Kategoria: Sztuka i tworzenie

Jaki szkicownik wybrać?

Choć nie lubię posiadać wielu niepotrzebnych przedmiotów i unikam zaśmiecania sobie mieszkania niepotrzebnymi dekoracjami, pewnych rzeczy po prostu nie mogę przestać kupować. Są to wszelkiej maści produkty papiernicze, notesy, pisadła, szkicowniki i farby. Myślę, że tego, co nagromadziłam przez ostatnie parę lat starczy mi na jeszcze kilka żyć, pomimo że staram się regularnie szkicować. Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się zużyć jakiś szkicownik naprawdę do ostatniej strony, jednak kilka obecnych zdecydowanie do tego zmierza. Jednocześnie parę odstawiłam już dawno w kąt, zapomniałam lub po prostu zrezygnowałam ze względu na niepraktyczność czy niedostatecznie dobrą jakość papieru.

Moje szkicowniki

W pierwszej kolejności pokażę, z jakich szkicowników obecnie korzystam (a także: z którymi walczę lub które odłożyłam na półkę). Na ich podstawie opiszę, na co powinno się zwracać uwagę przy wyborze szkicownika. Warto jednak przypomnieć znane powiedzenie, że „jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Oznacza to mniej więcej, że jeśli pracuje się, wykorzystując różne media i techniki, konieczne jest posiadanie różnych papierów i szkicowników. W sztuce złoty środek nie istnieje.

Taka tam kolekcja

1. Hahnemühle Grey Book A5

Mój najnowszy nabytek i absolutnie go kocham. Jest lekki, porządnie wykonany, elegancki. Faktura okładki imituje drewno, choć jest to raczej tektura. Papier jest gładki, szary, jednolity, o gramaturze 120 g/m², 40 kartek (80 stron) powinny się dać dość szybko wypełnić. Muszę jednak podkreślić, że jest to papier bardzo wysokiej jakości. Według opisu przeznaczony jest on głównie do pracy z tuszem i markerami, jednak świetnie spisuje się także z akwarelą (nie uniknie się falowania stron przy tej gramaturze, jednak spokojnie znoszą one wodę). Przez ten papier jeszcze nie przebił mi żaden cienkopis ani mazak. Wady? Oczywiście, że są. Po pierwsze, nie rozkłada się on na płasko, więc zdecydowanie przydatne będą klipsy do przyczepienia kartek do okładki. Nieduża liczba stron i oczywiście cena. Z tej samej serii można również kupić notes z jasnobrązowymi kartkami nazwany Cappucino Book. Oba szkicowniki dostępne są w formatach A4 i A5.

2. Leniar blok szkicowy z szaro-brązowym papierem A5

Bardzo tani szkicownik z papieru z recyclingu, niestety nie sprawdził się u mnie zbyt dobrze. Zbyt chropowaty, aby komfortowo pisać po nim cienkopisami, średnio przyjmujący twarde ołówki, za to odpowiedni do ołówków miękkich i węgla. Powinien doskonale współpracować z kredkami, których ja nie używam (przetestowałam z czarną i białą i było naprawdę nieźle). Z chęcią wykorzystam ten papier jednak przy tworzeniu stron w Bullet Journalu. Bloczek formatu A5, 80 g/m², kartki klejone u góry, łatwe do wyrywania.

3. Clairefontaine Dessin à Grain

Jest to najlepszy mały szkicownik jaki znalazłam z najniższej półki cenowej, który spełniał wymagania: porządny papier, niska cena, brak spirali, bloczek z kartkami do wyrywania. Noszę go ze sobą na każde spotkanie rysowników, chętnie oddając luźne kartki potrzebującym zapominalskim (kiedyś zdarzyło mi się, że ktoś poprosił mnie o kartkę, a ja miałam ze sobą tylko porządny szkicownik, z którego nie wyrywam i było mi głupio odmówić). Sama wykorzystuję go do szybkich szkiców, do wstępnych kompozycji czy kiedy chcę przetestować jakieś nowe narzędzie. Papier jest naprawdę porządny i świetnie współpracuje z ołówkiem. Kartki są niestety tak słabo przyklejone, że wypadają same z siebie, co byłoby zdecydowaną wadą, gdyby ktoś chciał zachować notes w jednym kawałku.

4. Römerturm Aquarell Block A4

Jest to mój ulubiony papier do akwareli. Świetnie współpracuje z dużą ilością wody, ma piękną fakturę (choć czasem używam też drugiej, gładkiej strony). Jest to blok na spirali, papier tłoczony na zimno, 30 kartek formatu A4, gramatura 300 g/m². Tylna tekturka jest bardzo gruba i sztywna, dzięki czemu można go bardzo wygodnie trzymać w dłoni. Nie znałam wcześniej tej firmy, jednak postanowiłam dać jej szansę, kiedy uznałam, że chcę zainwestować w porządny papier, ale nie stać mnie na Arches. Czy ma on wady? Duża gramatura w połączeniu z porównywalnie sporą liczbą kartek daje naprawdę ciężką cegłę. Zdecydowanie nie nadaje się on do noszenia w plecaku na co dzień. Ze względu na zastosowanie, kartki często są dość pofalowane, więc przydaje się je czymś spiąć. Ja do tego celu wykorzystuję piórniczek na gumce, który kupiłam wieki temu w Tigerze, nie mając jeszcze wtedy pomysłu na jego zastosowanie. Kiedy bloczek Römerturm dołączył do mojej kolekcji, te dwa przedmioty stały się nieodłączną parą.

5. Mój kalendarz (tutaj: Semikolon Monstera Grand Voyage)

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszy szkicownik, to ten, który masz przy sobie. Jeśli mnie znacie, to wiecie, że nigdy nie rozstaję się ze swoim kalendarzem i to w nim czasami zdarzy mi się umieścić jakiś rysunek. Z tego powodu postanowiłam go dodać do tej listy – nawet, pomimo że nie jest to szkicownik per se. Papier jest dobry, ponieważ tym się kierowałam przy wyborze kalendarza. Może nie do końca radzi sobie z akwarelą, ale przecież nie stworzę w nim dzieła życia! Prawdopodobnie.

6. Sketch Book szary A6

Uwielbiam notesy z widocznym szyciem, dlatego pozwoliłam sobie kupić to maleństwo z serii szarych notesów (dostępne także A5 i A4). Notes jest bardzo poręczny i idealnie rozkłada się na płasko. Duża liczba kartek (120 -> 240 stron) w połączeniu z małym formatem stała się powodem, dlaczego to właśnie jego wybrałam do mojego pomysłu stworzenia notesu na same portrety. Niestety szybko wyszły na wierzch jego wady. Papier jest koszmarnej jakości i ołówek nie jest na nim zbyt dobrze widoczny. Niewygodnie rysuje się po nim także białą kredką – dopiero bardzo miękka kredka akwarelowa jest dostatecznie widoczna, aby używać jej komfortowo. Do cieni koniecznie muszę wykorzystywać czarną kredkę. Niby papier szary, a ani go rozjaśnić, ani przyciemnić. Tekturowa okładka też bardzo szybko wchłonęła jakąś plamkę tłuszczu. Obecnie zapakowałam go w improwizowaną okładkę wykonaną ze starej gazety. Nie zrażam się jednak – zamierzam dalej go męczyć.

7. Szkicownik Talens Art Creation A6

Notes, którego uśmierciłam, jako pierwszy. Mały format miał się sprawdzić jako szkicownik do noszenia zawsze przy sobie, jednak właściwie nie zdarzało mi się go wyciągać z bocznej kieszeni plecaka. Po prostu tam był i w żadnym stopniu nie zachęcał do rysowania. Pierwszą i prawdopodobnie najważniejszą tego przyczyną jest to, że trzeba go mocno trzymać, aby się nie zamykał. Przy większych notatnikach nie sprawia to takiego problemu, jednak przy takim maleństwie, po prostu nie ma jak go wygodnie złapać. Nie jest to jednak szkicownik zły. Porządny papier 140 g/m², sztywne i gładkie kartki, świetnie współpracuje z mazakami i cienkopisami, nie przebija. Jeśli ktoś nie ma miejsca w torebce na większy format, to taki notes z pewnością spełni swoją funkcję. Talens to znana firma, łatwo znaleźć w Internecie przykłady, jak ludzie wykorzystali te notesy do prowadzenia swoich art journali czy po prostu szkicowania.

8. Duży szkicownik Tiger A3

Kupiłam go całą wieczność temu w promocji w sklepie Flying Tiger. 50 kartek 100 g/m², nawet nienajgorszej jakości, biorąc pod uwagę cenę, również oryginalną. Jakiś czas przeleżał w półce, jednak kiedy po niego wreszcie sięgnęłam, szybko wypełniłam ponad połowę stron szkicami. Najbardziej doceniam w nim oczywiście format. Biorę go ze sobą wyłącznie wtedy, kiedy wiem, że będę rysować coś bardziej szczegółowego, albo po prostu mam ochotę się bardziej rozrysować. Oczywiście nie zastąpi on sztalugi i pełnego brystolu, jednak doskonale spisuje się jako „coś pomiędzy”. Dzięki spirali wygodnie się go trzyma, przerzucając drugą część kartek na tył. Myślę, że dobrze mieć chociaż jeden szkicownik w większym formacie.

Jak wybrać szkicownik

Pokazałam, z czego korzystam obecnie, natomiast są to tylko przykłady, które mogą nakierować czytelnika na wybór konkretnego formatu czy rodzaju notesu. Jakie elementy warto przede wszystkim rozważyć? Oto krótkie podsumowanie.

Papier

Jego wybór będzie w dużej mierze zdeterminowany wykorzystywaną techniką. Papier do akwareli powinien mieć odpowiednią gramaturę, papier do mazaków musi być koniecznie gładki, podczas gdy papier do ołówka może być cieńszy, żółtawy, chropowaty. Na własną odpowiedzialność można odchodzić od tych reguł. Papier do mazaków może okazać się odpowiedni do szkiców akwarelą a blok akwarelowy spisywać się dobrze z kredkami. Na początek polecam jednak wybrać coś specjalnie dedykowanego swojej technice.

Gramatura

Oznacza masę jednego metra danego papieru. Z założenia wiąże się to ze zwiększeniem grubości oraz gęstości kartki (znaczenie tych czynników jest rozmaite). Papier o najmniejszej gramaturze można spotkać w wielostronnych księgach, np. Biblii, natomiast duże gramatury będą miały kartony, które trudno zgiąć. Typowe kartony do pakowania przesyłek, pomimo dużej grubości, na ogół mają bardzo niewielką gramaturę. W temacie szkicowników gramatura oczywiście przełoży się na rozmiar i wagę – jeśli więc ma to być szkicownik poręczny, zabierany w podróż, warto większą gramaturę zrównoważyć mniejszą liczbą stron.

Kolor

Wiele osób nie przepada za kartkami innymi niż białe, podczas gdy inni swobodnie kreślą na papierach brązowych, szarych, czarnych. Sama dobrze odnajduję się w obydwu przestrzeniach i (jak widzieliście powyżej) moja kolekcja zawiera papiery i takie, i takie. Warto pamiętać, że nie istnieje biała farba akwarelowa, więc „poprawna”, akademicka akwarela powinna być wykonywana na papierze jak najbardziej zbliżonym do bieli. Dla osób mniej „poprawnych” zawsze można zmieszać akwarelę z gwaszem (technika podobna do akwareli, w której farby nie są transparentne) lub – co ja ostatnio przetestowałam – białym brush-penem (np. uni-ball Posca). W przypadku ołówka czy węgla warto zaopatrzyć się w dobrą białą kredkę, najlepiej jak najbardziej miękką. Kolorowe kartki świetnie spiszą się przy pasteli.

Faktura

Czyli to, czy kartka jest gładka, czy zawiera wzór papieru, o który nasze medium będzie zahaczać podczas szkicowania, które zahamuje farbę lub zbierze więcej śladu ołówka. Tutaj również warto poeksperymentować, jednak podstawy są bardzo proste: do mazaków, cienkopisów, kaligrafii, zdecydowanie nie warto wybierać szkicowników fakturowanych – linie będą wyglądać krzywo, a przy okazji można zepsuć sobie porządny cienkopis, wycierając jego wkład. W przypadku ołówków wybór jest mniej oczywisty – ja lubię papiery fakturowane, inni mogą woleć gładkie. To jak wybór pomiędzy ołówkami miękkimi a twardymi, wszystko zależy od pożądanego stylu rysunku. W przypadku akwareli istnieją dwa typy papieru: tłoczony na zimno albo na gorąco. Pierwszy (cold pressed) będzie charakteryzował się wyraźniejszą fakturą, świetnie współpracującą z typowym zastosowaniem tego medium. Papier tłoczony na gorąco (hot pressed) natomiast wybierany jest chętniej przez twórców komiksów czy obrazów bardziej szczegółowych.

Format

Ponieważ papier do tylko połowa historii.

Rozmiar

Wybór rozmiaru szkicownika jest jednocześnie łatwy i trudny. Łatwy, ponieważ ludzie najczęściej sięgają po takie formaty, jakie się u nich dobrze sprawdziły. Trudny, kiedy nie ma się wcześniejszego doświadczenia z notesami. Dla mnie jeden szkicownik byłby niedostateczny – czasem potrzebuję mniejszego, a czasem większego formatu. Jeśli jednak ma to być pierwszy taki zeszyt, chyba najbezpieczniej będzie polecić format A5.

Poziom, pion czy kwadrat?

