Kategoria: Kultura

Warszawa – muzea i inne atrakcje, czyli co miłośnik kultury zobaczyć powinien

warszawa muzea

Jak część z Was pewnie wie, w wakacje przez miesiąc mieszkałam w Warszawie, odbywając tam praktykę w biurze architektonicznym. Było to dla mnie naprawdę ciekawe i rozwijające doświadczenie, które było warte wszystkiego, włącznie z niemałym stresem tuż przed wyjazdem i komplikacjami logistycznymi (wliczając w to dojazd z Monachium przez Pragę, Cieszyn, Kielce i… Gdańsk). W końcu jednak trafiłam do stolicy – miejsca dotąd znanego mi z wycieczek szkolnych i stereotypów zasłyszanych w internecie.

Więcej

Krótka historia sztuki

Historia sztuki to temat, który jednych nudzi, innych fascynuje. Podczas gdy niektórzy widzą tylko obrazy, inni dociekają historii ich powstawania czy zamysłu twórcy danego dzieła. Jeśli jesteś stałym czytelnikiem mojego bloga, to na pewno doskonale wiesz, że osobiście zaliczam się do tej drugiej grupy. Podział ten zresztą tak naprawdę nie istnieje, ponieważ ludzie mieszczą się w całym spektrum zainteresowania sztuką a i ono zmienia się w czasie. Dzisiaj przedstawię książkę, która powinna szczególnie zainteresować zarówno osoby posiadające jakąkolwiek wiedzę o sztuce i chcące ją uporządkować oraz tych, którzy dopiero poznają najważniejsze nazwiska i tytuły.

krótka historia sztuki

Przedstawię książkę „Krótka historia sztuki” autorstwa Susie Hodge. Podtytuł brzmi „Kieszonkowy przewodnik po kierunkach, dziełach, tematach i technikach” i oddaje główne założenie dzieła. Książka ta tak naprawdę nie jest broszurką, którą można by było pognieść i wsadzić do kieszeni, dlatego niech nikogo nie zmyli słowo „kieszonkowy”. Przeciwnie – jest to całkiem przyzwoite kompendium wiedzy na temat historii sztuki, podanej w uporządkowany i przystępny sposób. W sposób, który zdecydowanie powinien dotrzeć do zróżnicowanego grona odbiorców.

Zacznę jednak od początku – od pierwszego wrażenia, jakie ta książka na mnie wywarła. Było to wrażenie dotykowe. Okładka wykonana została z tektury powleczonej mięciutką warstwą, sprawiającą, że aż chce się ją trzymać w dłoniach. Format to wygodne A5, wnętrze rozkłada się na płasko, pozwalając zobaczyć całą stronę. 224 strony z kolorowymi obrazkami wydrukowane zostały na porządnym papierze. Jakość nie pozostawia pola do narzekania – wszystkie reprodukcje i zdjęcia są wyraźne i można dobrze się im przyjrzeć. Pod względem wydawniczym „Krótka historia sztuki” jest po prostu piękna. Dla mnie jest to naprawdę ważne, zawsze oceniam książki po okładce i nie raz od czytania odrzucił mnie zły dobór czcionki czy niewygodny format. Tutaj forma, ta niby nieistotna cecha charakterystyki książki, sprawiła, że „Krótka historia sztuki” dosłownie co chwila lądowała w moich dłoniach.

Tym, co jest jednak najważniejsze, jest oczywiście treść. Ta podana jest w sposób lekki, daleki od stylu encyklopedycznego. Autorka nie tworzy zbędnych opisów, nie rozczula się nad pojedynczymi aspektami każdego obrazu. Wiedza przedstawiona jest w sposób na tyle obiektywny, na ile obiektywnie da się opisać historię sztuki. Opisy są krótkie i konkretne, ale mimo to znajduje się w nich miejsce na dodatkowe ciekawostki oraz – niezwykle ważne – zwrócenie uwagi na powiązania pomiędzy stylami i artystami. Choć książka podzielona jest na cztery działy (kierunki, dzieła, tematy, techniki), zaglądać można do niej w sposób dowolny, w zależności od nastroju czy chęci zapoznania się z określoną treścią lub przypomnienia sobie konkretnej informacji. Dzięki takiemu klarownemu podziałowi, łatwo nawigować w treści i wyszukiwać potrzebnych informacji. Wszystkie elementy w obrębie działu omawiane są w kolejności chronologicznej.

Plusy

Gdybym miała wymienić cechy „Krótkiej historii sztuki”, które pozytywnie wyróżniają tę książkę spomiędzy innych o podobnej tematyce to najważniejszym byłoby przekrojowe przedstawienie zagadnienia historii sztuki. Podczas gdy wiele książek poświęca długie rozdziały kolejno sztuce prehistorycznej, starożytnej i średniowiecznej, tutaj epoki te giną przed liczbą stron poświęconą coraz bardziej rozmaitym sztukom współczesnym. W szkołach wałkuje się od początku do końca antyczną Grecję i Rzym, a potem absolwenci nie potrafią wymienić nazwiska ani jednego artysty ostatniego stulecia. „Krótka historia sztuki” doskonale nadaje się do nadrobienia tego braku – w tym celu jest to świetny przewodnik.
Krótkie opisy pozwalają na szybkie zrozumienie danego zagadnienia, jednocześnie zachęcając do sięgnięcia do kolejnych źródeł. Układ stron jest prosty, stworzony z myślą o współczesnym czytelniku. Objawia się to, między innymi, w postaci logicznych podtytułów i „ramek” z ważnymi informacjami, kropek z datami czy odnośników do innych stron w stopce.

Tak, jak już pisałam, książka świetnie sprawdzi się w celu uporządkowania wiedzy. Po jej lekturze nie zostanie się oczywiście specjalistą w dziedzinie historii sztuki, jednak z całą pewnością przestanie się błyszczeć niewiedzą w zakresie ważnych nazw, nazwisk czy tytułów. Jest to naprawdę solidny fundament do budowania swojej bazy wiedzy na tematy związane ze sztuką.

Warto tu zaznaczyć, że jest to książka popularnonaukowa, nie naukowa. Jej lekka i przystępna forma zachęca do niezobowiązującej lektury, sięgania w wolnej chwili, np. przy porannej kawie czy podczas przerwy w pracy. Z tego samego powodu na pewno nadaje się ona i dla młodszych czytelników, którzy szybko zniechęcają się zbyt ciężką i pompatyczną formą. Nie sprawia to jednak, że książka jest niepoważna. Osobiście nie znalazłam w niej żadnych niedopowiedzeń czy błędów, za wyjątkiem dwóch drobnych literówek.

krótka historia sztuki

Minusy

Jako osoba dość krytyczna, zawsze jestem w stanie doszukać się niedoskonałego elementu. Tutaj jest ich oczywiście kilka. Zacznę od podziału na kategorie, który zdążyłam już opisać w kwestiach pozytywnych. Ten medal ma jednak drugą stronę, którą jest rozczłonkowanie treści na poszczególne hasła, przez co książka przybiera formę katalogu stylów i dzieł. W wielu przypadkach jest to plus, jednak z drugiej strony dzieło w ten sposób zrywa z koncepcją ciągłej historii a zaczyna być bliżej tworów typu „100 najlepszych artystów”. Czy jest to rzeczywiście wada – na to pytanie nie ma obiektywnej odpowiedzi. Wydaje mi się jednak, że jest to forma treści, która o wiele łatwiej dociera do współczesnego „masowego” czytelnika.

Ograniczony format również ma swoje minusy – bardziej obeznana osoba zauważy brak niektórych tematów i twórców, którzy wcale nie byli mniej znani od tych wymienionych. Wśród kierunków brakowało mi symbolizmu, wśród technik – wielu rodzajów grafiki czy dzieł powstających jako np. tkanina artystyczna. Zabrakło mi wielu znanych obrazów, nawet dzieł twórców wymienionych wielokrotnie w „Krótkiej historii sztuki”. W niektórych przypadkach wybór wydawał mi się też nielogiczny – dlaczego na przykład jedynym szerzej przedstawionym dziełem Rembrantda jest nieduża akwaforta, podczas gdy to „Straż Nocna” przyciąga miliony turystów do Rijksmuseum. Oczywiście w tego typu książce nie dało się zawrzeć wszystkiego. W żadnej się nie da. Mając jednak ogólny ogląd na poszczególne epoki i style, techniki i twórców – łatwiej zainteresować się konkretnym tematem i doszukać dalszej literatury w jego zakresie.

Tak samo jak nie można winić lub oczekiwać od książki przetłumaczonej z języka obcego, pojawienia się w niej artystów polskich. Choć czytając o pasteli, czułam wyraźny brak Wyspiańskiego a przy realizmie stawały mi przed oczami twory Chełmońskiego, cieszę się, że książka została wydana jako tłumaczenie, bez lokalnych dodatków. To wzmacnia jej obiektywizm.

krótka historia sztuki

Podsumowanie

Książka „Krótka historia sztuki” to przewodnik i w taki sposób powinno się ją traktować. Nie jest to „fabularna” opowieść o sztuce od czasów najdawniejszych do współczesności a hasłowo podana wiedza. W ten sposób bardzo łatwo odnaleźć potrzebną informację, porównać dzieła czy epoki albo rozeznać się w chronologii. Nie jest to też wystarczający podręcznik do nauki na rozszerzoną maturę z historii sztuki, ale świetna pozycja do zapoznania się z historią powstawania obrazów, rzeźb i innych tworów plastycznych lub powtórzenia sobie podstawowych informacji. Ciekawe i krótkie opisy dobrze wpływają na odbiór książki, szczególnie przez początkujących. To właśnie im szczególnie poleciłabym tę książkę.

Więcej

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum Emigracji w Gdyni miałam odwiedzić już dawno, jednak to zadanie ciągle schodziło na dalszy plan. Przecież obiekt będzie na miejscu zawsze, podczas gdy ogrom wydarzeń i rzeczy do zrobienia na wczoraj nie poczeka. W końcu jednak znalazł się bodziec do odwiedzenia nadmorskiego gmachu. Wyjeżdżam pod koniec sierpnia na pół roku z Polski, a do tego czasu praktycznie każdy dzień mam ściśle zaplanowany. To ostatni moment aby dowiedzieć się, dlaczego muzeum o dość kontrowersyjnym w Polsce temacie cieszy się popularnością pośród ludzi o bardzo zróżnicowanych poglądach. Słyszałam zbyt wiele pozytywnych opinii o tym obiekcie, aby darować sobie jego odwiedzenie.

