Życie

Ja rozumiem, że gdyby życie było prostą drogą bez skrzyżowań, rozstajów, rozwidleń, etc. musiałoby być beznadziejnie nudne, jednak w sytuacji, kiedy po raz setny wracam do tego samego rozwidlenia czasami sie zastanwiam, czy nie lepiej by było przejechac autostradą – szybko i bezproblemowo. Podobno powinnam zacząć myśleć pozytywnie. Problem polega na tym, że gdybym nagle zaczęła cieszyć sie każdą chwilą, zabiłby mnie nadmiar chwil z przeszłości, które zostały zmarnowane (choćby na słynnym patrzeniu się w sufit). Innym sposobem jest zamknięcie jakiegoś etapu życia. Do końca szkoły mam jeszcze ponad 2 lata (co jest dla mnie wyznacznikiem daty przestawienia się na inny tryb życia, ze sposobem myślenia włącznie – co zresztą przyjdzie odruchowo jako efekt uboczny zmian). Gdybym była bardzo zdesperowana, mogłabym zmienić wszystko teraz – wszak tyle sposobów na wywrócenia życia do góry nogami istnieje, a tak wiele można jeszcze wymyślić. Jednak na razie jeszcze jakoś się trzymam i co najwyżej mogę powoli przygotowywać się do zmian, pofragmentalnie odrzucając światopogląd pozostały z dzieciństwa, pochodzący głównie z zewnątrz – przez wpływy innych ludzi, którzy zawsze stali nade mną. Teraz, po latach, zaczynam wierzyć, że wszyscy są sobie równi. Izokefalizm.

Mniej więcej tyle udało mi się napisać na telefonie, w celu opublikowania tego w miniblogu. Jednak internet w mojej komórce nie dopuścił do tego czynu i z tego niedługiego wpisu pozostało tylko kilka pierwszych linijek. Aby jednak wpis nie był za krótki dodam jeszcze trochę, kilkanaście godzin później.

Przez kilka ostatnich dni miałam dość dobry nastrój. Według paru osób jest to ściśle powiązane z tym, że zwiększyłam o kilka godzin (można nawet powiedzieć, że podwoiłam) czas snu. Ja jednak raczej nie byłabym tego taka pewna. Już prędzej można by to połączyć z faktem, że temperatura się trochę podniosła, a to całe białe gówno, zwane śniegiem, zaczyna się cudownie roztapiać, wypuszczając powoli śladowe ilości zapachu wiosny, którego nie da się porównać do żadnego innego i jest to chyba jeden z najprzyjemniejszych zapachów, jakie przyroda nam oferuje w swojej szerokiej gamie. Gdybym go miała porównać do jakiegoś uczucia, byłaby to na pewno tęsknota. Zawsze, kiedy stopnieje śnieg, zaczynają mi się przypominać wszystkie chwile – choć głównie te przyjemne – które gdzieś tam utknęły pod białą pierzyną pamięci, symbolizowaną przez śnieg, który zakrył je mocniej niż kurz, osiadły na nich z powodu zapomnienia. I właśnie, kiedy ten śnieg topnieje, spływa wraz z kurzem ze wspomnień, wyrzuca je na wierzch i sprawia, że przestaje się myśleć, o tym, co dotyczy przyszłości i teraźniejszości. Co prawda na zewnątrz śniegu jest jeszcze nieprzyjemnie dużo, ale już pojawiają się nadzieje, że ilość ta nie wzrośnie aż do następnej zimy.

I niestety – jak to zwykle ja – wpadłam wczoraj wieczorem (choć pewnie większość tą porę nazwałaby jednogłośnie nocą) w tak beznadziejny nastrój, że nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Gdyby mnie jeszcze głowa nie bolała, może przynajmniej spróbowałabym zasnąć. Poza tym – noc z soboty na niedziele to najlepszy czas aby się wziąć za coś twórczego. Dzięki temu, że wszyscy wtedy śpią, oraz temu, że nie muszę następnego dnia wstać przed świtem, miałam prawie nieograniczoną ilość czasu na choćby otwarcie Photoshopa i stworzenie czegokolwiek. Tak, tworzenie zawsze (albo prawie zawsze) poprawia mi nastrój. A co ja zrobiłam? Przez trzy godziny męczyłam się patrząc beznamiętnym wzrokiem w ekran, odświeżając po kolei pootwierane karty w przeglądarce. Bardzo chciało mi się rozmawiać. Jednak wszelkie rozmowy kończyły się na monologach jednej ze stron. Byłam w nastroju nieprzysiadalnym. Nawet nie pojawiła się typowa dla takiej sytuacji nieopanowywalna potrzeba wyjścia na zewnątrz i włóczenia się bez celu, której to potrzeby jeszcze nigdy nie miałam okazji zaspokoić. 4w5 bez możliwości. Z jednej strony chciałam mieć kogoś przy sobie, z drugiej chciałam być sama. Całkowicie sama – jedna jedyna w pustej przestrzeni. W końcu przypięłam tablet, otworzyłam Photoszopa i zaczęłam pisać ręcznie różne nieprzyjemne rzeczy. Trochę pomogło. A przynajmniej na tyle, ze zebrałam się wreszcie spać. Jednak jeszcze dręczyły mnie myśli.

Teraz, na szczęście, wszystko powoli zaczyna się uspokajać. Co prawda, nadal jestem przygnieciona masą obowiązków. Powoli staram się kasować u siebie głupi odruch przerzucania części z nich na innych. Skoro nie da się odpocząć, należy zacząć ćwiczyć, aby zwiększyć wytrzymałość. Ktoś kiedyś powiedział, że jest się tym, kim chce się być. Nawet jeśli to nieprawda, to chcę w to wierzyć. Okłamię samą siebie, wmówię to sobie. Jakiś czas temu przypomniało m się, ze za czasów gimnazjum zawsze chciałam być kimś innym. „If you don’t like where you are, then change it. You are not a tree”.

Wszystko się szybko zmienia. Wszystko się zmienia coraz szybciej.

Więcej

A może jednak…

Nie chce mi się tego pisać, ale jak tego nie zrobię, to to będzie mi tak siedzieć w głowie i dręczyć inne myśli, które zresztą i tak w większości już dawno powinny zostać poukładane. Postaram się tak dla odmiany nie marudzić, choć znając życie, mój sposób pisania jest irytujący sam w sobie i musiałabym pozmieniać co drugie słowo, aby całość zabrzmiała dostatecznie pozytywnie. Właśnie, tak powinnam to określać – nie ironiczny, a irytujący.

Za trzy dni poniedziałek. Kolejny. Najgorsze są te poniedziałki, które występują bezpośrednio po niedzielach. Wszystkie inne są jeszcze w miarę znośne. Życie jest takie schematyczne. Jedyne, co zaskakuje, to szybkość z jaką rzeczy długoterminowe tracą na ważności, oraz powolność stawania się rzeczy pt. „zaraz” rzeczami pt. „może kiedyś”.

Dzisiaj, podczas ponadprzeciętnie nużącego dnia (kilka nieprzyjemnych sytuacji oraz ogólnie nie czucie się dobrze), wreszcie potwierdziłam dawno założoną tezę dotyczącą mojej powykrzywianej, spaczonej filozofii życiowej. Już dawno wiedziałam, że hedonistką nie jestem, ale teraz stwierdziłam, że reprezentuję poglądy wręcz przeciwne. Dzięki wspaniałości Wikipedii dowiedziałam się, że nie jest to niczym wyjątkowym (na co w sumie nawet nie liczyłam) a nawet ma swoją nazwę. Anhedonia. Nawet kilka zdań z tego artykułu pasuje. Poza tym jest to zbytnia skrajność. Jednak, jak już nieraz pisałam, ostatnimi czasy przestaje być dla mnie ważna chwila obecna, co prowadzi do braku chęci do uczynienia jej przyjemną. A może tak było zawsze, tylko dopiero niedawno to odkryłam? Who cares… Czy na wycieczki szkolne jeździłam dla przyjemności, czy jedynie po to, aby powiększyć kolekcję widokówek oraz stworzyć cudowny obraz wśród wspomnień, który tak pięknie i bezlitośnie będzie mnie zabijał podczas gorszych dni? Czy piszę to, bo lubię, czy może dlatego, aby za kilka godzin, podczas podsumowania w myślach dnia dzisiejszego, na pytanie „Co ja takiego dzisiaj robiłam, że już jest tak późno?”, odpowiedzieć, że przecież napisałam słitaśną nocię na blogasku, co tym samym usprawiedliwi mi zmarnowanie tych kilku godzin, które zniknęły nie wiadomo kiedy. Może rysuję po to, aby ukryć przed światem moje niezdecydowanie co do wyboru drogi w życiu, a ze znajomymi spotykam się po to, aby przekonywać siebie, że nie, nie jestem aspołeczna i przecież wszyscy, na których mi zależy szanują moje zdanie i w chociaż najmniejszym procencie mnie potrzebują.

