Kategoria: Kultura

Zamiast różdżki mysz

Literaturę można bardzo łatwo podzielić na tę uznawaną za poważną (klasyczną) oraz tę, która służy dla rozrywki. Chociaż wiele osób – tak jak ja – wrzuciłoby jedno i drugie do wspólnego worka, wciąż mnóstwo ludzi po prostu uważa, że dzieła nie zawierające przydługich opisów i szybkiej akcji są w jakiś sposób gorsze. Według nich na przykład „Zmierzch” to nie książka.

W przypadku filmów podział ten nie jest już aż tak wyraźny – choć nadal występuje. Animacje i filmy przygodowe uznawane są za niewartościowy chłam dla mas lub coś dziecinnego, a przedłużające się filmy imitujące zdarzenia historyczne lub opowiadające o prawdziwym życiu stają się dziełami do tego stopnia wartościowymi, aby przeznaczać na ich oglądanie lekcje języka polskiego w szkołach.

Na szczęście gry komputerowe są o wiele nowszym tworem i nie pojawiła się (jeszcze) posępna otoczka szlachetnej powagi wokół co nudniejszych tytułów. Jeśli ktoś wyśmiewa jakąś osobę, przez to, że gra ona w grę polegającą na rzucaniu zaklęć, przywoływaniu magicznych istot i wznoszeniu ogromnych budowli z dziesięciu patyków i czternastu kamieni, to najprawdopodobniej nie spojrzy na niego inaczej, jeśli różdżka zamieni się w pistolet, smoki w agentów ubezpieczeniowych a zamek w mieszkanie na kredyt. Gry to gry i tutaj w wyborze nie ograniczają podziały a osobiste preferencje gatunkowe – a przynajmniej tak jest wśród graczy, których ja znam.

Myślę, że doszłam w tym miejscu do stwierdzenia, że magia w grach nie jest uznawana za złą. Teraz przedstawię, dlaczego jest dobra, a nawet niesamowita. Myślę, że najlepiej będzie wykorzystać do tego kilka przykładów:

 

Magia świata przedstawionego

Sacrifice to jedna z najwspanialszych gier, w jakie kiedykolwiek grałam. Nie chciałabym opisywać fabuły, użytych środków czy innych rzeczy, o których można przeczytać chociażby u salantora. Zamiast tego, muszę powiedzieć, jakie wielkie wrażenie wywiera na mnie każda z map, nawet po jakiś 10 latach. Ta gra nie byłaby taka sama bez tych wszystkich nierówności terenu, które sprawiają, że nigdy nie wiadomo, co znajduje się za każdym pagórkiem oraz jakie widoki będzie się dało z niego zobaczyć. Twórcy Sacrifice nie bali się też dziur na mapie. Świat przedstawiony jest tutaj jako zbiór wysp unoszących się w pustej przestrzeni, będącej nicością o niezwykle artystycznym wyglądzie. Grając w Sacrifice, trudno nie wykorzystać nieciągłości terenu i za pomocą odpowiednich zaklęć nie powrzucać tam wrogich istot, uniemożliwiając tym samym wrogiemu magowi pozbierania ich dusz. Tak, wiem – dla kogoś, kto w to nie grał – ten opis musi brzmieć naprawdę makabrycznie.

Screeny z gry – źródło

Niezwykle ważne są też elementy przyrody oraz architektury poumieszczane w różnorakich miejscach. Tutaj występuje prawdziwa mieszanka – wokół ujść mana (źródeł energii magicznej) powstają wsie z chałupkami i wiatrakami, w innych miejscach można spotkać fabryki, a gdzie dalej wąskie, spiralne jakby-liście pnące się do nieba. Sam klimat każdej wyspy nie ma niczego wspólnego z jej położeniem geograficznym, a ściśle zależy od tego, który z bogów ma kontrolę nad daną ziemią. Dzięki temu spokojnie można pospacerować po śniegu, trawie, piasku czy pustej, skalistej ziemi. Tym, czego nie przypominam sobie z żadnej innej gry tamtych czasów, jest możliwość ingerowania w podłoże za pomocą jednego z kilku zaklęć.

Choć obecnie gry są w stanie niemal idealnie imitować świat rzeczywisty pod względami wizualnymi, ja wciąż czekam, aż któraś z nich wywoła we mnie ten efekt „wow”, jaki towarzyszy przy każdorazowym włączeniu tego prawie zabytku z 2001 roku.

Magia przedmiotów

Nie mogłabym chyba pisać o magii, pomijając przygody najsławniejszego czarodzieja XXI wieku. O ile książki i filmy o przygodach Harry’ego Pottera raczej utrzymują podobny klimat we wszystkich częściach, tak każda kolejna gra wydaje się nie mieć prawie nic wspólnego z następną i poprzednią. Pierwszej części nigdy nie widziałam, a czwarta i piąta wydały mi się na starcie tak słabe, że późniejszych tytułów nie sprawdzałam. Tą jedyną częścią zawsze była dla mnie trzecia – Więzień Azkabanu.

 

Screeny z gry – źródło

Sama fabuła i poszczególne wydarzenia nie były zbyt ważne. Bohaterów i miejsca doskonale znałam z książek i filmów, więc też nie poświęciłam im za dużo uwagi. Skupiłam się za to na przeszukiwaniu starannie kolejnych poziomów i map, tak aby znaleźć na nich wszystkie sekrety, otworzyć każdą skrzynię, odnaleźć ukryte przejścia czy schowane pomieszczenia. Wszystko po to, aby zebrać całą kolekcję magicznych kart. Część z nich znajdowała się w sklepiku Freda i Georga, gdzie trzeba było oddać odpowiednią liczbę uzbieranych wcześniej fasolek, dyń czy kociołków. W sumie to gdyby gra polegała tylko i wyłącznie na łażeniu po Hogwarcie i zbieraniu przedmiotów wyskakujących zza obrazów, zbroi i rzeźb, to i tak widziałabym w tym wspaniałe źródło rozrywki. A że czasami trzeba było poustawiać gargulce, powyłączać fontanny czy trochę poskakać – to jeszcze lepiej.

Niektóre karty pojawiały się jako część fabuły, więc nie dało się ich nie mieć. Prawdziwa zabawa zaczynała się, kiedy pustych miejsc zostało tylko kilka, a wszystkie mapy były już „przeszednięte” wzdłuż i wszerz po czterdzieści razy. Dzięki temu, że mniej więcej było wiadomo, gdzie szukać, nie stawało się to nużące i po jakimś czasie udało mi się zebrać całą kolekcję.

Magia podróży

Chyba nikogo nie powinno zdziwić umieszczenie pod tym nagłówkiem tytułu The Longest Journey. Ta raczej typowa w swoim działaniu przygodówka typu point-and-click opowiada historię niepozornej studentki ASP w XXIII-wiecznych Stanach Zjednoczonych. April Ryan rozpoczyna swoją najdłuższą podróż, kiedy dowiaduje się o istnieniu świata równoległego (Arkadii) i o swojej umiejętności przenikania pomiędzy rzeczywistościami.

The Longest Journey w dużej mierze opiera się na podróżowaniu pomiędzy krainą nauki i techniki (Starkiem) a światem pełnym czarów, magicznych istot i przedmiotów. Dla gracza ciekawa jest nie tylko ta druga, fantastyczna, rzeczywistość, ale i dość realistyczna wizja twórców gry na temat naszego świata za dwieście lat. Typ gry („klikanka”) dodatkowo wymusza studiowanie każdej kolejnej planszy, wyszukiwanie na niej przedmiotów, które nie zawsze się wyróżniają, powracanie do miejsc w których się już było, aby sprawdzić, czy nie ma w nich jakiegoś brakującego do przejścia dalej przedmiotu.

Nie wiem, jak ten tytuł odbierają inni, ale mi było bardzo łatwo wcielić się w postać głównej bohaterki. Cała gra stała się dla mnie podróżą w nieznane – ale nie taką bez celu. Eksploracja światów była tylko jedną z czynności wchodzących w skład misji polegającej na zapobieżeniu zagładzie. Pomniejsze zagadki logiczne i rozmowy z czasem naprawdę egzotycznymi postaciami tylko dodają grze jeszcze więcej niesamowitości. A zmiany w miejscach, w których się już było, pojawiające się przy powrotach – czy to nie takie życiowe?

Niestety (a może na szczęście) nie miałam jeszcze do czynienia z sequelem The Longest Journey, więc nie jestem w stanie wypowiedzieć się na jego temat, ale mam nadzieję, że jest równie dobry i ciekawy co pierwsza część.

Magia Product Placement

Jednym z tytułów, na które już nigdy nie spojrzę w ten sam sposób, co parę lat temu, jest Darkened Skye. Jest to przygodowa gra akcji, w której gracz wciela się w z pozoru zwykłą dziewczynę ze wsi, łazi po labiryntach ścieżek, zabija złe potwory i zbiera Skittlesy. Tak, dokładnie na tym polega główny mechanizm Darkened Skye. Skamieniałe, kolorowe cukierki można ze sobą łączyć w celu uzyskania poszczególnych zaklęć.

Kiedy po latach na nowo odkryłam tę grę, nie mogłam powstrzymać pobłażliwego śmiechu, towarzyszącego mi co chwila. Najzabawniejsze było to, że polski dubbing został wykonany naprawdę profesjonalnie i kiedy postacie zupełnie poważnie opowiadały o tym, jak dawno temu ktoś ukradł tęczę i za pomocą tajemniczych Skittlesów będzie się dało ją przywrócić, w moim odbiorze gry dominowały naprawdę mieszane odczucia.

Niemniej jednak, pomijając ten naprawdę drobny szczegół, Darkened Skye jest tytułem dla każdego, kto lubi labirynty, gry zręcznościowo-cierpliwościowe (czyli tych, którzy znają 1001 sposobów na to, jak spaść z jednego kamienia), przyjemne postacie i swojski klimat lekkiej fabuły fantasy. Poza tym, minimalizm zróżnicowania większości map dodaje kontrastu miejscom szczególnym do tego stopnia, że aż się chce łazić po tych krętych ścieżkach, zastanawiając się, co się znajdzie za kolejnym zakrętem.


Był to wpis z okazji ósmej edycji Karnawału Graczy Blogerów. Planuję przygotować jeszcze kolejną porcję magicznych tytułów, bo z moich ulubionych gier jeszcze parę zasługuje na miejsce na tej liście. Teraz wybrałam cztery tytuły, które łączy jedna dość istotna cecha: gracz wciela się w konkretną postać i z jej perspektywy przeżywa wszelakie przygody. W kolejnym wpisie growym pojawią się zupełnie inne rodzaje gier. Dlatego zachęcam zarówno do zaglądania na mojego bloga jak i do wzięcia udziału w Karnawale.

Więcej

Karnawał Graczy Blogerów #8: Magia gier

Screen z gry Sacrifice / @Shiny Entertainment

Karnawał Graczy Blogerów to taka fajna akcja zapoczątkowana przez Salantora i odbywająca się w comiesięcznych edycjach tematycznych. Za każdym razem inny bloger „gospodarzuje”, czyli ogłasza temat, zachęca innych do napisania kilku słów od siebie oraz, po miesiącu, podsumowuje edycję, umieszczając w specjlanym wpisie linki do wszystkich karnałowych wpisów. Więcej o tej akcji przeczytać można tutaj.

Chociaż rzadko kiedy zdarza mi się napisać coś o grach komputerowych, to są one częścią kultury – a więc wciąż mieszczą się tematycznie w kategoriach tego bloga. I mimo że nie brałam udziału w poprzednich edycjach Karnawału (choć od teraz postaram się regularnie w nim uczestniczyć), ósma edycja przypadła właśnie mnie.

Wyznaczam więc temat łatwy i przyjemny – aczkolwiek dopuszczający też rozmaite interpretacje:

Magia gier

Gry, których twórcy postanowili zrezygnować z realizmu i naśladowania rzeczywistości – magiczne krainy, przedmioty, bohaterowie i stwory – można powiedzieć, że to temat rzeka. Wśród jakich tytułów bitwy toczą się głównie (albo tylko) za pomocą zaklęć? Jakie przedmioty lub stworzenia można magicznie przywołać? Jak obecność magii wpływa na środowisko – czy każdy jest w stanie ją dostrzec, czy korzystanie z niej jest zawsze legalne? Co jest potrzebne aby czarować – mana, eter, inne „substancje”? Nauka magii jako proces rozwojowy bohatera gry, albo jego reakcja na zrozumienie jej istnienia, a także wpływ czarowania na samą postać – jak takie zagadnienia zostały rozwiązane w poszczególnych tytułach?

Czym w ogóle jest magia w danej grze? Czy występuje w czasie akcji, czy może jest czymś opiewanym w legendach i mitach – a może nawet zapowiadanym jako coś, co ma nadejść? W jaki sposób świat fantastyczny kontrastuje z elementami realistycznymi i jaki ma na nie wpływ? Czy rzucanie zaklęć jest przeznaczone dla każdej postaci, czy może dotyczy wyłącznie wybrańców? Jaką rolę tak właściwie spełniają sami magowie, czarodzieje i wiedźmy?

Do tematu pasuje także opis magii mniej dosłownej – które gry pomimo realizmu wydają się wręcz czarować gracza – czy to fabułą, grafiką, muzyką czy samymi postaciami. Na czym polega magia starych gier, albo tych reprezentujących dany gatunek lub firmę?

Magię można przeanalizować także pod kątem opinii publicznej oraz wywoływanych przez nią wątpliwości i kontrowersji – na przykład sporu między graczami a Kościołem. Ogólnie – wszelkie interpretacje dozwolone, nawet bardziej luźne niż opisane wyżej.

Tak więc zapraszam wszystkich do wzięcia udziału w tej edycji Karnawału i czekam na linki do postów. Podsumowanie opublikuję 18 sierpnia 25 sierpnia, więc jest mnóstwo czasu na odświeżenie sobie najbardziej magicznych gier, co i ja zamierzam zrobić.

W Karnawale Graczy Blogerów warto wziąć udział, aby w szerszym gronie skupić się na danym temacie, przedstawić go z różnych perspektyw i na wiele sposobów. Jest to akcja, która jednoczy środowisko graczy-blogerów – czyli osób, które z całą pewnością mają swoje własne zdanie i refleksje na temat tego, co zajmuje im często większość wolnego czasu.

Więcej

O złym i mrocznym postanowieniu

Wreszcie zakończyła się sesja na studiach. Był to dla mnie dość ciężki czas, choć nie powiedziałabym, że olewałam naukę w poprzednich miesiącach. Po prostu tak już jest – egzaminy są zawsze najgorsze dla „średniaków”, bo najlepsi studenci dostają zwolnienie z pisania, a najgorsi nie są nawet dopuszczani. Kiedy więc stanęłam przed wyzwaniem zgromadzenia w aktywnej pamięci tymczasowej materiału z całego roku (a przynajmniej semestru), codziennie z innego przedmiotu, to zaczęłam czuć się, jakby ten biedny mózg nie siedział wygodnie w czaszce a przypadkiem trafił do pralki – i bynajmniej nie takiej studenckiej, którą się włącza najwyżej raz na tydzień.