Przebierając w notesach łatwo zauważyć, że część z nich posiada szycie na dłuższej krawędzi, a część na krótszej. Proporcje długości i szerokości kartki również mogą być bardzo rozmaite – od bardzo podłużnych prostokątów, aż do idealnych kwadratów. Osobiście nie przepadam za kwadratami, a w przypadku prostokątów orientacja nie ma dla mnie większego znaczenia. Pozwalam sobie na tę swobodę przekręcenia zeszytu o 90 stopni albo przeznaczania dwóch sąsiadujących stron na jeden rysunek. Nic nie stoi też na przeszkodzie przed użyciem fragmentu kartki, o pożądanych przez nas proporcjach, i pozostawieniu białego tła wokół.

Liczba stron

Duże liczby stron świetnie się prezentują, kiedy ktoś już dał radę wypełnić je rysunkami. Do szkiców polecam jednak wybrać coś o ograniczonej liczbie kartek. Zyska się mniejszą masę notesu, większą jego poręczność i zwiększy szanse, że będzie to notes wykorzystany do końca, a nie wrzucony do szuflady po zapisaniu połowy.

Okładka

Wzór okładki nigdy nie miał dla mnie większego znaczenia (w końcu zawsze można ją ewentualnie w dowolny sposób przyozdobić), jednak ważna była jej twardość i odporność. Okładki ze zwykłego papieru są ładne tylko przez pierwszych kilka dni, więc (o ile nie zamierza się zapakować szkicownika w dodatkową okładkę) zdecydowanie odradzałabym taki zakup. W przypadku notesów spiralnych i bloczków tylna okładka po prostu musi być na tyle twarda, aby umożliwić szkicowanie bez żadnego dodatkowego podkładu. Przy notesach książkowych, obie okładki powinny być twarde i odporne na zniszczenie. W przypadku pracy z akwarelą czy tuszem jest to szczególnie ważne.

Oprawa / szycie

Tak jak w poprzednich przykładach opisywałam, że wiele elementów jest kwestią raczej indywidualną, tak w przypadku szycia bardzo łatwo podzielić szkicowniki na te dobre i te złe. „Te dobre” to te, które rozkładają się na płasko albo pozwalają przerzucić „wcześniejsze” kartki na tył, umożliwiając tym sposobem wygodne szkicowanie. W drugiej grupie znajdą się głównie notatniki na spirali, bardzo lubiane przez rysowników. Choć często posiadają one perforację ułatwiającą wyrywanie stron, ja kupuję je wyłącznie wtedy, kiedy zamierzam tego nie robić. W końcu plastikowa spirala to też niepotrzebne zanieczyszczenie środowiska. Mniej ważne notesy, z których planuję wyrywać kartki, wybieram spośród oferty szkicowników klejonych na jednym z brzegów. Przy tak tanim i nienadającym się do niczego innego „szyciu”, nie mam żadnych wyrzutów sumienia.

Najbardziej jednak lubię szkicowniki w formie książkowej albo zeszytowej. Najprzyjemniej się je przegląda, są stosunkowo najbardziej odporne na warunki atmosferyczne czy pozostałą zawartość plecaka, a przy okazji wyglądają najpiękniej. Jednak to przy nich trzeba szczególnie zwrócić uwagę na szycie. Jeśli dany notes nie rozkłada się na płasko, nie ma sensu go w ogóle rozważać. Dla niewtajemniczonych – oznacza to, że przy otwarciu go na dowolnej stronie, trzeba  go cały czas trzymać, aby się nie zamknął oraz że dostęp do krawędzi wewnętrznych każdej kartki jest znacznie utrudniony lub wręcz niemożliwy. Usilne spłaszczanie takiego zeszytu może grozić zniszczeniem grzbietu oraz wypadaniem kartek (często są one tylko klejone). Lepiej po prostu upewnić się, że nie będzie to konieczne.

Dodatkowe bajery

Najlepszym dodatkiem, nieomówionym wyżej, jest moim zdaniem gumka spinająca obie okładki ze sobą i zapobiegająca otworzeniu się notesu w plecaku. Na szczęście brak takiej można łatwo nadrobić, tworząc ją własnoręcznie, lub kupując osobno w sklepie (niestety taka gotowa gumka, znanej marki, jest na ogół dość droga). Inną przydatną rzeczą jest tylna kieszonka, raczej częściej spotykana w notesach przeznaczonych na Bullet Journal niż szkicownikach. Jej braku na ogół jednak się nie odczuje zbyt dotkliwie. Trzecim często spotykanym elementem jest zakładka wstążkowa (albo takich kilka), której zastosowania w szkicowniku jeszcze nie znalazłam, ale potrafi ładnie wyglądać, zanim się zmechaci.

Podsumowanie

Po przeczytaniu tekstu powyżej wybór szkicownika powinien być łatwiejszy, jednak prawdopodobnie będzie zupełnie odwrotnie. Bardzo łatwo zabłądzić podczas poszukiwania jednego notesu, dobrego do wszystkiego. Papier grubszy, aby nie przebijał, czy może więcej kartek? Na spirali, bloczek czy książka? Mnie się obecnie marzy stworzenie własnego szkicownika przy użyciu rozmaitych papierów, ale prawdopodobnie szybko nie znajdę czasu na zabawę w introligatorstwo. Już prędzej po prostu połakomię się na jeden z dostępnych w Internecie ręcznie robionych tworów za ogromne pieniądze. Ale to dopiero kiedy zostanę znaną i bogatą artystką.

Przy okazji przypominam o istnieniu Grupy SZKICOWNIKliwej.

Więcej

Urban sketching, czyli miejskie szkicowanie

Jeśli lubicie rysować lub malować, to z całą pewnością zastanawialiście się kiedyś, jak by to było usiąść gdzieś w przestrzeni miasta, wyciągnąć szkicownik i spróbować przenieść na papier to, co znajduje się przed Waszymi oczami. Niezależnie od tego, czy próbowaliście wdrożyć ten pomysł w życie, czy może uznaliście, że to totalnie nie dla Was, prawdopodobnie zadaliście sobie to pytanie: jak to wygląda w praktyce. Jako że ostatnio zaczęłam próbować swoich sił w czymś, co się nazywa Urban Sketching, postanowiłam podzielić się swoimi wrażeniami i poradami na ten temat.

Definicja Urban Sketching

Zacznijmy od podstawowego pytania: czym tak właściwie jest Urban Sketching? Miejskie szkicowanie, bo tak chyba przetłumaczyłabym tę nazwę, to konkretny sposób rysowania lub malowania. Po wpisaniu hasła w wyszukiwarkę łatwo zauważyć, że rysunki mają luźną formę, często odbiegają od realizmu, wyglądają na niedokończone albo wręcz celowo zdeformowane. Wynika to tak naprawdę z definicji Urban Sketchingu. Mówi ona, że taki rysunek powstaje w miejscu publicznym, „na żywo”, na podstawie widzianej rzeczywistości. Narysowanie tego samego miejsca czy budynku na podstawie fotografii nie jest już zgodne z definicją pojęcia.

Tak naprawdę, czym jest Urban Sketching, można zrozumieć odwołując się do twórców tego pojęcia – społeczności Urban Sketchers. Grupa ta działa obecnie na całym świecie, a oryginalnie powstała w 2007 roku w serwisie Flickr, dzięki rysownikowi Gabi Campanario (źródło: Wikipedia). Mimo istnienia oficjalnej społeczności, mnóstwo osób próbuje swoich sił w Urban Sketchingu na własną rękę, samodzielnie lub zbierając się w lokalnych grupach.

Manifest grupy Urban Sketchers brzmi:

1. We draw on location, indoors or out, capturing what we see from direct observation.
2. Our drawings tell the story of our surroundings, the places we live and where we travel.
3. Our drawings are a record of time and place.
4. We are truthful to the scenes we witness.
5. We use any kind of media and cherish our individual styles.
6. We support each other and draw together.
7. We share our drawings online.
8. We show the world, one drawing at a time.

Bardzo dobrze wyjaśnia to filmik stworzony przez Alvina Wonga i Gary’ego Yeunga.

Urban Sketch, niczym prace impresjonistów, przedstawia rzeczywistość zastaną przez artystę i przefiltrowaną przez jego percepcję, styl rysowania i wybraną formę odtworzenia. Nie jest więc zmieniony, jeśli chodzi o treść (na rysunku wciąż są ludzie obecni w danym miejscu – co jest bardzo ważne dla Urban Sketchingu), natomiast nie oddaje form w sposób realistyczny. Jest to przedstawienie chwili, tego krótkiego czasu, który poświęca się na siedzenie w jednym miejscu, niekoniecznie wygodnym i nie zawsze osłoniętym przed warunkami atmosferycznymi. Krople deszczu, ślady po kawie, czy „błędy w sztuce”, jak rozlany długopis czy linia wynikająca z popchnięcia przez drugą osobę, tylko dodają uroku takim szkicom. Najlepsze jest jednak to, że każdy z nich jest zupełnie wyjątkowy.

Spróbowałam swoich sił w Urban Sketchingu i muszę przyznać, że się wciągnęłam. Przy ładnej pogodzie, często sytuacja sama się prosi, aby wyciągnąć szkicownik. Wiele osób szkicuje podczas czekania na autobus czy podczas dojazdu do pracy, jednak jeszcze nie przełamałam się, aby rysować aż tak blisko innych ludzi. Publiczne place, gdzie ludzie przechodzą i znikają, są jednak dla mnie świetnym miejscem do szkicowania.

Co zabrać?

Chociaż powinnam raczej napisać: co zawsze warto mieć przy sobie. Mały szkicownik, albo zeszyt, to coś co nie powinno zająć zbyt wiele miejsca w plecaku. W sklepach dla plastyków można znaleźć nawet takie rozmiaru A6! Taki format ograniczy nieznacznie możliwości ekspresji, za to świetnie spisze się do szybkich szkiców i nauki. Najbardziej chyba powszechną wielkością szkicownika jest A5, czyli wielkość zeszytu. W takim formacie jest też mój kalendarz, którego część przeznaczyłam na szybkie szkice. Większe formaty – A4 czy A3 warto zabierać ze sobą tylko w dni, kiedy z góry ma się motywację do szkicowania.

Jak wybrać szkicownik? Tak naprawdę, nie ma złotej zasady, funkcjonującej dla każdego rysownika. Niektórzy preferują notesy na kółkach ze względu na komfort przerzucania strony, inni wolą wersje bardziej „zeszytowe” (polecam szyte nicią, natomiast unikajcie zszywek!), a jeszcze innym najbardziej pasuje wersja bardziej książkowa. Poziomy, czy pionowy, podłużny czy bardziej kwadratowy – naprawdę jest z czego wybierać. Rodzaj i gramatura papieru ma o wiele większe znaczenie. W przypadku rysunku ołówkiem zawsze wybieram cienkie kartki o chropowatej powierzchni i lekko żółtawym kolorze. Do akwareli koniecznie trzeba wybrać gruby papier, o dużej gramaturze, teksturowany lub nie, w zależności od stylu. Do mazaków czy cienkopisów papier koniecznie musi być gładki. Warto poświęcić więcej uwagi na wybór dobrego szkicownika, który będzie z nami współpracował, a nie hamował swobodę twórczą.

Jeden z pierwszych szkiców – nienajpiękniejszy, krzywy, ale jak przyjemnie się rysowało! To był luty, a temperatura ponad 20 stopni. Tylko usiąść na zeszłorocznej trawie i rysować!

Przyrządy do rysowania i malowania:

  • W przypadku rysowania ołówkiem warto zapatrzeć się w kilka ołówków o różnej twardości, na przykład HB, 2B i 6B. Osobiście nigdy nie potrzebowałam większej liczby niż trzy ołówki. Do tego warto mieć temperówkę (strugaczkę / ostrzałkę / ostrzynkę / jak zwał tak zwał) oraz gumkę chlebową.
  • Akwarela: małe podróżne opakowanie farb akwarelowych (na przykład Winsor & Newton Cotman, 12 kolorów), kilka pędzli, kubeczek na wodę i oczywiście woda (używam butelki wielorazowej i część przelewam do kubeczka na wodę, a reszta zostaje do picia). Polubiłam też mały spryskiwacz do spryskania farb, aby były bardziej mokre.
  • Akwarela z cienkopisem / piórem – jak wyżej plus cienkopis lub pióro. Zupełnie inaczej będzie wyglądał szkic, kiedy użyjemy atramentu wodoodpornego i nie. W jednym przypadku linie zostaną zachowane, a w drugim połączą się z farbą.
  • Mazaki, cienkopisy, długopisy – tak naprawdę taki szkic może powstać w zupełnie dowolnej technice i żadne medium nie jest traktowane jako „gorsze”. Niektóre techniki po prostu się do tego nie nadają ze względu na ich brudzący charakter albo brak spontaniczności z użyciem (np. farby olejne).
  • Niezależnie od techniki, zawsze warto mieć przy sobie opakowanie chusteczek higienicznych.

Warto jednak mieć ze sobą rzeczy sprzyjające wytrzymaniu dłużej w jednej pozycji – na przykład czapkę z daszkiem czy krem z filtrem w przypadku słonecznych dni albo coś, na czym można wygodnie usiąść. Przy chłodniejszej pogodzie warto ubrać się cieplej niż normalnie – ze względy na dłuższe siedzenie w bezruchu. Zdecydowanie polecam też rękawiczki z „uciętymi palcami ”. Od jakiegoś czasu nawet zastanawiam się nad zakupem krzesełka wędkarskiego (takiego małego składanego taborecika z metalowych słupków i materiałowego siedziska). Niektórzy wykorzystują też okulary przeciwsłoneczne, aby swobodniej przyglądać się ludziom, bez możliwości nawiązania z nimi kontaktu wzrokowego.

