Wyjaśnienie

Pewnie nie uwierzycie, ale przez te grube cztery miesiące, kiedy nic nie pojawiało się na tym blogu, nie było dnia abym nie myślała o kolejnym wpisie. Ten czas był jednak tak intensywny, że jak tylko zaczynałam opisywać ostatnie wydarzenia, refleksje, obserwacje… miałam wrażenie, że tylko głaskam każdy temat, pomijając jego esencję. Szczególną trudność sprawia mi podsumowanie roku 2017, które jak dotąd doczekało się kilku wersji, z czego ani jednej satysfakcjonującej. Ani jednej, która w pełni oddałaby to, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku.

Semestr na Erasmusie to nie tylko nowe miejsce, nowi ludzie i kultura. To także ogromna nawałnica przemyśleń. To prawdziwe doświadczanie różnic kulturowych, zderzenie się z totalnie nowym światem. To nieustanne porównania – krajów, doświadczeń, możliwości. To myślenie o teraźniejszości, przyszłości ale i przeszłości. To, z jednej strony, żal, że dorastało się w beznadziejnych warunkach, co będzie owocować zawsze. To, z drugiej strony, szczęście że dostało się możliwość doświadczenia życia i studiowania we wspaniałym środowisku – radość, która okazjonalnie tylko zmienia się w smutek, kiedy do głowy wpada tzw. Impostor syndrome i poczucie, że nie się nie zasłużyło na tę przygodę. Te wszystkie myśli giną jednak w natłoku wrażeń, kumulowanych z powodu limitu czasu. Chciałam skorzystać z tego wyjazdu na 200%, uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach, organizować każdy dzień jakby jutro nie miało nadejść.

W końcu jednak ten czas minął. Powiedziałabym, że od teraz czeka mnie życie na kulturalno-edukacyjnym kacu, gdyby nie to, że tak naprawdę to dopiero początek przygód. Tak naprawdę to już nigdy nic nie będzie takie jak dawniej. W końcu to mój ostatni semestr studiów magisterskich na Politechnice Gdańskiej. Teraz czeka mnie egzamin, oddanie projektu, w międzyczasie praktyka i wreszcie – obrona przed komisją. Te kilka stałych punktów w kalendarzu stanie się tylko odniesieniami do pozostałych akcji, licznych wyjazdów, godzin spędzonych w autobusie czy na lotnisku. Wróciłam do Gdańska, ale nie wróciłam do domu. Moja definicja domu rozpadła się na kawałeczki, a obecność w tym mieście trudno mi traktować inaczej niż jako dłuższą wycieczkę. Podróż, aby spotkać się z promotorem, pozałatwiać formalności, a potem wrócić do bliżej nieokreślonego miejsca, w którym będę czuć się bezpieczna i szczęśliwa.

Wciąż nie mogę określić mojej relacji z Polską i patriotyzmem. Do tej pory wierzyłam, że patriotyzm sam w sobie nie jest zły, a nacjonaliści tylko przywłaszczają sobie to określanie, adaptując je do własnej filozofii. Coraz bliżej mi jednak do twierdzenia, że patriotyzm jednak z założenia prowadzi tylko i wyłącznie do zła, inspirując do działań przeciwko integracji kulturowej. Poza tym, dlaczego miałabym darzyć większym uczuciem dany kawałek świata tylko dlatego, że jakimś przypadkiem akurat na nim się urodziłam? Rozumiem, że chodzi o kulturę, wspomnienia związane z danym terenem, czy nawet jego zasoby które podczas swojego życia zdążyłam wykorzystać. Może powinnam być wdzięczna? Chyba nie będę.

Jestem i chcę być osobą mobilną, nie przywiązaną łańcuchem do żadnego miejsca, a jeśli już miałabym się gdzieś zadomowić na stałe, niech to będzie kraina wybrana przeze mnie ze względu na jej walory, komfort życia i piękno. Polska natomiast powoli staje się miejscem, w którym już można tylko protestować. Podstawowe prawa człowieka odbierane są jedno po drugim, miasta duszą się w smogu, ceny żywności równają się z tymi na Zachodzie, podczas gdy płace nie pozwalają ludziom wytrwać od pierwszego do pierwszego. Mogę wychodzić na ulice za każdym razem, raz ze świeczką, raz z wieszakiem… ale życie mam tylko jedno. W tym jednym życiu chcę być szczęśliwa, a teraz już wiem, że szczęście istnieje.

Na koniec tego krótkiego wpisu chciałabym tylko odpowiedzieć na kluczowe w tym momencie pytanie: co się będzie działo dalej z tym blogiem? Na pewno będę potrzebować silnego impulsu, aby wrócić do regularnego pisania. Ten blog powstał ponad osiem lat temu, a założyła go zupełnie inna osoba niż ta, którą teraz jestem. Pomimo tego, że coraz więcej osób odwiedzało moją stronę, droga jaką obrałam zaczęła zniechęcać mnie do pisania. Chciałam, aby każdy wpis był bardzo konkretny i bogaty w informacje, jak porządny artykuł z dobrej gazety. Zabrakło w tym jednak mnie i tego indywidualizmu, który tak naprawdę stworzył tego bloga. Szykujcie się na naprawdę duże zmiany. To trochę potrwa, ale będzie tego warte.

Więcej

Glow Eindhoven

glow eindhoven

Festiwale światła od lat cieszą się dużą popularnością. To podczas nich miasta nocą zamieniają się w żywe i kolorowe dzieła sztuki. Kiedy pierwszy raz o nich usłyszałam, wiedziałam, że prędzej czy później wybiorę się na jeden z nich. Jak się okazało, nie musiałam nigdzie jechać. W listopadzie festiwal znany pod nazwą Glow odbywa się dokładnie w Eindhoven, czyli mieście w którym obecnie mieszkam.

Eindhoven często nazywane jest miastem świateł. To tutaj, za sprawą Philipsa, rozwijał się przemysł oświetleniowy. Od 2006 roku każdej jesieni, pod koniec listopada, przez cały tydzień wieczorami uruchamiane są wspaniałe instalacje świetlne, często wzbogacone muzyką lub dodatkowymi efektami, np. dymem. Bardzo oczekiwałam tego wydarzenia i spodziewałam się naprawdę niesamowitych wrażeń. Jak było – dowiecie się w tym wpisie.

Instalacje świetlne uruchamiane były każdego dnia koło godziny 18 i wyłączane przed północą. Był to czas zdecydowanie odpowiedni – wieczorem było już zupełnie ciemno, a nocą tłumy uczestników i muzyka nie przeszkadzały mieszkańcom okolicznych budynków zasnąć. Dawało to około pięciu-sześciu godzin każdego dnia na zapoznanie się z poszczególnymi częściami wydarzenia. Organizatorzy przewidzieli ścisłą trasę długości około 6 km, uwzględniającą wszystkie punkty Glow. Zdecydowana większość z nich była dostępna dla wszystkich, całkowicie bezpłatnie. Wyjątek stanowił pokaz na stadionie Philipsa oraz wystawa w Van Abbemuseum. Instalacje uwzględniały prace twórców lokalnych i zagranicznych.

glow eindhoven
glow eindhoven

Zacznijmy od głównej trasy. Jej długość i przebieg były optymalne, choć dużym utrudnieniem okazał się ogromny tłum. Nie raz musiałam czekać aż ludzie przede mną przecisną się przez przewężenie ulicy czy odejdą od jakiejś instalacji, abym też ją mogła zobaczyć. Część prac uruchamiane było co parę minut, więc również musiałam poczekać, aby je zobaczyć. Największe wrażenie wywołało we mnie kilka instalacji. Pierwszą z nich była fasada kościoła św. Katarzyny – za pomocą projektorów wyświetlono na jej nieregularnej powierzchni wzór witrażu (autor: Daniel Margraf). Nie mniej imponująca była animacja rzucana na drzewo stojące przy rzece (Gijs van Bon) czy małe, kolorowe „wysepki” unoszące się na wodzie, wykonane przez dzieci w ramach projektu organizowanego przez CultuurStation. Nietypową instalacją była gra świateł wewnątrz i na zewnątrz meczetu (Ellen de Vries, The Lux Lab) oraz pokaz odbywający się na placu pod ratuszem (Michel Suk), gdzie ludzie pomimo deszczowej pogody i mokrej nawierzchni placu, kładli się na ziemi aby lepiej odbierać odbywający się ponad głowami performance.

glow eindhoven
glow eindhoven

Pokaz na stadionie Philipsa był ciekawy, ale nie niesamowity. Zaangażowano w nim tancerzy, którzy stali tak daleko, że ledwo dało się ich dostrzec. Sama gra świateł była oczywiście ciekawym widowiskiem, nie mówiąc już o wspaniale skomponowanej muzyce, pasującej do przedstawienia. Myślę, że warto było się tam wybrać, ze względu na niską cenę uczestnictwa i możliwość zobaczenia od wewnątrz stadionu Philipsa (fanką meczy nie jestem, więc raczej nie mam powodu aby odwiedzić stadion w typowym dla jego funkcji celu). Co zdenerwowało mnie najbardziej to proces wypuszczania ludzi z budynku – otwarto wyłącznie jedne drzwi przez co minęły wieki zanim wszyscy szczęśliwie wygramolili się na zewnątrz.

Bardziej podobała mi się wystawa w Van Abbemuseum. Również dostępna za niewielką opłatą, choć darmowa dla mnie i innych szczęśliwych posiadaczy Museumkaart. Tymczasowa ekspozycja zawierała instalacje/rzeźby/obrazy (nie raz granica między rodzajami dzieł sztuki nie jest do końca wyraźna) angażująca światło i wrażenia optyczne. Zdecydowanie największe wrażenie wywołała we mnie praca japońskiego artysty Akinori Goto. Rzeźba o organicznej formie pod wpływem padających na nią snopów światła ujawniała małe sylwetki postaci poruszające się, „tańczące”, po jej krawędziach. Myślę, że mogłabym się wpatrywać w nią godzinami i nadal by mi się to nie znudziło. Cała ekspozycja muzealna była wartościowa i zdecydowanie odwiedziłabym ją, nawet gdybym nie miała darmowej wejściówki.

glow eindhoven

Podsumowując – Glow był wydarzeniem wartym zobaczenia, choć znacznie mniej angażującym niż Dutch Design Week. Projekty były naprawdę piękne i sprawiały ogromne wrażenie, ale szczerze mówiąc – spodziewałam się czegoś więcej. Po tym, co miasto zaprezentowało z okazji DDW, myślałam, że i tym razem impreza zaangażuje każdy kąt i każdą ścianę. Spodziewałam się o wiele większej liczby instalacji i kolorowych efektów od których nie sposób uciec. Oczywiście, Glow był wspaniały i bardzo się cieszę, że mogłam w nim uczestniczyć. Po prostu – pewnie bezsensownie – nastawiłam się na coś, co prawdopodobnie nie miałoby większego sensu. W końcu jak tu podziwiać poszczególne twory, kiedy całe miasto świeci!

glow eindhoven
Więcej

Dutch Design Week – festiwal designu w Eindhoven

Minęły dwa miesiące odkąd mieszkam w Eindhoven. Choć jeszcze nie znam wszystkich zakamarków tego średniej wielkości miasta, wciąż na na każdym kroku mnie coś zachwyca. Raz jest to oświetlenie z okazji ważnej rocznicy, innym razem rynek starych płyt i winyli, a czasem coś na uczelni, obok czego nie sposób przejść obojętnie. Tym razem będzie jednak o wydarzeniu, na które oczekiwałam od dłuższego czasu, mimo że do końca nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać. Mowa o odbywającym się co roku festiwalu designu – Dutch Design Week.

Dutch Design Week trwa dziewięć dni, czyli zawiera dwa weekendy i tydzień roboczy pomiędzy nimi. W skład wydarzenia wchodzi całe mnóstwo wystaw, warsztaty, wykłady i wiele koncertów muzycznych. Festiwal widoczny jest w całym mieście w postaci różnorakich instalacji czy tymczasowych pawilonów, a nawet tak zwanych „pop-up” restauracji czyli jadłodajni pojawiających się tylko i wyłącznie na czas trwania wydarzenia. Plakaty promujące nie tylko całe wydarzenie, ale poszczególne jego elementy, rozwieszone są po całym mieście, a ulicami jeżdżą samochody – darmowe taksówki – z zamontowanymi na dachu krzesłami, rzeźbami czy instalacjami artystycznymi. Nie sposób nie dostrzec pięknych rowerów, na czas festiwalu wypożyczanych uczestnikom przez gminę. Mnóstwo artystów, projektantów, studentów i innych zainteresowanych festiwalem ludzi wędruje z jednego punktu Dutch Design Week do drugiego. Równie wiele zatrzymuje się przed wydarzeniem, popijając kawę, rozmawiając lub czekając na darmowy autobus, który zabierze ich w inną część miasta. W rękach trzymają kolorowe mapki, a na nadgarstkach wiszą festiwalowe bransoletki. Wydarzenie ma prawdziwy rozmach, organizatorzy nie oszczędzają na niczym.

dutch design week

Ogromne przestrzenie Klokgebouw wypełnione po brzegi odwiedzającymi.

Wielu projektantów przygotowuje się miesiącami do zaprezentowania swoich prac. Spora część z nich to studenci i absolwenci Akademii Designu, ale także innych szkół i uczelni z Eindhoven i reszty kraju. Oczywiście wystawiają się też twórcy zagraniczni. Większość ekspozycji ma charakter grupowy – każdy twórca przedstawia jeden, najważniejszy projekt, w ramach większej wystawy. Cóż się dziwić – miejsce jest ograniczone, tak samo jak czas odwiedzających. Wystarczy tylko na projekty najlepsze z najlepszych. Artyści i projektanci przez większość czasu towarzyszą swojemu projektowi, gotowi wyjaśnić jego znaczenie, przedstawić więcej informacji lub podzielić się historią jego powstawania. Wszechobecne są kolorowe wizytówki, czy to, co lubię najbardziej – pocztówki z fotografiami projektu. Zebrałam ich prawie sto pięćdziesiąt i będą stanowić piękny podzbiór mojej wielkiej kolekcji.

