Kategoria: Przemyślenia

Dzieciństwo jest przereklamowane

Nie zliczę, ile razy słyszałam, że dzieciństwo to najpiękniejszy okres życia i jak się skończy, to później już świat będzie tylko zły i coraz bardziej brutalny. Mówi się, że dzieci chcą być dorosłe, a kiedy tylko w ich portfelach pojawi się dowód osobisty, najchętniej cofnęłyby czas, aby pozostać przy smoczku i grzechotce.

Ja się z tym nie zgodzę. O ile z chęcią przyjęłabym parę dodatkowych lat, o tyle perspektywa przechodzenia przez całą naukę życia od początku absolutnie mi się nie widzi. Powtarzanie tego nieszczęsnego szczebla edukacji, jakim było gimnazjum, stałoby się złem tak podłym, że nie życzyłabym tego największemu wrogowi. Pomijając jednak edukację – życie dziecka potrafi być stresujące i rozczarowujące.

Zacznę od tego, że prawie każde dziecko co chwila jest oszukiwane. To nie chodzi jedynie o „bądź grzeczny, bo dostaniesz rózgę”, a ogólnie o wciskanie kitu, że jak się będzie dobrym człowiekiem, to cały świat się zrewanżuje tym samym. Tak więc, jak oddasz Basi swoje śniadanie, to ona się zrewanżuje w potrzebie. Kiedy taka okazja nadchodzi, nagle okazuje się, że najprawdopodobniej chodziło o inną sytuację. Bajka kończy się na tym, że Basia zakłada sklep spożywczy z Twoich podarków, a Ty lądujesz na chodniku z pudełkiem na grosiki. Bardziej „pozytywna” wersja zakłada, że Basia od nadmiaru „pożyczonych” kanapek popada w ogromną otyłość i nikt nie chce się z nią bawić.

Typowe dziecko nie kłamie i aż do czasu, kiedy nie spotka go kilka niemiłych sytuacji, wierzy że tak samo postępuje każdy inny człowiek – zwłaszcza dorosły. Przez to mówi się, że jest naiwne. Jak ma nie być, skoro nawet w bajkach ludzie przedstawieni są jako podzieleni na ewidentnie dobrych i pięknych oraz tych, którzy są źli i mroczni, i co po nich doskonale widać. Ci negatywni bohaterowie jednak nie kłamią. Ba! Nawet przedstawią głównemu bohaterowi swój plan postępowania (np. zawładnięcia światem), wyjaśniając kroczek po kroczku, gdzie będą i co wtedy zrobią – jeśli tylko poczują się chociaż minimalnie pewni swojego zwycięstwa. Dziecku przedstawia się prosty i niezłożony świat, a potem się je wyśmiewa, kiedy w niego uwierzy.

No bo przecież wiek jest argumentem na wszystko, w każdej dyskusji. Jak ktoś się z Tobą nie zgadza, a nie podałeś swojego nazwiska i wieku, to szansa, że oponent w desperacji napisze, że „pewnie jesteś głupim nastolatkiem, który…” jest podobna do tej, że jedząc pączka nagle natrafisz na nadzienie. Bycie dzieckiem lub nastolatkiem to w opinii publicznej widocznie coś zniesławiającego.

I jakby bardzo młody człowiek miał niedostatecznie dużo powodów do wyczekiwania dorosłości, to jeszcze okazuje się, że na każdym kroku egzystowanie w społeczeństwie stawia mu bariery. Aby pojechać na wycieczkę, musi przynieść zgodę rodziców. Aby założyć konto w banku, musi nakłonić rodziców, aby wypełnili stosowne papiery. Na Allegro kupować i sprzedawać może od 13 roku życia, ale przy jego nicku pojawi się wtedy plakietka Junior, którą co gorsi użytkownicy uznają jako powód do traktowania takiej osoby mniej poważnie. No bo przecież Jasiu nie będzie dociekał zwrotu lekko porysowanego przedmiotu, który miał być nowy.

16, 17 lat to szczególnie śmieszny wiek. W średnich szkołach, gdzie nauka trwa 3 lata (a nie – jak u mnie – 4), ponoć na studniówkach oficjalnie nie można posiadać alkoholu i „dzieci” trzymają flaszki pod stolikami, dolewając potajemnie ich zawartość do szklanek z coca-colą. Samo prawo wobec 16, 17-latków jest bardzo śmieszne. Mogą oni na przykład uprawiać stosunek płciowy, ale zabronione im jest oglądanie filmów, w których występują sceny rozbierane.

„Dawno temu”, kiedy jeszcze nie miałam ukończonych 18 lat, większość starszych znajomych twierdziła, że przekroczenie tego magicznego wieku tak naprawdę niczego nie zmienia. A kiedy zdmuchnęłam świeczki na torcie urodzinowym, zrozumiałam, że nie mieli racji. Stanie się dorosłym według prawa było idealnym argumentem, aby wreszcie wziąć życie w swoje ręce. Powód był mi potrzebny.

Oczywiście jest mnóstwo dzieciaków, które wykazały się sprytem i zamiast grzecznie wykonywać to, co wszyscy wokół wskazali im za stosowne, one wolały podrobić zgodę rodziców, uciec z lekcji matematyki a ziemniaczki z obiadu wrzucić za biurko. Trochę żałuję, że sama nie byłam takim „łobuzem”. Dla mnie dzieciństwo było bardzo stresujące. Wiecznie gubiłam zabawki (później inne rzeczy) i strasznie stresowała mnie każda kolejna „zniknięta” rzecz. Aby nie wyjść na ślamazarę, nie mówiłam o tym nikomu, zawzięcie przeszukując wszystkie kąty gdy tylko nikt nie patrzył.

Tęsknię jednak za jedną rzeczą: za czasami, kiedy mój mózg nie był przepełniony masą wręcz przeszkadzającej wiedzy. Kiedy idąc ulicą nie zaciskałam pięści widząc zły kerning (nierównomierne światło pomiędzy literami) czy paskudne logo na jakimś billboardzie. Kiedy odwiedzając jakieś ładne miejsce nie zamykałam go w wyobraźni wewnątrz kadru o niemal idealnych proporcjach typowego zdjęcia. Kiedy patrząc na twarz drugiego człowieka, nie zastanawiałam się, gdzie użyłabym twardego a gdzie miękkiego ołówka, próbując ją narysować. Kiedy przypadkowe rzeczy nie przypominały mi miejsc, przedmiotów czy postaci z gier, filmów, a w zdaniach ani ja, ani nikt inny, nie używaliśmy stałych zwrotów i memów.

W dzieciństwie miałam olbrzymią wyobraźnię. Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, jak mając pod ręką mnóstwo zabawek, potrafiłam razem z siostrą ułożyć historię dwóch zwykłych kawałków sznurka, które miały być przedstawicielami dawno uwięzionej w podziemiach rasy, która – żądna zemsty – postanowiła torturować pluszaki, zrzucając je jak na bungee z balkonu. Teraz bym na coś takiego nie wpadła, bo mój umysł jest zbyt skażony kulturą. Symbole, nawiązania, skojarzenia, powtórzenia – tego nie da się uniknąć i wywalić z życia.

Jednak chyba nie, nie tęsknię za dzieciństwem. Posiadanie wiedzy, wielu informacji, możliwości – te czynniki chyba zbyt wysoko umieściłam w hierarchii wartości mojego życia. Inną rzeczą są otaczający mnie ludzie, dobrani według zainteresowań i podobieństwa opinii – a nie wspólnego podwórka czy klasy w podstawówce.

Mówi się, że nauka jest z każdym poziomem coraz cięższa. Moim zdaniem to nieprawda. W liceum bywało trudno, ale materiał był sensowniejszy niż w gimnazjum, co dodatkowo motywowało. Studia można sobie wybrać, więc idąc zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, nie powinno się natknąć na zbyt wiele nieprzyjemnych przedmiotów. Nie jest to też etap obowiązkowy. Praca? Od gimnazjum słyszałam, że bezrobocie, że źli pracodawcy, że kryzys, że śmieciówki, mobbing… A po maturze dostałam świetną pracę, która zaprzeczyła tym wszystkim informacjom. Potem okazało się, że mnóstwo znajomych również znalazło sposób na wykorzystanie wakacji i im się udało. Tylko jeden przypadek narzekał na szefa, ale teraz wspomnienie tej rozmowy traktuję jak kabaret – taki typowo polski.

Mówi się o marnowaniu dzieciństwa – ja wolę porozmawiać o marnowaniu życia dzieciństwem.

Więcej

Umierające miasteczka

Chyba każdy, kto po jakimś czasie wraca do miejsca, gdzie się wychowywał, musi chociaż kilka chwil poświęcić na refleksję. Nie wyobrażam sobie, jak można przejść zupełnie obojętnie ulicami, które kiedyś znało się tak dobrze, a teraz wydają się należeć do innego świata – niezależnie od tego, czy się zmieniły, czy nie. A, znając życie, niemal zawsze zachodzi jakaś przemiana.

Jak już pisałam w poprzednim wpisie, w zeszłym tygodniu kilka dni spędziłam w Suchedniowie. Jest to małe miasteczko na południu kraju – miejsce, w którym odbyła się większa część mojego życia. Można powiedzieć, że opuściłam to miejsce zaledwie pół roku temu, ale nie jest to do końca prawidłowa informacja. Tak jak większość mieszkańców uczących się w szkołach średnich, przez poprzednie cztery lata traktowałam Suchedniów jedynie jako noclegownię. Mój kontakt opierał się tylko na trasie dom-przystanek, a pozostałe miejsca najzwyczajniej przestały dla mnie istnieć. Teraz jednak, po krótkiej przerwie i ponownym spojrzeniu na to miasteczko, widzę, jak wiele się tu zmieniło. Suchedniów zaczął umierać.

Mieszkańcy dużych miast nie mają tak właściwie pojęcia o tym, czym są małe miasteczka. Za takie często uznaje się te kropeczki na mapie pod Warszawą, które jak dla mnie równie dobrze mogłyby być jej częścią. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w miejscach, które wydają się być umiejscowione na totalnym odludziu – daleko od metropolii, jeszcze dalej od cywilizacji. Odseparowane od zgiełku, ale jednak nie kojarzące się z polami, zwierzętami domowymi, gospodarstwami i agroturystykami. Małe miasteczka są mniej oczywistą sprawą, a niedługo nie będą sprawą wcale.

Jeśli ktokolwiek oglądał film „Auta”, to na pewno pamięta Chłodnicę Górską – miejsce, które zniknęło z mapy tylko dlatego, że kawałek dalej pociągnięto autostradę, która pochłonęła cały ruch. Podobną strategię stosuje się w polskim planowaniu przestrzennym. Szerokimi rogami łączy się stolice województw ze sobą, omijając możliwie jak najwięcej punktów po drodze. Wydawałoby się, że niesłusznie i krzywdząco, ale czy na pewno?

Myślę, że miasteczka jako takie nie mają w obecnych czasach zbyt dużo sensu. Gospodarczo się nie opłacają. Są nieekologiczne, nieekonomiczne, nieergonomiczne. Trudno w to uwierzyć? Wystarczy pomyśleć tylko o dość sporej połaci przestrzeni, gdzie na kilometr kwadratowy przypada mniej niż 150 osób. To tyle, co zamieszkuje przeciętny blok w dużym mieście. A teraz wystarczy skontrastować to z dowolnym gęsto zabudowanym osiedlem w stolicy jakiegoś województwa. Różnice w gęstości zaludnienia są ogromne. Teraz, każda z tych osób ma swoje potrzeby. Szkoła, praca, zakupy, kontakt z kulturą czy, w przypadku osób religijnych, miejscami sakralnymi. Mieszkaniec dużego miasta wsiądzie w tramwaj, autobus, metro, cokolwiek – nie mówiąc już o sytuacjach, kiedy według najnowszych trendów zbudują mu trzy galerie handlowe pod oknem.

W małym mieście do dyspozycji jest samochód i rower, przy czym ten drugi przez sporą część roku nie nadaje się do użytku. Młodzież i osoby nie dysponujące ponadprzeciętną zasobnością portfela z miejsca skazane są na porażkę. Aby nie czynić z jednych i drugich superbohaterów, załóżmy, że większość i tak wybiera opcję trzecią, czyli „pozostać w domu”. W teorii w miasteczkach jest cicho i spokojnie, a w praktyce sąsiad lubi robić dyskotekę z reklam na Zetce.

Blokowiska w miastach natomiast wiążą się z wieloma innymi pozytywami – centralnym ogrzewaniem, wspólnym wywozem śmieci, mniejszymi potrzebami w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Jedno podwórko przypada na kilka setek osób, tak samo jak jeden plac zabaw, boisko i tak dalej. Aż chce się stawiać nowe obiekty.

Teraz przejdę do samych potrzeb mieszkańców. Pierwszą z nich jest konieczność posiadania czegoś w portfelu, kiedy trzeba zapłacić za ziemniaki w Biedronce. Tyle się mówi o startupach, podczas gdy w Polsce prawdziwie duże firmy upadają. Z dzieciństwa pamiętam, jak w Suchedniowie działała ogromna Fabryka Urządzeń Transportowych. Wózki widłowe i te sprawy – część na sprzedaż, część do Rosji. Kawałek dalej znajdowały się budynki Zakładów Wyrobów Kamionkowych Marywil. Czy toto jeszcze żyje w ogóle? Nie mam pojęcia i to samo odpowiedziałam, kiedy raz zaczepił mnie na ulicy jakiś pan z Warszawy, poszukując kontaktu do tej firmy, gdyż musiał jakąś rurę u siebie wymienić. W miasteczku powiatowym, trochę większym, były zakłady Mesko. Co się z Mesko stało – to pokazują zdjęcia przy tym wpisie (choć część zabytku już rozebrano i nie zdążyłam go uwiecznić).