Nieważne. Ten wpis będzie jeszcze krótszy od poprzedniego, gdyż sytuacja pt. „jeden komputer w domu” nie pozwoli mi go dokończyć. Jak szybko nie skombinuję sobie nowego laptopa, to naprawdę będę musiała sobie znaleźć jakiś nowy pożeracz czasu. W końcu patrzenie się w sufit uzależnia, a tego nie chcemy :3.

Więcej

Heh. Polaczki ;\

Dzisiaj się zbulwersowałam. W tym momencie mam dobry nastrój spowodowany tym, że trochę się przeszłam do Kielczech, ale także i spokojną podróżą w busie, zajmując miejsce siedzące. Każdy lubi mieć dobry nastrój, jednak ja obiecałam sobie, że opiszę tamtą sytuację sprzed dwóch godzin, a podczas zdenerwowania przychodzą mi do głowy przepięknie ostre wyrazy krytyki danej sytuacji.

Zacznę od początku, czyli cofnę się w czasie o niespełna trzy miesiące. Akurat wtedy zdarzyła się jakaś pomniejsza przerwa w nauce, więc postanowiłam ją poświęcić na walkę ze złem i występkiem oraz moją postępującą wadą wzroku (i – jak się później okazało – dodatkowo astygmatyzmem), na którą narzekałam już od wieków, ale nigdy nie stanowiła takiego problemu, aby wywołać wystarczającą motywację do przejścia się po mieście (to nie jest tak, że ja szczerze i z całego serca nienawidzę tego miejsca – ja je po prostu lubię w mniejszym lub większym stopniu mniej niż wszystkie inne) do zacnej przychodni zdrowia. Po tym, jak wstałam w środku nocy i pomaszerowałam dzielnie pod przychodnię (przychodnię otwierają, z tego, co pamiętam, o 8 nad ranem – nie zmienia

W tym momencie do mojego pokoju wlazła połowa mojej rodziny, a ja zostałam zmuszona do natychmiastowego usunięcia się sprzed komputera. Tęsknię za moim świętej pamięci laptopem. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym, amen.

Kontynuując:
Po tym, jak wstałam w środku nocy i pomaszerowałam dzielnie pod przychodnię (przychodnię otwierają, z tego, co pamiętam, o 8 nad ranem – nie zmienia to jednak faktu, że już dwie godziny wcześniej kolejka po numerek, mająca swój początek na schodach przed wejściem, składa się z minimum kilkunastu osób przybyłych tam wcześniej) i dostałam słitaśny papierek z reklamą cudownego i niezwykle profeszjonalnego badania wzroku („miła obsługa, gwarancja jakości, super coś tam…”) z datą na „za tydzień”, wreszcie mogłam zbadać moje oczęta. Badanie nie zajęło więcej niż 5 minut, co szczerze mnie zdziwiło. Dostałam papierek wyglądający bardzo nie-profeszjonalnie od niezwykle miłej obsługi, która nie zapomniała zatrzymać mnie w trakcie opuszczania tego miejsca, przypominając mi o zapłaceniu za usługę. Moja mina musiała w tym momencie wyrażać w stu procentach pierwszą na to reakcję – wtf?, bo dali mi do zrozumienia, że na plakacie nie było napisane, że badanie jest bezpłatne (jakim plakacie kurwa?) i zabrali mi papierek do momentu, aż w ich dłoni nie znajdzie się cel ich a-jakże-nie ofiarnej pracy. A ponieważ tak bardzo wiedziałam o tym, musiałam biec do domu po pieniądze, starając się wyrobić w 15 minut, zanim owi szanowni specjaliści nie podniosą swoich wielmożnych zadów w celu wyniesieniu się z przychodni. Tak więc co sił w glanach (bieganie w glanach – nie polecam) pognałam do domu, mając na to o połowę mniej czasu niż zajęłoby mi to normalnie. Później udało mi się złapać ich, opuszczających miejsce pracy i wręczyć im owoc ich pracy w zamian za ten nieszczęsny kawałek papieru.

Wracając do chwili obecnej… To niezwykle frustrujące, żenujące i irytujące uczucie, kiedy po długim namyślaniu się nad wyborem okularów w miarę tanich i takich, w których będę wyglądać w najmniejszym stopniu źle, po długim nastawianiu się psychicznie i wybieraniu odpowiedniego momentu, kiedy w rodzinie burza osłabła… okazuje się, że optyk nie może się doczytać po okuliście! OMGWTFBBQLOLLMAO! Jak się okazało, owa słitaśna karteczka jednak nie spełniała wymagań zapewnianych przez profeszjonalną przychodnię i miłą obsługę, dotyczących przydatności do wykorzystania. Plusiki poprzeprawiane na minusiki i odwrotnie, kilka różnych danych – nawet nie dokładnych, kilka losowych bazgrołów na górze, mających na celu sugerowanie, że jest tam coś napisane. Recepty nie dali. Czy zapomnieli, czy nie mieli, czy może dałam im za mało kasy – nie wiem. W każdym razie to było naprawdę bulwersujące. Pytaliście, dlaczego nie kocham mojego miasta? Oto był kolejny powód… Witold Poziomski się w grobie przewraca patrząc na to, co się dzieje z tutejszą służbą zdrowia.

Zresztą… To miasto i tak nie doczeka się długiego żywota. Padł FUT, pada Marywil, następne będzie Dodoni i w tej dziurze nie zostanie już nic. Na szczęście mnie już wtedy tutaj nie będzie. Niech ci zapyziali ludzie sobie gniją, wyłudzając kasę jedni od drugich, ja nie chce na to patrzyć, a tym bardziej brać w tym udział.

Wkurzyłam się i tyle. Później, dla uspokojenia, przeszłam się na drugi koniec Siękiefki. Wcześniej powiedziałam sobie, że jak mi się skończy gawcio, to zaprzestanę – jak to ładnie określiła moja koleżanka – czynić zło. Jednak sytuacja zmusiła mnie do zmiany tej decyzji. Niestety nie na długo, bo – jak się okazuje – nowy procent podniósł ceny o prawie dwa złote (wtf?), co jest już burżujstwem nie na moją kieszeń. Tak więc skończy się wspieranie Kolporterów. No chyba, że uda mi się znaleźć wcześniej pracę…

Dobra, kończę, bo znowu zaczęłam zanudzać… I tak uciekły mi te wszystkie myśli, które sobie poukładałam jakiś czas temu, więc pisanie dalej nie ma sensu. Tym bardziej, że zaraz będę musiała zwolnić komputer siostrze. Laptop [*] – na zawsze w naszych sercach.

Więcej

Rilejtyd

Kompletnie, ale to kompletnie nie chce mi się spać. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, ze czegokolwiek innego robić też mi się nie chce. Zarówno dzisiaj, jak i wczoraj nie działo się absolutnie nic ciekawego. Na dłuższą metę to naprawdę demotywuje. Poza tym odkryłam w sobie kolejną bardzo niekorzystną cechę. A jest nią zbyt mocno utwierdzona niewiara w ludzi. I nie mówię tu o losowych osobach napotykanych przypadkowo, krótkich znajomościach i tych, których niekoniecznie lubię, a o węższym gronie bliskich znajomych.

Dzisiaj udowodniłam tą niewiarę w bardzo typowy sposób. Kiedy okazało się, że moje fundusze na telefonie są na tyle niskie, że niemożliwym było zadzwonienie, postanowiłam pozostać w domu, zamiast spotkać się ze znajomymi. Powód był jasny – nie wiedziałam, gdzie pójdą, a bus, którym zdążyłabym na ustaloną godzinę do Kielc odjechał za wcześnie, co sprawiło, że musiałabym jechać następnym, dzięki czemu spóźniłabym się i mogłabym nikogo nie zastać w umówionym miejscu. Taki głupi powód – kwestia kilkudziesięciu minut, a jednak dostateczny aby zrujnować mi całą sobotę. Już wolałabym aby znajomi zapomnieli o mnie i nie zwrócili uwagi na brak mojej osoby. A jednak nie – zadzwonili pół godziny później, pytając, gdzie jestem. Ponieważ dostanie się do Kielc zabrałoby mi około 2 godzin, uwzględniając czekanie na kolejnego busa, zrezygnowałam z opuszczania domu tej soboty. Jednak sam fakt, że zadzwonili, że tak bezsensownie uznałam wcześniej, że gdzieś sobie pójdą, nie dając znaku, gdzie… Czuję się, jak idiotka. Niewarta zaufania. Czuję się, jakbym ich zdradziła, zmieszała z błotem zaufanie, którym naturalnie obdarza się osoby, które jednak zajmują jakieś miejsce w naszym życiu.

Było też kilka innych sytuacji dzisiejszego dnia, w których naprawdę głupio się poczułam. Nie lubię nikogo rozczarowywać i chyba to nie jet niczym wyjątkowym. Nikt nie lubi tracić w oczach ludzi bliskich, zwłaszcza w tak beznadziejny sposób, jakim jest przejawianie braku zaufania.

Tak, kurwa, wiem, że za bardzo dramatyzuję. Słyszałam tą uwagę już tyle razy, że już sama się odruchowo karcę. A może po prostu za bardzo mi na wszystkim zależy, co jest zresztą odwrotnie proporcjonalne do tego, co w związku z tym robię.

