Kategoria: Przemyślenia

Odbieranie budzików

Dzisiaj nie miała się tutaj pojawić notka. Pisać powinnam wczoraj, tak jak sobie to spontanicznie, ale ówcześnie ostatecznie ustaliłam, jednak do tego nie doszło, gdyż sen mnie zmorzył mniej więcej podczas uruchamiania się Open Office’a. Jak to się stało, że dzisiaj, o godzinie czwartej w środku nocy, mniej więcej godzinę przed planowanym wstaniem a pół przed pierwszym budzikiem, siedzę z włączonym laptopem i piszę – tradycyjnie bez celu? Dzieje się tak głównie dlatego, że po praktycznie trzech tygodniach spania średnio po 3h dziennie (mój organizm z powodu braku wyboru i niechęci buntu z powodu zbytniego lenistwa został zmuszony do pogodzenia się z tym i pomniejszego przyzwyczajenia się), ostatniej nocy nareszcie mogłam sobie odpuścić pobudkę w środku nocy (według mojego biologicznego zegara godzina 5 to sam środek nocy, jeśli nie nawet jej początek) i uzupełnić braki w energii na tyle, aby móc wreszcie chociaż ten jeden dzień przefunkcjonowac sobie normalnie. Okazało się to jednak nie takie proste, gdyż już po kilku godzinach dały się we znaki efekty tych trzech tygodni. I wtedy postanowiłam powrócić do kofeiny i – z powodu niechęci do kawy – zrobiłam sobie yerba mate. I w ten oto sposób, po zapisaniu drobną czcionką, kratka pod kratką, 10 stron w zeszycie od wosu, po próbie zrobienia pierwszej z tragicznej liczby kartek na literki i po wykuciu architektury klasycystycznej, nadal mam jeszcze masę energii, którą naprawdę szkoda by mi było zmarnować.

Sen – jak uczą wszyscy wokół – jest rzeczą niezwykle konieczną do funkcjonowania. Powinnam teraz iść spać, bo pisanie tej notki nie jest czymś, co byłoby dalekie od marnowania czasu, a z powodu nadmiaru przyzwyczajeń do nie brania się za nic o tej porze (chciałabym kiedyś zlikwidować u siebie tę barierę w mózgu, jednak to nie takie proste), które to wyhodowało we mnie samo życie, nie wezmę książki, nie otworze Photoshopa, nie zrobię nic sensownego. I chyba nigdy nie zrozumiem, dlaczego pomimo to, nadal stukam w klawiaturę przed panelem joggera.

Jutrzejszy dzień będzie bardzo schematyczny, już z góry to wiem. Obudzi mnie pewnie trzydziesty budzik, a kilka poprzednich nawet odbiorę (budziki w telefonie), z czego dwa czy trzy pierwsze będą nawet posiadały rozmówcę. Kiedy jednak będę na tyle świadoma, aby obliczyć, że jeszcze kilka drzemek i moja przygoda ze wstawaniem skończy się spóźnieniem na pociąg, wezmę telefon aby upewnić się, że przez sen nie wykręciłam podświadomie jakiegoś numeru i w zombie-mode nie wypowiedziałam jakiś losowych myśli. Chociaż zawsze się okazuje, że poranne rozmowy są jedynie efektem zaspanej wyobraźni, zawsze jednak lepiej się upewnić :). Dalszej części dnia opisywanie mija się z celem.

Doszłam ostatnio do wniosku, że moje hipsterstwo zamiast maleć z wiekiem, wzrasta w zbyt szybkim tempie. Niedługo będę taką indywidualnością, że Kordian i Konrad razem wzięci mogliby się schować. A tak na serio, to jedyne, co mnie wyróżnia z tłumu to to, że – jak ostatnio wywnioskowałam – nie umiem pracować w grupie, żyć w stadzie i ogólnie gdyby ktoś miał mnie przydzielić do jakiejkolwiek grupy, to najserdeczniejszym życzeniem, jakie mogłabym skierować do otoczenia, byłoby „aby to nie była twoja grupa”. Dlaczego tak? Otóż mój wewnętrzny antykonformizm, który urodził się jako efekt uboczny nie-aż-tak-dawnej walki wewnętrznej z konformizmem, każe mi tak się ustosunkowywać do opinii publicznej, że gdy tylko coś staje się ogólnie cenione, zaczynam zbliżać się do postawienia oceny negatywnej samym tym faktem, a widząc, że inna rzecz jest odrzucana przez innych – skupiam się na niej. Działa to też odwrotnie – kiedy zaczyna mi na czymś zależeć, od razu wszyscy, którzy przed tym z wielką chęcią by się za to zabrali, teraz odsuwają się od tego, a kiedy coś staje się dla mnie nieistotne, zaczyna okazywać się, że jest to coś tak znaczącego, że muszę koniecznie znajdować na to czas. To jest w sumie trochę śmieszne.

A tak poza tym to u mnie wszystko okej, poza faktem, że perspektywa przetrwania przez całą zbliżająca się zimę zabija mnie od środka. Ale o tym innym razem :).

Więcej

Obrazke dwa

obrazke

A teraz paplanie o niczym.

Jedną z rzeczy, które najbardziej mnie wkurzają w mieszkaniu z rodzicami jest to ciągłe czekanie… Nie rozumiem, dlaczego, ale jakoś wyjątkowo źle odbierane są wyjazdy częstsze niż raz na kilka miesięcy. Zawsze muszę trochę odczekać, kiedy chcę opuścić ściany tego domu. „Bo nie wypada”, „Bo cię nie stać” (oni wiedzą to lepiej, bez wątpliwości), „Bo nie możesz się tak wozić” (tego już kompletnie nie rozumiem). To samo jest z wszelkimi czynnościami zajmującymi więcej energii lub czasu – „Dopiero przyjechałaś, a już chcesz malować w pokoju?”. Ja w zupełności rozumiem, że rodzice jako ludzie starsi ode mnie, nie posiadający wakacji, zajęci pracą, mogą nie mieć energii na myślenie i planowanie działań jednego po drugim, ale smuci mnie, że i ja jestem przez to ograniczana. Kończą mi się wakacje, więc jak mam zwlekać ze wszystkim… Nie chcę aby standardowo zabrakło dni, podczas gdy teraz siedzę i się nudzę. I tak tez często bywa, że przez dość długi czas nic się nie dzieje, aby potem w krótkich odstępach czasowych (lub bezpośrednio na raz) zaczynały się dziać te wszystkie wydarzenia, na które się tyle czekało. I wtedy trzeba wybierać…

Druga część notki. O czymś innym, a mianowicie o pewnym stanie, który pojawia się czasami i jest to coś, bez czego życie byłoby o kilkadziesiąt procent lepsze. Pojawiają się czasami takie chwile – zwykle nie spowodowane niczym (to jest właśnie najgorsze – nie ma jak im przeciwdziałać) w których wszystko zaczyna tak wkurzać – jedyne, na co wtedy mam ochotę to rzucanie tym, co znajdzie się pod ręką (na szczęście powstrzymuję to pragnienie). Potem zaczynają płynąć jebane łzy – niepotrzebne, nie przelewane za nic, bez powodu. I wszystko zaczyna być takie jeszcze bardziej bez sensu i to, co kiedykolwiek udało mi się osiągnąć traci znaczenie, podczas gdy wszelkie życiowe porażki stają się klątwą, a przyszłość zapowiada stopniowe pogorszenie wszystkiego. A potem powoli zajmuje czymś myśli – rozmową na jakiś średnio interesujący temat, pisaniem na blogu, zaśmiecaniem twittera… I po chwili przechodzi. Ale zawsze zostawia ślad :/.

A teraz czas na uspokajająca potęgę przyrody. Na widok żółtawofioletowego wschodu słońca od razu poczułam się lepiej. Jak to jest, że taka drobna rzecz tak cieszy?

Więcej

Nic.

Chwilowa przeplatanka pomniejszego natchnienia i typowego art-blocka zmusiła mnie do sprawdzenia, które z tych zjawisk w danej chwili przeważa, więc zabrałam się za pisanie tego posta – drugiego w te, kończące się już, wakacje.

Ze wszystkimi zmianami w życiu – nawet tymi najdrobniejszymi wiążą się uczucia mające w nich swoje źródła. Kiedy jest ich za dużo, można albo iść spać z nadzieją, że za kilka godzin obudzi się ich jedynie część, albo w charakterystycznym dla mnie działaniu, wziąć się za wypisywanie różnych śmiesznych, niepowiązanych ze sobą za bardzo zdań, składających się w całość jak wycinanka z gazet zrobiona za pomocą kleju z tesco za złotówkę. Czasem to jest naprawdę uspokajający sposób wmuszenia w siebie myślenia ograniczającego się wokół powoli pisanych słów, innym razem działa to na umysł jak wycieranie kurzu ostrym, gruboziarnistym papierem ściernym.

Ciągle piszę nowe zdania i je kasuję – czyżby niepewność jednak postanowiła mnie dzisiaj podenerwować?

Nie rozumiem upływu czasu… Wydaje się taki niestały. Możecie mnie zabić za profanację podstawowych praw fizyki, bezczeszczenie matematyki i reprezentowanie ignorancji wobec zdecydowanej większości nauk ścisłych, jednak czasami naprawdę mam wrażenie, że pojedyncze sekundy mijają kilka razy wolniej lub szybciej niż powinny. Jak to jest, że czasami 5-10 minut ciągnie się w nieskończoność, a innym razem 2 miesiące znikają zanim zdąży dotrzeć, że się zaczęły… Bezsens. Nigdy nie potrafiłam odpoczywać.