Praca to jedno, a drugą sprawą jest dostęp do rozrywki i kultury. W nowoczesnym świecie człowiek musi mieć wybór. Ofertę otoczenia powinien dostosowywać do swoich potrzeb – a nie godzić się na to, co jest. Jeśli jedno miejsce nie proponuje zbyt wiele możliwości na spędzenie wolnego czasu, to jest to miejsce aspirujące do wyludnienia. Ludzie są zbyt mobilni, aby chociaż nie próbować znaleźć idealnego miejsca dla siebie.

Ostatnio na stronie naszsuchedniow pojawił się wpis o tym, że zmniejsza się liczba zameldowanych w tym mieście osób. Nie jest to chyba żadna nowość – wystarczy tylko wyjść na ulicę. Tam, gdzie kiedyś bawiły się dzieci, teraz może co jakiś czas uda się zobaczyć starszego człowieka zmierzającego do najbliższego sklepu. Chodniki nowe, na osiedlu zamiast bagna kostka brukowa, a chodzą po tym tylko wspomnienia.

Wspomnienia ludzi, którzy kiedyś chcieli posadzić dom i wybudować drzewo (a przynajmniej na coś takiego wskazywałaby estetyka niektórych działek), a teraz siedzą sami, w cieniu altanek z ceraty, bo roślina uschła. Tych, którzy zakochali się w wąskich uliczkach, a teraz, znając na pamięć każdy kamień i wszystkie krzaki, obojętnie przemierzają ten sam dystans dzień w dzień. A brak czegokolwiek, na czym można by było zawiesić wzrok podczas trasy, jeszcze dodatkowo ją wydłuża.

Mamy niż demograficzny, Internet wciąga ludzi do wnętrz mieszkań – normalną sytuacją powinny być puste ulice. Większe miasta jednak tętnią życiem – niektóre nawet przez całą dobę. Dla miłośników spokoju to zapewne zwykła wada, nieraz jednak mam wrażenie, że pomimo licznych zaprzeczeń, każdy potrzebuje od czasu do czasu zgubić się w tłumie, natknąć na ludzi nie będących ani rodziną ani bliskimi znajomymi i poczuć, że jest częścią społeczeństwa. Filozofem nie jestem, socjologiem tym bardziej – jednak uważam, że jest to naprawdę wysoce prawdopodobna teoria.

Nawet kiedy tłum jest tak bardzo niefotogeniczną częścią krajobrazu.

Więcej

Podarowanie komuś karty upominkowej jest trochę jak…

Podarowanie komuś karty upominkowej jako prezentu pod choinkę jest trochę jak zjedzenie 250 Tic-Taców na obiad. Niby kalorii tyle, ile trzeba i powinien być problem z głowy, ale gdzie tu radość, satysfakcja i pozytywnie odbierane zaangażowanie? Trochę nie podoba mi się taki zwyczaj chodzenia na łatwiznę i załatwianie sprawy „tak aby tylko było, aby mieć spokój”.

Przede wszystkim: w dawaniu prezentów nie chodzi o forsę. Gdyby tak było, to dlaczego w ładnie opakowanych pudełeczkach nie znajdowałoby się papierków z portretami władców? Taki podarunek odbierany byłby raczej negatywnie – bo gdzie ta cała magia świąt? Tymczasem pojawia się popularyzowana przez coraz więcej sklepów moda na wrzucanie pod choinkę kart upominkowych, będących przecież swoistą walutą. W miejscu króla siedzi sobie na banknocie logo sklepu i taki prezent jest już zupełnie spoko i na miejscu.

Problem polega na tym, że ta „inna waluta” jest bardzo ograniczona i na głowę obdarowywanego spada obowiązek pójścia do konkretnego sklepu i wydania konkretnej kwoty (a przynajmniej określoną od dołu liczbą na karcie). Czy w takim razie nie lepiej już by było przewiązać wstążeczką kilka zwykłych banknotów? Okazuje się, że nie.

Domyślam się, że wręczanie kart upominkowych jest wynikiem niewiedzy, co dana osoba mogłaby chcieć i strachu, że będzie niezadowolona z prezentu, a jednocześnie także i chęci sprawienia jej przyjemności i zakupu czegoś, co tej osobie się spodoba. Bon do danego sklepu wydawałby się rozwiązywać ten niezwykle skomplikowany problem, zwłaszcza jeśli przy okazji jest się leniem, dla którego maksymalny czas spędzony na zakupy świąteczne można obliczyć ze wzoru: prędkość chodzenia podzielić przez odległość między domem a kasą sklepową, dodać stanie w kolejce. Chyba jednak najistotniejszym powodem, dla którego wybiera się taki rodzaj prezentu jest pragnienie znalezienia czegoś, co na bank się danej osobie przyda i brak pomysłu, czym to mogłoby być.

Wybierając kartę upominkową, można założyć, że dysponuje się wiedzą tajemną, gdzie ubiera się / jada / ogólnie kupuje dana osoba. Czy to nie powinno na start sugerować, jaki przedmiot byłby idealnym prezentem? Ładniej od karty upominkowej do księgarni wygląda książka zawinięta w papier zdobiony koślawymi Mikołajkami. Uniwersalna koszulka w ulubionym kolorze danej osoby wydaje się wdzięczniej wyciągać z pudełka przewiązanego kokardką, niż kawałek plastiku. A prawdziwy łasuch na pewno bardziej ucieszy się z cukierków „na żywo” niż z przedstawionych na zdjęciu. Czy naprawdę aż tak trudno zdobyć kilka informacji o upodobaniach osoby, które chce się sprawić prezent?

Jeśli już naprawdę nie ma się pomysłu ani pojęcia, co dana osoba mogłaby chcieć, to zawsze można najzwyczajniej w świecie o to zapytać, albo w ramach „prezentu” razem wybrać się do galerii handlowej czy powymieniać się linkami ze sklepów internetowych. Prezent załatwiony, obie strony zadowolone i nikt nie musi się męczyć chodzeniem co chwila do jednego sklepu, usiłując wybrać coś, na co pójdzie karta upominkowa.

Jak dla mnie to chyba jednak najlepszym w obdarowywaniu innych na święta jest wymyślanie, co danej osobie mogłoby się spodobać. Później kładzie się ładnie owinięty papierem pakowym i przewiązany kokardką prostopadłościanik i jedynie jego kształt i rozmiar mogą pobudzać wyobraźnię. Następnie ktoś podnosi go spod drzewka i czuje jego wagę. I wtedy pojawia się dreszczyk emocji, kiedy nadchodzi ten moment, gdy rozrywane opakowanie ujawnia swoją zawartość.

Wesołych świąt! :).

Edytuję ten wpis, aby dodać kilka choinkowych zdjęć:

Więcej

Sześcian

Miałam do zrobienia makietę, która w uproszczeniu składała się z pociętego na fragmenty sześcianu 9x9x9cm. Po tym, jak poświęciłam kilka godzin, aby zaprojektować ją w SketchUpie, śniła mi się ona przez całą noc. Budząc się, wpadłam w panikę, gdyż, półświadoma, byłam pewna, że czas nie leci liniowo a dwuwymiarowo i dwa kolejne budziki były jednym, który się zakrzywił w czasie. Aż do wstania umierałam ze strachu, że mi się coś złego stało z czasoprzestrzenią i muszę złapać ten punkt, kiedy budzik iksowy i budzik igrekowy będą się ze sobą zgadzać. Jaka to była ulga, kiedy okazało się, że czas idzie tylko „w jedną stronę”…

Więcej

O poszukiwaniu kalendarza idealnego

Jeśli ktoś mnie zna trochę lepiej niż jako osobę, która stała przed nim w kolejce do kasy w Biedronce, to najpewniej wie, że mam manię na punkcie artykułów papierniczych takich jak zeszyty, notesy, bloki z kartkami czy kalendarze. O ile nie przepadam za zakupami spożywczymi, ubraniowymi czy nawet obuwniczymi, to przed półką z zeszytami mogę spędzić dobre kilkadziesiąt minut tylko po to, aby wybrać sobie odpowiedni pod każdym względem brulion do matematyki. Gramatura, faktura, kolor papieru, kolor kratki, rodzaj okładki i szycie kartek – to cechy, które są dla mnie równoważne z ceną, a czasem nawet ponad nią. Rzadko za to zwracam uwagę na grafikę na przodzie – to w ostateczności zawsze można przerobić.

Ze wszystkimi swoimi wymaganiami stanęłam ostatnio przed opiewaną w reklamach półką z kalendarzami w jednym z najbardziej znanych sieciowych sklepów z między innymi artykułami papierniczymi. Biorąc do ręki kolejne egzemplarze, odrzucałam je, tracąc coraz bardziej nadzieję, że znajdę coś dla siebie. Porównując je do tego, którego używałam w roku 2013, żaden nie wydawał się równie idealny. A pomyśleć, że ten dostałam od mamy, więc w jego wyborze nie miałam udziału w ogóle.

No bo co powinno cechować idealny kalendarz? Przede wszystkim jego funkcjonalność. Nie ma więc nic gorszego niż umieszczenie całego tygodnia w wąskich kolumienkach na dwóch sąsiednich stronach. Każdy dzień powinien mieć swoją przestrzeń, zdania nie powinny się łamać co słowo czy dwa a marginesu powinno wystarczyć na ewentualne dopiski. Ostatecznie sobota i niedziela mogą być umieszczone na wspólnej stronie, gdyż na ogół podczas weekendów nie generuje się tyle informacji, co na tygodniu. Nawet jeśli ktoś zamierza zapisywać w kalendarzu jedynie listy zadań czy zakupów, zestawienie całego tygodnia w jednym miejscu może niepotrzebnie konfundować. Używałam kalendarza z takim układem w roku dwa tysiące ósmym albo dziewiątym i po krótkim czasie miałam go dość.

Kolejną bardzo istotną rzeczą jest kompozycja treści prezentowanej na każdej stronie. Zupełnie niezrozumiałym dla mnie jest dążenie do zapełnienia całej dostępnej przestrzeni niepotrzebnymi i przeszkadzającymi w użytkowaniu ramkami. Zamiast chwilę pomyśleć i zostawić te biedne linijki w spokoju, przystawia się wokół jakieś dziwaczne pola do wpisywania telefonów, terminarze godzinne na pół strony i specjalnie wydzielone miejsce na notatki, tak jakby pozostała część strony służyła do czegoś innego. W ogóle chciałabym kiedyś poznać człowieka, który używa „listy godzin” w swoim kalendarzu tak, jak miały być używane według zamysłu genialnych projektantów. Jedyne osoby, jakie przychodzą mi do głowy, to wyimaginowani pracusie z teczką w ręku, ustalający godziny spotkań i konferencji w swoim bogatym życiu zawodowym. Ktoś tego typu prawdopodobnie kupiłby Moleskine’a, a nie produkt Tesco Value.

Konstrukcja kalendarza idealnego to temat na kolejny akapit. O ile jestem w stanie sobie wyobrazić osobę korzystającą z harmonogramu godzinnego, to nie mam już zielonego pojęcia, kto tak zawzięcie wyrywa strony, aby dla ułatwienia tej barbarzyńskiej czynności specjalnie tworzono linie rwania. Nie trzymam kalendarza na podstawce w gablotce, tylko w torbie, gdzie często wszystko jest tak upchane, że prawo Murphy’ego działa ze zdwojoną mocą i jeśli cokolwiek posiada możliwość rozerwania się, to najpewniej to zrobi. Biorąc pod uwagę sposób „przechowywania”, od razu wiadomo, że kalendarz wielkości A4 byłby pomyłką a i A5 wydaje mi się zbyt duży. Nie pasuje mi również typ „kołonotatnika”, bo tego typu rzeczy lubią się zaplątywać w resztę zawartości torby, co potrafi spowolnić jego wyciąganie, kiedy trzeba coś na szybko zanotować. Tu jako duży plus pojawia się „języczek” do zaznaczania strony, choć wizytówki, ulotki i reszta makulatury spomiędzy stron w pełni mogą przejąć jego funkcję. Czy wspominałam, że okładka nie powinna mieć gramatury papieru typu ksero?

Czy kolorystyka jest ważna? Ktoś niezainteresowany mógłby pomyśleć, że zwracając uwagę na ten aspekt, będę miała na myśli barwę okładki. Nic bardziej mylnego. Najważniejsza jest przecież zawartość. Papier biały jest w porządku, ale lekko żółtawy zdecydowanie lepiej współpracuje z długopisem. Natomiast jeśli kolor „tła” jest zbyt ciemny, notatki napisane niebieskim żelopenem aż zniechęcają do ich rozczytywania. Kupując jakieś zeszyty, zawsze zwracam uwagę, aby kratki bądź linie nie były zbyt ciemne. Wolę już nawet ich brak, niż męczenie się z próbą odjęcia ich wizualnie, aby widzieć swoje własne pismo spod nich. Na szczęście w większości kalendarzy linie są lekkie, czasem nawet w ich miejscu pojawia się rząd delikatnych kropeczek. Zdążyłam się już jednak na jednym ładnie zapowiadającym kalendarzu zawieść, widząc ciemne paski jak z notesu ze sklepu „Wszystko po 4 złote”. Bardzo istotnym jest, aby kartki nie były przezroczyste. Jeśli piszę notatkę w środzie, to znaczy, że potrzebuję jej jedynie tego dnia, a lustrzane odbicie na stronie czwartku jest niedopuszczalne. Długopisu się w sklepie nie przetestuje, ale jeśli spokojnie mogę, przykładając jedną kartkę skośnie do drugiej, rozczytać dane z tej pod spodem, to już jest zły znak.

