego rodzaju rozrywki – restauracji oraz klubów. Zdecydowanie obowiązkowy punkt podczas wycieczki do Helsinek. Kolejnym celem do „odhaczenia” jest wyspa zlokalizowana po przeciwnej stronie miasta – Seurasaari, mieszcząca skansen pełen fińskich chatek, domków i innych obiektów z ostatnich trzystu lat. W Helsinkach naprawdę jest co zwiedzać. Czy wymieniłam muzea?

Podróż do Finlandii

Suomenlinna

Podróż do Finlandii

Na Seurasaari

Teraz czas na garść praktycznych informacji:

W Finlandii obowiązują dwa języki – fiński i szwedzki. Wszelkie oznaczenia, nazwy przystanków, teksty na produktach w sklepach występują właśnie po fińsku i szwedzku. Mimo to, zarówno w Helsinkach, jak i w Turku, każdy napotkany przez nas Fin doskonale radził sobie z językiem angielskim i chętnie udzielał wskazówek albo pomocy. We wszystkich muzeach i galeriach podpisy były przetłumaczone na język angielski, tak samo jak szczególnie ważne komunikaty. Jest to ważne głównie dlatego, że język fiński nie przypomina w żadnym stopniu innych języków europejskich (z wyjątkiem estońskiego), natomiast w szwedzkim podobieństwo to jest dość niewielkie (choć pomocne, np. słowo „flygstation”). Tylko dwie fińskie nazwy zabrzmiały dla nas znajomo: apteekki (apteka) i kioski (kiosk). Bardziej spodziewajcie się nazw typu yliopisto (uniwersytet) czy rautatieasema (stacja kolejowa).

Podróż do Finlandii

Rautatieasema

Niezwykłą cechą fińskich ulic jest to, że pieszy ma zawsze pierwszeństwo. Na skrzyżowaniach nie trzeba czekać, ponieważ wszystkie samochody zatrzymują się, jeśli tylko kierowca zobaczy, że ktoś chce przejść. Początkowo myślałam, że to cecha jedynie śródmieścia – później okazało się, że nie inaczej jest trochę dalej od centrum miasta. Dużo jest rowerzystów, są i rowery miejskie. Cykliści przeprowadzają rowery przez pasy i jeżdżą zupełnie przepisowo. Tramwaje jeżdżą powoli i przepuszczają wszystkich innych uczestników ruchu, w tym samochody osobowe. Ponieważ tory tramwajowe często zakręcają, pojazdy mają bardzo wiele przegubów, co tworzy ich szczególną estetykę. W Helsinkach bilety na komunikację publiczną (w tym prom) kasuje się przykładając do ujednoliconego, wyglądającego wszędzie identycznie, urządzenia. W zależności od środka transportu, urządzenie to spotkać można wewnątrz pojazdu (autobusy, tramwaje), lub na przystanku (metro, prom). W Turku, natomiast, bilet należy pokazać kierowcy, wchodząc przednimi drzwiami.

Podróż do Finlandii

Komunikacja publiczna jest bardzo rozwinięta w Finlandii, chętnie korzystają z niej ludzie w każdym wieku

Gniazdka zasilające są zbliżone do tych w Polsce. Zamiast bolca uziemiającego, znajdują się w nich dwa paski uziemiające z góry i z dołu. Gniazdka te, jak zresztą i parametry prądu w fińskich gniazdkach są w pełni kompatybilne z używanymi w Polsce urządzeniami elektronicznymi [dzięki Piotrek za korektę!] Piętra budynków, natomiast, liczy się od 1, czyli 1 to parter, 2 to odpowiednio pierwsze piętro. Waluta to oczywiście euro.

Ceny w Finlandii są podobne do cen w Belgii (nasza poprzednia podróż). Pocztówki na ogół kosztują € 1, choć zdarzają się też takie w przedziale €0.10-5.00. Obiady w barach kosztują zwykle kilkanaście euro. Noc w hotelu wynosi od kilkudziesięciu euro za pokój. Bilety wstępu do muzeów i innych obiektów to koszt do kilkunastu euro, najczęściej €4.00-9.00. Jako „bilet wstępu” często otrzymuje się naklejkę, którą należy umieścić w widocznym miejscu.

W mieście można znaleźć supermarkety m.in. Lidl, K-Market i S-market. My robiliśmy zakupy w dwóch ostatnich. Kilka słów o fińskich produktach:

  • fińskie mleko (od €1) jest wzbogacane w witaminę D i jest przepyszne
  • masło solone (€2), również bardziej mi pasuje niż polskie
  • jaja są myte, śnieżnobiałe, oznacza to że trzeba je szybciej zjeść po zakupie (i koniecznie trzymać w lodówce)
  • fasola, groch, pomidory w puszce można znaleźć poniżej €1, za to są w kartoniku
  • wodę butelkową wystarczy kupić raz podczas podróży – nikogo nie dziwi widok osoby nalewającej do butelki kranówkę, ponieważ jest ona na ogół smaczna i czysta
  • na wszystkie puszki naliczana jest kaucja – nie tylko na puszki z piwem, podobnie jak zresztą na plastikowe butelki
  • ceny w ogólności są znacznie wyższe niż w Polsce, jednak najtańsze produkty są podobnej jakości (wysokiej) jaka w Polsce cechuje produkty „z wyższej półki”, o podobnej cenie
  • opisy produktów są na ogół tylko po fińsku i szwedzku, dlatego osoby uczulone na jakiś składnik powinny przetłumaczyć sobie jego nazwę; prawdopodobnie będzie on pogrubiony
Podróż do Finlandii

Zawartość kartonika na szczęście łatwo rozpoznać po zdjęciach

Finlandię warto też odwiedzić dla samej przyrody. Od razu po wyjściu z samolotu w Turku, poczuliśmy, że powietrze jest czyste i ładnie pachnie, lasem. Finlandia jest bardzo skalista, mimo to roślinność doskonale radzi sobie w obrastaniu kamiennego podłoża. Także człowiek nie daje się pokonać mniejszym i większym górom. Autostrada pomiędzy Turku a Helsinkami nie wije się pomiędzy górami, a przecina je. Typowym widokiem są więc wycięte ręką ludzką skalne ściany, często wysokości kilku kondygnacji. Droga prowadzi przez liczne lasy i jeziora, stanowiące charakterystyczny krajobraz tego pięknego kraju. Wspomnianych lasów i jezior z kolei najwięcej jest w środkowej części kraju, której my nie odwiedziliśmy.

Podróż do Finlandii

Typowa ulica w Finlandii

Wbrew temu co mogłoby się wydawać, przełom sierpnia i września w Finlandii nie był ani ciemny ani zimny. Pogoda dopisała nam o wiele bardziej, niż przez poprzednie dwa miesiące w Gdyni. Temperatura za dnia wahała się pomiędzy 14 a 19 stopniami Celsjusza, czyli nawet nie wymagała cieplejszej kurtki czy swetra. Z całą pewnością czego innego można się spodziewać po miesiącach zimowych, zwłaszcza na północy kraju. Odwiedzając latem stolicę, natomiast, nie ma czego się bać, jeśli chodzi o temperaturę.

Czas lokalny w Finlandii różni się od o jedną godzinę. Z tego powodu na bilecie lotniczym można zobaczyć, że lot w jedną stronę trwa ponad dwie godziny, a w drugą zaledwie dziesięć minut. W rzeczywistości w samolocie w obu przypadkach spędzi się ok. godziny i dziesięciu minut. Od razu po przybyciu, trudno nie poczuć, że powietrze jest bardzo świeże i ma przyjemny, leśny zapach.

Osoby posiadające o wiele więcej czasu niż nasze cztery dni, mogą zainteresować się rejsem z Helsinek do Tallinna lub Petersburga. Oba miasta mają wygodne połączenie wodne z Finlandią i znajdują się w bardzo bliskiej odległości.

Planując wycieczkę do Finlandii, najlepiej przeznaczyć na same Helsinki co najmniej trzy dni. Jest to minimum, aby zobaczyć wszystkie najważniejsze miejsca, choć oczywiście im więcej czasu tym lepiej. Turku, jako poprzednia stolica, również ma wiele do zaoferowania. Gdyby nasza wyprawa trwała dłużej, z pewnością odwiedzilibyśmy miasto Tampere, a może nawet i Oulu, znajdujące się w centralnej części kraju. Finlandia jest niewiele większa od Polski, ale jej mroźna północ brzmi jak temat na poważną wyprawę, a nie turystyczną wycieczkę.

W kolejnych wpisach z fińskiej serii przedstawię miejsca, które odwiedziliśmy. Spodziewajcie się mnóstwa zdjęć!

Podróż do Finlandii
Więcej

Czy warto iść na studia architektoniczne? 1/2

Tak, jak kiedyś odpowiadałam na pytanie czy warto iść do liceum plastycznego, tak postanowiłam zrobić podobnie w przypadku studiów, które wybrałam – architektury. Planowo taki wpis miał się pojawić dopiero po ich zakończeniu, ale uznałam, że nie chcę publikować czegoś długiego jak epopeja, więc podzielę go na pół. Pierwsza część (ta którą właśnie czytasz) opowie o przygotowaniach do rozpoczęcia tego typu studiów, o egzaminach wstępnych oraz o pierwszych trzech latach nauki. Za dwa lata spodziewajcie się kontynuacji, która przedstawi zdobywanie tytułów inżyniera oraz magistra inżyniera architekta. A jak się życie potoczy dalej – tego już nie da się do końca zaplanować. Póki co, zapraszam na pierwszą część tego małego cyklu.

Jakiś dłuższy czas temu pisałam, że dostałam się na architekturę przypadkiem – pewnym zrządzeniem losu. Kilkanaście miesięcy później wiedziałam już, że ten przypadek był jedną z najlepszych rzeczy, jakie mi się przytrafiły w życiu. Zupełnie odnalazłam się na tym kierunku. Z roku na rok coraz bardziej kręci mnie świat architektury i coraz łatwiej odrzucam jakiekolwiek inne drogi w życiu, przekonując się do tej konkretnej. Z tego powodu mój wpis będzie miał wydźwięk zdecydowanie pozytywny, zachęcający – bo uwielbiam ten kierunek i z pełnym przekonaniem mogę go polecić.

Czy warto studiować architekturę?

Dlaczego warto studiować architekturę? Bo te studia są niezwykle interesujące i pozwalają się rozwinąć w bardzo wielu dziedzinach. Jest to jedno z tych doświadczeń, które łączą nauki ścisłe (matematyka, fizyka, mechanika, konstrukcje…), humanistyczne (historia, socjologia), ekonomiczne i przede wszystkim artystyczne. Dzięki tak wszechstronnej wiedzy można mieć rozeznanie w wielu dziedzinach i w razie czego nie mieć większych problemów z zmianą wybranej drogi. Tylko czy jest powód aby ją zmieniać? Trudno powiedzieć – za to widok nie-spalonych za sobą mostów może uspokoić każdą niezdecydowaną osobę.

Zawód architekta to jednak jedna z tych profesji, o których się marzy. Kto by nie chciał podziwiać swoich projektów, zajmujących nie kilka tysięcy pikseli na jakiejś stronce internetowej (do czego sztuka zaczyna zmierzać) a całe ogromne powierzchnie terenu, pnąc się w górę i roztaczając swój obraz na wszystkie strony. Kto by nie chciał, aby jego dzieło ktoś mógł nazwać domem i pokochać. Kto by nie chciał zostawić po sobie obiektu, który byłby opiewany w czasopismach i stałby się miejscem niejednego ważnego wydarzenia – jak nie dla całego społeczeństwa to chociaż dla pojedynczych osób. Kto by nie chciał budować scenografii do życia innych ludzi, a może także i dla siebie, gdy trochę złota spłynie do portfela. Tak, to ogromna odpowiedzialność, to konieczność zdobycia zaufania i dbałość o każdy najmniejszy szczegół. To też niewyobrażalnie dużo pracy. Ale czym byłoby życie bez celów, które prawie-prawie a byłyby awykonalne?

Kiedy zaczynałam pisać ten wpis, nie miałam jeszcze praktyki w biurze architektonicznym. Moja wiedza o tym zawodzie ograniczała się do tego, co opowiedzieli o nim wykładowcy lub co wyczytałam w książkach. Teraz trochę inaczej patrzę na niektóre aspekty – a mimo to wciąż chcę zostać architektem. Takim, który co chwila musi jeździć do urzędu miasta, rozmawiać z branżystami, uzgadniać z rzeczoznawcami i poprawiać wiecznie ten sam projekt – oraz takim, który mimo tego wszystkiego wciąż znajduje w sobie siłę i kreatywność aby działać dalej, dalej tworzyć.

Jak dostać się na studia architektoniczne?

Architektura to jeden z tych kierunków, które posiadają egzamin wstępny. Ponieważ chętnych jest bardzo wielu, uczelnie muszą wyłonić wśród nich tych, którym wyraźnie zależy i którzy posiadają potrzebne umiejętności. Nie jest to na szczęście niewyobrażalnie trudny egzamin – myślę, że jeśli ktoś lubi rysować i posiada wyobraźnię przestrzenną, to bez problemu powinien sobie z nim poradzić. Ważnym jest tylko wcześniejsze rozrysowanie się na dużym formacie – 50×70 albo 100×70 cm – bo takiego wymiaru kartkę zobaczysz przed sobą na jednym z zadań.