Muzeum mieści się w dawnej siedzibie Dworca Morskiego przy samym porcie. Dzięki temu, odwiedzając ten budynek można nacieszyć oko malowniczymi widokami. Obok cumują ogromne promy-wycieczkowce, których widok również może zainteresować niejedną osobę. Sam gmach jest bardzo modernistyczny, zgodnie z dominującym stylem Gdyni. Wewnątrz, oprócz głównej funkcji obiektu, znajduje się księgarnia oraz restauracja. Bilety wstępu są tanie, ja zapłaciłam 6 zł. Dla odwiedzających dostępne są toalety oraz szafki.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Czas na najważniejszą część: wystawy. Zaprojektowano je w sposób współczesny, korzystający z dobrodziejstw nowych mediów i technologii. Oprócz powszechnie znanych ekranów mutimedialnych, rzutników i efektów dźwiękowych, zastosowano kilka elementów których nie spotkałam do tej pory w innych muzeach – na przykład projekcja obrazu na wypuszczanym dymie, czy zdjęcia zmieniające się w zależności od kierunku patrzenia. Oczywiście znalazło się też miejsce na mnóstwo elementów nie wykorzystujących elektroniki – na dekoracje rodem ze statków, na zgromadzone pamiątki po emigrantach czy nietypowe elementy wykończenia wnętrz. Moim ulubionym była ściana ziemniaków dekorująca pokój opowiadający o dobrodziejstwach jakie warzywo przyniosło polskim wsiom.

Ta multimedialność momentami jednak stawała się problematyczna. Już podczas wejścia okazało się, że w bazie nie ma mojego zakupionego przed paroma minutami biletu. Wszechobecne ekrany dotykowe nie działały zbyt płynnie. Dodatkowo wielokrotnie po prostu nie wiedziałam czy mam coś nacisnąć palcem, przeciągnąć czy w inny sposób uruchomić kolejny widok. Z niejednej słuchawki nie wydobywał się żaden dźwięk, nawet po naciśnięciu czegoś co wyglądem przypominało przycisk. W jednej z pierwszych sal przedstawione zostały języki kilku kultur poprzez nagranie wydobywające się z głośnika skierowanego na konkretne pole. Aby je usłyszeć, trzeba było stanąć w niewielkim okręgu narysowanym na posadzce. Byłam jedyną osobą spośród kilku obecnych w tej sali, która w ogóle zauważyła ten element wystawy. A szkoda – moim zdaniem był to naprawdę ciekawy zabieg.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Ktoś napisał w internecie, że na zwiedzenie muzeum należy przeznaczyć około półtorej godziny. Nie rozumiem, na czym takie zwiedzanie miałoby polegać – na obejściu gmachu dookoła czy na wyścigu, kto pierwszy dobiegnie do wyjścia. Mi odwiedzenie Muzeum Emigracji zajęło około czterech godzin, podczas których czytałam tylko wybrane teksty i nie robiłam dłuższych przerw. Myślę, że osoba zafascynowana tematem spokojnie znalazłaby tam content aby poświęcić na zgłębianie się w nim cały dzień.

Głównym tematem muzeum jest emigracja Polaków, skupiająca się głównie na podróżach za ocean. Od analizy przyczyn, czyli trudnej sytuacji w kraju i panującej biedy, do sytuacji emigrantów już po osiedleniu w nowym miejscu, poprzez długą drogę morską. Muzeum Emigracji to obszerna baza wiedzy, z której można dowiedzieć się o warunkach sanitarnych na statkach, którymi przewożono ogromne grupy ludzi, o obowiązkowych kontrolach medycznych czy zrywanych więziach z rodziną. Wydarzenia historyczne przedstawiono w sposób chronologiczny, co jest jak najbardziej prawidłowe dla każdego muzeum. Jedyne czego mi momentami brakowało to mapki ilustrujące zagadnienie o którym można przeczytać. Nie każdy musi wiedzieć, na przykład, które tereny należały do Galicji, zwłaszcza jeśli przyjechał do Polski zza granicy. Tutaj oczywiście warto podkreślić, że ogromnym plusem wystawy jest wersja angielska wszystkich tekstów i tłumaczenie nagrań.

Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum przedstawia także historię kultury i nauki, tworzoną przez polskich emigrantów. Napływ ludności w znacznym stopniu wpłynął na dzieje tamtych terenów. Poprzez wojny, opowieść przechodzi do czasów najnowszych i wydarzeń, które obecnie kształtują migracje ludności.

Podsumowując – wizyta w Muzeum Emigracji w Gdyni była wartościowym doświadczeniem. Spodziewałam się trochę bardziej czegoś podobnego do muzeum Red Star Line w Antwerpii, gdzie przedstawione zostały losy podróży ludzi wielu narodowości – emigrantów z praktycznie całej Europy. Tam wystawa przedstawia dane dotyczące jednej linii morskiej. Tutaj, w Gdyni, mamy do czynienia z historią ludzi, którzy wyruszyli z małych polskich wsi, aby po żmudnej podróży pociągiem skorzystać z europejskich portów. Historia sięga daleko przed czasy istnienia portu w Gdyni, ale właśnie dzięki temu można lepiej zrozumieć, jak bardzo był on potrzebny i dlaczego jego budowa była tak ogromnym wydarzeniem w historii Polski.

Jednocześnie mam wrażenie, że wystawa główna jest dość nieśmiała. Opisanych jest kilka kontrowersji (np. handel ludźmi), jednak zwinnie uniknięto tematów, które aktualnie poróżniają społeczeństwo. Być może to po wizycie w Muzeum II Wojny Światowej mam wciąż w głowie to uczucie, że muzeum powinno oprócz przekazywania wiedzy historycznej także kształcić światopoglądowo. Tutaj po prostu zabrakło mi jakiegoś wniosku. Historia toczy się dalej, a mnie nikt nie postawił pod ścianą z wielkim napisem zmuszającym do refleksji. Chyba zbyt leniwa się zrobiłam.

Niemniej jednak, w moim ogólnym rozrachunku, jest to bardzo dobre muzeum.

Muzeum Emigracji w Gdyni
Więcej

Trzecia Rewolucja Przemysłowa

Początkową wizją tego wpisu było umieszczenie recenzji książki, która mnie zafascynowała I wzruszyła jednocześnie. Jednak, jak to często bywa z recenzjami, prawdopodobnie nikt by jej nigdy nie przeczytał. A to, co chcę przekazać, zdecydowanie zasługuje na jak największe grono odbiorców.

Obecnie na świecie zachodzi coraz więcej przemian. Ogromny wpływ na nie ma rozwój technologiczny, którego nie sposób porównać z przemysłem sprzed kilkudziesięciu lat. Zmiany dotykają też kwestii społecznych. Dzięki pojawieniu się internetu, zaczęły rozwijać się usługi o których nawet nie śniono w poprzednich epokach. W miejscu encyklopedii mamy Wikipedię, posiadającą kilkadziesiąt razy więcej haseł niż najsłynniejsze do tej pory źródła wiedzy. Taksówki wypierane są przez carsharing. Dzięki niezliczonej liczbie serwisów aukcyjnych, nie ma już problemu aby sprzedać cokolwiek, nawet osobie mieszkającej na drugim końcu świata. Coraz więcej osób decyduje się na couchsurfing jako alternatywę spędzenia nocy w hotelu. Świat się zmienił, pojawiło się w nim coraz więcej rozproszonych usług, w których rozwoju może uczestniczyć spora część społeczeństwa.

Czy podobne zmiany mogą jednak dotyczyć czegoś większego niż szukanie noclegu na wypad weekendowy z rodziną? Co na przykład z tym, co w pewnym sensie rządzi światem w podobnym stopniu co pieniądz? Mam na myśli energię, która zasila wszystko – od żarówki w małym domku do wielkich fabryk i rakiet. Czy decentralizacja energii jest w ogóle możliwa?

Trzecia Rewolucja Przemysłowa
Zdjęcie autorstwa 27707

Jeremy Rifkin, słynny ekonomista i publicysta, a także doradca wielu głów państw, przedstawił niezwykle ciekawą wizję w swojej książce „Trzecia Rewolucja Przemysłowa. Jak lateralny model władzy inspiruje całe pokolenie i zmienia oblicze świata”. Rifkin wyraził potrzebę zmian, poprzez wymienienie katastrofalnych skutków obecnie dominującego sposobu pozyskiwania energii. Wybór zasobów nieodnawialnych, takich jak węgiel czy ropa, już na etapie wydobycia jest degradujący dla środowiska. Spalanie tych surowców, w celu uzyskania energii, wpływa na zmiany klimatyczne i stan powietrza, wody i gleby. Wystarczy minimalne podwyższenie temperatury, aby powstały nieodwracalne zniszczenia w świecie roślin i zwierząt. Skupione w pojedynczych punktach wydobycie surowców ma też mnóstwo mniej oczywistych skutków. Jednym z nich jest centralizacja władzy, umieszczająca ją w rękach pojedynczych koncernów paliwowych, a także decydująca o gospodarce wielu krajów. To istnienie tych zasobów przyczyniło się do niejednej wojny, nawet jeśli niektórzy potrafili ubrać przyczyny w zupełnie inne słowa.

Nietrudno się domyślić, że alternatywą dla takiego stanu rzeczy, są odnawialne źródła energii. Farmy słoneczne czy wiatrowe, nie mówiąc już o wielkich elektrowniach wodnych, występują w wielu miejscach na świecie. Funkcjonuje dużo spalarni biomasy (śmieci), a energia geotermalna, dochodząca z wnętrza ziemi, jest na wyciągnięcie ręki.