Zawartość każdej strony powinna być potraktowana wybiórczo, minimalistycznie. Numer kolejnego dnia, nazwa miesiąca, imieniny, liczba oznaczająca, którym dniem roku jest ten na stronie i ile do końca pozostało, ewentualnie godziny wschodu i zachodu słońca i starczy. Nie potrzebuję odmiany dnia tygodnia przez przypadki czy jego nazwy we wszystkich językach świata. Horoskop również mnie nie interesuje. W kalendarzu, którego używam teraz (2013) mam ponadto na każdej stronie pół roku w cyferkach na dole, róg do wyrywania i „jakby-zakładkę” na boku, wskazującą na miesiąc. Te elementy omijam wzrokiem i uważam, że niepotrzebnie zajmują miejsce. Nie przeszkadzają mi jednak i rozumiem, że ktoś może z tego korzystać.

No i oczywiście nie można zapomnieć o pierdołach powypisywanych na początku i końcu kalendarza. Mapka koło okładki, adresownik, kilka różnorakich kalendarzyków rocznych, wybrane jednostki, przelicznik odległości, miasta i ich stolice, strefy czasowe i tak dalej. Te parę stron więcej, i to takich o których łatwo zapomnieć, a mogą okazać się zbawieniem, kiedy okazuje się, że opóźnienie pociągu, na który czekasz wyniesie półtora godziny akurat w dniu, kiedy nie masz ze sobą żadnej literatury, a wszystkie plansze sudoku w telefonie masz już dawno za sobą. Do przydatnych stron dorzucę także terminarze miesięczne przed każdym pierwszym oraz miejsce na „plan lekcji”. Jeden, góra dwa i to na cały kalendarz – a nie na każdej stronie :).

Mam jeszcze dwa miesiące na znalezienie kalendarza idealnego, więc nie muszę się spieszyć. Po prostu chciałam wyrazić lekki zawód ofertą wielu sklepów. W końcu od tego są blogi – aby dać upust refleksjom, które tak naprawdę i tak prawie nikogo nie obchodzą. A tak à propos:

Więcej

Po co być tym przebrzydłym studentem?

Obecnie studia traktowane są jako naturalnie kolejny etap edukacji po szkole średniej. Student to już nie osoba nastawiona na kształcenie, z misją naukową czy wysokimi ambicjami. Student to przeciętny dwudziestoparolatek, który najczęściej liczy na to, że jak przesiedzi te kilka lat na uczelni, nagle świat stanie przed nim otworem. O tym zjawisku wie praktycznie każdy i dlatego zaginął gdzieś ten najważniejszy powód, dla którego, moim zdaniem, idzie się na studia.

Na studia idzie się po to, aby się czegoś nauczyć. Nie po to, aby ktoś wbijał do głowy każdą kolejną definicję po kolei, ale aby przedstawił temat, odesłał do źródeł i postawił barierkę „tę wiedzę masz przyswoić”. Chyba po to się kontynuuje naukę, aby poszerzać horyzonty.

Tymczasem coraz częściej napotykam się na osoby, które postanowiły nie przerywać edukacji po liceum, a mimo to, na studiach wybitnie prezentują swój brak chęci do zdobywania jakiejkolwiek wiedzy. Najbardziej reprezentatywny przykład, jaki zdążyłam zanotować w pamięci, jest tak skrajny, że aż śmieszny. Mamy przez pół pierwszego semestru taki przedmiot jak „matematyka wyrównawcza”, który jest przeznaczony dla wszystkich, którzy z rozszerzonej matury otrzymali do 75% (i dla tych jest obowiązkowy). Jest to taka jakby powtórka z liceum, ale pod warunkiem, że miało się coś ponad podstawę. Do tego dochodzą „nowości” typu złożenia funkcji, funkcje odwrotne i tak dalej, a ponoć mamy zakończyć na całkach. Myślę, że nawet jeśli ktoś nie ma problemu z tymi zagadnieniami, to zawsze przynajmniej sobie coś utrwali. Co więcej, zajęcia są prowadzone bardzo fajnie, materiał jest podawany bardzo szybko, ale solidnie. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że lepsze to, niż typowe „korki”, ale w tych drugich nigdy nie uczestniczyłam. Nie zmienia to faktu, że prawie co zajęcia pojawia się ktoś na tyle bezczelny, aby pod koniec co pięć minut zadawać pytanie „czy możemy dzisiaj skończyć wcześniej”. I teraz Ty, drogi podatniku, spróbuj nie zacisnąć pięści na scyzoryku w kieszeni, kiedy widzisz, że z twojej forsy owy ignorant ma zapewnione siedzenie na uczelnianym krześle.

No bo na studia idzie się dla papierka. Na studia idzie się po to, aby później machać papierkiem przed oczami pracodawcom i krzyczeć „Oto ja, magister! Nic nie umiem, bo nie interesuje mnie zdobywanie wiedzy, ale masz mi płacić miesięczne wynagrodzenie, bo odsiedziałem swoje, wytrzymałem słuchanie wykładowców i jakimś cudem zaliczyłem wszystkie sesje!”.

Ok, zdarzają się rzeczy, przez które trzeba po prostu przebrnąć i nie traktować ich jakoś bardziej emocjonalnie. Przykładem mogą być chociażby zajęcia wychowania fizycznego, które po względem edukacyjnym raczej nie będą w stanie wpłynąć na dalsze życie studenta. Jeśli ktoś prowadzi aktywne życie, to jeden WF na siedem dni w nim za wiele nie zmieni, a w przypadku leniwca zaowocuje jedynie cotygodniowymi zakwasami przez te dwa pierwsze semestry. Są za to przedmioty, które są absolutnie niezbędne dla kogoś, kto rzeczywiście chciałby zostać za parę lat chociażby architektem. Przykro mi, ale zalicza się do nich właśnie matematyka. Jeśli więc ktoś rzeczywiście zamierza coś robić w przyszłości, to niestety nie wróżę mu zbyt bogatej kariery, jeśli jego reakcją na kilka cyferek będzie „proszę pani, a kiedy będziemy mogli iść do domu?”.

Co jest jeszcze bardziej przykre – taki obraz studenta przyjął się w kulturze masowej jako ten najbardziej standardowy. Bardzo antypatyczną reklamę zdarzyło mi się ostatnio zobaczyć, kiedy przeglądałam oferty szkół językowych z Trójmiasta. Jedna z nich wpadła na wspaniały pomysł, aby do informacji, że studentom uczelni wyższych przysługuje 10% zniżki dodać chamski komentarz, że zapewne ucieszą się, jeśli będą mogli wydać więcej na alkohol i zabawę na dyskotekach. Bez zastanowienia zamknęłam tę kartę w przeglądarce, gdyż skojarzyło mi się to z patrzeniem z góry, z pobłażliwością, na „tych przebrzydłych studentów, którzy na wykłady nie chodzą, a chleją i imprezują”.

Bynajmniej nie mam nic przeciwko ludziom spędzającym czas na imprezach. Jeśli komuś sprawia przyjemność siedzenie w tłumie, przy głośnej muzyce, to dlaczego miałby tego nie robić? Nie podoba mi się jednak traktowanie takiego trybu życia jako nieodłącznej części studiowania. Nielogicznym jest twierdzenie, że ludzie kontynuują naukę po szkole średniej w innym celu niż pozyskiwanie wiedzy. No bo jak nie w tym, to w jakim?

Bardzo istotnym powodem są na przykład ulgi studenckie. Podzielenie cen biletów na pół może uratować niejeden rodzinny budżet, a pomniejsze rabaty po jakimś czasie zostają zdecydowanie zauważalne. Jeśli ktoś naprawdę nie potrafi zarobić tych paru złotych, to oszczędzenie ich na przejazdach może być dla niego zbawieniem. Być może jakimś innym powodem są: bezproblemowa ucieczka od rodziców, brak społecznej konieczności do posiadania już pracy, trudność z zupełnym zmienieniem trybu życia („jakto nie muszę wstać rano do szkoły?”) i tak dalej.

Najczęstszym jednak powodem jest właśnie to słynne, magiczne dostanie pracy od razu po opuszczeniu uczelni. Niektórzy studenci tak zawzięcie rozważają swoją przyszłą pracę w zawodzie, że zaczynam uznawać, że podświadomie poświęcili swoje życie pozyskiwaniu funduszy. Bo mówi się, że trzeba myśleć długoterminowo, że trzeba planować na dwadzieścia lat w przód i w ogóle już we wczesnej młodości zacząć zarabiać na swoją potencjalną emeryturę. Niestety jednak to sprowadza się do zamiany życia w oczekiwanie i łatwo można przez to stracić sporo z tego najlepszego czasu.

Ewentualnie zawsze da się traktować życie jak grę komputerową, w której zdobywa się kolejne osiągnięcia, pozbywa przeszkód i zdobywa doświadczenie. Ja tak robię i widzę w tym bardzo wspaniały sposób na życie. Gorzej jeśli taka gra polega na omijaniu trudności, zaliczaniu wszystkiego „aby tylko było” i chodzeniu po linii najmniejszego oporu. Niby się przejdzie etap, dostanie nagrodę i osiągnie porównywalnie to samo… ale gdzie w tym pasja?

Na koniec tej całej walki z wiatrakami, dodam jedynie że nie chcę nikogo do niczego zmuszać, nie chcę mówić, jak żyć ani szufladkować ludzi na tych dobrych i tych złych. Pragnę jedynie zachęcić do zastanowienia się, po co tak właściwie idzie się na studia, gdyż mam wrażenie, że niektórzy poświęcili takim rozważaniom zbyt mało czasu.

Więcej

Ta pierwsza inna jesień

Życie w mieście jest dziwne. Dla istoty z prowincji w dolnej Polsce B to ogromna zmiana. Na pierwszy rzut oka podstawowe rzeczy pozostały takie same – poranne wstawanie, na śniadanie kanapki lub tosty, na zewnątrz ludzie o podobnych twarzach… Nie, nie ma po co kłamać – wszystko jest inne. Żyjąc wcześniej w kilkutysięcznym miasteczku nigdy nie miałam problemu z odróżnieniem mieszkańców od przyjezdnych. Pomimo beznadziejnej pamięci do szczegółów wizualnych twarzy i trudności z powiązywaniem facjat z imionami bądź nazwiskami, wykształcił się we mnie bardzo silny mechanizm do wykrywania znajomych w tłumie. Ciężko to opisać, ale chodzi mi o coś takiego, że jestem pewna, że widzę osobę A, ponieważ ma sylwetkę jak osoba A i płaszcz jak osoba A, ale jeśli ktoś mnie zapyta, jakiego koloru jest ten płaszcz, to będę musiała strzelać i najpewniej nie trafię. I teraz dzień w dzień ten mechanizm przypomina mi o sobie za każdym razem, gdy wyjdę na ulicę. W sklepie, na chodniku, w tramwaju – co chwila mam wrażenie, że natykam się na kogoś „z poprzedniego życia”, ale jak tylko podejdę bliżej, widok kolejnej nowej twarzy przypomina mi, że szansa, że osoba, która ledwo rozpoczęła studia kilkaset kilometrów na południe znalazła się nagle w Gdańsku, jest raczej bardzo nikła.

Życie w mieście jest szybkie, podobno. Tak, jest. Ale to jest zupełnie logiczne. Kiedy praktycznie pod domem można znaleźć wszystko, o czym tylko można zamarzyć, to zupełnie inaczej traktuje się czas. Skończyło się mleko – idzie się do sklepu po mleko, potrzebuje się książki z biblioteki – idzie się do biblioteki, chce się wyjść na spacer w jakieś ciekawe miejsce – każdy kierunek pasuje; i tak dalej. Jak to wygląda na zadupiu? Skończyło się mleko – pijesz niedobrą kawę bez mleka, potrzebujesz książki z biblioteki – musisz zakładać sobie specjalnie kartę w wojewódzkiej, bo najbliższa miejska jest otwarta akurat idealnie wtedy, kiedy masz lekcje; chcesz wyjść na spacer w jakieś ciekawe miejsce – życzę miłego spaceru po parku zamieszkałym przez starszych panów z tanim winem w ręku (a zresztą i tak znasz na pamięć każde drzewo, każdy krzak i każde źdźbło trawy na tym obszarze). Tymczasem miasto wydaje się być za każdym razem inne. Wychodzisz i masz do dyspozycji hejtowanie typograficznych koszmarków na billboardach, przyglądanie się różnorodności napotykanych ludzi, śledzenie zjawisk zachodzących wszędzie wokół, poznawanie nowych dróg, szukanie fotogenicznych kompozycji w przestrzeni i zastanawianie się nad tak cudownym tutaj bezsensem istnienia.