Egzamin wstępny na architekturę wygląda inaczej na rożnych uczelniach. Mój składał się z:

  • części rysunkowej, na której trzeba było narysować dziewczynę siedzącą w kajaku, z wiosłem (rysunek z patrzenia). Co roku kompozycja jest oczywiście inna, ale na ogół łączy postać człowieka z większym przedmiotem. Na różnych uczelniach temat może być inny – na przykład rysunek może dotyczyć przedstawienia czegoś z wyobraźni. Słyszałam też o kompozycjach trójwymiarowych, na przykład wykonywanie makiet z kartonu.
  • części testowej, czyli kilku kartek z krótkimi zadaniami, bardziej na logikę i wyobraźnię niż rzeczywistą wiedzę. Moja „część na wyobraźnię” wyglądała tak.

Wiele osób decyduje się zapisać na specjalne kursy przygotowujące do tego egzaminu. Często są one niewyobrażalnie drogie. Z obserwacji widzę, że tego typu zajęcia nie gwarantują sukcesu na egzaminie, choć zdecydowanie mogą pomóc. Jeśli nie miałeś/aś wcześniej zbyt dużo kontaktu z rysunkiem, warto rozważyć tę opcję. Jednak jeśli nie masz możliwości zapisać się na taki kurs, nic straconego! Zorganizuj sobie kurs we własnym domu, kup deskę w markecie budowlanym (poproś o przycięcie do formatu 100×70) oraz kartki tego wymiaru i układaj sobie kompozycje do narysowania. Tak naprawdę do opanowania są dwie najważniejsze umiejętności:

  • zakomponowanie na kartce, czyli stworzenie rysunku, na którym zmieszczą się wszystkie wymagane przedmioty, nie będą ani za duże ani za małe
  • zadbanie o proporcje rysowanych przedmiotów, czyli stosunek ich wielkości względem siebie

W internecie można znaleźć mnóstwo poradników odnośnie rysowania, w tym jeden mój.

Oczywiście równie ważnym, co egzamin wstępny, jest wynik z matury. Najgorszym co możesz zrobić, decydując się na takie studia, jest oddanie się ćwiczeniom rysunkowym i nie zdanie egzaminu dojrzałości z braku czasu.


Pierwszy semestr

studia architektoniczne

Początek studiów to nabywanie podstawowych umiejętności oraz nadrabianie braków z poprzednich etapów edukacji. Jeśli, tak jak ja, nie miałeś/aś matematyki na poziomie rozszerzonym w szkole, przygotuj się na dłuższy romans z tym przedmiotem. Jeśli na początku nie możesz się otrząsnąć z tego, że jesteś na tych studiach, mnogość projektów sprawi, że szybko Ci przejdzie. Czego można się spodziewać:

  • projektowania i klejenia makiet – na początku będą to głównie formy składające się z prostych brył geometrycznych. Pamiętam, że długie weekendy kleiłam te nieszczęsne prostopadłościany, nie wiedząc, że jeśli nie zrobię „skrzydełek” na każdym fragmencie tektury, to makieta się nie rozleci. Nie znałam wtedy potęgi Medżika (pamiętaj, choćby nie wiem co, nigdy nie kupuj innego kleju niż Magic),
  • matmy – bo co to za inżynier, który liczyć nie potrafi. Na mojej uczelni były na szczęście bezpłatne zajęcia dodatkowe, pozwalające nadrobić zaległości. Mimo to, było trudno. Na pocieszenie powiem tylko, że na studiach typowo ścisłych matmy jest co najmniej trzy razy więcej,
  • geometrii wykreślnej – czyli przedmiotu, który na pierwszy rzut oka wygląda jakby ktoś wymyślał go będąc co najmniej w stanie zadurzenia. Kiedy rzutnie, rzuty Monge’a i punkty niewłaściwe zaczną nabierać sensu, możesz poczuć się jakby nagle odblokował Ci się kolejny zmysł albo ktoś pokazał Ci Narnię za wieszakami z ubraniami w Twojej własnej szafie,
  • rysunku – aby nie zapomnieć, jak się trzyma ołówek,
  • rysunku architektonicznego – który znacznie się różni od tego powyżej
  • materiałów budowlanych – abyś dowiedział(a) się, czym jest cegła, ile jest jej odmian i czy aby na pewno którejś nie zapomniałeś/aś,
  • historii architektury powszechnej – przedmiotu wymagającego nie tylko solidnej teorii, zapamiętania wszystkich nazw, stylów i autorów ale i umiejętności narysowania rzutów i elewacji najważniejszych budynków – z pamięci!
  • technik komputerowych, na których poznaje się m.in SketchUpa, czyli takiego Painta dla architektów,
  • ergonomii – w formie wykładów,
  • a także języka obcego i wychowania fizycznego.

Drugi semestr

studia architektoniczne

Na mojej uczelni był bardzo mocno powiązany z pierwszym, ponieważ większość przedmiotów kontynuowało swój bieg. Dołączyło za to kilka nowych, czyniąc tym samym drugi semestr jednym z najtrudniejszych:

  • mechanika budowli – coś, co sprawiło, że zaczęłam rozumieć jak to jest totalnie nie rozumieć. Nigdy wcześniej nie miałam problemów z nauczeniem się czegokolwiek – co najwyżej brakowało mi materiałów, czasu albo zapału. Tutaj, posiadając wszystkie trzy wartości, długo nie potrafiłam zrozumieć, o co chodzi. Czułam się totalnie za głupia, praktycznie jak nigdy. Dostępne źródła różniły się między sobą oznaczeniami i założeniami, co jeszcze bardziej wszystko utrudniało. Kiedy zdałam ten przedmiot w sesji poprawkowej, czułam się, jakby ktoś zdjął mi z serca co najmniej ołowianą belkę,
  • historia urbanistyki,
  • budownictwo – polegające na razie jedynie na zapoznaniu się z rysunkiem technicznym i występującymi w nim oznaczeniami.

Po tym semestrze trzeba było zaliczyć praktykę budowlaną, polegającą na odwiedzeniu wybranej przez studenta budowy przez jeden etap i stworzeniu książeczki ze zdjęciami i opisami, co konkretnie się działo podczas wykonywanych prac. Ja wybrałam sobie budynek wielorodzinny na Wyspie Spichrzów, natrafiając na jeden z najciekawszych etapów budowy – fundamentowanie.

Przed semestrem trzecim trzeba też było wybrać sobie małą wieś z zabudową tradycyjną i przeprowadzić w niej inwentaryzację. Mnóstwo rysunków i mapek było jedynie zapowiedzią tego, co miało mnie czekać na kolejnym semestrze.


Trzeci semestr

studia architektoniczne

Powoli zaczynasz wątpić, że istnieje życie pozaAutoCADowe. Projektowanie dotychczasowych kompozycji ustępuje miejsca prawdziwemu zadaniu architektonicznemu – trzeba zaprojektować dom jednorodzinny. Pamiętam, że bardzo stresowało mnie to zadanie, bo wydawało mi się, że kompletnie brakuje mi wiedzy, aby taki projekt zrobić. Aby dobrać materiały budowlane, ich grubości i połączenia i jeszcze umieć to narysować. W tym temacie napisałam dwa posty – pierwszy w trakcie projektowania i drugi, przedstawiający efekt końcowy. Wtedy też zdecydowałam, że nigdy nie będę używać SketchUpa do projektowania architektury.

Nowości na trzecim semestrze to:

  • ruralistyka – nauka o wsiach, wbrew pozorom wcale nie taki łatwy przedmiot, zwłaszcza jeśli chodzi o część wykładow,ą
  • przyroda – nauka o formach ochrony fauny i flory, uwarunkowaniach przyrodniczych terenu itp.,
  • historia architektury współczesnej – przedmiot który kochałam za to, że ograniczył się jedynie do wykładów. Uważam, że niektóre współczesne budynki są „nienarysowywalne”,
  • urbanistyka – na razie głównie w teorii, a w praktyce wymagająca jedynie zaprojektowania placu.

Trzeci semestr skupiał się na projektowaniu w małej skali i uwarunkowaniach przyrodniczych i kulturowych.


Czwarty semestr

studia architektoniczne

Był zupełnie inny od poprzednich. Zadaniem na projektowaniu był budynek wielorodzinny, co początkowo wydawało mi się bardzo prostym zadaniem. Skoro zaprojektowałam dom jednorodzinny, narysowałam jego rzuty, przekroje, elewacje i plan zagospodarowania, to teraz wystarczy zrobić to samo na większą skalę. Zaszalałam więc i zrobiłam budynek trudny konstrukcyjnie, a jak się później okazało – jeszcze trudniejszy w dopilnowaniu kwestii bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Poza tym, mój budynek był ogromny. Nie znając jeszcze dobrze Revita, długie noce poprawiałam rzuty w AutoCADzie, regulując grubości linii i połączenia ścian. Projekt budowlany na tym semestrze był ciężkim zadaniem, zawierał bardzo wiele elementów i ostatecznie przyjął formę plansz złożonych do naprawdę niemałej książeczki. Na urbanistyce również powiększył się zakres – tym razem do zaprojektowania był zespół budynków mieszkaniowych z niedużymi usługami.

Na czwartym semestrze dołączyły też nowe przedmioty:

  • konstrukcje budowlane – przez cały semestr w grupach opracowywaliśmy projekt jednego budynku, wyliczając ręcznie zbrojenie i obciążenia. Dodatkową trudnością były rysunki, które musiały być zrobione bardzo dokładnie, z konkretnymi oznaczeniami i nazwami,
  • HAPOL – historia architektury polskiej, postrach wszystkich studentów; przedmiot wymagający bardzo szczegółowej wiedzy, a także umiejętności narysowania budynku na podstawie notatek z wykładu i zdjęcia pokazywanego na rzutniku,
  • pojawiają się też seminaria obieralne, czyli dodatkowy przedmiot, który można sobie wybrać z listy, ja poszłam na zajęcia dotyczące przestrzeni podziemnej miasta,
  • rzeźba – na której każdy wykonał głowę z gliny.

Dodatkowo, pod koniec czekała nas praktyka hapolowska. Polegała ona na narysowaniu rzutu, przekroju lub elewacji istniejącego obiektu. Zadanie wykonywane w grupach, wymagające więcej wysiłku niż mogłoby się wydawać, ponieważ wszystko musiało być odmierzone z bardzo dużą dokładnością.


Piąty semestr

studia architektoniczne

Nie zliczę, ile razy słyszałam, że piąty semestr to prawdziwe piekło. I choć nie raz wyrywałam sobie włosy z głowy, nie wiedząc jak zorganizować godziny w swoim kalendarzu, aby wystarczyło na wszystko, ostatecznie poradziłam sobie z nim prawie bez bólu. Prawie, bo moja przygoda z hapolem rozciągnęła się na sesję poprawkową. To z kolei zaowocowało przepisaniem i przerysowaniem tych samych rzeczy co najmniej 2 razy. Tych kilkudziesięciu kartek B5. Także konstrukcje były kontynuowane, choć tym razem skupiały się na stali i korzystały z programu Robot.

Na projektowaniu architektonicznym do wykonania był nieduży budynek użyteczności publicznej, a na urbanistyce większe osiedle mieszkaniowo-usługowe.

Piąty semestr to jednak przede wszystkim nowości:

  • socjologia – przedmiot wydawałoby się, że lekki i przyjemny, a mimo to wymagający czytania i myślenia,
  • fizyka budowli – głównie dotycząca przenikania ciepła i wilgoci przez przegrody, charakterystyki energetycznej i komfortu termicznego – brzmi strasznie, ale w rzeczywistości nie jest tak źle,
  • akustyka – na której projektuje się salę widowiskową dostosowaną do konkretnej funkcji i liczby osób tak aby każdy widz wszystko dobrze widział i słyszał,
  • kompozycja – w miejscu rysunku i malarstwa, przedmiot na którym odchodzi się od prób wiernego przedstawienia, a skupia na układzie plam i linii oraz doborze materiałów,
  • teorie architektury współczesnej – w formie wykładu,
  • percepcja – która była dziwna.

Kontynuowany jest hapol, konstrukcje budowlane, projektowanie architektoniczne i urbanistyczne, a także pojawiają się nowe seminaria obieralne do wyboru. Ja zapisałam się na ideogramy architektury.


Szósty semestr

studia architektoniczne

Czyli ostatni omawiany w tym wpisie. Wiele razy słyszałam, że jest to najłatwiejszy semestr ze wszystkich i w sumie biorąc pod uwagę wyłącznie sesję, to by się zgadzało. Nie mieliśmy w niej ani jednego egzaminu. Oczywiście co to by była za sesja, podczas której student może spokojnie iść spać? Roboty było i tak bardzo dużo.

