Kategoria: Architektura, podróże

Wielka podróż do Belgii – cz. 2 (Bruksela)

W poprzednim wpisie opowiedziałam, jak wyglądały podróż oraz pierwsze godziny spędzone w stolicy Belgii. Jeśli trafiliście tutaj po raz pierwszy, zachęcam do rozpoczęcia czytania w tym miejscu. Pozostałym czytelnikom przedstawiam ciąg dalszy mojej wakacyjnej przygody:

Dzień drugi

Wstaliśmy rano i wyruszyliśmy na podbój Brukseli. W centrum miasta znaleźliśmy się zbyt wcześnie aby odwiedzić kolejny obiekt, ale dzięki temu mogliśmy pokręcić się wokół pałacu królewskiego bez narażenia się na zbyt duże tłumy. Scena letniego festiwalu nie przeszkadzała już, kiedy była pusta. Także w parku o wiele łatwiej było znaleźć miejsce do siedzenia. Dopiero tuż przed godziną 10, udaliśmy się do Muzeum Instrumentów Muzycznych, jednego z ważniejszych punktów podróży.

Do Pałacu można wejść w godzinach otwarcia. My niestety nie zdążyliśmy.

Muzeum Instrumentów Muzycznych

Piękny, wyraźnie secesyjny, budynek MIMu znajduje się w bliskim otoczeniu pałacu i wielkiego kompleksu muzeów, o którym jeszcze przeczytacie w tym wpisie. Stojąc przed muzeum instrumentów, nie sposób nie zauważyć pięknej panoramy miasta, zamkniętej ramami pobliskich budynków, ale przez to skupiającej wzrok na widzianej w oddali wieży ratuszowej. Aż się chce popatrzeć jeszcze chwilę, spowolnić nadejście pełnej godziny.

Muzeum Instrumentów dostarczyło jednak o wiele więcej wrażeń – choć tutaj głównie dźwiękowych. Tego się nie spodziewałam: że oprócz oglądania nieprawdopodobnej liczby eksponatów dostaniemy jeszcze urządzenia z słuchawkami, aby usłyszeć jak przedstawiane instrumenty brzmią. Podchodząc do poszczególnych przedmiotów, urządzenie wyświetla jego zdjęcie oraz prezentuje próbki nagrań. To potrafiło zachwycić zarówno przy wykonaniach melodii przez dużą orkiestrę, jak i przy wykorzystaniu pojedynczych instrumentów. Trzy piętra przepełnione niesamowitymi tworami z całego świata – od prostego gwizdka, poprzez skrzypco-trąbkę, gitarę z trzema gryfami, czy różnorakie instrumenty azjatyckie, jeszcze przez dudy, akordeony, bębny, dalej niesamowite komponium, grające zegary, jeszcze pięknie malowane lub rzeźbione fortepiany, klawesyny i inne instrumenty których nazwy nie pamiętam, później wynalazki ostatnich kilkudziesięciu lat, organy Hammonda, syntezatory… Rewelacyjne miejsce, które powiedziało mi więcej o muzyce niż jakakolwiek książka.

Tak, to też jest instrument muzyczny.

Minęło kilka godzin zanim wyszliśmy na zewnątrz. Było już na tyle późno, aby zjeść coś większego. Prawdopodobnie z okazji festiwalu, nieopodal stało mnóstwo food trucków. Zaopatrzyliśmy się tam w niedrogą pizzę, która okazała się być naprawdę pyszna. Gorzej było ze znalezieniem czegoś do picia w centrum miasta, gdzie ceny szklanki wody w restauracji zaczynały się od paru euro. Minęło dość dużo czasu zanim natrafiliśmy na Carrefoura.

Museé Magritte Museum

Wróciliśmy do okolic pałacu, aby odwiedzić muzeum Magritte’a. Zawiera ono mnóstwo prac artysty, ułożonych na trzech piętrach chronologicznie i poprzeplatanych ze zdjęciami, listami oraz inymi źródłami wiedzy o artyście. Samo muzeum zaprojektowane zostało w sposób dość minimalistyczny – obrazy wiszą na prostych, nie odbierających uwagi ścianach. Każde piętro opowiada o innej części życia i twórczości Magritte’a, dzięki czemu można prześledzić, w jaki sposób powstawał jego styl. Kolekcja zawiera niesamowitą liczbę dzieł artysty, jednak pojawia się w niej także kilka innych nazwisk. Na przykład obraz „Kuszenie świętego Antoniego” Salvadora Dalego.

Coudenberg

Po wyjściu z Muzeum Magritta pozostało nam niewiele czasu do godziny 18, do zamknięcia wszystkich obiektów. Na kolejną bogatą wystawę nie ma co wchodzić na półtora godziny. Tyle czasu natomiast wystarczyło aby zobaczyć Coudenberg, podziemia dawnego pałacu. Przy wejściu można obejrzeć filmik z wizualizacjami i historią tego miejsca, natomiast schodząc niżej oglądaliśmy to, co odkryto rozbierając Plac Królewski. Na mniejszych głębokościach da się słyszeć dudnienie tramwajów, natomiast niżej zachowały się kolebkowe sklepienia i spłaszczone arkady w przejściach. Dla mnie najciekawsze jest jednak ukształtowanie posadzki podziemi nieistniejącego pałacu – teren nie został zniwelowana pod budowę (tak jak w przypadku nowego obiektu), a pałac postawiono na stromym zboczu. Także dzięki pokazaniu przekrojów przez filar czy sklepienie, można zobaczyć sposób kładzenia cegieł i kamieni. Ostatecznie dotarliśmy do wystawy czasowej poświęconej lekarzowi Vesaliusowi, opowiadającej o jego życiu i działalności, ale także o medycynie i innych naukach tamtych czasów, często opierających się na zupełnie nienaukowych teoriach.

Zabytki i atrakcje turystyczne Brukseli

Później obejrzeliśmy katedrę św. Michała i św. Guduli. Nawet udało nam się wejść do środka na chwilę przed zamknięciem. Chciałam dokładniej przyjrzeć się ambitowi (obejściu prezbiterium), ale wtem wybiła godzina 18 i wszyscy turyści zostali delikatnie wyproszeni. Budowla była jednak warta odwiedzenia – z zewnątrz jest to obiekt nie mniej przepiękny niż zabudowa wokół.

Ponieważ czas na zwiedzanie był naprawdę ograniczony, ruszyliśmy w kierunku centrum miasta, zobaczyć rynek z ratuszem. O ile zabudowa Brukseli jest prezentuje dość podobny charakter w większości miejsc, ta główna część wyraźnie się wyróżnia. W przyrynkowych elewacjach dominują złote barwy wykończenia, geometra i rytm. To miejsce zostało wyraźnie podkreślone jako ważniejsze rangą. Obecnie pełni funkcję turystyczno-zakupową – wszędzie można było zobaczyć ludzi obładowanych siatami z logami sklepów z pamiątkami. Ratusz jest niesamowicie pięknym obiektem, jednak tutaj jego cały majestat rozmywa się pośród bogato rzeźbionych kamienic czy znajdującego się naprzeciw budynku Muzeum Miasta Brukseli (którego z braku czasu również nie udało nam się odwiedzić). Urokowi tego miejsca też odejmowało zbyt duże zatłoczenie, występujące również w bocznych uliczkach.

Ostatecznie, resztkiem sił postanowiliśmy „zaliczyć” jedną z najbardziej charakterystycznych atrakcji turystycznych Brukseli. Z zacinającym się gpsem w telefonie, odszukaliśmy figurkę sikającego chłopca. W przeciwieństwie do zachwyconych, stłoczonych wokół niej, turystów, ja poczułam się dość rozczarowana. Tyle pięknych rzeczy wzbudziło we mnie zachwyt tego dnia, że nie potrafiłam zrozumieć, co takiego ma w sobie ten malutki posążek, że wszyscy się przepychają do niego i usiłują zrobić sobie z nim selfie.

Figurka sikającego chłopca kontra, opisany wcześniej, widok sprzed Muzeum Instrumentów Muzycznych

Dzień trzeci

Po dwóch dniach pełnych łażenia, wstanie z samego rana okazało się o wiele trudniejsze, niż się spodziewaliśmy. Jednak nic tak nie motywuje jak perspektywa kolejnej przygody. Ostatni dzień w Brukseli a tu tyle niesamowitych miejsc do zobaczenia!

Muzeum Komiksu

Zaczęliśmy od Muzeum Komiksu, gubiąc się po drodze osiem razy. Wizyta w tym obiekcie okazała się jednak fantastycznym przeżyciem. Wystawa rozpoczyna się od przedstawienia historii komiksu Dalej zwiedzający mogą poznać proces powstawania tego typu dzieła w obecnych czasach – od zapisu dialogów, poprzez wstępne szkice i pierwsze rysunki, aż do gotowej strony z lineartem, często dodatkowo zakolorowanej. Piętro wyżej znajduje się kilka informacji o budynku muzeum komiksu – o jego genezie powstania, budowie i powiązanych osobach. Przez cały czas próbowałam ignorować ścianę pełną Smurfów, co niestety się nie udało. W przestrzeni drugiego piętra mieszczą się także kąciki poświęcone poszczególnym komiksom. Na ostatnim piętrze muzeum jest już chyba wszystko. Piękne strony, opisy komiksów, wydane egzemplarze oraz obrazy, które później stały się okładkami poszczególnych tomów. Szczególną uwagę przykuła wystawa poświęcona Thorgalowi – zwłaszcza niesamowite obrazy Rosińskiego. Realistyczne w formie, fantastycne w treści, rewelacyjne w wykonaniu. Cieszę się, że mogłam je zobaczyć na żywo.

Była nawet księga Gargamela!

Królewskie Muzea Sztuk Pięknych

Kolejnym punktem wycieczki był powrót do kompleksu przypałacowych muzeów. Dzięki trzyeurowej karcie łączonej, mogliśmy obejrzeć tyle wystaw, na ile pozwolił nam czas. Zaczęliśmy od sztuki przełomu wieku – bogatej kolekcji zajmującej piętra muzeum aż do minus dziewiątego. Tutaj udało mi się obejrzeć między innymi neoimpresjonistyczne prace, w tym Signaca i Seurata – zawsze chciałam dowiedzieć się, jak bardzo teoria kładzenia plamek farby działa na odbiorcę. Poza tym przewinął się gdzieś Gauguin (ten od żółtych Jezusów – tutaj był Jezus zielony), Courbet, a nawet mniejszy Myśliciel Rodina. Nie mogłam uwierzyć, że jeden budynek jest w stanie pomieścić tyle niesamowitej jakości arcydzieł. Jeszcze bardziej nieprawdopodobnym było to, że dane mi było na nie patrzeć, podziwiać to, o czym uczyłam się tyle lat.

Natomiast kiedy poszliśmy do Oldmasters Museum, co chwila musiałam zbierać szczękę z podłogi. Tu Upadek Ikara Bruegela (w towarzystwie całej sali dzieł artysty), tu Król Pije Jordaensa, w równie zacnym otoczeniu, tam gdzieś martwe zwierzaki Snydersa, a prac Teniersa nawet nie zliczę. Idąc dalej, pokój wypełniony klasycyzmem, czyli Davidami i Ingresami, w tym… Śmiercią Marata! Zaraz dalej sala z dziełami Rubensa, a na wyjściu taki tam Rembrandt na dokładkę. Chyba bym umarła z żalu, gdybym musiała dołączyć ten obiekt do smutnej listy nieobejrzanych rzeczy z powodu braku czasu, a potem dowiedziała się, co straciła.

Przypałacowy kompleks muzeów jest ogromną budowlą, koniecznym „must see” dla każdego fana sztuki. Dobre doświetlenie każdego dzieła sprawia, że można je oglądać z każdej strony, a miejsca do siedzenia na środku większości sal sprawiają, że ma się ochotę spędzić w tym obiekcie jak najwięcej czasu – skupiając się na szczegółach każdej pracy, a nie na bolących stopach. Samych muzeów jest mnóstwo, my odwiedziliśmy jeszcze wystawy czasowe i część Modern.

Muzeum Horty

Obowiązkowym miejscem do odwiedzenia – i ostatnim na jakie pozwolił nam uciekający czas – było muzeum Horty, zlokalizowane w jego domu, na południu miasta. Kamienica Horty okazała się niestety dość mało rozbudowaną galerią. Spodziewałam się zbyt wiele po miejscu poświęconemu jednemu z najważniejszych architektów secesji. Piszę to jednak wciąż pod wpłwem muzeum Oldmasters, a przy nim wszystko już jest nijakie. Dom Horty jest wypełniony krzesłami z zakazem siadania na nich, innymi meblami oraz elementami dekoracji. Niemniej jednak jest to obiekt piękny – nawet jeśli większość tego piękna zawiera się w klatce schodowej i występujących gdzieniegdzie przeszkleniach. Nietypowe materiały wykończeniowe w domu Horty mogłyby stać się inspiracją dla projektantów wnętrz, tak często popadających w jeden schemat w obecnych czasach.