Najgorsze jest jednak to, że – jak dzisiaj się dowiedziałam – nie umiem wyrazić tego, co myślę. Oczywiście nie mam na myśli pisania na blogu – tutaj jest wręcz odwrotnie, słowa same sklejają mi się w miarę sensowne i całkowicie zgodne z moimi myślami zdania. Jak się jednak okazuje – w rzeczywistości nie potrafię wyrazić się jasno na dany temat, a zapytana o coś bardziej osobistego, choć niekoniecznie wymagającego zatajenia, nie potrafię wyłapać słów spośród plątaniny myśli. Wszystko wewnątrz mojej świadomości rozsypuje się i chowa po kątach, gdzie w ciszy czeka, aż za kilka godzin wszystko się uspokoi i pozbiera z powrotem do kupy. W każdym razie, wracając do tej sprzeczności w wyrażaniu siebie tutaj i „na zewnątrz”…

Zawsze zastanawiała mnie co sprawia, że po długotrwałym wykonywaniu jakiejś czynności człowiek się albo do tego przyzwyczaja i nie może przestać, albo powoli zaczyna się mu to nudzić. Jeśli jednym z powodów, dlaczego w życiu realnym nie mogę wyrazić swoich myśli tak, jak one wyglądają naprawdę, jest to, że tutaj je wyrażam z taką łatwością, to dlaczego wyostrzyłam, zawęziłam swoją „tolerancję” miejsca do tego się nadającego, a nie na przykład przyzwyczaiłam się do tej czynności na tyle, aby miejsce to było mi obojętne. To jest naprawdę skomplikowane, aczkolwiek myślę, że to problem na tyle oczywisty, że niewątpliwym jest, że rozważała nad tym mądrość tego świata i wyjaśnienie tej zależności musiało się przynajmniej raz pojawić gdzieś oficjalnie. Jednak czy ja wyglądam na osobę, której chciałoby się tego szukać? Najbardziej leniwi ludzie myślą samodzielnie.

Z kolei bywają też chwilę, kiedy czuję się mądra. Jednak, absurdalnie, dzieje się to głównie wtedy, kiedy przed oczami staje mi idiotyzm innych ludzi (absurdalnie, ponieważ sama świadomość tego powodu sprawia, że jednocześnie czuję się głupia). Takim najprostszym sposobem jest choćby wchodzenie na strony typu demotywatory, gdzie bardzo mądrzy ludzie dzielą się z innymi mądrymi ludźmi swoim cierpieniem związanym z obecnością w ich otoczeniu ludzi względnie (porównując do nich samych, oczywiście) głupich. Czasami jednak dowartościowujący idiotyzm rzeczy pisanych przez niektórych ludzi (samych autorów nie będę oceniać) spada mi prosto z nieba w postaci choćby takiej. To takie egoistyczne czerpać poczucie własnej wartości z uznawania innych za gorszych, a tak często się na tym przyłapuję. Jednak czym to można zastąpić? Tak trudno uwierzyć komuś nieposiadającemu odpowiednich argumentów, że nie jest się głupim. Tak trudno zaufać.

I tutaj temat ładnie zatoczył koło. To cudowne, że w tak pojebanym świecie wszystko jednak się ze sobą w jakiś sposób łączy, tworząc jedną, potajemnie harmonijną i spójną całość.

A teraz powiedzcie, że udało mi się ograniczyć emonarzekanie do nietrzycyfrowego procenta.

Więcej

Mucha mi łazi po monitorze

Miałam cudowny plan. Polegał – a raczej: miał polegać – on na pisaniu joga przez telefon. I wszystko byłoby pięknie (pomijając fakt, że wydałam 10 zł na internety, i spędziłam te kilkadziesiąt minut czekając, aż z tą niesamowitą prędkością otworzy się strona i za którymś tam razem nawet będzie się dało zalogować) gdyby nie taki drobny, mały szczegół – w formularzu na wpis może się znaleźć maksymalnie 1000 znaków. A ponieważ chyba każdy, kto odwiedza tego bloga widzi, jaka jest średnia długość moich postów, można śmiało stwierdzić, że te 1000 znaków to kilka-kilkanaście razy za mało. Tak więc komputer jednak jest mi niezbędny do zalewania tego wysypiska coraz to nowszymi porcjami śmieci. I tu pojawia się jeden mikroskopijnej wielkości problem: laptop mi umarł. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie [*].

Jest godzina druga. W tym momencie śpię, lekcje są pięknie odrobione, a doskonałość moich ocen nie wymaga żadnych popraw. Życie jest piękne, wszystko układa mi się po mojej myśli, a wesołe jednorożce skaczą po tęczy w chmurach motyli i zapachu pierwszych wiosennych kwiatków. Letni łagodny wietrzyk targa ich gładkie grzywy, a tętent ich kopyt wesoło rozbrzmiewa pomiędzy zielonymi górami i dolinami. Czarnoziem lessowy za panowania Władysława Łokietka dysocjuje za pomocą drugiego okresu warunkowego w rozkład jazdy francuskich pociągów a następnie utlenia się adiabatyczną przemianą gazową di-3,4-bromoetylohitlan-2-olu i cierpiąc wraz z młodym Werterem oblicza podobieństwo katedry wawelskiej do lampy błyskowej za 100 zł z allegro.

Skoro już wprowadzenie do tematu mam za sobą, mogę wziąć się za narzekanie (wszak wszyscy je tak kochają). Od poprzedniej emo-notki praktycznie nic się nie zmieniło, poza nieznacznym, zmniejszeniem się ilości pomysłów na życie (- nie masz pomysłu? kup go! – sry, nie stać mnie). Nadal świadomość bycia bezrobotna wierci mi powoli dziurę w czaszce, a brak zarówno pieniędzy jak i laptopa tylko krępuje mi ręce. Gdyby jeszcze ten zupełnie nieznaczny fakt, że rodzice doskonale dali mi do zrozumienia, że czego nie dotknę, to się rozpadnie (choćby tym a-jakże-nie pociesznym i uroczym określeniem mojej osoby „nieudacznicą”) i za pomocą motywujących słów krytyki moich działań typu: założenie sobie konta w banku w dwa dni po moich 18 urodzinach bez ich wiedzy, polegających na absolutnym potępieniu tego działania sprawili, że odechciało mi się za cokolwiek zabierać.

Cierpliwie czekam, aż skończę tą szkołę, pójdę na studia i znajdę sobie jakąś słitaśną stancję na drugim końcu polski, odgradzając się tym samym od rodzinki, za którą będę tęskniła całymi dniami i nocami. A tak na poważnie, to o ile w tym momencie udało mi się uspokoić, to jeszcze kilka godzin temu ociekałam złością i mało brakowało, a mój telefon przytuliłby się z podłogą o kilkaset metrów na sekundę za szybko. Tak więc, zaciskając pięści, sięgnęłam po książkę do historii i zaczęłam uzupełniać moje braki w wiedzy na temat Władysława Łokietka i mu podobnych. I nie wiem, czy to cudowny zapach rozcieńczalnika naturalnego, osiadłego na stronach ww. podręcznika podczas wtorkowej lekcji grafiki, czy to może działalność nasenna treści książki, ale w końcu udało mi się dojść do siebie i powziąć decyzję o jednak-nie-zmienianiu-planów, jeśli chodzi o nie poświęcenie dzisiejszej nocy na tą niezwykle absurdalną, choć dla większości społeczeństwa najważniejszą czynność – sen.

Ale najgorsze jest to uczucie kiedy pojawiają się jednocześnie smutek, żal, złość, gniew i łzy oraz wewnętrzny głos, który bezsensownie – bo zbyt cicho – próbuje je uspokoić, wrzeszcząc, że przecież nie jest tak źle. Ale skoro i tak mi nigdy nic w życiu nie wyjdzie, to czy jest sens starania się? Tak, ale najpierw trzeba uciec.

Czy to normalne, że coś mi się robi, kiedy słyszę „Era poczta głosowa”?