Czasem przeraża mnie ilość niezbędnej wiedzy na studiach. Wcześniej wydawało mi się, że jedynym prawdziwym wyzwaniem dla studenta będzie pozyskanie odpowiedniej liczby zleceń (w przypadku mniej internetowych: rozdanie odpowiedniej liczby ulotek) aby było na frytki z Biedronki i na mieszkanie. Jak się okazało, samo studiowanie zaczęło wymagać o wiele więcej. A ja tak bardzo nie chciałabym skończyć na wyciskaniu resztek z portfela na poprawki albo gorzej. Dlatego, kiedy okazało się, że w sumie to przejście przez ten semestr może nie pójść tak gładko jak przez poprzedni, założyłam sobie jedno postanowienie: od drugiego tygodnia czerwca nie poświęcę ani chwili przyjemnościom, a przyłożę się do nauki i prac zaliczeniowych – tak aby w wakacje móc sobie odpocząć.

Nie wiem, jak często ludzie stawiają siebie przed podobnymi misjami. Dla mnie taki plan wydawał się drogą prosto do sukcesu i z założenia miał sprawić, że z nadmiaru wolnego czasu napisze bardzo ładnie wszystkie egzaminy. Niby chwila poświęcona dowolnemu dziełu kultury to góra parę godzin – ja niestety jestem istotą nadwrażliwą i zbyt łatwo pozostaję przy czymś myślami na o wiele dłuższy czas. Aby podczas patrzenia się na wesołe całki nie rozważać możliwości dalszego ciągu akcji jakiegoś utworu, po prostu na (wydawało mi się) niedługi czas zadecydowałam wywalić wszelkie przygody nie-własne ze swojego życia.

Swoje postanowienie spełniłam. Odłożyłam na bok wszystkie książki, wyczekujące w kolejce do przeczytania, lista filmów i seriali obrosła chwastami (co można rozumieć jako: filmy i seriale zaginęły w gęstwinie notatek i pomocy dydaktycznych z Internetów), Steam już nie pamiętał ostatniej aktualizacji a iPodzik naładowanej baterii. Na blogu od końcówki maja nie pojawił się ani jeden wpis, a fejsbukowe dyskusje na jakiś czas straciły jeden głos – choć w tym przypadku akurat nie wpłynęło to na nic i na nikogo. Na Twitterze jeszcze co jakiś czas zamieszczałam te śmiesznej długości wypowiedzi – tak aby już zupełnie nie stracić kontaktu ze światem.

Prawie miesiąc takiego „masochizmu” przetrwałam. Czy było warto? Absolutnie nie.

Początkowo wizja, że jeśli tylko pięknie napiszę wszystkie egzaminy i oddam prace zaliczeniowe, będę mogła wreszcie dokończyć Grę o Tron, przeczytać te wszystkie książki i tak dalej, motywowała do działania. Dwa tygodnie później czułam już, że to samo myślenie doprowadziło jedynie do ciągnięcia się sesji w nieskończoność – ale było już wtedy za późno. Te kilka dni przed matmą, geometrią wykreślną i historią architektury były dla mnie kluczowym czasem w nauce. Mam zbyt kiepską pamięć, aby polegać na umiejętnościach sprzed tygodni czy miesięcy.

Decyzja o odstawieniu kultury była tym bardziej zła, że zabrała mi z życia kontrolę nad czasem wolnym. Jasne, mniej godzin marnowałam na nie-naukę, a z braku innego zajęcia w momentach szczególnego zmęczenia, siadałam jeszcze raz do zadań i z trudnością skupiałam się na ich rozwiązywaniu. To był jednak czas podwójnie marnowany na nieefektywną naukę i wytracanie resztek energii. Dodatkowo, kiedy skończył mi się rozpęd płynący z utworzenia ambitnego postanowienia (no bo co jeszcze dodaje tyle energii co samodzielnie wyznaczona sobie misja – zwłaszcza taka wymagająca ofiar?), stałam się powolnym zombiakiem, który tylko marzył, że pewnego pięknego dnia nagle znajdzie się na przystanku, najbliższy autobus będzie za pół godziny, a on się zorientuje, że pomylił notatki z HAPu z ciekawą książką…

Na koniec: jak to postanowienie zaowocowało? Efekt niestety oddalił się od celu całej misji. Mechanika i tak czeka na mnie w swojej wrześniowej pieczarze i niestety towarzyszyć jej będzie złowroga geometria wykreślna. Jeśli belki i kratownice nauczą się przez wakacje rzucać cienie własne, rzucone i wzajemne, to chyba już powinnam zacząć zbierać amunicję.

Więcej

Seriale jednak nie gryzą

Przez ostatnich kilka lat unikałam wszystkich seriali telewizyjnych – nawet tych, które dyrygowały całymi społecznościami w Internecie. Czy to było Warsaw Shore, czy doktor House, czy nawet nowy odcinek Familiady – nie podejmowałam się obejrzenia chociażby czołówki. Wszyscy wokół zachęcali do zainteresowania się jakimś tytułem, znajomi jarali się wychodzeniem nowych sezonów czy odcinków, ludzie na Facebooku i Twitterze dzielili się wrażeniami po obejrzeniu każdego epizodu, takiego malutkiego fragmentu fabuły. A mi tak bardzo szkoda było na to czasu.

kadr z czołówki Gry o Tron

Tymczasem coraz trudniejszym stawało się znalezienie czegoś pełnometrażowego do obejrzenia. Nie zliczę, ile razy poszukiwałam na IMDBie filmu na piątkowy wieczór i kiedy już przeczytałam opis, który mnie zupełnie zachęcił, nagle okazywało się, że dotyczy on całej serii i zirytowana rezygnowałam. Życie jest takie krótkie – jak mogłabym poświęcić te kilkadziesiąt godzin na jedną historię? Na niekończące się śledzenie losów bohaterów, gdzie z powodu braku ograniczenia czasowego roztrząsany będzie każdy jeden dialog a wątki będą ciągnęły się w nieskończoność?

Martwię się czasem, że filmów pełnometrażowych będących jedną całością będzie z czasem powstawać coraz mniej. Teraz z jednej opowieści książkowej tworzy się co najmniej trylogię filmową. Jeśli jeszcze poszczególne części są zamkniętymi fabularnie historiami (jak pierwsze pięć Harry’ego Pottera), to nie ma z tym problemu. Kiedy jednak jeden Hobbit dzieli się na cztery długie filmy, coś zaczyna robić się nie w porządku.

Co do samego Hobbita – chyba zaliczam się do tej nielicznej grupy osób, które nie zamierzają oglądać poszczególnych „odcinków” na bieżąco, tylko liczą na to, że cała historia się kiedyś skończy i będą mogły po ludzku zrobić sobie w domu maraton filmowy albo iść na taki do kina. Naprawdę, nie lubię rozstawać się z fabułą w jednym z momentów kulminacyjnych. To mi się kojarzy z wybrakowanymi seriami książek w małych bibliotekach.

Jak się można łatwo domyślić, jest to też powód, dla którego przez ostatnie kilka lat unikałam wszelkich seriali.

Jeszcze w gimnazjum potrafiłam dzielnie siedzieć przed telewizorem – czy to Lost, czy the 4400, czy Prison Break, czy Supernatural. Co tydzień oglądałam ten jeden odcinek i za każdym kolejnym czułam się, jakbym musiała poznawać historię zupełnie na nowo. Mam słabą pamięć i po siedmiu dniach wyczekiwania ledwo pamiętałam, o czym traktuje fabuła i kto jest głównym bohaterem. Jeszcze ciekawiej było, jeśli tydzień wcześniej zdarzyło mi się pominąć jakiś epizod. Chociaż nie – często okazywało się, że akcja nadal znajdowała się w tym samym punkcie, w którym ją pozostawiłam – doszła tylko jakaś nieistotna postać lub bohaterowie przeżyli jakąś poboczną przygodę.

I właśnie: kolejnym powodem, dla którego unikałam seriali było to, że wszystko wydawało mi się takie ciągnące się w nieskończoność. Nudziłam się, kiedy musiałam słuchać zupełnie niewnoszących niczego do historii wypowiedzi – takich jedynie marnujących mój czas. Być może poznawałam w ten sposób trochę lepiej bohaterów, ale wciąż wydawało mi się to zbędnym elementem fabuły. Poza tym moja pamięć nie była jeszcze na tyle beznadziejna, aby znosić ze spokojem powtarzające się retrospekcje i powtórki akcji.

Kiedy w okolicach 2008-9 roku udało mi się zdobyć połączenie z Internetem, zaczęłam oglądać seriale całymi sezonami. Zamiast czekać okrągły tydzień, aż coś „wyjdzie” na Polsacie, oglądałam nawet po kilkanaście odcinków pod rząd. Zabrałam się wtedy za Tajemnice Smallville. I poległam. Choć fabułę oceniałam wtedy jako naprawdę ciekawą, nie doszłam nawet do środkowego sezonu, zanim wyczerpałam swoje pokłady nerwów. Przeszkadzało mi to, że ciągle muszę słuchać podobnych dialogów, wgłębiać się w poboczne wątki i analizować wydarzenia, które ani nie były istotne, ani ciekawe.

Potem przerzuciłam się na anime, w przypadku których odcinek zachęcał zredukowaną długością, a nietypowa kreska pozwalała w razie czego skupić się na czymś innym. Niektóre serie pochłaniałam z radością w parę dni – chociażby Death Note, które chyba zawsze będę uznawała za mistrzostwo gatunku. Z innych musiałam rezygnować z powodu nadmiaru filerów, czyli odcinków „zapychaczy”, które twórcy produkowali w niedopuszczalnym nadmiarze. Byłam i jestem wymagającym widzem – szkoda mi czasu na coś, co tylko mi go marnuje. Na przykład na Bleacha.

Później i anime mi się znudziło. Miałam wrażenie, że wszystkie fajniejsze serie zostały juz przeze mnie obejrzane, więc nie ma co tracić czasu na średniaki. W klasie maturalnej nie oglądałam już w sumie niczego.

Powrót do seriali nastąpił przez okoliczność. Tuż przed końcem roku koleżanka namówiła mnie, abym obejrzała Sherlocka. Jakoś niespecjalnie mnie to pociągało (a maniakalny fandom dodatkowo odrzucał), ale musiałam trochę odpocząć od bardziej aktywnych umysłowo rozrywek. Mój laptop niestety nie współpracował z większością gier, więc postawiłam na zwykłe obejrzenie czegoś. A że lista filmów „plan to watch” świeciła pustkami, włączyłam Sherlocka.

Szczerze mówiąc, fabuła mnie nie wciągnęła od razu. Do końca też nie mogłam się przekonać do głównego bohatera, który wykreowany został w sposób dość pretensjonalny a przez co – dla mnie – groteskowy. Nie podobała mi się „pseudogeniuszowatość” jego przemyśleń. Ktoś nosi sweter wyglądający na niewygodny, to znaczy że dostał go od babci, czyli miał niedawno urodziny, itp. To takie logiczne. Nie czytałam pierwowzoru, więc nie wiem, na ile fabuła zwraca się w jego stronę – mnie jednak nie przekonała.

Urzekła mnie za to jakość wykonania. To jest naprawdę serial i oni mają TAKIE kamery?! Czołówka wyglądała prześlicznie a kadry rozplanowane były z prawdziwie artystyczną wizją. Montaż wykonany był nieskazitelnie, wręcz idealnie, a sam rytm akcji dopasowany był tak, aby nawet prawdziwy hejter nie mrugnął do końca odcinka.

Sherlock stał się jednak dość przystępną wymówką, aby spojrzeć na seriale z innej strony. Nie jak na rozciągnięty w czasie film a jak na dłuższą opowieść, której z pewnością nie dałoby się zamknąć w 90 minutach; jak na coś, czego wcale nie trzeba unikać.

Miałam ostatnio taki nieproduktywny tydzień, w którym po prostu nie mogłam zabrać się za nic twórczego. Ponieważ nie da się samą nauką (a przynajmniej ja nie potrafię), musiałam znaleźć jakiś sposób, aby nie zmarnować czasu na gapienie się w facebookową ścianę. Otoczenie jednak wysyłało wyraźne sygnały, abym obejrzała Grę o Tron i tak też zrobiłam. Ten tytuł zdecydowanie mnie nie zawiódł. Żałuję tylko, że nie sięgnęłam najpierw po książkę.

W każdym razie – serial ten zaproponował z pozoru typowy fantastyczny świat osadzony w realiach średniowiecznych. Brzmi mało interesująco, ale szybko się przekonałam, że tło akcji pozostało tylko tłem. Natomiast tym, na czym trzeba było się skupić, byli bohaterowie. Dawno nie natrafiłam wśród dzieł kultury na zbiorowisko równie różnorodnych i jednocześnie specyficznych postaci. Dzięki temu, że przedstawiane były one po kolei (a nie chamsko wszystkie na raz, atakując moją biedną pamięć), ich indywidualizm dało się dokładnie zapamiętać i się do niego przyzwyczaić. Właśnie dzięki nim, fabuła była tak bogata, że po raz pierwszy nie narzekałam na nadmiar odcinków. Właściwie to miałam włączyć tylko jeden pierwszy, a przypadkiem wchłonęłam trzy sezony. Zdarza się i tak.

Powiedziałabym, że zmieniło się moje zdanie odnośnie seriali, ale to nie do końca prawda. To seriale ewoluowały, przystosowując się do bardziej wymagającego widza. Zamiast ładować półgodzinną powtórkę i bombardować retrospekcjami, witają piękną czołówka i częstują wieloaspektową akcją. Bohaterowie są myślącymi istotami ze swoimi aspiracjami i planami – a nie czarno-białymi archetypami. Całość mieści się w wysokobudżetowej scenerii, na którą można się patrzeć jak na dzieła sztuki.

Mam wrażenie, że obecnie seriale starają się przybliżyć środkami formalnymi do literatury. Kiedyś uważałam, że prawdziwym mistrzostwem jest umieszczenie jak największego przekazu w jak najmniejszej formie (fascynowały mnie na przykład króciutkie animacje poklatkowe). Teraz zaczynam się przekonywać, że tym, co chcę dostawać jako odbiorca kultury jest utrzymanie jak największego wrażenia przez jak najdłuższy czas. Jak to co oferują książki, gry – i seriale.

Póki co, nie zamierzam w ciągu najbliższych tygodni rozpoczynać oglądania jakiegoś nowego tytułu. Sezon czwarty Gry o Tron też sobie poczeka – boję się, że jak dogonię „regularnych widzów”, to nastanie koniec świata. Sesja się zbliża, a dobra fabuła wciąga widza na dłuższą chwilę niż czas trwania odcinka. W wakacje pewnie będę miała wystarczająco dużo czasu podczas tej ambitnej czynności ukrywania się przed słońcem, aby włączyć sobie jakąś serię. Zwłaszcza, jeśli nadal będzie brakować interesujących filmów pełnometrażowych.