Spora część wystaw, wydarzeń lub miejskich instalacji jest otwarta publicznie i dostępna dla każdego, niezależnie czy kupił bilet na Dutch Design Week, czy nie. Najciekawsze wystawy wymagają jednak pokazania bransoletki z logiem festiwalu, więc zdecydowanie warto się w nią zaopatrzeć. Bilet kosztuje 11,50 eur dla dzieci i studentów oraz 19,50 dla pozostałych odwiedzających. W tej cenie zyskuje się nielimitowany dostęp do wszystkich miejsc, darmowy wstęp na koncerty muzyczne oraz możliwość wypożyczenia roweru. Najważniejszy jest jednak dostęp do Klokgebouw, Het Veem i paru innych lokalizacji, oferujących najciekawsze ekspozycje. Warto podkreślić, że jest to koszt jednorazowy, a bilet jest ważny przez całe 9 dni. Jest to też cena na tyle mała, że mogąc uczestniczyć tylko przez dzień lub dwa, wciąż nie będzie znacznie uderzał w domowy budżet. Jestem przekonana, że nie jest to główne źródło utrzymania Dutch Design Week, a jedynie sposób wybrania wyłącznie osób naprawdę zainteresowanych tematem, jeśli chodzi o wstęp do już i tak bardzo zatłoczonych budynków.

Mnóstwo firm i instytucji wspiera Dutch Design Week, przez co wydarzenie staje się naprawdę ogromnym eventem. Na tyle ogromnym, że nawet mając wolny cały tydzień, nie sposób zwiedzić wszystkich lokalizacji i uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach. Bogaty program jest dostępny na dobrze zrobionej stronie internetowej, dzięki czemu łatwiej wybrać atrakcje, które chce się odwiedzić danego dnia. Najlepiej podzielić swój cza na poszczególne lokalizacje – dzielnice – i zaliczać obiekty znajdujące się obok siebie.

Strijp-S

Szczególnym miejscem jest Strijp-S. Jest to nowa dzielnica mieszkaniowa, przekształcona zaledwie kilka lat temu z terenów przemysłowych Philipsa. Miasto zdecydowało się zachować industrialny charakter tego miejsca, komponując zieleń i nowe budynki pośród dawnych fabryk, obecnie funkcjonujących jako obiekty mieszkaniowe, biurowe i usługowe. Dzielnica stała się nowym centrum kulturalnym miasta, mieszcząc pracownie projektowe, kawiarnie i mnóstwo miejsc publicznych, jednocześnie oferując niezwykły klimat. Wiele przestrzeni wewnątrz budynków jest jeszcze niezagospodarowanych, dzięki czemu można je było wykorzystać na festiwalowe ekspozycje. Najważniejszy jest „budynek-zegar” – Klokgebouw, który stał się ikoną Strijp-S. Podczas Dutch Design Week, zagospodarowana została także pusta przestrzeń – wkomponowano tam mnóstwo tymczasowych pawilonów tematycznych. Na Ketelhuisplein (placu przy dawnej kotłowni) stanął przepiękny People’s Pavilion o niezwykłej architekturze. Został on wykonany w 100% z materiałów pożyczonych, które po festiwalu zostały zwrócone w niezmienionej formie ich właścicielom. Inne tymczasowe obiekty zawierały, między innnymi, wystawy takie jak Embassy of Food (Ambasada Jedzenia) czy Embassy of Intimacy (Ambasada Intymności).

dutch design week

Tymczasowe pawilony w Strijp-S. Ich układ został przemyślany urbanistycznie – z osią skierowaną dokładnie w stronę dawnego komina (który, jak to przystało na komin w Eindhoven, nocą jest oczywiście pięknie oświetlony).

W Klokgebouw i het Veem umieszczono naprawdę wspaniałe wystawy. Sporą część pierwszego budynku mieściła wystawa Mind the Step, przygotowana przez tutejszą politechnikę. Oprócz ciekawych projektów, znalazła się tam także i scena, na której co chwila prezentowali różni twórcy. Wiele wystaw zawierało projekty nagradzane w konkursach, specjalnie wyróżnione przez różne instytucje i firmy. W het Veem szczególnie spodobała mi się ekspozycja poświęcona historii miasta, zawierająca niesamowitą ilość fotografii posegregowanych latami. Niestety, opisy nie zostały przetłumaczone na język angielski, co znacznie zmniejszyło przystępność prezentowanej treści. Budynek mieścił także sale z urządzeniami wykorzystującymi technologię Virtual Reality, jednak mi było trochę szkoda czasu aby stać w kolejce do poszczególnych jej części.

dutch design week

To wnętrze się marnuje przez resztę roku. Powinni to tu zostawić :D.

dutch design week

Część wystawy o historii miasta – tutaj zaprezentowano zbiór dawnych plakatów.

dutch design week

Wejście na drugie piętro het Veem. Czyli już naprawdę nie wiesz, czego się spodziewać.

Centrum miasta

W centrum miasta oczywiście też nie brakowało atrakcji. Na głównym miejskim rynku stanął nietypowy, kolorowy budynek autorstwa Winy’ego Massa z biura architektonicznego MVRDV oraz think-tanku The Why Factory (T?F). (W)ego, jak brzmi nazwa budynku, to dziewięciometrowa instalacja “mieszkalna”, zachwycająca nietypową formą i wyrazem przestrzennym. Jest to tylko część udziału architekta w wydarzeniu – został on ambasadorem tej edycji i jego wkład w wydarzenie był oczywiście bardzo duży. Udało mi się nawet wziąć udział w warsztatach z jego udziałem, gdzie wraz z grupą studentów z TU/e, Delft i Chicago próbowaliśmy zaprojektować futurystyczną wizję przyszłości miasta. Innym tworem Winy’ego Massa i reszty grupy był film, pokazywany bez przerwy na ogromnej ścianie wewnątrz budynku Klokgebouw. Niezwykłe, wręcz nieprawdopodobne wizje rozwoju miast potrafiły zainspirować i zmusić do refleksji, czego tak naprawdę możemy się spodziewać za kilkadziesiąt czy kilkaset lat, biorąc pod uwagę problemy pojawiające się obecnie na świecie.

dutch design week

(W) ego w (nie) całej okazałości.

dutch design week

Nietypowe warsztaty, nietypowe wizje, nietypowy sposób myślenia. Już nigdy nie pomyślę, że cokolwiek co stworzyłam do tej pory było chociaż trochę wizjonerskie w porównaniu z tym, co powstało na tych warsztatach.

Jeszcze w centrum, wykorzystano dawny budynek warsztatów V&D – sieci galerii handlowych. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, że tak ogromna przestrzeń użytkowa stoi pusta w samym sercu miasta. Podczas Dutch Design week pomieściła głównie trzy duże wystawy – kolorową ekspozycję mody, Embassy of Robot Love (Ambasadę Miłości do Robotów) i Embassy of Data (Ambasadę Danych). Pierwsza z nich prezentowała szalone, często orientalne stroje, przyciągając uwagę świecącymi lub odbijającymi powierzchniami, całą gamą kolorów i zapachem zielska, którym twórcy postanowili wesprzeć swoją kreatywność, lub modele prezentujący ubrania ułatwić stanie w miejscu przez kilka godzin. Embassy of Robot Love prezentowała urządzenia o rozmaitych funkcjach oraz zawierała duży stół, przy którym każdy mógł skonstruować niewielkiego robota z gotowych elementów. Embassy of Data w bardzo konkretny sposób prezentowała jakie informacje zbierane są w mieście, w jakim celu i przez kogo. W ramach tej ostatniej, wraz z grupą z kursu Theory and Practice of the Public Domain (teoria i praktyka domeny publicznej) zaprezentowaliśmy projekty usprawnienia miasta za pomocą urbanistycznych rozwiązań wykorzystujących nowe technologie i zbiór danych.

dutch design week

Kto zrozumie projektantów mody?

dutch design week

Napiszę to po raz setny. Zmarnowałam swoje dzieciństwo, mieszkając w Polsce. Takiego funu mi nikt nigdy nie zorganizował :(.

dutch design week

W Eindhoven dane są zbierane na każdym kroku. Czy to informacje dotyczące stanu powietrza, czy przepełnienia podziemnych śmietników, lub oczywiście stanu wody. Wszystko odbywa się automatycznie, przy wykorzystaniu sensorów i innych urządzeń. Wystawa w Embassy of Data skupiła się na uświadomieniu, na czym polega zbiór danych, kto je wykorzystuje i w jakich celach.

dutch design week

Projekt z kursu. Autorzy: Kee An Lee, Pei Yun Tay, Lisanne Bergefurt, Roy van Gool i ja.

Oczywiście to nie wszystko, co można było zobaczyć w centrum miasta. Gdybym miała wymienić wszystkie wystawy, pewnie ten wpis zamieniłby się w pokaźnej wielkości książeczkę – nawet gdybym wybrała tylko te miejsca, które odwiedziłam osobiście. A z tych warto wspomnieć wystawę dyplomów w Akademii Designu, czy pawilony prezentujące interpretacje światła przez Studio Solarix. Oraz oczywiście tymczasowy pawilon mieszczący makietę miasta z warsztatów z Winy’m Massem. Niedaleko głównego dworca, kolejne wystawy prezentowano w budynku Design Perron. Tam znajdowało się między innymi stoisko twórców z Łodzi.

dutch design week

Jedna z instalacji mieszczących się w Design Perron.

Sectie-C

Niestety nie udało mi się odwiedzić wszystkich miejsc, które chciałam. Ze względu na ciężki okres na studiach (tak, mam sesję na przełomie października i listopada), mój czas wolny był dość mocno ograniczony. Drugą rzeczą, która powstrzymała mnie jeszcze bardziej była porażająca migrena, która przykuła mnie do łóżka na całą sobotę – przedostatni dzień DDW.

Ostatni dzień Dutch Design Week spędziłam głównie w domu i bibliotece, nadrabiając zległe projekty na studia. Dopiero wieczorem postanowiłam skorzystać z okazji i wskoczyłam do naprawdę ostatniego autobusu jadącego do Sectie-C – miejsca dość odległego od centrum miasta (około 15 minut autobusem), ale mieszczącego kolejny zestaw wystaw i wydarzeń. Klimat magazynów mieszczących wystawy został ubrany w mocne, zielone światło. Otwarte restauracje i puby nadały miejscu charakter imprezy tylko dla wtajemniczonych. Z Sectie-C bez problemu udało mi się wrócić darmową taksówką Volvo.

dutch design week

„Do (not) feed the makers”. Obok ekspozycja śmieci, zachęcających do zajrzenia na wystawę prezentującą przedmioty wykonane z przetopu plastiku.

dutch design week

Sectie-C i to kosmiczne światło. Prawie jak nie z tego świata.

Dutch Design Week to nie tylko możliwość prezentacji projektów i nauczenia się czegoś nowego. Jest to wspaniała okazja do zwiedzenia Eindhoven. Jako, że wystawy zlokalizowane były w najciekawszych punktach miasta, samo dotarcie do nich pociągało za sobą poruszanie się po tym tętniącym życiem środowisku miejskim. Wydarzenie może stać się pretekstem do odwiedzenia takich obiektów jak ratusz, budynki uczelni czy biblioteka miejska, nie mówiąc już o Van Abbemuseum, do którego warto wpaść o każdej porze roku.

No i oczywiście klubów muzycznych – w ramach Dutch Design Weeku przewidziano całe mnóstwo koncertów, mieszczących się w kilku lokalizacjach, każdego dnia. Mi się udało wziąć udział w trzech z nich – dwóch odbywających się w TACu – Temporary Art Centre, czyli Tymczasowym Centrum Sztuki i jednym w Effenarze, słynnym miejscu, które kilkanaście lat temu zostało rozbudowane według projektu biura MVRDV. Szczególnie cieszę się, że udało mi się być na koncercie zespołu And So I Watch You from Afar, który znałam od dawna, a teraz mogłam posłuchać na żywo i to za darmo, w cenie biletu na DDW. Nie mniej zachwyciła mnie muzyka zespołu CUT_ z Amsterdamu. Na pewno nie raz do niej jeszcze wrócę.

Podsumowanie

Na koniec chciałabym porównać Dutch Design Week do Gdynia Design Days. W trójmiejskim festiwalu designu udało mi się wziąć udział kilkukrotnie i za każdym razem dobrze się bawiłam, choć wydarzenie jest o wiele mniejsze niż to w Eindhoven. Zdecydowanie brakuje tego rozmachu i funduszy, ale może i zaangażowania? O gdyńskim wydarzeniu tak naprawdę wiedzą głównie projektanci i osoby zainteresowane designem – wszyscy pozostali mieszkańcy miasta i odwiedzający często nie zdają sobie sprawy, że w PPNT jest kilka ciekawych wystaw, a w centrum miasta umieszczono parę instalacji. Wydarzenie nie jest zbyt dobrze promowane, wiele osób zarzuca mu, że wydaje się być zamknięte. I szczerze mówiąc – tegoroczna edycja dała mi to dobrze do zrozumienia, kiedy nie udało mi się zapisać na prawie żadne warsztaty. Oczywiście doskonale rozumiem, że nie ma co porównywać Gdyni do Eindhoven (nawet jeśli liczba mieszkańców obu miast jest niemal taka sama, oba miasta oparły swój rozwój na przemyśle i to pozwoliło im się rozwinąć w ciągu ostatniego stulecia…), zwłaszcza jeśli chodzi o dostępność środków, jednak naprawdę chciałabym zobaczyć kiedyś w Gdyni festiwal designu z prawdziwego zdarzenia. Festiwal, który – tak jak DDW – ściągnąłby ludzi z całego świata aby dzielić się ideami i promować design pośród nie tylko osób już wcześniej nim zainteresowanych.

