Poniedziałek

Poniedziałek. Stali czytelnicy tego bloga – jeśli istnieją – doskonale wiedzą, że dla mnie jest to najgorszy dzień tygodnia – doba podczas której z reguły nie może zdarzyć się nic szczęśliwego, a nawet uniknięcie nieprzyjemnych sytuacji (które jakby na to nie patrzeć, zdarzają się w tym dniu częściej niż w pozostałych dniach tygodnia razem wziętych) może graniczyć z cudem. Pierwszy dzień tygodnia, oprócz tego, że zapowiada cztery następne dni roboty, wydaje się posiadać jakieś niespotykane właściwości sprawiające, że po prostu nie potrafię go nie nienawidzić. Jednak ten poniedziałek był inny.

Wczorajszy dzień – niedziela – był bardzo przymulający. Zaplanowałam sobie wykorzystać go na nadrobienie zaległych prac domowych, które nagromadziły się w ciągu ostatnich kilku miesięcy albo przynajmniej na odrobienie tej ich części, która była zadana na długi łikend (no bo przecież łikend, jak sama nazwa wskazuje służy po to, aby odpocz… odrabiać lekcje specjalnie na ten czas zadane; z kolei przymiotnik ‚długi’ można potraktować jako swoistą prowokacje do spotęgowania liczby zadanych prac). I chociaż pogoda była dobra, to nie wpłynęła pozytywnie na moją antymotywację do zabrania się do nauki. Tak więc, robiąc wszystko aby nie robić nic, zabrałam się za pracę z malarstwa i metodą „dwugodzinna przerwa co dziesięć minut roboty” straciłam całą niedzielę. Kiedy nagle okazało się, że mój kilka godzin wcześniej nakręcony budzik wskazywał godzinę późniejszą niż powinien – czytaj: po drugiej w nocy – oraz, że nie jest to czas sprzeczny z pokazywanym przez resztę zegarków w moim pokoju (a mam ich zdecydowanie za dużo), postanowiłam wszystko – najzwyczajniej w świecie – pierdolić. A ponieważ jest to scenariusz powtarzający się w każdą niedzielę, byłam święcie przekonana, że dzień następny będzie godny mojej nienawiści do niego i zdążę co najmniej raz głośno przekląć, zacisnąć zęby i dopisać kilka nowych pozycji do listy powodów, dla których tak bardzo go nienawidzę. Jednak tym razem było inaczej.

obrazek

Wszystko zaczęło się tak jak zawsze – wstawanie, spóźnienie się na oba busy i czekanie na „trzeciego”, za pomocą którego następnie dotarcie do nudnych i szarych Kielc (krainy mlekiem i majonezem płynącej), typowa gadka „przepraszam za spóźnienie” na pierwszej godzinie, którą zgodnie z planem jest polski i odliczanie godzin do końca dnia. Pomijając już fakt, że przez cały dzień – tak wyjątkowo – nie chciało mi się spać, to jeszcze nie zdarzyło się dosłownie nic co podkreśliłoby pecha tego dnia. Wręcz odwrotnie. Udało mi się dwukrotnie uniknąć konsekwencji nie posiadania pracy domowej a potem jeszcze zdobyć 5 z biologii za odpowiedź z tematu który był taki prosty, że wystarczyło zajrzeć do zeszytu aby mieć go z głowy. Może jednak nie umrę śmiercią nienaturalną po sobotniej wywiadówce (choć dwie gołe jedynki z historii nie wróżą mi nic dobrego). W ogóle to pozytywne spojrzenie na świat – nie wiem, skąd się wzięło i wszystko mi jedno – bardzo się przydało. I dobry nastrój nie odkleił się ode mnie po powrocie do domu, dzięki czemu mogłam wreszcie skończyć to nieszczęsne malarstwo. I – chociaż prawie od początku tego roku wszystkie prace domowe robiłam z konieczności, przymusu, bez żadnej chęci i „aby było zrobione” – tym razem wreszcie malowałam dla przyjemności. I chociaż tradycyjnie wyszło średnio (najlepsza opinia mówi, że „nieźle jak na mnie”) nie przejęłam się tym tylko dalej cieszyłam się tą nagłą dawką świeżego optymizmu. Miałam jeszcze w planach nauczenie się na historie sztuki tego wszystkiego co spędza mi sen z powiek, jednak teraz nagle wszystko wróciło do normalności.

Nie wiem, dlaczego, ale wszystko wróciło do typowo poniedziałkowego klimatu. Ciężko mi powiedzieć nawet w której chwili. Zamknęłam Photoshopa który czekał tylko na stworzenie w nim kolejnego gówna „do szuflady”, wyrzuciłam z planów naukę i wróciłam myślami na ziemię i do tej nudnej szarej rzeczywistości, którą tak często widzę, a która niekoniecznie jest prawdziwym odzwierciedleniem świata. Teraz czuję się jak na kacu. Może to zmęczenie, może podświadome uczucie, że dzisiejsza partia obowiązków została wykonana i nie powinnam bardziej nadwyrężać mózgu, tj nie powinnam jeszcze go w ogóle uruchamiać, skoro dobrze mu się żyje w stanie spoczynku. Poza tym jako filozofie wybrał sobie niewyrabianizm, wszystkopierdolizm i częściowy niechcemisizm, do czego już zdążył się tak dokładnie dostosować, że mógłby zostać prekursorem w tym kierunku. W każdym razie skończyło się to fajne uczucie, że życie jest lekkie, a praca sprawia przyjemność. W sumie nie jest to kłamstwem, gdyż nawet robienie zadań z matmy potrafi być przyjemne (ale z geografii, broń Boże, nie!), a zobaczenie efektów pracy podnosi na duchu, jednak czasem sama czynność jaką jest zmobilizowanie się do pracy zabiera tyle energii, że nie starcza już na ruszenie czegokolwiek. A teraz sobie tak siedzę przed monitorem – w planach mam pójście zaraz spać – chociaż to nie moja pora i mi się nie chce – aby tylko ten poniedziałek się już skończył (taaak, wiem, że zegarowo jest już wtorek, ale whatevah), a następnie przetrwanie reszty tygodnia, aby przespać pół soboty, a resztę wykorzystać na bezskuteczną próbę odpoczynku. I potem znowu… pooooniiieeedziiiaaałeeek, wtorek, śroooda, czwaaaaaaaaarteeeeeek, piąteeek, sb, nd, poniedziaaaaaałek… I tak sobie mija czas… Ale kurde, teraz nagle taka radość – właśnie minął ostatni poniedziałek w tym tygodniu, co oznacza, że następnego w najbliższym czasie nie będzie, a zawężając myślenie, poniedziałek nie wypadnie jutro, a co za tym idzie jutro nie ma poniedziałku! Czyż to nie cudowne xD.