Jednak kiedy właśnie mija kolejny tydzień, coraz częściej nachodzi mnie uczucie odrealnienia. Być może mój organizm nadal myśli, że to chwilowa wycieczka, że już za chwilę zmuszę go do wstania w samym środku nocy, aby wsiąść do zapchanego busa, wysiąść przed słynnymi piramidkami i wejść przez bramę z napisem „Giełda prac uczniowskich” nad nią. Kiedy się zamyślę, czasem wpadam na zabłąkanie mówiące „ej, przecież to tylko sen; zdrzemnęłaś się na lekcji języka polskiego, zaraz będzie kartkówka z Lalki a ty nic nie pamiętasz”. Tak bardzo wszystko się zmieniło, że co jakiś czas muszę się po prostu uszczypnąć, aby sprawdzić, czy to aby na pewno nie sen. Problem polega na tym, że ja wcale nie chcę się budzić.

Tymczasowo zatraciłam umiejętność myślenia długodystansowo, choć chyba jednak jedynie ją wyłączyłam, jako obiekt zbędny. Kolejne nietypowe uczucie – kiedy przez całe życie myślałam o zmianach, o kolejnych etapach, o celach i nagle przeskoczyłam skraj tamtych rozważań. Ta „nagłość” spotęgowała się jeszcze praktycznym wyłączeniem z dotychczasowego trybu na trzy miesiące przez pracę na etacie. I teraz kiedy tak ogromna część planów się wypełniła albo zdezaktualizowała – przydałoby się zapełnić tę lukę nowymi. Ale po co? Zmiany, projekty, pomysły… po co to wszystko, kiedy obecnie jest tak dobrze? Mieszkając w Suchedniowie bardzo chciałam wyjechać na stałe z Polski i często rozważałam wybór miejsca docelowego. Teraz najzwyczajniej nie chce mi się tym przejmować. W ciągu najbliższych miesięcy na pewno tu zostanę, więc po co martwić się zawczasu? Oczywiście nadal liczę na to, że pewnego dnia wsiądę do samolotu i tak rozpocznie się kolejna przygoda… ale nie teraz. Teraz liczy się chwila obecna i trzeba ją wykorzystać jak najlepiej, zwłaszcza, że czuję jak wiele mam możliwości.

Nie mogę się jednak przyzwyczaić. Wokół nie ma wydeptanych przeze mnie tras, nie znam tutejszych zwyczajów i nie wiem, gdzie kupować, aby było najtaniej. Lidl, Biedronka, tak jak zawsze, ale kiedy potrzebuję tektury czy usług drukarni, muszę pytać wujka Google, gdzie w pobliżu mogę coś takiego znaleźć. Poza tym samo „studenckie życie” jest tak różne od tego, o czym słyszałam do tej pory. Spodziewałam się, że natknę się na masę głodnych pijaczków, którym nie będzie się chciało chodzić na wykłady, co później poskutkuje siedzeniem po nocach w czasie sesji. Tymczasem na zajęciach pełne sale, każdy jest na swój sposób zaangażowany i nikomu kot nie zjada prac domowych. Dziwi mnie również solidarność notatkowa, która burzy wszystkie mity o wyścigu szczurów na uczelniach państwowych. Mówi się, że to tylko tak na początku… ale ja już nie wierzę.

Tymczasem wokół taka piękna jesień. Jest ciepło, często słonecznie, przyjemnie. Na pewno nie jest szaro. Nawet kiedy niebo zakryją chmury i spadnie deszcz, wyjrzenie za okno może co najwyżej wprowadzić w stan melancholii – nie w głęboką depresję, jak kiedyś.

Więcej

Wielka ucieczka

Niektóre zmiany są nieuniknione, a odwlekanie ich w czasie tylko doprowadza do niepotrzebnego stresowania się decyzjami w trybie oczekiwania. Najtrudniejszym nie jest powiedzenie sobie „dzisiaj idę przewrócić swoje życie do góry nogami”. Nie jest to również samo zaklęcie magiczne – powiedzenie „odchodzę”, zakupienie biletu na pociąg, poinformowanie osób, którym to nie na rękę. Najgorsze jest przetrwanie tego, wydawałoby się, ogromu czasu, który występuje pomiędzy utworzeniem planu a zakończeniem jego finalizacji. Zwłaszcza, kiedy jest to plan wielkiej ucieczki.

Najbardziej będę tęsknić za pracą. Była dobra, przyjemna, praktycznie wymarzona. Dostałam ją w wyniku wielkiego farta, czego byłam absolutnie świadoma i co w pewnym stopniu obniżało satysfakcję. Od pierwszego dnia, podobało mi się w niej wszystko. Atmosfera, miejsce, nawet ludzie. A to niebywałe – przecież na ogół narzekam na każą rzecz, która chociaż w minimalnym stopniu się o to prosi. Co więcej, czułam że nie marnuję wakacji. Widziałam, że mój czas i robota przekształca się w produkt, który mogłam zobaczyć na własne oczy, odwiedzając hale produkcyjne. Cudowne uczucie. Zwłaszcza po Liceum Plastycznym, gdzie wszystkie rzeźby z gliny idą do recyklingu dla przyszłych klas a każdy kubik na podstawy projektowania zostaje rozerwany na strzępy (sama tak psułam prace poprzednich klas, doskonale wiedząc się, że to czeka również i te moje). W przeciwieństwie do liceum, wreszcie odczułam na własnej skórze, co oznacza traktowanie drugiej osoby jak człowieka. Jak jest w polskich szkołach, każdy wie: maturzysta ma 20 lat i nadal musi przynosić wszelakie „zgody od rodziców” (a „spotkania z rodzicami” to już w ogóle śmieszna sprawa). Praca to zupełnie inny świat. Idziesz na siku wtedy kiedy ci się chce, a nie kiedy usłyszysz dzwonek dla bydła i tak dalej. Ale podkreślam – mi się naprawdę fartnęło i trafiłam na bardzo porządną firmę. Znam ze słyszenia przykłady innych pracodawców – takich, dla których szacunek wydaje się zbędną formalnością.

Być może będę tęsknić za Kielcami. Za łażeniem po ulicy Sienkiewicza, za krytykowaniem Czarodziejek z Księżyca, które wezmą grosika i za niecnymi planami utworzenia własnej partii politycznej hejterów wraz z Matką Słońce. Za Plastykiem i za niezliczonymi przygodami, które miały w nim miejsce (a pamiątki w postaci bazgrołów w zeszytach mam ze wszystkich czterech lat). Za Kôenem公園 i siedzeniem w parku, czując się częścią tej dziwnej zgrai kolorowych osób ze śmiesznymi przypinkami. Za APNem i chodzeniem na Kadzielnię, na (k)urwisko skalne i na Lwią Skałę, aby w przyjemnej atmosferze podebatować ze znajomymi na wszystkie tematy świata, począwszy od filozofii Korwina, na sprzedaży na stoisku mięsnym w podkieleckim markecie skończywszy. Nie, nie będę tęsknić za Kielcami. Będę tęsknić za ludźmi, których w Kielcach spotkałam i z którymi spędziłam te kilka, może kilkanaście, a może całą masę wspaniałych chwil w ciągu ostatnich czterech lat. A ci ludzie w większości albo już wyjechali, albo plasują pomiędzy zakupem biletu a spakowaniem walizki.

Powodów ucieczki było dużo. Kto mnie dobrze zna, ten posiada wiedzę o tych najważniejszych. Ten blog nie jest dobrym nośnikiem informacji aż tak osobistych. Pozwolę sobie więc pominąć ten fragment.

Zmiana, która mnie czeka, będzie ogromna. Podjęcie tej decyzji było natomiast paradoksalnie łatwe. Nawet jej nie rozważałam – wizualizacja wyboru „tej drugiej drogi” pojawiła się o wiele później – kiedy miałam zbyt dużo czasu na myślenie. Wyobraziłam sobie siebie, idącą do miejsca pracy, codziennie tą samą, niedługą trasą i o tej samej godzinie. W tej wizji kontaktowałam się ze znajomymi przez facebooka, dowiadywałam się o tym, co dzieje się w reszcie kraju, słuchałam ich narzekania na studia. Mieszkałam z rodzicami i oszczędzałam forsę, bo nie było wokół niczego ciekawego do kupienia. Żyłam z dnia na dzień, monotonnie, samotnie, bez oddechu. Kiedy w tym wyobrażeniu przychodził moment aby umieścić najważniejsze osoby, nagle włączał się error. Po prostu nie było takiej możliwości. Kiedy sobie to uświadomiłam, zrozumiałam, że tak naprawdę nie było żadnego wyboru. Ta ucieczka od początku była koniecznością i nie rozumiem, dlaczego w pewnym momencie kazałam swojemu mózgowi rozpracowywać ją, jakby istniała jakaś decyzja do podjęcia.

To prawdopodobnie przez ten wielki znak zapytania, czekający na mój wyjazd. Opuszczam rodzinne gniazdko i pewną pracę dla zupełnie nieznanego i nowego etapu życia. Ciężko mi powiedzieć, czy będę bardziej jak Chojrak Tchórzliwy Pies czy jak Owca w Wielkim Mieście. Najprawdopodobniej będę jak Koziołek Matołek.

No to czas reaktywować portfolio i powrócić do zleconek po złoty dwajścia dziewięć.

Więcej

O nie-byciu nikim

Ten post miał powstać kilka razy, jednak za każdym kolejnym uznawałam, że jest niezgodny z programem bloga. Przecież tak szczytnie zakładałam: nie będę wrzucać na bloga smętów, emowywodów i paplaniny o czymś, co nikogo nie interesuje. Rzeczywistość jednak uderza z drugiej strony i mówi: przecież i tak nikt tego nie przeczyta. Choćbym wyprodukowała niezwykle ważny dla mnie tekst – taki który potencjalnie miałby ponawracać każdego kto chociaż zobaczy kawałek pierwszego zdania… Nie, nieistotne. Nawet jeśli pomimo wszystko znajdzie się dostatecznie dużo osób, aby można było powiedzieć, że „ten wpis został przeczytany”, co to zmieni? Nie chcę nawracać Polaków, nie oczekuję od nich już chociaż minimalnych oznak inteligencji. Niech będą sobie burakami, jeśli takie życie im odpowiada. Niech żyją sobie w błogiej nieświadomości, że ich działania mogą kogoś skrzywdzić i że ich pojmowanie świata zatrzymało się na wiedzy wyniesionej przez pokolenia ze średniowiecza. Nie chcę nikogo zmuszać do myślenia – zwłaszcza, że osoby które w ogóle tu trafią raczej nie byłyby targetem takiego nacisku. Nie mówię, że nie trzeba szerzyć mądrości wśród narodu. Trzeba. Ale niech robią to osoby, które posiadają wiedzę i autorytet a nie dziewczynki, które kiedyśtam wpadły na pomysł aby założyć bloga.

Dzisiaj chciałabym napisać o byciu nikim. Nie wiem, czy to wewnętrzny antykonformizm, objawiający się czasem w mimowolnym wyszukiwaniu treści z którą się nie zgadzam, czy czysty przypadek, ale ostatnio bardzo często natrafiam na wypowiedzi mówiące o tym, że jest coś złego w tym, że nagle każdy chce być „kimś”. Pokolenie Ko-Mu-Na (Wy wymyślacie dziwaczne nazwy na obecną młodzież, ja się jedynie odwdzięczam) narzeka, że kiedyś ludzie zaczynali pracować już po podstawówce, a na studia szli tylko nieliczni i taki system był lepszy od obecnego. Ponoć obecni 20-latkowie są roszczeniowi, chcą być wielkimi artystami, „im się należy” i w ogóle każdy z nich to celebryta, prawdziwa indywidualność, mistrz w swoim fachu. Bloger, fotograf, poliglota, rysownik, programista, posiadacz wiedzy absolutnej odnośnie budowy okrętów wojskowych, muzyk, poeta, fotomodelka, twórca biżuterii z części od starych zegarków, kucharz, „składacz” komputerów z wraków z Allegro. Ponoć to źle, że społeczeństwo jest coraz bardziej ubogie w „specjalistów od machania łopatą”.

A według mnie, to bardzo dobrze że tak jest. Każdy ma tylko jedno to swoje życie, więc przykro by było powiedzieć komuś „na moim terenie jest już pięciu malarzy, więc ty idź być randumem bo tych brakuje w gospodarce”. A w dobie Internetu, kiedy interesujących rzeczy jest mnóstwo, pozostanie tą słynną „kurą domową” wydaje się być wręcz przeciwieństwem atrakcyjności. Trochę nie rozumiem osób, które wybierają taką ścieżkę życia: założyć rodzinę, spłodzić potomstwo, zbudować dom i w nim spokojnie mieszkać, oglądając seriale na Polsacie. Ale nie uważam ich wyboru za jakiś uwłaczający – po prostu widzę w tym trochę prymitywizmu i ślepego podążania za utartymi „prawidłowościami”. Nie chciałabym tak skończyć.

Oczywiście na świecie jest za dużo ludzi, aby tak nagle stać się „najlepszym z najlepszych” w całym tym ogromie. Nie na tym polega to, o czym chciałam napisać. Ostatnio po prostu doszłam do wniosku, że artystą (będę pisać na podstawie „artysty” a Wy podstawcie sobie dowolny inny tytuł) nie jest ten, kto osiągnął globalną sławę, a ten kto jest za takiego postrzegany w gronie znajomych. Bo jeśli zawęzić swoje aspiracje do właśnie takiej grupy, to nagle wystarczy znać dwa i pół języka obcego aby być uznanym za poliglotę. I czyż to nie jest satysfakcjonujące? Jak dobrze by było dostać chociaż lokalnie tytuł takiej rangi.

