Kategoria: Kultura

Zrozumieć źle urodzone

Podczas gdy wszyscy wokół zachwycają się „Księgą Zachwytów” Filipa Springera, ja postanowiłam nadrobić jego wcześniejsze dzieła i tak, pewnego dnia, na jednej z półek politechnicznej czytelni przemówiły do mnie „Źle urodzone”. Zbiór reportaży Springera, ładnie wydanych, z dużymi fotografiami i wygodnie umieszczonym tekstem, bogatym w przypisy. Wszystkie na temat architektury – ale tej sprzed kilkudziesięciu lat – dzikiej, szybkiej, masowej i topornej, ale, przede wszystkim, niezrozumianej. Ale tak naprawdę ta książka jest o architektach.

zle urodzone

Po wojnie spadła na nich ogromna odpowiedzialność odbudowy zniszczonych miast i zapewnienia ogromnej liczbie ludzi dachu nad głową. Wraz z tą odpowiedzialnością, przyszli twórcy wielkiej płyty otrzymali szereg wymagań dotyczących kosztów budowy oraz liczby mieszkańców jakich mają umieścić na poszczególnych połaciach terenu. Normą stały się duże budynki wielorodzinne z jedną łazienką na piętro czy windy zatrzymujące się na co trzeciej kondygnacji i tylko przez pierwsze lata funkcjonowania obiektu. To były te dzieła, pod którymi nikt nie chciał się podpisywać, które przerzucano pomiędzy nazwiskami i próbowano wymazać z pamięci – nawet jeśli w rzeczywistości stały i mąciły w krajobrazie niejednego miasta.

Byli też architekci z wizją. Kłócący się z władzami, walczący o swoje prawa lub po cichu przemycający swoje idee, tak aby po latach można było ich budynki dostosować do nowych czasów, które byli w stanie przewidzieć. Oni też spotykali się potem z odzewem od mieszkańców ich budynków, z krytyką i narzekaniem tych, którzy przyzwyczaili się do czegoś innego. Ich budynki były źle urodzone – nie w tym miejscu, a przede wszystkim nie w tym czasie w którym powinny.

Także budynki użyteczności publicznej doczekały się reakcji na swoje istnienie. Część z nich pozostała już tylko na zdjęciach, niektóre w dokumentach planujących ich wyburzenie, a część do dziś stoi i wygląda. To one budzą najwięcej kontrowersji, bo da się je tylko kochać albo nienawidzić. Pojawia się więc konflikt pomiędzy wygodą, poczuciem nowoczesności i potrzebą odcięcia się od tego, co było ze strony prostych ludzi, a troską architektów i miłośników zabytków PRL-u o ich zachowanie. Walki na logiczne i nielogiczne argumenty wywołują emocje związane z budynkami, często nadają im nazwy i kreują ich nową historię, zmieniając je.

zle urodzone

„Źle urodzone” to jedna z tych książek, które ułatwiają zrozumienie tamtych czasów. Zbiór reportaży Springera opowiedział mi kilka historii o tym, jak bardzo architekci chcieli, ale nie mogli. Mimo to, udało im się pozostawić po sobie ślad – te elementy miast, z których czasem są dumni, a czasem nie – nawet jeśli poświęcili długie godziny na opracowywanie ich planów.

Myślę, że bez zastanowienia mogę polecić tę książkę każdemu, kto interesuje się historią PRL-u. Autor z dużą dociekliwością prześledził dostępne źródła, dotarł do osób odgrywających ważne role w życiu opisywanych architektów i wiedzących dokładnie, jak wyglądała ich praca. W przypadku żyjących twórców, informacje pochodzą z pierwszej ręki. Oczywiście jest to także lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy interesują się architekturą. Niestety, chyba nie da się zrozumieć budownictwa tamtych czasów, tylko patrząc na wielką płytę czy pojedyncze pawilony i dworce. Zwłaszcza, że wygląd wielu z nich nie ma już zbyt wiele wspólnego z tym, jakie były podczas oddania do użytku. Bo to nie tylko pasteloza i obsianie banerami (o tym przeczytanie w Wannie z Kolumnadą) ale i zupełna zmiana sytuacji mieszkaniowej w Polsce.

zle urodzone

Więcej

Lukier i mięso

Jakiś czas temu poleciłam Wam książkę, w której autorka zadawała pytania znanym polskim architektom. Dzisiaj chciałabym przedstawić kolejną architektoniczną rozmowę – tym razem pomiędzy architektem, Marcinem Kwietowiczem, a dwoma krytykami, Grzegorzem Piątkiem i Jarosławem Trybusiem.

lukier i mieso

„Lukier i mięso” to zapis dość długiej dyskusji, płynnie przechodzącej pomiędzy tematami, ale skupionej wokół współczesnego projektowania budynków w Polsce. Przedstawione jest to bardzo „od kuchni” – spośród różnorakich myśli da się wyłowić zarówno takie obrazujące codzienne życie projektanta budynków, jak i sytuacje, w jakiej przyszło mu tworzyć. Pomimo formy, w jakiej napisana została ta książka, nie czuje się różnicy zdań i doświadczeń pomiędzy postaciami – raczej każdy dodaje swoje argumenty do wspólnego stanowiska. Momentami miałam wrażenie, ze pomiędzy kartkami przemawia do mnie jedna postać, ale porządnie zastanawiająca się nad każdym aspektem poruszanego tematu.

Jest to jednak ciekawa rozmowa, poddająca pod wątpliwość wiele teorii, które być może zbyt szybko zostały przyjęte w architekturze, burząca standardy myślenia o budynku i tym, w jaki sposób powinien być zaprojektowany. Bo choć każdy projektant ma swoje metody, to podstawą jest umiejętność wpisania obiektu w otoczenie, nawiązywanie do stylistyki otoczenia i tak dalej – ale co to tak naprawdę oznacza? Jest to tylko jedna z wielu myśli przewijających się pomiędzy tymi ponad 350 stronami tomiku. Inna z nich dotyczy kierunku, w jakim zmierza współczesna architektura i jak tego typu przemiany uwidaczniają się w polskich miastach. Często pojawiają się tez ciekawostki, które tylko osoba przesiąknięta środowiskiem architektonicznym mogłaby dostrzec, ale po ich wskazaniu przez rozmówców, czytelnik z pewnością je zrozumie.

lukier i mieso

Autorzy podchodzą do tematu architektury bardzo krytycznie. Wiele budynków i ich twórców zostało ocenione naprawdę surowo, za to w taki sposób ze nie trudno się z taką oceną nie zgodzić. Na przykład tak zwani starchitekci – czyli osoby o znanych nazwiskach, zdobywcy wielu prestiżowych nagród i twórcy obiektów, które z samego faktu bycia wybudowanymi przez nich nabywają wyższą rangę w świecie architektury. Jak się okazuje, część twórców z tego grona stawia budynki nawet nie odwiedziwszy wcześniej działki, albo umieszcza obiekty na wizualizacjach przedstawiających zupełnie inną zabudowę niż ta, która otacza teren. Czytając tę książkę, uświadomiłam sobie, ze architektura nie różni się niczym od innych dziedzin twórczych – że osoby uznawane często za autorytety to tak naprawdę mainstreamowe gwiazdy, które czymś zabłysły a potem już tylko unosiły się na fali sławy, stawiając sobie koleje pomniki. Wydaje mi się, że wcześniej patrzyłam na ich twórczość dość bezkrytycznie. Mam tu na myśli mówienie jedynie, ze coś mi się nie podoba, zamiast twierdzić, że coś jest po prostu złe. Pod tym względem twórcy „Lukru i mięsa” wyręczyli mnie w myśleniu.

Oczywiście dostało się i tym mniej znanym pracowniom – bo w końcu nie trzeba być starchitektem, aby móc wybudować coś niewłaściwego. Cala ta książka to swoisty przekrój przez świat architektury, a wiec wypełniona jest nazwiskami i nazwami, obiektami, ich wnętrzami i ich otoczeniem. Opisane zostały w niej chyba wszystkie ważne wydarzenia architektoniczne z ostatnich 25 lat – choć nie w formie katalogu a krótkiej refleksji – co znawcy architektury jako pierwsze przychodzi na myśl, kiedy zapyta się go o dany obiekt. Dzięki temu „Lukier i mięso” się czyta – a nie ogląda obrazki.

Tutaj warto zwrócić uwagę na sam sposób zaprojektowania tej książki. Musze przyznać, ze naprawdę się z nią męczyłam – nie ze względu na treść, bo ta jest na tyle lekka, że mogłabym ją pochłonąć w jedną noc, gdyby mi się bardziej spieszyło, albo czytać po kilka stron co jakiś czas, gdybym nie musiała jej zwrócić do biblioteki. Chodzi mi o jej formę – wymiary i dobór papieru. Mały, kieszonkowy format przy takiej liczbie sztywnych stron wymaga dużo siły w utrzymaniu książki otwartej, a grzbiet wygląda na taki, który po kilku czytelnikach zacznie się łamać. Gdybym miała polecić komuś przeczytanie „Lukru i mięsa”, to zdecydowanie zaproponowałabym to w postaci ebooka.

lukier i mieso

Inną denerwującą rzeczą było rozmieszczenie zdjęć. Z jednej strony trochę „po staremu” – bo na całych stronach i bez treści wokół, za wyjątkiem podpisów. Z drugiej jednak designersko, a nie funkcjonalnie – z podpisami tam gdzie się zmieści, czyli czasami aby się dowiedzieć, co przedstawione jest na fotografii, musiałam przekręcić kilka kartek. Wydaje mi się, ze taka forma rozmowy byłaby dużo wygodniejsza, gdyby omawiane obiekty miały swoje przedstawienia fotograficzne tuz obok treści. Jak dla mnie, osoby przyzwyczajonej do stron internetowych i innych treści, gdzie obrazki wzbogacają a nie utrudniają czytanie, byłoby to o wiele wygodniejsze.

Myślę, ze uzasadnieniem takiej formy jest jedno ze stwierdzeń padających pomiędzy stronami: architektury nie da się w pełni przedstawić na zdjęciu. Dlatego tworzy się makiety i odwiedza budynki – aby zobaczyć ją na żywo, we wszystkich trzech wymiarach. Obecnie jednak fotografia – a raczej wizualizacja – próbuje to zmienić i przekazać odbiorcy jednostronna informacje o budynku, z odpowiednio dobranej perspektywy i o konkretnej porze dnia i roku – tej, dla której obiekt powstał. Architektura jest tymczasem o wiele ciekawsza, a przynajmniej ma szanse taka być.

Komu poleciłabym „Lukier i mięso”? Raczej niewielu osobom – nie jest to pasjonująca lektura z fabułą, zaskoczyć może raczej tylko tych, którzy studiują architekturę albo są świeżo po tym kierunku i coś tam już wiedzą, o czymś słyszeli a inne rzeczy widzieli na własne oczy. Z pewnością nie znajdą tam niczego dla siebie ci, których budowanie w Polsce nie interesuje lub którzy nie mają żadnej wiedzy w tym temacie. Dla tych, którzy się jednak skuszą, będzie to lekka i przyjemna lektura, pozwalająca poznać tą część świata architektów, o której nie mówi się na studiach, a co więcej – zrozumieć, co jest najbardziej krytykowane w projektowaniu architektonicznym, czego unikać, aby nie znaleźć się w podobnego rodzaju publikacji, zaraz za jakimś bardzo smutnym nagłówkiem.

lukier i mieso

Więcej

Opowieść o brzydkich miejscach, czyli Wanna z kolumnadą

Są takie książki, po których przeczytaniu zaczynasz widzieć w świecie trochę więcej. Próbujesz wtedy układać w głowie historie, mające na celu wytłumaczyć, usprawiedliwić dlaczego to, na co patrzysz, wygląda tak a nie inaczej. Dzisiejszy wpis jednak nie będzie ani o powieści fantasy, ani o jednej z ksiąg wielkich religii. Przedstawię za to znany i lubiany w wielu kręgach zbiór reportaży Filipa Springera, „Wanna z kolumnadą”.

Jest to książka traktująca o polskiej przestrzeni. A jaka jest ta przestrzeń, każdy widzi. Estetyka typowej ulicy każe przechodniowi przedzierać się wzrokiem przez gąszcz billboardów, całkiem słusznie nazywanych szmatami. Gdzieś w oddali blokowisko – każdy budynek innego koloru, na jednym namalowane palmy, na drugim koszmar jak z zeszytu do geometrii. Gdzieś za miastem ekskluzywne osiedle – ekskluzywne, bo poza domami niczego innego tam nie ma, ani drogi, ani drzewa, nawet kawałka chodnika. W mieście natomiast pojawił się labirynt płotów. Wszystkie płoty prowadzą do ogromnej bryły jakiejś kolejnej galerii czy hotelu, górujących nad miastem jak kościół w średniowieczu. Historyzujące dekoracje oczywiście wciąż są jeszcze na topie – kolumienki, sfinksy – nie mniej popularne niż fascynacja dalekim wschodem w projektowaniu elewacji. Krótko mówiąc, reportaż o polskiej przestrzeni był potrzebny.

„Wanna z kolumnadą” jest idealną opowieścią o ładzie przestrzennym w Polsce, a tak naprawdę o jego braku. Filip Springer odwiedził mnóstwo miejsc dotkniętych architektoniczną brzydotą i, oprócz zrobienia świetnych zdjęć, przeprowadził wywiady z osobami mającymi wpływ na wygląd przestrzeni, a także z jej odbiorcami. Każdy temat potraktowany został z ogromną dociekliwością. Reporter nie powstrzymał się przed korespondencją, spotkaniami i rozmowami telefonicznymi z osobami odpowiedzialnymi za taki wygląd rzeczy.