Więcej

Przekulturowanie

Odkąd mieszkam w dużym mieście, praktycznie codziennie zadziwia mnie, jak wielu ludzi może dzielić tak skupioną przestrzeń. Autobusy i tramwaje jeżdżą wypchane po brzegi niekończącymi się istnieniami, śpieszącymi do pracy, na uczelnię, do szkoły, czy powracającymi do domu, gdzie z kolei natkną się na jeszcze więcej osobistości. Podobno świat jest mały, a każdy człowiek zna innego za pośrednictwem co najwyżej pięciu kolejnych znajomych na Facebooku. Idąc ulicą dużego miasta można odnieść zupełnie przeciwne wrażenie. Można pomyśleć, że ludzi jest nieskończoność.

Każdy przedstawiciel tego bezmiaru gra w swoją własną grę – nikt nie jest statystą na planie swojego życia. Większość chce się wyróżnić, aby zwiększyć prawdopodobieństwo zaistnienia w historiach innych. Tatuaże, kolor włosów, styl bycia – to tylko pierwszy sygnał, że uważa się siebie (słusznie, oczywiście) za innego od wszystkich wokół. Potem pojawiają się pasje, codzienne zajęcia, cele w życiu. Nikt nie „posprząta po sobie” świata w stu procentach, choćby postawił sobie dokładnie taką misję. Każdy człowiek jest odbiorcą i autorem.

Czasem urasta we mnie przekonanie, że na świecie jest zbyt wielu ludzi, twórców kultury. Nie chciałabym, aby ktokolwiek pomyślał, że proponuję w tym wpisie ograniczenie możliwości twórczej komukolwiek, nic z tych rzeczy. Nie zamierzam się też w nawet najmniejszym stopniu przyczyniać do zmniejszenia populacji ludzi. Bliższa jestem stwierdzeniu, że przydałoby się parę dodatkowych światów, które mogłyby uwolnić ten jeden od zapełnienia.

Bo jest od czego uwalniać. Mówi się o konsumowaniu nieskończonych ilości wszystkiego przez człowieka, podczas gdy tak naprawdę konsumenci nie wyrabiają z wykorzystaniem tego, co oferują producenci. Ci drudzy zaciekle toczą wojnę o klienta, czego bezskutecznie starają się nie dać po sobie poznać. Sam twór nie jest już całością produktu – jest wręcz małą częścią, będącą jedynie pretekstem dla całej otoczki marketingowej wokół. Gdyby Apple sprzedawało osmarkane chusteczki sygnowane logiem, w cenie kilkuset złotych, albo gdyby w katalogu Ikei znalazły się puste opakowania po czipsach, nazwane zmyślnym i zgrabnym szwedzkim słowem i opisane Futurą Verdaną – to z całą pewnością znalazłoby się grono, które umieściłoby w swoim koszyku tego typu produkt. Co się jednak dzieje, kiedy ktoś nie jest znaną marką, a nazywa się Jan Kowalski i mieszka przy ulicy Randumowej w Warszawie? Wtedy jest się jednym z nieskończonego grona ludzi, którzy chcieliby cokolwiek osiągnąć, komukolwiek się spodobać, w dowolny sposób zasłynąć – a wychodzi jak zawsze.

Często słyszę krytykę wobec jednodniowych gwiazd, sław znanych z jednego utworu. Mogę się założyć, że duża część oceniających, to osoby, które nie chcą „zajrzeć głębiej” i sprawdzić, czy aby przypadkiem to konkretne dzieło nie jest jednym z wielu tworów danego artysty. Być może cudowne przypadki się zdarzają, może ktoś kiedyś przechodząc koło płótna potrącił wiadro z farbą i akurat obok przejeżdżał właściciel największej galerii sztuki w okolicy… prawda jest jednak taka, że mało kto osiąga sukces swoim pierwszym dziełem. Co więcej, zwycięstwo to na ogół różni się od porażek danego artysty w większej mierze ilością farta niż różnicą umiejętności i doświadczenia. Do czego zmierzam wskazując na te aspekty? Jedynie do tego, że „sławy jednego utworu” często mają bogatą i rozmaitą twórczość, z której mało kto zdaje sobie sprawę, ponieważ pozbawiona jest tej całej otoczki medialnej, w którą obrasta utwór z narastającym tempem w okresie swojej świetności.

Smutną prawdą można nazwać fakt, że naprawdę trudno jest dostać swoje pięć minut. Kiedy praca, której poświęciło się kumulowane miesiącami pokłady kreatywności spada z 98 na 317 miejsce top1000 listy „last hour” na znanym portalu, można poczuć na sobie nieprzyjemne skutki nadmiaru twórców kultury.

A jeden sukces ciągnie za sobą potrzebę następnego. Jedna praca dostała swoje pięć minut? Kolejnej należy się cały dzień, a jeszcze późniejszej osobny fanpage na Facebooku. I na tym również nie można poprzestać, ponieważ chyba trzeba by było rozpętać kolejną wojnę światową, aby zostać znanym na całym świecie wśród szerszego grona niż zainteresowani tylko jedną dziedziną. No bo kto na przykład kojarzy Liebeskinda? Ceniony architekt współczesny, który ma w swojej twórczości masę ogromnych realizacji. Kto słyszał nazwisko Miyazakiego? Reżyser japońskich filmów animowanych, które podbiły serca milionów widzów. W szkołach dzieci mają trudności z odróżnieniem Mickiewicza i Sienkiewicza. A co z ludźmi, którzy przyczynili się do rozwoju społecznego, co z wynalazcami? Na nazwiska większości z nich najłatwiej natrafić klikając na „losuj artykuł” na Wikipedii.

Życie jest za krótkie a dysk twardy w mózgu za mało pojemny, aby upchnąć całą tę wiedzę o wszystkich, którzy na to zasłużyli. Trudno być odbiorcą kultury, kiedy nie jest możliwe dostateczne jej poznanie, aby mieć skalę do porównań. Tak łatwo zachwycić się czymś, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że gdzie indziej ktoś inny zrobił to samo – ale lepiej. Nie da się poznać wszystkich dzieł, bo jest ich za dużo. Kultury jest za dużo.

Cały świat jest zasrany ludźmi. Człowiek nie chce być sztafażem. Każdy posiada to swoje jedno życie i większość nie pozwoli mu się zmarnować. Jak nie naprodukuje owoców twórczości, to chociaż spróbuje spędzić czas jak najprzyjemniej. Wykorzysta w tym celu standardowe rozrywki – kino, imprezy, pozostawianie pieniędzy w galeriach handlowych czy turystyka. Ludzie dbają o to, aby paleta ofert była zawsze jak najbogatsza.

Kiedy byłam mała, jednym z moich największych marzeń było wybrać się w podróż dookoła świata. Wyobrażałam sobie niekończące się łańcuchy górskie wolne od ręki człowieka, antyczne zabytki pozostawione same sobie i polne drogi bez odcisków stóp na ziemi. Miasta i stolice interesowały mnie w mniejszym stopniu, choć przedstawione na obrazkach, miały ten niezwykły klimat opustoszałych. Po takim „świecie ze zdjęć” chciałam podróżować. Na szczęście, lub nie, jeszcze przed pierwszym zagranicznym wyjazdem (pominę jeden plener w małym miasteczku w Czechach obok polskiej granicy), Internet uderzył mnie w twarz ponurymi zdjęciami zabytków, zatytułowanymi „expectations vs reality”.

Wynika z nich na przykład, że ludzie nie mieli oporów, aby zamieszkać w egipskim Mieście Umarłych, pod samymi piramidami. Albo, że na Akropolu w Atenach najwięcej przestrzeni zajmuje kolejka chętnych do pooglądania obiektów. Smutne jest to, że idąc ulicą przeciętnego większego miasta, nawet w Polsce, chcąc coś sfotografować trzeba się nie wiadomo jak bardzo gimnastykować, aby nie umieścić na zdjęciu często nieciekawych i niepasujacych do kompozycji ludzi – mistrzów drugiego planu. Z pewnością jest masa miejsc mniej znanych – a równie (jeśli nie bardziej) ciekawych – jak jednak na nie natrafić?

Czy może nadszedł najwyższy czas, aby pogodzić się z tym, że idealne krajobrazy nigdy nie istniały poza wyobraźnią ludzi?

Ten wpis był kontynuacją i nawiązaniem do: http://nietransparentnie.pl/2013/08/20/o-nie-byciu-nikim/

Więcej

Pyrkon, festiwal tłumu

Ostatni weekend spędziłam na Pyrkonie w Poznaniu. Na wszelki wypadek powinnam napisać, że Pyrkon jest największym w Polsce festiwalem fantastyki i od lat cieszy się ogromną popularnością. Każdy, komu zdarza się jeździć na konwenty, z całą pewnością słyszał o tym wydarzeniu co najmniej kilka razy.

Mój wyjazd był bardzo spontaniczny – bilet na pociąg zakupiłam na trzy godziny przed odjazdem. Jakiś czas temu usłyszałam, że o wiele taniej jest jechać w tym kierunku ekspresem do Berlina na tak zwanym „bilecie relacyjnym”. Nie mam pojęcia, jak to działa, ale cenowo wyszło o jedną trzecią taniej niż zapłaciłabym jadąc zwykłym TLK. Tym razem, tak dla odmiany, kupowanie biletu przez Internet nie przyniosło żadnych problemów.

W pociągu było bardzo przyjemnie. Dużo miejsca, darmowa kawka w cenie biletu, przyjemne komunikaty spikera, dobra temperatura powietrza, spokojni współpasażerowie… A wszystkiemu towarzyszyły wspaniałe widoki zza okna. Jako osobę, która przez prawie całe życie była otoczona ze wszystkich stron górami i pagórkami, zawsze fascynowały mnie wielkie, otwarte przestrzenie. Z okna pociągu można było zobaczyć drzewa i pola poukładane według zupełnie standardowych w sztuce reguł kompozycji, w pewnym momencie zaczęły pojawiać się malownicze wsie, a czasem i ich odbicia w taflach jeziorek. Całości krajobrazu towarzyszyła wręcz idealna pogoda – słoneczna, ale nie upalna. Jedyne czego żałowałam to to, że nie mogłam na chwilę zatrzymać pojazdu, aby móc jakkolwiek uwiecznić to, co widziałam.

Kiedy wyszłam z pociągu, wydawało mi się, jakbym przez przypadek otworzyła drzwi do innego świata. Pogoda stała się deszczowa i smutna, a wszystko wokół wydawało się aż nieprawdopodobnie czarno-białe. Z niewiadomej przyczyny mój telefon nie był w stanie pokazać mi trasy na Targi Poznańskie. Uznałam więc, że obiorę kierunek „do przodu”, aby wydostać się jakoś z dworca. O dziwo wyszłam prosto na budynek conplace’u. Weszłam przez dużą i niezbyt oznakowaną bramę i zaczęłam szukać punktu z akredytacją. Okazało się, że obok Pyrkonu mają miejsce również jakieś Targi Medyczne i idąc za dziwnie małą jak na konwent grupką ludzi trafiłam nie tam, gdzie trzeba. Kiedy wreszcie odnalazłam jeden z budynków zarezerwowanych dla Pyrkonu, dowiedziałam się, że akredytacji mam szukać gdzie indziej, a tutaj nie powinnam mieć wstępu.

Dopiero kolejny budynek okazał się wejściem na Pyrkon. Wyszłam nim, aby stanąć w Kolejkonie. Stałam tak kilkadziesiąt minut czytając wszystkie nekrologi (dla nieobecnych: kartki z informacjami miały obramowania i typografię charakterystyczne dla tego typu ogłoszeń), które organizacja bądź gżdacze umieścili na ścianach. Dowiedziałam się z nich między innymi tego, że jak zgubię plakietkę, to muszę zapłacić ponownie za wejściówkę, ponieważ nikt nigdzie nie zapisze mojego nazwiska jako osoby „opłaconej”. Trochę nieprzyjemnie to dla mnie brzmiało – nawet jeśli wszystkich materiałów konwentowych strzegłam zawsze jak oka w głowie i nigdy nie zgubiłam nawet wciśniętej do paczki ulotki.

Zapłaciłam, dostałam wejściówkę i dowiedziałam się, że po resztę akcesoriów mam pójść w prawo. Oznaczało to mniej więcej odwiedzenie kolejnego Kolejkonu. Jego koniec rozpylał się na zewnątrz, jednak po boku znajdował się stolik średnio zainteresowanych czymkolwiek gżdaczy. Dowiedziałam się od nich, że informatorów zabrakło, że nie dostanę planu imprezy, że po smycz mam się zgłosić do punktu akredytacji w innym budynku a rozkładowi imprezy mogę zrobić zdjęcie, jeśli uda mi się przepchać przez tłum oblegający stojącą obok tablicę.

Weszłam ponownie na tereny Targów, zastanawiając się, czy wrócić się po zwrot wejściówki, czy może latać jak głupia po punktach informacyjnych z nadzieją, że ktoś jeszcze będzie posiadał pakiet konwentowy. Druga opcja wydawała mi się bardziej logiczna. Przez kolejną godzinę usłyszałam od ponad tuzina osób, że informatorów zabrakło, że będą dodrukowane, że mam się zgłosić do innego punktu informacyjnego, ale jeszcze nie wiadomo, kiedy. W końcu jakiś gżdacz ofiarował się oddać mi skróconą wersję informatora. Znajdowała się w niej tabela programowa i mapka terenu, za to brak informacji o tym, kto prowadzi dany punkt programu i na czym on w ogóle będzie polegał. Lepsze były jednak często enigmatyczne tytuły atrakcji w takiej tabelce, niż machanie telefonem, aby złapał sieć po 3G.

Nadal byłam jednak zbyt poirytowana, aby skupić się na pozytywnych aspektach imprezy. Ludzi było zbyt wielu, a ich wspaniałe stroje stały się dla mnie gąszczem kolorowych krzaków, przez które nie sposób było się przebić. Stoiska oferowały mnóstwo artykułów, ale nic nie wydawało mi się warte kupienia. Szukałam jednej planszówki, jednak „ceny konwentowe” tym razem znacznie przebijały nie tyle allegrowe, co nawet regularne należności – w górę. Pierwszy panel, w którym chciałam wziąć udział, ominął mnie, kiedy latałam po punktach informacyjnych w poszukiwaniu kogokolwiek, kto podzieliłby się kawałkiem mapki i rozkładu. Kolejną atrakcję pominęłam, ponieważ drzwi na salę prelekcyjną pilnował gżdacz strażniczy, informując każdego wokół, że miejsc wewnątrz już nie ma.

Przy powyższym opisie zapomniałam o jednym, drobnym szczególe. Zaraz po wejściu na conplace, poza poszukiwaniami informatora, rozpoczęłam eksplorację przestrzeni w celu określenia lokalizacji szatni. Niestety żaden napotkany gżdacz nie posiadał informacji, gdzie tego typu obiekt się znajduje. Kiedy wreszcie jakimś cudem stanęłam przed ladą szatniową, dowiedziałam się, że wszystkie wieszaki są już zajęte i niestety będę musiała włączyć tryb ślimaka, co to nosi wszystko ze sobą. Jakąś dobę później dowiedziałam się, że były jeszcze dwie szatnie, z czego w jednej przez cały czas trwania konwentu wisiały tylko dwie kurtki, ale no nic. Czy ja powinnam wymagać od kogokolwiek podzielenia się tego typu wiedzą tajemną?