Więcej

Troche o nołlajfieniu

Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam – nie ma nic równie wkurwiającego, irytującego i odbierającego wszystko, co pozytywne w życiu jak brak prywatności. Pewnie większość osób, które to czyta nie zgodzi się ze mną. Znaczna część czytelników (skoro już uznaliśmy, że takowi istnieją) pewnie nie wie, co to nieograniczona potrzeba pobycia samemu w chwili, kiedy jest to niemożliwe. No bo co to za problem dla nich zamknąć się w pokoju na klucz i poczekać, aż świat na zewnątrz i wewnątrz się uspokoi a krzyczące myśli ucichną. Ja niestety jestem w tej niekomfortowej sytuacji, kiedy tak zwany „czas dla siebie” ogranicza się do około pięciu godzin między 0 a 6 w nocy, z czego minimum 8 (jak głoszą mądrzy lekarze i mądre książki, mądre media i cała reszta mądrości tego świata) powinnam przeznaczyć na sen. Co daje mi około minus dwie godziny czasu dla siebie dziennie. Nie jest to optymalna liczba. Na szczęście ja nie zaliczam się do wyżej wspomnianych mądrych i żyje sobie swoim własnym, podobno destrukcyjnym, rytmem. Wracam ze szkoły, czekam do tej północy aż wszyscy wylezą z mojego pokoju, starając się stoicko znosić obecność w nim osób, które nie zawsze chciałabym tam widzieć i dopiero po tym rozpoczyna się mój dzień. Mój niezwykle krótki dzień. Na tyle krótki, abym nie mogła się zabrać za cokolwiek, co mogłoby mi zająć więcej czasu. Ta chwila (bo w porównaniu z całym przeczekanym dniem to nic) jest przepełniona czujnością, aby przypadkiem ktoś nie usłyszał, że nie śpię. Patrząc na pozytywne strony takiego trybu – no cóż – noc to jedyna pora, kiedy naprawdę nie chce mi się spać oraz czasami tak dla odmiany pojawiają mi się jakiekolwiek pomysły. Jednak czuję, że długo tak nie wytrzymam. Po każdym dniu jego zmarnowanie woła o pomstę do nieba a pożałowania godne nołlajfienie wyraźnie przybija mnie do dna.

Każdego dnia biję się z myślami. Z jednej strony szukam sposobu, jak wydostać się z tego bagna, z drugiej jestem zbyt leniwa i czasami za bardzo cierpliwa, aby cokolwiek zmienić. Może gdzieś tam w głębi liczę na to, że wszystko zmieni się samo, że wydarzy się jakieś kluczowe zdarzenie, które sprawi, że wszystko nagle się ułoży. Jednak bywają momenty, kiedy chciałabym chociaż przez kilkadziesiąt minut pobyć sama z moimi chaotycznymi myślami i powoli, bez żadnych przeszkód je nieco poukładać. Teraz powinien pojawić się chórek osób radzących wyjść na spacer czy coś w tym stylu. Powodów do nie-zrobienia tego jest zbyt wiele, aby w ogóle rozważać taką możliwość. Już pomijając fakt, że nie miałabym dokąd iść – nienawidzę mojego miasta i nie przepadam za większością ludzi stąd (tak, czytajcie to, przecież wiecie, że to prawda) – samo wyjście z domu mogłoby okazać się nieco problematyczne. Dłuższe dyskusje z rodzicami nie należą do przyjemności, a odpowiadanie na wianuszek pytań z nim związanych zakończyłoby się co najmniej negatywnie. Tym, co mi pozostaje jest nieco-dłuższe-niż-to-konieczne siedzenie w łazience. Omijam wtedy wzrokiem lustro – moje odbicie nie powinno tego zobaczyć. Popatrzyłoby tylko na mnie kpiącym wzrokiem, mówiąc, że sama się w to wpakowałam, wybierając sobie taką drogę życia.

Tym, co mnie interesuje jest przyszłość. W miarę cierpliwie czekam (wszak jestem oazą spokoju…), aż skończę szkołę i wyniosę się z tego zadupia. Staram się nie dopuszczać do siebie myśli, że pewnie zabraknie mi funduszy na jakieś porządne studia – o tych wymarzonych to już nawet nie wspomnę (zresztą – prawdopodobieństwo, że się tam dostanę jest tak małe, że nie powinnam w ogóle brać tej możliwości pod uwagę, aczkolwiek staram się o tym nie myśleć). Oficjalnie jestem już pełnoletnia, więc mogę i dodać drugie określenie; bezrobotna. Z moim bezgranicznym zapałem do pracy to się pewnie długo nie zmieni. I będę sobie tak gniła, co jakiś czas przeżywając milsze chwile, aby przez resztę chwil bardziej się dołować. I będę sobie gniła, narzekając, naprzemiennie z pisaniem, że wszystko jest okej i dla potwierdzenia wysyłając zestaw „dwukropek+nawias zamykający”. I będę sobie gniła, a zegar będzie sobie tykał, a ptaszki będą sobie latały za oknem, a ludzie będą przegrywać i wygrywać swoim kosztem nawzajem, a tak sobie będzie życie mijało…

Więcej

Emo negatywna notka, ale mi się nudziło

Chyba zacznę tutaj pisać częściej. Pisanie pozwala poukładać myśli, uznać zakończone sprawy za zakończone, bez konsekwencji wywalić z siebie to wszystko, czego dzieleniem się z dowolną jedną osobą mogłoby spowodować dla niej niekorzystne skutki. Obecnie mam zły mood. Oznacza to tyle, że ten wpis nie wyróżni się jakimkolwiek sensem, oraz że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że zaraz uznam, że to nie ma sensu i zamknę kartę bez zapisywania.

Ja już nie ogarniam. Chyba zaczęłam się cofać w rozwoju, gdyż powróciłam do stanu sprzed kilku lat, kiedy to moim głównym celem w życiu było uciec z tego zadupia, jak najdalej się da. A ponieważ przede mną jeszcze 2,5 roku liceum, prędko nie będę miała tej możliwości. To mnie dołuje najbardziej. Niby staram się o tym nie myśleć i udawać, że jestem w stanie cieszyć się chwilą obecną, ale bywają chwile takie jak ta – podczas nich przypomina mi się, w jakiej sytuacji obecnie jestem, a że myśli o tym były blokowane, to teraz się skumulowały i nie dają mi spokoju. Drugą z kolei najgorszą rzeczą jest to, że jeśli nic się nie zmieni, to po przeczekaniu tych dwóch lat nigdzie się stąd nie ruszę z powodu braku jakichkolwiek finansów. Nie ma nic równie przerażającego jak przyszłość. Zawsze zazdrościłam ludziom z fobiami takimi jak np. lęk przed pająkami – oni mają szansę nie doczekać się spotkania z tym, czego się boją. Ja cholerną przyszłość spotykam co chwilę, czuję, jak się zbliża, wiem, że nie da się jej uniknąć. Dobrze, wiem, że da, ale desperatem nie jestem. I niech tak zostanie. Wracając do tematu – doskonale wiem, że martwię się tym zawczasu, ale często chodzą mi po głowie negatywne myśli odnośnie moich szans dostania się na jakiekolwiek studia. Nie mam zamiaru „zimować” w tym zadupiu ani dzień dłużej, niż jest to konieczne, więc jeśli nie wyjdzie z dostaniem się tam, gdzie chcę, to zostanę w głębokim bagnie.

Bądź co bądź, mógłby już być rok 2013. Albo nawet jeszcze następny. Patrząc pozytywnie, skończyłabym szkołę, dostałabym się na wymarzone studia i znalazłabym sobie jakiś domek czy tam stancję, gdzie żyłabym sobie długo i szczęśliwie przez x lat studiów, mając wyjebane na cały ten na wszystkie cztery strony popierdolony świat, wreszcie mając swój kawałek przestrzeni – swój własny, tylko dla siebie – o którym zawsze tak marzyłam, posiadając swoje własne, niezależne życie, z obowiązkami, które ustalałabym sobie sama… I tutaj coś nie pasuje, bo tak wymienione życie nie zgadzałoby się z główną zasadą rządzącą tym światem – „zawsze, kiedy zaczyna być idealnie, coś musi się zjebać”.

Czuję destrukcyjny brak własnego miejsca. Nie ma nic gorszego niż brak prywatności. Ponieważ pomieszczenie zwane potocznie „moim pokojem” staje się w rzeczywistości moje dopiero po północy (a czasami nawet później), kiedy to udaje mi się wywalić za drzwi ostatnią przebywającą w nim osobę, a wstać muszę już o godzinie 6, mam zaledwie 6 godzin życia dla siebie. Niestety minimum dwie muszę przeznaczyć na sen, którego tak bardzo nienawidzę i który odbiera mi resztki energii jakie udaje mi się zebrać za dnia. Chciałabym nie musieć spać. W sumie mogłabym nie spać wcale, ale gdyby ktokolwiek z rodziny się o tym dowiedział, miałabym przesrane. Nie przespanie jednej nocy zaowocowało jedynie zgonowaniem na pierwszych dwóch godzinach lekcyjnych następnego dnia, więc może i opłacałoby się ograniczyć sen do kilku godzin raz na dwa dni. Dzięki temu zaoszczędziłabym kilka godzin życia i może miałabym go chociaż w połowie tak dużo jak moi znajomi, co sprawiłoby, że nie musiałabym męczyć się z jebanym uczuciem zazdrości za każdym razem kiedy ktoś powie, że jest lub będzie sam w domu. Najważniejsze to przetrwać te dwa i pół roku na nieżyciowych warunkach, a potem – wmawiam, sobie, że w to wierzę – będzie z górki i życie na nowo nabierze sensu.