Tymczasem co jeśli z jednej strony za wszelką cenę nie chcesz zostać nikim a jedyne co Ci w życiu wyszło to order Dzielny Mały Pacjent, który dostałeś w drugim semestrze starszaków podczas wizyty kontrolnej u lekarza rodzinnego? Taki życiowy standard: za jaką dziedzinę się nie weźmiesz, zawsze będziesz krok za podium. Co zrobisz, to zawsze będzie „nawet spoko”, albo „może być” – nigdy nic ponad to. Jeśli mam prawo obarczyć winą za moje trudności motywacyjne kogoś innego niż siebie (a mam, bo to mój blog), to będzie to właśnie sens dwóch poprzednich zdań.

Przypomina mi się jak pisałam CV. Zdecydowaną większość czasu zajęło mi wypisywanie tych nieszczęsnych „zainteresowań”. Potrzebowałam co najmniej trzech podpunktów, bo kartka wyglądała dość biednie, kiedy może i w umiejętnościach jakaś lista się zebrała, ale zarówno doświadczenie jak i edukacja świeciły pustkami, co trzeba było jakoś wizualnie zatuszować. No bo co mogę zaliczyć do zainteresowań? Dobra, jest sztuka wszelakiego rodzaju – choć jeszcze kilka miesięcy temu padały słowa hejtingu ostatecznego pod adresem tworzonej ówcześnie pracy dyplomowej. Szukałam więc celu w samej grafice warsztatowej – tą jednak udało się dostatecznie obrzydzić mi pewnej pani, a skoro wystarczyła do tego jedna niewłaściwa osoba, to oznacza, że jednak to nie była właściwa droga.

Czy mogłabym nazwać siebie blogerem – tak bardziej oficjalnie? Z całą pewnością nie. Popisuję tu co jakiś czas, mając nadzieję że ktoś to czyta. Bardziej jest to efekt konieczności wyrzucenia z siebie jakiejś myśli niźli chęć jakiegoś błyskania w social media. Nie chcę roztaczać wokół siebie tej całej „aury zajebistości” – raczej idę w kierunku stworzenia małego kąciku narzekania eV – z preferowalnie kilkudziesięcioosobowym gronem czytelniczym. Chociaż blog jest dla mnie bardzo ważny, nie jest jakąś integralną częścią mojego życia. Bardziej jest jak piesek czy dziecko niż ręka lub noga. Chyba nie mogłabym tworzyć wpisów codziennie.

Obecnie pracuję jako grafik, ale od wieków powtarzam, że grafikiem nie będę. Projektowanie, tworzenie gówienek w Photoshopie/Illustratorze czy Corelu to coś co się przykleiło do mojego życia i jakoś tak zostało. Grafika jest dla mnie zawodem a nie pasją. Jest czymś, czego się nauczyłam aby mieć na ziemniaki. Chyba w tym momencie nie jestem się w stanie nią zainteresować od tej bardziej hobbystycznej strony – zwłaszcza że przez parę ostatnich lat właśnie to było najbardziej zawodzącym zajęciem, za jakie się w miarę regularnie zabierałam.

A więc pozostaje mi bycie nikim. Jako iż „tonący brzytwy chwyta”, zaczęłam szukać obiektu zainteresowania w pisaniu opowiadań (nie wyszło), programowaniu (mam na myśli „jQuery for dumbs”, żeby nie było że coś poważnego), szyciu pluszaków (powstały cztery, z czego tylko jeden był reprezentatywny), tworzeniu komiksu Internetowego, napisaniu własnej książki, nauczeniu się porządniej tego nieszczęsnego angielskiego (tyle przegrać), zrobieniu sobie portfolio (dla samego portfolio), tworzeniu animacji, nawet w fotografii. Szukałam celu w czymś, co jest „gotowcem” jeżeli chodzi o rozrywkę – w czytaniu książek (to wychodzi, ale czasu wiecznie brak), w oglądaniu filmów (z tym gorzej, bo co drugi nudny i na siłę), w graniu w gry komputerowe (okazuje się, że mało co działa na moim laptopie) i planszowe (nie ma ktoś pożyczyć jakiegoś człowieka do wspólnej rozgrywki?). Okazało się, że jestem nudnym człowiekiem, bo nie mam żadnych zainteresowań.

Grafika, sztuka (lub szerzej – kultura), Internet. Czym dłużej żyję, tym mniej sensu w trzymaniu kredensu. Muszę coś wymyślić. Chociaż nie istnieje coś takiego jak talent (o czym jestem zupełnie przekonana), to zastanawiam się, czy można się do czegoś po prostu nie nadawać – tak właśnie nie pod tym względem biologicznym. Nie mówię tu o tym, że w pewnym wieku już jest za późno aby zostać skrzypkiem, a osoba z krótkimi nogami nie zostanie mistrzem świata w bieganiu (wiem, że to pewnie ma swoją nazwę, ale nie chce mi się jej szukać). Pytanie brzmi: czy można mieć tak źle zaprogramowany mózg, aby poszczególna akcja była zupełnie niewydajna w porównaniu z jej efektem w „statystycznych” warunkach? Czy możliwym jest, że ktoś za młodu na przykład nauczył się liczyć okrężną drogą i nie da się już tego zmienić – zwłaszcza iż nie można tego nawet stwierdzić? Trochę obawiam się, że coś takiego może rzeczywiście wystąpić – albo że nawet występuje u większości osób, pod różnorakimi postaciami.

Aby nie zakończyć takim zupełnie negatywnym akcentem – dodam kilka zdjęć, które są raczej taką zabawą z możliwościami współczesnej fotografii niźli jakimś większym artyzmem. Gdańsk, sierpień 2013, ładnie prezentują się jako tapeta na pulpicie – tutaj większy rozmiar.

Pamiętaj, za każdym razem kiedy mówisz, że ktoś do niczego się nie nadaje, marnujesz zasoby ludzkie.

Więcej

Trochę hipokryzji na dziś

Dwie notki temu napisałam, że ludzie się zmieniają i że wystarczy tylko na chwilę z kogoś spuścić wzrok, a pojawia się szansa że przy ponownym spotkaniu zobaczy się zupełnie inną osobę. Wtedy mogło to zabrzmieć smutno ze względu na nastrój wpisu, jednak uważam to za bardzo dobre i istotne. Bo nie ma nic gorszego niż zafiksowane bryły ludzkie, które nie poruszą się w rozwoju umysłowym ani o milimetr, bo tak zostały nauczone i tak ma być.

Nikt nie jest idealny. Co prawda, jedni dysponują mądrością większą, inni mniejszą – jednak ani jeden człowiek nie posiada wiedzy absolutnej. Można się kłócić, że nie ma obiektywnego wskaźnika inteligencji, że nie da się powiedzieć że jedna osoba przewyższa drugą… jednak nie to jest teraz ważne. Każdy w swoim życiu ma niezliczoną ilość szans do pomyłki – a tej świadomość nie zawsze przychodzi od razu. Dlatego zupełnie nie rozumiem, jak można podczas rozmowy być absolutnie pewnym swoich racji i zamknąć się na jakiekolwiek argumenty od drugiej strony. Przedstawienie takiej postawy w tym świetle wydaje się zupełnie demaskować jej idiotyzm – a pomimo to „pewność siebie”, to coś co opiewane jest w każdym poradniczku dla niepełnosprytnych życiowo. Ale po kolei – po co jest dyskusja?

Odpowiedź pierwsza lepsza: dyskusja jest po to, aby wbić drugiej osobie do głowy swoje racje. Błąd. Celem rozmowy powinno być ustalenie co jest bardziej słuszne, przedstawienie danej sprawy z jednej i drugiej strony, wypełnienie luk w rozumowaniu i wiedzy, a następnie wyciągnięcie odpowiednich wniosków. Jeśli wyraźnie widzę, że ktoś mnie nie słucha, nie przyjmuje innych możliwości niż ta, której się trzyma i wydaje mu się, że lepiej wie, co ja mam do powiedzenia, niż ja sama… to ja rezygnuję. Jeśli dyskusja jeszcze dotyczy ważnej sprawy, to dobra, mogę się poprzekrzykiwać jak dzieci na podwórku (co skończy się najprawdopodobniej brakiem satysfakcji obu stron); jeśli jednak rozmowa nie ma celu, to po jakimś czasie twierdzę, że to okno nie zasługuje już na wciśnięcie klawisza enter z nim na wierzchu.

Czasem, kiedy mi się nudzi lub po prostu mam taką chęć, zdarza mi się wypowiadać w dyskusji, broniąc przeciwnej strony. Najczęściej wynika to z wyrobionej przez życie postawy antykonformistycznej – napiszę „ja uważam inaczej”, wymyślę trzy argumenty przeciwko i dopiero wtedy zdam sobie sprawę, że jednak druga osoba miała rację. Ale ciągnę dalej – nie warto poddawać się, nawet zaczynając na przegranej pozycji. W tym samym czasie jednak wysłuchuję, co druga osoba ma do powiedzenia i odpowiednio ustosunkowywuję argumentację do tego. Taka rozmowa jest dość śmieszna, bo mogę z góry zakładać, co powie rozmówca – a jeśli to się nie spełni, to spotka mnie miłe zaskoczenie. Dodatkowo, Internet jest o tyle fajnym narzędziem, że jeśli trafi się na nieodpowiedniego partnera rozmowy, to zawsze można zniknąć, udając że się zapomniało o temacie.

Zdarza się również, że podczas normalnej dyskusji (czyli nie takiej jak w akapicie powyżej) w trakcie jej trwania zmienię zdanie i mimo to, ciągnę ją dalej – na tym samym stanowisku. Szukam dalszych argumentów, choć widzę że nie mam racji. Zdaję sobie sprawę, że to co mówi rozmówca, ma większy sens niż zdania mojego autorstwa. Jedak szukam dalej argumentów, bo ta rozmowa i tak niczego nie zmieni. Bo obserwują nas trzy, góra cztery osoby, a dla reszty Internetu ta dyskusja nie istnieje. Jedynym celem rozmowy jest więc wpłynięcie tylko na jej uczestników – a jeśli ci się ze sobą zgadzają, to można by było już zakończyć. Ale to nie wszystko. Rozmowa wiele daje i pozwala dokładnie przemyśleć omawianą kwestię. Mało rzeczy jest zupełnie pewne i tak łatwo jest przeoczyć coś zupełnie istotnego. Dlatego czyż nie najlepszym sposobem na coś takiego jest po prostu stanięcie na chwilę po przeciwnej stronie i spróbowanie się mocno z kimś pokłócić w komentarzach pod jakimś wpisem? A nóż się wpadnie na coś, co przedstawi sprawę w zupełnie innym świetle i nagle okaże się, że jednak mieliśmy rację. W przeciwnym wypadku nic się nie traci. To była jedynie gra, nikt nie zginął, nikt nie powyrywał sobie włosów czy nie został oblany kwasem żrącym. Wystarczy powiedzieć „miałeś rację”, myśląc „oboje mieliśmy” i odejść po cichu, z poczuciem wygranej.

Dam głowę, że w tym momencie ktoś kto to czyta powie, że popadam w hipokryzję. Tak, popadam, bo o tym jest ten wpis. No bo właśnie – skąd druga osoba ma wiedzieć, że ja nie jestem zafiksowaną bryłą ludzką, tylko tak udaję? Po prostu – nie ma tego wiedzieć. Rozmawiałam dla siebie, a nie w celu wpłynięcia na rozmówcę, więc nie w moim interesie było przekonywanie go, że nie ma racji. W sumie to nie obchodzi mnie ten człowiek w niemal nawet najmniejszym stopniu, a ta rozmowa nie zmieni historii. Nie uczestniczę w debatach politycznych, a w obrzucaniu siebie nawzajem mięsem na portalach społecznościowych i choć w formie prawie niczym się to nie różni, to skutki jednego i drugiego są definitywnie odmienne. W każdym razie – będę tak robić, bo normalne dyskusje mi się znudziły, a grafomania każe mi w jakichkolwiek uczestniczyć.

Tym bardziej, że jestem pewna, że prawie nikt inny tak nie robi. Mam wrażenie, że ludzie w sumie to nie wiedzą o czym piszą, nie zastanawiają się nad sensem, a jedynie przeklejają schematyczne myśli. Usłyszeli gdzieś coś, co ładnie brzmi i zaraz to znalazło się w ich ustach. I najgorsze jest to, że to już tam zostanie, bo przecież to argument na wszystko. No bo w sumie to po co wysłuchiwać rozmówcy, na pewno nie ma niczego do powiedzenia, co nie?

Co więcej, przyjęło się uważać, że najważniejsza na świecie jest pewność siebie. W głupich poradniczkach dla średnio-inteligentnych to musi być zawsze podkreślone. Pewność siebie i ta nieopisana charyzma (swoją drogą, nigdy nie potrafiłam zrozumieć, co to słowo oznacza tak konkretnie). Trzeba stać zawsze po jednej stronie, najlepiej przez całe życie, i nie dopuszczać, pod żadnym pozorem, możliwości przyznania się do błędu – nawet przed sobą. Co więcej – nie można nawet przypuszczać istnienia takowego. Nie mylisz się, jesteś wspaniały, jesteś specem od wszystkiego, zawsze masz rację i tak dalej. Trochę jak papież, tylko możesz zostawić małe dzieci w spokoju.