A już za tydzień w Eindhoven zaczyna się Glow – słynny festiwal świateł. Naprawdę nie mogę się doczekać, aż zobaczę te wszystkie instalacje i pokazy świetlne. No wreszcie będzie powód, aby odwiedzić Stadion Philipsa, górujący nad miastem, a mimo to wciąż mi nieznajomy.

Więcej

Amsterdam

amsterdam

Wreszcie udało mi się odwiedzić miasto, które od niepamiętnych czasów dumnie zajmowało pierwsze miejsce na mojej liście miast do zobaczenia. Amsterdam. Piękna stolica Holandii, znana z baśniowych widoków kamieniczek, ulokowanych wzdłuż kanałów, rowerów poprzypinanych do każdego możliwego elementu nieruchomego i wąskich ścieżek i zakamarków pomiędzy budynkami. Miasto artystów, jeden z najważniejszych ośrodków kultury, wypełnione muzeami i galeriami, pomnikami i rzeźbami. Miejsce, gdzie na każdym metrze kwadratowym można znaleźć dzieło sztuki, za to nietrudno zgubić siebie, nie tracąc przy tym niczego poza widokiem jednego pięknego miejsca na korzyść drugiego.

Prognoza pogody zapewniała mnie o dwudziestoprocentowej szansie opadów, co w klimacie amsterdamskim oznaczało mniej więcej, że miało padać cały dzień. Deszcz nie zmniejszył jednak tłumów snujących się między kamieniczkami. Nawet przy większej ulewie co bardziej przyzwyczajeni wyglądali na zupełnie nie poruszonych swoim moknięciem. Tylko sklepiki z pamiątkami czy kwiatami pozakrywane zostały plastikowymi szmatami. Tam można było kupić wszystko – od typowych pocztówek, figurek i przewodników po pudełka na stroopwafle, drewniane tulipany i lizaki z marihuaną. Zapach tej ostatniej unosił się w całym mieście, często przerywany wonią soczystego, dojrzewającego sera prosto ze sklepu, który całą swoją dekoracją wnętrza i zewnętrza przekazywał konkretny komunikat – tutaj sprzedaje się ser.

Regularny i charakterystyczny układ ulic i kanałów Amsterdamu sprzyja gubieniu się, nawet jeśli wyznaczona droga prowadzi prosto, bez zakrętów. A może to te kanały wabią swoim urokiem do tego stopnia, że nie da się bezrefleksyjnie ich minąć, tylko trzeba kawałek przejść wzdłuż, potem urokliwym mostem pełnym rowerów i z powrotem, żeby jeszcze drugi rząd kamieniczek zobaczyć w całej okazałości z przeciwległego brzegu. Skończyło się na tym, że zanim dotarłam do miejsca, w którym znajdują się najważniejsze muzea, minęły dwie czy nawet trzy godziny.

amsterdam
amsterdam


Kiedy miasto samo się prosi, aby je pokochać…

amsterdam
amsterdam


Czy wspominałam już rowery?

amsterdam
amsterdam


Tak, będę robiła zdjęcie przy każdym kolejnym kanale.

amsterdam


Kiedy myślisz sobie, że na pewno uda ci się zrobić zdjęcie słynnego napisu podczas ulewy. Na pewno nie będzie na nim żadnych ludzi.

Przybyłam tam z pełną świadomością, że nie odwiedzę tych wszystkich wspaniałych gmachów, wypełnionych niesamowitościami, jednego dnia. Wybór pomógł mi podjąć portfel, gdyż tylko jedno z muzeów oferuje zniżkę studencką – Stedelijk Museum, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej. Dwa pozostałe ze świętej trójcy – Rijksmuseum i Muzeum van Gogha zobaczę, kiedy uda mi się wyrobić kartę muzealną uprawniającą do bezpłatnego wstępu do muzeów przez cały rok. Wybór był idealny – wizyta w tym obiekcie zajęła mi dokładnie tyle czasu, ile pozostało od mojego przyjścia do jego zamknięcia.

W Stedelijk Museum spodziewałam się przede wszystkim Mondriana i van Doesburga, twórców kierunku De Stijl. Nie zawiodłam się. Co więcej, wyeksponowano słynne krzesło Rietvelda, a także jego makiety domu Schröder w Utrechcie, wraz z zachowanymi oryginalnymi elementami wyposażenia. Poza tym Malewicz, Kandinsky, Cézanne… czego innego można się spodziewać po muzeum tej klasy? Poznałam też paru nowych dla mnie artystów – jak Miguel-Ángel Cárdenas, Aslan Gaisumov czy Otobong Nkanga. Jedna z wystaw poświęcona została twórczości Edwarda Krasińskiego – trójwymiarowe kompozycje z wiszącymi elementami czy niebieską taśma adhezyjną wypełniały swoim oddziaływaniem całe pomieszczenia.

amsterdam


Poznajecie tę piękność? Tak, to oryginał z lat dwudziestych.

amsterdam


Wiszące lustra Krasińskiego

amsterdam


To jest zdjęcie przedstawiające chwilowy brak deszczu na zewnątrz.

Amsterdam to miasto niezwykłe. Ten jeden dzień minął tak szybko, że tak naprawdę w ogóle nie zdążyłam poznać tego miejsca. Pięknie zdobione elewacje kamieniczek wciąż wydają mi się bajką, a nie rzeczywistością. Ktoś powie, że przecież takie mamy w Gdańsku. Nie, nie. W Amsterdamie można iść bez końca, zagłębiać się w wąskie uliczki i przechodzić przez kolejne mosty a ten uroczy widok nie mija. Mnóstwo zieleni – kwiatów i krzaków w każdej formie, czy to wiszącej czy doniczkowej – dodaje malowniczości do nawet najciemniejszego kąta. Wycieczkowe łódki wypełnione turystami snują się po wodzie, a kramy oferują naprawdę najdziwniejsze pamiątki (moją ulubioną będą chyba pluszowe drewniaki – kapcie). Gdzieniegdzie pojawiają się tramwaje czy autobusy, ledwo przeciskające się pomiędzy turystami przeskakującymi z jednej krawędzi jezdni na drugą. Do tego jeszcze umieszczone w kluczowych punktach mobilne organy z rzeźbionymi figurkami, oferujące nietypową melodię.

Odwiedziłam wreszcie moje top1 miasto na liście do odwiedzenia… i wcale nie zamierzam go odhaczyć jako „zaliczone”.

amsterdam
amsterdam

 

amsterdam

 

amsterdam

Handel pamiątkami w Amsterdamie mógłby być materiałem na osobny wpis. Zdjęcie po prawej przedstawia na przykład… solniczki.

amsterdam


amsterdam


Nie ma nic gorszego niż nocne zdjęcia „z ręki”, wiem. Po prostu oświetlenie ratusza jest tak piękne, że postanowiłam umieścić dokładnie to zdjęcie – mimo, że zrobiłam i wersję „za dnia”.

Więcej

Erasmus w Holandii – pierwsze wrażenia

erasmus w holandii

Dawno już nie pojawił się nowy post na blogu. Trochę to wynika z mętliku w głowie. Przez wakacje uczestniczyłam w dwóch dwutygodniowych kursach (Belgia i Niemcy), a teraz jestem w Holandii na Erasmusie. Spełniłam co najmniej jedno ze swoich największych marzeń, a to mnie trochę przerosło. Potrzebowałam trochę więcej czasu, aby wrócić do swojej rutyny, choć i tak jestem przekonana, że nic już nigdy nie będzie jak dawniej. Zbyt wiele doświadczeń, tak różnych od dotychczasowego egzystowania.

Póki co, staram się czerpać garściami to nowe doświadczenie. Uniwersytet techniczny w Eindhoven ma ogromne zaplecze naukowe, niesamowitą bibliotekę, wspaniałą pracownię makiet, zachwycające centrum sportu oraz świetną kadrę. Bardzo wiele jednak uczę się od samych studentów – zarówno miejscowych, jak i tych, którzy przyjechali z innych krajów, ale zdążyli już przyzwyczaić się do tutejszego trybu pracy. A jest on zupełnie odmienny od tego w Polsce. Godzin zajęć z prowadzącymi – wykładów i ćwiczeń – mam naprawdę bardzo mało. Chyba nie więcej niż 10 w tygodniu, choć liczba ta zależy od czasu omówienia zadań. Prowadzący natomiast dostarczają porządne materiały, wymagają wykonania rozmaitych zadań i opierają naukę na pracy samodzielnej – indywidualnej oraz grupowej. Semestr podzielony jest na dwa kwartyle, część przedmiotów odbywa się w pierwszym, a część w drugim (wyjątkiem jest masterproject, który trwa całe pół roku). Dzięki temu można się skupić na kilku ważnych przedmiotach, a nie rozdrabniać się na mniejsze.

Napisałam wcześniej, że wiele wyciągam z doświadczeń innych studentów. Ci, praktycznie bez wyjątku, są ponadambitni. Za każdym razem, kiedy trzeba wykonać jakieś proste zadanie, oni traktują temat jako okazję to zaprezentowania swoich umiejętności. Popularną metodą pokazywania, że „coś się zrobiło” jest prezentowanie tego w formie planszy, prezentacji lub książeczki. Dodatkowe schematy, diagramy czy opisy są na porządku dziennym. Tutejszych studentów nie trzeba zachęcać aby szukali problemów i ich rozwiązań, nie trzeba im wskazywać, z kim się skontaktować aby zdobyć więcej informacji, albo po jaką książkę sięgnąć. Oni po prostu przejmują inicjatywę, chcą prowadzących zaskoczyć swoją pracą. Na początku myślałam, że to domena jednostek wybitnych, że niektórym zależy na dobrym pierwszym wrażeniu. Okazuje się, że tak po prostu działa ta uczelnia. A ja, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, poczułam się najbardziej leniwym i nieprzydatnym człowiekiem na świecie. Potrzebowałam dwóch tygodni, aby rozbudzić w sobie podobny zapał, aby zacząć wyznaczać sobie dodatkowe zadania – co by tu zrobić aby uzupełnić temat, jaka forma prezentacji wykonanego zadania mogłaby pozytywnie wpłynąć na jego odbiór. Zaczęłam też coraz więcej czasu spędzać w bibliotece.

Prawdziwie magiczna biblioteka

Z biblioteki na TU/e bardzo trudno wyjść. Nie ze względu na kręte schody i skomplikowany układ pomostów nad parterem, prowadzących do głównego wyjścia. Szczególną trudność sprawiają biblioteczne zbiory, od których naprawdę nie mogę się czasem odkleić. Całe ogromne piętro poświęcone jest samej architekturze, urbanistyce i naukom budowlanym. Od historii i teorii po technologie i środowisko. Od starych ksiąg do nowoczesnych, multimedialnych wydań. Od powszechnie znanych i cenionych tworów do takich, o których się nawet nie śniło filozofom. Na jakikolwiek temat chciałabym napisać – na taki znalazłabym co najmniej kilka tytułów. Kiedy wspominam te wszystkie lata gorączkowego klepania słów kluczowych w Chomikuja, przeklikiwania się przez dziesiątki stron Googla i przenoszenia słabej jakości zdjęć książek na pendrive’ach, aż żałuję, że nie mogłam po prostu wsiąść w samolot i tu przylecieć. Teraz mam to wszystko pod ręką, a jedyne co mnie ogranicza to głos z mikrofonu, mówiący że zbliża się dwudziesta trzecia i pora iść do domu.

Słyszałam, że w Holandii uczelnie rywalizują, która będzie miała najwspanialszą bibliotekę. Przez to nie ma oszczędzania – ani na książkach, ani na samym budynku. Zatrudniani są najlepsi architekci, a efekty widać gołym okiem. Studenci natomiast nie ignorują tych możliwości – biblioteka jest pełna od rana do wieczora, i w dni powszechne i w weekendy. Podobnie jak cały kampus – przestrzenie pomiędzy budynkami żyją, cały czas toczą się w nich rozmowy, odbywa się bardzo dużo rozmaitych wydarzeń. W takim miejscu po prostu chce się być studentem, chce się wykonywać kolejne projekty i angażować w rozmaite aktywności. Dlatego też działa mnóstwo organizacji studenckich, a każda z nich ma swoje miejsce na uczelni i mnóstwo możliwości tworzenia tego studenckiego świata.

Ach gdybym mogła tak zacząć studiować na tej uczelni od samego początku, powoli poznawać biblioteczne zbiory i zakamarki kampusu… Pewnie nie dałabym rady. Czasem przy innych zaczynam czuć się totalnym przegrywem, zaczynam wątpić, że jestem w stanie osiągnąć tyle co oni, że się nadaję. Z drugiej strony, oni mają bardzo rozmaity bagaż doświadczeń. Wielu z nich przyjechało z zupełnie odległych zakątków świata – szczególnie dużą grupę stanowią Chińczycy oraz Hindusi. Oni też musieli przywyknąć do holenderskiego trybu pracy. A może było właśnie odwrotnie. Może to ci napływowi zaczęli kręcić tym trybikiem i inspirować rodzimych studentów do podejmowania większego wysiłku, niż jest to od nich wymagane. Niezależnie od przyczyny – efekt jest niesamowity.