Rifkin proponuje jednak zupełnie inny koncept. Zamiast skupiać produkcję energii w jednym miejscu, uzależniając ją od dostępności źródeł energii w danym czasie (wiatr nie zawsze wieje), proponuje utworzenie kontynentalnych sieci energetycznych. W tym celu każdy budynek, istniejący i nowoprojektowany, zostałby wyposażony w urządzenia służące do produkcji energii elektrycznej z jej odnawialnych źródeł. Budynki byłyby połączone w inteligentną sieć, przesyłającą energię tam, gdzie jej brakuje z miejsc z nadmiarową produkcją. Warunkiem działania tego programu okazuje się konieczność zmiany systemu wartości – zamiast prawa do posiadania i sprzedawania dóbr, ważniejsze stałoby się prawo do dostępu. Energetyczny internet, czyli określenie padające w książce, byłoby dokładnie tym, co sugeruje nazwa.

Aby to osiągnąć, musiałoby zostać spełnione pięć warunków – pięć filarów Trzeciej Rewolucji Przemysłowej:

  1. Przestawienie się na odnawialne źródła energii;
  2. Przekształcenie budynków w mikroelektrownie, wytwarzające energię ze źródeł odnawialnych;
  3. Zastosowanie odpowiednich nośników energii – Rifkin proponuje wodorowe;
  4. Utworzenie sieci łączącej wszystkie budynki w energetyczny Internet;
  5. Wykorzystanie pojazdów elektrycznych, a także umożliwienie za ich pomocą transportu energii.

Wszystkie pięć elementów musiałoby być wprowadzane w życie jednocześnie, aby cały program Rifkina miał większy sens. Sieciami objęte zostałyby całe kontynenty, dzięki czemu udałoby się ułatwić wymianę wiedzy i technologii pomiędzy poszczególnymi państwami. W 2011 roku na terenie Unii Europejskiej znajdowało się ponad 191 milionów budynków i każdy z nich mógłby zostać przekształcony w mikroelektrownię. Nowe obiekty budowane i projektowane by były już jako dwufunkcyjne – obok podstawowego programu mieszkalnego, usługowego czy kulturalnego budynek planowanoby od początku jako jedno z oczek energetycznego internetu.

Wydaje się, że projekt na taką skalę ma bardzo małe szanse realizacji. Tylko czy nie podobnie było ze zmianami urbanistycznymi idącymi w parze z poprzednimi przemianami technologicznymi? Industrializacji towarzyszył rozwój budynków wielorodzinnych, przeznaczonych dla rodzin robotniczych. Później pojawiła się prefabrykacja, czyli budynki z wielkiej płyty wykorzystujące masową produkcję do ujednolicenia architektury i przyspieszenia tworzenia mieszkań spełniających wszystkie wymagania statystycznego człowieka. Obecnie miasta rozlewają się, ponieważ samochód stał się w dobrem podstawowym, a przez internet można zrobić zakupy, porozmawiać, pracować czy uczyć się. Myślę, że nie ma sensu skreślać pomysłu na energetyczny internet tylko dlatego, że wizja prezentuje zbyt wielkie zmiany. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę liczne korzyści takiego przeobrażenia.

Kluczową zaletą decentralizacji jest fakt, że odnawialne źródła energii są z natury rozproszone. Słońce świeci i wiatr wieje na całym świecie, nawet jeśli nie w tym samym stopniu. Jednocześnie, często te miejsca, w których najbardziej brakuje dostępu do prądu, mają właśnie największy potencjał do wykorzystania sieci budynków jako mikroelektrowni. To właśnie w krajach rozwijających się, które ominęła pierwsza i druga rewolucja przemysłowa, rozproszone pozyskiwanie energii odnawialnej mogłoby się okazać najbardziej efektywne.

Takie przemiany mogłyby przynieść ze sobą o wiele więcej dodatkowych korzyści. Na początkowym etapie wprowadzania w życie Trzeciej Rewolucji Przemysłowej, pojawiłoby się wiele miejsc pracy. Być może też zwiększyłaby się ogólna świadomość społeczeństwa, że człowiek jest tylko częścią natury i nie powinien sam zużywać jej wszystkich dóbr. Rozwój zrównoważony jest znany od lat architektom i urbanistom, ale czasami mam wrażenie, że dużo się o nim mówi a o wiele mniej się w jego zakresie robi. Tym, czego w nim brakuje jest gospodarka kolektywna, zachęcająca ludzi do poczucia przynależności i dbania o dobro wspólne.

Tego typu wizjonerskie programy zmiany świata często spotykają się z ostrą krytyką. Łatwo zauważyć i tutaj wiele przeciwności. Wielkie korporacje chętnie nie oddadzą swojego monopolu a zwykli ludzie mają zbyt wiele osobistych problemów, aby zwrócić uwagę na sprawy środowiskowe. Mimo to, ja widzę w tym pomyśle bardzo duży potencjał. Choć obecnie ogniwa słoneczne czy mniejsze wiatraki nie są tanie, a ich efektywność często zatrzymuje się na kilku procentach, wierzę, że technologia jeszcze nie raz nas zaskoczy.

Trzecia Rewolucja Przemysłowa

Co do samej książki – jak się można domyślić, polecam ją każdemu, kto jest zainteresowany przedstawioną wizją. Rifkin opisał wiele spotkań, rozmów z ważnymi postaciami i przykładów zmian, które już udało się wprowadzić. Dla mnie była to książka inspirująca, ale też wzruszająca. Zmusiła mnie do refleksji nad tym, jak bezmyślnie człowiek niszczy planetę dla zaspokajania swoich banalnych, konsumpcyjnych pragnień. Jeśli społeczeństwo teraz ocknęło się z tej apatii, to jest już za późno. Jeśli jeszcze nie, to wolę nie znać przyszłości.

Więcej

Urbanized, czyli dokument o współczesnych miastach

Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić jednym z najlepszych filmów dokumentalnych, jakie obejrzałam. Gatunek ten, podobnie jak reportaż, wywołuje we mnie zawsze skrajne emocje – albo będę siedzieć, nudzić się i czekać, aż się skończy, albo będę w napięciu obserwować każdy kolejny kadr, mając nadzieję, że nie jest on tym zamykającym. Film, o którym dzisiaj napiszę, zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. Jego tytuł to Urbanized, przetłumaczony na „Zurbanizowani” i jak się łatwo domyślić, traktuje o rozwoju miast, czyli o temacie szczególnie mi bliskim.

Kadr z trailera

Najpierw zobaczyłam trailer, a on mnie przekonał. Pokazał świetne kadry, z których udało mi się rozpoznać kilka miejsc, o których słyszałam lub czytałam, ale o których zdecydowanie chciałam wiedzieć więcej. Sięgnęłam więc po film i – choć trochę miałam już trochę dość tego tematu po maratonie architektonicznym z pracą inżynierską – on mnie po prostu zachwycił.

Zachwyciły mnie miejsca, ponieważ reżyser, Gary Hustwit, postanowił potraktować temat bardzo szeroko i wybrał zupełnie zróżnicowane miasta – od Nowego Jorku do Mumbaju, od Brasilii do Paryża. Dzięki temu widać bardzo wyraźnie, że problemy z którymi spotykają się współczesne metropolie są zupełnie różne w zależności od sytuacji ekonomicznej, lokalizacji czy kultury społeczeństwa. Na świetnych kadrach przedstawione zostały widoki z lotu ptaka, pokazujące układy urbanistyczne (lub bezład budynków wykonanych z najtańszych materiałów), ale także ujęcia z ulicy, z poziomu człowieka. Twórcy filmu nie zawahali się odwiedzić nawet takie zakątki, w które nie zapuszczają się najśmielsi podróżnicy. Dzięki temu udało się wejść w kontakt z lokalną społecznością, przedstawić, jak ludzie żyją w tych miastach i jak się w nich czują.

Okładka dokumentu

Zachwyciły mnie postacie, przedstawione w dokumencie. Lokalni działacze, mieszkańcy, politycy i architekci. W filmie pokazano między innymi amerykańskich urbanistów, mieszkańców Kapsztadu czy Niemców protestujących w trakcie budowy metra w Stuttgarcie. Większość słów, prawie wszystkie, które padają w dokumencie, to wypowiedzi ludzi, do których udało się dotrzeć twórcom dokumentu. Przeprowadzili wywiad z wiekowym już Oscarem Niemeyerem, odpowiedzialnym za monumentalne budynki w stolicy Brazylii, miasta składającego się z reprezentacyjnego centrum, otoczonego zielenią i zabudową mieszkaniową zlokalizowaną w dużych odległościach. Pojawił się też Sir Norman Foster czy Rem Koolhaas, a także Alejandro Aravena, zdobywca zeszłorocznej nagrody Pritzkera (film powstał 5-6 lat wcześniej). Warto też wymienić Enrique»a Peñalosa, ówczesnego i obecnego burmistrza Bogoty, znanego z promocji komunikacji publicznej i wypowiedzi na TEDzie mówiącej, że rozwinięte miasta to nie te, w których nawet biedni mają samochód, ale te, w których to bogaci korzystają z komunikacji publicznej i rowerów.

Film zdecydowanie skłania do refleksji, choć wyraźnie widać, którą stronę popierają twórcy. Niektóre tematy potraktowane zostały dość powierzchownie i nie poruszono ciemnych stron przedstawionych inwestycji lub pomysłów. Myślę, że był to jednak celowy zabieg, aby nie zmniejszyć wrażenia i nie zaburzyć głównego przesłania tego filmu – a jest nim: miasta się rozwijają i będą się rozwijać jeszcze bardziej. Jeśli nic z tym nie zrobimy, to może dojść do katastrofy, którą powoli możemy zacząć już obserwować w bardziej przeludnionych częściach świata. Zmiany często bywają bolesne, mogą też być tragiczne w skutkach, ale czasami są nieuniknione. Są też z biegiem czasu trudniejsze w realizacji.

„Urbanized” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich studentów architektury i podobnych kierunków. Piękne kadry, dobry montaż i pasująca muzyka przedstawiają miejsca, o których czasem można było usłyszeć na wykładach albo przeczytać w książkach, internecie czy gazetach. Poleciłabym ten film także osobom, które nie mają wiedzy w tej dziedzinie. W dokumencie nie ma miejsca na niezrozumiałe dla szerokiej publiczności nazewnictwo czy określenia jednoznaczne dla architektów, a nie mówiące zbyt wiele przeciętnemu człowiekowi. Nie zmienia to jednak faktu, że nie ma lepszego uczucia niż „o jaa, to ten, który zrobił to i tamto”, kiedy na ekranie pojawi się znana twarz.