Skąd bierze się smutna suburbanizacja, dlaczego pomimo licznych wad, wciąż jest popyt na oddalone od świata mieszkania na zamkniętych osiedlach o malowniczych nazwach? Jak to jest, że gdy ktoś chce wybudować prawdziwego maszkarona, to niezależnie co mówi miejscowy plan zagospodarowania, będzie mógł już chwilę później zacząć robić wykopy pod fundamenty? Co się stało z rzekami, które kiedyś zasilały wodą i jakością wiele dużych miast, a teraz prawdopodobnie znajdują się w tym samym miejscu, co estetyka polskiej przestrzeni? Czy te wszystkie materiały reklamowe, masowo porozwieszane po mieście, umieszczone zostały tam legalnie i – jeśli nie – do dlaczego wciąż tam wiszą? I oczywiście dwa podstawowe pytania: po pierwsze, dlaczego nikt z tym nic nie robi, a po drugie, czy to w ogóle komukolwiek przeszkadza? Odpowiedzenie na te pytania stało się celem reportera. Muszę przyznać, że po przeczytaniu „Wanny z kolumnadą” już dobrze rozumiem, gdzie leży problem.

Dziewięć reportaży, każdy na inny temat, przeplecione zostały krótkimi definicjami. Pierwszym, co przeczytałam w tej książce, była tak naprawdę ostatnia z nich. O ile jestem tym typem osoby, która nie ogląda trailerów filmów, nie czyta opisów książek, które zamierza wypożyczyć lub kupić… tutaj musiałam zacząć od końca. Zwłaszcza, że tak naprawdę znałam zakończenie. Jest nim przecież to co mijam na co dzień, idąc na zakupy do marketu, czy na uczelnię. Jest nim to, na co patrzę z okna pociągu, autobusu lub tramwaju. To także to, czego staram się nie widzieć, co starannie omijam okiem obiektywu, robiąc zdjęcia. Zakończenie tej książki nie zmieściło się na jej stronach, ono jest widoczne po odłożeniu jej na półkę i spojrzeniu przez okno. Ja chciałam wiedzieć, co było bezpośrednio przed zakończeniem. Filip Springer zaproponował mi odpowiedź. Jest nią krótka statystyka umieszczona pod nagłówkiem „Lekcja plastyki”.

Przez całą opowieść przewinęło się może kilka-kilkanaście osób, którym brzydota otoczenia przeszkadzała, którzy chcieli swoim działaniem na nią wpłynąć. Większość bohaterów reportaży ma natomiast zupełnie lekceważący stosunek do problemu. „Zajmij się czymś ważniejszym” – wydają się mówić, albo nawet mówią. „Wanna z kolumnadą” pokazuje smutną prawdę, jak bardzo Polakom nie zależy na estetyce miejsc, na jak niskim poziomie jest ich poczucie piękna, a co więcej – jak nisko cenią sobie wrażenia wizualne, w stosunku do potencjalnego zysku. Tak też powstają skupiska banerów reklamowych – bo jeden wisiał, to drugi obok nie zaszkodzi, co z tego, że po chwili już go nie widać spod dwudziestu następnych.

Książka pięknie wydana, bogata w świetne zdjęcia, uzupełniające materiał tekstowy, a czasem potęgujące jego przesłanie. Reportaże napisane są bardzo przyjemnym językiem, co chwila miałam ochotę w jakiś sposób zaznaczyć sobie jakiś fragment aby łatwo móc do niego wrócić. Czasem dowcipnie, nawet jeśli to taki śmiech przez łzy, bo oto kolejna inwestycja miesza w krajobrazie. Chyba jedyną wadą „Wanny z kolumnadą” jest wysoka cena w stosunku do długości czytania. A to jest bardzo negatywna cecha czegoś, co chyba powinien przeczytać każdy.

Ostatecznie, czym więc była ta zmiana w postrzeganiu krajobrazu, o której napisałam na początku wpisu? Teraz, patrząc na ten sam brzydki billboard, na te same sfinksy przy wejściu do mijanego budynku czy kolejną makabryłę, widzę za tym ludzi. Zastanawiam się, jak wyglądał proces szpecenia krajobrazu; czy w ogóle pojawił się chociaż raz ten kluczowy moment, kiedy ktoś z zewnątrz miał powiedzieć „nie”?

Ten wpis postanowiłam urozmaicić zdjęciami mojej rodzinnej miejscowości oraz miasta powiatowego obok. Myślę, że pasują.

Więcej

Przemytnicy

Uwielbiam duże miasta za to, że wiecznie się coś w nich dzieje. Oferta wydarzeń kulturalnych jest wielokrotnie większa niż moje możliwości czasowe – tak w przeciwieństwie do życia w małym mieście, oddalonym od cywilizacji. Twórcom różnorakich atrakcji, co więcej, wydają nie kończyć się pomysły, z czego ja bardzo chętnie korzystam.

Ostatnio udało mi się wygospodarować chwilę wolnego czasu, dzięki czemu mogłam uczestniczyć w Narracjach, festiwalu artystycznym Instalacje i Interwencje w Przestrzeni Publicznej w Gdańsku. W sobotni wieczór wybrałam się do Nowego Portu, nie do końca wiedząc, czego mogłam się tam spodziewać. Choć wydarzenie odbyło się już po raz siódmy, dla mnie był to pierwszy raz i muszę przyznać, że forma nocnego spaceru mnie oczarowała. Zwłaszcza, że nie był to byle jaki spacer! Dzielnica została ubrana w mnóstwo instalacji artystycznych – głównie dźwiękowych i wizualnych. Idąc w grupie z przewodnikiem, usłyszałam, jaka wizja przyświecała każdemu artyście i co chciał przedstawić swoim dziełem. Podczas Narracji można było także obejrzeć występy artystów, uczestniczyć w warsztatach, zjeść danie z food trucka lub przejechać się specjalnie przerobionym zabytkowym tramwajem (Jon Irigoyen), jednak ja z powodu ograniczonego czasu skusiłam się wyłącznie na spacer po instalacjach.

Tematem tej edycji festiwalu Narracje byli Przemytnicy, co szczególnie dało się poczuć podczas „zwiedzania”. Trasa prowadziła przez bagniste tereny zielone, przez podwórka na tyłach domów, wzdłuż portów. Przez to, że grupa była bardzo liczna, miałam wrażenie, że powinniśmy być wyjątkowo cicho, aby ukryć się przed mieszkańcami Nowego Portu, że jesteśmy tu bez ich zgody, próbujemy coś przemycić. Niesamowitego klimatu dodawało oświetlenie, ale także fakt, że było ciemno i dość zimno.

Same zaprezentowane twory artystyczne są niepowtarzalne w innej skali niż przestrzeń miasta. Nagrania wypowiedzi mieszkańców, puszczane w bramie (Katka Blajchert), filmy wyświetlane na budynkach (Flo Kasearu, Monika Drożyńska…), sygnał z Twierdzy Wisłoujście (Klara Hobza), czy zmuszający do refleksji dymiący samochód (Odnawianko) to tylko część atrakcji nocnego spaceru. Dodatkowo, kilka nieużywanych lokali zostało zaaranżowane na czas festiwalu – na przykład jeden zamieniono na tymczasowe biuro nieruchomości (Małgorzata Wesołowska i Gabriela Warzycka-Tutak), gdzie każdy mógł dostać „metr kwadratowy Nowego Portu”. Myślę, że nie ma sensu wypisywać artystów – opisy ich dzieł można przeczytać na stronie wydarzenia. Za to zdecydowanie polecam udział w kolejnej edycji Narracji, zwłaszcza jeśli lubi się nocne spacery po mieście i trochę inne spojrzenie na otaczającą zabudowę.

Bo miasto jest zupełnie inne nocą. Groźne, dzikie, tajemnicze. Raczej nie pokonałabym tej samej trasy w pojedynkę i po ciemku. To udział w Narracjach sprawił, że miałam okazję zobaczyć to, co wydawało się nieprzeznaczone dla moich oczu. Cieszę się, że skorzystałam z tej małej „odmienności”.

Więcej

Architektura jest najważniejsza

„Ludzkość poprzez architekturę wyraża swoje istnienie, bowiem architektura jest tym właśnie procesem twórczym, który przekształca przyrodę i formuje nowy krajobraz. Krajobraz człowieka.” Są to słowa prof. Tomasza Mańkowskiego, architekta, któremu została zadedykowana książka „Architektura jest najważniejsza. Rozmowy”, autorstwa jego córki, Ewy Mańkowskiej-Grin. To jego rozważania stały się punktem wyjścia oraz inspiracją do przeprowadzenia rozmów ze znanymi polskimi architektami, które autorka odbywała od października 2014 do połowy bieżącego roku.

Ewa Mańkowska-Grin, jako malarka, w swoich pytaniach zwróciła uwagę na kwestie wrażeń estetycznych jakie dzieła architektów potrafią wywołać i często wywołują. Artystka zapytała wprost, czyja to wina, że obecnie w wielu miejscach w Polsce panuje prawdziwy nieład przestrzenny, dlaczego stawia się domy zupełnie niepasujące do siebie nawzajem i dlaczego architekci, jako ich twórcy, na to pozwalają. Odpowiedzi, jakie padły, nie były jednakowe. Kiedy osoby rozumiejące taką sytuację wypatrują źródła problemów, może okazać się, że czynników sprawczych tego chaosu w zabudowie może być o wiele więcej.

Innymi zagadnieniami, jakie autorka poruszyła w swoich wywiadach są tematyka roli mistrzów w kształceniu świadomości architektów, a także współczesne nauczanie tej dziedziny. Architekci, którzy kiedyś pobierali u kogoś nauki, a w większości przypadków później sami zaczęli wykładać na uczelniach wyższych, chętnie podzielili się swoim doświadczeniem i opowiedzieli o roli, jaką pełni zdobywanie doświadczenie w tym zawodzie.

Pomimo, że pytania się powtarzają, każda rozmowa jest inna, tak jak nie ma dwóch takich samych architektów i dwóch takich samych budynków. Sama wybrałam w tej książce trzy swoje ulubione wywiady, do których z pewnością kiedyś wrócę. Jeśli sięgniecie również po tę książkę, znając mnie, pewnie zgadniecie które.

Podoba mi się to, że każdą rozmowę można inaczej scharakteryzować – na przykład ta z Janem Łasiem, architektem specjalizującym się w technologiach drewnianych, skupiła się na architekturze Podhala oraz różnicach pomiędzy takimi budynkami a tymi murowanymi. Są rozmowy bardziej filozoficzne, są refleksyjne a także i te, gdzie architekci wyrażają zupełnie nieznane mi dotąd poglądy na kwestie, z którymi na co dzień się spotykam. Prof. Ewa Kuryłowicz, dla przykładu, zwróciła uwagę na wady usług w parterach zabudowy, Piotr Śmierzewski z biura projektowego HS99, natomiast argumentował za tym, że da się stworzyć dobrą architekturę przy mniejszym budżecie.

Myślę, że książki „Architektura jest najważniejsza. Rozmowy ” nie powinno się czytać w domu. Zamiast tego, lepiej wybrać jakieś ruchliwe miejsce w centrum miasta, a idealnie ławkę na przedmieściach. Dzięki temu, można mieć przed oczami żywy obraz jednego z ważniejszych zagadnień, które zostały poruszone w rozmowach – urbanistyki. Ten temat został pojawił się chyba we wszystkich wywiadach, tak samo jak środowisko oraz „przestrzeń funkcjonalna” miasta, osiedla zamknięte.

Komu poleciłabym tę książkę? Raczej nie osobom nie posiadającym żadnej wiedzy o architekturze (no chyba, że są fanami literackiej formy rozmów). W wywiadach pojawia się wiele „smaczków” często związanych z historią architektury i urbanistyki, ale jest też wiele informacji, których pełne zrozumienie wymaga tła wydarzeń, którego może brakować niektórym odbiorcom. Wystarczy nie wiedzieć, czym jest Wystawa Światowa albo jaka jest różnica pomiędzy projektem typowym a indywidualnym, aby pewną część informacji płynących z odbioru tej książki stracić.

Dla pasjonatów architektury jest to pozycja zdecydowanie warta przeczytania. Jeśli kiedyś będę miała własne biuro architektoniczne, to umieszczę ją na półce pomiędzy Witruwiuszem a Prawem Budowlanym i będę ściągać z tej półki za każdym razem, kiedy zapomnę czym jest architektura, a raczej czym była w połowie drugiej dekady XXI wieku. Bo „Architektura jest najważniejsza. Rozmowy” to doskonałe świadectwo obecnego wizerunku miast.

Na koniec o samym wydaniu:
Książkę można zakupić w sklepie Fundacji Bęc Zmiana w cenie 41 zł. Jej format to szersze o 2 centymetry A5, a papier przyjemny, chropowaty. Okładka to miękka tekturka ze skrzydełkami, ze wzorkiem logo wewnątrz. Ładne, minimalistyczne wydanie, skupiające się na znaku graficznym widocznym na okładce. Jedyna wada to zbyt mały margines środkowy, co utrudnia czytanie w środku książki. Przed każdą rozmową zaprezentowany jest obrazek – w większości szkic zapowiadający architekta – jego autora. Na ostatnich stronach umieszczone zostały biogramy przedstawionych twórców, krótko przybliżające ich sylwetki i twórczość. Książka sprawia wrażenie bardzo architektonicznej :).