Dobra, wysypałam te myśli. Teraz, nareszcie, wolna od nich – mogę spokojnie iść spać. Tak wcześnie jak na mnie, tak w sposób lekceważący dla świata i swojej głupiej filozofii mówiącej aby wytrwać jak najdłużej, bo może tak dla odmiany tym razem uda mi się cokolwiek zrobić o tej porze.

Z zasady lubię wtorki.

Więcej

Bezsen(sow)ność

Nie miałam w planach napisania kolejnego posta kilka dni po ostatnim, jednak jest teraz chwila z gatunku tych, kiedy to jet noc, a ja – pomimo, iż jestem zmęczona – nie mogę zasnąć. Nie lubię spać, zwłaszcza w nocy. Jednak nie będę się o tym rozpisywać po raz enty. Tak, wiem, że moje wpisy zwykle (a chyba nawet ‚zawsze’) nie mają żadnego konkretnego tematu, przez co kompletnie nie nadają się do czytania. Bo kogo interesuje zlepek kilkudziesięciu zdań, średnio poprawny językowo, nie zawierający w sobie żadnej mądrości ani głębszej refleksji, a zamiast tego mówiący o tym, co jest oczywiste lub omówione tyle razy, że aż dziwne, że jeszcze istnieje (ahh, czyli jednak jakiś temat jest!).

Dzisiaj był męczący dzień. Patrząc na zegarek, powinnam powiedzieć ‚wczoraj’, jednak dla mnie dzień następny zacznie się dopiero kiedy zadzwoni trzeci z moich ośmiu budzików, a pierwszy z tych ‚w komórce’, a ja przez sen nacisnę zielona słuchawkę i myśląc, że ktoś dzwoni o tak nieludzkiej porze (lub nawet nie-nieludzkiej, a wynikającej z mojego domniemanego zaspania, które z powodu półmyślenia nie zdążyło jeszcze sprawić, abym zastanowiła się nad konsekwencjami) kilkakrotnie powiem ‚halo? słucham?’.

W każdym razie, wracając do tematu z początku akapitu poprzedniego, dzień który powinien już się skończyć był bardzo wyczerpujący. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że był to wtorek. Na wtorki chyba jeszcze nie narzekałam (tak dla kontrastu z poniedziałkami, o do których mojej nienawiści wiedzą chyba już wszyscy moi znajomi). Czym się tak zmęczyłam – nie wiem. Najprawdopodobniej nicnierobieniem. I wcale nie jest tak, że nie mam nic zadane, nic do nauczenia się, żadnych prac do wykonania… po prostu nie mogę się za nic zabrać. A siedzenie przed komputerem przez kilka godzin myśląc o tym, jak dużo rzeczy mam do zrobienia jest jeszcze bardziej wykańczające niż robienie tego wszystkiego. Tylko jak się do tego zmusić? No bo po co mam robić pracę na czwartek we wtorek, jak będzie jeszcze środa; po co mam robić coś popołudniu skoro mogę to zrobić w nocy; po co robić coś w nocy skoro można to olać i iść spać.

I tak sobie mija godzina za godzina, a dzień za dniem. Nie powiem, że tydzień za tygodniem (choć nie wykluczam, że i tak pisałam na tym blogu – niezbadane są starsze wpisy na jogu moim), bo tygodnie ostatnio zaczynają się między sobą różnić, co do niedawna było naprawdę niebywałe. Jednak schemat pt. ‚przetrwać poniedziałek, przetrwać wtorek (…) piątek, a w weekend nareszcie się wyspać’ nadal dominuje wśród ostatnich tygodni. Wszyscy mówią, że powinnam wcześniej chodzić spać, że sześć godzin snu to absolutne minimum a co dopiero trzy… Jednak co mam poradzić, skoro spanie jest teraz ostatnią czynnością, jaką chciałabym robić? A nie będę się truła jakimiś pigułkami nasennymi, które na dłuższą metę tylko pogorszą sprawę. Starczy, że przy niezbyt rzadko występującym bólu głowy naćpam się Ibupromu. W ogóle czasami mam ochotę się zniszczyć… Tak po prostu – dla siebie. Zdarzyło się kilka razy, będąc przeziebioną (nie pasuje mi forma tego słowa, ale nie wiem, jak go użyć tutaj poprawnie), wyjść w niezbyt ciepłym ubraniu na zewnątrz w niepiękną pogodę, kupić sobie w markecie loda, i z słuchawkami podgłoszonymi do maximum iść przed siebie nie przejmując się niczym i nikim. I już nie chodzi o to, żeby nie dbać o zdrowie, tylko o sam fakt tego przyjemnego olewania zakazów, wmawianych od dziecka zasad zdrowego trybu życia, o napawanie się sprzeciwianiu się – wszystko jedno czemu i komu.

Dzisiaj znalazłam kolejny powód, dla którego nie palę i nie będę palić papierosów. Kolejny, bo jest ich tyle, że mogłabym z nich zrobić naprawdę długą listę, lecz spisywanie ich zajęłoby dużo czasu i sprzyjało ich zapomnieniu, to jest pozbyciu się tej konieczności ich zapamiętania po zapisaniu. W każdym razie nowym powodem jest to, że po zastanowieniu się nad tym, stwierdziłam, że bardzo szybko wpadłabym w nałóg, oraz że nawet gdybym naprawdę się starała, nie udałoby mi się z niego wyjść, a po pewnym czasie wręcz zrezygnowałabym ze wszelkich starań i pogodziła się z tym, że jest (a raczej ‚byłaby’) to kolejna część życia, której bym nienawidziła, ale nie zmieniała a czyniła ją pretekstem do częstszego marudzenia. A tak a propos to podobno przestałam narzekać. Tylko dlaczego niektórym to przeszkadza? ;\ <- właśnie zaczęłam znowu.

REASUMUJĄC (tak, wszyscy kochamy to słowo) życie toczy się dalej, co będzie to będzie, ignored mode (teraz się włączył), trzeba przetrwać to co trzeba, skończyć szkołę, iść na studia, znaleźć pracę, ułożyć sobie życie, dożyć spokojnej starości, a potem już będzie z górki. Dobra, żartowałam. I tak wiem, to nie było śmieszne. Ale ‚democie’ też nie są, a jakoś ‚wszyscy je czytają’ ;\.

Powiedziałam sobie dzisiaj, że pójdę spać o północy. Nie wyszło. Znowu.

Więcej

Pięknie

Czasami bywają chwile, które sprawiają, że nagle przestają być ważne: cały ogrom chwil poprzednich oraz nieznana liczba tych przyszłych, prawdopodobnie jeszcze większa. Czasami bywają chwile kiedy zapomina się o codzienności, obowiązkach, odruchach i miejscach, nawet o upodobaniach. Czasami bywają chwile kiedy zapomina się myśleć nadmiernie o sobie i nad sobą. Po takich chwilach zawsze szybko zachodzi słońce.