Oficjalna strona dokumentu: http://www.hustwit.com/category/urbanized/

Więcej

Klątwa mniejszych miast, Miasto Archipelag

Święta to taki czas ponownej migracji ludzi z większych miast do rodzinnych wsi i miasteczek. W moim przypadku nie było inaczej, więc od razu uzbroiłam się w zapasy cierpliwości do tego typu miejsc oraz w najnowszą książkę Filipa Springera – „Miasto Archipelag”. Przy poprzedniej tego typu wyprawie postawiłam na tego samego autora i połączenie wypadło świetnie. Widok przemawiający z kart reportaży i miejsce, o którym można by niejeden reportaż napisać. Połączenie lepsze niż niejeden zestaw z wigilijnego stołu.

miasto archipelag

Miasto Archipelag to opowieść o dawnych stolicach województw które w momencie reformy administracyjnej w 1999 roku utraciły swój status. Choć nie odwiedzałam w tym momencie żadnego z opisywanych miejsc, pewnym rodzajem uspokojenia była informacja, że ta społeczna i ekonomiczna zapaść dotknęła nie tylko rejony miejsc mojego dzieciństwa ale i całą resztę tego smutnego kraju. Oczywiście poza stolicą i kilkoma innymi punktami, gdzie rozwój i nowe inwestycje są na porządku dziennym.

Polsce postęp gospodarczy nie wyszedł jednak na dobre. Rezygnacja z wielu fabryk i zakładów przemysłowych rozsianych po całym kraju na korzyść scentralizowanych punktów usługowych sprawiła, że całe życie odpływa Polsce z kończyn. Ale w reportażach Springera jest coś więcej – każde z opisywanych 31 miast miało swoją chwilę sławy, swoją nadzieję na szybki rozwój. Miało swoje lata rozkwitu, w których powstawały nowe instytucje, rozwijała się kultura i lokalny biznes. Po tych chwilach radości zostały ruiny, miejsca pamięci, ale przede wszystkim wspomnienia wśród ludzi, którzy w większości już nawet tam nie mieszkają. Jednak to pozostałe w Miastach Archipelagu (bo tak autor określa dawne stolice województw) jednostki stały się głównym tematem książki. Ci bardzo dziwni ludzie, którzy nie uciekli do Warszawy czy Krakowa, tak jak zrobiła większość ich znajomych.

Miasta Archipelagu mimo wszystko spotyka taka sama historia co bardzo wiele nigdy-nie-wojewódzkich miejscowości. Stają się muzeami – miejscami, do których przyjeżdża się dwa razy w roku, zobaczyć czy coś się nie zmieniło. I tak, są jakieś drobne zmiany. Tutaj coś zarosło, tam sąsiad dom pomalował, tu zlikwidowali kolejną szkołę. Czasem coś nowego się buduje. Jacyś szaleńcy, prawdopodobnie jeszcze nie wiedzą, jak wygląda życie w takim miejscu. Prosty rachunek ekonomiczny i możliwości jakie daje posiadanie samochodu razem tworzą porządny argument dla osiedlających się w takich miejscach. Ja nigdy, przenigdy ich nie zrozumiem.

Największym wydarzeniem w małym mieście jest zawsze budowa McDonalda. Taki awans spotkał także moje rodzinne miasteczko. McDonalds rzeczywiście stanął. Za wybudowaną wcześniej obwodnicą, kilka kilometrów od centrum miasta, podobno da się dojechać rowerem ale trzeba go przez jakieś płoty przenosić. Samochodem łatwiej. Na końcu świata wszystko jest samochodem łatwiej.

Zresztą to odizolowanie od reszty kraju to chyba najgorsza rzecz w mniejszych miastach. Jeden pociąg dziennie, ceny zawsze z kosmosu. Podobno istnieją jakieś autobusy dalekobieżne, ale firmy te o Internecie jeszcze nie słyszały, więc nie ma mowy, że znajdziesz gdzieś ogólnodostępny rozkład odjazdów. Do miast wojewódzkich dostać się łatwiej, ale nie w Święta. Planowałam spotkać się z kilkoma osobami, ale przez cały świąteczny okres busy żadnego przewoźnika nie kursują. A zaraz po świętach zabrakło i ludzi. Ledwo Wigilia się skończy, porozdaje się prezenty i porozmawia o dwunastu potrawach a już trzeba uciekać. Zanim ta ponurość małego miasta nie pochłonie resztek motywacji do działania.

miasto archipelag

Oczywiście są i ludzie, którzy pozostali, w tym niektórzy i z własnego wyboru. Osoby, które znalazły coś dla siebie w tych odizolowanych zakątkach kraju, ci którzy jeszcze wierzą, że da się coś zrobić, aby przywrócić legendarną świetność podupadłej mieścince, albo którzy widzą zalety w sielskim spokojnym życiu. W egzystowaniu tam, gdzie wszyscy wszystkich znają, gdzie wyjście do sklepu to całodzienna wyprawa. Gdzie nie trzeba wybierać z ogromnego wachlarza możliwości, jakie daje duże miasto, tylko bierze się to co jest. W lato Wianki, w Sylwestra wystrzeliwanie w niebo połowy budżetu miasta.

Są jeszcze te małe przyjemności, takie których nie doświadczysz w dużym mieście. W Skarżysku jest to na przykład wielki „ciucholand”. W ciągu jednego dnia, za niewielkie pieniądze można w nim wyposażyć sobie całą szafę. Dlatego przyjeżdżają tam ludzie z okolicznych miast i wiosek, umawiają się grupami aby zabrać się jednym autem, doradzają sobie przy selekcji ubrań z pełnego koszyka skarbów. Cennik w zależności od dnia tygodnia każdy zna na pamięć. Wbrew pozorom, to właśnie ostatniego dnia przed wymianą towarów, kiedy cena jest już ułamkiem tej z metki, znajduje się najciekawsze okazy i jest z czego wybierać.

Jeśli jednak chcesz się gdzieś przejść, uświadomisz sobie po chwili, że nie ma dokąd iść. Źle zaprojektowane drogi prowadzą pomiędzy rozpadającymi się budynkami. Jakieś odłażące reklamy, ze spranymi od słońca niejednego lata napisami, pojawiają się bardzo sporadycznie. Tutaj ktoś pomalował sobie domek na soczysty fiolet. Odrobina radości w tym smutnym świecie. A dalej już tylko czerń niedziałających drogowych latarni i smog z pieców, gdzie pali się zimą wszystkim. Tu coś odremontują, tam coś się zawali, grunt aby wyjść na zero i sprawiać jeszcze jakieś pozory. Aby odsunąć w czasie pogodzenie się z beznadziejnością.

Jeżdżąc w rodzinne strony zawsze lubię brać ze sobą Springera, aby wiedzieć, że to tak nie tylko tu. Zresztą, te książki się lepiej czyta poza miastem. Tam, gdzie można poczuć ten sam unoszący się w powietrzu nastrój. Gdy mogę sobie wyobrazić, że opisywane miejsca mogą się znajdować gdzieś tu obok, a bohaterowie reportaży równie dobrze mogliby mieszkać na tej ulicy. Zawsze przychodzi mi wtedy na myśl, jak wyglądałaby książka opowiadająca o miejscu mojego dzieciństwa. Nie o historii, nie o znanych postaciach – takich napisano już kilka. O tym, co jest teraz. Regularnie śledzę bloga pieczołowicie opisującego aktualności i historię miasta. Czytam o decyzjach Rady Miasta, o pomysłach na rozwój i możliwościach. Gdzieś nawet pojawiło się hasło „rewitalizacja”, ale brzmi to jak marzenia pięciolatka o locie w kosmos. Podobno się da.

miasto archipelag

A może warto jeszcze walczyć? Nieatrakcyjność małych miast sprawia, że te większe są na własną prośbę oblegane. Te nie mieszczą tylu ludzi, więc rozlewają się na przedmieścia. Z suburbii, miejskich sypialni, do pracy i szkoły wszyscy dojeżdżają samochodami, psując środowisko i niszcząc swoimi wehikułami ład przestrzenny miejskich ośrodków. Z książki Springera przemawia wyraźny komunikat, że jest źle. Ostatni rozdział bezbłędnie identyfikuje źródło problemu. Myślę, że tę lekturę powinien przeczytać każdy, ale przede wszystkim ci, którzy życie w mniejszym mieście znają jedynie z wycieczek do Piaseczna czy innej sypialni dużego miasta. A to były przecież kiedyś miejsca z własną identyfikacją, z kulturą i historią.

Trochę ich szkoda.

Więcej

Narracje #8 – Biskupia Górka

Jesienna szaruga w tym roku nie zaczęła się, a raczej wtopiła w ledwo mrugające w Trójmieście lato. Złote liście schowały się szybko pod warstwą błota, a jesienne płaszczyki zastąpiły w szafie grube, zimowe palta. Taki tam październik, polecam nie wychodzić z domu. No za wyjątkiem tych szczególnych dwóch wieczorów, kiedy w Gdańsku odbywają się Narracje. Zeszłoroczną edycję tego festiwalu, odbywającą się w Nowym Porcie, wspominam bardzo dobrze. Pomimo przemarzniętych dłoni i porządnego zmęczenia, wróciłam wtedy do domu przepełniona dziwnym zafascynowaniem. Tym razem Narracje miały się odbyć na Biskupiej Górce, miejscu którego tak właściwie jeszcze nigdy nie odwiedziłam.

narracje 8 biskupia górka

Początkowo zastanawiałam się, czy mogę sobie czasowo pozwolić na poświęcenie całego wieczora spacerowi pośród instalacji w przestrzeni tej nieznanej mi dzielnicy. Dopiero co wróciłam ze Śląska, a nadchodzący poniedziałek wydawał się zawierać w sobie coś kłującego, wyglądającego jak palący deadline. Przypomniałam sobie jednak zeszłoroczne wydarzenie – to jak zmieniło ono moje postrzeganie owianej złą sławą dzielnicy. Biskupia Górka, nie kojarzyła mi się natomiast z niczym poza wagonikiem transportującym materiał do budowy gdańskich bastionów, według mojego zeszytu do historii architektury polskiej. Nie kojarzyłam ważnych budynków w tej dzielnicy, nie znałam nikogo kto tam mieszka. Praktycznie była to dla mnie jedyna okazja aby w ogóle odwiedzić Biskupią Górkę.