Więcej

Copernicon 2015

Mój wyjazd na Copernicon zaplanowałam już w połowie wakacji. Coraz rzadziej odwiedzam konwenty i zaczęło mi trochę brakować tego fantastycznego zgiełku. Zwłaszcza po tegorocznym Jagaconie, na który zajrzałam przy okazji odwiedzenia domu rodzinnego. Chwilę później, w Gdańsku odbywał się Baltikon, jednak jego program nie był w stanie mnie przekonać, zwłaszcza w towarzystwie dość odstraszającej ceny. Wtedy postanowiłam, że wybiorę się na jakiś inny konwent i co więcej, zgłoszę na niego swój punkt programu. Brakowało mi konkretniejszego pomysłu, jednak zbyt wiele razy żałowałam, że nie uczestniczę trochę bardziej aktywnie w imprezie tego typu. Wtedy dowiedziałam się o Coperniconie, odbywającym się w Toruniu w drugiej połowie września, czyli już po mojej nieszczęsnej sesji poprawkowej. Zarówno termin, jak i miejsce, pasowały mi idealnie, a kiedy poczytałam trochę więcej, zrozumiałam, że absolutnie muszę tam pojechać. I pojechałam. A co widziałam i słyszałam, wpis ten wszystko Wam opowie.

Piątkowym porankiem, przemierzałam busem malownicze tereny, w doborowym towarzystwie gracza-blogera, erpegowca oraz pisarki fantasy. Pogoda była idealna i wszystko zapowiadało, że najbliższe kilkadziesiąt godzin utworzy same pozytywne wspomnienia. Dzięki nadmiarowi czasu przed oficjalnym rozpoczęciem imprezy, mogłam zobaczyć kawałek Torunia – malowniczego miasta, wręcz idealnego do spacerów. Potem nagle wybiła godzina szesnasta, sale konwentowe zaczęły wypełniać się uczestnikami i ruszyły pierwsze prelekcje.

Dla mnie Copernicon nie byłby taki sam, gdyby odbywał się gdziekolwiek indziej. Budynków zajmowanych przez konwent było kilka, jednak najważniejsze z nich stanowiły Collegium Maius i Collegium Minus Uniwersytetu Mikołaja Kopernika oraz Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki czasu” . Pierwszy obiekt z wymienionych to piękny, ponad wiekowy, gmach o niezwykle klimatycznej przestrzeni komunikacyjnej. Dzięki sklepieniom krzyżowo-żebrowym w korytarzach, można się poczuć jak w średniowiecznej twierdzy. Najciekawsze jednak są piwnice, gdzie zorganizowano miejsce na LARPy. Rozległe przestrzenie pełne rur i dziwnych urządzeń, pachnące starością, były świetnym miejscem do oderwania się na chwilę od rzeczywistości, aby wczuć się w rolę granej postaci. Labirynt zakurzonych pomieszczeń, nie zawsze doświetlonych i w większości zupełnie pustych pozwalał się rozleniwić wyobraźni, jeśli chodzi o kreowanie w głowie niezwykłych miejsc. Na kolejnych piętrach znalazło się miejsce na gry planszowe i związane z nimi prelekcje oraz sale do przeprowadzania sesji RPG.

To nie są piwnice. To jeden z zamków Westeros.

Drugi uniwersytecki budynek był już trochę bardziej „zwykły”. To w nim odbywały się panele związane z popkulturą oraz prelekcje naukowe. Ciekawa klatka schodowa na środku obiektu prowadziła przez trzy piętra pełne ciekawych paneli dyskusyjnych i wykładów. Kilku z nich zdążyłam wysłuchać, jednak czasu było naprawdę mało, a rozkład atrakcji zbyt intensywny, aby zaliczyć wszystkie najciekawsze punkty. Dowiedziałam się między innymi, że Gwiezdne Wojny nie należą do gatunku sci-fi a do space fantasy, na prelekcji poświęconej charakterystyce fantastyki. Poznałam historię radzieckich lotów w kosmos, usłyszałam kilka ciekawostek z mitologii świata oraz dowiedziałam się, które postacie ze znanych utworów kultury można nazwać antybohaterami. Ciekawych prelekcji było o wiele więcej, w ciągu dnia co chwila musiałam podejmować wybór pomiędzy interesującymi mnie tematami.

Kolejny obiekt, CSW, jest budynkiem, który z cała pewnością jeszcze odwiedzę jak tylko będę w Toruniu. Podczas konwentu mieściły się tu targi fantastyki oraz duża wystawa poświęcona Gwiezdnym Wojnom, gdzie zaprezentowano mnóstwo makiet obiektów i figury postaci z filmów. Ciekawostką była też kolekcja herbów-naszywek oddziałów Stormtrooperów z całego świata. Nie wiedziałam, że przebieranie się za Szturmowców cieszy się aż tak ogromną popularnością. W tym budynku również znajdowało się coś, co było dla mnie miłą niespodzianką: wystawa poświęcona architekturze w Polsce po 1989 roku. Niesamowite modele znanych mi obiektów dopracowane były do najmniejszego szczegółu. Okazało się, że jest to wystawa Architektury-murator, o której już wcześniej słyszałam, jednak nie wiedziałam, że została ona przeniesiona z Warszawy do Torunia – i to na dzień przed moim przyjazdem!

To jeszcze nie koniec listy miejsc zajmowanych przez Copernicon. Część atrakcji (głównie związanych z fandomem anime i miłośnikami kultury azjatyckiej) odbywała się w Młodzieżowym Domu Kultury, którego nie zdążyłam odwiedzić. Taki tematyczny rozdział lokalizacji punktów programu sprawił, że w żadnym momencie trwania konwentu nie musiałam przedzierać się przez dzikie tłumy, a na te atrakcje, które mnie najbardziej interesowały, zawsze miałam blisko. Poza tym, miejsca do spania zorganizowano w innych szkołach, oddalonych nieco od centrum konwentu, co moim zdaniem było świetną decyzją organizatorów.

Nie wiem, ile osób ostatecznie odwiedziło Copernicon. Strzelałabym w dwa tysiące, licząc twórców programu, gżdaczy i gości. Również dzięki temu, że konwent podzielony był programowo na lokalizacje, poszczególne bloki programowe nabierały przyjemny, kameralny klimat, gdzie nowopoznane osoby można było zobaczyć jeszcze wiele razy tego samego dnia. Nie było też głośno, więc zawsze dało się z kimś pogadać albo zagrać w jakąś planszówkę. Zdecydowanie czułam się dobrze na tym konwencie – w przeciwieństwie do zagubienia i przytłoczenia na przedostatnim Pyrkonie.

Fart trzymał się mnie mocniej, bo na loterii Rebela udało mi się wygrać Story Cubes (kości do opowiadania historii), natomiast na licytacji używanych planszówek (organizowanej przez Grajfer) zgarnęłam 3 ciekawe gry: Basilicę bez jednej karty (którą już zdążyłam sobie dodrukować), Ewolucję oraz tajemniczą grę o nazwie Psi Psi, która zwróciła moją uwagę niezwykle brzydkim designem kart i opisem, który sam w sobie odpowiedział twierdząco na pytanie, czy z gry będzie „beka”. Na samych stoiskach zaopatrzyłam się jedynie w koszulki na karty oraz kości potrzebne do prowadzonej przeze mnie gry (oczywiście musiałam zapomnieć o zabraniu czegoś).

Skoro już o tym wspominam, muszę pochwalić się, że przeprowadziłam na Coperniconie jeden punkt programu. Była to mocno zmodyfikowana gra w mafię (ostatecznie ze słynnej mafii pozostała jedynie idea turowości), umieszczona w rzeczywistości Gry o Tron. Przed konwentem bardzo się stresowałam, ponieważ do tej pory nie zdarzyło mi się być „mistrzem gry” na większym konwencie. Ostatecznie przyszło mniej osób niż się spodziewałam i z tego powodu musiałam improwizacyjnie zmienić kilka zasad. Okazało się jednak że, gra podobała się uczestnikom. Sama też muszę sobie pogratulować – myślę, że kierowanie graczami poszło mi o wiele lepiej niż się spodziewałam.

Tym, co mnie jeszcze ominęło, był Cosplay. Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do oglądania pokazów na konwentach, zwłaszcza z powodu zbierania się na nich tłumu. Zdecydowanie wolę podziwiać wymuskane do perfekcji stroje i makijaże, mijając „przebierańców” na ulicy. Konwenty tak wspaniale ożywiają miasta, a Copernicon nie odstawał w tym przypadku ani trochę. Spacerujący po Toruniu inkwizytor, Severus Snape przechodzący pomiędzy planszówkami, Wiedźmin czy postacie ze Star Warsów wałęsające się nieopodal CSW… wszyscy przecież muszą wiedzieć, że w mieście dzieje się coś fantastycznego!

Wybitnie dobrze poprowadzonym punktem programu był wielki konkurs wiedzy o grach planszowych, na którym udało mi się zająć ostatnie miejsce. Pytania podzielone na kategorie, między innymi: rozpoznaj grę planszową po wyprasce, po zmodyfikowanej w programie graficznym okładce pudełka, zabłyśnij wiedzą z historii znanych wydawnictw itd. sprawiły, że wręcz przyjemnie było słuchać każdego kolejnego pytania, nawet wiedząc, że prawdopodobnie nie będę znać na nie odpowiedzi.

Pamiątki z konwentu muszą być. Po raz pierwszy są to planszówki.

I na koniec małe podsumowanie. Copernicon był dokładnie tym, czego oczekiwałam. Pozwolił mi na chwilę oderwać się od rzeczywistego świata i zapewnił mnóstwo rozrywki. Plan był naprawdę obszerny, a jego twórcy dali z siebie wszystko. Atmosfera była niesamowita. To był mój pierwszy Copernicon i z całą pewnością nie ostatni.

Co było zorganizowane świetnie podczas Coperniconu:

  • pakiet konwentowicza, gdzie osobno umieszczony został, pięknie wydany, pełen program z opisami atrakcji, a oddzielnie mniejsza książeczka, zawierająca wszystkie potrzebne mapki i tabele z rozkładem godzinowym
  • liczba budynków – dwie osobne szkoły sleeproomowe i oddzielnie od prelekcji i gier część wystawowa i sklepikowa; dzięki temu budynki z atrakcjami programowymi nie były zatłoczone i uczestnicy nie przeszkadzali sobie nawzajem
  • wcześniejsza akredytacja oraz łatwość dostępu do wszelkiej informacji, dobrze zorganizowani gżdacze, dużo punktów informacyjnych
  • 10-minutowe przerwy w planie po każdej atrakcji – coś, czego zawsze brakowało mi na innych konwentach, gdzie każda przedłużona prelekcja prowadziła do ciągłego otwierania się drzwi podczas następnej; tutaj koordynatorzy bloków dbali o to, aby prelegenci przestrzegali swoich ram czasowych
  • kontener prysznicowy, który z nazwy brzmiał przerażająco, a ostatecznie okazał się obiektem ciepłym, czystym i zdecydowanie higieniczniejszym niż to, co często nazywa się prysznicami w szkołach
  • WODA – na każdym LARPie, na każdym RPGu, organizatorzy i gżdacze zatroszczyli się, aby uczestnikom susza nie przeszkodziła w przeżywaniu swojej przygody – niby mała rzecz, ale kto chciałby myśleć o lokalizacji najbliższej Biedronki czy sklepu nocnego, próbując skupić się na życiu w zupełnie innej rzeczywistości?

Co mogło być zrobione lepiej:

  • w tabelce z programem pojawiło się wiele błędów (nie liczę oczywiście porozpisywanych wszędzie na terenie konwentu zmian w programie) – trzeba było przez to porównywać informacje z aplikacją mobilną
  • program nocny – był bardzo ograniczony, zawierał zbyt mało LARPów, a na te obecne w rozkładzie zapisało się więcej ludzi, niż było przewidziane przez prowadzących
  • zbieżności w programie – panele o tej samej tematyce pokrywały się godzinowo, na przykład spotkania z twórcami internetowymi (wydaje mi się, że podobne grono lubi/czyta Kiciputka i duet Zwierz&Opydo, tak samo jak moja GoTowa gra odbywała się w tym samym momencie co GoTowe kalambury, jeszcze planszówkowa loteria Rebela, w momencie gdy gdzie indziej trwała licytacja używanych planszówek organizowana przez Grajfer)
  • identy – tekturka na smyczy i od razu wiadomo, że trzeba traktować identyfikator delikatnie jak nowy telefon – o wiele lepiej sprawdziłaby się zwykła wstążeczka, nie podrażniająca tak tektury jak twardy karabińczyk

Są to jednak naprawdę drobne rzeczy, które w większym stopniu nie wpłynęły na jakość i mój odbiór imprezy. Copernicon będę wspominać długo i ciepło.

Więcej

7 gier bez prądu na dobry początek

Niezwykle zadziwia mnie to jak wiele osób ostatnio deklaruje otwarcie, że lubi grać w „gry bez prądu”. Szybko mijają czasy, kiedy planszówki kojarzyły się z nudnymi, niewymagającymi wysiłku umysłowego i nie dającymi zbyt wiele rozrywki grami przeznaczonymi tylko dla najmłodszych. Kto jeszcze pamięta „Chińczyka” czy gry typu „Tajemnice Piramid”, ten powinien wiedzieć o czym mówię.