Holandia jako dom

Życie w Holandii wydaje się być bardzo łatwe. Zwłaszcza w dużym mieście. Holenderskie ceny produktów spożywczych, ubrań czy artykułów przemysłowych nie odbiegają znacznie od polskich. Może i benzyna jest droga, ale kto w Holandii potrzebuje samochodu? Bardziej mogą boleć ceny komunikacji publicznej, gdzie za jednorazowy przejazd autobusem miejskim trzeba zapłacić €3,75, a za pociąg do stolicy ponad €20. Gdybym tylko miała trochę więcej czasu i pieniędzy, mogłabym zwiedzić te wszystkie niesamowite miasta – większość z nich znajduje się godzinę drogi stąd. Na pewno wybiorę się do kilku – nie darowałabym sobie bycia w Holandii i nie zobaczenia Amsterdamu czy Rotterdamu. Wiele z nich będzie jednak musiało poczekać na trochę luźniejszy moment w moim życiu.

Holandia sama w sobie nie jest drogim krajem. Na zakupy w markecie nie wydaję wyraźnie więcej niż w Polsce. Być może nawet mniej – ze względu na spory wybór produktów dla wegetarian czy większą „wytrzymałość” podstawowych produktów. Można krytykować skład chemiczny chleba, ale kiedy jest on wciąż bardzo dobry po trzech dniach od daty zakupu, zaczynam się zastanawiać – czy to naprawdę tak źle, że jem coś, co ma trochę więcej konserwantów, ale za to nie muszę wyrzucać ponad połowy po pierwszym dniu? Z produktów droższych niż w Polsce na pewno mogę wymienić ser, jednak jego smak rekompensuje każdy ubytek w portfelu. Najlepsze są jednak holenderskie przekąski. Moim ulubionym przysmakiem są stroopwafle. Składają się one z dwóch cienkich, okrągłych warstw i słodkiego syropu pomiędzy nimi. Tak naprawdę nie da się opisać, dlaczego stroopwafle są takie dobre. Je trzeba spróbować, najlepiej powstrzymując się przed pochłonięciem od razu całego opakowania.

To pół roku będzie dla mnie bardzo dużym wyzwaniem. Wiedziałam o tym, podejmując tę decyzję. Po raz pierwszy w życiu mieszkam sama, w miejscu gdzie prawie nikogo nie znam. Porozumiewam się z ludźmi po angielsku, czyli w języku który nie jest natywny ani dla mnie, ani dla nich. ten język w co drugim zdaniu i bardzo mnie to boli. Wiele razy palnęłam tak podstawowe błędy, że nie potrafiłam skupić się na słuchaniu drugiej osoby, bo wszystkimi myślami próbowałam anulować to, co dopiero wypadło z moich ust. Zaczęłam się też uczyć holenderskiego. Podoba mi się jego brzmienie, nawet charszcząca litera „g”. Idzie mi niewyobrażalnie wolno, nawet już nie marzę o opanowaniu tego języka do poziomu komunikatywnego. Nigdy nie miałam umiejętności lingwistycznych i do końca życia się z tym nie pogodzę. Ale próbować będę. Dla samej gimnastyki mózgu.

Tym, co sprawia mi niewyobrażalną przyjemność jest codzienna jazda na uczelnię rowerem. Nawet nie chodzi o zdrowy styl życia czy oszczędność. Najbardziej cenię tę swobodę – że mogę szybko dostać się z jednego końca miasta na drugi, że będzie to bezpieczne i na pewno się nie zmęczę. Praktycznie każda ulica ma ścieżki rowerowe wzdłuż obu krawędzi, często są one odseparowane zielenią. Teren jest zupełnie płaski – myślę, że nie zmęczyłabym się nawet pedałując przez cały dzień. Na ścieżkach rowerowych nigdy nie jestem sama, rower to po prostu część kultury. I tylko czasem trudno go gdzieś „zaparkować”, bo do każdego stojaka przyczepionych jest już sześć innych rowerów.

Holandia może się kojarzyć z wieloma rzeczami, ale dla mnie najważniejszą jest logika i pragmatyczność. Miasta są piękne i zadbane, a ludzie otwarci i pomocni. Prawo jest wymagające, a podatki duże, ale dzięki temu wszystko jest utrzymane tak, jak należy. Dopóki ludzie nie przeszkadzają sobie nawzajem, mało kto narzeka na różnorodność. Holendrzy są zajęci swoimi sprawami, nie wchodzą z butami w życie innych. Lubią ładne rzeczy, co widać w postaci zadbanych ogródków oraz nietypowych sklepików (na przykład widziałam taki, którego całym asortymentem były mebelki do domków dla lalek). Z drugiej strony nie przywiązują uwagi do „symboli luksusu” i na mieście można spotkać samochody stare, pordzewiałe i pobite. Co bardziej kreatywni, ozdabiają je kolorowymi naklejkami. Rowery również rzadko kiedy błyszczą nowością. Większość z nich i tak dozna uszczerbku przy pierwszej próbie „odmontowania” ich z kupy zaparkowanych ciasno jednośladów.

Na mieście też nie ma straszących śmietników-kontenerów. Śmieci wyrzuca się do niewielkich pojemników, ze zbiornikiem pod ziemią. Przed tym, trzeba przyłożyć kartę, odblokowującą dostęp do śmietnika.

Ogólnie postęp technologiczny widać na każdym kroku. W marketach można skorzystać z mobilnego czytnika, którym skanuje się kolejne produkty, aby poznać ich cenę. Urządzenie wyświetla całą listę w ten sposób sprawdzonych przedmiotów, cenę za wszystko oraz sumę promocji. Plastikowe butelki mają kaucję 25 centów. Puste wrzuca się do maszyny znajdującej się w albo w pobliżu sklepu, aby dostać bon na zakupy. Kupując bilet na pociąg, korzysta się z karty z micro chipem. Nawet jednorazowe bilety posiadają micro chip. Bramki są na wejściu i wyjściu z peronów. Domyślam się, że pozwala to zbierać dokładne statystyki o podróżnych. Ekrany, komputery, punkty informacji – to elementy które już dobrze zdążyły się wpisać w tkankę miasta.

Nowe doświadczenie

Czy cieszę się, że pojechałam na Erasmusa? Teraz – bardzo. Nie wiem, jak będzie za pół roku, kiedy będę musiała walczyć z papierologią powyjazdową. Obecnie staram się czerpać całymi garściami z tego, co oferuje mi nauka w nowym miejscu. Chodzę na dodatkowe wykłady, odbywające się w przerwach na lunch, siedzę do nocy w bibliotece aby przeczytać chociaż ułamek tych wspaniałych książek. Staram się orientować, co się aktualnie dzieje na mieście. Najbardziej nie mogę się doczekać Dutch Design Weeku oraz festiwalu Glow. Pierwsze z tych wydarzeń to coroczne święto projektantów, składające się głównie z wystaw i warsztatów odbywających się m.in. w poprzemysłowych budynkach Philipsa. Glow natomiast ozdabia całe miasto w świecące dekoracje, przez co nocą Eindhoven zamienia się w miejsce prawdziwie magiczne.

Powoli przyzwyczajam się do tego miejsca i staram się trochę uporządkować swoje myśli, pogubione w chaosie informacji. Wciąż jednak prześladuje mnie wrażenie, że to tylko sen i za chwilę zadzwoni budzik.

Więcej

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum Emigracji w Gdyni miałam odwiedzić już dawno, jednak to zadanie ciągle schodziło na dalszy plan. Przecież obiekt będzie na miejscu zawsze, podczas gdy ogrom wydarzeń i rzeczy do zrobienia na wczoraj nie poczeka. W końcu jednak znalazł się bodziec do odwiedzenia nadmorskiego gmachu. Wyjeżdżam pod koniec sierpnia na pół roku z Polski, a do tego czasu praktycznie każdy dzień mam ściśle zaplanowany. To ostatni moment aby dowiedzieć się, dlaczego muzeum o dość kontrowersyjnym w Polsce temacie cieszy się popularnością pośród ludzi o bardzo zróżnicowanych poglądach. Słyszałam zbyt wiele pozytywnych opinii o tym obiekcie, aby darować sobie jego odwiedzenie.

Muzeum mieści się w dawnej siedzibie Dworca Morskiego przy samym porcie. Dzięki temu, odwiedzając ten budynek można nacieszyć oko malowniczymi widokami. Obok cumują ogromne promy-wycieczkowce, których widok również może zainteresować niejedną osobę. Sam gmach jest bardzo modernistyczny, zgodnie z dominującym stylem Gdyni. Wewnątrz, oprócz głównej funkcji obiektu, znajduje się księgarnia oraz restauracja. Bilety wstępu są tanie, ja zapłaciłam 6 zł. Dla odwiedzających dostępne są toalety oraz szafki.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Czas na najważniejszą część: wystawy. Zaprojektowano je w sposób współczesny, korzystający z dobrodziejstw nowych mediów i technologii. Oprócz powszechnie znanych ekranów mutimedialnych, rzutników i efektów dźwiękowych, zastosowano kilka elementów których nie spotkałam do tej pory w innych muzeach – na przykład projekcja obrazu na wypuszczanym dymie, czy zdjęcia zmieniające się w zależności od kierunku patrzenia. Oczywiście znalazło się też miejsce na mnóstwo elementów nie wykorzystujących elektroniki – na dekoracje rodem ze statków, na zgromadzone pamiątki po emigrantach czy nietypowe elementy wykończenia wnętrz. Moim ulubionym była ściana ziemniaków dekorująca pokój opowiadający o dobrodziejstwach jakie warzywo przyniosło polskim wsiom.

Ta multimedialność momentami jednak stawała się problematyczna. Już podczas wejścia okazało się, że w bazie nie ma mojego zakupionego przed paroma minutami biletu. Wszechobecne ekrany dotykowe nie działały zbyt płynnie. Dodatkowo wielokrotnie po prostu nie wiedziałam czy mam coś nacisnąć palcem, przeciągnąć czy w inny sposób uruchomić kolejny widok. Z niejednej słuchawki nie wydobywał się żaden dźwięk, nawet po naciśnięciu czegoś co wyglądem przypominało przycisk. W jednej z pierwszych sal przedstawione zostały języki kilku kultur poprzez nagranie wydobywające się z głośnika skierowanego na konkretne pole. Aby je usłyszeć, trzeba było stanąć w niewielkim okręgu narysowanym na posadzce. Byłam jedyną osobą spośród kilku obecnych w tej sali, która w ogóle zauważyła ten element wystawy. A szkoda – moim zdaniem był to naprawdę ciekawy zabieg.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Ktoś napisał w internecie, że na zwiedzenie muzeum należy przeznaczyć około półtorej godziny. Nie rozumiem, na czym takie zwiedzanie miałoby polegać – na obejściu gmachu dookoła czy na wyścigu, kto pierwszy dobiegnie do wyjścia. Mi odwiedzenie Muzeum Emigracji zajęło około czterech godzin, podczas których czytałam tylko wybrane teksty i nie robiłam dłuższych przerw. Myślę, że osoba zafascynowana tematem spokojnie znalazłaby tam content aby poświęcić na zgłębianie się w nim cały dzień.

Głównym tematem muzeum jest emigracja Polaków, skupiająca się głównie na podróżach za ocean. Od analizy przyczyn, czyli trudnej sytuacji w kraju i panującej biedy, do sytuacji emigrantów już po osiedleniu w nowym miejscu, poprzez długą drogę morską. Muzeum Emigracji to obszerna baza wiedzy, z której można dowiedzieć się o warunkach sanitarnych na statkach, którymi przewożono ogromne grupy ludzi, o obowiązkowych kontrolach medycznych czy zrywanych więziach z rodziną. Wydarzenia historyczne przedstawiono w sposób chronologiczny, co jest jak najbardziej prawidłowe dla każdego muzeum. Jedyne czego mi momentami brakowało to mapki ilustrujące zagadnienie o którym można przeczytać. Nie każdy musi wiedzieć, na przykład, które tereny należały do Galicji, zwłaszcza jeśli przyjechał do Polski zza granicy. Tutaj oczywiście warto podkreślić, że ogromnym plusem wystawy jest wersja angielska wszystkich tekstów i tłumaczenie nagrań.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum przedstawia także historię kultury i nauki, tworzoną przez polskich emigrantów. Napływ ludności w znacznym stopniu wpłynął na dzieje tamtych terenów. Poprzez wojny, opowieść przechodzi do czasów najnowszych i wydarzeń, które obecnie kształtują migracje ludności.

Podsumowując – wizyta w Muzeum Emigracji w Gdyni była wartościowym doświadczeniem. Spodziewałam się trochę bardziej czegoś podobnego do muzeum Red Star Line w Antwerpii, gdzie przedstawione zostały losy podróży ludzi wielu narodowości – emigrantów z praktycznie całej Europy. Tam wystawa przedstawia dane dotyczące jednej linii morskiej. Tutaj, w Gdyni, mamy do czynienia z historią ludzi, którzy wyruszyli z małych polskich wsi, aby po żmudnej podróży pociągiem skorzystać z europejskich portów. Historia sięga daleko przed czasy istnienia portu w Gdyni, ale właśnie dzięki temu można lepiej zrozumieć, jak bardzo był on potrzebny i dlaczego jego budowa była tak ogromnym wydarzeniem w historii Polski.

Jednocześnie mam wrażenie, że wystawa główna jest dość nieśmiała. Opisanych jest kilka kontrowersji (np. handel ludźmi), jednak zwinnie uniknięto tematów, które aktualnie poróżniają społeczeństwo. Być może to po wizycie w Muzeum II Wojny Światowej mam wciąż w głowie to uczucie, że muzeum powinno oprócz przekazywania wiedzy historycznej także kształcić światopoglądowo. Tutaj po prostu zabrakło mi jakiegoś wniosku. Historia toczy się dalej, a mnie nikt nie postawił pod ścianą z wielkim napisem zmuszającym do refleksji. Chyba zbyt leniwa się zrobiłam.