Uważam, że ludzie zbyt pewni siebie, są tak naprawdę głupi. Są zaślepieni swoją jedną postawą i nawet nie chce im się analizować argumentów za i przeciw. To rodzi agresję, powstają jakieś durne ruchy narodowe i posty na naTemat, a ja dzięki temu mam materiał na wpis, pod którym być może ktoś napisze, że walczę z wiatrakami, bo nie mam dowodu na istnienie tego typu ludzi, lub że stworzyłam kolejną szufladkę. To mogłoby znowu stworzyć jakąś ambitną dyskusję, która dalej wytworzyłaby kilka ciekawych wniosków i może rozwinęłaby się w fajnym kierunku. Ale nie będę kontynuowała tematu „innych” bo „inni” to pojęcie trochę abstrakcyjne. Chciałam tylko powiedzieć, że zmiany są fajne. Bystry obserwator świata z biegiem lat widzi coraz więcej jego elementów i to może znacznie wpłynąć na poglądy. A stanie w miejscu to takie ignorowanie tego wszystkiego, rysowanie ptaków wyglądających jak dupy i zawzięte powtarzanie, że „białe jest białe”. Taka tabula rasa oprawiona w antyramę ze szkła przeciwpancernego.

Przykład z życia: jakieś 4 lata temu uważałam globalizację za coś złego. Nie wiem czemu, ale ubzdurało mi się, że poprzez mieszanie się kultur, jakieś poszczególne tradycje zanikają i świat robi się nudny. Przyjeżdżasz do Hameryki a tam wszyscy jedzą bigos i ziemniaki. Kiedy zrozumiałam, jak wiele świat zawdzięcza globalizacji, przez długi czas byłam zbyt pewna w tym poglądzie. No bo przecież Internet, wyrównywanie możliwości, otwarte granice, kontakt… I tak sobie egzystowałam w pełnym przekonaniu i w głupocie, jak się okazuje. No bo przecież ujednolicanie sprawia, że natykają się na siebie osoby, które nie powinny się spotkać. Ludzie to z natury zwierzęta i poza własnym stadem najchętniej by się pozabijali. I tak też się działo. Ten krótki akapit nie ma na celu rozwiązania problemu a pokazanie że ma on więcej stron niż mogłoby się pierwotnie wydawać. W tym przypadku i na tym etapie, człowiek stojący po stronie przeciwników globalizacji miałby rację, jednak stojąc niezmiennie po jednej stronie, mógłby on jedynie myśleć o tym, że zniknęłyby charakterystyczne stroje ludowe. A to jedynie ilustracja problemu.

Nie lubię rozmawiać z osobami, które zjadły wszystkie rozumy. No bo jak wygląda taka wymiana zdań? Ja mówię jakieś argumenty – wszystko jedno czy sensowne, czy nie, a druga osoba bezmyślnie odrzuca je jeden po drugim, nawet nie zagłębiając się minimalnie w ich analizę. Czuję się więc, jakbym mówiła do ściany. Albo do gościa od socjal media w jakiejś dużej firmie, którego jedyną umiejętnością/powinnością jest kopiowanie w odpowiedzi podpunktów regulaminu. O ile dana osoba nie jest specjalistą w danej dziedzinie lub nie ma dostępu do tajnych informacji, to taka rozmowa jest zupełną stratą czasu. Przecież ktoś, kto na start jest nieomylny, ma tak małe pojęcie o sprawie, że nie ma sensu w ogóle wykorzystywać jego wiedzy. To tylko ta cała charyzma i granie wszechwiedzącego.

Prośba do społeczeństwa na dziś: przestańcie się gapić na nieomylnych jak cielaki na malowane wrota i zastanówcie się: czy aby ta cała pewność siebie prowadzi do czegoś dobrego?

Ten wpis został napisany dwa tygodnie temu, edytowany w piątek i zostanie opublikowany zaraz. Potrzebowałam do tego pewnego rodzaju bodźca, a dzisiejszego dnia dostałam takich kilka. Może nie umiem radzić sobie z życiem, może nie wiem jak godzić konieczność pisania czegokolwiek z brakiem jakiegokolwiek tematu… Chyba za bardzo przyzwyczaiłam się do wyrażania publicznie tego, co ludzie zachowują tylko dla siebie – czyli konkretniej do pisania w celu przemyślenia jakiegoś tematu. Kłócenie się ze sobą i zmienianie stanowiska w obrębie jednego tekstu… nie, to nie jest normalne.

Więcej

Mur

Wielki mur rozpościerał się tak wysoko, że stojąc przy nim można było mieć wrażenie, że sięga aż do chmur. Pomimo masywności i solidności tego zabezpieczenia, wszystkie bramy były otwarte, wypuszczając co jakiś czas pojedynczych wędrowców, a rzadziej niewielkie grupki. Wydawać by się mogło, że przez bramy przechodzi ich stosunkowo niewiele, jednak osoby obserwujące to zjawisko od lat doskonale wiedziały, że to nieprawda. Ta droga została ubita stopami milionów osób – chociaż wielu pamiętało, że jeszcze niedawno rosła tu trawa, a w zamkach gnieździły się pająki.

– To będzie bardzo pouczająca wycieczka – powiedział Ojciec, poprawiając Synowi plecak. – Myślę, że na długo pozostanie ci w pamięci.

Mijając w wejściu dziwnego osobnika, wiozącego za sobą na taczkach kilkadziesiąc złotych statuetek, wkroczyli do środka tego wyjątkowego miejsca.

Początkowo niczym się nie różniło od świata zewnętrznego. Podobne drzewa, podobne domy, ludzie też jakoś nie odbiegający od normy. Coś jednak było nie tak i to właśnie można było wnioskować z istnienia tak masywnego muru, oddzielającego tę część świata od reszty. Syn był podekscytowany i pełen entuzjazmu i chciał jak najszybciej znaleźć coś, co zupełnie rozwieje jego wątpliwości wobec tego miejsca. Wycieczka jednak okazała się długa i męcząca, a Ojciec wydawał się unikać wyznaczenia wprost jakiegoś celu. Trasa wydawała się więc spontaniczna i Syn postanowił spodziewać się na niej absolutnie wszystkiego.

Tymczasem zaraz na wprost nich wyłoniła się zza horyzontu olbrzymia ściana. I słowo „ściana” byłoby idealnym opisem tego elementu, jego całej płaskości i sztywności, gdyby nie fakt, że jej powierzchnia była pokryta farbą rozmaitych kolorów – od czerwieni, przez żółcie, zielenie, niebieskości, aż po fiolety. Cała gama barwna występowała radośnie w formie różnokształtnych plam i pociągnięć pędzla, wałka lub szpachli. Jednak to nie było dzieło sztuki – a przynajmniej nie tej tradycyjnie pojmowanej.

Kiedy Ojciec i Syn podeszli bliżej, zauważyli, że ściana jest malowana przez różnych ludzi. Przynosili oni duże i pełne wiadra i po niedługim czasie odchodzili z zupełnie pustymi. Najciekawsze jednak było to, że ich działania były bynajmniej nie związane ze sobą. W momencie, kiedy jedna osoba odeszła, ktoś kto nie zauważył, że ta przestrzeń jest już pomalowana, kładł na niej kolejną warstwę farby.

Syn zaczął pytać Ojca o sens takiego kolorowania ściany, jednak ten kazał mu przyjrzeć się dokładnie temu widowisku. Usiedli na trawie i wpatrywali się w ścianę, która co chwila miejscami zmieniała swoją barwę. Chłopiec starał się zwracać uwagę na wszystkie szczegóły i po jakimś czasie doszedł do dwóch istotnych spostrzeżeń – jednym z nich było to, że ludzie którzy przychodzili kilkakrotnie, prawie zawsze mieli ten sam kolor farby. Zdarzały się wyjątki, ale były one bardzo nieliczne. Jednak bardziej zdziwiło Syna to, że pomimo iż wcześniej widział na ścianie mnóstwo kolorów, to teraz tak naprawdę było ich jedynie szesnaście. Co prawda, czasem się mieszały i tworzyły barwy pośrednie – jednak czystych barw było dokładnie tyle. Kilka osób, które nakładało czerwoną farbę, miało dokładnie ten sam jej odcień i podobnie działo się w przypadku innych kolorów.

– W sklepie mają tylko szesnaście kolorów do wyboru – uprzedził jego pytanie Ojciec. – Mało kto wie, że barwy można mieszać i większość używa ich w czystej postaci. A to jest śmieszne, bo ideą tej ściany było to, aby każdy mógł swoim kolorem oznaczyć dowolną jej przestrzeń. Teraz jak pięć osób ma tę samą zieleń, to albo kłócą się o to, która jest bardziej zielona, albo wiążą się w jedną grupę i malują razem. Dla nich to o tyle lepiej, że każdy z nich może stwierdzić, że większa część ściany jest jego – w końcu zamalowywują ją dwa razy szybciej.

– Dlaczego oni nie mogą ustalić pomiędzy sobą, kto zamaluje jaką część ściany?

– Gdybyśmy podeszli bliżej, usłyszałbyś ich kłótnie. Nie dogadają się w tej sprawie. Każdy chce, aby ściana była cała pomalowana jego kolorem i do tego dąży.

– Ale przecież mogą umówić się na jeden wspólny kolor! – Dla Syna wydawało się to banalne i najsłuszniejsze rozwiązanie. – Zmieszać wszystkie farby ze sobą i pomalować ścianę w tym kolorze, jaki wyjdzie! Wtedy ściana będzie każdego.

– Oj, to nie jest takie proste – odparł Ojciec. – Wyobraź sobie, że mamy sobie kupić wspólną czapkę i chcemy aby pasowała nam do koszulki. Ty masz koszulkę czerwoną, a ja żółtą. Możemy kupić sobie pomarańczową czapkę, ale nie będzie pasowała wtedy ona ani mi, ani tobie. Podobnie jest z tą ścianą. Niestety ta sprawa chyba nie doczeka się nigdy kompromisu.

Skręcili w prawo, aby nie zbliżać się do ściany i tak idąc, dyskutowali o kolorach. Żaden z nich nie spodziewał się, jak bardzo różnią się ich gusta w tak błahej sprawie, gdyż nigdy wcześniej nie przyszło im na myśl, aby o tym rozmawiać. W końcu jedynym tematem zgody stało się potwierdzenie, że postawienie ściany tylko po to, aby każdy mógł ją pomalować na swój kolor, nie ma najmniejszego sensu.

Kawałek dalej rozpościerała się dość duża dolina, ogrodzona sięgającym do pasa, pomalowanym na biało, drewnianym płotkiem. Małej bramy strzegł automat, wpuszczając tylko te osoby, które wrzucą do środka monetę. Niedużym problemem było wspięcie się na płotek, lub jego przeskoczenie, z której to możliwości wiele osób korzystało.

Ojciec oparł dłonie na jednym z słupków i zaprosił Syna do zatrzymania się na chwilę w tym miejscu.

– Nie wejdziemy do środka? – zapytał Syn, lekko zawiedziony. – Przecież wstęp kosztuje kilka groszy!

– Nie musimy – odparł mężczyzna. – Z tego miejsca doskonale widać to, co ci chciałem pokazać. Spójrz tam.

Wskazał dłonią na środek doliny i Syn automatycznie odwrócił głowę w tamtym kierunku. Znajdowała się tam dość liczna grupa osób ubranych w ciemne kolory. Na samym środku, na wysokim podeście, stał jedyny ubrany na biało mężczyzna. Demonstrował reszcie rozmaite ruchy, a oni zawzięcie je kopiowali. Wyglądało to trochę jak gimnastyka, jednak podczas gdy prowadzący człowiek jedynie demonstrował dane figury, pozostali musieli w nich wytrzymać aż do momentu, kiedy on, skinięciem głowy, pozwoli im zaprzestać. Wyciągał na chwile ręce w bok i podnosił kolano, a oni robili dokładnie to samo, jednak trwając tak przez dłuższy czas. W międzyczasie on rozglądał się wokół i za każdym razem, kiedy zobaczył, że ktoś nie wytrzymał i na przykład opuścił na ziemię stopę, którą miał utrzymywać w powietrzu, wskazywał na tę osobę palcem, a wszyscy inni zaczynali się na nią patrzeć. Po chwili rozlegały się wyzwiska połączone ze śmiechem i dana osoba oddalała się w pośpiechu, uchylając się aby nie dostać lecącym w jej stronę butem. Kiedy znikała z pola widzenia, reszta z jeszcze większym zapałem oddawała się kontynuacji gimnastyki.

– Czy to jest praca? – zapytał zdumiony Syn, a w jego głosie dało się wyczuć nutę irytacji.

– Nie. Ci ludzie przyszli tutaj dobrowolnie i niczego za to nie dostaną. Większość nawet zapłaciła za wstęp, a reszta wkradła się bokiem, kiedy nikt nie patrzył. Ich działanie jest zupełnie bez sensu, jednak tego zostali nauczeni i tak robią. Poza tym, przyswoili sobie czerpanie satysfakcji z tego, że to nie oni są tymi, którzy opuścili to grono. I robią to już tyle lat, że w tym momencie, zaprzestając, mogliby mieć trudności ze znalezieniem innych pozytywnych dla nich aspektów życia. Ważne jest to, że tym momencie, tak sobie ćwicząc, nie stanowią żadnego zagrożenia. Niestety nie jestem pewien, co by się stało, gdyby kolejną figurą gimnastyczną nie było wyciąganie ręki, a na przykład robienie komuś krzywdy.