Kiedy byłam mała oczywiście uwielbiałam, kiedy grając przy wspólnym stole z rodziną, tata stanął na niebieskim polu i musiał czekać dwie kolejki a mamie w Grzybobraniu trafił się muchomor. Lubiłam wygrywać z siostrą, a przegrywanie nauczyło mnie (przynajmniej powinno, choć wyszło jak zawsze) znosić porażki w życiu. Ostatnio, gdy byłam w domu na święta, wyciągnęliśmy Tajemnice Piramid, tak z sentymentu. I raz wystarczył. W to się naprawdę nie da grać.

W dzisiejszym wpisie chciałabym przedstawić kilka gier bez prądu, które dostarczą zdecydowanie więcej rozrywki niż nawet najbardziej energiczne i strategiczne rzucanie kostką. W ramach drobnego wyjaśnienia: słowo „planszówki” powinno odnosić się tylko do gier, w których na stole rozkłada się planszę, jednak przyjęło się także w odniesieniu do gier karcianych i innych niewymagających prądu. Nie spotkałam się jeszcze z krytyką użycia tej nazwy w odniesieniu do gier nieplanszowych, dlatego uważam, że jej stosowanie w takim kontekście jest absolutnie dozwolone.

Poniżej prezentuję kilka gier na dobry początek, czyli zbiór tytułów, w które lubię grać i które zdecydowanie polecam każdemu, kto chciałby rozpocząć swoją przygodę z planszówkami. Do zrozumienia ich reguł nie potrzeba niczego poza instrukcją zawartą w pudełku, a pomimo to na pewno zapewnią rozrywkę na co najmniej jeden wieczór.


 

Sabotażysta

Przyjemna gra o prostych regułach, przeznaczona dla 3-10 osób. Osobiście uważam, że jest to jedna z nielicznych gier, w których pomimo kolejkowego trybu, im więcej graczy, tym lepiej. W trzy- lub czteroosobowej grupie gra traci to, co jest w niej – moim zdaniem – najcenniejsze, czyli prawdziwe poczucie działania w drużynie (za czym nie przepadam w świecie pozaplanszówkowym).

Zacznę od okoliczności: jest sobie góra, wewnątrz której znajduje się mnóstwo złota. Grono kopaczy próbuje dostać się do niego, jednak szybko okazuje się, że w zespole jest kilku sabotażystów. Jak to wygląda w praktyce?
Każdy z graczy trzyma w ręku 7 kart i w swojej turze wykonuje jeden ruch, po czym dobiera nową kartę do ręki. Może powiększyć labirynt tuneli, zagrać kartą akcji lub wymienić jedną z kart na inną. Karty akcji służą do blokowania lub odblokowania graczy albo siebie, podglądania zakrytych kart z bryłkami lub wyburzania istniejących tuneli.

Część osób wciela się w role kopaczy, a część sabotażystów, co nie jest ujawnione. Z biegiem gry łatwo można się domyślić kto stoi po naszej stronie i wspólnymi siłami dążyć do osiągnięcia celu. Misją kopaczy jest stworzenie przejścia pomiędzy kartą startową a bryłką złota, natomiast sabotażyści muszą sprawić, aby tak się nie stało do momentu skończenia się kart. Zwycięska drużyna otrzymuje odpowiednią liczbę bryłek złota i gra rozpoczyna się od nowa, z ponownym przydziałem ról.

Myślę, że tytuł powinien zainteresować przede wszystkim tych, którzy szukają nieskomplikowanej gry na dobry początek przygody z „grami bez prądu”, chcą dobrze się bawić i nie przeszkadza im losowość, powtarzalność i dość ograniczone możliwości.

Minusy:
 Moim zdaniem karty z bryłkami złota są niezbyt potrzebne. Trzeba by było poświęcić naprawdę dużo czasu i cierpliwości na rozpoczynanie od nowa wiele razy. Natomiast w przypadku grup spotykających się regularnie chyba dziwnym byłoby nie odkładanie kart bryłek z powrotem do pudełka.

Drugim minusem jest dla mnie zbytnia prostota i losowość gry.

7 Cudów Świata

Jest to zdecydowanie jedna z moich ulubionych gier planszowych. Głównie cenię ją za to, że nie wymaga wiele cierpliwości (czekanie na ruchy innych graczy) i pozwala na obranie strategii. Tytuł przeznaczony jest dla 2-7 graczy, jednak w przypadku dwóch osób konieczne jest sterowanie „graczem wirtualnym”, co dla niektórych może być uciążliwe.

Podstawowa idea gry polega na tym, że każdy gracz ma swój cud i dąży do tego, aby zdobyć jak najwięcej punktów zwycięstwa, podliczanych pod koniec gry. W tym celu stawia budowle, dające różnorakie możliwości: tworzenia wojska, kształcenia handlu, rozwoju nauki, a także zaopatrywania w potrzebne surowce. Wszystko ma swój koszt, dlatego im lepsza karta, tym więcej surowców będzie potrzebne do jej wykorzystania. Czasami da się jednak to ominąć – niektóre obiekty pozwalają na późniejsze darmowe wybudowanie innych.

Najważniejszą, moim zdaniem, cechą 7 Cudów Świata jest to, w jaki sposób odbywają się tury. Każdy gracz wybiera jedną kartę i odkłada resztę kart dla osoby obok. Kiedy wszyscy zdecydują się co do swojego ruchu, naraz stawiają wybrane budynki. W grze pojawia się możliwość handlu z sąsiednimi graczami, a pod koniec każdej ery (których jest 3) odbywa się wojna, również pomiędzy graczami znajdującymi się w bezpośrednim sąsiedztwie. Można więc powiedzieć, że interakcja występuje, choć, moim zdaniem, jest w tym wypadku raczej dodatkiem. No chyba, że pozbywa się właśnie karty, która wygląda na niezwykle niezbędną dla gracza, który ma otrzymać od nas talię w następnej turze. Myślę, że nie ma sensu pisać tutaj, za co można otrzymać poszczególne punkty zwycięstwa.

Jako osoba zajmująca się głównie tą wizualną częścią tworzenia kultury, czuję wręcz obowiązek przekazania, że gra jest wykonana naprawdę porządnie. Karty mają cieszące oko ilustracje i cały zestaw prezentuje się naprawdę bogato. Tytuł otrzymał liczne nagrody i szkoda tylko, że informacja o tym musi szpecić pudełko.

Minusy:
 Mnogość zasad i możliwości gry są dość trudne do wytłumaczenia nowym graczom, na ogół w trakcie okazuje się, że nastąpiło jakieś niedopowiedzenie albo ktoś coś źle zrozumiał. Dziwią mnie głosy w Internecie, mówiące o tym, że zasady gry są zbyt proste. Wynika z tego, że widocznie to ja nie potrafię tłumaczyć, skoro jeszcze nie zdarzyło mi się, aby w gronie nowych graczy nie znalazł się chociaż jeden, który czegoś nie ogarnie (na przykład będzie chciał budować cud zaczynając od ostatniego etapu).

Zombiaki II – Atak na Moskwę

Czas na coś specjalnie dla dwóch graczy. Jeśli są to osoby ceniące poczucie humoru (zwłaszcza takiego przaśnego) i prostotę zasad, to jest to gra idealna dla nich. Zombiaki II to walka pomiędzy atakującymi zombiakami a broniącymi się ludźmi. Przegniłe trupy próbują dostać się z cmentarza na barykady, jednak radziecka technologia znacznie im to utrudnia. Jedna i druga strona ma swoje asy w rękawie – począwszy od zasadzek, używania ludzi jako tarcz czy wysyłania psa Szarika ze strony zombiaków, po zasieki, pędzące i przejeżdżające wrogów pojazdy i wystrzały z broni wszelakiej oferowane przez jeszcze żywych Moskwian. Choć zombiaków wydaje się być nieskończenie wiele, ich czas jest policzony – jeśli nie zdążą dostać się na barykady przed nadejściem świtu, ludzie mogą odetchnąć z ulgą.

Grę cechuje dość duża losowość, jednak nie przeszkadza to tak bardzo. Mając do dyspozycji tylko kilka kart wciąż można obrać sobie jakąś strategię ataku / obrony i działać zgodnie z nią. Rozgrywka wymaga reagowania na działanie przeciwnika i analizowania jego ruchów, dlatego interakcja jest naprawdę spora. Do tego opisy kart – dla mnie są idealnym przykładem, jak można prostą grę ubrać takie słowa, aby była ciekawa za pierwszym, dziesiątym i setnym zagraniem. A to tylko naprzemienne zagrywanie kartami i dociąganie z kupki!

Minusy:
 Bardzo przydatnym w rozgrywce jest dobra znajomość wszystkich kart. Pozwala ona na lepsze przygotowanie się do możliwości ich wyciągnięcia (lub ominięcia ich negatywnych skutków) w najmniej korzystnym momencie. Dlatego gra pomiędzy nowym a starym graczem będzie nierówna niezależnie od skupienia się i obmyślonej strategii.

Carcassonne

„Ludzik” z Carcassonne – źródło

Gra, którą pokocha każdy. Jest niezwykle prosta w wytłumaczeniu podstawowych zasad, dlatego nadaje się także dla najmłodszych graczy.

Każda osoba wybiera sobie kolor pionków (ludzików, które dla coraz większej liczby ludzi mogłyby zastąpić ikonę pionka szachowego jako symbolu gier bez prądu). Po kolei gracze biorą po jednej karcie (zostanę przy tej nazwie, choć spotkałam się z określeniami „żeton” i „płytka”) ze stosika i dokładają ją do rozrastającego się w ten sposób świata dróg, pól, zamków i klasztorów. W momencie położenia karty, gracz ma możliwość umieszczenia na niej ludzika (o ile jeszcze jakiegoś posiada) – na elemencie na niej przedstawionym. Od tej pory do momentu „zakończenia” zamku, drogi lub „obudowy” klasztora pionek stoi na swoim miejscu. Gdy jest zdejmowany, dolicza się odpowiednio zdobyte punkty. Jedynie farmer na polu zostaje do końca rozgrywki, zbierając punkty za każdy zamek. Tyle wystarczy wiedzieć, aby rozpocząć grę.

Ciekawie robi się kiedy gracze zaczynają sobie nawzajem przeszkadzać, podpinać się pod budowę cudzych zamków lub (co jest godnym obdarcia ze skóry i posypania solą) zamykania cudzych farmerów wewnątrz bezzamkowego ronda, praktycznie pozbawiając przeciwnika jednego pionka.

Jest to gra dająca zdecydowanie mnóstwo rozrywki i zachęcająca do grania po raz kolejny i kolejny, pomimo ograniczonych możliwości i bardzo dużej losowości.

Minusy:
 Gra przeznaczona jest dla 2-5 osób i w przypadku 5 (albo nawet 4) może na dłuższą metę robić się nudna. Jednak ze względu na to że gracze grają „jeden po drugim”, gra sprawdza się świetnie tylko w minimalnym gronie, w innym przypadku czekanie na swoją kolej może nieco drażnić.

Wsiąść do Pociągu

Obrazek przedstawiający zawartość pudełka Wsiąść do Pociągu – źródło

Celem każdego gracza jest zdobycie jak największej liczby punktów, które dostaje się za realizację tras pomiędzy miastami, oraz przede wszystkim trasy z biletów. Dodatkowo w osiągnięciu zwycięstwa pomaga osiągnięcie najdłuższej trasy i niewykorzystanie dworców. Punkty ujemne dostaje się za niespełnione marzenia, tfu, za niezrealizowane połączenia.

Gracze po kolei wykonują swoje tury, czyli dobierają karty, stawiają wagoniki na planszy. Można też pokusić się o ryzyko i wyciągnąć karty z puli biletów. W grze ważne są kolory wagoników na kartach, gdyż konieczne jest zebranie wymaganej liczby kart o konkretnej barwie. Często nie obędzie się bez lokomotyw, które w normalnej sytuacji mogą także zastąpić wagon dowolnego koloru.

Całość wizualnie pasuje do klimatu trochę retro, trochę nawet steampunkowego, czyli jak można się łatwo domyślić, bardzo mi się podoba. Kolorowe wagoniki i dworce cieszą oko jakością wykonania a same rysunki i wygląd pozostałych elementów nie wywołuje żadnych negatywnych emocji. Poza tym, gra powinna spodobać się zarówno miłośnikom podróży jak i fanom pociągów nie tylko jako środka transportu. Jak tu nie powiedzieć, że są na swój sposób piękne, patrząc na te karty!

Minusy:
 Niektóre ruchy wymagają zastanowienia, analizy sytuacji… – co w przypadku gry na 4 lub 5 graczy może prowadzić do znacznego przedłużenia rozgrywki.

Poza tym, podliczanie punktów na bieżąco przy każdym ruchu przedłuża czas trwania tury i może doprowadzić do pomyłek. O wiele wygodniej jest nagradzać wszystkie trasy na sam koniec gry, zdejmując wagoniki z planszy.

Jungle Speed

Coś dobrego i na szybką rozgrzewkę i na odpoczynek po grze trochę bardziej wymagającej. Trzeba się tylko zaopatrzyć w wolny kawałek przestrzeni – przede wszystkim pozbawiony rzeczy, które mogłyby się stłuc z nadmiaru emocji. Wydaje mi się, że nie ma jakiegoś konkretnego limitu graczy w Jungle Speed, jednak nie zdarzyło mi się grać w jedynie dwie osoby i trochę nie mogę sobie wyobrazić, jak taka rozgrywka mogłaby wyglądać.