Nie posiadając jej wtedy, oddaliłam się od szatni i przypakiem natrafiłam na gżdacza posiadającego pęk smyczy konwentowych. Wzięłam od niego jedną sztukę i wreszcie mogłam umieścić plakietkę tam, gdzie jej miejsce. Kiedy innym razem zauważyłam gżdacza niosącego pudło paczek konwentowych i zapytałam, czy mogę z jednej skorzystać, nie doświadczyłam już podobnej hojności.

W sobotę rano udało mi się jakimś cudem wejść na jedną prelekcję. Dotyczyła ona przyszłości badań kosmicznych i była naprawdę ciekawa – zawierała dużo danych i informacji ze źródeł. Trudno się było jednak do końca skupić, kiedy sala była wypchana po brzegi konwentowiczami.

Po kilku godzinach od czasu mojego przyjazdu na Pyrkon organizatorom imprezy udało się wydrukować na A4 i nawet rozwiesić na tablicach informacyjnych znaczki z QR codem prowadzącym do harmonogramu konwentu. Był to mały krok dla gżdaczy, ale wielki krok dla konwentowiczów. Albo raczej odwrotnie.

Sobotni Pyrkon był naprawdę męczący. Na planszówkach było za głośno, aby móc się skupić na graniu, cały conplace był tak zatłoczony, że czasem miałam trudności z dostaniem się z jednego miejsca na drugie, a liczbie osób wręcz odpowiadała ilość materiału reklamowego poprzyczepianego do każdej możliwej powierzchni nieruchomej i ruchomej. Brakowało mi też tego, co do tej pory było dla mnie najważniejsze na konwentach – możliwości swobodnego pogadania z kimkolwiek. Pierwszy raz zrozumiałam, o co chodzi z ideą samotności w tłumie. Odczułam to tak mocno, że uznałam, że najwyższa pora wybyć na chwilę z miejsca konwentu i poznać miasto w którym się znajdowałam.

Poznań jest bardzo ładnym miejscem. Czułam się w nim jednak dość niepewnie. Nie łatwo było mi znaleźć miejsce, gdzie mogłabym kupić bilet na tramwaj, przejście na stare miasto było utrudnione przez roboty drogowe i brakowało mi bardzo drogowskazów mówiących, jak się dostać do obiektów atrakcyjnych turystycznie. Trochę żałowałam, że pogoda była deszczowa i smętna, bo Poznań zostawił we mnie wrażenie miasta szarego i smutnego. Nie mogłam jednak nie zwrócić uwagi na ciekawą architekturę, która wydawała się dla mnie czymś w rodzaju kłótni pomiędzy starymi budowlami z najprawdopodobniej historyzmu a obiektami współczesnymi, o nieregularnym kształcie i wykonanymi z nowoczesnych materiałów. Całość przestrzeni wydawała się mówić „odwiedź mnie kiedy indziej, dzisiaj mam zły dzień i robię gorsze wrażenie niż kiedykolwiek indziej!”.

Potem spędziłam kilka chwil w gronie dawno niewidzianych znajomych i na Pyrkonie znalazłam się ponownie dopiero późnym wieczorem. I ten właśnie późny, sobotni wieczór dla mnie stał się nieoficjalnym początkiem Pyrkonu.

Wchodząc na conplace, od niechcenia zapytałam, czy dodrukowano może informatory. Dowiedziałam się, że tak – jednak dostałam skróconą wersję skróconej wersji informatora. Kolorowej książeczki z opisami atrakcji i innymi fajnymi rzeczami już miałam nie zdobyć, czego nie jestem w stanie darować organizatorom konwentu.

W każdym razie, kiedy tylko zaczęło się robić ciemno i wszystkie grzeczne dzieci poszły spać, Pyrkon stał się naprawdę świetnym miejscem. To, co wcześniej było wysypiskiem ludzi i powierzchni reklamowych, zamieniło się w swobodne pole do własnej interpretacji. Zaczęły uwidaczniać się rzeczy śmieszne i pomysłowe – informacja o tym, że po planszówki nie przychodzi się watahami, radosny cosplay i „happeningi” cosplayerów nie zasłaniane już przez tłum… Ludzie też stali się jacyś tacy bardziej otwarci i swobodni. Na panelach dyskusyjnych wreszcie było gdzie usiąść a i z powodu mniejszej liczby uczestników, dało się normalnie partycypować. Na planszówkach było tyle wolnych stolików i gier, że nawet pojawiła się możliwość wyboru jednego i drugiego.

Noc na Pyrkonie była taka, jaka powinna być noc na konwencie. Żałowałam, że nie pomyślałam wcześniej, aby zapisać się na LARPy, ale mogę się założyć, że przy takiej frekwencji, listy były zapełnione jeszcze zanim w ogóle kupiłam bilet do Poznania. Do rana szczątki ludzi bawiły się przy muzyce puszczanej przez stoisko Antykonwentu Rafinerii. Z pierwszego piętra Pawilonu 7 widać było pozasłaniane foliami budowlanymi stoiska, zamknięte i opustoszałe. Conplace miał klimat, a z ludzi zostały tylko najsilniejsze jednostki.

Niedzielny ranek nie zburzył we mnie pozytywnego wrażenia. Wkurzające było jedynie to, że co chwila natykałam się na nowe nekrologi z informacjami o roszadach w harmonogramie. Około godziny 14, kiedy zaczynałam zmierzać w stronę dworca, ludzie ponownie zaczęli się tłoczyć – ja na szczęście pozostawiłam Pyrkon jeszcze zanim zdążył przypomnieć mi o sobotnim poranku.

Powrót do Gdańska okazał się dla mnie niespodziewaną przygodą.

Siedziałam sobie spokojnie na peronie piątym, kontemplując tablicę z rozkładem jazdy pociągów i zastanawiając się, czy zjeść dopiero co zakupionego batona wtedy czy dopiero po wsiąściu do wagonu. Wtem spostrzegłam, że zupełnie pomyliłam pociągi i o tej samej godzinie odjeżdża z tego peronu w moją stronę taki nieprzejeżdżający przez Gdańsk (choć jadący na Kołobrzeg; zawsze do Gdańska jechałam na Kołobrzeg). Według rozkładu, mój miał się pojawić na peronie 4B, więc szybko zabrałam się za poszukiwania tego dziwactwa. Tak się składa, że w Poznaniu część peronów wygląda normalnie, a część jest zintegrowana ze stojącą nad nimi galerią. Kiedy co sił w nogach wbiegłam do budynku, okazało się, że prowadzi on na perony do trzeciego. Czwarty minęłam po drodze a według jakiejś rozpiski to właśnie z niego miał odjechać mój pociąg. Wracając się, dotarł do mnie komunikat spikera, mówiący, że mój pociąg odjedzie z peronu piątego. Równie szybko wskoczyłam do przejścia podziemnego, co do stojącego na peronie piątym pociągu. Znalazłam się w wagonie 16, podczas gdy mój miał numer 23. Przeszłam wnętrzem do końca i okazało się, że po wagonie 22 nie ma już nic. Wróciłam się więc na początek i natrafiłam na lokomotywę. W ostatniej chwili zdążyłam się zorientować, że stoję w złym pojeździe i o dziwo jeszcze zdążyłam go opuścić.

Rzuciłam okiem na zegarek. 10-15 minut po planowym odjeździe mojego pociągu. Zrozumiałam, że minęło już za dużo czasu, mój transport uciekł i wszystko stracone. Akurat natrafiłam na konduktora, więc zapytałam go o pociąg do Gdyni. Odpowiedział, że pewnie już odjechał, jednak nie był w stanie wskazać, z którego peronu. Poczłapałam więc w stronę kas biletowych, aby opłacić przejazd czymkolwiek jadącym w moją stronę. Zmieniłam zdanie, kiedy zobaczyłam, jak długi łańcuch ludzi wyczekiwał przed okienkiem z podobnymi zamiarami.

Wtedy poczułam wewnątrz siebie ostatni przebłysk nadziei. To się nie mogło tak skończyć. Ostatnia szansa, aby zrobić coś ze swoim życiem. Jeśli muszę spędzić kilkadziesiąt minut w kolejce po bilet, to równie dobrze mogę to zrobić za jakiś czas. Teraz i tak nie miałam swojego pociągu. Ale czy na pewno?

Zaczęłam się rozglądać. Gdzie tak właściwie znajduje się peron 4B? 4 i 4A nie były ze sobą w żaden sposób połączone, ale 4B… Przeniosłam wzrok wzdłuż torów, pod wiaduktem. Większość widoku zasłoniły mi masywne schody, odgrodzony teren pod chyba jakąś budowę i kiosk stojący na małej górce. Jednak dalej, jakieś dwieście metrów od miejsca w którym się znajdowałam, zwrócił moją uwagę obiekt fioletowego koloru. Było co najmniej 15 minut po godzinie planowanego odjazdu, jednak tłukła mi się w głowie ta szalona myśl, że tak – to jest pociąg do Gdyni, stojący na peronie 4B. Ponieważ nie miałam już nic do stracenia, zaczęłam biec w jego stronę.

Zbliżając się, wszystko po kolei upewniało mnie w przekonaniu, że to rzeczywiście mój transport i jeśli teraz zatrzymam się choć na chwilę, to kasa biletowa przywita mój portfel z wyciągniętymi ramionami a ja wrócę do domu najwcześniej w środku nocy. Plecak był ciężki, kurtka utrudniała mi swobodny ruch a trzymany w ręku bilet tylko straszył, że jak nie wyrobię, to wszystko przepadnie. Minęłam dwa znaki wskazujące trasę na peron 4B. Jeden z nich mówił, że mam wejść na wiadukt, drugi twierdził, że mam pod nim przebiec. Wolałam zaufać wzrokowi i kierować się w stronę fioletowego tyłu pociągu.

Po chwili nie byłam sama. Grupa ludzi biegnących obok również podążała w stronę mojego środka transportu. Jedną z tych osób była dziewczyna trzymająca w ręku telefon, krzycząca do słuchawki, aby ten, z kim właśnie się łączyła, zachował jej otwarte drzwi do pociągu, bo jest już prawie na miejscu.

I wtedy nagle znalazłam się w wagonie, mając przy tym absolutną pewność, że właściwym. Z trudem dopchałam się do zarezerwowanego wcześniej miejsca i dalsza podróż minęła już bez większych przygód. Trafiłam na przyjaźnie nastawionych współpasażerów przedziału, z których niemal wszyscy byli konwentowiczami. Dzięki temu nawet przestałam wypominać sobie, że zapomniałam wziąć odtwarzacza mp3.

Wracając jednak do samego Pyrkonu – chciałabym podsumować krótko, jak oceniłabym tę imprezę. Było to wielkie wydarzenie, przygotowane z ogromnym rozmachem i na zbyt dużą skalę. Organizatorzy popisali się jednak krótkowzrocznością i nie przygotowali się na wszystkie możliwe sytuacje – na przykład na to, że w tym roku w festiwalu weźmie udział więcej uczestników niż w zeszłym. Dwa razy. Kiedy ludzie przestali mieścić się w terenie dla nich przeznaczonym, można było w jakikolwiek sposób spróbować rozszerzyć conplace. Wiem, że to brzmi tak, jakbym nie wiedziała, ile papierkowej roboty jest z czymś takim – jestem jednak przekonana, że za pomocą większych środków finansowych na pewno dałoby się cokolwiek osiągnąć.

Kiedy piątkowego wieczoru zabrakło paczek konwentowych dla każdego, dodruk takowych powinien być pierwszym krokiem organizatorów. Poznań to nie mała wieś, gdzie najszybciej wydrukować można cokolwiek, jadąc do miasta obok. Rozumiem jednak, że czasem pojawiają się różnorodne komplikacje, które uniemożliwiają wykonania poszczególnych czynności. W takiej sytuacji w ramach rekompensaty za brak paczki można było zmniejszyć koszt wejściówki na konwent, chociaż o połowę. Dla organizatorów nie przyniosłoby to praktycznie żadnej straty, bo i tak pojawiło się więcej osób, niż impreza była w stanie obsłużyć.

Piszę o tym jako o czymś naprawdę ważnym, bo czuję się trochę oszukana. Przed konwentem w każdym możliwym miejscu organizatorzy Pyrkonu umieszczali informacje o tym, że każdy przy wejściu dostanie zestaw makulatury konwentowej. „Udostępniamy też do ściągnięcia tabelę programową, ale prosimy nie drukować jej. Przy wejściu otrzymacie od nas taką samą.” głosi informacja na oficjalnej stronie wydarzenia. Na facebookowym profilu pojawiły się zachęcające zdjęcia zawartości paczki. Ktoś powie, że niepotrzebnie narzekam, że czepiam się szczegółów, że to nie jest najważniejsze… Ja jednak nie znoszę, kiedy ktoś nie wywiązuje się z tego, co napisał i nawet nie przyzna, że popełnił błąd. Dla porównania: wywołujące kontrowersje kosteczki z logiem Pyrkonu miały być limitowane dla pierwszych kilku tysięcy osób. Wiedziałam, że nie ma szans, że jedna z nich trafi do mnie i choć z chęcią przygarnęłabym taką, nie przeszkadza mi jej brak. Informator miał przy wejściu dostać każdy.

Nie wiem, czy pojadę na Pyrkon w przyszłym roku. Na ten konwent zbierałam się od czterech lat i za każdym razem coś mi wypadało (w zeszłym roku był to egzamin dyplomowy). Wreszcie dowiedziałam się, jak wygląda największy festiwal fantastyczny w Polsce i chyba jednak bardziej pociągają mnie te, których liczba uczestników jest o kilka cyfr mniejsza.

Więcej

Jak utworzyć prawdziwie polską nazwę dla firmy?

Istnieją jeszcze w Polsce ludzie, którzy pomimo kryzysu i antyprzedsiębiorczej gospodarki kraju, postanawiają założyć swoją własną firmę. Zanim jednak przyjdzie im krzywo zawiesić szyld nad drzwiami i powitać pierwszych klientów zniechęcającym wzrokiem, przed nimi jeszcze długa droga planowania i realizowania pomysłów. Jako że tak naprawdę najtrudniejszym i najmniej istotnym jest dla przyszłego przedsiębiorstwa pana Mirka wymyślenie nazwy firmy, we wpisie tym podrzucę kilka rozwiązań oraz przedstawię sposoby na utworzenie prawdziwie polskich tytułów.

 

1. Na szybko

Potrzebne będzie jedynie urządzenie wskazujące. Można w tym celu zastosować palec. Metoda ta polega na losowaniu kolejnych członów nazwy z gotowych elementów. Jeśli w przewidzianym budżecie na utworzenie firmy znajduje się dostateczna ilość funduszy, dodatkowo można zlecić pierwszemu lepszemu studentowi informatyki napisanie ładnego programu do losowania. W przeciwnym wypadku, otwieramy poniższy obrazek w nowej karcie, zamykamy oczy i machamy ręką przed ekranem. Wskazujemy dowolną część ekranu, otwieramy oczy i zapisujemy słowo, które zostało wybrane. Powtarzamy czynność, aby osiągnąć dłuższą, bardziej skomplikowaną nazwę.

Przykładowe nazwy: POLBUD-DEX, HUT-MEX, NEX-POLHUT. W nazwie tego typu powinien znaleźć się co najmniej jeden łącznik.