Jak się przygotować

Tak naprawdę spontaniczność Urban Sketchingu nie wymaga żadnych przygotowań. Najważniejsze to mieć szkicownik zawsze pod ręką, aby móc go wykorzystać w przypadku nagłego przypływu weny. Wychodząc z domu z gorącym postanowieniem narysowania czegoś, łatwo może skończyć się bezcelowym wałęsaniem się po mieście i brakiem inspiracji. Niestety nie tak łatwo oszukać wenę – o wiele łatwiej stworzyć sobie warunki, aby móc ją w odpowiednim momencie złapać i wykorzystać.

Tym, co zdecydowanie polecam, jest wyszukanie grup na Facebooku pod hasłem „Urban Sketching”. W prawie każdym większym mieście powinna znaleźć się grupa zaangażowana w to hobby, dzięki czemu okazjonalnie pojawiają się wydarzenia, wspólne szkicowanie w wybranej części miasta. Nawet jeśli uważacie, że brakuje Wam umiejętności, warto przyjść i zobaczyć, jak inni radzą sobie z Urban Sketchingiem. Pamiętajcie – każdy był kiedyś początkującym, każdy kiedyś nie potrafił stworzyć nawet najprostszego rysunku i zdecydowanie większość rysowników pamięta swoje początki. Dzięki temu, w świecie Urban Sketchingu nie spotyka się wyśmiewania się z nowicjuszy. Wręcz przeciwnie, ludzie wręcz motywują siebie nawzajem do dalszego rozwijania swoich umiejętności plastycznych!

Dodatkową zaletą rysowania w grupie jest łatwiejsze poradzenie sobie z stresem przed rysowaniem w przestrzeni publicznej. Dla wielu osób jest to naprawdę duży problem, zniechęcający do dokończenia a często nawet i zaczęcia szkicu. Będąc w grupie o wiele łatwiej się przełamać.

Jak rysować?

Powiedziałabym, że zupełnie dowolnie, jednak nie jest to do końca zgodne z założeniami Urban Sketchingu. Przede wszystkim, swobodnie. Bez linijki, bez posiłkowania się zdjęciem zrobionym telefonem, bez przywiązywania się do zbędnych detali (no, chyba że są one tematem rysunku) i przede wszystkim, bez stresowania się, że coś nie wygląda idealnie realistycznie.

Wiele osób niemających związku ze światem sztuki, wyraża największy podziw, kiedy coś zostanie odwzorowane jak najbardziej idealnie, realistycznie. Ucząc się rysować, te osoby widzą, że ich dzieło znacznie odbiega od tego, co zaplanowali. Nie idźcie tą drogą! Rysunek jest piękny i wspaniały, kiedy zawiera on osobisty charakter i wyróżnia się swoją niedoskonałością. W świecie, gdzie fotografia dostępna jest dla każdego, nie potrzebujemy już fotorealizmu. Bawcie się kolorami, podkreślajcie najważniejsze i najciekawsze elementy, budujcie nastrój na ilustracji. Realizm zostawcie pracom, dla których jest on kluczowy (portretom na zamówienie, studiom martwych natur itp.). W Urban Sketchingu pozwólcie sobie natomiast poszaleć, bawcie się, twórzcie, a nie tylko odtwarzajcie!

Oczywiście nie jest to łatwe. Sama dopiero się uczę. Wciąż mam problemy z czasem rysowania (podziwiam wszystkich, którzy potrafią powiedzieć sobie dość po dwóch czy pięciu minutach i zacząć kolejny szkic) i z ludźmi. Moje problemy z ludźmi to przede wszystkim nieumiejętność oddania ich sylwetek w sposób jednocześnie minimalistyczny (oszczędność czasu) i konkretny (kształty sugerujące konkretne typy ubrań czy układ sylwetki, a nie patyczaki czy anonimowe cienie). Mam nadzieję jednak, że to przyjdzie z czasem. Obserwuję prace innych twórców i próbuję zrozumieć, jak oni to robią, jednocześnie zachowując swój własny styl rysowania.

A może ktoś z moich czytelników uprawia Urban Sketching od dłuższego czasu i podzieli się swoimi doświadczeniami? Zapraszam wszystkich do komentowania wpisu, a także dzielenia się swoimi pracami! Warto też dołączyć do Grupy Szkicownikliwej, która powstała już dłuższy czas temu w celu wspierania się i motywowania do jak najczęstszego sięgania po ołówek czy długopis.

Więcej

Kalendarz stworzony własnoręcznie

W przedostatnim wpisie zapowiadałam, że w 2019 roku zamierzam stworzyć swój własny kalendarz. Nie rozwinęłam jednak dokładniej tej myśli, więc część czytelników tego bloga mogłaby pomyśleć, że zamierzam kalendarz zaprojektować i oddać do druku. Nic z tych rzeczy! Ponieważ zależy mi na papierze, jakości i wyjątkowości, kalendarz wykonałam zupełnie własnoręcznie, wykorzystując tradycyjne metody i kilka autorskich tricków. Było to niezwykle pasjonujące zajęcie, które pozwoliło mi nadrobić zaległości w świecie materiałów papierniczych oraz nauczyć się czegoś nowego. Jak wyszło? Zapraszam do przeczytania tego wpisu.

Więcej

Krótka historia sztuki

Historia sztuki to temat, który jednych nudzi, innych fascynuje. Podczas gdy niektórzy widzą tylko obrazy, inni dociekają historii ich powstawania czy zamysłu twórcy danego dzieła. Jeśli jesteś stałym czytelnikiem mojego bloga, to na pewno doskonale wiesz, że osobiście zaliczam się do tej drugiej grupy. Podział ten zresztą tak naprawdę nie istnieje, ponieważ ludzie mieszczą się w całym spektrum zainteresowania sztuką a i ono zmienia się w czasie. Dzisiaj przedstawię książkę, która powinna szczególnie zainteresować zarówno osoby posiadające jakąkolwiek wiedzę o sztuce i chcące ją uporządkować oraz tych, którzy dopiero poznają najważniejsze nazwiska i tytuły.

krótka historia sztuki

Przedstawię książkę „Krótka historia sztuki” autorstwa Susie Hodge. Podtytuł brzmi „Kieszonkowy przewodnik po kierunkach, dziełach, tematach i technikach” i oddaje główne założenie dzieła. Książka ta tak naprawdę nie jest broszurką, którą można by było pognieść i wsadzić do kieszeni, dlatego niech nikogo nie zmyli słowo „kieszonkowy”. Przeciwnie – jest to całkiem przyzwoite kompendium wiedzy na temat historii sztuki, podanej w uporządkowany i przystępny sposób. W sposób, który zdecydowanie powinien dotrzeć do zróżnicowanego grona odbiorców.

Zacznę jednak od początku – od pierwszego wrażenia, jakie ta książka na mnie wywarła. Było to wrażenie dotykowe. Okładka wykonana została z tektury powleczonej mięciutką warstwą, sprawiającą, że aż chce się ją trzymać w dłoniach. Format to wygodne A5, wnętrze rozkłada się na płasko, pozwalając zobaczyć całą stronę. 224 strony z kolorowymi obrazkami wydrukowane zostały na porządnym papierze. Jakość nie pozostawia pola do narzekania – wszystkie reprodukcje i zdjęcia są wyraźne i można dobrze się im przyjrzeć. Pod względem wydawniczym „Krótka historia sztuki” jest po prostu piękna. Dla mnie jest to naprawdę ważne, zawsze oceniam książki po okładce i nie raz od czytania odrzucił mnie zły dobór czcionki czy niewygodny format. Tutaj forma, ta niby nieistotna cecha charakterystyki książki, sprawiła, że „Krótka historia sztuki” dosłownie co chwila lądowała w moich dłoniach.

Tym, co jest jednak najważniejsze, jest oczywiście treść. Ta podana jest w sposób lekki, daleki od stylu encyklopedycznego. Autorka nie tworzy zbędnych opisów, nie rozczula się nad pojedynczymi aspektami każdego obrazu. Wiedza przedstawiona jest w sposób na tyle obiektywny, na ile obiektywnie da się opisać historię sztuki. Opisy są krótkie i konkretne, ale mimo to znajduje się w nich miejsce na dodatkowe ciekawostki oraz – niezwykle ważne – zwrócenie uwagi na powiązania pomiędzy stylami i artystami. Choć książka podzielona jest na cztery działy (kierunki, dzieła, tematy, techniki), zaglądać można do niej w sposób dowolny, w zależności od nastroju czy chęci zapoznania się z określoną treścią lub przypomnienia sobie konkretnej informacji. Dzięki takiemu klarownemu podziałowi, łatwo nawigować w treści i wyszukiwać potrzebnych informacji. Wszystkie elementy w obrębie działu omawiane są w kolejności chronologicznej.

Plusy

Gdybym miała wymienić cechy „Krótkiej historii sztuki”, które pozytywnie wyróżniają tę książkę spomiędzy innych o podobnej tematyce to najważniejszym byłoby przekrojowe przedstawienie zagadnienia historii sztuki. Podczas gdy wiele książek poświęca długie rozdziały kolejno sztuce prehistorycznej, starożytnej i średniowiecznej, tutaj epoki te giną przed liczbą stron poświęconą coraz bardziej rozmaitym sztukom współczesnym. W szkołach wałkuje się od początku do końca antyczną Grecję i Rzym, a potem absolwenci nie potrafią wymienić nazwiska ani jednego artysty ostatniego stulecia. „Krótka historia sztuki” doskonale nadaje się do nadrobienia tego braku – w tym celu jest to świetny przewodnik.
Krótkie opisy pozwalają na szybkie zrozumienie danego zagadnienia, jednocześnie zachęcając do sięgnięcia do kolejnych źródeł. Układ stron jest prosty, stworzony z myślą o współczesnym czytelniku. Objawia się to, między innymi, w postaci logicznych podtytułów i „ramek” z ważnymi informacjami, kropek z datami czy odnośników do innych stron w stopce.

Tak, jak już pisałam, książka świetnie sprawdzi się w celu uporządkowania wiedzy. Po jej lekturze nie zostanie się oczywiście specjalistą w dziedzinie historii sztuki, jednak z całą pewnością przestanie się błyszczeć niewiedzą w zakresie ważnych nazw, nazwisk czy tytułów. Jest to naprawdę solidny fundament do budowania swojej bazy wiedzy na tematy związane ze sztuką.

Warto tu zaznaczyć, że jest to książka popularnonaukowa, nie naukowa. Jej lekka i przystępna forma zachęca do niezobowiązującej lektury, sięgania w wolnej chwili, np. przy porannej kawie czy podczas przerwy w pracy. Z tego samego powodu na pewno nadaje się ona i dla młodszych czytelników, którzy szybko zniechęcają się zbyt ciężką i pompatyczną formą. Nie sprawia to jednak, że książka jest niepoważna. Osobiście nie znalazłam w niej żadnych niedopowiedzeń czy błędów, za wyjątkiem dwóch drobnych literówek.

krótka historia sztuki

Minusy

Jako osoba dość krytyczna, zawsze jestem w stanie doszukać się niedoskonałego elementu. Tutaj jest ich oczywiście kilka. Zacznę od podziału na kategorie, który zdążyłam już opisać w kwestiach pozytywnych. Ten medal ma jednak drugą stronę, którą jest rozczłonkowanie treści na poszczególne hasła, przez co książka przybiera formę katalogu stylów i dzieł. W wielu przypadkach jest to plus, jednak z drugiej strony dzieło w ten sposób zrywa z koncepcją ciągłej historii a zaczyna być bliżej tworów typu „100 najlepszych artystów”. Czy jest to rzeczywiście wada – na to pytanie nie ma obiektywnej odpowiedzi. Wydaje mi się jednak, że jest to forma treści, która o wiele łatwiej dociera do współczesnego „masowego” czytelnika.

Ograniczony format również ma swoje minusy – bardziej obeznana osoba zauważy brak niektórych tematów i twórców, którzy wcale nie byli mniej znani od tych wymienionych. Wśród kierunków brakowało mi symbolizmu, wśród technik – wielu rodzajów grafiki czy dzieł powstających jako np. tkanina artystyczna. Zabrakło mi wielu znanych obrazów, nawet dzieł twórców wymienionych wielokrotnie w „Krótkiej historii sztuki”. W niektórych przypadkach wybór wydawał mi się też nielogiczny – dlaczego na przykład jedynym szerzej przedstawionym dziełem Rembrantda jest nieduża akwaforta, podczas gdy to „Straż Nocna” przyciąga miliony turystów do Rijksmuseum. Oczywiście w tego typu książce nie dało się zawrzeć wszystkiego. W żadnej się nie da. Mając jednak ogólny ogląd na poszczególne epoki i style, techniki i twórców – łatwiej zainteresować się konkretnym tematem i doszukać dalszej literatury w jego zakresie.

Tak samo jak nie można winić lub oczekiwać od książki przetłumaczonej z języka obcego, pojawienia się w niej artystów polskich. Choć czytając o pasteli, czułam wyraźny brak Wyspiańskiego a przy realizmie stawały mi przed oczami twory Chełmońskiego, cieszę się, że książka została wydana jako tłumaczenie, bez lokalnych dodatków. To wzmacnia jej obiektywizm.

krótka historia sztuki

Podsumowanie

Książka „Krótka historia sztuki” to przewodnik i w taki sposób powinno się ją traktować. Nie jest to „fabularna” opowieść o sztuce od czasów najdawniejszych do współczesności a hasłowo podana wiedza. W ten sposób bardzo łatwo odnaleźć potrzebną informację, porównać dzieła czy epoki albo rozeznać się w chronologii. Nie jest to też wystarczający podręcznik do nauki na rozszerzoną maturę z historii sztuki, ale świetna pozycja do zapoznania się z historią powstawania obrazów, rzeźb i innych tworów plastycznych lub powtórzenia sobie podstawowych informacji. Ciekawe i krótkie opisy dobrze wpływają na odbiór książki, szczególnie przez początkujących. To właśnie im szczególnie poleciłabym tę książkę.