Zestaw do gry w Jungle Speed – źródło

Na środku pomiędzy graczami stawia się totem – drewnianą figurkę, którą trzeba chwycić jak najszybciej w konkretnym momencie. Każda z osób otrzymuje równą liczbę kart, których należy się pozbyć. Gracze kolejno odsłaniają po jednej karcie ze swojej sterty i tworzą przed sobą nowe „kupki”. W momencie, kiedy dwie osoby będą miały na wierzchu ten sam symbol, osoba, która pierwsza zanotuje ten fakt i chwyci za totem wygrywa pojedynek, a przegrany zgarnia do stosiku przed sobą wyłożone karty swoje i wygranego. Dodatkowo mogą pojawić się karty specjalne, ale nie zmieniają one głównej zasady gry – celem zawsze jest pozbycie się swoich kart.

Opis może zapowiadać grę w dość suchy sposób, jednak uwierzcie mi – taka gra zręcznościowa naprawdę potrafi pochłonąć grono znajomych. Nie wymaga tłumaczenia zasad, zdecydowanie ożywia i jest w pewnym stopniu odświeżeniem dla zapracowanego umysłu.

Minusy:
 Osoby o dłuższych paznokciach mogą być tymczasowo niemile widziane pośród graczy, a próba chwycenia totemu może się dla nich skończyć dość boleśnie.

Wydaje mi się, że nie jest to rozrywka na długie zimowe wieczory, a raczej na przed i po wyciągnięciu jakiegoś bardziej „konkretnego” tytułu.

Dixit

Gra, o której muszę powiedzieć jedno: jest przepiękna! Zarówno w formie jak i w zasadach. Jest przykładem, jak coś co opiera się o skojarzenia może poruszyć wyobraźnię i zainspirować do zastanawiania się, co siedzi w głowie drugiego człowieka.

Karty Dixit – źródło zdjęcia

Jak wygląda tura? Jeden z graczy wybiera którąś ze swoich 6 kart. Ach, zapomniałam o najważniejszym: o tym, co karty przedstawiają. Każda z nich jest obrazem. Bez tekstu, bez nazwy – po prostu grafika mająca na celu pobudzenie wyobraźni. Obrazy są trudne do opisania jednym słowem, nie zawierają oczywistej symboliki, nie mówią wprost co autor miał na myśli. To trzeba ustalić samemu. Gracz podaje hasło, które kojarzy mu się z kartą. Rzeczownik, przysłowie, tytuł filmu, może nawet jakiś dźwięk. I odkłada kartę, nie pokazując jej pozostałym. Reszta graczy musi teraz ze swoich talii wybrać taką kartę, która jak najlepiej pasuje do rzuconego hasła. Następnie wybrane karty są mieszane i każdy ma za zadanie zgadnąć, która z nich była tą, do której hasło powstało. Jak nikt nie zgadnie, to znaczy, że hasło niezupełnie oddało treść karty, jeśli wszyscy, to że było zbyt oczywiste. W obu przypadkach osoba rozpoczynająca turę nie uzyskuje żadnych punktów (a te można też dostać na parę innych sposobów).

Punkty naliczane są za pomocą planszy wewnątrz pudełka oraz figurek kolorowych królików, kojarzących się trochę z ludzikami z Carcassonne. Strasznie podoba mi się motyw takiego symbolu danej gry.

Myślę, że jest to naprawdę świetna gra i nadaje się zarówno dla bliskiego grona przyjaciół, zastanawiających się, jak dobrze znają siebie nawzajem, jak i dla zupełnie obcych osób, chcących się poznać lub po prostu spędzić czas w sposób przyjemny i zdecydowanie inspirujący.

Minusy:
 Wielokrotne granie może sprawić, że obrazki się znudzą. Nawet te najbardziej inspirujące i najpiękniejsze. Autorzy wyszli naprzeciw takiej sytuacji i stworzyli kolejne zestawy – jednak wiąże się to z dodatkowym kosztem dla gracza.

Więcej

Cerber Movie Week 2014

2014 nie był dla mnie rokiem oglądania filmów. Zdecydowanie więcej wieczorów pochłonęły seriale, co stało się dość znaczną zmianą w moim życiu. Zostałam jednak zaproszona do wzięcia udziału w akcji Cerber Movie Week, polegającej na tym, że blogerzy wybierają film kończącego się roku.

Ja mam swój typ. Tytuł na który wyczekiwałam od pierwszej pogłoski i na który nawet udało mi się wybrać do kina, pomimo kryzysu w portfelu i kalendarzu. Ponieważ regulaminowo powinnam wytypować 3 filmy, dodam jeszcze tytuły, które obejrzałam i uznałam za dobre – choć nie stały się dla mnie arcydziełami. To razem daje jeden naprawdę angażujący tytuł i dla równowagi dwa na rozluźnienie po ciężkim dniu.

 


1. Interstellar

Tak jak pisałam – na ten film wyczekiwałam długo, chyba okrągły rok. Uwielbiam twórczość Nolana i nie widziałam jeszcze jego dzieła, które by mi się nie spodobało. Miałam więc duże oczekiwania wobec tego tytułu i z całą pewnością mogę powiedzieć, że się nie zawiodłam.

Film był długi, ale na to liczyłam. Na trzy godziny regularnego dawkowania akcji – takiej narastającej i z nieoczywistymi wątkami. Celowo nie czytałam wcześniej żadnych zapowiedzi ani opisów. Chciałam mieć przed sobą jedną wielką tajemnicę. Interstellar pokazał mi niemożliwe i zaopatrzył to pięknymi obrazami. Pozwolił naprawdę oderwać się od rzeczywistości i na chwilę pomyśleć kategoriami „a co jeśli…”. Dodam jeszcze, że sama ścieżka dźwiękowa wciska widza w fotel.

Myślę, że najgorszym, co spotkało ten tytuł jest późniejsza analiza treści w mediach społecznościowych. Na mnie ten film podziałał jak głęboka impresja, pozostająca w umyśle i pozwalająca na chwilę przestać się skupiać na szarej codzienności. Niektórzy jednak na siłę próbowali wyszukać w nim mądrości i przesłania, wszczynając wojnę z absolutnymi przeciwnikami jakichkolwiek morałów. Przez to wiele razy zdarzyło mi się zobaczyć w Internecie opinię, że Interstellar jest płytki, z czym absolutnie się nie zgodzę.


2. Zrywa się wiatr

Ostatni film Hayao Miyazakiego, niektórzy twierdzą, że najlepszy. Nie potrafię się z tym zgodzić. Obejrzałam większość tworów tego pana i niestety moich faworytów nie przebił. Nie twierdzę jednak, że to zły film. Wręcz przeciwnie – jest to relaksująca baśń typowa dla tego reżysera, z oczywiście przepiękną animacją i muzyką skomponowaną przez nikogo innego jak Joego Hisaishiego. Klimatem było to dla mnie czymś pomiędzy Grobowcem Świetlików a Podniebną Pocztą Kiki.

Miyazaki tym razem przedstawił świat realistyczny oczami bohatera-marzyciela. Tłem akcji były czasy wojenne, podczas których główny bohater został cenionym inżynierem lotnictwa. Nie chciałabym tutaj za bardzo spoilować, jednak dla mnie postać ta wbrew przedstawieniu wcale nie była taka pozytywna. Jirô żył w swoim świecie, przez co przez większość czasu był zupełnie ślepy na los innych, nawet najbliższych. Do teraz biję się z myślami, w jaki sposób traktować tego bohatera.

Zdecydowanym plusem tego filmu było przedstawienie przedwojennej Japonii, bez oceny, bez podziału na dobro i zło. Obraz ten oczywiście był dopracowany do perfekcji – i to w sposób, jakiego nie wyobrażam sobie w żadnym tworze aktorskim.


3. Strażnicy Galaktyki

Raczej unikam filmów z gatunku superbohaterskich. Wydaje mi się, że wiele z nich oferuje o wiele mniej niż ich pierwowzory na papierze. Do X-Menów filmowych szczególnie nie mogę się przekonać, a Avengersów nie widziałam do dziś. Strażników Galaktyki obejrzałam zupełnie przypadkiem, długo po premierze. Nastawiłam się raczej na pustą akcję i mnóstwo efektów specjalnych i w sumie dokładnie to dostałam. Dlaczego jednak typuję ten film do Cerber Movie Week?

Ze względu na humor i postacie. Chociaż w przypadku większości wątków z prawie idealną precyzją przewidywałam, co się wydarzy, filmowi zawsze udawało się przekabacić tę naiwność na swoją korzyść. Ten taki rodzaj dowcipu, kiedy słyszysz w głowie puentę, ale dopiero gdy wydobywa się ona z ust opowiadającego, nie możesz powstrzymać śmiechu. Jeśli dodać do tego naprawdę barwnych i zdecydowanie dających się lubić bohaterów, to nie sposób nazwać takiego filmu nudnym.

Tytuł nie wywołał we mnie większych emocji, jednak zapewnił rozrywkę na jeden wieczór. Czasami jest to dokładnie tym, czego potrzebuję aby nie upaść w tym codziennym biegu.


Filmem, który chciałam zobaczyć w tym roku jest Ida. Nie udało mi się jednak znaleźć czasu aby sięgnąć po ten tytuł. Kiedyś z pewnością nadrobię tę zaległość i, jeśli rzeczywiście jest to film tak dobry, jak go opisują, to poświęcę mu cały osobny wpis.

Więcej o Cerber Movie Week można przeczytać tutaj: sawiusz.pl/cerber-movie-week-2014.

Więcej

Te ważniejsze książki

„Lista 10 książek, które w jakiś sposób wpłynęły na moje życie”. Widziałam już mnóstwo odpowiedzi na to wyzwanie. Nie mniej razy słyszałam narzekanie, że pojawił się kolejny łańcuszek, spamujący tablice na Facebooku. Ja akurat popieram tę inicjatywę. Dzięki niej mogę porównać „gust książkowy” znajomych. Przy okazji, poznaję nowe tytuły, które warto sprawdzić – tak na wypadek, gdyby moja lista planów czytelniczych nagle się wyczerpała.

Dzisiaj ja postaram się stworzyć własny zbiór literatury mojego życia. Poszczególne tytuły opiszę dokładnie – nie pod względem fabularnym, a ze szczególnym zaznaczeniem, co we mnie zmieniły. Będzie to więc wpis bardzo osobisty.

Z reguły czytam książki dla przyjemności, ale część z nich zostawia po sobie coś więcej. Przy tworzeniu poniższej listy nie wybierałam tych utworów, które zafascynowały mnie ciekawą fabułą. Kierowałam się tylko tym, do jakich przemyśleń mnie one zmusiły.

 

1. Miguel de Cervantes Saavedra, „Don Kichot z La Manchy”

Zawsze kiedy mówię, że lektury szkolne zniechęcają, a nie zachęcają do czytania, muszę ugryźć się w język aby przypadkiem nie przytoczyć tego tytułu w dalszej rozmowie. „Don Kichota” przeczytałam, ponieważ zainteresowały mnie jego fragmenty z podręcznika. Dodatkową motywacją było zadanie domowe – aby przygotować prezentację dowolnego fragmentu. Za fragment niecytowany w podręczniku można było złapać szóstkę, więc obudziła się we mnie Hermiona.

Po przeczytaniu całości, zrozumiałam jedno: myślę zupełnie inaczej niż niektórzy ludzie – w tym autorzy podręcznika. Z opracowania, jakie tam znalazłam, wyczytałam, że tak właściwie to Don Kichot wcale nie był postacią pozytywną (za jaką ja go uznawałam). Był szaleńcem potrzebującym pomocy, kimś zagubionym we własnym świecie.

Ja natomiast właśnie w nim znalazłam obraz ludzkich potrzeb. Tę konieczność wypełniania misji swego serca, bycia podziwianym, bycia potrzebnym. Ten wymóg zaspakajania głodu swojej satysfakcji. Wreszcie – najbardziej czystą reakcję na szarą rzeczywistość, tak różną od tej opisywanej w baśniach i legendach. W pewnym sensie zazdrościłam Don Kichotowi tego, że zwariował. Dzięki temu, jego świat stał się dokładnie taki, jakiego potrzebował jego niepokorny duch – pełen wyzwań i misji. Co z tego, że dla wszystkich wokół rycerz walczył z wiatrakami? Dla niego była to bitwa ze smokiem i tylko to się liczy. Nikt za nikogo nie przeżyje jego życia, dlaczego więc nie skupiać się na jego subiektywności?

Pamiętam, że autorzy podręcznika zadali pod jednym z fragmentów pytanie: „Czy istnieją współcześni Don Kichoci? Kim oni są? Jak im pomóc?”. Większość klasy stwierdziła, że chodzi o osoby szalone lub zagubione. Dla mnie, współcześni Don Kichoci to osoby, które potrafią żyć własnym życiem i robić to, czego pragną – nawet jeśli inni uważają to za śmieszne.

2. Stephen King „Bastion”

Było to pierwsze dzieło Kinga, które wpadło mi w łapy. Jako czytacz bardzo wolny, spędziłam z nim ponad miesiąc, taszcząc ze sobą i czytając w każdej wolnej chwili. Chociaż mam za sobą wiele innych dzieł tego niezwykle płodnego autora, to właśnie Bastion zaznaczył się w mojej pamięci bardzo wyraźnie.