Atomium i dalsze rejony Brukseli

Ostatecznie, mocno już za późno, kupiliśmy bilety 24-godzinne i wybraliśmy się zobaczyć słynne Atomium i pooglądać dalsze rejony miasta zza szyb środków komunikacji publicznej. Wydawałoby się, że w Brukseli wszędzie łatwo trafić, natomiast nawet z mapą w dłoni, wałęsaliśmy się trochę po przystankach zanim trafiliśmy na prawidłowe metro. Pod Atomium byliśmy w idealnym momencie – tak aby mieć mnóstwo czasu na przyjrzenie się mu za dnia oraz nie mniej na zobaczenie nocnej dekoracji oświetleniowej. To był naprawdę warty widok. Wnętrze Atomium było oczywiście zamknięte o tej porze, łatwo było jednak poczuć klimat tego miejsca. Na to wrażenie składa się nie tylko wizualna kompozycja obiektu, ale także nieprzerwany szum wydobywający się prawdopodobnie z jego wentylacji.

Wizerunek Atomium jest strzeżony przez prawa autorskie, jednak na niekomercyjny użytek można umieszczać zdjęcia obiektu m.in. na blogach (tylko jeśli blog nie posiada reklam i/lub innej formy zarobku). W przeciwieństwie do większości zdjęć na Nietransparentnie, nie możecie go użyć w swoich publikacjach.

Ostatecznie, aby nie zmarnować biletów całodobowych, pojechaliśmy linią 19 zobaczyć z bliska Narodową Bazylikę Najświętszego Serca. Ogromny kościół, bardzo nietypowy (gdzie w Polsce znajduje się świątynia w stylu art déco?), nocą podświetlany jest w dość dziwny sposób. Latarnia promieniuje różowym światłem, natomiast górujący nad kopułą krzyż przypomina sklepowy neon. Bazylika nocą staje się budowlą bardzo agresywną.

Dzięki okresowym biletom udało nam się także zwiedzić stacje brukselskiego metra. Przeciętny turysta mógłby pomyśleć, że w podziemnych przystankach nie spotka go nic zadziwiającego. W tym mieście metro zostało zdominowane przez sztukę – głównie ciekawe instalacje i murale. Tego dnia doszłam do wniosku, że w Brukseli nie ma absolutnie niczego brzydkiego.

W następnym wpisie ciąg dalszy belgijskiej przygody – tym razem zabiorę czytelników mojego bloga do kolejnego, ciekawego miasta.

Więcej

Wielka podróż do Belgii – cz. 1 (Bruksela)

Po zobaczeniu wielu niesamowitych obiektów w krótkim czasie, łatwo je ze sobą pomylić, zgubić kolejność, albo, co gorsza, zapomnieć o czymś ważnym. Z tego powodu, podczas wycieczki do Belgii, wzięłam sobie za cel prowadzenie dziennika podróży. Tuż przed snem wystukiwałam na tablecie najważniejsze informacje z danego dnia. Wiem, że nie jest to to samo co piękny, grubo oprawiony zeszyt pisany piórem na kolanie w parku – taka opcja jest za to o wiele szybsza i trochę bardziej odporna na zagubienie. W końcu w podróży chodzi przede wszystkim o to, aby zobaczyć to, czego nie ma się w domu. Pisanie nie powinno odbierać zbyt wiele czasu, tak cennego w obcym miejscu.

Choć ten wpis powstaje już po powrocie z Belgii, chcę zachować jego wiarygodność. W tym celu, posiłkując się notatkami z podróży, opiszę kolejne dni spędzone w tym pięknym kraju.

Zapraszam też do przeczytania wpisu, w którym przedstawiłam ogólne wrażenia, jakie wywarła na mnie Belgia.

Dzień pierwszy

Lot

Nie bałam się wsiąść do samolotu. Bardziej przerażało mnie to, że jeśli pójdzie coś nie tak z kontrolą bagażową, to albo trzeba będzie zapłacić za przekroczenie rozmiaru, albo – co gorsza – samolot poleci bez nas. Stresowało mnie wiele rzeczy – to, że torba nie chce się uformować idealnie do formatu 42x32x25, to że worek z suwakiem na płyny ma format 19×21 cm a nie 20×20… Pomimo zapewnień znajomych, że nikt się na lotnisku nie będzie takich pierdół czepiał, ja wierzyłam w swojego pecha. Zawsze można trafić na bardziej wrednego pracownika lotniska, który wyrecytuje mi punkt regulaminu przewoźnika, machając tą torbą z szamponami. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło.

Przejście przez bramki nie przysporzyło absolutnie żadnych kłopotów. Podobnie, znalezienie dalszej drogi było tak dobrze oznaczone, że nie było mowy o zgubieniu się na lotnisku. W końcu usiedliśmy wewnątrz samolotu. Siedzenia były wygodne, ale przed nimi było zdecydowanie za mało przestrzeni na nogi. Także okna były miniaturowe. Wolę się nawet nie zastanawiać, jak mało była w stanie przez nie zobaczyć osoba siedząca przy przejściu.

Lot był niesamowitym przeżyciem. Przed wystartowaniem maszyna swobodnie manewrowała na lotnisku, wydając się przy tym leciutka jak chmurka. Dopiero, kiedy zaczęła się rozpędzać, dało się poczuć ile energii wymaga wzniesienie się w powietrze. I już po chwili wszystko zaczęło się oddalać – nie patrzyłam już na domy a na układy urbanistyczne, najpierw osiedli, później miast. A potem, gruba warstwa powietrza usunęła wszelkie kontrasty, tworząc niesamowitą perspektywę powietrzną. Bezchmurne niebo było tutaj sprzymierzeńcem panoramy, bardzo powoli przemieszczającej się za szybką samolotu. To również mnie zdziwiło, choć było bardzo logiczne. Wnętrze samolotu wydawało się dość zwyczajne podczas wsiadania; podczas lotu natomiast przechylało się pod wymaganym kątem, zmieniając tym swój charakter. Okazało się też, że lot samolotem ma i swoje wady. Przy zmianie wysokości kręciło mi się w głowie, czułam się jakbym miała chorobę lokomocyjną, momentami pojawiały mi się plamy przed oczami. Ale było warto. Samolot o dziwo przyleciał o dwadzieścia minut wcześniej niż było napisane na bilecie.

Zdążyliśmy dzięki temu na wcześniejszy bus Brussels City Shuttle. Tutaj również bezproblemowo – na lotnisku było pełno oznaczeń, jak dojść na jego miejsce odjazdu. Zdziwiło mnie też to, że bilety na przejazd do Brukseli można było kupić w wielu miejscach na i przy lotnisku. Pamiętam jak parę miesięcy temu upewniałam się w sieci, czy ten bus w ogóle istnieje.

Podczas trasy autobusem, mijaliśmy bardzo mało zurbanizowane tereny. Naprawdę podoba mi się sposób planowania przestrzennego, w którym główne drogi odsunięte są od miast. Już podczas tego przejazdu mogłam się spodziewać, że w Belgii spotkam się bardziej z projektowaniem dla ludzi niż dla samochodów.

W końcu dostaliśmy się na dworzec Bruxelles Midi / Brussel-Zuid (Południe). Postanowiliśmy dostać się do centrum pociągiem, co również nie było łatwe. Pierwszy napotkany automat biletowy posiadał tylko języki francuski i flamandzki, kolejne odrzuciły nas nieprzyjmowaniem papierowej forsy, wybranej w kantorze podczas majowych niży. Długo wałęsaliśmy się po niezwykle rozbudowanej dworco-galerii, dowiadując się w kolejnych punktach informacji o niesprzedaży biletów, zanim znaleźliśmy zwykłe kasy.

Po dostaniu się do centrum priorytetem stało się pozbycie bagażu, który podręczny był tylko z nazwy. Zameldowaliśmy się więc w hotelu (który, jak się okazało, bliższy był stacji północnej niż centralnej) i ruszyliśmy do Carrefoura Express, wyposażyć się w trochę kalorii do działania.

Muzeum BELvue

Najedzeni, dowiedzieliśmy się, że część obiektów jest już zamknięta. Z interesujących nas muzeów wybraliśmy to dotyczące historii Belgii. Wydawałoby się, że bez znajomości języka francuskiego nie ma po co tam wchodzić; na szczęście w wielu miejscach występowało tłumaczenie na język angielski. Muzeum nie było wyjątkowo bogate, ale nam to odpowiadało – ogarnęliśmy wszystkie wystawy na parę minut przed zamknięciem. Ostatecznie cieszę się, że akurat ten obiekt zaliczyliśmy jako pierwszy – miałam naprawdę spore braki w wiedzy o historii tego państwa. Tutaj przedstawiona jest ona przystępnie, choć wymaga zaangażowania (czytanie, słuchanie nagrań).

Muzeum BELvue przekazuje informacje od czasów rewolucji w 1830, której skutkiem było oddzielenie Belgii od Niderlandów, poprzez czasy kolonizacji Kongo aż do wydarzeń bardziej współczesnych. Duża część wystawy poświęcona jest życiu prostych ludzi – ich oczekiwaniom oraz kulturze. Nie mniej miejsca zajmują opisy ważnych postaci, władców. Belgia to świetny kraj, który pomimo mrocznej przeszłości obecnie stara się robić wszystko, aby odpłacić za swoje zbrodnie. Nie wszystkie rany da się wyleczyć, jednak najgorsze co można zrobić to stać z założonymi rękoma. Belgia wyraźnie chce dać do zrozumienia, że dawne czasy to przeszłość, która nie dotyczy obecnie żyjących.

Co z tego, że nie wiem, co tu jest napisane – na taką typografię mogłabym patrzeć cały dzień!

Zabudowa Brukseli

Innym z powodów dla których chciałam odwiedzić Belgię było poszukiwanie słynnych Ugly Belgian Houses. Po wyjściu z muzeum udaliśmy się na wschód, mijając kolejne uliczki, i nie znajdując ani jednego brzydkiego domu. Niesamowita architektura ciągnęła się kilometrami od centrum, zadziwiając bogactwem dekoracji, pomysłowością wykonania i aż nieprawdopodobnie dopasowanym połączeniem starych budynków i tych dopiero co zbudowanych. Cechą charakterystyczną tego miasta są wielokrotnie przecinające się, delikatnie falujące pierzeje, składające się z bardzo wysokich budowli. Kamienice nawet ośmiopiętrowe sąsiadują z nowo wybudowanymi, szklanymi biurowcami, odbijającymi siebie nawzajem w elewacjach. Wszystko jednak tak bardzo do siebie pasuje. Może to przez skalę takiej zabudowy – jest na tyle duża, że stworzyła własny styl, gdzie szkło nie gryzie się z cegłą, a wręcz stanowi naprawdę zgranego sąsiada. Co więcej, w bardzo wielu miejscach pojawiają się motywy secesyjne, głównie w postaci stalowych balkonów z ornamentowymi, kwiatowymi balustradami. Innym charakterystycznym elementem są wykusze, ułożone zawsze harmonicznie. Cała zabudowa jest niezwykle dopasowana. Budynki zawsze pasują jeden do drugiego – tak trudno mi stwierdzić, w jaki sposób dokonano takiego cudu, ale niezależnie od daty powstania, to wszystko tworzy jednolite centrum miasta, naprawdę ogromne centrum niekoniecznie wielkiego miasta.

Im dalej od centrum, tym zabudowa niższa. Nie przeszkadza to jednak w starannym projektowaniu przyjaznej przestrzeni publicznej – tutaj plac z ciekawymi ławkami.

Ulice, jak już wspomniałam, nie tworzą regularnej siatki, natomiast gęsto przecinają się pod różnymi kątami. To także dodaje miastu organiczności, można wyobrażać sobie jak się rozrastało, które drogi powstawały wcześniej, a które później. Sama ich forma nie odbiega pięknem od zabudowy. Zamiast typowej dla polskiej architektury kostki brukowej, tutaj dominują kwadratowe w widoku kamienie, niekoniecznie spłaszczone do równej wysokości. Asfalt pojawia się dość rzadko, w małych ilościach i wyróżnia się negatywnie, ale wyraźnie stanowi intruza, nie jest częścią Brukseli. Ulice są bardzo wąskie, nawet pomimo wysokich budynków. Większość z nich jest jednokierunkowa, ale o dziwo samochody nie stanowią tutaj zwartej, pierdzącej klaksonami masy. Są elementami tymczasowymi, wiecznie ustępującymi pieszym, lub zaparkowanymi w woonerfie, stanowiąc część krajobrazu. Drogi są zdecydowanie spacerowe. Miejsca dla rowerów też nie ma zbyt wiele, ale wydaje mi się, że jest to rzadko wybierany środek transportu w Brukseli. Nawet rower nie jest potrzebny, kiedy wszędzie ma się blisko.