Więcej

I kolejny średnio sensowny post

Pogoda się psuje… Zła pogoda ma na mnie stanowczo za duży wpływ. Może nawet nie jej całokształt, ale sam fakt świecenia słońca. W sumie nawet gdyby padało, wiał silny wiatr i było zimno, ale pojawiłyby się ciepłe promienie słoneczne, już byłabym optymistycznie nastawiona do świata. W odróżnieniu do tego, kiedy jest w miarę ciepło ale wszystko jest blade i niewyraźne (tak, wiem, że powinnam iść do okulisty), kiedy to odechciewa mi się wszystkiego a lista pomysłów na życie redukuje się do zera, przybierając czasem wartości ujemne.

Gdybym chociaż umiała odpocząć… Sen sprawia tylko, że czuje jeszcze większe zmęczenie, a jego brak chwilowo dodaje energii ale na dłuższą metę znacznie ogranicza jej pojemność. A że raczej w danej chwili skupiam się na czasie obecnym to zamiast regularnie chodzić spać, zaczęłam praktykować życie trybem nocnym. Niestety ograniczeniem jest poranne wstawanie i gnanie do szkoły (którą poniekąd wszyscy kochamy, zwłaszcza w poniedziałki), co sprawia, że wykonywanie tej skomplikowanej czynności jaką jest spanie dokonywane jest poprawnie – w tym przypadku =pełnoterminowo – jedynie w weekendy. Spędzanie minimum kilku godzin przed komputerem również mi nie służy, jednak podniesienie dupy sprzed monitora jest czynnością wymagającą zbyt wielkiej motywacji, a jak znajomi na facebooku już wiedzą, mam naprawdę zawyżone wymagania motywacyjne (tutaj można też przepisać nazwy grup zaczynających się słowami „nie jestem leniwy, tylko…” z twarzoksiążki). Poza tym nawet jak zdarzy mi się spać ponad osiem godzin (ach te weekendy) to nie czuję się jakoś specjalnie wyspana, a wręcz przeciwnie – po obudzeniu się najchętniej znowu poszłabym spać.

Czasami mam ochotę uciec stąd… Często wraca do mnie podejście do życia jakie reprezentowałam w gimnazjum, polegające na wielkiej chęci ucieczki ale także na równoważącymi tą chęć i wzajemnie się uzupełniającymi strachem i lenistwem. Chociaż wtedy jeszcze potrafiłam marzyć… Potrafiłam myśleć… Teraz nie mam czasu ani na jedno i drugie. Bo oczywiście przez cały dzień wmawiam sobie, jak dużo rzeczy muszę zrobić, co owocuje jedynie tym, że odkładam wszystko na później, a w międzyczasie włączam komputer, i nagle już jest to „później”, a nawet później niż „później”, i okazuje się, że to co było do zrobienia jest nie zrobione… Do tego dochodzi to ‚uczucie kiedy wszyscy śpią, a ja siedzę przed książką do biologii i przeglądam obrazki w niej zawarte, czy przerzucam kartki zeszytu od matematyki, zastanawiając się, czy wziąć się za rozwiązywanie zadań ‚za chwilę’, czy ‚za chwilę od za chwilę’. Dopiero potem dociera do mnie, że po co się uczyć/robić prace domowe, skoro można spać, i w rezultacie, reasumując cały dzień – mnóstwo negatywnych emocji związanych z narzekaniem w myślach na ilość prac domowych, oraz nic pozytywnego, a wręcz namnażające się negatywy związane z wiedzą, że ‚to przecież kiedyś trzeba będzie zrobić’. A ponieważ jest tego coraz więcej, to coraz bardziej się nie chce tego robić i coraz bardziej zostawia się to na potem… I koło się zamyka. Jednak najgorsze jest to, że przecież doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ten system jest zły, że to tylko szkodzi, nawet mam parę sposobów jak temu zaradzić, jednak nic z tym nie robię. Ahh, czy to nie było czasem pytanie bez odpowiedzi?

Zaczęła boleć mnie głowa. Pewnie to przez to sześciogodzinne siedzenie przed komputerem. W sumie jak na mnie nie jest to długo. Jednak chyba powinnam niezwłocznie go wyłączyć, a najlepiej dodatkowo położyć się spać, aby jutro być ‚wypoczęta i pełna sił’. I teraz pojawiło się to uczucie, kiedy wiem, że jutrzejszy dzień będzie wspaniały i piękny, a pomimo to nic mi się nie chce… Coś głęboko we mnie krzyczy „uciekaj, nieważne dokąd, byle przed siebie, uciekaj bo życie to ucieczka a ty stoisz w miejscu wbrew temu wszystkiemu, uciekaj – wszak po to masz obie nogi i jeszcze w miarę sprawny wzrok, uciekaj nawet jeśli go stracisz, uciekaj nawet jakby miały ci odpaść nogi, uciekaj, byle przed siebie”… A ja nie ucieknę. Dalej będę stała w miejscu, udając, że coś robię aby „zyskać na czasie”, co w rzeczywistości sprawi, że tylko ten czas stracę na darmo. „Uciekaj od myśli, ludzi, przedmiotów, nie przywiązuj się do niczego, bo jak to stracisz to dłużej nie ustoisz, a wszystkie drogi ucieczki staną się zamknięte”… Jednak, wbrew tym myślom, coraz częściej się przywiązuje do czegoś, coraz więcej więzów oplata się wokół mnie. Dzięki temu nie muszę uciekać, a mogę stać, choćby mi kończyny ścierpły. Najgorsze jest jednak to, że te więzy idą każda w innym kierunku – niektóre są tak pną się tak daleko, że w każdej chwili mogą się urwać, a ja wkładam wszystek sił aby były jak najmocniejsze, zaniedbując przy tym całą resztę, która wcale nie jest tak pewnie mocna, na jaką wygląda…

Światem rządzi bezsens – to wszystko, co się dzieje wokół nas w większości nie ma żadnego celu. Uparcie wbijane nam do głów motto Carpe Diem, źle interpretowane przez świadomość, zamienia się w „nie myśl o tym, czy to co robisz ma jakiś cel, po prostu to rób, cel może pojawi się w trakcie”… Prawie nigdy się nie pojawia, jednak jako, że jest już po fakcie, można dla świętego spokoju zamknąć tą szufladę, wyrzucić klucz i zapomnieć. W końcu pamięć jest takim mało pojemnym stworzeniem… Zwłaszcza od czasu, kiedy człowiek uświadomi sobie, że przecież nie musi wszystkiego pamiętać, a rzeczy stare i już zamknięte tylko zajmują niepotrzebne miejsce. Tak samo – po co ja pisze ten post. Nie sądzę, aby przeczytało go więcej niż dwie osoby. W sumie to nawet nie chcę. Gdybym chciała, zaraz zmieniłabym jego poziom na 0, co zaowocowałoby pewnie kilkoma komentarzami krytykującymi mój światopogląd od osób na tyle charyzmatycznych, że nie potrafiłabym znaleźć odpowiednich słów na jego obronę, co z kolei sprawiłoby, że poczułabym się gorsza lub co najmniej smutna.