Czytając, zachwyciła mnie filmowość opisów i przedstawianych zdarzeń – jednak nie to sprawiło, że tak mocno wbiłam się w akcję utworu. Głównie zachęciło mnie przedstawienie człowieka w sytuacji kryzysowej. Pewnie każdy z czytelników mojego bloga widział jakiś film postapokaliptyczny, albo spotkał się z innego rodzaju dziełem na ten temat. Tutaj jednak dobiła mnie szczegółowość takiej wizji.

Wcześniej nie zastanawiałam się tak właściwie nad tym, co by się stało, gdyby pewnego dnia przytrafiła się katastrofa zmieniająca świat w jeden wielki grobowiec, pozostawiając tylko jednostki. Brak dostępu do Internetu byłby niczym w porównaniu z zatrzymaniem praktycznie wszystkiego, co wymaga ludzkich rąk.

Kolejna książka, która uświadomiła mi, jak szczęśliwe jest życie, gdzie nie trzeba bać się, że na każdym kroku czeka niebezpieczeństwo, gdzie jedna niezaufana osoba może co najwyżej zniszczyć Ci wieczór (już pominę sytuacje niestandardowe). Być może to po lekturze Bastionu zaczął rodzić się we mnie pomniejszy pacyfizm – bo czy jest coś gorszego niż wojny, uczące jak mało warte jest ludzkie życie?

3. Robert Kiyosaki „Bogaty ojciec, biedny ojciec”

Jest to książka, którą polecił mi tata. Lektura – poradnik – wskazówka o tym, jak zarabiać i jak ryzykować. Zupełnie mnie to zdziwiło, bo kojarzyłam ojcowskie preferencje głównie z fantastyką naukową i pudełkiem pełnym Lema w piwnicy. Nigdy nie lubiłam poradniczków, jednak postanowiłam zaryzykować i poświęcić jeden wieczór na te kilkadziesiąt kartek. Myślę, że było warto.

Choć do zapału do gry na giełdzie mi jeszcze daleko, to zrozumiałam mniej więcej, czym jest bycie ambitnym przedsiębiorcą. Wcześniej wydawało mi się takim „przeznaczonym dla wyższych warstw” działanie ryzykowne. Na przykład założenie własnej firmy. „Bogaty ojciec” powiedział mi, że „czemu nie?”. Zaczęłam więc przykładać się do nauki przedsiębiorczości (akurat było to w roku, gdy miałam ten przedmiot w liceum).

Przez te kilka miesięcy wpływu książki, skupiałam się też na wyłapywaniu w życiu aktywów i pasywów. Takich na moją skalę. Postanowiłam zaryzykować i pomimo braku funduszy zapisać się na przedmaturalny kurs angielskiego. To mnie zmotywowało do freelancerskiej pracy jako grafik. Zaowocowało to zdobyciem doświadczenia w zawodzie – ale bardziej w życiu. Załapałam się na kilka naprawdę nieuczciwych ofert, które zabrały mi naprawdę wiele godzin z życia.

4. Connie Willis „Przewodnik Stada”

Tytuł ten wpadł mi w łapki, kiedy zapytałam Pomniejszego Badziewia, czy nie ma on w swojej niezwykłej kolekcji czegoś abstrakcyjno-psychologicznego. Mówi się „nie oceniaj książki po okładce” – jednak jak nie zwrócić uwagi na grafikę zawierającą kawałek fraktala i ponad dwa rzędy „ctrl+c-ctrl+v” owiec?

Jednak czytanie szło mi początkowo dość topornie. Dużo czasu zajęło mi przekonanie się do „badań naukowych” zajmujących główną bohaterkę – takich z pozoru nic nie wnoszących i pasożytujących na biednych podatnikach. Kiedy wreszcie udało mi się przymknąć na to oko, resztę książki przeczytałam jednym tchem. Najkrócej mówiąc, jest to opowieść o poszukiwaniu źródeł i powodów rozpowszechniania się poszczególnych trendów. Akcja umieszczona jest w wesołym środowisku naukowców zajmujących się tego typu sprawami, co jest dodatkowym atutem humorystycznym.

Tym, co wyciągnęłam z tej lektury jest przekonanie o nieistnieniu przypadków w życiu. Chociaż z naukowego punktu widzenia nie jest to prawdą, mam wrażenie, że wszystko co może spotkać człowieka jest efektem zbiegów okoliczności – przeróżnych czynników, które nie zawsze da się prześledzić od samych źródeł.

Zrozumiałam też dwie rzeczy: 1. mam wpływ na wszystko co się dzieje wokół mnie (mniejszy lub większy, ale mam); 2. nie jestem w stanie przewidzieć wszystkich skutków mojego działania – nigdy. Każdy mój ruch może stać się tym słynnym trzepnięciem skrzydeł motyla, które gdzieś dalej wywoła ogromne zmiany w życiu moim i innych ludzi. Uzbrojona w tę wiedzę, mogę iść przed siebie – z powodu niezwykłej zawiłości fabuły życia i tego jak wiele innych czynników (w tym osób) na nie wpływa, mogę powiedzieć, że wybór mojej drogi nie ma wcale tak kluczowego znaczenia, jak mi się wcześniej wydawało.

5. Gustaw Herling-Grudziński „Inny Świat”

Gdybym miała stworzyć listę 10 najdrobniejszych rzeczy, które chciałabym zmienić w swoim życiu, to gdzieś w jej środku byłoby nie-zwlekanie z przeczytaniem tej książki do momentu aż zostanie ona zadana jako lektura szkolna.

Jest to bardzo wartościowy utwór, który chyba w każdym pozostawia jakiś ślad. Mi pokazał bardzo wiele, jednak jedna, szczególna rzecz naprawdę odmieniła moje życie. Nauczyłam się doceniać i wykorzystywać to, co mam. To brzmi tak prosto, wręcz przysłowiowo. Jednak dla mnie tego typu zdanie nagle pokazało swoje nowe oblicze. Zawsze byłam osobą zbyt skrajnie oszczędną (czyli skąpą). Pamiętam, jak zawsze na wycieczkach szkolnych uparcie mówiłam, że nie jestem głodna, po czym próbowałam oddychać ustami, kiedy wszyscy jedli fast-foody. Skupiałam wzrok na tabelkach z cenami. 3 złote za frytki. Kurde, nie mogę. Kiedy nagle pojawiał się jakiś dodatkowy wydatek, próbowałam na siłę znaleźć mu jakieś usprawiedliwienie.

A potem przeczytałam „Inny świat” i zrozumiałam, że tak nie można. Tak naprawdę, to nie wiem, co może się wydarzyć za kilka lat. Skąpstwo jest okropne w skutkach i zdecydowanie nawet niewarte posiadania „oszczędności na czarną godzinę”. Kiedyś mogę stracić wszystko co posiadam i pozostaną mi jedynie wspomnienia. Muszę więc zadbać, aby były one dobre. Żałuję, że od początku nie było to dla mnie oczywiste.

6. J. K. Rowling „Harry Potter”

„Harry Potter” tak naprawdę przekonał mnie do czytania w ogóle. Wbrew temu, że jest to literatura dla mas, ja uważam dzieło Rowling za naprawdę wybitne. Postanowiłam jednak, że poświęcę mu osobny wpis. Porównam je do utworu budzącego w społeczeństwie zupełnie przeciwne emocje i powiem, dlaczego osobiście wolę Pottera. Taki mały spoiler, aby wypełnić przestrzeń pod tym nagłówkiem.

Jednym z moich wakacyjnych postanowień było przeczytanie całej serii w języku oryginału. Takie łączenie przyjemnego z pożytecznym. Spodziewajcie się wpisu, jak tylko skończę.

7. Richard Feynman „Pan raczy żartować, panie Feynman!”

Nie wiem, czy dalej mi do interesowania się fizyka, czy biografiami – ta książka była dla mnie jednak niezwykła. Jest to inspirująca opowieść świetnego człowieka, o swoim życiu. Po naukowcu, Nobliście, można się było spodziewać trudnej w odbiorze i skomplikowanej lektury, niemożliwej do przeczytania dla osób niezwiązanych z dziedziną. Pod tym tytułem znajduje się jednak naprawdę prosty i lekki utwór – przy okazji najbardziej zachęcający do działania, ze wszystkich jakie w życiu przeczytałam.

Feynman przedstawił siebie jako osobę, która robi dokładnie to, co chce. Niezwykle szanuje swoje własne potrzeby i pragnienia, jednak zna granicę, której nie może przekroczyć w kontaktach z innymi. Sprawia to, że bierze on z życia maksimum, wykorzystuje cały swój czas i dzięki temu coraz więcej osiąga.

Czytając „Pan raczy żartować, panie Feynman!”, cały czas myślałam, że „ja też chcę być taka”, a utwór wydawał się odpowiadać, że przecież mogę – wystarczy, że się przyłożę i dam z siebie wszystko. Chociaż utwór jest biografią fizyka, ja wyciągnęłam z niego morał o wiele bardziej ogólny i nadający się do wpłynięcia na moje życie.

Inną rzeczą, którą zmieniła we mnie ta książka było to, że zaczęłam często zastanawiać się nad różnymi zjawiskami i analizować je w myślach. Na przykład: jeśli mam gorącą kawę i mogę ją wypić dopiero za dwie minuty, to cieplejsza będzie jeśli dodam mleko od razu, czy dopiero wtedy? Niby proste pytanie, ale nie przypominam sobie, abym wcześniej często tak analizowała cokolwiek.

8. Mark Twain „Listy z Ziemi”

Książka, która była dla mnie pierwszym „literaturowym” potwierdzeniem, że nie tylko ja wątpię.

Autora, jak chyba każdy, kojarzyłam wcześniej z „Przygód Tomka Sawyera”. Łobuzerska opowieść o chłopcu z małego, amerykańskiego miasteczka, zapisała mi się w pamięci wyjątkowo dobrze, tym chętniej sięgnęłam po dzieło tego samego autora, a o innym przeznaczeniu.

„Listy z Ziemi” w bardzo ładny sposób przedstawiły mi kilka absurdów religii. Na przykład, że chrześcijanie chcą iść do Nieba, gdzie będą w spokoju skakać po chmurkach i grac na harfach, choć ich ziemskie życie w żadnym stopniu nie wskazuje na ich zamiłowanie do jednego bądź drugiego.

Nie chciałabym, aby ktoś uznał, że dzieło Twaina całkowicie zmieniło mi światopogląd. Raczej umieściłam je tutaj z powodu braku konkurencji w tej dziedzinie – w rzeczywistości uzmysłowiło mi tylko kilka dość zabawnych rzeczy.

Przy okazji – jest to naprawdę ciekawa lektura, lekka do czytania i przyjemna w formie.

9. George Orwell „Rok 1984”, „Folwark zwierzęcy”

Umieściłam dwa utwory pod jednym podpunktem, nie tylko ze względu na wspólnego autora ale także na to, że wyciągnęłam z nich podobny morał. „Rok 1984” to opowieść o życiu w świecie, w którym każdy krok jest kontrolowany z góry, natomiast „Folwark zwierzęcy” opisuje gospodarstwo, z którego zwierzęta wygnały właściciela i zaczęły układać swoje własne prawo. Są to więc utwory zupełnie odmienne i celujące w różne grupy. Ja wyciągnęłam z nich to, że tak naprawdę mało komu szczerze zależy na moim szczęściu. Dla ludzi obcych mogę stać się jedynie pionkiem, takim do wykorzystania w potrzebie. I jednym z wielu. Aby osiągnąć własny cel, wiele osób nie ma żadnych skrupułów, aby posłużyć się innymi i zmusić ich do myślenia, że to dla ich dobra. Chociaż to nie jest częsta sytuacja, postanowiłam zacząć wypatrywać takich zjawisk – tak na wszelki wypadek. Być może zachowana czujność pozwoli mi zorientować się w odpowiedniej chwili, że komuś spodobał się nadmiar mojego czasu.

Jednocześnie też uważam, że obie książki mogłyby być lekturami szkolnymi („Folwark” podobno kiedyś był, ale został wykreślony z listy). Jest w nich dużo symboliki, odniesień i porównań, czyli to, co autorzy podręczników lubią najbardziej. Z drugiej strony, być może byłaby to krzywda dla tych utworów. Rozbieranie jednego i drugiego na czynniki pierwsze mogłoby sprawić, że zbyt wiele osób odebrałoby je w inny sposób niż autor miał na myśli. Mogłyby stać się dodatkowym argumentem dla tych wszystkich osób, które nie mają pojęcia, kto obecnie rządzi państwem, a najgłośniej krzyczą o kłamcach i złodziejach.

10. Daniel Keyes – „Kwiaty dla Algernona”

Odkąd pamiętam, zawsze chciałam być mądrzejsza niż byłam. Bardzo irytowało mnie to, że nie mogę czegoś zrozumieć lub zapamiętać, że coś pozornie prostego przychodzi mi z wielkim trudem. Tak miałam w tym roku z mechaniką budowli – patrzyłam na te belki i miałam wrażenie, że zaraz nie wytrzymam i wybuchnę. Więc się poddałam, co zaowocowało wrześniową poprawką.

„Kwiaty dla Algernona” nie uświadomiły mi niczego wprost. Przedstawiły za to, jak zmienia się myślenie człowieka, który stopniowo (ale szybko) staje się mądrzejszy, jak „przygłup” zamienia się w naukowca. Oczywiście jest to jedynie fantastyczna wizja pisarza i daleko jej do rzeczywistości. Co jest ważne, pokazuje ona negatywne skutki takiej przemiany. Bohater zaczyna dostrzegać zło świata, coraz więcej rzeczy mu przeszkadza. Satysfakcja płynąca z badań wydaje się być coraz mniej zaspokajająca potrzeby przyjemności. Czy nie lepiej być więc takim Don Kichotem, którego przytoczę tutaj jako przeciwieństwo omawianej postaci?