Za kilka dni moja osiemnastka. Jeszcze rok temu tak się podniecałam myślą, jak to będzie niesamowicie, kiedy będę pełnoletnia i będę mogła robić, co chcę. Jednak czym bliżej tego dnia, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to niczego nie zmieni. Nadal nie będę mogła wywalać zbędnych mi ludzi z własnego pokoju, nadal będę musiała siedzieć na tym zadupiu i tłumaczyć się z każdego, choćby najkrótszego wyjścia rodzicom. No bo co z tego, że będę pełnoletnia, skoro mieszkam w ich domu i jestem ich córką, co sprawia, że muszą dokładnie wiedzieć, gdzie idę, co będę robić, kto tam będzie, o której wrócę i dlaczego AŻ o dwudziestej a nie na przykład o siedemnastej. I dlaczego mam wrażenie, że kiedy -któregoś pięknego poranka – oświadczę im, że właśnie wyjeżdżam na kilka dni, oni zrobią miny ilustrujące „wtf?” i zacznie się niemająca końca argumentacja, dlaczego tego nie zrobię. I dlaczego również mam wrażenie, że jak tylko stuknie mi osiemnastka, nie minie wiele czasu, aż zacznę sobie wypominać, że taka stara krowa ze mnie, a nadal nie znalazłam sobie pracy…

Dobra, koniec emokowania. Plan na teraz: przetrwać te 2,5 roku, wierząc, że później będzie wspaniale i pięknie, a potem zrobić wszystko aby się nie zawieść.

Więcej

I cały tydzień przerwy wyparował bezszelestnie

Miałam to napisać już kilka dni temu, ale jakoś tak zebrać się nie mogłam. Dzień jest taki krótki, kiedy zaczyna się o 15. W sumie to tylko o kilka godzin dłuższy niż w czasie, kiedy cały poranek, południe, dzień i wieczór trzeba poświęcić na szkołę. Jedyna różnica polega na tym, że stosik z zeszytami, który odłożyłam sobie na miejsce które widać w którąkolwiek stronę bym nie patrzyła, się nie powiększa. Stosik ten nosi wdzięczną nazwę „tutaj jest coś zadane i trzeba to zrobić na „przed świętami”. Oczywiście jak na razie zajmuje się tylko teoretycznym odrabianiem zaległości – mam tu na myśli myślenie o tym, jak tego dużo i zastanawianie się, czy da się to w jakikolwiek sposób zrobić, oraz niemoc zabrania się za to. Jak to kiedyś ktoś powiedział – jeden dzień nieobecności to tydzień nadrabiania. Mnie nie było jakieś 3-4 dni przed świętami i nie sądzę, aby mój niezwykle pożałowania godny zapał do pracy pozwolił mi się za to zabrać. I nawet jeśli tak naprawdę jest tego na tyle mało, że mieści się to w granicach wykonalności, to i tak coś mi mówi, że te zeszyty jeszcze będą tam leżały aż do momentu kiedy powiem sobie „pierdolę nie robię” i wrzucę je do plecaka, nawet nie zaglądając do środka. Może gdyby ten stosik był o połowę niższy, uporałabym się z tym już pierwszego dnia. Jednak przy tej wysokości strach go nawet tknąć palcem. Tyle jeśli chodzi o obecny stan moich zaległości.

Przerwa świąteczna powoli ma się ku końcowi. Procent wykonania zaplanowanych na ten czas rzeczy nie zmienił się od chwili ich zaplanowania i nadal nie wynosi sumy dodatniej. Nie mówię tutaj już tylko o szkole (wszak o tym było wyżej), ale i o wykonaniu wszelkich innych prac – choćby były nie wiem, jak przyjemne. Tak więc mój tablet zmienił swoją funkcję na dekoracyjną, a poziom „zmęczenia tym wszystkim” nadal jest na takim wysokim poziomie, na jakim stoi od kilku miesięcy. W sumie to nawet się podniósł. Choć spałam nawet dwa razy dłużej niż normalnie (taa, jeśli „normą” ustalić najwyższą wartość), nie czuje się jakoś specjalnie wypoczęta, a wręcz chce mi się spać. Zasnąć i obudzić się w blasku wakacyjnego słońca sączącego się przez okna i zachęcającego do wyjścia z domu. Może to wyżej wymieniony stosik zeszytów emanuje złą energią, która nie pozwala mi odpocząć, nawet podczas snu? Poza tym często czuje się, jakby moje życie polegało na codziennej imprezie. Nie lubię imprez. Pewnie spowodowane jest to tym, że dzień w dzień mój pokój jest okupowany przez zgraje pasożytów, jaką w tym przypadku jest bardzo niechciana rodzinka. Duże ilości naraz rodzinki. Dlatego tak bardzo kocham noc – ten moment, kiedy wszyscy śpią, mój pokój mam tylko i wyłącznie dla siebie i wreszcie mogę spokojnie pomyśleć i pozastanawiać się nad tym wszystkim. Martwi mnie, że już za kilka dni będę musiała większość tego pięknego czasu przeznaczyć na – potencjalnie zbędny mi – sen. Nienawidzę spać. Człowiek w nocy jest wypoczęty i pełen energii, ale musi zmusić się do zaśnięcia, gdyż wie, że inaczej następnego dnia – jak głoszą legendy i lekarze (w sumie jeden chuj) – będzie wyglądał i zachowywał się jak zombie. Paręnaście razy zdarzyło mi się doznać braku snu, jednak nigdy owe legendy się w moim przypadku nie sprawdziły, a skutek tego działania był wręcz odwrotny. Ale mniejsza, może jestem ślepa (bo jestem) i głupia (to w sumie chyba też), ale skoro jako jedyna przecze tym legendom i lekarzom, to będę chociaż udawac, że jestem normalna. I tak graficy dobrze wiedza, że mam „nie równo pod sufitem” ;p.

W sumie na dłuższa metę głupota przeszkadza. Podczas, gdy inteligentni ludzie znajdą wyjście z każdej sytuacji, człowiek, któremu bozia poskąpiła tej cechy musza długo się zastanawiać nad problemem i wytężać swój nieprzeciętnie mały i nieposkręcany móżdżek w poszukiwaniu wyjścia, które dla normalnych jest bardzo oczywiste. Podobno dramatyzuję, psychologa potrzebuję, jestem niestabilna emocjonalnie i mam nie równo pod sufitem. Czasami wolałabym tego o sobie nie wiedzieć ; /. Na szczęście jedynie czasami :3. Azaliż wżdy dla własnego i znajomych komfortu, przydałoby mi się kilka, kilkanaście, albo nawet kilkadziesiąt dodatkowych punktów IQ. To był tak zwany „drobny akapit samokrytyki, podsumowujący zdanie i innych na temat mnie i moich schiz osobistych”. Dziękuję za uwagę.

A teraz właściwa część tego wpisu, która tradycyjnie zajmie najmniej miejsca, ale musiała być poprzedzona tzw. „zbyt dużym, aby przeczytać” blokiem tekstu, sprawiającym, że osoby, które weszły na tego bloga w innym celu niż zapoznania się z moim nieszablonowym światopoglądem (czyli procent trzycyfrowy zwiedzających), zdążyłyby kliknąć na emanujący czerwienią kwadracik z iksem w rogu okna przeglądarki.

Zbliża się koniec roku. Tak, wiem, jest to fakt niesamowity i nikt z Was nie spodziewałby się, że to prawda, a przywołanie go sprawiło zamęt i poruszenie, co sprawiło, że źle się dzieje w państwie polskim. A teraz na poważnie. Przeczytałam sobie zeszłoroczny wpis podsumowujący wtedy kończący się rok i doszłam do wniosku, że albo to świat zaczął poruszać się w niezwykle wolnym tempie, albo to ja zestarzałam się podczas tego roku o co najmniej kilka lat. Jest na fejsie popularna grupa „Każdego roku uświadamiam sobie jaki głupi byłem rok wcześniej„. Ja jednak, po głębszym zastanowieniu, doszłam do wniosku, że w moim przypadku jest odwrotnie i podczas ostatnich 12-tu miesięcy cofnęłam się w rozwoju. Gdyby zeszłoroczna wersja mnie zobaczyła tą obecną, musiałabym dzwonić do kostnicy, gdyż prawdopodobnie jej facepalm przebiłby jej czaszkę na wylot, a śmiertelność tego czynu jest udowodniona naukowo. A z racji, że ostatnio powoli zaczynam wierzyć w istnienie czegos takiego jak przeznaczenie, dochodzę do wniosku, że gdyby tamta moja wersja ustrzegła się jakoś śmierci spowodowanej odkryciem przyszłości, nie potrafiłaby się przed nią ustrzec i i tak wszystko potoczyłoby się tak, jak potoczyć się miało. Zapewne pytacie, kiedy wreszcie przestanę uogólniać (>sugerowanie, że ktoś to czyta). Zamiar napisania czegoś ze szczegółami istniał na początku pisania tego postu, ale jego żywot był krótki i cierpiał niczym młody Werter. Oczywiście wszyscy wiedza, jak to się dla niego skonczyło ; ).