W tym semestrze główną trudnością była duża liczba przedmiotów projektowych. Oprócz zwykłego projektowania architektonicznego i urbanistycznego doszło projektowanie przeddyplomowe, na którym rozpoczęliśmy coś, czego będziemy bronić na dyplomie. Do wyboru projekt hotelu albo akademika. Oprócz samej części architektonicznej trzeba było zaprojektować wszystkie niezbędne instalacje w budynku, a także konstrukcję, czyli ustalić podpory i kierunki oparcia, układ konstrukcyjny i technologię.

W międzyczasie trzeba było znaleźć czas na projekt drugiego dużego budynku. Wybór funkcji był zależny od katedry. Ja projektowałam przychodnię zdrowia. Urbanistyka również wymagała więcej pracy, ponieważ projekt dotyczył zagospodarowania całej dzielnicy w Gdańsku albo Gdyni. Bardzo obszerne analizy doprowadziły do poprowadzenia nowych dróg, rozplanowania funkcjonalnie terenu i poprowadzeniu komunikacji publicznej, ale także zaprojektowaniu konkretnych miejsc, które miały się stać najważniejszymi punktami. Bardzo ciekawe ale i wymagające zadanie. Nowością była inżynieria miejska i drogowa. Ominę ten przedmiot zasłoną ciszy.

Na seminaria obieralne wybrałam sobie projektowanie parametryczne. Najwspanialsze zajęcia na świecie dotyczące czegoś, z czym chciałabym związać swoją przyszłość. Wymyślanie algorytmów generujących różnorakie bryły opanowałam do tego stopnia, aby wykorzystać je jeszcze w elewacjach budynków na oba projektowania. Jeśli kiedyś będę miała za dużo czasu w życiu, to już wiem czemu mogłabym się kompletnie poświęcić.


Podczas tych trzech lat bardzo dużo się działo. Zaczynałam jako osoba nie wiedząca, czego się spodziewać. Teraz czuję się gotowa na kolejne dwa lata studiów architektonicznych. Znalazłam pasję w tym co robię. W nieodległej przyszłości zamierzam wrzucić krótki poradnik dla świeżych studentów tego wspaniałego kierunku. Opiszę wtedy, jak ułatwić sobie życie i nie popełnić błędów które mogą kosztować co najmniej konieczność poprawy jakiegoś egzaminu.

Architektura na każdej uczelni jest inna, ale z rozmów ze studentami wynika, że większość przedmiotów się pokrywa. Dlatego przy decyzji, czy to kierunek dla Ciebie, spokojnie możesz zadać sobie pytanie: czy chciałbym/abym uczyć się takich rzeczy i robić takie projekty? A czy dostaniesz po tym pracę? No cóż, ludzie zawsze będą potrzebować dachu nad głową .

Więcej

Warsztaty sztalugowe dla dorosłych, każdy może zostać artystą

każdy może zostać artystą

Wiele osób twierdzi, że artystą może zostać tylko ktoś, kto dostał magiczny dar od siły wyższej albo genetycznie uzyskał talent po swoich przodkach. Są też tacy, którzy uważają, że kreatywności i tworzenia da się nauczyć, ale tylko zaczynając w odpowiednio młodym wieku. Moje zdanie w tym temacie jest absolutnie odmienne. Twierdzę, że każdy może stworzyć coś pięknego, nauczyć się wyrażać swoje emocje poprzez sztukę, niezależnie od wieku. Każdy może zostać artystą, jeśli tylko tego chce i uda mu się znaleźć w sobie iskrę wrażliwości twórczej. Wtedy włożona praca i poświęcony czas mogą zdziałać cuda.

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o bardzo inspirującym wydarzeniu, w którym uczestniczyłam. Pod koniec lipca, w Laboratorium Innowacji Społecznych w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym odbyły się tygodniowe warsztaty sztalugowe dla dorosłych. Choć darmowe bilety rozeszły się w pierwszych minutach od ogłoszenia wydarzenia, mi na szczęście udało się dostać na te zajęcia. Cieszę się, że rysunek i malarstwo są wciąż chętnie praktykowane przez osoby, które podstawówkę mają już dawno za sobą.

Warsztaty odbywały się przez pięć dni od godziny 17 do 20. Część osób, w tym ja, przybywało na nie prosto z pracy. Było więc to niemałe wyzwanie, ale udało się je zakończyć sukcesem.

Na miejscu poznałam grupę piętnastu osób pełnych motywacji do działania i chętnych do nauczenia się czegoś nowego. Duża większość z nich nie miała w swoim życiu zbyt wiele przygód z malarstwem, choć tylko część nie zajmuje się tworzeniem w ogóle. Zajęcia poprowadziła Joanna Cupiał, prawdziwie artystyczna dusza, mająca dwie pracownie (w Gdańsku i Gdyni) i ucząca sztuki zarówno grupy dzieci jak i dorosłych. Tydzień pracy zaowocował wernisażem, na który przyszło zaskakująco dużo osób.

Pierwszy dzień

każdy może zostać artystą

Zanim ustawiliśmy się przy sztalugach, trzeba było zacząć od czegoś mniejszego na rozgrzewkę. Pierwszym naszym zadaniem było stworzenie trzech szkiców przedstawiających ludzi na tle architektury – czyli kontrast nieorganiczne-organiczne. 45 minut na trzykrotne wynalezienie odpowiedniego miejsca wokół PPNT i odwzorowanie go ołówkiem na kartce papieru. To zadanie uznałam za trudne, bo budynki Parku okazały się jeszcze bardziej monumentalne w kontraście do ludzi, niż wydają się kiedy nie trzeba ich narysować. Wykadrowanie czegoś zza ulicy tez było dość trudne. Ostatecznie zrobiłam półtora szkicu i bazgroł. Ten ostatni „mi się zgubił”.

Drugim wprowadzającym ćwiczeniem były szybkie portrety. Naprawdę szybkie, bo na każdy z nich mieliśmy dwie minuty, liczone z zegarkiem. Świetne zadanie, polegające na wyszukaniu w twarzy drugiej osoby elementów charakterystycznych i szybkie ich odwzorowanie na kartce – bo na dopracowanie szczegółów nie ma czasu. Potem odgadywaliśmy przedstawione na kartkach osoby, co o dziwo nie było aż takie trudne i w większości przypadków udawało się za pierwszym strzałem.

każdy może zostać artystą
każdy może zostać artystą

Drugi i trzeci dzień

Główna część warsztatów – malowanie farbami. Martwa natura składająca się z niewielkiej liczby przedmiotów na tkaninie. To zupełnie co innego niż bałagan jaki malowałam na uczelni czy w liceum. O wiele trudniej znaleźć odpowiednią kompozycję z małą liczbą przedmiotów, niż wykadrować fragment czegoś co wyglądałoby ciekawie nawet na zdjęciu. Domyślam się jednak, że mój problem był jednym z mniejszych jakie pojawiały się tego wtorkowego wieczora.

Na szczęście prowadząca warsztaty bardzo konkretnie tłumaczyła jak malować. Zaowocowało to tym, że praktycznie ani jedna praca nie była zła, wszystkie miały w sobie coś ciekawego i wartościowego. Myślę, że brakowało mi takiego podejścia na początku liceum. Wtedy nauczyciel tylko powiedział, że „mamy zrobić mięso”, a klasa długo próbowała się domyślić, o co mogło chodzić. Joanna natomiast wytłumaczyła i dokładnie przedstawiła, w jaki sposób mierzyć proporcje obiektów, jakich farb używać (dwie czerwone, dwie niebieskie, dwie żółte i biała), jaki efekt można osiągnąć konkretnymi narzędziami i jak myśleć o przedstawianym przedmiocie, aby uchwycić jego naturę.

Czwarty dzień

każdy może zostać artystą

      

każdy może zostać artystą

Po lewej moja abstrakcja, po prawej portret autorstwa Ewy Antoniny Kielar, na którym wyglądam absolutnie jak ja

Węgiel. Bardzo trudna technika, z którą nie miałam zbyt wielu przygód. Szczerze mówiąc, unikałam jej jak ognia, głównie ze względu na brudzenie wszystkiego wokół i trudność naprawienia ewentualnych błędów. Jako temat dostaliśmy portret – portret osoby siedzącej naprzeciwko lub obok, przy podłużnym stole. Jednoczesne rysowanie i pozowanie było trudnym zadaniem, a technika węgla niczego nie ułatwiała. Ostatecznie nie jestem zadowolona z mojej pracy, wszystko wyszło krzywo, ołówkiem byłoby lepiej. Ale cieszę się, że warsztaty wymusiły we mnie odepchnięcie na chwilę niechęci do tej techniki.

Później rozpoczęliśmy kolejną pracę, która była jeszcze kontynuowana ostatniego dnia warsztatów. Abstrakcja, czyli obraz nieprzedstawiający czegoś konkretnego. Finalna praca powstała z połączenia dwóch zamalowanych w całości kartek papieru. Szczegółów nie zdradzę, ale być może ktoś zgadnie, jaka historia kryje się za tym zbiorem warsztatowych dzieł.

Wernisaż

Wernisaż, czyli nie tylko darmowe ciastka (ale też!). Przyszło wyjątkowo dużo osób, nawet pomimo że w wydarzeniu utworzonym przez LIS na Facebooku nie zaznaczyło się zbyt wielu chętnych. Dość duża przestrzeń pozwoliła wyeksponować wszystkie prace, poza szybkimi szkicami – z tych zawisło jedynie parę wybranych. Świetnym i szybkim sposobem zaprezentowania tak wielu dzieł na papierze okazały się linki i spinacze do bielizny. Kolejny pomysł Asi, który z powodzeniem można zaadaptować do domowych celów, na przykład stworzenia wystawki zdjęć z wakacji. Tutaj wisiały węglowe portrety i abstrakcje.

każdy może zostać artystą

To, co powinnam zaznaczyć już na początku wpisu to fakt, że przez ten tydzień wszyscy świetnie się bawili. Prowadząca sama przyznała, że inaczej uczy się grupę dorosłych niż dzieci. Mi taki podział zdecydowanie pasuje. Zupełnie inną motywację mają osoby, które w codziennym biegu organizują sobie te parę wieczorów i postanawiają wytrwać do końca, a inaczej dzieci, którym się nudzi i które przywykły do tego, że ktoś organizuje im czas. To, co jeszcze połączyło uczestników, to chęć tworzenia – czyli zaprezentowania czegoś swojego, stworzonego własnymi rękami. I bez różnicy, czy ktoś przygotowywał się do tego przez całe życie, czy po raz pierwszy widział na oczy pędzel. Sztuka to nie rzemiosło, sztuka to zabawa, poszukiwanie i łączenie.

Więcej

Czwarta edycja See Bloggers

Blogosfera rozrasta się w niesamowitym tempie, a na blogerskie imprezy twórcy internetowi zgłaszają się tysiącami. Podobnie było z tegoroczną edycję See Bloggers – organizatorzy zaplanowali bardzo duże wydarzenie, na co najmniej kilkaset osób. Dzięki temu nawet tacy mniej popularni blogerzy jak ja, mieli szansę się dostać na listę uczestników. Daleko nie miałam, bo impreza odbyła się w mojej Gdyni – z tego też powodu szczególnie zależało mi na uczestnictwie. A czy było warto – zapraszam do zapoznania się z moją relacją z wydarzenia.

see bloggers

Zaczęło się dziwnie. Przed wejściem do budynku, w którym odbywało się See Bloggers, ciągnęła się ogromna kolejka. Tego można się było spodziewać przy dużej liczbie uczestników. Czy zawiniło to, że rejestracja każdej osoby trwała długo przez drukowanie plakietek na miejscu, czy fakt, że uczestnicy przybywali na ostatnią chwilę, pomimo otwarcia półtorej godziny wcześniej – trudno powiedzieć. Niestety wpłynęło to na pierwsze warsztaty i wykłady, na które niektórzy docierali w trakcie trwania.

See Bloggers to ludzie

W całym See Bloggers chyba najbardziej bałam się tłumu. Znam budynki PPNT, wiem ile miejsca jest w centrum konferencyjnym i nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak mogłoby się w nim znaleźć 900 osób na raz. Później ktoś powiedział, że uczestników imprezy było ponad 1300. Nie wiem, na ile to prawda, ale miałam wrażenie, że nie było nawet połowy tej liczby. Często natrafiałam na znajome twarze i dość łatwo było mi znaleźć osoby, z którymi szczególnie chciałam zamienić kilka słów.