W czasie pisania tego posta naprawdę poprawił mi się nastrój. Chociaż to zapewne nie za sprawą wywalenia z siebie negatywnych emocji, a przynajmniej nie w większości, a raczej dzięki temu, że wreszcie ktoś się odezwał na MSNie : >. I teraz dopiero zdałam sobie sprawę, że w całym tym wpisie, pomijając akapit który właśnie czytasz nie użyłam ani jednej emotikony. Ktoś kiedyś ładnie nazwał zjawisko związane z pisaniem pseudo-mądrych rzeczy przez niespecjalnie-mądrych ludzi, jednak nie uznałam tej informacji za wartą zapamiętania. Podsumowując, wracam do pisania tego bloga. Przez te wakacje zdążyłam zapomnieć jak bardzo odstresowujące jest wypisywanie tych wszystkich idiotyzmów na bloku, który wszak właśnie po to powstał (zaprawdę/zaiste).

Więcej

Zgubiony wątek

Miałam napisać coś tutaj przed rozpoczęciem roku szkolnego, jakiś szablonowy wpis pod tytułem „ale mi się nie chce, mam nadzieję, że mi się zachce”, jednak z powodu pod tytułem „w sumie to nie chce mi się nawet pisać” tego nie zrobiłam. Potem oczywiście bywały chwile, kiedy miałam na tyle chęci aby coś tu dodać, jednak zawsze zdarzały się one kiedy: albo nie miałam na to czasu, albo po włączeniu komputera odechciewało mi się męczyć (_wszak_ myślenie sport ciężki i wymagający nieopisanego wysiłku). Tak więc minął sobie wrzesień.

Teraz jednak wreszcie znalazłam chęci, aby zmobilizować się do wyrażenia chociaż części tego, co miało się tutaj znaleźć już jakiś czas temu. Znając życie nie będzie to długi wpis, zwłaszcza, że alt mi się zacina, a nie lubię poprawiać literek na ich odpowiedniki z ogonkami :/. Ciężko mi się skupić kiedy otwarte mam kilka innych stron w przeglądarce, irce oraz komunikator, do którego wciąż ktoś mi się dobija, a na dodatek z głośniczka wbudowanego w laptop wydobywają się mózgodestrukcyjne dźwięki ruskiego industrialu. Jeszcze gdyby nie fakt, że tuż znad ekranu laptopa (nie ma to jak pisać na leżąco) wyłania mi się nieprzyjemny blask żarówek energooszczędnych a wszyscy wokół nagle czegoś ode mnie chcą, to pisanie tego posta byłoby skrajnie przyjemne.

Tak, nareszcie, koniec mojego narzekania wstępnego. Paweł może być dumny, zwłaszcza po tym, jak stwierdził, że przez pewną osobę zepsułam się, a moja cudowna umiejętność doszczętnego krytykowania otaczającego mnie świata zredukowała się do minimum lub nawet ulotniła się całkowicie. Tak więc nadszedł ten czas, kiedy daję upust mojemu narzekaniu, a świat może poczuć się zagrożony. Poniższymi argumentami postaram się to udowodnić. Po pierwsze szlachta sarmacka występująca w Potopie Henryka Sienkiewicza występowała w Potopie Henryka Sienkiewicza, jednak nie o tym jest ten wpis. Przy okazji mogę dodać, że chwilę temu wymieniony pisarz nie jest autorem Pana Tadeusza, co nieumyślnie zdarzyło mi się ostatnio stwierdzić. Myślę, że powyższymi argumentami nie udało mi się udowodnić ‚założonej tezy’, gdyż _owe_ argumenty nie zostały przedstawione wcale. koniec wypracowania, nazwisko, dziękuję, pała. A Kmicic wysadził Kolubrynę. Tak, to było a’propos (kto wie, ten wie).

Koniec wstępu? Tak, koniec. Mam skrytą (a teraz już nie skrytą) nadzieję, że dalsza część wpisu nie będzie krótsza od tego wyżej. W razie czego zaspamuję jakimiś losowymi tekstami wyrwanymi z lecących z głośniczków piosenek. Tak, przełączyłam plejlistę na 3DG – ruski industrial nie nadawał się do pisania. Tak, to jest ten moment, w którym kończy mi się lanie wody, a zaczyna przypominanie sobie, o czym tak w ogóle miał być ten wpis, po czym, gubiąc wątek jeszcze przed jego znalezieniem (o, to będzie tytuł wpisu), stwierdzam, że w sumie o niczym.

Chciałabym nie-nienawidzić (jak to można poprawnie napisać?) kawy. Wtedy przed każda lekcją historii sztuki chlałabym po dwa kubki ze sklepiku szkolnego, aby po wejściu do tej zimnej, dusznej i ciemnej sali móc się w spokoju skupić na lekcji a nie na niezasypianiu. Albo piłabym kawę zaraz po wstaniu co rano, aby móc w spokoju przygotować się do wyjścia z domu, nie zasypiając po drodze z pokoju do kuchni (tak właściwie to nie zdarzyło mi się zasnąć w drodze z pokoju do kuchni, jednak to zdanie jakoś tak pasowało i aż się prosiło aby je napisać). W ogóle kto to widział, aby trzeba było wstawać jeszcze przed świtem, kiedy jest zimno, ciemno i mhrocznie i zapierdalać do szkoły półśpiąc. Oczywiście nie powinnam tu pominąć samej kwestii jazdy busem. Bus jest to jedna z tych rzeczy, które w wyjątkowo spektakularny sposób reprezentują złośliwość rzeczy martwych. Już sama zależność, że czym przyjdę na przystanek wcześniej, tym bardziej bus przyjedzie później, a czym bardziej się spóźnię tym bardziej ten bus mi ucieknie, choć akurat w drugiej części nie ma nic niezwykłego. Inną zależnością jest to, że im bardziej zmęczę się podczas szkoły, włóczenia się po mieście i drogi na przystanek, tym bus będzie bardziej zapchany i tym bardziej nie będzie gdzie – nie dość, że usiąść, to jeszcze stanąć. I, na domiar złego, czym bardziej wyczerpią mi się baterie w empetrójce, lub czym bardziej empetrójka się rozładuje czy zatnie, tym bardziej (s)hity z radia będą dobijające, głośniejsze i denniejsze.