Wśród nawet najmniejszych uliczek bystre oko mogło wypatrzeć niewielkie, ale niesamowite detale. Jednym z charakterystycznych typów były mozaiki użyte zamiast jakiegoś kamienia w posadzce chodnika. Takie drobne zaburzenie rytmu pięknem, a potrafi stworzyć barwną dominantę. Wiele innych elementów jest dla mnie egzotyką – dekoracje z pozoru skromnych kamienic mozaikami lub malowidłami, nietypowy materiał wybrany na elewację… Ale detalem też są ludzie, stanowiący nieodzowną część tkanki miejskiej. Tu targowisko z mięsem, serami i innymi belgijskimi przetworami, tam jakieś grupki spędzające razem czas… zupełnie jakby w Belgii nikt nie zostawał w domu przed komputerem…

W Brukseli jest także mnóstwo parków, a te z kolei oblegane są masowo przez ludzi. Siedzą na trawie, odpoczywają, cieszą się chwilą. Jak bardzo brakuje mi w Polsce takiej funkcji przestrzeni zielonych. Zamiast tego albo znak „nie deptać trawników” albo głos „było nie wychodzić z domu” w przypadku gwałtów czy innych ataków. W Brukseli co park to trawy oblegane przez ludzi w każdym wieku, od dzieciaków w wózkach, poprzez młodzież spotykającą się ze znajomymi do osób starszych, odpoczywających po ciężkim dniu, wpatrzonych w zieleń. Co więcej, każdy skupia się na sobie i swoim relaksie. Nikt nikomu nie przeszkadza, nikt się nie narzuca, nikt nie szuka ofiary plotek. Każdy jest tam dla siebie i swojego kawałka trawy.

Przeszliśmy się jeszcze wokół budynków Parlamentu Europejskiego. Nowoczesne gmachy również wydawały się pasować do zabudowy. Tutaj wyraźnie zastosowano nawiązywanie detalami i pasującą kolorystykę. Niestety, upublicznianie ich zdjęć jest zabronione.

Doszliśmy do Parc du Cinquantenaire / Jubelpark, gdzie mieści się przepiękny kompleks budowli z centralnym łukiem triumfalnym. Wewnątrz znajduje się kilka muzeów: Autoworld, muzeum militarystyki oraz muzeum sztuki i historii. Z powodu ograniczonego czasu, nie odwiedziliśmy żadnego z nich, warto jednak było zobaczyć budowlę z zewnątrz. Po raz kolejny bogate rzeźbienia cieszyły oczy, a malowidła schowane za kolumnami potrafiły zaskoczyć. Najpiękniejszą częścią zewnętrza tej budowli zdecydowanie wnętrze łuku triumfalnego. Spójrzcie na te kasetony!

Ciąg dalszy w następnym wpisie.

Więcej

Belgia, kraj dla każdego

Najdziwniejsze jest to pierwsze uczucie budząc się we własnym łóżku po długiej i niesamowitej podróży. Widok za oknem jest uspokajający ale i rozczarowujący – oto koniec wielkiej przygody, czas powrócić do notatek z konstrukcji i stałego łącza wi-fi, do regularnych posiłków i wiecznie tych samych tras; do świata w którym tak rzadko coś potrafi zaskoczyć, nad którym mam zbyt dużą kontrolę. Tydzień w Belgii stał się już historią. Jest to jednak historia niezwykle ciekawa, dlatego chciałabym się nią podzielić – być może ktoś planuje odwiedzić ten piękny kraj i znajdzie w moim opisie przydatne dla siebie informacje.

Dlaczego Belgia? Wzięliśmy pod uwagę państwa na zachodzie, takie do których bilet samolotowy nie będzie zbyt drogi. Z miejsca skreśliliśmy typowe turystyczne cele podróży – mając ograniczony czas na zwiedzanie ostatnim czego chcieliśmy było stanie w kolejce do muzeum. Liczyliśmy raczej na poznawanie świata niż odpoczynek – póki jesteśmy młodzi, szkoda czasu na wylegiwanie się na plaży. Oczywiście kierowaliśmy się zainteresowaniami. Z mojej strony był to wybór miast o bogatej historii i pięknej architekturze; najlepiej miejsc, które spłodziły artystów wpisanych do kanonu mistrzów ale i tych tworzących dziś. Była to też nasza pierwsza zagraniczna wycieczka – potrzebowaliśmy więc czegoś łatwego do zorganizowania, zwłaszcza w ograniczonym czasie na przygotowanie. Jeszcze jeden warunek był wymogiem – musieliśmy po raz pierwszy w życiu polecieć do wybranego kraju samolotem. Było to jedno z moich największych marzeń.

Wszystkie te wymagania Belgia spełniła wręcz idealnie. Małe państwo, z pięknymi miastami, świetnie skomunikowanymi ze sobą. Ciekawa historia tych terenów ma wyraźne odbicie w obecnych czasach. Dodatkowo, pewna egzotyka – przeplatanie się dwóch języków (francuskiego i flamandzkiego), w zależności od części kraju okazało się ciekawym zjawiskiem. Zamiast jeździć z miasta do miasta, zdecydowaliśmy skupić się na dwóch wyjątkowych miejscach – Brukseli, stolicy Europy, oraz Antwerpii – mieście Rubensa oraz innych twórców barokowych, ale także jednym z najważniejszych portów na świecie. Odwiedziliśmy jeszcze Leuven, kolejne zabytkowe miasto z przepięknym, bogato rozrzeźbionym, ratuszem i paroma innymi malowniczymi budowlami. Jak się okazało, zobaczyliśmy jeszcze większy kawałek Belgii z samego tylko powodu, że lotnisko, na którym wylądowaliśmy, znajdowało się przy mieście Charleroi – jakieś 70 kilometrów od Brukseli. W planie wycieczki uwzględniliśmy więc, że ostatnie godziny wakacji mogą okazać się przepełnione stresem z powodu konieczności przejechania przez pół kraju (z Antwerpii) na miejsce startu samolotu. Przez to, ostatniego dnia tak się spieszyliśmy, że znaleźliśmy się na lotnisku na dwie i pół godziny przed odlotem. Ach, to przyzwyczajenie do kraju, gdzie autobus może nie przyjechać a pociąg spóźnić się o kilkadziesiąt minut!

Ale od samego początku: wiosną zakupiliśmy bilety na samolot i lotniskowego busa oraz zarezerwowaliśmy miejsca w hotelach. Takie kilkumiesięczne wyprzedzenie może się wiązać z ryzykiem, bo nie da się przewidzieć bardzo wielu sytuacji. Pozwala natomiast odpowiednio nastawić się na wyjazd, sprawdzić wszystko osiemdziesiąt razy, ale przede wszystkim dość sporo oszczędzić. Belgia nie jest tanim krajem. Jedzenie w marketach potrafi być dużo droższe niż w Polsce. Jest też jednak bardziej zróżnicowane cenowo. Cena wody mineralnej waha się od kilkudziesięciu centów do nawet kilku euro za butelkę. Po pomnożeniu wszystkiego przez 4, aby przeliczyć cenę na polskie złote, różnica staje się jeszcze wyraźniejsza. Duża rozbieżność cenowa występuje także pomiędzy sieciami sklepów. Carrefour okazał się bardzo drogim marketem w porównaniu z holenderską siecią Albert Heijn.

Zabudowa tak ładna, że być może nawet nie zauważyliście Multipli na pierwszym planie.

O państwie, które odwiedziliśmy, zdecydowanie można powiedzieć, że jest przyjazne turystom. Zarówno Bruksela, jak i Antwerpia, oferowały specjalne karty turystyczne uprawniające do darmowych wstępów do muzeów. Skusiliśmy się na taką kartę w Antwerpii, ponieważ zarówno pogoda jak i wymęczenie stóp nie sprzyjały dłuższym spacerom (w tym mieście karta gwarantowała także darmowe przejazdy autobusami, tramwajami i metrem oraz specjalnym turystycznym busikiem HopNStop). Biorąc pod uwagę ceny wstępów do obiektów, bilety na komunikację publiczną (której używaliśmy cały czas) oraz kupony zniżkowe, zakup karty miejskiej absolutnie się opłacił. W Brukseli natomiast zrezygnowaliśmy z tej opcji – bilety wstępu do większości obiektów były naprawdę tanie dla osób poniżej 25 roku życia.

Ani w Brukseli, ani w Antwerpii (a tym bardziej nie w Leuven) nie spotkaliśmy nadmiernego tłumu turystów. W kolejce staliśmy jedynie przy Muzeum Horty w Brukseli – choć na tyle krótko, że w tym czasie nawet nie zdążyłam wyciągnąć portfela z torby. Większa liczba zwiedzających wystąpiła za to jedynie w domu Rubensa w Antwerpii, gdzie trafiliśmy akurat na darmowy wstęp z powodu ostatniej środy miesiąca. Poza tym, jedynym naprawdę przeludnionym miejscem podczas naszej podróży było lotnisko w Charleroi – wszędzie indziej spokojnie można było fotografować otoczenie bez sztafażu. Nie znaczy to oczywiście, że miasta były puste!

W Brukseli, gdzie akurat trafiliśmy na piękną pogodę, wszystkie parki przepełnione były odpoczywającymi mieszkańcami i turystami. W tym mieście wyraźnie było widać radość życia, chęć do przyjemnego spędzania czasu i towarzystwa innych ludzi. Antwerpia natomiast cały tłum skupiła w tych częściach, gdzie znajdowało się najwięcej sklepów. Za ich szybami widać było osoby z przejęciem przyglądające się drogim ubraniom i dizajnerskim dekoracjom wnętrz. Tym, co było szczególnie warte zobaczenia, było to jak bardzo mieszkańcy przywykli do swojej różnorodności. Ludzie wydawali się zupełnie przyzwyczajeni do tego, że ktoś ma inny kolor skóry, zasłania sobie część głowy lub inaczej się ubiera. W Belgii wyraźnie było widać, że imigranci nie stanowią żadnego zagrożenia, a wręcz chcą pokazać swoją chęć przystosowania. W autobusie kobieta w hidżabie ustąpiła miejsca starszej pani, a w metrze czarnoskóry mężczyzna pomógł białej matce z wózkiem. Widok odbiegający od popularnych w mojej ojczyźnie stereotypów na temat różnic kulturowych, tutaj natomiast tak naturalny. Podczas tej wycieczki niejednokrotnie widziałam przechadzające się, bardzo zróżnicowane, grupki przyjaciół. Nie rozumiem, dlaczego Polacy tak boją się różnorodności etnicznej i moim zdaniem jest to naprawdę przykre. Odnoszę wrażenie, że Belgia, pomimo swojego wieku, jest krajem o wiele dojrzalszym od Polski.

Parki w Brukseli pokazują, jak mieszkańcy tego miasta potrafią koegzystować i dzielić się przestrzenią.

Same miasta wydawały się być naprawdę przyjemnymi miejscami do życia. Dzięki ograniczonemu ruchowi samochodów było w nich naprawdę cicho i spokojnie. Poza tym, wydawało się tak bezpiecznie. Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy pierwszej nocy po powrocie do Polski usłyszałam pod oknem wrzeszczących, agresywnych pijaków. W Brukseli czy Antwerpii nie było nic strasznego nawet we wchodzeniu do tuneli metra po zmroku, a jedyne schlane głosy, jakie udało się napotkać były w języku polskim. Sama komunikacja publiczna zupełnie spełniała swoją funkcję. Nie była przeładowana, a przystanki znajdowały się w niewielkich odległościach. W dużym stopniu pomagało metro, ale jestem przekonana, że i bez niego nie byłoby większych problemów z poruszaniem się po mieście. Wydaje mi się, że różnica (w porównaniu z Polską) polega na tym, że w belgijskich miastach występuje wiele parkingów strategicznych – miejsc zostawienia samochodu, aby kontynuować podróż pieszo lub komunikacją publiczną. Widziałam też taki parking w Gdańsku. Był pusty.

Zarówno Bruksela i Antwerpia zachęcały do spacerów. Ciekawe uliczki, pełne przeplatającej się nowej architektury z tą zabytkową zaopatrzone były w mnóstwo drogowskazów, ułatwiających znalezienie konkretnych obiektów. W Antwerpii nawet znalazła się na nich informacja, ile minut może zająć taki spacer. Kolejną zachętą do rezygnacji z czterech kółek były wszechobecne stojaki z rowerami miejskimi. Korzystało z nich naprawdę mnóstwo osób i parę razy nawet zdarzyło mi się zobaczyć samochód transportujący je pomiędzy stanowiskami. Warto też wspomnieć, że wypożyczający rowery bardzo o nie dbali, dzięki czemu były one sprawne i czyste.