Ostatnie półtora tygodnia wakacji chcę wykorzystać twórczo. Jednak nadal nie potrafię sobie poradzić z odruchem wmawiania sobie, że na coś czekam. Potem w głowie lata mi zdanie „nic mi się nie chce”, a jego cel sprytnie chowa się za słowem „nieistotny”. Lenistwo, jako potwór zbyt ciężki, aby go przenieść w inne miejsce rozwijał się i ewoluował przez te wszystkie lata mojego życia, nie dając najmniejszych szans na jego pozbycie się. I teraz, kiedy nie przygniata mnie sterta książek, stworzenie to warczy i syczy abym nie mogła chociaż na chwilę o wszystkim zapomnieć.

Najgorsze jest to, że coraz słabiej czuję radość tworzenia, a coraz silniej coś pomiędzy smutkiem a złością, kiedy ktoś zbyt bliski powie coś zbyt krytycznego odnośnie mojej „tfurczości”. Że moje notki są emo, że są polaczkowe, że są dziecinne, że blablabla – niby nie powinnam tego brać do siebie, bo w końcu każdy ma inne poczucie humoru, a skoro mojego nic nie rozumie, to – myśląc pozytywnie – można stwierdzić, że jest ono wyjątkowe, niepowtarzalne. To samo można stwierdzić o rozdeptanym ślimaku, którego resztki ułożyły się w śmieszny wzór na chodniku.

Zazdroszczę tak bardzo tym wszystkim ludziom, którzy potrafią tłumic w sobie uczucie (lub go normalnie nie doświadczają) zmarnowania czasu. Kiedy pojawiają się przede mną destrukcyjne pytania typu „W czym jesteś dobra? Co jest obecnym owocem Twojego życia, które już tak ciągniesz, narzekając na wszystko po kilka razy na minutę? Jaki masz cel?” moja odpowiedzią jest tylko „yyy… eee…”, co w sumie doskonale demonstruje stan moich umiejętności i aspiracji.

Stanęłam tak sobie dzisiaj wieczorem na środku mojego pokoju i doszłam do wniosku, że bałagan w nim nie jest już tylko fizyczny, ale rozpostarł swoją złowrogą aurę na wszystko wokół. Może sobie przemaluję ściany na jakiś nowy kolor…

Mam ochotę komuś zrobić na złość. Jednak to już by wymagało większej motywacji.

Więcej

Co jest?

Ponieważ długo już nie pisałam, nadszedł wreszcie ten czas, aby posprzątać sobie ten cały bajzel w głowie i poukładać co niepotrzebniejsze myśli pomiędzy zdaniami na tym blogu. Nastrój mam dobry, więc smętów nie będzie – jeśli ktoś stwierdzi inaczej, będzie to uwarunkowane jedynie złym wpływem, jaki wywarło środowisko zewnętrzne na jego sposób postrzegania wypowiedzi składających się ze zdań niepojedynczo złożonych, nie zawierających nawet 5% emotikon jakie powinny zawierać, aby – w jego mniemaniu – mogły się zaliczyć do „niesmętów”. Jednak – ponieważ nie piszę tego bloga dla osób, które koniecznie chcą poczytać Różne Bardzo Śmieszne Rzeczy z Dużą Liczbą Emotikon, a jedynie tak skromnie dla siebie – kontynuować będę pisanie w ten sposób.

Dobrze, głupi wstęp odstraszający przeciętnych czytelników mam już za sobą – mogę więc zacząć pisać swobodnie, zapełniać tę kartę ofisa. Jednym z celów tego bloga jest pisanie o rzeczach, które zapewne nie byłyby wysłuchane w innej formie, a już na pewno nie w formie dialogu. Większość ludzi tak denerwuje, kiedy na pytanie „co jest?” odpowie się „nic”. Ja uważam, że „nic” to najlepsza odpowiedź na to pytanie, gdyż osoba, która je zada rzadko kiedy zrozumie o co tak naprawdę chodzi, nawet po dłuższej rozmowie. Cechą iście ludzką jest reakcja polegająca na zinterpretowaniu tylko początku wypowiedzi (po swojemu) i przejęcie się nim tak, że aż ciąg dalszy zostaje zignorowany. Tak mało osób potrafi słuchać… Odbiorca nawet krótkiej wypowiedzi robi wszystko aby tylko móc ocenić (nawet podświadomie), chce znaleźć się albo po stronie mówiącego, albo przeciw niemu; chętniej wybiera opcję drugą, gdyż daje ona znacznie większe pole do popisu w dyskusji. Ludzie wprost uwielbiają uświadamiać drugą osobę, że nie ma ona racji. Dodatkowo stwierdziłabym nawet, że czym bardziej ktoś na siłę szuka błędów w rozumowaniu drugiego, tym trudniej mu się przyznać do własnych. Czyżby podświadomie postawił swój umysł wyżej? Oczywiście to, co tu piszę to tylko moje drobne domysły, ale czy nie za często znajdują one odzwierciedlenie w rzeczywistości aby nazwać je losowymi i wyssanymi z palca?

Temat drugi, powtarzany aż zbyt wielokrotnie na tym blogu, czekający na ostateczne zamknięcie: uczucia/emocje. Ostatnio coraz częściej się słyszy, że to słowa przereklamowane, swoiste wytłumaczenia poszczególnych zachowań – oczywiście tych najbardziej nielogicznych, głupie powody, dla których ludzie robią nie jedną rzecz a drugą, wręcz traktuje się ich nadmiar u drugiej osoby jako coś złego, coś, czego trzeba koniecznie unikać. Ja nie będę wnikać, co jest tu tylko wymyślonym przez „nielogicznych” słowem, a co istnieje w rzeczywistości – za mało mam danych, aby cokolwiek stwierdzić na 100%. W każdym razie działa sobie taki skromniutki mechanizm w organizmie każdego człowieka, że – mówiąc ogromnym skrótem (przyznam się do swojej niewiedzy z zakresu biologii) – jak jest dopamina to człowiek jest szczęśliwy, a jak jej nie ma, to mniej. I nigdy nie uwierzę, że to, że jest mi teraz smutno a następnym razem wesoło zależy od tego, że tak sobie sama ustaliłam – chyba specjalnie aby torturować wszystkich wokół. Jeśli nie mam nastroju, to nie jest to wynikiem mojego „a teraz pozbieram sobie trochę atencji od wszystkich wokół, wmawiając sobie, że jest mi tak smutno”, a jedynie głupią biologią i prawami rządzącymi przyrodą. Gdyby nie to, że nauki biologiczno-chemiczne to ta część nauk wszelkich, którą zgłębiać bym chciała najmniej, z pewnością po wielu latach prac i kucia zaczęłabym badać wpływ niskiego ciśnienia i złej pogody na dostarczalność dopaminy skądśtam gdzieśtam. Ale mniejsza, sławnym biologiem nie będę – w tym momencie moja najbardziej prawdopodobna przyszłość to wieloetatowy, profesjonalny obsługiwacz produktów łopatnych w celach tworzenia w ziemi powierzchni znacznie wklęsłych. Jak rozróżnić dobry nastrój od złego: stwórz z nieliczną grupą znajomych wydarzenie na facebooku typu „Gräsklippare Day„ (Dzień Kosiarki), zaproś zupełnie niepowiązane ze sobą osoby i czekaj na efekty, śmiejąc się pośród osób z tego grona, że nadal osób uczestniczących jest tyle co stworzycieli wydarzenia – to jest nastrój dobry, dopamina leje się jak w Rosji wódka. Zły nastrój jest wtedy kiedy zaczynają pojawiać się niezwykle irytujące myśli, typu „kurwa, co ja robię, po co to?”. To jest przykład wzięty z życia – przecież na potrzeby głupiego przykładu do fragmentu wpisu nie wymyśliłabym czegoś aż tak złożonego.

Noszę od dwóch dni okulary. Słyszałam już zbyt wielu wersji „jak w nich wyglądam”, więc opis sobie daruję. Oprócz tego niesamowitego uczucia, jakim jest możliwość zobaczenia czegoś, co jest dalej niż pół metra ode mnie wyraźnie, pojawiło się jednak kilka rozczarowań. Już teraz mogę stwierdzić, że są one brudne, co mnie niepokoi, gdyż nie chcę sobie zniszczyć wzroku podczas właśnie zapobiegania jego zniszczeniu. Mam nadzieję też, że po jakimś czasie zniknie we mnie to uczucie noszenia na sobie maski, czegoś co chce się jak najszybciej zdjąć. Ostatnią sprawą związaną z okularami jest uświadomienie sobie jak bardzo rozleniwiłam mózg dostarczając mu tak mało danych za pomocą wzroku, że aż przyzwyczaił się do rozpoznawania odległości nie po wielkości danego obiektu a po jego ostrości. Kiedy wszystko stało się ostre i wyraźne, nagle ta głupia możliwość zniknęła i trzeba porównywać wielkość widzianego obiektu do jego wielkości rzeczywistej, co jest procesem o wiele bardziej skomplikowanym. Choć w sumie do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Doszłam właśnie do wniosku, że to, co piszę na tym blogu nie jest chaotyczne jedynie podczas pisania, a kiedy nawet ja próbuję to przeczytać, okazuje się, że to kupa nieposklejanych ze sobą zdań, każde na inny temat, każde w innej formie. Nie wiem, co mnie podkusiło do zerknięcia wyżej w świeżo napisany tekst, ale postaram się więcej nie popełnić tego błędu.