A tak pomijając powyższe ‚kilka drobnych szczegółów’ to lubię jeździć busem. To uczucie kiedy ma się dodatkowe czterdzieści minut na dokończenie snu z samego rana, podczas jazdy do szkoły, oraz tyle samo, podczas powrotu, na odpoczynek. Oczywiście w tym celu idzie się na jak najwcześniejszy przystanek, którego umiejscowienie na początku trasy daje możliwość znalezienia miejsca siedzącego w nadjeżdżającym busie. Wyjątkiem są piątki, kiedy to znalezienie miejsca w którym można bezstratnie stanąć graniczy z cudem a miejsca siedzące są pozajmowane przez tych śmiałków, którzy postanowili wybrać się na samą zajezdnię. Jak już mowa o staniu na przystanku to wbrew pozorom jest to naprawdę przyjemna czynność. Oczywiście o ile pogoda nie sprawia, że ustanie w miejscu sprawia trudność. Co jest jednak takiego przyjemnego w staniu na przystanku? Otóż jest to czas, którego się nie przyśpieszy, nie wykorzysta w żadnym szczytnym celu. Krótko mówiąc: czas zmarnowany. Dzięki temu – temu cudownemu uświadomieniu sobie, że i tak nic w tym momencie nie zrobię – nie muszę się zadręczać tym, że ten czas marnuję. Trochę to paranoiczne, ale hedonistką nie będę. Praktycznie przez cały dzień – oprócz tych chwili kiedy czekam na busa, oraz tych chwili, kiedy owym busem jadę – myślę o tym, jak marnuje czas. Nie potrafię odpoczywać w domu. Jestem za bardzo leniwa aby odpocząć. Wrócę, to zamiast siąść do lekcji i uporać się z nimi w godzinę czy dwie aby mieć potem święty spokój, będę robić wszystko aby tylko odstawić te lekcje na potem. I tak nagle okazuje się, że minęła północ, a ja nawet nie zajrzałam do plecaka. Więc na biega robi się wszystko „na odwal”, a naukę odkłada na „do busa”, z góry wiedząc, że równa się to z rezygnacją z niej. I tak mija dzień. potem następny i kolejny. A potem wrzesień.

Nadeszła ta chwila w której post dwukrotnie przekroczył długość zamierzoną, i chociaż chce mi się pisać dalej, raczej wolałabym zakończyć go jak najszybciej. REASUMUJĄC (wszyscy kochamy to słowo) mniej lenia więcej odpoczynku, mniej pracy a więcej siedzenia w busie… No dobrze, dobrze… I oj tam oj tam (Meru wie, że to musi się znaleźć wszędzie, a jeszcze się tu nie znalazło). I aby już było „tak bardzo na temat” to nie ma to jak fiński hartkor :XD:.

Więcej

Gorąco… Ja chcę deszcz!

Kilka dni temu wróciłam z pleneru w Bartoszowicach, w Czechach. To był niesamowity tydzień. Pomimo tego, że upał dawał się we znaki, a komary koniecznie chciały spróbować polskiej krwi, było wspaniale. W sumie namalowałam 6 obrazów, nawet nie wyszły tak okropnie jak myślałam, że wyjdą xD. Zdjęcia będą, ale potem. Oczywiście do perfekcji droga daleka, jednak w ciągu tego tygodnia trochę się poprawiłam z malarstwa ;3. Gdyby jeszcze nie te upały…

obrazek

Ten przepiękny zamek na zdjęciu był miejscem, w którym przez ten tydzień mieszkaliśmy. Nadal mam przed oczami te wąskie korytarze, wszystkie pomieszczenia które miałam okazję zobaczyć oraz ogrody wokół zamku. Chciałabym tam wrócić. Zresztą całe Bartoszowice to takie przyjemne miasteczko – spokojne, czyste i ogólnie fajne. Tylko markety były otwarte bardzo krótko, nawet po kilka godzin dziennie ;\. Była też zamkowa kawiarnia, gdzie kupowałyśmy zmarzliny (=lody) :>. Jak już mowa o jedzeniu, to nie da się zapomnieć, że czeskie żarcie nie jest złe, jednak kiedy na śniadanie jest mięso, na obiad – tak dla odmiany – mięso, a na kolację – aby zróżnicować – mięso, to po kilku dniach odechciewa się czegokolwiek jeść xD.

No i wreszcie dowiedziałam się, co oznacza nazwa zespołu Vypsaná fiXa xD. Nie spodziewałabym się, że będzie to wypisany wkład od długopisu xD.

W ogóle to jest mnóstwo rzeczy do opowiedzenia – m.in. gra w dwujęzyczne scrabble, wycieczka do Novego Jičína, spacery nad jeziora, znalezienie świetnego opuszczonego domu, próbowanie przełamywania barier językowych… Po czesku „czerstwy” to „świeży” xDDD. Jednak nie będę tutaj przynudzać ;p.

obrazek

Po powrocie do domu naprawdę się nudziłam. W sumie to nadal się nudzę ;/. Jak dla mnie to wakacje mogłyby się już skończyć. Oczywiście z tymi upałami włącznie. Mdlenie w busach pomimo wszystko nie jest moim hobby. Teraz jest tak gorąco, że nie da się wyjść w południe z domu, ale i tak nic się nie chce robić. A tak mówiłam w maju i czerwcu – w wakacje będę się uczyć, poprawię rysunek, wezmę się za coś konstruktywnego, ponadrabiam zaległości, przypomnę sobie materiał z historii sztuki i ogólnie wykorzystam dobrze ten czas. A jak się okazuje – wzięcie się za coś innego niż włączenie komputera, czy zejście na dół po coś do picia wymaga za dużo energii i jest niezrabialne. Ja chcę deszcz! A dzisiaj tylko coś popadało przez chwilę i przestało :<. Tak, wiem, narzekam… Ale przez cały tydzień w Czechach prawie wcale nie narzekałam, więc trzeba to nadrobić ;].

Już wiem, że we wrześniu będę na siebie zła, ze zmarnowałam wakacje na nic-nie-robienie. Ffffffffuuuuuu-

Mówiłam, że wakacje mogłyby już się skończyć. Jednak teraz przypomniało mi się, że przecież na początku roku zrobią wystawę ze zdjęć naszych plenerowych prac ;|. Już się boję – wolałabym, aby parę osób ich nigdy nie zobaczyło xD. Ale trudno – co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, więc wystarczy tylko jakoś przetrwać ten wrzesień a potem już będzie z górki ;>. No dobra, nawet ja w to nie wierzę… Coś czuję, ze ten rok będzie ciężki… Tradycyjnie, jak w każde wakacje, obiecuję sobie, że wreszcie zacznę się uczyć, z coraz większym przekonaniem, że tak nie będzie. W sumie to tym razem już tylko dla utrzymania tradycji ;). A może jednak… Dobra, żartowałam :d.