Więcej

Grupa SZKICOWNIKliwa

grupa-szkicownikliwa

Pomysł na utworzenie grupy dotyczącej rysowania siedział w mojej głowie od jakiegoś czasu. Długo zastanawiałam się nad jej formą oraz głównymi założeniami. Chciałam, aby była powiązana z blogiem, ale luźno, tak aby samodzielnie stanowiła odrębną całość. W końcu postanowiłam przejść do konkretów – wymyśliłam nazwę, stworzyłam logo i wreszcie samą grupę. Plan działania tej niewielkiej społeczności, jaki ustaliłam, jest na razie próbą i może się zmienić, jeśli się nie sprawdzi, lub powstanie lepszy.

Przede wszystkim, chciałabym zmotywować do rysowania nie tylko siebie, ale i wszystkich, którzy chcieliby wziąć udział w tym małym eksperymencie. Z tego powodu każdy, kto dołączy do grupy, będzie mógł umieszczać w niej swoje prace, prosić o ocenę lub porady resztę członków. Osoby bardziej zaawansowane będą miały pole do promocji swoich prac oraz zewnętrznych galerii. Myślę o jakimś comiesięcznym podsumowaniu, ale jeszcze nie wiem, jaką formę powinno ono przyjąć.

Przede wszystkim, grupa nastawiona będzie na edukację, więc linki z tutorialami, a także artykuły związane ze sztukami plastycznymi i tworzeniem staną się częstym gościem facebookowych postów. W planach mam kilka tekstów dotyczących tego tematu a w grupie każdy będzie mógł dodać swoje trzy grosze. Liczę też, że do grupy dołączą również inni rysujący blogerzy i także będą chcieli podzielić się swoimi doświadczeniami opisanymi w tematycznych postach. Grupa skupiająca osoby lubiące rysować może rozwinąć się w przyszłości na wiele sposobów. Oczami wyobraźni widzę umawianie się na plenery rysunkowe albo tworzenie grupowych wyzwań czy wzajemnych portretów.

Kilka lat temu fajnym motywatorem do rysowania był serwis deviantART. W komentarzach odbywało się wiele ciekawych dyskusji, nawet najgorsze wrzucone prace spotykały się z jakąkolwiek reakcją. Być może teraz jest to strona zbyt duża i kolejne publikowane twory giną w tłumie podobnych i lepszych. Jest to też bardziej miejsce wstawiania ukończonych dzieł, a nie pracowania nad warsztatem, szkicując coś na szybko. Brakuje mi tam tego kontaktu z innymi – a o niego o wiele łatwiej na Facebooku.

Stąd pomysł na grupę. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Szkicownik na 2017 rok

Dla mnie najważniejszym elementem tego wyzwania będzie szkicownik. Solidny, w twardej oprawie, z kartkami o dużej gramaturze i lekko szorstkiej powierzchni, zbierającej dobrze grafit ołówka, ale nie ścierającej końcówki cienkopisu. W rysunku papier jest chyba najważniejszy. O ile ołówek czy długopis można kupić naprawdę najtańszy i nie wpłynie to znacznie na efekt pracy, zły papier może całkowicie zepsuć rysunek. Poza tym, porządny szkicownik zachęca do tworzenia.

W dzieciństwie lubiłam rysować na luźnych kartkach, dzięki czemu podczas pracy nie miałam kontaktu z poprzednimi dziełami. To jest dobre rozwiązanie do rysowania w domu przy biurku. Wtedy można sobie zrobić teczkę czy segregator z pracami i tam je składować. Ja tymczasem spędzam większość doby poza domem. Szkicownik mogę wrzucić do plecaka lub torby, a luźne kartki mogłyby się pomiąć, pogubić pomiędzy notatkami z wykładów w których i tak mam zawsze bałagan.

Nie będę „dbać” o swój szkicownik

Uwielbiam papier i ładne notesy. Czasami to uczucie przeradzało się w chorobliwą staranność – podpisywanie rysunków za każdym razem w ten sam sposób, rysowanie tylko po jednej stronie kartki. W przypadku mojego poprzedniego szkicownika założyłam sobie, że będę w nim rysować tylko ołówkiem. Takie trzymanie się jakiejś zasady jest fajne w obrębie jednego ćwiczenia, ale nie sprawdza się przy zastosowaniu do całego szkicownika. Wiele razy chciałam coś narysować długopisem czy mazakiem, ale przerzuciłam się na ołówek, aby nie „zepsuć” szkicownika. Chciałam, aby ten zeszyt można było później oglądać jak album, opowiadający o jednej technice, ze spójną typografią. Jak twory znanych artystów. Zachowanie jednego stylu całego szkicownika powinno natomiast przyjść naturalnie, kiedy ma się już na tyle wyrobiony warsztat, że znalazło się tą jedną, swoją, technikę.

Motywowanie do rysowania

Nie wiem, czy inni też tak mają, ale zauważyłam u siebie taką smutną prawidłowość, że jeśli tylko jakaś czynność stanie się dla mnie przyjemnością, od razu zaczyna brakować mi na nią czasu. Jest to bardzo niezdrowy skutek przepracowania, który na dłuższą metę psuje mi nastrój i rozdrażnia. Jedną z porzuconych z braku czasu czynności było dla mnie właśnie rysowanie. Po skończeniu liceum plastycznego rysowałam porównywalnie niewiele. Coraz mniej. Na studiach miałam trochę zajęć z rysunku, starałam się też w miarę możliwości uczestniczyć w okolicznych wydarzeniach związanych ze sztuką. Ale żeby narysować coś dla siebie – na to już na ogół czasu nie wystarczyło. Postanowiłam to zmienić. Niech to będzie postanowienie noworoczne. Jedno, ale konkretne. Rysować co najmniej raz w tygodniu.

Jeśli przekonałam Cię do dołączenia do rysującej grupy, oto do niej link:

https://www.facebook.com/groups/1184954214968993/

Więcej

Warsztaty sztalugowe dla dorosłych, każdy może zostać artystą

każdy może zostać artystą

Wiele osób twierdzi, że artystą może zostać tylko ktoś, kto dostał magiczny dar od siły wyższej albo genetycznie uzyskał talent po swoich przodkach. Są też tacy, którzy uważają, że kreatywności i tworzenia da się nauczyć, ale tylko zaczynając w odpowiednio młodym wieku. Moje zdanie w tym temacie jest absolutnie odmienne. Twierdzę, że każdy może stworzyć coś pięknego, nauczyć się wyrażać swoje emocje poprzez sztukę, niezależnie od wieku. Każdy może zostać artystą, jeśli tylko tego chce i uda mu się znaleźć w sobie iskrę wrażliwości twórczej. Wtedy włożona praca i poświęcony czas mogą zdziałać cuda.

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o bardzo inspirującym wydarzeniu, w którym uczestniczyłam. Pod koniec lipca, w Laboratorium Innowacji Społecznych w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym odbyły się tygodniowe warsztaty sztalugowe dla dorosłych. Choć darmowe bilety rozeszły się w pierwszych minutach od ogłoszenia wydarzenia, mi na szczęście udało się dostać na te zajęcia. Cieszę się, że rysunek i malarstwo są wciąż chętnie praktykowane przez osoby, które podstawówkę mają już dawno za sobą.

Warsztaty odbywały się przez pięć dni od godziny 17 do 20. Część osób, w tym ja, przybywało na nie prosto z pracy. Było więc to niemałe wyzwanie, ale udało się je zakończyć sukcesem.

Na miejscu poznałam grupę piętnastu osób pełnych motywacji do działania i chętnych do nauczenia się czegoś nowego. Duża większość z nich nie miała w swoim życiu zbyt wiele przygód z malarstwem, choć tylko część nie zajmuje się tworzeniem w ogóle. Zajęcia poprowadziła Joanna Cupiał, prawdziwie artystyczna dusza, mająca dwie pracownie (w Gdańsku i Gdyni) i ucząca sztuki zarówno grupy dzieci jak i dorosłych. Tydzień pracy zaowocował wernisażem, na który przyszło zaskakująco dużo osób.

Pierwszy dzień

każdy może zostać artystą

Zanim ustawiliśmy się przy sztalugach, trzeba było zacząć od czegoś mniejszego na rozgrzewkę. Pierwszym naszym zadaniem było stworzenie trzech szkiców przedstawiających ludzi na tle architektury – czyli kontrast nieorganiczne-organiczne. 45 minut na trzykrotne wynalezienie odpowiedniego miejsca wokół PPNT i odwzorowanie go ołówkiem na kartce papieru. To zadanie uznałam za trudne, bo budynki Parku okazały się jeszcze bardziej monumentalne w kontraście do ludzi, niż wydają się kiedy nie trzeba ich narysować. Wykadrowanie czegoś zza ulicy tez było dość trudne. Ostatecznie zrobiłam półtora szkicu i bazgroł. Ten ostatni „mi się zgubił”.

Drugim wprowadzającym ćwiczeniem były szybkie portrety. Naprawdę szybkie, bo na każdy z nich mieliśmy dwie minuty, liczone z zegarkiem. Świetne zadanie, polegające na wyszukaniu w twarzy drugiej osoby elementów charakterystycznych i szybkie ich odwzorowanie na kartce – bo na dopracowanie szczegółów nie ma czasu. Potem odgadywaliśmy przedstawione na kartkach osoby, co o dziwo nie było aż takie trudne i w większości przypadków udawało się za pierwszym strzałem.

każdy może zostać artystą
każdy może zostać artystą

Drugi i trzeci dzień

Główna część warsztatów – malowanie farbami. Martwa natura składająca się z niewielkiej liczby przedmiotów na tkaninie. To zupełnie co innego niż bałagan jaki malowałam na uczelni czy w liceum. O wiele trudniej znaleźć odpowiednią kompozycję z małą liczbą przedmiotów, niż wykadrować fragment czegoś co wyglądałoby ciekawie nawet na zdjęciu. Domyślam się jednak, że mój problem był jednym z mniejszych jakie pojawiały się tego wtorkowego wieczora.

Na szczęście prowadząca warsztaty bardzo konkretnie tłumaczyła jak malować. Zaowocowało to tym, że praktycznie ani jedna praca nie była zła, wszystkie miały w sobie coś ciekawego i wartościowego. Myślę, że brakowało mi takiego podejścia na początku liceum. Wtedy nauczyciel tylko powiedział, że „mamy zrobić mięso”, a klasa długo próbowała się domyślić, o co mogło chodzić. Joanna natomiast wytłumaczyła i dokładnie przedstawiła, w jaki sposób mierzyć proporcje obiektów, jakich farb używać (dwie czerwone, dwie niebieskie, dwie żółte i biała), jaki efekt można osiągnąć konkretnymi narzędziami i jak myśleć o przedstawianym przedmiocie, aby uchwycić jego naturę.

Czwarty dzień

każdy może zostać artystą

      

każdy może zostać artystą

Po lewej moja abstrakcja, po prawej portret autorstwa Ewy Antoniny Kielar, na którym wyglądam absolutnie jak ja

Węgiel. Bardzo trudna technika, z którą nie miałam zbyt wielu przygód. Szczerze mówiąc, unikałam jej jak ognia, głównie ze względu na brudzenie wszystkiego wokół i trudność naprawienia ewentualnych błędów. Jako temat dostaliśmy portret – portret osoby siedzącej naprzeciwko lub obok, przy podłużnym stole. Jednoczesne rysowanie i pozowanie było trudnym zadaniem, a technika węgla niczego nie ułatwiała. Ostatecznie nie jestem zadowolona z mojej pracy, wszystko wyszło krzywo, ołówkiem byłoby lepiej. Ale cieszę się, że warsztaty wymusiły we mnie odepchnięcie na chwilę niechęci do tej techniki.

Później rozpoczęliśmy kolejną pracę, która była jeszcze kontynuowana ostatniego dnia warsztatów. Abstrakcja, czyli obraz nieprzedstawiający czegoś konkretnego. Finalna praca powstała z połączenia dwóch zamalowanych w całości kartek papieru. Szczegółów nie zdradzę, ale być może ktoś zgadnie, jaka historia kryje się za tym zbiorem warsztatowych dzieł.

Wernisaż

Wernisaż, czyli nie tylko darmowe ciastka (ale też!). Przyszło wyjątkowo dużo osób, nawet pomimo że w wydarzeniu utworzonym przez LIS na Facebooku nie zaznaczyło się zbyt wielu chętnych. Dość duża przestrzeń pozwoliła wyeksponować wszystkie prace, poza szybkimi szkicami – z tych zawisło jedynie parę wybranych. Świetnym i szybkim sposobem zaprezentowania tak wielu dzieł na papierze okazały się linki i spinacze do bielizny. Kolejny pomysł Asi, który z powodzeniem można zaadaptować do domowych celów, na przykład stworzenia wystawki zdjęć z wakacji. Tutaj wisiały węglowe portrety i abstrakcje.

każdy może zostać artystą

To, co powinnam zaznaczyć już na początku wpisu to fakt, że przez ten tydzień wszyscy świetnie się bawili. Prowadząca sama przyznała, że inaczej uczy się grupę dorosłych niż dzieci. Mi taki podział zdecydowanie pasuje. Zupełnie inną motywację mają osoby, które w codziennym biegu organizują sobie te parę wieczorów i postanawiają wytrwać do końca, a inaczej dzieci, którym się nudzi i które przywykły do tego, że ktoś organizuje im czas. To, co jeszcze połączyło uczestników, to chęć tworzenia – czyli zaprezentowania czegoś swojego, stworzonego własnymi rękami. I bez różnicy, czy ktoś przygotowywał się do tego przez całe życie, czy po raz pierwszy widział na oczy pędzel. Sztuka to nie rzemiosło, sztuka to zabawa, poszukiwanie i łączenie.