Więcej

Nicmisięniechce, choć nicniemuszę

Ostatnio dwie związane ze sobą ściśle rzeczy bardzo mnie zdziwiły. Otóż przypadkiem zdarzyło mi się rozmawiać przez gg z jednym dość dawno niewidzianym znajomym. Chociaż rozmowa nie trwała długo, w pewnym jej momencie powiedział, że cieszy się, że mógł ze mną pogadać. Chwilę później na jednym czacie ktoś inny się mnie pytał, dlaczego do niego nie piszę… To dało mi do myślenia. Tyle razy było mi smutno, że nikt do mnie nie pisze, ale sama do nikogo nie napisałam. Przejeżdżając kursorem po szatańskiej liście 666 kontaktów, analizowałam po kolei myśląc „ta jest pewnie zajęta”, „ten mnie pewnie nie pamięta”, „z tą nie chce mi się rozmawiać”, „z tym nie mam o czym”, „ten… kto to w ogóle jest?”, „z tą kontakt się urwał wieku temu”, „ten, tan i ten są pewnie zajęci”, „ta, ta i ta w sumie nigdy nie były jakoś rozmowne”. I za każdym razem, kiedy nie mogłam znaleźć kogoś do rozmowy, towarzyszyło mi to destrukcyjne uczucie, że przecież ja zabrałabym ich cenny czas, że takie napisanie do kogoś to wpieprzanie się na siłę w jego życie… Że skoro ta osoba do mnie nie pisze, to jest spora szansa, że po prostu najzwyczajniej w świecie nie chce ze mną rozmawiać…

To nie jest tak, że nie próbowałam. Kiedy co jakiś czas już z kompletnych nudów napisałam do kogoś, to zwykle się pojawiało (choć nie dosłowne) pytanie o cel tej rozmowy. Osoba, do której pisała, prawie zawsze wymagała ode mnie wytłumaczenia, dlaczego dopiero teraz, co mną kierowało w tej decyzji, po co w ogóle piszę itd. Wśród tych pytań przemawiało zdenerwowanie, że zabieram komuś cenny czas na ‚taką po prostu rozmowę o niczym’, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nagle wszyscy wokół mnie przybrali status wielce zapracowanych, a ja jedna stałam się głupim leniem, który nawet ma czas, aby porozmawiać o czymś niebędącym koniecznością, o czymś od czego nie zależy ani życie, ani praca, ani pieniądze. I tak przez ostatnie pół roku większa część moich rozmów poza kilkoma kontaktami było rozpoczynane na konkretny temat i kończyło się, kiedy się urywał. Wyglądały one przykładowo tak: „-hej, wiesz może, co jest zadane z angielskiego? -zad 4/65. -dzięki -nmzc”. Jednak były i są osoby, do których pisywałam co jakiś czas, ale kiedy na kilka moich zdań otrzymywałam po kilku-kilkunastu minutach emotikonę lub pojedyncze słowo, upewniłam się w stwierdzeniu, że takie pisanie do kogoś, kto nie jest „close friend”, jest po prostu wpieprzaniem się w jego życie…

W ciągu ostatnich kilku dni usłyszałam pytanie „po co ja w ogóle siedzę na tych wszystkich ircach”. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że po prostu dlatego, że pisząc tam nie pojawia się uczucie wpieprzania się w czyjeś życie. Zawsze znajdzie się ktoś, z kim porozmawia się na dowolny temat, choćby mieszczący się w określeniu „narzekanie na pogodę”. Ponieważ na kanałach jest zwykle sporo osób, wypowiedź nie jest kierowana do nikogo konkretnego, a kto się do rozmowy włączy, da wyraźny znak, że dysponuje czasem lub nie ma nic przeciwko rozmowie na taki właśnie błahy temat.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni mój laptop przez większą część dnia był wyłączony. Kiedy się nie ma większych obowiązków związanych ze szkołą, nie trzeba poświęcać tyle czasu na odkładanie ich na później, odświeżając fejsbuka, czytając jakieś kwejki, czy pisząc na ircach i czatach na tematy ściśle nieistotne. Dopiero wtedy można w pełni cieszyć się z ostatniego w tym roku szkolnym biletu miesięcznego na busa do Kielc – tego luksusu będzie mi brakować w wakacje. O ile w zeszłym roku mogłam sobie pozwolić na okazyjne przyjazdy do tego miasta, to teraz przy dwukrotnie droższym bilecie będę musiała sobie tak zorganizować wakacje, aby jak najmniej czasu spędzić leżąc w domu, ubolewając nad kolejną podwyżką ceny biletu na busa, która to w ciągu tego roku zdążyła się już podwoić. Wracając – te ostatnie kieleckie chwile spędziłam w gronie znajomych i muszę przyznać, że tego mi brakowało przez te wszystkie miesiące spędzone na facebooku, trzęsąc się pod kocem z zimna, starając się nie patrzeć na rosnącą na biurku stertę zeszytów i podręczników. Przez te miesiące bardzo długo było mi smutno z powodu samotności, a każdy raz kiedy nowa wiadomość okazywała się spamem odbierał mi wszelkie poczucie sensu tego wszystkiego.

Bo życie to poczekalnia przed polskim gabinetem lekarskim. Najważniejsze to zdążyć przed śmiercią kapnąć się, że przecież można wyważyć drzwi.

Ostatnia rzecz, jaką chciałam napisać w tym poście to to, że szczerze nienawidzę, kiedy ktoś mi przerywa pisanie. Po to drzwi są zamknięte, aby nie wchodziła co chwila babcia, narzekając, co muszę zrobić, co muszę zrobić lub co muszę zrobić. Wkurwia mnie to niezmiernie, bo nienawidzę jednocześnie pisać, karmić psa, wynosić śmieci, sprzątać rzeczy siostry z korytarza i zmywać garów, mam tylko dwadzieścia osiem rak i trzydzieści cztery nogi, przy tak małej ilości kończyn wolałabym jednak zrobić jedną rzecz, potem drugą, a dopiero po drugiej trzecią. Niestety niektórzy twierdza inaczej. Kolejnym cudownym przerywnikiem pisania jest to niesamowicie przyjemne uczucie kiedy przypadkiem nie usłyszę, że ktoś mnie wołał z dołu, choć miałam słuchawki na tyle cicho, aby nie słyszeć tylko dźwięków wydawanych przez brata. Dlaczego ktoś ma mieć do mnie pretensję, że nie potrafi na tyle głośno krzyczeć, aby przebić brata o te kilka decybeli. Ewentualnie, jak już ktoś jest bardzo zdesperowany i nie może przeżyć braku mojej obecności, to mógłby przejść się te kilkaset kilometrów z kuchni do mojego pokoju. Ale czy mój brak reakcji na nieusłyszane wołanie jest powodem do awantury? Ja mam takie dziwne wrażenie, że nie, aczkolwiek mogę się mylić.

Więcej

A tak inaczej

Pod wpływem kolejnej niepowstrzymywalnej grafomańskiej chęci zaśmiecenia internetu kolejnym wpisem, moje dłonie spoczęły na klawiaturze, a w oknie OpenOffice’a zaczęły formować się kolejne zdania. Brak połączenia sieciowego o tej porze doskwiera najmocniej. Nie zmienia tego nawet fakt, że mam dużo ciekawych rzeczy do zrobienia, niezwiązanych z internatami – choćby sklejenie filmików z wycieczki w jedną całość czy obejrzenia zawartości stale powiększającego się folderu „Filmy”. Jednak niestety czasami naprawdę ciężko zapanować jest nad ukierunkowującymi myśli na niekoniecznie pożądane tory grafomańskimi pragnieniami, i wtedy wszystko inne przestaje być takie ważne, a przynajmniej takie zajmujące, jak wypisywanie głupot na tym blogu. Tego typu sytuacje często doprowadzały do tego, że rzucałam wszystko i zaczynałam pisać – tak po prostu, bez celu. Wiele z tych tekstów zostało skasowane następnego dnia, bądź w ogóle nie zostało zachowane. Dobra, starczy wstępu.

Ten wpis miał traktować o tym, jaka jest różnica pomiędzy tym, co mówimy, tym co myślimy, że mówimy i tym, co myślimy. Na ogół twierdzi się, że cośtam się mówi, a cośtam się myśli i kiedy jedno cośtam jest równe drugiemu to wtedy oznacza prawdę, a jeśli nie, to fałsz. Taka przedszkolna definicja, którą zna każdy, choćby nawet nigdy się nad tym nie zastanawiał. Ciekawie dopiero się robi, kiedy podzieli się te myśli na dwie, bądź więcej płaszczyzn. Nie wiem, jak Wy, ale ja coraz częściej zadaję sobie pytanie, czy coś, o czym w danej chwili myślę jest tak naprawdę moją osobistą opinią, czy jedynie „tym, o czym chcę myśleć”. I coraz częściej przyłapuję się na tym, że tak wiele rzeczy przez te osiemnaście lat mojego słitaśnego życia, było zniekształcone przeciwko mojej najwewnętrzniejszej warstwie świadomości – zniekształcone przez przyzwyczajenia, zniekształcone przez jakieśtam opinie czy zdania innych, zniekształcone przez wydarzenia, których byłam uczestnikiem bądź świadkiem. Jak wiele moich czystych myśli zostało zabrudzonych otoczeniem, środowiskiem, które nie dość, że jest na tyle potężne, aby wdzierać się do mojego umysłu siejąc tam zamęt i likwidując wszelkie indywidualności i odstępstwa od ustalonej przez nie wiadomo kogo normy, to jeszcze zawsze pojawią się osoby, które znajdą dostatecznie dobry sposób, aby odechciało mi się odrzucać nacisk z zewnątrz. To bywa przykre, ale no cóż, tak jest ten świat skonstruowany – jak ktoś jest na tyle silny, aby nie stanowić reprezentanta szarości społecznej klonów, to zaraz musi trafić na zgraję osób, które zrobią wszystko aby upodobnić go do siebie.