Chyba jedynym, czego mi brakowało w Belgii, jeżeli chodzi o przestrzeń ulic, to mrugającego zielonego światła, dającego czas na zejście z drogi. Musieliśmy też się przyzwyczaić do tego, że dla wsiadających do autobusu otwierane są tylko drzwi koło kierowcy. Poza tymi rzeczami, wszystko inne było tak dobrze przemyślane. Nawet rozkłady jazdy nie zawierały dzikich tabelek ze śmiesznymi oznaczeniami – po prostu lista godzin z rozpisanymi kolejnymi nadjeżdżającymi pojazdami. Nie sposób się było w Belgii zgubić – nawet kiedy przez przypadek nocą, jadąc autobusem, przegapiliśmy przystanek i przejechaliśmy pod rzeką Skaldą. A, no i właśnie. Stojaki z ulotkami dla turystów – począwszy od repertuarów kin, poprzez porządnie wydane broszurki z muzeów po mapy miasta ze schematami linii komunikacyjnych – były chyba wszędzie. Nawet najmniejsze muzeum miało taki stojak przy wejściu, nie mówiąc już o recepcjach hoteli. Przez tą całą makulaturę o wiele trudniej było spakować się do małego bagażu podręcznego, ale no… przecież nie wyrzucę tej pięknie wydanej broszurki o repertuaże filharmonii, nawet jeśli nie rozumiem jej tekstu. Takiej typografii, takich zdjęć i takiego papieru nie można z czystym sercem wyrzucić do kosza!

„Weźmiemy ze sobą tylko kilka drobnych pamiątek” – wersja po wypakowaniu.

W ten sposób pamiątek mam całe pudło. Najwięcej jednak ważą dwie grube księgi o niesamowitym budynku, który udało nam się odwiedzić. Jak tylko je przeczytam (na szczęście były też wydania po angielsku), opiszę dokładnie na tym blogu to przepiękne dzieło architektury. Wcześniej jednak opiszę te dwa miasta – Brukselę i Antwerpię. Dzięki temu, że regularnie prowadziłam dziennik zdarzeń, żadne odwiedzone miejsce nie umknie mojej uwadze. Zapraszam więc do szczególnego śledzenia bloga w ciągu najbliższych dni.

Więcej

Trochę inny dom wielorodzinny

W dzisiejszym wpisie przedstawię projekt mojego domku wielorodzinnego, który był głównym zadaniem projektowym minionego semestru. Parę miesięcy temu pokazałam na tym blogu obiekt jednorodzinny z semestru poprzedniego, a jeszcze wcześniej opisałam, że to zadanie wydawało mi się początkowo niezwykle trudne, jednak ostatecznie nie przysporzyło zbyt wielu problemów. Z budynkiem wielorodzinnym było zupełnie odwrotnie.

Kiedy zimą wszyscy wokół mówili, że poprzednie zadanie było niczym w porównaniu do tego, co przewidziane jest jako następne, ja ze spokojem traktowałam te ostrzeżenia niezbyt poważnie. Tamten projekt był nowością, nie wiedziałam, jak się za niego zabrać. Nie byłam też pewna, czy poradzę sobie z wykonaniem samodzielnie rysunków wykorzystujących wiedzę z budownictwa, znajomości materiałów i obsługi AutoCADa, z którym przygodę dopiero zaczynałam. Pół roku później, mając to wszystko za sobą, wydawałoby się, że następny twór projektowy będzie jedynie trochę większą powtórką z rozrywki. Wiedząc, jak zaprojektować mieszkanie, co za problem zaprojektować kilkanaście albo kilkadziesiąt mieszkań?

Zadanie okazało się jednak o wiele trudniejsze niż przypuszczałam. Ogromna przestrzeń do ogarnięcia stała się jedynie wierzchołkiem góry lodowej, a najwięcej czasu zajęło dbanie o wentylację i doświetlenie pomieszczeń, minimalizowanie przestrzeni marnowanej na komunikację i zapewnianie dostępności kanalizacji do kuchni i łazienek. Także przepisy prawne okazały się niemałym problemem – straż pożarna powinna mieć dostęp do budynku wzdłuż jego dłuższego boku, trzeba pamiętać o ewakuacji a także o dostępności dla osób niepełnosprawnych. Do tego dochodzi zastosowanie odpowiednich materiałów a także pilnowanie ciągłości konstrukcji, najlepiej tak aby brzydkie słupy nie wystąpiły nigdzie poza garażem podziemnym, a już na pewno nie na środku korytarza któregoś z mieszkań.

To było naprawdę ciekawe wyzwanie. Spośród kilku wyznaczonych działek wybrałam sobie ogromną przestrzeń z ulicą od strony południowej i wielką skarpą na północy. Tam też znajdował się OSTAB czyli obszar objęty Ogólnomiejskim Systemem Terenów Aktywnych Biologicznie, co wiązało się z zachowaniem jak największej powierzchni zielonej, albo kombinowaniem jak by tu zabudować, a oszczędzić jak najwięcej trawy.

Najlepsze jednak było to, że projekt zupełnie nie musiał być typowy. Wymogiem była wysokość do 4 pięter oraz parking podziemny, natomiast rozwiązanie samej bryły (oczywiście w granicach logiki) pozostawione zostało wyobraźni i pomysłowości studentów. Postanowiłam więc zrobić coś absolutnie nietypowego. Zaprojektowałam obiekt składający się z trzech połączonych budynków, „wychodzących” ze skarpy i posiadających rozległe przestrzenie dachów zielonych. Pomiędzy tymi budynkami można przemieszczać się na cztery sposoby – szerokim przejściem od strony ulicy, łącznikami na wysokości drugiego piętra, balkonikami na tyłach podwórka oraz garażem podziemnym. Sama bryła jest dość prosta, choć poszczególne piętra „wsuwają się” w skarpę, tworząc z przodu tarasy. Aby zminimalizować trochę formę, budynek wykończony jest betonem oraz kamieniem elewacyjnym w parterze.

Charakterystyczne są także okna. Ich formę zostawiłam na sam koniec części projektowej i miałam z nimi dość sporo zabawy. Pewnym było, że nie będą one typowe – takie nie pasowałyby do niekonwencjonalnego budynku. Postanowiłam nadać im zróżnicowany kształt, „połamanych pasów”. Zainspirowałam się tutaj ziemią (w końcu budynek przykryty jest dachem z roślinnością) – zarówno jej warstwami jak i kształtem jaskiń czy wąwozów. Takie przeszklenie później przysporzyło trochę problemów, więc przy okazji tworzenia zestawienia okien i drzwi musiałam je lekko wyprostować – tak aby część okien można było swobodnie otwierać.

W tym projekcie pojawiło się też większe pole do popisu jeżeli chodzi o architekturę zieleni. Pomiędzy budynkami zaplanowałam przestrzenie zielone, jednak postanowiłam, że będą one raczej swobodne, z roślinnością przejmującą je wedle własnych upodobań. Umieściłam tam ławeczki, lampy i kosze na śmieci, natomiast przez środek prowadzi ścieżka do schodów na balkony łączące budynki i poszczególne piętra. To miejsce stanowi także dodatkowe wyjście ewakuacyjne. Same podwórka mają na tyle mały spadek terenu, że może po nich poruszać się pojazd straży pożarnej (parter jest wysoki, więc samochód może przejechać przejściem przez te budynki – choć w normalnych sytuacjach jest ono przeznaczone tylko dla ruchu pieszego).

Druga partia zieleni rozgrywa się na dachach, gdzie umieściłam na tyle dużo substratu (ziemi), aby posadzić nawet drobne drzewka, nie mówiąc już o rozmaitych krzaczorach. Wszelkie kominy poukrywane są w betonowym labiryncie, dzielącym dach na obszary mogące stać się miejscami spotkań i wypoczynku.

Teraz czas na kilka słów o wnętrzu obiektu. Po dużej szerokości budynku można bez problemu rozpoznać, że jest to korytarzowiec. Typ ten charakteryzuje się umieszczeniem poszczególnych mieszkań po obu stronach ciągnącego się przez środek korytarza. Taka komunikacja, ze względu na oszczędność, często nie jest w żaden sposób doświetlona, ale na szczęście u mnie udało się zakończyć ją od południa przeszkleniem na całej powierzchni. Większym problemem jest przewietrzanie. Koniecznym było zastosowanie wentylacji mechanicznej, co później nieco ułatwiło samo projektowanie (brak miliona sporej wielkości kominów).

Partery przeznaczyłam głównie na lokale usługowe na wynajem, natomiast właściwa część mieszkalna rozłożona jest na trzech kolejnych piętrach w środkowym budynku, a w skrajnych na dwóch. Żadna kondygnacja nie jest powtarzalna i praktycznie nie ma dwóch takich samych mieszkań (na wyższych piętrach jest lepszy standard – dla ludzi, których stać nie tylko na dom, ale i na ładne widoczki z okna).

W budynkach wielorodzinnych istotną rolę pełnią również komórki lokatorskie. Nie umieściłam ich typowo w garażu, choć również pod ziemią. Ich miejscem stała się najodleglejsza od ulicy część budynku – ta wkopana w skarpę. Dzięki temu, każdy mieszkaniec posiada komórkę lokatorską na tej samej kondygnacji co swoje mieszkanie. Na pierwszym piętrze dodatkowo znalazło się miejsce na niewielką salę fitness.

Wreszcie czas na opis samych mieszkań. Ich projektowanie stało się dla mnie o wiele bardziej problematyczne, niż się spodziewałam. Kłopoty miałam z ciągłością pionów kanalizacyjnych, a jeszcze większe z samą szerokością mieszkań. Przez to, że w większości przypadków okna znajdują się tylko na jednej ścianie, od strony wejścia do mieszkania pozostała dość spora przestrzeń niedoświetlona. Miejsce to we wszystkich przypadkach wypełniałam łazienkami, toaletami, garderobami i pomieszczeniami gospodarczymi, co wychodziło czasem lepiej, innym razem już nie do końca.

Rozplanowywanie pomieszczeń w budynku wielorodzinnym nauczyło mnie też obserwacji. Z okazji, że w ciągu tych studiów już trzykrotnie zmieniałam miejsce zamieszkania, miałam możliwość poznać wady i zalety różnych rozwiązań. To co zwróciło moją uwagę to ogromna zmiana w postrzeganiu przestrzeni prywatnej, intymnej w domu. Dawniej, kiedy stawiano wielkie płyty i domy-kostki, najbardziej wydzielonym pomieszczeniem (poza sanitariatem) była kuchnia. Dbano, aby zapaszki nie wynosiły się spoza miejsca ich powstawania i żeby osoba gotująca miała święty spokój od reszty domowników. Podział pozostałych pomieszczeń był mniej istotny, gromadka dzieci była wrzucana do jednego pokoju, a salon stawał się jednocześnie sypialnią rodziców. Obecnie być może ludzie bardziej doceniają chwile spędzone w łóżku i potrzebują więcej prywatności. W dwóch z trzech wynajmowanych przeze mnie mieszkań kuchnia została przeniesiona do „dużego pokoju”, a jej miejsce zajęła wydzielona sypialnia. Podobne zabiegi można obserwować przy wielu remontach mieszkań w bokach.

W moim projekcie starałam się rozdzielić strefę nocną od dziennej, jednak pozostawiłam kilka mieszkań, w których kuchnia odizolowana jest od pokoju dziennego. Niełatwo tworzyć dla anonimowego odbiorcy, więc dobrą praktyką jest danie mu możliwości wyboru. Taka decyzja przyczyniła się do wprowadzania minimalnych zmian pomiędzy podobnymi mieszkaniami – na przykład wanna zamiast prysznica.

Ostatnią kwestią był podziemny garaż, który miał zapewnić miejsce na 1,2*liczba mieszkań samochodów. Poprowadziłam jednokierunkową drogę przez całe założenie, a następnie dodałam przestrzenie parkingowe po obrysie parterów. Na środku znalazło się wyjście ewakuacyjne na chodnik, przechodzące przez obszerną rowerownię. Do dyspozycji mieszkańców i przyjezdnych jest też parking naziemny na zachodniej stronie założenia.

Zaprojektowanie tak wielkiego obiektu było dla mnie naprawdę trudnym zadaniem i wymagało o wiele więcej czasu niż się spodziewałam. Nie żałuję jednak, że postawiłam sobie wysoko poprzeczkę. Cieszę się, że zrobiłam projekt wyjątkowy i niepowtarzalny. Jestem niemal przekonana, że nie miałby on szans powstać, ze względu na ogromne koszty jak na mieszkaniówkę. Zielone dachy, rozległe pasaże i tarasowa zabudowa jednak nie są domeną budynków, nie odwiedzanych przez tysiące turystów, chętnych pozostawić tam trochę zawartości portfeli. Z drugiej strony, lokalizacja w centrum miasta tak nietypowej bryły mogłaby skusić dewelopera-wizjonera.

I jeszcze pozostaje pytanie: kto zamieszkałby w tak nietuzinkowym obiekcie?

PLANSZE

Więcej

Europejskie Centrum Solidarności

Mogę się założyć, że wśród moich czytelników znajdzie się co najmniej kilka osób planujących spędzić w te wakacje kilka dni w Trójmieście.

Być może słyszeliście o Europejskim Centrum Solidarności, niedawno wybudowanym w Gdańsku. Ostatnio odwiedziłam to miejsce i muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona zarówno przedstawionym materiałem dokumentalnym, jak i samym obiektem. Z racji, że żaden ze mnie historyk, przedstawię głównie te architektoniczne aspekty obiektu. Możecie być jednak pewni, że przedstawiony materiał jest naprawdę bogaty i przystępnie przekazany.