Niemniej jednak, w moim ogólnym rozrachunku, jest to bardzo dobre muzeum.

Muzeum Emigracji w Gdyni
Więcej

Ostatni rok studiów

Nie pamiętam kiedy ostatnio zrobiłam aż tak długą przerwę w blogowaniu – ponad półtora miesiąca minęło od daty opublikowania ostatniego wpisu. Przez ten czas kilka razy zabierałam się do pisania, ale za każdym razem brakowało mi albo energii albo inspiracji, albo po prostu moje myśli były w zupełnie innym miejscu. Cały ten rok 2017 jest dla mnie wyjątkowo intensywny. Staram się czerpać pełnymi garściami z możliwości, które nagle zaczęły się wokół mnie mnożyć. Mój już i tak ciasny kalendarz zaczął doświadczać nakładających się dat, wykreśleń, przesunięć i zmian w planach. Mimo to, to właśnie w tym chaosie czuję, że zaczynam znajdować swoją drogę.

Od września rozpoczynam naukę na politechnice w Eindhoven w ramach programu Erasmus+. Pomimo już dostarczonej tony papierów, wielu zebranych podpisów i długich godzin spędzonych w kolejce pod dziekanatem, wciąż nie zamknęłam tematu formalności. Termin wyjazdu zbliża się wielkimi krokami, więc powinnam mieć już wszystko zaklepane. Powoli zaczynam się pakować, podczas czego cierpię na dolegliwości związane z chorobą nadmiernego zbieractwa. Przez cztery lata mieszkania w Trójmieście nagromadziłam niezliczone ilości papieru w postaci notatek z zajęć, projektów w ich wszystkich fazach, książek które pomagały lub przeszkadzały mi w nauce oraz wszelkiej maści bibelotów. Z zawartości szuflad z narzędziami do pisania można by utworzyć całkiem niemały sklepik – nawet po tym jak wreszcie zrobię selekcję, które długopisy wciąż nadają się do pisania, a które jakimś cudem uniknęły śmietnika. Przeprowadzka na pół roku do miejsca znajdującego się półtora tysiąca kilometrów stąd będzie prawdziwym wyzwaniem. Ja tymczasem czuję się, jakbym wyjeżdżała na zawsze.

Ostatnie kilkanaście miesięcy mieszkałam w Gdyni. Po dwóch i pół roku spędzonych w Gdańsku, była to miła odmiana. Ciężko mi teraz ocenić, które miejsce bardziej mi odpowiadało. Wiele zależało od wynajmowanego mieszkania, właścicieli, sąsiadów. Chociaż nie raz było ciężko, nie raz miałam zbyt wiele powodów aby narzekać, to właśnie w Trójmieście zaczęłam tak naprawdę żyć. Poprzednie 20 lat, spędzone w małym miasteczku na końcu świata, mogłabym wykreślić z pamięci, nie czując większej straty. Tam, aby coś się działo, trzeba było to samemu zorganizować. Bywały wyjątki – dobrze wspominam warsztaty teatralne, w których uczestniczyłam kilka razy. Odbywające się w urokliwej wsi Mostki, łączyły ludzi z wielu miast w celu nauczenia się występowania na scenie lub poszerzenia swoich dotychczasowych umiejętności. Chociaż już wtedy zaczynałam powątpiewać, czy to aby na pewno zajęcie dla mnie, do wyboru nie było nic innego.

Potem natomiast zaczęłam naukę w Liceum Plastycznym, poświęcając średnio 4-5 godzin dziennie na dojazdy do i ze szkoły i nie mając czasu na cokolwiek poza szkołą… Chociaż – niezupełnie. Wtedy w rozkwicie były moje zainteresowania mangą i anime, naturalnie więc dołączyłam do działającego w Kielcach klubu zrzeszających fanów popkultury japońskiej. Kilka wyjazdów na konwenty, potem jeszcze więcej wyjazdów na konwenty – byle tylko starczyło na bilet na pociąg, bo na miejscu kto się przejmował jedzeniem czy noclegiem? Mimo wszystko, były to chwile. Te pojedyncze dni w kalendarzu pełnym bycia średnio szczęśliwym człowiekiem.

A potem poszłam na studia i liczba dostępnych możliwości powaliła mnie na kolana. Potrzebowałam kilku lat, aby nauczyć się rozróżniać, co jest warte mojego czasu, a co niepotrzebnie go pochłania, nie oferując zbyt wiele w zamian. Gdybym mogła cofnąć czas, pewnie zmieniłabym wiele rzeczy, dołączyła do jakiegoś bardziej zorganizowanego stowarzyszenia studenckiego niż liczne koła naukowe, nieraz rozpadające się po roku. Szukałabym możliwości uczestnictwa w warsztatach, próbowałabym swoich sił w konkursach. Trochę mniej wysiłku wkładałabym w projekty, z których i tak nie da się dostać wyższej oceny niż pięć. Został mi ostatni rok i teraz muszę się skupić na szukaniu swojej drogi po zakończeniu nauki.

Jeśli ktoś przebrnął przez trzy ostatnie akapity, pewnie zastanawia się, jaki jest cel wspominania przeszłości w takiej formie. Przez ostatnie cztery lata tak wiele się działo, że nie miałam zbyt wiele czasu na myślenie o tym, co było. A może to nowe miejsce sprawiło, że wszystko co było wcześniej przestało się liczyć. Rozpoczęłam tę szaloną przygodę bez żadnej wiedzy, co mnie czeka (nie miałam wśród bliższych znajomych zbyt wielu studentów, a studentów architektury tym bardziej), i absolutnie nie byłam pewna, czy byłam na to wszystko gotowa. Teraz sytuacja ma się powtórzyć.

Został mi ostatni rok. Trudno mi w to uwierzyć – przecież dopiero co zaczęłam ogarniać studenckie życie. Do dziś gubię się w symetrycznym układzie korytarzy Politechniki Gdańskiej. I wciąż, po tych czterech latach, nie wiem co będzie dalej. Mam za sobą osiem sesji egzaminacyjnych. Pokonałam je absolutnie wszystkie, czasem tylko douczając się na kolejne poprawki. Osiem razy dostawałam nowy plan zajęć, którego na ogół do końca semestru nie udawało mi się w pełni zapamiętać. Trzy razy żegnałam znajomych z grupy czy roku, planując spotkać się kiedyś w wakacje, co oczywiście nigdy nie wychodziło. Cztery razy biegałam z wydrukiem karty ocen i nadzieją na dodatkową gotówkę z funduszu stypendialnego, dwa razy się udało. Trzy razy uczestniczyłam w konferencji z własnym referatem i trzy razy wiązało się to z załatwianiem wszystkiego kilkukrotnie, dla pewności że wyjdzie. Chciałam brać udział w konkursach, wysyłać projekty do zagranicznych firm, uzupełniać to swoje portfolio… Na to czasu już nie starczyło. Chciałam wyjechać za granicę, uczestniczyć w warsztatach, poznawać nowe miejsca… Po czterech latach się udało.

Mam 24 lata, 6 miesięcy i czuję się starym człowiekiem. Koniec studiów to jak koniec życia, a przynajmniej koniec fantastycznej przygody, z której trzeba powrócić do szarej rzeczywistości. Do tej pory trochę krytykowałam ludzi, którzy biorą urlopy dziekańskie, powtarzają całe semestry, zmieniają kierunki po dwóch latach… Teraz im zazdroszczę, bo przed nimi o wiele więcej tego, co ja mam w większości za sobą. Niestety, każda impreza kiedyś się kończy. Trzeba będzie znowu iść do pracy, wynegocjować stawkę za którą da się utrzymać. Znajomi z gimnazjum już dawno są po ślubach, niektórzy wyposażyli się w odpowiedniej wielkości gromadkę dzieci. To zdecydowanie nie jest sposób życia dla mnie. Za bardzo cenię sobie wolność. Czy można być wolnym człowiekiem siedząc za biurkiem w korpo? Przywykniesz, mówią inni. Mam jeszcze rok, aby im uwierzyć.

Mimo wszystko, jestem przekonana, że dam radę. Wbrew obiegowej opinii, studia nauczyły mnie bardzo wiele. Przy okazji wpoiły miłość do architektury, która jeszcze parę lat temu w ogóle nie istniała. Nie wiem, co będzie dalej. Być może to mój ostatni post, który czytacie w języku polskim. Być może ostatni o zerowej wartości merytorycznej.

Więcej

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Szybko mija mi pierwszy semestr studiów magisterskich. Kilka niezwykle wyjątkowych miesięcy, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że wybór grupy międzynarodowej, czyli zajęć prowadzonych w języku angielskim, był zdecydowanie strzałem w dziesiątkę. Nie sposób wyliczyć plusów studiowania w takiej grupie, od zupełnie niepowtarzalnych znajomości i zwiększania wiedzy o świecie, do szlifowania tego nieszczęsnego języka angielskiego, bez którego w obecnych czasach nie ma w ogóle sensu wychodzić z domu czy włączać komputera. Ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o zupełnie nietypowych zajęciach z urbanistyki, zupełnie innych niż wszystkie ćwiczenia z tego przedmiotu jakie miałam do tej pory. W tym wpisie przedstawię Wam prototypowanie projektu urbanistycznego, czyli stworzenie makiety w skali 1:1, które to zadanie czekało na moją grupę w ten piątek i sobotę.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Być może słyszeliście słowo „prototyp” nie raz. Oznacza ono mniej więcej wersję testową jakiegoś produktu, wykonaną często z tanich materiałów i przeznaczoną do prezentacji działania oraz funkcji danego przedmiotu. Prototypować można też usługę lub aplikację na telefon, choć w tym drugim przypadku częściej widzę określenie „wersja alfa”. Prototypowanie jest też elementem znanej i lubianej ostatnio metodyki „design thinking”, polegającej na generowaniu jak największej liczby pomysłów, wyławianiu najlepszych, testowaniu i udoskonalaniu aż to otrzymania produktu optymalnego, najlepszego (metoda ta bywa czasem krytykowana za to, że zanim została nazwana w ten sposób, identyczne praktyki stosowali niemal wszyscy projektanci). Czy można natomiast sprototypować projekt przebudowy całej dzielnicy? Sama zadawałam sobie liczne pytania, kiedy na pierwszych zajęciach z urbanistyki prowadzący przedstawili nam harmonogram ćwiczeń.

Chyba powinnam zacząć od opisu całego projektu. W przeciwieństwie do wszystkich poprzednich poprzednich zajęć z urbanistyki, tym razem zamiast dzielić się na 2-3 osobowe zespoły, wszyscy pracujemy razem nad jednym projektem. Około czterdziestu osób, z czego połowa to Polacy oraz dwoje prowadzących, którzy przeprowadzali już podobne projekty ze studentami m.in. na ulicy Długiej w Gdańsku. Moje grupa dostała pod lupę gdyńską dzielnicę Witomino-Radiostacja, w przypadku której miasto miało już przygotowane plany rewitalizacji. Jest to dzielnica znajdująca się dość blisko centrum Gdyni, jednak oddzielona lasem. Większość zabudowy stanowią bloki z wielkiej płyty. Dzięki współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych, mamy naprawdę duże możliwości oraz cenne wsparcie merytoryczne. Tym, co mnie jednak cieszy najbardziej, jest fakt, że projekt ma duże szanse zostać urzeczywistniony w postaci wytycznych do konkursu urbanistycznego na projekt rewitalizacji Witomina-Radiostacji, na którą miasto przeznaczyło 15 mln zł.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Praca w tak dużym zespole jest dla mnie dziwna. Przez całe życie unikałam jak ognia wszelkich działań w grupie i kiedy tylko się dało, starałam się wybierać projekty indywidualne. Chyba to jednak nie jest najlepsza droga dla osoby, która w przyszłości chciałaby tworzyć wielkie projekty. W pojedynkę to obecnie można zbudować co najwyżej szafę. Generalny „remont dzielnicy”, wymaga natomiast naprawdę wielu osób, gdyż wiąże się z przeprowadzaniem wywiadów z mieszkańcami, wieloma obserwacjami, wnioskami, analizą potrzeb. To bardziej proces niż projekt, gdyż samo ułożenie elementów przestrzeni było bardzo zmienne. Jeśli ma być zrobione dobrze, to wymaga też przetestowania i na tym właśnie polegały te nietypowe ćwiczenia.