2. A+B+C 2013

Polski rynek nie mógłby się obejść bez tych wszystkich firm, których nazwy składają się z trzech liter, nie rozwijających się w absolutnie żaden sposób. Wymyślenie takiego skrótu nie powinno sprawić problemu każdemu, kto kiedykolwiek w życiu grał w “państwa i miasta”. Potrzebne będą: dodatkowa osoba, kartka i długopis. Zadaniem specjalnie wybranego do tego celu człowieka będzie recytowanie w myślach alfabetu (za każdym razem zaczynając od dowolnie wybranej litery), a naszym – trzykrotne mu przerwanie. Kolejne litery, na których zatrzymuje się „pomocnik” tworzą razem nazwę firmy. Jeśli wydaje się ona jednak zbyt spokojna, należy odpowiednio ją urozmaicić – w tym celu patrz punkt 4.

3. Osobiście

Ktoś, kto zakłada własną firmę i chce wiązać z nią zdecydowaną większość swojego życia, z całą pewnością powinien zwrócić uwagę na tego typu nazewnictwo. Zasady są dwie:

  • Jeśli nazwę firmy tworzymy od nazwiska, obowiązkowo robimy to od jego mnogiej formy. „Kowalski Usługi Kurierskie” brzmi smętnie i nieciekawie, za to Kowalscy Usługi Kurierskie to nazwa od razu wywołująca uśmiech na twarzy, poczucie radości, rodzinności i bezpieczeństwa. Z nieba sypią się stokrotki a wokół latają kolorowe motylki.
  • Tytuł, w którym zawarte jest imię właściciela musi zostać odpowiednio przeobrażony. „Meble Kasia” to coś pospolitego – takiego, co wizualnie nie istnieje, choćby całą fasadę sklepu ubrać w lampki choinkowe i otoczyć budynek papierem toaletowym. Nazwa musi być niepowtarzalna i wyjątkowa – tak jak na przykład KasiaMAR-POL Meble. Czujecie ten profesjonalizm?

Pod żadnym pozorem nie można traktować tych zasad odwrotnie. Kasia jest w tym przypadku tylko jedna, a napis KowalskiBUD wyglądałby śmiesznie, nawet gdyby ktoś wygrawerował go Helveticą na płycie kamiennej.

4. Z dodatkami extra

Jeśli nazwa nadal nie jest dostatecznie przyciągająca, zawsze można zastosować jedną z metod dodających jej atrakcyjnych dla klienta ozdobników.

Ogromną popularnością cieszą się stałe przedrostki dodające wartości usługom lub towarom oferowanym przed dane przedsiębiorstwo. Warto tutaj wymienić chociażby eco-/eko-, które po użyciu zgromadza na parkingu przed sklepem wszystkich fanów podpalania elektrowni jądrowych i energii z ziemniaków. Tele- z kolei pokazuje nowoczesną infrastrukturę teleinformatyczną w jaką bogata jest dana firma. Wydaje się wręcz mówić klientowi „U nas możesz zrobić zakupy nie wychodząc nawet z budki telefonicznej!”. W związku z postępującą europeizacją kultur Europy Wschodniej dziwnym byłoby nierozważenie dodania do nazwy firmy słowa euro-. Prawdziwych maniaków pozycjonowania stron i alfabetu łacińskiego powinien zainteresować przedrostek AAA- – wydaje się on być idealny dla kogoś, kto nawet widelce na stole układa w kolejności od A do Z.

Końcówki są opcją równie ciekawą, co uniwersalną. Doklejenie liczby 24 za głównym członem nazwy powinno być obowiązkiem każdego, kto zamierza sprzedawać swoje produkty po godzinie szesnastej. -abc z pewnością rozczuli każdego, kto tylko spojrzy na logo sklepu – zwłaszcza, jeśli A będzie czerwonego koloru, B niebieskiego a C żółtego. Inny zestaw kolorystyczny nie wchodzi w grę, chociażby w pobliskim budowlanym rozdawali zieloną farbę. Dla wyróżnienia jakości firmy zaleca się zakończenie nazwy słowem -super, -extra lub podobnym.

5. Nazwy dla sklepów odzieżowych

Typowe polskie nazwy sklepów z ubraniami można podzielić na dwa rodzaje: dla większych sieciówek i dla małych sklepików na rogu Wiejskiej i Sielskiej.

  • W pierwszym przypadku, trzeba dopasować się do sąsiadujących w galeriach handlowych oddziałów zagranicznych przedsiębiorstw. Praktycznie jedynym sposobem na poradzenie sobie z tym problemem jest przetłumaczenie zupełnie losowo wybranego polskiego słowa na język angielski. W przypadku braku pomysłu polecam otworzenie dowolnej książki na stronie numer dzień-Twoich-urodzin*2 i wybranie słowa numer miesiąc-Twoich-urodzin*3. Co wypadło? „zastrzeżony”? „Dom”? To teraz czas znaleźć słownik polsko-angielski i przetłumaczyć to, co wyszło. Nie trzeba, a nawet nie zaleca się, dodawania dodatkowych członów – w języku angielskim wszystko brzmi dobrze samo z siebie.
  • Małe sklepiki z (nowymi) ubraniami dobrze wyglądają z dwuczłonową nazwą firmy na szyldzie, pod warunkiem że jej początek to jedno ze słów: świat, kraina, dom, centrum, a potem następuje dopełniaczowa forma dowolnego przedstawiciela asortymentu sklepu: rajstop, dżinsów, piżam, bielizny itd. Taka nazwa idealnie komponuje się, kiedy graficznie przedstawiona jest za pomocą Word Artu.

Bardzo patriotycznym zabiegiem jest – oczywiście celowa – zmiana fonta każdej „polskiej litery” na Times New Roman. Niestety, dla własnego bezpieczeństwa, nie przedstawię tego na moim blogu. Wybatrzcie.

6. Nazwy dla sklepów z odzieżą używaną

Tutaj niestety mój poradnik musi ujawnić swoje wybrakowanie. Chyba jedynym sposobem na utworzenie idealnej nazwy dla „lumpeksu” jest zjedzenie dziwnie wyglądających grzybków rosnących przy stacji benzynowej, chwycenie za długopis i pisanie, przeprawianie i przekreślanie na ścianie uprzednio obłożonej w całości papierem typu ksero. „Tani Armani”, „Szmatrix” czy „KupCiuszek” to dzieła niewątpliwie wielkich umysłów i niestety niełatwo dogonić ten poziom abstrakcji.


Jestem przekonana, że poradnik przyda się niejednemu przedsiębiorcy – trzeba w końcu coś robić z tymi Funduszami Unijnymi. ZUS też potrzebuje kilku nowych wieżowców ;).

Więcej

Spacerując w rytmie post-rocka

W dzieciństwie muzyka nie miała dla mnie zbyt dużego znaczenia. Z najmłodszych lat pamiętam „Czerwone korale”, „Hej Sokoły” i kolendy Eleni, kilka tematów z bajek i opening Dragon Balla. Wraz ze wszystkimi przeżywałam etap fascynacji Smurfnymi Hitami i Crazy Frogiem. Wtedy dla mnie inna muzyka nie istniała. Do dzisiaj, kiedy spotykam osoby, które twierdzą, że „wychowały się na Metallice”, mam wrażenie iż pochodzą one z innego, równoległego wszechświata.

Gdy Internet dotarł do małych miast, zupełnie naturalnie szalone żabki zamieniły się w happysad i Pidżamę Porno. Gdzie indziej, różne smutne i zawiedzione etapem dojrzewania jeszcze-dzieci zaczynały swoją przygodę z mrocznym metalem, zakładając czarne grube płaszcze z dużą liczbą kieszeni i wciągając na stopy o pięć rozmiarów za duże glany. Ci, których było stać na ciężkie, złote łańcuchy, uczyli się na pamięć tekstów utworów hip-hopowych, a inni, którzy myśleli, że Bob Marley jest autorem utworu „Don’t worry, be happy”, zbierali włosy ze szczotek matek aby kiedyś, w przyszłości, utworzyć z nich po jednym, sterczącym z boku dreadzie. Na forach internetowych (ach te czasy przed facebookiem) i na społecznościówkach typu Last.fm nie kończyły się kłótnie o to, który gatunek jest najlepszy i co w utworach muzycznych jest najważniejsze. Nie znając niczego poza radiowym popem, ciężko jest odnależć się w całym ogromie istniejącej muzyki – zwłaszcza, kiedy tak naprawdę nie jest się jeszcze w pełni świadomym, co oferuje każdy z gatunków. A prawie każdy nastolatek chciał być takim fajnym i alternatywnym.

Gatunki muzyczne mają jednak to do siebie, że są ograniczone swoimi cechami. Wystarczy kilka lat słuchania jednego zestawu trzy akordy plus darcie mordy i napływ twórczości innych rodzajów po prostu musi chociaż w minimalnym stopniu wzbudzić ciekawość osoby, która nie rozstaje się z przenośnym odtwarzaczem empetrzy. Na szczęście w moim przypadku przypadło to na czasy, kiedy radio Lastfm nie wyróżniało Polaków jak naród nie-wybrany do darmowego słuchania radia, i na te, kiedy na już owy podział się pojawił, ale jakiś koreański bloger utworzył wtyczkę do foobara, umożliwiającą kontynuację korzystania z radia pomimo kraju zamieszkania. Metal, inie, ambient, punk, industrial, reggae, elektronika, chwilowa fascynacja zespołem Mindless Self Indulgence – trzeba było spróbować wszystkiego, aby wybrać muzykę najbardziej odpowiednią. Taką idealną na daną chwilę – bo przecież ile można słuchać jednego gatunku?

I wtedy pojawił się post-rock i gatunki pokrewne. Odkąd koncentruję się co tydzień na innym gatunku muzycznym, za każdym powrotem do post-rocka myślę sobie „jak mogłam o tym zapomnieć?”. Dzisiaj, kiedy naszła mnie ochota na posłuchanie czegoś spokojnego i nie męczącego, po tym jak włączyłam sobie playlistę rozpoczynającą się utworem 65daysofstatic – Radio Protector, i po raz kolejny doświadczyłam tego uczucia, poczułam się zainspirowana do napisania tego wpisu.

Dziwne nazwy utworów i wykonawców – takie nadające się do napisania ich Helveticą na pseudoartystycznych ujęciach – to to, co jako pierwsze rzuca się w oczy przy kontakcie z gatunkami typu post-rock, math-rock i pokrewnymi. Wiele razy słyszałam, że to muzyka dla hipsterów, dla osób, które na siłę chcą słuchać tego, co ma mało fanów. Tymczasem popularność tego gatunku rośnie, a ja wcale nie zamierzam go z tego powodu porzucać. Te utwory po prostu bardzo pasują do mojego życia.

Odbieram taką muzykę jako bardzo refleksyjną i obrazową. Jest dla mnie pozytywną stroną melancholijnego nastroju i sprawdza się idealnie jako „tło”. Nie mówię tutaj oczywiście jak o ścieżce dźwiękowej do jakiegoś filmu. Mam na myśli soundtrack do życia.

Cztery lata liceum spędziłam dojeżdżając do szkoły busem lub pociągiem. Podróże były długie i nużące, a często wiązały się z koniecznością przejścia kawałka drogi na przystanek lub stację PKP. Siedząc na twardym siedzeniu pojazdu komunikacji publicznej, potrzebowałam czegoś, co będzie na tyle złożone i zróżnicowane, aby móc oderwać się myślami od współpasażerów i warunków podróży, ale jednocześnie rytmiczne i spokojne, kiedy chciałam nadrobić zaległości snu z ostatniej nocy. Takie utwory pasowały również do marszu – do dzisiaj mam wrażenie, że wyrobiłam sobie post-rockowe tempo spaceru – trochę szybsze, czasem bliskie biegowi. Ale tylko wtedy kiedy idę sama i kiedy słyszę w głowie cichy rytm z jakim mam przemierzać trasę.

Słuchając post-rocka mam wrażenie, że ta melodia przyspiesza czas. Drobne, wysokie nutki w tle stale trzymają swój takt, który dla mnie zawsze był przyspieszonym tykaniem wskazówek zegara. Wokół widzę umarłe budynki permanentnie takich samych Kielc i szybko przenikające samochody prowadzone przez wiecznie podenerwowanych kierowców. Pojawia mi się przed oczami pejzaż uciekających za szybą pociągu drzewek i pagórków (o jak płaski jest krajobraz dużego miasta!) czy kolejne paski przerywanej linii na ulicy, rozmywające się w momencie kiedy są za blisko, niekończący się chodnik pod stopami, bezrefleksyjni piesi i latające wokół śmieci – produkty ich życia. I wtedy czuję to błogie poczucie obojętności na ich wszystkich i nieuzasadnione pragnienie zwiększenia tempa, zmienienia trasy i nigdy, przenigdy jej nie kończenia. … Tym dla mnie był wtedy i nadal jest post-rock.

Obawiałam się trochę, że kiedy smutne Kielce i nudny Suchedniów znikną z mojego życia, wraz z nimi zniknie ten gatunek muzyczny. Okazało się jednak, że do niektórych utworów silniej się przywiązałam, niż mogło mi się wydawać. Tak się stało, że idąc jakiś czas temu gdzieś dalej, zupełnie przypadkowo znalazłam w kieszeni torby otwarzacz, z którym jeszcze pół roku temu nie rozstawałam się na krok.

Idąc wokół wysokich budynków, to samo tempo, które kiedyś odmierzało kolejne sekundy trwania w martwocie tych wszystkich dróg na dole kraju, teraz skomponowało się z pulsem miasta. Tłumy idące w rozmaitych kierunkach, ruszające się billboardy, niezliczeni rowerzyści, pikające przed odjazdem tramwaje i dużo, dużo drzew – jeśli coś takiego mogłoby stać się tematem teledysku, to tylko do post-rocka. Choć, szczerze mówiąc, jestem przekonana, że wykonawcy widzą w swoich utworach coś zupełnie innego.

Odbiór muzyki jest kwestią bardzo subiektywną. Tak jak w plastyce, jak w teatrze i jak w literaturze, można rozważać kwestie poprawności, segregować gatunki według jakości i wybierać, co jest sztuką poważną, a co jest „brzdąkaniem dla prostaków”. Ja jednak twierdzę, że skoro każdy jest inny, to nie można jednoznacznie wyróżnić, co ma się podobać wszystkim, a co będzie przykładem bezguścia i braku wyczucia. Chcę przedstawić parę utworów które lubię, jednak zdaję sobie sprawę, że spodobają się tylko niektórym.

Więcej

„Nastanie nocy” i trochę niejasności

Zdarza się tak czasem, że czytając jakąś książkę w pewnym momencie odzywa się we mnie nagła potrzeba pisania. Czasem dotyczy to chwilowej motywacji do wykreowania własnego świata, utworzenia bohaterów, zaplanowania im przygód i tak dalej; innym razem jest to chęć napisania kilku słów o aktualnie czytanym utworze. W tym drugim przypadku, motywacja do takiego działania wzrasta z każdą kolejną stroną, a ostateczny efekt zależy przede wszystkim od zakończenia książki.