Zacznę od zewnętrza budynku. Dużo osób krytykuje „zardzewiałą” elewację, czego nie jestem w stanie zrozumieć. Materiał, z którego została wykonana, z pewnością docenią ci ludzie, którzy nie boją się surowości betonu czy eksponowania instalacji – osoby nieprzywiązane do tego, co uznawane jest za poprawne czy typowe. Tutaj zastosowany został Corten, czyli specjalny rodzaj stali, nabierającej walorów estetycznych (ale przede wszystkim ochronnych) w kontakcie z czynnikami atmosferycznymi. Z upływem lat elewacja dojrzewa, zmienia się jej kolor, natomiast zachowany zostaje typowo industrialny charakter.

Budynek ECS z zewnątrz wydaje się być zamkniętą bryłą, nieujawniającą tego, co można znaleźć w środku. Jak się jednak po wejściu do niego okazuje, masywne ściany kryją w sobie delikatne wnętrze, skupione wokół ogrodu zimowego, który łączy wszystkie kondygnacje. Dużo przeszkleń i okna w dachu sprawiają, że miejsce to staje się magiczne. To naprawdę niezwykłe uczucie – przebywać w przestrzeni zamkniętej, która posiada o wiele więcej cech otwartej (przede wszystkim roślinność). Wielką rolę odgrywa we wnętrzu ECS oświetlenie, oparte o wymieszanie światła sztucznego z naturalnym w taki sposób, aby miało się wrażenie, że lampy pełnią jedynie funkcję dekoracyjną.

Jeszcze zanim rozpocznie się zwiedzanie wystawy stałej, należy zwrócić uwagę na komunikację wewnątrz budynku. Absolutnie nie jest ona standardowa – stanowi labirynt schodów i korytarzy, niczym z gry komputerowej, w której projektant celowo wydłużył i urozmaicił trasę do granic możliwości. Mamy tutaj przezierne schody, nie zasłaniające tego, co znajduje się za nimi, a lekko zakrywające tę przestrzeń, nadając jej mistyczny charakter. Korytarze natomiast, pomimo dość klaustrofobicznych proporcji, są pewnego rodzaju oddechem pomiędzy pomieszczeniami wystawowymi. Dodatkowo nad korytarzami utworzono mosty – rozwiązanie kojarzące się z raczej z fabryką niż z muzeum czy galerią. Aby było ciekawiej, w przestrzeniach komunikacyjnych występuje dużo zieleni, a ściany pochylone są w jedną stronę.

Teraz najważniejsza część – czyli sama wystawa stała. Jej twórcy zadbali o to, aby zwiedzający wczuł się w klimat przedstawionych czasów. Przemieszczając się pomiędzy eksponatami i słuchając nagrań z audioprzewodnika, dostaje się tak wiele bodźców, że trudno uciec myślami za cortenowe blachy. Wydarzenia, których moje pokolenie nie było świadkiem zostały zobrazowane w sposób nowoczesny – to kolejny kontrast dominujący w ECS. Chciałabym nie spoilować za bardzo tej części moim czytelnikom, dlatego ograniczę się do kilku zdjęć (głównie detali) i opisania, o czym można dowiedzieć się w poszczególnych pomieszczeniach.

Pierwszą salą, do której można trafić jest miejsce poświęcone wydarzeniom, które doprowadziły do strajków w sierpniu 1980 roku. Można tam m.in. znaleźć suwnicę, w której pracowała Anna Walentynowicz oraz oryginalne tablice, zawierające 21 postulatów strajkujących, wywieszone 17 sierpnia 1980 nad bramą Stoczni Gdańskiej. Całość uzupełniona jest treściami multimedialnymi, umieszczonymi w zupełnie niespodziewanych miejscach (nawet na samych eksponatach). W tej sali trudno też nie zwrócić uwagi na rozwiązanie wnętrza. Nietypowa jest posadzka, ściana i sufit, co przedstawiają poniższe zdjęcia.

Sala obok wydaje się być taką dygresją – przedstawieniem tła tych wydarzeń historycznych. Opowiada o inwigilacji, propagandzie i trudnościach, z jakimi musieli zmagać się ówcześni ludzie na co dzień. W pomieszczeniu tym znalazło się także miejsce na przypomnienie podobnych znaczących protestów społecznych, które odbyły się w Polsce i za granicą.

Trzecia sala to kolejny kontrast. Biel ścianek działowych można interpretować jako pewego rodzaju odetchnięcie od ciężkiej pracy i trudu, mających swoje reprezentacje we wcześniejszej części wystawy. Tutaj przedstawiona została nadzieja na lepsze życie, rozwój polskiej kultury w wielu dziedzinach. Odwiedzający może zapoznać się z najważniejszymi postaciami kultury PRL-u oraz między innymi dowiedzieć się więcej o symbolicznej rzeźbie – Pomniku Poległych Stoczniowców 1970: jak pierwotnie miał wyglądać oraz dlaczego składa się z trzech krzyży z kotwicami. Ta sala również cechuje się pomysłowością wnętrza – ścianki układają się w logo Solidarności, co można zobaczyć w suficie obłożonym lustrami.

Radość nie trwała jednak długo – następna przestrzeń poświęcona została stanowi wojennemu w Polsce i wypełniona atrybutami Milicji Obywatelskiej. I tutaj widać jednak wyraźny sprzeciw wobec zniewolenia, którego tematyce poświęcono następną salę. Tam też poznać można historię obrad przy Okrągłym Stole oraz skutków, jakie przyniosły.

Ostatnie dwa miejsca wystawy stałej zmuszają do refleksji. Jednym z nich jest sala ze ścianą przeznaczoną do zostawiania własnych przemyśleń. Na przygotowanych karteczkach odwiedzający podpisują się lub wyrażają swoje zdanie o wystawie, a czasem posuwają się do własnych przemyśleń, np. „nigdy więcej wojny”, „obecnie odwaga staniała”, czy „there is no freedom without a free mind”. W pomieszczeniu tym znajdują się też hasła przemawiające za pokojem, napisane na białych ściankach o proporcjach półek z książkami. To miejsce skojarzyło mi się z pewnego rodzaju biblioteką mądrości, dostępną dla każdego, niezależnie od tego, jakim językiem się on posługuje. I tutaj zwrócę uwagę na względy czysto architektoniczne: posadzkę z rzekami-granicami, niewyróżniającymi się kolorystycznie, poważny i elegancki strop kasetonowy oraz ciekawą ścianę znajdującą się naprzeciw karteczkowego napisu „Solidarność”. Ostatnim punktem wystawy stałej jest sala im. Jana Pawła II – miejsce, w którym można odpocząć, popatrzeć do środka budynku, lub na zewnątrz – przez okno skierowane na monument.

Mam nadzieję, że powyższym opisem przekonam co najmniej kilka osób do zwiedzenia tego niesamowitego obiektu. Nie zamierzam tym wpisem zmieniać nikomu planów wymarzonego urlopu, jednak chciałabym zachęcić do uwzględnienia w nich jednego punktu, którego na pewno nie pożałujecie!

Więcej

Miasta Przyszłości, która nie nadeszła

Mieszkając w dużym mieście już drugi rok, wyraźnie widzę, jak problematyczny stał się rozwój polegający na rosnącej liczbie samochodów przypadających na mieszkańca. Obecnie projektując budynki wielorodzinne, należy uwzględnić około 1,2 – 1,3 miejsca parkingowego przypadającego na każde mieszkanie. Trudno mi uwierzyć, że jeszcze za PRLu aleja Grunwaldzka w Gdańsku Wrzeszczu była po prostu szerokim deptakiem z widocznymi gdzieniegdzie na zdjęciach autami.

Obecnie wręcz naturalnym widokiem są wieczne korki pod Galerią Bałtycką, niekończące się sznury samochodów, trąbiących na siebie nawzajem, gdzie każdemu kierowcy śpieszy się najbardziej. Wokół ulic umieszczone są przestrzenie, niby chodniki, raczej parkingi. Zieleni jest coraz mniej, a zmiany coraz bardziej konieczne i radykalne. Przykładem może być głośna ostatnio sytuacja tzw. ul. Nowej Politechnicznej, czyli planów przekształcenia wąskiej uliczki w szeroką drogę, z dwoma pasami jezdni w każdą stronę i linią tramwajową, kosztem istniejących, starych budynków. Kiedyś problem gęstości miast dotyczył doświetlenia mieszkań – dzisiaj wielkość przestrzeni pomiędzy budynkami kieruje się nowym priorytetem: szukaniem miejsca dla wszystkich uczestników ruchu drogowego.

Rozwiązania są różne, a miejsca coraz mniej. Bardzo ciekawy pomysł na poradzenie sobie z pogodzeniem poszczególnych elementów ulicy powstał już w 1910 i został opublikowany w zbiorze „The transactions of the Royal Institute of British Architects Town Planning Conference, London”, natomiast jego autorem jest Eugène Hénard, francuski architekt znany z wielu pomysłów urbanistycznych, często wykorzystywanych nawet dziś (np. rondo).

Hénard z jednej strony podziwiał osiągnięcia techniki, a z drugiej krytykował wyraźne niedociągnięcia: niezdrowy dym unoszący się z kominów czy niekończący się wywóz śmieci ulicami miast. Zwrócił uwagę, że pod drogami ciągnie się masa różnych kanałów i przewodów, natomiast przestrzeń na powierzchni jest tak wykorzystana, że naprawdę trudnym jest umieszczenie jakiegokolwiek nowego elementu. Architekt też wyobrażał sobie przyszły rozwój infrastruktury: rury doprowadzające do domów benzynę, świeże powietrze czy morską wodę. Wymyślił więc sposób, który można by było zastosować w już istniejących miastach. Cytując,

All the evil arises from the old traditional idea that “the bottom of the road must be on a level with the ground in its original condition.”

Całe zło wynika ze starego, tradycyjnego pomysłu, że droga musi iść na tym samym poziomie, na którym znajdowała się oryginalnie ziemia.

Hénard zaproponował rozwiązanie: umieścić chodnik oraz drogę dla karetki na drugim, sztucznym gruncie (czyli po prostu na stropie). Tym samym partery mieszkań przy tak przekształconej ulicy stałyby się dodatkowym piętrem piwnic. Takie drugie piętro ulicy stworzone byłoby na stałe, z żelbetu przykrytego na przykład drewnem, 5 metrów ponad przestrzenią ulicy, na której odbywałby się ruch samochodowy. Całość utrzymywałaby się na murowanych ścianach oraz słupach, rozłożonych pomiędzy nimi co około 4 metry.

Pod tym stropem, podwieszony byłby cały system rur (jak nowocześnie) – w tym rury ze sprzężonym powietrzem, wodą rzeczną, czystą wodą, paliwem, ciekłym powietrzem oraz… odkurzaniem – oraz kabli elektrycznych. Dzięki takiemu rozwiązaniu dostęp do całej infrastruktury byłby niezwykle prosty.

Dzięki umieszczeniu tych rzeczy nad ziemią, przestrzeń poniżej gruntu można by było wykorzystać w inny sposób – umieścić tam linie metra oraz samochody ciężkie, a przede wszystkim te służące do wywozu śmieci. Dla tego piętra Hénard przewidział sztuczne oświetlenie oraz wentylację wspomaganą mechanicznie, z kominami umieszczonymi w przerwach pierzei. W środku znalazłoby się też miejsce dla kanału dymowego, obsługującego okoliczne budynki.

Wizja Hénarda wydaje się prawdziwą rewolucją, jednak architekt nie zaprzestał na wymienionych powyżej zmianach. Opisał on rozwój wertykalny ulic do jeszcze kolejnych pięter – w tym przypadku podziemnych – choć zdawał sobie sprawę z problemów związanych z taką inwestycją.

Poza zmianami związanymi z funkcjonowaniem ulicy, Hénard zaproponował także rozwiązania dotyczące budynków, między innymi rezygnację z dachów stromych, które nie oferują dodatkowej przestrzeni. Na dachach płaskich architekt wyobrażał sobie lotniska dla małych i lekkich samolotów, za pomocą których mieszkańcy mogliby w prosty sposób poruszać się ponad miastem. Dla bezpieczeństwa, samolociki te wyposażone byłyby w automatyczne spadochrony a ich ruch byłby zakazany w miejscach o szczególnej wartości. Każdy dom byłby przy okazji wyposażony w windę, pozwalającą na transport maszyn zarówno na dach jak i do podziemi. Dla ułatwienia utrzymania kursu, w miastach pojawiłyby się wysokie obiekty charakterystyczne – wieże, dzwonnice, itp., z czego największa znajdowałaby się w samym centrum miasta.

Cały tekst można przeczytać, w języku angielskim, na tej stronie: http://urbanplanning.library.cornell.edu/DOCS/henard.htm

Czy coś z tej szalonej wizji się spełniło? Z jednej strony nie mamy samolotów na dachach, a na ulicach wciąż dominuje ścisk i przeszkadzanie sobie nawzajem wszystkich uczestników ruchu. Z drugiej, czasy przeznaczania powierzchni ziemi w centrach miast na parkingi wielostanowiskowe minęły już nawet w Polsce. Obecnie nigdy nie wiesz, czy budynek, który wydaje Ci się małą, skromną kamieniczką nie stoi na 3-piętrowej wannie fundamentowej, wypełnionej samochodami.