W każdym razie zmieniłam lekko temat, a miałam wypisywać moje pozbawione sensu psychoanalityczne tezy, nie związane z żadną wiedzą czy nauką a jedynie oparte na obserwacji moich myśli, które zostały zresztą do tego stopnia zdegradowane, że ciężko powiedzieć, która ich część istnieje naprawdę, a która powstała jako owoc imaginacji wnętrza umysłu przez osobę, która o takich sprawach nie ma więcej wiedzy niż o geografii politycznej afryki, którą to wiedzę udowodniła wyjątkowo taknaserioniespodziewaną niepozytywną oceną zeń.

No więc tak: zawsze kiedy mówimy jedną rzecz, jest ona oparta na tym, o czym w danej chwili konwersują nasze najbardziej zewnętrzne myśli – niewypowiadane na głos słowa, poukładane w zdania, zawsze w jakimś konkretnym języku, w moim przypadku w polskim. Jak często coś o czym myślałam, wyraźnie do tego stopnia, że nie byłoby problemem zapisaniem ich w postaci słów i zdań, gdyby dało się do nich w jakiś sposób dotrzeć, okazuje się tak naprawdę jakimś zapożyczeniem, ściągniętym z zewnątrz szablonem myślowym, nie mającym zbyt wiele wspólnego z tym, co znajduje się wewnątrz umysłu. Najśmieszniejsze sytuacje powstają wtedy, kiedy myśli zewnętrzne kłócą się z sojuszem słów wypowiedzianych i myśli niepomyślanych. Przykładem może być pisanie wesołych rzeczy podczas koszmarnego nastroju, który wywołany był w sumie niczym i tak naprawdę został jedynie wmówiony jako ogromne zwielokrotnienie zażenowania wynikłego z konieczności pisania wesołych rzeczy.

Tak w ogóle to koniecznie muszę przeczytać coś o psychoanalizie, bo moja wiedza na ten temat jest na poziomie niedostatecznym, tudzież żałosnym, a tezy wysnute na podstawie własnego chorego światopoglądu mają mniej więcej tyle wspólnego z prawdą, co reklamy wyborcze przed każdymi wyborami. Może jakieś dzieła Freuda czy Junga znalazłyby się na półkach biblioteki w Suchedniowie, takie dziarskie i gotowe do stania się ofiarami przeczytania.

Czas na drugą część tego posta. Z okazji, że z przyczyn prawdopodobnie pogodowych moje arcyniezawodne połączenie sieciowe (tak dla absolutnej odmiany) postanowiło odpocząć, postanowiłam, że dopiszę tu coś jeszcze. Nie, że miałabym coś sensownego do powiedzenia, ale po prostu prawda jest taka, że chce mi się pisać, a zostałam pozbawiona możliwości zawarcia z kimś rozmowy.

Nigdy nie rozumiałam, jak można narzekać na gorące lato. Rano, kiedy się budzę, słońce razi mnie w oczy zza okna, a w pokoju jest tak gorąco, że aż chce się z niego wyjść. Dla porównania – zimą, kiedy leżąc pod dwiema kołdrami i kocem, słyszę to małe, czarne, dzwoniące gówno, oznajmiające swoim nad wyraz wkurwiającym tonem, że oto właśnie nadszedł nowy dzień (potwierdzeniem tego jest panujące za oknem ciemność, zuo i mhrok) i powinnam żwawo wstać z wygrzanego, cieplutkiego łóżeczka, i wyruszyć poprzez lodowce i lądolody, busem przepełnionym brakiem powietrza do szkoły, gdzie będę mogła w spokoju kontynuować tą übercudowną funkcje życiową, jaką jest marznięcie. Jak tylko o tym pomyślę, to aż robi mi się zimno – już za pół roku doświadczę uczucia, jakim jest świadomość posiadania całej, długiej zimy przed sobą. Myślenie o tym jest bez sensu, ale co poradzić – jeśli znasz jakieś sposoby, aby ukierunkować mózg na myślenie o tym, o czym się chce w danej chwili myśleć, to podziel się protipem. Nie mam pojęcia, kiedy minął maj, jak to się stało, że dopiero co śnieg stopniał, a już powoli zbliża się koniec roku szkolnego. Czy ja napisałam „powoli”? Czasem pojawia się przede mną to nieprzyjemne uczucie – świadomość marnowania cennego czasu. Zawsze, ale to zawsze, kiedy trwa jakaś przyjemna, a niezbyt krótka chwila, to musi do mnie dotrzeć wewnętrzny rozkaz wykorzystania jej dobrze, wykluczając każdego rodzaju marnowanie. To naprawdę przeszkadza w życiu – gdy tylko mam kilka godzin wolnego czasu, zamiast wziąć się za coś przyjemnego do roboty, tylko siedzę i zastanawiam się, co zrobić, aby tej chwili nie zmarnować. A kiedy tyczy się to tej lepszej połowy roku, pojawia się jeszcze ta koszmarna perspektywa powrotu zimy. Najlepszym, a przynajmniej najłatwiejszym sposobem na to jest staranie się wbić sobie do tej pustej głowy, że przecież nawet jeśli przyjdzie zima, to potrwa ona jedynie kilka takichzupełniekróciutkich miesięcy, a potem będę mogła na nowo cieszyć się blaskiem braku śniegu o poranku :).

Cudownym jest tez fakt, że sezon sprawdzianowy powoli dobiega końca. Zostało jeszcze praktycznie 5 dni (nie licząc łikendu) do wystawienia ocen, a coraz więcej przedmiotów opuszcza grupę pod tytułem „do poprawienia”. Jeszcze tylko kilka prac do oddania, kilka ocen do poprawienia i będę mogła uśpić tą część mózgu, która odpowiada za wytwarzanie hormonu stresu. Z każdym zaliczonym przedmiotem czuje się o wiele lżejsza – nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo te wszystkie obowiązki mnie przygniatały przez ostatnie dziesięć miesięcy. Nawet średnia przerosła moje oczekiwania – co prawda nie można jej porównywać do ocen sprzed roku czy dwóch, ale spodziewałam się znacznie gorszych ocen, zwłaszcza z przedmiotów, którym poświęcenie czasu uznałam za zbyteczne.

Szykuje się epickie lato. Czuję, że tym razem nie prześpię połowy xD.

Więcej

Nowa myśl

Przed chwilą moje myśli przeskoczyły niespodziewanie na inny tor. Aż się zdziwiłam – tak nagle pękła jakaś więź, która nie pozwalała mi dociec do odpowiedzi na pytanie męczące mnie od miesięcy. I chociaż w tym momencie nie mam dostępu do internetu, to zdecydowałam się to napisać w celu przeklejenia na bloga w niedalekiej przyszłości.

W każdym razie… Od dawna (co dało się zauważyć w kilku postach na tym blogu) byłam zajęta szukaniem czegoś, co mogłabym robić w życiu, tak dla siebie, dla własnej przyjemności. Poszukiwania te rozpoczęły się po ustaleniu, że jedynie czynność wykonywana z chęcią i z własnej nieprzymuszonej woli może być tym, co tak naprawdę doprowadzi mnie w przyszłości do wyznaczonego celu jakim jest życie stosunkowo bezproblemowe i nienudne. W tym celu w całej gamie moich übersłitaśnych talentów próbowałam odnaleźć ten wiodący, który jednocześnie odnosiłby się do czynności, którą wykonywać lubię, a z drugiej strony za parę lat mógłby przyczynić się do znalezienia pracy z nim związanej, którą wykonywałabym z uśmiechem na twarzy, co sprawiłoby, że byłaby ona spełniana dokładniej, sumienniej, staranniej i by mnie nie nudziła. I tak sobie istniałam ze świadomością, że gdzieś we mnie musi być ten wiodący ukryty talent, jednak jest on tak dobrze ukryty, że nie potrafię go odnaleźć, a przy okazji bojąc się, że owy talent nie zostanie nigdy znaleziony.

I tak byłoby do dziś, gdyby jakieś dwa lata temu nie zakwitła we mnie myśl, że coś takiego jak „talent” nie istnieje wcale, a jeśli ktoś coś wykonuje dobrze, to bynajmniej nie oznacza faktu posiadania jakiejś cudownej właściwości, która sprawia, że efekty jego pracy są świetne. Jedynym powodem, dla którego czyjeś dzieła są genialne jest to, że włożył on w to niezwykły wysiłek, przeznaczył na to dużo miejsca pośród swoich myśli i dużo wolnego czasu. Do dzisiaj nie wierze w „talenty”, a słowo to przybrało dla mnie pejoratywnego znaczenia dzięki naczytaniu się na stronach typu deviantart komentarzy „ale ładne, masz talent”, które odbieram zawsze jako „zazdroszczę ci, że posiadasz dar, który rysuje za ciebie – ja męczę się całe kilka minut nad kartką a nic mi nie wychodzi, bo nie mam tego daru”.