Tak właśnie stało się teraz, po tym jak przeczytałam „Nastanie nocy” Isaaca Asimova i Roberta Silverberga. Jeśli ktoś z czytelników mojego bloga ma w planach sięgnięcie po to dzieło literackie, to na wstępie ostrzegę przed spoilerami, które oczywiście niejednokrotnie pojawią się w tym wpisie.

Akcja utworu dzieje się na planecie Kalgasz, która pod prawie wszystkimi względami przypomina Ziemię. Fauna, flora, krajobraz miejski i kultura – praktycznie nic dodać, nic ująć. Prawa natury również mają tutaj swoje odzwierciedlenie. Mogę nawet uznać, że pod tym względem autorzy nie poświęcili w ogóle uwagi tworzeniu cudów i dziwów. Mieszkańcy Kalgasza to zwykli ludzie, zajmujący się normalnymi czynnościami, takimi jak oglądanie telewizji, jeżdżenie samochodem czy picie alkoholu w miejscach do tego przeznaczonych. Rozwój nauki również stoi na porównywalnym poziomie, gdzieś tam pojawia się niemrawy rząd a „w tle” swój uział mają fanatycy religijni.

Tak naprawdę jedyną nowością serwowaną czytelnikowi przez fabułę utworu jest obecność aż sześciu słońc, co sprawia, że na Kalgaszu praktycznie nigdy nie występuje noc. Z tego powodu ciemność staje się czymś nienaturalnym dla każdego człowieka. Każde mieszkanie, każde miejsce zadaszone po prostu musi być wyposażone w solidne oświetlenie, które zapewni obecnym w nim konieczną jasność. Przeciętni ludzie nawet nie zastanawiają się, jak wyglądałoby życie, gdyby na niebie nie świeciło ani jedno słońce. Co prawda, pojawiają się pojedyncze wytwory takie jak Tunel Tajemnic, gdzie za atrakcję turystyczną uznaje się 15-minutowy przejazd w wagoniku przez zupełnie ciemną przestrzeń, szybko okazuje się jednak, że społeczność przyzwyczajona do wiecznej jasności nie jest w stanie znieść jej chwilowego braku. Kończy się to zaburzeniami psychicznymi, w niektórych przypadkach doprowadzającymi nawet do samobójstw.

W fabule utworu nie znalazło się zbyt dużo miejsca na więcej skutków braku nocy, gdyż jest to jedynie istotny element tła akcji. Prawdziwy punkt kulminacyjny zapowiadany jest już od samego początku przez grupę fanatyków religijnych (tak zwanych Apostołów Płomieni). Jest nim koniec świata, który ma nadejść w przeciągu kilkunastu miesięcy od początku akcji utworu. W międzyczasie grupa archeologów odkrywa fundamenty aż siedmiu miast, budowanych jedno na zgliszczach drugiego w odstępach koło dwóch tysięcy lat, a astronomowie zauważają nieścisłości w obliczonej orbicie Kalgasza. Wkrótce rodzi się naukowa teoria, mówiąca o tym, że co 2049 lat, kiedy na niebie znajduje się wyłącznie jedno słońce – mały Dovim – nieznana planeta, nazwana Kalgaszem 2, na kilka godzin zasłania je, tworząc zaćmienie. Biorąc pod uwagę odkrycia archeologiczne i widoczne skutki podróży przez Tunel Tajemnic, powstaje twierdzenie, że ludzie w zbiorowym szaleństwie zaczynają podpalać wszystko, co popadnie, aby tylko uzyskać odrobinę światła, co z kolei prowadzi do absolutnych zniszczeń.

Nie zamierzam streszczać dalszej części utworu i wyjawiać, co stanie się dalej. Chciałabym jednak napisać o tym, jak dziwny wydaje mi się tego typu zabieg fabularny.

Tak naprawdę nikt nie jest w stanie stwierdzić, czy coś takiego jest z psychologicznego punktu widzenia spójne. Ludzie żyjący w świecie tak podobnym, ale jednocześnie o tak istotny szczegół różnym, mogą zupełnie inaczej odbierać tego typu nagłą zmianę. Dlatego twórcy literatury fantastyczno-naukowej powinni dostać wolną rękę w kreowaniu psychiki całych społeczeństw występujących w ich utworach i uważam, że nie ma sensu zarzucać im nierealistyczność.

Tym, co mnie bardziej martwi, są kwestie techniczne. Astronom ze mnie żaden, ale że w podstawówce zdałam z przyrody powinno pozwolić mi stwierdzić, że jeśli zaćmienie jednego słońca spowoduje noc na części planety, to pięć pozostałych słońc nagle nie dozna magicznej dematerializacji i cały glob nie zanurzy się w egipskich ciemnościach.

Aby od razu nie skreślać logiki utworu, zaczęłam szukać możliwości rozwiązania takiego problemu. Nie ma co gdybać, że pozostałe słońca poodlatywały gdzieś dalej w kosmos, bo biorąc pod uwagę krótki okres, pomiędzy którym występuje dane ułożenie elementów w przestrzeni kosmicznej i to, że pojawianie się poszczególnych słońc na niebie było regularne względem doby, po prostu staje się to niemożliwe. Inną opcją byłoby stwierdzenie, że Saro (państwo, w którym rozgrywa się akcja utworu) było jedynym miejscem zamieszkałym przez człowieka. To jednak wykluczają niektóre zdania bohaterów, mówiące o czymś zupełnie przeciwnym, ale także wypowiedź jednego z nich – dotycząca wyobrażenia życia na planecie z tylko jednym słońcem, zwracająca uwagę na to, że ludzie na przeciwnej półkuli do tej oświetlonej mieliby noc. I ponieważ aż do końca trwania fabuły żaden z bohaterów nie wziął pod uwagę przeniesienia się „na drugą stronę” oraz nie pojawiła się informacja o reakcji ludzi tam zamieszkałych, mogę twierdzić, że jest to po prostu olbrzymi błąd fabularny, z którym autorom nic się nie chciało zrobić, kiedy (bo na pewno) zdali sobie z niego sprawę. No bo nawet jeśli cała druga półkula stanowiła niekończący się ocean, to co za problem zbudować sobie Tytanika czy tam inną arkę i posiedzieć sobie na burcie w blasku pięciu słońc?

Pomimo to, książkę czytało się naprawdę dobrze. „Pomimo to”, a może właśnie „dlatego”. Kiedy tylko wyknułam swoją teorię odnośnie błędu, po prostu potrzebowałam wyjaśnienia. Czytałam z zapałem, aby tylko odkryć, jak to się ma do dalszej fabuły i czy dowiem się, jak to będzie z ta całą resztą wykreowanego świata. Jak się można domyślić po samym fakcie istnienia tego wpisu, ostatecznie się zawiodłam i moje „zapytanie” nie dostało odpowiedzi na końcu utworu.

Czy książkę warto przeczytać? Ciężko powiedzieć. Fan fantastyki może odnaleźć w „Nastaniu nocy” ciekawą, trzymającą w napięciu fabułę oraz raczej nieschematycznych bohaterów. Dodatkowo można doszukiwać się wątków psychologicznych. Co prawda, nie znajdą one odzwierciedlenia w życiu codziennym – ale powiedzcie mi, jaka proza psychologiczna tak naprawdę powie absolutną prawdę o człowieku, zamiast zachęcić do zastanowienia się nad jego postępowaniem w określonej sytuacji?

Więcej

„My Słowianie”, „my Polacy” – „my najlepsi”?

Tak się stało, że przypadkiem usłyszałam w radiu utwór muzyczny tak zniechęcający swą treścią, że muszę tutaj umieścić kilka słów zażenowania. O ile na ogół nie przeszkadzają mi nawet najbardziej prymitywne teksty utworów i potrafię „przymknąć ucho” na twórczość artystów disco-polo, tym razem trafiłam na coś, co jak dla mnie na pewno nie powinno ujrzeć światła dziennego.

Okazało się, że ten utwór to to, na co ostatnio co chwila natrafiałam gdzieś w Internecie, za każdym razem zawzięcie ignorując. „Donatan & Cleo – My Słowianie”, ponoć bardzo popularny hicior w naszym wspaniałym kraju. Omijałam to ze względu na postać Donatana, który budził we mnie zdecydowanie negatywne emocje. Po pierwsze, jego poprzednim utworem „Nie lubimy robić”, miałam zasrane całe Youtube. Niezależnie od tego, czy obejrzałam właśnie odcinek serialu, odsłuchałam soundtrack z dowolnego anime czy rzuciłam okiem na tutorial do jakiegoś programu, wiecznie w polecanych obok wyświetlał mi się Donatan RÓWNONOC, z laską umalowaną jak Pin Up Girl i mającą trudności z wlaniem sobie mleka do paszczy. Po drugie, jedynym co według mnie w tamtym utworze nie było naprawdę słabym, polackim pseudorapem, były wstawki wykonane przez folk-metalowy zespół Percival Schuttenbach, znany głównie z utworów „Satanismus”, czy „Gdy rozum śpi”. Oczywiście nikt o tym nie wie, gdyż wspaniałomyślny Donatan przypadkowo, przez pomyłkę, zapomniał dopisać współautorstwo w tytule.

I tak sobie żyłam w błogiej nieświadomości, kiedy przypadkiem natknęłam się na tekst, który brzmi między innymi tak:

Mamy to, czego nie ma nikt inny, Cenimy ten naturalny kształt. Wódeczka lepsza niż whisky i giny, Najlepsze u nas, cokolwiek byś chciał.

My na swojskiej śmietanie chowane, delikatne, rumiane jak chleb. Nie ma lepszych od naszych Słowianek, Ten, kto widział i próbował, ten wie!

Jak dla mnie, to ten tekst jest nacjonalistyczny. Rozumiem, że mamy teraz wolność słowa i każdy może myśleć, co mu się podoba. Czuję się jednak naprawdę zawiedziona, że głupi tekst jednego buraka musi być rozpowszechniany w radiu na tak masową skalę. To jest po prostu obrzydliwe. Ktoś powie, że nie mam poczucia humoru, że nie zrozumiałam przekazu, że niepotrzebnie się czepiam. Ja odpowiem jednak tak: gdyby ten utwór siedział sobie w czeluściach youtube, nie przeszkadzałoby mi, że komuś się podoba, że ktoś inny tego słucha i tak dalej. To jest jednak puszczane w radiu na masową skalę, a to z kolei oznacza, że wlewana jest do główek Polaków treść tego utworu i skoro ja nie widzę w tym dowcipu, to zapewne znajdzie się cała masa osób, które zupełnie podobnie na to zareaguje. Gorzej jednak, jeśli coś takiego da dodatkowy argument tym wszystkim, którzy przy każdej możliwej okazji powtarzają, że Polki są najpiękniejsze, pomimo że najprawdopodobniej w większości przypadków nie potrafiliby odróżnić ich w gronie europejskich kobiet.

No bo tak: mamy XXI wiek i mówi się wokół dużo o tolerancji, o tym, że wszyscy ludzie są równi, niezależnie od tego, jaki jest kolor ich włosów czy skóry. Z tego co się orientuję, to zdecydowana większość moich znajomych jest w stanie się z tym zgodzić. Dlaczego więc nagle pojawia się utwór otwarcie faworyzujący jedną rasę (Słowian) ponad inne i jeszcze spiker w radiu nazywa to patriotyzmem!

Dwie definicje:

1. silne przywiązanie, miłość, najczęściej do ojczyzny, poczucie więzi społecznej oraz chęć, gotowość poświęcenia się dla własnego narodu, przy jednoczesnym poszanowaniu innych narodów i ich praw, kultur

2. postawa, a także forma ideologii, opierająca się na faworyzowaniu i wywyższaniu cech własnego narodu z równoczesną niechęcią do innych narodów; w skrajnych przypadkach może przerodzić się w ksenofobię, szowinizm.

Tylko jedna z nich dotyczy patriotyzmu.

Tymczasem, nie rozumiem dlaczego, istnieje w Polsce jakieś dziwne zjawisko polegające na nazywaniu patriotyzmem propagowanie poglądu mówiącego, że „my jesteśmy lepsi od innych”. Ile osób powie, że Polki są najpiękniejsze, że Polacy są najbardziej pracowici, najlepiej poinformowani i tak dalej. I że oni właśnie, biedni, wiecznie zgniatani przez zły Rząd, wcześniej przez wojny, przez „tych wszystkich innych” wytrzymali tak wiele, że są najdzielniejsi i im się należy.

Rozumiem, że tradycja jest ważna. Różnorodność kulturowa w zależności od lokalizacji sprawia, że świat jest ciekawy i rozmaity. Historii też nie należy się wyrzekać, gdyż pozwala pokazać skutki wielu czynników w obrębie czasu. Patriotyzm również ma swoje miejsce – to jak wspólne budowanie domu, zwanego ojczyzną, na którego ściany po prostu nie wypada srać. Skoro już mamy wspólną powierzchnię, to im bardziej każdy będzie o nią dbał, tym lepiej całości będzie się w niej żyć. Tymczasem jak wiele osób, nie starając się zbytnio o dobro tej przestrzeni, zaczyna drzeć się na cały Internet, że nagle „ja mam ładniejszy dom niż ty i w ogóle to masz krzywy nos”.

W takiej sytuacji można zacząć się zastanawiać, jaki jest wizerunek Polaka wśród mieszkańców innych krajów. Myślę, że jest on raczej neutralny, choć niektórzy mieszkańcy naszego kraju zrobiliby wszystko, aby był on jak najgorszy. Dla przykładu: natknęłam się jakiś czas temu na facebooku na stronę zatytułowaną „I hate Poland”. Od początku widać było, że to prowokacja, ale oczywiście, jak można się było spodziewać, rybka połknęła haczyk. Zamiast bezrefleksyjnego zgłoszenia fanpage’a jako promujący treści nawołujące do nienawiści, Polacy zaczęli obrzucać wszystkich wokół mięsem, robiąc tym samym z siebie prawdziwych debili.

W komentarzach oburzonych dało się znaleźć szokujący brak wiedzy, desperacką próbę znalezienia odpowiednich słów i antyumiejętność doboru argumentów. Pierwszym powtarzającym się stale wątkiem było absolutnie prześmieszne wyzywanie mieszkańców Wielkiej Brytanii od zdrajców. Polegało to na tym, że Polacy wywnioskowali, że skoro strona prowadzona była w języku angielskim, to narodowość jej autorów jest oczywista, a jeśli już ustalona została angielska tożsamość delikwentów, to oczywistym jest, iż powinni oni być dozgonnie wdzięczni za pomoc polskiego lotnictwa na wojnie.

Brak odpowiedniej argumentacji można było również ukryć pod starannie dobraną przez „mścicieli” ławicą linków. Kilka piosenek Sabatona z dopiskiem „Warszawo walcz!”, czy link do artykułu z losową bitwą z udziałem Polaków na Wikipedii i każdy komentujący wręcz promieniował patriotyzmem. Każdy chciał jak najmocniej podkreślić męczeństwo tego biednego kraju. Gdyby to się działo w świecie rzeczywistym, to doszłoby najpewniej do demonstracji ludzi przebijających się biało-czerwoną flagą z nabitym na nią ziemniakiem, z „Uprisingiem” Sabatona w tle.