Na początku wydarzenie mnie mocno zniechęciło. Ogromne grupy ludzi, gromadzące się pod zielonoświątkowym kościołem, będącym punktem startu wycieczek po instalacjach, uświadomiły mi, jak popularne stało się to wydarzenie. Z organizacją też coś było nie tak. Rozpoczynając trasę w grupie kilkudziesięcioosobowej trudno było się dopchać do przewodników. Bardzo mylącym i nieprzyjemnym manewrem z ich strony było zachęcenie zwiedzających do udania się do wnętrza kościoła, aby zobaczyć znajdującą się tam instalację, a następnie zdematerializowanie się nie wiadomo gdzie. Dwukrotnie dałam się na to nabrać, za trzecim razem postanowiłam przykleić się do jednej z przewodniczek i pomimo taranowania ludzi niczym tatusiek z wózkiem na otwarciu galerii Metropolii, trzymać się na bezpieczną odległość kilkudziesięciu centymetrów od niej. Dopiero po oddaleniu się od punktu startowego trasy, dało się swobodnie poruszać jak na normalnej wycieczce. No może poza faktem, że oprowadzana grupa początkowo liczyła blisko stu osób. Nie muszę chyba zaznaczać, że start wydarzenia totalnie nie przypadł mi do gustu i niewiele brakowało, żebym wróciła do cieplutkiego mieszkania, obrażona na cały świat, wmawiając sobie, że niczego nie straciłam. A straciłabym i to wiele.

Tak, było mnóstwo niedogodności. Pchający się wszędzie ludzie, brak dostępu do wielu instalacji, mieszanie się z innymi grupami. O tym wszystkim dało się jednak zapomnieć, kiedy zaczął udzielać się ten niesamowity klimat Narracji. Obrazy wyświetlane na budynkach, nietypowo umieszczone przedmioty, wnętrza kryjące niezwykłe historie. Tym razem jednak najmocniejszą stroną imprezy było tło akustyczne. Ten niezwykły, niepowtarzalny i niespotykany nigdzie indziej jak na Narracjach soundscape pochłonął mnie całkowicie. Hałas dobiegający z poszczególnych instalacji odbijał się od ścian budynków i mieszał z głośnymi rozmowami zebranych ludzi oraz przewodników opisujących kolejne prace. Do tego dochodziło nierównomierne oświetlenie krętych i nieregularnych uliczek pełnych starych i klimatycznych kamienic. Wydawało się, że za każdym zakrętem umieszczona jest jakaś kolejna tajemnica.

narracje 8 biskupia górka

Instalacje artystyczne przedstawione w tegorocznych Narracjach były bardzo zróżnicowane, choć mam wrażenie, że ich forma, w większości, była tylko dodatkiem do szerokiej analizy. Artyści bardzo mocno skupili się na pomyśle i samej idei, natomiast dzieło finalne zostało zminimalizowane. Najbardziej wyraźnym tego przykładem była praca Honoraty Martin, o nazwie „Ściana”. Podchodząc do instalacji, zauważyłam, że jest to jedynie kilkanaście ułożonych na zaprawie cegieł. Jak się okazało, artystka przychodziła przez dłuższy czas na Biskupią Górkę i ofiarowała mieszkańcom swoją obecność. Tytułowa ściana, okazała się być jedynie pozostałością po tych odwiedzinach. Jednocześnie symbolizowała też to, co artystka odczuła najmocniej – odizolowanie dzielnicy, przez roboty drogowe utrudniające ludziom przejście.

Oczywiście znalazło się i miejsce na dzieła prezentujące bardziej materialną wizję artysty. Przykładem może „Portal” Mariusza Warasa, który zamknął przestrzeń pomiędzy kamienicami imitacją kolejnego budynku. Budynek-widmo, wydrukowany na sztywnym materiale banerowym i rozciągnięty na całą szerokość uliczki, ponacinany został tak, aby można było przez niego przejść i obejrzeć z drugiej strony.

Jak już pisałam, na tegorocznych Narracjach przede wszystkim dominował dźwięk. Szczególnie zapamiętałam instalację o nazwie „Vox populi” Zorki Wollny i Andrzeja Wasilewskiego. Umieszczone w starym budynku szkoły, w małej sali, odtwarzało krzyki mieszkańców nagrane podczas przeprowadzonych wcześniej warsztatów. Było je doskonale słychać także na zewnątrz budynku. Główną ideą formalną tej instalacji było wykorzystanie efektów wizualnych i dźwiękowych zastosowania cewki Tesli. Niestety to jest właśnie jeden z przykładów, kiedy nie udało mi się przepchać przez tłum, aby dokładnie zobaczyć instalację.

narracje 8 biskupia górka

Tegoroczne Narracje były wydarzeniem niezwykłym, choć lepiej wspominam edycję z Nowego Portu. Coraz większe zainteresowanie, jakie budzi nocny spacer po niezwykłych instalacjach, sprawia że na Narracje przybywają tłumy. Nie jest to oczywiście złe zjawisko – dzieła tych artystów zdecydowanie powinny zostać zobaczone, a dobra kultura zawsze będzie budowała pozytywne wartości w społeczeństwie. Być może rozwiązaniem mogłoby być przedłużenie festiwalu o jeden dzień. Mimo wszystko cieszę się, że odbywają się kolejne edycje, że nie kończą się pomysły na ich organizację. Niezależnie od tego, jakie tłumy będą w przyszłym roku, na pewno i ja będę wśród nich.

Więcej

Copernicon 2016

Copernicon był w tym roku raczej na mojej liście marzeń, a nie planów. Nawał obowiązków na początku września rzucał cień na szanse mojego wyjazdu do Torunia. Już od początku wiedziałam, że jeśli się nie uda, to będę żałować. Zeszłoroczny Copernicon był wspaniały, miał wszystkie cechy dobrego konwentu – miejsce, ludzi i atrakcje, a przy okazji był naprawdę porządnie zorganizowany. Był też ostatnim konwentem, na którym się pojawiłam. Tak, brak czasu zdecydowanie wpływa na możliwość wyjazdów w weekendy. Trójmiejska oferta wydarzeń tego typu jest o dziwo bardzo biedna. Powstają małe konwenty, głównie nastawione na mangę i anime, jest też festiwal GRAMY, zlokalizowany na targach, więc w nieprzyjaznym dla gracza miejscu. Copernicon za to ma zawsze bogaty program, a jego miejscem są budynki uniwersytetu i szkół. To tworzy wspaniały klimat wydarzenia rozlewającego się na całe stare miasto… Nie, nie mogłam sobie tego odpuścić. I o dziwo się udało!

copernicon 2016

Chociaż konwent rozpoczynał się dopiero o 16:00, ja wsiadłam do pierwszego porannego pociągu, aby być na miejscu jak najwcześniej. Dobrze wiem, co potrafi zepsuć brak preakredytacji – a przecież nie chciałabym spędzić połowy pierwszego dnia w kolejce. Drugim powodem wcześniejszego przyjazdu była chęć pozwiedzania pięknego Torunia. Być w tym pięknym mieście i nie przejść się spokojnie po średniowiecznych uliczkach – to byłaby zbrodnia. Z dworca głównego również postanowiłam dotrzeć co centrum miasta na piechotę. Główną atrakcją tego spaceru okazał się wspaniały, niekończący się most, z przepięknym widokiem na panoramę miasta. Przed festiwalem udało mi się jeszcze zaliczyć wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej. Mocne, wyzywające prace tureckich artystów oraz ciekawe typograficznie ukraińskie plakaty – jeśli będziecie w Toruniu, to zdecydowanie warto tam zajrzeć.

A potem zaczął się konwent i już nic nie istniało, poza bogatym planem atrakcji. Cały Copernicon – zbyt wiele się dzieje, aby być na wszystkich prelekcjach i panelach, aby spotkać się ze wszystkimi osobami, żeby w pełni skorzystać z oferty LARPów, erpegów czy gamesroomu. Trudno wybrać z dwustronnej (A3) tabelki dostępnych punktów programu, zlokalizowanych w paru różnych budynkach. Początkowo denerwowało mnie to rozrzucenie obiektów konwentu, ale szybko dostrzegłam i pozytywne strony – po pierwsze, to wymuszało okazjonalne wyjście na zewnątrz, tak potrzebne dla człowieka wiecznie siedzącego. Po drugie, powiedziałabym, że ważniejsze – uczestniczyło w procesie wyboru punktów programu. Nie mogąc się zdecydować pomiędzy kilkoma atrakcjami, wybierałam tą, która jest bliżej, na którą się nie spóźnię. Tutaj warto zaznaczyć, że na Coperniconie plan godzinowy jest praktycznie studencki, czyli 45 minut + 15 przerwy. Tak powinno być na każdym konwencie – dzięki temu praktycznie nie było osób dochodzących po rozpoczęciu prelekcji.

Największą – i chyba jedyną poważną – wadą tegorocznego Coperniconu był brak budynku Collegium Maius, najbardziej klimatycznego i niezwykłego miejsca zeszłorocznego wydarzenia. Fantastycznych LARPów w rozległych piwnicach nic nie zastąpi, za to planszówkom było zdecydowanie lepiej na parterze CSW niż w ciasnych korytarzach gmachu uczelni. Pozostałe budynki spełniły swoje zadanie. Nie zliczę ile razy przebyłam drogę pomiędzy gimnazjum, „mat-infem”, Collegium Minus i CSW czy Młodzieżowym Domem Kultury i liceum obok. Może by mnie to denerwowało, gdyby pogoda nie dopisała albo Toruń nie był tym pięknym Toruniem… ale nie, chodzony konwent Copernicon to jednak to co do mnie przemawia najbardziej. Wszystko tylko nie wydarzenie zamknięte w pudle targów.