Na tym właśnie zależało mi najbardziej. Chciałam spotkać te osoby, których twórczość obserwuję od dawna, które swoimi postami na blogach mnie inspirują i motywują do działania. Wyszukiwałam też twarzy znanych z poprzednich imprez blogowych, czy nawet ze świata pozablogowego. W ten sposób udało mi się miło spędzić czas z:

  • Qrkoko i jej Przedmężem – znanych w rękodzielniczej części blogosfery – jak się okazuje, przemiła para, trzymająca się raczej poza tłumem, a mająca zawsze coś ciekawego do powiedzenia
  • Panią Dyrektor – czyli moją najulubieńszą blogerką architektoniczną, kobietą o niezwykłym charakterze i zwariowanym podejściu do życia
  • Rosaline – Sylwia pochodzi z mojej rodzinnej miejscowości (obecnie mieszka na Śląsku), prowadzi bloga feministyczno-kobiecego, którym bez trudu podbija blogosferę – w końcu musiałyśmy się spotkać po latach
  • Gender Gosposią (wraz z Panią Gender) – w blogosferze udowadnia, że mężczyzna też może być królem domowej kuchni, natomiast na See Bloggers, że i poza kuchnią ma mnóstwo ciekawych rzeczy do powiedzenia
  • Ksawerym – który prowadził kiedyś fajnego bloga o kulturze i zdecydowanie powinien do tego wrócić, zwłaszcza że pomysłów ma sporo
  • Kulką Szpulką – z którą mogłabym długo rozmawiać o życiowych sprawach, ale tym razem niestety czas ograniczyły nam kolejne warsztaty
  • Martyną z Technologii Smaku – która prowadzi świetnego bloga łączącego naukę z kulinariami i zawsze ma mnóstwo ciekawostek ze świata nauki.

Oczywiście na miejscu było o wiele więcej znanych mi blogerów; wyżej wymienieni to osoby z którymi udało mi się dużej posiedzieć. Było też mnóstwo krótkich rozmów, przywitań, a także nawiązywania nowych znajomości. Tutaj mogłabym wymienić Joankę-z, Agę z Plachaart, Wojtka z PraKreacji, Joannę z Krzywej Prostej, Innoką, czy Martę z Rudym Spojrzeniem Na Świat. Choć nie było wielkich tłumów, nie udało mi się za to znaleźć nigdzie Pawła Opydo ani Smiley Projet.

See Bloggers to warsztaty i prelekcje

Rejestracja na warsztaty odbywała się na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”. Lubię tę metodę, ponieważ daje równe szanse każdemu (no chyba nie powiecie mi, że jakiś bloger nie ma stałego dostępu do Internetu?). Poza tym, podobnie wyglądają zapisy do katedr co semestr u mnie na studiach, więc mam już swoje metody aby dostać się tam, gdzie chcę (czyli pierwszy lepszy zegar atomowy z neta i skupienie się tylko na wyklikaniu tego co trzeba z ctrl+f). Dzięki temu udało mi się zapisać na:

  • warsztaty z Panią Dyrektor o dobieraniu kolorów do swojej przestrzeni pracy – bardzo odstresowujące zajęcia przy użyciu kredek, zakończone zabawnym podsumowaniem
  • warsztaty, a raczej wykład Wojciecha Wawrzaka o prawie dla blogerów w pytaniach i odpowiedziach – bo niby wszystko jest opisane u niego na PraKreacji, ale jak to w prawie bywa, zawsze i tak pojawią się jakieś pytania
  • zajęcia z House Loves o fotografii wnętrz – bardzo konkretnie przedstawiona wiedza, dokładne parametry, wszystko wytłumaczone od deski do deski i to w ograniczonym czasie
  • warsztaty z Wiktorem Franko i firmą Olympus o fotografowaniu portretów – czyli profesjonalna sesja z profesjonalną modelką i profesjonalnym sprzętem, a aparatów dostępnych na miejscu wystarczyło dla każdego
  • warsztaty/wykład Artura Jabłońskiego o narzędziach dla blogerów, aplikacjach na których można śledzić ruch na stronie, wyszukiwać inspiracje czy monitorować jak blog sprawuje się w internecie – przyznam szczerze, że nie znałam do tej pory większości z nich.

Jakimś przypadkiem też znalazłam się na yoczokoowym wykładzie, którego zdecydowanie nie byłam targetem (gdzie mi do Youtube’a, gdzie mi do popularności?), a mimo to był dla mnie wartościowy. Pozytywnie zaskoczyła mnie świadomość youtubera, że jego odbiorcami są głównie dzieci i dostosowywanie do nich swoich treści. Spodziewalibyście się tego po kimś kto ma 17 lat?

Czasu wystarczyło mi już tylko na jeden ogólnodostępny wykład – „Jak nie być debilem i nie rozprzestrzeniać głupot w sieci. Błędy poznawcze i ich konsekwencje” Piotra Buckiego. Świetnie poprowadzone, konkretne, z mnóstwem przykładów. Zdecydowanie warto było na nie przyjść.

See Bloggers to „dary losu”

Każdy lubi dostawać prezenty, nawet jeśli są to trzy litry Coca-Coli, których nie można zostawić w szatni. Również odebrałam swój pakiet upominków – od firm Eveline oraz FM World (Over 150 Fragrances), a także zjadłam przepyszne wegańskie brownie zaprezentowane na stanowisku sklepu Netto. Taka jest specyfika blogerskich imprez – niby nie chcesz wchodzić w świat osób, które „sprzedały się za tusz do rzęs”, ale jednak odzywa się taki głos zachęcający do skorzystania z okazji. Jeśli jednak ktoś przybył na See Bloggers specjalnie aby pozbierać gadżety, to na pewno wracał do domu obładowany torbami – niektóre stoiska pod koniec imprezy po prostu rozdawały wszystko co na nich zostało.

See Bloggers to nie Blog Forum Gdańsk

Kiedy parę lat temu po raz pierwszy odbyło się See Bloggers, pojawiło się parę głosów, że to przyszła konkurencja dla Blog Forum Gdańsk. Kolejne edycje coraz wyraźniej pokazują, że to impreza o zupełnie innym charakterze. Na BFG dostają się nieliczni, za to nagrania oglądane są przez dużą część blogosfery. Co roku w wakacje przez Internet przelewa się fala postów o tym, kto się dostał, a kto się nie dostał i jak bardzo powtarza się sytuacja z lat poprzednich. Sama wysyłam formularz rokrocznie, z takim samym skutkiem i potem udaję, że wszystko mi jedno, choć tak naprawdę chciałabym w tym uczestniczyć.

Na See Bloggers jest zupełnie inaczej. Wydarzenie nastawione jest na integrację właśnie dzięki dużej skali. Jak już się dostaniesz na listę uczestników, masz pewność, że znajdzie tam innych blogerów o podobnej skali, a być może i tych dopiero zaczynających lub niszowych. Początkowo bałam się tych tłumów, ale ostatecznie cieszę się, że See Bloggers rozwija się w taką stronę. Zamiast zamkniętej konferencji tworzy się duże miejsce spotkań. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby mogli w nim wziąć udział wszyscy blogerzy. Tacy, którzy mają już coś na koncie – oraz tacy, którzy zaczęli parę miesięcy temu albo piszą zbyt specyficznie, aby czytały ich tysiące. Blogosfera jest w Polsce ogromna więc to byłby niezwykły problem organizacyjny. Za to twórcy See Bloggers pokazali, że da się okiełznać duży tłum – i spisali się w tym roku na medal.

A zdjęć nie robiłam, bo postanowiłam skupić się na wydarzeniu i choć raz być „po tej drugiej stronie lustra”.

Więcej

Pokémon GO ożywia miasta

pokemon go

Pokémon GO trafiło wreszcie do Polski! Aplikacji nie trzeba już pewnie nikomu przedstawiać, nie mówiąc już o samej idei świata pełnego kolorowych „zwierzaków”, które można łapać, trenować i za ich pomocą pojedynkować się z innymi graczami. Uważam, że Pokémon GO, to jedna z lepszych rzeczy, jakie przydarzyły się w świecie popkultury w obecnym roku, zwłaszcza biorąc pod uwagę zaangażowanie jakie udało się jej wywołać w użytkownikach.

Przypomnijmy sobie, jak wyglądał świat jeszcze miesiąc temu. Większość ulic świeciło pustkami lub było zdominowane przez samochody. Ludzie po przyjściu ze szkoły czy pracy zajmowali miejsce przed komputerem, aby tego dnia nie ujrzeć już świata zewnętrznego, z którym kontakt często ograniczony był do widoku zza szyby samochodu czy autobusu. Pytając ludzi o drogę do konkretnego obiektu, na ogół słyszało się „nie wiem”, nawet jeśli znajdował się on w najbliższym otoczeniu. Sama parokrotnie nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie, jak dojechać do najbliższego szpitala czy kościoła. Nawet pomimo, że biegam po okolicy staram się znajdować czas na bieganie po okolicy.

Jak oglądam zdjęcia czy filmiki z USA (Pokémon GO wyszło tam wcześniej) i widzę ludzi biegających z telefonami po ulicach i parkach, zastanawiam się, jak mało było potrzebne aby ożywić przestrzeń miejską. Wystarczyło stworzyć aplikację, która wymusi na użytkownikach odrobinę ruchu, ale jednocześnie zaoferuje w zamian coś więcej niż obrazek z trasą i liczbą przebytych kilometrów, którym będzie można pochwalić się na Twitterze. Pokemonom, jak widać po statystykach pobrań, całkowicie się to udało. Choć oficjalnie w Polsce to nowość, w Internecie łatwo było znaleźć wiarygodne źródło aplikacji do pobrania, co sprawiło że i tutaj zdarzało mi się widzieć ludzi chodzących w pobliżu PokeStopów z wyciągniętymi telefonami.

Przede wszystkim – Pokemony to nasze dzieciństwo. Paręnaście lat temu był to prawdziwy hit, dzieci kolekcjonowały naklejki z rogalików, żetony z czipsów, figurki kupowane w kioskach, nie mówiąc już o oglądaniu samej kreskówki. Ile osób marzyło o tym, aby kiedyś ruszyć w świat i zostać trenerem Pokemonów? Niektórzy znali na pamięć wszystkie nazwy, generacje, inni tylko rozrysowywali który typ Pokemona jest dobry do walki z innym. Gry z Pokemonami, jako pierwowzór całej serii, cieszyły się chyba największym sukcesem, choć akurat do mojego dzieciństwa nie udało im się trafić.

Kiedy wszyscy miłośnicy Pokemonów dorośli, a przynajmniej zajęli się „dorosłymi” sprawami, mało kto spodziewał się, że dzięki jednej prostej aplikacji na telefon będzie mógł chociaż w namiastce spełnić swoje marzenia z dzieciństwa. Pewnie mało osób się ze mną zgodzi, być może większość widzi w tej grze jedynie mobilizację do uprawiania sportu… ale czy to źle?

Nigdy nie potrafiłam się przekonać do tych wszystkich programów liczących kroki czy zapisujących trasy biegu. Już bardziej motywowała mnie energiczna muzyka czy wygodne buty. Jednak po jakimś czasie czułam niedosyt w tego typu wysiłku – wracałam do domu, pomimo niewyczerpania całych sił. Po prostu nie wiedziałam, dokąd biec, gdzie mogę znaleźć coś ciekawego, wartego nawet nadłożenia trasy. Czasem stawiałam sobie za punkt docelowy jakiś widoczny w oddali budynek, ale szybko skończyły mi się te… PokeStopy. No właśnie – zauważyłam, że najszybciej biegnę, kiedy lista moich Poké Balli jest pusta a aplikacja wyświetla mi na mapie punkt, gdzie mogę uzupełnić swoje zapasy.

pokemon go

PokeStopy to konkretne lokalizacje w grze. Z tego, co udało mi się wyszperać w Internecie, pochodzą one z innej gry firmy Niantic – z Ingressa. Są to ważniejsze obiekty, pomniki, kościoły, szkoły, budynki użyteczności publicznej, punkty informacyjne, murale i graffiti – rzeczy które nieraz mijałam, a do których zdecydowanie warto byłoby znać drogę. Mając więc konkretny cel – a także i konkretną nagrodę, bo jak już pisałam, w PokeStopach można znaleźć kilka przedmiotów do wykorzystania w grze – od razu lepiej się biegnie. A jeśli jeszcze za przebyte kilometry mogę uzyskać dodatkowego Pokemona, wyklutego z jajka (za 2, 5 albo 10 km), od razu chce się ubrać wygodne buty, spakować Power Bank i tylko biegać z wyciągniętym telefonem. Nawet muzyka z gry pasuje tempem do szybkości biegu.

Innym ciekawym elementem gry są gymy – miejsca, które można przejmować po pokonaniu obecnego tam gracza, a które dziennie wzbogacają gracza o monety do wykorzystania w sklepie. Są też przyjazne siłownie, należące do drużyny tego samego koloru, z których można korzystać bez walki. Dzięki temu zachodzi interakcja pomiędzy użytkownikami aplikacji. Także wykorzystywane przedmioty do wabienia Pokemonów mogą gratisowo pomóc innym pobliskim graczom.

Nie wspomniałam jeszcze o tym, co w grze ukradło serce niejednej osobie aktywnej w Social Media, a mianowicie o funkcji rozszerzonej rzeczywistości. Zostawiłam to na koniec, ponieważ nie obsługuje jej mój telefon i wszystko co wiem o tym trybie wynika z doświadczeń innych graczy. Polega to na tym, że gra, wykorzystując aparat w telefonie, wyświetla rzeczywistość z wklejonym Pokemonem – na przykład stojącym na chodniku przed nami. Gra dużo bez tego nie traci, a zyskuje na płynności, łatwości znalezienia pokemona i pożeraniu mniej z baterii. Oczywiście fajnie by było czasem pochwalić się, w jakim miejscu znalazło się jakiego stworka – ale trudno. Zdecydowanie da się grać i bez funkcji AR.