A tak na poważnie, nie rozumiem: Polacy są jacyś dziwni. Co jakiś czas zaglądam na strony narodowców (taki mały masochizm) i widzę jak na przykład tamtejsi mężczyźni zachwycają się „patriotkami”. Słowo to w ich definicji oznacza dziewoje ubrane w flagę i nic więcej. Obraz skromnej Słowianki z dawnej wsi też nagle zamienił się w wizerunek laski pomalowanej tak mocno, że można się zastanawiać, kiedy ta maska odpadnie od twarzy oraz z dekoltem tak nisko, że chyba jakaś magia sprawia, że jej piersi nie wypadają górą podczas schylania.

Ostatecznie, nie mam nic przeciwko patriotom. Patriotom przez małe „p” – takim, którzy kochają swoją ojczyznę, ale się tym nie chełpią. Uważam, że nie ma nic złego w szanowaniu własnego kraju, w pielęgnowaniu (pielęgnowaniu, a nie wciskaniu innym) jego kultury, tradycji i historii. To są rzeczy ważne, to są często rzeczy piękne. Chciałabym móc myśleć o tym państwie jak o miejscu pięknym, takim, które pokazałabym bez wstydu, bez ironii i bez udawania, że jest dobrze. Tymczasem, jak mam to zrobić, kiedy lata tu banda rozwrzeszczanych dzieciaków, które obrały sobie za cel krzyczeć „jesteśmy lepsze od was, nie posiadamy słownika i nie potrafimy używać googli, ale znamy na pamięć wszystkie bitwy za jakie macie nam być dozgonnie wdzięczni!”.

Więcej

Literatura poważna kontra magiczne dziewczynki zbawiające świat

W zwyczajnym mieście, w typowym, standardowym domu, żyje sobie Bohater – szary, nudny człowieczek, nie obdarzony żadną wyższą umiejętnością, nie posiadający pasji i planów na przyszłość. Nie wyróżnia się on z tłumu – szczupły, słaby, lekko gapiowaty, ubierający się w zwykłą koszulkę i jeansy. Wiezie sobie swoje spokojne życie, nie wadząc nikomu, aż tu pewnego dnia następuje Zmiana, podczas której jego Losy zostają wymuszenie związane z Ważną Sprawą. On sam przeżywa światopoglądową Przemianę, dowiaduje się o swojej Misji, a ostatecznie również o nieznanej mu dotąd przeszłości swojego Pochodzenia. Ile postaci literackich jesteście w stanie opatrzyć ramką z taką historią? Jeśli lista zaczyna się na Harrym Potterze i jednocześnie kończy, to możecie zrezygnować z dalszego czytania tego posta.

Nie chciałabym się chwalić ilością przeczytanych książek. Takie coś brzmiałoby jak mówienie, ile zjadło się kanapek w ciągu ostatniego roku czy ile zapisało się stron w zeszycie do matematyki. Nikogo to nie interesuje. Niemniej jednak, pragnę podkreślić tutaj, jak znaczącą częścią życia było dla mnie czytanie tak zwanej literatury młodzieżowej. Pamiętam, jak szło się do biblioteki raz na parę tygodni, ze sporym plecakiem, i spędzało mnóstwo czasu przed półeczką z kolorowymi książeczkami, czytając opisy i wybierając, którym historiom dać szansę. Jeśli trafiło się na lepszą bibliotekarkę, to można było zapisać sobie nawet kilkanaście powieści podczas jednej wizyty. Stare zołzy natomiast sztywno trzymały się limitu pięciu i łypały złowrogim wzrokiem jak tylko zauważyły, że ktoś zmierza do stolika z większą kupką. Wybór był średni, jak to w małych miastach. Często rozpoczynało się jakiś cykl powieści od środka albo od końca, bo nie było możliwości sprawdzenia, kiedy dana książka będzie dostępna. A skoro mnie nie ścigali, kiedy zdarzało mi się przetrzymać jakiś egzemplarz trzy czy cztery lata, to wiedziałam że nie ma co liczyć, że pojawi się prędko. Trzeba było brać to, co było. Teraz jest Internet, ewentualnie mogę wypożyczyć coś w Kielcach czy Gdańsku, więc czytelnictwo stało się o wiele bardziej wygodne.

Pamiętam jednak, jak to było, kiedy parę lat temu (wydawać by się mogło, że paręnaście) wypożyczałam trzecią część „Wojen Duszków”, drugą „Czarodziejów Skrzydła Nocy” czy jakąś tam inną „Wampiratów”. Rozpoczynanie przygody od środka jej trwania miało jakiś swój urok i być może w jakimś stopniu rozwijało wyobraźnię, jednak było naprawdę męczące. Trzeba było sobie wyobrazić, że Wybraniec wcześniej był Losowcem i w taki sposób traktować jego postać. I nie, to nie było trudne – w końcu schemat był jeden. A znałam go dobrze, jako osoba która swój czytelniczy etap życia rozpoczęła „Eragonem”.

I pewnego dnia, być może już nawet po czasie kiedy wyszła trzecia część „Dziedzictwa”, do mych uszu dotarła wieść straszliwa. Z okazji osiągnięcia jakiegoś tam wieku, moja karta biblioteczna została przeniesiona do dorosłych, co sprawiło, że poczułam się jak dziecko, któremu ktoś zabrał zabawkę i wcisnął w dłoń „Dziady” czy Żeromskiego. W sumie to dokładnie tak było. A to z kolei przyczyniło się do kilkuletniego rozstania z czytelnictwem. W ten sposób minęła mi spora część liceum. Życie.

Jakiś czas temu jednak to musiało powrócić. Skoro tyle lat znajdowałam przyjemność w czytaniu, naturalnym odruchem była nostalgia za tą czynnością. Chciałam być jednak fajna – zamiast szukać bajeczek o dziewczynkach zbawiających świat, zamiast odnaleźć niedostępne mi wcześniej części „Światów Chrestomanciego”, postanowiłam ogarnąć coś porządnego, poważnego. Jak człowiek porządny, poważny i dorosły. Zaczęłam poznawać Kinga (wiem, że to nie jest poważna literatura, ale zestawcie go bardziej z Paolinim niż z noblistami), Pratchetta, Connie Willis. Chciałam być fajna i czuć, że literatura wzbogaca mnie w życiową wiedzę, uczy czegoś tam i tak dalej. Potem poszukiwałam książek, o których ogólnie mówiło się jako o dobrej literaturze. Nawet jeśli treść okazywała się nudna i aż oślepiała ciągnącymi się w nieskończoność opisami, doczytywałam ją do końca, czując w sobie tę dumę z „zaliczenia jej”. Czytałam kwieciste i mądre zdania, wyszukując w nich najlepszych fragmentów i zachwycając się formą. Oczywiście fabuła wciąż była ważna, ale stała się raczej bonusem. Powiedzcie, że to nie jest to słynne traktowanie książki przedmiotowo.

A teraz poczujcie ten nagły zwrot akcji. Oto właśnie nadszedł ten moment. Trafiłam sobie przypadkiem na „Brudnopis” Siergieja Łukjanienko i coś we mnie przeskoczyło na właściwy trybik. Nie będę pisać o czym jest ta książka, czy warto ją przeczytać i czy da się wytrzymać nędzną jakość tłumaczenia. Ważnym jest, że ten porównywalnie niezbyt długi utwór literacki przypomniał mi, po co tak właściwie sięgałam po książki w czasach podstawówki i gimnazjum.

Odpowiedź: dla rozrywki. Ja, jako osoba pochodząca z nudnego miasteczka, otoczonego ze wszystkich stron wcale nie lepszymi, w książkach poszukiwałam oderwania od rzeczywistości. Po co miałabym śledzić losy bohatera, który ani nie został Wybrańcem, ani nie ma Misji, ani nawet nie posiada jakiś magicznych właściwości? Miłość, zabójstwo, przyjaźń, konflikt – takie rzeczy dostarcza na co dzień życie lub prasa; nie widzę potrzeby dodatkowo zasypywać pamięci fikcyjnymi postaciami realistycznymi. Ciekawsze rzeczy jest w stanie opowiedzieć niejeden mój znajomy, niż to co w większości opisuje literatura nie dla dzieci.

Na cóż mi pięknie zbudowane zdania, mistrzowska stylistyka i poczucie, że coś jest życiowe? Bohater z całym wachlarzem typowych wad, które zostają z nim do ostatniej strony, konflikty dopracowane w każdym szczególiku, aby nikt nie mógł wytknąć palcem nierealistycznego zachowania postaci, czy zwrotu akcji wstawionego zbyt nachalnie – bo nie dało się inaczej fabularnie wybrnąć, wrzucanie na siłę urzeczywistniających elementów do fabuły (chociażby ten tak pomijany w literaturze młodzieżowej fakt, że typowy człowiek od czasu do czasu potrzebuje zajrzeć do toalety)… nie. Nie potrzebuję drugiego takiego samego życia jak własne.

Czuję natomiast taką pierwotną potrzebę czytania o przygodach postaci, którym pewnego, deszczowego dnia prosto przed nosem spada z kosmosu smocze jajo, wyruszają w głąb zupełnie nowego świata, spotykają parę schematycznych postaci i dowiadują się, że potrafią zaginać ołówki siłą woli. Spędzając kolejne godziny, dni, czasem tygodnie wraz z nimi, chcę czuć, że życie nie jest jedną szarą, ciągnącą się w nieskończoność i niezmiennie rolką papieru toaletowego, a raczej jest niezwykłym labiryntem, gdzie za każdym rogiem leży skarb albo czai się wilk. Chcę czytać, jak inne postaci reagują na głównego bohatera (jest tym głównym, więc muszą jakoś reagować), widzieć jak tak naprawdę wszystko kręci się wokół niego. To takie egoistyczne myślenie człowieka żyjącego w świecie, w którym wszystko kręci się wokół pieniędzy.

Książki to o wiele lepsza metoda ucieczki od gier i filmów. W gimnazjum doskonale o tym wiedziałam, jednak życie pozwoliło mi na długo o tym zapomnieć. Chciałabym teraz napisać o zakończeniu odwyku, ale to zbyt mocne słowa na uzależnienie jedynie od nierealistycznej literatury. W każdym razie, wróciła mi również chęć do ratowania się przed marnością życia codziennego poprzez wymyślenie jakiejś własnej historii, opracowanie autorskiego świata i wklejenie w niego jakiejś zagubionej dziewczynki, jak najbardziej podobnej do mnie i jednocześnie możliwie ciekawej.

Kiedy swego czasu bawiłam się w pisanie opowiadań, skupiałam się bardzo na tym, aby nie brzmiały dziecinnie. Często natrafiałam wtedy na testy na „marysualizm” bohatera, gdzie trzeba było dążyć do wykreowania postaci w jak najmniejszym stopniu wpisujących się w szablon tam widoczny. Czyli nie wystarczyło, aby bohaterka była pulchną, niebystrą, ale pedantyczną fanką mangi i anime. Powinna jeszcze mieć podobnie „nacechowane” rodzeństwo, nieistotnego dla fabuły psa i rozwalającego się trampka. O byciu predestynowaną do czegokolwiek nie ma mowy. O znalezieniu smoczego jajka tym bardziej. Tak więc mamy nie robić kolejnej Belli ze Zmierzchu tylko Andżelikę z Klanu (żeby nie było – nie wiem, czy w Klanie jest jakaś Andżelika, ale to imię pasuje do postaci jaką mamy robić).

I w ten sposób powstaje literatura poważna. Bez tych wszystkich smoków trochę ciężko mi odróżnić ją fabularnie od serialików z TVP1, ale załóżmy że wszystko jest jak być należy. Tylko że… nie chce mi się czytać takich rzeczy.

Jednak potrzebuję dziewczynek zbawiających świat, postaci z którymi przez czas trwania akcji, będę mogła przeżywać przygody, a nie lekko zmodyfikowane życie własne. Chcę Bohaterów, którzy nagle otrzymują nadludzkie moce, stają się silniejsi i bez absolutnie żadnego wysiłku, na start zdobywają szacunek kogo popadnie. Chcę postaci, które najpierw nie mogą się zdecydować, co robić ze swoim życiem, fajtłap i niemot, którym kilka stron później fabuła wrzuca prosto w twarz niezwykłą przygodę, wyraźny cel i neonowy znak drogowy, w którą stronę mają zmierzać. Chcę osób, które początkowo są takie jak ja, a następnie życie przewraca im się do góry nogami – Bohaterów, dzięki którym chociaż przez chwilę zobaczę to, czego bez nich nie zobaczyłabym nigdy.

Dorośnij wreszcie. Albo idź poszukać tych pozostałych „Światów Chrestomanciego”.

Więcej

Bo nawet w Suchedniowie się da

W Świętokrzyskiem nigdy nic się nie dzieje” to zdanie, którego od wczoraj nie wypowie już żaden fan fantastyki – a na pewno nie jeden z około 220 uczestników Jagaconu, suchedniowskiego konwentu fantastyki. Nazwa dla większości osób zapewne nie brzmi znajomo, gdyż była to zupełnie nowa impreza tego typu w okolicach Kielc. Pierwsza, ale najpewniej wcale nie ostatnia.

jagacon

Ten kameralny konwent (czymże są te dwie stówki w porównaniu do całych tysięcy zbieranych przez Pyrkon, Falkon, Polcon, Krakon?) był z jednej strony taki jak wszystkie inne, ale z drugiej zupełnie wyjątkowy. Podobieństwo wystąpiło w postaci takiego samego klimatu, jak na innych imprezach tego typu, czyli tego wspaniałego poczucia, że w przeciwieństwie do życia pozakonwentowego, gdy chcesz zagrać w planszówki to masz a) planszówki, b) resztę wymaganych graczy pod ręką, c) kogoś, kto uwolni Cię od konieczności czytania tej często wielostronicowej instrukcji z pudełka. Co więcej: były prelekcje, konkursy, RPGi (na które niestety zabrakło mi konwentu), nawet było stoisko z książkami. Ale co ważniejsze – o ile przed konwentem bardzo niepokoiłam się, że pojawi się masa losowców z Suchedniowa („elo ziom cho bo blisko”), o tyle na konwencie pojawili się praktycznie jedynie fani fantastyki. I to sprawiło, że dało się poczuć tę magiczną aurę nad Oksfordem (potoczna nazwa na Zespół Szkół w Schdn.) – dokładnie taką, po jaką do tej pory jeździło się do Lublina czy Krakowa. Ale co czyniło ten konwent wyjątkowym? To, że był współtworzony przez całe województwo świętokrzyskie – oprócz suchedniowskiego Stowarzyszenia Tygiel, pojawiła się grupa HA’TAK z Ostrowca, Paradox ze Skarżyska i Trzy Kości z Kielc. Jagacon połączył te społeczności i pozwolił im się zintegrować. Jak się okazało – w grupie siła. A że całe ziemie świętokrzyskie okazały się polem manewru dla imprezy – jakże można by nie wykorzystać postaci Baby Jagi i legend świętokrzyskich jako motywu przewodniego.