Copernicon, tak jak w zeszłym roku, przemyślany był idealnie. Stoiska ze sklepikami umieszczono w wydzielonej strefie, dzięki czemu nie przeszkadzały w poruszaniu się po miejscu konwentu. Planszówki na rozległym parterze CSW, oferującym bardzo dużo miejsca, a przy okazji skupiającym graczy. Bloki tematyczne rozplanowane po budynkach według podobieństwa, czyli na przykład literackie obok popkulturowych, popularno-naukowe obok konkursowych i planszówkowych. Rozpiska była bardzo czytelna, choć brakowało w niej rubryki, która informowałaby o zlokalizowaniu danej sali w konkretnym budynku. Dodatkową atrakcją były darmowe pokazy filmowe, na które niestety zabrakło mi czasu. Obawiam się też, że bez wyjątkowego skupienia, łatwo zasnęłabym nawet na najlepszym filmie po tej minimalnej dawce snu, jaką byłam w stanie poświęcić podczas konwentu.

Z bloków programowych szczególnie przykuł mnie ten planszówkowy. Na warsztaty z tworzenia gier, prowadzone przez Macieja Jesionowskiego mogłabym chodzić codziennie, natomiast prelekcja o uprzedzeniach w planszówkowym świecie, prowadzona przez Łukasza „UncleLiona” Juszczaka, przedstawiła więcej ciekawych informacji niż można się było spodziewać po tylko 45 minutach. Innym ciekawym wykładem, którego wysłuchałam, były „Mechaniki dawnych gier planszowych” Grzegorza „Lindala” Laskowskiego. Także gamesroom planszówkowy był świetnie wyposażony i konkursów nie brakowało. Przedstawiciele wydawnictw chętnie tłumaczyli zasady poszczególnych gier.

Program sal literackich i popkulturowych wypełniony był po brzegi. Najbardziej utkwiły mi w pamięci prezentacje „Dlaczego tak rzadko zapraszamy logikę do fantastycznych światów?” Łukasza „Sasa” Sasuły oraz „Hard SF – literatura dla wybranych” Leszka Błaszkiewicza. Dokładnie takich prelekcji oczekiwałam po tegorocznym Coperniconie.

Zupełnie przez przypadek trafiłam też na jeden cosplayowy wykład (jeśli zobaczycie mnie kiedyś w przebraniu za postać z dowolnego fandomu, wiedzcie, że koniec świata jest bliski), a mianowicie „Szycie dla Bystrzaków” poprowadzony przez duet Magic & Twoja Mama. Dziewczyny przedstawiły mnóstwo różnych materiałów, ich zastosowanie, właściwości i ceny. Szczerze mówiąc, do tej pory nie wiedziałam, że aż tak mało wiem o krawiectwie. Ach poszyłabym sobie, gdybym miała tylko odrobinę więcej czasu w życiu!

Jedną z najważniejszych rzeczy w konwentowym świecie są dla mnie zawsze LARPy. Dla niewtajemniczonych – zabawy polegające na wcielenie się w postać opisaną na karteczce od mistrza gry i poprzez interakcje z pozostałymi uczestnikami, osiągnięcie swoich celów. Zawsze byłam beznadziejna z aktorstwa, jednak coś zostało mi z czasów kiedy miało ono dla mnie duże znaczenie i jeszcze nie wiedziałam, że nic z tego nie będzie. W sumie uczestniczyłam w trzech LARPach – „Tam, gdzie wyją wilki” poprowadzonym przez Reszkę, „Zimowisko z Duchami” Tomasza Vali Kwarcińskiego oraz „ISS O7 Odyseusz: Pierwszy Kontakt” Grzegorza „Grzelicha” Hellicha. Wszystkie trzy miały ciekawą fabułę i były świetnie poprowadzone. Poza tym, zawsze fascynuje mnie ta umiejętność oderwania się od rzeczywistości, posiadana przez zdecydowana większość graczy, nawet tych którzy uczestniczą po raz pierwszy. Szczególnie podziwiam dziewczynę, z którą spotkałam się na powyższych LARPach, która w pierwszym z nich była drugą służącą w budynku, będącym miejscem akcji, natomiast w drugim przebojową nastolatką. Naprawdę takich zdolności aktorskich to nawet w kinie dawno nie widziałam.

Ostatniego dnia konwentu byłam już tak zainspirowana i jednocześnie zmęczona, że postanowiłam pozostać w budynku CSW, pograć w planszówki czy pozwiedzać stoiska z nadzieją, że znajdę jakąś perełkę na wyprzedażach związanych z końcem targów. W ten sposób nabyłam przepiękny pierścionek-zegarek na stoisku Filcarium. Na coperniconową koszulkę funduszy już nie wystarczyło, za to zaopatrzyłam się w sygnowany gotyckim „C” otwieracz do piwa. Zawsze to bardziej przydatny gadżet niż niemal identyczna kształtem przypinka.

Ponieważ powrotny pociąg miałam dość późno, postanowiłam znowu przejść się długim mostem na dworzec. Toruń oddalał się za moimi plecami, a ja powoli (choć nie aż tak bardzo, jak na PKP) oddalałam się do pozakonwentowej rzeczywistości.

copernicon 2016
Więcej

Pokémon GO ożywia miasta

pokemon go

Pokémon GO trafiło wreszcie do Polski! Aplikacji nie trzeba już pewnie nikomu przedstawiać, nie mówiąc już o samej idei świata pełnego kolorowych „zwierzaków”, które można łapać, trenować i za ich pomocą pojedynkować się z innymi graczami. Uważam, że Pokémon GO, to jedna z lepszych rzeczy, jakie przydarzyły się w świecie popkultury w obecnym roku, zwłaszcza biorąc pod uwagę zaangażowanie jakie udało się jej wywołać w użytkownikach.

Przypomnijmy sobie, jak wyglądał świat jeszcze miesiąc temu. Większość ulic świeciło pustkami lub było zdominowane przez samochody. Ludzie po przyjściu ze szkoły czy pracy zajmowali miejsce przed komputerem, aby tego dnia nie ujrzeć już świata zewnętrznego, z którym kontakt często ograniczony był do widoku zza szyby samochodu czy autobusu. Pytając ludzi o drogę do konkretnego obiektu, na ogół słyszało się „nie wiem”, nawet jeśli znajdował się on w najbliższym otoczeniu. Sama parokrotnie nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie, jak dojechać do najbliższego szpitala czy kościoła. Nawet pomimo, że biegam po okolicy staram się znajdować czas na bieganie po okolicy.

Jak oglądam zdjęcia czy filmiki z USA (Pokémon GO wyszło tam wcześniej) i widzę ludzi biegających z telefonami po ulicach i parkach, zastanawiam się, jak mało było potrzebne aby ożywić przestrzeń miejską. Wystarczyło stworzyć aplikację, która wymusi na użytkownikach odrobinę ruchu, ale jednocześnie zaoferuje w zamian coś więcej niż obrazek z trasą i liczbą przebytych kilometrów, którym będzie można pochwalić się na Twitterze. Pokemonom, jak widać po statystykach pobrań, całkowicie się to udało. Choć oficjalnie w Polsce to nowość, w Internecie łatwo było znaleźć wiarygodne źródło aplikacji do pobrania, co sprawiło że i tutaj zdarzało mi się widzieć ludzi chodzących w pobliżu PokeStopów z wyciągniętymi telefonami.

Przede wszystkim – Pokemony to nasze dzieciństwo. Paręnaście lat temu był to prawdziwy hit, dzieci kolekcjonowały naklejki z rogalików, żetony z czipsów, figurki kupowane w kioskach, nie mówiąc już o oglądaniu samej kreskówki. Ile osób marzyło o tym, aby kiedyś ruszyć w świat i zostać trenerem Pokemonów? Niektórzy znali na pamięć wszystkie nazwy, generacje, inni tylko rozrysowywali który typ Pokemona jest dobry do walki z innym. Gry z Pokemonami, jako pierwowzór całej serii, cieszyły się chyba największym sukcesem, choć akurat do mojego dzieciństwa nie udało im się trafić.

Kiedy wszyscy miłośnicy Pokemonów dorośli, a przynajmniej zajęli się „dorosłymi” sprawami, mało kto spodziewał się, że dzięki jednej prostej aplikacji na telefon będzie mógł chociaż w namiastce spełnić swoje marzenia z dzieciństwa. Pewnie mało osób się ze mną zgodzi, być może większość widzi w tej grze jedynie mobilizację do uprawiania sportu… ale czy to źle?

Nigdy nie potrafiłam się przekonać do tych wszystkich programów liczących kroki czy zapisujących trasy biegu. Już bardziej motywowała mnie energiczna muzyka czy wygodne buty. Jednak po jakimś czasie czułam niedosyt w tego typu wysiłku – wracałam do domu, pomimo niewyczerpania całych sił. Po prostu nie wiedziałam, dokąd biec, gdzie mogę znaleźć coś ciekawego, wartego nawet nadłożenia trasy. Czasem stawiałam sobie za punkt docelowy jakiś widoczny w oddali budynek, ale szybko skończyły mi się te… PokeStopy. No właśnie – zauważyłam, że najszybciej biegnę, kiedy lista moich Poké Balli jest pusta a aplikacja wyświetla mi na mapie punkt, gdzie mogę uzupełnić swoje zapasy.

pokemon go

PokeStopy to konkretne lokalizacje w grze. Z tego, co udało mi się wyszperać w Internecie, pochodzą one z innej gry firmy Niantic – z Ingressa. Są to ważniejsze obiekty, pomniki, kościoły, szkoły, budynki użyteczności publicznej, punkty informacyjne, murale i graffiti – rzeczy które nieraz mijałam, a do których zdecydowanie warto byłoby znać drogę. Mając więc konkretny cel – a także i konkretną nagrodę, bo jak już pisałam, w PokeStopach można znaleźć kilka przedmiotów do wykorzystania w grze – od razu lepiej się biegnie. A jeśli jeszcze za przebyte kilometry mogę uzyskać dodatkowego Pokemona, wyklutego z jajka (za 2, 5 albo 10 km), od razu chce się ubrać wygodne buty, spakować Power Bank i tylko biegać z wyciągniętym telefonem. Nawet muzyka z gry pasuje tempem do szybkości biegu.