Bardzo cieszę się, że w ogóle powstała taka gra jak Pokémon GO. Aplikacja skutecznie ożywia miasta i zachęca do ruchu nawet największych leni. Motywuje do poznawania ważnych punktów w okolicy, a przy okazji daje tyle rozrywki, co naprawdę nieliczne gry komputerowe czy mobilne.

Oczywiście jest i druga strona medalu – zaczynając od zawirusowanych nieoficjalnych kopii gry, które mogą uszkodzić telefon czy wykraść dane osobowe, poprzez wypadki na drogach wynikające z czyjejś chęci złapania rzadkiego pokemona. Wykorzystując aplikację, złodziej może łatwo zwabić kogoś z drogim telefonem, a gracze – pracownicy mogą mieć trudności ze skupieniem się na wykonywanym zadaniu, myśląc tylko o wyjściu z biura i bieganiu po mieście w pogoni za Pokemonami. Ale takie jest życie – pełne niebezpieczeństwa i pokus; taki jest świat – pełen ludzi złych i bezmyślnych. To nie wina gry, że takie rzeczy się zdarzają, a trudno przewidzieć wszystkie możliwe zagrożenia. Grunt to zachować rozsądek – wtedy gra może się przyczynić do wielu pozytywnych zmian w życiu, a co najmniej do nabrania kondycji. Nie mówiąc już o efektach na większą skalę, takich jak ożywienie przestrzeni publicznej.

Więcej

„Odzyskane” – Gdynia Design Days ’16

Ubiegłoroczne Gdynia Design Days zapisało się bardzo dobrze w mojej pamięci. Uczestniczyłam wtedy w kilku naprawdę świetnych warsztatach, a wystawy które odwiedziłam nie raz wzbudziły we mnie podziw wobec twórczości nieznanych mi dotąd projektantów. Z tego powodu miałam wysokie oczekiwania co do tegorocznej edycji festiwalu i z niecierpliwością wyczekiwałam początku lipca, kiedy to Gdynia Design Days miało się rozpocząć.

gdynia design days

Kiedy ruszyły zapisy na poszczególne warsztaty, zajęłam sobie miejsce na wszystkim, co mnie zainteresowało. W tym roku organizatorzy zdecydowali wprowadzić listę rezerwową, dzięki czemu w razie czyjejś nieobecności inna osoba mogła „wskoczyć” w zwolnione miejsce. W ten sposób prawie wszystkie wydarzenia, w których brałam udział, miały pełen zestaw uczestników. Pamiętam, że w zeszłym roku nie zdążyłam się zapisać na najważniejsze dla mnie warsztaty, ale zaryzykowałam – pojechałam do Gdyni i okazało się, że z osób zapisanych na listę przyszło dwoje lub troje ludzi. Tym razem, mając Pomorski Park Naukowo-Technologiczny po sąsiedzku (przeprowadziłam się do Gdyni parę miesięcy temu), takie ryzyko nie kosztowałoby mnie nic – wtedy było to kilkadziesiąt minut i kilka złotych za SKM. Tegoroczne warsztaty cieszyły się jednak o wiele większą frekwencją. Na każdych, w których uczestniczyłam, obecni byli prawie wszyscy z podstawowej listy i wystarczyło miejsc na niewiele osób z listy rezerwowej. Na przyjście „na gapę” nie było szans.

Tematem tegorocznego Gdynia Design Days było „odzyskane”. Odzyskane, czyli odnalezione, ponownie wykorzystane, przywrócone do życia. Bardzo spodobała mi się ta konwencja – od razu wzbudziła skojarzenie z rzeczami wyrzuconymi przez morze, ale także z ekologicznym podejściem do tworzenia, z wykorzystaniem tego, co uznawane jest za niepotrzebne, zużyte. Właśnie tego typu interpretacji znalazłam najwięcej podczas całego festiwalu – zarówno na warsztatach i wykładach jak i pośród prac prezentowanych na wystawach.

Opis swoich wrażeń chciałabym zacząć właśnie od wystaw, ponieważ były one otwarte dla każdego i można było je oglądać przez cały czas trwania festiwalu. Każda z nich prezentowała wysoki poziom i potrafiła zaciekawić, ale mnie zatrzymały na dłużej trzy konkretne:

  • wystawa główna, „Odzyskane”, nastawiona na motyw morski i przedstawiona w taki sposób, że można było przez chwilę poczuć się jak w bardzo dobrze zaprojektowanej galerii czy muzeum; zróżnicowany formalnie zbiór prac z rozmaitych kategorii, od architektury po przedmioty codziennego użytku
  • dyplomy ASP – jako osoba, która dawno, dawno temu chciała pójść na uczelnię typowo artystyczną, interesuję się tym, co ciekawego tworzą tamtejsi studenci; jak się okazuje, zdecydowanie nie brakuje im pomysłów
  • wystawa „Konsekwencje” przedstawiająca projekty mające na celu poprawić jakość życia w krajach, gdzie dostęp do czystej wody czy energii elektrycznej jest ograniczony; zaprojektowane urządzenia zostały opisane w kwestii sposobu działania oraz najważniejszych cech, w tym kosztu zakupu.

Oczywiście ciekawych wystaw było znacznie więcej – sala wypełniona drewnem i półeczkami z sadzonkami drzew (które można było zabrać ze sobą i zasiać), „portrety” nadmorskich budynków, projekty krzeseł i urządzeń sportowych, twory znanych projektantów, jak i dopiero debiutujących twórców. Zdecydowanie warto było odwiedzić PPNT podczas trwania Gdynia Design Days.

gdynia design days
gdynia design days

Tym, czego nie dało się nie zauważyć, był brak tłumów. Po wydarzeniu, które wcześniej wydawało mi się jednym z ważniejszych dla miasta, spodziewałam się o wiele większej liczby odwiedzających. Być może niedostateczna promocja, albo brak zainteresowania przeciętnych osób designem, sprawiły, że niejedną wystawę udało mi się zwiedzić w samotności. Dla mnie był to zdecydowany plus, ponieważ nic tak nie psuje doznań sensualnych jak dzikie tłumy ludzi zainteresowanych jedynie zrobieniem jak największego hałasu wokół siebie. Z drugiej strony, momentami czułam się jak na wystawie w zapomnianej przez świat galerii sztuki a nie na jednym z ważniejszych wydarzeń kulturalnych Trójmiasta.

Wykłady natomiast były o wiele bardziej oblegane – widać to było w pozajmowanych krzesłach i zaangażowaniu słuchaczy w wydarzenie. Prezentacja Filipa Springera przeniesiona została do większej sali a i tak wiele osób stało w drzwiach lub zajmowało miejsca na podłodze. Trudno się dziwić, wykład był naprawdę ciekawy.

Moim najważniejszym punktem Gdynia Design Days były jednak warsztaty. Uwielbiam tworzyć, a tego typu wydarzenia dodają mi motywacji do działania i sprawiają, że udaje mi się zebrać siły, aby coś skończyć. W kolejności chronologicznej, pojawiłam się na:

  • warsztatach stolarskich
  • tworzeniu plecionek z plastikowych butelek
  • dyskusji o ukierunkowaniu designu na odbiorcę
  • warsztatach z szycia eko-toreb.

Pierwszego wymienionego wydarzenia wyczekiwałam najbardziej. Uwielbiam zapach drewna i zawsze uznawałam wyroby z niego za o wiele bardziej przyjazne niż wszechobecny plastik. Oczywiście nie nastawiałam się na stworzenie mebla z prawdziwego zdarzenia – bardziej chciałam spróbować własnych sił w pracy z drewnem, w przycinaniu go i łączeniu na różne sposoby. Gdybym chciała zająć się tym na własną rękę, na pewno zabrakłoby mi odpowiedniego miejsca i sprzętu, a wiedza z internetu mogłaby się okazać niewystarczająca. Na warsztatach udało mi się stworzyć coś w rodzaju stojaka na długopisy z niewielką półeczką pod spodem. Twór ten ma formę drzewka, zrobionego z „odzyskanej” gałązki. Tak, oprócz typowego drewna stosowanego w stolarstwie, do dyspozycji mieliśmy materiały odnalezione przez prowadzących na plaży lub w innych miejscach. Choć narzędzi do pracy było mnóstwo, uczestników przyszło jeszcze więcej i momentami brakowało ścisków czy pił; na szczęście drewna wystarczyło dla wszystkich.

gdynia design days

Uwielbiam drewno!

Zupełnie czym innym były warsztaty z plecionkarstwa. Prowadząca je zaprezentowała swój projekt (QUANANI) polegający na przerabianiu butelek na cienkie pasma a następnie wyplataniu z nich różnych form – pojemników do przechowywania czy abażurów na lampy. Oryginalnie praca taka miała być kierowana do syryjskich kobiet uchodźców, póki co została przetestowana przez uczestników warsztatów na GDD. Okazało się to trochę trudniejsze niż wyglądało, jednak zarówno mi, jak i reszcie osób, udało się skończyć swoje plecionki. Na koniec dostaliśmy drewniane podstawki-korki, będące ważnym elementem tworzonego pojemnika.

gdynia design days

„Odzyskajmy design dla ludzi” to trzecie warsztaty, w których wzięłam udział. Jako jedyne, nie polegały na tworzeniu produktu, a na opanowaniu metody pracy z ukierunkowaniem na konkretnego odbiorcę. O wiele trudniej było mi się odnaleźć w tego typu zadaniu i momentami nie wiedziałam, co dalej robić, ale mimo to warsztaty były przyjemne i rozwijające.

Ostatnim punktem programu było dla mnie szycie eko-toreb. Jak się okazało, materiałem do ich produkcji stały się flagi poprzednich edycji Gdynia Design Days. Dzięki temu torby były bardzo „festiwalowe”, a w kwestiach formalnych mocne i łatwe do zszycia. Łatwe – tylko z pozoru. Moja torba wywołała mnóstwo dodatkowych problemów i prawdopodobnie za bardzo nie polubiła się z maszyną do szycia, plącząc nitki i nie dając się zszyć porządnie. Na szczęście prowadzące warsztaty pomogły mi uratować sytuację, dzięki temu torba została uszyta do końca i będzie mi dobrze służyć.

gdynia design days

Warsztaty z szycia eko-toreb

gdynia design days

Moja problematyczna eko-torba

Tego typu wydarzenia nie byłoby bez gratisów, które uczestnicy dostawali za udział w warsztatach. Najważniejsze – materiałowe torby, ale także pocztówki i tatuaże z tegorocznym motywem geometrycznych morskich obiektów. Zarówno kolorystyka jak i wybór prostego kształtu zdecydowanie mi się spodobały. Szkoda tylko, że krój torby nie był taki jak w zeszłym roku – te z tamtej edycji miały dłuższe ramię i dzięki temu można było je nosić o wiele wygodniej (swoją wyużywałam do granic możliwości, tj. do momentu kiedy już zupełnie się porwała). Tegoroczny wzór z kolei bardziej odpowiada mi estetycznie. Poza tym, poprzez dobór kolorów, nadruk z daleka wygląda jak wyhaftowany. Sama nie raz dałam się nabrać.

gdynia design days

Porównując tegoroczną edycję Gdynia Design Days do tej sprzed roku, ciężko mi zdecydować, która była lepsza. Wtedy trafiłam na warsztaty z projektowania parametrycznego, czyli czegoś czego najbardziej chciałam się nauczyć. Na tegorocznych zajęciach jedynie spędziłam miło czas, nie wynosząc do swojego życia drogocennej wiedzy. Z kolei w tym roku zdecydowanym plusem był motyw przewodni, spajający wystawy i wydarzenia festiwalu. „Odzyskane”, stworzyło nastrój zgody z naturą, dbania o środowisko, odtworzenia wartości czegoś, co pozornie ją utraciło. Ciekawe, co organizatorzy wydarzenia wymyślą za rok!

Więcej

Przychodnia zdrowia Orłowo

Semestr szósty, podobno najłatwiejszy na całych studiach. Bajka w porównaniu do piątego, tak wszyscy mówili. Nie mam pojęcia, kiedy usłyszałam to po raz pierwszy, ale parę razy pożałowałam, że uwierzyłam. Dzięki przekonaniu, że będzie niewiarygodnie łatwo, zaangażowałam się w zbyt wiele rzeczy, chciałam być wszędzie – na konferencjach, w kołach naukowych, w wydarzeniach kulturalnych, na konkursy już czasu zabrakło. Skończyło się na tym, że maj i czerwiec przypomniały o tych wszystkich projektach semestralnych, które później odcisnęły się na długości snu i wyposażeniu w czas wolny. Nauczka na przyszłość – żadna. Znając siebie, gdybym postanowiła skupić się tylko na projektach na uczelnię w marcu czy kwietniu, to zrobiłabym tyle samo co gdy organizowałam im pojedyncze godziny, często zamiast wylegiwania się przed wyjściem na uczelnię czy dzieląc uwagę pomiędzy kilka różnych zadań. Ale powiedzmy sobie szczerze – czy w „prawdziwym życiu” będę miała pół roku na wykonanie jakiegokolwiek zadania?