Syn nie odpowiedział. Patrzył na tych ludzi jak na małpki w zoo i nadal nie mógł zrozumieć, dlaczego zachowują się tak dziwnie. Jedyne, co mu przyszło na myśl to to, że być może są po prostu głupi i to trochę poprawiło mu nastrój. Cieszył się, że on i Ojciec nie weszli do środka i mogą uważać siebie za lepszych od tamtej bandy kretynów. Choć starał się tego nie okazywać, wewnętrznie rozpierała go duma i poczucie własnej godności. Rozmyślania przerwał mu Ojciec, zapraszając do dalszego zwiedzania.

Idąc dalej, mijali wiele dolin podobnych do tej pierwszej. Niektóre płotki były pomalowane na inny kolor, inne były niemożliwe do pokonania górą. Czasem ogrodzenia nie było wcale, a w jego miejscu jedynie zaznaczona była linia graniczna. Społeczności wewnątrz również się od siebie różniły. W niektórych grupach każdy ćwiczący musiał wziąć ze sobą małą piłeczkę, w innych ludzie wykonywali ćwiczenia grupami, lub byli podzieleni według przeróżnych kryteriów. Wszystkie jednak łączył fakt istnienia osoby prowadzącej, która wszystkim pozostałym pokazywała, co mają robić.

W końcu z daleka zaczęła dobiegać wrzawa. Szli dokładnie w stronę źródła dźwięku, a ten stawał się coraz wyraźniejszy. Wkrótce dało się już rozpoznać głosy przekrzykującego się tłumu. Ojciec i Syn znaleźli się na dużym rynku przepełnionym ludźmi, na którego środku stała kolorowa scena, ubrana w dekoracyjne materiały i przystrojona kwiatami. Zgromadzeni widzowie patrzyli się w stronę mężczyzny trzymającego mikrofon i jego skąpo ubranej asystentki, która trzymała w dłoni zwykłą skarpetkę, co jakiś czas prezentując ją tłumowi.

– Wspaniała, drogocenna skarpeta – mówił człowiek ze sceny. – Jest ciepła i wygodna. Dobry materiał, staranne wykonanie.

– A ma certyfikat jakości?! – wykrzyknął ktoś z tłumu i po chwili odkaszlnął

– Nie posiada jeszcze żadnego certyfikatu, gdyż to nasz nowy produkt. Jednak daliśmy mu aż dziewięć na dziesięć gwiazdek w naszej skali jakości, a to wiele oznacza!

Powróciła wrzawa i ludzie zaczęli gromadzić się w grupkach, przedyskutowując między sobą wartość skarpety. Rozmowy były bardzo głośne, a w międzyczasie pomiędzy grupami przemykały się osoby próbujące podsłuchać dyskusje.

Syn zerknął na scenę. Była pusta. Spojrzał więc pytającym wzrokiem na Ojca i kiedy ten zrozumiał, czego dotyczy zdziwienie dziecka, powiedział:

– Zaraz wrócą. Ich obecność wcale nie jest w tym momencie potrzebna. Tylko by przyspieszyła to, co będzie się teraz dziać, a to działałoby na ich niekorzyść. Posłuchaj za to, o czym rozmawiają ludzie wokół.

Chłopiec zbliżył się do jednej z grup na tyle, aby wychwycić pojedyncze głosy z panującego hałasu.

– To tylko skarpeta – powiedział stary mężczyzna. – Nie potrzebujemy więcej skarpet niż posiadamy. Co więcej, te dziurawe zawsze można załatać i wcale nie będą gorsze od tej.

Kilka osób pokiwało głowami, jednak po chwili głos niezgody zabrała kobieta siedząca obok:

– Kowalska ostatnio kupiła siedem skarpet pod rząd. I to od tego samego gościa. Widziałam jej minę dzisiaj. Pewnie myśli, że tą dostanie równie tanio co tamte. Pokażmy jej, że jest w błędzie. Poza tym, jestem pewna, że nawet jeśli teraz te skarpety nie mają certyfikatów, to już niedługo zaczną podbijać rynek. Wtedy każdy będzie chciał je mieć, a Kowalska będzie miała przewagę, bo już ma. Nie dopuśćmy do tego i sprzątnijmy jej ją spod nosa!

Kilka osób pokiwało głowami, jednak większość wciąż była nieprzekonana.

– Poczekajmy – odparł wysoki mężczyzna. – Musimy poobserwować, co się będzie działo. Rodzina Ścianowskich ma nosa do dobrych ofert, więc zobaczmy, co oni zaproponują. Jeśli rzucą wysoką cenę, to oznacza, że produkt jest tego warty; jeśli nie, to nie ma co marnować na niego forsy. Musimy się wykazać rozwagą – dodał, dla podkreślenia swoich słów.

Dialogi w innych grupach były bardzo zbliżone. Syn doszedł do wniosku, że mało kogo obchodzi sama skarpeta, a większość osób skoncentrowana jest na tym, jak przedmiot oceniają inni. Zdania co chwila się zmieniały, a ludzie pochłonięci byli w dywagacjach o wartości, cenie i jakości. Co więcej, wydawali się być zupełnie odporni na nudę. Tak zafascynowani, tak maniakalni… Syn nie mógł tego pojąć i chciał już opuścić to miejsce, jednak Ojciec wyraźnie dawał mu do zrozumienia, że to nie potrwa długo.

I po chwili rzeczywiście na scenę powrócił mężczyzna z asystentką i skarpetą.

– Czy ktoś w tym gronie chciałby zakupić ten wspaniały przedmiot? – zaczął, niezbyt afirmatywnie. Równie dobrze mógł zachwalać zalety przedmiotu i podnosić go w górę, wskazując co chwila ręką. Ludzie jednak widocznie tego nie potrzebowali.

– Dam trzy tysiące – powiedziała jedna pani ze środka tłumu i nagle wszyscy zamilkli. Te słowa zabrzmiały jak wyrok i dla niektórych były znakiem do wycofania się. Wrzawa powróciła jednak po chwili, i to z o wiele większym natężeniem.

– Trzy tysiące sto! Trzy tysiące sto pięćdziesiąt! Trzy tysiące trzysta trzydzieści! Trzy tysiące pięćset! PIĘĆ TYSIĘCY! Sześć! Sześć tysięcy sto! – zaczęli się przekrzykiwać, co wprawiło Syna w osłupienie. Kiedy kwota sięgnęła ośmiu tysięcy, włączył się głos mężczyzny ze sceny:

– A może… ktoś da dziesięć tysięcy?!

– Ja dam nawet jedenaście! – rzucił mężczyzna ubrany w za dużą marynarkę.

Grupa zebrana pod sceną zaczęła się przerzedzać, jednak ci co zostali, nie wyglądali na osoby, które się na cokolwiek spieszą. Wtem na sam środek wyszedł ten sam starszy mężczyzna – ten sam, którego wypowiedzi na samym początku słuchał Syn.

– Naprawdę chcesz dać jedenaście tysięcy za zwykłą skarpetkę? Nawet gdybyś miał pewność, że jest taka wspaniała, to naprawdę byłbyś w stanie wydać tyle na przedmiot służący jedynie do założenia go na stopę? Co ty chcesz tym udowodnić?

– Oooooszuuuust! – rozległ się wrzask kogoś z tłumu i wszyscy zaczęli przekrzykiwać się nawzajem w wyzwiskach rzucanych w stronę mężczyzny ze sceny. Te same osoby, które wcześniej rzucały coraz to wyższe ceny, teraz zaczęły się wspinać na górę i gonić mężczyznę, który widząc co się dzieje, zbierał się właśnie do ucieczki.

– Chciałeś mi zabrać jedenaście tysięcy? Ty parszywy złodzieju! – wrzeszczał człowiek w za dużym garniturze, próbując się przebić przez tłum.

– Tego się nie spodziewałem – podsumował Ojciec, prowadząc Syna do bramy wyjściowej. – Niemal do końca byłem przekonany, że skarpetka trafi do tego mężczyzny i stanie się przedmiotem zazdrości dla wszystkich wokół.

– Ale to tylko skarpetka!

– Fizycznie tak. Przedmioty jednak potrafią mieć jeszcze wartość tak jakby duchową. Mogą być sentymentalnymi pamiątkami, albo – tak jak tutaj – przyczyną prawdziwej awantury. Przecież czytałem ci mit o złotym jabłku niezgody rzuconym przez boginię Eris na weselu bogów greckich. Nie pamiętasz już? Tutaj podobną rolę zagrała zwykła skarpeta.

– No tak.

Syn czuł konsternację. Był trochę zmęczony, ale irytowali go wszyscy ludzie, których napotkał tego dnia. Byli tacy naiwni, tacy głupi, tacy nierozmyślni. Jak mogli tacy być? Nie przeszkadzało im to? Nie mieli takiego wewnętrznego przeczucia, że robią coś głupiego? A może mieli i je skutecznie tłumili? A co jeśli naprawdę byli tacy głupi i nic już nie było w stanie tego zmienić? Swoimi wątpliwościami podzielił się z Ojcem.

– Chyba niczego się nie nauczyłeś – odparł mężczyzna, lekko zmieszany i wyraźnie zawiedziony. – Spójrz jeszcze raz na te wysokie mury i zastanów się, czy ci ludzie aby na pewno są winni takiej sytuacji. Pomyśl jeszcze raz, czy nie stali się jedynie ofiarami.

W wejściu było bardziej tłoczno niż wcześniej. A przynajmniej tak się wydawało Synowi. Pojawiło się kilku typowych turystów, takich z dużymi aparatami i koszulami w palmy. I podczas gdy oni wchodzili do środka, z wnętrza wydobywali się ludzie nie wyglądający na podróżników. Zamiast wygodnych plecaków, taszczyli ze sobą olbrzymie walizki na kółkach i reklamówki pełne kanapek. Syn nie potrafił odczytać z ich twarzy ani emocji, ani celu ucieczki.

Więcej

Spontaniczna potrzeba wolności

To się dzieje zwykle w piątki, zwłaszcza te ciepłe. Przychodzi nagle i potrafi dać nadzieję lub wpędzić w depresję. Spontaniczna potrzeba wolności – strach przed chwilą obecną i wyimaginowaną koniecznością siedzenia w jednym miejscu. I to uczucie, tak głupie uczucie – wyciągające na wierzch to, co było i przeciwstawiające z tym, co mogłoby być gdyby reklamy nie kłamały a ludzie nie byli chujami.

Przychodzi i zadaje pytania. Te, które udaje mi się tłumić przez pozostałe dni tygodnia, kiedy nie ma czasu na refleksję i zawsze znajdzie się coś do roboty. Co chcesz osiągnąć w życiu? Zdajesz sobie sprawę, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zrobi to lepiej? Znajdzie się sto takich osób. Tysiąc. Dziesięć, dwadzieścia tysięcy. Może sto. Albo milion. Więc dobrze, próbuj nie liczyć na to, że coś osiągniesz – nie wymagaj, że chociaż minimalny promil najbliższej społeczności cię doceni. Skup się na szukaniu satysfakcji w przyjemności. Co ci sprawia przyjemność? Mówisz, że tworzenie nowych rzeczy… czy aby na pewno nie kłamiesz? Przecież potrafisz mieć tego dość, wściekasz się, smutno ci kiedy widzisz mierne efekty. Bez wątpienia nie mówisz całej prawdy. Odpowiedz mi, odpowiedz tak, jak odpowiadasz w każdy piątek… Czego tak naprawdę chcesz w tym swoim życiu?

Wolności. Wolności od świata, ludzi i siebie. Od potrzeb, od braku środków, od niemożności osiągnięcia celu. Od wspomnień. Od echa wydarzeń przeszłości, które dobija się do drzwi czasu obecnego kiedy tylko nie mam ich czym zastawić. Od rzeczy, które przywołują złe wspomnienia. Od rzeczy, które przywołują dobre wspomnienia. Bo te też potrafią sprawiać ból – tak kontrastując z czasem teraźniejszym, zwłaszcza kiedy pamięć je zniekształci. Chcę zostawić wszystko, już nawet nie brać ze sobą plecaka. Nie pakować kanapek, telefonu, laptopa. Nie brać portfela.

Opuścić znany dobrze kawałek ziemi i przedmioty, do których się przyzwyczaiłam. Zwłaszcza pamiątki. Rzeczy, które poprzyklejały się do mnie w celu wiecznego przypominania o tym, co było. Bo każdy przedmiot ma swoją historię, a jak za dużo takich baśni w jednym pokoju to nagle się robi z tego telenowela i sytuacja przestaje być śmieszna. O ile posiadanie różnych rzeczy ułatwiających życie jest fajne, to po jakimś czasie ich kolekcja zamienia się w graciarnię i to nie tylko taką w postaci kupy życia na środku biurka. Niech te rzeczy znikną. Niech zakopią się głęboko pod ziemią i chcąc oczekiwać przyszłych pokoleń, zostaną zapomniane i nigdy nie odnalezione.