Więcej

Co się działo dalej z moim domkiem

Sesja po trzecim semestrze wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Problemem nie była liczba egzaminów ani ich trudność a zbyt duża ilość czasu wymagająca skupienia. Praktycznie od samego początku stycznia byłam zabiegana i ledwo udawało mi się znaleźć czas na chwilę rozrywki czy odpoczynku. Chociaż ogólnie ten semestr był dla mnie o wiele lżejszy od poprzednich, postanowiłam podejść do niego nieco ambitniej. W końcu co to za satysfakcja „ledwo zdać”?

Ambicja ma to do siebie, że sprawia ogromną przyjemność, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem, natomiast potrafi doprowadzić do czarnej rozpaczy, gdy sprawy przybierają inną kolej rzeczy. Jako że obiecałam ograniczyć narzekanie na tym blogu do niezbędnego minimum, dzisiaj zaprezentuję efekt końcowy projektu, z którego jestem naprawdę zadowolona (choć gdyby świt przed dniem oddania nie zaciągnął mnie do drukarni, pewnie w nieskończoność otwierałabym pliki plansz, poprawiając drobne niedociągnięcia).

Czytelnicy tego bloga być może pamiętają, że pod koniec listopada opublikowałam post Mój pierwszy domek jednorodzinny. Od tego czasu projekt ten trochę dojrzał, a z pierwotnej formy nie zostało już prawie nic. W wersji, którą oddałam do oceny, da się jednak odczuć tę samą ideę, którą opisywałam na początku: dom podzielony na dwie części, połączone ze sobą reprezentacyjną i widoczną w całości od zewnątrz klatką schodową. Co się zmieniło? Może po kolei.

Zacznę od tego, że Google Sketch Up nie jest moim ulubionym programem, a nawet nie drugim w hierarchii ulubioności. Wymodelowanie budynku na nowo wydawało mi się koniecznością, ale strasznie topornie szło mi zarówno w AutoCADzie, jak i 3DS Maxie. W tej smutnej sytuacji na drodze stanął mi Revit – program z rodziny Autodesku, a więc dostępny za darmo na niekomercyjnej licencji studenckiej. Zakochałam się w nim od pierwszego włączenia. Nawet nie musiałam uczyć się jego obsługi – po prostu siadłam i na nowo wymodelowałam swój dom. Jak nie uwielbiać tak intuicyjnego narzędzia?

Potem zaczęła się zabawa. Renderowałam co popadnie, szukałam mebli i obiektów pasujących nawet do tych pomieszczeń, które nie miały szans zmieścić się na planszach. Czułam się, jakby ktoś dał mi bon do Ikei na kilkadziesiąt tysięcy, co najmniej. Niby projektować można i w Simsach (nie znam ostatniej części tej gry, więc nie mam pojęcia, do jakiego stopnia rozwinęły się w niej możliwości od czasów, kiedy miało się trzy łóżka i cztery szafy do wyboru). Wydaje mi się jednak, że nie da się na poważnie identyfikować z projektem zrobionym w tak ciężko do opisania nieprofesjonalny sposób. W Revicie natomiast zdecydowanie da się poczuć tworzenie – zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że niektóre etapy projektowania potrzebowały wiedzy lekko wykraczającej poza odróżnienie ściany od stropu.

Istotnym jest też to, że już przy modelowaniu pojawiły się pierwsze zapowiedzi projektu budowlanego. Postanowiłam przyłożyć się trochę bardziej i zadbać o odpowiednie uwarstwienie poszczególnych ścian, stropów czy dachów. Dzięki temu było mi później o wiele łatwiej ruszyć z częścią budowlaną mojego domku. A było to coś, co nie dawało mi spać odkąd wizja tworzenia prawdziwego obiektu budowlanego stała się rzeczywistością. Mogę się założyć, że nie jestem jedyną osobą z roku, której na tym etapie wylazły na wierzch wszystkie niedoskonałości projektu. Niektóre fragmenty wydawały się wręcz nierozwiązywalne. Ehh, zachciało mi się niezwykłego i nietypowego domu, teraz muszę myśleć jak wpiąć strop międzykondygnacyjny w połać dachu skośnego, tak aby mógł po tym chodzić człowiek, nie spadając po drodze na piętro niżej, ciągnąć za sobą krokwie, jętki i inne elementy konstrukcji drewnianej.

Najgorsza jednak była walka z czasem. Ciągle miałam wrażenie, że coś dałoby się zrobić lepiej, że zbyt mało uwagi poświęciłam na retusz wizualizacji, część budowlaną, wyklejenie jakoś lepiej makiety budynku. Czułam, że ten projekt był dla mnie ważny i że zależy mi na tym, aby był jak najlepszy – a nie jedynie zaliczony. Po wydrukowaniu oczywiście było widać, że termin mnie prześcignął – nie zauważyłam, że skala wymiarowania na ostatniej planszy jest o wiele za duża, a jedna z wizek nie miała ustawionego 100% krycia. Bardzo nie lubię usilnie szukać argumentów, dlaczego coś tego typu miałoby być celowym zabiegiem, dlatego cieszę się, że zwykłych projektów semestralnych nie trzeba bronić przed komisją.

Teraz, kiedy minęły już dwa tygodnie odkąd mam to już za sobą, widzę całą masę niedociągnięć projektu. Czy ten dom mi się tak właściwie podoba? Jest dobrze zrobiony, ma w miarę poprawne wizualizacje, a część budowlana chyba nie wykazuje rażących błędów… ale trochę nie mogę już poczuć takiego przywiązania. Myślę, że teraz zaprojektowałabym go zupełnie inaczej – pewnie jako trochę bardziej zwartą bryłę, z inaczej rozwiązanym układem pomieszczeń i mniej problematycznym zadaszeniem. Pewnie poszukałabym sposobów na lepsze zagospodarowanie reszty działki, na ozdobienie ścian, na wykorzystanie podłóg w jakiś ciekawszy sposób.

Po oddaniu projektu trochę bardziej zaczęłam interesować się wnętrzami. Coraz częściej oglądam strony z przykładami rozwiązań dobrych i złych. W przypadku tych pierwszych czasem tak trudno rozpoznać, czy coś jest zdjęciem, czy wizualizacją. Naszła mnie myśl, aby też spróbować pobawić się kiedyś w dekorowanie. Nawet nie łudzę się, że w nieodległej przyszłości będę mieć cztery ściany na własność, aby móc poszaleć z wiertarką i umieścić na nich obrazy, półeczki i inne „wypełniacze”. Na szczęście mam komputer, nieskończoność świata wirtualnego, pozwalającego na o wiele więcej niż jakikolwiek sklep meblowy. Ach gdyby tylko mieć jeszcze czas…

A tak się prezentują moje plansze:

Więcej

Mój pierwszy domek jednorodzinny

Już w poprzednim semestrze wiedziałam, jakie zadanie mnie czeka tej jesieni. Na mojej uczelni, na architekturze, głównym zadaniem podczas trzeciego semestru jest zaprojektowanie domku jednorodzinnego. Wtedy wydawało mi się to misją praktycznie nie do wykonania. Przecież dopiero co zaczełam studiować, a tu takie zadanie będące przysłowiowym wypłynięciem na głęboką wodę. Na pierwszym roku niby też pojawiało się projektowanie obiektów architektonicznych, ale były do głównie bryły o abstrakcyjnym przeznaczeniu i gdyby ktoś postanowił przenieść je do realnego życia, mogłyby co najwyżej pełnić funkcję rzeźb parkowych.

Zaprojektowanie domu z prawdziwego zdarzenia początkowo wydawało mi się być ponad moje możliwości. Zwłaszcza, że nie miała to być chatka z patyków a mieszkanie przeznaczone dla raczej bogatego i wymagającego inwestora. Było też kilka działek do wyboru – wszystkie w obrębie Trójmiasta, istniejące naprawdę i przeznaczone pod zabudowę. Wzięłam sobie piękne miejsce w Jelitkowie. Spora przestrzeń, bardzo droga i wymagająca odpowiedniego obiektu na niej.

Na początku semestru uświadomiłam sobie dwie bardzo ważne rzeczy. Po pierwsze, jest o wiele więcej problemów i kwestii, które trzeba brać pod uwagę podczas stawiania budynku, niż mi się wcześniej wydawało. Po drugie, nawet pomimo to, nie jest to zadanie nie do wykonania i po rozłożeniu go na pojedyncze zagadnienia, całość jest do zrobienia – nawet na drugorocznym poziomie wiedzy.

Zacznę od tego, z czym tak właściwie należy się zapoznać zanim w ogóle weźmie się kartkę, ołówek i zacznie tworzyć pierwotne bazgroły. Zacznę od norm. O ile w przypadku mieszkań jednorodzinnych nie ma ich aż tak wiele (np. nie trzeba limitować liczby stopni w biegu schodów, jak to bywa w budynkach wykorzystywanych przez większą liczbę osób), to jednak warto wiedzieć, jakich rozwiązań najlepiej nie brać pod uwagę. Nawet jeśli nikt nie wyburzy budynku tylko dlatego, że jakiś korytarz jest zbyt wąski lub stopień schodów za krótki, to prawdopodobnie też nie znajdzie się osoba, która będzie chciała w takim czymś mieszkać (za grubą forsę ofc – bo w darowanym to ludzie by po drabinie i przez labirynty korytarzy przechodzili).

Inną kwestią, chyba nawet jeszcze ważniejszą, jest miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. Jest to dokument uchwalany przez radę gminy, mający na celu zachowanie spójnego krajobrazu miejskiego, pilnowanie przeznaczenia działek; ale także i o wielu innych funkcjach, w tym środowiskowych. MPZP informuje np. o dopuszczalnej wysokości budynku, o procencie powierzchni biologicznie czynnej na działce budowlanej, ale może także wymagać takich szczegółów jak materiał zastosowany do wykończenia fasady lub użyty do pokrycia dachu.

Aby jeszcze nie było za łatwo, przy projektowaniu budynków wolnostojących trzeba pamiętać o odpowiednich odstępach od granic działki, w tym przede wszystkim tej od strony ulicy. Obowiązuje tutaj linia zabudowy, mówiąca na jakiej odległości powinna się znaleźć co najmniej większa część przedniej ściany budynku. Dzięki tej zasadzie wnętrze urbanistyczne ulicy ma równe ściany w postaci frontów kolejnych domów. Pozostałe odległości wydawałyby się oczywiste, gdyby nie fakt, że inna jest minimalna odległość granicy działki od ściany bez okien, a inna z oknami (większa oczywiście). Czy wspominałam już, że nawet miejsce usytuowania kosza na śmieci ma swoją ustaloną minimalną odległość od najbliższej części budynku?

Do rzeczy, które również trzeba brać pod uwagę należy zieleń wysoką istniejąca na działce, ukształtowanie terenu oraz orientacja względem stron świata. Wbrew pozorom, są to naprawdę ważne aspekty. Północny, wiecznie zacieniony ogród to pomysł równie zły co zmarnowanie nasłonecznionego południa na część komunikacyjną lub garaż.

Jak więc wyglądało „tło” mojego projektu? Piękna, podłużna działka w Jelitkowie, 955m^2, prawie przy samym morzu. Linia zabudowy w odległości 6 metrów od ulicy, dużo drzew, udział powierzchni zabudowanej do 20%, o wysokości nie przekraczającej 8 metrów. Dach stromy, ceramiczny.

Początkowo zaczęłam projektować coś z podpiwniczeniem, wieloma balkonami i trochę bez ładu i składu, ale od czegoś trzeba zawsze zacząć. Postanowiłam, że mój dom na pewno będzie miał taras, na którym będzie można przesiadywać, spotykać się ze znajomymi i oddychać świeżym powietrzem, słuchając szumu morza. Chciałam też „otworzyć” budynek na otoczenie dużą liczbą okien – choć nie na tyle aby zagrozić prywatności mieszkańców. Od tego czasu projekt uległ mnóstwu zmian, ale te dwie rzeczy pozostały nadal.

Obecnie mój dom bazuje na założeniu: dwie części połączone ze sobą transparentnym łącznikiem, stanowiącym jednocześnie jedną ze ścian odgradzających taras od okolicy. Wewnątrz tej części znajduje się klatka schodowa. Na parterze umieściłam całą część dzienną, oraz pracownię i pomieszczenie gospodarcze. Dodałam dostępną od wewnątrz i od zewnątrz rowerownię dla całej rodziny, ponieważ nie wyobrażam sobie mieszkać w Jelitkowie i nie posiadać roweru.