Dzisiaj chciałabym przedstawić pierwszy wpis z serii „patrzcie co porabiałam przez ten semestr”. Pierwszy, bo materiału mam na co najmniej trzy. Dzisiaj przedstawię projekt przychodni zdrowia, która mogłaby stanąć w Gdyni Orłowie. Jest to piękne miejsce przy samym morzu. Pomijając galerię Klif, umieszczoną przy stacji SKM, dominuje tu zabudowa mieszkalna dwukondygnacyjna, biała. Domki o podobnych kubaturach, ale zupełnie rozmaitych kształtach – od kanciastych „kostek”, przez modernistyczne półkola po zupełnie romantyczne, finezyjne kształty elewacji. Wśród nich mogłoby stanąć prawie wszystko – oczywiście podobnej wysokości i prawie koniecznie białe.

przychodnia zdrowia orłowo

Działka, na której projektowałam przychodnię, ma bardzo nietypowy kształt. Znajduje się na końcu ulicy, jest narożna i z okien już pierwszego piętra powinno być widać morze. Takie miejsce wręcz samo z siebie inspiruje do postawienia tam czegoś niesamowitego, nietypowego i wyróżniającego się, ale w ten pozytywny sposób. I tak właśnie postanowiłam zrobić.

Chciałam tutaj podkreślić, że postanowiłam, że jeśli tylko będzie to możliwe, to będę unikać na studiach projektowania nudnych i powtarzalnych budynków. Tego typu obiekty będą mi towarzyszyć prawdopodobnie przez większą część życia, więc być może kiedyś będę miała ich dość, znudzę się i wpadnę w rutynę. Póki mogę, chcę architektonicznie poszaleć, wirtualnie stawiać budynki, przy których konstruktorzy będą łapali się za głowę, a inwestor ponownie przeliczał swój budżet. Chcę robić trudne budynki, produkujące mnóstwo pytań z zakresu budownictwa, przepisów, ekonomii. Z pewnością nie będę miała wiele okazji w życiu do zaprojektowania czegoś, co wywoła kontrowersje i na fali skrajnych ocen okrzyknięte zostanie (maka)bryłą roku… No dobra, otrzyma zaliczenie przedmiotu na studiach. Ale to pierwszy krok, kolejne będą „za chwilę”.

przychodnia zdrowia orłowo

Mając nieregularną działkę w pięknym, białym, Orłowie oraz zadany temat: przychodnia zdrowia, stworzyłam obiekt zawierający: garaż podziemny, parter składający się z trzech członów powierzchniowo nawiązujących do okolicznej zabudowy, poziom pierwszy ułożony na całej powierzchni parteru i przestrzeni pomiędzy członami oraz drugie piętro, stanowiące część parteru.

Na parterze umieściłam aptekę, rejestrację wraz z częścią administracyjno-techniczną przychodni oraz osobno przychodnię dziecięcą – dzieci zdrowych i chorych. Dwie duże windy przy wejściu głównym, oraz dwie osobne klatki schodowe prowadzą na pierwsze piętro, gdzie znajduje się większość gabinetów lekarskich, poradnia kobieca, dentysta, zespół laboratoriów oraz RTG. Miejsce na ostatniej kondygnacji przeznaczyłam na rehabilitację wraz z salą gimnastyczną, szatniami oraz tarasem pełnym kwiatów z widokiem na morze. Wizyty w przychodniach są nieprzyjemne chyba dla każdego – myślę, że takie miejsce mogłoby je nieco umilić.

przychodnia zdrowia orłowo

Nachylenie dachów do wnętrza działki nadało bryle odrobiny dynamizmu, postanowiłam więc nie tłumić tego nudną elewacją. Dzięki podstawowym umiejętnościom projektowania parametrycznego, wygenerowałam na ścianach zewnętrznych budynku pasy łamiące się na wysokości kolejnych kondygnacji. Bardzo prostym algorytmem udało mi się osiągnąć efekt, który zdecydowanie zmienił charakter białej ściany, nie wpływając znacznie na jej jednolitość. Gdyby nie nerwy i godziny poświęcone na patrzenie na napis „not responding”, mogłabym w każdy projekt włączać Rhino i Grasshoppera – mam wrażenie, że całe programowanie wizualne zostało stworzone dla kogoś kto ma na tyle mało pamięci a na tyle dużo chęci co ja.

W ten sposób powstała przychodnia zdrowia w Orłowie. Projekt, z którego jestem naprawdę zadowolona – chyba nawet bardziej niż z hotelu, który zaprezentuję w następnym wpisie.

PLANSZE

przychodnia zdrowia orłowo
przychodnia zdrowia orłowo

Poprzednie projekty:

Więcej

Od Gropiusa do Bauhausu, czyli „Pełnia architektury”

Są książki, o których chciałoby się powiedzieć, że się przeterminowały. Że autor przekazał swoje, nauczył czegoś czytelników, a oni następnie wyszli w świat i zrobili dokładnie to, czego on oczekiwał. Niestety, naprawdę niestety, to się nie stało ze słynnym dziełem Waltera Gropiusa „Pełnia architektury”.

pełnia architektury

Początkowo ostrożnie podchodziłam do tego tytułu – pierwsze strony nie zaciekawiły mnie za bardzo. Kilka kartek później nie mogłam się już oderwać od lektury. Uważam, że to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy zamierzają zajmować się tworzeniem przedmiotów użytecznych dla innych, albo właśnie budynków. Gropius przekazał swoją wiedzę w sposób niezwykle konkretny, ale najbardziej zadziwia ponadczasowość tego przekazu. Pomijając drobne szczegóły, mogłabym teraz, w 2016 roku, traktować ten 73-letnią książkę (data pierwszego wydania – 1943) jako podręcznik.

Dla osób niewtajemniczonych w świat architektury, zacznę od krótkiego przedstawienia postaci Gropiusa. Ten niemiecki architekt, jeden z kluczowych przedstawicieli modernizmu, utworzył w 1919 roku szkołę rzemiosła, sztuki użytkowej i architektury Bauhaus. Jego najsłynniejsze dzieła to Fabryka Fagus w Alfeld (wraz z Adolfem Meyerem) oraz druga siedziba Bauhausu – budynek w Dessau. Oba obiekty na pierwszy rzut oka wyglądają jak „typowy modernizm”, ale przy bliższym poznaniu stają się naprawdę wybitne. Ale nie o tym jest wpis. Przejdźmy do książki.

„Pełnia architektury” to zbiór esejów na różne tematy. Chociaż każdy z nich stanowi odrębną całość, omawiane zagadnienia płynnie przechodzą jedno w drugie. Zaciekawiły mnie praktycznie wszystkie rozdziały, co się rzadko w tego typu zbiorach zdarza.

Z książki można dowiedzieć się, czym tak właściwie był Bauhaus. Wiele osób używa sformułowania „styl Bauhausu”, pomimo że w szkole tej nie uczono stosowania żadnych konkretnych form. Modernizm nie wprowadzał do architektury nowych elementów, a stanowił metodę według której miały powstawać nowe budynki i przedmioty. Metodą tą było przeanalizowanie potrzeb ludzi i odpowiedzenie na nie.

Tego mniej więcej uczył Bauhaus – niezwykła szkoła, w której łączono teorię i praktykę, sztukę i rzemiosło. Nauka rozpoczynała się podziałem na dwa rodzaje zajęć – z projektowania i inżynierii. Podział ten wynikał z tego, że nie było nauczycieli, którzy specjalizowaliby się w obu dziedzinach. Dopiero kiedy pierwsze pokolenie skończyło Bauhaus, można było te zajęcia połączyć. Nauka tam była niezwykle interesująca. Studenci już na trzecim roku praktykowali jako pomocnicy inspektora nadzoru na budowie. Część książki przeznaczona jest właśnie na opis funkcjonowania Bauhausu – szkoły stworzonej według wizji Gropiusa.

Autor książki miał wyjątkowo konkretne przemyślenia na temat zawodu architekta oraz tego, jakie powinny być jego dzieła. Nie „jak wyglądać” a „jakie”. Architekt powinien cechować się wszechstronną wiedzą, nie powinien uciekać od odpowiedzialności do jednej, wąskiej dziedziny. Obecne wychwalanie specjalizowania się w wąskim zakresie nie spodobałoby się Gropiusowi. Architekt to najważniejsza osoba na budowie, ale powinien być on także budowniczym, powinien znać każdy szczegół powstającego budynku.

pełnia architektury
pełnia architektury

Jako jedna z najważniejszych postaci modernizmu, Gropius miał wizję dalszego rozwoju architektury. Twierdził, że „Nowe budynki muszą być wymyślane, a nie powielane”. Widział potencjał w nowoczesnych ówcześnie technologiach, ale jednocześnie nie gardził tradycją. Tradycja, jego zdaniem, powinna się zmieniać i ewoluować wraz z biegiem czasu. Powinna oferować wciąż nowe. Nawet ludziom, którzy na to nowe nie są jeszcze gotowi – trzeba ich wybudzić z utrudniających życie przyzwyczajeń. „Musimy odróżniać istotne, prawdziwe potrzeby ludzi od bezwładności i nawyków, które tak często opisywane są jako „wola opinii publicznej”.

Gropius opisał także aspekty psychologiczne architektury – na przykład to, że „każdy dorosły człowiek powinien mieć własny, choćby najmniejszy pokój”. Ważne dla niego były więzi międzyludzkie, dbanie zarówno o pracę zespołową jak i społeczny efekt tworzenia się sąsiedztwa wokół i w budynku. Nawet w dziedzinie psychologii Gropius miał coś nowego do powiedzenia. Na przykład, że nie powinno się poprawiać błędów dziecka, aby nie uczyć go schematycznego myślenia, nie uformować go według swojej wizji.

Aktualność tej książki widać zwłaszcza w rozdziałach o urbanistyce. Już wtedy istniały problemy zbyt długich dojazdów z domu do pracy, centra miast były nieatrakcyjne (choć jeszcze utrzymywało się tam przeludnienie) a same mieszkania były zbyt drogie, aby każdy mógł sobie na nie pozwolić. Co więcej, pojawiające się bloki z wielkiej płyty od początku budziły niechęć, kojarzyły się z niskim standardem. Gropius przedstawił zalety takich budynków, opisał dlaczego niektóre osoby wręcz powinny wybierać mieszkania w wielkiej płycie. Budynki takie gwarantowały warunki oświetleniowe i wentylacyjne, o jakich nie można było pomarzyć w ciasnych śródmiejskich kwartałach. Wielkie nadzieje widział w prefabrykacji, pozwalającej utrzymać ład przestrzenny nawet przy indywidualnym projektowaniu, dzięki podobieństwu komponentów. Jedynie współczesnej gentryfikacji nie przewidział – opisał przesiedlenia w pozytywnym kontekście, pewnie nie przypuszczając, jak daleko to może zajść.

pełnia architektury

„Pełnia architektury” to świetna książka. Bardzo ładnie wydana, wydrukowana na przyjemnym papierze, w wygodnym formacie i z użyciem pięknego kroju pisma (Skolar i FF Mark). Przyjemna w dotyku okładka może nie jest najpiękniejsza, ale spełnia swoją funkcję (choć kompletnie nie rozumiem doboru i sensu umieszczenia tych cytatów na wierzchu). Wewnątrz wykorzystany został zielony kolor do stron tytułowych oraz wyróżnionych fragmentów. Tworzy to bardzo ładną formę książki.

Zdecydowanie mogę polecić tę lekturę wszystkim, którzy chcą tworzyć przedmioty użyteczne, architektom i studentom kierunków projektowych. A także tym, którzy nie rozumieją idei modernizmu, zwłaszcza dzieł związanych z Bauhausem. Czy kupiłabym tę książkę? Zdecydowanie tak.

Więcej

Prawo do Lidla i Biedronki

19 maja na ulicy Świętojańskiej w Gdyni otworzono nowego Lidla. W reprezentacyjnym miejscu, przestrzeni niezwykle ważnej dla wizerunku miasta – „jak w ogóle można myśleć o postawieniu tutaj dyskontu”? Masywna bryła z równie dużym parkingiem i świecącymi pylonami reklamowymi zepsułaby całkowicie swoje otoczenie. Udało mi się odwiedzić tego Lidla i przyznam szczerze – jestem zaskoczona. Zaskoczona naprawdę pozytywnie, bo totalnie nie spodziewałam się, że budynek umieszczony będzie w podziemiu.

Podziemie – czy to nie fantastyczna przestrzeń na coś, co nie potrzebuje okien, zajmuje dużą powierzchnię i nie jest podzielone na wiele kondygnacji? A przede wszystkim – na coś, co wizualnie jest brzydkie i nie pasuje do żadnej praktycznie zabudowy? Kiedy zobaczyłam tego Lidla, gdzieś we mnie pojawiła się taka myśl: proszę, niech to nie będzie jedyny podziemny dyskont jaki zobaczę, a pierwszy, pierwszy z wielu.