Wykluczając istnienie talentów, łatwo można ustalić, że praca wykonywana jest absolutnie dobrze tylko wtedy, kiedy wykonywana jest chętnie. Nie jest to nic odkrywczego, jednak postawia kilka dodatkowych pytań, jak choćby: „Kiedy praca wykonywana jest chętnie?”, na które oczywiście odpowiedzią jest „Wtedy kiedy robimy to, co lubimy robić”. Jednak co wtedy, kiedy po tym pytaniu i odpowiedzi przed nami staje cała armia znaków zapytania karzących mi się zastanowić, co tak naprawdę lubię robić, co robię dla przyjemności. I ponieważ sprawa jest rozważana w perspektywie powiązania jej z przyszłością, odpadają wszelkie czynności typu czytanie książek, oglądanie filmów – to nie daje żadnego produktu, i nawet jeśli po przeczytaniu książki czy obejrzeniu filmu można napisać recenzję, to i tak jest to czynność poboczna, która już w znikomym stopniu oznacza dla mnie przyjemność. Z rysowania jeszcze nikt w Polsce nie zarobił, a pisanie tego bloga jest dalekie od jakiejkolwiek formy nadającej się do zaprezentowania na większą skalę niż wąskie grono znajomych plus przypadkowe osoby z internetów, które w jakikolwiek sposób zainteresowałyby te bezsensy w każdym wpisie.

Bądź co bądź, uciekłam nieco od tematu. Miałam napisać o moim małym dzisiejszym odkryciu. To wszystko wyżej można uznać za wstęp, wprowadzenie do tematu – w przypadku mojego bloga ta część wpisu jest zawsze najdłuższa, a czasami nawet stanowi całość notki.

Otóż dzisiaj – a konkretniej parędziesiąt minut temu – przyszła do mnie myśl zaprzeczająca kilku odpowiedziom, odpowiadająca na zadane pytania w inny sposób i w pewnym sensie usuwająca parę pytajników z rozrastającego się w moim umyśle drzewa myślowego. Pojawiła się przede mną pewna idea – idea niebezpośredniej przyjemności z wykonanej pracy. Być może moja podświadomość błyskawicznie przeanalizowała mój pozakrzywiany system wartości i niespodziewanie wrzuciła mi pomiędzy aktywne myśli wynik, czyli stwierdzenie, że przecież większą przyjemność od radości z dobrze wykonanej pracy objawiającej się już podczas jej wykonywania, sprawia mi dobra opinia o tej pracy kogoś innego. Nic tak nie motywuje do dalszej pracy jak szczera (ale tylko taka) pochwała drugiej osoby, co z kolei wzmacnia, a czasem nawet rodzi dobrą opinię o pracy własnej. Fakt (chyba mogę to tak nazwać, jeśli tyczy się tylko mojej osoby) ten sprawił, że rozwiązanie postawionego gdzieś tam wyżej pytania stało się o wiele łatwiejsze. Poczułam się jak człowiek przed wejściem do labiryntu, postanawiający – po długim rozmyślaniu nad trasą dojścia do jego końca, po wielu nieudanych próbach jego przejścia, kończących się w punkcie wyjścia – obejście go na około.

Niekoniecznym stało się usilne szukanie czynności sprawiającej bezpośrednią przyjemność, nawet po długotrwałym jej wykonywaniu, nawet pomimo niepowodzeń, nawet pomimo nieskończenie częstego zaczynania od nowa… Nawet jeśli po latach znalazłabym coś spełniającego te warunki, to nie równałoby się to pewnie z niebezpośrednią przyjemnością, jaką jest ta wynikająca z udziału w tym kogoś drugiego. Gdyby nie fakt, że kiedyś ktoś mi powiedział, że podoba mu się mój styl pisania, pewnie zrezygnowałabym z dłuższych form pisemnych gdziekolwiek, uznając, że są one niewarte wysiłku, nawet jeśli pisanie jest czymś przyjemnym, dającym możliwość oczyszczenia umysłu ze zbędnych myśli i pozwalającym się na chwilę odstresować oraz przedstawić swoje zdanie, choćby było ono z gatunku tych niewypowiadalnych na głos. Poza tym jestem pewna, że wielu rzeczy bym nigdy nie wypowiedziała – zwłaszcza jeśli chodzi o oryginalne poglądy na niektóre sprawy – gdybym ich uprzednio nie wyraziła pisemnie. W tym momencie nie mogę definitywnie stwierdzić, która z tych motywacji jest tą dominującą, jednak pierwsza z wymienionych – istnienie osób, które chociaż w jakimś stopniu doceniają to, co robię – jest jedną z ważniejszych.

Ostatnim dzisiejszym wnioskiem będzie to, że najwidoczniej jestem ślepa, jeśli chodzi o banalne odpowiedzi na średnio-potrzebne pytania, które niestety nie pozwalają mi o sobie nie myśleć. Potem zawsze pojawia się to uczucie, że tak wiele czasu zabrało mi zastanawianie się nad zawiłymi sprawami, nad wielowątkowymi myślami, rozwijającymi się dalej niż potrzeba, podczas gdy rozwiązanie było czymś oczywistym, niewymagającym większego myślenia, a co więcej istniejące w podświadomości tuż obok pytania…

Zawsze uważałam, że lepiej by było dla mnie, gdybym myślała mniej.

Więcej

Zmiany :3

Ostatnio doszły mnie słuchy o tym, że kilku osobom z mojego otoczenia zdarzyło się czytać tego bloga, co z jednej strony mnie ucieszyło, gdyż godziny poświęcone na pisanie słitaśnych notek nie poszły na marne, z drugiej jednak lekko zmartwiło – wszak ten ‚pamiętnik’ nie zawiera myśli przyjemnych do czytania, większość z nich została wystukana na klawiaturze pod wpływem złych emocji, więc przeczytanie kilku wpisów może zaowocować totalnym pogorszeniem opinii o mojej osobie, co oczywiście nie jest moja aspiracją. Ponieważ nie zamierzam rezygnować z pisania bloga, oraz nie mam nic przeciwko temu, aby ktoś ze znajomych tu zaglądał, najlepszym rozwiązaniem będzie zmiana tematyki wpisów, choć raczej powinnam to nazwać utworzeniem tematyki wpisów, bo jak do tej pory na tym blogu nie znalazła się ani jedna wartościowa myśl, która miałaby jakikolwiek wpływ na czytelnika. Takie lanie wody, bez konkretnego celu…

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że postanawiam zmienić swoje życie już po raz kolejny, a wszystkie zmiany jak dotąd były krótkotrwałe. Po prostu muszę bardziej rozszerzyć płaszczyznę zmian. Zwykle dotyczyły one tego, co robię w dobrym nastroju – kiedy pojawiały się te gorsze chwile, wszystko wracało do punktu wyjścia. Zależnie od samopoczucia jestem zupełnie różną osobą – I nie chodzi mi o utarte „zakładanie masek”, udawanie kogoś, kim się nie jest – w moim przypadku zmiany dotyczą nawet sposobu myślenia, o czym zresztą nieraz pisałam. A więc najważniejsze: wzmocnić pewność siebie – tą wewnętrzną, a nie udawaną przed ludźmi – kiedy to się poprawi, reszta pójdzie już z górki. Wiem, że nikogo z Was to nie interesuje, ale słowa zapisane mają moc, a dodatkowo pozwalają na wyrzucenie niepotrzebnych myśli z głowy. Minusem takiego zamknięcia tematu w umyśle jest to, że zwykle zostaje on zupełnie zapomniany, przeniesiony do głębin podświadomości i – choć działa i współtworzy istotę umysłu, nie jest już kontynuowany i ciężko do niego powrócić.

Od kilku dni pogoda jest taka ładna, że od razu nabieram motywacji do działania. Coraz mniej czasu przeznaczam na nicnierobienie, a coraz więcej na nadrabianie kryzysu zimowego. Ktoś kiedyś powiedział, że człowiek nie wyczerpuje się jak bateria podczas wykonywania różnych czynności, a wręcz napędza się do dalszego postępowania. W zupełności się z tym zgadzam – wszak nic bardziej nie demotywuje do ruszenia się z miejsca jak nie robienie niczego. Niestety ograniczenia ze strony otoczenia funkcjonują prawie tak samo, a kiedy chce się coś zrobić, a okoliczności są niesprzyjające, nagle czuje się taki ścisk w sercu, że przez głupie … (tu wstaw powód) coś fajnego nas omija… Cała sztuka polega na tym, aby pokazać swoją wyższość nad otoczeniem i zrobić coś pomimo tego. Dodatkowo sukces jest o wiele mocniej odczuwalny w kontraście z jego brakiem w przypadku ulegnięcia otoczeniu.

Spełnianie marzeń, choćby tych najdrobniejszych jest swoją drogą piękne. Czyż nie to powinno być celem? Dodatkowo właśnie robienie czegoś pomimo wszystkiego (oczywiście nie w formie bezmyślnego, spontanicznego buntu) tworzy dodatkowe tło do całej akcji i gloryfikuje tą chwilę – jest swoistą wisienką na torcie.

Tak, wiem, że nie napisałam niczego odkrywczego. Szczerze mówiąc chciałam tylko, aby ostatnia emo-nocia nie była na samej górze bloga xD.