Więcej

„Odzyskane” – Gdynia Design Days ’16

Ubiegłoroczne Gdynia Design Days zapisało się bardzo dobrze w mojej pamięci. Uczestniczyłam wtedy w kilku naprawdę świetnych warsztatach, a wystawy które odwiedziłam nie raz wzbudziły we mnie podziw wobec twórczości nieznanych mi dotąd projektantów. Z tego powodu miałam wysokie oczekiwania co do tegorocznej edycji festiwalu i z niecierpliwością wyczekiwałam początku lipca, kiedy to Gdynia Design Days miało się rozpocząć.

gdynia design days

Kiedy ruszyły zapisy na poszczególne warsztaty, zajęłam sobie miejsce na wszystkim, co mnie zainteresowało. W tym roku organizatorzy zdecydowali wprowadzić listę rezerwową, dzięki czemu w razie czyjejś nieobecności inna osoba mogła „wskoczyć” w zwolnione miejsce. W ten sposób prawie wszystkie wydarzenia, w których brałam udział, miały pełen zestaw uczestników. Pamiętam, że w zeszłym roku nie zdążyłam się zapisać na najważniejsze dla mnie warsztaty, ale zaryzykowałam – pojechałam do Gdyni i okazało się, że z osób zapisanych na listę przyszło dwoje lub troje ludzi. Tym razem, mając Pomorski Park Naukowo-Technologiczny po sąsiedzku (przeprowadziłam się do Gdyni parę miesięcy temu), takie ryzyko nie kosztowałoby mnie nic – wtedy było to kilkadziesiąt minut i kilka złotych za SKM. Tegoroczne warsztaty cieszyły się jednak o wiele większą frekwencją. Na każdych, w których uczestniczyłam, obecni byli prawie wszyscy z podstawowej listy i wystarczyło miejsc na niewiele osób z listy rezerwowej. Na przyjście „na gapę” nie było szans.

Tematem tegorocznego Gdynia Design Days było „odzyskane”. Odzyskane, czyli odnalezione, ponownie wykorzystane, przywrócone do życia. Bardzo spodobała mi się ta konwencja – od razu wzbudziła skojarzenie z rzeczami wyrzuconymi przez morze, ale także z ekologicznym podejściem do tworzenia, z wykorzystaniem tego, co uznawane jest za niepotrzebne, zużyte. Właśnie tego typu interpretacji znalazłam najwięcej podczas całego festiwalu – zarówno na warsztatach i wykładach jak i pośród prac prezentowanych na wystawach.

Opis swoich wrażeń chciałabym zacząć właśnie od wystaw, ponieważ były one otwarte dla każdego i można było je oglądać przez cały czas trwania festiwalu. Każda z nich prezentowała wysoki poziom i potrafiła zaciekawić, ale mnie zatrzymały na dłużej trzy konkretne:

  • wystawa główna, „Odzyskane”, nastawiona na motyw morski i przedstawiona w taki sposób, że można było przez chwilę poczuć się jak w bardzo dobrze zaprojektowanej galerii czy muzeum; zróżnicowany formalnie zbiór prac z rozmaitych kategorii, od architektury po przedmioty codziennego użytku
  • dyplomy ASP – jako osoba, która dawno, dawno temu chciała pójść na uczelnię typowo artystyczną, interesuję się tym, co ciekawego tworzą tamtejsi studenci; jak się okazuje, zdecydowanie nie brakuje im pomysłów
  • wystawa „Konsekwencje” przedstawiająca projekty mające na celu poprawić jakość życia w krajach, gdzie dostęp do czystej wody czy energii elektrycznej jest ograniczony; zaprojektowane urządzenia zostały opisane w kwestii sposobu działania oraz najważniejszych cech, w tym kosztu zakupu.

Oczywiście ciekawych wystaw było znacznie więcej – sala wypełniona drewnem i półeczkami z sadzonkami drzew (które można było zabrać ze sobą i zasiać), „portrety” nadmorskich budynków, projekty krzeseł i urządzeń sportowych, twory znanych projektantów, jak i dopiero debiutujących twórców. Zdecydowanie warto było odwiedzić PPNT podczas trwania Gdynia Design Days.

gdynia design days
gdynia design days

Tym, czego nie dało się nie zauważyć, był brak tłumów. Po wydarzeniu, które wcześniej wydawało mi się jednym z ważniejszych dla miasta, spodziewałam się o wiele większej liczby odwiedzających. Być może niedostateczna promocja, albo brak zainteresowania przeciętnych osób designem, sprawiły, że niejedną wystawę udało mi się zwiedzić w samotności. Dla mnie był to zdecydowany plus, ponieważ nic tak nie psuje doznań sensualnych jak dzikie tłumy ludzi zainteresowanych jedynie zrobieniem jak największego hałasu wokół siebie. Z drugiej strony, momentami czułam się jak na wystawie w zapomnianej przez świat galerii sztuki a nie na jednym z ważniejszych wydarzeń kulturalnych Trójmiasta.

Wykłady natomiast były o wiele bardziej oblegane – widać to było w pozajmowanych krzesłach i zaangażowaniu słuchaczy w wydarzenie. Prezentacja Filipa Springera przeniesiona została do większej sali a i tak wiele osób stało w drzwiach lub zajmowało miejsca na podłodze. Trudno się dziwić, wykład był naprawdę ciekawy.

Moim najważniejszym punktem Gdynia Design Days były jednak warsztaty. Uwielbiam tworzyć, a tego typu wydarzenia dodają mi motywacji do działania i sprawiają, że udaje mi się zebrać siły, aby coś skończyć. W kolejności chronologicznej, pojawiłam się na:

  • warsztatach stolarskich
  • tworzeniu plecionek z plastikowych butelek
  • dyskusji o ukierunkowaniu designu na odbiorcę
  • warsztatach z szycia eko-toreb.

Pierwszego wymienionego wydarzenia wyczekiwałam najbardziej. Uwielbiam zapach drewna i zawsze uznawałam wyroby z niego za o wiele bardziej przyjazne niż wszechobecny plastik. Oczywiście nie nastawiałam się na stworzenie mebla z prawdziwego zdarzenia – bardziej chciałam spróbować własnych sił w pracy z drewnem, w przycinaniu go i łączeniu na różne sposoby. Gdybym chciała zająć się tym na własną rękę, na pewno zabrakłoby mi odpowiedniego miejsca i sprzętu, a wiedza z internetu mogłaby się okazać niewystarczająca. Na warsztatach udało mi się stworzyć coś w rodzaju stojaka na długopisy z niewielką półeczką pod spodem. Twór ten ma formę drzewka, zrobionego z „odzyskanej” gałązki. Tak, oprócz typowego drewna stosowanego w stolarstwie, do dyspozycji mieliśmy materiały odnalezione przez prowadzących na plaży lub w innych miejscach. Choć narzędzi do pracy było mnóstwo, uczestników przyszło jeszcze więcej i momentami brakowało ścisków czy pił; na szczęście drewna wystarczyło dla wszystkich.

gdynia design days

Uwielbiam drewno!

Zupełnie czym innym były warsztaty z plecionkarstwa. Prowadząca je zaprezentowała swój projekt (QUANANI) polegający na przerabianiu butelek na cienkie pasma a następnie wyplataniu z nich różnych form – pojemników do przechowywania czy abażurów na lampy. Oryginalnie praca taka miała być kierowana do syryjskich kobiet uchodźców, póki co została przetestowana przez uczestników warsztatów na GDD. Okazało się to trochę trudniejsze niż wyglądało, jednak zarówno mi, jak i reszcie osób, udało się skończyć swoje plecionki. Na koniec dostaliśmy drewniane podstawki-korki, będące ważnym elementem tworzonego pojemnika.

gdynia design days

„Odzyskajmy design dla ludzi” to trzecie warsztaty, w których wzięłam udział. Jako jedyne, nie polegały na tworzeniu produktu, a na opanowaniu metody pracy z ukierunkowaniem na konkretnego odbiorcę. O wiele trudniej było mi się odnaleźć w tego typu zadaniu i momentami nie wiedziałam, co dalej robić, ale mimo to warsztaty były przyjemne i rozwijające.

Ostatnim punktem programu było dla mnie szycie eko-toreb. Jak się okazało, materiałem do ich produkcji stały się flagi poprzednich edycji Gdynia Design Days. Dzięki temu torby były bardzo „festiwalowe”, a w kwestiach formalnych mocne i łatwe do zszycia. Łatwe – tylko z pozoru. Moja torba wywołała mnóstwo dodatkowych problemów i prawdopodobnie za bardzo nie polubiła się z maszyną do szycia, plącząc nitki i nie dając się zszyć porządnie. Na szczęście prowadzące warsztaty pomogły mi uratować sytuację, dzięki temu torba została uszyta do końca i będzie mi dobrze służyć.

gdynia design days

Warsztaty z szycia eko-toreb

gdynia design days

Moja problematyczna eko-torba

Tego typu wydarzenia nie byłoby bez gratisów, które uczestnicy dostawali za udział w warsztatach. Najważniejsze – materiałowe torby, ale także pocztówki i tatuaże z tegorocznym motywem geometrycznych morskich obiektów. Zarówno kolorystyka jak i wybór prostego kształtu zdecydowanie mi się spodobały. Szkoda tylko, że krój torby nie był taki jak w zeszłym roku – te z tamtej edycji miały dłuższe ramię i dzięki temu można było je nosić o wiele wygodniej (swoją wyużywałam do granic możliwości, tj. do momentu kiedy już zupełnie się porwała). Tegoroczny wzór z kolei bardziej odpowiada mi estetycznie. Poza tym, poprzez dobór kolorów, nadruk z daleka wygląda jak wyhaftowany. Sama nie raz dałam się nabrać.

gdynia design days

Porównując tegoroczną edycję Gdynia Design Days do tej sprzed roku, ciężko mi zdecydować, która była lepsza. Wtedy trafiłam na warsztaty z projektowania parametrycznego, czyli czegoś czego najbardziej chciałam się nauczyć. Na tegorocznych zajęciach jedynie spędziłam miło czas, nie wynosząc do swojego życia drogocennej wiedzy. Z kolei w tym roku zdecydowanym plusem był motyw przewodni, spajający wystawy i wydarzenia festiwalu. „Odzyskane”, stworzyło nastrój zgody z naturą, dbania o środowisko, odtworzenia wartości czegoś, co pozornie ją utraciło. Ciekawe, co organizatorzy wydarzenia wymyślą za rok!

Więcej

JWB: Wschód

W ciągu ostatnich lat całkowicie zmieniło się moje podejście do sztuki. Po tym, jak zakończyłam naukę w liceum plastycznym i obrałam drogę idącą bardziej w stronę techniki (bo studia architektoniczne to przecież i budownictwo, i konstrukcje, i mechanika – nawet jeśli każda dziedzina w podstawowym zakresie), umniejszyło się we mnie poczucie pewnej sakralności dzieła plastycznego i zatarła granica, za którą pewne prace zaczyna się nazywać kiczem. Być może z punktu widzenia kogoś z ASP moja postawa wygląda jak swego rodzaju bunt albo ujście rozczarowania – ja jednak czuję, że wypracowanie sobie niezależnego zdania w temacie sztuki to osiągnięcie niezwykle cenne i w pewnym sensie dorosłe.

Z tamtych czasów pamiętam te niepojedyncze przypadki, gdy ktoś przynosił na malarstwo jakiś wymalowany w pocie czoła po nocach wschód słońca i jak wyglądała zmiana na jego twarzy po usłyszeniu oceny profesora. Nigdy nie zapomnę, jak na „temat dowolny” znajomy z klasy wyrysował przepiękny pejzaż nocny z jakimś domkiem na urwisku i kiedy świat na chwilę wstrzymał oddech, gdy nauczyciel od malarstwa brudną szmatą rozmazywał węgiel na tej kartce, „bo za mało mięsa”. Nie zliczę też, ile razy jako szczyt największej porażki życiowej przywoływane było rozstawienie swoich obrazów na Bramie Floriańskiej w Krakowie. Ja naprawdę kiedyś chciałam kontynuować ten wyścig zgodności z wymogami, wydawałoby się jeszcze mniej logicznymi niż te z Dziennika Ustaw?

Wydaje mi się, że potrzebowałam czasu, pozwalającego spojrzeć na rozwój sztuki z trochę dalszej perspektywy. Dwa lata studiów na architekturze – gdzie przedmioty plastyczne oczywiście występują, ale jako uzupełnienie, w celu rozwoju wyobraźni i wyczucia estetyki – pozwoliły mi doskonale zrozumieć, że zdecydowanie nie mogłabym zasilić tej jednomyślnej masy, po prostu do niej nie pasując.