Three Days Grace – I Hate Everything About You

Więcej

Zmiana planów

Nad sensem brania się za webdesign zastanawiałam się bardzo długo i chociaż ciągle mi nie wychodziło, zawsze znalazł się ktoś kto mówił, że będzie lepiej i nie warto się poddawać. Chociaż zrobiłam dziesiątki projektów stron internetowych, wszystkie były do niczego. Na pierwszy rzut oka były badziewne, na drugi rzut oka były badziewne, a na trzeci rzut oka były badziewne też. Ogólnie powoli zaczynało mnie to nudzić. A ostatnio pod wpływem jednej rozmowy aż zaczęłam zastanawiać się nad sensem ciągnięcia tego dalej.

Muszę sobie znaleźć jakieś nowe hobby. No poza rysowaniem oczywiście – to musi trwać od zawsze do zawsze, choćby nie wiem, jak źle wychodziło. Chodzi mi o coś, za co mogłabym się chwycić, kiedy kartka i ołówek by mi zbrzydły, a farby znudziły. Coś na ten czas, pomiędzy zaprzestaniem powrotem do rysowania i malowania. Coś z jednej strony twórczego, a z drugiej przyjemnego. Gdybym miała dobry aparat, to fotografia idealnie by tu pasowała. Ale prawda jest taka, że nie potrafię oszczędzać i prędzej wydam to co mam, niż uzbieram te ~1-2k na porządną lustrzankę xD. Chociaż może kiedyś. W sumie to ołówków i zeszytów mam na tyle, że starczą mi na dobrych parę lat (nie ma to jak kupować w nadmiarze). Chociaż w sumie – sama kiedyś powiedziałam, że po co mi lustrzanka, skoro można zrobić zdjęcie słabym aparatem, czy komórką, obrobić w Fotoszopie i będzie wyglądało prawie jak z lustrzanki ;).

obrazek

Może powinnam wziąć się właśnie porządniej za maltretowanie Fotoszopa i tabletu, i w wolnych chwilach coś nabazgrać. I tak dla odmiany nie robić na szybko, aby skończyć w ciągu godziny i wstawić na dA, zapominając o tle, tytuując pierwszym lepszym słowem jakie przyjdzie mi na myśl i pisząc emo-artist’s comment o tym jak bardzo jest źle i jak bardzo mi się nie chce…

Ale dobra, i tak do wyjazdu zostało mi tylko kilka dni, więc za dużo nie zrobię :). Zresztą raczej poświęcę ten czas na odpoczynek od odpoczynku od odpoczynku ;>.

Więcej

Holidejsy

Dawno już tu nic nie pisałam (prawie równe dwa miesiące)… Teraz tak piszę, bez konkretnego tematu, jednak naprawdę nie chce mi się spać, a nie mam co robić na internetach. A że nie mam też pomysłu na coś bardziej twórczego, napisze coś tutaj. Jeszcze kilka tygodni temu byłam przekonana, że podczas wakacji będę nudzić się jak mops i prawdopodobnie nie zrobię nic poza odespaniem tych wszystkich ledwo przespanych nocy w roku szkolnym… Jednak, jak się okazuje, w wakacje aż zaczyna brakować czasu. Ten tydzień zleciał tak szybko, że nawet nie zauważyłam, kiedy się zaczął. Przyszły tydzień już mam cały zapełniony, a kolejny spędzę na plenerze w Czechach. O dalszej części wakacji jeszcze nie myślę, ale na pewno znajdzie się mnóstwo rzeczy do zrobienia, miejsc do odwiedzenia i spraw do przemyślenia. No i oczywiście muzyki do przesłuchania, ale to już inna sprawa. Chyba powinnam zrobić sobie jakąś listę, zanim zapomnę o tych wszystkich planach :D Te wszystkie rzeczy, których nie zrobiłam przez ostatnie 10 miesięcy, niedoczytane książki, niepoodpisywane wiadomości, zaniedbane fora, niepoukładane papiery, pogubione myśli… Aż wakacje wydają się kilka razy krótsze niż miały być, kiedy o nich myślałam jakiś czas temu.

obrazek

Co do samego pleneru. Z jednej strony nie mogę się go doczekać, chciałabym już tam być. Nie chodzi tylko o malowanie… Nawet myśląc o wyjeździe bardziej się skupiam na samym miejscu. Czechy. Bartošovice. Zamek. Tam musi być pięknie. Dojazd jakoś przeżyję, wszelkie niewygody podróży. Oby tylko to wszystko zobaczyć. No i pogadać z Czechami xD. Boję się tylko, że się tam poniżę moim tak_bardzo_wysokim poziomem, jeśli chodzi o malarstwo, ale mam nadzieję, że chociaż zagraniczni będą słabsi xD (nie ma to jak życzyć komuś źle, aby nie być zazdrosnym). Ale dobra, muszę przestać się tym zadręczać, a spróbować wykorzystać pozostały mi tydzień jak najlepiej.

Za oknem ptaszki śpiewają, zaczyna się rozjaśniać, a mi _nadal_ nie chce się spać. Chociaż w sumie… Nie lubię niedziel i niech sobota trwa jak najdłużej, nawet kosztem następnego dnia. A tak wracając do „Dawno już tu nie pisałam” – przydałoby się zmienić szablon. I w sumie to nie tylko tego bloga, ale też mojej strony, o której mało kto na internetach wie, bo robiłam ją na szybko, niestarannie, niepoprawnie (nie ma to jak trzydzieści twardych spacji obok siebie) i aż wstyd ją gdziekolwiek pokazywać XD. No dobra, kończę już.

Więcej

Nudaaa

obrazek

Próbuję zacząć pisać, ale tradycyjnie nie wiem, jak zacząć. Zawsze tak jest – albo mam mnóstwo pomysłów, tylko nie chce mi się ich nigdzie zapisać, lub ewentualnie nie mam gdzie, albo, kiedy akurat zachce mi się pisać, wszelkie tematy mi gdzieś uciekają, i zaczynam pisać o niczym. Jeszcze powstaje to głupie poczucie beznadziejności… Przez cały dzień czekam na wieczór, przez cały tydzień na weekend. A kiedy przychodzi sobota, to chcę, aby jak najszybciej się skończyła… I tak właśnie mija czas… Życie jest takie monotonne… Niby robię wszystko, aby takie nie było… Kur… przecież ja niczego w tym kierunku nie robię. Ciągle myślę o tym, jak ja mam dużo do roboty, a zamiast tego zamęczania się myśleniem (myślenie boli, to potwierdzili amerykańscy naukowcy) mogłabym po prostu to zrobić. I tu do akcji wkracza moje głupie lenistwo, które zrobi wszystko aby zostało tak jak jest. I koło się zamyka. Żyję sobie głupimi marzeniami, raczej nie zmieniającymi się od lat, i zamiast je realizować tak sobie patrzę jak powoli przemijają.

obrazek

Przerażają mnie wakacje. Ponieważ najprawdopodobniej spędzę je w domu, będę miała aż za dużo czasu na karanie się za to, że nic nie robię. Mam tyle różnych planów, ale już z góry przewiduję, że co najmniej 90% z nich nie wypali. Może przynajmniej zmęczę się tym głupim lenistwem na tyle, aby mi się znudziło i z tych nudów się za coś wezmę.Najgorzej jest mieć wybór. Chce się iść do przodu, a tu sru – albo przody są dwa, albo nie ma takiego wcale. Pozostaje olać wszystko (do studiów mi jeszcze daleko) i zostać ninja. Dobra, trzeba myśleć pozytywnie auaaaa… myślenie boli!