Więcej

;/

Dlaczego tak zawsze ma być, że jak już wszystko zaczyna się układać, świat staje się piękny, problemy – nawet, jeśli nie znikają – tracą na ważności, a bezsens tego wszystkiego staje się nieistotny, to nagle wszystko musi się rozpierdolić z jakiegoś głupiego powodu. Już zaczynałam przestawać martwić się przyszłością, uczyłam się cieszyć z chwili obecnej… I skończyło się tak, jak zawsze. Bo życie bez problemów, bez smutku i łez byłoby zbyt piękne, aby mogło istnieć na tym pojebanym świecie.

Jeszcze wczoraj, pomijając narastający ból głowy, który dokuczał mi praktycznie przez cały dzień, życie miało dla mnie jakiś sens. Pomyślałam, że nawet jeśli teraz mi coś nie wychodzi, to mam jeszcze mnóstwo czasu, aby się wszystkiego nauczyć, że nawet jeśli teraz jest źle i życie jest do dupy, to już za jakieś 750 dni wszystko się zacznie na nowo, w nowym zajebistym życiu, wolnym od rodziny, wolnym od tego zadupia, w którym mieszkam, wolnym od wszystkiego, co teraz sprawia, że nie mogę swobodnie myśleć. Postanowiłam wczoraj, że wykorzystam te 750 dni najlepiej jak potrafię, postaram się nie marnować ich, użalając się nad sobą, a przeznaczę je na doskonalenie siebie, znalezienie celu w życiu i pójścia w jego kierunku. Może poważniej się wezmę za tą nieszczęsną grafikę – w końcu jakoś muszę na te studia zarobić, a już w ich trakcie nie będzie czasu, abym na przykład poświęcała kilka godzin dziennie stojąc na ulicy z ulotkami. I jakoś nie obchodziła mnie teoria rodziców, że nie pójdę na studia z powodu braku funduszy czy wykształcenia. To, że oni mają braki w wiedzy, a większą część pieniędzy przeznaczają na obrzydliwe fajki, nie znaczy, że odziedziczyłam po nich genetyczną tendencję do tego samego. A przynajmniej mam taką nadzieję.

W każdym razie… to było wczoraj. Dzisiaj, po tym jak moja ukochana siostra poprawiła mi nastrój do tego stopnia, że nie wiedziałam, czy się wkurwiać, czy płakać, zaczynam mieć wątpliwości do tej cudownej przyszłości, która gdzieś tam tkwi w moim umyśle i funkcjonuje jako pozytywna wizja, niepoparta żadnymi faktami z teraźniejszości czy przeszłości. Po prostu zaczynam wątpić w prawdopodobieństwo zaistnienia tak dobrego życia. Czasem dochodzę do wniosku, że aby spełniły się moje marzenia, musiałabym najpierw być zupełnie innym człowiekiem. Wiem, że każdy może się zmienić, zawsze można tak nagle stać się kimś zupełnie innym – to tylko kwestia przestawienia swojego myślenia. I pod tym względem czasami myślę, że mój umysł jest w pewnym sensie wybrakowany. Większość ludzi dobrze czuje się z byciem sobą, a jeśli nie, to staje się tym, kim chce być. Nie wiem, czy to dusza buntownika, czy jakaś wewnętrzna bariera, ale ja tak nie potrafię. Niektórych cech w sobie szczerze nienawidzę i chciałabym się ich pozbyć, ale kompletnie nie mam pomysłu, jak to zrobić.

Czasami na przykład dochodzę do wniosku, że jestem za mało niezależna. W sumie to nie potrafię zrobić za wielu rzeczy tak „dla siebie” – jakoś nie sprawiają mi one wtedy przyjemności. Kiedy na przykład oglądam ciekawy film, to w sumie tylko czekam, aż się skończy, zerkając na chwilę na pasek pokazujący, ile już przeszło. Dlaczego więc oglądam? Jedynie po to, aby dać mu okejkę na fejsbuku, dodać do MAL’a, jeśli to animiec, czy porozmawiać o nim z kimś, kto się nim podnieca. A poza tym, to nie sprawia mi to zbyt wielkiej przyjemności. Poza tym oglądam, licząc na jakąś dodatkowo zdobytą wiedzę, czy chwilę refleksji, która być może pomoże mi znaleźć cel w tym wszystkim. No i po to, aby mówić, jaki to ten film był piękny, wyolbrzymiając każde jego najdrobniejsze wrażenie.

Nareszcie jest ciepło. Nie muszę już siedzieć pod kocem, czekając aż zima się skończy. Za to przypomniał mi się powód, dla którego w zeszłym roku smutałam w wakacje. Chodziło głównie o marnowanie pięknej pogody na siedzenie w domu. Po prostu nie wiedziałam, co robić na zewnątrz. Spacerowanie bez celu znudziło mi się po dwóch takich wyjściach, a nikogo chętnego do wspólnego przejścia się nie udało mi się znaleźć. Funduszy też nie miałam, aby gdzieś sobie pojechać, a nawet jeśli by mi starczyło, to głośny sprzeciw rodziców (których jeszcze wtedy słuchałam) ograniczyłby mnie do indżojowania wakacji na tym cudownym zadupiu. W tym roku jest lepiej – jeszcze mi zostało trochę pieniędzy z osiemnastki, choć większość z nich zeżarło tlk, reg, pkp i busy. Może do wakacji uda mi się wreszcie znaleźć jakąś pracę, dzięki której mogłabym sobie zapewnić finanse do opłacania tlk, reg, pkp i busów w roku przyszłym. W sumie to nawet lepiej się już czuję – po napisaniu o istnieniu możliwości zdobycia jakiś pieniędzy nawet prawie w to uwierzyłam…

Będę nosić okulary. Może to i dobrze – w końcu to +10 do inteligencji, a -10 do wyglądu, na którym ostatnio mi coraz mniej zależy. A zwłaszcza na tym zewnętrznym – wewnętrzny jest nadal priorytetem, jakoś gorzej odbieram ludzi z paskudnymi, zafajczonymi płucami.

Dobra, nie chce mi się pisać więcej. To wszystko jest bez sensu, w sumie nawet nie wiem, o czym w ogóle był ten post. A, o tym, co zwykle, czyli o niczym.

Więcej

Trochę dłużej o niczym

Wszystko wokół mnie przeraża. Już nie będę powtarzać, że nic nie ma sensu, bo to bez sensu. Ogólnie w życiu mi się nie układa. Priorytety poukładałam sobie tak, że na samej górze jest opuszczenie domu i rodziny, przez co pozycja nauki spadła w dół. Oczywiście definitywnie niezaprzeczalnym jest fakt, że szkoła, a później praca, jest najważniejszą rzeczą w życiu – niezbitym dowodem jest konieczność poświęcania temu kilkanaście godzin dziennie, co – zgodnie z podstawową matematyką – jest największą częścią doby. Jak mowa już o „większych częściach”, to warto wspomnieć, że uczenie się niezwykle niezbędnych rzeczy (przydadzą się, już na najbliższym sprawdzianie!) nie w 100% sprawia mi przyjemność, zwłaszcza, jeśli ilość tych rzeczy jest tak duża, że najwięcej czasu zajmie mi pogrążanie się w bagnie stresu pod tytułem „od czego zacząć”. Tu zaznacza się pytanie: skoro nie lubię tego, co jest najważniejsze w życiu, gdzie podziałała się iskierka sensu w tym wszystkim? Czy powinnam dalej iść zgodnie z systemem i – żyć sobie jak roślinka, zwierzątko czy (no przecież) większość ludzi, robiąc bezmyślnie to, do czego zostałam stworzona? Tak. No bo przecież nie mam innego wyboru.

Smutnym faktem jest sposób ułożenia życia. Najpierw człowiek marzy o wielu pięknych rzeczach – o zwiedzeniu świata, odległych miejsc, o stworzeniu czegoś, co sprawi, że zostanie on zapamiętany, albo chociaż o spędzeniu miło czasu pośród osób bliskich. Potem powoli te marzenia gasną, a człowiek staje się coraz bardziej szary, papierowy, niewyraźny. Dopiero po kilku, kilkunastu, czasem kilkudziesięciu latach znajduje się czas i pieniądze na spełnienie marzeń. I co się wtedy okazuje? Że lepiej posiedzieć w ciepłym domu przed telewizorem, niż męczyć się podróżą, że lepiej zająć się na przykład dzierganiem sobie nowego szalika, niż stworzeniem czegoś niezwykłego – bo po co?, że lepiej nic nie robić i tak sobie spokojnie wegetować, niż wysilać się umysłowo i fizycznie robiąc cokolwiek ponad rzeczy konieczne. Oczywiście nie wiem, jak będzie wyglądał mój sposób myślenia za parę czy więcej lat, ale jeśli spojrzę na to, na jak wielu rzeczach przestało mi zależeć w ciągu ostatnich kilku lat, aż się boję pomyśleć o przyszłości. Co prawda czasami bywają chwile, że chciałabym na nowo porobić te wszystkie rzeczy, które sprawiały mi tyle radochy w dzieciństwie – na przykład wziąć malowankę i dokładnie wypełniając kolorami poszczególne jej części, cieszyć się na myśl, jak pięknie obrazek będzie wyglądał, kiedy skończę. Ale takie chwilowe powroty do dziecinności trwają bardzo krótko i nie mają na nic wpływu. Przez prawie cały czas zamartwiam się tym, jak mało rzeczy ostatnio sprawia mi przyjemność.