Więcej

Gdynio, otwórz się! – czyli Open House Gdynia

Chyba nie mogłam sobie wyobrazić lepszego sposobu na poznanie tego pięknego miasta. Mija drugi miesiąc, odkąd mieszkam w Gdyni a w ten weekend zajrzałam tam, gdzie normalnie nie mogłabym wejść. Na tym polegał Open House Gdynia, czyli festiwal architektury, wpuszczający ludzi do prywatnych domów, zamkniętych części budynków użyteczności publicznej oraz mniej oczywistych miejsc – jak podwórka czy podziemia. Co więcej, postanowiłam uczestniczyć w tym wydarzeniu trochę aktywniej, więc zapisałam się na wolontariat.

open house gdynia

Na czym polega idea festiwali Open House? Pierwsze tego typu wydarzenie odbyło się w Londynie w 1992 roku. W 2002 roku dołączył Nowy Jork, w 2005 Dublin, w 2007 Tel Aviv… a w 2015 właśnie Gdynia. Obecnie już 30 miast corocznie zaprasza ludzi do zapoznania się ze swoją architekturą. Dla zwiedzających otwierane są wnętrza prywatnych mieszkań, zaplecza, ogródki – wszystko to, co na co dzień jest zamknięte na klucz i ukryte za zasłoną prywatności.

Więcej

Dwie krótkie, a wartościowe książeczki

Łatwo powiedzieć „nie oceniaj książki po okładce”, kiedy możesz pozwolić sobie na długie wyszukiwanie recenzji w internecie, albo chociaż przeczytanie opisów z tyłu lektury. Zdarza się jednak, że na wybór dzieła do poczytania masz naprawdę mało czasu, a żadna pozycja na bibliotecznej półce nie brzmi jak element Twojej listy „plan to read”. Ja tak miałam ostatnio, gdy potrzebowałam czegoś, co umili mi podróż do domu skm-ką. W oczy rzuciła mi się pasiasta okładka małego tomiku o percepcji architektury, po angielsku. Tak rozpoczęła się moja krótka przygoda z serią wydawnictwa Birkhauser. Krótka, bo zakończyła się na dwóch pozycjach – i to właśnie im postanowiłam poświęcić ten wpis.

Basics Spatial Design

dwie krótkie książeczki

Pierwsza książka, „Basics Spatial Design” Ulricha Exnera opowiada o tym jak architektura odbierana jest przez człowieka, co sprawia, że wydaje się nam przyjazna i dobrze zaprojektowana, a co może przyczynić się do unikania kontaktu z nią.

Percepcja przestrzeni to taka nauka, która zdaje się mówić o rzeczach oczywistych, jednak bez wcześniejszego uświadomienia ich sobie, na ogół się o nich nie myśli. Przykład z książki: budynek stojący samotnie wydaje się większym, niż gdyby stał w otoczeniu innej zabudowy. Trudno się nie zgodzić, to wydaje się oczywiste – jednak ja nie zastosowałabym tego zabiegu przy projektowaniu, przed uświadomieniem sobie takiej zależności. Bez zrozumienia, jak działa odbiorca dzieła, praktycznie nie da się wykonać projektu, który będzie odebrany jednoznacznie, tak jak autor by sobie tego życzył. Myślę, że mogę powiedzieć, że tak właściwie książka „Basics Spatial Design” jest bardziej o ludziach i ich postrzeganiu niż o samym tworzeniu.

Większość poruszanych zagadnień nie powinna być niczym nowym dla studentów architektury – mimo to nie czyta się tego z poczuciem nudy. Wręcz przeciwnie – łatwo złapać się na przytakiwaniu zawartym w książce zdaniom, porównywaniu ich do posiadanej wiedzy lub w myślach rozbudowaniu jej o własne doświadczenia. Wydaje mi się, że to nie studenci architektury są targetem tego utworu. Zawarta wiedza nie nauczy nikogo dobrze projektować, ale wyczuli na dostrzeżenie pewnych zależności. Zwłaszcza, że – choć opisuje głównie architekturę – spokojnie może być odniesiona do każdego innego projektowania. Bez problemu mogę wymienić zagadnienia, które łączą projektowanie budynków z innego rodzaju designem: kompozycja, proporcje, rytm czy gęstość elementów, a także mniej oczywiste aspekty, np. upływ czasu, w którym używany będzie dany obiekt.

Basics Urban Analysis

dwie krótkie książeczki

Drugą lekturą, którą chciałabym przedstawić jest „Basics Urban Analysis” Gerrita Schwalbacha. Temat analizy urbanistycznej jest dla mnie obecnie czymś wyjątkowo bliskim, ponieważ dotyczą jej jedne z moich zajęć na uczelni. Musze przyznać, że materiał zawarty w książce bardzo dobrze pokrywa się z wiedza, która wynoszę z ćwiczeń.

Analiza urbanistyczna to coś bez czego tak naprawdę nie da się zaprojektować ani zrewitalizować żadnego obszaru miasta. Polega na zbadaniu dużego terenu pod względem bardzo wielu właściwości, znalezieniu i przeanalizowaniu istniejących problemów i szukaniu rozwiązań, które dopiero później można przełożyć na projektowanie. Bez solidnej analizy tak naprawdę nie da się stworzyć dobrego projektu urbanistycznego – takiego, który wykorzysta zastane wartości, znajdzie potencjalne możliwości i zapobieganie degradacji. Zły projekt może wiele zniszczyć, zaczynając od więzi miedzy ludźmi (brak miejsc, w których mogliby się spotkać), do tworzenia niebezpiecznych punktów, gdzie łatwo o wypadki lub gdzie możne rozwinąć się przestępczość. Dobry projekt musi zadbać o wygodę przyszłych mieszkańców, zapewnić im dostępność usług, dobrą sieć dróg i komunikacji publicznej, zawierać zaprojektowane otwarcia i zamknięcia widokowe, a przede wszystkim powinien sprawić, że ludzie będą chcieli przebywać w danym miejscu, zostać w nim. Z angielskiego, to linger. Aby to zrobić, trzeba zebrać porządną bazę danych, której stworzenie ta książka ułatwi.

W „Basics Urban Analysis” można znaleźć sposoby, jak zbadać dany teren oraz przedstawić jego obecny stan w celach dalszego projektowania. Wypisane są kroki, jakie należy podjąć, sposoby i kwestie na które należy zwrócić uwagę, źródła z jakich można skorzystać oraz elementy jakie powinny się ostatecznie znaleźć w dobrej analizie. Zagłębiając się w lekturę można zrozumieć, co jest wartością danego terenu, a co wymaga zmiany. Nie łatwo jest myśleć o dużym obszarze jako o całości, dlatego warto podzielić go na poszczególne strefy, które również zostały tutaj opisane.

Czytając tę książkę, przypomniało mi się, jak mało wiedziałam o urbanistyce przed rozpoczęciem tych studiów. Wydawało mi się wtedy, ze urbaniści zajmują się tylko projektowaniem nowych miast, niczym w gre SimCity i wielu podobnych. Rzeczywistość przedstawia się zupełnie inaczej. Większością pracy urbanisty jest tak naprawdę analizowanie terenu, zidentyfikowanie problemów i możliwości. Projekt to dopiero kolejne zadanie – i na ogól nie dotyczy on budowania miast na surowym korzeniu. Zwykle jest to rewitalizacja części już istniejących metropolii – terenów poportowych, poprzemysłowych, w różny sposób zdegradowanych. Jeśli przed przeczytaniem tego wpisu miałeś/as podobny obraz zadań urbanisty, co ja parę at temu, ta książka jest zdecydowanie dla Ciebie.

Podsumowanie

dwie krótkie książeczki

Trudno jest zawrzeć pełne kompendium wiedzy w malej, krótkiej książeczce – zwłaszcza wiedzy dotyczącej tak rozległych dziedzin. Zdecydowanie wiec nie można traktować tych dzieł jak encyklopedii – zwłaszcza dla osób planujących zajmować się architektura i urbanistyka w przyszłości. Ja także nie znalazłam w nich zbyt wielu nowych zagadnień, przy okazji widząc jak skrótowo zostały potraktowane niektóre ważne dla mnie tematy. Czytałam bardziej w celu uzupełnienia braków z języka angielskiego – wypisując słówka i próbując zrozumieć je z kontekstu zdania i wiedzy, którą posiadam. Pod tym względem obie książki spisują się świetnie – proste konstrukcje zdań wręcz same się czytają. Bez konieczności zastanawiania się przy każdym zdaniu, obcy język przestaje być uciążliwy, nawet dla kogoś, kto tak jak ja, wciąż się go uczy. Cała seria została przetłumaczona z niemieckiego, więc dla osób walczących z tym językiem zdecydowanie lepszą decyzją byłoby znalezienie oryginału.

Sposób, w jaki ta seria została wydana to wygodny i ładny tomik formatu A5 zawierający sztywne kartki i tekturowa okładkę. Wewnątrz tekst wzbogacony jest o mnóstwo obrazków, map, tabelek lub schematów. Dodatkowo wyróżnione zostały wskazówki oraz informacje dodatkowe, poza treścią. Tekstu jest mniej, wiec czytanie tutaj jest przygodą na jeden wieczór. Słabą strona książek jest ich krótka żywotność – klejone kartki, które łatwo mogą wypaść oraz okładka wyglądająca na łatwo brudzącą się. Myślę, że osobiście nie kupiłabym ich na własność (koszt na Amazonie jednego egzemplarza – kilkanaście dolarów), jednak jako coś wypożyczonego z uczelnianej czytelni spisało się bardzo dobrze.

Opisywane książki mogę tez polecić tym, którzy po prostu interesują się kulturą – bo obie dotyczą bardzo ważnych jej części. W „Basics Spatial Design” odnajdą coś dla siebie fani designu a „Basics Urban Analysis” może zainteresować miłośników psychologii, socjologii i po prostu miejskiego życia. Zdecydowanie obie książki powinny przeczytać osoby pragnące rozpocząć studia architektoniczne oraz świeży studenci tego kierunku. Dla nich ta wiedza będzie nowa, wiec powinni być szczególnie zaciekawieni – zwłaszcza że na pewno przyda im się na kolejnych semestrach.

Więcej

Logo bloga – czyli czy moja strona też powinna mieć swoją twarz

Do tego, że blogi powoli stają się markami, a czasami nawet produktami, zdążyłam już się przyzwyczaić. Podpisywanie się imieniem i nazwiskiem pod swoim tekstem – coś co jeszcze parę lat temu uznane byłoby za nieodpowiedzialny ekshibicjonizm – stało się już normą. Do tego dochodzą strony, które przy otwarciu witają w nagłówku portretem blogera a czasem nawet jego pełnym nazwiskiem, występującym nawet i w adresie bloga. O tym, jaka nazwa jest odpowiednia do zatytułowania tego swojego kawałka Sieci powstało już mnóstwo poradników, tematów na forach czy wypowiedzi na fejsbukowych grupach. Teraz przyszedł czas na omówienie drugiej rzeczy identyfikującej danego bloga i ułatwiającej jego zapamiętanie odwiedzającym. Dzisiaj napiszę o logu bloga.

Czym jest logo bloga?

Spotkałam się nieraz z utożsamianiem tej nazwy z całym nagłówkiem strony – często dużym, prostokątnym obrazkiem, zawierającym nazwę, czasem także opis lub hasło i różnego rodzaju elementy graficzne. Logo rozumiane przeze mnie to natomiast znak, będący fragmentem nagłówka, ale występujący także jako symbol reprezentujący stronę w mediach społecznościowych i innych miejscach, gdzie informacja o blogu może się pojawić. Logo może składać się z obrazka (sygnet) lub tekstu (logotyp), albo może stanowić połączenie jednego i drugiego, w konkretnie zaprojektowanej konfiguracji.

Po co mojemu blogu logo?

Logo to znak reprezentujący stronę – jeśli jest charakterystyczny, to jego umieszczenie od razu wskazuje odbiorcy konkretnego bloga. Teraz w blogosferze popularne jest promowanie bardziej autora strony niż samą stronę – jednak nie można zapomnieć, że produkt bez marki zniknie a jego autor zostanie anty-anonimowym twórcą znanym z tego że jest znany. Promując równolegle bloga tworzy się rozpoznawalną nazwę w Internecie – co jest zdecydowanie warte poświęcenia części tego czasu, jaki przeznacza się na rozwijanie strony.

Dobrze zaprojektowany znak graficzny zapada w pamięć – czasem o wiele lepiej niż nazwa. Dzięki temu łatwo jest nadrobić słaby tytuł bez pomysłu. Ważne jest też to, że nazwę posiada każdy, bo w momencie jego zakładania trzeba nadać mu adres internetowy. Logo jest już mniej oczywiste, ponieważ wiele gotowych szablonów nawet nie przewiduje na nie miejsca. Z tego powodu wiele blogów nie posiada znaku graficznego – a co za tym idzie, decydując się na taki można zrobić ogromny krok w kierunku wybicia się z tłumu.