Wchodząc po schodach na pierwsze piętro, wchodzi się do bardziej prywatnej części nocnej, w której domownicy śpią i trzymają swoje skarby. Wydawałoby się, że to już cały dom, but wait, there is more! Są jeszcze jedne schody, które prowadzą na dach. Na dachu rośnie trawa, bo jest to tak zwany dach zielony. Kiedy dowiedziałam się trochę więcej o tym rozwiązaniu, to uznałam, że po prostu muszę je zastosować. Pomijając fakt, że pasuje on do mojej idei domu zgranego z otoczeniem (które w tym przypadku jest silnie zadrzewione), to ma też wiele pozytywnych aspektów. Jest dobrym izolatorem termicznym, nie przegrzewającym się latem, jest trwały i ekologiczny, zatrzymuje wody opadowe spowalniając spływ. Wymaga co prawda trochę więcej pracy (trawę trzeba przycinać), jednak nie jest to coś co wpłynęłoby na ten wybór. Mój projekt jest jeszcze przed konsultacjami budowlanymi, ale mam nadzieję, że zielony dach będzie mógł zostać ;).

Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego dla budynków jednorodzinnych pozwala na postawienie na działce jednego garażu. Ponieważ zrezygnowałam z podpiwniczenia, muszę poświęcić kawałek działki na osobną „przechowalnię” samochodu. Dzięki nieprawdopodobnym umiejętnością perswazji, nieistniejący jeszcze sąsiad zgadza się na garaż bliźniaczy, pozwalający na pominięcie zasady o odległościach od granic działki. Miejsce dla kosza na śmieci również postanawiamy połączyć. Dobrze jest mieć wymyślonych sąsiadów – są tacy ugodowi!

Na koniec napiszę, że moje podejście do projektowania budynków naprawdę się zmieniło podczas tego projektu. Nie traktuję już tego zadania jak czegoś strasznego i niemożliwego, a jako zabawę albo grę. Tutaj element dodam, tutaj odejmę, a jak pozmieniam kilka elementów, to powstanie coś naprawdę fajnego. Ten projekt jest dopiero w połowie powstawania (a może i jeszcze wcześniej, choć patrząc w kalendarz to właśnie przekraczam półmetek semestru). Wiem, że ma on wiele niedociągnięć i z całą pewnością prawdziwy architekt złapałby się za głowę, gdyby coś takiego zobaczył… Cieszę się jednak, że eksperymentuję i tworzę coś tak innego niż do tej pory. Czuję, że robię duży krok do przodu.

Co się działo dalej z moim domkiem…

Więcej

Kosmiczne chlebaki

Dzisiaj chciałabym opisać styl w architekturze, o którym obecnie nie znajdziecie informacji nigdzie poza tym blogiem. Za to – jak mówi słynny cytat – jak wygląda koń, każdy widzi. Tak więc, mam nadzieję, że większość czytelników przyzna mi rację i podzieli obserwacje odnośnie tego, co coraz prężniej zaczyna wyrastać w centrach miast. Są to chlebaki o różnej funkcji, niekoniecznie powiązanej z pieczywem.

Obecnie stworzenie budynku o dowolnym kształcie nie jest dużym problemem. Odpowiednio zbrojony beton rozwiąże nawet najbardziej futurystyczne wizje nieskrępowanego umysłu architekta. Oszklenia na szerokości i wysokości całych kondygnacji stały się normą i nikogo już nie dziwią wystające spoza starszej zabudowy szklane punktowce.

Dysponując takimi technologiami i odpowiednią zasobnością portfela, można zrobić praktycznie wszystko. Tak więc, tworzone są chlebaki. Takie duże, masywne i zajmujące ogromne powierzchnie. Jest w nich też coś futurystycznego. Przypominają formą statki kosmiczne ze starych filmów science-fiction – takie obłe, z jedyną prostą ścianą wykonaną ze szkła. Wynurzają się z ziemi jak dzikie chlebołaki i straszą okolicznych mieszkańców swoją brzydotą.

Najczęściej są to budynki użyteczności publicznej – dworce, lotniska, galerie. Tak na wszelki wypadek, gdyby komuś wydawało się, że może uniknąć kontaktu z nimi. A będzie ich coraz więcej. Nie trzeba być jasnowidzem, aby mieć pewność, że to dopiero początek. A kiedy miasta wypełnią się obłodachymi makabryłami, już nikomu nie będzie się nigdy chciało chleba naszego powszedniego.

Chlebakizm. Tak nazwany zostanie nowy styl w architekturze. Szklana fasada i reszta z betonu – albo też ze szkła. Bez żadnych ozdób poza ewentualnymi reklamami. Bo po co stawiać w miastach ładne budynki.

Czas na kilka przykładów.

1. Poznań Główny – 2012

Żródło

Chyba najgorszy chlebak pośród wszystkich. Ciężko powiedzieć, czy gorsze jest wnętrze czy zewnętrze, ale sklepienie już raz się zbuntowało.

2. Port lotniczy Lublin-Świdnik – 2012

Żródło

Najbardziej typowy rodzaj chlebaka – czyli o powiększonej szerokości. Na naprawdę długi chleb, ewentualnie kilka bułek bagietek.

3. Nowa siedziba NFZ w Kielcach – 2018

Żródło

Chlebak kilkuczęściowy, do przechowywania więcej niż jednego chleba. Ten mutant jeszcze nie powstał, ale będę niecierpliwie na niego czekać.

4. Przystań Bydgoszcz – 2012

Żródło

Pół-chlebak. Przed widokiem na ten twór częściowo chroni sporej wielkości drzewo.

5. Koncepcja Dworca Wschodniego w Warszawie

Żródło

Chlebak w typie kosmicznym. Wzbogacony o dwie wieże. Coś jak spotkanie Hobbitów z Rycerzami Jedi przy kawce i chlebie.

Więcej

Inowrocław

Inowrocław. Nazwa, którą zawsze wpisywało się pod literą „I” w grze w Państwa i Miasta. Miejsce dotąd absolutnie mi nieznane, którego nawet nie potrafiłam wskazać na mapie. Tę zaległość udało mi się nadrobić kilka tygodni temu. Teraz mogę napisać, jakie pierwsze wrażenie wywołało we mnie to miasto i co najmocniej przykuło moją uwagę podczas dwóch dni pobytu.

Inowrocław to miasto bez wątpienia zabytkowe. Całość zabudowy historycznej skupia się wokół rynku, z którego wychodzą wąskie i urokliwe uliczki. Wysokie kamienice z rzeźbionymi fasadami są czymś, czego nie da się zignorować. Mam jednak wrażenie, że nie do końca zadbana jest tutaj spójność w krajobrazie centrum miasta. Pośród budynków stylizowanych na epoki dawne, niektóre twory wydają się zbyt mocno kontrastować i burzyć ład w kompozycji.

Najbardziej zaciekawił mnie jeden stały detal, występujący na terenie całego miasta: zamurowane okna. Zastanawiam się, czy jest to po prostu efekt jakiejś mody sprzed lat, czy może kryje się za tym jakaś ciekawsza historia. Niestety, nie znalazłam odpowiedzi.

Tereny zajmowane przez nowsze budynki wydają się nie rzucać w oczy. Pomimo dość sporej liczby mieszkańców, w mieście dominuje krajobraz zielony. Są to przede wszystkim parki i ogrody, o których zdecydowanie mogę powiedzieć, że są zadbane. Inowrocław jest miastem uzdrowiskowym, więc nie ma co się dziwić, że wygląda na miejsce spokojne i relaksujące.

Najbardziej charakterystycznym obiektem są tężnie solankowe. Nie miałam wcześniej zbyt wiele czasu, aby sprawdzić, co kryje się pod tą dziwną nazwą, więc widok „fortu” z wieżami i drewnianymi podporami naprawdę mnie zaskoczył. Najprościej mówiąc, inowrocławskie tężnie solankowe są częścią parku, odgrodzoną ścianami wykonanymi z zamocowanych gałęzi tarniny, cały czas obmywanych wodą. Dzięki temu w powietrzu unosi się solanka, co według większości źródeł korzystnie wpływa na układ oddechowy. Od siebie mogę powiedzieć tylko tyle, że siedzenie na ławce i patrzenie na cieknącą wodę jest naprawdę odprężające.

Inowrocław jest bardzo zróżnicowany pod względem architektury. Nie znalazłam w nim rażących koszmarków, nie licząc bloku przedstawionego na jednym ze zdjęć. Poza tym, popatrzeć można na naprawdę ładny ratusz i kilka malowniczych kościołów. Blokowiska usytuowane są raczej na uboczu, co jest zdecydowanie dużym plusem dla walorów estetycznych miasta.

Według moich obserwacji, społeczność Inowrocławia lubi spędzać czas na świeżym powietrzu. Głównie ławki i podwórka cieszą się popularnością jako miejsca spotkań i rozmów. Same ulice nie są za bardzo zatłoczone, choć cały czas miałam wrażenie, że mieszkańców jest jakoś tak wyjątkowo dużo. A mimo to, miasto jest naprawdę spokojne.

Więcej

Pomiędzy budowlami

Od jakiegoś czasu na facebookowej ścianie zaczęły wyświetlać mi się zdjęcia znajomych pośród pomniejszonych kopii znanych budowli. Nie zastanawiałam się nad ich pochodzeniem do czasu, kiedy okazało się, że całkiem niedaleko mojej rodzinnej miejscowości znajduje się jeden z takich parków miniatur. Dlaczego by więc nie odwiedzić takiego miejsca i nie wyrobić sobie opinii na temat rozwijającej się w paru miejscach Polski atrakcji turystycznej?

Sabat Krajno, bo o tym miejscu piszę, stał się celem weekendowego wyjazdu i pozostawił po sobie niemało wspomnień i przemyśleń. Chciałabym tutaj napisać coś w rodzaju recenzji tego miejsca, czyli wylistować rzucające się w oczy wady i napisać, dlaczego pomimo nich i tak warto tam pojechać.

Miejsce, o którym piszę, znajduje się w Krajnie Zagórzu – niewielkiej wsi, położonej niedaleko Świętej Katarzyny, w samym sercu Gór Świętokrzyskich. Znajduje się tam nowoczesny park rozrywki, zawierający wyciągi narciarskie, ścianki wspinaczkowe i właśnie galerię miniatur. Twórcy tej ostatniej atrakcji wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i utworzyli trasę zwiedzania pod górę. Dało to niesamowity efekt – z prawie każdego punktu spaceru pomiędzy zminimalizowanymi budowlami można spojrzeć w dół na to, co mijało się wcześniej. Do tego dochodzi naprawdę malowniczy krajobraz wyżynno-górski, ubrany w siatkę kolorowych pól uprawnych.

Cena wejścia do samej galerii miniatur jest dość wysoka, ale nie oporowa. Dorosły zapłaci 20 zł, a dzieci i studenci 15. Jeśli chodzi o kolejki – podobno w roku szkolnym są one dość długie, natomiast w sezonie wakacyjnym okazały się one naprawdę nieodczuwalne.

Wchodząc do środka, od razu z prawej strony wita Bazylika św. Piotra w Watykanie. Nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa o tej miniaturze. Na tle Gór Świętokrzyskich prezentuje się naprawdę pięknie, a samo wykonanie budzi prawdziwy zachwyt. Odwzorowane zostały rzeźby nad kolumnadą, obelisk i fasada. Najlepsze jest to, że każdy zwiedzający może pochodzić sobie po placu i poczuć się jak olbrzym, mając kopułę na wysokości oczu. Niestety już na starcie wychodzi na wierzch dość duża wada tej atrakcji – większości obiektów nie można pooglądać ze wszystkich stron. Później to zaczyna naprawdę boleć – chociażby mijając operę w Sydney, która prezentowana jest od tego najmniej charakterystycznego kierunku.

Muszę jeszcze tutaj dodać, że naprawdę zawiodłam się na tabliczkach z informacjami o budowlach. Czytając te potraktowane bardzo po macoszemu opisy, miałam wrażenie, że układano je z myślą o tym, że i tak nikt tego nie będzie czytał. Zamiast ciekawostek albo kluczowych informacji, w niektórych miejscach pojawił się niegramatyczny zbitek zdań brzmiący jakby skopiowano go z jakiegoś taniego przewodnika.

Same miniatury na szczęście potrafiły nadrobić to niedociągnięcie i po jakimś czasie mój wzrok lądował już tylko na nich. Dzięki temu, że obiekty posegregowane zostały według państw i kontynentów, spacer przyjemnie imitował podróż dookoła świata, czyli coś o czym marzyłam chyba zawsze. Trochę wysiłku w trasie pod górkę, w stu procentach rewanżowały mijane miniatury. Nie zabrakło też niestety beznadziejnych turystów, którzy dla jednej słit-foci postanowili zejść z oznaczonego szlaku na niedozwolony teren zielony oraz umieścić swoje brudne paluchy lub zad na którejś z rzeźb. To jest niestety przykre – ludzie nie potrafią uszanować czegoś, co do nich bezpośrednio nie należy – nawet jeśli z każdej strony postawi się tabliczkę z napisem „kategoryczny zakaz dotykania miniatur”.

Wracając do miniatur, w Sabacie Krajno może zaskoczyć ich liczba i szczegółowość wykonania. Dodatkowo, galeria powiększa się w coraz większym tempie, co sprawia, że nawet odwiedzając to miejsce ponownie po paru miesiącach, można zobaczyć coś nowego.