Bo czym jest dla mnie sztuka, jaka jest jej funkcja w obecnym świecie? Zabrzmię mało romantycznie, ale obecnie jej główne cele mogę podzielić na trzy grupy:

  • estetyczną, dekorującą otoczenie, polepszającą jakość życia ludzi mających z nią do czynienia poprzez zapewnianie im wrażeń wizualnych
  • walutową – zwłaszcza przy dziełach drogich, które z czasem mogą zyskać albo stracić na wartości i porządnie namieszać w kieszeni kolekcjonera
  • edukacyjną lub światopoglądową, czyli wyrażającą pouczenie (często moralne) odbiorcy

Pominęłam tutaj całą kulturę popularną, a także sztukę internetu, od porządnych fanartów na krzywych i prostych lub prostackich memach skończywszy. Skupmy się na sztukach plastycznych, jakich się naucza w obecnych czasach – rysunku i malarstwie, rzeźbie, różnorakich kompozycjach czy instalacjach i tak dalej.

Biorąc pod uwagę, że zaliczenie sztuki do drugiego podpunktu może wystąpić tylko ze strony odbiorcy (nawet jeśli artysta „umie się sprzedać”), natomiast trzecia funkcja staje się wtórna i na ogół wygrywają twory prezentujące myśl ogółu, najczęstszą rolą sztuki przeciętnego artysty będzie tworzenie wyrazu piękna, do zawieszenia na ścianie w przedpokoju. Dawnych potrzeb upamiętniających (zapewnionych przez fotografię) oraz informacyjnych (media i internet) już w sztuce prawie nie ma – no chyba, że liczy się pojedyncze, mało istotne portrety. Na mojej liście nie znajduje się także sztuka dla sztuki – i to stwarza mój problem, który właśnie opisuję.

W sztuce dekoracyjnej bardzo łatwo stworzyć coś, co przez znawców zostanie nazwane kiczem. Popularne wzory, kwiatki, czaszki, pędzące konie, wschody i zachody słońca czy obrazki z okładek książek popularnie nazywanych kobiecymi – z rysunkami tego typu lepiej nie pokazywać się w artystycznych środowiskach. Za to w gronie prostych ludzi jak najbardziej! Przecież to jest to, co zwykły człowiek umieściłby na ścianie nad półką z pamiątkami-figurkami. Takie miejsce nie przyjęłoby natomiast budzącego niepokój dzieła ni-to-aktu ni abstrakcji.

Lubię sztukę kiczową. Może nie w całości, bo wciąż nie mogę się przekonać do obrazków wykonywanych w 5 minut sprejem na cienkich blaszkach. Doceniam natomiast starania osób, które nie chcą stworzyć czegoś na siłę artystycznego, natomiast dążą do ucieszenia prostego odbiorcy. Rozumiem piękno powtarzalnych tematycznie obrazków, które przecież i tak nie są między sobą identyczne. Zwłaszcza, że biorąc pod uwagę liczbę ludzi, twórców, na świecie – nigdy nie można być pewnym swojego nowatorstwa.

Na proste twory jest miejsce w kulturze. Nawet dzięki nim sztuka zwana „wysoką” może zyskać, mając odpowiednie tło, z którym będzie musiała wytworzyć kontrast, aby zostać docenioną – przez co będzie stawała się lepszą.

Mój problem ze sztuką jest taki, że w kontekście współczesnego świata, spłyciłam ją do funkcji bycia ładną – i w ten sposób chcę tworzyć. Oczywiście inaczej odnoszę się do prac dawnych mistrzów. Uważam, że zarówno nowożytne próby idealnego przedstawienia rzeczywistości jak i modernistyczne szokujące twory, były potrzebne w swoim czasie.

Ten wpis powstał w ramach Jesiennego Wyzwania stworzonego przez Mocną grupę Blogerów. Jest to moja krótka refleksja związana ze słowem WSCHÓD i w podobny sposób zamierzam potraktować pozostałe trzy tematy.

Więcej

Jak nie tworzyć

Ludzie, którzy chcą się nauczyć rysować lub malować, bardzo często popełniają jeden, bardzo poważny błąd. Kosztuje ich to mnóstwo czasu i z powodu miernych efektów rozwoju, szybko rezygnują ze swoich ambicji zostania wielkim artystą. Tym błędem jest poświęcanie czasu na tylko i wyłącznie przerysowywanie ze zdjęć lub cudzych prac. Jasne, w taki sposób również może powstać wspaniałe dzieło – moim zdaniem jednak jest ono tylko echem poprzednich starań i tworzenia.

Zawsze uważałam, że praktycznie każdy może nauczyć się rysować lub malować. Nie istnieje jakiś magiczny talent, determinujący, kto urodził się z umiejętnościami ani kto takie umiejętności może nabyć. Są kwestie fizyczne, które mogą być utrudnieniem, ale to jest zagadnienie na trochę inny temat. Częstą przeszkodą w zdobywaniu umiejętności plastycznych jest też brak czasu, bez którego niestety nie da się zbyt wiele osiągnąć. Z drugiej strony, poświęcanie cennych godzin dodaje wartości efektowi i zdecydowanie wpływa na satysfakcję twórcy.

Jednak tym, na co mało osób zwraca uwagę, jest samo podejście do rysunku i malarstwa. Niektórzy kupują sobie średniej jakości książki, tłumaczące wszystko krok po kroku, i potem dziwią się, że skoro potrafią narysować przepiękne jabłko, to gruszka wykonana bez pomocy podręcznika wygląda bardziej jak kapeć niż owoc. Inni pstrykają smartfonami zdjęcia martwych natur i potem przybliżają sobie poszczególne fragmenty na ekranach laptopów, aby na kartkach powstały jak najwierniejsze kopie dzieła małego aparatu. Czy tak tworzona praca nie jest czasem obranym z konsekwencji i powiązań, gołym efektem końcowym?

Nie rozumiem malarstwa figuratywnego przekopiowanego. O ile tworzenie ma służyć czemuś więcej niż uzyskanie jakiegoś przychodu, niech zawiera w sobie obraz świata jak najbardziej bezpośrednio widzianego przez twórcę. Przecież to jest fascynujące: patrzenie na obiekt dzieła i następnie oddawanie jego cech na płaską powierzchnię, tak po swojemu, nie według standardów, bez liczenia ile razy jedna rzecz mieści się w drugiej, odrzucając nabywaną latami informację, że cień jest trochę bardziej czarny a w oświetlonych miejscach trzeba dodać bieli. Dlaczego tak wiele osób tę najbardziej pasjonującą część tworzenia oddaje w ręce aparatu lub autora podręcznika?

Poprosić malarza, aby narysował portret ze zdjęcia to jak poprosić krawcową, aby uszyła szalik na drutach. O ile nie jest to jakiś szalik niezwykły, to to jest naprawdę mało satysfakcjonująca robota. Raczej opiera się na skorzystaniu z wyćwiczonych dłoni i wypracowanej zręczności, ale nie pozwala na pobudzenie większej kreatywności czy bardziej finezyjnej myśli twórczej. Oczywiście nie ma w tym nic złego.

Mam tak czasem, że chcę po prostu zająć czymś ręce. W gimnazjum w tym celu plotłam bransoletki z muliny, ale dość szybko mi się to znudziło. Lepszym zajęciem było przerysowywanie twarzy ze zdjęć i do tego zdarza mi się okazjonalnie wracać. Wystarczy dowolne zdjęcie, znalezione w internecie, nawet bez wiedzy autora. W końcu nie wrzucę „przerysowanki” do swojej galerii, chodzi tylko o przećwiczenie ręki, chwilę bezmyślnej pracy, polegającej na mazaniu ołówkiem po kartce. Im więcej czasu, tym bardziej szczegółowo. Z tym, że… to nie rozwija.

Tworzenie „własnej wersji” innej grafiki uczy pilnować proporcji czy rozróżniać jasności, ale tylko na poziomie 2D. Tak wypracowane zdolności nie przenoszą się na rysowanie z patrzenia na rzeczywisty obiekt – choć w drugą stronę to jak najbardziej działa. Rysowanie – a przynajmniej na etapie nauki – polega na obserwacji i przekształceniu tego, co się widzi, na obraz płaski. Obecnie, w świecie gdzie w aparat wyposażona może być nawet szczoteczka do zębów, nie wydaje się to być w ogóle trudne – jednak wystarczy cofnąć się myślowo wstecz o kilkaset lat, aby zrozumieć, jak bardzo zniekształcony jest obraz danego obiektu w wyobraźni człowieka. Jak mało osób zdaje sobie sprawę z wielkości swoich dłoni w stosunku do twarzy, nie mówiąc już o cechach, które wyróżniają poszczególne sylwetki spomiędzy innych.

Podczas rysowania czy malowania z patrzenia, trzeba odrzucić wszystko, co zapisało się w pamięci na temat wyglądu oddawanych przedmiotów. Trzeba te informacje nabyć od nowa, obserwując. Cała nauka sztuk plastycznych polega na obserwacji, choć czasem wymaga lat, aby to zrozumieć. I dopiero kiedy doskonale opanuje się właśnie tę umiejętność (a nie, jak zdawać by się mogło, sposób trzymania narzędzia czy oddawania już przetworzonej informacji na kartkę) można skutecznie próbować wizualizować swoje myśli. To tylko kolejny poziom, a jego osiągnięcie nie wydaje się być takie trudne, kiedy nie startuje się od zera.

Ostatnio miałam na ćwiczeniach z malarstwa bardzo przyjemne zadanie. Trzeba było czarno-białą martwą naturę oddać w kolorze. Coś, co dla początkującego może wydawać się banalne, dla średniaka trudne, a z czym osoba wprawiona w malowanie bez problemu sobie poradzi. To jest dobry, choć mały, pierwszy krok w kierunku tworzenia z wyobraźni. Kawałek drogi przede mną, ale akurat tutaj potrafię myśleć pozytywnie.

Więcej

Rysunek niedziecięcy

Wrzesień w pełni. Miesiąc, który przypomina niejednej osobie o istnieniu ołówków i długopisów. W marketach wciąż pachną świeże zeszyty, notesy i kalendarzyki. Sieciówki papiernicze uczą klientów nowych definicji słowa „promocja”. Ale nie o tym dzisiaj.

Ostatnio pewna firma zorganizowała konkurs rysunkowy, który szczególnie mnie zainteresował. Nagrodą główną miał być lot nad Gdańskiem, więc od razu zaczęłam zastanawiać się nad interpretacją tematu. Następnie zajrzałam do regulaminu i sfrustrowana zamknęłam kartę w przeglądarce. Znowu kurde to samo. Jak zwykle, warunkiem uczestnictwa był odpowiednio mały wiek. Rysunek okazuje się być dziedziną społecznie przeznaczoną tylko i wyłącznie dla dzieciaków z podstawówki. Człowiek starzejąc się, zaczyna interesować się tym, jak być najbardziej nudnym i szarym, a wszystko co mu sprawia radość jest zbyt dziecinne i niegodne, aby mógł to kontynuować.

Niestety, taki pogląd jest częsty, prawie powszechny. Mnóstwo osób traktuje same artykuły papiernicze z pobłażaniem. „Dorośli ludzie nie piszą ręcznie tylko na komputerze” – słyszę słowa tak śmieszne w świecie, gdzie dzieciaki już na chrzest dostają laptopy i tablety. „Otrzymałam w prezencie zestaw cienkopisów, jaka szkoda, że nie mam dzieci w odpowiednim wieku” – słyszę po raz nie wiem który.

„Znajdź sobie coś poważniejszego do roboty”.

Rozumiem – rysować może prawie każdy. Gorzej lub lepiej, ale samą czynność mazania ołówkiem po kartce wykona ten, kto jest w stanie utrzymać w dłoni narzędzie. Nie wymaga to zaawansowanej wiedzy, wielu lat nauki, forsy włożonej w kieszeń korepetytora. Po prosu siadasz, myślisz o czymś i nanosisz na kartkę kolejne linie lub plamy. Proste rysowanie wymaga mniej myślenia niż machanie łopatą. Kiedy jednak na kartce zaczynają pojawiać się bardziej skomplikowane kształty, niektórym trudno uwierzyć, że coś takiego może wymagać więcej wysiłku lub doświadczenia. Przez to, dopóki nie zostaniesz słynnym artystą, będziesz uznawany przez poważnych ludzi za „to dziecko, co marze sobie po kartce”. Rysujący dorośli (nie artyści, a hobbyści) w oczach takich osób po prostu nie istnieją.

Ostatnio coraz częściej spotykam się z konkursami, gdzie poszczególne kategorie wiekowe mają zupełnie różne zadania. Najczęściej jest to podział: do 12 lat rysunek, od 12 lat fotografia. Dlaczego?!

A może to kwestia nieudolności lub niepewności jury przy ocenie nadesłanych dzieł? Prace dzieciaków z podstawówki łatwo poukładać według jakości. Jeśli da się rozpoznać elementy, występuje ciekawa kompozycja i cała kartka jest zamalowana (maluch poświęcił sporo czasu), to już można się spodziewać wysokiego miejsca na podium. Poziom też jest bardzo zróżnicowany i na start można odrzucić połowę prac, które wyglądają jak nabazgrane w pięć minut na kolanie. Jak natomiast oceniać dzieła starszych? Co zasługuje bardziej na nagrodę: abstrakcja, która ładnie wyglądałaby na ścianie w pokoju dziennym czy może martwa natura, z dopracowaniem każdego listka, każdej ryski? Czy wyżej powinien się znaleźć rysunek „na szybko, ale z pomysłem”, czy naprawdę piękny, ale zakomponowany zbyt szablonowo? Pierwsze miejsce za wywołanie refleksji czy wrażeń estetycznych?