W trzech lokalizacjach wprowadziliśmy nowe rozwiązania tymczasowe

Pierwszym z nich była ulica Nauczycielska, a konkretnie plac-parking zajmujący ogromną przestrzeń i ukoronowany ogromnym śmietnikiem z kontenerami wyeksponowanymi w centralnym punkcie. Przed tym terenem znajdują się pozostałości dawnej Biedronki i właśnie od tej strony, pod górkę, wjeżdża najwięcej samochodów, często z nadmierną prędkością. Jest to też trasa uczęszczana przez pieszych, ale niewyposażona w żaden chodnik. Projekt zakładał zamianę części miejsc parkingowych i większości placu w przestrzeń zieloną. Podczas prototypowania pomalowaliśmy chodnik w zielone kropki, umieściliśmy ławki i stoliki oraz odpowiednio oznaczyliśmy teren projektu. Spodziewaliśmy się narzekających kierowców, jednak okazało się, że i ci docenili tymczasowe zmiany. Największe zainteresowanie wzbudziliśmy wśród dzieci, które zaczęły grać w piłkę na zakropkowanym chodniku. Widocznie na Witominie brakuje przestrzeni, które mogłyby służyć takim celom. Inni przechodnie chętnie dzielili się swoimi opiniami, a niektórzy nawet opowiadali jak dzielnica wyglądała wcześniej. Wśród rozmaitych opisywanych braków w przestrzeni dzielnicy, wiele potrzeb się powtarzało – chodniki, kosze na śmieci, lepsze oświetlenie i ławki. Osób narzekających było o wiele mniej, a słowa krytyki nie dotyczyły elementów projektu a samego faktu, że coś się dzieje.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Kolejnym terenem zmian było puste miejsce pomiędzy kilkoma blokami oraz budynkiem Stowarzyszenia Vitava (świetlicy dla dzieci). Na sporej przestrzeni umieszczono jedynie betonowy stolik do ping-ponga oraz piaskownicę zagrodzoną wysokim płotem. Oba elementy nie spełniają swojej funkcji, podczas gdy mieszkańcom brakuje ławek, placu zabaw dla dzieci czy zwykłego chodnika (przez zieleń prowadzi krzywa, wydeptana ścieżka). Na tym terenie zorganizowaliśmy miejsce do grilla oraz tymczasowy plac zabaw stworzony z opon i desek. Pojedynczym mieszkańcom przeszkadzały te elementy, jednak większość aprobowała takie zmiany. Niektórzy pytali, czy mogliby sami zrobić sobie w tym miejscu grilla, a dzieci prosiły nas aby nie zdejmować huśtawek z opon. Jedna pani nawet pytała, czy nie moglibyśmy zostać dłużej.

Największym terenem tymczasowych zmian było miejsce po dawnych kortach tenisowych. Umieszczone pod lasem, schowane za skarpami na których powstało jedyne nowe, grodzone osiedle na Witominie-Radiostacji. Obok znajduje się stadion Arki, wykorzystywany tylko przez piłkarzy klubu. Opisywana przestrzeń jest tematem wielu planów, najgłośniejszy z nich zakłada budowę kolejnego stadionu, być może również zamkniętego dla mieszkańców Witomina. Jak się nietrudno domyślić, większość zapytanych przechodniów wolałaby inne zagospodarowanie tego terenu. Moja grupa zaproponowała wybieg dla psów (ten okazał się za mały), skatepark oraz dużo przestrzeni otwartej, służącej mieszkańcom i wyposażonej w wszystkie niezbędne urządzenia. Tym, co mnie pozytywnie zaskoczyło najbardziej, było to, że mieszkańcy osiedla grodzonego wcale nie chcą się izolować od reszty Witomina. Dzieci ze wszystkich części dzielnicy bawiły się razem, a jeden pan z nowych budynków wyraził nawet potrzebę takiej integracji. Być może po prostu brakuje przestrzeni, które mogłyby temu sprzyjać.

Prototypowanie projektu urbanistycznego na Witominie

Warto przypomnieć, że około połowy mojej grupy stanowią studenci nie mówiący po Polsku. Jak się okazało, nie stanowiło to większego problemu. Polacy zajęli się wywiadami z mieszkańcami, podczas gdy pozostała część zespołu obsługiwała elementy projektu oraz pilnowała lub zabawiała dzieci. Bariera językowa nie przeszkodziła w realizacji prototypowania, a obecność osób z innych krajów nawet przyciągała zainteresowanie projektem.

Testowanie nowych rozwiązań urbanistycznych dało nam bardzo wiele informacji. Od historii i potrzeb ludzi do wiadomości zwrotnej, czy nasze pomysły mogłyby się sprawdzić. Dla mnie taka forma projektowania jest zupełną nowością. Już zaczynam rozumieć, dlaczego obecnie coraz częściej słyszę, że urbanistyka zamienia się w socjologię. Wydaje mi się, że głównego elementu zmian w przestrzeni nie stanowiły ławki przywiezione z LISu czy chodnik pomalowany na zielono, a ludzie, którzy ożywili tę przestrzeń. Być może mieszkańcy bloków lubią, jak się coś dzieje, ale nie mają odwagi aby podjąć inicjatywę. Zauważyłam, że stałym elementem prototypowania były twarze wyglądające z okien czy ludzie opierający się o balustrady balkonów, wpatrując się w dziejące się akcje. Jestem bardzo ciekawa, czy te dwa dni, które na chwilę ożywiły Witomino, zainspirują kogokolwiek do lepszego wykorzystywania tej przestrzeni.

Prawdziwym celem projektu jest jednak przygotowanie analiz i wytycznych do konkursu na rewitalizację dzielnicy.

Więcej

Trzecia Rewolucja Przemysłowa

Początkową wizją tego wpisu było umieszczenie recenzji książki, która mnie zafascynowała I wzruszyła jednocześnie. Jednak, jak to często bywa z recenzjami, prawdopodobnie nikt by jej nigdy nie przeczytał. A to, co chcę przekazać, zdecydowanie zasługuje na jak największe grono odbiorców.

Obecnie na świecie zachodzi coraz więcej przemian. Ogromny wpływ na nie ma rozwój technologiczny, którego nie sposób porównać z przemysłem sprzed kilkudziesięciu lat. Zmiany dotykają też kwestii społecznych. Dzięki pojawieniu się internetu, zaczęły rozwijać się usługi o których nawet nie śniono w poprzednich epokach. W miejscu encyklopedii mamy Wikipedię, posiadającą kilkadziesiąt razy więcej haseł niż najsłynniejsze do tej pory źródła wiedzy. Taksówki wypierane są przez carsharing. Dzięki niezliczonej liczbie serwisów aukcyjnych, nie ma już problemu aby sprzedać cokolwiek, nawet osobie mieszkającej na drugim końcu świata. Coraz więcej osób decyduje się na couchsurfing jako alternatywę spędzenia nocy w hotelu. Świat się zmienił, pojawiło się w nim coraz więcej rozproszonych usług, w których rozwoju może uczestniczyć spora część społeczeństwa.

Czy podobne zmiany mogą jednak dotyczyć czegoś większego niż szukanie noclegu na wypad weekendowy z rodziną? Co na przykład z tym, co w pewnym sensie rządzi światem w podobnym stopniu co pieniądz? Mam na myśli energię, która zasila wszystko – od żarówki w małym domku do wielkich fabryk i rakiet. Czy decentralizacja energii jest w ogóle możliwa?

Trzecia Rewolucja Przemysłowa
Zdjęcie autorstwa 27707

Jeremy Rifkin, słynny ekonomista i publicysta, a także doradca wielu głów państw, przedstawił niezwykle ciekawą wizję w swojej książce „Trzecia Rewolucja Przemysłowa. Jak lateralny model władzy inspiruje całe pokolenie i zmienia oblicze świata”. Rifkin wyraził potrzebę zmian, poprzez wymienienie katastrofalnych skutków obecnie dominującego sposobu pozyskiwania energii. Wybór zasobów nieodnawialnych, takich jak węgiel czy ropa, już na etapie wydobycia jest degradujący dla środowiska. Spalanie tych surowców, w celu uzyskania energii, wpływa na zmiany klimatyczne i stan powietrza, wody i gleby. Wystarczy minimalne podwyższenie temperatury, aby powstały nieodwracalne zniszczenia w świecie roślin i zwierząt. Skupione w pojedynczych punktach wydobycie surowców ma też mnóstwo mniej oczywistych skutków. Jednym z nich jest centralizacja władzy, umieszczająca ją w rękach pojedynczych koncernów paliwowych, a także decydująca o gospodarce wielu krajów. To istnienie tych zasobów przyczyniło się do niejednej wojny, nawet jeśli niektórzy potrafili ubrać przyczyny w zupełnie inne słowa.

Nietrudno się domyślić, że alternatywą dla takiego stanu rzeczy, są odnawialne źródła energii. Farmy słoneczne czy wiatrowe, nie mówiąc już o wielkich elektrowniach wodnych, występują w wielu miejscach na świecie. Funkcjonuje dużo spalarni biomasy (śmieci), a energia geotermalna, dochodząca z wnętrza ziemi, jest na wyciągnięcie ręki.

Rifkin proponuje jednak zupełnie inny koncept. Zamiast skupiać produkcję energii w jednym miejscu, uzależniając ją od dostępności źródeł energii w danym czasie (wiatr nie zawsze wieje), proponuje utworzenie kontynentalnych sieci energetycznych. W tym celu każdy budynek, istniejący i nowoprojektowany, zostałby wyposażony w urządzenia służące do produkcji energii elektrycznej z jej odnawialnych źródeł. Budynki byłyby połączone w inteligentną sieć, przesyłającą energię tam, gdzie jej brakuje z miejsc z nadmiarową produkcją. Warunkiem działania tego programu okazuje się konieczność zmiany systemu wartości – zamiast prawa do posiadania i sprzedawania dóbr, ważniejsze stałoby się prawo do dostępu. Energetyczny internet, czyli określenie padające w książce, byłoby dokładnie tym, co sugeruje nazwa.

Aby to osiągnąć, musiałoby zostać spełnione pięć warunków – pięć filarów Trzeciej Rewolucji Przemysłowej:

  1. Przestawienie się na odnawialne źródła energii;
  2. Przekształcenie budynków w mikroelektrownie, wytwarzające energię ze źródeł odnawialnych;
  3. Zastosowanie odpowiednich nośników energii – Rifkin proponuje wodorowe;
  4. Utworzenie sieci łączącej wszystkie budynki w energetyczny Internet;
  5. Wykorzystanie pojazdów elektrycznych, a także umożliwienie za ich pomocą transportu energii.

Wszystkie pięć elementów musiałoby być wprowadzane w życie jednocześnie, aby cały program Rifkina miał większy sens. Sieciami objęte zostałyby całe kontynenty, dzięki czemu udałoby się ułatwić wymianę wiedzy i technologii pomiędzy poszczególnymi państwami. W 2011 roku na terenie Unii Europejskiej znajdowało się ponad 191 milionów budynków i każdy z nich mógłby zostać przekształcony w mikroelektrownię. Nowe obiekty budowane i projektowane by były już jako dwufunkcyjne – obok podstawowego programu mieszkalnego, usługowego czy kulturalnego budynek planowanoby od początku jako jedno z oczek energetycznego internetu.

Wydaje się, że projekt na taką skalę ma bardzo małe szanse realizacji. Tylko czy nie podobnie było ze zmianami urbanistycznymi idącymi w parze z poprzednimi przemianami technologicznymi? Industrializacji towarzyszył rozwój budynków wielorodzinnych, przeznaczonych dla rodzin robotniczych. Później pojawiła się prefabrykacja, czyli budynki z wielkiej płyty wykorzystujące masową produkcję do ujednolicenia architektury i przyspieszenia tworzenia mieszkań spełniających wszystkie wymagania statystycznego człowieka. Obecnie miasta rozlewają się, ponieważ samochód stał się w dobrem podstawowym, a przez internet można zrobić zakupy, porozmawiać, pracować czy uczyć się. Myślę, że nie ma sensu skreślać pomysłu na energetyczny internet tylko dlatego, że wizja prezentuje zbyt wielkie zmiany. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę liczne korzyści takiego przeobrażenia.

Kluczową zaletą decentralizacji jest fakt, że odnawialne źródła energii są z natury rozproszone. Słońce świeci i wiatr wieje na całym świecie, nawet jeśli nie w tym samym stopniu. Jednocześnie, często te miejsca, w których najbardziej brakuje dostępu do prądu, mają właśnie największy potencjał do wykorzystania sieci budynków jako mikroelektrowni. To właśnie w krajach rozwijających się, które ominęła pierwsza i druga rewolucja przemysłowa, rozproszone pozyskiwanie energii odnawialnej mogłoby się okazać najbardziej efektywne.

Takie przemiany mogłyby przynieść ze sobą o wiele więcej dodatkowych korzyści. Na początkowym etapie wprowadzania w życie Trzeciej Rewolucji Przemysłowej, pojawiłoby się wiele miejsc pracy. Być może też zwiększyłaby się ogólna świadomość społeczeństwa, że człowiek jest tylko częścią natury i nie powinien sam zużywać jej wszystkich dóbr. Rozwój zrównoważony jest znany od lat architektom i urbanistom, ale czasami mam wrażenie, że dużo się o nim mówi a o wiele mniej się w jego zakresie robi. Tym, czego w nim brakuje jest gospodarka kolektywna, zachęcająca ludzi do poczucia przynależności i dbania o dobro wspólne.

Tego typu wizjonerskie programy zmiany świata często spotykają się z ostrą krytyką. Łatwo zauważyć i tutaj wiele przeciwności. Wielkie korporacje chętnie nie oddadzą swojego monopolu a zwykli ludzie mają zbyt wiele osobistych problemów, aby zwrócić uwagę na sprawy środowiskowe. Mimo to, ja widzę w tym pomyśle bardzo duży potencjał. Choć obecnie ogniwa słoneczne czy mniejsze wiatraki nie są tanie, a ich efektywność często zatrzymuje się na kilku procentach, wierzę, że technologia jeszcze nie raz nas zaskoczy.

Trzecia Rewolucja Przemysłowa

Co do samej książki – jak się można domyślić, polecam ją każdemu, kto jest zainteresowany przedstawioną wizją. Rifkin opisał wiele spotkań, rozmów z ważnymi postaciami i przykładów zmian, które już udało się wprowadzić. Dla mnie była to książka inspirująca, ale też wzruszająca. Zmusiła mnie do refleksji nad tym, jak bezmyślnie człowiek niszczy planetę dla zaspokajania swoich banalnych, konsumpcyjnych pragnień. Jeśli społeczeństwo teraz ocknęło się z tej apatii, to jest już za późno. Jeśli jeszcze nie, to wolę nie znać przyszłości.