Logo to też przydatny element graficzny do wykorzystania wszędzie, gdzie chciałoby się wypromować bloga – jako awatar, podpis czy znak wodny na zdjęciu, miniaturka na liście blogów czy wreszcie na wizytówce blogera. Stworzenie prostego loga to bardzo mały wysiłek/koszt w stosunku do wartości, jaką może wnieść w rozwoju strony.

Logo bloga a logo czegokolwiek innego

Zanim zacznę opisywać, czym powinno się charakteryzować dobre logo, zaznaczę pewną różnicę pomiędzy znakiem graficznym strony internetowej a elementem identyfikacji wizualnej np. sklepu z ubraniami. Główną różnicą jest wykorzystanie takiej grafiki – o ile współczesne logo dla działalności gospodarczej powinno być uniwersalne w zastosowaniach poligraficznych i możliwe do wykorzystania w każdej potrzebnej formie, logo bloga może cechować się o wiele mniej restrykcyjnymi atrybutami. Bardzo rzadko się zdarza aby ktokolwiek grawerował znak graficzny bloga, drukował go na długopisach czy w formie neonu umieszczał nad oknem. Wersja czarno-biała loga też nie wydaje się mieć jakichkolwiek zastosowań poza pojedynczymi przypadkami kserokopii broszurek zawierających logo. Dzięki temu kilka wniosków nasuwa się automatycznie:

  • logo nie musi posiadać ograniczonej palety barw, może stosować gradienty i przeźroczystości
  • minimalizm przestaje być obowiązkiem – coś czego nie dałoby się wyciąć z blachy, w Internecie nie stanowi żadnej przeszkody – oczywiście pod warunkiem, że znak nie zmienia charakteru w dużo mniejszych wymiarach.

Tym, co natomiast łączy projektowanie loga dla strony internetowej i dla identyfikacji firm lub marek jest:

  • format wektorowy – aby grafikę można było dowolnie skalować bez utraty jakości
  • rozpoznawalność – czyli unikanie schematów, typowych rozwiązań czy fontów
  • umiar – nawet jeśli blog jest o wszystkim, to nie wszystko musi znaleźć się w logu
logo

Jak powinno więc wyglądać dobre logo bloga? Oto kilka najważniejszych kwestii:

Treść

Chyba najgorszą rzeczą jaką może zrobić ktoś szukający pomysłu na logo jest pooglądanie gotowych rozwiązań i „zainspirowanie się” pomysłem kogoś innego. W blogosferze wciąż i wciąż widzę powtarzające się schematy identyfikacji – tu jakieś ramki, tu podkreślenia, tu fonty stylizowane na ręcznie pisane. Jak się nie wie, jak powinno wyglądać logo, to najłatwiej jest wzorować się na innych – a to niestety prowadzi do powtarzalności i monotonii.

Zamiast tego proponuję wziąć do ręki długopis, położyć przed sobą kartkę i utworzyć mapę myśli odpowiadającą na pytania: z czym mój blog powinien być kojarzony, o czym chcę pisać, jaki charakter chcę nadać swojej stronie internetowej. Mapa myśli to luźne szukanie skojarzeń i powiązań pomiędzy poszczególnymi hasłami, tworzenie swojego rodzaju drzewka, z którego odchodzą coraz mniej związane z początkowym problemem słowa. Mapa myśli na potrzeby grafiki powinna być wzbogacona o rysunki, jak najwięcej rysunków – nawet niedokładnych i schematycznych. Pisząc „pies” narysuj obok sylwetkę zwierzaka, nawet jeśli twierdzisz że nie umiesz rysować. Grunt, aby widzieć kształt i wiedzieć, że chodzi o psa. W pewnym momencie obrazki zaczną się łączyć w pary, a te z kolei w kandydatów na potencjalne logo bloga.

Są też logotypy składające się z samego tekstu, ale to już trochę inny temat. W tym przypadku można pooglądać strony z fontami, ale najlepszą metodą jest stworzenie napisu od zera – zwłaszcza jeśli nazwa strony jest krótka. Pozwoli to uniknąć ślęczenia nad licencją kroju pisma i zastanawiania się, czy takie wykorzystanie jeszcze jest w porządku, czy już narusza jakieś prawa.

Forma

Jak już napisałam, minimalizm przestaje być koniecznością w przypadku projektowania loga służącego do użytku tylko w formie cyfrowej, czyli na przykład w nagłówku strony. Nie znaczy to jednak, że dobrą taktyką jest umieszczenie w znaku graficznym niezliczonych elementów, dekoracji i ornamentów. Kto by takie logo zapamiętał?! Logo musi być czytelne, rozpoznawalne i przede wszystkim zapamiętywalne. Aby sprawdzić, czy zaprojektowane logo takie właśnie jest, można na kilka sekund przedstawić je drugiej osobie i następnie zapytać, co zawierał zaprezentowany znak graficzny albo poprosić o narysowanie go. Jeśli w odpowiedzi usłyszy się „jakieś esy floresy” lub „totalną abstrakcję”, to z projektem jest coś nie tak.

Jeśli chodzi o kształt loga, to dobrze jest zaprojektować je w różnych konfiguracjach – sam sygnet (obrazek), sygnet z logotypem obok i sygnet z logotypem pod spodem. Jeśli logo jest długim napisem, to może przydałoby się wydobyć z niego np. jedną literkę, która stanowiłaby znak rozpoznawczy na mniejszych formatach? Logo może też występować z dodatkowym elementem typograficznym, taglinem, czyli hasłem, które nie musi być widoczne zawsze i wszędzie, ale na nagłówku strony jak najbardziej. Wtedy dobrze powinien wyglądać znak zarówno z taglinem jak i bez.

Rozmiar

Jest to coś o co najczęściej pytają osoby nie zajmujące się grafiką komputerową. Bloger powinien posiadać logo w wersji wektorowej, czyli najprościej mówiąc – zapisanej tak, aby w łatwy sposób można było je zarówno powiększyć jak i pomniejszyć, bez utraty jakości. Dobrze jest jeśli logo jest wciąż czytelne w pomniejszeniu do formatu favicony (16×16 pikseli – obrazek widoczny przy adresie strony internetowej w przeglądarce), oraz nie wygląda źle w dużym powiększeniu, na przykład do rozmiaru zajęcia całej przestrzeni ekranu.

Na blogu logo powinno zajmować znaczną część nagłówka i być widoczne na pierwszy rzut oka. Nie oznacza to jednak, że przy otwarciu strony ma być jednym elementem pojawiającym się na ekranie. Twarz strony jest ważna, ale nie zapomnijmy, że blog powinien mieć też ręce i nogi, a więc każdy odwiedzający powinien widzieć pod spodem treść, a w innym miejscu menu.

Kolorystyka

Niezależnie od tego, co powstało pierwsze – czy logo czy reszta szablonu strony, obie rzeczy muszą do siebie pasować. Decydując się na skorzystanie z gotowego szablonu najlepiej jest wybrać albo taki, który już posiada docelową paletę barw, albo łatwo ją dopasować do loga, albo charakteryzuje się uniwersalnym minimalizmem, czyli czarny tekst na białym tle, co da się uzupełnić każdym logiem o pasującym charakterze (czyli raczej nie ciężkie i grube logo wiszące nad delikatną, lekką treścią).

Czerń i biel to nie-kolory nieśmiertelne, które tak na dobre nigdy się nie znudzą, ale wykorzystywanie ich jako kolorystyki bloga nie zawsze jest dobrą decyzją. Rezygnacja z zapamiętywalnego koloru może odbić się na działaniu loga. Z tego powodu warto wybrać sobie dominującą barwę, która wystąpi także w elementach szablonu (na przykład w tytule wpisów czy stopce). Dodatkiem może być drugi, uzupełniający kolor, nawet kontrastujący z pierwszym wybranym. Przy szukaniu odpowiedniej kolorystyki można użyć aplikacji typu Kuler lub ręcznie wymieszać sobie barwę na palecie dowolnego programu graficznego. Osobiście preferuję wykorzystywać te metody niż stosować gotowe kolory z różnorakich list. Szukając barwy samodzielnie mam o wiele większą pewność, że identyczna nie wystąpi na innym blogu.

Podsumowanie

Zaprojektowanie jakiegokolwiek loga to dobra metoda aby wyróżnić bloga w trochę inny sposób, jednak tylko solidny projekt może przynieść pożądany efekt. To co wypisałam powyżej to tylko podstawowe informacje, jakie powinna mieć osoba zabierająca się za projektowanie znaku graficznego. Jeśli już teraz wydaje Ci się to zbyt dużą i problematyczną liczbą informacji, warto rozważyć zamówienie loga u projektanta zajmującego się tym na co dzień. O ile wykupienie domeny, hostingu i szablonu jest dla blogerów oczywistością, z zadbaniem o identyfikację wizualną powinno być podobnie.

Przykłady dobrego loga w polskiej blogosferze

logo

Lupus Libri
Piękny blog o pięknych książkach i komiksach powinien mieć piękne logo. Powyższy znak został tak zaprojektowany, aby przedstawiać jednocześnie książkę oraz głowę wilka (lupus). Forma jest minimalistyczna, korzystająca z jednej grubości linii, a mimo to logo jest rozpoznawalne i charakterystyczne.

logo
logo

malinki
Malinki były początkowo serią wpisów na blogu Kłosińskiego, jednak w pewnym momencie zyskały własną stronę i stały się moim ulubionym zbiorem inspirujących linków w Internecie. Znak bazuje tylko na typografii, a tym co wskazuje na tematykę strony jest podkreślenie jednoznacznie kojarzące się z odnośnikiem. Logo posiada drugą wersję na potrzeby mniejszych wymiarów, w tym zdjęcia profilowego na Facebooku. Tutaj istotna jest także kolorystyka – dość nietypowe, kontrastowe zestawienie granatu i pomarańczy.

logo

BLOKBLOG
Przykład, że za pomocą czerni i bieli da się stworzyć ciekawe logo. Sygnet to z jednej strony blok, a z drugiej litera B. Jeśli chodzi o formę, to jej główną cechą, w przeciwieństwie do poprzednich przykładów, jest rozróżnienie grubości liter, powtórzone później także w nazwie bloga.

logo

Yzoja
Proste logo składające się jedynie z pierwszej litery nazwy. Początkowo może się wydawać, że nic nie mówi o danym blogu i nie przedstawia jego treści, jednak jeśli napiszę, że tematem bloga Yzoji oprócz książek i filmów są artykuły papiernicze oraz sztuka pięknego pisania, to nagle ten przesunięty kolor czerwony zaczyna nabierać znaczenia.

logo

Troyann
To jest po prostu przykład dobrego loga – takiego, które łatwo zapamiętać lub narysować. W tym przypadku warto przyjrzeć się, jak starannie został dobrany font do sygnetu – jest czytelny i choć nie dominuje w logu, nie odchodzi gdzieś na dalszy plan.

logo

Qrkoko
Logo kojarzące się od razu z rękodziełem, czyli tematyką bloga Qrkoko. Przedstawia zmodyfikowaną literę Q – a tak naprawdę koło oraz kształt misia przedstawiony w przestrzeni negatywnej znaku, czyli wycięciu z tego koła. Misia z krawacikiem.

logo

Zwierz Popkulturalny
Przykład loga, które niczego nie udaje – mamy logotyp, mamy Zwierza, całość przedstawiona jest w bardzo sympatycznej formie i kolorystyce. Zastosowanie „dymka” nawiązuje do popkultury, ale wskazuje też, że autorka ma coś do powiedzenia. Kolory użyte w logu powtarzają się w szablonie strony i dzięki temu blog wygląda naprawdę estetycznie.

logo

Bobrownia
Przykład, kiedy bloger miał pomysł i własnymi siłami go zrealizował. Głównym tematem strony są gry, a więc mamy pada – tutaj umieszczonego wewnątrz bobrzego ogona. Brak kolorów dodaje uniwersalności.

logo

Za biedni na sushi
Przykład bazujący na kolorystyce – wyborze nietypowej barwy różu w zestawieniu z uniwersalną czernią i bielą. Forma jest o wiele mniej istotna, choć jednoznacznie przedstawia japońską potrawę, nawiązując do nazwy.

logo

Zapętlone
Śmiałe zestawienie eleganckiego sygnetu z ręcznie napisanym logotypem tez czasem może się sprawdzić – zwłaszcza kiedy obie rzeczy często występują oddzielnie. Dzięki zachowaniu wspólnego koloru dla obu elementów, logo Zapętlone jest bardzo spójne.

To było 10 przykładów, które jako pierwsze przyszły mi na myśl w temacie dobrego loga w blogosferze. Prawdopodobnie pominęłam bardzo wiele ciekawych znaków graficznych. Jakie są Wasze ulubione loga blogów? A może chcecie pochwalić się własnym projektem, który Waszym zdaniem jest ciekawy i dobrze wykonany? Zapraszam do podzielenia się w komentarzu.

Więcej