Tylko, czy na pewno problem tkwi w odbiorze i ocenie dzieł? Wydaje mi się, że nie o tym myślą panie ustawiające w sklepie bloki rysunkowe na tym samym regale co zabawki. Raczej nie z tego wynika występowanie zdjęcia dziecka z pomazanymi rączkami na stronie poświęconej artykułom papierniczym w gazetce z marketu.

Wyrażanie emocji – to takie dziecinne. Posiadanie pasji i zainteresowań – to takie niedojrzałe.

Chociaż w sumie to czego ja wymagam od społeczeństwa, dla którego priorytetem jest wpływanie na życie innych. Dlaczego miałabym spodziewać się braku krytyki wobec tego, czego jedynym celem jest sprawianie przyjemności?

Więcej

Tworzenie

W moim rodzinnym miasteczku odbywa się właśnie wystawa moich prac – głównie malarstwa i grafiki, choć i z rysunku kilka rzeczy się znajdzie (w tym jedno „arcydzieło”, którego nienawidzę, a innym się podoba). Szczerze mówiąc, możliwość wystawienia przed szerszą publikę tych wszystkich dzieł, których robienie kiedyś pożarło mnóstwo czasu, a obecnie kurzyły się za szafą, była dla mnie prawdziwą niespodzianką. Co więcej, zostałam zaproszona na spotkanie z reprezentacjami szkoły podstawowej i gimnazjum, do których sama chodziłam.

Z „Jedynki” (postawówki) pojawiła się cała redakcja gazetki szkolnej „Emilka”. Dzieci przeprowadziły ze mną wywiad, zadając pytania typu: czy warto marzyć, dlaczego tworzę. Nigdy nie uważałam siebie za wielkiego artystę, ale odpowiedzenie na takie pytania w sposób adekwatny okazało się czymś niezupełnie banalnym. No bo tak: warto przeznaczać swój czas na kreowanie, wymyślanie nowych rzeczy – tylko po co? Jeśli komuś nie sprawia to żadnej przyjemności, to efekt najprawdopodobniej będzie mierny i nie przyniesie żadnej satysfakcji. Tak wiele osób, mając możliwości i czas, nie sięga po farby, ołówki… choć to nie tyczy się jedynie sztuk pięknych. Niektórzy po prostu nie czują konieczności wytworzenia kolejnego prouktu. Przyjemność czerpią z innych źródeł i nie mam prawa ich za to krytykować. Czy więc warto tworzyć? Odpowiem, że tak – ale nie będę ukrywać, że jest to subiektywne zdanie.

Sztuki plastyczne są jednak bardzo dziwnie traktowane w obecnych czasach. Mam wrażenie, że zachowały się bardzo stare stereotypy o osobach, które postanowiły kształcić się również w zakresie malarstwa. Usłyszałam wczoraj pytanie: czy w dzieciństwie chciałam zostać malarką? Malarką? Czy to jest pytanie o zawód? Trochę jakby zapytać o to, czy chciałam zostać zbieraczem znaczków. Chociaż tak – w bardzo wczesnym dzieciństwie miałam taki okres, kiedy myślałam, że malarz to osoba, która maluje i sprzedaje po kilka obrazów dziennie, a nie pokrywa ogrodzenia emalią chlorokauczukową o kolorze śliwki węgierskiej schnącej o poranku na indonezyjskim piasku.

Obecnie sztuka jest czymś, co odbiegło od formy zarobkowej w ogromnej mierze. W świecie konsumpcji prawdziwą wartość ma to, co ma swoje zastosowanie użytkowe. Aby dalej tworzyć, a mieć z tego jakieś zyski finansowe, trzeba przerzucić się na dostrzeganie artyzmu w rzeczach widzianych codziennie. Prawie nikt już nie wiesza ręcznie malowanych obrazów na ścianach. Większość osób woli wydrukowane zdjęcia. Jeśli już ktoś zamierza umieścić w pokoju dzieło jakiegoś artysty, to w większości przypadków wybierze masowo wyprodukowają „reprodukcję” Picasso – a nie śmierdzące farbą dzieło nieznanego artysty.

W czym więc widzieć sztukę? Do tej pory twierdziłam, że najlepszym rozwiązaniem będzie dla mnie grafika komputerowa. Tworzenie form do druku (ulotki, plakaty), identyfikacji wizualnej osób i firm (loga, logotypy), oraz stron internetowych wydawało mi się do tej pory jedyną drogą. Na tym zarobić się da (choć w gospodarce obserwuje się od dawna przerost grafików nad zleceniodawcami) i jest to całkiem przyjemne. Ostatnio jednak wpadłam na bardziej odważny pomysł: a gdyby tak zająć się tworzeniem obiektów architektonicznych do gier komputerowych? Brzmi banalnie, prosto i dziecinnie, ale w rzeczywistości jest to praca jak każda inna. Jeśli ktoś miał okazję pograć w nowoczesne gry komputerowe, to pewnie doskonale zdaje sobie sprawę z jaką dokładnością zostały zaprojektowane nie tyle całe mapy, co nawet pojedyncze miejsca. To już nie jest ruszanie się kwadratowym ludzikiem po pikselkowych powierzchniach na dwuwymiarowej planszy. Obecnie osiągnięto w grach taki realizm, że (jak już udowodnił kiedyś jeden bloger) ludzie mają czasem problemy z odróżnieniem screenów z gry od zdjęć rzeczywistych miejsc.

Na koniec powrócę do wczorajszego spotkania. Usłyszałam na nim naprawdę wiele miłych słów. Po tym jak przez ostatnich kilka miesięcy nie miałam zbyt wiele okazji, aby rysować lub malować, teraz mam wielką ochotę rozłożyć sztalugi. Myślę, że każdy, kto tworzy, potrzebuje czasem usłyszeć kilka pozytywnych słów odnośnie swoich prac. To trochę samolubne i egoistyczne, ale też sensowne. Twórca musi wiedzieć, że nie produkuje bezcelowych śmieci. A to, że nadal potrzebuje się upewnić, że tak nie jest, wcale nie czyni z niego buca. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Więcej

Dzieła niewłasne

Dawno, dawno temu, kiedy nie wiedziałam jeszcze czym są rzuty Monge’a i nie potrafiłam narysować z pamięci pseudoperipterosa heksastylowego z opistodomosem tetrastylowym, chodziłam sobie do liceum i nie widziałam niczego złego w robieniu ściąg na sprawdzian z języka francuskiego. Do dzisiaj w sumie nie czuję się winna, bo język francuski naprawdę brzydko brzmi jeśli mówi go osoba o moim tembrze głosu. Olewając więc naukę tego języka, zrobiłam coś dobrego dla świata. W przypadku innych przedmiotów szkolnych, traktowałam je chociaż minimalnie bardziej poważnie. Czasem pomarudziłam, czasem się pozłościłam, ale co trzeba było zrobić, to robiłam. Kiedy miałam siłę i chęć, z uporem dążyłam do celu. Kiedy nie dawałam rady – ponosiłam konsekwencje porażki, lub próbowałam naprawić jej skutki. Poza tym jednym, nieszczęsnym, znienawidzonym językiem francuskim, zawsze dążyłam do tego, aby efekt mojej pracy był zasłużony. I to nie tylko w kwestii edukacji.

Nie będę udawać, że moje osiągnięcia i porażki nie wynikają ze szczęścia lub pecha. To są jednak elementy, będące tylko tłem i niedające się samodzielnie wywołać. Można za to z nich skorzystać i wiele na tym zyskać. Ciężko wyobrazić sobie neutralne warunki osiągania czegokolwiek – takie, że efekt włożonej pracy będzie idealnie mierzalny i przewidywalny. I tak – za pomocą samego tła można wiele zyskać, jeśli będzie się miało szczęśliwy start, prostą drogę i pomyślny finisz. Co to jednak za gra, którą przechodzi się tak wręcz bezczelnie na cheatach?

Mam jednak wrażenie, że dla większości ludzi wokół liczy się tylko efekt. Zaczęłam od przypadku ściągania na francuskim, ale tak naprawdę chyba w każdej dziedzinie życia da się cheatować. Nie zliczę, ile razy gotowce z marketu uratowały mój obiad. Jedzenie jest jednak oczywiście konieczne, ale chciałabym to skontrastować z przypadkami, które się odnoszą do zainteresowań i pasji (nie mówię, że gotowanie nie może stać się hobby, ale to już zupełnie inna sytuacja) – a gdzie ludzie i tak idą na łatwiznę.

Idealnym przykładem jest grafika komputerowa. Cały Internet jest zawalony gotowymi brushami do Photoshopa w kształcie wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić, zdjęciami stockowymi pasującymi do każdego hasła, paletami kolorów, całymi elementami, pełnymi dziełami gotowymi do przeróbki. Własna strona internetowa to kwestia jedynie pobrania pierwszego darmowego szablonu, jaki się napatoczy w Google’ach i zmienienia w nim nagłówka. Dzieło twórcze, już nie własne, a posklejane z prefabrykatów.

Blogi ostatnio też jakieś takie nudne się wydają. Przez wiecznie powtarzające się poradniki tłumaczące sztywno, jak powinien wyglądać blog, jak mają być napisane wpisy, jak często i z jak grubymi rzekami pomiędzy wyrazami (imo justowanie to zło przy stałej szerokości liter), na biedny Internet spadła lawina klonów z codziennie pojawiającymi się nowymi postami o dupie Maryni i ładnymi obrazkami kupionymi na stockach. Te obrazki grają pierwsze skrzypce we wpisach, ale w dobie stron typu kwejk kto by się tam przejmował.

Cała fotografia opiera się na plagiatowaniu dzieł natury. Dlatego przez jakiś czas miałam opory przed nazwaniem tej dziedziny sztuką. Obecnie czasem lubię porobić zdjęcia, tak hobbystycznie – chyba jednak nadal nie mogłabym traktować ich jako wytwory artystyczne, a bardziej jako formy użytkowe. Plastyka za to sama w sobie nie może być jednoznacznie wrzucona do worka z napisem „100% twórczości własnej”. Ile powstało dzieł typu „wezmę se trzy graty z pobliskiego śmietniska, postawię jeden na drugim i wymyślę jakąś zupełnie losową nazwę”?

Mam wrażenie, że ludziom brakuje poczucia satysfakcji ze zrobienia czegoś samodzielnie. Nie ma w nich takiej chęci bycia jedynym i absolutnym autorem danego sukcesu. Wiem, że nie każdy zbiera achievementy do portfolio, ale nie rozumiem, jak można chlubić się czymś, do czego nie prowadziła droga pełna przeszkód i utrudnień, a stało się efektem złożenia w kupę kiku prefabrykatów.

Ułatwianie sobie życia? Tak, to właśnie krytykuję. Skąd się wzięła społeczna aprobata wobec czegoś, co po przeanalizowaniu można by było nawet porównać do złodziejstwa?

Być może źródła trzeba szukać już na pierwszych etapach edukacji i rację mają ci, którzy twierdzą, że to szkolnictwo zabija kreatywność. Nauka wbijana na siłę, wymaganie danej wiedzy tylko dlatego, że jest w programie (znajomość procesów mitozy i mejozy przyda mi się chyba tylko, jeśli będę szukała tematu, którym mogłabym zanudzić rozmówcę na śmierć), brak zachęcania do zainteresowania się przedmiotem, do chociaż minimalnego zaangażowania. Dlaczego na przykład aby być dopuszczonym do poprawy sprawdzianu trzeba udawać, że się nic nie wie, bo tylko w przypadku oceny niedostatecznej można taki test powtórzyć? Dlaczego przyłapany na ściąganiu uczeń na ogół słyszy jedynie „schowaj tą kartkę”, a w razie niezastosowania się do polecenia, już nic więcej? Może biedni nauczyciele zdają sobie sprawę z tego, jakich bzdur muszą czasem uczyć i odpuszczają.

O dziwo, na studiach jest to również widoczne. Wiedza zamiast w mózgu, siedzi na kończynach nabazgrolona skrótowcami. Kopiowanie notatek lub opracowań jest obok oddychania, odżywiania się i wydalania jedną z czynności fizjologicznych niemal każdego studenta. Robi się naprawdę śmiesznie, kiedy owe pomoce naukowe okazują się być napisane w wąskich kolumienkach 5-pikselowym Arialem, jeszcze ze wskazanymi liniami cięcia. Jeśli takie osoby naprawdę nie zamierzają nabyć chociaż części potrzebnej wiedzy, to po co marnują czas na uczelni? A może to ten legendarny gatunek ludzi, który jeszcze wierzy, że studia mają jakiś późniejszy wpływ na umiejętności znalezienia sobie pracy?

Druga sprawa, że na świecie jest za dużo ludzi i za dużo kultury, która jest wtórna. Na każdym kroku czerpie się z osiągnięć poprzedników, mniej lub bardziej świadomie kopiując ich działania i sposoby. Na tym etapie rozwoju cywilizacyjnego nie dałoby się osiągnąć absolutnie niczego, zaczynając od zera. Gdyby nie mniej-kreatywni w dziedzinie rzeźby starożytni Rzymianie, to ich kopie greckich rzeźb nie stałyby dzisiaj w muzeach. Chociaż dam głowę, że znajdą się tacy, którzy potraktują to jako absolutny negatyw :).

Aczkolwiek jestem jednak za tym, aby doceniać twory nieposklejane z gotowców. Kucharze nie mają tego problemu, bo każdy wie, że ciasto u babci smakuje najlepiej a żadna kupiona na mieście buła nie zastąpi kanapki, która będzie się składała dokładnie z tego, na co ma się w tej chwili ochotę. Chciałabym, aby podobnie traktowano resztę kultury. Inaczej świat zamieni się w jedno wielkie skupisko memów.