Więcej

Ile kosztują studia architektoniczne

Jakiś czas temu opublikowałam tutaj wpis opowiadający o studiach architektonicznych. Spotkał się on z całkiem sporym zainteresowaniem i stał się jednym ze źródeł wiedzy w Internecie o tym kierunku. Dostałam jednak maila, w którym czytelniczka zaznaczyła, że nie znalazła we wpisie informacji, której poszukiwała. Zapytała mnie, ile studia architektoniczne kosztują. Rzeczywiście, w wymienionym wpisie nie padła żadna cena, mimo że sama szukałam takich informacji przed rozpoczęciem swoich studiów. Myślę, że to temat warty nadrobienia. Nawet jeśli kwota będzie inna dla każdej uczelni i dla każdego miasta, osoby rozważające ten kierunek będą mogły poznać rząd wielkości oraz typową listę zakupów przeciętnego studenta architektury. Więc zacznijmy od początku.

Rekrutacja

Proces rekrutacji na każdej uczelni przebiega inaczej i trzyma się innych zasad. Niektóre uniwersytety i politechniki wymagają opłaty rekrutacyjnej za każdy wybrany kierunek osobno, podczas gdy na innych jedna wpłata zapewni szanse starania się dostać na dowolną liczbę kierunków. Tym co łączy architekturę na wszystkich publicznych uczelniach jest obowiązkowy egzamin wstępny. Oznacza to, że na czas jego trwania trzeba przyjechać na wybraną uczelnię, więc (o ile nie jest to uczelnia w mieście zamieszkania) trzeba doliczyć dodatkowy koszt dojazdu. Ten egzamin składa się z kilku części, których przeprowadzenie może odbywać się w różnych dniach, co wiąże się z koniecznością noclegu. Każda uczelnia powinna zaoferować wtedy możliwość przenocowania w akademiku.

Jak wyglądała moja sytuacja? Na Politechnice Gdańskiej opłata rekrutacyjna wynosi 85 zł dla większości kierunków, jednak architektura wyjątkowo kosztuje 150 zł. Płacąc 150 zł nie trzeba płacić dodatkowych 85 zł jeśli chce się na drugim, trzecim i kolejnym miejscu umieścić kierunki-alternatywy. Pamiętam, że umieściłam na swojej liście chyba z 10 kierunków, bo totalnie nie wierzyłam, że dostanę się na pierwszy z nich :).

Komputer

Jeśli myślisz, że uda Ci się przetrwać pięć lat na rozsypującym się laptopie pamiętającym jeszcze Windowsa XP, szybko przekonasz się, że życie na bułkach z chlebem posmarowanych nożem aby zaoszczędzić na lepszego kompa jest całkiem ciekawym wyzwaniem. Oczywiście żartuję – są o wiele lepsze sposoby, aby mieć dobrego kompa w niższej cenie.

  1. Kupienie słabszego komputera stacjonarnego zamiast lepszego laptopa i ulepszanie go w trakcie studiów. To rozwiązanie wybrałam ja i – choć nie raz żałowałam, że będąc na uczelni miałam zawiązane ręce – na dłuższą metę milion razy dziękowałam sobie za taką decyzję. Komputer stacjonarny daje ogromne możliwości rozbudowy. W czasie gdy inni wymieniają całe laptopy, słono za to płacąc, Ty dokupujesz kolejną kość RAM, drugą kartę graficzną, a w nagłym przypływie gotówki umieszczasz w pudle dysk SSD. Poza tym, komputery stacjonarne są mniej zawodne i nie są narażone na uszkodzenia mechaniczne (np. nagłe hamowanie autobusu) oraz kradzież.
  2. Kupienie komputera używanego, na przykład od wyjeżdżającego studenta. Na grupie na fb mojego wydziału co jakiś czas pojawiają się oferty sprzedaży komputerów. Na ogół te urządzenia mają naprawdę dobre parametry, wybrane pod kątem właśnie architektury, czyli głównie modelowania i renderingu. Znane portale z ofertami i ogłoszeniami przedstawiają ogromną ofertę używanych kompów. Ogromnym plusem takiego wyboru jest fakt, że urządzenie zostało przetestowane przez dotychczasowego właściciela, więc najprawdopodobniej nie należy do tych psujących się zaraz po opuszczeniu sklepu.
  3. Wyszukanie produktów outletowych, powystawowych, z dużych sklepów komputerowych. W ten sposób wyposażyłam się w tablet, który służył mi do pisania, tworzenia prezentacji i drobnej grafiki oraz oglądania filmów, kiedy byłam poza domem. Taki wybór nie daje o wiele niższej ceny niż oryginalna, ale zawsze to kilkadziesiąt-kilkaset złotych do kieszeni, a otrzymane urządzenie będzie miało taką samą gwarancję jak kupione jako nowe (to jednak warto doczytać, bo każdy sklep rządzi się swoimi prawami).

Podsumowując tą część wpisu: na pewno będziesz potrzebować komputera. Czy to będzie komputer stacjonarny czy laptop – to będzie podstawowa decyzja do podjęcia. Prawda jest taka, że w pierwszym przypadku cena może być rozłożona w czasie (dokupywanie nowych podzespołów), natomiast w drugim ogromny wkład będzie potrzebny na samym początku.

Zalet laptopa nie trzeba nikomu przedstawiać. Mobilność to niezbędna cecha każdego ambitnego studenta, a pożądana tego, który zamierza wieść koczowniczy tryb życia, zmieniając mieszkania co kilka miesięcy. Podczas ćwiczeń z projektowania, a także na okienkach w planie zajęć, praca na laptopie zaowocuje tym, że nocą nie trzeba będzie zarywać długich godzin nad projektem. Plus, uwierz lub nie, będziesz robić projekty na ostatnią chwilę. Widok osoby poprawiającej planszę na podłodze w drukarni nie jest niczym dziwnym na studiach architektonicznych. Tylko komputer przenośny pozwoli Ci poprawiać plansze na podłodze w drukarni. Ja natomiast mam swoją małą stację kontroli nad wszechświatem, potocznie zwaną komputerem stacjonarnym i zastanawiam się, czy dokupienie drugiego monitora to bardziej nieodzowna konieczność czy pruderyjna fanaberia.

W mailu od czytelniczki padło pytanie, czy od początku studiów pracuje się na komputerach. Moja odpowiedź: i tak i nie. Z jednej strony już na pierwszym roku trzeba przygotować rozmaite prezentacje, czasami złożyć jakąś małą planszę itp. Z drugiej, prowadzący wtedy najbardziej dążą do tego, aby wszystko było tworzone ręcznie. Na pewno od samego początku nie będzie się tworzyć skomplikowanych projektów, wymagających silnego procesora lub renderów sprawiających, że karta graficzna zamienia się w głośnik puszczający dubstep. Jeśli nie udało Ci się uzbierać na porządny komputer do początku roku akademickiego, nie ma czym się martwić. Tak naprawdę to pewna kreska i umiejętności kompozycyjne wyróżniają dobrego architekta, a nie znawstwo oprogramowania. Revita można się nauczyć w jeden dzień, a materiałów do tego jest w Internecie multum. Na dłuższą metę dobry komputer to jednak wybawienie i, szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie studiów architektonicznych bez takiego. Zbyt słaby komputer zaburza natomiast proces twórczy. Nie da się swobodnie projektować, kiedy po każdym kliknięciu trzeba poczekać kwadrans na wykonanie przez komputer potrzebnych obliczeń.

Oprogramowanie

Doszliśmy do tego momentu, kiedy mogę wreszcie napisać coś pocieszającego. Zdecydowaną większość niezbędnego oprogramowania otrzymasz za darmo jako student. Kluczowe firmy, takie jak np. Autodesk, oferują bezpłatną licencję edukacyjną na swoje programy, a to oznacza, że pobierzesz AutoCADa, Revita, 3ds Maxa czy Robota, nie wydając na to ani złotówki. ArchiCADa, czyli konkurencję rewita, studenci architektury również mogą pobrać za darmo i bezpłatnie odnawiać licencję co roku, aż do ukończenia studiów. Pozostałe programy, których będziesz używać, często mają swoje darmowe odpowiedniki lub zniżkę dla studentów.

Oprócz wymienionych, na pewno zaprzyjaźnisz (lub tak jak ja – pokłócisz) ze SketchUpem, czyli takim jakby „Paintem 3D”. Program ten posiada darmową wersję Make, której spokojnie można używać do podstawowych zastosowań. Wersja płatna pozwala natomiast, m.in. na import plików DWG (z AutoCADa) oraz export PDFów. Innym programem do modelowania 3D jest Rhino, który wydał mi się bardziej wygodny i intuicyjny. Studenci automatycznie dostają na niego około 80% zniżki i także po ukończeniu studiów mogą wykorzystywać ten program do użytku komercyjnego. Niestety to wciąż około tysiąca złotych, co dla szarego studenta może być ceną zaporową.

Na studiach będziesz mieć w mniejszym lub większym stopniu do czynienia z grafiką komputerową. Od obrabiania wizek do sklejania plansz, od tworzenia ideogramów czy logotypów, do przygotowywania portfolio. Photoshop i Illustrator, czy pakiet Corela to na szczęście nie jedyne programy służące do takich celów. Za darmo, do grafiki wektorowej można ściągnąć Inkscape, a do rastrowej Gimpa. Są to jednak narzędzia toporne, mocno nieintuicyjne i brakuje w nich wielu funkcji. Jakiś czas temu Andrzej polecił mi pakiet fimy Affinity. Są to programy konkurujące z Adobe, jednak charakteryzujące się niską ceną i brakiem subskrypcji. Przetestowałam i przekonałam się. Potem też poleciłam Affinity kilku osobom, a teraz korzysta z tych programów chyba z połowa studentów architektury na moim roku. A przynajmniej połowa tych, których pytałam :).

Na liście niezbędnych programów oczywiście znajdzie się o wiele więcej pozycji. Jednak edytor tekstu, arkuszy kalkulacyjnych i prezentacji to rzecz niezbędna na każdym kierunku studiów, więc nie będę się rozpisywać na ten temat.

Przybory

ile kosztują studia architektoniczne

Zdecydowanie będziesz potrzebować wszelkiego rodzaju szkicowników, notesów, bloków i papieru większych formatów. Niejednokrotnie przeżyjesz śmierć jakiegoś ołówka czy długopisu, nie mówiąc już o mazakach czy cienkopisach. Podczas studiów zdążysz spokojnie wydeptać najkrótszą ścieżkę do sklepu papierniczego i zaprzyjaźnisz się z panią kasjerką. Wyprzedaż w tego typu miejscu stanie się dla Ciebie nadobowiązkową lekcją teleportacji i wyciągania królika z portfela. Jak to można podsumować w kosztach? Bardzo różnie.

Przede wszystkim, ostateczna cena będzie zależała od wybranej przez Ciebie techniki. Prowadzący ćwiczenia często będą wymagali zastosowania techniki trwałej, jednak nie będą wymagać konkretnego narzędzia, więc to od Ciebie będzie zależało czy zrobisz pracę długopisem za 60 groszy czy piórem renomowanej marki za 600 zł. Dobry długopis to podstawa, ale jego jakości nie definiuje cena. Warto rozpisać wszystkie dostępne w papierniczym na przeznaczonej do tego karteczce i wybrać taki, który połączy niską cenę z wygodą pisania. Studenci architektury często kupują jeszcze Promarkery, czyli mazaki które świetnie mieszają się ze sobą i ładnie uzupełniają rysunek cienkopisem. Jeden Promarker to koszt około 10-12 zł. Ja osobiście przeżyłam cztery lata bez Promarkerów i nic mi się nie stało. Osobiście o wiele bardziej podoba mi się akwarela i w tej technice wykonywałam kolorowe prace, choć trudno o nich powiedzieć, żeby powalały jakością.

Jeszcze jedną rzeczą jest tektura, wykorzystywana do wszelkich makiet architektonicznych i urbanistycznych. Są różne rodzaje tego materiału i znacznie różnią się ceną. Najtańsza tektura jest szara i ma bardzo dużą gramaturę, przez co ciężko się tnie i jest dość masywna. Kosztuje około 2-3 zł za arkusz B1, dlatego mniej jej szkoda gdy trzeba wymodelować większy teren. Biała tektura jest przyjaźniejsza, choć bardziej podatna na urazy w transporcie. Kosztuje jakieś 4-6 zł za arkusz, i zdecydowanie lepiej sprawdzi się do modeli budynków. Jest jeszcze kappa, której cena jest bardzo wysoka, za to tnie się bardzo wygodnie i może mieć nawet bardzo duże grubości. Z powodu oszczędności, nigdy jej nie kupowałam – znalazłam na to dobrą metodę, a konkretniej odwiedzenie marketu budowlanego. Wiele materiałów budowlanych służących do ociepleń nadaje się także do produkcji makiet . Jednym z nich jest lubiany przez studentów architektury styrodur. Ja natomiast polubiłam płytę izolacyjną pod podłogę. Tego typu materiały często zapakowane są po np. 10 sztuk, dlatego trzeba poprosić pracownika sklepu o odliczenie jednego czy dwóch arkuszy. Wtedy jest to koszt kilku złotych.

Oprócz tego, pojawią się też jednorazowe wydatki. Na zajęcia plastyczne trzeba będzie kupić farby, co jest jednorazowym wydatkiem rzędu kilkudziesięciu złotych (kilkunastu jeśli wybierzesz plakatówki, ale plakatówki to prawdziwe zło, więc raczej odradzam). Będą też zajęcia z kompozycji, na które trzeba będzie wybrać materiały. Tutaj cena również zależy bezpośrednio od Ciebie i z pewnością żaden prowadzący nie powie Ci, że musisz wykonać swoją pracę za pomocą konkretnego, bardzo drogiego, materiału.

Czy wymieniałam już wszelkie noże, kleje, linijki, ekierki i taśmy? Dolicz kolejne kilkadziesiąt złotych.