Wzdłuż trasy zwiedzania biegnie wąska, kręta rzeczka, dodając uroku i spajając elementy parku miniatur w jeden wielki zespół. Rozwiązuje to przy okazji kwestię wody przy poszczególnych budowlach. Niezwykle pięknie przedstawiony został kanadyjsko-amerykański krajobraz wodospadowy, gdzie wykorzystane zostały dodatkowe efekty specjalne.

Na środku kompleksu dominują wieże WTC, które wydają się być najsłabszym punktem trasy – chociaż to bardzo ważny obiekt dla historii współczesnej, nie jest on interesujący architektonicznie lub wizualnie. Te dwa prostopadłościany rzucają cień na okoliczne (ciekawsze) miniatury. Chociażby na Statuę Wolności, której zakomponowanie razem z Wieżami odciąga wzrok od samego obiektu. Jeszcze gorzej na tym wyszedł Wielki Mur Chiński, który przedstawiony został jako jedynie kilka przęseł, co wydaje się być wręcz nieadekwatne (ja widziałabym ten 2400-kilometrowy kloc jako rzeźba towarzysząca rzeczce przez całą trasę zwiedzania parku). Czy wspominałam już, że Big Ben został „wycięty” z Pałacu Westminsterskiego?

Najogólniej – w sumie to można pominąć całe to moje narzekanie, wynikające najpewniej ze spędzenia prawie każdego weekendu ostatniego roku akademickiego na klejeniu makiet. Warto odwiedzić park miniatur, prawdopodobnie każdy. Założę się, że prawie każdego z czytelników mojego bloga, nie stać na zobaczenie wszystkich wartych tego budowli na żywo – jak się okazuje, raczej niewielkim kosztem i znikomym wysiłkiem można zafundować sobie namiastkę takiego uczucia.

Sama planuję zobaczenie w wolnej chwili parku miniatur znajdującego się niedaleko Trójmiasta – tak dla porównania. Kaszubski Park Miniatur znajduje się w Powiecie Kartuskim, więc może się okazać fajnym celem wycieczki – jak tylko będzie chłodniej. Jedyne co mnie gryzie, to zdjęcia przedstawiające makiety oblepione dziećmi. Chyba już coś pisałam o tym, co sądzę o dotykaniu eksponatów?

Więcej

Betonowy krajobraz

Jakiś czas temu trafiłam gdzieś w Internecie na ankietę pytającą społeczność, czy istnieje polska szkoła architektury, czy może jednak każdy architekt-Polak prezentuje swój indywidualny styl. Co mnie zdziwiło, zdecydowanie więcej osób wybrało drugą odpowiedź. Zupełnie tak, jakby czytelnicy tego portalu czerpali swoją wiedzę z magazynów architektonicznych a nie z tego, co praktycznie codziennie mijają na ulicach polskich miast.

Oczywiście nie twierdzę, że Polacy nie znają się na architekturze. Nawet teraz na świecie powstaje wiele godnych szczerego podziwu obiektów zaprojektowanych przez reprezentantów naszego kraju. Niestety, w samej Polsce, czasy największej rozbudowy minęły 30-40 lat temu i chociaż wciąż powstają nowe osiedla, to najbardziej charakterystycznymi elementami krajobrazu są betonowe koszmarki z wielkiej płyty, które miały zapewnić mieszkańcom dach nad głową na kilkadziesiąt lat, a nic nie wskazuje na to, aby nie miały przetrwać stu czy nawet więcej.

Sama idea była prosta – umieszczenie jak największej liczby rodzin w raczej dogodnym miejscu, przy okazji oszczędzając przestrzeń poprzez zastąpienie podwórek placykami z drzewkami i ławeczkami. Wszystko przemyślane pod kątem urbanistyki i projektowania zieleni, tylko mieszkańcy być może potraktowani nieco zbyt masowo – ale to nie miało znaczenia. W krótkim czasie w chyba każdym mieście Polski wyrosły wielkie płyty. Udało mi się znaleźć informację, że zostały one dość entuzjastycznie przyjęte przez nieprzywykłe do udogodnień społeczeństwo. Tym bardziej, że oferta mieszkań była szeroka – od zaledwie kilkurodzinnych imitacji kamieniczek do ogromnych falowców, obok których nie dało się przejść obojętnie.

W całym tym modernistycznym duchu PRL-owskiego budownictwa zaginęła jednak główna idea nowoczesnego projektowania. Wielkie płyty wcale nie nadrabiały swojego zniechęcającego wyglądu większą funkcjonalnością. Wydawałoby się, że ich twórcy potraktowali je jako tymczasowe eksperymenty, zaś przypadek sprawił, że owoce tych działań stoją do dziś, wywołując w ich mieszkańcach chyba wszystkie możliwe uczucia.

Bloki z lat 60. i 70. charakteryzują się zadziwiającymi rozwiązaniami architektonicznymi. Czasami nie wiem, czy śmiać się z nieudolnej kompozycji wnętrza, czy raczej współczuć mieszkańcom, którzy muszą na co dzień znosić dziwactwa typu doświetlanie kuchni poprzez okno w ścianie między nią a pokojem dziennym, czy klatki schodowe z tajemniczą przestrzenią pomiędzy biegami, zbyt dużą na usytuowanie w niej windy, a z powodu otoczenia ze wszystkich stron przejściami, pozbawioną możliwości rozmieszczenia w niej nowych mieszkań.

Co więcej, polska szkoła kiczu najprawdopodobniej nie mogłaby pozostawić typowego dla powojennej architektury wielkopłytowej minimalizmu i oszczędności dekoracji, bez dodania orientalnych fryzów nad wejściami do bloków lub wpychania luksferów w każdym możliwym kącie. Co nowsze posadzki świecą brokatem a instalacje nawet nie próbują się ukryć – wręcz przeciwnie – z mieszkań wystają całe pęki anten – dla Polsatu, dla Netii i kilka starszych, nieużywanych, ale szkoda wyrzucić.

Luksfer. Źródło

Same fasady można podzielić na dwa gatunki: szare, brudne, pomazane zabytki oraz te okrzyki radości wesołych projektantów, odnowione „po polskiemu” styropianem i farbką z palety pożyczonej od producenta bielizny. Geometryczne wzory i podziały – najczęściej róż majtkowy na klatce i siateczka błękitu skarpetkowego i fioletu pidżamowego na części mieszkań. Wszystko to wzbogacone widocznymi spod tynku dziurami i krawędziami płyt styropianowych.

Puste krótsze ściany bloków wydają się być podobraziem dla współczesnej popkultury. Od tagów mówiących o ciężkim życiu młodego mieszkańca blokowiska, poprzez piękne (choć nie zawsze) murale dzielące się kolorową wizją istnienia aż do reklam suplementów diety niezbędnych do przetrwania w XXI wieku. To wszystko połączone z wyskakującą przez okna egzystencją mieszkańców – ich rozwieszoną do wyschnięcia bielizną, dźwiękami wychodzącymi z telewizora i ubikacji, zapachami obiadu, papierosów i nieproszonych gości na klatkach – daje tylko część przedstawienia klimatu blokowiska. Sam opis nie wystarczy aby w pełni to wszystko ująć.

Zabraknie w nim tego uczucia, kiedy czeka się na jednoosobową windę, zaprojektowaną tak aby nie modyfikować po drodze trasy, dodając kolejne przystanki. Nie będzie też w stanie przekazać, jak to jest wnosić codziennie siatki z zakupami, otwierając po drodze zardzewiałe zamki w czterech kolejnych parach drzwi. Opis nie przedstawi dobrze spaceru często klaustrofobicznym korytarzem, gdzie przez mijane drzwi i ściany prawie bez oporu przesącza się intymność mieszkańców.

Kilka akapitów nie wystarczy aby zaprezentować bloki, które z daleka wyglądają jak poustawiane klocki, a z bliska okazują się zamaskowanymi za pomocą pasteli, rozsypującymi się ruinami. Tylko, że to nie jest potrzebne – taki widok jest chyba wszystkim znany i pozostanie jako typowy miejsko-podmiejski krajobraz jeszcze przez długie lata. Nie zdziwiłabym się nawet, gdyby do tego stopnia utwardził się w świadomości Polaków, że nowopowstałe osiedla powróciłyby wizualnie do takiej formy – nawet w spóźnionej w Polsce epoce szklanych fasad.

Więcej

Przypadkiem

Dostałam się na architekturę przypadkiem. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.

Zacznę od tego, że studia do niczego nie są mi potrzebne. W moim życiu zawodowym w tym momencie są wręcz bardziej przeszkodą, bo zabierają czas, w którym mogłabym klepać zlecenia, czy powrócić do pracy na etacie. Czuję jednak, że przez te dwadzieścia lat, życie zdążyło mnie zaprogramować tak, że po prostu potrzebuję: a) nadmiaru niekoniecznie niezbędnych prac do zrobienia, b) podobnej ilości materiału do tworzenia wokół aury hejtu absolutnego. Bardziej słownikowo można to zjawisko nazwać masochizmem.

Tak więc poszłam na studia. W liceum słyszałam, że po Plastyku będę kopać rowy, teraz słyszę, że sklepy Lidl czekają z otwartymi kieszeniami. A więc sytuacja życiowa na tle edukacji powraca do normy. Oczywiście cała reszta uległa ogromnej przemianie, ale to i tak musiałoby prędzej czy później nastąpić. Zdecydowanie prędzej niż później.

Druga sprawa, że obawiam się, że rezygnacja z dalszej edukacji mogłaby poskutkować zatrzymaniem się w rozwoju, a chyba nie ma drugiej równie desatysfakcjonującej rzeczy, jaka mogłaby się przytrafić. A kiedy ktoś jest takim leniem jak ja, to nawet mając stos wspaniałych ksiąg przed nosem, nie weźmie się za naukę zanim ktoś nie zacznie od niego tego wymagać. To chyba jakiś efekt uboczny szkolnictwa – kształci się w człowieku potrzebę zaganiania go do nauki, bo w przeciwnym razie popada w letarg i zaczyna mieć problemy w odróżnieniu przyjemności od konieczności i konieczności od niepotrzebności.

Przeglądając pół roku temu listę kierunków, wypisałam sobie na jednej ze styczniowych kartek kalendarza kierunki studiów, na jakie mogłabym pójść. Nie było tam architektury. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy więc powstał taki pomysł, ale była to zdecydowanie spontaniczna decyzja i do końca nie wiem, czy słuszna – ale czy nie podobnie było z Plastykiem?

I dostałam się, przez przypadek. Inaczej nie jestem w stanie wytłumaczyć tego, że prawie wszyscy z roku to osoby, które były zdecydowane i zdesperowane, aby zostać architektami. Co sobotę jeździli na drogie kursy do dużych miast, na tygodniu uczęszczali na korepetycje z matmy, część brała udział w rekrutacji po kilka razy i za każdym kolejnym, z pełnym zapałem partycypowała w egzaminach wstępnych. A ja sobie tak przyszłam, bez przekonania, niepewna, czego chcę… i się dostałam. Tutaj powinny zazgrzytać zębami osoby, którzy solidnie przygotowywali się, aby się dostać i im nie wyszło. Ale tak już jest. W życiu zawsze tak jest, że jak ktoś o czymś głęboko marzy, to te marzenia się spełniają innej osobie – takiej, która ich obiekt potraktuje z lekceważeniem.

Grę „studia” rozpoczynam na levelu „hard”. Z okazji nie-chodzenia na kursy przygotowawcze, nie mam zielonego pojęcia o aksonometrii a w reakcji na geometrię wykreślną w moim mózgu włącza się obrona przed czarną magią. Matematyka ogarniana na szybko z Internetu (pomysł aby zdawać rozszerzenie z tego przedmiotu był niemniej spontaniczny niż decyzja o studiach) i zapomniana w większości jakoś tydzień po tym, jak nagle przestała być potrzebna jakoś nie gwarantuje mi dobrego startu – zwłaszcza w relacji ze zdaniem „nie używamy tablic matematycznych ani kalkulatorów”. Będzie trudno, ale co to za gra, w której leci się na kodach i poziomie „beginner”?

Po pierwszym tygodniu mam wrażenie, że będzie naprawdę ciekawie a groźba nie zaliczenia czegokolwiek (po raz pierwszy w życiu!) brzmi jak prawdziwe wyzwanie. Zapowiada się nadrabianie matmy, klejenie makiet i latanie do bankomatu aby wypłacić forsę na zakup dziwacznego cyrkla o ruchomej główce do rysowania kółeczek o średnicy dwóch milimetrów. Kupa okienek pomiędzy zajęciami i coraz to wymyślniejsze karteczki na tablicy koło dziekanatu dają szerokie pole do hejtingu, a kolejne prace domowe swoim ciężarem zapewniają, że najpewniej nie będę marnowała nadmiaru wolnego czasu na zastanawianie się, czy dzisiejszy dzień przeznaczyć na scrollowanie walla czy na scrollowanie walla.

A skoro już wrzucam wpis, to dodam na koniec kilka zdjęć z jesieni w Gdańsku:

Więcej