Trudno mi uwierzyć, że jeszcze rok temu pisałam o tym, jak to było skończyć gimnazjum – co było takim fantastycznym faktem, że od razu zachciało mi się na nowo żyć i wszędzie rozkwitły kfjotki i pąki białych róż, a słoneczko zarumieniło się niczym [tutaj wstaw dowolne porównanie homeryckie], a ptaszki zaćwierkały, a (…), i wiedział Bóg, że to było dobre. Tak, kochałam tamtą szkołę. A teraz, jak próbuje wygrzebać w odmętach mojej niezwykle płytkiej pamięci wspomnienia, które tak starannie tam zakopałam (po czym zalałam to miejsce betonem, stalą, postawiłam na tym pomnik Dżizasa i zjadłam wszystkie mapy), to aż robi mi się wesoło, że już nie muszę zapierdalać do tego chorego miejsca pełnego gimbusów, których tak niena… uwielbiam :3. I wraca mi nastrój, który mogę zatytułować „nie wiem, po co ja teraz narzekałam, życie jest piękne, nawet w chwili obecnej ^__^”.

W ogóle podczas tego roku znowu mój światopogląd, który i tak z powodu swojej niestabilności tak ciężko gdziekolwiek zaklasyfikować, przewrócił się o jakieś 180 stopni. I tak gdybym miała dopasować jakiś obrazek, który najdokładniej by go zilustrował, potrzebowałabym jakiegoś zmieniającego kolor gifa, albo najlepiej czegoś takiego. Wkurza mnie fakt, że z każdą zmianą nastroju zmieniają mi się upodobania, chęci i zamiary. I jak tu ruszyć się z miejsca, skoro za kilka minut będzie się chciało wrócić? Ale dobra, nie będę znowu narzekać (nawet, jeśli ten blog właśnie w tym celu powstał) – czas zając się przygotowaniem do zbierania się nad zastanawianiem się czy to już najwyższy czas podjąć decyzję nad zrobieniem pracy na fotografię. Stosika zeszytów nadal nie ruszam – niech sobie poleży jeszcze chwile i odpocznie – w końcu sen taki potrzebny i ważny dla każdego. Wszak mówią tak wszystkie legendy i wszyscy lekarze :3.

A tak na koniec to taka ciekawostka dla spragnionych wiedzy historycznej : ). Wiecie, że wpływy Andegawenów na sytuację Polski były dzięki małżeństwu siostry Łokietka Elżbiety z Karolem Robertem, królem Węgier? Jeśli nie, to powtórzę – wpływy Andegawenów na sytuację Polski były dzięki małżeństwu córki Łokietka Elżbiety z Karolem Albertem, królem Belgii ; ).

To tyle z mojej strony, szczęśliwego.

Więcej

Idą święta, gęś kopnięta

Szczerze mówiąc nie mam teraz pomysłu7 na to, co mogłabym tu napisać. Z tego też powodu ten wpis nie będzie się wiele różnił od wszystkich pozostałych. Zacznie się niczym, w trakcie pojawi się zalążek jakiegoś tematu, a skończy się tak, jak się zaczął.

Idą święta. Bardzo mi z tego powodu wszystko jedno [hasło oczywiście skubnięte z facebooka]. Ogólnie rzecz biorąc – nie lubię świąt. Głównym tego powodem jest to, że w domu zbiera się cała rodzinka, jest głośno i tłoczno i wszyscy siedzą w moim pokoju jeszcze bardziej niż normalnie. Na dodatek nikt nie ma nic przeciwko budzeniu mnie skoro świt w dzień wolny od pracy, tudzież szkoły, kiedy najnormalniej w świecie chciałabym się wyspać i nadrobić zaległości w wypoczynku, które pojawiały się w ciągu ostatnich kilku miesięcy. I tak z samego rana, bo już o godzinie 12 czy 13 drzwi do mojego pokoju zaczynają się otwierać i zamykać niczym te w wyjątkowo uczęszczanym markecie. I o ile dźwięk uprzednio nieodnastawionego budzika nie był na tyle wkurzający, aby wyrwać mnie ze snu, o tyle rodzina doskonale go w tym zastąpiła.

To był pierwszy powód, dla którego nie lubię świat. Drugim są prezenty. Mówi się, że wszyscy lubią je dostawać. Najpierw się marzy o jakiś nawet niedrogich rzeczy i w delikatny sposób sugeruje chęć ich dostania, aby potem dostać coś zupełnie innego, niepotrzebnego i nietrafionego, a dodatkowo jeszcze trzeba się szczerzyc, zachwalać prezent i mówić jak bardzo nam się podoba, bo tak wypada. W ogóle to szczerzenie się do każdego członka rodziny po kolei, dzielenie się opłatkiem, mówiąc przy tym wierszyk „zdrowia, szczęścia, pomyślności”, choć najchętniej dodałoby się, po przedszkolnemu, rymującą się linijkę „połamania wszystkich kości”.

Kiedyś w świętach najbardziej denerwowały mnie te wszystkie reklamy, plastikowe ozdóbki i ogólnie brak tego „nastroju” o którym tak wszędzie głośno. Dużo wtedy o tym myślałam – o tym, jak ginie tradycja, jak media wykorzystują okazję, aby dodatkowo zadrobić, a ludzie jak bezmyślne zombie kupują wszystko na czym tylko zobaczą wizerunek św. Mikołaja, o tym, że wszyscy życzą sobie „zdrowia, szczęścia, pomyślności”, a zdrowie, szczęście i pomyślność innych, w rzeczywistości, gówno ich obchodzi, i ogólnie o tej całej komercjalizacji… Teraz, poza tym co myślałam pisząc ten post, ani razu nie zastanowiłam się nad żadną z wymienionych rzeczy. Teraz dla mnie to wszystko stało się takie nieważne… Nie obchodzi mnie, że jedni zarabiają kosztem drugich, Kevin zostaje (bądź nie zostaje) sam w domu, a łańcuszki z życzeniami dostaje się od znajomych-znajomych-znajomych, którzy chujwieskąd mają nasz numer. W ogóle tak mało myślę o świętach. O ile kiedyś już od kilku miesięcy przed nimi, wyczekiwałam tego dnia, teraz naprawdę jest mi on tak obojętny, że mogłabym go spokojnie przespać. W ogóle to kilka dni temu dopiero się dowiedziałam, że „tak, to już w tym tygodniu”. Wydawało mi się, że jeszcze z tydzień czy dwa będę czekać na Wigilie XD.

Pewnie zmiana podejścia wiąże się z ogólną zmianą światopoglądu, która jakiś czas nastąpiła, a o której tak ciągle pisze w moich słitaśnych postach. W sumie to tym razem mi to wyszło na dobre, bo skoro nie marzę już, że po rozpakowaniu prezentów moim oczom ukaże się dokładnie to, o czym śniłam, nie będzie takiego rozczarowania, jak to bywało – głównie w gimnazjum. Teraz, kiedy w paczce podpisanej moim imieniem i nazwiskiem znajde zestaw bombek choinkowych, nie sprawi mi problemu powiedzenie „O! Jakie śliczne! Zawsze o takich marzyłam ^_^”. W sumie trochę zaczęłam zaprzeczać temu, od czego tą notkę zaczęłam. Tak ciężko mi jednoznacznie określić moje nastawienie do tego wszystkiego, podczas gdy ono tak szybko się zmienia. Jedyne, co mnie martwi to właśnie brak tego wyczekiwania. Po raz kolejny zadaję sobie pytanie – czy ja przestałam marzyć? A może po prostu wyrosłam z tego. Bądź co bądź czasami brakuje mi tej „magii świat” – nawet nie jestem sobie w stanie przypomnieć, czy naprawdę ją czułam, czy po prostu uwierzyłam tym wszystkim mediom, przekrzykujących się coraz to zmyślniejszymi hasłami propagującymi piękno tego czasu.

Bajdełej czy tylko ja uważam, że ozdoby choinkowe to jeden z najgłupszych prezentów jakie dostaje się na święta? o_0

Więcej

Iryt

Źle się czuję. Oceny z historii hańbią sromotnie a brak pomysłu na pracę na podstawy obija mi się po głowie. Zaczynam chorować – i mnie dopadła epidemia odjutronizmu. Poza tym, zmiany o których pisałam w poprzednim poście są coraz trudniejsze do kontrolowania. Kiedyś na przykład potrafiłam czerpać przyjemność z satysfakcji po na przykład narysowaniu czegoś – teraz po zrobieniu jakiejś pracy usilnie próbuję przekonać samą siebie, że nie jest ona taka zła, że chociaż tak wizualnie coś nie pasuje, i kolorystyka taka nudna, to praca jest oryginalna, a tutaj po boku całkiem fajnie coś wyszło. Najgorsze jest to, że dzisiaj (a w sumie to od dłuższego czasu) wszystko wokół mnie irytuje. Dosłownie. A najbardziej irytuje mnie to, że mam tak wiele rzeczy do zrobienia, a nie potrafię się za nic wziąć. Jak to pięknie opisała koleżanka z klasy (bardzo skrótowo, ale dostatecznie obrazowo): bierze się książkę do angielskiego aby się pouczyć na sprawdzian, to od razu pojawiają się wyrzuty sumienia, że powinno się w tym momencie wkuwać renesans na sprawdzian z historii sztuki, po czym bierze się zeszyt do HS i po przeczytaniu kilku zdań stwierdza się, że książka do angielskiego jednak powinna być przejrzana, chociaż tak pobieżnie. A w tle czai się zeszyt od matematyki i parę innych przedmiotów drących się w moją stronę, głosami nauczycieli im odpowiadających: „Mój przedmiot jest ważniejszy, ucz się tego!”. I tak bez przerwy. To sprawia, że od kilku miesięcy czuje się, jakbym upadła, a ktoś mnie jeszcze kopał, abym przypadkiem nie zatrzymała się w miejscu. W tym momencie marzę o takiej chwili – trochę dłuższej chwili – podczas której nie myślałabym o szkole, obowiązkach i rzeczach, które powinnam zrobić. Podczas której mogłabym odpocząć naprawdę. Bo co to za odpoczynek, kiedy myślami jest się pomiędzy geografią a historią.