Tak naprawdę, to nie ma takiego wyboru. Można za to ustalić swój tryb życia. Można wziąć się w garść i stwierdzić, że nawet nie będąc „kowalem własnego losu”, wciąż da się coś gdzieś doszlifować.

Więcej

Człowiek z filmu

Czasem trzeba się odstresować. Jak już potwierdziłam w jednym wpisie, nie da się uczyć bez przerw na przyjemności – a przynajmniej ja tak nie potrafię. Były już na tym blogu gry, teraz przyszedł czas na filmy.

Zebrałam w jednym miejscu tytuły, których twórcy patrzą na świat z trochę innej perspektywy. Przedstawiają człowieka, jego akcje i dzieła w rozmaity sposób – symboliczny, przekształcony, abstrakcyjny. Wybrałam produkcje różnej długości, z kilku krajów i o nierównym budżecie. Gatunkowo też starałam się nie iść jedną drogą, jednak listę zdecydowanie zdominowało science fiction, tak z osobistych preferencji.

 

The Mysterious Geographic Explorations of Jasper Morello

Krótkometrażowy film animowany, w zupełnie nietypowej stylistyce. Tej długości dzieła najczęściej charakteryzują się bardzo szybką akcją i szczegółowym dopracowaniem grafiki, co występuje i tutaj. Fabuła utworu opowiada o historii Jaspera Morello – nawigatora, którego prześladuje wspomnienie popełnionego wcześniej błędu. Kiedy w mieście rozprzestrzenia się epidemia nieznanej choroby, wyrusza on w podróż w nieznane. Nie chciałabym tutaj zdradzać dalszego biegu akcji, ale zapewniam, że warto poświęcić te 26 minut na obejrzenie tego filmu.

Trzynaste piętro

Jeden z nielicznych filmów SF, gdzie nie udało mi się natrafić na rażące błędy fabularne i wszystko trzyma się kupy od początku do końca. Utwór ma bardzo dobrze wyważone tempo akcji – nie usypia, ale daje odpocząć dokładnie wtedy, kiedy widz tego potrzebuje. Trochę bałam się telewizyjnego kiczu, ale na szczęście ten tytuł mi tego oszczędził.

Historia opowiada o grupce programistów, którym udało się zaprojektować świat. Wirtualne miejsce, imitujące rzeczywistość początku XX wieku, do którego można dosłownie dostać się za pomocą komputera. Pewnego dnia kierujący całą inicjatywą Hannon Fuller zostaje zamordowany. Wcześniej pozostawia on wiadomość dla współpracownika Douglasa Halla. List ten jednak trafia w niepowołane ręce i Douglas zostaje sam z wiedzą, że taka wiadomość w ogóle była. W międzyczasie zaczynają pojawiać się tajemnicze postacie – między innymi kobieta podająca się za córkę zmarłego Fullera. Przy okazji, okazuje się, że wirtualny świat żyje własnym życiem, a to może prowadzić do dalszej refleksji… ale dobra, nie będę więcej zdradzać.

Johnny Mnemonic

Gdyby ktoś zastanawiał się, co robił Neo zanim trafił do Matrixa, to ten film jest chyba najlepszą odpowiedzią na tego typu pytanie. Główny bohater, Johnny, pracuje jako kurier pamięci. Dzięki specjalnemu implantowi jest w stanie przechować w swojej głowie 160 gigabajtów danych – co w tamtych czasach było ogromną ilością. Praca ta ma jednak pewną wadę – bohater stracił wszystkie swoje wspomnienia z dzieciństwa, aby w ich miejscu móc przechować nowe dane. Żałuje on jednak tej decyzji i zbiera na operację usunięcia implantu. Pewnego dnia dostaje bardzo ciekawe i niebezpieczne zlecenie, które wymaga przechowania więcej danych niż jest on w stanie pomieścić. Sprawy zaczynają się komplikować.

Opis brzmi dość typowo i nie zapowiada ciekawej i nieprzewidywalnej fabuły, jaką oferuje film Johnny Mnemonic. Z powodu starej daty premiery, można wybaczyć kilka niedociągnięć – a nawet potraktować je jako ciekawostkę. Jest to jeden z tych tytułów, gdzie wyłapuje się podobieństwa i różnice między rzeczywistością a wizją twórców sprzed prawie 20 lat. Fabuła oferuje szybką akcję, jest bogata w różnorakich bohaterów (niektórych odrobinę przesadzonych – ale to trzeba obejrzeć) i nie daje momentów nudy. Dobry film akcji dla każdego, kto woli komputery od samochodów.

Miasto Zaginionych Dzieci

W całym swoim życiu nie widziałam utworu, w którym występowaliby równie abstrakcyjni bohaterowie co w Mieście Zaginionych Dzieci. Dla samych niezwykłych w swoich groteskowych skrajnościach postaci warto sięgnąć po ten tytuł. Kiedy do tego dołącza raczej mroczna i smutna sceneria, od razu można się spodziewać dość nietypowego dzieła.

Samą fabułę ciężko porównać do jakiegokolwiek innego filmu i trudno wyłonić z niej główny wątek. Prawdopodobnie jest nim historia One – mężczyzny o umyśle chłopca, któremu ktoś porwał małego braciszka. Jak się okazuje, dziecko trafiło na tajemniczą wysepkę (chociaż jak dla mnie, to miejsce bardziej przypominało platformę wiertniczą), gdzie za pomocą przeróżnych urządzeń można wpłynąć na czyjś sen a następnie go ukraść. Więcej szczegółów nie będę zdradzać, choć w tym filmie fabuła nie jest aż tak ważna jak ogólne wrażenie, które budzą poszczególne sceny.

Samsara

Nigdy nie lubiłam filmów przyrodniczych i podróżniczych. Te pierwsze mnie najzwyczajniej w świecie nudziły a drugie wywoływały pytania: „dlaczego nie mogę zobaczyć tego na własne oczy?”. Samsara jest inna. Jest to film opowiadający o społeczeństwie za pomocą obrazu uzupełnianego muzyką. Komentarz twórców można wyczytać tylko i wyłącznie interpretując to, co się widzi, lub śledząc montaż – tutaj tak bardzo skojarzeniowy. Myślę, że nie muszę pisać o tym, jak piękne kadry tworzą ten film – o tym warto się przekonać na własnej skórze. Powiem tylko, że jest to dzieło twórcy słynnego filmu Baraka – Rona Fricke’a. Przy czym, Samsara zdecydowanie pobiła Barakę.

Samsara jest filmem o różnorodności świata. Oglądając ją, nawet nie starałam się oceniać tego co widzę. Zwyczaje mieszkańców odległych i orientalnych krajów zostały zestawione z zakupami w supermarketach, co sprawiło, że podczas oglądania zdarzało mi się myśleć, że obie formy spędzania czasu są równie egzotyczne i przedziwne. Ciężko jednak pisać o tych wszystkich obrazach – to naprawdę trzeba zobaczyć. I usłyszeć – bo ścieżka dźwiękowa wcale nie odstaje jakością.

Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga’Hoole

Ten film powinien najbardziej spodobać się tym, którzy są znudzeni animacjami o niezawsze śmiesznych zwierzakach, które uciekły z zoo. Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga’Hoole to opowieść o świecie sów, bezwstydnej w swojej typowości walce dobra ze złem oraz szybka akcja z wieloma zwrotami. Głównym walorem tego filmu jest jego nietypowość – fabuła nie próbuje naśladować żadnej znanej i aż trudno uwierzyć, że coś takiego mogło powstać w USA. Sami bohaterowie są postaciami dość abstrakcyjnymi – kto by się spodziewał sów w zbrojach, stających do walki ze złem? Muszę też napisać, że równie pięknie wykonanego obrazu nie widziałam chyba w żadnym filmie stworzonym w technice trójwymiarowej. Bogactwo szczegółów i płynność oraz dopracowanie animacji naprawdę potrafi zrewanżować to, że historia kierowana jest raczej do młodszego widza.

Pozwól mi wejść

Na wstępie powiem, że pod tym tytułem można znaleźć dwa filmy będące ekranizacją powieści Johna Ajvide’a Lindqvista. Jeden z nich jest wcześniejszą wersją szwedzką (o której będę dalej pisać), a drugi produkcją amerykańską.

Gdybym miała streścić w jednym słowie fabułę tego utworu, to powiedziałabym, że jest to film o przyjaźni. Jest to jednak bardzo nieprecyzyjna charakterystyka. Głównymi bohaterami jest dwójka dzieci, które od samego początku trzymają się na uboczu. Zdecydowanie żadne z nich nie jest duszą towarzystwa, przez co ciężko mówić tutaj o typowym, radosnym dzieciństwie. Zwłaszcza, że film osadzony jest w naprawdę mrocznym klimacie i nie brakuje w nim brutalności. Co więcej, jedno z tych dzieci okazuje się być wampirem – i to nawet nie młodym. 12-letniemu Oskarowi jednak wcale nie przeszkadza fakt, że jego przyjaciółka nie jest człowiekiem i potrzebuje krwi aby przetrwać.

Komu poleciłabym ten film? Przede wszystkim tym, którzy rozumieją jak to jest być outsiderem, a przy okazji mają ochotę na mroczny i … film, który nie jest horrorem wypełnionym screamerami.

Primer

Film ten, swoim bardzo niskim budżetem może zniechęcić fanów wybuchów i innych animacji, a rozbudzić ciekawość w tych, którzy mają wobec dzieł tego typu inne wymagania. Fabuła najogólniej mieści się w tematyce podróży w czasie, jednak podchodzi do tego zagadnienia z bardzo trzeźwego punktu widzenia – zamiast superbohaterów teleportujących się pstryknięciem palcami, mamy zbudowane przez grupkę amatorów urządzenie, które wcale nie jest proste w obsłudze i korzystanie z niego wymaga pewnego rodzaju poświęceń.

Poza akcją rozbudowaną do tego stopnia, że było mi dość ciężko ją śledzić nawet za kolejnym obejrzeniem, rozwinięte są także relacje między postaciami. Wiadomo, nikt nie zachowuje się normalnie, kiedy nagle okazuje się, że wraz z kumplami znajduje się w posiadaniu prawdopodobnie najcenniejszej maszyny na świecie. Wszystko komplikuje sposób, w jaki korzysta się z urządzenia – wymaga to dwukrotnego przeczekania: raz wewnątrz niego, ale wcześniej w taki sposób, aby nie zakłócić działania siebie z przyszłości. Myślę, że więcej sensu niż opisywanie fabuły tego dzieła będzie miało odniesienie czytelników do tej strony.

Mroczne Miasto

Jest to film, który klimatem przypomina mi tylko jeden tytuł: grę Bioshock. Ta mieszanka Noiru, SF oraz steampunku samym tłem akcji mogłaby zdziałać cuda, a kiedy do tego dochodzi naprawdę ciekawa fabuła, można delikatnie stwierdzić, że ten film trzeba koniecznie obejrzeć.

Akcja rozgrywa się w mrocznym mieście, w którym absolutnie nikogo nie dziwi ciągła noc oraz to, że codziennie równo o północy cała społeczność zasypia „tak jak stała”, samochody i pociągi się zatrzymują i światła gasną. Główny bohater pewnego dnia budzi się w wannie, zupełnie pozbawiony pamięci. Za pomocą skrawków informacji próbuje dowiedzieć się czegoś o sobie, jednak przy okazji odkrywa pewną mroczną tajemnicę.

Dark City to film zdecydowanie warty obejrzenia. Chociaż motyw bohatera pozbawionego wspomnień prawdopodobnie jest każdemu znany, jestem pewna, że dzięki mrocznej noirowo-steampunkowej scenerii nikt nie będzie się nudził – zwłaszcza fani jednego i drugiego gatunku.

eXistenZ

Jest to bardo nietypowa refleksja nad grami komputerowymi. Użyłam chyba jednak nieodpowiedniego określenia, ponieważ w tym filmie do grania nie wykorzystuje się komputerów. Gracz wyciąga pada, któremu bliżej do zwierzaka niż urządzenia i podpina go sobie do dziury w kręgosłupie, nazywanej bioportem.

Dowiadujemy się o tym z punktu widzenia Teda – człowieka, który boi się ingerencji w swoje ciało, jednak przypadkiem trafia w sam środek akcji. Ratuje Allegrę Geller – twórcę słynnej gry eXistenZ, posiadającą jedyną jej kopię. Po chwili pojawia się cała masa problemów, począwszy od ludzi którzy nie do końca warci są zaufania, a skończywszy na osobistych preferencjach typu „ja nie chcę mieć tego w swoim kręgosłupie”.

Film zdecydowanie przeznaczony dla osób o mocnych nerwach. Aby przeboleli „organiczność” niektórych scen, niekoniecznie przyjemnych bohaterów i niektóre naprawdę dziwne momenty. Jeśli im się to uda, to dostaną w zamian naprawdę ciekawą fabułę, przy której na pewno nie będą się nudzić.

Więcej

Karnawał Graczy Blogerów #8: Magia gier – podsumowanie

Aby nikt nie pomyślał sobie, że na Nietransparentnie jest za mało magii, to specjalnie na dzisiejszy wieczór przygotowałam dla Was podsumowanie ósmej edycji Karnawału Graczy Blogerów. Pojawiły się trzy naprawdę ciekawe wpisy, przedstawiające różne sposoby ugryzienia tematu. Na dokładkę kilka słów ode mnie, bo gier i czarów nigdy za wiele.