Nabazgrać coś komuś? Robię wielką wyprzedaż – wszystkie rysunki za pół ceny, czyli po 50 gr. Tjaa, to już parodia. Ale jakoś muszę zmusić siebie do pracy. Idę pobrazgrać sobie w Corel Painterze…

obrazek

Defekt Muzgó – Nuda

Stare Dobre Małżeństwo – Samotni jak gwiazdy

Eluveitie – The Somber Lay

Więcej

Nienawidzę wymyślać tytułów

Dawno tu nic nie pisałam. A szkoda tak porzucać kolejnego bloga. Zwłaszcza, że ten cokolwiek sobą prezentował. Może nie jakiś ultrawysoki poziom, ale przynajmniej nie j**ał po oczach niczym cała reszta :). Więc postanowiłam tu powrócić. od kilku dni chodzą mi po głowie różne myśli, które mogłabym tu zapisać, ale co nie zabiorę się za pisanie, to wszystkie zaczynają gdzieś uciekać w głąb świadomości i stają się nieistotne. Jednak teraz postaram się zebrać je wszystkie do kupy i tu przełożyć.

W ogóle to powinnam zacząć od skasowania RSS’a z fuckbooka, tj facebooka, gdyż ostatnio za dużo na nim znajomych znajomych znajomych, którzy lepiej żeby tego nie czytali. Niestety coś fb’owi siadło z serwerami… Trudno.

Zacznę od tego, że ostatnio naprawdę nawiedza mnie przeszłość. Powiedziałabym, że zaczęło się to od znalezienia starej kasety magnetofonowej, ale kiedy sobie dłużej nad tym myślę, to dochodzę do wniosku, że jednak jeszcze wcześniej. Ogólnie ostatnio mam okropne wahania nastrojów. Może to dlatego, że śpię bardzo nieregularnie, odżywiam się nieregularnie, oddycham nieregularnie (no butla z tlenem się do busa niestety nie zmieściła)… Z jednej strony chcę poskromić moje lenistwo i ponadrabiać wszelkie zaległości, z drugiej nie mogę się do niczego zabrać… Nawet jeśli mam ochotę coś zrobić, to muszę wybierać z długiej listy „rzeczy do zrobienia”, a ponieważ zaliczam się do niezdecydowanych ludzi, to wybór trwa aż za długo.

kaseta magnetofonowa

A najbardziej wkurza mnie to, że myślę w zupełnie inny sposób niż jeszcze jakiś czas temu. Kiedyś nie potrzebowałam czasu na myślenie. Energii też nie. Mogłam robić jedną rzecz i myśleć nad inną. Kiedy zadawana była w szkole jakaś praca domowa wymagająca więcej kreatywnego myślenia niż słupki z matematyki, pomysły przychodziły mi do głowy jeszcze zanim nauczyciele skończyli omawiać co konkretnie mamy zrobić. Teraz z kolei myślenie odkładam „na potem”, czekam aż pomysły same przyjdą mi do głowy… A ponieważ jakoś specjalnie im się nie śpieszy, nie przychodzą wcale i w ostatniej chwili robię coś na odwal się, lub kompletnie pi**dolę i idę spać. Gdzieś moje zapasy motywacji pewnie są, ale nie wiem jak się do nich dostać… Ciągle powtarzam sobie, że najważniejsza jest chwila obecna, że przeszłość się już skończyła, a przyszłość i tak się za bardzo nie zmieni jeśli będę się o nią martwić,a na pewno nie na lepsze. Jednak niestety to do mnie nie dociera i dalej sobie na zmianę nic nie robię i martwię się, że nic nie robię. Mniej więcej w równych proporcjach :).

Plan jest taki – nie zmarnować kolejnych wakacji, nie wyrzucać sobie przez okrągły następny rok, że się je zmarnowało i już wcześniej pozałatwiać wszystko na następne. Tak, wiem, zmieniłam temat, jak to zwykle ze mną bywa. Ale wbrew pozorom te sprawy są ze sobą bardzo blisko. Na dobre zrezygnowałam z zamiaru rozdawania ulotek w wakacje. Pogodziłam się z tym, że przeżywam przyjemne chwile przede wszystkim po to, aby je potem wspominać, a nie dla nich samych. Zaakceptowałam to. Czy to kolejny stopień na tych głupich schodach do dorosłości, które tak nachalnie wyrosły przede mną. W dodatku są to durne ruchome schody, które same mnie niosą na górę… A ja tak często wybieram tradycyjne schody, wijące się wokół tamtych. Nawet jeśli tuż obok stoi winda.

Tak, doskonale wiem, jak głupie jest to, co napisałam. Jednak już mi wszystko jedno. Niech sobie mówią co chcą. Może kiedyś po moich głupich myślach zostanie jakiś ślad, może zmądrzeję i napiszę książkę, o czym marzę od kilkunastu lat (ps to prawda), a może kiedyś po prostu zniknę stąd i antywiedza płynąca z moich postów tylko wzbogaci główną warstwę kurzu osiadłego na Waszych wspomnieniach.

zdjecie

Hurt – Przychodzimy z 5 wymiaru

Hurt – Brzask brzoza brzytwa brzeg

Hurt – Lecę ponad chmurami

Więcej

Szkice i rysunki

Na początku był papier Fabriano. A potem ołówki B2 i H2. A ołówki i papier były u mnie. I sobie bazgrałam. Na rysunek i malarstwo było sobie poćwiczyć rysowanie twarzy. A że już się do tego szkicownika dobrałam, to nabazgrałam więcej xD. Ale po kolei, chronologicznie, od najgorszego do najlepszego…

KRZYSIEK

rys1

Mój brat. Za to, aby mi pozował zapłaciłam mu trzema guzikami i kilkoma zapałkami. Niestety nie stać mnie było na tą jego usługę, która polega na tym, aby otworzył oczy w trakcie tego rysowania xD. W każdym razie wyszło raczej średnio… Nawet jak na mnie -_-„

JA

rys2

Chyba udało mi się oddać w pełni asymetryczność mojej twarzy xDDD. Może aż tak krzywych oczu to nie mam, ale nos jak najbardziej. I moje „wspaniałe” włosy, które miejscami są kręcone, a miejscami proste.