Jeśli już o samo uczenie się chodzi, to nie ma nic bardziej demotywującego od tej irytującej prawdy, że czym bardziej się staram tym gorsze oceny dostaję. Wkuwanie kilka dni materiału przynosi oceny niepozytywne, a zrobienie czegoś ‚na odwal’ czy nauczenie się ‚na pięć minut przed’ zaskakuje mnie wysokimi wynikami. Ten fakt z kolei prosi się, aby zinterpretować go jako ‚nie ucz się,dobre oceny przyjdą same’. Tym bardziej, że po ostatnim uczeniu się artystów gotyku i włoskiego renesansu, co chwila wśród moich myśli pojawiają się losowe nazwiska lub tytuły, bez żadnego kontekstu, bez powiązania pomiędzy myślami je otaczającymi.

Nienawidzę niedziel. Niedziela to taki dzień, w którym przeplatają się dwa stany – nie robienie niczego i wkurzanie się, że się niczego nie zrobiło. Mówi się, że pomiędzy sobotą a niedzielą mógłby być jeszcze jeden dzień. Ja twierdzę, że mógłby być dzień na zastępstwo niedzieli. A najlepiej oddalony od poniedziałku o kilka dodatkowych godzin, które można by było wykorzystać na przykład na sen, tudzież inny rodzaj odpoczynku przed nadciągającym tygodniem (a zwłaszcza pierwszym jego dniem). A w sumie i poniedziałku mogłoby nie być. Tydzień zaczynałby się przyjemnie wtorkiem, który – jak większość osób pewnie zdążyła zapamiętać – jest moim ulubionym dniem tygodnia. Środę można by sobie darować, a rezygnacja z czwartku i piątku była by inwestycją niezwykle wspaniałą. Soboty nawet lubię, ale zostałyby głównie dlatego, że jest to z przyzwyczajenia wyczekiwany przez cały tydzień dzień, a jego brak spowodowałby zaniknięcie wyczekiwania, co byłoby zbyt nietypowe, a świat miałby szansę stać się nie-irytujący, co – jak wszyscy wiemy – byłoby oksymoronem.

W ogóle ostatnio miałam naprawdę niezwykle irytujący sen. Koszmar z gatunku tych, które nie są w ogóle straszne, ale po obudzeniu się ma się ochotę krzyknąć „Boże, jakie to cudowne, że to był tylko sen, a monotonia życia codziennego porównywalnie jednak nie jest aż taka irytująca!”. Niestety ta euforia mija po kilku minutach i przeradza się w „ale jest kurde nudno ;/” lub dotkliwe spojrzenie w kierunku kupki zeszytów proszących się o zajrzenie do nich słowami odbieranymi przeze mnie „teraz zniszczę ci dzień, masz prawo rzucić mną o podłogę”.

Dobrze, kończę już. Tak, wiem – to był irytujący wpis. Znowu.

Więcej

Inszej

Ponieważ wstępy w moich notkach zajmują zwykle ponadpożądaną długość w stosunku do reszty wpisu, tym razem – tak dla kontrastu – zacznę bez jakiegokolwiek rozpoczęcia, od połowy myśli, która co jakiś czas mnie wkurza.

Najgorsza jest świadomość, że czas obecny to prawdopodobnie moje najlepsze lata życia, a w przyszłości już będzie tylko gorzej. Prawie równie niefortunny jest fakt, że nie uważam czasu obecnego w większości za szczęśliwy – wręcz chciałabym aby jak najszybciej minęły te lata licealne, abym mogła – zgodnie z optymistyczną wersją (innych nie biorę nawet pod uwagę) – mówiąc delikatnie spierdalać stąd jak najdalej. Zgodnie ze znanym wszystkim tekstem ‚w życiu piękne są tylko chwile’, powinnam cieszyć się tymi krótkimi momentami, które sprawiły że życie na chwilę nabrało kolorów (na przykład ostatnim weekendem) i cierpliwie, ze stoickim spokojem, wyczekiwać ich powtórzenia lub pojawienia się nowych, im podobnych. I na tym opierała się – a ściślej mówiąc „miała opierać się” – moja słitaśna filozofia sprzed jakiegoś czasu. Jednak z okazji, że przez ostatnie dwa lata, a zwłaszcza przez ostatnie kilka miesięcy poprzez mój i-tak-już-chaotyczny światopogląd przeszedł niejeden huragan, wszystko zaczęło się zmieniać i przechodzić z jednej skrajności w drugą. Dlatego teraz zaczęłam winić siebie, że tak marnowałam (i w sumie nadal marnuję, nałogowo) ten czas, kiedy to wyczekiwałam dobrych chwil, zamiast ruszyć tyłek i zacząć zmieniać siebie samodzielnie (a przy okazji wyleczyć się z konformizmu). Z drugiej jednak strony, nadal istnieje gdzieś we mnie ta osoba którą byłam choćby w gimnazjum – zakneblowana, zakuta w kajdanki, przyglądająca się smutnym wzrokiem, pytającym „Czy ty jeszcze potrafisz marzyć?”.

Tak bardzo skrótowo. Nie mam czasu się rozpisywać, gdyż jutro czeka mnie ciężki dzień. Mówią, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Chyba ja już się na te wzmocnienia uodporniłam, i: co mnie nie zabije, to mnie wkurwi. Tak, wiem – znowu wyszło uberpozytywnie.

Więcej

Nienicnierobienie

Dzisiaj był bardzo produktywny dzień. Z okazji, że mam dobry nastrój, warto by wreszcie napisać coś pozytywnego na tym blogu – w przeciwnym wypadku prędzej czy później zostanę posądzona o bycie emo lub gorzej. Ogólnie jest ciemno i zimno, jestem zmęczona i quite głodna (ale nie poddam się, nie będę żreć w nocy!), jednak samopoczucie mam idealne. Nie mam pojęcia, czym jest to spowodowane, ale niech tak zostanie.

W ogóle to powinnam zacząć od tego, że nareszcie weekend. Zwykle sobota i niedziela to dwa wyczekiwane przez pozostałe dni, przeznaczane głównie na odsypianie nieprzespanych nocy na tygodniu i odrabianie prac domowych, co w moim przypadku oznacza dwudniową próbę zmobilizowania się do pracy, gnijąc i sczezać (oczywiście niedosłownie), aby w rezultacie ruszyć się do lekcji koło godziny pierwszej poniedziałkowej nocy, ostatecznie decydując się na olanie wszystkiego. I tak wygląda przeciętny weekend w moim wykonaniu, typowe dwa najbardziej wkurzające mnie dni w tygodniu. I nie spodziewałam się niczego innego po tym weekendzie, zwłaszcza, że piątek rozpoczął się źle, a czas spędzony w szkole pogarszał mi nastrój z godziny na godzinę. I tak sobie stoję na przystanku po szkole, trochę snf, głośna muzyka z słuchawek – tym razem, dla podkreślenia tragizmu sytuacji Huerwerk – Zerna, kilka planów – m.in. pójścia do biblioteki, rozważanie żywota człowieka poczciwego w kontekście nauczenia się 2732901740 slajdów z historii sztuki na najbliższy sprawdzian oraz wielu innych rzeczy na pozostałe dziesięć tysięcy sprawdzianów.

Może dobry nastrój zawdzięczam temu, że wreszcie ruszyłam się i coś zrobiłam – wszak czynność nazywana oficjalnie ‚robieniem czegoś’ jest niebywale niepiątkowa! I nawet teraz – tak dla kontrastu z poprzednimi tygodniami, mogę stwierdzić, że ten dzień nie poszedł na marne. Niby to było tylko rysowanie i przejście się do ww. biblioteki, jednak dzięki temu zaliczyłam ten dzień do nie-zmarnowanych. Tjaa, nie ma to jak czerpanie przyjemności w życiu jedynie z poczucia nienicnierobienia. To mnie najbardziej trapi, a przy okazji jest także powodem ciągłego zmęczenia – fakt, że robiąc cokolwiek nie potrafię uznać przed sobą tego za pozytywne, jeśli nie zaowocuje chociaż minimalnie w przyszłości. Tak więc nie mogę oglądać filmów i seriali, czytać książek, spać dłużej – po prostu podczas tego czuję wewnątrz, że jest to czas zmarnowany i nie potrafię się na tym skupić. I muszę ten fakt jak najszybciej zmienić, bo nie pozwala mi on odpocząć choć na chwilę, przyszpila mnie do tego dna, które czasem jest zbyt blisko i zabiera jeden z głównych celów życia człowieka, jakim jest – albo chociaż powinno być – odczuwanie przyjemności. Dlatego planami na dziś dzień jest – zmuszanie siebie do odpoczynku i korzystania z życia tylko po to, aby do tego na tyle wrócić, aby przestało być to dla mnie czymś obcym i zjadającym czas nie oddając nic w zamian. Taka moja anormalność, która mi wcale nie pomaga.