Chcę zostawić za sobą ludzi, zwłaszcza tych średnio-bliskich. Bo się zmieniają w niekontrolowany sposób. Osoby najbliższe też się przechodzą przemiany, ale dzieje się to na moich oczach. Każda metamorfoza charakteru jest odnotowywana w pamięci i dzięki temu nie stają się oni po jakimś czasie obcy. Inaczej ci tylko trochę mniej „swoi”. Oni się zmieniają w każdym momencie nieuwagi. I znikają bez zapowiedzi. Jednego dnia przyjaciel, drugiego nie odbiera, nie odpisuje na wiadomości. Mijają trzy lata i nadal zero odezwu. A przecież tyle wspólnych chwil się przeszło, tyle czasu spędziło… to już nie istnieje. Facebook mówi, że „Maybe” widzimy się na początku sierpnia. Wszystko jedno, nie jesteś już tym samym człowiekiem, jakiego poznałam w wakacje, siedem lat temu. Ponoć to była przyjaźń. Sama stwierdziłaś, że jednak nie – i miałaś rację. Kiedy moment nieuwagi okazuje się na tyle długi, aby druga osoba zdążyła stać się kimś zupełnie innym, to tylko może oznaczać, że nigdy nie była bliska. Nie na tyle, aby nie chcieć zapomnieć i zostawić. Wraz z całą resztą osób, które nigdy nie miały czasu, aby wyjść, porozmawiać, spędzić razem kilka chwil. Nie chcę już nikogo pytać o to, czy nie chciałby się spotkać. Chcę zostawić całe społeczeństwo ludzi poznanych na tyle dobrze, aby stali się nudni i na tyle źle, aby nie okazali się jednak ciekawi. Zmienić adres i podać go tylko kilku wybrańcom.

I poznawać nowe osoby – tak inne, ale z punktu chwili obecnej tak nie dynamiczne. Bez historii, bez wspomnień – tych, które i tak były niemal zawsze za bardzo wybrakowane aby obiektywnie wpłynąć na wizerunek postaci. I nie przywiązywać się. Nie szukać przyjaźni, nie poznawać, nie zaśmiecać pamięci niepotrzebnymi informacjami o tym, że oto kolejna osoba ma swoje zwyczajne, ludzkie problemy – i dla siebie najważniejsze, ale dla mnie nie.

I nigdy, przenigdy, nie kupować własnego mieszkania. Miejsca, którego zdobycie nie tylko stanie się wszą na portfelu na następne czterdzieści lat, ale także kajdanami przykuwającymi do jednego miejsca i każącymi nazywać je domem – jakiekolwiek by ono nie było. Kiedyś chciałam mieć swój kawałek przestrzeni, który mogłabym umeblować, udekorować i zamieścić w nim cząstkę siebie. Ale wyrosłam z tego. Świat przestał być dla mnie kilkukilometrowym kawałkiem powierzchni miejsko-wiejskiej. Może za dużo tras przejeździłam pociągiem, może w zbyt wielu miejscach spędziłam za piękne chwile, aby ich żałować… ale nie mogłabym teraz zapuścić korzeni w jednym miejscu. Z ciągle tą samą, niezmienną pulą sąsiadów, z każdym dniem identycznym jak poprzedni i tylko drobnym, za małym wpływem różnorodności i zmienności świata na życie. Chcę wyjechać z Polski – wszystko jedno dokąd. Nie z przyczyn ekonomicznych, i nie z przekonaniowych (nie tym razem). Z nagłej potrzeby wolności.

Chcę nie mieć nigdy psa, a nawet kota. I dziecka. Dorosłemu człowiekowi wystarczy kawałek ziemi pod stopami i kawałek chleba. Potrzeby wyższe są już jedynie fanaberiami, na które każdy lubi sobie pozwalać, ale co nie wszyscy uważają za niezbędne. Tymczasem posiadanie dodatkowego organizmu, którym trzeba się opiekować, który trzeba karmić i za który należy być odpowiedzialnym, bo inaczej można go zepsuć wymaga o wiele więcej do przetrwania.. Trzeba przy nim być i go pilnować, uczyć rozsądku i wychowywać. To zabiera mnóstwo czasu i energii oraz rodzi konieczność dojrzałości. I wymaga wiele, wiele chęci – motywacji, którą ja chcę przeznaczać na coś innego.

Nie chcę mieć nigdy telewizora i nie chcę mieć nigdy samochodu. To kolejne ograniczenia, które dodatkowo zaczynają sterować życiem człowieka. Jadąc gdziekolwiek trzeba mieć trasę. Benzyna jest zbyt droga, aby ruszyć w nieznane, nie martwiąc się niczym. Zamiast tego konieczne jest wyszukanie na mapie najkrótszej drogi, pilnowanie jej i tak dalej. Niektórzy to lubią, ale ja nie zaliczam się do tej grupy.

Chcę kiedyś znaleźć w sobie tyle odwagi, aby wyruszyć gdzieś autostopem. Może nie od razu na koniec świata, ale w jakieś ładne, malownicze miejsce. Albo szlakiem europejskich stolic – tak mainstreamowo, ale jak ciekawa musiałaby być taka droga – z plecakiem, namiotem i konserwami. Ruszyć przed siebie, w słoneczną pogodę, natrafiając tylko na dobrych ludzi i widząc te wszystkie pozytywne aspekty życia, o których krążą legendy, że istnieją.

Jestem osobą, która przeczytała w życiu zbyt wiele książek, aby pogodzić się z nudną rzeczywistością i która wygrała zbyt wiele gier komputerowych, aby zaakceptować to, że nigdy nic nie osiągnie. Moje życie jest nudne jak flaki z olejem, ale czasami dopadają mnie chwile, kiedy wracają echa tych wszystkich historii – czy zupełnie zmyślonych, czy nawet lekko inspirowanych. Te piątkowe wieczory, znacie je?

I chcę wreszcie podłożyć materiał wybuchowy pod te wszystkie mosty, które pozostawiałam za sobą do tej pory. Fajerwerki.

Więcej

Marynara i fryzura

Matura to bzdura. Niestety inaczej nie da się tego określić. Być może w założeniu miał to być poważny egzamin, niezbędny w życiu i świadczący o człowieku… ale gdzieś po drodze zmienił się w cyrk. Przedstawię to po swojemu:

O maturze mówi się cały czas. Nie tylko w ostatniej klasie, ale już na kilka lat przed – wciska się licealistom, jak bardzo ten nazywany po staremu Egzamin Dojrzałości jest ważny i tak dalej. Straszy się ich głupimi procedurami takimi jak: oddawanie pół roku wcześniej bibliografii, wypełnianie jeden za drugim arkuszy próbnych, cała masa niepotrzebnej makulatury (deklaracje jedne, drugie), terminy, terminy, terminy. Mnóstwo czasu poświęca się na tę całą otoczkę – na poinformowanie każdego, że trzeba się ubrać w taki a nie inny sposób, przyjść odpowiednio wcześniej, załatwić potrzeby fizjologiczne przed egzaminem i zabrać odpowiednie akcesoria. W ostatniej klasie matury są wszędzie. Kursy przygotowawcze, jakieś korepetycje, instrukcje jak radzić sobie ze stresem i nadmiarem nauki, poradniki dotyczące rozwiązywania schematycznych zadań… W maju w każdej gazecie matura, matura, matura. Powstają specjalne strony, fora dla maturzystów, gdzie roztrząsany jest każdy najmniejszy szczegół egzaminu – „Czy mogę przedłużyć prezentację z polskiego o siedemnaście sekund?”. W szkołach co lekcje pada słowo „matura”, co ma jeszcze podkreślać że poszliśmy do liceum nie po to, aby się nauczyć podstaw wielu dziedzin, nie po to aby znaleźć tę, w której czujemy się najlepiej, nawet nie po to, aby mieć powód do ruszenia tyłka z domu, ale po to, żeby przyjechać do szkoły kilka razy w maju, a potem w lipcu odebrać papierek.

Natomiast w maju otwieram arkusz z matematyki podstawowej, angielskiego i widzę zadania z którymi poradziliby sobie gimnazjaliści. Czuję się oszukana. Czy to jest aby na pewno ten egzamin o którym wszyscy huczą, że tak trudno 30% zdobyć? Przychodzę na egzamin ustny z polskiego i z zażenowania lecąc na improwizacji, nawet uprzednio nie przeczytawszy wszystkich zapisanych w bibliografii lektur, dostaję maksymalną liczbę punktów. A na dzień przed, uznałam, że nie obchodzą mnie te matury i zadowolę się połową punktów, czy nawet minimum pozwalającym je zaliczyć. Egzaminy na poziomie rozszerzonym okazują się już mniej banalne i powiedziałabym, że nawet wyzywające, jednak to nie o nich tak głośno wszędzie.

Wiecznie jednak te same formułki. Wchodzimy na salę w ustalonej kolejności, wykonujemy rząd ściśle zaplanowanych czynności – przeczytanie pierwszej strony, rozerwanie arkuszy, potem policzenie kartek, w międzyczasie zerknięcie potajemnie na tematy wypracowań, wpisanie peselu. A w międzyczasie wysłuchanie po raz piąty o tym, że piszemy tylko czarnym długopisem, że nie używamy korektorów, że nie korzystamy z telefonów ani innych pomocy dydaktycznych, że egzamin trwa tyle a tyle… Tak więc kilkadziesiąt dobrze słyszących osób musi po raz kolejny wysłuchiwać tego samego, a to na dodatek znajduje się przed nimi na pierwszych stronach arkuszy. Takie są procedury, to jest konieczne. Niestety, żyjemy w kraju w którym gdyby tylko coś zostało nieuwzględnione, jakiś papier pominięty, jakieś słowo niedopowiedziane, to zaraz znalazłby się ktoś, kto by tę lukę wykorzystał. Ostatecznie prowadzi to do tego, że wszyscy razem traktowani są jak zgraja potencjalnych złoczyńców.

Matura to bzdura, gdyż główną jej częścią nie jest egzamin a stres spowodowany jego uformowaną ważnością. Strach przed tym, że bus się spóźni i przyjedziesz dwie minuty po rozpoczęciu egzaminu, lęk przed koniecznością powstrzymania wszelkich potrzeb takich jak napicie się zwykłej wody czy skorzystanie z ubikacji, albo gorzej – panika przed tym, że podczas egzaminu nagle rozpocznie się przedwcześnie okres i trzeba będzie na tym etapie odłożyć arkusz. Przed tym ostatnim, tak ironicznie, chroni zakaz opuszczania sali przed upłynięciem połowy czasu trwania egzaminu.

Tym, co mnie zainspirowało do utworzenia tego wpisu była sytuacja z dzisiaj. O ile miesiąc temu myślałam, że mam to wszystko już z głowy i nie będę musiała męczyć się irytującymi procedurami, o tyle teraz dały mi się one przypomnieć aż nadto. Okazało się, że moja własna siostra, ucząca się w tej samej szkole i przyszłoroczna maturzystka nie ma uprawnień do odebrania mojego świadectwa maturalnego za mnie. Jako, że pracuję na cały etat, nie mogłam pojawić się na zakończeniu roku szkolnego, tak jak i nie zawitam do szkoły w ciągu najbliższych tygodni. W weekendy szkoła oczywiście jest zamknięta, a na tygodniu sekretariat czynny jest tylko przez kilka godzin, i to porannych. Nie mam więc jak odebrać matury, a nikt nie może zrobić tego za mnie. Potrzebują konkretnie mojego podpisu na tej karteczce z nazwiskami i już. Podobno są sposoby aby rodzic mógł odebrać, oczywiście po podpisaniu protokołu i czegośtam, ale to się okaże w przyszłym tygodniu. Wspominałam o biurokracji?

Jak dobrze, że Komisja Egzaminacyjna nie jest aż tak bardzo zacofana w nowinkach technologicznych, aby nie słyszeć o Internecie. Swoje wyniki już znam i nie odbiegają one znacznie od tego, czego się spodziewałam. Część była lekko pozytywnym zaskoczeniem, ale nie jakimś niesamowitym – po prostu nie spodziewałam się na przykład tak wielu punktów z historii sztuki, którą pisałam myśląc o pracy, o której dostaniu dowiedziałam się kilkadziesiąt minut przed testem. Liczyłam na trochę więcej punktów z rozszerzonej matematyki, ale widocznie zrobiłam więcej błędów niż mi się wydawało. Podstawy oczywiście poszły niemal idealnie – cała Polska śmiała się z tego, jak proste były egzaminy w tym roku, a tymczasem…

A tymczasem okazuje się, że co piąty maturzysta nie zdał – podobnie jak w ubiegłym roku. Co piąta osoba, na której edukację przeznaczane były pieniądze z naszych podatków nie wykazała się nawet takim minimum samozaparcia, aby nauczyć się rozwiązywać chociaż te najprostsze zadania – a są one bardzo schematyczne. To nie kwestia inteligencji – zdanie matury nie wymaga obliczenia wszystkich zadań, napisania wypracowania ze wszystkimi możliwymi informacjami. To nie sprawa poświęcenia mnóstwa czasu na przeczytanie wszystkich lektur i pieniędzy na korepetycje. To się odnosi jedynie do nie-bycia idiotą. Tak, ja wiem, że jest wiele rzeczy ważniejszych od matury. Matura nie gwarantuje pracy, nie prowadzi do lepszego życia – to wszystko to ściema. Ale skoro chodziło się przez 3-4 lata niemal dzień w dzień do szkoły, marnowało swój i innych czas, zajmowało miejsce i korzystało z (może i beznadziejnych, ale zawsze jakichś) materiałów szkolnych, to jak nisko trzeba aspirować, aby zakończyć ten etap życia lekceważącym niezdaniem? Do jak niskiego poziomu należy jeszcze dorównać tych, którym zależy, aby ci, którzy mają naukę w dupie „mogli nadążyć”?. A następnie oślątka zdają poprawki, idą na studia – wszystko jedno, jakie, jakoś je zaliczają i dziwią się, że jakto praca na nich nie czeka… ale to już zupełnie inna bajka.

Puenta: Szanowny Systemie Edukacji, pokaż wreszcie, że liczy się nauka i wiedza, a nie bycie na czas na egzaminie i wstrzymanie siku. Dziękuję.

Więcej