 


Magiczne drzewo w niemagicznym lesie

Bobrownia – Magia, dwa złote za kilo

Różne rodzaje magii przedstawione z punktu widzenia osoby zajmującej się tworzeniem gier. Mnóstwo przykładów – nawet takich, gdzie czar nie jest czymś dosłownym. Przyznam szczerze, że o kilku z wymienionych tytułów nawet nie słyszałam, więc ten wpis stanie się dla mnie idealnym kompendium jak tylko skończy mi się lista „plan to play”.

Yeti o Grach – Magia w grach – jak ona działa?

Tekst analizujący rodzaje występowania magii w grach. Jasiek prezentuje podobieństwa i schematy występujące przy rozmaitych tytułach. Jak się okazuje – tutaj rysuje się całkiem wyraźny podział. Nie będę jednak zdradzać więcej szczegółów – notkę trzeba przeczytać.

Rasgul – Magiczna magia w Dragon Age i Grze o Tron

Przyznam się szczerze – dopiero po przeczytaniu tego wpisu zorientowałam się, że w Grze o Tron prawie nie ma magii. Nie o tym jest jednak ten tekst. Autor porusza w nim wiele tematów, ale ja przede wszystkim wyłapałam zarzut wobec twórców gier o zbyt kiczowate traktowanie magii – jako czegoś zbyt „prostego w obsłudze”.

Nietransparentnie – Zamiast różdżki mysz

Kilka przykładów gier, którym poświęciłam kawałek swojego życia, wcielając się w główną postać. Utwory, w których pozbywanie się okolicznych potworów można sobie ułatwić kilkoma zaklęciami, a nawet takie, gdzie czary są czymś niezbędnym w poradzeniu sobie z trudnościami, jakie przygotowała fabuła.

Nietransparentnie – Światy pełne magii

Trochę inna lista: tym razem tytuły nastawione na zwiedzanie magicznych krain, zbieranie skarbów i tworzenie sobie małej, osobistej armii fantastycznych stworzeń. Także o tym, że nie lubię gier turowych, ale jest parę wyjątków.


Jestem ciekawa, na jakim blogu będzie się odbywać kolejna edycja Karnawału i jaki będzie jego temat. Jeśli żadne ponadprzeciętne warunki atmosferyczne ani złośliwe zbiegi okoliczności mi nie przeszkodzą, to postaram się wziąć w niej udział.

Więcej

Wrażenia po Esperanzie+

Od sobotniego wieczora minęło już trochę czasu, więc zdążyłam już odpocząć po koncercie Esperanza+, będącym jednym z punktów programu festiwalu Solidarity Of Arts. Impreza ta jest corocznym widowiskiem jazzowym mającym miejsce na gdańskiej wyspie Ołowiance, na potrójnej scenie plenerowej Polskiej Filharmonii Bałtyckiej. Tym, co wyróżnia koncerty „+” Solidarity Of Arts na tle innych, jest nietypowa forma: zapraszany jest jeden światowej sławy artysta i staje się on gospodarzem innych (często niemniej sławnych) wykonawców. Dzięki takiemu zabiegowi, poszczególne występy łączą się w jedną, spójną całość – nawet jeśli nie reprezentują tego samego gatunku muzycznego.

W tym roku do Gdańska zaproszona została Esperanza Spalding, która przez cały czas trwania koncertu wydawała się naprawdę świetnie bawić. Swoją grą i śpiewem zachwycała publiczność przez prawie pięć godzin, oczywiście dając miejsce także innym wykonawcom. Dodatkowo oświetlenie i cały wystrój wzmacniały niezwykły klimat imprezy. Praktycznie wszyscy artyści dali fantastyczny koncert i pokaz swojej twórczości.

W „+” Solidarity Of Arts najbardziej podoba mi się to, że jest to widowisko niezwykle zaskakujące. Być może gdzieś w Internecie da się znaleźć rozkład kto gra po kim i na której scenie. Ja nie szukałam. Uwielbiam niespodzianki i chciałam czuć, że właśnie je dostaję przy każdym kolejnym artyście. A kiedy zapalało się światło na środkowej (największej) scenie, już wiedziałam, że zaraz usłyszę kogoś wspaniałego. Czy mówiłam już, że jedną z gwiazd był Herbie Hancock?

Największą niespodzianką był dla mnie występ jednego z polskich zespołów – Voo Voo. Znałam wcześniej ich charakterystyczne utwory i, ponieważ jakimś cudem nie doszukałam się nazwy na liście wykonawców, naprawdę zaskoczyło mnie „Nim stanie się tak”. Grupa dała dynamiczny popis, który wyróżnił się charakterem wśród pozostałych artystów. Stanowił taki rockowy akcent na tle jazzowo-folkowej reszty.

Nigdy nie byłam specjalnie imprezowym człowiekiem, dlatego stanie w tłumie pod koniec stawało się naprawdę uciążliwe. Kiedy na scenę weszła Kapela ze Wsi Warszawa nie wiedziałam, czy to powód do radości, że mogę sobie zrobić przerwę i usiąść na chwilę, czy do smutku, że z oczu zniknęli mi Esperanza, Herbie czy Wayne Shorter. W każdym razie: czas trwania imprezy trochę mnie pokonał i stopy zaczęły odmawiać posłuszeństwa – chociaż miałam na nich wygodne adidasy.

Co do wrażeń wizualnych: scenografia była naprawdę przepiękna. Trzy sceny zostały „oplecione” wizualizacjami i zbliżeniami z kamer. Dawało to niesamowite efekty – poza jednym, drobnym szczegółem: nagrania pojawiały się na rzutnikach ze znaczącym opóźnieniem i czasem nawet parędziesiąt sekund po rozpoczęciu danego utworu. W zeszłym roku, na koncercie McFerrin+, zostało to o wiele lepiej rozwiązane.

Wydaje mi się też, że na poprzednim „+” Solidarity Of Arts można było zaobserwować więcej interakcji pomiędzy wykonawcami. Być może stało się to za sprawą Urszuli Dudziak, która wyraźnie przejmowała inicjatywę. Teraz Esperanza nie miała tego typu wsparcia – co nie znaczy że nie poradziła sobie ze zjednoczeniem rozmaitych artystów.

Najbardziej zastanawia mnie, jak całe wydarzenie odbierają sami muzycy z Polskiej Filharmonii Bałtyckiej, będącej jednym z organizatorów festiwalu. Jak artyści wykonujący dzieła muzyki klasycznej odbierają wspólny koncert z twórcami popularnymi? Nie wiem nawet, czy taki podział jest dla nich wyraźny. Ja, jako odbiorca, bardzo pozytywnie przyjmuję połączenie obu rodzajów muzyki a Solidarity of Arts doskonale zapewnia takie doznania.

Nie mam pojęcia, jaki artysta w przyszłym roku zostanie gospodarzem tego widowiska. Wiem za to, że na pewno pojawię się gdzieś pod sceną. Naprawdę warto.

Więcej

Światy pełne magii

Jakiś czas temu na blogu pojawił się wpis prezentujący magię gier na przykładzie kilku tytułów. Dzisiaj postanowiłam przedstawić drugą część listy. Tym razem będą to głównie utwory, w których gracz patrzy na mapę od góry, odkrywając jej tajemnice, zbierając skarby i walcząc z różnymi istotami.

 

Magia potyczek

Etherlords jest grą, która, w mojej opinii, idealnie łączy świetny system magicznych bitew z zupełnie nudną i niepotrzebną otoczką fabuły, wymagającej głównie przemierzania mapy i próbowania czuć się inaczej niż grając w klasyki gatunku. Dlatego w tym przypadku kampania wydaje się istnieć tylko i wyłącznie w celu uporządkowania potyczek i stanowienia czegoś zespajającego je ze sobą. Przebrnęłam przez nią raz i potem już tylko wałkowałam pojedyncze walki – bo naprawdę było co wałkować.

Screen z gry – źródło

System pojedynków jest w tej grze zaprojektowany naprawdę świetnie. Możliwości gracza wyznaczone są poprzez talię zaklęć jakie posiada (a które może sobie przygotować wcześniej) oraz dostępność eteru, będącego w tej grze odpowiednikiem znanej wszystkim energii magicznej. Przywoływanie stworów i rzucanie zaklęć raczej nie wyróżnia Etherlords na tle innych gier, jednak pojawia się tutaj pewien nowy szczegół – postać bohatera jest również elementem bitwy i, niczym król na szachownicy, broni głównie swojego życia. Czy wspominałam już, że najfajniej się gra w trybie multiplayer?

Grając w Etherlords, za każdym razem przychodziło mi do głowy jedno pytanie: jak wyglądałaby rozgrywka, gdyby przenieść ją do świata rzeczywistego – wydrukować karty, utworzyć z nich odpowiednie talie… I wtedy dochodzę do wniosku, że wśród karcianek nie byłaby czymś szczególnym.

Magia eksploracji świata

Chyba każdy gracz kojarzy serię Heroes of Might and Magic. Niestety, z tego co obserwuję, zdecydowana większość osób zaczyna i kończy swoją przygodę z tą serią na trzeciej części, traktując wszystkie pozostałe jako bezwartościowe. Czasami czuję się jak taki wyjątek, ponieważ najwięcej sentymentu mam do części drugiej, instalowanej setki razy z płyty wygrzebanej na promocjach w jakimś markecie.

Screen z gry – źródło

W sumie to nie pamiętam jak to się stało, że mając obie części gry (I i II), postanowiłam w nie grać chronologicznie i drugą odpaliłam na długo po tym, jak dobrze znałam już mechanizmy pierwszej. Dlatego tak niezwykłym odczuciem był widok dodatkowych możliwości wyboru klas bohatera, czyli o dwa rodzaje zamków więcej. Chociaż trochę nie widzi mi się obecnie powracanie do gier turowych, bardzo dobrze wspominam eksplorację świata za pomocą bohaterów na konikach, zbieranie skarbów leżących tak po prostu na drodze i walczenie z potworami, które wydają się tylko na to czekać.

Nie mogę się przekonać do uwielbianej przez wszystkich trzeciej części – choć nie jestem pewna, czy to dlatego, że pojawił się w niej nadmiar możliwości których nie sposób spamiętać, czy po prostu znudziły mi się gry tego typu i gdybym teraz po raz pierwszy zobaczyła część drugą czy pierwszą, nie zareagowałabym podobnie.

Magia tworzenia

Screen z gry – źródło

Disciples II: Powrót Galleana to tytuł, który w mojej ocenie pobił HoMM, poskakał po nim i zakopał zwłoki w smoczej kupie. Dość mroczny i poważny klimat w połączeniu z przepiękną grafiką sprawia, że pomimo tego co napisałam wyżej o niechęci do gier turowych, oglądając screenshooty w Internecie, aż chce mi się w nią zagrać.

Nie sądzę, abym była w stanie oddać w tym wpisie dobrze nastrój tego tytułu. Dlatego skupię się na czymś innym: na edytorze poziomów. Chyba nigdzie indziej nie widziałam kreatora map dającego równie dużo możliwości, co ten od Disciples II. Niezwykle rozbudowane są w nim misje i akcje oraz czynniki zmieniające jedno i drugie. Stawiasz sobie smoka na środku mapy i możesz ustalić, że na przykład po jego zabiciu nagle gracza atakuje osiem kolejnych, albo obok dematerializuje się jakaś góra, ukazując nieznaną dotąd część mapy, albo do bohatera przyłącza się tajemniczy sojusznik… Ogólnie możliwości jest naprawdę mnóstwo i na pewno tyle samo niezwykłych map da się znaleźć w Internecie, czego osobiście jeszcze nie sprawdzałam.

Magia zakazana

Na koniec coś zupełnie odmiennego, acz nadal wpisującego się w tematykę magii gier: Lionheart: Legacy of the Crusader. Akcja rozgrywa się w epoce renesansu, jednak nie można powiedzieć, że jest to utwór historyczny. Realizm zostaje zaburzony poprzez pojawienie się magii, a wraz z nią masy dzikich potworów. Do walki z jednym i drugim staje przepełniona pychą Inkwizycja – gardząca wszystkimi „odmieńcami” i innowiercami. Osoby mające cokolwiek wspólnego z energią magiczną chowają się przed rycerzami i nigdzie nie jest już bezpiecznie.

Screen z gry – źródło

W rzeczywistości zawładniętej przez Kościół (cnotliwi Templariusze i trochę mniej cnotliwa Inkwizycja), już na etapie tworzenia postaci można zakładać, jak zostanie ona odebrana przez inne jednostki – wystarczy tylko nie wybrać człowieka czystej krwi aby każda postać z różańcem w dłoni krzywo patrzyła na gracza i utrudniała mu osiąganie celów.

Cały utwór rozwija się wokół magii – tej mrocznej, nieznanej i niebezpiecznej. Wypełniając misje główne i te poboczne, co chwila wychodzi na jaw, jak zwykli ludzie są przerażeni taką sytuacją i jak zmienia ona ich życia. Najlepsze jest to, że na niemal wszystko mają wpływ decyzje gracza – począwszy od drobnych zmian typu przekupienie strażnika, a skończywszy na tym, czy z magią walczyć czy wykorzystać ją do własnych celów.


Był to tekst z okazji Karnawału Graczy Blogerów – zachęcam wszystkich do wzięcia udziału w tej edycji i podzielenia się swoimi doświadczeniami z magią gier.

Więcej