Chyba jednak powinnam zacząć od samego początku – od momentu, kiedy powstawał sam pomysł a może by tak zrobić konwent w Suchedniowie. Była zima, każdy miał swoje sprawy na głowie, ale ten drobny acz inwazyjny pomysł szybko przywitał się z aprobatą coraz większej liczby osób. Już chwilę później w Primo Pizzy podpisywane były dokumenty do celów utworzenia stowarzyszenia przez grono zapaleńców. Jednak początkowo wszystko szło topornie – bo a to jakieś egzaminy, a to zbyt wymagająca praca, a to dodatkowe obowiązki. Zwykłe ludzkie sprawy śmiertelników, którzy nie mają w akwarium złotej rybki spełniającej życzenia. Jednak jak tylko przygotowania do konwentu ruszyły, to nagle plan imprezy rozrósł się niczym sterta półczystych ubrań na fotelu w co drugim domu.

Tak więc pewnego parnego dnia, w miejscu które dla zdecydowanej większości Polaków nie istnieje, zebrała się grupka osób. Część podeszła do wszystkiego dość sceptycznie: Konwent w świętokrzyskim? Wolne żarty!. Pod koniec imprezy ani jedna osoba z którą rozmawiałam, nie żałowała poświęcania weekendu na Jagacon.

Co najbardziej zapadło mi w pamięci? Pierwsze atrakcje niestety musiałam sobie darować – jako ta część organizacji, która odpowiadała za akredytację. Tak więc byłam zajęta ogarnianiem dzikich tłumów, pchających się do drzwi w godzinach szczytu, zanim przekazałam rolę helperom z SMSu. A zadanie było utrudnione poprzez brak możliwości wcześniejszej akredytacji (kiedy impreza okazała się nie być większą niż zakładaliśmy, było już za późno na tworzenie specjalnego systemu do tego) i konieczność rozprawiania się z przeróżnymi sytuacjami życiowymi (pies mi zjadł dowód osobisty). Ale siedzenie na akredytce ma swoje plusy – widzisz wszystkich, którzy wchodzą, dysponujesz wieloma dodatkowymi informacjami jeszcze zanim zobaczą je inni (skąd ludzie poprzyjeżdżali, jak się dowiedzieli, jaki jest przeciętny wiek uczestnika itd.). Dodatkowo – to pozwala jednak poczuć się kimś ważnym dla imprezy, a wysoka samoocena to coś, co tak trudno wypracować w obecnym świecie.

akredytka

Źródło: coolturalnyradom.pl

Pierwszą prelekcją, na którą poszłam był Miecz z pikseli – cRPG na podstawie papierowych pierwowzorów. Oprócz naprawdę ciekawej prezentacji, która była stanowczo za krótka, ten punkt programu był ciekawy ze względu na przygotowany materiał – gazetka o komputerach sprzed 25 lat była czymś naprawdę niesamowitym. Nie mogłam też nie pójść na wykład o ezoteryce III Rzeszy. I jak się okazało – połowa konwentowiczów również postanowiła wykorzystać tę godzinę w tym samym miejscu. Patrząc na pooblegane ściany w Sali nr 2, można się było poczuć jak na prawdziwej imprezie masowej. Prelegentka sprostała wyzwaniu i świetnie wyłożyła swój starannie przygotowany materiał.

Jednak tym co mnie gryzło przez pierwsze godziny Jagaconu, było poczucie, że wokół tyle planszówek, a w żadną nie gram. To było niedopuszczalne. Okazało się, że zorganizowanie sobie przeciwników było kwestią zadania dosłownie jednego pytania (w normalnym świecie coś takiego wymaga zapytania co najmniej pięciu osób, w tym trzech po dwa razy). I w ten oto sposób wylądowałam na turnieju Łowców Smoków – gry z której w tym momencie pamiętam jedynie, że była naprawdę fajna. O i że po zabiciu smoka trzeba było być jak najbardziejszym egoistą i wciskać innym, że im się bardziej opłacają te żetony, których nie zbierasz.

Podczas Jagaconu odbył się koncert zespołu Zwierzę Natchnione. Muzyka bardzo klimatyczna i pasująca do klimatu konwentu, jednak myślę, że dodatkowe efekty chorusów i pogłosów zamiast wprowadzać dany nastrój, lekko kierowały utwory w stronę kiczu. Niemniej jednak wokalista miał naprawdę dobry głos, a oryginalne połączenie instrumentów (klawisze + bęben o nieznanej przeze mnie nazwie + tamburyn) sprawiło, że całość była naprawdę przyjemnym wrażeniem.

No i jeszcze był pokaz grupy ogniowej – coś co z nazwy nie zapowiada się megaciekawie, a ostatecznie okazuje się niezwykłym widowiskiem. Powidoki i złudzenia optyczne podczas machania przez artystów „tym czymś z płonącą końcówką” to coś, co mogłoby się wydawać nie istnieć w świecie rzeczywistym, a być jedynie efektem jakiegoś filmowca. A kiedy do tego dochodzi odpowiednio dobrana muzyka, można poczuć się naprawdę jak daleko poza monotonią życia codziennego.

I wszystko minęłoby spokojnie gdyby nie to, że o północy w mieście zaczęła grasować mafia. Gra w Mafię to coś, co potrafi pożreć tyle czasu, że nim się spostrzeżesz a okaże się, że właśnie minęła siódma godzina gry. Początkowo było mówione, że fabuła będzie osadzona w klimatach wampirzych, jednak szybko zrobił się z tego Watykan i oprócz dodatkowej postaci taksówkarza, dla figury Damy z kart przypisaliśmy postać prostytutki, a Jocker stał się gwałcicielem. Całkiem fajna sprawa, kiedy prostytutka przejmuje funkcję wybranej osoby a gwałciciel odbiera prawo wypowiedzi w dyskusji ofierze, która przecież po takiej nocy przeżywa traumę – czy tego chce czy nie. Niczego na konwencie tak nie żałowałam, jak zapomnienia uprzednio zakupić B-Powera. Nie no, bardziej żałuję zrobienia zbyt małej liczby zdjęć.

mafia

Oprócz wymienionych gier, udało mi się jeszcze pograć w Fasolki czy w Straszne Historie. Druga gra okazała się być bardzo śmieszna, jednak po jakimś czasie poziom abstrakcji opisanych w niej sytuacji zaczynał denerwować lub robić się nudny. I kiedy kolejną poznawaną grą była karcianka z ciekawymi obrazkami (ludzie, przypomnijcie mi ktoś nazwę), pojawiła się propozycja wzięcia udziału w turnieju Carcassone. Prowadzący zachęcał do udziału nawet obietnicą objaśnienia zasad. Chyba każdy, kto spędził chociaż jedną konwentonoc na przeróżnych grach, zapominając o odpowiednich wzmacniaczach z marketu, jest w stanie docenić jak wielką pomocą jest objaśnienie zasad, kiedy ze zmęczenia gubisz co drugie słowo w instrukcji. I choć ominęło mnie przez to bardzo dobre RPG (Badziew wybacz, i tak nie byłabym dobrym graczem na tym poziomie niewyspania), gra okazała się niesamowita. Nie wymagała za wiele myślenia matematycznego, pozwalała na odrobinę wredności (a wezmę podczepię się pod Twoje pole) i dodawała ten dreszczyk emocji, kiedy na przykład oto został Ci ostatni klocek do wzięcia, a Ty masz olbrzymi, niezamknięty zamek. Oczywiście nie wygrałam, ale miło było poznać kolejną grę, w którą z chęcią pograłabym jeszcze nie raz.

I kiedy myślałam, że już nic ciekawego się nie wydarzy, nagle przypadkiem udało się zebrać ekipę do Wysokiego Napięcia i zanim Games Room się zwinął, zdążyłam postawić i zasilić sobie kilka domków. Kurde, chcę być burżujem i kupić sobie te wszystkie gry xD.

Jak teraz tak piszę, to zastanawiam się, jak udało mi się zmieścić to wszystko w tych kilkunastu godzinach trwania konwentu. No bo przecież był jeszcze konkurs na strój wiedźmy, w którym reprezentowałam Tygiel w Jury. A przebrania były naprawdę niesamowite. To też wcześniej mnie martwiło – że nie pojawi się żadna wiedźma. Tymczasem w konkursie wzięło udział chyba z 8 dziewczyn, z czego każda miała naprawdę świetny strój. Trudno było wybrać, bo nie-umieszczenie każdej jednej na podium było takim „nie no, ale no przecież…”.

Podsumowując: jednak da się! Ponieważ byłam w tym od samego początku, widziałam, jak z tej iskierki pomysłu robi się naprawdę duża impreza. I znowu ogarnia mnie to uczucie, że jednak tym, czego mi brakuje w codziennym życiu są właśnie konwenty – a Jagacon był dowodem na to, że jak się nie ma co się lubi, to się to po prostu stwarza.

Więcej

„Iluzja” kolejnym schematycznym filmem?

Dzisiaj będzie inaczej. Dostałam radę aby napisać coś, co nie jest wyrazem hejtu i po zapytaniu o jakieś propozycje usłyszałam w odpowiedzi: „nie wiem możesz próbować popisać o tym co Ci się zdarza fajnego obejrzeć, przeczytac, or sth”. Tak więc zrobię eksperyment – dzisiaj będzie o dziełach kultury, a jeśli spodoba mi się takie pisanie i ktoś to w ogóle przeczyta, to tego typu tematy zaczną się tutaj pojawiać.

Ostatnio byłam w kinie. Nie to, że z utęsknieniem czekałam na jakiś wymarzony film (chodzę do kina średnio raz na kilka lat – głównie ze względu na żenującą zachowaniem widownię). Po prostu wygrałam bilety na dowolny seans do końca czerwca, więc żal by było ich nie wykorzystać. W repertuarze jednak nic nie rzuciło mi się w oczy. Padło więc na „Iluzję”, bo miała ciekawo-brzmiący tytuł, trochę jak „Incepcja” (nie zwróciłam wtedy jeszcze uwagi na nazwę oryginału). Spojrzałam też tak pokrótce na jednozdaniowy opis gdzieśtam. Okej, jest o magikach scenicznych, może coś a’la Prestiż. Coś nolanowatego?

Postaram się nie spoilować, ale niczego nie obiecuję. Jeśli ktoś zamierza obejrzeć ten film, to do tego czasu polecam wstrzymanie się od czytania dalej. Co więcej – będę używała skrótowców opisowych, zrozumiałych dla każdego kto obejrzał film, a niekoniecznie dla osób niezaznajomionych z fabułą.

Zaczęło się dość nietypowo. Bohaterowie już na samym początku ukazane od najlepszej strony, bez żadnych wad – takie nierzeczywiste laleczki bez charakteru. To oczywiście było uzasadnione – postacie były sławne, podziwiane – taka była fabuła i spodziewałam się, że prędzej czy później co najmniej jednemu z nich potknie się noga. Można by powiedzieć, że coś takiego się nawet stało, jednak „śmierć i zmartwychwstanie” to nie to, co mogłoby podważyć idealność danej osoby.

Obok czwórki magików (to nie jest poważna recenzja, nie mam obowiązku pamiętania ich imion i nazwisk) oczywiście musieli pojawić się antagoniści. Postacie przeprowadzające śledztwo na pierwszy rzut oka mogłyby wydawać się mniej wyidealizowane – nawet zdarzyło im się popełnić kilka błędów! Po analizie charakterów można jednak dojść do wniosku, że ich działania podchodziły pod raczej standardowy szablon.

Po tym, co napisałam powyżej, można by było stwierdzić, że film jest odprężający, nie wymagający myślenia i głębszej analizy – takie coś co z jednej strony ma fabułę a z drugiej nie narzuca konieczności skupienia. I tak – ten film jest świetny jako tło do piwa i chipsów ze znajomymi. Do mówienia „zobaczysz, że zaraz się okaże, że…” i chwilę później do głośnego „Aniemówiłem!”, mimo iż wszyscy twierdzili tak samo. Film w całej swojej długości pozostawia mnóstwo miejsca i okazji na dodatkowe komentarze. Jest po prostu lekki. Mam jednak wrażenie, że nie to było celem jego twórców. Film od początku sprawia pozory czegoś, co z założenia miało być ambitne. Dochodzi więc do fabularnej abstrakcji. Zwłaszcza na początku. Momentami możne się nawet wydawać, że niektóre elementy historii zostały dodane później, bo pasowały.

Końcówka to podróbka scenariuszy Scooby-Doo. Niezwykle niespodziewanie, ku zdziwieniu wszystkich możliwych oglądaczy, jeden z głównych bohaterów okazuje się być „agentem” drugiej strony. To był tak nachalny zwrot akcji, takie kopnięcie leżącego, takie dorzucenie pięciokilogramowej wiśni na tort z cukru i pierników… Po co? Dobra, przyznam – nie spodziewałam się tego. Ale to było tak nieprawdopodobne, tak niepotrzebne, tak nieuzasadnione. Nie lubię, kiedy bohater jest mi przedstawiany w jeden sposób, a później okazuje się, że nie jest tym za kogo go brałam. Może zbyt wiele książek w życiu przeczytałam, może w zbyt wiele postaci się wczułam, ale… No kurde, poczułam się oszukana.

Pod względem muzyki film jest okej. Główny motyw po jakimś czasie zaczyna się robić nachalny, ale do zniesienia. Pasuje do postaci, pasuje do fabuły. Myślę, że „jest okej” to idealne określenie. Efekty specjalne, scenografia, kostiumy – niby było pole do popisu, ale żadna z tych rzeczy nie zwróciła mojej uwagi. Były raczej przezroczyste.

A teraz plusy. Wśród wielu elementów fabularnych będących oczywistościami i wręcz głupotami (jakim trzeba być durniem, aby nie sprawdzić co jest w samochodzie który się asekuruje) znalazło się kilka perełek. Powtórka numeru z królikiem w kontekście sejfu była moim zdaniem świetnym pomysłem i absolutnie spełniła swoją rolę. Część tricków również była niebanalna i miło było dowiedzieć się, jakim sposobem zostały zrobione. Ogólnie – poziom był bardzo zróżnicowany, od tych wręcz żenujących do tych naprawdę świetnych. Fabułę psuły zbyt długie, schematyczne epizody – takie jak chociażby ten pościg, który trwał co najmniej dwadzieścia razy za długo i nie był za bardzo fascynujący.

mkidn

Jak więc żyć, panie premierze, co oglądać? Aby uratować tematykę magików scenicznych, a przy okazji przedstawić coś, co naprawdę będzie wymagało zaangażowania, zdecydowanie polecę Prestiż. Nie będę pisać o fabule, nie będę rozwodzić się nad kolejnymi elementami opowieści. Po prostu napiszę, że film jest Dobry. Przez duże „D”. Dla bardziej wymagającego widza – pozycja obowiązkowa. Być może teraz, po jakimś czasie od obejrzenia, zmieniły mi się wrażenia i moja ocena będzie zupełnie nieadekwatna do tego wyżej. Doskonale jednak pamiętam, że był to film, który wywołał we mnie silne przeżycia emocjonalne i jeszcze długo po zakończeniu oglądania zalegał w moich myślach. O Iluzji tego nie powiem. Lekkie filmy mają to do siebie, że żyją tylko w momencie ich oglądania – przygoda kończy się równo z napisami końcowymi.

Więcej