MONIKA

rys3

Siostra. Podobno udało mi się oddać jej charakterystyczną minę XD. W sumie to nawet przypomina siebie, a chyba o to właśnie w portretach chodzi.

RĘKA

rys4

Ręce były i będą dla mnie najtrudniejszą częścią ciała do narysowania. Zresztą można zobaczyć na mojej galerii jakie łapska rysowałam… Nadal rysuję. Raz dwa razy większe od głowy, raz mniejsze od oka… Dlatego postanowiłam trochę poćwiczyć. Nadal są jakieś takie koślawe, ale trudno. Liczy się, że jest lepiej niż było ^^”.

MATERIAŁ

rys5

A konkretnie szlafrok rzucony na pudełko. Myślę, że nie wyszło aż tak źle. W sumie to z daleka wygląda całkiem fajnie. Zupełnie jakbym to nie ja rysowała xD.

A tak w ogóle to złapałam porządne przeziębienie. Żeby jeszcze tego było mało, dwa dni bolały mnie głupie zatoki. A i jeszcze gardło. Podczas rysowania pozbyłam się całej paczki Hallsów ale jakoś nie „uwolniły mojego gardła”, eh -_-„. W każdym razie siedzę teraz zawinięta w koc z paczką chusteczek pod monitorem i nic nie wróży szybkiego powrotu do zdrowia…

edit: A dodam se dwa nowe rysunki.

OKO

rys6

Jakoś się dziwnie rozjechało, ale trudno.To miało być niby moje oko, ale wyszło jeszcze brzydziej xD. Trudno, chyba pozostanę przy pseudo-mangowym stylu rysowania oczu.

SMOK

rys7

469236492836592 – około tyle razy próbowałam narysować smoka. I dokładnie tyle samo razy smok mi nie wyszedł. Ten chyba może powiększyć tą liczbę, co nie?.

edit2: A jeszcze jeden rysunek bo akurat skaner uruchomiłam.

SMOK2

Taa, drugi smok. Jeszcze brzydszy od poprzedniego. Ale postanowiłam na grafikę jednak zilustrować Eragona, więc Saphirkę z tego zrobię^^”.

Więcej

Fotomontaż

Gdybym powiedziała, że to mój pierwszy w życiu fotomontaż, skłamałabym. Jednak jest to pierwszy fotomontaż, nad którym poważnie musiałam się zastanowić. A „co bytu jeszcze wkleić” nie jest łatwym tematem do rozmyślań xD. Raczej nie wyszło tragicznie, aczkolwiek chyba powinnam dokładniej wycinać poszczególne elementy. I nie robić sobie półgodzinnych przerw co pięć minut pracy^^”.

Więcej

Powrót

Nienawidzę powrotów. Zawsze mam takie dziwne wrażenie, że, na przykład: wyjeżdżam na tydzień, przebywam gdzieś_tam dzień i po miesiącu wracam. Normalnie zakrzywienie czasoprzestrzeni! I oczywiście tak było i teraz.

zdjęcie

Wyjeżdżając na warsztaty teatralne, nie byłam do końca do nich przekonana. Przede wszystkim dlatego, że jest tak zimno, że człowiek najchętniej nie ruszyłby się z łóżka. Chociaż w sumie, jak sobie przypomnę pierwszy tydzień ferii, to więcej wątpliwości sprawiał mi nadmiar zaległych prac domowych… A jak wtajemniczeni wiedzą – kiedy mam wybierać między odrabianiem na przykład angielskiego, rysunku i francy – wybieram i na wybieraniu się kończy, gdyż trwa ono dłużej, niż przewidziany czas na odrabianie prac domowych. A jak to było w tym dowcipie o Bacy – kiedy człowiek ma czas to se siedzi i myśli, a kiedy nie – to se tylko siedzi :). Powodów do wątpliwości było oczywiście znacznie więcej – po pierwsze ludzi miało być co najmniej trzy razy mniej niż bym chciała (wszak to ludzie tworzą nastrój), po drugie wszystko było zasypane, a więc za bardzo ruszyć się z miejsca nie dało. Poza tym najzwyczajniej w świecie mi się nie chciało.

Dlaczego więc pojechałam? Odpowiedzi na to pytanie jest znacznie więcej niż na to poprzednie^^”. Zdałam sobie sprawę, że gdybym drugi tydzień ferii spała do czternastej, potem formalnie odrabiała lekcje i nic_więcej_nie_robiła, to zamiast odpocząć tylko bym się męczyła tym nicnierobieniem. Mostki… To miejsce zawsze napajało mnie energią. A takiej energii oczywiście mi brakowało. Już mnie powoli wszystko zaczynało męczyć, a skoro tylko nadarzyła się sposobność, aby się naładować, to czemu by jej nie wykorzystać. Poza tym, chociaż ludzi miało być mało, liczył się fakt, że w ogóle ktoś miał być. No i oczywiście nie można zapominać o cennej wiedzy wynoszonej z warsztatów, który to powód umieściłam na samym końcu niezupełnie zamierzenie.

No i pojechałam. Wystarczyło, żebym przekroczyła próg Wudeku, aby pozbyć się wszelkich wątpliwości. Tak, tego mi właśnie było trzeba. Tej drewnianej i skrzypiącej podłogi, zapachu wiejskiego, zdrowego jedzenia, widoku zza małych łódeczkokształtnych okien i tego czegoś, czego nie da się opisać, ale po prostu w Mostkach jest. Tego, co sprawia, że tego miejsca nie da się pomylić z żadnym innym, co sprawia, że choć człowiek mieszka zaledwie kilka kilometrów dalej, wydawać by się mogło, że cały świat poza Mostkami gdzieś przepadł.

Co się działo na warsztatach? Nie sposób tu opisać tego wszystkiego, więc nawet nie będę próbować. Chciałabym cofnąć czas i przeżyć ten tydzień jeszcze raz… A naprawdę rzadko się zdarza, abym chciała naginać czasoprzestrzeń w innym celu niż naprawa błędów i zmiana tego, co się da. Na szczęście już wiadomo, że następne warsztaty od razu po zakończeniu roku szkolnego. Ale nie będę czekać. Za dużo czasu człowiek poświęca na czekanie. A ja mam teraz za dużo energii aby ją tak zmarnować. Wszak będzie mi potrzebna do stawienia czoła potworowi zwanemu Poniedziałkiem.

Więcej