Innym ciekawym elementem gry są gymy – miejsca, które można przejmować po pokonaniu obecnego tam gracza, a które dziennie wzbogacają gracza o monety do wykorzystania w sklepie. Są też przyjazne siłownie, należące do drużyny tego samego koloru, z których można korzystać bez walki. Dzięki temu zachodzi interakcja pomiędzy użytkownikami aplikacji. Także wykorzystywane przedmioty do wabienia Pokemonów mogą gratisowo pomóc innym pobliskim graczom.

Nie wspomniałam jeszcze o tym, co w grze ukradło serce niejednej osobie aktywnej w Social Media, a mianowicie o funkcji rozszerzonej rzeczywistości. Zostawiłam to na koniec, ponieważ nie obsługuje jej mój telefon i wszystko co wiem o tym trybie wynika z doświadczeń innych graczy. Polega to na tym, że gra, wykorzystując aparat w telefonie, wyświetla rzeczywistość z wklejonym Pokemonem – na przykład stojącym na chodniku przed nami. Gra dużo bez tego nie traci, a zyskuje na płynności, łatwości znalezienia pokemona i pożeraniu mniej z baterii. Oczywiście fajnie by było czasem pochwalić się, w jakim miejscu znalazło się jakiego stworka – ale trudno. Zdecydowanie da się grać i bez funkcji AR.

Bardzo cieszę się, że w ogóle powstała taka gra jak Pokémon GO. Aplikacja skutecznie ożywia miasta i zachęca do ruchu nawet największych leni. Motywuje do poznawania ważnych punktów w okolicy, a przy okazji daje tyle rozrywki, co naprawdę nieliczne gry komputerowe czy mobilne.

Oczywiście jest i druga strona medalu – zaczynając od zawirusowanych nieoficjalnych kopii gry, które mogą uszkodzić telefon czy wykraść dane osobowe, poprzez wypadki na drogach wynikające z czyjejś chęci złapania rzadkiego pokemona. Wykorzystując aplikację, złodziej może łatwo zwabić kogoś z drogim telefonem, a gracze – pracownicy mogą mieć trudności ze skupieniem się na wykonywanym zadaniu, myśląc tylko o wyjściu z biura i bieganiu po mieście w pogoni za Pokemonami. Ale takie jest życie – pełne niebezpieczeństwa i pokus; taki jest świat – pełen ludzi złych i bezmyślnych. To nie wina gry, że takie rzeczy się zdarzają, a trudno przewidzieć wszystkie możliwe zagrożenia. Grunt to zachować rozsądek – wtedy gra może się przyczynić do wielu pozytywnych zmian w życiu, a co najmniej do nabrania kondycji. Nie mówiąc już o efektach na większą skalę, takich jak ożywienie przestrzeni publicznej.

Więcej

Od Gropiusa do Bauhausu, czyli „Pełnia architektury”

Są książki, o których chciałoby się powiedzieć, że się przeterminowały. Że autor przekazał swoje, nauczył czegoś czytelników, a oni następnie wyszli w świat i zrobili dokładnie to, czego on oczekiwał. Niestety, naprawdę niestety, to się nie stało ze słynnym dziełem Waltera Gropiusa „Pełnia architektury”.

pełnia architektury

Początkowo ostrożnie podchodziłam do tego tytułu – pierwsze strony nie zaciekawiły mnie za bardzo. Kilka kartek później nie mogłam się już oderwać od lektury. Uważam, że to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy zamierzają zajmować się tworzeniem przedmiotów użytecznych dla innych, albo właśnie budynków. Gropius przekazał swoją wiedzę w sposób niezwykle konkretny, ale najbardziej zadziwia ponadczasowość tego przekazu. Pomijając drobne szczegóły, mogłabym teraz, w 2016 roku, traktować ten 73-letnią książkę (data pierwszego wydania – 1943) jako podręcznik.

Dla osób niewtajemniczonych w świat architektury, zacznę od krótkiego przedstawienia postaci Gropiusa. Ten niemiecki architekt, jeden z kluczowych przedstawicieli modernizmu, utworzył w 1919 roku szkołę rzemiosła, sztuki użytkowej i architektury Bauhaus. Jego najsłynniejsze dzieła to Fabryka Fagus w Alfeld (wraz z Adolfem Meyerem) oraz druga siedziba Bauhausu – budynek w Dessau. Oba obiekty na pierwszy rzut oka wyglądają jak „typowy modernizm”, ale przy bliższym poznaniu stają się naprawdę wybitne. Ale nie o tym jest wpis. Przejdźmy do książki.

„Pełnia architektury” to zbiór esejów na różne tematy. Chociaż każdy z nich stanowi odrębną całość, omawiane zagadnienia płynnie przechodzą jedno w drugie. Zaciekawiły mnie praktycznie wszystkie rozdziały, co się rzadko w tego typu zbiorach zdarza.

Z książki można dowiedzieć się, czym tak właściwie był Bauhaus. Wiele osób używa sformułowania „styl Bauhausu”, pomimo że w szkole tej nie uczono stosowania żadnych konkretnych form. Modernizm nie wprowadzał do architektury nowych elementów, a stanowił metodę według której miały powstawać nowe budynki i przedmioty. Metodą tą było przeanalizowanie potrzeb ludzi i odpowiedzenie na nie.

Tego mniej więcej uczył Bauhaus – niezwykła szkoła, w której łączono teorię i praktykę, sztukę i rzemiosło. Nauka rozpoczynała się podziałem na dwa rodzaje zajęć – z projektowania i inżynierii. Podział ten wynikał z tego, że nie było nauczycieli, którzy specjalizowaliby się w obu dziedzinach. Dopiero kiedy pierwsze pokolenie skończyło Bauhaus, można było te zajęcia połączyć. Nauka tam była niezwykle interesująca. Studenci już na trzecim roku praktykowali jako pomocnicy inspektora nadzoru na budowie. Część książki przeznaczona jest właśnie na opis funkcjonowania Bauhausu – szkoły stworzonej według wizji Gropiusa.

Autor książki miał wyjątkowo konkretne przemyślenia na temat zawodu architekta oraz tego, jakie powinny być jego dzieła. Nie „jak wyglądać” a „jakie”. Architekt powinien cechować się wszechstronną wiedzą, nie powinien uciekać od odpowiedzialności do jednej, wąskiej dziedziny. Obecne wychwalanie specjalizowania się w wąskim zakresie nie spodobałoby się Gropiusowi. Architekt to najważniejsza osoba na budowie, ale powinien być on także budowniczym, powinien znać każdy szczegół powstającego budynku.

pełnia architektury
pełnia architektury

Jako jedna z najważniejszych postaci modernizmu, Gropius miał wizję dalszego rozwoju architektury. Twierdził, że „Nowe budynki muszą być wymyślane, a nie powielane”. Widział potencjał w nowoczesnych ówcześnie technologiach, ale jednocześnie nie gardził tradycją. Tradycja, jego zdaniem, powinna się zmieniać i ewoluować wraz z biegiem czasu. Powinna oferować wciąż nowe. Nawet ludziom, którzy na to nowe nie są jeszcze gotowi – trzeba ich wybudzić z utrudniających życie przyzwyczajeń. „Musimy odróżniać istotne, prawdziwe potrzeby ludzi od bezwładności i nawyków, które tak często opisywane są jako „wola opinii publicznej”.

Gropius opisał także aspekty psychologiczne architektury – na przykład to, że „każdy dorosły człowiek powinien mieć własny, choćby najmniejszy pokój”. Ważne dla niego były więzi międzyludzkie, dbanie zarówno o pracę zespołową jak i społeczny efekt tworzenia się sąsiedztwa wokół i w budynku. Nawet w dziedzinie psychologii Gropius miał coś nowego do powiedzenia. Na przykład, że nie powinno się poprawiać błędów dziecka, aby nie uczyć go schematycznego myślenia, nie uformować go według swojej wizji.

Aktualność tej książki widać zwłaszcza w rozdziałach o urbanistyce. Już wtedy istniały problemy zbyt długich dojazdów z domu do pracy, centra miast były nieatrakcyjne (choć jeszcze utrzymywało się tam przeludnienie) a same mieszkania były zbyt drogie, aby każdy mógł sobie na nie pozwolić. Co więcej, pojawiające się bloki z wielkiej płyty od początku budziły niechęć, kojarzyły się z niskim standardem. Gropius przedstawił zalety takich budynków, opisał dlaczego niektóre osoby wręcz powinny wybierać mieszkania w wielkiej płycie. Budynki takie gwarantowały warunki oświetleniowe i wentylacyjne, o jakich nie można było pomarzyć w ciasnych śródmiejskich kwartałach. Wielkie nadzieje widział w prefabrykacji, pozwalającej utrzymać ład przestrzenny nawet przy indywidualnym projektowaniu, dzięki podobieństwu komponentów. Jedynie współczesnej gentryfikacji nie przewidział – opisał przesiedlenia w pozytywnym kontekście, pewnie nie przypuszczając, jak daleko to może zajść.

pełnia architektury

„Pełnia architektury” to świetna książka. Bardzo ładnie wydana, wydrukowana na przyjemnym papierze, w wygodnym formacie i z użyciem pięknego kroju pisma (Skolar i FF Mark). Przyjemna w dotyku okładka może nie jest najpiękniejsza, ale spełnia swoją funkcję (choć kompletnie nie rozumiem doboru i sensu umieszczenia tych cytatów na wierzchu). Wewnątrz wykorzystany został zielony kolor do stron tytułowych oraz wyróżnionych fragmentów. Tworzy to bardzo ładną formę książki.

Zdecydowanie mogę polecić tę lekturę wszystkim, którzy chcą tworzyć przedmioty użyteczne, architektom i studentom kierunków projektowych. A także tym, którzy nie rozumieją idei modernizmu, zwłaszcza dzieł związanych z Bauhausem. Czy kupiłabym tę książkę? Zdecydowanie tak.