A jako, że nie narzekałam, to zrobię to teraz, gdyż wszak acz azaliż wżdy aczkolwiek w konsekwencji a mianowicie jest to główny motyw tego bloga. A skoro – jak już wspomniałam – było dużo powodów dla których dzień rozpoczął się źle, jest z czego wybierać. Tak więc po pierwsze dowiedziałam się co było powodem nieprzyjeżdżania mojego busa i regularnego spóźniania się do szkoły w tym tygodniu – otóż, jak głosi nowy, dzisiaj zdobyty rozkład jazdy busów, bus o godzinie 7:10 został zlikwidowany i moim obowiązkiem z tej cudownej okazji jest oddzisiajwcześniejwstawanie, czyli czynność polegająca na ograniczeniu dosypiania pośniadannego o jakieś 10 minut lub całkowitą rezygnację z niego, co jest wyjściem jeszcze gorszym z tej tragicznej sytuacji. A teraz idę spać, nie będę marudzić już (>sugerowanie, że potrafię nie-marudzić), zwłaszcza, kiedy naglę się dowiaduję, że potencjalni czytelnicy tego bloga faktycznie egzystują.

Więcej

Z iskierką sensu

Dzisiaj chyba mam wenę do pisania. Może jest to spowodowane całoniedzielnym gniciem w celu przygotowania się do tej wymagającej długiego nastrajania się, a nieznacznie długiej w wykonaniu czynności zwanej napisaniem pracy domowej z polskiego, której zaniechanie dostarczyło mi naprawdę dużych pokładów energii i siły twórczej. Innym powodem mogła być niezwykle wzruszająca i poruszająca dyskusja na jedynym kanale ircowym o której tylko osoby obecne w tym czasie i miejscu wiedzą i jeśli ktokolwiek z nich to czyta to nie powinien mieć wątpliwości o który kanał i którą dyskusje chodzi. W każdym razie całkowicie odechciało mi się spać, co zresztą nie jest niczym szczególnym w moim przypadku, acz wyjątkowym biorąc pod uwagę, że jest poniedziałek – dzień który powinien się jak najpóźniej zacząć i jak najwcześniej skończyć.

W każdym razie – tradycyjnie pisząc beztematowo, bezsensownie i bez żadnego większego celu, nie licząc egoistycznej chęci wyzbycia się zbędnych myśli. Ale no cóż, taka była idea tego bloga – śmietnika myśli, które czasami nawet mogą się ułożyć we względnie sensowniejszą całość, choć jest to tak sporadyczne, że nie pamiętam już, kiedy ostatnio miało miejsce (już biorąc pod uwagę przypuszczenie, że w ogóle miało).

Wyjątkowością w tym całym wpisie jest to, że pisząc, wreszcie czuję się silna. Nie tylko jako właścicielka, autorka tego bloga – władczyni wszystkich tych zapisanych myśli, jedyna osoba która ma do nich całkowite prawa. Tym razem ogólnie mam wrażenie, że znacznie odbiłam się od dna, jakim było gnicie i użalanie się nad sobą i wszystkim wokół trwające większą część tego dnia. Kilkadziesiąt minut temu, podczas jednego dialogu (już nie na ircu) rozmówca trafił w mój czuły punkt. Może w ogóle powinnam zacząć od tego, że nie była to rozmowa o ulubionym zwierzątku z nowopoznaną losową osobą, a wręcz tego przeciwieństwo. W szczegóły nie będę nikogo wyposażać. W każdym razie dyskusja toczyła się równo, raczej nie zbaczała z tematu i ogólnie wyjątkowo dzisiaj udawało mi się co chwila znajdować odpowiednie argumenty. Tak dla odmiany też starałam się zachować powagę, choć właśnie teraz zdradziłam kilka moich prawdziwych myśli i poglądów na różne sprawy, na co reakcją zwrotną było „pierdolisz bez sensu”. Ale trudno, bycie oryginalnym czasami nie jest takie złe, a myślenie w sposób „wyjątkowy”, choć na dłuższą metę znacznie utrudnia życie, czasami potrafi samym tym faktem poprawić nastrój. Wracając do samego „czułego punktu” – było nim ironiczne stwierdzenie, że „tak, ja zawsze wiem najlepiej i jestem najmądrzejsza”. Tak, to zabolało. Głównie dlatego, że – prawdę mówiąc – uważam siebie za osobę niewykraczającą mądrością ponad średnią krajową, a już na pewno nie przewyższającą znajomych poziomem IQ, który jest znacznie niższy, niż większość z nich przypuszcza. Wiem, że nie ma się czym chwalić – to nie jest dobre podejście do sprawy. Jednak staram się być realistką – nie będę uważać siebie za kogoś, kim nie jestem, nawet jeśli „kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą”.

Zmieniając jednak temat na sensowniejszy, tj w ogóle rozpoczynając jakikolwiek temat, chciałabym napisać o czymś, czemu kiedyś, na moich poprzednich, w większości już nieistniejących blogach, poświęcałam co drugi wpis, a co było kiedyś dla mnie jedyną naprawdę cenną rzeczą w życiu. O marzeniach. Nie wiem, czy to życie (które bajdełej nie trwa w moim przypadku dostatecznie długo, abym miała pełne prawa do narzekania na wszystkie jego aspekty) mnie zniszczyło, czy sama się zniszczyłam – w każdym razie ostatnio moje marzenia ograniczają się do absolutnego minimum. Czasami wręcz nie poznaję siebie. Zwłaszcza, kiedy porównuję się do osoby jaką byłam rok, dwa czy trzy temu. Nie mam teraz nastroju do czytania tamtych bezsensów, które umieszczałam na coraz mniej słitaśnych a coraz bardziej emo blogach, gdyż albo by mnie to zdołowało z powodu niespotykanie niskiego poziomu pod względem poprawności językowej, albo z powodu tęsknoty za wizją świata z tamtych lat – w większości równie złego i niedobrego, ale wyposażonego w nadzieje, szanse na poprawę życia i lepszą przyszłość. Teraz wiem, że jak skończy się gonitwa z lekcjami występująca naprzemiennie z bezwymiarowym gniciem, zacznie się podobna – w pierwszej kolejności, w wersji przyszłości względnie pozytywnej, gonitwa na studiach, a następne gonitwa w pracy aby na starość, jak wreszcie będzie mnóstwo czasu nie korzystać z niego w taki sposób, jak korzystałabym gdybym go posiadała teraz. Tak, to był przykład zdania zaczynającego się i kończącego tym samym słowem.

Tak, wiem, odbiegłam od potencjalnego tematu, jednak w sumie odwidziała mi się jego kontynuacja. Choć napisałabym jeszcze wniosek – jako, że piszę to w zastępstwie za prace domową z polskiego – który podsumowałby myśli tutaj nie wyrażone, a które powinny się tu znaleźć. Tak więc, marzenia przeszłe dzielą się na spełnione i niespełnione. Oczywiście dominują te drugie. Klasycznym przykładem jest brak listu z Hogwartu podczas jedenastych urodzin. Może te proporcje są spowodowane brakiem ograniczeń w wymyślaniu marzeń, które nie mają szansy się spełnić, a ich mnogością wśród tych, które są w rzeczywistości osiągalne. A skutkiem tego jest ograniczanie marzeń do minimum. Dlatego boje się przyszłości. Aby nie utknąć na dobre w szarej rzeczywistości mogłabym co jakiś czas spełnić jakiekolwiek swoje marzenie. W ogóle to taka ironiczna sytuacja – zmuszanie siebie do spełniania marzeń, w celu nie zniszczenia sobie ich brakiem przyszłości. Ale mniejsza. Wenę gdzieś wywiało, rozsypała się, niekoniecznie w proch, choć na pewno w rytm budzika, tykającego, że już jest po trzeciej i zacierającego wskazówki, złośliwie czekając aż za ponad dwie godziny zadzwoni, aby po chamsku wyrwać mnie ze snu, a za którymśtam razem z kolei przypomnieć mi, że właśnie rozpoczął się mój ulubiony dzień – poniedziałek.

Patrząc na całokształt tego wpisu mogę powiedzieć jedno. Chyba wreszcie przestałam używać z nadmiarem myślników wśród moich tak często występujących w zdaniach wtrąceń. Nie moja wina, że myślę chaotycznie. Choć – jak już są – mogłabym je częściej różnicować. Ale najważniejsze – ograniczyć, lub całkowicie zrezygnować z rozpoczynania zdań słowem „tak” ;/

Więcej