Chciałabym znaleźć coś, co połączyłoby przyjemne z pożytecznym – jak to się mówiło przed laty na naukę. Kiedy liczba przyjemnych rzeczy zaczyna się na spaniu, a kończy na jedzeniu, już jest źle. Chciałabym, aby znowu tworzenie sprawiało mi tyle radochy. Kiedyś pisałam opowiadania – potem rozpierało mnie uczucie dumy, kiedy patrząc na ogrom (jak dla mnie) tekstu, który wyszedł spod mojej reki. I nie było ważne, że zdania zawierały po minimum kilka błędów ortograficznych i składniowych, nie ważne, że historie, które wymyślałam nie miały sensu, że były niezwykle szablonowe – liczyło się, że były moje. Sam fakt, że pisałam, sprawiał, że czułam się mądrzejsza, doroślejsza… Teraz już tego nie ma – wszelkie pomysły na historie doszczętnie opuściły moją wyobraźnię. Co prawda pisanie na blogu sprawia mi odrobinę przyjemności, jednak gaszą mnie opinie, że mój sposób pisania jest niezwykle niewygodny do czytania, że moje ciągłe narzekanie i brak emotek odrzuca, a styl jest taki chaotyczny, że ciężko załapać sens zdania po jednokrotnym przeczytaniu. Do tej pory było to coś, co uważałam za jedną z moich nielicznych mocniejszych stron – dlatego też ta krytyka lekko mnie ukłuła. Zatrzymała też moje wahanie odnośnie sensu produkowania się pisarsko na braku owego sensu. [w tym momencie zostałam pozbawiona dostępu do internetu przez moich rodziców w celu zredukowania moich możliwości kontaktowania się z szatanem przez owe medium; wydarzenie to może spowodować pogorszenie się jakości gramatycznej dalszej części wpisu z powodu braku możliwości sprawdzenia poprawności wątpliwych wyrażeń w Googlach]. W każdym razie – ilość czynności sprawiających mi przyjemność i jednocześnie dających jakiekolwiek korzyści zmniejszył się ostatnio także o wszelkie prace graficzne – kiedy po raz setny próbując zrobić chociaż po części niebrzydki layout, wyszedł w takim samym stopniu źle jak wszystkie poprzednie. Żeby chociaż pojawił się jakiś progress, żeby było trochę dalej od granicy żałosności… Ale nie – prędzej dzisiejsza „praca” do owej granicy się zbliżyła, i to znacznie. Za każdym razem, kiedy włączę Photoshopa, przeraża mnie fakt, że chociaż umiem wykorzystać zdecydowaną większość narzędzi, nie potrafię za ich pomocą wytworzyć nic co najmniej ładnego. Powoli zaczynam się poddawać – coraz wyraźniejsza staje się ta brutalna prawda, że to zajęcie nie dla mnie, że ja się do tego nie nadaję. No bo ile razy można próbować, kończąc z negatywnymi skutkami? Ile sposobów na zrobienie czegoś źle i brzydko należy poznać, aby zrobić to dobrze? Jakie jest prawdopodobieństwo, że nie nieskończenie wiele?

Mówi się także, że najważniejszym w życiu jest własne szczęście. Niestety tak rzadko owa wartość zależy bezpośrednio od nas… Od świata przyjemności odgradzają mury zrobione z błędnych kół – na przykład: nie mogę pracować, bo muszę się uczyć, nie mam pieniędzy, bo nie pracuję, nie mogę się wynieść z domu, bo nie mnie na to nie stać, a nie mogę się uczyć, bo sytuacja w domu mi ku temu nie sprzyja. Muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie – to tak zwaną pasję. Chciałabym być w czymś naprawdę dobra, w czymś, co właśnie jest przyjemne i pożyteczne. Coś jak pisanie notek na słitaśnym blogasku, tylko z tą różnicą, że ktokolwiek spojrzałby na to i to skonsumował, może pochwalił. Nie mówię o byciu najlepszą na świecie w czymś – po prostu chciałabym być w czymkolwiek dobra. Ludzie posiadają różne talenty – jedni tworzą wspaniałe grafiki, inni są niewyczerpalną skarbnicą wiedzy historycznej, inni gotują tak dobrze, że nawet najbardziej najedzony człowiek nie może oprzeć się ich potrawom, a jeszcze inni mają tak niezwykle orzeźwiające poczucie humoru, że w ich obecności każde emo wyrzuciłoby żyletkę, a spod czarnej grzywki mhroku wyłoniłby się pełen entuzjazmu uśmiech. Bywają też tacy, którzy łączą w sobie tak wiele wysoko rozwiniętych talentów, że jak ich widzę, to z jednej strony gratuluję im tego, ale z drugiej ściska mnie destrukcyjna zazdrość, której tak nienawidzę u siebie. Otóż właśnie wśród tego olbrzymiego, wręcz gigantycznego wachlarza moich wspaniałych zalet, nie znalazła się chyba ani jedna czynność, która sprawiałaby mi przyjemność podczas jej wykonywania, a z powodu nie-bycia czynnością niezbędną do życia (czytaj: spaniem, jedzeniem, słuchaniem muzyki etc.) dawałaby jakiekolwiek korzyści, czyli efekt końcowy w postaci dzieła.

Z powodu potrzeb brata powrócił mi internet. Niechaj będzie pochwalone imię rutera, teraz i zawsze. Dobrze, pisanie tego wpisu pozwoliło mi uwolnić się od tych koszmarnych myśli. Niefortunnie jednak obecność osób postawionych wyżej w hierarchii społeczeństwa, czyli rodziców w moim pokoju i ich cominutne zagajanie do nauki uwolniło mój umysł od tego chwilowego wrażenia spokoju i względnego wyluzowania. Dodatkowo tłumaczenie, że jestem w trakcie pisania – nie precyzując, czego – i nie zamierzam przerywać sobie przed zakończeniem, urywało mi łańcuchy myśli za każdym copieciominutowym razem, kiedy ojciec stawał nade mną, każąc mi wyłączyć komputer.

Nic już nie jest dobre. Podczas gdy rodzice, uznając mnie za niegodną członkostwa w rodzinie z powodu zachwiania wiary, niszczą mi te nieliczne możliwości dzięki którym co jakiś czas mogę się uśmiechnąć (spotkania z chłopakiem, przyjaciółmi, znajomymi, pisanie, tworzenie grafiki, wychodzenie z domu w ogóle), dzwoni wychowawczyni zawiadamiając, że mają się oni stawić jutro bądź w czwartek w gabinecie u dyrektora. Powodem jest moje legendarne obniżenie ocen, częste spóźnianie się na lekcje i podobno częste spanie w szkole. Matka wyczytała gdzieś pomiędzy słowami, że pyskuje do nauczycieli, a ojciec jest już zupełnie pewien, że proces mojej edukacji zakończy się w połowie wyrzuceniem ze szkoły. Spóźnianie się jest pewnie uwarunkowane tym, że „wstać, czy jebać wstawanie i tak to wszystko nie ma sensu” jest jedną z najtrudniejszych decyzji, jakie podejmuję podczas każdego dnia, a moje niezdecydowanie w tej sprawie jest dodatkowo podtrzymywane wszechobecną niechęcią do życia w tym nieprzychylnym mi miejscu. Spanie na lekcjach? Eeee… Rozumiem, gdyby zdarzało się tak zawsze, na każdej godzinie, jednak przecież przez zdecydowaną większość czasu mojego pobytu w szkole staram się odbierać większą część tematów. Ostatnio nawet zwiększyłam ilość godzin snu i dolna granica rzadko kiedy wynosi mniej niż 3 godziny. Problemem może być mój wstręt do kawy i wszelkich produktów kawopodobnych, oraz niechęć do wydawania na owe cuchnące płyny cennej gotówki. Moje oceny też nie zaliczają się do najgorszych i nie sądzę, abym miała problemy z dostaniem się do następnej klasy. Oczywiście są dwa razy gorsze od tych, które miałam na początku edukacji w tej szkole, ale ta obniżka jest raczej normalnością w obliczu coraz to trudniejszego materiału, który od niedawna wymaga myślenia, co nie działa na moją korzyść.

Dobra, nie będę już zamulać. Wezmę się za lekcje, jako że to najważniejsze w życiu, starając się ignorować wewnętrzną mieszankę gniewu i smutku. Smutno mi z powodu, że muszę znosić widzimisie rodziców i jestem wściekła, że większość osób w moim wieku ma tolerancyjnych rodziców, których umysły nie są takie prymitywne i zamknięte na argumenty.

Więcej

Naćpałam się słońcem

Siedzę na cudownie zimnych schodkach za przystankiem, czekając na busa i, chociaż wcale nie jest mi ciepło, mam taki dobry nastrój, że moją najgorszą reakcją na cokolwiek jest spojrzenie na to neutralnie. Przed sobą mam uroczo brzydki neogotycki kościół – nie znam ani nazwy ulicy, ani jego patronów; głowa jest tak przyjemnie lekka, dzięki brakowi zbędnych informacji w niej. Słońce ładnie odbija się od Spodka – dworca PKS, jedynego budynku, który w tym uroczo parszywym i nieziemsko monotonnym mieście jeszcze się wyróżnia, ale podobnież ma zostać wyburzony. Bus jest niespotykanie pustawy. No cóż, tym razem natłok ludzi nie zepsuje mi nastroju. Dosiada się do mnie dziewczyna wyglądająca jak stereotypowa blachara i gada przez telefon. Ach ten mój rasizm – tak bardzo mi z jego powodu wszystko jedno :3. Świat jest piękny, jego wady takie nieważne. Brakuje mi tylko kilku osób. W tej chwili. ’cause this is just a game…

Więcej

A może jednak…

Nie chce mi się tego pisać, ale jak tego nie zrobię, to to będzie mi tak siedzieć w głowie i dręczyć inne myśli, które zresztą i tak w większości już dawno powinny zostać poukładane. Postaram się tak dla odmiany nie marudzić, choć znając życie, mój sposób pisania jest irytujący sam w sobie i musiałabym pozmieniać co drugie słowo, aby całość zabrzmiała dostatecznie pozytywnie. Właśnie, tak powinnam to określać – nie ironiczny, a irytujący.