Na koniec niby podstawa, ale jednak niekoniecznie: podręczniki. Wydaje mi się, że obowiązkowych książek jest mniej na architekturze niż na innych kierunkach. Jest kilka tytułów, w które się na pewno zaopatrzysz, ale mogę je wymienić na palcach jednej ręki. Często da się je również odkupić od starszego roku. Warto jednak zaznaczyć, że architektura to taka fascynująca dziedzina, w której powstało mnóstwo ciekawych i przepięknych książek. Jeśli w nią wnikniesz, to poczujesz palącą potrzebę, aby mieć je wszystkie. Najlepiej więc wybierz sobie jak najmniejsze mieszkanie, aby zmieściło się w nim ich jak najmniej, albo rysuj w zeszycie elewację najbrzydszego kościoła z hapolu (historii architektury polskiej) jaki znasz za każdym razem kiedy niechcący kupisz kolejną.

Wydruki

Teraz zaciśnij zęby, bo to o czym dalej przeczytasz na pewno nie będzie przyjemne. Od trzeciego semestru czeka Cię co pół roku ten sam ból związany z drukowaniem plansz. Za jedną planszę trzeba zapłacić od 20 do nawet 60 zł. O ile na pierwszym roku nie ma się czym martwić, później może to nieźle nadszarpnąć mały, studencki budżet. Jeśli na przykład trzeba wydrukować 4 plansze z architektury i 2 z urbanistyki oraz 1 z jeszcze czegoś (a to konstrukcji, a to instalacji, a to seminariów obieralnych), to suma robi się bolesna. Tak naprawdę w tej sytuacji można się pocieszać jedynie tym, że poświęciło się na dany projekt naprawdę ogromne ilości czasu i wręcz należy mu się odpowiednia prezentacja. To są te momenty, kiedy zaczyna się szukać drukarni, która wykona wydruk najlepiej a nie najtaniej. Widok pięknej i jeszcze ciepłej planszy, bez plam i linii wynikających z wad drukarki, pozwoli zapomnieć o tym, co przed chwilą zobaczyło się na paragonie.

Trudno obliczyć, ile średnio wydaje się na wydruki. Oprócz plansz na koniec semestru, często po drodze pojawią się mniejsze projekty, czy nawet próbne plansze. Cena będzie wahać się od kilkudziesięciu zł na pierwszym roku do stu, dwustu czy więcej w latach kolejnych. Plansze dyplomowe, czyli tworzone na zakończenie etapu studiów (inżynierka, magisterka) powinny zostać podklejone, jednak nie oznacza to, że trzeba zamawiać specjalny wydruk, wydając fortunę. Ten sam efekt można osiągnąć za pomocą dwustronnej taśmy oraz zwykłej tektury. Pamiętaj tylko, żeby wziąć do pomocy drugą osobę, bo w pojedynkę łatwo zepsuć tego typu podklejenie.

Poza tym, jest wiele rzeczy, które będą potrzebne albo przydatne. Z urządzeń będą to drukarka i skaner oraz aparat fotograficzny. Można poradzić sobie spokojnie bez nich, ale każdy z tych przedmiotów znajdzie swoje dość szerokie zastosowanie na tym kierunku. Szczególnie drukarka. Jeśli nie posiadasz żadnej a zamierzasz kupić, rozważ taką obsługującą format A3. Wyższa cena na pewno się zwróci w czasie studiów, a czasu zaoszczędzonego na staniu w kolejce w drukarni na pewno nie zmarnujesz. Gdybym zaczynała studia bez drukarki, z pewnością bym tak zrobiła.

Opłaty za studia

Tak samo jak w przypadku wszystkich innych kierunków na uczelniach państwowych, studia architektoniczne są dla Polaków zupełnie darmowe i tak samo jak na innych kierunkach, tutaj też płaci się za powtarzanie przedmiotu. W zależności od liczby godzin, które trzeba powtórzyć, cena ta wynosi około kilkuset zł za przedmiot. Osobiście udało mi się tego uniknąć, ale warto mieć to na uwadze, zwłaszcza jeśli ma się bardziej luźne podejście do studiowania.

Podsumowanie

Przypadkiem wyszedł z tego bardzo długi wpis, więc warto wyciągnąć z niego wnioski.

Wydatki studenta architektury:

  • komputer – w zależności od wyboru czy stacjonarka czy laptop, trudno określić cenę
  • oprogramowanie – najważniejsze jest darmowe
  • artykuły papiernicze, tektura – na ogół do kilkudziesięciu zł miesięcznie, ten wydatek pojawi się nie na wszystkich semestrach
  • wydruki – od 50-100 zł do nawet 100-500 za projekty semestralne (ceny w drukarniach bardzo się różnią), nie wiem jeszcze jak w przypadku pracy magisterskiej, ale zapowiada się duży koszt

Studia architektoniczne są porównywalnie drogie, ale tak naprawdę wszystko zależy od naszych umiejętności zarządzania budżetem. Można nie być studentem architektury i o wiele więcej wydawać w kawiarniach czy restauracjach. Można przeznaczyć mnóstwo pieniędzy na imprezy i wycieczki, ubrania i urządzenia elektroniczne. Ogromnym kosztem jest wynajem mieszkania – przy tym blednie wszystko, co napisałam powyżej. Tak naprawdę, studiując architekturę, nie wydaję dużo więcej pieniędzy niż gdybym studiowała cokolwiek innego. No może wyjątkiem są te wizyty w drukarni na koniec każdego semestru. Ale można się do nich przygotować psychicznie i finansowo.

Cena nie powinna być tym, co decyduje o wyborze kierunku studiów. Jeśli kogokolwiek ona powstrzymuje, zachęcam do przeliczenia sobie wszystkich wydatków na architekturze i porównania z kosztami na jakimkolwiek innym kierunku. Tak naprawdę, różnica wcale nie będzie taka wielka, jak mogłoby się wydawać.

Więcej

Muzeum II Wojny Światowej

O Muzeum II Wojny Światowej słyszał już chyba każdy. Wybudowana niedawno, wyróżniająca się pod każdym względem bryła, wzbudziła wiele kontrowersji. Sama śledziłam losy Muzeum, w tym wypowiedzi polityków grożących jego zamknięciem lub zmianą. Pamiętam, że w pewnym momencie padło nawet hasło, że wystawy prezentują historię z nie-polskiego punktu widzenia. Z jednej strony, wypowiedź ta wzbudziła wiele refleksji nad interpretacją czegoś, co powinno być faktem; z drugiej jeszcze bardziej zachęciła do odwiedzenia tego miejsca jak najszybciej. I w końcu, kilka dni temu, w mediach rozeszła się informacja, że muzeum zostanie otwarte 23 marca – ogłosił to dyrektor muzeum, Paweł Machcewicz, podczas gali wręczenia nagród Splendor Gedanensis.

muzeum ii wojny światowej

Jest to wspaniała wiadomość. Budynek jest niesamowity, a wystawę główną oceniam jako jedną z lepszych multimedialnych, jakie widziałam. Muzeum II Wojny Światowej odwiedziłam w ten weekend – tam właśnie odbyło się połączone spotkanie Tweetup (spotkanie użytkowników serwisu Twitter) i Instameet (-Instagram). Dzięki temu, sporą grupą, mogliśmy zwiedzić wystawę i na bieżąco dzielić się ze światem wrażeniami.

Główna wystawa mieści się w całości pod ziemią i zajmuje ogromną powierzchnię. Do rozdzielonych tematycznie przestrzeni prowadzi długi, wysoki korytarz, stanowiący pewną oś części podziemnej.

Tematyka wystaw dotyczy całej drugiej wojny światowej, konfliktów w Polsce i na świecie. Nie ogranicza się tylko do tematów mających bezpośredni wpływ na losy Polski, a przedstawia także elementy historii ważne dla innych części świata, często nawet nie wspominanych w szkolnych podręcznikach.

muzeum ii wojny światowej

W dużym stopniu skupia się na życiu ludności cywilnej podczas wojny – przedstawia losy przesiedleńców, pracowników, ludzi umieszczonych w obozach zagłady. Na multimedialnych wyświetlaczach można śledzić poszczególne bitwy oraz czytać bardziej szczegółowe informacje dotyczące postaci historycznych, użytych środków, zachowanych źródeł.

Szczególnie dokładnie zobrazowane zostały społeczne aspekty wojny – prześladowania poszczególnych grup, postawy wobec rządzących, wyniszczający wpływ konfliktów zbrojnych na wszystkich ludzi. Dzięki dużej liczbie eksponatów oraz historycznych źródeł, nie trudno to sobie wyobrazić.

muzeum ii wojny światowej

   

muzeum ii wojny światowej

Przedstawiona została także sytuacja na świecie tuż po wojnie. Liczne przesiedlenia, migracje, warunki ekonomiczne, żelazna kurtyna, procesy norymberskie. Oczywiście lwia część wystawy dotyczy Polski, ale nie zabrakło informacji o tym, co w międzyczasie działo się w pozostałych częściach Europy i świata. To właśnie tworzy wrażenie kompletności przekazu – dzięki poznaniu tła i sytuacji w innych miejscach, można lepiej zrozumieć warunki panujące wtedy w naszym kraju.

Ze względu na treść, wystawa może być nieodpowiednia dla małych dzieci. Dla nich, wydzielona została część opowiadająca o życiu rodziny podczas wojny oraz o tym, jak ta sytuacja wpłynęła na jej losy. Mimo przeznaczenia dla najmłodszych, te pomieszczenia również mogą zobaczyć pozostali odwiedzający – jakością nie odbiegają od reszty elementów ekzpozycji.

Wystawa daje bardzo konkretny i jasny przekaz – wojna jest zła. Wszystkie informacje zostały przedstawione w sposób rzeczowy, często brutalny. W niektórych częściach wystawy można posłuchać opowieści świadków tych zdarzeń. Nie tylko Polaków, ale także np. Niemców.

muzeum ii wojny światowej

Elementem wzbudzającym potrzebę zobaczenia kolejnej sali jest staranne rozplanowanie wszystkich pomieszczeń. Niektóre z nich stanowią odrębną całość, wydającą się być blokiem wyjętym z głównej ekspozycji. Wchodząc do nich można odnieść wrażenie zanurzenia się w opowiadanej historii. Zostało to osiągnięte dzięki zastosowaniu materiałów imitujących konkretne ściany, zmianom posadzki i oświetlenia. Nie można też zapomnieć o wrażeniach dźwiękowych. Soundscape w obiekcie jest nienachalny; za to momentami potrafi poruszyć do łez.

Muzeum zostało zrobione na światowym poziomie i zgodnie z tego wymaganiami, wszystkie teksty i nagrania zostały przetłumaczone na język angielski. Dzięki temu, turyści odwiedzający Gdańsk, osoby przybywające tutaj z zagranicy w celach biznesowych czy edukacyjnych, będą mogły spokojnie stać się gośćmi wystawy. Budynek może zostać celem dla osób zafascynowanych historią, planujących następnie odwiedzić Europejskie Centrum Solidarności.

Jest wiele muzeów dotyczących drugiej wojny światowej, ale większość z nich opisuje pojedyncze zdarzenia, miejsca, postacie. Potrzebny był obiekt, który opowie o całości historii, ogólniej, i Gdańsk jest idealnym do tego miejscem.

muzeum ii wojny światowej

Czy polecam wizytę w Muzeum II Wojny Światowej? Nie. Ja Was, drodzy czytelnicy, wręcz zmuszam do zobaczenia tej wystawy! Tylko zarezerwujcie sobie co najmniej cztery godziny czasu. Ja na pewno jeszcze odwiedzę ten obiekt po otwarciu, aby przeczytać wszystkie opisy i ponownie zagłębić się w historię drugiej wojny światowej.

Więcej

Sztokholm zimą odc. 2/2

Sztokholm to niesamowite miasto. Mogliście o tym przeczytać w moim poprzednim wpisie, opowiadającym o ogólnych wrażeniach oraz pierwszym dniu spędzonym w stolicy Szwecji. Dzisiaj skupię się już tylko na atrakcjach. Jeśli planujecie odwiedzić to piękne miejsce, koniecznie przeczytajcie o tym, co warto w nim zobaczyć.

Więcej

Sztokholm zimą odc. 1/2

To był szalony pomysł od początku do końca. Zaczęło się od przypadkowo napotkanej strony internetowej, wyświetlającej tanie loty z wybranego lotniska w podanym przedziale czasowym. To ona pokazała, że do Sztokholmu da się polecieć za 25 złotych, a wrócić za 30. Była to pokusa silniejsza od wszystkich skandynawskich mrozów, potencjalnie czekających tam na nas na przełomie stycznia i lutego. Była nawet silniejsza od rozumu i racjonalnego myślenia. Konkretniej, okazja dotyczyła dni, w których miały się odbyć poprawkowe egzaminy inżynierskie na moim wydziale. Ale był listopad, na głowie miałam bieżące zaliczenia i pracę dyplomową – potrzebowałam takiego marzenia, które zmotywuje mnie do poświęcenia 150% energii na ukończenie wszystkiego w terminie. Sztokholm zawsze był wysoko na mojej liście miast-celów; egzamin natomiast wydawał mi się formalnością. Pod koniec stycznia zaowocowało to atakiem paniki, który w jednej chwili zamienił efekt moich solidnych przygotowań w beznadziejne dukanie i jąkanie. Na szczęście nie było na tyle źle, aby nie zaliczyć. Mimo, że do końca życia będę sobie pluć w brodę, że zamiast widowiskowego rzucania ciekawostkami nie potrafiłam sobie przypomnieć czy blachownice mogły być homologiczne czy homogeniczne, podstawowy cel został osiągnięty – żadna poprawka nie zepsuła zaplanowanej podróży.

Więcej