Więcej

Gdynio, otwórz się! – czyli Open House Gdynia

Chyba nie mogłam sobie wyobrazić lepszego sposobu na poznanie tego pięknego miasta. Mija drugi miesiąc, odkąd mieszkam w Gdyni a w ten weekend zajrzałam tam, gdzie normalnie nie mogłabym wejść. Na tym polegał Open House Gdynia, czyli festiwal architektury, wpuszczający ludzi do prywatnych domów, zamkniętych części budynków użyteczności publicznej oraz mniej oczywistych miejsc – jak podwórka czy podziemia. Co więcej, postanowiłam uczestniczyć w tym wydarzeniu trochę aktywniej, więc zapisałam się na wolontariat.

open house gdynia

Na czym polega idea festiwali Open House? Pierwsze tego typu wydarzenie odbyło się w Londynie w 1992 roku. W 2002 roku dołączył Nowy Jork, w 2005 Dublin, w 2007 Tel Aviv… a w 2015 właśnie Gdynia. Obecnie już 30 miast corocznie zaprasza ludzi do zapoznania się ze swoją architekturą. Dla zwiedzających otwierane są wnętrza prywatnych mieszkań, zaplecza, ogródki – wszystko to, co na co dzień jest zamknięte na klucz i ukryte za zasłoną prywatności.

Więcej

Dwie krótkie, a wartościowe książeczki

Łatwo powiedzieć „nie oceniaj książki po okładce”, kiedy możesz pozwolić sobie na długie wyszukiwanie recenzji w internecie, albo chociaż przeczytanie opisów z tyłu lektury. Zdarza się jednak, że na wybór dzieła do poczytania masz naprawdę mało czasu, a żadna pozycja na bibliotecznej półce nie brzmi jak element Twojej listy „plan to read”. Ja tak miałam ostatnio, gdy potrzebowałam czegoś, co umili mi podróż do domu skm-ką. W oczy rzuciła mi się pasiasta okładka małego tomiku o percepcji architektury, po angielsku. Tak rozpoczęła się moja krótka przygoda z serią wydawnictwa Birkhauser. Krótka, bo zakończyła się na dwóch pozycjach – i to właśnie im postanowiłam poświęcić ten wpis.

Basics Spatial Design

dwie krótkie książeczki

Pierwsza książka, „Basics Spatial Design” Ulricha Exnera opowiada o tym jak architektura odbierana jest przez człowieka, co sprawia, że wydaje się nam przyjazna i dobrze zaprojektowana, a co może przyczynić się do unikania kontaktu z nią.

Percepcja przestrzeni to taka nauka, która zdaje się mówić o rzeczach oczywistych, jednak bez wcześniejszego uświadomienia ich sobie, na ogół się o nich nie myśli. Przykład z książki: budynek stojący samotnie wydaje się większym, niż gdyby stał w otoczeniu innej zabudowy. Trudno się nie zgodzić, to wydaje się oczywiste – jednak ja nie zastosowałabym tego zabiegu przy projektowaniu, przed uświadomieniem sobie takiej zależności. Bez zrozumienia, jak działa odbiorca dzieła, praktycznie nie da się wykonać projektu, który będzie odebrany jednoznacznie, tak jak autor by sobie tego życzył. Myślę, że mogę powiedzieć, że tak właściwie książka „Basics Spatial Design” jest bardziej o ludziach i ich postrzeganiu niż o samym tworzeniu.

Większość poruszanych zagadnień nie powinna być niczym nowym dla studentów architektury – mimo to nie czyta się tego z poczuciem nudy. Wręcz przeciwnie – łatwo złapać się na przytakiwaniu zawartym w książce zdaniom, porównywaniu ich do posiadanej wiedzy lub w myślach rozbudowaniu jej o własne doświadczenia. Wydaje mi się, że to nie studenci architektury są targetem tego utworu. Zawarta wiedza nie nauczy nikogo dobrze projektować, ale wyczuli na dostrzeżenie pewnych zależności. Zwłaszcza, że – choć opisuje głównie architekturę – spokojnie może być odniesiona do każdego innego projektowania. Bez problemu mogę wymienić zagadnienia, które łączą projektowanie budynków z innego rodzaju designem: kompozycja, proporcje, rytm czy gęstość elementów, a także mniej oczywiste aspekty, np. upływ czasu, w którym używany będzie dany obiekt.

Basics Urban Analysis

dwie krótkie książeczki

Drugą lekturą, którą chciałabym przedstawić jest „Basics Urban Analysis” Gerrita Schwalbacha. Temat analizy urbanistycznej jest dla mnie obecnie czymś wyjątkowo bliskim, ponieważ dotyczą jej jedne z moich zajęć na uczelni. Musze przyznać, że materiał zawarty w książce bardzo dobrze pokrywa się z wiedza, która wynoszę z ćwiczeń.

Analiza urbanistyczna to coś bez czego tak naprawdę nie da się zaprojektować ani zrewitalizować żadnego obszaru miasta. Polega na zbadaniu dużego terenu pod względem bardzo wielu właściwości, znalezieniu i przeanalizowaniu istniejących problemów i szukaniu rozwiązań, które dopiero później można przełożyć na projektowanie. Bez solidnej analizy tak naprawdę nie da się stworzyć dobrego projektu urbanistycznego – takiego, który wykorzysta zastane wartości, znajdzie potencjalne możliwości i zapobieganie degradacji. Zły projekt może wiele zniszczyć, zaczynając od więzi miedzy ludźmi (brak miejsc, w których mogliby się spotkać), do tworzenia niebezpiecznych punktów, gdzie łatwo o wypadki lub gdzie możne rozwinąć się przestępczość. Dobry projekt musi zadbać o wygodę przyszłych mieszkańców, zapewnić im dostępność usług, dobrą sieć dróg i komunikacji publicznej, zawierać zaprojektowane otwarcia i zamknięcia widokowe, a przede wszystkim powinien sprawić, że ludzie będą chcieli przebywać w danym miejscu, zostać w nim. Z angielskiego, to linger. Aby to zrobić, trzeba zebrać porządną bazę danych, której stworzenie ta książka ułatwi.

W „Basics Urban Analysis” można znaleźć sposoby, jak zbadać dany teren oraz przedstawić jego obecny stan w celach dalszego projektowania. Wypisane są kroki, jakie należy podjąć, sposoby i kwestie na które należy zwrócić uwagę, źródła z jakich można skorzystać oraz elementy jakie powinny się ostatecznie znaleźć w dobrej analizie. Zagłębiając się w lekturę można zrozumieć, co jest wartością danego terenu, a co wymaga zmiany. Nie łatwo jest myśleć o dużym obszarze jako o całości, dlatego warto podzielić go na poszczególne strefy, które również zostały tutaj opisane.

Czytając tę książkę, przypomniało mi się, jak mało wiedziałam o urbanistyce przed rozpoczęciem tych studiów. Wydawało mi się wtedy, ze urbaniści zajmują się tylko projektowaniem nowych miast, niczym w gre SimCity i wielu podobnych. Rzeczywistość przedstawia się zupełnie inaczej. Większością pracy urbanisty jest tak naprawdę analizowanie terenu, zidentyfikowanie problemów i możliwości. Projekt to dopiero kolejne zadanie – i na ogól nie dotyczy on budowania miast na surowym korzeniu. Zwykle jest to rewitalizacja części już istniejących metropolii – terenów poportowych, poprzemysłowych, w różny sposób zdegradowanych. Jeśli przed przeczytaniem tego wpisu miałeś/as podobny obraz zadań urbanisty, co ja parę at temu, ta książka jest zdecydowanie dla Ciebie.

Podsumowanie

dwie krótkie książeczki

Trudno jest zawrzeć pełne kompendium wiedzy w malej, krótkiej książeczce – zwłaszcza wiedzy dotyczącej tak rozległych dziedzin. Zdecydowanie wiec nie można traktować tych dzieł jak encyklopedii – zwłaszcza dla osób planujących zajmować się architektura i urbanistyka w przyszłości. Ja także nie znalazłam w nich zbyt wielu nowych zagadnień, przy okazji widząc jak skrótowo zostały potraktowane niektóre ważne dla mnie tematy. Czytałam bardziej w celu uzupełnienia braków z języka angielskiego – wypisując słówka i próbując zrozumieć je z kontekstu zdania i wiedzy, którą posiadam. Pod tym względem obie książki spisują się świetnie – proste konstrukcje zdań wręcz same się czytają. Bez konieczności zastanawiania się przy każdym zdaniu, obcy język przestaje być uciążliwy, nawet dla kogoś, kto tak jak ja, wciąż się go uczy. Cała seria została przetłumaczona z niemieckiego, więc dla osób walczących z tym językiem zdecydowanie lepszą decyzją byłoby znalezienie oryginału.

Sposób, w jaki ta seria została wydana to wygodny i ładny tomik formatu A5 zawierający sztywne kartki i tekturowa okładkę. Wewnątrz tekst wzbogacony jest o mnóstwo obrazków, map, tabelek lub schematów. Dodatkowo wyróżnione zostały wskazówki oraz informacje dodatkowe, poza treścią. Tekstu jest mniej, wiec czytanie tutaj jest przygodą na jeden wieczór. Słabą strona książek jest ich krótka żywotność – klejone kartki, które łatwo mogą wypaść oraz okładka wyglądająca na łatwo brudzącą się. Myślę, że osobiście nie kupiłabym ich na własność (koszt na Amazonie jednego egzemplarza – kilkanaście dolarów), jednak jako coś wypożyczonego z uczelnianej czytelni spisało się bardzo dobrze.

Opisywane książki mogę tez polecić tym, którzy po prostu interesują się kulturą – bo obie dotyczą bardzo ważnych jej części. W „Basics Spatial Design” odnajdą coś dla siebie fani designu a „Basics Urban Analysis” może zainteresować miłośników psychologii, socjologii i po prostu miejskiego życia. Zdecydowanie obie książki powinny przeczytać osoby pragnące rozpocząć studia architektoniczne oraz świeży studenci tego kierunku. Dla nich ta wiedza będzie nowa, wiec powinni być szczególnie zaciekawieni – zwłaszcza że na pewno przyda im się na kolejnych semestrach.

Więcej