Za trzy dni poniedziałek. Kolejny. Najgorsze są te poniedziałki, które występują bezpośrednio po niedzielach. Wszystkie inne są jeszcze w miarę znośne. Życie jest takie schematyczne. Jedyne, co zaskakuje, to szybkość z jaką rzeczy długoterminowe tracą na ważności, oraz powolność stawania się rzeczy pt. „zaraz” rzeczami pt. „może kiedyś”.

Dzisiaj, podczas ponadprzeciętnie nużącego dnia (kilka nieprzyjemnych sytuacji oraz ogólnie nie czucie się dobrze), wreszcie potwierdziłam dawno założoną tezę dotyczącą mojej powykrzywianej, spaczonej filozofii życiowej. Już dawno wiedziałam, że hedonistką nie jestem, ale teraz stwierdziłam, że reprezentuję poglądy wręcz przeciwne. Dzięki wspaniałości Wikipedii dowiedziałam się, że nie jest to niczym wyjątkowym (na co w sumie nawet nie liczyłam) a nawet ma swoją nazwę. Anhedonia. Nawet kilka zdań z tego artykułu pasuje. Poza tym jest to zbytnia skrajność. Jednak, jak już nieraz pisałam, ostatnimi czasy przestaje być dla mnie ważna chwila obecna, co prowadzi do braku chęci do uczynienia jej przyjemną. A może tak było zawsze, tylko dopiero niedawno to odkryłam? Who cares… Czy na wycieczki szkolne jeździłam dla przyjemności, czy jedynie po to, aby powiększyć kolekcję widokówek oraz stworzyć cudowny obraz wśród wspomnień, który tak pięknie i bezlitośnie będzie mnie zabijał podczas gorszych dni? Czy piszę to, bo lubię, czy może dlatego, aby za kilka godzin, podczas podsumowania w myślach dnia dzisiejszego, na pytanie „Co ja takiego dzisiaj robiłam, że już jest tak późno?”, odpowiedzieć, że przecież napisałam słitaśną nocię na blogasku, co tym samym usprawiedliwi mi zmarnowanie tych kilku godzin, które zniknęły nie wiadomo kiedy. Może rysuję po to, aby ukryć przed światem moje niezdecydowanie co do wyboru drogi w życiu, a ze znajomymi spotykam się po to, aby przekonywać siebie, że nie, nie jestem aspołeczna i przecież wszyscy, na których mi zależy szanują moje zdanie i w chociaż najmniejszym procencie mnie potrzebują.

Nieważne. Ten wpis będzie jeszcze krótszy od poprzedniego, gdyż sytuacja pt. „jeden komputer w domu” nie pozwoli mi go dokończyć. Jak szybko nie skombinuję sobie nowego laptopa, to naprawdę będę musiała sobie znaleźć jakiś nowy pożeracz czasu. W końcu patrzenie się w sufit uzależnia, a tego nie chcemy :3.

Więcej

Heh. Polaczki ;\

Dzisiaj się zbulwersowałam. W tym momencie mam dobry nastrój spowodowany tym, że trochę się przeszłam do Kielczech, ale także i spokojną podróżą w busie, zajmując miejsce siedzące. Każdy lubi mieć dobry nastrój, jednak ja obiecałam sobie, że opiszę tamtą sytuację sprzed dwóch godzin, a podczas zdenerwowania przychodzą mi do głowy przepięknie ostre wyrazy krytyki danej sytuacji.

Zacznę od początku, czyli cofnę się w czasie o niespełna trzy miesiące. Akurat wtedy zdarzyła się jakaś pomniejsza przerwa w nauce, więc postanowiłam ją poświęcić na walkę ze złem i występkiem oraz moją postępującą wadą wzroku (i – jak się później okazało – dodatkowo astygmatyzmem), na którą narzekałam już od wieków, ale nigdy nie stanowiła takiego problemu, aby wywołać wystarczającą motywację do przejścia się po mieście (to nie jest tak, że ja szczerze i z całego serca nienawidzę tego miejsca – ja je po prostu lubię w mniejszym lub większym stopniu mniej niż wszystkie inne) do zacnej przychodni zdrowia. Po tym, jak wstałam w środku nocy i pomaszerowałam dzielnie pod przychodnię (przychodnię otwierają, z tego, co pamiętam, o 8 nad ranem – nie zmienia

W tym momencie do mojego pokoju wlazła połowa mojej rodziny, a ja zostałam zmuszona do natychmiastowego usunięcia się sprzed komputera. Tęsknię za moim świętej pamięci laptopem. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym, amen.

Kontynuując:
Po tym, jak wstałam w środku nocy i pomaszerowałam dzielnie pod przychodnię (przychodnię otwierają, z tego, co pamiętam, o 8 nad ranem – nie zmienia to jednak faktu, że już dwie godziny wcześniej kolejka po numerek, mająca swój początek na schodach przed wejściem, składa się z minimum kilkunastu osób przybyłych tam wcześniej) i dostałam słitaśny papierek z reklamą cudownego i niezwykle profeszjonalnego badania wzroku („miła obsługa, gwarancja jakości, super coś tam…”) z datą na „za tydzień”, wreszcie mogłam zbadać moje oczęta. Badanie nie zajęło więcej niż 5 minut, co szczerze mnie zdziwiło. Dostałam papierek wyglądający bardzo nie-profeszjonalnie od niezwykle miłej obsługi, która nie zapomniała zatrzymać mnie w trakcie opuszczania tego miejsca, przypominając mi o zapłaceniu za usługę. Moja mina musiała w tym momencie wyrażać w stu procentach pierwszą na to reakcję – wtf?, bo dali mi do zrozumienia, że na plakacie nie było napisane, że badanie jest bezpłatne (jakim plakacie kurwa?) i zabrali mi papierek do momentu, aż w ich dłoni nie znajdzie się cel ich a-jakże-nie ofiarnej pracy. A ponieważ tak bardzo wiedziałam o tym, musiałam biec do domu po pieniądze, starając się wyrobić w 15 minut, zanim owi szanowni specjaliści nie podniosą swoich wielmożnych zadów w celu wyniesieniu się z przychodni. Tak więc co sił w glanach (bieganie w glanach – nie polecam) pognałam do domu, mając na to o połowę mniej czasu niż zajęłoby mi to normalnie. Później udało mi się złapać ich, opuszczających miejsce pracy i wręczyć im owoc ich pracy w zamian za ten nieszczęsny kawałek papieru.

Wracając do chwili obecnej… To niezwykle frustrujące, żenujące i irytujące uczucie, kiedy po długim namyślaniu się nad wyborem okularów w miarę tanich i takich, w których będę wyglądać w najmniejszym stopniu źle, po długim nastawianiu się psychicznie i wybieraniu odpowiedniego momentu, kiedy w rodzinie burza osłabła… okazuje się, że optyk nie może się doczytać po okuliście! OMGWTFBBQLOLLMAO! Jak się okazało, owa słitaśna karteczka jednak nie spełniała wymagań zapewnianych przez profeszjonalną przychodnię i miłą obsługę, dotyczących przydatności do wykorzystania. Plusiki poprzeprawiane na minusiki i odwrotnie, kilka różnych danych – nawet nie dokładnych, kilka losowych bazgrołów na górze, mających na celu sugerowanie, że jest tam coś napisane. Recepty nie dali. Czy zapomnieli, czy nie mieli, czy może dałam im za mało kasy – nie wiem. W każdym razie to było naprawdę bulwersujące. Pytaliście, dlaczego nie kocham mojego miasta? Oto był kolejny powód… Witold Poziomski się w grobie przewraca patrząc na to, co się dzieje z tutejszą służbą zdrowia.

Zresztą… To miasto i tak nie doczeka się długiego żywota. Padł FUT, pada Marywil, następne będzie Dodoni i w tej dziurze nie zostanie już nic. Na szczęście mnie już wtedy tutaj nie będzie. Niech ci zapyziali ludzie sobie gniją, wyłudzając kasę jedni od drugich, ja nie chce na to patrzyć, a tym bardziej brać w tym udział.

Wkurzyłam się i tyle. Później, dla uspokojenia, przeszłam się na drugi koniec Siękiefki. Wcześniej powiedziałam sobie, że jak mi się skończy gawcio, to zaprzestanę – jak to ładnie określiła moja koleżanka – czynić zło. Jednak sytuacja zmusiła mnie do zmiany tej decyzji. Niestety nie na długo, bo – jak się okazuje – nowy procent podniósł ceny o prawie dwa złote (wtf?), co jest już burżujstwem nie na moją kieszeń. Tak więc skończy się wspieranie Kolporterów. No chyba, że uda mi się znaleźć wcześniej pracę…

Dobra, kończę, bo znowu zaczęłam zanudzać… I tak uciekły mi te wszystkie myśli, które sobie poukładałam jakiś czas temu, więc pisanie dalej nie ma sensu. Tym bardziej, że zaraz będę musiała zwolnić komputer siostrze. Laptop [*] – na zawsze w naszych sercach.

Więcej