Więcej

Plastyk – historia prawdziwa

Powoli zamykam kolejny etap życia. Dzisiaj, przeszukując mój dysk twardy, znalazłam zapiski z nieistniejących już blogów z lat 2008-2009 – z czasu kiedy kończyłam gimnazjum i opisywałam wszystkie swoje nadzieje związane z następnym etapem edukacji. Czy moja wizja kolejnych czterech lat się spełniła? Trudno powiedzieć. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że teraz przeżywam coś podobnego. Tym razem jednak, jestem w o wiele lepszej sytuacji. Wtedy, w wakacje 2009 roku, ogromnie się nudziłam, bo z okazji bycia dzieciakiem, musiałam siedzieć w domu. Dodatkowo nie miałam własnego kąta, laptopa, planów na przyszłość.

rysunek

Powyżej praca z konsultacji – moja pierwsza przygoda z Plastykiem.

Skupiałam się więc na zastanawianiu się nad tym, jak będzie w liceum. Kiedy dowiedziałam się, że się dostałam do kieleckiego Plastyka, byłam bardzo szczęśliwym dzieckiem. Nie obchodziło mnie, że z około 30 chętnych dostało się jakieś 27, co czyni to osiągnięcie niezbyt ambitnym – cieszyłam się, że pójdę do takiej elitarnej szkoły. Dzięki nieocenionemu w tamtych czasach serwisowi nasza-klasa.pl, udało się nawet zorganizować spotkanie paru osób z przyszłej klasy. W 2009 roku, tak to opisywałam:

Ogólnie na pierwszy rzut oka będę miała fajną klasę. I nie zauważyłam w niej żadnych plastikowych „RoOsHoFfYcH” panienek.

O, albo taki śmieszny fragmencik:

Podobno naszą wychowawczynią będzie w-fistka. I słyszałam także, że robi ona wycieczki do Hiszpanii. Nigdy nie byłam za granicą, bo strasznie drogie są takie wyjazdy. Ale jak całą klasą pojedziemy to może będą jakieś zniżki. Chociaż to trochę głupio, że będziemy pewnie cały dzień jechać (jeśli nie dwa), potem dzień pobędziemy i wrócimy. Ale ile razy wyobrażałam sobie, jak by to było porozmawiać z kimś po angielsku. Wejść do sklepu i z ledwością kupić to, co potrzeba. Albo pogadać z kimś. Ciekawe, czy ktoś mówiący dobrze po angielsku zrozumiałby cokolwiek z tego, co bym powiedziała.

Trochę ta wizja nie doczekała się spełnienia. Co prawda, wychowawczyni organizowała wycieczki, ale całoszkolne i bynajmniej nie tanie. Za to mój angielski już na pewno nie jest na tak tragicznym poziomie, na jakim był wtedy :D.

Pamiętam, że w gimnazjum czułam się jak ryba wyjęta z akwarium.

A kiedy poszłam do plastyka po prostu przeżyłam szok. „Czy to aby na pewno szkoła?” – pomyślałam po kilku dniach. Ludzie normalni, nauczyciele też (znaczy się na pierwszy rzut oka, co będzie dalej, to się jeszcze przekonam). W ogóle w szkole panuje jakaś taka luźna atmosfera. Można nie tylko wyjmować telefony na przerwach bez przykrych konsekwencji, ale dzwonić, pisać, słuchać muzyki… Poza tym klasy są cały czas pootwierane i można sobie tam siedzieć na przerwach. W ogóle na korytarzach jest strasznie mało ludzi. jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby ktoś mnie kopnął/podstawił nogę/walnął ramieniem. W poprzedniej szkole to była norma. No i disco polo puszczane na przerwach w gimnazjum nie zaliczało się do przyjemności… Te dwie szkoły to po prostu zupełnie inne światy…

Pierwsza klasa była dziwna. Niemal przez cały rok przeżywałam ekscytację tą szkołą. Oczywiście nagle, z dnia na dzień, nie przestałam być głupim dzieckiem. Wciąż popełniałam masę błędów, chcąc się początkowo na siłę z każdym kolegować. Pamiętam też, że wszystko poza Plastykiem przestało dla mnie istnieć. Wracałam wieczorem do domu i zajmowałam się rysowaniem – korzystałam z naprawdę wielu przydatnych informacji z lekcji na pracowniach. Także usilnie próbowałam nadrobić zaległości z gimnazjum – z przedmiotów takich jak matematyka czy angielski, które były do tamtej pory strasznie przeze mnie zaniedbywane. Potem pojawił się konkurs „Poznaj swój wybrany zawód”, który znowu zabrał trochę czasu. Były też lekcje na basenie, które początkowo przyjemne, po jakimś czasie zmieniły się w koszmar. Nie pamiętam zbyt wielu szczegółów poza początkami mojej fascynacji mangą i anime, a później światem Internetu. W mojej małej główce nie mieściło się wtedy to wszystko: ten wszechobecny luz, ciągłe wpajanie pierwszoklasistom, że mają prawdziwy talent i tym sposobem motywowanie ich do pracy. Pamiętam też lekcje technologii informacyjnej, które uwielbiałam, poprzedzone lekcjami rzeźby, które momentami doprowadzały mnie do prawdziwej furii (próby przyczepienia wiecznie odpadającej głowy psu z gliny). Niemniej jednak, czułam się artystką. Czułam się osobą, która trafiła na właściwą drogę w swoim życiu.

rzezba

Myśli te czasem jednak przeplatały się z poczuciem, że wokół mnie jest tyle ludzi „lepszych”. Już w momencie przedstawiania się na początku września, widząc osiągnięcia innych, czułam wyraźnie wszystkie moje braki. Jedna osoba mówiła, że zajmuje się zawodowo fotografią, kto inny uczestniczył w różnych ciekawych wydarzeniach, jeszcze inni sprzedawali swoje prace. Wszyscy byli tacy pełni pasji i mieli mnóstwo zainteresowań. Teraz wiem, że nie tylko ja czułam się w tym gronie mniejsza. Wręcz od osób, na które wtedy patrzyłam z podziwem, teraz dowiaduję się, że ich wrażenia były bardzo podobne do moich.

Dwie koleżanki z mojej klasy dały mi linki do swoich galerii na digarcie, a ja im na dA. Kiedy przed chwilą obejrzałam ich prace to się załamałam. Jedna robi genialne zdjęcia, druga świetnie rysuje. A ja? Chyba obie uśmieją się, kiedy wejdą na moją pseudo-galerię. Kilka przerysowanych z anime postaci, parę zdjęć, które nie są dobre ani ze strony technicznej ani żadnej innej troszeczkę grafiki, która choć ze strony technicznej wychodzi mi w miarę dobrze, to ogólnie zbyt dużo wkładu ze strony wyobraźni w nią nie było. Ogólnie kupa szitów, które podobają się tylko tym, którzy naprawdę nie potrafią w ogóle rysować.

Jakoś późną jesienią powstał ten blog. Myślę, że to również miało jakiś wpływ na moje życie.

Początki w kieleckim Plastyku były wspaniałe. Pierwszy rok zwieńczył dodatkowo plener w Bartoszowicach, którego pewnie nigdy nie zapomnę. Te dziesięć miesięcy w tej szkole były chyba najlepszymi i nie przypominam sobie, aby w większym stopniu zapowiadały to, co było dalej.

Druga klasa, pomimo że z perspektywy czasu okazała się być najłatwiejszą, wydawała ciągnąć się w nieskończoność. To, co w pierwszej klasie było nowością, teraz było zaledwie powtórką. Zaczęłam więc zaniedbywać rysunek i malarstwo, a więcej czasu poświęcać tym „przyziemnym przedmiotom” – fizyce, chemii, geografii. Potem ogólnie szkoła zaczęła mi się nudzić, a ciągłe dojazdy okazały się jeszcze bardziej męczące niż rok wcześniej. Zaczęłam za to chodzić na spotkania Kieleckiego Klubu Mangi i Anime „Kôen公園”, jeździć na konwenty (coraz częściej) i oglądać całą masę japońskich kreskówek. Tak więc, cały artyzm Plastyka zupełnie mi się przejadł i zwątpiłam w sztukę. Tego było po prostu za dużo.

Przedostatni rok okazał się dla mnie renesansem. A przynajmniej jego początek. Lekcje liternictwa dostarczyły niesamowitych przeżyć, a podstawy filmu motywowały mnie do uczenia się nowych rzeczy – nawet ponad program. Mimo braku takiej konieczności, pod koniec roku umiałam już sprawnie obsługiwać After Effectsa. Najdziwniejszym było to, że pomimo tak małej ilości czasu, jaka mi pozostawała (same literki co tydzień zabierały mi od kilku do kilkunastu godzin), zawsze pozostawało mi go na tyle, aby zrobić coś dla siebie. Niemniej jednak był to rok męczący i niezwykle rozwijający twórczo.

Wtedy też zupełnie zaprzeczyłam istnieniu wszelkich talentów i pozytywistycznie zaczęłam dążyć do samodoskonalenia, kroczek po kroczku. Efekty były widoczne.

litery1
litery2

Czym po tym wszystkim stała się klasa ostatnia? Odpowiedź jest prosta i można ją zawrzeć w jednym słowie: nadmiarem. O ile poprzedni rok był raczej „pełen przygód”, końcówka szkoły przyniosła dekadentyzm i artystyczny marazm widoczny w tej pasji tworzenia prac dyplomowych. Skupiłam się głównie na czterech rzeczach: na matematyce (zaczynałam od wikibooksów, poprzez matmana6.pl, na pi.edu.pl kończąc – w szkole mieliśmy zbyt mało godzin tego przedmiotu), na angielskim (który przez te cztery lata z znienawidzonego przeze mnie przedmiotu stał się jednym z ulubionych), historii sztuki oraz poprawnym lub mniej pozyskiwaniu funduszy na te całe studia. Tworzenie grafiki na zlecenia zaczęło mnie jednak przerastać i na początku 2013 roku zaczęłam powoli ograniczać tę działalność. W tym roku zima była bardzo długa i nieprzyjemna, a ciągłe wożenie ciasnymi busami nieszczęsnej pracy dyplomowej było chyba najgorszą torturą. Przez cały czas miałam wrażenie, że wszyscy czegoś chcą. Nie było szansy odpocząć, gdyż gdy tylko wydawało się, że już nic złego mnie nie spotka, nagle ktoś wręczał mi paskudną obiegówkę i kazał latać po szkole, załatwiać wszelkie opłaty, bibliotekę itd. Potem albo jakieś bibliografie, albo jakieś dokumentacje prac dyplomowych, albo jakieś niezwykle ważne zdjęcia na kopertę z pracami… Czułam, że jestem zmuszana do robienia całej masy rzeczy, które niepotrzebnie zabierają mi tylko czas. Potem nagle dyplom, matury i już koniec.

Ahh, zapomniałabym. Studniówka. Ta słynna impreza, na którą miałam nie iść, ale ostatecznie poszłam. Okazała się całkiem fajna, ale do dzisiaj nie jestem pewna, czy była warta takiej kupy forsy. Aczkolwiek, pewnie żałowałabym niepójścia.

Bardzo istotnym zjawiskiem w ostatnich chwilach nauki w liceum plastycznym jest odmracznianie. Opisałam je już w jednym wpisie, więc nie będę się powtarzać.

Czy mogę powiedzieć, że dałam z siebie wszystko? Myślę, że tak. Czy cieszę się z wyboru szkoły pomimo tych wszystkich dodatkowych obowiązków, nieustannego braku czasu i ciągłego zmęczenia? Nadal – praca budowała moje życie, a męczenie się ponad program w pewnym sensie ukształtowało moją osobowość. Czy pomimo tego, że to były cztery lata, a nie trzy, uważam wybór szkoły za dobry? To już jest ciężkie pytanie. Pamiętam, jak w zeszłym roku zazdrościłam osobom z mojego rocznika, które już szykowały się do wyjazdu na studia. Też teraz widzę, że maturzystami są osoby 18-19-letnie, a ja przy nich wyglądam (no może „wyglądam” to niekoniecznie dobry czasownik) jak stara krowa. 4 lata liceum to stanowczo za długo. Nawet pomimo względnej wolności we wszystkich sferach życia, można poczuć się uwiązanym do miejsca zamieszkania. Niby w technikach siedzi się równie długo. Mam jednak wrażenie, że to nie to samo.

Bycie w plastyku zawsze dokleja łatkę. Czasem jest to łatka artysty („Narysujesz mi to? Narysujesz mi tamto?”), a innym razem napuszonego dziwoląga. Większość osób, z którymi rozmawiałam na ten temat, miało wyrobioną jakąś opinię. Z tego powodu, po pierwszej klasie, nie tylko przestałam o tym mówić, ale też w miarę możliwości unikałam tego tematu. Potem zaczęłam dzielić ludzi pod względem tego, czy ta informacja wpłynie na ich opinię pozytywnie czy negatywnie. Parę razy spotkałam się też z osobami, które twierdziły, że jak ktoś jest w plastyku to z samego tego powodu musi od razu doskonale, perfekcyjnie, nieskazitelnie rysować. Teraz to wydaje się być śmieszne, ale początkowo mogło wywoływać poczucie beznadziejności.

Jednak to już koniec. To naprawdę koniec. Jeszcze tylko środowa matura z historii sztuki i będzie po wszystkim. Coś czuję, że zaczyna robić się naprawdę ciekawie.

Przygoda z grafiką tradycyjną

Martwa dyplomowa

Zegar – linoryt na dyplom z grafiki

Więcej